Skandal, który odbije się echem
Opublikował/a Marucha w dniu 2008-03-06 (czwartek)
Cała Polska trzęsie się od skandalu: prezydent Jarosław Lech Kaczyński nie zaprosił wybitnego opozycjonisty, Adama Michnika, na rozdawanie orderów i medali z okazji 40-tej rocznicy “Marca 1968″. Trudno sobie wprost wyobrazić większe świętokradztwo.
Naszym zdaniem jednak prezydent postąpił słusznie. Otóż order, który byłby godny zawisnąć na piersi Adama Michnika, po prostu nie istnieje.



2008-03-06 (czwartek) @ 23:36:35
Wanda! Szykuj trzy flachy Szopena a na gramofon “daj mi tę noc”! Ja tej nocy nie prześpie. Za Olka żołnierze juz z dala otwierali mi drzwi do pałacu. O Mame , mame majne mame!
2008-03-07 (piątek) @ 00:01:37
big deal!? ..wynagrodzi mu to z nawiazka wkrotce, i jako wielki zaprosi GO-tego drugiego wybitnego na…. menohre
2008-03-07 (piątek) @ 00:04:31
Stalinięta wracają z ciepłych krajów?
Szanowni Państwo!
Jak pamiętamy, starożytni Rzymianie potrafili każde spostrzeżenie przedstawić w postaci pełnej mądrości sentencji. Tak właśnie postąpił również poeta Wergiliusz, zauważając, że „fama crescit eundo”, co się wykłada, ze plotka rośnie w miarę rozchodzenia się.
Plotki mogą rozchodzić się albo w przestrzeni, albo w czasie, ale w jednym i w drugim przypadku rozrastają się tak samo. Oto już w najbliższą sobotę, 8 marca, minie 40 lat od tak zwanych „wydarzeń marcowych”, które plotka próbuje dzisiaj przedstawić, jako wybuch „organicznego polskiego antysemityzmu” – coś w rodzaju miniaturowego holokaustu, którego ofiary pozostają nieutulone w żalu aż do dnia dzisiejszego.
Tak się składa, że wydarzenia te pamiętam również jako ich – najpierw mimowolny, a potem – już świadomy i dobrowolny uczestnik, jako że w marcu 1968 roku byłem studentem III roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Marii Curie- Skłodowskiej w Lublinie. Zanim jednak przejdę do samych wydarzeń, chciałbym przedstawić je na tle historycznym, dzięki czemu ich istota, przebieg i następstwa – a także dzisiejsza, rozrośnięta „fama” – staną się lepiej zrozumiałe.
Wszystko zaczęło się od śmierci Józefa Stalina, która – jak podało Radio Moskwa – nastąpiła 5 marca 1953 roku, a więc równo 55 lat temu. Wprawdzie Józef Stalin był „Słońcem Ludzkości” – tak przynajmniej utrzymywał wówczas i prof. Leszek Kołakowski i Bronisław Geremek i wiele innych autorytetów drobniejszego, że tak powiem, płazu – ale pozostawił po sobie kilkadziesiąt milionów trupów. W większości Rosjan, ale przedstawicieli innych narodów też wśród nich nie brakowało. Kiedy zatem zakończyły się uroczystości pogrzebowe i rytualne lamenty, a także – kiedy już towarzysze radzieccy szczęśliwie ukatrupili Wawrzyńca Berię – wszyscy zaczęli się zastanawiać, na kogo wskaże teraz nieubłagany palec, jako na współwinowajcę stalinowskich zbrodni. Nie musze dodawać, ze im bardziej ktoś był w to zamieszany, tym większy odczuwał niepokój. Te nastroje szybko przeniosły się również do Polski, gdzie niepokój gwałtownie wzrósł po tak zwanym tajnym referacie Chruszczowa, który część tych zbrodni ujawniał.
W takich sytuacjach ogromnie liczy się refleks. Lepszym refleksem wykazali się stalinowcy pochodzenia żydowskiego, których było całkiem sporo zwłaszcza w aparacie propagandy i terroru.. Stalinowcy z propagandy pierwsi podnieśli nieubłagany palec, wskazując na tubylczych funkcjonariuszy aparatu terroru, jako na właściwie jedynych sprawców „błędów i wypaczeń”, będących treścią „kultu jednostki”. Ci tubylczy siepacze nie posiadali się ze zdumienia i zgorszenia. Owszem – łamali kości, zrywali paznokcie, mordowali i rabowali – co do tego nie ma wątpliwości – ale rozkazy przecież wydawali im tamci! W ten oto sposób narodził się antagonizm, który odbił się czkawką w marcu 1968 roku i odbija się również dzisiaj.
Sytuacja nieco się uspokoiła, kiedy po „odwilży” w 1956 roku opuściło Polskę około 25 tysięcy Żydów – głównie z aparatu i UB – ale antagonizm między dawnymi wspólnikami komunistycznych zbrodni tlił się nadal.
Pewną pożywką dla niego były objawy starczego uwiądu komunizmu, jaki pojawiać się zaczął w latach 60-tych. Żeby jakoś temu przeciwdziałać, niektórzy komunistyczni zbrodniarze, jak np. Mikołaj Diomko, znany bardziej pod pseudonimem Mieczysława Moczara, postanowili podjąć próbę zaszczepienia więdnącego komunizmu na ciągle żywym pniu nacjonalistycznym. W ten właśnie sposób w PZPR pojawiła się frakcja „partyzantów”, mająca porachunki z nadal silnym w partii lobby żydowskim.
Ale z nacjonalizmem jest ten problem, że trzeba mu wskazać wroga. Wróg oczywiście był; każdy wiedział, że to Związek Radziecki, ale Moczar ani nie chciał, ani nie mógł przecież go wskazać. Z pomocą „partyzantom” przyszedł przypadek.
Oto w czerwcu 1967 roku na Bliskim Wschodzie wybuchła „wojna sześciodniowa”, zakończona sromotną klęską popieranych przez ZSRR krajów arabskich. W przeważającej części opinii polskiej, a już na pewno – w środowiskach studenckich, wywołało to rodzaj mściwej satysfakcji, że wreszcie ktoś Sowietom skopał tyłek, niejako również w naszym imieniu. Podkreślam to z naciskiem, bo dzisiaj pojawiają się głosy, że wtedy właśnie doszedł do głosu rzekomy „organiczny polski antysemityzm”. Tymczasem było akurat odwrotnie.
Oczywiście Breżniew natychmiast to zauważył i już 19 czerwca 1967 roku Władysław Gomułka zaczął się odgrażać, że zlikwiduje „syjonistyczną piątą kolumnę”. Czy ta kolumna była syjonistyczna – obawiam się, że o żadną ideowość tego typu posądzać jej raczej nie można. Była to raczej sitwa zorganizowana na zasadzie rasowo-plemiennej – ale była i ze swej strony też dążyła do konfrontacji, dzięki której mogłaby opuścić cudny komunistyczny raj nie z piętnem stalinowskich zbrodniarzy, tylko biednych ofiar komunizmu – z czego na wrażliwym Zachodzie znowu można by ciągnąć profity.
Dobra okazją stały się „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. Dramat ten, jak wiadomo, obfituje w akcenty antyrosyjskie, które podczas kolejnych przedstawień wywoływały demonstracyjnie burzliwe oklaski. Strasznie denerwowało to Gomułkę, który sztorcowany przez Breżniewa i wystraszony nie na żarty sytuacją w Czechosłowacji, nakazał w końcu zdjąć „Dziady” z afisza. Ostatnie przedstawienie stało się okazją do burzliwej demonstracji, przy czym autentyczne oburzenie ogarnęło również ludzi zirytowanych „skandaliczną dyktaturą ciemniaków”. I kiedy wyrzucono z uniwersytetu dwóch uczestników tej demonstracji: Adama Michnika i Henryka Szlajfera – 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się protestacyjny wiec. Milicja i ormowcy rozpędzili go pałami, wskutek czego rozruchy przeniosły się na ulice Warszawy. Przypadkowo będąc tego dnia w stolicy i natknąwszy się na rozpędzany przez milicje pochód, natychmiast się do niego przyłączyłem, a następnego dnia zdałem kolegom w Lublinie szczegółową relację.
Demonstracje studenckie, jakie na następnych dniach miały miejsce we wszystkich ośrodkach akademickich w Polsce, nie miały ani charakteru antysemickiego, ani filosemickiego – tylko po prostu antykomunistyczny. I wielu polskich studentów przypłaciło swój udział w tym buncie represjami.
Wkrótce też rozpoczęły się wyjazdy z Polski żydowskich emigrantów. Zmiana miejsca zamieszkania zawsze wiąże się z jakimś przeżyciem, ale używanie na tę okoliczność określenia „wypędzenie” - nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kto nie chciał wyjeżdżać, ten wcale nie musiał i nie było mu z tego powodu gorzej, niż wszystkim innym Polakom. Pogorszenie swojej sytuacji mogli odczuwać ci, którym skończył się okres dobrego fartu albo w propagandzie, albo w partii, albo w milicji, albo w wojsku, albo w administracji gospodarczej. Utracone posady w komunistycznym establishmencie – oto całe ówczesne „męczeństwo”. Spora część tych świeżo upieczonych „męczenników” weszła zresztą natychmiast w rolę „ofiar komunistycznego reżymu”, z tym większą gorliwością, im wyższą rangę w tym reżymie posiadali i im więcej zasług dla jego umocnienia położyli. To właśnie o nich mówił popularny wówczas dowcip o Aaronku, którego dyrektor przyłapał podczas lekcji na szkolnym boisku.
- Dlaczego nie w klasie – zapytał? - Bo logiki nie ma – odparł Aaronek. - Jak to: logiki nie ma? Co to ma znaczyć? - Bo, panie dyrektorze, ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel mnie wyrzucił z klasy na świeże powietrze, a cała reszta siedzi w tym smrodzie.
Warto o tym pamiętać również i dzisiaj, kiedy „marcowi męczennicy” dość natarczywie domagają się przywrócenia obywatelstwa, a niektórzy tubylczy dygnitarze podlizują się im i nadskakują, pewnie w nadziei na łaskawy chleb w nowym reżymie.
Stanisław Michalkiewicz
http://www.michalkiewicz.pl
2008-03-07 (piątek) @ 01:26:01
Dziękuję Panie Profesorze, że broni Pan Polski.
http://www.youtube.com/watch?v=rWbSRinxfE8&eurl=http://nczas.com/publicystyka/inny-punkt-widzenia-wideo-nowak-znow-obraza-od-oltarza/
2008-03-07 (piątek) @ 02:36:05
Takiej hucpy swiat nie widzial!!!!!
Ostry protest ws. “żydków, którzy na nas pluli”
TVN24
Liga Przeciw Zniesławieniom, czołowa organizacja żydowska w Stanach Zjednoczonych, wezwała Kościół katolicki w Polsce do potępienia niedawnego spotkania w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa, które - jak twierdzi Liga - miało charakter antysemicki.
W oświadczeniu Ligi Przeciw Zniesławieniom (ADL) wyraża ona oburzenie z powodu przebiegu spotkania na temat książki Jana Tomasza Grossa “Strach”, zorganizowanego w Krakowie przez publicystę Radia Maryja Jerzego Roberta Nowaka.
Jak pisze, powołując się na polską prasę, reklamowały je plakaty z hasłem: “Żydki nie będą ciągle na nas pluły”, a jego uczestnicy “wygłaszali zażarcie antysemickie przemówienia”. - Jesteśmy głęboko poruszeni doniesieniami, że antysemickie spotkanie miało miejsce w krakowskim kościele. Takie nastroje są niepokojącym przypomnieniem, że antysemityzm żyje i ma się dobrze w Polsce i że pamięć i lekcje Holocaustu, wciąż żywe dla ocalonych z wojny, zanikają dla zwykłych Polaków - stwierdził w oświadczeniu dyrektor ADL, Abraham Foxman.
Urodzony w Polsce, Foxman przetrwał zagładę Żydów ukrywany przez Polaków.
W liście do arcybiskupa Krakowa kardynała Stanisława Dziwisza, Liga wzywa archidiecezję i Konferencję Episkopatu do zabrania głosu w sprawie spotkania w bazylice.
- Jedną z wielkich lekcji, których świat nauczył się od papieża Jana Pawła II jest to, że ignorancji i uprzedzeń nigdy się nie przezwycięży, dopóki wszyscy nie będziemy gotowi stawić im czoła w każdym momencie. Wzywamy Jego Eminencję i Konferencję Episkopatu do publicznego potępienia tych słów i tej grupy w najostrzejszych słowach oraz podjęcia kroków na rzecz zapewnienia, by takie zgromadzenia nigdy się nie odbywały w świętych pomieszczeniach kościoła - czytamy w oświadczeniu ADL i Foxmana.
Cytuje ono m.in. wypowiedź uczestnika spotkania w kościele, profesora filozofii Bogusława Wolniewicza, który powiedział: “Żydzi nas atakują, musimy się bronić”.
Liga Przeciw Zniesławieniom istnieje od 1913 r. i specjalizuje się w piętnowaniu przejawów antysemityzmu na świecie.
2008-03-07 (piątek) @ 02:39:43
Temat postu: pan Liga
Ja myślę, że gdyby Polacy robili w czasie wojny i po wojnie to co Polakom zarzucacie, pan Liga, to teraz byśmy nie musieli znosić tych wszystkich impertynencji od pan Liga, z oczywistych powodów no i żadnego z antynizmów też by w kraju nie było. Nieprawdaż.
Przygotowujecie “grunt” w naszym kraju w sobie tylko wiadomym celu. Ale bądźcie-że, pan Liga, konsekwentni, znaczy logiczni i dla zwykłej solidności w działaniu powycinajcie te drzewka, poświęcone sprawiedliwym wśród narodów świata.
Lach
http://marucha.v3v.org/viewtopic.php?t=1480
2008-03-07 (piątek) @ 02:42:14
Jeśli Kaczyński tak się wypiął, to musi coś być nie tak w tej legendzie Marca. Trudno to do końca pojąć.
2008-03-07 (piątek) @ 02:48:42
Mity marcowe 1968
Mija 37 rocznica WYDARZEŃ MARCOWYCH. Na ich temat opublikowano kilkadziesiąt książek i prac. Większość w duchu zgodnym z “politycznie poprawną” oceną Wydarzeń, jako zrywu studentów pod przywództwem jedynego, słusznie działającego ośrodka politycznego, dowodzonego przez Adama Michnika.
Jest kilka prac czysto chronologicznych, opierających się na źródłach prasowych, są też relacje uczestników, ale nikt “nie dotarł” do prostej prawdy o prowokacji przygotowanej przez członka BP PZPR, szefa MSW gen. Mieczysława Moczara, prowokacji skierowanej przeciwko I sek. PZPR Władysławowi Gomułce i jego ekipie.
W 1967 w porywie szczeniackiej głupoty przeniosłem się z Wydziału Historii UW, na Wydział Filozofii, i nowo tam utworzony Instytut Nauk Politycznych. Już na pierwszym wykładzie u dr Szackiej zdrętwiałem, gdy w przerwie osiemnastoletnie szczeniaki zaczęły do siebie mówić per “towarzyszu” - (dopiero potem przeszli między sobą na “ty”).
Wśród 120 studentów, ja wraz z Andrzejem Dąbkowskim (synem “kułaka” spod Czerwieńska), i trzecim chłopakiem Włodkiem Mizerką z Targówka(?), tworzyliśmy matecznik “reakcji”. Do stycznia 1968 nic nie wskazywało na nadchodzący kryzys polityczny. Życie toczyło się siermiężnie, a o “zdjęciu” Dziadów z afisza itd., dowiadywaliśmy się z Wolnej Europy. Dopiero po feriach świątecznych aktyw ZMS i kadra z PZPR, zaczęli roznosić ulotki uświadamiające studentów “kto to są Komandosi” i ich szef Adam Michnik.
Naiwnie zapytałem nijakiego Matejewskiego (bratanka zastępcy Moczara), ilu jest tych “komandosów”, czego oni chcą - wywołało to odwrócenie się na pięcie. W pierwszych dniach marca, w gablotkach pojawiły się odezwy ZMS przestrzegające przed komandosami Michnika. 4 marca z UW zostali relegowani Michnik i Szlejfer.
6 marca w gablotkach i pod pulpitami ławek leżały ulotki wzywające do bojkotu wiecu wyznaczonego na 8 marca. To z tych zawiadomień roznoszonych przez aktyw PZPR i ZMS, całe UW dowiedziało się o terminie wiecu. 8 marca w południe, wraz z Dąbkowskim pobiegliśmy na skwer przed BUwem (starym).
Z tonu i ostrości propagandy antywiecowej spodziewaliśmy się wielotysięcznego tłumu, a tu w prawym, bliższym Krakowskiego Przedmieścia, rogu skwerku, między cisami (rosną do dzisiaj) stało około 40 osób, a w oddaleniu od nich około 100.
“Komandosi” trzymani “na barana” przez kolegów odczytali protest w sprawie relegowania Michnika, parę zdań o Dziadach, o Konstytucji PRL, a po 10 minutach zapanował kompletna konsternacja i cisza. Wtedy Baśka Toruńczyk, ówczesna dziewczyna Michnika, odczytał apel ponownie, i potem po raz trzeci przeczytano ten sam tekst. Próbowano skandować jakieś hasła, ale nikt ich nie podchwycił, i wiec praktycznie upadł.
Z lewej strony skweru stała w “formacji trójkąta” grupa aktywu ZMS i ZSP pod przewodem starosty naszego, pierwszego roku INP - Heńka Szafira - ( czasami drukuje korespondencje z Jerozolimy w Newsweeku), który (bez megafonu) usiłował polemizować z komandosami. W tej grupie też nie było entuzjazmu, i po zaledwie 30 minutach wiec umierał śmiercią naturalną, a studenci zaczynali rozchodzić się do swoich zajęć.
I tak by się skończyły słynne WYDARZENIA MARCOWE ‘68, gdyby w tym momencie na teren UW, od strony Krakowskiego, nie zaczęły wbiegać grupy cywilów, milicjantów, i nie wjeżdżać obdrapane autobusy z aktywem PZPR i ORMO - można ich było poznać po jesionkach w jodełkę i koszmarnych, welurowych kapeluszach. To oni wywołali zajścia, odpychając wszystkich wychodzący studentów od bramy, i tłukąc każdego, kto usiłował opuścić skwerek.
Siłą rzeczy zostaliśmy zagnani pod rektorat w Pałacu Kazimierzowskim, gdzie prorektor “komuch” Rybicki wyszedł na balkon z łańcuchem na piersiach, i wzywał do rozejścia się, co było oczywiście niemożliwe, ponieważ wszystkie boczne uliczki UW były zablokowane przez ORMO i tajniaków.
Dopiero teraz wydarzenia marcowe stawały się wydarzeniami. Nie były to w jakiejkolwiek mierze rozruchy w obronie Michnika i komandosów, tylko spontaniczny odruch samoobrony napadniętych studentów, który to odruch następnego dnia przerodził się w wystąpienia antykomunistyczne skierowane przeciwka władzy PRL.
Starannie przygotowana prowokacja szefa MSW gen. Moczara i jego ludzi takich jak dr Walichnowski, gen. Korczyński, ambasador Ptasiński, v-min. Matejewski, Kazimierz Kąkola itd., zaczynała nabierać rozmachu.
Studenci zgromadzeni przed zamkniętą bramą UW zaczęli wycofywać się Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem napierani przez oddziały milicji. (Wróciłem przez wydział geografii do budynku filozofii ze zdartym gardłem - nie mogłem zupełnie mówić od wrzeszczenia, jak i oddychać, od zmasowanego ataku gazowego).
Spontaniczny pochód studentów, około 1.000 osób idący Krakowskim Przedmieściem, MO mogła bez wysiłku rozbić i skierować w Świętokrzyską, mogła rozbić przy Wareckiej, i przy Foksal, ale Moczar celowo dopuścił pochód aż na skrzyżowanie Nowego Światu i Jerozolimskich, pod same okna KC, by tam dopiero na oczach Gomułki, rozpędzić demonstrantów i popakować ich do bud milicyjnych.
Moczar doniósł też Gomułce treść rzekomo wznoszonych haseł : “Precz z Gomułką”; “Zambrowski do biura!” - co było tanim wymysłem.
9 marca brałem z kolegami udział w wiecu, w auli Politechnik Warszawskiej. To już był prawdziwy wiec, manifestacja narodowa i antykomunistyczna ( nikt nie wspominał nawet o Michniku i “komandosach”)- . Po wiecu, gdy kolos Polibudy już się “rozbujał”, wyszliśmy w pochodzie skierowanym pod MSW na Rakowieckiej (budynki były wtedy nie ogrodzone - a od strony pustego Pola Mokotowskiego można było tam wejść bez problemu). Czoło pochodu w równych rzędach zaczęło maszerować Polną, wznosząc hasła Gestapo, gestapo”, “Pachoły!” itd.
W przypadku tego pochodu, milicja i SB zadziałały w pełni profesjonalnie - szedłem w około 12 rzędzie, gdy nadbiegły dwa odziały ZOMO z tarczami i pałami, i zaatakowały czoło pochodu z obu stron, od Mokotowskiej i od Wawelskiej, rozbijając go na wysokości 15-go rzędu!
Pochód został zawrócony ku Politechnice ( zaczął się strajk okupacyjny PW), a odcięte czoło pochodu został pognane aż do Placu na Rozdroży. Biegliśmy po błocie i gruzie dzisiejszego wykopu Trasy Łazienkowskiej.
W wieżowcach, po lewej stronie Placu na Rozdrożu, ludzie pochowali nas po mieszkaniach i częstowali herbatą. Atmosfera była jak w czasie okupacyjnej łapanki - pełna solidarność społeczna skierowana przeciw okupantowi!
Zabłocony i z rozciętym uchem (dostałem kamieniem, przeznaczonym dla ZOMOwców) dotarłem koło 13:00 na wydział. Rozgorączkowany pobiegłem na piętro gdzie natknąłem się na naradzające się resztki “komandosów” - gdy relacjonowałem wypadki na Politechnice, nagle zrozumiałem, że te wymuskane siksy w zachodnich ciuchach i ich kolesie jeżdżący trymphfami, biorą mnie za “użytecznego idiotę”.
(I tak IM już zostało - zawsze uważali się za jedynych godnych i powołanych do rządzenia Polską - tak było na Uniwerku - potem w KOR-ze, przy Okrągłym Stole, w UD, UW i dzisiaj w PD. Mając dzisiejszy zasób wiedzy, z przerażeniem stwierdzam, że moczarowskie ulotki opisujące ich jako “polityczny odłam bananowej młodzieży”, których tatusiowi odpadli w wewnątrzpartyjnej walce między “natolińczykami” a “puławianami”, nie wiele mija się z prawdą.
Faktycznie były to w 90% dzieci odsuniętych z PZPR “funków” pochodzenia żydowskiego, bo w PPR-PZPR antysemityzm był podstawowym orężem walki o stołki. Od dziecka byli wychowani w realiach właścicieli Polski Ludowej, a gdy im to zabrano, zaczęli walczyć o rewizję linii PZPR, o prawo do utraconego, komunistycznego raju - gdzie latami, jako wybrańcy mieli według zasady “każdemu według potrzeb”. Dzisiaj grupa ta wraz z klientelą liczy 600 ? 800 osób i uważa, że ma dalej niezbywalne prawo do rządzenia 38 milionowym narodem!)
Rozruchy były dalej rozdmuchiwane przez SB - zatrzymywano w okolicach UW wszystkich studentów, zabierano legitymacje, pałowano bez przyczyny, rozpowszechniano nekrologi rzekom zabitych studentek!
Machina prowokacji szła pełną parą - TV i Słowo Powszechne, Kurier Polski szalały - Bolesław Piasecki odreagowywał wszystkie upokorzenia prywatne i polityczne, jakich doznał z “rąk” ppłk. Luny Bristigier. Pouczał “Trybunę Ludu” i KC PZPR jak rozprawić się z syjonistami (ówczesny synonim Żydów). Nagonka antysemicka została rozpętana jak za najlepszych czasów carskiej Ochrany.
W Audytorium Maximum odbyły się trzy wiece studenckie, to po prostu były spontaniczne wystąpienia powstańcze młodzieży polskiej, skierowane przeciw komunie, PRL-wi, i pachołkom ZSRR!
Około 19 marca do ciasnego umysłu Gomułki dotarło, że prowokacja jest skierowana przeciw niemu, i jego rodzinie. Kampanię zaczęto wyciszać.
Efektem wydarzeń była emigracja około 20 tys. Żydów - niedobitków ocalałych z Zagłady, pacyfikacja “przedwojennej resztówki” inteligencji polskiej - śmierć Zawieyskieg, i wkrótce też Pawła Jasienicy.
Złamanie karier życiowych kilkuset zdolnych studentów w całej Polsce, usuniecie do listopada ?68 z PZPR około 230 tys. (!) ludzi - (a więc wszystkich niewygodnych, i nie wykazujących entuzjazmu dla antysemickich czystek - przyjęto natomiast do partii około 4 tys. aktywistów marcowych), czystka w wojsku dokonana przez gen. Jaruzelskiego (dzisiejszego przyjaciela Michnika), oraz podkopanie autorytetu Gomułki, którego odsunięto wraz z ekipą w grudniu 1970 roku.
Nowa ekipa Gierka, przy wsparciu Moskwy, ostatecznie zablokowała starania grupy Moczara o przejęcie władzy. W 1971 podczas oficjalnej wizyty Gierka w Pradze Czeskiej, Moczar w “swoim” starym Olsztynie, po raz ostatni usiłował zaistnieć jako kandydat na genseka, zaalarmowany Gierek przerwał wizytę i po przylocie do Olsztyna rozgonił wojewódzką konferencje partyjną z Moczarem włącznie.
Wkrótce potem ambasador gen. Korczyński popełnił samobójstwo w Algierze, a v-min MSW Mytejewski został skazany na 6,5 roku więzienia za organizowanie “czarnej kasy” SB.
Gdyby gen. Moczar nie miał pretekstu do rozpętania wydarzeń marcowych w 1968 roku, to być może protest robotniczy z grudnia 1970 wsparty zostałby przez masowe wystąpienia studenckie. Struktury PRL odczułyby to znacznie boleśniej, a ustępstwa nowej ekipy musiałyby być znacznie większe, niż te wprowadzone przez Gierka.
Z ludzi “przyzwoitych” pragnę tu poza Zawieyskim, Kisielem, Jasienicą, przypomnieć też szefa MSZ Adam Rapackiego, który do przedstawionej mu listy Żydów jakich powinien zwolnić, dopisał na końcu swoje nazwisko i opuścił MSZ na zawsze ( objął je po nim przedwojenny endek na usługach PZPR, niejaki Winiewicz)
Przeciwstawne postawy z Uniwersytetu Warszawskiego: to moje wspomnienie Audytorium Maximum, a przed nim, siwiuteńki jak gołąbek, kruchy profesor Stanisław Herbst rozłożonymi rękoma odgradza studentów od napierających tajniaków, a z drugie strony przypadek szczupłego, długowłosego chłopaczka - Stanisław Cioska, który w kilka miesięcy potem, w nagrodę za “aktywność” w gnojeniu studentów został przewodniczącym Rady Naczelnej ZSP, z przynależnym kierowcą i wielką limuzyną, z której przez 37 lat nigdy nie wysiadł (dzisiaj jest doradcą prezydenta).
Kto poza tow. Cioskiem i marcowym aktywem PZPR (dzisiaj w SLD), odcina jeszcze kupony od wydarzeń marcowych?
No oczywiści środowisko “Agory” i ludzie Michnika - od Aleksandra Smolara - szefa Fundacji Batorego i Eugeniusz Smolara włodarza Polskiego Radia począwszy, aż po Baśkę Toruńczyk, która poprzez “Zeszyty Litarckie” wydawane przez “Agorę” sprawuje rząd dusz w polskiej literaturze i kulturze.
W za trzy lata, w roku 2008 będziemy obchodzić 40 rocznicę zawłaszczonych przez UD-UW-PD Wydarzeń Marcowych - mam nadzieję, że obudzą się wszyscy zwykli Polacy, ówcześni studenci i wykładowcy, uczestnicy antykomunistycznych wydarzeń marca 1968, i swoim masowym odzewem zepchną na margines oficjałki “Gazety Wyborczej” i “środowiska” Agory.
Najwyższy czas dać świadectwo prawdzie.
Remigiusz Włast-Matuszak
http://www.prawica.net/node/2791
2008-03-07 (piątek) @ 02:55:29
OTO CAŁA PRAWDA O MARCU 1968. POTWIERDZAM JAKO NAOCZNY ŚWIADEK.
A.Gołąb
::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::
Stalinięta wracają z ciepłych krajów?
Szanowni Państwo!
Jak pamiętamy, starożytni Rzymianie potrafili każde spostrzeżenie przedstawić w postaci pełnej mądrości sentencji. Tak właśnie postąpił również poeta Wergiliusz, zauważając, że „fama crescit eundo”, co się wykłada, ze plotka rośnie w miarę rozchodzenia się.
Plotki mogą rozchodzić się albo w przestrzeni, albo w czasie, ale w jednym i w drugim przypadku rozrastają się tak samo. Oto już w najbliższą sobotę, 8 marca, minie 40 lat od tak zwanych „wydarzeń marcowych”, które plotka próbuje dzisiaj przedstawić, jako wybuch „organicznego polskiego antysemityzmu” – coś w rodzaju miniaturowego holokaustu, którego ofiary pozostają nieutulone w żalu aż do dnia dzisiejszego.
Tak się składa, że wydarzenia te pamiętam również jako ich – najpierw mimowolny, a potem – już świadomy i dobrowolny uczestnik, jako że w marcu 1968 roku byłem studentem III roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Marii Curie- Skłodowskiej w Lublinie. Zanim jednak przejdę do samych wydarzeń, chciałbym przedstawić je na tle historycznym, dzięki czemu ich istota, przebieg i następstwa – a także dzisiejsza, rozrośnięta „fama” – staną się lepiej zrozumiałe.
Wszystko zaczęło się od śmierci Józefa Stalina, która – jak podało Radio Moskwa – nastąpiła 5 marca 1953 roku, a więc równo 55 lat temu. Wprawdzie Józef Stalin był „Słońcem Ludzkości” – tak przynajmniej utrzymywał wówczas i prof. Leszek Kołakowski i Bronisław Geremek i wiele innych autorytetów drobniejszego, że tak powiem, płazu – ale pozostawił po sobie kilkadziesiąt milionów trupów. W większości Rosjan, ale przedstawicieli innych narodów też wśród nich nie brakowało. Kiedy zatem zakończyły się uroczystości pogrzebowe i rytualne lamenty, a także – kiedy już towarzysze radzieccy szczęśliwie ukatrupili Wawrzyńca Berię – wszyscy zaczęli się zastanawiać, na kogo wskaże teraz nieubłagany palec, jako na współwinowajcę stalinowskich zbrodni. Nie musze dodawać, ze im bardziej ktoś był w to zamieszany, tym większy odczuwał niepokój. Te nastroje szybko przeniosły się również do Polski, gdzie niepokój gwałtownie wzrósł po tak zwanym tajnym referacie Chruszczowa, który część tych zbrodni ujawniał.
W takich sytuacjach ogromnie liczy się refleks. Lepszym refleksem wykazali się stalinowcy pochodzenia żydowskiego, których było całkiem sporo zwłaszcza w aparacie propagandy i terroru.. Stalinowcy z propagandy pierwsi podnieśli nieubłagany palec, wskazując na tubylczych funkcjonariuszy aparatu terroru, jako na właściwie jedynych sprawców „błędów i wypaczeń”, będących treścią „kultu jednostki”. Ci tubylczy siepacze nie posiadali się ze zdumienia i zgorszenia. Owszem – łamali kości, zrywali paznokcie, mordowali i rabowali – co do tego nie ma wątpliwości – ale rozkazy przecież wydawali im tamci! W ten oto sposób narodził się antagonizm, który odbił się czkawką w marcu 1968 roku i odbija się również dzisiaj.
Sytuacja nieco się uspokoiła, kiedy po „odwilży” w 1956 roku opuściło Polskę około 25 tysięcy Żydów – głównie z aparatu i UB – ale antagonizm między dawnymi wspólnikami komunistycznych zbrodni tlił się nadal.
Pewną pożywką dla niego były objawy starczego uwiądu komunizmu, jaki pojawiać się zaczął w latach 60-tych. Żeby jakoś temu przeciwdziałać, niektórzy komunistyczni zbrodniarze, jak np. Mikołaj Diomko, znany bardziej pod pseudonimem Mieczysława Moczara, postanowili podjąć próbę zaszczepienia więdnącego komunizmu na ciągle żywym pniu nacjonalistycznym. W ten właśnie sposób w PZPR pojawiła się frakcja „partyzantów”, mająca porachunki z nadal silnym w partii lobby żydowskim.
Ale z nacjonalizmem jest ten problem, że trzeba mu wskazać wroga. Wróg oczywiście był; każdy wiedział, że to Związek Radziecki, ale Moczar ani nie chciał, ani nie mógł przecież go wskazać. Z pomocą „partyzantom” przyszedł przypadek.
Oto w czerwcu 1967 roku na Bliskim Wschodzie wybuchła „wojna sześciodniowa”, zakończona sromotną klęską popieranych przez ZSRR krajów arabskich. W przeważającej części opinii polskiej, a już na pewno – w środowiskach studenckich, wywołało to rodzaj mściwej satysfakcji, że wreszcie ktoś Sowietom skopał tyłek, niejako również w naszym imieniu. Podkreślam to z naciskiem, bo dzisiaj pojawiają się głosy, że wtedy właśnie doszedł do głosu rzekomy „organiczny polski antysemityzm”. Tymczasem było akurat odwrotnie.
Oczywiście Breżniew natychmiast to zauważył i już 19 czerwca 1967 roku Władysław Gomułka zaczął się odgrażać, że zlikwiduje „syjonistyczną piątą kolumnę”. Czy ta kolumna była syjonistyczna – obawiam się, że o żadną ideowość tego typu posądzać jej raczej nie można. Była to raczej sitwa zorganizowana na zasadzie rasowo-plemiennej – ale była i ze swej strony też dążyła do konfrontacji, dzięki której mogłaby opuścić cudny komunistyczny raj nie z piętnem stalinowskich zbrodniarzy, tylko biednych ofiar komunizmu – z czego na wrażliwym Zachodzie znowu można by ciągnąć profity.
Dobra okazją stały się „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. Dramat ten, jak wiadomo, obfituje w akcenty antyrosyjskie, które podczas kolejnych przedstawień wywoływały demonstracyjnie burzliwe oklaski. Strasznie denerwowało to Gomułkę, który sztorcowany przez Breżniewa i wystraszony nie na żarty sytuacją w Czechosłowacji, nakazał w końcu zdjąć „Dziady” z afisza. Ostatnie przedstawienie stało się okazją do burzliwej demonstracji, przy czym autentyczne oburzenie ogarnęło również ludzi zirytowanych „skandaliczną dyktaturą ciemniaków”. I kiedy wyrzucono z uniwersytetu dwóch uczestników tej demonstracji: Adama Michnika i Henryka Szlajfera – 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się protestacyjny wiec. Milicja i ormowcy rozpędzili go pałami, wskutek czego rozruchy przeniosły się na ulice Warszawy. Przypadkowo będąc tego dnia w stolicy i natknąwszy się na rozpędzany przez milicje pochód, natychmiast się do niego przyłączyłem, a następnego dnia zdałem kolegom w Lublinie szczegółową relację.
Demonstracje studenckie, jakie na następnych dniach miały miejsce we wszystkich ośrodkach akademickich w Polsce, nie miały ani charakteru antysemickiego, ani filosemickiego – tylko po prostu antykomunistyczny. I wielu polskich studentów przypłaciło swój udział w tym buncie represjami.
Wkrótce też rozpoczęły się wyjazdy z Polski żydowskich emigrantów. Zmiana miejsca zamieszkania zawsze wiąże się z jakimś przeżyciem, ale używanie na tę okoliczność określenia „wypędzenie” - nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kto nie chciał wyjeżdżać, ten wcale nie musiał i nie było mu z tego powodu gorzej, niż wszystkim innym Polakom. Pogorszenie swojej sytuacji mogli odczuwać ci, którym skończył się okres dobrego fartu albo w propagandzie, albo w partii, albo w milicji, albo w wojsku, albo w administracji gospodarczej. Utracone posady w komunistycznym establishmencie – oto całe ówczesne „męczeństwo”. Spora część tych świeżo upieczonych „męczenników” weszła zresztą natychmiast w rolę „ofiar komunistycznego reżymu”, z tym większą gorliwością, im wyższą rangę w tym reżymie posiadali i im więcej zasług dla jego umocnienia położyli. To właśnie o nich mówił popularny wówczas dowcip o Aaronku, którego dyrektor przyłapał podczas lekcji na szkolnym boisku.
- Dlaczego nie w klasie – zapytał? - Bo logiki nie ma – odparł Aaronek. - Jak to: logiki nie ma? Co to ma znaczyć? - Bo, panie dyrektorze, ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel mnie wyrzucił z klasy na świeże powietrze, a cała reszta siedzi w tym smrodzie.
Warto o tym pamiętać również i dzisiaj, kiedy „marcowi męczennicy” dość natarczywie domagają się przywrócenia obywatelstwa, a niektórzy tubylczy dygnitarze podlizują się im i nadskakują, pewnie w nadziei na łaskawy chleb w nowym reżymie.
Stanisław Michalkiewicz
Felieton · Radio Maryja · 2008-03-06 | http://www.michalkiewicz.pl
2008-03-07 (piątek) @ 06:15:25
I jeszcze kropka nad “i” postawiona przez Mistrza Michalkiewicza
Przypadki i znaki
Nie ma przypadków - są tylko znaki - mawiał ks. Bronisław Bozowski, niezapomniany kaznodzieja z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. I jakże inaczej, skoro Gustaw Holoubek, słynny polski aktor, przeżywszy 85 lat, umarł niemal w przeddzień 40 rocznicy tak zwanych wydarzeń marcowych, których pretekstem stało się zdjęcie z afisza “Dziadów” Adama Mickiewicza, w których grał on Konrada?
Gdyby nie chodziło o śmierć, można by mówić o szczęśliwym zbiegu okoliczności, bo odejście Gustawa Holoubka, przez swoją ówczesną rolę nierozerwalnie z tamtymi wydarzeniami już związanego, przywraca 40. rocznicy Marca poważny charakter, zamiast kolejnej hucpy, w jaką właśnie przekształcali ją nieutuleni w żalu “wypędzeni”, zwęszywszy łatwą okazję zdobycia paszportu, dającego możliwość osiedlenia się w dowolnym kraju Unii Europejskiej i robienia tam geszeftów. Można powiedzieć, że swoją śmiercią Gustaw Holoubek wyświadczył Polsce kolejną przysługę przez to, że dzięki temu wszyscy mogli przypomnieć sobie, o co naprawdę wtedy chodziło - że nie o żadnych Żydów, z którymi rozprawili się ich dawni kumple z partii, propagandy i UB - tylko o protest młodzieży przeciwko komunizmowi, który narodową kulturę dławił kneblem cenzury. A niewiele brakowało, by tamten bunt przeciwko komunie został przez “prasę międzynarodową” i “światowej sławy historyków” zredukowany do kolejnego wybuchu “organicznego polskiego antysemityzmu”. W tej sytuacji trudno zaprzeczyć, że nie ma przypadku, a tylko znak, że być może samo Niebo, przecinając nić życia Gustawa Holoubka akurat teraz, dało wyraz swemu obrzydzeniu wobec bezczelnych prób fałszowania bodaj jedynego w powojennej historii zrywu, który nie miał żadnego związku z kiełbasą. Mówię oczywiście we własnym imieniu, ale mam nadzieję, że zgodzą się z tym również inni przedstawiciele tamtego studenckiego pokolenia, które już dawno zapomniało Gustawowi Holoubkowi jego przelotny flirt z partią w latach 70., a zachowuje we wdzięcznej pamięci wzruszenia, jakich swoją sztuką nam dostarczył.
Wiadomość o śmierci Gustawa Holoubka pojawiła się w momencie, gdy w Pałacu Namiestnikowskim (Czy to nie znak? - Po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego nazwa znowu będzie pasowała jak ulał!) prezydent Lech Kaczyński dekorował orderami uczestników “wydarzeń marcowych”. Sensacją dnia stała się nieobecność na tej akademii Adama Michnika, który podobno nie został zaproszony. Jeśli to prawda, to wśród doradców pana prezydenta musi być wyjątkowo dużo bęcwałów, których wyszukuje on sobie chyba specjalnie w jakimś korcu maku. Kogo, jak kogo, ale mnie naprawdę trudno posądzać choćby o cień sympatii do Adama Michnika, ale skoro tytułem do otrzymania orderu jest udział w jakimś wydarzeniu, no to Michnikowi order z okazji “wydarzeń marcowych” należy się, jak psu buda. Szczególnie irytujące jest, że michnikowszczyzna otrzymała kolejny dowód niemądrej, niegodnej męża stanu małostkowości pana prezydenta. Doprawdy, wszyscy znaleźliśmy się w nieprzyjemnej sytuacji, niczym incydent opisywany przez Antoniego Słonimskiego. Był on kiedyś z Tuwimem i Witkacym w teatrze, na przedstawieniu, które im się nie podobało. Wszczęli awanturę, przedstawienie przerwano, a jakiś pan stanął w loży i - jak wspomina Słonimski - w stronę awanturujących się “niegłupio krzyknął”: “zachowanie panów zmusza nas do obrony tej miernoty!”.
Jeden z zaproszonych, Bogdan Czajkowski, w 1968 roku przywódca strajku na Politechnice Warszawskiej, odmówił przyjęcia orderu, motywując to między innymi niechęcią prezydenta Lecha Kaczyńskiego do przeprowadzenia referendum w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Jestem nie tylko pełen uznania dla gestu Bogdana Czajkowskiego, którego miałem okazję poznać, będąc naczelnym redaktorem “Najwyższego Czasu!”, bo uważam, że gest ten nadaje niepokojącą aktualność 40. rocznicy buntu przeciwko ignorowaniu uczuć, a kto wie, czy również nie interesów narodowych, że spina 40 lat jedną klamrą.
Tymczasem medialny parasol ochronny, jakie razwiedka trzyma nad rządem premiera Donalda Tuska, zaczyna powoli przeciekać. Nie sposób bowiem ukryć takich wydarzeń, jak masowe składanie przez sędziów pozwów o wypłatę wynagrodzeń i zapowiedź akcji protestacyjnej, która ma polegać już to na “sądach bez sędziów”, już to na strajku włoskim. Wielu ludzi naiwnie myślało, że strajk włoski jest dla naszych sądów chlebem powszednim, tymczasem okazuje się, że wszystko dopiero przed nami. Zastrajkowali też policjanci, niezadowoleni ze sposobu rozdysponowania pieniędzy przeznaczonych na podwyżki płac. Wprawdzie kontrolowane przez razwiedkę media uspokajają, że strajk “nie wypalił”, ale nie da się ukryć, że pieniądze rozdysponowano wedle zasady smarowania tłustego połcia, bo największe podwyżki dostała kadra dowódcza, podczas gdy szeregowi policjanci - raczej symboliczne. Ponieważ policjantom nie wolno strajkować, prawdziwe oblężenie przeżyły stacje krwiodawstwa, bo honorowemu krwiodawcy przysługuje ustawowo jeden dzień wolny od pracy. Nieustannie tli się protest w sektorze ochrony zdrowia, słowem - konfrontacja buńczucznych obietnic z kampanii wyborczej z budżetową rzeczywistością staje się coraz bardziej kłopotliwa. W tej sytuacji rząd próbuje stwarzać pozory energicznego zdecydowania w sprawach, przynajmniej na pierwszy rzut oka nie wymagających nakładów. Minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna nakazał właśnie wojewodom, by “w trybie pilnym” stwierdzili, iż “marcowi” emigranci nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa. Najwyraźniej min. Schetyna traktuje tych emigrantów ze znacznie większą życzliwością niż Polaków, którym obywatelstwo polskie odebrał w 1940 roku Józef Stalin. W stosunku do nich ani on, ani nikt inny nie tylko nie wprowadził “trybu pilnego”, ale w ogóle - żadnego. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę, jaką puszkę Pandory w ten sposób otwiera, boć przecież ci emigranci podjęli służbę w obcych armiach, np. - w armii izraelskiej, co w myśl prawa polskiego jest ciężkim przestępstwem. Gdyby “utracili” obywatelstwo - wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, ale skoro “nie utracili”, to w “państwie prawnym” mogą czekać ich rozmaite niespodzianki. W tej sytuacji jedyna nadzieja w strajku policji i sędziów, który w takich okolicznościach może też awansować do rangi znaku.
Stanisław Michalkiewicz
“Goniec”
2008-03-07 (piątek) @ 07:59:55
Jeśli Kaczyński tak się wypiął, to musi coś być nie tak w tej legendzie Marca. Trudno to do końca pojąć.
Marzec’68 to dość skomplikowane zjawisko, ale można by je z grubsza opisać następujaco:
Dwie frakcje PZPR (puławian i natolińczyków) walczą o rządy. Nie o żadne tam zlikwidowanie komunizmu.
Jedna z tych frakcji, sprytniejsza (puławianie) zaczyna udawać, iż chodzi im o “demokrację”.
Na to pustosłowie załapuje się mnóstwo młodzieży studenckiej, w ogromnej większości szczerze i uczciwie wierzącej w to, iż działają dla dobra Polski.
Po 40 latach czują do siebie niesmak, iż dali się oszukać.
2008-03-07 (piątek) @ 11:19:23
Skandalem jest przede wszystkim to, że wogóle traktuje się tą “uroczystość” w pałacu na równi z prawdziwie polskimi, patriotycznymi uroczystosciami. To jest skandal. Dalsze sprawy czy Michnik vel Szechter dostanie medal czy nie to sprawa wtórna. Dla mnie mógłby dostać bo ja na medale rozdawane przez preżydenta Kalkstein po prostu……………To niePolak.
2008-03-07 (piątek) @ 14:38:16
[...] Original post by Marucha [...]
2008-03-07 (piątek) @ 16:19:43
Czy podmiana w tekście imion braci Kłamczyńskich : “…prezydent Jarosław Kaczyński nie zaprosił wybitnego …” jest zamierzona czy przypadkowa? Hihihihi!
2008-03-07 (piątek) @ 17:02:34
Pijmy za odżydzone WOJSKO POLSKIE! :) HUURA!!! Lektura obowiązkowa dla Polskiego patrioty:http://pl.wikipedia.org/wiki/PT-91 Komentarz ode mnie: Ich liczba jest jak na tak wielkie państwo jak Rzeczpospolita wciąż zbyt mała. Uwaga! Zobacz też i skomentuj po angielsku: http://www.ww2incolor.com W przypadku natknięcia się na jakiś głupi komentarz Niemca piszącego po ang. bzdury na temat Wojska Polskiego w 1939r. WARTO skomentować (Ja sam nie dam rady z setkami wpisów). dziękuję i pozdrawiam!
2008-03-07 (piątek) @ 17:12:59
[...] [Dziennik gajowego Maruchy] Skandal, który odbije się echem [...]
2008-03-07 (piątek) @ 17:31:15
No i wszystko jasne! Dokladnie tak jak napisal gajowy Marucha. Zwykly medal podczas zwyklej uroczystosci ze zwyklymi ludzmi - to dla wielkiego Michnika za malo. “Jeden najwiekszych patriotow polskich” powinien miec zorganizowana osobna i wyjatkowa impreze z panem prezydentem, ktory wreczy mu zupelnie osobno wyjatkowy medal! Hihihihihi!
—————————————–
Michnik najwiekszy Polski patriota
“Podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Ewa Junczyk-Ziomecka powiedziała na konferencji dotyczącej 40-tej rocznicy wydarzeń Marca’68, że prezydent Lech Kaczyński powinien spotkać się z redaktorem naczelnym “Gazety Wyborczej” Adamem Michnikiem.
- Nikt nie ma żadnej wątpliwości, że jest to jeden z największych polskich patriotów. Nikt tego nie kwestionuje - dodała.”
2008-03-07 (piątek) @ 19:09:01
Nie martwcie się Michnikiem, za to pozwólcie mówić Bogdanowi Czajkowskiemu!
Zrobiła się straszna afera, bo prezydent Lech Kaczyński nie zaprosił Adama Michnika do Pałacu Prezydenckiego na uroczystości wręczenia odznaczeń z okazji jubileuszu Marca` 68. Teraz, prezydent chyba żałuje, bo ministrowie jego kancelarii tłumaczą się na wszystkie strony, że „Michnik to bohater” i warto, jak mówiła minister Ewa Junczyk-Ziomecka podczas konferencji naukowej pt. „Żydowski Marzec”, żeby „rozmawiał z prezydentem o przyszłości tego kraju” (chyba chodzi o Polskę), ale nie wiadomo konkretnie o czym mieliby rozmawiać.
Nie wiadomo, kto nie zaprosił Michnika na uroczystości? Zrobiła się afera medialna, a ludzie prezydenta milczą. Milczy też prezydent. Nie wiem, dlaczego w komentarzach dominuje nuta oburzenia? Przecież Lech Kaczyński miał prawo zaprosić kogo chciał i również miał prawo nie zaprosić kogo uznał. Jak wiadomo, na liście osób odznaczonych nie było Adama Michnika. Tylko dlaczego milczą w tej sprawie ludzie z pałacu? Więcej odwagi, panie prezydencie!
Michnika nie było na uroczystościach – jest problem na całą Polskę. Dziwnie cicho natomiast jest wokół obecnego w Pałacu Prezydenckim, Bogdana Czajkowskiego – jednego z liderów studenckich protestów w marcu 1968 roku. Bogdan Czajkowski odmówił bowiem przyjęcia od prezydenta odznaczenia i przy tej okazji powiedział, że powodem odmowy była zdrada polskich elit, które nie zgodziły się na referendum w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego oraz wieloletnie „niszczenie” go przez polskie sądy. W zamian za odmowę przyjęcia odznaczenia, prezydent odmówił Czajkowskiemu wygłoszenia uzasadnienia do rezygnacji z przyjęcia orderu.
Przyszedł – niedobrze, nie przyszedł – też do niczego. Co jakiś czas nie udają się prezydentowi pałacowe galówki.
Blisko czterdzieści lat temu, 8 września 1968 roku na trybunie Stadionu X-lecia PRL podczas obchodów dożynkowych z udziałem Władysława Gomułki, oblał się benzyną i podpalił Ryszard Siwiec, filozof, urzędnik z Przemyśla. Uczynił to na znak protestu przeciwko udziałowi jednostek LWP pod komendą gen. Wojciecha Jaruzelskiego w sowieckim najeździe na Czechosłowację. Ugaszony przez agentów SB, Ryszard Siwiec zmarł 12 września 68 r. Kiedy w 2003 roku Aleksander Kwaśniewski pośmiertnie odznaczył Siwca Krzyżem Komandorskim Orderu odrodzenia Polski, pani Maria Siwcowa, wdowa po Ryszardzie odmówiła przyjęcia odznaczenia od postkomunisty.
W liście pożegnalnym do żony, Ryszard Siwiec napisał: „Kochana Marysiu, nie płacz. Szkoda sił, a będą ci potrzebne. Jestem pewny, że to dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność ginę, a to mniejsze zło niż śmierć milionów. Nie przyjeżdżaj do Warszawy. Mnie już nikt nic nie pomoże. Dojeżdżamy do Warszawy, pisze w pociągu, dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję spokój wewnętrzny jak nigdy w życiu”.
Szkoda, że prezydent Lech Kaczyński nie pozwolił Bogdanowi Czajkowskiemu na wygłoszenie uzasadnienia odmowy przyjęcia odznaczenia, przypuszczam, że miał Polakom do powiedzenia ważne rzeczy. Media solidaryzują się z prezydentem i też mówią tylko o Michniku, który akurat medali ma wiele, ale do powiedzenia Polsce – nic.
Mirosław Orzechowski - miroslaw-orzechowski.blog.onet.pl - 2008-03-07 17:46:00
2008-03-07 (piątek) @ 20:19:21
Coś tu nie gra.
Prezydent zawiózł światło wolności do Gruzji, nie tak dawno a Adaś w ślad za prezydentem pojechał pilnować aby tego światła, wybory, nie zdmuchnęły.
Toż to duet, pomimo takich czy innych “sprzeczności” w ich działaniu.
Może być tak, że to tylko Adasiowi ten “afront” tył może uratować na przyszłość.
2008-03-07 (piątek) @ 21:20:12
ad Policjanci
Proszę się tylko nie denerwować sytuacją w Policji, drodzy Państwo , ponieważ logicznym jest fakt, że w przypadku osiedlania się odznaczonej, przepraszanej i tak mile witanej postalinowskiej mniejszości narodowej, przysługuje jej również właściwa opieka ze strony przepraszających a najlepiej “swoja”.
Nie może być tak ażeby w jednym państwem występowały dwa organa prewencyjne, rzecz jasna mówimy o organach jawnych tzw mundurowych odróżniających się od siebie, zgodnie z przeznaczeniem, załóżmy że o(D)znaczeniem dajmy na to…- tym razem sobie odpuszczę - jak łatwo się domyśleć byłby to kolejny anty_izm. Więc jedynym rozwiązaniem są powstałe w sposób jak najbardziej naturalny, jak wszystko co się w państwie Gucia odbywa, vacaty!
Genialne jest to, co jest naturalne.
2008-03-07 (piątek) @ 22:37:54
Czy podmiana w tekście imion braci Kłamczyńskich : “…prezydent Jarosław Kaczyński nie zaprosił wybitnego …” jest zamierzona czy przypadkowa? Hihihihi!
Przypadkowa… choć zapewne nie bez udziału podświadomości.
2008-03-07 (piątek) @ 23:22:07
w Anglii, jakos tak w…… 1261 latach….. jakis niezrownowazony psychicznie (Robert Grosseteste) wychlil sie z projektem zmiany mentalnosci zydowskiej - probujac zatrudnic ich do zwyklych robot manualnych. No i ma sie rozumiec, ze caly pomysl zdechl zaraz w przedbiegach. I dlatego chyba tez po dzis dzien zydzi w Izraelu odmawiaja zamiatania ulic oraz wykonywania innych manualnych prac..
http://www.heretical.com/British/jews1290.html
…”A foolish attempt was made to turn Jews from usurers and merchants to material producers and common labourers. This proposal – putting Jews to work – was submitted by Robert Grosseteste, later Bishop of Lincoln. He thought it a good idea and he approved it. See Grosseteste, Epistolae, ed. Luard, V. p. 3ff. (To this day, Jews in Israel refuse to sweep the streets and do menial work.)”…
2008-03-07 (piątek) @ 23:50:34
Panie gajowy Marucha! Super! To przekreslenie dodaje jeszcze wiecej pieprzu niz pierwotna podmiana. Poplakalismy sie na nowo ze smiechu :) Hihihihihi! Jeszcze raz brawa za refleks i pomysl!!!!!
2008-03-08 (sobota) @ 09:25:08
Jest Pani bardzo spostrzegawcza, Jahalinko :-)
2008-03-08 (sobota) @ 10:24:45
Mój komentarz do rysunku pana Leszka Biernackiego http://www.wirtualnapolonia.com
Ładne “kwiatki”
Na początek przyznajmy że traktuje Nas “władza” - instrumentalnie, a taka opcja jak >realia polityczne< w perspektywie - co życie udowadnia empirycznie - jest również traktowana jako narzędzie i przynosi odwrotny efekt od Naszych zamierzeń.
Takie założenie będzie jak najbardziej konstruktywne.
2008-03-08 (sobota) @ 16:14:13
Obydwoje z Morycem cieszymy sie niezmiernie, ze nareszcie nadszedl dobry czas w Polsce, bo Polacy ochotniczo emigruja z kraju a Zydzi z calego swiata wracaja tu jak na swoje.
2008-03-09 (niedziela) @ 00:41:55
Co Wy macie do Kaczyńskich? Też wam nie odpowiadają, podobnie jak Tusk?
2008-03-09 (niedziela) @ 01:31:13
@ Moon
Też.
2008-03-09 (niedziela) @ 01:37:10
Ciekawe, co Wam odpowiada?
2008-03-09 (niedziela) @ 02:12:14
Czy Donald Tusk jest Polakiem? Czy interesy Polski naprawde leza mu na sercu? Czy Polacy i Polska w ogole go obchodza? Trudno jednoznacznie odpowiedziec na te pytania znajac niechlubna polityczna przeszlosc pana premiera.
Co sie wydarzylo podczas obrad II Kongresu Kaszubskiego w dniach 12 - 14 czerwca 1992r w Gdansku, w Domu Technika przy ul. Rajskiej 6. ????
Piastujac wtedy funkcje wiceprzewodniczącego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, 13 czerwca wyglosil programowe plomienne
przemowienie pt. “Pomorska idea regionalna jako zadanie polityczne”
Przedstawil w nim program pelnej autonomii Pomorza i Kaszub, ktore powinny zdaniem Donalda Tuska posiadac wlasny rzad, wlasny pieniadz i wlasne wojsko.
Przemowienie to wywolalo oburzenie ks. prof. Janusza Pasierba, poslow Alojzego Szablewskiego i Feliksa Pieczki, reprezentantow Wielkopolan i Gorno-Slazakow oraz wielu innych uczestnikow kongresu.
Posel Pieczka w odpowiedzi wyglosil pozaprogramowe, piekne, patriotyczne kontr-przemowienie, podkreslajac iz odzielenie Kaszub od Polski byloby nie tylko przestepstwem wobec polskiej racji stanu, ale i wobec interesu Kaszubow. Przypomnial tez zebranym fragment hymnu kaszubskiego, ktory w jezyku polskim brzmi: ” … nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”
Oswiadczenie uczestnika II Kongresu Kaszubskiego, Andrzeja Marszalkowskiego, przewodniczacego Rady Naczelnej Stronnictwa Narodowego - Organiacja Polityczna Narodu
Uwaga: W pisemnym sprawozdaniu z obrad kongresu usunieto program Tuska oderwania Pomorza od Polski, wygloszenie ktorego potwierdzaja uczestnicy kongresu oraz osoba z obslugi biurowej.
Znane bulwersujace cytaty:
“Pierwszy milion trzeba ukrasc”- D. Tusk(KLD, UW, PO)
“Polskosc to nienormalnosc” - D. Tusk(KLD, UW, PO)
“Polska to brzemie ktorego dzwigac nie mam specjalnie ochoty” -D. Tusk(KLD, UW, PO)
II Kongresu Kaszubskiego w dniach 12 - 14 czerwca 1992r w Gdansku, w Domu Technika przy ul. Rajskiej 6, Donald Tusk, jako wiceprzewodniczący Zrzeszenia Kaszubsko - Pomorskiego, 13 czerwca wygłosił programowe przemowienie p.t. `Pomorska idea regionalna jako zadanie polityczne’ Przedstawił w nim program pełnej autonomii Pomorza i Kaszub, które powinny zdaniem D.Tuska posiadać własny rzad, własny pieniadz i własne wojsko.
Przemowienie to wywołało oburzenie ks. prof. Janusza Pasierba, posłow Alojzego Szablewskiego i Feliksa Pieczki, reprezentantów Wielkopolan i Górno-Ślązaków oraz wielu innych uczestników kongresu.
Poseł Pieczka w odpowiedzi wygłosił pozaprogramowe, piekne, patriotyczne kontr-przemowienie, podkreslając iż odzielenie Kaszub od Polski byłoby nie tylko przestepstwem wobec polskiej racji stanu, ale i wobec interesu Kaszubow. Przypomniał też zebranym fragment hymnu kaszubskiego, który w języku polskim brzmi: ` … nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski’
Oswiadczenie uczestnika II Kongresu Kaszubskiego, Andrzeja Marszałkowskiego, przewodniczącego Rady Naczelnej Stronnictwa Narodowego - Organiacja Polityczna Narodu
Uwaga: W pisemnym sprawozdaniu z obrad kongresu usunięto program Tuska oderwania Pomorza od Polski, wygłoszenie którego potwierdzają uczestnicy kongresu oraz osoba z obsługi biurowej.
“Pierwszy milion trzeba ukraść”-D. Tusk(KLD, UW, PO)
“Polskość to nienormalnośc” - D. Tusk(KLD, UW, PO)
“Polska to brzemie którego dźwigać nie mam specjalnie ochoty”-D. Tusk(KLD, UW, PO)
tomekp9@vp.pl , 09.03.2008 00:42
2008-03-09 (niedziela) @ 02:59:54
..Ciekawe, co Wam odpowiada?..
chociaz 1 weekend zasluzonej anarchii….sami w 4 scianach ze szklanka cherbaty ulung. I bez yddish swiadkow. Co Ty na to, Moon?
2008-03-09 (niedziela) @ 03:03:50
czytaj herbate zamiast cherbate
2008-03-09 (niedziela) @ 03:33:18
Nie rozumiem, co masz na myśli :|
2008-03-09 (niedziela) @ 04:08:21
Opinio martwi sie o Ciebie.
Mialas normalnie spac po tym huraganie…jak mu tam bylo.?
a Ty nadal “markujesz”
Ja tez sie martwie.
Moon Powiedział/a::
2008-03-09 (niedziela) @ 01:37:10
Ciekawe, co Wam odpowiada?
Kto ? z tym gorzej……..
Co ? Duze jasne pelne z pianka, mala czarna z rana i
wieczrem dwie.
2008-03-09 (niedziela) @ 04:33:24
Skoro nie macie politycznego ulubieńca, Wasza opozycja nie ma sensu…
Będę spać od jutra.
2008-03-09 (niedziela) @ 05:18:08
Moon,czy Ty sugerujesz ze: jak sie nie ma co sie lubi,
to sie lubi co sie ma ?
“Get it on” …widze ten pokoik, zapach swiezej kawy i
paczka Marlboro z Pewexu
“Będę spać od jutra”,,,,,juz to widze…..
Nie marnoj sie dziewczyno bo szkoda……….
2008-03-09 (niedziela) @ 05:24:10
A jak ja niby się marnuję??? :)
Odeśpię, a poza tym całe życie chodziłam spać trochę wcześniej i wkrótce znów zacznę. Zima sprzyja nocnemu wysiadywaniu.
2008-03-09 (niedziela) @ 05:30:13
Nie o takim marnowaniu rozmawiamy !!!! :~
A co z tym, jak sie nie ma co sie lubi…?
2008-03-09 (niedziela) @ 05:35:17
Dobrze, nie będę się marnować…
Jeśli nie macie odpowiadającego wam w Polsce politycznego lidera, to po co dyskutować o polityce? Lepiej się nią wcale nie zajmować.
2008-03-09 (niedziela) @ 05:57:26
Niema tego złego coby na dobre nie wyszło….
Chwilowy marazm, wolne przebudzanie z politycznej
hibernacji. Zanosi sie na wielka burze, tyle wiem
na pewno.
Musze “spadac”. Duzo zdrowka i usmiechu, pa
2008-03-09 (niedziela) @ 06:00:34
Ps:
Fajne te Twoje “Kratery”
Ciao
2008-03-09 (niedziela) @ 06:31:44
Dziekuję.
2008-03-09 (niedziela) @ 13:19:04
Cala przyjemnosc po mojej stronie, milych snow
Flower Glitter Graphics
2008-03-09 (niedziela) @ 13:50:25
Już się wyspałam. Wstałam godzinę temu. Dziękuję za kwiatki.
2008-03-09 (niedziela) @ 22:59:22
Przepraszam, ze psuje Wam swiateczny nastroj.
********************************************
Ponizej zamieszczamy felieton naszej kolezanki klubowej na tematy marcowe.
Redakcja PRP
http://www.wicipolskie.org
*********************************************
PO -wroty marcowych.
Tragiczna wiadomość spada zwykle jak grom z jasnego nieba i poraża.
Spadł właśnie taki grom na Polskę, choć wcale nie nagle, ale misternie preparowany przez lata niepotrzebnego Polsce “dialogowania”. Tak czy inaczej ten grom poraził wszystkich. I choć owo “niebo”nie jest już jasne dla Polski od samego koślawego stołu zwanego okrągłym, to mimo wszystko wypowiedź Szechtyny wprawiła wszystkich w stan osłupienia. Wszystkim Polakom (nie mylić z osobnikami polskojęzycznymi) zwieracze szczęk odmówiły posłuszeństwa.
Jak to? Otwarte podwoje dla wszystkich marcowych?
Koty, wszak marcują. Ale przecież nie wszystkie koty są na usługach czarownic. Ten marzec “kocić” nam się zaczął chyba przez pączkowanie. Przyjął postać rzeki oszczerstw kierowanych pod adresem Polaków. Wielu “marcowych” zasiliwszy pseudo polskie katedry na różnych zagranicznych lewackich uniwersytetach, zajmowała się niczym innym jak tylko produkcją paszkwili na temat Polaków. A przecież Polacy nigdy o komunizm nie prosili, nigdy go nie budowali i zawsze go zwalczali. Kto komunizm montował w Rosji, wiemy od Sołżenicyna. Kto montował w Polsce wiemy choćby od profesora Jerzego Roberta Nowaka. Teraz zaś Polacy są ustawiani pod ścianę jako ofiara do rozwałki, (chyba że wybiorą milczenie) bo sprawcy tego stanu rzeczy w 1968 roku “zatęsknili” za Polską. My Polacy jeszcze nie nauczyliśmy się że jeśli Żydzi uprą się przy jakiejś teorii, to wszystkie nasze logiczne przyczynowo - skutkowe rozważania, wobec ich “argumentacji” są niepoprawne. Wtedy w 1968 roku pokłócili się z kolegami po fachu, jak chłopcy na boisku, poobrażali się nawzajem, część z nich zabrała swoje zabawki i poszła na inne podwórka rozrabiać. A że nie od dziś uważają, że nieuczciwość jest “fair”, więc teraz są gotowi do odcinania kuponów w Polsce. Ten “marzec”, skradał się dzięki wielu z nich, do Polski, na kocich łapach, systematycznie, dzień po dniu, obrzucając Polskę i Polaków insynuacjami z prawa i lewa. A że media są w wiadomych rękach, więc w świat płynęła tylko jedna wersja zdarzeń. Apetyt Żydów na Polskę przybierał na sile przez całe dziesięciolecia. Po roku 1989 do Polski ( i to wcale nie na Łysą Górę ) zaczęły nadciągać a la “czarownice” ze wzmożoną siłą. Tyle że nie fizycznie jeszcze, ale w sposób dla czarownic właściwy, czyli podstępny, przygotowując grunt pod przyszłe powroty. Najpierw kreowano na Zachodzie mit Polaka - głupka (”polish jokes”). Na Kielce jeszcze wtedy było za wcześnie. Potem, trochę i dzięki “dialogom” coraz ostrzej wymuszano na nas uległość zwaną oficjalnie tolerancją. Prześliznięto się wreszcie po krzyżu oświęcimskim, do Jedwabnego. To wszystko za sprawą niewidzialnych czarownic. Wreszcie powołano do życia termin Polaka - antysemity, jakoby najkrwawszego z oprawców Holocaustu, i na domiar złego złodzieja tych dóbr, które de facto ukradli Niemcy i Rosjanie. A w ramach rekompensaty mamy jeszcze im dorzucić ponad to co mamy, również i kredyty unijne, które nam w przyszłości zostaną przyznane.
Myślenie typowe dla nacji, czującej wewnętrzną potrzebę myślenia za cały świat. Po co te wszystkie zabiegi wobec nas?
Ano żeby Polskę jakby nigdy nic zasiedlić, podbić, skolonizować. Nie ważne jak zwał, najważniejsze że chodzi o to samo. Bingo! Z pewnością mają już opracowane “wzruszające” scenariusze różnych małych, większych i tym całkiem dużych powrotów do centrum Europy, bo w Polsce akurat im zawsze było najlepiej. Planują to robić z pewnością w świetle jupiterów całego świata! A my, Polacy, dopuszczeni wreszcie do “Wielkiej Jewropy” z tolerancją będziemy się temu przyglądać, starając się by nie było już nie tylko żadnego miasta w Polsce, ale żadnej wsi, a nawet kolonii, gdzie nie byłby zorganizowany z tej okazji Festyn Kultury Żydowskiej. A na świecie nikt nie kiwnie małym polcem w bucie w obronie zdyskredytowanych wcześniej jak mniemają pod każdym względem i na każdym polu Polaków. Nawet jeśli nie uda się Polaków rozpędzić do końca po świecie, to wierzą oni, że zmuszą nas do poddańczej uległości, eliminując wszystkich krnąbrnych. Taki mają scenariusz. Naprawdę, uwierzcie drodzy, naiwni Rodacy. Takie są ichnie plany wobec nas Polaków.
A teraz sięgnijmy do własnych pamięci. Iluż z nas, naiwnych i dobrotliwych Polaków nie chciało wierzyć w te zakusy wcale nie historii, tylko starszych braci prowadzone w tym względzie od lat? Uderzcie się bracia Polacy w piersi i zapytajcie samych siebie, czy nie stanęli na waszej drodze ludzie, inni Polacy którzy wam ten czarny scenariusz przedstawiali już wcześniej? Czy nie namawiano was do sięgnięcia choćby po “Protokóły mędrców Syjonu”na początek? Wygodniej było uwierzyć w “spiskową teorię dziejów”? Teraz gdy teoria stała się nader wyraźną praktyką realizowaną jednocześnie na wszystkich kontynentach cóż powiecie? Jakaś siła pcha obie Ameryki i Meksyk do Unii, Amerykanie są zastraszani terroryzmem i zamord-nym “Patriot Act” wymierzonym we wspaniałą amerykańską konstytucję. Aneksja Serbii, rozdmuchiwanie konfliktów zbrojnych w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Przykłady możnaby mnożyć bez końca.
Jak się teraz czujecie Rodacy z tą jedną ręką zanużoną w nocniku? Śmierdzi? Na razie tylko śmierdzi, ale z czasem ręka zacznie gnić, bo nikt nam nie pozwoli jej wyjąć z nocnika. A to dopiero początek. “Moczu” mają oni pod dostatkiem. Nic innego nie robili tylko go gromadzili przez lata, by teraz nam go serwować. Utopią nas w nim, jeśli im na to pozwolimy.
To, że Polska jest dla nich najlepszym miejscem na świecie znajdziemy w wielu żydowskich nostalgią przepojonych wspomnieniach. Poczytajmy Tuwima, Broniewskiego. Jedna z ocalonych przez zakonnice Żydówek, mieszkająca w Izraelu, z którą zetknęła się Ewa Kurek autorka książki “Poza granicą solidarności” powiedziała jej, że tę tęsknotę za Polską, tą miłość do tej ziemi, mieszkając obecnie w Izraelu, może jedynie przetransformować w nienawiść.
Teraz ten marcowy kot, to już drapieżny kocur rzucający się na nas z otwartymi pazurami Grossa, kongresu roszczeniowców, skrzywdzonych przez historię Germanów i tych którzy wyjechali w 1968, by przez kolejne 50 - lat pomagać tej nacji o sztywnych karkach (jak ją określił Bóg) pluć z całych sił na Polskę.
Teraz ten kocur wbija się pazurami w wyludnioną w zaplanowany sposób z młodych i prężnych obywateli Polskę, by się tu rozgościć jak u siebie. Przejąć nie tylko wszelkie mienie, ale i wszelkie prawa do tej słowiańskiej ziemi. Płacze biedna Serbia.
Płacz i ty Polsko nad tymi córami i synami twej ziemi, którzy w swej chrześcijańskiej mentalności nie mają wyczucia na ohyctwo zaplanowanego i realizowanego ataku na suwerenność Polski, w dążeniu do ubezwłasnowolnienia całego świata, pod jednym żydowskim rządem.
Ela Kalinowska
2008-03-17 (poniedziałek) @ 09:05:15
Żydzi wyjeżdżali z Polski, bo chcieli wyjechać - rozmowa z Bolesławem Szenicerem, prezesem Fundacji Cmentarza Żydowskiego „Gęsia”
Niektóre środowiska żydowskie wystąpiły z żądaniem automatycznego przywrócenia wszystkim, którzy wyjechali z Polski w 1968 roku polskiego obywatelstwa. Jak pan to ocenia?
- Absolutnie rząd polski nie powinien dokonać automatycznego przywrócenia polskiego obywatelstwa Żydom, którzy zdecydowali się na stałą emigrację po Marcu 1968 roku.
[Obrazek] Dziś, po 40 latach od tamtych wydarzeń taki automatyczny zwrot polskiego obywatelstwa byłby przyznaniem się do wysuwanych oskarżeń ze strony organizacji żydowskich pod adresem Polaków o antysemityzm. Byłby przyznaniem się do „zbrodni” Marca 68 roku, o co również występują przedstawiciele organizacji żydowskich. Takowy akt prawny byłby niesprawiedliwy ze względu na wydarzenia historyczne, które odbywały się na świecie i nie jestem przekonany czy byłby zgodny z obowiązującym dziś prawem? Jednakże byłoby to niesprawiedliwe wobec tych polskich Żydów, którzy wyjeżdżali do Izraela jako patrioci żydowscy. A ja ich pamiętam. Wśród nich był stolarz Haken, który przy synagodze Nożyka zbijał specjalne kontenery na wyjazd, był nauczyciel hebrajskiego Wirszpun, czy piekarz Salomon, zajmujący się całorocznym wypiekiem chałek i macy. Wydawany przez rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej paszport ze stemplem w jedną stronę był zbawiennym dokumentem podróży pozwalającym na emigrację i realizację nauk Teodora Herzla. Dla nich była to kolejna alija umożliwiająca im wyjazd i budowę wielkiego Państwa Izraela. Masowy wyjazd z Polski około 20 tysięcy osób był tym bardziej możliwy, kiedy oficjalnie było już wiadomo, że nie trzeba jechać koniecznie do Izraela. Większą część emigrantów stanowiły normalne rodziny, dla których dzięki tej nagonce politycznej sterowanej z Moskwy otwarły się szeroko wrota do wolności. Zaraz po tej wiadomości, iż we Wiedniu czekają na przybyszy z Polski organizacje żydowskie z całego świata, po paszport ustawiły się długie kolejki chętnych do wyjazdu. Byli też tacy polscy Żydzi, których wyjazd do lepszego świata nie interesował. Dla nich Polska była Domem Ojczystym. Oni nie ulękli się tej nagonce gomułkowsko-moczarowskiej.
Jeden z dziennikarzy określił emigrację z Marca 68 mianem “wypędzonych”. Czy to adekwatne określenie? Czy według pana Żydzi w 1968 roku byli zmuszeni do wyjazdu, czy robili to z innych pobudek?
- Są dziś w Polsce ludzie, którzy pisząc na temat stosunków polsko-żydowskich powtarzają słowa, które są obraźliwe dla naszej wspólnej historii. Określenie Marca 68 mianem “wypędzonych” czy prowadzonego śledztwa przez Instytut Pamięci Narodowej określającej te wydarzenia jako “zbrodnia”, są głosem niesprawiedliwym. Oczywiście bardzo odpowiadają przywódcom ze Światowego Kongresu Żydów, dla których takie oceny służą do nacisków na Polskę o wypłacenie odszkodowania za pozostawione mienie pożydowskie po wojnie. Pragnę by ci, którzy zajmują się tym okresem dokładniej przestudiowali wypowiedź Gomułki. W szczególności fragmenty jego politycznego expose dotyczącego walki wewnątrzpartyjnej, zagrożeniom dla bytu państwa socjalistycznego oraz konflikcie zbrojnym na Bliskim Wschodzie. Hasła rzucane na wiecach partyjnych, jak „Syjoniści do Dajana”, absolutnie nie dotyczyły wszystkich polskich Żydów. Najlepszym przykładem tego okresu jest postawa dyrektora Państwowego Teatru Żydowskiego, Idy Kamińskiej. Ta jedna z najwspanialszych aktorek scen polskich, po wydarzeniach marcowych, wystosowała protest przeciwko “wypędzeniu” Żydów z Polski. Zażądała by wszyscy aktorzy opuścili Polskę i wyjechali do Ameryki. Jednakże stało się inaczej. Nie wnikając w osobiste szczegóły, należy pamiętać, iż zaraz po tym głośnym wyjeździe Idy Kamińskiej znaleźli się aktorzy, którzy nie wyjechali, a po ustabilizowaniu się sytuacji, zostali mianowani na aktorów “nowego” Teatru.
Czy nadawanie takiej rangi Marcowi 68 z komentarzami w stylu Grossa służy polsko-żydowskiemu dialogowi?
- Dialog polsko-żydowski prowadzony w tym stylu od kilkunastu lat jest bardzo szkodliwym i niepotrzebnym zjawiskiem w Polsce. Proszę spojrzeć na te postacie, które biorą w nim udział. Kim byli oni i ich rodzice po wojnie? Taki Gross w ogóle powinien być uznanym za persona non grata. Jego zakłamania dotyczące przykrych wydarzeń w historii obojga naszych narodów nie służą nikomu, a jedynie są elementem wyrwania z Polski 65 miliardów dolarów odszkodowań w ramach rewindykacji mienia pożydowskiego. Najsmutniejszym jest to, że te jego pseudonaukowe książki i wypowiedzi na łamach prasy sieją nienawiść między Polakami i Żydami i wywołują niechęć Polaków do Żydów udowadniając całemu światu, że Polacy to antysemici.
Rozmawiał: Jan Engelgard
http://www.myslpolska.org/?article=820
2008-03-19 (środa) @ 09:52:08
Marzec 68 z dystansu
Mijają kolejne lata, a w każdym z nich nadchodzi miesiąc marzec, kiedy wzrasta intensywność wspomnień, rozważań i analiz związanych z wypadkami marcowymi z 1968 roku. Wielka i rozdmuchana legenda o przełomowym znaczeniu wydarzeń roztapia się zwolna w fragmentarycznych prawdach, które odsłaniane są przez bezpośrednich uczestników, zabierających głos po latach milczenia, gdy nie mają już dość siły, by znosić kłamstwa manipulantów, stawiających się wtedy przed 40 laty i dzisiaj, na piedestałach bohaterów walki o wolność i demokrację.
Także teraz, z okazji okrągłej 40-tej rocznicy wzmaga się spektakl rywalizacji prawdy z kłamstwem o wydarzeniach tamtego marca. Z jednej strony są ówcześni studenci uczestniczący w wiecach i manifestacjach, przypominający swój udział, wyobrażenia i motywacje z tamtego okresu. I motywacją była prawie zawsze demonstracja politycznego sprzeciwu wobec takiego postępowania władz, którego symbolem był zakaz wystawiania narodowego dramatu „Dziady”. Za to byli bici, aresztowani, represjonowani, choć w większości nie mieli świadomości, że ich autentyczny sprzeciw jest prowokacyjnie podsycany i politycznie wykorzystywany przez graczy znających prawdziwe cele gry. Z drugiej strony są właśnie ci gracze, których prawdziwa motywacja została już wielokrotnie zdemaskowana postawami, które budzą wstręt, ale od dawna już niczym nie zaskakują.
Czy można dzisiaj wciąż ulegać złudzeniom, że Michnikowi, Kuroniowi, Blumsztajnowi, Szlajferowi, czy Lityńskiemu chodziło wtedy, lub kiedykolwiek potem, o prawdę, o prawdziwą wolność słowa, o autentyczną demokrację, a tym bardziej o te narodowe marzenia, sny i dążenia zawarte w treści mickiewiczowskich „Dziadów”? Czy można dzisiaj doceniać odwagę, gdy się wie, że ich rola w wydarzeniach marcowych była obarczona wyłącznie tym jednym ryzykiem, które wiązało się z końcowym wynikiem całej burdy – albo właściwa frakcja wygra, albo przegra, a bić będą i tak innych; im groziła najwyżej bezpieczna izolacja w aresztach, a ta była tanią inwestycją w przyszłość.
To cyniczne wykorzystanie dla własnych celów wydarzeń i nastrojów drzemiących w różnych grupach polskiego społeczeństwa, udało się znacznie lepiej w zrywie Solidarności 1980 roku. Michnik i Kuroń rozpoznawali poziom napięcia, ale nie mogli znaleźć naturalnego sposobu, by zapalić lont i w sierpniu 1980 wszystko zaczęło się bez nich, a nawet bez świadomości wielu uczestników o istnieniu tych odważnych opozycjonistów, chętnych do podpalenia zapalnika. To nawet ciekawe, że także wtedy ich udział rozpoczął się od przebywania w areszcie, a nie mając zbyt wiele wspólnego ze strajkującymi stoczniowcami, wyłudzili wstęp do grona tworzącego historię, budząc miłosierdzie robotników dla uwięzionych działaczy - mianowanych ofiarami systemu.
Dobrze, że zapełniają się karty wspomnień uczciwych świadków marca 68, którzy poszerzają prawdę także o tamtym zrywie przed 40 laty i rujnują legendy uzurpatorów. Żałuję, że sam niewiele mogę powiedzieć, bo mnie w tym czasie w Polsce nie było. Przywołam jednak swoje wspomnienia z dystansu, które w jakimś wymiarze mogą być przyczynkiem do uzupełnienia dotychczasowego obrazu o widok z innej perspektywy.
W końcu stycznia 1968 miałem równo 24 lata i wyjechałem do Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej – 100 km na północ od Moskwy, by 1.5 roku po ukończeniu studiów, korzystając z tamtejszych akceleratorów, wziąć udział w badaniach struktury jąder prowadzonych przez krakowską grupę fizyków. O studenckich protestach w Polsce dowiedziałem się w pierwszych dniach marca, w zasadzie natychmiast, bo wieczorną porą Radio Wolna Europa było w Dubnej słyszalne nie gorzej, niż w Polsce. Byłem przez cały czas dobrze zorientowany w faktach, które przekazywało RWE i w ramach tej wiedzy dyskutowaliśmy sprawy krajowe bez obaw w gronie najbliższych kolegów. Pewnie był to już koniec marca, gdy zwołano grupę Polaków przebywających w Dubnej na obowiązkowe zebranie, na którym przedstawiciel ambasady PRL miał przedstawić informacje z Polski. Grupa polska liczyła wtedy około 100 osób, a wkrótce okazało się, że zebranie odbyło się z inicjatywy członków PZPR, których z pewnością było mniej niż 8 osób, na ogół nie przechwalających się swoją przynależnością. Sekretarzem tej małej grupy był inżynier, po studiach w Moskwie, rzadko bywający w Polsce.
Zebranie się zaczęło. Mały, przysadzisty, nieznany nam człowiek, nazywający się prawdopodobnie Czesław Kowal, stanął przed nami w bojowym rozkroku i wystąpił jako przedstawiciel ambasady z półgodzinną opowieścią o wydarzeniach w Polsce. Sens tego przekazu był taki, że rozwydrzeni studenci, prowokowani przez wrogie antysocjalistyczne elementy, zachowują się jak chuligani i stwarzają zagrożenie dla władz, które w istocie są mocno popierane przez szerokie warstwy społeczeństwa. Na końcu było wezwanie, by znakomita grupa polskich uczonych z Dubnej przekazała rządowi PRL wyrazy poparcia, a organizacja partyjna właśnie przygotowała tekst odpowiedniej rezolucji.
Gdy zebranym przeczytano tekst rezolucji zawierającej ostre potępienie chuligańskich wybryków młodzieży studenckiej i uniżone wsparcie dla najwyższych władz państwowych, zapadła pełna konsternacji chwila ciszy, zakończona propozycją głosowania za przyjęciem rezolucji. Sytuacja była tragikomiczna, bo tekst rezolucji był wyjątkowo prymitywny, ale miałem wrażenie, że jeśli ktoś tego nie zatrzyma, ludzie dla świętego spokoju zagłosują nawet za takim tekstem. Nikt mnie nie powstrzymywał, gdy zabrałem głos, by po raz pierwszy w życiu publicznie wypowiedzieć się w sprawie, w której w istocie chodziło o godność, ale która była mocną sprawą polityczną.
Powiedziałem, że chyba wszyscy jesteśmy zaskoczeni sytuacją, w której przedstawia się nam, bez żadnej możliwości na chwilę zastanowienia, jakiś tekst, który mamy firmować swoim poparciem. Zaskoczenie jest tym większe, że przeczytano zły i prymitywny tekst, w którym treść i forma, a nawet powtarzające się rusycyzmy, skompromitują środowisko polskich naukowców, zwłaszcza jeśli rzecz ukaże się publicznie. Jeżeli już rzeczywiście musimy przekazywać jakieś stanowisko, bo władza tego podobno potrzebuje, to trzeba wybrać grono ludzi, które sformułuje odpowiedni tekst, za który nie będziemy się musieli wstydzić. Ja w każdym razie nie zagłosuję za przyjęciem tego, co nam tutaj przeczytano.
Natychmiast głos zabrali dwaj towarzysze partyjni, potępiający moje wystąpienie. Długo później, po moim powrocie do Polski w 1971 roku, gdy całkiem nieznane wtedy antysemickie elementy sytuacji zdominowały ocenę wydarzeń marcowych, dowiedziałem się z zaskoczeniem, że obaj ci potępiający towarzysze byli Żydami, zresztą mocno zaangażowanymi politycznie. Jeden z nich powiedział, że to co robię jest niepotrzebnym opóźnianiem sprawy, a drugi znacznie ostrzej, że to jest dywersja, która ma na celu rozmycie i chęć doprowadzenia do tego, by tak potrzebna rezolucja w ogóle nie wyszła. Dodał, że przecież możemy szybko tekst tu na miejscu poprawić, bo to jest prosta sprawa i „myśmy niejednokrotnie takie rzeczy robili”.
Zwróciłem się wtedy bezpośrednio do niego, prawie krzycząc – może Pan to niejednokrotnie robił, ale ja nie robiłem i nie wiem, czy ktokolwiek poza Panem zechce tak beztrosko podchodzić do sprawy. Wtedy już powstał spory szum na sali i odczuwałem silne poparcie. Wreszcie ktoś zaproponował, by zagłosować, czy ma być zredagowany nowy tekst. Przytłaczająca większość domagała się nowego tekstu i wybrano komitet redakcyjny, w którym było trzech partyjnych i ja z kolegą, jako opozycja. Ta śmieszna zabawa, by zredagować tekst, w którym partyjni domagali się represji wobec przywódców studentów, a nas dwóch starało się o łagodne i niejednoznaczne sformułowania, trwała całą noc. Partyjni poddali się, gdy rano dostarczono nam polską gazetę z wydrukowanym tekstem rezolucji aktorów Teatru Starego z Krakowa, którzy wyrażali „zaniepokojenie sytuacją w Kraju i wiarę, że problemy zostaną rozwiązane w duchu demokracji socjalistycznej”. Przyjęliśmy identyczny tekst rezolucji i tak zakończył się mój marzec 68. Pół roku później dowiedziałem się od inżyniera, który już przestał być sekretarzem partii, że mnie i wspierającego kolegę miano relegować z Dubnej do Polski, ale ktoś życzliwy sprawę zatuszował.
Zawsze wracało do mnie to wspomnienie, gdy spotykałem licznych emigrantów marcowych podczas pobytu w Danii, Niemczech, a później także w Ameryce. Zawsze irytowała mnie ich niechęć, a nawet nienawiść do Polski i Polaków, okazywana przy każdej okazji i budowana na fałszywych oskarżeniach całego narodu o to, jak potraktowała ich ta część komunistycznej mafii, z którą rywalizowali o niezasłużone niczym profity, tak kosztowne dla społeczeństwa. Byli to w większości twardzi komuniści, w których dalej trwała ideologia i nie odczuwali żadnej skruchy za uczestnictwo w zbrodniczym systemie. Wśród tych emigrantów, z którymi zetknąłem się na zewnątrz Polski, takie postawy dominowały i można powiedzieć, że dla większości z nich J.T.Gross jest postacią bardzo reprezentatywną. Wolałbym, by tacy nie stawali się ponownie obywatelami Polski, bo wynikną z tego wyłącznie kłopoty, których skalę trudno dzisiaj przewidzieć. Automatyczne przywracanie obywatelstwa jest procedurą trudną do przyjęcia i byłby to brzemienny w skutki błąd, tworzący sytuację szkodzącą wszystkim.
Ta negatywna ocena nie dotyczy wszakże wszystkich emigrantów marcowych. Spotykałem innych, o wiele mniej licznych, Żydów, którzy mieli pełne prawo czuć się skrzywdzeni, ale którzy wiedzieli dobrze, komu to zawdzięczają. Wiedzieli też, że ta krzywda dotyczyła raczej psychiki, niż spraw materialnych, bo wyjazd w olbrzymiej większości oznaczał wielką poprawę pod tym względem. Podobnej krzywdy, w często o wiele bardziej drastycznych warunkach, doznawali o wiele liczniejsi Polacy na przestrzeni długich powojennych lat. Nie wiem, jak można i czy można naprawić krzywdy takim emigrantom, także czy akurat tacy ludzie oczekują czegoś po tylu latach.
Słowa Prezydenta, które jakby coraz częściej stawały się echem irytujących słów i sformułowań pani Junczyk-Ziomeckiej, nie nastrajają optymistycznie. Ktoś nam tutaj znów szykuje problemy z agresywnymi mniejszościami, których przedsmakiem są prowokacje Grossa.
Rafal Broda
9 marca 2008
ojczyzna_pl