Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barrack Obama

Archiwum z październik, 2006

Królowa Bona umarła…

Opublikował/a Marucha w dniu 2006-10-31 (wtorek)

Polska “inteligencja” doznała szoku, niczym mała dziewczynka, która przypadkowo w łazience zauważyła, iż jej tatuś jest chłopcem.

Szok był spowodowany ujawnieniem ścisłych powiązań między polskojęzycznymi mediami, a światem starej i nowej bezpieki, polityków, gangsterów, biznesmenów i zagranicznej agentury, tworzących jeden wielki  przestępczy konglomerat sterujący umysłami odbiorców papki medialnej, wpływający na ich poglądy i na to, na kogo będą głosować.

A przecież wystarczyło obejrzeć 2-3 programy TVN albo własnoręcznie sprawdzić, jak działa cenzura na Onecie, aby samodzielnie dojść do takiego wniosku, aby móc z dużym prawdopodobieństwem wskazać, kto jest agentem… pardon, “stypendystą” niemieckim, kto dzięki Unii Europejskiej dorwał się do pieniędzy, a kogo z polskością łączy tylko przybrane nazwisko.

Polski “inteligent” nie myśli jednak samodzielnie, o ile w ogóle myśli. Polski “inteligent” dowiaduje się o swoich poglądach z “Gazety Wyborczej” albo podobnych jej piśmideł “z kapitałem zagranicznym”. Polski “inteligent” ogląda TVN, gdzie pokazuje się “całą prawdę” i to mu wystarcza, aby wierzyć, że we Włoszczowej wystawiono pomnik Gosiewskiemu, a ojciec Rydzyk rozbija się maybachem.

Opublikowany w Polityka | Zostaw Komentarz »

Fabryki dyplomów

Opublikował/a Marucha w dniu 2006-10-31 (wtorek)

 Przyznaję z ubolewaniem, że i ja kiedyś wierzyłem, iż pojawienie się w Polsce prywatnych szkół i uczelni podniesie poziom edukacji. Bo przecież, w zasadzie, państwo nie powinno się wtrącać do absolutnie wszystkiego, lecz pozostawić swym obywatelom maksymalną swobodę działania, a w tym możności nauczania innych rachunku całkowego, archeologii, języków obcych czy zasad konstrukcji kotłów wysokoprężnych.

Otóż byłem w tzw. mylnym błędzie. Prywatne zakłady naukowe stały się, w ogromnej większości fabrykami dyplomów, zaniżając wymogi wobec studentów i tolerując ich nierzadko wulgarne i chamskie zachowanie. Wykładowcy starający się czegoś nauczyć swych podopiecznych i nie zaliczający przedmiotu patentowanym osłom czy – o zgrozo! – zwracający im uwagę na niestosowne zachowanie – ryzykują nie tylko utratę popularności, ale i naganę od przełożonych a nawet utratę pracy. Studenci bowiem skarżą się na nich, a wiadomo, że taki oblany delikwent może bez trudu zmienić uczelnię, co oznacza dla niej (i jej szefów) utratę dochodów.

Innym zjawiskiem jest wieloetatowość profesorów. Każda wyższa uczelnia musi mieć w swej kadrze naukowej pewną liczbę samodzielnych pracowników naukowych aby mieć prawo nazywać się “wyższą”. Liczba profesorów nie jest nieograniczona i nie każdy zresztą chce przejść z, powiedzmy, Uniwersytetu Jagiellońskiego do Wyższej Szkoły Twórczej Księgowości w Radymnie. Natomiast wielu profesorów nie wykazuje z reguły oporów przed zwykłym dopisaniem swego nazwiska do wykazu pracowników tejże szkoły w Radymnie, ponieważ nie wiąże się to z absolutnie żadnym obciążeniem czasowym, lecz daje niejakie dochody. Stąd też wielu profesorów oficjalnie “pracuje” na kilku czy nawet kilkunastu etatach, lecz nigdy nie pojawia się w większości swych miejsc pracy.

 W związku z tym warto rozważyć, czy nie lepiej – wzorem USA – pozakładać masę “uczelni”, które po prostu rozdają dyplomy z dowolnej dziedziny za pieniądze, bez uciążliwej dla ambitnych, młodych ludzi konieczności chodzenia na jakieś nudne zajęcia i użerania się z niekumającymi współczesnego świata wykładowcami. Dyplom taki dostaje się w ciągu tygodnia, jest on ładnie wydrukowany na niezłym papierze i nadaje się do powieszenia w każdym miejscu. Uczelnia może ponadto oszczędzić na wykładowcach, administracji, budynkach, sprzęcie itd. Wystarczy w zasadzie drukarka laserowa i obsługujący ją Rektor.

Opublikowany w Różne | Zostaw Komentarz »

Refleksje po powrocie z lasów państwowych

Opublikował/a Marucha w dniu 2006-10-31 (wtorek)

Pewien rusiński naród nazwano “Łemkami”od charakterystycznego słowa “łem” (“lecz”), które na tyle często się powtarza w ich języku, że zwróciło na siebie uwagę sąsiadów.

Niewykluczone, że w stosunku do Polski zacznie się używać określenia “Kurwolandia”, bowiem liczące sobie pięć liter a zaczynające się na “k” słowo jest bez wątpienia słowem najczęściej używanym w tym kraju. Pełni ono w rozmowie rolę przecinka, kropki, wykrzyknia, ozdobnika itp. Pojawia się regularnie po kilka razy w każdym niemal zdaniu, nie tylko u meneli i szumowin, ale i innych osób, na oko wyglądających inteligentnie, zadbanych w ubiorze i sprawiajacych ogólnie dobre wrażenie, jak choćby wśród studentów. Dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i kobiet, które dzielnie i z pełnym powodzeniem walczą o pełne równouprawnienie w dziedzinie schamienia narodu.

Słowo na “k” istnieje w naszym języku, nie ma co udawać, że go nie ma i każdemu może się niekiedy wypsnąć w chwili szczególnego zdenerwowania lub podekscytowania – ale bezustanne wtrącanie go gdzie popadnie podczas normalnej rozmowy to chyba specyfika naszych czasów. Po roku 1989 Polacy uzyskali pełną wolność bycia chamami i z wolności tej korzystają bez żadnych kompleksów.

Opublikowany w Kultura, Różne | Zostaw Komentarz »