Artykuł o “Neokatechumenacie” okazał się być bez wątpienia najpopularniejszy na moim blogu, sądząc po liczbie wpisów. Wszystkim, zarówno tym, którzy ze mną się zgadzali, jak i tym, którzy się nie zgadzali, szczerze dziękuję. Od tych, którzy się ze mną zgadzali, dowiedziałem się niektórych nowych dla mnie rzeczy lub poszerzyłem wiedzę na tematy mi znane. Ale chyba jeszcze więcej dowiedziałem się od swoich przeciwników - ich wypowiedzi były bardzo znamienne i wiele mówiące, niezależnie od intencji ich autorów.
Na początku - może nie najważniejszy fakt: nieoczekiwanie duży procent zwolenników “neokatechumenatu” wypowiadało się w sposób agresywny, napastliwy, lub wręcz chamski. Oczywiście większość tego typu wpisów nie została wpuszczona na forum lub została wkrótce usunięta: nie wnosiły do dyskusji nic nowego, zawierając głównie ataki osobiste, nierzadko pisane knajackim stylem, czy nawet pospolite wulgaryzmy, co jest ewidentnym zaprzeczeniem głoszonych zasad chrześcijaństwa.
Po drugie, niektórzy “neokatechumeni” mają wyraźne problemy z formułowaniem myśli, gramatyką języka polskiego oraz logiką. Oczywiście nie każdy musi umieć pisać, jak zawodowy dziennikarz, ale o czymś to jednak świadczy: o niezbyt głębokim wykształceniu i niezbyt wysokim poziomie intelektualnym, z którym na ogół idzie w parze niezdolność do analizowania rzeczywistości oraz dostrzegania pewnych zjawisk.
O wiele ważniejsze jest, iż zwolennicy “neokatechumenatu” mają dość swoiste nastawienie do spraw wiary - bardziej nakierunkowane na korzyści w życiu doczesnym, niż wiecznym, co jest charakterystyczne dla judaizmu. Jest to zrozumiałe, gdy przypomnimy sobie, iż “Kiko” Arguelo jest, jak to się obecnie mawia, urodzony w rodzinie żydowskiej.
W ich postingach przewija się stały motyw: neokatechumenat mi służy, dobrze się czuję wśród tych ludzi, jest fajnie… Pięknie, ale dokładnie to samo mogą powiedzieć zarówno członkowie sekty jehowitów (każdy jehowita potwierdzi, że jest mu wśród jehowitów dobrze), jak i członkowie klubu turystyki górskiej, którym też jest dobrze we własnym towarzystwie. Co jednak z życiem wiecznym? To, z czym mi dobrze na na ziemi, niekoniecznie jest dobre dla mego zbawienia. Neoktechumeni, jako chrześcijanie, i to podobno z awangardy, powinni to wiedzieć - a nie wiedzą.
O czym świadczy to, że np. dzięki uczestniczeniu w “neokatechumenacie” jakieś małżeństwo się nie rozpadło, albo rodzina się scaliła? Czy jest to dowód na prawowierność tej sekty? Przecież takie same świadectwa można usłyszeć z ust zielonoświątkowców, adwentystów czy mormonów.
Polski katolicyzm, acz powszechny, nie znamionuje się szczególną głębią ani znajomością własnej wiary, co dyskusja o neokatechumenacie tylko potwierdza. Liczne wypowiedzi zawierają dowody na kompletne niezrozumienie, czym jest np. nieomylność papieska, co to jest herezja i schizma, czym jest posłuszeństwo hierarchii, jakie jest znaczenie Tradycji itp. Nic więc dziwnego, że właśnie na podłożu niewiedzy najłatwiej operują sekty typu “neokatechumenatu”, nie tylko siejąc jawne herezje ale i doprowadzając do rozsprzężenia liturgii. “Kiko” staje się ważniejszy, niż Apostołowie, niż Ewangelia, niż dwa tysiące lat tradycji. Potrzeba posiadania własnego, nieomylnego guru, charakterystyczna dla ludzi o chwiejnych poglądach, usuwa w cień przesłanie Mesjasza.