Szanowny Panie Redaktorze!
Pojęcie przyjaciela bardzo się zdewaluowało, nie jest już on – jak niegdyś bywało – osobą, której możemy powierzyć najskrytsze swoje sekrety, podzielić się troskami, podzielić na pół swoje cierpienia. Dziś przyjaciel równa się kupel, ktoś z kim można pójść na piwo, załatwić interesy, pośmiać się, powygłupiać, ale przy naszym większym cierpieniu – „kumpel” znika, usuwa się w cień – żeby nie mieć ewentualnych kłopotów.
A mnie spotkało wielkie szczęście - prawdziwa przyjaźń!!! Bezinteresowna, niebywała i … być może nawet niezasłużona!!! Mój przyjaciel Misza miał ok. 96 kilogramów, okaz silnego, młodego zdrowia! Dlatego o tym piszę, ponieważ nikt z mojej rodziny i bliskich przyjaciół nie spodziewał się tragedii!
A jednak… Mój wielki przyjaciel nagle odszedł, lekarze stwierdzili rozległego raka śledziony i przerzuty na płuca. Śmierć, choć sama łzami człowieczymi się żywi, to zaiste nas ludzi nie lubi karmić nawet… złudzeniami!
Przyjaciel mój, o którym tu piszę, był dla mnie zawsze cierpliwy. Nawet jeśli nie zgadzał się z moim zdaniem – pozwalał mi samej zastanowić się nad swoim postępowaniem. Cieszył się z każdego mojego odruchu miłości, cieszył się, że jestem przy nim, nie wymagał ode mnie deklaracji, wystarczyło spojrzenie w oczy, wystarczył mój uśmiech, wyciągnięcie dłoni – wystarczyło mu to za całe uwiarygodnienie naszej więzi. Wszystko było czyste i dobre, zawsze mogłam na niego liczyć! Nie werbalizowaliśmy swoich uczuć a jednak one istniały, jak niewidoczna nić, która splata się nie tylko wokół serca, ale i w bardziej realnej… codzienności! Przyjaciel mój… kochał moją rodzinę, dzieci, dom, znajomych. Zawsze akceptował tych, których mu przedstawiałam! I wierny pozostał, bo nic, zupełnie nic; żadne plotki, pomówienia, czyjaś opinia nie mogły w nim zburzyć wiary w nasze wzajemne przywiązanie, a przede wszystkim jego wiary we mnie…
I umarł, przyjaciel mój wielki… umarł!
Zwłoki jego zabrano do spalenia. Panowie, którzy zabierali jego ciało powiedzieli: „Przepraszamy”! Oni czuli, że to był ktoś bardzo dla mnie ważny! A ja… stałam w przedpokoju i bałam się go pożegnać…!
Mój przyjaciel Misza był psem – bernardynem!
Być może po to żył, by udowodnić, że istnieje przyjaźń! Nie ta współczesna „kumplowska”, przy piwie, nie ta interesowna, lecz właśnie prawdziwa, bezinteresowna, taka bajkowa, a mimo to codzienna… taka wierna, aż do śmierci!
Z uszanowaniem
Lusia Ogińska
www.lusiaoginska.pl




