Pan premier Donald Tusk, szef rządu Rzeczypospolitej Polskiej, przyznał się w mediach, że w latach 1980-tych palił marihuanę, pił jabole, wojował z Kościołem – oraz z ulgą przyjął śmierć własnego ojca. Ciężko też pracował, aby utrzymać rodzinę i wiele czasu spędzał w podrzędnych hotelach robotniczych.
Zyskałby jeszcze więcej naszej sympatii, gdyby okazało się, że w młodości napadał na staruszki albo kradł samochody, ale i bez tego widać, że jest to równy gość, który zna życie od podszewki.
Co więcej, jest zaradny. W czasach PRL-u dostęp do narkotyków miała niemal wyłącznie tzw. złota młodzież, a ich ceny były raczej wysokie, jak na kieszeń przeciętnego Polaka. Podziwiamy zatem, iż Pan Premier, choć pochodzący ponoć z prostej i biednej rodziny, wkradł się w te kręgi dla przyszłego dobra swej ukochanej Ojczyzny.
Ciekawi nas, nawiasem mówiąc, czy potomstwo p. premiera również z ulgą przyjmie kiedyś jego śmierć.



