
Ojciec Profesor Mieczysław A. Krapiec z dziećmi Lusi Ogińskiej (Rysiem i Bogumiłą Filipską)
8 maja 2008 r. odszedł do Pana Boga Ojciec Profesor Mieczysław A. Krąpiec. Dla narodu polskiego, a szczególnie dla nauki, kultury i kościoła to ogromna strata, dla mnie - osobista tragedia…
Mówi się, że „nie ma ludzi niezastąpionych”? Śmierć Ojca Profesora przeczy temu porzekadłu. On był niezastąpiony! Ostatnie cztery lata to był mój stały kontakt z ojcem Krapcem. Spotkania, listy, prawie codzienne telefony. Zaszczycił mnie i moją rodzinę swoją przyjaźnią. Skromny, dobry, życzliwy dla ludzi i niezwykle mądry, jednocześnie wyrozumiały dla wszystkich - mniej uczonych. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze, że zawsze będę mogła podnieść słuchawkę i usłyszeć głos Ojca w telefonie… Pytałam go o wszystko, poruszaliśmy najróżniejsze sprawy, mówiłam mu o sobie, o kłopotach, radościach i smutkach, on wspierał radą, sam zresztą też opowiadał o swoim życiu zakonnym, naukowym, o swoim zdrowiu, o troskach. Stałą troską Ojca była nasza ojczyzna. Kochał Polskę, był do końca zaangażowany w to co dzieje w się polityce i kulturze naszego kraju. Martwił się bardzo tym co się w Polsce stało… Powtarzał często: -„ Ja już jestem stary, odchodzę, ale wy zostajecie i będziecie musieli żyć w tej rzeczywistości, która nadejdzie… a przyszłość jawi się wam straszna”.
Ojciec Profesor był w pełni tego słowa człowiekiem - On nie tylko teoretyzował na temat człowieczeństwa, On czynił dobro, praktyką potwierdzał swoje nauki. W Lublinie na pogrzebie spotykałam ludzi ubogich, z którymi Ojciec dzielił się swoimi zakonnymi posiłkami. Dla niego miłość nie była tylko pięknym słowem, dla niego kochać to znaczyło czynić dobro! Życie jego było przepełnione pracą, nauką i miłością! Większość ludzi którzy spotkali choć raz Ojca Krąpca wspomina to spotkanie jak coś szczególnego, jak coś uzupełniającego ich byt i myślenie. Ojciec pomagał nie tylko w ucelowieniu myślenia, ale pomagał również człowiekowi w porządkowaniu własnego życia. Był przy tym niezwykle taktowny i skromny, nie narzucał swojego punktu widzenia, ale poprzez wyrażanie jasno i precyzyjnie swoich poglądów skłaniał rozmówcę do zweryfikowania własnych mniemań, często pochopnych, lub pobieżnych. Ojciec zbyt cenił wolność człowieka, wolność nadaną przez Boga, by swoją wolę narzucać innym, On nadawał kierunek myśleniu ale tak, by człowiek sam dokonał optymalnego wyboru. Mówił: „- Dziś wolność równa się nieodpowiedzialności, a wolność jest ogromem odpowiedzialności za to co się czyni, za drugiego człowieka, za swoje wolne decyzje, dziś niestety wolność to rozpasanie i w efekcie niewola zła!”. Nie znosił kłamstwa, brzydził się ludźmi, którzy go okłamywali. Jednak zawsze, nawet dla tych, którzy go skrzywdzili pozostawał wyrozumiały… W jednej z ostatnich naszych rozmów telefonicznych opowiedział mi o tym jak zszedł na mały wirydarz i napotkał jednego ze swoich młodszych współbraci dominikanów, a ten na jego widok wykrzyknął z kpiną: „-O! Brat Albert? To brat jeszcze żyje?!?” Wyraziłam oburzenie, a on mi opowiedział : „-Proszę pani, tacy dzisiaj są dominikanie… Zamiast się uczyć otwierają kawiarnie przed zakonem! Po co im taki stary… Młodzi są, więc wiedzą lepiej”.

Ostatnie pożegnanie - na zdj. Lusia Ogińska składa kwiaty na grobie Ojca Profesora M.A Krąpca
I teraz 15 maja w bazylice dominikanów w Lublinie, słyszałam dominikanina o.Górę jak w pożegnalnej homilii mówił o Ojcu Profesorze: „Te twoje naleweczki… Ta twoja filozofia…To wzruszenie z jakim mnie witałeś…” Ta homilia sporo mi wyjaśniła, wyjaśniła ogrom niezrozumienia wielkości Krapca! Tak się nieszczęśliwie dla o. Góry składa, że Ojciec mi opowiadał o spotkaniu z dominikaninem Górą… Dominikanin Góra opowiadał o spotkaniu z Krąpcem - były to dwie zupełnie różne opowieści, o dwóch zupełnie różnych spotkaniach… Ale Ojciec nie tylko z innych potrafił się śmiać, śmiał się również z siebie… Kwestia dystansu? Poczucia swojej wartości? Pewnie i dumy przyrodzonej wielkim.
Żegnaliśmy Ojca Profesora w kościele akademickim na KULu; abp Życiński zabronił ludziom oklasków, pewnie abp Życiński nie wiedział, bo i skąd, że Ojciec nie potrzebował oklasków, ani nie zabiegał o niczyją akceptację, ale nigdy, nigdy nie zabraniał ludziom wyrażania swoich uczuć, szczególnie wtedy, gdy były one szczere i płynęły z głębi serca, nie sądzę, że abp Życiński poprzez wysyłanie corocznych listów gratulacyjnych do Krąpca z okazji wydania kolejnego tomu Encyklopedii Filozofii - poznał Ojca bliżej. Kiedyś, jeszcze przed decyzją o rozpoczęciu zdjęć do filmu o Ojcu Profesorze powiedziałam do Niego: -”Proszę ojca, ojciec musi się zgodzić na ten film, ojciec nie może być własnością tylko dominikanów, KULu, czy redakcji Encyklopedii, bo ojciec jest własnością całego narodu” on mi odpowiedział:- „nie jestem własnością KULu, bo mojego KULu już nie ma, nie jestem własnością dominikanów, bo moich… tamtych dominikanów już nie ma…” i Ojciec po zastanowieniu się zgodził się na film.

Mieszkanie Ojca Profesora w trakcie realizacji filmu „U źródła prawdy”.
W naszych rozmowach często wracał do tematu śmierci. Jego odejścia nie brałam poważnie, dla mnie On jakoś nie pasował do śmierci, On był ponadczasowy i wieczny. I pewnie tak będzie! Jego dzieła, Jego działalność, Jego nauki pozostaną żywe. Ojciec opowiadał, że już dawno napisał do encyklopedii hasło: „Śmierć” - wyjaśniał przy tym, że pisze o tym tak wcześnie, jeszcze przed opracowaniem kolejnego tomu Encyklopedii, bo „trzeba być realistą” i wywiązać się ze swoich obowiązków. Cenił swoich współpracowników o księdzu profesorze Andrzeju Maryniarczyku mawiał, że to dobry i rzetelny naukowiec, że widzi w nim swojego następcę i jemu właśnie chce przekazać całą swoją bibliotekę, by służyła katedrze i nauce! 12 października 2005 roku w rozmowie telefonicznej powiedział mi, że wszystko co do niego należało zapisał Towarzystwu Św. Tomasza z Akwinu! Pytałam o dominikanów, czemu biblioteki im nie zostawi, a on tylko się uśmiechnął i rzekł: „- Oni? Oni to wrzucą do piwnicy, bo im to już nie potrzebne, mają swój internet i telewizję, którą po nocach oglądają, czasem się w nocy budzę, wstaję i widzę jak w oknach cel świecą się ekrany!” Smutne to, smutne… Tym bardziej, że już po uroczystościach pogrzebowych, na internetowej stronie dominikanów w Lublinie przeczytałam, że na Ojca pogrzebie było „około tysiąca osób” - i zrozumiałam, że pogarda i lekceważenie Ojca Krąpca jeszcze się nie skończyły… Przecież na pogrzebie było kilka tysięcy osób!!!
Szliśmy w kondukcie żałobnym przez całe Krakowskie Przedmieście i nie widać było końca pochodu… A dominikanie piszą „około tysiąca osób”! Dominikanie lubelscy! Cóż chcecie umniejszyć?! Wielkość współbrata Alberta, czy własną winę?!
Ojciec jednak był ponad to, patrzył na rzeczy doczesne jak na zabawki, świecidełka z odpustu, którym nie należy tak wiele poświęcać uwagi. On nie przejmował się ludzkimi małościami, dla niego ważna była prawda i to co zostaje wieczne, a z pewnością nie są to zaszczyty, tytuły, medale…
Po pogrzebie wróciliśmy do domu. Spojrzałam na portret Ojca Krąpca, który wisi w pokoju, czas się zatrzymał, nie biegnie, troski i kłopoty życia codziennego jakoś zbladły, zmalały… Trudno przyzwyczaić się do myśli, że już nigdy w tej wędrówce życia doczesnego nie będziesz ze mną Ojcze Profesorze, że nie usłyszę Cię, nie zobaczę. Osierociłeś wielu ludzi! Ci którzy znali Cię nawet przelotnie, znali z Twoich wykładów, wystąpień w radio, z książek dotkliwie odczuli Twoją stratę… Wielkie indywidualności zawsze skupiały wokół siebie grupy ludzi, którzy chcieli się uczyć, którzy dzięki ich inspiracji tworzyły istotne i ważne dzieła ludzkości. Twoje odejście jest tym bardziej dotkliwe im bardziej świat się stacza i ubożeje w autorytety! Ty byłeś jednym z takich ludzi, którzy nie boją się mówić prawdy, żyć prawdą i kochać ją! Ktoś porównał Cię do wielkiego dębu, ale w jednej z rozmów powiedziałeś mi, że właśnie wielkie dęby łamią się przy silnej wichurze, a niepozorne i cierpliwe trawy pozostają całe… Zalecałeś mi nie oglądać się na innych, „robić swoje” i nie przejmować się zbytnio tym, co ludzie gadają! Głupców unikać, mądrych słuchać…

Lusia Ogińska w domu, z rodziną na tle portretu Ojca Profesora M. A Krąpca.
Cóż jeszcze dodać, chciałoby się wiele napisać, ale nie wszystko powinnam, nie wszystko mogę… Pozostaniesz w mojej pamięci Ojcze Profesorze jako dar od Boga dar mądrości i przyjaźni, o którą tak trudno we współczesnym świecie. Niegdyś w Lublinie spytałam: “-Czy ojciec trochę nas kocha?” a Ty Ojcze odrzekłeś:”- Jaka może być odpowiedź na oczywistość?!”
Kocham Cię Ojcze Profesorze i będę za Tobą tęsknić.
Lusia Ogińska
