Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barrack Obama

Archiwum z lipiec, 2009

Folksdojcze coraz bardziej bezkarni

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-31 (piątek)

Apoteoza Prusaków we Wrocławiu

Według Muzeum Miejskiego we Wrocławiu, rozbiory Polski to “przyłączenie nadgranicznych ziem”, a Prusacy nie byli tacy źli, ponieważ przyczynili się do rozwoju miasta i “asymilowali” mniejszości narodowe. Najwyraźniej dlatego zdecydowano, żeby ich tradycja była właściwie wyeksponowana, więc zwiedzający mogą zobaczyć pieczołowicie odrestaurowane pokoje dawnej siedziby Hohenzollernów, którzy tak niesławnie zapisali się w historii Polski.

Flaga używana przez folksdojczów. Prezent dla dyrekcji Muzeum Miejskiego we Wrcoławiu

Flaga używana przez folksdojczów. Prezent dla dyrekcji Muzeum Miejskiego we Wrcoławiu

Otwarta niedawno w Muzeum Miejskim wystawa stała “1000 lat Wrocławia”, której jednym ze sponsorów jest Niemieckie Towarzystwo Kulturalno-Społeczne, zbiera dobre recenzje w prasie, więc wydawałoby się, że warto ją obejrzeć. Jednak zwiedzający, posiłkując się obszernym przewodnikiem po wystawie, mogą być cokolwiek zaskoczeni, kiedy przemierzając salę pruską ekspozycji, przeczytają w nim, że rozbiory to “wcielenie” przygranicznych terenów przez Fryderyka II wespół z carycą Katarzyną.

- Te “przygraniczne tereny” stanowiły niemal połowę państwa pruskiego – przypomina prof. Grzegorz Kucharczyk, historyk z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jak dodaje, bez ich posiadania i eksploatacji nie byłaby możliwa budowa mocarstwowej pozycji Prus. Natomiast autor tej części przewodnika, dyrektor placówki dr Maciej Łagiewski, próbuje odwiedzającym wystawę wmówić, iż “przyłączenie do Prus ziem polskich stworzyło jednocześnie dla wrocławskiej wytwórczości i handlu nowe, korzystne rynki zbytu”. Profesor Kucharczyk tłumaczy autorom wystawy, że stworzenie tych nowych rynków zbytu osiągnięto m.in. poprzez upadek przemysłu tkackiego w Wielkopolsce.
Zwiedzający otrzymują jednak inny, wyraźnie złagodzony obraz Prus i rządzącej nimi dynastii Hohenzollernów, a portrety jej przedstawicieli możemy oglądać w salach wrocławskiego muzeum.

Według dyrektora placówki, “mimo pewnych ograniczeń i zakazów w państwie pruskim za czasów Fryderyka II rozpoczął się proces asymilacji mniejszości narodowych i tolerancji religijnej”.

- Fryderyk II pojawił się we Wrocławiu i na Śląsku jako najeźdźca. Obłożył miasto kontrybucją, ograniczył prawa i przywileje, podwyższył wreszcie podatki – stwierdza prof. Tadeusz Marczak, kierownik Zakładu Studiów nad Geopolityką w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, który podniósł protest przeciwko wrocławskiej ekspozycji. – Fakt ten nie został należycie podkreślony w ekspozycji - dodaje. Podkreśla, że “z chwilą pojawienia się pruskich rządów rozpoczął się proces forsownej, przeprowadzanej metodami administracyjnymi germanizacji”. [dla dr-a Łagiewskiego to nie żadna germanizacja, tylko "asymilacja", która jest rzeczą pozytywną - admin].  I przypomina, iż Śląsk według badań historyków był wówczas krajem rdzennie polskim, tylko powierzchownie zniemczonym.

- Aneksja Śląska w 1742 r. to początek okrążania Polski przez Prusy – mówi prof. Grzegorz Kucharczyk. To wówczas zapoczątkowano tzw. teorię zaokrąglania, łączenia poszczególnych terytoriów państwa pruskiego. Historyk podkreśla, że to tak hołubiony Fryderyk II rozpoczął twardą politykę wobec Polski i Polaków, jaką potem kontynuowali Bismarck i hakatyści. - Fryderyk II należał do tych władców pruskich, którzy osobiście Polaków nienawidzili – podkreśla poznański historyk. Widać to m.in. w jego korespondencji z Wolterem. Dodaje, że wizja pruskiej racji stanu miała charakter antypolski.

- Absolutnie nie mogę zgodzić się z tym, że okres pruski jest zbytnio wyeksponowany, przez dużą część rządzili tu Niemcy – mówi nam rzecznik prasowy muzeum Ewa Pluta. Według niej, chciano zrekonstruować wnętrza Pałacu Królewskiego, gdzie mieści się placówka, który był wszak siedzibą królów pruskich. A okres pruski jest eksponowany tylko w jednej sali. - Na siłę nie mogliśmy wprowadzać elementów polskich, których po prostu nie było - zaznacza. - Nie mówimy też o wielu rzeczach, które dla Niemców są ważne - dodaje, wymieniając sprawę odznaczenia Żelaznego Krzyża, który w tym pałacu został ustanowiony. - To pierwsza prawdziwa, rzetelnie zrobiona wystawa o mieście - twierdzi Pluta.

Dyrektor biura prasowego urzędu miasta, pod które podlega muzeum, Paweł Czuma, podkreśla w rozmowie z nami, że dr Łagiewski należy do uznanych muzealników i władze miejskie mają pełne zaufanie do jego działalności. Dodaje, iż ekspozycja była oceniana przez specjalistów bardzo wysoko. Natomiast sprawa, czy dany okres jest zanadto wyeksponowany, jest w jego przekonaniu kwestią czysto ocenną.
- Nie było krytycznych uwag wobec działalności muzeum – mówi nam Piotr Babiarz, przewodniczący klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości Rady Miejskiej Wrocławia. - Ale możemy sprawdzić tę sprawę i domagać się sprawozdania z działalności muzeum - dodaje.

- Wrocławska ekspozycja musi skłaniać do niewesołych refleksji nad mentalnością części wrocławskiej elity, tej, która kieruje się ideowo ubogą dewizą: bliżej jest nam do Berlina i Pragi niż do Warszawy – ocenia prof. Tadeusz Marczak. - Jest ona kolejnym dowodem na usiłowania jej reprezentantów mające na celu wbudowanie w świadomość historyczną polskich wrocławian obcej nam, często wrogiej, a nierzadko zbrodniczej tradycji – podkreśla uczony.

Zenon Baranowski, Nasz Dziennik 31.07.2009


Właściwie nie ma się czemu dziwić: jaki sponsor, takie jego wymagania. Trudno żądać, aby Niemcy za swoje własne, wyłożone na wystawę pieniądze, dopuścili do przypomnienia bodaj niektórych fragmentów swej bandyckiej historii – zwłaszcza jeśli natrafią na kolaborantów, o których w zeuropeizowanej Polsce coraz łatwiej. – admin

Opublikowany w Kultura, Polityka | Komentarzy: 36 »

Powstanie Warszawskie – na zawsze kontrowersyjne

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-31 (piątek)

Zbliża się rocznica Powstania Warszawskiego, które jest świętością dla większości Polaków wychowanych jeszcze nie po europejsku. Bezprzykładne bohaterstwo powstańców i ludności cywilnej winno na zawsze przejść do historii świata.
Pamiętając o wspaniałej postawie zwykłych żołnierzy, łączniczek, sanitariuszek, często jeszcze zupełnych dzieci – nie zapominajmy o politycznej ocenie dowódców Powstania, co do której najprawdopodobniej nigdy się nie pogodzimy między sobą… chyba, że pogodzi nas likwidacja narodu polskiego, na co się zanosi.

Krzyz_PowstancaDoprowadzenie do wybuchu Powstania Warszawskiego było jednym z największych błędów popełnionych przez dowództwo AK. Ten zryw nie miał najmniejszych szans powodzenia – powiedział prof. Jan Ciechanowski w czwartek podczas promocji kolejnego wznowienia swojej książki “Powstanie Warszawskie”.

Jan Ciechanowski – polski historyk mieszkający od końca lat 40. w Wielkiej Brytanii – jako nastolatek walczył w Powstaniu Warszawskim, został ranny i dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. – Już podczas powstania zastanawialiśmy się, jak to się stało, że doszło do jego wybuchu. Poszliśmy w bój bez broni. Gdy 1 sierpnia moja kompania nacierała na gmach Sejmu, na 170 ludzi mieliśmy 3 karabiny, 7 pistoletów, 1 pistolet maszynowy strzelający tylko ogniem pojedynczym i 40 granatów. Jak zobaczyliśmy, że właściwie nie mamy broni, to pytaliśmy dowódcę: z czym do gości? Ale byliśmy zdyscyplinowanymi żołnierzami – na rozkaz stanęliśmy do walki i na rozkaz ją zakończyliśmy – mówił Ciechanowski.

Historyk jest zdeklarowanym krytykiem decyzji o wybuchu powstania. Uważa, że dowództwo AK popełniło poważne błędy, których konsekwencje okazały się katastrofalne. “Powstanie zakończyło się straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym. 200 tys. ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią” – mówił Ciechanowski.

Historyk przypomniał słowa Bora-Komorowskiego, który powiedział, że powstanie militarnie było wymierzone w Niemców, ale politycznie – w Rosjan. – Te rachuby okazały się całkowicie mylne. Powstanie było na rękę Niemcom, ponieważ stwarzało doskonałą okazję realizacji powziętego już wcześniej planu zniszczenia stolicy. Dla Niemców zrównanie Warszawy z ziemią było równoznaczne z przetrąceniem kręgosłupa polskości. Zrealizowali ten plan stosunkowo niewielkim kosztem – straty Niemców w powstaniu wyniosły nieco ponad 1700 osób. Rzeź żołnierzy AK była też na rękę Rosjanom – powiedział Ciechanowski.

Historyk uważa, że decyzja o wybuchu powstania była nieprzemyślana. Przypomniał, że co najmniej do połowy lipca 1944 roku Komenda Główna AK nie brała pod uwagę powstania w Warszawie. Ze stolicy wysyłano ludzi i broń na wschód, by wesprzeć kolejne etapy akcji “Burza”. Plany operacyjne zmieniono niemal w ostatniej chwili, mając już wiedzę o militarnym i politycznym fiasku podobnych wystąpień w Wilnie i Lwowie.

Do 14 lipca 1944 roku Tadeusz Bór-Komorowski w ogóle nie myślał o powstaniu w Warszawie. W depeszy do Londynu z tego dnia stwierdził nawet, że doprowadziłoby to tylko do wielkich strat. Zmienił zdanie o 180 stopni 21 lipca po spotkaniu z Tadeuszem Pełczyńskim i gen. Leopoldem Okulickim, przyjmując ich argumenty o załamaniu Wehrmachtu i zbliżaniu się Sowietów. Zdaniem Ciechanowskiego, wielki wpływ na decyzję Bora miał gen. Okulicki, który parł do powstania.
Gen. Komorowski podjął ostateczną decyzję 31 lipca, ponieważ mu powiedziano, że czołgi rosyjskie pojawiły się pod Pragą. Dowódca Okręgu Warszawskiego AK płk Antoni Chruściel “Monter” stwierdził, że jeśli tego dnia nie zapadnie decyzja o powstaniu, to dłużej nie będzie mógł utrzymać ludzi w półalarmie – potem nie będzie mógł ich zebrać i wybuch powstania opóźni się. Dowódcy powstania liczyli, że Rosjanie wejdą do Warszawy za 3 do 7 dni, jednocześnie mając świadomość, że powstanie nie może liczyć na poparcie Stalina. Ciechanowski zgadza się z oceną Władysława Andersa, który wybuch powstania określił jako “nieszczęście” i “zbrodnię”.

Książka Ciechanowskiego ukazała się po raz pierwszy w 1971 roku w Wielkiej Brytanii, pierwsza edycja w Polsce miała miejsce w 1984 roku. Obecnie ukazuje się jej wznowienie nakładem Bellony i Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora.
PAP

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 37 »

O Całunie Turyńskim

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-30 (czwartek)

Calun_TurynskiCałun Turyński jest policzkiem wymierzonym wszelkiej maści “racjonalistom”. Cóż mogą zrobić wobec faktu jego istnienia? Swego czasu zaprzeczali istnieniu Jezusa. Dziś zaprzeczają więc autentyczności Całunu. Na tyle ich tylko stać.

Kościół Katolicki nie nakazuje wierzyć w to, czy Całun jest istotnie tym płótnem, w które owinięto ciało Chrystusa, najbardziej znanej ofiary “dialogu chrześcijańsko-żydowskiego”. Zostawia to do uznania wiernym.

Tym niemniej Benedykt XVI potwierdził ostatnio swój zamiar odwiedzenia Turynu i zobaczenia Całunu w przyszłym roku – zaś naukowiec francuski, Thierry Castex ujawnił, iż odnalazł na płótnie ślady słów języka aramejskiego, którym posługiwał się Chrystus, pisane hebrajskimi literami. Barbara Frale, badacz watykański, wyraziła 26 lipca w Radio Watykańskim opinię, iż litery na płótnie są starsze, niż 1800 lat. Dodała również, iż już w roku 1978 profesor łaciny z Mediolanu zauważył jakieś aramejskie słowa na całunie, a w 1989 roku uczeni rozszyfrowali, iż były one częścią zwrotu “Król żydowski”.

Ostatnie odkrycie Thierry Castexa musi być jeszcze rozszyfrowane, lecz zapewne chodzi o fragment zdania jakby żywcem wziętego z Ewangelii Św. Łukasza: “Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród” – zdania wypowiedzianego przez kilku przywódców żydowskich wobec Poncjusza Piłata. Barbara Frale dodaje, iż nie było rzeczą niezywkłą napisanie na szacie pogrzebowej słów, mogących zidentyfikować zmarłego.

Odkrycie jest kolejnym dowodem na potwierdzenie autentyczności największej relikwi, jaką posiada Kościół Katolicki.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 16 »

Hitlerczykowie zza Odry

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-30 (czwartek)

Bezczelność i arogancja Hitlerczyków raz po raz przekracza granice tego, co uważaliśmy za niemożliwe. Już przyzwyczailiśmy się, iż nasi przyjaciele i adwokaci zza Odry nie piszą inaczej o zbudowanych przez siebie obozach, jak “polskie”. Normalne się też stało oskarżanie Polaków o “antysemityzm” (przez Niemców!). Niewątpliwą zechętą jest tu niemal totalny brak jakiejkolwiek oficjalnej, mocnej reakcji ze strony władz zwących się ironicznie “polskimi”.

Proroczo pisaliśmy przed wieloma laty, że nadejdzie czas, gdy na lekcjach historii opowiadać się będzie o polskich nazistach, którzy chcieli wymordować wszystkich Żydów i tylko bohaterska akcja wojsk niemieckich w 1939 roku częściowo zapobiegła holocaustowi. Z tym, że stawialiśmy to w perspektywie co najmniej 20-30 lat.

Aż tak długo czekać nie trzeba będzie. Oto artykuł p. Andrzeja Solaka z “Nowej Myśli Polskiej”.

Hamburski tygodnik „Der Spiegel” oskarżył m.in. Polaków o udzielenie pomocy hitlerowskim Niemcom w dziele wymordowania Żydów, przeciwstawiając ich służalczość i antyżydowski fanatyzm wzorowej postawie narodu duńskiego. W jeszcze bardziej agresywnym tonie wypowiedziała się dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Tymczasem porównanie okupacyjnej rzeczywistości w Danii i Polsce musi prowadzić do wniosku, iż zarówno autorzy „Spiegla”, jak i pracownica naukowa ŻIH w sposób nader umiarkowany operują prawdą.
 
Exodus
 
W 1940 r. liczebność społeczności żydowskiej w Danii sięgała 8.000 osób (0,2 proc. ogółu ludności). Przez pierwsze trzy lata okupacji sytuacja tej grupy narodowościowej nie uległa zmianie. Żydzi podlegali obowiązkowej rejestracji, jednak ogromna większość nadal cieszyła się bezpieczeństwem i ochroną ze strony państwa. W kraju oficjalnie będącym sojusznikiem Hitlera sprawcy antysemickich ekscesów (np. próby podpalenia synagogi w Kopenhadze) byli stawiani przed sądami i skazywani na kary więzienia i grzywny. Dania wydawała się być bezpieczną enklawą dla Żydów, wyjątkowym miejscem w płonącej Europie. Współczesne badania wykazują jednak, że już w owym czasie doszło do pierwszych przypadków deportacji Żydów na wschód. W latach 1940-1942 władze duńskie wydały Niemcom co najmniej 19 osób.
„Ostateczne rozwiązanie” kwestii duńskich Żydów było kwestią czasu. Sytuacja uległa całkowitej zmianie po 29 sierpnia 1943 r., po zniesieniu przez okupanta rządu duńskiego. Na pierwsze dwa dni października 1943 r. Niemcy zaplanowali przeprowadzenie wielkiej obławy. Operację miała przeprowadzić jednostka specjalna pod dowództwem dr. R Mildnera.
Kilka dni wcześniej, 28 września, Georg Ferdinand von Duckwitz, niemiecki attache morski w Kopenhadze, spotkał się w tajemnicy z politykami duńskimi, ostrzegając ich przed planowaną deportacją.
Informacje szybko dotarły do ruchu oporu oraz do zwierzchników wspólnoty żydowskiej. Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy. Ogromna większość Żydów została ostrzeżona i w porę ukryta. Wielce pomocnym był tu fakt, iż duńscy Izraelici skupieni byli przede wszystkim w stolicy. Kolejnym etapem akcji ratunkowej było przerzucenie Żydów do Szwecji, która zaoferowała azyl uciekinierom.
Przywódcy żydowscy oraz przedstawiciele podziemia zwrócili się o pomoc do duńskich rybaków. Ci nie odmówili, zażądali jednak pokaźnych kwot. Po negocjacjach rybacy zgodzili się, by opłata za przewóz została wypłacona w ratach. Statki rybackie przewiozły do Szwecji 5.500 osób. Inni Żydzi byli szmuglowani na pokładach promów lub przerzucano ich przy pomocy łodzi wiosłowych i kajaków. Żydzi, nim osiągnęli zbawczy szwedzki brzeg, na ogół ukrywali się u chrześcijańskich rodzin od kilku dni do kilku tygodni. Oznacza to, że w pomoc zaangażowanych było wiele tysięcy Duńczyków.
Tymczasem SS rozpoczęło spóźnioną obławę, wspierane przez kolaborantów duńskich (dwa bataliony policji oraz 50 ochotników Waffen-SS). Pochwycono pewną liczbę ukrywających się. W nocy z 1 na 2 października 70 Żydów znaleziono na strychu kościoła w Gilleleje. Ich kryjówkę zdradziła młoda dziewczyna, romansująca z niemieckim żołnierzem. Aresztowanych Żydów przewożono do portu Langelinie, gdzie oczekiwały na nich statki przygotowane do transportu. Punktem docelowym deportacji był obóz koncentracyjny w Theresienstadt (Terezinie) w okupowanej Czechosłowacji. Ostatecznie trafiło tam 472 duńskich Żydów, z których 52 zmarło. Ogółem wśród ofiar śmiertelnych Holocaustu znalazło się od 77 do 120 duńskich Żydów.
Akcja ratowania Żydów obrosła w mity. Do dziś powtarza się apokryficzną opowieść, jakoby król Chrystian X odgrażał się Niemcom, że będzie nosił na rękawie żółtą Gwiazdę Dawida, aby wyrazić solidarność ze swymi żydowskimi poddanymi (w utrwaleniu tej legendy bardzo pomogła powieść „Exodus” Leona Urisa).
Trzeba przyznać, że Duńczycy zachowali się wspaniale. Dotyczy to tak „kolaboracyjnych” władz, konspiratorów, jak i niezrzeszonych obywateli. Wypada jednak podkreślić całkowicie odmienne od polskich warunki akcji ratunkowej.
Duńskim „ratownikom” nie groziła kara śmierci. Nie było okrutnych represji w rodzaju rozstrzeliwania czy palenia żywcem całych rodzin ukrywających Żydów, czego doświadczyło setki Sprawiedliwych w Polsce.
Powodzeniu akcji duńskiej sprzyjała mała liczebność tamtejszej populacji żydowskiej. W Danii jeden Żyd przypadał na 500 gojów. Dla po równania, w Polsce – jeden na 9 (jeśli zaś uwzględnić samych Polaków – 1 na 7). Duńczykom po prostu łatwiej było ukryć garstkę swoich Izraelitów. Ratunek ogromnie ułatwiła bliskość neutralnej Szwecji.
Jednak akcja nie byłaby możliwa bez wsparcia prominentnych osobistości spośród Niemców. To niemiecki dyplomata von Duckwitz przekazał Duńczykom informacje o planowanej deportacji. Sam został poinformowany z kolei przez… namiestnika Rzeszy w Danii (Bevollmächtigter des Reiches in Dänmark), SS-Obergruppenführera dr. Wernera Besta. Więcej, głównodowodzący niemieckich wojsk okupacyjnych wycofał okręty Kriegsmarine z rejonu, w którym odbywał się przerzut (!).
 
Narastająca fala
 
Tymczasem 16 września 1943 r. duńskie podziemie powołało Radę Wolności, koordynującą działania ruchu oporu. Została ona uznana przez aliantów za legalny rząd.
Wystąpienia konspiratorów nabrały pewnego rozmachu. Prawdziwym przełomem był wielki strajk w Kopenhadze w dniach 26 czerwca – 3 lipca 1944 r. Doszło wtedy do masowych rozruchów; padło 102 zabitych. 1 lipca osobiście interweniował Hitler, zakazując orzekania wyroków śmierci na uczestników wystąpień (w poprzednich dniach skazanie 7 osób wpłynęło na rozszerzenie się protestów. Z drugiej strony Führer domagał się zaostrzenia represji niejawnych, skrytego zabijania 5 Duńczyków za każdego zlikwidowanego Niemca).
Strajk stłumiono, jednak sympatia ogółu społeczeństwa zaczęła przechylać się na stronę ruchu oporu. We wrześniu 1944 r. miał miejsce kolejny masowy strajk (zginęło 9 Duńczyków i 2 Niemców). Okupanci rozwiązali wtedy duńską policję – spośród 10.000 funkcjonariuszy aresztowali i zesłali do obozów 1.960. Na miejsce policji powołali Korpus HIPO (od Hilfspolizei – Policja Pomocnicza). Duńska HIPO liczyła 550 ludzi; szybko zasłynęła z brutalnych akcji represyjnych. Hipowcy bezlitośnie rozprawiali się z osobami podejrzanymi o udział w konspiracji, posuwając się do tortur i morderstw. Wielu członków HIPO należało wcześniej do osławionego Korpusu Schalburga. Ta formacja paramilitarna, powstała jeszcze w lutym 1943 r., była częścią Allgemeine SS. Początkowo występowała jako Germański Korpus; nowa nazwa miała uczcić pierwszego z dwóch poległych w Rosji dowódców Frikorps Danmark. Wśród jej 600 członków było wielu weteranów walk na froncie wschodnim. Większość członków formacji oddelegowano następnie do utworzonego właśnie duńskiego batalionu policyjnego SS (SS-Uddannelsesbatallion Sjælland), który chronił szlaki komunikacyjne i podejmował różnorakie działania przeciw ruchowi oporu.
Wśród kolaboracyjnych formacji policyjnych wyjątkowo złowrogi charakter miała tzw. Petersgruppe, rodzaj „szwadronu śmierci”, który miał dokonywać skrytobójstw. Decyzję o zastosowaniu tego rodzaju represji podjął sam Hitler pod koniec 1943 r.
 
Robotnicy ostatniej godziny
 
Akcji dywersyjnych i sabotażowych było coraz więcej. Również represje przybierały na sile. W lutym 1945 r. okupant przeprowadził najsroższą akcję odwetową – w odpowiedzi na zamach, w których zginęło 8 żołnierzy niemieckich, skazano na śmierć 91 Duńczyków. W następnym miesiącu niemieckie siły policyjne zabiły w obławach lub doraźnych egzekucjach kolejne 74 osoby. Jednak opór tężał.
Pod koniec wojny w strukturach konspiracyjnych zaangażowanych było podobno 45.000 osób. Powojenni historycy przypisywali wielką rolę duńskim działaniom dywersyjnym wymierzonym w szlaki komunikacyjne, co jakoby miało poważnie zdezorganizować zaopatrzenie Wehrmachtu po otwarciu Drugiego Frontu w Normandii w czerwcu 1944 r. Z drugiej strony, największe natężenie wystąpień przypada na ostatnie miesiące wojny, np. spośród 1810 akcji dywersyjnych na kolei aż 1301 przeprowadzono dopiero w 1945 r.
Uczestnikom tych i innych akcji należy się szacunek, trudno jednak porównywać duński resistance z wojnami partyzanckimi toczącymi się wtedy w Polsce, Jugosławii czy na okupowanych terenach ZSRS. Przez cały okres okupacji duńscy konspiratorzy wzięli na swe sumienia 139 zgładzonych Niemców. W akcjach zabili też 25 funkcjonariuszy duńskich sił policyjnych, ponadto przeprowadzili 375 udanych akcji likwidacyjnych osób uznanych za kolaborantów (powojenne śledztwa wykazały, że co najmniej 9 zabójstw było nieuzasadnionych). Straty ruchu oporu wyniosły 850 ludzi.
Pod koniec wojny konspiratorzy otrzymali znaczące wsparcie ze Szwecji. Rząd w Sztokholmie wytrwał w neutralności, choć z czasem zbliżył się do koalicji antyhitlerowskiej, m.in. udzielając tajnej pomocy podziemiu duńskiemu i norweskiemu. Do Danii wysłano 5.000 pistoletów maszynowych, tyleż karabinów, 10.000 granatów, 10 milionów naboi. W Szwecji powstały również norweskie i duńskie oddziały wojskowe. W 1943 r. władze w Sztokholmie zgodziły się utworzyć z duńskich emigrantów 500-osobowy oddział, oficjalnie traktowany jako formacja policyjna. Do końca wojny rozrósł się on do stanu brygady w sile 4.800 żołnierzy; otrzymała ona status duńskiej jednostki wojskowej na uchodźstwie. Z okrętów duńskich, które w 1943 r. uciekły do Szwecji, sformowano Flotyllę Duńską; miała ona bazę w Karlskronie.
W ostatnich dniach wojny na terytorium Danii znalazło się 272.000 żołnierzy niemieckich i ich sojuszników (m.in. 20.000 Węgrów), jak też 250.000 uchodźców ze Wschodu. 6 maja 1945 r. w Danii wylądowały oddziały brytyjskie pod dowództwem gen. R. H. Dewinga. Siły niemieckie kapitulowały.

Rozliczenia i zemsta

Po zakończeniu wojny aresztowano 40.000 osób oskarżonych o kolaborację. Spośród nich skazano 13.500, przeważnie na kilkuletnie wyroki więzienia. Sentencję o najwyższym wymiarze kary usłyszało 78 osób; z tego 46 wyroków wykonano. Przed plutonem egzekucyjnym stanęli m.in.: b. dowódca Wolnego Korpusu Duńskiego i Korpusu Schalburga, sądzony dodatkowo za 2 zabójstwa, SS-Obersturmbahnführer Knud Børge Martinsen; kapitan Korpusu Schalburga i zabójca na usługach Gestapo Jacob Erik Holm; funkcjonariusze Gestapo Johannes Rasmussen-Snogen, Frantz Erik Toft, Poul Michael Hansen; ex-gestapowiec, a przy tym weteran SS-Fallschirmjäger-Bataillon 500 oraz Panzer-Brigade 150 Skorzennego Børge Thorkild Jensen; liczni funkcjonariusze HIPO.
Pod zarzutem zdrady stanu sądzony był przywódca DNSAP Frits Clausen; zmarł w więzieniu przed ogłoszeniem wyroku. Kapitan Poul Sommer, pilot lotnictwa niemieckiego, oficer Korpusu Schalburga i dowódca Korpusu Strażniczego Luftwaffe w Danii został skazany na 12 lat więzienia. 8-letni wyrok otrzymał pierwszy dowódca Wolnego Korpusu Duńskiego, następnie weteran 3 Dywizji Pancernej SS „Totenkopf”, 5 Dywizji Pancernej „Wiking”, dowódca Kampfgruppe „Küste”, SS-Brigadenführer Christian Peder Kryssing; los dotknął go srogo – dwaj jego synowie polegli na froncie wschodnim.
W powojennej rzeczywistości nie brakło niepotrzebnej brutalności i okrucieństwa. Jak już wspomniałem, pod koniec wojny w Danii schroniła się ćwierćmilionowa rzesza uchodźców, ewakuowana przez Kriegsmarine z Prus Wschodnich, Pomorza i krajów bałtyckich. Mimo, że przeważały wśród nich kobiety, dzieci i mężczyźni niezdolni do służby wojskowej, władze duńskie internowały ogromną część tułaczy aż do 1949 r. Przetrzymywano ich w wydzielonych obozach, otoczonych drutem kolczastym, pod okiem wojskowej straży. W tych ośrodkach internowania panował głód, szalały choroby. Tylko do końca 1945 r. zmarło w nich 13.000 osób, w większości małych dzieci.
 
Rachunki krwi
 
Ogółem w latach 1940-1945 walka z niemiecką okupacją Danii pochłonęła 1.700 ofiar w szeregach ruchu oporu i ludności cywilnej (w tym 103 straconych z wyroków sądów, 447 zamordowanych w akcjach odwetowych, 546 zmarłych w obozach koncentracyjnych). Nawet uwzględniwszy, iż kraj liczył niespełna cztery miliony mieszkańców, trudno porównywać rozmiary tej przemocy do terroru, jakiego doświadczył naród polski.
Nieporównywalny jest również wysiłek zbrojny. Armia duńska utraciła 16 zabitych broniąc kraju w 1940 r. oraz kolejnych 26 trzy lata później. Ponad 100 potomków Wikingów postradało życie służąc w alianckich siłach zbrojnych, m.in. 30 lotników (20 w lotnictwie brytyjskim, 5 w norweskim, 3 w południowoafrykańskim, 2 w kanadyjskim). Wojenne straty Duńczyków obejmują również 1.287 marynarzy floty handlowej. Ponadto blisko 300 cywilów zginęło w alianckich bombardowaniach.
Znacznie więcej poddanych Chrystiana X rozstało się niemieckich życiem w niemieckich mundurach na froncie (3900), bądź w zamachach ruchu oporu (400). Ponad 55 proc. wojennych strat duńskich – to zabici zwolennicy Hitlera!
W świetle powyższego enuncjacje autorów „Spiegla”, jak również dr Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego, przeciwstawiających tchórzliwych i przepojonych nienawiścią Polaków szlachetnym i heroicznym Duńczykom – brzmią nieco dwuznacznie…
 
Andrzej Solak
Nowa Mysl Polska Nr 29-30 (19-26.07.2009)

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 4 »

Benefis bez zgody jubilatki

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-29 (środa)

Anna_WalentynowiczSpołeczny komitet organizacyjny złożony z blogerów – przyjaciół Walentynowicz”, który reklamuje benefis z okazji 80. urodzin Anny Walentynowicz, działa bez zgody jubilatki. Mimo to Komitet prowadzi zbiórkę pieniędzy wśród czytelników blogów. Jak podkreśla Walentynowicz, ona sama z akcją nie ma nic wspólnego i w żaden sposób nie będzie jej beneficjentem.

Z publicznych wypowiedzi Elżbiety Schmidt i Małgorzaty Puternickiej, występujących w imieniu “społecznego komitetu organizacyjnego złożonego z blogerów – przyjaciół Walentynowicz”, wynika, że Anna Walentynowicz była poinformowana o inicjatywie uczczenia jej 80. urodzin i wyraziła wstępną zgodę na organizację benefisu. Komitet rozpoczął zbiórkę pieniędzy wśród internautów. Od akcji odcina się jednak sama Walentynowicz, która oświadczyła, że nie ma z nią nic wspólnego, a co więcej – nigdy nie odnosiła się do pomysłu pozytywnie. - Jestem głęboko oburzona faktem, że pomimo mojego wyraźnego sprzeciwu panie Schmidt i Puternicka podejmują dalsze działania w celu zorganizowania tego benefisu i kontaktują się z przedstawicielami władz na szczeblu lokalnym oraz ogólnokrajowym, a także że prowadzą zbiórkę pieniędzy wśród czytelników blogów – podkreśliła Walentynowicz.

Jak zaznaczyła, jej kontakty z obiema paniami nie upoważniają ich do zaliczania się do kręgu jej przyjaciół i ograniczały się do rozmów związanych z publikacją materiałów w internecie. - Z tą akcją nie mam nic wspólnego i nie będę w jakikolwiek sposób jej beneficjentem - dodała. Anna Walentynowicz zapewniła, że w uroczystościach organizowanych przez Schmidt i Puternicką udziału nie weźmie.

Nasz Dziennik 29.07.2009

Nie będziemy wyjaśniali, kim jest Anna Walentynowicz, choć mamy dogłębne przekonanie, iż większość młodych, wykształconych i znających języki obce polskojęzycznych ćwiercinteligentów albo nie wie, o kogo chodzi, albo ma głowę napakowaną na Jej temat mierzwą z Gazety Wyborczej.

Dodane 30.07.2009
Dla zasady nie zmieniam już nic w raz opublikowanych artykułach i nie robię żadnych późniejszych dopisków – ale w sytuacji, gdy być może wyrządziłem opublikowaniem powyższej informacji krzywdę osobom zacnym i bezinteresownym, zasady muszą pójść w kąt.
Otóż jeden z czytelników “Dzienników” zwrócił mi uwagę na na wpis pani Puternickiej, pisującej jako “1maud” na blogu http://blogmedia24.pl/node/17015
Po przeczytaniu go skłonny jestem dać wiarę jej wyjaśnieniom. Niezrozumiałą reakcję pani Anny Walentynowicz mogę wytłumaczyć chyba tylko tym, iż w swym życiu nie jeden raz już sparzyła się na ludziach.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 17 »

Medialny oręż “obrońców praw człowieka”

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-29 (środa)

Jeśli nie da się o pewnych sprawach skutecznie kłamać, tak – by zachować przynajmniej pozory prawdy – rozwiązaniem staje się wówczas przemilczenie. Ów propagandowy zabieg, znany doskonale z praktyki PRL-u wynika z przekonania, że problem, o którym się nie mówi, nie istnieje, albo sam z siebie znika.

Nie może zatem dziwić, że główne media przemilczały fakt kolejnej wygranej sądowej ministra Macierewicza. Tylko na podstawie wzmianki na stronie internetowej Tygodnika „Głos”, mogliśmy się dowiedzieć, że Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia, II Wydział Karny umorzył postępowanie w sprawie, którą Antoniemu Macierewiczowi wytoczył były pracownik Polservice Jacek Wojnarowski, za umieszczenie jego nazwiska w Raporcie o likwidacji WSI. W działaniach byłego Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej sąd nie doszukał się dowodów wskazujących na popełnienie czynu zabronionego, wskazującego na zniesławienie.

W sprawie procesów wytaczanych Macierewiczowi, przez dotkniętych na honorze współpracowników WSI to kolejne, charakterystyczne przemilczenie. Podobnie – przed miesiącem główne media solidarnie przemilczały wygraną w procesie wytoczonym przez Waltera i Wejcherta – twórców ITI, którzy pozwali Macierewicza za słowa, pochodzące z wywiadu prasowego w „Rzeczpospolitej” z lutego 2007 r, „że koncern ITI powstał dzięki wojskowym służbom PRL”. Identycznie przemilczano styczniową wygraną Macierewicza, w procesie wytoczonym przez Krzysztofa Kluzka – byłego wiceprezesa PKN Orlen. Te same media, nie uznały również za konieczne poinformować nas, że sądy już wcześniej oddalały pozwy ITI w tej sprawie – uznając, że Macierewicz „wykonując obowiązki Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej działał zgodnie z prawem”.

Przypuszczam, że jawnie manifestowana nieprzychylność polskich dziennikarzy, wobec byłego szefa SKW znajduje podstawę w innych słowach Macierewicza, pochodzących z wywiadu dla „Rzeczpospolitej” . Zadał wówczas prowadzącemu wywiad ważne pytanie: „ Dlaczego żaden z dziennikarzy nie poszedł do panów Waltera i Wejcherta i nie zapytał, jak to było z tworzeniem ich koncernu medialnego w latach 80.? Opisałem w raporcie kwestie z tym związane bardzo wyraźnie. Nikt z państwa nie zadał takiego pytania”. Ano – nie zadał i nie zada, bo dziennikarska odwaga zdaje się nie wykraczać poza poziom połajania „konformistycznych” blogerów, a pryncypialne „głoszenie poglądów z otwartą przyłbicą” ma przecież swoje granice.

Przemilczanie orzeczeń sądowych korzystnych dla Macierewicza, zdaje się mieć jednak bardziej istotną przyczynę. Orzeczenia te zawierają bowiem twierdzenie, którego sens zadaje dotkliwy i celny cios dwuletniej kampanii propagandowej, przy pomocy której próbowano dyskredytować Raport z Weryfikacji WSI, działania Komisji Weryfikacyjnej i samego Macierewicza.

Prawdopodobnie, już po pierwszym korzystnym dla ministra postanowieniu warszawskiego Sądu Okręgowego, z kwietnia ubiegłego roku, oddalającego pozew Jana Wejcherta, spece od propagandy zdali sobie sprawę, że tylko przemilczeniem niewygodnej prawdy można zapewnić sobie wpływ na opinię społeczną. Wówczas już bowiem sąd podkreślił, że Macierewicz „działał w granicach prawa, nie jako osoba prywatna, ale urzędnik państwowy – szef Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI i mówił o urzędowym dokumencie opublikowanym przez prezydenta – raporcie z weryfikacji WSI”. Ten sam sąd, oddalając pozew Wejcherta orzekł również, że „dokument urzędowy chroni domniemanie prawdziwości i autentyczności, czego nie obalono, podobnie jak nie obalono zgodności z prawem trybu i formy powołania Macierewicza na stanowisko państwowe”.

Orzeczenie sądu zadawało kłam, trwającej od miesięcy kampanii dezinformacji, w której Macierewicza przedstawiano jako nieodpowiedzialnego szaleńca, a likwidację WSI jako proces szkodliwy dla państwa i niemal półlegalny. Twierdzenia te, miały kapitalne znaczenie dla skutecznego, zgodnego z prawem i logiką odrzucenia wszystkich medialnych zarzutów, pomówień, oszczerstw i kłamstw, jakie o Raporcie i jego autorach wyprodukowali funkcjonariusze medialni. Wszak nikomu z nich, nigdy nie przyszło do głowy, by atakować jakiegokolwiek ministra rządu Donalda Tuska za to, że wykonując swoje konstytucyjne obowiązki realizuje ustawę, uchwaloną przez Sejm. Co więcej – bodaj w całej, 20 letniej historii III RP próżno szukać podobnego przypadku, by media z taką determinacją, przy pomocy manipulacji faktami dopuszczały się zamachu na dokument urzędowy, dyskredytując jego znaczenie i treść. Poza jednym przypadkiem. W identyczny, sprzeczny z prawem sposób działano w 1992 roku, gdy ten sam minister legalnego rządu RP wykonywał uchwałę sejmową „o ujawnieniu tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa zajmujących stanowiska w najwyższych władzach państwa”.

Najwyraźniej, Antoni Macierewicz przejdzie do historii jako ten, który dwukrotnie wywołał niebywały w państwie demokratycznym, prawny precedens – gdy media, z aprobatą i przy współudziale organów państwa, atakowały i próbowały skompromitować urzędowy akt prawny i dokonania konstytucyjnego ministra.

W przeświadczeniu, że przemilczanie korzystnych orzeczeń sądowych jest elementem świadomej taktyki manipulacji, utwierdza również zachowanie ludzi, którzy w III RP mienią się „obrońcami praw człowieka”. Zasłużona skądinąd organizacja Helsińska Fundacja Praw Człowieka prowadzi na swojej stronie internetowej program „Prawa człowieka a rozliczenia z przeszłością”. Jak możemy przeczytać, „celem Programu jest kształtowanie odpowiedniej praktyki tworzenia i stosowania prawa pod kątem respektowania praw i wolności człowieka i obywatela. Działania HFPC polegają także na „monitorowaniu prac ustawodawczych, przygotowywaniu i przedstawianiu opinii prawnych już na tym etapie. Ponadto, działania te obejmują również szeroko rozumiane poszerzanie świadomości prawnej w społeczeństwie – w bardziej lub mniej sformalizowanych formach. To ostatnie poprzez udzielanie porad w indywidualnych sprawach, współpracę z mediami, zamieszczanie opracowań na stronie internetowej Programu”. W zakresie monitorowania spraw sądowych, związanych z Raportem z Weryfikacji WSI, znajdziemy obszerny wykaz postępowań, w których Antoni Macierewicz występuje w charakterze pozwanego. Warto dodać, że wielu z rzekomo poszkodowanych korzysta z pomocy prawnej HFPC, a Fundacja występuje przed sądem jako tzw. amicus curiae – przyjaciel sądu, prezentując swoje stanowisko – zawsze zgodne z żądaniami pozwu.

Jak zatem należy tłumaczyć fakt, że w wykazie spraw sądowych nie znajdziemy tych postępowań, które zakończyły się korzystnie dla Antoniego Macierewicza, a w szczególności dotyczących licznych pozwów Wejcherta i Waltera oraz spółki ITI?

Próżno też szukać ważnego orzeczenia Sądu Okręgowego, w sprawie Krzysztofa Kluzka. To zadziwiające przemilczenie, musi być postrzegane jako rażąca manipulacja – zwłaszcza, gdy porównamy praktykę działania „obrońców praw człowieka” w przypadku innych zagadnień. Gdy tylko bowiem pojawia się groźba naruszenia interesów agentury i jej mocodawców, Fundacja podejmuje działania z wprost niebywałą dla tego typu organizacji dziarskością. Oto 10 czerwca br. ukazał się w „Rzeczypospolitej” artykuł Cezarego Gmyza, zatytułowany „IPN udostępni gigantyczną bazę ofiar i katów”, zawierający informację o nowej bazie danych Instytutu, udostępnionej dziennikarzom i naukowcom. Natychmiast, bo już tego samego dnia, prezes zarządu Fundacji, pani Danuta Przywara wystosowała sążniste pismo do prezesa IPN, w którym zawarła 13 szczegółowych, bardzo dociekliwych pytań, związanych z nową inicjatywą Instytutu.

Już lektura pierwszych pytań pozwala zauważyć, o co szczególnie troszczą się „obrońcy praw człowieka”. Czytamy m.in: 1. Jakie przesłanki legły u podstaw decyzji o utworzeniu katalogu osób, o których informacje zawarte są w znajdujących się w zasobie archiwalnym Instytutu Pamięci Narodowej dokumentach organów bezpieczeństwa państwa; 2. Jaka jest podstawa prawna utworzenia katalogu, to znaczy, jaka jest podstawa ustawowa jego utworzenia, ewentualnie jaki akt wewnętrzny Instytutu Pamięci Narodowej reguluje jego utworzenie i funkcjonowanie, ponadto czy stanowisko w sprawie utworzenia katalogu zajęło Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej; [...] 4. O jakiego rodzaju osobach w katalogu znajdują się informacje, to jest jakiego rodzaju powiązania z organami bezpieczeństwa państwa, bądź jakiego rodzaju zainteresowanie z ich strony stanowiło podstawę zamieszczenia w nim informacji o konkretnej osobie;”

Gorliwy pośpiech obrońców towarzystwa, które mogło się poczuć zagrożone działaniami IPN-u , prowadzi ich nawet do formułowania tyleż żenujących, co bezprawnych ponagleń. W zakończeniu pisma możemy bowiem przeczytać: „Zdajemy sobie sprawę z tego, że ustawa o dostępie do informacji publicznej w art. 13 ust. 1 przewiduje 14-dniowy termin na udostępnienie informacji publicznej w trybie wnioskowym. Jednakże ze względu na wagę informacji, o które prosimy będziemy wdzięczni za ich udostępnienie w możliwie szybszym terminie”. Zaiste – waga informacji, o które występuje Fundacja musi być znaczna, bo od niej przecież może zależeć los tysięcy szpicli, agentów i prowadzących ich esbeków, przez dziesięciolecia terroryzujących polskie społeczeństwo. To samo społeczeństwo, – w ocenie maisteramowych mediów i instytucji podobnych do HFPC, nie zasługuje już na prawdziwą i rzetelną informację. Gdzie zatem ma szukać obrońców swoich praw?

Aleksander Ścios , cogito.salon24.pl/112114,medialny-orez-obroncow-praw-czlowieka

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 8 »

Kilka przemyśleń

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-29 (środa)

Szef amerykańskich Rezerw Federalnych, Żyd Ben Bernanke (czy kiedykolwiek ich szefem był nie-Żyd?) stwierdził w w Kansas City niedzielę, iż obecny kryzys finansowy może być gorszy, niż słynna Wielka Depresja z roku 1929. Kto jak kto, ale szef tej samej firmy, która spowodowała uprzednio właśnie Wielką Depresję, wie chyba co mówi.

Błazen Obama, odgrywający rolę prezydenta USA, wyznaczył Michaela Taylora z osławionej firmy Monsanto (założonej przez potomków żydowskich handlarzy niewolników i produkującej frankensteinowską żywność) na osobę odpowiedzialną za – uwaga! – zdrową żywność. Nie ma chyba w Stanach Zjednoczonych osoby, która by ponosiła odpowiedzialność za więcej chorób  i przypadków śmierci spowodowanych przez żywność, niż właśnie ten człowiek. Mówić o wyznaczeniu wilka, by pilnował stada owiec, to chyba zbyt łagodne porównanie.

Kilka dni temu zmarł ostatni brytyjski żołnierz z I Wojny Światowej, Harry Patch, w wieku 111 lat. Warto przypomnieć, iż I Wojna Światowa została zaplanowana i wykonana przez rodziny globalnych bankierów (zgadnij, czytelniku, z jakiej nacji się wywodzących), którzy czerpali wielkie zyski z obu krwawo walczących stron. Wojna ta pozwoliła na przekształcenie świata celem późniejszego wywołania jeszcze bardziej krwawych orgii wojennych. Potomkowie prawdziwych sprawców I Wojny są nadal przy władzy i robią dziś to samo, co wtedy – jedynie przy wykorzystaniu nowych, potężniejszych technologii masowych mordów na zbędnej części mieszkańców Ziemi.

Opublikowany w Polityka, Różne | Komentarzy: 2 »

Leśne obserwatorium – c.d. (27.07.2009)

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-27 (poniedziałek)

Informacje na temat handlu ludzkimi organami są dość powierzchownie, niemal niechętnie, traktowane przez media. Powodem może być niejakie zakłopotanie, w jakim znalazła się FBI, bowiem już siedem lat temu Nancy Scheper-Hughes, antropolog z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii, powiadomiła FBI o takim handlu – podając zarówno adres szefa gangu, jak i jego telefon. FBI nie zrobiła absolutnie nic. Departament Stanu US, bez zbadania sprawy, odrzucił ją jako “urban legend”, czyli zwykłe konfabulacje, tego samego typu, co pogłoski, iż Elvis Presley wciąż żyje. W tym samym czasie rządy Południowej Afryki i Brazylii zareagowały z całą mocą prawa na ten nielegalny proceder.

Przez owe siedem lat miały miejsce niezliczone kryminalne transakcje – i tylko jedno oskarżenie.

Tymczasem amerykańskie CDC (Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom) wypowiedziało się, iż wszystkie dzieci między 6-tym miesiącem a 18 rokiem życia powinny zostać zaszczepione przeciwko “świńskiej grypie”.
Pytanie: czy Amerykanie (a za nimi nieuchronnie pójdą inni) ufają swemu rządowi na tyle, by złożyć w jego ręce życie własne i własnych dzieci. Zwłaszcza w świetle następujących faktów:
1. Szczepionki nie są wytestowane.
2. Producenci szczepionek mają zagwarantowaną totalną bezkarność w razie negatywnych skutków ich stosowania.
3. Wirus A/H1N1 jest ewidentnie tworem sztucznym, produktem inżynierii genetycznej – lecz żaden rząd na świecie, także amerykański, tego nie przyznał, co odbiera im resztę wiarygodności.
4. Illuminati najwyraźniej przygotowują się do końcowej rozgrywki o ustanowienie Nowego Porządku Światowego i jest wysoce prawdopodobne, iż ich powszechnie znane zamiary zredukowania liczebności populacji ziemskiej pasują zarówno do nowego wirusa, jak i masowych “szczepionek” przeciwko niemu.

Jest bardzo mało znanym faktem, iż rząd USA, działając poprzez CIA oraz antykomunistycznych uchodźców, już raz usiłował wprowadzić dokładnie taką samą chorobę na Kubę celem destabilizacji kubańskiej gospodarki i zachęcenia lokalnej opozycji do działań. Historia ta została po raz pierwszy opisana 10 stycznia 1977 roku na pierwszej stronie “San Francisco Chronicle”, a tytuł artykułu brzmiał: “Tajemnica roku 1971 – odkryto powiązania CIA z kubańskim wirusem świńskiej grypy”.
W 1971 roku istotnie choroba ta wybuchła na Kubie  – ale wśród świń. Musiano zabić ok. pół miliona tych zwierząt, aby zapobiec zwierzęcej epidemii na skalę całego państwa. Ówczesne wirusy nie przenosiły się na ludzi. Od tamtej pory nauka poczyniła jednak duże postępy.

W czasie ostatniego pobytu na Ukrainie Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, złożył kwiaty pod pomnikiem żołnierzy Ukraińskiej Galicyjskiej Armii. Jednostki te walczyły w 1918 r. przeciwko Polakom o Lwów. Czekamy na złożenie kwiatów gestapowcom i SS-manom.

Na Śląsku trwa separatystyczna hucpa, ewidentnie inspirowana przez zbezczelniałą niemiecką mniejszość, której w Polsce najwyraźniej jest za dobrze.  Warto przypomnieć, iż artykuł 3 Konstytucji RP z 1997 roku stwierdza jednoznacznie: „Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym”. Jednolitym – czyli rządzonym i administrowanym przez centralny rząd,  bez żadnych wewnętrznych podziałów, autonomii czy szczególnych uprawnień dla jakiegoś wyodrębnionego regionu. W jego świetle dążenia do lokalnej autonomii są sprzeczne z Konstytucją i godzą w interes Rzeczypospolitej, a nawet w jej integralność i suwerenność i jako takie powinny być ścigane przez organy państwa. Jeśli złamania najwyższego obowiązującego na terytorium RP aktu prawnego, jakim jest Konstytucja, dopuścił się poseł, senator lub, powiedzmy, członek rządu (w tym i premier), zająć powinien się nim Trybunał Stanu, sprawdzając, czy nie zaistniała sytuacja zdrady stanu, zasługująca na najwyższy możliwy wymiar kary. Jeśli działania takie prowadzone są przez zwyczajnego obywatela, wystarczają postępowania przed sądami powszechnymi, a zatrzymaniem osoby, której postawiono konkretne zarzuty, zająć powinna się policja. Jeśli natomiast istnieją trudności z ustaleniem danych osobowych ludzi prowadzących działalność wywrotową, jeśli ich sposób postępowania jest anonimowy lub przybiera charakter organizacji niejawnej, wówczas mamy do czynienia z klasycznym przykładem pola działania dla służb specjalnych.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 15 »

Nowa fala antysemityzmu

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-25 (sobota)

Państwo izraelskie pośrednio przyznało, iż lekarze z Instytutu Medycyny Sądowej w Abu Kabir wycięli organy z trojga palestyńskich nastolatków zabitych przez dzielną Armię Izraela kilka dni temu. Konkretnie zaś – minister Zdrowia Nessim Dahhan, w odpowiedzi na pytanie arabskiego członka Knesetu, Ahmeda Teibi, rzekł iż “nie może zaprzeczyć” iż organy zabitych nastolatków zostały zuzyte do transplantacji lub badań naukowych.

Ahmed Teibi twierdzi, iż posiada wiarygodne dowody na to, iż izraelscy lekarze nagminnie stosują praktyki wycinania serca, wątroby i nerek z palestyńskich dzieci i młodzieży zabitej przez żołnierzy w rejonie Gazy i West Bank. Władze izraelskie z reguły przetrzymują ciała ofiar przez kilka dni bez żadnego wyjaśnienia. Izraelskie media przemilczają takie wypadki.

Źródła palestyńskie utrzymują, iż troje bezbronnych nastolatków zostało zabitych z zimną krwią i bez powodu, natomiast źródła izraelskie nie są zgodne między sobą w opisie, co się właściwie wydarzyło.

Ciągnąca się przez co najmniej twa lata ogromna afera korupcyjna połączona z praniem pieniędzy na międzynarodową skalę, rozciągająca się od Jersey poprzez Brooklyn aż do Izraela i Szwjacarii, kulminowała aresztowaniem w czwartek 44 osób – wśród nich trzech burmistrzów z New Jersey, dwu członków państwowego zgromadzenia ustawodawczego oraz – aż boimy się napisać to słowo – pięciu rabinów. Przypuszczamy, iż wmieszanie rabinów w sprawy kryminalne było spowodowane złym wpływem księży i biskupów katolickich, którzy nachalnie rwą się do dialogu z żydami i demoralizują ich.

Władze rozbiły cała sprawę na dwa główne wątki:
- pranie pieniędzy, które prowadzi do rabinów oraz członków żydowskiej społeczności (tzw. syryjskiej) w Brooklynie i mieście Deal w Jersey Shore;
- polityczna korupcja, łapówkarstwo, fałszowanie czeków itp. w które zamieszani są wysocy urzędnicy państwowi, głównie z New Jersy i Hoboken.

Pogłoski mówią również o nielegalnym handlu organami ludzkimi, w co oczywiście nie wierzymy, znając wysokie standardy moralne potomków Abrahama i Mojżesza – i z oburzeniem odrzucamy informacje, iż np. rabin Yitzchak Levi Rosenbaum od conajmniej 10 lat handlował nerkami: donator otrzymywał 10 tys. dolarów, a odbiorca płacił 160 tysięcy. Niewielki zysk szedł do kieszeni rabina zapewne na potrzeby coraz większej rzeszy ofiar Holocaustu.

My się pytamy: komu służy publikowanie takich informacji, jeśli nie faszystom i antysemitom? Dlatego prosimy naszych czytelników, aby natychmiast zapomnieli to, co przeczytali powyżej i potraktowali artykuł jako szkoleniowy przykład nierzetelnego i stronniczego dziennikarstwa. Prosimy również o nie zaglądanie na adres:
http://www.youtube.com/watch?v=sBlROow_TAw
ani o nie doszukiwanie się na siłę jakichkolwiek związków między jedną wiadomością, a drugą.

PS. Niezależne media, jakby się umówiły, szybko przestały pisać i mówić o “rabinach”, używając zamiast tego słowa “duchowni” (clergymen), co czytelnikowi sugeruje na ogół duchownych katolickich, którzy (stosując logikę Michnika) wprawdzie w nic zamieszani nie byli, ale przecież mogli być.

Opublikowany w Polityka, Różne | Komentarzy: 25 »

Wojciech Błasiak: Sieć polskiej oligarchii finansowo-politycznej

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-23 (czwartek)

18 lat temu w dniu 18 lipca 1991 roku zmarł na zawał serca odkrywca mechanizmu działania afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego starszy inspektor Najwyższej Izby Kontroli Michał Tadeusz Falzmann. Zmarł w wieku 38 lat, w pełni formy fizycznej, a zawału serca dostał w dzień po telefonie do swego przyjaciela, iż w archiwach Narodowego Banku Polskiego odnalazł ważne materiały dotyczące FOZZ. Jego rodzina i przyjaciele byli i są przekonani, iż został zamordowany w typowy dla komunistycznych służb specjalnych sposób. W trakcie kontroli FOZZ jako inspektor NIK był obiektem nieustannych pogróżek, nacisków i szantaży aż po anonimowe groźby śmierci. Jeszcze w kwietniu 1991 roku w jego dzienniku pod datą 21 kwiecień znalazł się zapis: „Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych.”

W niecałe trzy miesiące później 7 października 1991 roku na trasie szybkiego ruchu Warszawa-Katowice w tragicznym wypadku samochodowym zginął urzędujący prezes NIK prof. Walerian Pańko. Według oficjalnej wersji wypadek był winą kierowcy, oficera Biura Ochrony Rządu, którego samochód miał zaczepić tylnym kołem o krawężnik. Tymczasem w blisko rok po tragicznym wypadku ukazał się wywiad w jednym z tygodników z jedynym świadkiem, który przeżył wypadek, żoną prezesa NIK Urszulą Pańko. „Nie jechaliśmy z oszałamiającą prędkością – mówi w nim U. Pańko – ponieważ kierowca zamierzał dopiero co wyprzedzić ciężarówkę. W tym momencie zarzuciło nasz samochód, z jednoczesnym nieprawdopodobnym hukiem.” Dodajmy, iż śmierć prezesa NIK nastąpiła na dwa dni przed planowanym wygłoszeniem przez niego w Sejmie RP wystąpienia na temat kontroli FOZZ przeprowadzonej przez nieżyjącego od trzech miesięcy M. T. Falzmanna.

M. T. Falzmann odkrył gigantyczną, systematyczną i zorganizowaną grabież finansów kraju dzięki operacjom na polskich długach sięgającą czasów PRL-u, a kontynuowaną w sposób wzmożony po 1989 roku głownie w oparciu o to co prof. Jerzy Przystawa nazwał „złamaniem parytetu stóp procentowych”, a co ja nazywam „oscylatorem Balcerowicza”. Ów „oscylator Balcerowicza” polegał na wykorzystaniu różnicy pomiędzy bardzo wysokim oprocentowaniem kont złotówkowych w warunkach inflacji sięgającym w 1990 roku 260 procent i polityki aprecjacji złotówki, a relatywnie bardzo niskim bo kilkuprocentowym oprocentowaniem kont walut obcych.

Umożliwiało to, zwłaszcza z początkiem lat 90. w sytuacji wprowadzenia w ramach tzw. „planu Balcerowicza” sztywnego kursu dolara w stosunku do złotówki, olbrzymią spekulację. Polegała ona na zamianie walut obcych na złotówki i lokowaniu ich na bardzo wysoko oprocentowanych kontach złotówkowych, a następnie na zamianie na waluty obce z olbrzymim zyskiem. M. Falzmann nazwał to „rabunkiem finansów państwa”, który szacował na co najmniej kilkanaście miliardów dolarów. Na podstawie zgromadzonych przez niego informacji i materiałów powstała jedyna na ten temat w Polsce książka Jerzego Przystawy i Mirosława Dakowskiego „Via Bank i FOZZ” wydana w 1992 roku.

Sama zaś działalność Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, który miał służyć ukrytemu wykupywaniu długów polskiego państwa, była tylko fragmentem szerszej całości operacji spekulacyjnych z użyciem polskiego zadłużenia zagranicznego. Sednem zaś samej afery FOZZ było nigdy nie ujawnione przed szeroką opinią publiczną jej „drugie dno” w postaci wykorzystywania blisko 2 mld dolarów FOZZ do walutowych operacji spekulacyjnych umożliwiających wyprowadzanie głównie poprzez system bankowy pieniędzy i drenowanie gospodarki kraju.. W ten sam zresztą sposób nigdy nie ujawniony przed opinią publiczną p. Bagsik z p. Gąsiorowskim wyprowadzili w ramach tzw. „afery Art.- B” w ciągu zaledwie roku czasu z polskiego systemu bankowego 480 mln dolarów. Samą zaś opinie publiczną wprowadzano w błąd, iż chodziło o wielokrotne oprocentowanie oscylacyjne tych samych wkładów w różnych polskich bankach.

To jak wyglądał polski system finansowy okresu końca PRL-u i początków transformacji, potwierdzał też kolejnego raportu NIK z 1992 roku dla ówczesnego ministra finansów Jerzego Osiatyńskiego (HZ-41002-1/92):

„Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła w okresie od lutego do czerwca br. kontrolę realizacji ustawowych zadań Ministra Finansów w latach 1989-1991 w zakresie: zobowiązań i należności zagranicznych Skarbu Państwa, bilansu płatniczego państwa, zobowiązań krajowych Skarbu Państwa, nadzoru i kontroli Ministra Finansów oraz działalnością FOZZ oraz polityki kursu złotego. (..)

1.1.(…) W 1990 r. zagraniczny dług państwowy wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 7.854 mln USD. (…) Na koniec 1990 r. zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło 48.475 mln USD (…)

1.2. (…) Księga zadłużenia zagranicznego założona dopiero 20 maja 1991 r. (a przed tą datą zarówno Ministerstwo Finansów jak i FOZZ nie prowadziły takiej księgi), nie spełnia roli ewidencji długu państwowego, gdyż dane z niej zawarte są zbyt ogólnikowe. Zapisy dokonane w tej księdze nie mają bezpośredniego odniesienia do dokumentów źródłowych pozwalających ustalić poszczególnych kredytodawców, dat i kwot zaciągniętych kredytów oraz ich rzeczywistego przeznaczenia. Nie wskazuje się też finalnego kredytobiorcy.
Z zapisów księgi nie można ustalić opóźnień w spłacie rat kapitałowych i odsetek. Preliminarze płatności zadłużenia zagranicznego sporządza jedynie Bank Handlowy. Zmusza to Ministerstwo Finansów do czerpania informacji tylko z Banku Handlowego przy obsłudze bilansu płatniczego państwa i sporządzania różnych analiz.

1.3. Umowy dwustronne Polski z państwami Klubu Paryskiego nie podpisywał Rząd RP lub z jego upoważnienia Minister Finansów lub inny członek Rządu, a różni nieupoważnieni urzędnicy Ministerstwa Finansów, a także inne osoby spoza Ministerstwa. Sprawa podpisywania umów międzypaństwowych ze skutkiem dla budżetu państwa zastrzeżona jest konstytucyjnie dla generalnych kompetencji Rządu RP, a fakt podpisania ich przez nieupoważnione do tego osoby powoduje z mocy prawa ich nieważność. (…)

1.4. Z uwagi na brak dokumentów źródłowych Ministerstwo Finansów (Dep. Zagraniczny) nie sporządziło – na żądanie kontroli NIK zestawienia obejmującego pozycje składające się na zadłużenie zagraniczne państwa oraz przebieg realizacji spłat kapitału i odsetek wobec poszczególnych wierzycieli.

Ministerstwo nie posiadało także zestawienia przebiegu obsługi zadłużenia zagranicznego w latach 1989-1991 w układzie bardziej ogólnym, tj. wg poszczególnych grup wierzycieli oraz nie podano kontrolującemu przyczyn niepełnej obsługi zadłużenia zagranicznego państwa w ostatnich latach i wynikających z tego ujemnych skutków (wzrostu zadłużenia) dla budżetu państwa w przyszłości. (…)

6.2. Ustawą z 15 lutego 1989 r. o FOZZ zlikwidowany został fundusz celowy o tej samej nazwie, działający na podstawie ustawy z 1985 r. o FOZZ. (…) Ministerstwo Finansów (Dep. Zagraniczny) w toku kontroli NIK nie było w stanie określić wysokości salda tzw. „starego FOZZ” przejętego przez tzw. „nowy FOZZ”.

6.3. Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego nie prowadził księgi zobowiązań i należności Państwa z tyt. Zagranicznych kredytów i gwarancji państwowych – mimo że na mocy art. 12 ustawy o FOZZ był do tego zobowiązany. (…)

6.4. (…) do tej pory nie została rozszyfrowana kwota 1 624,3 mld zł dot. operacji własnych FOZZ ujęta w zestawieniu Pt. „Rozdysponowanie dotacji budżetowej w 1990 r. dla FOZZ.”
(…)

6.5. Ministerstwo Finansów (a także FOZZ) nie prowadziło ewidencji efektów wykupu przez FOZZ polskich długów. (…)

7.2. Ministerstwo Finansów nie sporządzało ani nie uczestniczyło w opracowywaniu rachunków symulacyjnych skutków zmiany kursu złotego do koszyka walut, jak również nie egzekwowało takich analiz z NBP. Z przeglądu materiałów dotyczących zmiany kursu złotego do koszyka walut w latach 1989-1991 wynika, że udział Ministra Finansów ograniczał się do podpisywania decyzji o zmianie kursu złotego zaproponowanych przez Prezesa NBP. Minister Finansów nie występował też z inicjatywa zmiany kursu ani nie wyrażał swego stanowiska przed podpisaniem ww. decyzji.”

Przez 18 lat istnienia „demokratycznego państwa prawa” i 18 lat istnienia „wolnych mediów” na czele z „Gazetą Wyborczą”, Polacy o FOZZ dowiedzieli się tylko, że gdzieś się zapodziało około 100 mln dolarów, których z owych 2 mld nie oddano do FOZZ z powrotem. O „oscylatorze Balcerowicza” i gigantycznych stratach z tego tytułu do dziś nic się nie prześliźnie w polskich mass-mediach (wyjątkiem są media redemptorysty ks. Tadeusza Rydzyka, gdzie kilkakrotnie na ten temat ukazywały się rzetelne informacje). A o ujawnieniu okoliczności śmierci M. T. Falzmanna i W. Pańki wskazujących na fachowe morderstwa, pewnie nikt nawet nie śmie pomyśleć.

Powstaje więc pytanie o to jak można kontrolować wszystkie władze niepodległego państwa, od ustawodawczej, przez wykonawczą, sadownicza, aż po medialną i to przez blisko 18 lat! Innymi słowy nawiązując do mojego poprzedniego opisu i analizy funkcjonowania polskiego systemu medialnego, jest to pytanie kto jest ośrodkiem prowadzącym dla medialnej agentury wpływu i medialnych „pudeł rezonansowych” tworzących rdzeń polskiego systemu medialnego i zapewniających pełne panowanie informacyjne.

Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, iż FOZZ-em bezpośrednio i pośrednio kierowały wojskowe służby specjalne PRL-u, a dyrektorem FOZZ był wysoki oficer tychże służb. O tym, kto i gdzie przechwycił miliardy dolarów dzięki nielegalnym operacjom na polskim zadłużeniu zagranicznym i „pożyczek” na spekulacyjne cele z FOZZ, decydowali ludzie PRL-owskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, a więc ludzie „człowieka honoru” A. Michnika, czyli gen. Czesława Kiszczaka. Ślady udziału tego środowiska w operacjach finansowych, w tym prywatyzacyjnych okresu transformacji pojawiają się aż po dziś dzień.

Dodajmy przy okazji, że ostentacyjna bezkarność Cz. Kiszczaka, który już nawet nie usprawiedliwia swoich nieobecności w sądzie na procesach o stan wojenny, a sąd nie śmie kiwnąć palcem, jest dużo mówiąca. Kolejną poszlaką wskazującą na kluczowość tego środowiska w mechanizmach panowania jest to, że Platforma Obywatelska odbierając w tym roku przywileje emerytalne funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa PRL-u, nie ośmieliła się ruszyć służb wojskowych, a po dojściu do władzy natychmiast zaczęła dyskredytować likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych. Oczywiście przy okazji wszelakich afer w okresie transformacji pojawiają się bardzo częste ślady znaczącej roli politycznej i gospodarczej również byłych służb cywilnych PRL-u. Ale wyraźnie to środowisko jest na drugim miejscu co do roli i znaczenia w zakulisowym życiu III RP i przebiegu samej transformacji ustrojowej.

Rąbka tajemnicy przed szeroką opinią publiczną odsłoniły też w tej sprawie prace przynajmniej dwóch specjalnych sejmowych komisji śledczych. W 2003 roku w trakcie prac sejmowej komisji nadzwyczajnej w sprawie tzw. afery Rywina wyszło na jaw, że faktyczne decyzje polityczne dotyczące treści ustaw są elementem nieformalnych uzgodnień i korupcyjnych przetargów. Afera ta polegała na tym, że w lipcu 2002 roku związany ze środowiskiem rządzącego wówczas postkomunistycznego Sojuszu Lewicy Demokratycznej znany producent filmowy Lew Rywin złożył propozycję korupcyjną szefom koncernu medialnego Agora, jej prezesowi Wandzie Rapaczyńskiej i redaktorowi „Gazety Wyborczej” Adamowi Michnikowi.

Była to oferta złożona w odpowiedzi na przekazane przez W. Rapaczyńską nieoficjalne „oczekiwania” koncernu Agora wobec rządu Leszka Millera co do zapisu treści nowej ustawy medialnej. Propozycja Rywina sprowadzała się do oferty łapówki w wysokości 17,5 mln dolarów od Agory dla „grupy trzymającej władzę”, w zamian za zapis ustawy umożliwiającej koncernowi zakup stacji telewizyjnej „Polsat”. Prace zaś komisji sejmowej do spraw tzw. afery Orlenu z 2004 roku ujawniły kulisy kluczowych decyzji prywatyzacyjnych podejmowanych przez nielegalne i nieformalne ośrodki władzy.

Sama afera dotyczyła okoliczności zatrzymania w 2002 roku przez polskie służby specjalne szefa największego polskiego koncernu paliwowego „Orlenu” za czasów rządów SLD, co miało zablokować podpisanie przez niego kontraktu na dostawy ropy naftowej wartości 14 mld dolarów. Chodziło prawdopodobnie o przejęcie „prowizji” z tego tytułu. W trakcie prac wyszło na jaw, że polski oligarcha finansowy Jan Kulczyk, powołując się na polskiego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, miał negocjować w Wiedniu w 2003 roku z rosyjskim oficerem wywiadu Władimirem Ałganowem ustalenie korzystnych dla Rosji warunków prywatyzacji kluczowej polskiej rafinerii ropy – Rafinerii Gdańskiej. Związany zaś z środowiskiem prezydenta A. Kwaśniewskiego lobbysta negocjował z SLD-owskim ministrem skarbu korzystne warunki sprzedaży Rosji polskich firm energetycznych.

Kolejną wskazówką jest okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, która to partia głosem swego lidera Jarosława Kaczyńskiego zadeklarowała „walkę z układem”. Ten „układ” określony został jako „czworokąt składający się z części służb specjalnych, części środowisk przestępczych, części polityków i części środowisk biznesowych”. Jest to ważne określenie, gdyż tylko liderzy polityczni w Polsce tak naprawdę orientują się w rzeczywistym układzie i składzie sił panujących. Tyle, że reszta z nich milczy i udaje nic takiego nie istnieje.

Jeśli więc po dwóch latach rządu PiS-u mającego walczyć z oligarchicznym „układem”, nagle okazało się we wrześniu 2007 roku, i to dzięki wyjątkowemu zbiegowi przypadkowych okoliczności, że ich minister spraw wewnętrznych, ich komendant główny policji państwowej, ich szef Centralnego Biura Śledczego i prezes największej państwowej instytucji finansowej, są ludźmi bezpośrednio podporządkowanymi oligarsze finansowemu Ryszardowi Krauze, to powstaje pytanie co się dzieje na szczeblu dyrektorów departamentów ministerstw, urzędów skarbowych, sądów, mediów, itp.

Prace samych komisji sejmowych ujawniły, że za fasadą demokracji ukrywała się (i jak jestem przekonany nadal ukrywa się) faktyczna władza o panującym charakterze oligarchicznej sieci – polskiej oligarchii finansowo-politycznej. Ta sieć panowania o nieformalnym charakterze sprawowana jest za pośrednictwem podporządkowanych elit politycznych, administracyjnych, menadżerskich i sądowniczych w samym państwie, a także poszczególnych jego segmentów, jak choćby służby specjalne. Jest to wyraźnie struktura sieciowa, a więc nie posiadająca hierarchii, choć jej węzły z pewnością mają różną wagę finansową i polityczną.

Prawdopodobnie znacząca część węzłów pochodzi ze środowiska byłych służb specjalnych PRL-u, szczególnie wojskowych, co z pewnością ułatwiło sieciowanie. Być może w stosunku do tej części sieci prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu wyrwało się gdzieś rok temu zdanie o istnieniu w Polsce swoistego „alternatywnego antypaństwa”, czego już nigdy nie powtórzył, nie mówiąc o rozwinięciu, zaś znacząco skundlone polskie środowisko dziennikarskie nie odważyło się drążyć tego tematu. Z innymi węzłami sieci typu koncern Agora, Z. Solorz, J. Kulczyk czy R. Krauze, łączy je przynajmniej chęć utrzymania ustrojowego status quo i zabezpieczenia swych pozycji współpanowania. A z zasady oligarchiczności wynika niemożność podejmowania walki konkurencyjnej i próby zdominowania innych węzłów, bo inne węzły mają porównywalna siłę, więc grozi to samounicestwieniem siebie lub całych fragmentów sieci.

Węzły tej oligarchicznej sieci polityczno-finansowej są nieco analogiczne do kosmicznych „czarnych dziur”, gdyż są bezpośrednio i w sposób przez nie zamierzony, a przy tym profesjonalnie zrealizowany, dzięki znaczącemu udziałowi środowiska byłych służb specjalnych, nieidentyfikowalne. Są nieidentyfikowalne dzięki „wciąganiu” z olbrzymią siłą i szybkością wszelkich informacji (i ludzi) umożliwiających jej rozpoznanie. Są realizacją chińskiej zasady zacytowanej przez byłego oficera radzieckiego wywiadu Władimira Wołkowa w omawianej już przeze mnie jego książce „Montaż” – „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształtu, który mógłby zostać precyzyjnie opisany. Jeśli się to wam powiedzie, uodpornicie się na spojrzenia najprzeróżniejszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygotować zwróconych przeciwko wam planów” .

Wyjątkami w nieidentyfikowalności społecznej są poszczególne osoby i instytucje o trudnych do ustalenia pozycjach w sieci i zmienne ośrodki koncentracji węzłów sieci, typu ośrodek towarzyski poprzedniego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego czy pojedyncze działania oligarchów finansowych i politycznych oraz instytucji typu koncern Agora. Ale choć „czarne węzły” oligarchicznej sieci są zasadniczo niewidzialne i choć bywają tylko fragmentarycznie na krótko odsłaniane, to sposób funkcjonowania i ruchy podporządkowanego czy tylko zależnego otoczenia, od parlamentu i klubów parlamentarnych, przez poszczególne segmenty aparatu państwa, mass-mediów oraz wymiaru sprawiedliwości, potwierdza precyzyjnie nie tylko jego istnienie, ale i chwilowe punkty położenia.

Sądzę, że sieć oligarchiczna aktualnie rozpoczęła testowanie alternatywnych wobec PO i SLD rozwiązań partyjnych na przyszłe wybory, a nade wszystko alternatywnego wobec Donalda Tuska kandydata na prezydenta, w postaci reaktywacji Stronnictwa Demokratycznego i reaktywacji „swojego” polityka Andrzeja Olechowskiego. Robić to będzie oczywiście za pomocą medialnej agentury wpływu i jego „pudeł rezonansowych”.

Ta funkcjonująca poza wszelką kontrolą publiczną i wiedzą szerokiej opinii publicznej, poza wszelką odpowiedzialnością oligarchiczna sieć o charakterze klasy społecznej, zawłaszczyła w sposób istotny w procesie transformacji polskie państwo i stale oraz na nowo go zawłaszcza. Ta sieć oligarchicznej władzy, wokół której krążyła i dużym stopniu nadal krążą polskie elity polityczne, jest autorem i reproduktorem cech i charakteru państwa III RP.

dr Wojciech Blasiak
Małopolska Wyższa Szkoła Zawodowa, Kraków
Dąbrowa Górnicza 22.07.2009 r.
Tekst dla: „Nowy Kurier. Polish-Canadian Independent Courier”.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 81 »

Dalsze ciekawostki na temat “świńskiej grypy”

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-23 (czwartek)

Opracowane wg.
http://www.globalresearch.ca/index.php?context=va&aid=14487

Amerykańska Minister Zdrowia Kathleen Sebelius podpisała kilka dni temu niesłychany wprost dokument: dekret uwalniający producentów szczepionek od jakiejkolwiek odpowiedzialności prawnej za skutki stosowania nowej szczepionki przeciwko “świńskiej grypie”.

Co więcej, przyspieszony, kosztujący 7 miliardów dolarów plan rządowy rzucenia na rynek nowej szczepionki na czas  jesiennych zachorowań na grypę, jest wykonywany praktycznie bez żadnych testów.  Pytanie: co kryje się za oficjalną histerią Światowej Organizacji Zdrowia WHO, która ogłosiła pandemię wirusa H1N1 - narzuca się samo przez się.

Ani Światowa Organizacja Zdrowia, ani amerykańskie CDC (Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom) – ani żadna inna naukowa instytucja nie pokazała rygorystycznie naukowego dowodu, iż wirus N1H1 w ogóle istnieje. Dowód taki wymaga odizolowania wirusa, określenia jego charakterystyki oraz sfotografowania mikroskopem elektronowym. Nic podobnego nie zostało nigdzie przeprowadzone – a jednak WHO ogłasza światu “zagrożenie pandemią”.

Wszystko razem osiąga wymiar żywcem wzięty z George’a Orwella. Na podstawie – niewykluczone, że zmyślonego – zagrożenia pandemią, mogą być automatycznie uruchomione specjalne programy jej zwalczania nawet w takich krajach, jak Niemcy, gdzie praktycznie w ogóle nie dotarła.

Światowa Organizacja Zdrowia WHO posiada specjalną komórkę SAGE (Strategic Advisory Group on Immunization) zajmującą się sprawami szczepień – i ona to zadeklarowała “fazę nr 6″ pandemii H1N1. Szefem SAGE od 2005 roku jest niejaki dr David Salisbury, zarazem dyrektor Wydziału Szczepień w Brytyjskim Ministerstwie Zdrowia. W latach 1980 dr Salisbury wsławił się nachalnym popieraniem i lansowaniem masowych szczepień dla dzieci przy użyciu produktu MMR produkowanego przez Glaxo-Kline-French. Produkt ów został wycofany z użycia w Japonii z powodu dużej liczby zaobserwowanych groźnych skutków ubocznych (rząd japoński wypłacił duże odszkodowania ofiarom). Podobnie stało się w Szwecji, gdzie nawet stwierdzono związek szczepionki z występowaniem choroby Crohna. Wszystko to nie wywarło większego wrażenia na dobrym doktorze Salisbury, zwłaszcza że firma Glaxo-Kline-French użyła tzw. lobbingu – a nawet udało jej się załatwić uwolnienie od odpowiedzialności karnej i cywilnej za skutki uboczne jej leków, które stały się szeroko znane.

Dziś ten sam dr Salisbury oręduje za globalnym rozpowszechnieniem niewytestowanych szczepionek produkowanych przez tę samą firmę, która zdążyła jedynie zmienić nazwę na GlaxoSmithKline! Co za zbieg okoliczności…

W 1976 roku rząd USA przejechał się na programie masowych szczepień,  mających również zabezpieczyć przed niezwykle groźną odmianą grypy. Nb. również nazwano ją świńską.

Ówczesny doradca rzadu, David Sencer, użył jako straszaka wielkiej epidemię “hiszpanki” z lat 1918-1919.  Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że przypadki śmiertelne nie były wcale spowodowane “hiszpanką”, lecz… masową akcją szczepień przeciwko niej, w którą bardzo zaangażowany był Uniwersytet Rockefellera i Fundacja Rockefellera. Obie te instytucje (znów te przypadki…) stały również w centrum akcji szczepień w roku 1976. Akcja skończyła się największym fiaskiem w historii medycyny amerykańskiej, a Sencer musiał zrezygnować ze swego stanowiska. Szkody zostały jednak już  poczynione. Z 40 milionów zaszczepionych Amerykanów co najmniej 500 rozwineło objawy tzw. syndromu Guillaina-Barre, który oznaczał możliwość paraliżu, a nawet śmierci. Co najmniej 25 osób zmarło od szczepionki. Na grypę zmarła być może jedna (1) osoba. Lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

Rząd Stanów Zjednoczonych musiał stawić czoła wielkiej fali pozwów sądowych od ofiar i wypłacać odszkodowania. Obecnie, nauczony doświadczeniem, rząd ten czyni kroki “prawne” w celu zapewnienia sobie całkowitej bezkarności. Wystarczy po prostu ową bezkarność ogłosić.

Rządy USA i Wielkiej Brytanii zdecydowały się już na wypuszczenie na rynek zupełnie niewytestowanych szczepionek o nieznanych skutkach ubocznych.  Na pierwszy ogień mają iść dzieci. Pierwsze z nich otrzymają dawki szczepionki  więcej, niż miesiąc przed uzyskaniem jakichkolwiek rezultatów testowych.

Rząd Wielkiej Brytanii twierdzi, iż świńska grypa może spowodować 65 tysięcy ofiar śmiertelnych, w co mamy raczej prawo wątpić. Rząd niestety nie oszacował, ile ofiar śmiertelnych pociągnie za sobą żadza zysku koncernów farmaceutycznych oraz plany wyludnienia świata celem zrobienia większej przestrzeni życiowej dla elity.

Dostawcami szczepionek bedą firmy GlaxoSmithKline i Baxter, które – znów ten zbieg okoliczności! – uzyskały licencje na trzy podstawowe szczepionki przeciwko “pandemii” jeszcze zanim pandemia się pojawiła i choć naukowcy i lekarze twierdzą, iż niemożliwe jest przygotowywanie szczepionek grypowych z wyprzedzeniem. I teraz prawdziwa bomba: firma Baxter już na rok przed pierwszym ujawnionym przypadkiem pojawienia się “świńskiej grypy” zgłosiła wniosek patentowy na szczepionkę przeciwko N1H1 (Baxter Vaccine Patent Application US 2009/0060950 A1).

W takiej sytuacji – czyż nie jest rozsądnym wymaganie, aby na pierwszy ogień w akcji masowych szczepień poszli reprezentanci WHO, SAGE, administracja USA z Obamą na czele, Kongres Stanów Zjednoczonych rząd brytyjski, szefowie firm farmaceutycznych, wynajęte szumowiny dziennikarskie itd?

Sama organizacja WHO przestała w ogóle śledzić rozwój rzekomej “pandemii” świńskiej grypy – rzekomo aby nie urażać producentów żywności typu Smithfield Foods, znanego truciciela środowiska – choć należy to do jej psich obowiązków. Ludność świata traktowana jest bowiem jak bezrozumne bydło, co po żydowsku tłumaczy się jako “goje”.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 11 »

Protest Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-22 (środa)

Ze względu na sympatię, jaką darzymy Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi, zamieszczamy poniższą odezwę, w pełni z nią sympatyzując – a zarazem zdając sobie sprawę, jak niewielki wpływ mają tego typu akcje na antypolskie szumowiny rządzące aktualnie Polską. Wiemy jednak, że polskie protesty przeciwko występom podstarzałej zdziry “Madonny” odbiły się na świecie pewnym echem – i to niekoniecznie noszącym znamiona potępienia polskiego Ciemnogrodu, lecz zawierającym nawet coś w rodzaju ostrożnego szacunku.

Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej
im. Ks. Piotra Skargi

Protest przeciwko koncertowi Madonny!

Skandalizująca amerykańska piosenkarka, znana z prowokacyjnych i bluźnierczych zachowań, wystąpi w Warszawie z koncertem w dniu 15 sierpnia 2009 r., czyli w Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Organizator koncertu Madonny nie ma zamiaru zmieniać daty imprezy, mimo licznych głosów polskich katolików, wskazujących na jej niestosowność. W związku z tym członkowie i sympatycy Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im ks. Piotra Skargi zorganizowali protest, w którym wzywają do zaniechania organizacji koncertu stanowiącego obrazę zarówno dla Bogarodzicy jak i dla Polaków. 

Do protestu można się przyłączyć odwiedzając stronę internetową www.Protestuj.pl.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 2 »

U źródła prawdy – wywiady z o. Krąpcem

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-22 (środa)

U zrodla prawdyUzyskałem zgodę p. Lusi Ogińskiej na zamieszczenie wybranych fragmentów unikalnego dzieła – zestawu płyt DVD z nagraniami wywiadów Autorki z o. prof. Mieczysławem Krąpcem.

Linki do plików wideo podane są na stronie “Media”.

Zarazem przypominam, że cały film, który trwa 4 godziny 10 minut i jest podzielony na 10 odcinków, można zamówić w Wydawnictwie Piśmiennictwa Nadobnego w jeden ze sposobów:
1. Pisząc na adres emailowy: biuro@wydawnictwowpn.pl
2. Dzwoniąc na numer: +48 663 026333 albo +48 48 3320168; z Polski (0)663 026333 lub (0)48 3320168.

Wreszcie -
3. Pisząc na adres pocztowy:
Wydawnictwo Piśmiennictwa Nadobnego
ul. Pieśni 3/10
26-600  Radom

Opublikowany w Kościół, Kultura | Komentarzy: 4 »

Homosie zgrzytają zębami

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-22 (środa)

Nie wiemy, jak to się stało – i czy jest to w ogóle legalne w świetle ustawodawstwa unijno-talmudycznego – ale parlament litewski przegłosował w ubiegłym tygodniu ustawę o ochronie młodzieży. Ustawa zakazuje m.in. propagowania homoseksualizmu, biseksualizmu i poligamii.

W środowiskach zboczeńców zawrzało. Na znak sprzeciwu przed litewskimi ambasadami w Warszawie, Sztokholmie, Helsinkach, Pradze, Tallinie i Rydze zapłonęły znicze jako symbol “śmierci tolerancji”. Oprócz tego polska “Kampania Przeciw Homofobii” (tak, istnieje taki dziwaczny twór i to na pewno za forsę podatników!)  wysłała dwa listy: do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka z wezwaniem do upomnienia posłów i posłanek litewskich, oraz do parlamentu litewskiego z żądaniem uchylenia dyskryminującej, ich zdaniem, ustawy.

Polscy sodomici utrzymują, że przyjęcie tej ustawy to początek “instytucjonalnej dyskryminacji osób nieheteroseksualnych” na Litwie, ponieważ zakazuje ona rozpowszechniania jakichkolwiek pozytywnych informacji o homoseksualistach i biseksualistach. Lobby pedalskie ubolewa, że w takiej sytuacji związek dwóch osób tej samej płci będzie mógł być pokazany w mediach tylko w negatywnym świetle.

I bardzo dobrze, i tak właśnie ma być!  

Homoseksualne bydło, rozbestwione do najwyższych granic, praktycznie uniemożliwiło w wielu krajach jakiekolwiek propagowanie normalnej rodziny i rozpowszechnianie medycznie udowodnionych informacji na temat homoseksualizmu.  Wybitnie społecznie szkodliwa działalność homoseksualnego bydła zasługuje nie na tolerancję, której mają aż w nadmiarze – ale na kary więzienia.

Opublikowany w Kultura | Komentarzy: 9 »

Mimowolny (?) sukces rządów Tuska

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-22 (środa)

I wreszcie przyszła pora na pochwałę dla rządu Donalda Tuska, a nawet dla minister zdrowia Ewy Kopacz. Pytanie tylko, czy z tej pochwały przedstawiciele Platformy Obywatelskiej będą rzeczywiście zadowoleni  i czy będą ją oni wpisywali na listy własnych sukcesów?

Jeśli nawet nie, to niewątpliwie będzie im to policzone za zasługę po drugiej stronie, bowiem tylko dzięki odważnej postawie delegacji polskiej podczas genewskiego szczytu Rady Gospodarczej i Społecznej Narodów Zjednoczonych (ECOSOC), grupie państw będących zwolennikami ludobójstwa prenatalnego nie udało się doprowadzić do uznania zabijania nienarodzonych za prawo człowieka i zabieg medyczny.

Za pomysłem, by rozrywanie ludzi na strzępy uznać za prawo człowieka czy usługę medyczną optowały między innymi Szwecja, Finlandia, Norwegia, Holandia, Estonia i Francja. Ale na szczęście sprzeciw Malty, Irlandii a przede wszystkim Polski (bo to ona jako jedyna mogła zablokować uchwalenie deklaracji) sprawił, że z ostatecznej deklaracji wykreślono tego typu sugestie.

I choć rząd Tuska specjalnie się tym nie chwali (informacji trudno szukać na stronach internetowych MSZ czy Ministerstwa Zdrowia), to trzeba jasno powiedzieć, że jest to jeden z ważniejszych sukcesów na arenie międzynarodowej. Wreszcie bowiem okazało się, że Polacy nie muszą powtarzać, jak za Panią Matką, wszystkich bzdur i idiotyzów, które zgłaszają kraje zachodnie, ale potrafią jasno opowiedzieć się za wartościami, które są jej drogie. I dlatego można powiedzieć, że zablokowanie deklaracji jest o wiele ważniejsze z punktu widzenia historii, niż mianowanie Jerzego Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. W przyszłości bowiem Polska będzie mogła szczycić się tym, że była jednym z nielicznych krajów świata, który potrafił sprzeciwić się ludobójczym tendencjom wielkich tego świata. I że dzięki nam pomysły zbrodniarzy uznających mord za prawo człowieka czy procedurę medyczną nie zostały poparte przez ONZ.

A swoją zasługę będzie w tym miał także Donald Tusk, a nawet Ewa Kopacz.
Tomasz Terlikowski

Opublikowany w Kultura | Komentarzy: 4 »

Watykan uczy Hezbollah, jak zabijać Żydów

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-22 (środa)

Według artykułu ze strony http://ow.ly/hCpo (11:02 19/07/2009)
Autor: Ofri Ilani

 
Watykan uczy Hezbollah jak zabijać Żydów, twierdzi broszura dla żołnierzy IDF (Israel Defence Forces, Siły Zbrojne Izraela).

MIDEAST-POPE-JERUSALEM-WALLPapież i kardynałowie z Watykanu pomagają w organizowaniu wycieczek do Auschwitz dla członków Hezbollahu, aby uczyć ich, jak zgładzać Żydów. Tak twierdzi broszura rozprowadzana wśród żołnierzy izraelskich sił zbrojnych. Do osób popierających jej rozpowszechnianie należą wyżsi oficerowie,  jak np. pułkownik Tami Shalom, dowódca batalionu Nshshon z brygady Kfir.

Broszurę opublikowała Unia Kongregacji Ortodoksyjnych Żydów z USA we współpracy z naczelnym rabinem Safed, Shmuelem Eliahu i była rozpowszechniana wśród żołnierzy przez ostatnich kilka miesięcy. Zatytułowana “Po obu stronach granicy” ma być hołdem dla oficera Hezbollahu, który szpiegował dla Izraela.

Broszura jest powszechnie dostępna, każdy ją czyta i wierzy w nią” – stwierdził żołnierz izraelski. “Jest pełna zmyśleń, lecz prezentowana jako prawdziwa historia. Cała kompania żołnierzy, dorosłych ludzi, powiedziała mi: przeczytaj ją, a zrozumiesz, kim są Arabowie”.

Narratorem opowieści jest człowiek, który po opuszczeniu Hezbollahu i przejściu na judaizm zmienił sobie imię z Ibrahima na Avi. Był rzekomo blisko lidera Hezbollahu, szeika Hassana Nasrallaha. Opisuje “bliskie stosunki” Hezbollahu z Watykanem i europejskimi przywódcami. Nasrallah miał być zaproszony do brania udziału w delegacji, której celem był objazd Francji, Polski i Włoch, włącznie z Watykanem. Nasrallah nie mógł odmówić zaroszeniu, gdyż – jak wyjaśnia “Avi”, “wiedzieliśmy iż papież identyfikuje się z walką Hezbollahu”.

Broszura opisuje też rzekomą wizytę przedstawicieli Hezbollahu w Auschwitz i ich wypowiedź, świadczącą, iż każdy Arab w gruncie rzeczy jest zwolennikiem nazistów. [Tu mamy zastrzeżenia co do prawdziwości tego twierdzenia: Arabowie nie lubią np. nazistów izraelskich - admin].

W broszurze zawarte są również opisy “antyizraelskich działań” przywódców europejskich.

Rabbi Shmuel Eliahu, syn byłego naczelnego rabina sefardyjskiego Mordechaja Eliahu, jest znany ze swych ekstremistycznych poglądów i był już nawet oskarżony o podżeganie do rasizmu, gdy nawoływał do wyrzucenia arabskich studentów z Safed College po terrorystycznym ataku, jaki miał tam miejsce. Nie wiemy – i nie chce nam się dociekać – czy “ekstremistyczny rabin” dostał jakiś wyrok.

Rabbi Eliahu był także twórcą wideo na temat “cudu Racheli”, która miała ukazywać się izraelskim żołnierzom w Gazie i ostrzegać ich przed zaminowanymi budynkami. Sam Rabbi miał mieć bezpośredni kontakt z Rachelą, ulubioną żoną Jakuba, matką Józefa i Beniamina: “Rachelo, jest wojna… idź do Boga, oby był błogosławiony, módl się za żołnierzy którzy poświęcają się za Lud Izraela, by sami wymierzali ciosy, a ich nie otrzymywali”.

Pomocnik rabina Eliahu, David Menahemov, twierdzi iż książka nie jest fikcją, Avi jest realną osobą i wszystko, co zostało napisane jest szczerą prawdą. “Znam tego człowieka [Avi} osobiście. Jest Arabem, który mimo przejścia na judaizm wciąż zachoiwuje się jak Arab. Pomogliśmy mu ją napisać i przetłumaczyć. Zmieniliśmy parę szczegółów, aby ochronić jego i jego rodzinę.

Kopia, którą uzyskała gazeta “Haaretz” zawierała paschalne pozdrowienia od pułkownika Shaloma: “W imieniu Brygady Nahshon”.

Rzecznik sił zbrojnych Izraela wypowiedział się, iż “Broszurę otrzymaliśmy jako dar i była ona rozprowadzana wśród żołnierzy w dobrej wierze. Po zwróceniu nam uwagi na drażliwość jej treści, dalsze jej rozprowadzenie zostało natychmiast wstrzymane”.

No to mamy wyjaśnienie: treści broszury są niekoniecznie stekiem kłamliwych bzdur, ale po prostu “drażliwe”; zgodnie z naszym pokojowym usposobieniem nie chcemy zatem drażnić gojów. Swoją drogą zastanawiamy się, czy każdy dar dla armii izraelskiej jest przekazywany do rozpowszechniania “w dobrej wierze” bez bodaj pobieżnego sprawdzenia, co zawiera.

Opublikowany w Polityka, Różne | Komentarzy: 4 »

Dariusz Kosiur: Liberalizacja handlu

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-22 (środa)

Handel polski w ostatnich 20-tu latach został zdezorganizowany. Wyrzucono go ze sklepów, z hurtowni, z domów towarowych na ulicę i na bazarowe stragany. Odgrywa dziś rolę marginalną i nie decyduje o rozwoju gospodarczym Polski. Nie jest, więc w stanie podjąć walki z obcym kapitałem, z umysłową indolencją, z korupcją i wrogością decydentów o przetrwanie we własnym kraju.

Na około 40 zachodnich firm handlowych (posiadających w Polsce ponad 2,5 tys. sklepów średnio i wielkopowierzchniowych) tylko kilka płaci niewielkie podatki od zaniżanego zysku, a ten prawie w całości transferowany jest do krajów macierzystych. Taki proceder umożliwia swoboda przepływu kapitału zgodna z duchem i zasadami liberalizmu i wymuszona międzynarodowymi umowami.

Czy funkcjonowanie zagranicznych sieci handlowych (często należących do tzw. bezpaństwowego kapitału) jest korzystne dla mieszkańców i budżetów miast i państwa?

Wyjaśnijmy to na przykładzie: dwadzieścia pomp o jednakowej wydajności wypompowuje ciecz ze zbiornika o stałej pojemności. Jeżeli użyjemy dodatkowej pompy o wydajności równej dwudziestu mniejszym, to skrócimy czas pompowania o połowę. Wprowadzenie jeszcze jednej dużej pompy skróci ten czas trzykrotnie, itd. Nie zrobimy dużego błędu przyjmując, że ilość pieniędzy klientów (odpowiednik cieczy w zbiorniku, a zbiornik to rynek miejski, krajowy) na tym rynku jest w ciągu roku stała. Pompy są odpowiednikami placówek handlowych. Jeżeli na rynku obok sklepów małych, rodzinnych pojawią się tzw. sklepy wielkopowierzchniowe, to oczywiste jest, że obroty sklepów małych ulegną znacznemu zmniejszeniu. Duże wypompują z rynku szybciej i więcej pieniędzy. W konsekwencji małe placówki upadną przyczyniając się do wzrostu bezrobocia i zmniejszania dochodów budżetów samorządowych i krajowego, a tym samym do ograniczania wydatków w sferze budżetowej (oświata, ochrona zdrowia itd.).

Jedno miejsce pracy w zagranicznych sieciach handlowych likwiduje od 5 do 9 stanowisk pracy w polskim handlu i usługach. Sprzedawane towary, przeważnie niskiej jakości, są obcego pochodzenia, a jeżeli zdarzają się polskie, to ich producenci otrzymują często zapłatę poniżej kosztów wytworzenia i z wielomiesięcznym opóźnieniem. Personel tych sklepów traktowany, jak kolonialni niewolnicy, otrzymuje wynagrodzenie na granicy i poniżej minimum socjalnego. Takie dane można znaleźć w dostępnych materiałach Kancelarii Sejmu RP, ale brak ich w powszechnych żydo-mediach. Wypływa z nich ważny wniosek: działalność obcych firm handlowych nie przyczynia się do rozwoju naszego kraju. Jest wręcz przeciwnie, jak pasożyty spijają one soki (wyprowadzają resztki naszych kapitałów) z chorego polskiego organizmu gospodarczego.

Ciesz się zdobyczami liberalnego kapitalizmu

Ciesz się zdobyczami liberalnego kapitalizmu

Za wygłoszenie podobnego poglądu prof. T. Lubińska straciła posadę ministra finansów w rządzie PiS-u.

Atak liberalnych “niezależnych” mediów na prof. Lubińską po jej wypowiedzi był oczywiście przejawem obrony zasad “wolnego rynku” i “wolności” gospodarowania dla wielkich firm zagranicznych. A czy małych polskich handlowców, bo dużych już nie mamy, też bronią te “niezależne” w Polsce media? Gdzie są różni “prawicowi” obrońcy liberalnych wolności dla polskich podmiotów? Zdaje się, że popełniam błąd, bo w liberalizmie nie istnieją firmy narodowe, tylko “nie wiadomo czyje” prywatne. Liberalizm jest internacjonalny, jak był kiedyś socjalizm i komunizm i nie ma w tym nic dziwnego, w końcu z pod tej samej pochodzi sztancy. Zmieniły się tylko zwodnicze hasła, z pracy i dobrobytu dla wszystkich w socjalizmie, na “wolności do i od”  wszystkiego w liberalizmie; czymś przecież trzeba kupić zwolenników “postępu”.

Odnoszę wrażenie, że decydenci różnych szczebli i samorządowcy z powyższymi informacjami nigdy się nie zetknęli, świadczy o tym rosnąca ilość super i hipermarketów.

Niewiedza, jeśli nie wpływa na decyzje, nie jest jeszcze czymś nagannym i nie sposób posiadać dziś wszechstronną wiedzę. Nikt też nie wymaga jej – niestety – od naszych samorządowych decydentów. Mądrość nie polega również na posiadaniu wiedzy popartej dyplomem uczelni w jakiejś dziedzinie. Tu także występuje zjawisko inflacji, czego wymownym przykładem jest opłakany stan polskiej gospodarki, a właśnie zarządzają nią ludzie z tytułami naukowymi (niektórzy za “osiągnięcia” oprócz dużych pieniędzy otrzymali odznaczenia). Natomiast złym i niebezpiecznym jest brak u obywateli znajomości podstawowych zagadnień ekonomicznych i politycznych, a często i zwykłego zdrowego rozsądku, nad czym usilnie pracują żydo-media i system oświaty. Z wyborów na wybory wybierany jest coraz głupszy polski i antypolski element.

Dlaczego powstają w Polsce sklepy wielkopowierzchniowe należące do obcego kapitału? Możliwych jest pięć przyczyn: 1. korupcja decydentów wydających pozwolenia na ich działalność, w tym również zalegalizowanie tego procederu na szczeblu centralnym państwa, 2. brak elementarnej ekonomicznej i politycznej wiedzy u decydentów, 3. brak patriotycznych postaw i szacunku dla własnej przedsiębiorczości i przedsiębiorców, 4. uleganie liberalnym doktrynom wolnego rynku i handlu, które jak widać rodzą wolność, ale od pracy i od własności, 5. celowa antypolska działalność obcego narodowo rządzącego elementu.

Eliminuje to polski handel, polską wytwórczość i wyprowadza zyski za granicę i pogłębia nędzę obywateli.

Handel, to nie tylko podatki od tej działalności i dochody pracujących w tej sferze gospodarki. Ma on również znaczenie strategiczne dla bezpieczeństwa żywnościowego Narodu. Jeżeli zlikwidujemy lub jeszcze bardziej zmarginalizujemy polski handel, a taki proces trwa nieustannie, to nie można wykluczyć, że obcy monopol handlowy przy braku naszej konkurencji podyktuje ceny, których większość z nas nie będzie w stanie płacić (Przyp. 1.). W dobie globalizacji – totalnej wojny ekonomicznej światowej oligarchii finansowej ze społeczeństwami, w której słabsi są bez skrupułów spychani z drogi rozwoju na obszary wegetacji w wiecznej nędzy, nie mamy prawa takiej ewentualności wykluczyć. Przedstawiciele władz administracyjnych, samorządowych i innych, którzy tego nie rozumieją i takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegają, stanowią dla własnego społeczeństwa ogromne zagrożenie.

Dariusz Kosiur

Przyp. 1:  Po sprzedaży polskich hut wzrosły ceny stali, sprzedaż polskich firm farmaceutycznych spowodowała wzrost cen leków, sprzedaż polskich banków państwowych doprowadziła do wysokich cen kredytów dla Polaków i dla istniejących jeszcze polskich przedsiębiorstw itd., przykłady można mnożyć.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 40 »

Z blogu ks. Isakowicza-Zaleskiego

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-21 (wtorek)

2009-07-20

Odbywa się doroczne łemkowskie święto, zwane Watrą, w Zdyni pod Gorlicami. Dobrze, że mniejszości etniczne i narodowościowe pielęgnują swoje tradycje. Dobrze, że państwo polskie je w tym wspomaga. Żle jednak, że niektóre z tych święt stają się okazją do propagowania idei antypolskich i faszystowskich.

W dzisiejszym “Dzienniku Polskim” możemy przeczytać w reportażu z Watry: “Igor Panas z wykształcenia matematyk, z zawodu fotograf przyjechał do Zdyni z Lwowa. Jest Ukraińcem. Nosi czerwoną koszulkę z wizerunkiem Stepana Bandery. Miał w rodzinie banderowców, członków Ukraińskiej Powstańczej Armii. – Mam pełne prawo nosić tę koszulkę, bo sercem jestem banderowcem – mówi. Nie ma łemkowskich korzeni, ale do Zdyni przyciągnęła go dobra sława, jaką otoczona jest organizowana tam od dwudziestu lat łemkowska watra. Fotografuje, poznaje ludzi. Nie ma żadnej bariery językowej, bo w Zdyni przez trzy dni trwania Święta Kultury Łemkowskiej obowiązuje język ukraiński.”

Stepan Bandera, szef terrorystycznej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów był zbrodniarzem. W okresie międzywojennym przyczynił się do zabójstwa kilku polskich urzędników, w tym ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego i lwowskiego kuratora oświaty Stanisława Sobińskiego, za co został skazany prawomocnym wyrokiem sądowym. Karę śmierci zamieniono mu na dożywocie, a we wrześniu 1939 r. został ze względu na polski humanitaryzm wypuszczony z więzienia. Cały czas kolaborował z Niemcami, a jego formacja wzięła udział w ludobójstwie Żydów i Polaków.

Gdyby na jakimkolwiek festiwalu kultury niemieckiej, nawet w samych Niemczech, ktoś nosił na sobie koszulkę z Adolfem Hitlerem czy Heinrichem Himmlerem, to wybuchłby skandal, a władze nie tylko polskie interweniowałyby. Podobnie byłoby, gdy na festiwalu kultury żydowskiej, gdyby ktoś ubrał koszulkę z podobiznami okrutnych oficerów Urzędu Bezpieczeństwa np. Anatola, Fejgina, Jożef Różańskiego vel Józef Golberg czy Julii Brystygierowej, zwanej przez swe ofiary “Krwawą Luną”. Albo też z podobiznami żydowskich policjantów, którzy w czasie II wojny światowej współpracowali z Niemcami, pomagając im w zagładzie swoich rodaków. Jednak ubranie koszuli z podobizną Bandery czy z innego ukraińskiego zbrodniarza nie wzrusza “poprawnie politycznie” polskich władz.

Minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna wciąż udaje, że nie widzi odradzającego się agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego. Może się to bardzo zemścić w najbliższym czasie, w czasie EURO 2012, które z pewnościa pogrobowcy z UPA wykorzystają do propagowania swoich “wartości”. Jeżeli prokuratura polska nie zareaguje na zjawiska opisane w “DP”, to znaczy, że Trzecia RP jest tak słaba jak Rzeczpospolita szlachecka w XVIII w.

Co do podobnych paranoi, to jeden z Internautów napisał do mnie: “Jestem pełen oburzenia treściami publikowanymi na zakłamanej Wikipedii. Proszę zajrzeć na stronę poświęconą nacjonalistycznemu ukraińskiemu zespołowi “Tartak” i i samemu się przekonać jakie kłamstwa są tam wypisywane. Próbowałem wielokrotnie zmieniać i pisać że UPA nie walczyło z ” armią niemiecką i wspierającymi ją oddziałami polskimi” tylko napadło na bezbronnych wiernych zgromadzonych w kościele. Niestety jakiś głupi administrator ciągle przywracał poprzednią wersję i teraz zablokował możliwość edycji strony. To skandal!! Artykuł w tej Wikipedii ma wyraźnie charakter gloryfikujący ten nacjonalistyczny zespół Tartak.”

I rzeczywiscie. Otwarłem w Wikipedii link grupy muzycznej “Tartak” z Łucka na Wołyniu i przeczytałem ku swemu zdumieniu: Historia zespołu zaczyna się w roku 1996, kiedy projekt bierze udział w festiwalu Czerwona Ruta, który wygrywa w kategorii muzyki tanecznej, zaprezentowawszy piosenki O-la-la, Podaruj meni kochannia i Bożewilni tanci. Wydany w 2004 roku utwór “Ja ne choczu” stał się jednym z hitów pomarańczowej rewolucji. W 2006 roku wraz z Andrijem Pidłużnym (znanym pod pseudonimem artystycznym Niczława) zespół zarejestrował utwór Ne każuczy nikomu, poświęcony bojownikom za wolną Ukrainę. Wideoklip nakręcono na miejscu bitwy, która miała miejsce w 1943 pomiędzy UPA a armią niemiecką i wspierającymi ją oddziałami polskimi.”

Jeszcze jeden krok a dowiemy się, ze na Wołyniu w 1943 r. UPA broniła bezbronnej cywilnej ludnosci ukraińskiej, na którą napadało Wojsko Polskie wspierane przez SS i Gestapo . A może dowiemy się także w czasie powstania w Warszawie bojówki złozone z Polaków i Żydów mordowały bezbronna ludność niemiecką.

Napiszę jednak list do polskiej prokuratury.

PS. Dzisiejszy Dziennik Internetowy Katolickiej Agencji Informacyjnej streszczając artykul z “DP” ocenzurował cały akapit o koszulce z Banderą, pozostawiając jedynie dwa fragmenty mówiące o tym, że Łemkowie spędzją w Zdyni czas na modlitiwie oraz na spożywaniu piwa i kiełbasek. Tak wygląda “poprawnie politycznie” rzetelność dziennikarska.

Opublikowany w Kultura, Polityka | Komentarzy: 11 »

Podatek na poziomie czterech liter

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-21 (wtorek)

Walka z ociepleniem klimatu jest niewątpliwie skazana na powodzenie, od kiedy jedyne – wciąż jeszcze chyba – supermocarstwo postanowiło wziąć byka za rogi i wprowadzić całą serię nowych punktowych podatków na produkty, których używanie oznacza zużywanie wody oraz wydzielanie ciepła. Wchodzą tu m.in. kosmetyki, pasta do zębów, olej do smażenia oraz papier toaletowy.

Poseł obdarzony swojsko brzmiącym nazwiskiem Earl Blumenauer spłodził ““Water Protection and Reinvestment Act,” H.R.3202, czyli ustawę w sprawie ochrony i odtwarzania zasobów wody. Wprowadzenie tej ustawy w życie, zdaniem pana Blumenauera, “będzie sfinansowane drogą nałożenia niewielkich dodatkowych opłat na takie produkty, jak butelkowana woda do picia, produkty farmaceutyczne oraz przez odciąganie pewnej części zysków korporacyjnych”.

Ustawa usprawiedliwia nakładanie nowych podatków również  koniecznością powstrzymania zmian klimatycznych. Wszystko razem ma przynieść rocznie 10 miliardów dolarów dochodu. Ustawa nie wspomina o bardzo negatywnie wpływającej na klimat produkcji koszernych produktów, pochłaniającej energię, zużywającej wodę i podnoszącej temperaturę otoczenia.

W sekcji 4172 ustawy jest poruszony explicite problem papieru toaletowego, co sprowadza wszystko do poziomu czterech liter.

Prosimy zauważyć, że nie mamy nic przeciwko oczyszczaniu zapasów wody, przeciwnie – istnieją wyraźne naukowe dane, iż obecność substancji zwanych antyandrogenami w rzekach i jeziorach,  przyczynia się do chemicznej sterylizacji nie tylko zwierząt wodnych, ale również i samców rasy ludzkiej.

Istnieją już specjalne filtry, które skutecznie usuwają z wody powyższe substancje i można by je w każdej chwili zacząć instalować… ale rząd USA w ostatniej chwili robi krok do tyłu, blokuje je pod pozorem “zwiększenia emisji dwutlenku węgla” i woli po staremu podnieść podatki.

Zidiocenie rządu na punkcie “ocieplenia klimatu” osiąga nowy poziom: władze federalne przygotowują po prostu podatek od sikania i robienia kupy. Co będzie następne? Podatek od oddychania? Nie ma się z czego śmiać: gazeta “New York Times” już w marcu 2007 roku wystąpiła z takim pomysłem.

W sytuacji, gdy rządy (bo przecież skretynienie rządów jest globalne) usiłują uregulować przepisami i podatkami każdy aspekt naszego życia celem “ratowania Ziemi”, warto przypomnieć, co stało się z wielką akcją zapobiegania “dziurze ozonowej”, którą straszono mieszkańców globu w latach 1980-tych i 1990-tych, a ostatnio jakoś przestano.

Otóż “walka z dziurą ozonową” przyniosła środowisku więcej szkód, niż korzyści. Na szeroką skalę wprowadzono do różnych urzadzeń – lodówek, klimatyzatorów, flaszek z deodorantami – związki hydrofluorokarbonowe (HFC), a to celem zastąpienia poprzednio uzywanych gazów szkodliwych dla warstwy ozonowej. Jak jednak obliczono, HFC działając jak swego rodzaju supergaz cieplarniany, ma skutek 4.47 silniejszy, niż dwutlenek węgla. Tak więc rządy głosząc nam kazania o szkodliwości dwutlenku węgla, który rzekomo powoduje “globalne ocieplenie”, równocześnie zmuszały nas do stosowania gazu ponad czterokrotnie grożniejszego.

Tak oto wygląda świat: rządzi nim formalnie banda idiotów i skrajnych nieuków, którymi zza kulis sterują prawdziwi władcy globu, gotowi wymordować 90% jego ludności aby móc ocalić swój standard życia.

Opublikowany w Polityka, Różne | Komentarzy: 3 »

Lusia Ogińska: Przyjaciel Misza

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-07-19 (niedziela)

Szanowny Panie Redaktorze!

Pojęcie przyjaciela bardzo się zdewaluowało, nie jest już on – jak niegdyś bywało – osobą, której możemy powierzyć najskrytsze swoje sekrety, podzielić się troskami, podzielić na pół swoje cierpienia. Dziś przyjaciel równa się kupel, ktoś z kim można pójść na piwo, załatwić interesy, pośmiać się, powygłupiać, ale przy naszym większym cierpieniu – „kumpel” znika, usuwa się  w cień – żeby nie mieć ewentualnych  kłopotów.

A mnie spotkało wielkie szczęście  -  prawdziwa przyjaźń!!! Bezinteresowna, niebywała i … być może nawet niezasłużona!!! Mój przyjaciel Misza miał ok. 96 kilogramów, okaz silnego, młodego zdrowia! Dlatego o tym piszę, ponieważ nikt z mojej rodziny i bliskich przyjaciół nie spodziewał się tragedii!

A jednak… Mój wielki przyjaciel nagle odszedł, lekarze stwierdzili rozległego raka śledziony i przerzuty na płuca. Śmierć, choć sama łzami człowieczymi się żywi, to zaiste nas ludzi nie lubi karmić nawet… złudzeniami!

Przyjaciel mój, o którym tu piszę, był dla mnie zawsze cierpliwy. Nawet jeśli nie zgadzał się z moim zdaniem – pozwalał mi samej zastanowić się nad swoim postępowaniem. Cieszył się z każdego mojego odruchu miłości, cieszył się, że jestem przy nim, nie wymagał ode mnie deklaracji, wystarczyło spojrzenie w oczy, wystarczył mój uśmiech, wyciągnięcie dłoni – wystarczyło mu to za całe uwiarygodnienie naszej więzi. Wszystko było czyste i dobre, zawsze mogłam na niego liczyć!  Nie  werbalizowaliśmy swoich uczuć a jednak one istniały, jak niewidoczna nić, która splata się nie tylko wokół serca, ale i w bardziej realnej… codzienności! Przyjaciel mój…  kochał moją rodzinę, dzieci, dom, znajomych. Zawsze akceptował tych, których mu przedstawiałam! I wierny pozostał, bo nic, zupełnie nic; żadne plotki, pomówienia, czyjaś opinia nie mogły w nim zburzyć wiary w nasze wzajemne przywiązanie, a przede wszystkim jego wiary we mnie…

I umarł, przyjaciel mój wielki… umarł!

Zwłoki jego zabrano do spalenia.  Panowie, którzy zabierali jego ciało powiedzieli: „Przepraszamy”! Oni czuli, że to był ktoś bardzo dla mnie ważny!  A ja… stałam w przedpokoju i bałam się go pożegnać…!

Mój przyjaciel Misza był psem – bernardynem!

Być może po to żył, by udowodnić, że istnieje przyjaźń! Nie ta współczesna „kumplowska”, przy piwie, nie ta interesowna, lecz właśnie prawdziwa, bezinteresowna, taka bajkowa, a mimo to codzienna…  taka wierna, aż do śmierci!

Z uszanowaniem
Lusia Ogińska
www.lusiaoginska.pl

Przyjaciel pies
Kliknij na obraz, aby go powiększyć.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 34 »