Oba skrzydła (“patriotyczne” i “liberalne”) Partii Kosmonautów, która nieprzerwanie rządzi Polską od 1989 roku, dogadały się w sprawie ratyfikacji eurokonstytucji. Dogadały się, dodajmy, na warunkach podyktowanych przez Platformę Obywatelską.
Jeśli odrzucimy ozdobniki słowne i bełkot medialny, sprawa wygląda po prostu tak: rząd Polski podpisuje bez czytania wszystko, co się mu podsunie. Społeczeństwo ma wsadzić mordę w kubeł i nie pyskować, a jak się jakimś rydzokatolofaszystom coś nie podoba, to won z kraju.
Lansowane przez PiS dla niepoznaki “zastrzeżenia” odnośnie takich dupperelli, jak wyższość prawa unijnego nad polskim, nie podleganie dyrektywom unijnym w kwestiach etyki i moralności – czy wreszcie możliwość wystąpienia z Unii – znajdą miejsce w specjalnej uchwale sejmowej.
Otóż w uchwale sejmowej panie i panowie posłanki mogą sobie nauchwalać, co im się żywnie podoba – że Polska leży w Australii, że lato ma mieć 10 miesięcy, albo że Boga nie ma. Uchwałą sejmową, która nie ma żadnej mocy prawnej, podetrze sobie odbyt nie tylko pierwszy lepszy urzędnik z Brukseli, ale i każdy gubernator Eurolandu Warschau, jeśli zechce.
A Niemcy zmieniają swoją konstytucję przed podpisaniem traktatu, aby zagwarantować sobie suwerenność względem władz Unii.
A Polski Kościół milczy, zastraszony pomrukami aby “nie mieszał się do polityki”.



