Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archiwum z Październik 2009

Podwójne standardy i hipokryzja

Posted by Marucha w dniu 2009-10-31 (sobota)

Z nieustającgo cyklu p.t. „Bandyci rządzą światem”.

Podwójne standardy i hipokryzja. Inaczej odbywającą się właśnie szopkę w Hadze nazwać trudno.

Międzynarodowy Trybunał ds. Zbrodni w byłej Jugosławii sądzić będzie byłego prezydenta Serbów bośniackich, Radowana Karadżića. Za ludobójstwo na muzułmanach bośniackich i Chorwatach, za planowanie, podżeganie i popieranie zbrodni wojennych, zmierzających do eksterminacji lub wypędzenia zamieszkujących Bośnię (której 50% ludności stanowili Serbowie) muzułmanów, za wydanie rozkazu do wymordowania prawie ośmiu tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców w Srebrenicy. Akt oskarżenia liczy 40 stron, natomiast materiały dowodowe – 1,2 miliona stron dokumentów. Karadżiciowi grozi dożywocie.

Karadżić przed trybunałem, który pogardliwie nazywa „natowskim sądem”, broni się sam. Niczym Slobodan Miloszević uparcie utrzymuje, że jest niewinny, że bronił jako przywódca Serbów swoich rodaków. Ale dodaje coś jeszcze, co dla wielu wpływowych kręgów może być niewygodne. Jeśli i Karadżiciowi przydarzy się dziwna śmierć w „niewyjaśnionych okolicznościach” (w 2006 w haskim więzieniu umarł Miloszević, według oficjalnej wersji na zawał serca, według niezależnych raportów natomiast w jego organizmie szkodliwych substancji chemicznych), to może to stanowić poważny dowód na rzecz przypuszczenia, że Zachód nie tylko stosował wobec serbskiego przywódcy podwójne standardy, ale i czegoś wyraźnie się obawiał.

Kto kogo oskarża? Karadżić stanowczo powtarza, że Stany Zjednoczone zaoferowały mu swoisty handel wymienny. Coś za coś – Karadżić zagwarantowany miał mieć immunitet i nietykalność, jeśli tylko wycofa się z aktywnej polityki i nie będzie hamował układu pokojowego z Dayton. Tak też się stało – serbski przywódca w Bośni wycofał się z polityki, choć przez ładnych parę lat bynajmniej się nie ukrywał. Podróżował pomiędzy Bośnią a Serbią, pracował, odwiedzał rodzinę. I wszystko to pod okiem sił pokojowych ONZ, które nie spieszyły się specjalnie z aresztowaniem Karadżicia. W 1996 roku jeszcze zeznawał dowódca błękitnych hełmów, admirał Leighton Smith: „Nie mam rozkazu, by polować na doktora Karadżicia”. I to mimo, iż ten przejeżdżał pod nosem oenzetowskich patroli kilka razy na dzień. Siły pokojowe nie tylko go nie ścigały – ale robiły praktycznie wszystko, by Karadżicia (człowieka charakterystycznego jak mało który serbski polityk, z szopenowską bujną grzywą) nie widzieć. A ten najwyraźniej nie czuł też potrzeby, by się ukrywać. W towarzystwie tylko jednego kierowcy-ochroniarza poruszał się ulicami miasta Pale, stolicy Republiki Serbskiej w Bośni.

Istnienie układu między Karadżiciem i Amerykanami potwierdza też prokurator Trybunału Międzynarodowego dla byłej Jugosławii, Carla del Ponte. Jej zdaniem nie ma najmniejszych wątpliwości, że ówcześni prezydenci Bill Clinton i Jaques Chirac blokowali aresztowanie Karadżicia, natomiast wspólnie Clinton z Chiraciem przekonywać mieli Tony’ego Blaira, aby o ewentualnym planowanym zatrzymaniu Karadżicia najpierw poinformować Rosję. A tymczasem były serbski prezydent cieszył się zupełną swobodą, nie tylko przebywał w Bośni i Serbii, ale i jeździł do matki w Czarnogórze, i to regularnie przez to samo przejście graniczne w Milusi, o czym doskonale wiedziały siły międzynarodowe, informowane przez Bośniaków.

Karadżicia łapać wówczas po prostu nie chciano. Dlaczego? Najprawdopodobniej podczas wojny w Bośni miał układy z błękitnymi hełmami, albo raczej z najwyższym dowództwem wojskowym, a zatem i z najważniejszymi światowymi władzami politycznymi.

Jakkolwiek by się na obecność oddziałów ONZ w Jugosławii nie zapatrywać, to trzeba przyznać, że początkowo nie chroniły one nikogo, poza samym sobą. Siedziały w garnizonach i koszarach, pilnowały sprzętu zajętego, ale faktycznie żadnych uprawnień do użycia siły nie miały, i gdy tylko któraś ze stron tego zapragnęła, to taki oenzetowski bastion „zajmowała”, przywłaszczając sobie czołgi i działa. W roku 1995, gdy Serbowie szturmowali raz po raz Srebrenicę, i gdy w końcu stacjonujący tan batalion holenderski zażądał wsparcia lotniczego, usłyszał odmowę z powodu… nieprawidłowego formularza wniosku. A potem, gdy Serbowie miasto zajęli, Holendrom włos, albo raczej hełm z głowy nie spadł, a ich dowódca uwiecznić się raczył na zdjęciach, pijąc bruderszaft z generałem Mladiciem. Jeszcze w 2002 roku nachalnie nagłośniony „szturm” na dom Karadżicia w pale skończył się… procesem sądowym za wyłamane drzwi, wytoczonym przez jego żonę (samego Karadżicia oczywiście nie zastano).

Czyż może być, aby nie było to bardzo grubymi nićmi szyte polityczne machlojstwo, świadczące o amerykańsko-europejskiej hipokryzji i podwójnej moralności Zachodu wobec Serbów? Oczywiście, że Amerykanie wszelkim spekulacjom i oskarżeniom o mentalność Kaliego twardo zaprzeczają. Ale gdy już Karadżicia zatrzymali, jakoś dziwnie szukają dodatkowych atutów i asów do rękawa, jak gdyby sama Srebrenica nie wystarczała, by zdyskredytować serbskiego przywódcę w oczach świata. W mieszkaniu Karadżicia, który przez ostatnie lata ukrywał się jako siwobrody dr Dabic, jako noszący grube okulary i słomiane kapelusze neuropsychiatra, specjalista od ziół, medycyny dalekowschodniej i problemów z erekcją – znaleźć podobno miano kasety wideo, ukazujące Karadżicia pijącego mocz i uczestniczącego w perwersyjnych orgiach seksualnych… Cóż, w amerykańskie teorie można wierzyć, lub… nie. „Sprawiedliwość”, gdy sprzyja okazja.

Ale wracając do zatrzymania Karadżicia – faktem jest, że nastąpiło dopiero wtedy, gdy wszyscy zaangażowani w połowie lat 90. główni aktorzy ze światowej sceny politycznej zeszli (Clinton, Chirac, Blair, Jelcyn). I gdy zmienił się jugosłowiański rząd, na prozachodni i prounijny. Aby Karadżić mógł zostać zatrzymany, konieczna była zgoda polityczna. Odpowiedzialni za łagodne jego traktowanie i przymykanie oczu na spokojne życie przywódcy bośniackich Serbów musieli przejść na emeryturę.

Dlaczego teraz serbskim rządzącym zależało na aresztowaniu Karadżicia? To bardzo proste. Znowu chodzi o swoisty handel wymienny, coś za coś… Obecny rząd dąży do integracji z Unią, Serbia daleka jeszcze jest jednak od spełnienia europejskich „standardów”, potrzebny jest więc jakiś mocny, niepodważalny atut. Jak chociażby wydanie jednego z przywódców okresu wojny domowej w Jugosławii – krok taki, będący równoznaczny z zrywaniem z własną przeszłością i samobiczowaniem się przez Serbów, wydaje się niezbędny do dalszego postępu procesu integracyjnego.

A poza takim symbolicznym wymiarem tego czynu jest jeszcze bardzie przyziemny: serbski rząd liczy na uzyskanie złagodzenia reżimu wizowego, ułatwień handlowych i nowych kredytów. A więc – za garść srebrników wydamy wam, kogo chcecie, jeśli tylko zechcecie. Propaganda i zakłamanie.

I pozostaje jeszcze trzeci, być może najważniejszy aspekt całej sprawy sądzenia serbskich przywódców przez międzynarodowe organa sądownicze. Zacząć należy od tego, że Międzynarodowy Trybunał Karny ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii nie jest instytucją niezależną, a powołany został przez ONZ. Państwa natowskie z USA naczelne w traktacie z Dayton wymusiły współpracę władz byłej Jugosławii z Trybunałem i odsunięcie byłych przywódców od władzy (między innymi Miloszevicia), gwarantując im za to nietykalność.

Jeżeli więc Trybunał powołany został niejako przez państwa wojnę przeciwko Serbii prowadzące, i przez nie jest finansowany, trudno oczekiwać, by był on niezawisłym organem władzy sądowniczej. (Pomijam już pytanie, z jakiej racji narzucić można niepodległemu państwu zwierzchnictwo jakiejś międzynarodowej instytucji).

Wojna w Jugosławii, przynajmniej w roku 1999, była wojną na wyniszczenie serbskiego narodu i jego państwa. Niszczone były celowo jego infrastruktura, fabryki, szpitale i osiedla mieszkaniowe Serbów. Wbrew medialnemu natłokowi hałaśliwej humanitarno-pacyfistycznej propagandy, sympatie Zachodu były wyraźnie określone – chodziło o zwalczenie Serbów, a wspieranie Chorwatów i muzułmańskich Bośniaków (nawet kosztem utworzenia i utrzymywania sztucznej, wielokulturowej i wieloreligijnej hybrydy – Bośni i Hercegowiny – która bez wsparcia militarnego i finansowego Zachodu nigdy nie przetrwałaby nawet miesiąca). Byle tylko osłabić, rozbić państwo Serbów. Ten sam cel uwidocznił się ponownie w przypadku „niepodległości” Kosowa. Paradoks to doprawdy niemały. Bo o ile poparcie katolickiej Chorwacji z punktu widzenia konfliktów międzycywilizacyjnych dałoby się jeszcze wytłumaczyć, to trudno już zrozumieć to, że kraje bądź co bądź cywilizacji Zachodu wspierają budzące się ognisko islamu w Europie, dolewając oliwy do ognia, żeby tylko działać na niekorzyść kraju prawosławnego, z którym przecież o wiele więcej chrześcijański Zachód powinno łączyć niż z muzułmanami.

I kolejna sprawa, jaką jest skala zbrodni, przedstawiana na całym zachodnim świecie naiwnej tłuszczy. Fakt, że na Bałkanach krew lała się strumieniami i zbrodnie przeciwko ludności cywilnej działy się często. Ale nie tylko Serbowie się ich dopuszczali. Nie tylko Serbowie prowadzili czystki etniczne. To samo robili Bośniacy, i Chorwaci. Tylko że o tym się nie mówi, nawet w przypadku sądzeniu chorwackich dowódców wojskowych nie towarzyszy im taka medialna nagonka, jakiej ofiarą zawsze padała Serbia. W wielu, niezliczenie wielu przypadkach to Serbowie padali ofiarą ludobójstwa, masowych gwałtów, wyrzynaniu całych wsi, kobiet i dzieci. I Serbowie musieli opuszczać swe domy, opuszczać swe ziemie, zmieniając tym samym sytuację demograficzną na korzyść Bośniaków i Chorwatów. A to właśnie na rękę było stronie przeciwnej.

Jeden tylko przykład tutaj wymienię, by nie wgłębiać się w tą przepaść bez dna wzajemnych aktów agresji i barbarzyństwa. Czołowy argument oskarżenia – Srebrenica, lipiec 1995. Wbrew temu, co się wciąć powtarza – nie było de facto zamkniętego oblężenia miasta, a naprzeciwko siebie stały dwie jego części, serbska i muzułmańską, bośniacką. Choć oficjalnie miasto było strefą zdemilitaryzowana, to oddziały NATO wciąż po kryjomu dozbrajały stacjonująca tam dywizję bośniackich muzułmanów. Wbrew temu, co się wciąż powtarza, ofiar nie było 7-8 tysięcy, a najprawdopodobniej około 2 tysięcy. Proste jak drut, jasne i logiczne rachunki przeprowadzone przez Światową Organizację Zdrowia wykazują, że nie ma nigdzie miejsca na dodatkowe 5 tysięcy zabitych.

Jakby tego było mało – kłamstwo sięga nawet na cmentarz ofiar Srebrenicy, gdzie pochowano zabitych muzułmanów i sprzed 1993 roku, i z roku 1996 i lat późniejszych, co wykazały badania nazwisk pochowanych. W ten sposób udało się uzbierać taką liczbę właśnie, niecałe 8 tysięcy.

Wbrew temu, co się mówi, to rozpoczęta w sierpniu 1995 chorwacka operacja „Burza” pociągnęła za sobą największe czystki etniczne na ludności serbskiej, z której ogromne masy musiały uciekać. Operacja ta cieszyła się poparciem USA i Niemiec, a wyolbrzymiona liczba ofiar Srebrenicy skutecznie przykuwała światową uwagę. I to skutecznie – ile z nas słyszało o chorwackiej operacji i 300 tysiącach wypędzonych Serbach? Przykłady te to tylko wybrane, pojedyncze epizody.

Powstało kilka świetnych niezależnych niemieckich, francuskich, amerykańskich a nawet polskich publikacji na temat prawdziwego oblicza wojny w Jugosławii. Warto się z nimi zapoznać. Uświadamiają one, jak wielki jest dysonans między jedną, propagowaną i obowiązującą powszechnie wizją całego konfliktu, a jego rzeczywistością. I dlaczego cała amerykańska pseudomoralność i gorliwość w ściganiu serbskich „zbrodniarzy wojennych” jest po prostu jednym, wielkim zakłamaniem.

Michał Soska, Nowa Myśl Polska.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 18 »

Goldman Sachs – maszyna do robienia baniek

Posted by Marucha w dniu 2009-10-30 (piątek)

Tekst opublikowany w „Przekroju” 37/2009. Oryginał na stronie: http://www.rollingstone.com/politics/story/29127316/the_great_american_bubble_machine

OD AKCJI FIRM HI-TECH PO WYSOKIE CENY GAZU:
GOLDMAN SACHS UKNUŁ KAŻDĄ WIĘKSZĄ MANIPULACJĘ RYNKOWĄ OD CZASÓW WIELKIEGO KRYZYSU – I WŁAŚNIE SZYKUJE SIĘ DO KOLEJNEJ
 
Pierwsza rzecz, którą powinniście wiedzieć o Goldmanie Sachsie, to fakt: jest on wszędzie. Ten najpotężniejszy na świecie bank inwestycyjny jest jak wampirzyca; mątwa oplatająca swymi ramionami całą ludzkość, bezlitośnie przysysająca się wszędzie tam, gdzie czuć zapach pieniędzy. W rzeczy samej historię najnowszego kryzysu ekonomicznego, która przypomina dzieje błyskawicznego schyłku i upadku puszczonego w samych skarpetkach amerykańskiego imperium, czyta się jak spis wychowanków Goldmana Sachsa.

Dziś znamy już najważniejszych graczy. Henry Paulson jako ostatni sekretarz skarbu w administracji George”a W. Busha i eksszef banku Goldman Sachs był architektem planu finansowego wsparcia upadających instytucji finansowych. Polegał on na wpompowaniu miliardów dolarów podatnika w firmy prowadzone przez starych kumpli z Wall Street.
Robert Rubin, sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona, spędził w Goldmanie 26 lat, zanim został prezesem Citigroup, które dzięki planowi Paulsona dostało 300 miliardów dolarów. John Thain, szef Merrill Lynch, a przy okazji wyjątkowy dupek, kupił sobie do biura dywan za 87 tysięcy dolarów, kiedy jego firmie groziło bankructwo. Ten były bankier u Goldmana Sachsa także dostał od Paulsona wielomiliardowe wsparcie. Paulson wydał miliardy rządowych dolarów, by wspomóc Bank of America ratujący upadające przedsiębiorstwo Thaina. Robert Steel, szef Wachovii i oczywiście były pracownik Goldmana, załatwił sobie i reszcie kierownictwa 225 milionów dolarów, dzięki czemu miał miękkie lądowanie, gdy jego bank ulegał samozagładzie.

Są też Joshua Bolten, szef kancelarii Busha podczas bailoutu, i Mark Patterson, obecny szef personelu w ministerstwie skarbu, który jeszcze rok temu był lobbystą Goldmana, a także Ed Liddy, były dyrektor Goldmana, którego Paulson postawił na czele uratowanego przed bankructwem giganta ubezpieczeniowego AIG. Ten zaś, gdy tylko Liddy pojawił się na pokładzie, przetransferował ponad 13 miliardów dolarów do Goldmana.

Szefowie banków centralnych Włoch i Kanady to też byli alumnowie Goldmana, tak jak prezes Banku Światowego, prezes giełdy w Nowym Jorku i dwaj ostatni szefowie nowojorskiego Banku Rezerw Federalnych – który, przez przypadek, odpowiada teraz za nadzorowanie Gołdmana – żeby nie wspomnieć…

No właśnie, próba napisania historii o wszystkich byłych pracownikach Goldmana Sachsa zajmujących tam wpływowe stanowiska to zadanie niewykonalne. To tak, jakby się chciało zrobić listę wszystkiego. Wam wystarczy jednak ogólny obraz: jeśli Ameryka umiera, Goldman Sachs zrobi wszystko, by zarobić na jej pochówku. W zachodniej demokracji kapitalistycznej istnieje bowiem nieszczęsna luka – nikt nie przewidział, że w społeczeństwie, które biernie poddaje się rządom wolnego rynku i wolnych wyborów, zorganizowana chciwość musi wziąć górę nad niezorganizowaną demokracją.

Dzięki swojej bezprecedensowej potędze i wpływom Goldman Sachs zrobił z Ameryki jeden wielki przekręt w stylu pump-and-dump (polegający na sztucznym windowaniu cen akcji), przez wiele lat manipulując całymi sektorami gospodarki. Gdy jakiś rynek upadał, gra przenosiła się na inny, a bank nieustannie żywił się pieniędzmi wyciskanymi z kieszeni zwykłych ludzi przez wysokie ceny gazu, rosnące raty kredytów konsumenckich, fundusze emerytalne, masowe zwolnienia czy wreszcie podatki, które pójdą na pokrycie kosztów drogich planów ratunkowych.

Pieniądze, które tracicie, gdzieś przecież lądują. Dosłownie i w przenośni lądują w banku Goldman Sachs. Ten bank to ogromna i wysoce wyspecjalizowana maszyna przetwarzająca bogactwo całego społeczeństwa na czysty zysk kilku bogaczy.

Recepta jest stosunkowo prosta: Goldman ustawia się w samym środku bańki spekulacyjnej, oferując papiery wartościowe, o których wie, że są gówno warte. Następnie bank zgarnia ogromne sumy od drobnych i średnich inwestorów przy wydatnej pomocy kalekiego i skorumpowanego państwa, które pozwala Goldmanowi na zmianę reguł podczas gry w zamian za parę groszy jałmużny, kompletnie nieistotnych z punktu widzenia banku. Kiedy bańka wreszcie pęka, a miliony zwykłych ludzi bankrutują i popadają w nędzę, Goldman zaczyna cały proces od nowa. Jego bankierzy, twierdząc, że niosą nam ratunek, pożyczają nam nasze własne pieniądze na procent i przedstawiają siebie jako ludzi pozbawionych żądzy pieniądza, jako ekipę bystrych facetów, którzy muszą przecież jakoś zadbać o to, żeby finansowy interes się kręcił. Robią ten sam numer od lat 20. ubiegłego wieku i właśnie mają zamiar znów go powtórzyć, tworząc coś, co może się okazać największą bańką w historii.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób doszło do finansowego kryzysu, musicie najpierw zrozumieć, gdzie wyparowały pieniądze. A żeby to pojąć, musicie też zrozumieć, czego do tej pory całkowicie bezkarnie dokonywał bank Goldman Sachs. Oto historia pięciu baniek, w tym zeszłorocznej, dziwnej i pozornie niedającej się wytłumaczyć zwyżki cen ropy. W każdej z tych baniek było wielu przegranych, często wykupionych następnie przez państwo. Ale Goldman Sachs nigdy do przegranych nie należał.

PIERWSZA BAŃKA – Wielki Kryzys
Bank Goldman Sachs nie od zawsze był wielkim behemotem napakowanego sterydami kapitalizmu wyznającym dewizę „zabij albo zgiń”. Był nim prawie od zawsze. Założony został w 1869 roku przez niemieckiego imigranta Marcusa Goldmana do spółki z zięciem Samuelem Sachsem. Obaj byli pionierami w dziedzinie papierów wartościowych. To elegancki sposób na określenie krótkoterminowych pożyczek, których udzielali drobnym przedsiębiorcom na Manhattanie, ponieważ owe „papiery wartościowe” zwane IOU (od angielskiego I Owe You), były po prostu wypisywanymi odręcznie wekslami, którymi obracali Goldman z Sachsem.
Pewnie potraficie sobie wyobrazić pierwsze sto lat działalności biznesu Goldmana Sachsa: dzielny bank inwestycyjny prowadzony przez imigrantów walczy z przeciwnościami losu i bez żadnej pomocy z zewnątrz robi grubą kasę.
W tej zamierzchłej historii jest tylko jeden epizod wart gruntownej analizy dzisiaj, w świetle ostatnich wydarzeń – katastrofalne zaangażowanie Goldmana w spekulacyjne operacje poprzedzające wielki krach na Wall Street pod koniec lat 20. ubiegłego wieku.
Wielka katastrofa finansowa z tamtych lat ma kilka cech, które mogą nam się wydać znajome. Głównym narzędziem służącym do wyłudzania pieniędzy od naiwnych inwestorów był wówczas imwestment trust. Podobnie do dzisiejszych funduszy powierniczych trusty – przynajmniej teoretycznie – inwestowały pieniądze dużych i małych inwestorów w liczne notowane na Wall Street akcje i papiery wartościowe, choć informacje o konkretnych inwestycjach i ich wartości często nie trafiały do wiadomości opinii publicznej. Ale zwykły obywatel mógł zainwestować w trust 10 albo 100 dolarów i mieć poczucie, że jest wielkim graczem. Zupełnie jak w latach 90. XX wieku, kiedy pojawiły się nowe narzędzia i możliwości, takie jak day trading i e-trading, które przyciągnęły całe stada naiwniaków chcących poczuć, że są kimś. Wtedy trusty inwestycyjne wciągnęły całe rzesze zwykłych ludzi w spekulacyjną grę.
Goldman wskoczył do tej gry późno, ale z ogromnym impetem. Pierwszym wehikułem inwestycyjnym była Goldman Sachs Trading Corporation (GSTC); bank wyemitował milion jej akcji po 100 dolarów za sztukę, sam wykupił je za własne pieniądze i sprzedał 90 procent tych akcji napalonym inwestorom po 104 dolary za jedną. Następnie GSTC zaczęła jak szalona kupować swoje własne akcje, wciąż podbijając ich cenę. W końcu, gdy były warte wielokrotnie więcej niż na początku, sprzedała część udziałów, by za uzyskane pieniądze otworzyć nowy trust – Shenandoah Corporation. Ten, rzecz jasna, także wypuścił miliony akcji, na które rzucili się chętni inwestorzy, a za uzyskane pieniądze Shenandoah powołała kolejny trust – Blue Ridge Corporation. W ten sposób każdy trust inwestycyjny służył jako fasada niekończącej się piramidy, w której tak naprawdę Goldman chował się za Goldmanem. Z 7 250 000 akcji Blue Ridge 6 250 000  należało do Shenandoah Corporation, która oczywiście w większej części należała do Goldman Trading.

Efekt był taki (czy ten scenariusz nie wydaje się wam znajomy?), że powstał łańcuch pożyczonych pieniędzy, który musiał kiedyś się zerwać, gdy tylko jedno z ogniw zacznie szwankować. Zasada działania tego mechanizmu jest prosta (dziś zwiemy ją lewarem finansowym). Mamy dolara i na tej podstawie pożyczamy jeszcze 9 dolarów. Teraz mamy 10 dolarów, więc pożyczamy kolejnych 90. Następnie, kiedy mamy sto dolarów (a zachwyceni inwestorzy wciąż przynoszą nam swoje pieniądze), zbieramy z rynku i inwestujemy kolejne 900 dolarów. Jeśli jednak ostatni z trustów zaczyna tracić, nie mamy pieniędzy, żeby zapłacić inwestorom, i wszyscy bankrutują.

W jednym z rozdziałów książki „The Great Crash, 1929″ („Wielki Kryzys, 1929″) zatytułowanym „In Goldman Sachs We Trust” (nawiązanie do zdania „In God We Trust” na banknotach dolarowych) słynny ekonomista John Kenneth Galbraith przedstawił trusty Blue Ridge i Shenandoah jako klasyczne przykłady szaleństwa inwestowania lewarowego. Trusty według Galbraitha były główną przyczyną historycznego kryzysu. W przeliczeniu na dzisiejsze dolary straty banku wyniosły ogółem 475 miliardów dolarów. „Trudno się nie zdumieć, gdy się pomyśli, jaka wyobraźnia musiała stać za tak gargan-tuicznym szaleństwem – zauważa Galbraith. W myśl zasady: jeśli szaleć, to z maksymalnym rozmachem”.

DRUGA BAŃKA – Spółki internetowe
Przenieśmy się teraz o 65 lat do przodu. Goldman nie tylko przetrwał kryzys, który zmiótł z powierzchni ziemi wielu oszukanych przezeń inwestorów, ale nawet stał się głównym gwarantem emisji akcji najpotężniejszych i najbogatszych amerykańskich korporacji. Dzięki Sidneyowi Weinbergowi, który przeszedł drogę od pomocnika sprzątacza do szefa firmy, Goldman został pionierem wprowadzania akcji spółek do obrotu giełdowego (z angielskiego IPO, czyli Initial Public Offering),jedne-go z głównych i najbardziej lukratywnych sposobów, dzięki którym firmy zdobywają pieniądze. W latach 70. i 80. XX wieku Goldman nie miał może aż tak potężnych wpływów politycznych na całym świecie, jakie ma dzisiaj, ale był już firmą z najwyższej półki, szanowaną za to, że przyciąga największe talenty na Wall Street. Był także, co dziwne, szanowany za swoją względnie stałą etykę i cierpliwe podejście do inwestycji, które nie przynoszą szybkiego zysku. Wszyscy menedżerowie na kierowniczych stanowiskach musieli nauczyć się firmowej man-try „długoterminowej chciwości” i do niej się zastosować. Jeden z byłych pracowników banku, który odszedł na początku lat 90., wspomina, jak jego szefowie zrezygnowali z bardzo lukratywnej transakcji, twierdząc, że w przyszłości przyniesie ona straty. – Oddaliśmy pieniądze inwestorom, którzy weszli z nami w ten układ – opowiada. – Wszystko, co robiliśmy, było legalne, lecz zasada długoterminowej chciwości mówi, że nie chcemy uzyskać takiego krótkoterminowego zysku kosztem klientów, którzy mogliby potem się od nas odwrócić.
I wtedy coś się wydarzyło, choć trudno dziś powiedzieć, co konkretnie. Być może chodziło o to, że jeden z prezesów Goldmana Robert Rubin na początku lat 90. poszedł za Billem Clintonem do Białego Domu, gdzie stanął na czele Narodowej Rady Ekonomicznej, a potem został sekretarzem skarbu. Amerykańskie media z upodobaniem powtarzały historię dwóch ludzi z pokolenia baby boom,yuppies, którzy opanowali Biały Dom, a jednocześnie jawnie uwielbiały Rubina, przedstawiając go jako najbardziej inteligentnego człowieka na świecie, zdecydowanie wyprzedzającego swoim geniuszem Newtona, Einsteina, Mozarta i Kanta razem wziętych.
Rubin był wzorem goldmanowskiego bankiera. Urodził się prawdopodobnie w garniturze za cztery tysiące dolarów, jego twarz wydawała się na zawsze zamrożona w przepraszającym grymasie typu „przykro mi, że tak bardzo przerastam cię inteligencją”. Wyglądał, jakby był niezdolny do emocji jak Spock ze „Star Treka”. Jego jedyne ludzkie uczucie, jakie można sobie wyobrazić, to koszmar, że oto zmuszony jest latać w klasie ekonomicznej. Wręcz narodowym dogmatem stało się przekonanie, że cokolwiek Rubin wymyśli, jest to najlepsze dla gospodarki. Zjawisko to osiągnęło szczyt w roku 1999, kiedy pojawił się na okładce „Time”a” wraz ze swym zastępcą Lanym Summersem i szefem Fed Ala-nem Greenspanem. Tytuł nad ich głowami głosił: „Komitet zbawienia świata”.
A co wymyślał Rubin? Od początku jasno wyrażał przekonanie, że panaceum na wszystko jest wolny rynek i należy walczyć ze wszelkimi regulacjami ograniczającymi przedsiębiorstwa i giełdę. Podczas jego kadencji na stanowisku sekretarza skarbu administracja Clintona dokonała całej serii ruchów, które miały drastyczne konsekwencje dla światowej gospodarki. Poczynając od klęski Rubina, którą poniósł, próbując okiełznać kolegów z Goldmana osiągających obsceniczne wręcz zyski na transakcjach krótkoterminowych.
Oszustwo związane z bańką internetową jest dosyć proste – nawet ekonomiczny analfabeta zrozumie, o co chodzi. Firmy, które warte były niewiele więcej niż pomysły na biznes nagryzmolone na kawiarnianej serwetce przez cierpiących na bezsenność palaczy trawki, dostały się na giełdę przez IPO, reklamowane były w mediach i sprzedawane inwestorom za grube miliony. Mówiąc obrazowo, bankierzy z banku Goldman Sachs obwiązywali melony wstążeczkami, a następnie wyrzucali je z 50. piętra i w czasie ich lotu przyjmowali zlecenia inwestorów. W tej grze wygrywałeś tylko wtedy, gdy zdążyłeś wycofać swoje pieniądze, zanim melon sięgnął bruku.
Teraz wydaje się to oczywiste, ale wówczas przeciętny inwestor nie wiedział, że banki zmieniły reguły gry, przedstawiając transakcje jako znacznie korzystniejsze, niż były w rzeczywistości. Zbudowały one dwuwarstwowy system inwestowania – jeden dla ludzi z wewnątrz, którzy znali prawdziwe liczby, drugi dla niezorientowanych inwestorów rozpaczliwie ścigających się z rosnącymi cenami, o których banki od początku doskonale wiedziały, że są oderwane od rzeczywistości. Kilka lat później Goldman nauczył się już, w jaki sposób wykorzystywać zmiany w uregulowaniach prawnych, ale jeszcze w czasach przekrętu internetowego główną wprowadzoną przez niego innowacją było zaniechanie kontroli jakości w swojej branży.
Od czasów Wielkiego Kryzysu istniały surowe przepisy regulujące zasady underwritingu [który dalej tłumaczyć będziemy jako "poręczenie" lub "gwarantowanie" emisji, to umowa pomiędzy firmą a wprowadzającym ją na giełdę bankiem inwestycyjnym polegająca
w uproszczeniu na tym, że bank - w przypadku braku zainteresowania inwestorów - zobowiązuje się do kupienia pewnej puli akcji, tak by emisja doszła do skutku; bank inwestycyjny otrzymuje wynagrodzenie za taką transakcję bądź w określonej kwocie, bądź poprzez prawo do zakupu akcji po preferencyjnej cenie - przyp. red.],
do których stosowano się na Wall Street podczas wprowadzania spółek na giełdę – mówi dyrektor jednego z dużych funduszy hedgingowych. – Firma musiała działać w branży przez co najmniej pięć lat i wykazać się zyskami przez trzy kolejne lata. Te zasady wyrzucono jednak na śmietnik – dodaje. Goldman wykorzystywał naiwność klientów, wciskając im kit na temat lipnych akcji: – Ich analitycy twierdzili, że akcje firmy Bullshit.com warte są sto dolarów za sztukę.
Problem polegał na tym, że nikt nie powiedział inwestorom, iż zmieniły się zasady gry. – Ale wszyscy wewnątrz banku o tym wiedzieli – opowiada dyrektor funduszu. – Bob Rubin musiał znać standardy udzielania gwarancji. Nie zmieniły się przecież od lat 30. ubiegłego wieku.
Jay Ritter, profesor finansów na University of Florida, który specjalizuje się w ofertach publicznych, mówi, że banki takie jak Goldman Sachs doskonale wiedziały, iż na wielu firmach, które promowały, nie da się zarobić. – Na początku lat 80. ludzie z Goldmana Sachsa wymagali, żeby firma przynosiła zyski przez trzy lata. Potem skrócili ten czas do jednego roku, następnie do kwartału. W czasach bańki internetowej nie wymagano już nawet, by firma miała nadzieję na jakiekolwiek zyska w dającej się przewidzieć przyszłości.
Goldman zaprzeczał, jakoby zmienił swoje zasady gwarantowania emisji podczas bańki internetowej, ale z jego własnych statystyk wynika co innego. Teraz – tak samo jak w czasach trustów inwestycyjnych z lat 20. XX wieku – Goldman zaczynał ostrożnie, ale kiedy już się rozkręcił, rozpętał istne szaleństwo. Na początku boomu technologicznego w 1996 roku wprowadził na giełdę słabą finansowo i mało znaną firmę Yahoo!, a następnie został niekwestionowanym królem tego typu operacji. Z 24 firm, które wprowadził na giełdę w 1997 roku, jedna trzecia przynosiła straty. W1999 roku, w samym szczycie boomu, wprowadził na giełdę 47 firm, w tym tak poronione projekty jak Webvan czy eToys, a także oferty inwestycyjne, które były współczesnymi odpowiednikami Blue Ridge czy Shenandoah. W ciągu pierwszych czterech miesięcy następnego roku udzielił gwarancji 18 firmom, mimo że 14 z nich przynosiło straty. Jako wiodący gwarant firm
 internetowych Goldman zapewniał wtedy o wiele bardziej nieobliczalne zyski niż jego konkurenci: w 1999 roku cena firmy wprowadzanej przez Goldmana na giełdę podczas pierwszego notowania była wyższa od ceny z oferty publicznej średnio o 281 procent. Średnia dla Wall Street wynosiła 181 procent.
Jak udało się Goldmanowi osiągnąć tak niebywałe rezultaty? Jedna odpowiedź jest taka, że stosowano praktykę zwaną laddering. To elegancki sposób na określenie tego, jak bank manipulował cenami akcji spółek wchodzących na giełdę. Oto jak to się odbywa: powiedzmy, że jesteście przedstawicielami banku Goldman Sachs i przychodzi do was firma Bullshit.com z prośbą, żebyście wprowadzili ją na giełdę. Zgadzacie się na warunkach standardowych dla branży: określacie, ile akcji zostanie wypuszczonych, wyceniacie je i zabieracie prezesa Bullshit.com „w trasę”, żeby pogadał z inwestorami. Wszystko to za konkretną opłatą (zwykle sześć-siedem procent wartości oferty). Następnie przyrzekacie swoim najlepszym klientom prawo zakupu dużej liczby akcji giełdowego debiutanta, proponując przy tym niską cenę ofertową – załóżmy, że cena wywoławcza akcji Bullshit.com wynosi 15 dolarów – w zamian za obietnicę, że później kupią oni więcej akcji na wolnym rynku. Dzięki temu pozornie prostemu żądaniu zyskujecie wiedzę „od środka” o tym, co będzie się działo ze spółką Bullshit.com po jej giełdowym debiucie. Wiedzę, której nie mają naiwni spekulanci działający według określonego schematu: wiadomo, że pewna liczba klientów, którzy kupili pewną liczbę akcji po 15 dolarów, kupi także akcje po 20 i 25 dolarów, gwarantując, że cena wzrośnie do 25 dolarów i więcej. W ten sposób Goldman mógł sztucznie podnosić ceny nowych spółek, co oczywiście było dla banku korzystne – sześcioprocentowa prowizja od 500 milionów zarobiona na wprowadzeniu Bullshit.com na giełdę to poważna suma.

Goldman był niejednokrotnie pozywany przez akcjonariuszy za laddering przy okazji wprowadzania na giełdę spółek internetowych takich jak Webvan czy NetZero. Nieuczciwe praktyki zwróciły także uwagę Nicholasa Maiera, jednego z menedżerów funduszu
 hedgingowego Cramer & Co. kierowanego wówczas przez znanego obecnie z telewizyjnej gadki szmatki dupka Jima Cramera, który sam zdobywał szlify u Goldmana. Maier powiedział agentom amerykańskiej komisji papierów wartościowych i giełd (SEC), że kiedy w latach 1996-1998 pracował dla Cramera, był wielokrotnie zmuszany do angażowania się w laddering – za każdym razem, gdy wchodził z Goldmanem w układy dotyczące wprowadzenia jakiejś spółki na giełdę.
- Ludzie Goldmana, z tego co sam zaobserwowałem, byli najgorszymi przestępcami -
- mówi Maier. – To oni nadmuchali tę bańkę i spowodowali, że załamał się rynek. Akcje po sztucznie zawyżonych cenach były ostatecznie kupowane przez niepodejrzewających niczego szaraków – mówi. W 2005 roku Goldman zgodził się zapłacić 40 milionów dolarów nałożonej przez SEC kary za stosowanie ladderingu – mizerna kara w porównaniu z gigantycznymi zyskami banku z tej niecnej praktyki (Goldman zaprzecza, jakoby kiedykolwiek dopuścił się działań niezgodnych z prawem; odmówił także komentarza na potrzeby tego artykułu).
Inną stosowaną przez bank Goldman metodą podczas internetowego boomu był spinning, lepiej znany jako łapówkarstwo. Bank inwestycyjny proponował dyrektorom spółek, które wchodziły na giełdę, akcje za bardzo niską cenę w zamian za wybór tego właśnie banku jako gwaranta emisji w przyszłości. Banki zaangażowane w spinning manipulowały następnie cenami akcji firm wchodzących na giełdę – upewniając się, że tanie akcje, które trafiały do przekupionych ludzi wewnątrz spółki, będą szybko drożały, zapewniając duże zyski kilku wybrańcom. Czyli zamiast ustalenia ceny ofertowej akcji Bullshit.com na poziomie 20 dolarów bank proponował prezesowi Bullshit.com milion akcji jego własnej firmy po 18 dolarów za jedną w zamian za przyszłe układy biznesowe – w efekcie okradając wszystkich udziałowców Bullshit.com. Pieniądze, które powinny stanowić zysk spółki, lądowały na prywatnym koncie jej prezesa.
Kiedyś Goldman złożył ponoć nawet specjalną, wielomilionową ofertę prezesowi eBay Meg Whitman, która zresztą później, w zamian za przyszłe przysługi biznesowe, znalazła się w zarządzie banku. Według raportu House Financial Semces Committee z 2002 roku Goldman złożył specjalne oferty sprzedaży akcji dyrektorom 21 firm, które wprowadzał na giełdę, między innymi współzałożycielowi Yahoo! Jerry”emu Yangowi i dwóm spośród największych kryminalistów ery skandali finansowych – Dennisowi Kozlowsky”emu z Tyco i Kenowi Layowi z Enronu. Goldman z oburzeniem zaprzeczył informacjom zawartym w raporcie i nazwał je „bezczelnym fałszowaniem rzeczywistości”. Niedługo potem władze stanu Nowy Jork rozpoczęły śledztwo w sprawie spinningu i innych manipulacji finansowych Goldmana. Bank bez szemrania zapłacił 110 milionów dolarów grzywny.

Manipulowanie cenami akcji firm wchodzących na giełdę nie było jedynie niewinnym zabiegiem mającym na celu uzyskanie dodatkowych bonusów – mówił sprawujący w owym czasie urząd prokuratora generalnego Eliot Spitzer. – Było nielegalnym sposobem na pozyskiwanie nowych kontrahentów przez bank inwestycyjny.
Tego typu praktyki uczyniły bańkę internetową jedną z największych katastrof finansowych w historii: jej pęknięcie obniżyło wartość spółek notowanych na NASDAQ o pięć bilionów dolarów. Ale prawdziwym skandalem nie były pieniądze, które stracili akcjonariusze, tylko pieniądze, które zyskali bankierzy banków inwestycyjnych wynagradzani potężnymi premiami za manipulowanie rynkiem. Zamiast dać bankierom z Wall Street lekcję, że bańka musi pęknąć, lata internetowych przekrętów udowodniły im, że w czasach swobodnego przepływu kapitału i spółek publicznych bańkę bardzo łatwo nadmuchać, a indywidualne profity są tym większe, im większe szaleństwo ogarnia rynek.
Nigdzie twierdzenie to nie było prawdziwsze niż w banku Goldman Sachs. Pomiędzy rokiem 1999 a 2002 firma wydała 28,5 miliarda dolarów na wynagrodzenia i dodatkowe premie – średnio 350 tysięcy dolarów na pracownika rocznie. Te liczby warto przypomnieć, bo głównym spadkiem po internetowym boomie jest to, że gospodarkę w dużej mierze napędza dziś dążenie do ogromnych pensji i bonusów, których wypłacanie stało się możliwe dzięki kolejnym bańkom finansowym. Obowiązująca w Goldmanie Sachsie zasada długoterminowej chciwości rozpłynęła się w powietrzu, kiedy okazało się, że trzeba łapać, co się da, zanim melon sięgnie bruku.
Rynek przestał być miejscem rządzącym się rozumem, miejscem, gdzie można prowadzić normalne, przynoszące zysk interesy. Stał się Oceanem Cudzych Pieniędzy, do którego bankierzy wszelkimi dostępnymi im środkami ściągają wielkie sumy i próbują przerobić je na premie i wypłaty tak szybko, jak to możliwe. I mniejsza o to, że 50 spółek internetowych, które za pomocą nieuczciwych metod hddeńngu i spinningu udało się wypchnąć na giełdę, splajtowało już po roku. Zanim Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd nałoży na ciebie karę w wysokości 110 milionów dolarów, jacht, który kupiłeś za pieniądze zarobione na machlojkach, będzie miał sześć lat. Zresztą i tak nie będziesz już wtedy pracował w Goldmanie, tylko zostaniesz sekretarzem skarbu albo gubernatorem stanu New Jersey. Jednym z najzabawniejszych momentów w historii ostatniego amerykańskiego załamania finansowego było wystąpienie gubernatora New Jersey Jona Corzine’a, który kierował bankiem Goldman Sachs w latach 1994-1999 i odszedł z 320 milionami w kieszeni. Zarobił  je na akcjach spółek wprowadzanych przez bank na giełdę. W 2002 roku oświadczył, że nigdy w życiu nie słyszał nawet terminu laddering.
Dla banku, który wydawał siedem miliardów dolarów rocznie na pensje, grzywna w wysokości 110 milionów dolarów nałożona z pięcioletnim poślizgiem nie była żadnym środkiem odstraszającym. To były śmieszne pieniądze. Kiedy pękła bańka internetowa, Goldman nie miał żadnego bodźca, by zmieniać prowadzącą do finansowego sukcesu strategię. Po prostu zaczął się rozglądać za nową bańką do nadmuchania. I jak się okazało, gotowa bańka już na niego czekała. W dużej mierze dzięki Rubinowi.

TRZECIA BAŃKA – Szaleństwo kredytów hipotecznych
Rola Goldmana w ogólnoświatowej katastrofie finansowej, jaką wywołała bańka kredytów hipotecznych, nie jest trudna do prześledzenia. Tutaj także trik polegał na zaniedbaniu standardów gwarancji bankowych, choć w tym przypadku nie chodziło o spółki wprowadzane na giełdę, ale o kredyty hipoteczne. Dziś prawie każdy wie, że przez całe dziesięciolecia instytucje udzielające takich kredytów wymagały, aby kredytobiorca wpłacił zaliczkę w wysokości 10 procent kredytu lub wyższą, wykazał się stałymi dochodami, zdolnością kredytową i posiadał prawdziwe imię i nazwisko. Gdzieś na początku nowego tysiąclecia wszystkie te bzdury trafiły do kosza i zaczęto rozdawać kredyty na prawo i lewo, spisując umowy na kawiarnianych serwetkach. Mogli je dostać wszyscy – od kelnerki w koktajlbarze po gościa, który właśnie wyszedł z więzienia z pięcioma dolarami i snickersem w kieszeni.
To wszystko nie byłoby możliwe bez banków inwestycyjnych takich jak Goldman Sachs, które na podstawie udzielonych kredytów hipotecznych tworzyły instrumenty finansowe sprzedawane następnie masowo niczego niepodejrzewającym firmom ubezpieczeniowym i funduszom emerytalnym. Dzięki temu powstał masowy rynek toksycznych długów, jakiego nie było nigdy wcześniej. Dawniej żaden bank nie chciałby mieć w swych księgach zapisu o kredycie udzielonym byłemu więźniowi uzależnionemu od narkotyków, bo obawiałby się, że nie odzyska pieniędzy. Ale sytuacja się zmieniła, gdy okazało się, że można je sprzedać komuś, kto nie ma pojęcia, czym naprawdę są.
Goldman stosował dwie metody ukrywania tego bałaganu. Po pierwsze, połączył setki różnych kredytów w instrumenty pochodne zwane CollateralizedDebt Obligations (papiery wartościowe oparte na długu). Następnie sprzedano je inwestorom, przekonując, że ponieważ większość tych kredytów zostanie spłacona, nie ma powodu przejmować się tymi, których nikt nigdy nie spłaci. W ten sposób byle jakie kredyty zamieniły się w pierwszorzędne inwestycje, które uzyskiwały od agencji ratingowych najwyższą notę AAA.
Po drugie, żeby zabezpieczyć się na obie strony, Goldman zawierał z firmami ubezpieczeniowymi, takimi jak na przykład AIG, transakcje typu swap dotyczące CDO. W ten sposób na rynku pojawiły się jeszcze bardziej skomplikowane instrumenty finansowe, zbliżone nieco w swej konstrukcji do kontraktów terminowych. W ogromnym uproszczeniu opierały się na swego rodzaju zakładzie: Goldman zakładał, że menele nie spłacą swoich kredytów hipotecznych, AIG zaś – że owszem.
Był tylko jeden problem: wszystkie te transakcje były niebezpiecznymi spekulacjami, które od początku powinny zostać ukrócone przez urzędy federalne. Derywaty (instrumenty pochodne), takie jak CDO i CDS, już spowodowały całą serię finansowych katastrof: firmy Procter and Gamble i Gibson Greetings już wcześniej straciły na nich fortuny, a hrabstwo Orange w Kalifornii w roku 1994 zmuszone było ogłosić bankructwo. Opublikowany wtedy raport Government Accountability Office (odpowiednika polskiej NIK) zalecał, by ściśle kontrolować tego typu instrumenty finansowe, z czym zgodziła się w 1998 roku Brooksley Born, szefowa Commodity Futures Trading Commission (CFTC, niezależna agenda rządu Stanów Zjednoczonych powołana do kontroli i regulacji rynku kontraktów terminowych). W maju 1998 roku skierowała ona do szefów wielkich korporacji i przedstawicieli administracji Billa Clintona pismo zalecające, by banki publikowały więcej  informacji na temat handlu derywatami, a także utrzymywały jakieś rezerwy finansowe jako zabezpieczenie na wypadek ewentualnych strat.
Goldmanowi nie uśmiechały się ostrzejsze uregulowania prawne. – Banki zwariowały, są przeciwko – mówi Michael Greenberger, który pracował dla Born na stanowisku dyrektora działu notowań i rozwoju rynku w CFTC, a teraz jest profesorem prawa na University of Ma-ryland. – Naszym planom sprzeciwili się także Greenspan, Summers, Rubin i Levitt (szef SEC) i chcieli powstrzymać proces regulacji.
Kwartet ekonomiczny Clintona poprosił Born o spotkanie i zaprotestował przeciwko pomysłom szefowej CFTC. Według Greenbergera naciskał „zwłaszcza Rubin”. Born odmówiła, prace nad uregulowaniami handlu derywatami trwały. W czerwcu 1998 roku Rubin publicznie skrytykował jej działania, przedstawiając jednocześnie projekt odebrania przez Kongres agencji CFTC uprawnień do regulacji rynku kontraktów terminowych. W 2000 roku, ostatniego dnia sesji, Kongres przegłosował okrytą teraz złą sławą ustawę Commodity Futures Modernization Act znoszącą większość ograniczeń, którą w ostatniej chwili wprowadzono do liczącej sobie 11 tysięcy stron ustawy budżetowej prawie bez dyskusji w senacie. Banki mogły od tej pory bezkarnie dokonywać transakcji CDS.
Ale to jeszcze nie koniec tej historii. AIG, główny dostawca transakcji CDS w 2000 roku, wystosował pytanie do nowojorskiego departamentu ubezpieczeń, czy transakcje takie powinny podlegać tym samym uregulowaniom prawnym co polisy ubezpieczeniowe. W tamtym czasie urzędem tym kierował były wiceprezes Goldmana Neil Levin, który postanowił nie regulować rynku transakcji CDS. Uzyskawszy swobodę emitowania tak wielu papierów wartościowych opartych na kredytach hipotecznych i związanych z nimi kontraktów ubezpieczeniowych, jak mu się tylko podobało, Goldman po prostu zalał nimi rynek.
W szczycie boomu budowlanego w 2006 roku Goldman wypuścił na rynek papiery wartościowe oparte na kredytach hipotecznych o wartości 76,5 miliarda dolarów! Jedna trzecia z nich to były kredyty subprime, czyli niepewne, ale i tak większość papierów wykupiły instytucje takie jak firmy ubezpieczeniowe i fundusze emerytalne. Nie zdając sobie sprawy z tego, że inwestują tak naprawdę w morze gówna.
Weźmy dla przykładu wartą 494 miliony dolarów dokonaną wówczas transakcję GSAMP Trust 2006S3. Wiele kredytów hipotecznych zapakowanych w te papiery wartościowe zaciągniętych zostało przez ludzi, którzy wcześniej już wzięli kredyt na swój własny dom, a następnie przyszli do banku po kolejne pieniądze, by na fali rosnących cen nieruchomości zainwestować w kolejny dom. W przypadku tego typu kredytobiorców ich udział własny w inwestycji wynosił średnio 0,71 procent jej wartości. Co więcej, 58 procent pożyczek miało bardzo niekompletną dokumentację lub nie miało jej wcale – brakowało nazwisk pożyczkobiorców, adresów, a w umowie pojawiały się jedynie kody pocztowe. A jednak obydwie największe agencje ratingowe – Moody”s i Standard & Poor”s – przyznały 93 procentom tych papierów tak zwaną ocenę inwestycyjną, uznając, że są to normalne instrumenty finansowe o akceptowalnym poziomie ryzyka. Agencja Moody’s założyła, że mniej więcej 10 procent pożyczek nie zostanie spłaconych. Już po półtora roku okazało się, że rat kredytowych nie płaci aż 18 procent pożyczkobiorców.
Jednak dla Goldmana nie było to żadne ryzyko. Bank wciąż połykał ogromne pakiety obrzydliwych kredytów od podejrzanych firm, takich jak choćby Countrywide, i ładnie opakowane sprzedawał samorządom i inwestującym oszczędności życia emerytom – starym ludziom, na Boga! – twardo utrzymując, że to dobra, bezpieczna inwestycja, a nie bezwartościowe gie, którym w rzeczywistości była. Na dodatek z pełnym cynizmem grał na rynku kontraktów terminowych na spadek papierów, które sam sprzedawał. Co gorsza, Goldman publicznie przekonywał, że wszystko jest w porządku. „Sektor nieruchomości jest wciąż obiecujący – zapewniał w 2007 roku David Viniar, dyrektor finansowy Goldmana. – Dlatego nasz bank inwestuje w kontrakty terminowe zakładające długotrwały wzrost wartości instrumentów związanych z rynkiem nieruchomości”. To była oczywiście ścierna dla naiwnych matołków. Goldman zarabiał na sprzedaży papierów hipotecznych,
 na rynku kontraktów terminowych, obstawiając jednocześnie ich spadek. I to właśnie na tym ostatecznie zarobił najwięcej.
- Te dupki z Goldmana są maksymalnie bezczelne – mówi jeden z menedżerów funduszu hedgingowego. – W przypadku niektórych innych bankierów można było przynajmniej powiedzieć, że są po prostu głupi – wierzyli w to, co robią, i nie wyszło. Goldman natomiast doskonale wiedział, co robi.
Pytam go, jak to możliwe, że sprzedawanie klientowi czegoś, czego spadek jednocześnie obstawia się na rynku kontraktów terminowych, zwłaszcza kiedy zna się słabe strony produktu, których klient nie zna, nie jest uznawane za poważne oszustwo. „Ależ to jest poważne oszustwo w najczystszej postaci!” – odpowiada mój rozmówca.
W końcu mnóstwo wściekłych inwestorów doszło do porozumienia. Gdy hipoteczna bańka pękła zupełnie tak samo jak internetowa kilka lat wcześniej, Goldman został zasypany pozwami o odszkodowanie. Oszukani inwestorzy dowodzili, że bank zataił przed nimi rzeczywistą jakość sprzedawanych papierów wartościowych. Na dodatek komisja papierów wartościowych stanu Nowy Jork pozwała Goldmana i 25 innych instytucji za sprzedawanie bezwartościowych papierów opartych na niespłacal-nych kredytach Countrywide samorządom i stanowym funduszom emerytalnym, które straciły na tej inwestycji aż sto milionów dolarów. Stan Massachusetts także prowadził dochodzenie w sprawie Goldmana za podobne praktyki. Ale Goldmanowi znowu udało się wyjść bez szwanku. Odparł oskarżenia, godząc się na zapłatę marnych 60 milionów dolarów – taką sumę podczas boomu mieszkaniowego departament banku odpowiedzialny za CDO zarabiał w ciągu półtora dnia.
Skutki bańki kredytów hipotecznych są dobrze znane – doprowadziła ona do upadku banków inwestycyjnych Bear Stearns, Lehman Brothers oraz wielkiego ubezpieczyciela AIG, którego portfel złych inwestycji składał się głównie z ubezpieczeń, które banki inwestycyjne, takie jak Goldman Sachs, wykupiły, grając na zniżkę oferowanych przez siebie papierów „wartościowych”. W rzeczywistości co najmniej 13 miliardów dolarów z kieszeni podatników przekazanych AIG w ramach pomocy finansowej trafiło ostatecznie na konto Goldmana, co znaczy, że bank zarobił na bańce kredytów hipotecznych dwukrotnie: oszukał inwestorów, którzy kupili jego bezwartościowe papiery wartościowe, a także podatników, którzy musieli spłacać te same długi.

I kiedy wokół Goldmana rozpadał się świat, bank po raz kolejny znacząco podniósł płace swoim pracownikom. W 2006 roku lista płac banku podskoczyła do 16,5 miliarda dolarów – średnio 622 tysiące dolarów na pracownika rocznie. – My tu bardzo ciężko pracujemy – wyjaśnił rzecznik Goldmana.
Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Kiedy wskutek pęknięcia bańki kredytów hipotecznych w świecie finansów zapanował chaos, Goldman śmiało przeskoczył do innej branży i prawie sam stworzył nową bańkę. Nikt na świecie nie zdaje sobie sprawy, że bank miał z nią cokolwiek wspólnego.

CZWARTA BAŃKA – Droga ropa
Na początku roku 2008 w świecie finansów panowało zamieszanie. Przez ostatnich 25 lat na Wall Street skandale wybuchały jeden po drugim, kompromitując kolejne instrumenty finansowe. Terminy takie jak: junk bond (obligacje śmieciowe), IPO (oferta publiczna), subprime mortgage (ryzykowny kredyt hipoteczny) i inne niegdyś modne inwestycje, opinia publiczna zdecydowanie kojarzyła z przekrętami. Do nich dołączyły nowe terminy, takie jak credit swaps i CDO. Na rynku kredytów panował kryzys, a mantra, która podtrzymywała fantastyczną ekonomię lat administracji Busha – że ceny domów nigdy nie spadają – była już całkowicie skompromitowanym mitem.
Gdzie by się tu zwrócić? Klienci nie chcą tracić pieniędzy na papierowe inwestycje, Wall Street po cichu przestawiła się więc na rynek konkretnych towarów – rzeczy realnych, które można zobaczyć i których można dotknąć – jak kukurydza, kawa, kakao, pszenica, a przede wszystkim źródła energii, zwłaszcza ropa. W połączeniu ze spadkiem wartości dolara załamanie na rynku kredytów i nieruchomości spowodowało przesunięcie w stronę konkretnych towarów. Ceny ropy poszybowały w górę, cena za baryłkę z 60 dolarów w połowie roku 2007 wzrosła do 147 dolarów latem 2008.
Tamtego lata, kiedy rozkręcała się kampania prezydencka, powszechnie przyjmowanym wyjaśnieniem, dlaczego galon benzyny kosztuje 4,11 dolara, było to, że na świecie są problemy z dostawami ropy naftowej. Zarówno Republikanie, jaki Demokraci na kryzys zareagowali równie idiotycznie, prześcigając się w bezsensownych wypowiedziach. John McCain twierdził, że zakończenie moratorium na zagraniczne odwierty „byłoby korzystne na krótką metę”, Barack Obama natomiast w typowym dla liberałów japiszonów stylu argumentował, że wyjściem z sytuacji będą federalne inwestycje w samochody o napędzie hybrydowym.
Ale to wszystko było kłamstwem. Światowe zasoby ropy kiedyś się skończą, nastąpił jednak krótkoterminowy wzrost w jej wydobyciu. Na pół roku przed tym, jak ceny poszły w górę, według amerykańskiej Energy Information Administration światowe wydobycie ropy wzrosło z 85,24 miliona baryłek dziennie do 85,72 miliona. W tym samym okresie światowe zapotrzebowanie na ropę spadło z 86,82 miliona baryłek dziennie do 86,07 miliona. Nie tylko więc wzrosło krótkoterminowo wydobycie, ale także spadło zapotrzebowanie – co w normalnych warunkach gospodarczych powinno doprowadzić do spadku ceny.
Co zatem spowodowało ogromny wzrost cen ropy naftowej? Zgadnijcie. Oczywiście przyczynił się do tego Goldman – choć na rynku towarów byli także inni gracze, ale najpoważniejszą przyczyną było zachowanie kilku najważniejszych graczy zdecydowanych na to, by zmienić solidny niegdyś rynek w kasyno spekulacji. Goldman dokonał tego, przekonując fundusze emerytalne i inne instytucje do inwestowania w kontrakty terminowe na ropę – czyli do tego, by zgodziły się kupować ropę za określoną cenę danego dnia. Ten ruch zamienił ropę z towaru, którego cena wynika z podaży i popytu, w przedmiot spekulacji – zupełnie jak akcje czy nawet bardziej spekulacyjne papiery wartościowe. W latach 2003-2008 suma gorącej, spekulacyjnej gotówki rzuconej na rynek towarowy wzrosła z 13 do 317 miliardów. To wzrost o 2300 procent! W roku 2008 baryłka ropy przechodziła średnio przez ręce 27 pośredników, zanim wreszcie trafiła do konsumenta.
Jak często się zdarza, istniały ustawy z okresu Wielkiego Kryzysu, które miały zapobiec tego typu spekulacji. Rynek towarowy zaplanowano w dużej części w taki sposób, by pomóc farmerom: rolnik, który niepokoił się o przyszłe spadki cen, mógł zawrzeć kontrakt na sprzedaż swojej kukurydzy po określonej cenie i dostarczyć ją później, co uwalniało go od troski, że nagromadzi mu się zapas, a ceny nagle spadną. Kiedy nikt nie kupował kukurydzy, farmer mógł ją sprzedać pośrednikowi znanemu jako „tradycyjny spekulant”, który magazynował kukurydzę i sprzedawał ją później, kiedy znów pojawiło się na nią zapotrzebowanie. W ten sposób zawsze miał kto kupić produkty od farmera, nawet jeśli na rynku nie było akurat na nie zapotrzebowania.
Jednakże w 1936 roku Kongres postanowił, że na rynku nie powinno być więcej spekulantów niż producentów i konsumentów. Jeśli tak się działo, cena podlegała innym czynnikom niż stosunek podaży i popytu, powstawały więc warunki do manipulowania cenami. Nowe prawo dało większą władzę Commodity Futures Trading Commission – temu samemu ciału, które później miało próbować nieskutecznie regulować credit swaps – mogła ona reagować na spekulacje w handlu towarami. Rezultatem kolejnych kontroli CFTC był spokój na rynkach towarowych przez ponad 50 lat.
Wszystko to zmieniło się w roku 1991, kiedy to w tajemnicy przed całym światem filia Goldmana zajmująca się handlem towarami o nazwie J. Aron napisała do CFTC list z niezwykłym żądaniem. Farmerzy – pisał Goldman – którym grozi, że nie sprzedadzą wyprodukowanych przez siebie plonów, nie są jedynymi, których należy zabezpieczyć przed przyszłymi spadkami cen. Dilerzy z Wall Street, którzy kupują kontrakty terminowe na ceny ropy, także muszą móc zabezpieczać swe zyski, bo wiele ryzykują.
To były totalne bzdety – ustawa z 1936 roku została stworzona, by utrzymać rozróżnienie pomiędzy tymi, którzy sprzedają i kupują rzeczywiste towary, a tymi, którzy handlują papierami wartościowymi. Ale CFTC, o dziwo, przyjęła argument Goldmana. Wydała bankowi rodzaj przywileju zwanego Bona Fide Hed-ging. Była to klauzula zezwalająca filii Goldmana na korzystanie z wszelkich praw zarezerwowanych dotąd dla podmiotów obracających rzeczywistymi towarami. Przez następnych kilka lat CFTC wydała po cichu 14 podobnych zwolnień innym firmom.
Dzięki temu Goldman i inne banki zyskały swobodę w przyciąganiu liczniejszych inwestorów do rynków towarowych, umożliwiając spekulantom inwestowanie w kontrakty surowcowe coraz bardziej gigantycznych pieniędzy, list Goldmana do CFTC z 1991 roku mniej lub bardziej bezpośrednio doprowadził do „ropnej bańki” w 2008 roku, kiedy liczba spekulantów na rynku paliw (którzy uciekli nań przerażeni spadającą wartością dolara i załamaniem na rynku nieruchomości) przekroczyła liczbę dostawców prawdziwych towarów i ich nabywców. Jeden z ekspertów zatrudnionych przez Kongres wyliczył, że w roku 2008 co najmniej trzy czwarte obrotów na rynku towarowym to była czysta spekulacja. To zapewne zachowawcze szacunki. Do połowy zeszłego lata mimo rosnących dostaw i spadku popytu płaciliśmy aż cztery dolary za galon benzyny na każdej stacji benzynowej w kraju.
Co jeszcze bardziej zdumiewające, to fakt, że list od filii Goldmana, podobnie jak większość innych wniosków o „specjalne traktowanie”, był rozpatrywany w ogromnym sekrecie. – Byłem szefem oddziału regulacji rynku, gdy Brooksley Born szefowała CFTC – mówi Greenberger. – Nikt z nas nie wiedział o liście.

Tak naprawdę listy wyszły na jaw przypadkiem. W zeszłym roku urzędnik działającej pod auspicjami Kongresu House Energy and Commerce Committee przypadkowo znalazł się na odprawie, podczas której szefowie CFTC rozmawiali o przywilejach przyznanych niektórym bankom inwestycyjnym na rynku towarowym.
- Zaproszono mnie na odprawę, jaką komisja przeprowadzała w sprawie energii – wspomina urzędnik. -1 nagle w samym środku rozmowy zaczęli mówić o tym, że od lat wydają pozwolenia dla banków inwestycyjnych. Podniosłem rękę i zapytałem: „Naprawdę? Wydaliście dokument? Mogę go zobaczyć?”. Trochę się plątali. Zaczęliśmy się sprzeczać i w końcu powiedzieli: „Musimy zapytać o zgodę Goldmana Sachsa”. Ja na to: „Jak to? Musicie pytać Goldmana o zgodę?”.
CFTC przedstawiła wtedy klauzulę, która zabraniała jej wypuszczania jakichkolwiek informacji o sytuacji i interesach firmy na rynku w danym momencie. Ale prośba urzędnika dotyczyła dokumentu wydanego 17 lat wcześniej. Nie miał on nic wspólnego z obecną pozycją Goldmana na rynku. Co więcej, rozdział siódmy ustawy z 1936 roku o instrumentach pochodnych na rynku towarowym daje Kongresowi prawo do wszelkich informacji, jakimi tylko dysponuje komisja. Był to klasyczny przykład tego, jak Goldman trzyma rząd w szachu. CFTC czekała na pozwolenie z banku, zanim przedstawiła dokument do kontroli.
Uzbrojony w na wpół tajne rządowe zwolnienie z rynkowych ograniczeń Goldman stał się głównym pomysłodawcą gigantycznego rynku instrumentów pochodnych opartych na rynku towarowym. Indeks Goldman Sachs Com-modities, który odzwierciedlał ceny 24 najważniejszych surowców, ale przede wszystkim ropy naftowej, pozwolił funduszom emerytalnym, towarzystwom ubezpieczeniowym i innym inwestorom instytucjonalnym na inwestowanie w kontrakty długoterminowe na ceny poszczególnych surowców. Wszystko to ładnie pięknie – z wyjątkiem paru spraw.
Po pierwsze, instytucje inwestujące długoterminowo kupowały wyłącznie tak zwane długie pozycje zakładające wzrost wartości indeksu – żaden inwestor z oczywistych powodów nie grał na jego spadek. O ile takie zachowanie jest korzystne dla giełdy, o tyle jest jednocześnie bardzo niekorzystne dla realnej wyceny papierów wartościowych, bo podbija ceny w nieskończoność. – Jeśli gracze zajmują długie i krótkie pozycje w podobnych proporcjach, na rynku panuje równowaga – mówi Michael Masters, menedżer funduszu hedgingowego, który pomagał ujawnić rolę banków inwestycyjnych w manipulowaniu cenami ropy. – Ale oni jedynie coraz bardziej podbijali ceny – dodaje Masters.
Jeszcze bardziej sytuację komplikuje fakt, że sam Goldman ze wszystkich sił działał na rzecz wzrostu cen ropy. Na początku 2008 roku Arjun Murti, analityk Goldmana okrzyknięty przez „New York Times” „wyrocznią w sprawach ropy naftowej”, przewidział gwałtowny wzrost cen - nawet do 200 dolarów za baryłkę. Goldman inwestował wtedy ogromne sumy w ropę poprzez swą filię J. Aron, posiadał ponadto udziały w wielkiej rafinerii w Kansas, gdzie magazynował ropę, którą kupował i sprzedawał. Chociaż wydobycie ropy zaspokajało bieżący popyt, Murti nieustannie ostrzegał, że nastąpią przerwy w dostawie. Mówił nawet, że tak się tego obawia, że aż kupił sobie dwa auta o napędzie hybrydowym. Jak utrzymywał bank, wysokie ceny były winą rozpasanego jak świnia amerykańskiego konsumenta; w 2005 roku analitycy Goldmana twierdzili, że nie dowiemy się, kiedy spadną ceny ropy, dopóki nie będziemy wiedzieli, „kiedy amerykańscy konsumenci przestaną wreszcie kupować spalające niesamowitą ilość paliwa SUV-y i zaczną szukać bardziej energooszczędnych rozwiązań”.
Ale to nie zużycie ropy naftowej podbijało ceny, te bowiem rosły wskutek spekulacji na papierze. Latem 2008 roku spekulanci giełdowi kupili i zmagazynowali dość kontraktów na ropę, by wypełnić 1,1 miliarda baryłek. To znaczy, że liczba papierowych kontraktów terminowych na ropę w rękach spekulantów była wyższa niż zapasy tego surowca zmagazynowane we wszystkich zbiornikach w kraju, w tym w zbiornikach należących do Strategie Petroleum Reserve. To była powtórka zarówno bańki internetowej, jak i hipotecznej, kiedy Wall Street generowała gigantyczne zyski, sprzedając naiwniakom wizję nieustannie rosnących cen.
Według boleśnie znanego już schematu melon kontraktów terminowych na ropę rozbił się z wielkim hukiem w lecie 2008 roku, powodując ogromne straty wśród wielu inwestorów. Ceny surowca spadły ze 147 do 33 dolarów za baryłkę. Jak zwykle najwięcej stracili zwykli ludzie. Emeryci, których fundusze zainwestowały w to inwestycyjne gówno, zostali zmasakrowani, na przykład CalPERS (California Public Em-ployeeś Retirement System) miał w papierach wartościowych 1,1 miliarda dolarów, kiedy nastąpiło załamanie. Ale nieszczęścia nie były spowodowane jedynie spadkiem cen ropy. Rosnące gwałtownie ceny jedzenia – także napędzane przez rozdmuchany rynek kontraktów – wywołały ogólnoświatową katastrofę, doprowadzając jakieś sto milionów ludzi do głodu i wywołując niepokoje społeczne w krajach rozwijających się.
Dziś ceny ropy znowu rosną: podskoczyły o 20 procent w maju, a od początku roku prawie się podwoiły. I znowu problemem nie jest tu podaż czy popyt. – Dziś mamy największe wydobycie ropy w ciągu ostatnich 20 lat – mówi kon-gresman Bart Stupak, demokrata z Michigan, który zasiada w komisji House Energy. – Zapotrzebowanie jest najniższe od 10 lat. A jednak ceny rosną.
Zapytany, dlaczego politycy nie przestają ględzić o odwiertach i samochodach z napędem hybrydowym, skoro popyt i podaż nie mają nic wspólnego z wysokimi cenami, Stupak potrząsa głową. – Myślę, że oni nie rozumieją zbyt dobrze problemu – mówi. – Politycy ignorują wszystko, czego nie da się wyjaśnić w ciągu pół minuty – dodaje z przekąsem.

PIĄTA BAŃKA – Bailouty
Po tym jak zeszłej jesieni pękła bańka naftowa, nie było żadnej nowej, która sprawiłaby, że interes mógłby hulać dalej. Tym razem wydawało się, że pieniądze naprawdę przepadły wskutek ogólnoświatowego kryzysu. Finansowe safari przeniosło się wobec tego gdzie indziej, a gruby zwierz, na którego miało się odbyć polowanie, okazał się największą pulą niestrzeżonego kapitału: pieniędzmi podatników. Podczas tej operacji Goldman Sachs naprawdę zaczął prężyć muskuły.
Wszystko zaczęło się we wrześniu zeszłego roku, kiedy ówczesny sekretarz skarbu USA Paulson podjął całą serię decyzji o ogromnym znaczeniu. Choć już kilka miesięcy wcześniej przeprowadził operację ratowania banku Bear Sterns i przejął dwie wielkie instytucje pożyczkowe Fannie Mae and Freddie Mac, Paulson postanowił jednak, że pozwoli bankowi Lehman Brothers -jednemu z największych konkurentów Goldmana – upaść bez interwencji ze strony rządu. (- Dominująca pozycja Goldmana pozostała nienaruszona – komentuje analityk rynku Eric Salzman. – A jego wielki konkurent, bank inwestycyjny Lehman, legł w gruzach). Następnego dnia Paulson zatwierdził potężną pomoc finansową dla AIG w wysokości 85 miliardów dolarów. AIG natychmiast z państwowych pieniędzy spłaciło 13 miliardów długu, jaki miało u Goldmana. Dzięki pomocy finansowej bank odzyskał wszystkie swoje złe długi: dla kontrastu emerytowani pracownicy fabryki samochodów czekający na to, że Chrysler uzyska pomoc finansową, będą mieli szczęście, jeśli uda im się uzyskać 50 centów za każdego dolara, którego wisi im Chrysler.
Natychmiast po udzieleniu pomocy AIG Paulson ogłosił swój plan pomocy finansowej dla sektora przemysłowego zwany Troubled Asset Relief Program (TARP). Na pomoc przeznaczono 700 miliardów dolarów, do jej obsługi wydelegowano zaś nikomu nieznanego, 35-let-niego bankiera Neela Kashkariego. Żeby dostać prawo obracania pieniędzmi z pomocy rządowej, Goldman ogłosił, że zmienia się z banku inwestycyjnego w spółkę holdingową. Ten ruch zapewnił mu dostęp nie tylko do 10 miliardów dolarów z TARP, ale także do całej serii mniej spektakularnych funduszy publicznych, takich jak ten organizowany przez Rezerwę Federalną. Do końca marca Fed pożyczy albo zagwarantuje co najmniej 8,7 biliona dolarów w całej serii nowych programów pomocowych – i dzięki niejasnemu prawu pozwalającemu Fedowi blokować większość kontroli finansowych zarządzonych przez Kongres zarówno sumy, jak i ich odbiorcy pozostają niemal całkowicie niejawni.
Oficjalna zmiana w holding ma jeszcze jedną dobrą stronę: bezpośrednim nadzorcą Goldmana jest teraz nowojorski oddział Banku Rezerw Federalnych, którego prezesem w momencie ogłoszenia przekształcenia był Stephen Friedman, były wiceprezes Goldmana Sachsa. Friedman zresztą naruszał przepisy Fed, zasiadając w radzie nadzorczej Goldmana. Żeby rozwiązać ten problem, poprosił rząd o zaświadczenie, że nie zachodzi konflikt interesów – i je otrzymał. Friedman miał także zrzec się akcji Goldmana, ale dzięki rządowemu zaświadczeniu pozwolono mu jeszcze… dokupić 52 tysiące dodatkowych akcji, dzięki czemu wzbogacił się o 3 miliony dolarów. Friedman zrezygnował ze stanowiska w maju, ale obecny człowiek odpowiedzialny za sprawowanie kontroli nad Goldmanem – nowy szef nowojorskiej Fed William Dudley – także jest wychowankiem Goldmana Sachsa.
Z tych wszystkich wydarzeń – lukratywnego udziału w „Operacji AIG”, bezproblemowego przekształcenia w bank komercyjny, by załapać się na fundusze TARP – wyłania się naga prawda: Goldmana Sachsa reguły wolnego rynku nie obowiązują. Rząd może wpuścić na rynek innych graczy, ale za żadną cenę nie pozwoli upaść bankowi. Przeciwnie, przyzna mu wszelkie przywileje, jakich bankierzy Goldmana sobie zażyczą, by zdominować rynek. – W przeszłości też uzyskiwali rozmaite korzyści, ale nie mówiło się o nich tak jawnie – mówi Simon Johnson, profesor ekonomii w Massachusetts Institute of Technology i były pracownik Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który porównuje bailout do kapitalizmu kolesiów, jakiego był świadkiem w Trzecim Świecie. – Teraz wszystko jest już jawne.
Kiedy bailoutowe konfitury zostały już wyjedzone, Goldman wrócił do biznesu, wymyślając kolejne karkołomne plany, jakby tu amerykańskiego trupa ogołocić z resztek gotówki. Jednym z jego pierwszych ruchów „postbailoutowej” epoki było dyskretne pchnięcie do przodu kalendarza, według którego bank składa raporty o swoich wynikach finansowych. Dzięki temu wymazał z niego grudzień 2008 roku, który przyniósł bankowi stratę brutto w wysokości 1,3 miliarda dolarów. Jednocześnie bank ogłosił podejrzanie wysokie przychody (na poziomie 1,8 miliarda dolarów) za pierwszy kwartał 2009 roku. Tak naprawdę ogromna ich część pochodziła z programu bailoutowego, czyli po prostu od podatników. – Wysmażyli te rezultaty za pierwszy kwartał jak najlepsi mistrzowie kuchni – mówi zarządzający jednego z funduszy hedgingowych. – Ukryli miesiąc strat, a pieniądze z bailoutu zapisali jako zysk.
Jeszcze dwie liczby zwracają uwagę w tej zadziwiającej zmianie na lepsze. Przez pierwsze trzy miesiące tego roku bank wypłacił astronomiczne 4,7 miliarda dolarów w formie wynagrodzeń i bonusów. To 18-procentowy wzrost w porównaniu z pierwszym kwartałem 2008 roku. Zebrał także z rynku 5 miliardów dolarów, emitując nowe akcje prawie natychmiast po ogłoszeniu wyników za pierwszy kwartał. Obie te liczby razem pokazują, że Goldman tak naprawdę pożyczył od inwestorów 5 miliardów dolarów na pensje dla swojego kierownictwa w samym środku kryzysu gospodarczego. Inwestorów zwabił i oszukał za pomocą kreatywnej księgowości, i to zaledwie kilka miesięcy po otrzymaniu miliardów dolarów z kieszeni podatników podczas baibutu.
Co zdumiewa jeszcze bardziej, Goldman zrobił to, zanim rząd ogłosił wyniki banków korzystających z pomocy publicznej. Kontrolerzy badali ich kondycję finansową i możliwość spłaty rządowych pieniędzy, po czym ogłaszali obowiązujące bank zalecenia. Szybka emisja i wypłata ogromnych bonusów jasno pokazuje, że Goldman doskonale wiedział, co się szykuje.
- W przeciwieństwie do innych graczy bankierzy Goldmana wydawali się wiedzieć wszystko, czego potrzebowali, zanim ukazały się wyniki – mówi Michael Hecht, dyrektor zarządzający firmy JMP Securities. – Byli świetnie przygotowani na zalecenia kontrolerów. Wszystko, co im kazano zrobić, zrobili dwa tygodnie wcześniej.

Ale najlepsze dopiero przed nami. Po tym jak maczali palce w czterech historycznych katastrofach finansowych, po tym jak pomogli 5 bilionom dolarów wyparować z NASDAQ, po tym jak wcisnęli samorządom i emerytom tysiące nic niewartych papierów opartych na złych kredytach hipotecznych, po tym jak wywindowali cenę benzyny do 4 dolarów za galon i doprowadzili 100 milionów ludzi na całym świecie do głodu, po tym wreszcie, jak położyli łapę na dziesiątkach miliardów dolarów z kieszeni podatników poprzez serię bailoutów nadzorowanych przez swego byłego dyrektora generalnego, co dali bankierzy Goldmana Sachsa obywatelom Stanów Zjednoczonych w 2008 roku?
14 milionów dolarów.
Tyle podatku zapłacił za rok 2008 przy rzeczywistej stawce podatkowej wynoszącej 1 (słownie: jeden) procent. W tym samym roku bank wypłacił swoim ludziom 10 miliardów dolarów pensji oraz premii i zarobił na czysto 2 miliardy dolarów
. A jednak zapłacił skarbowi państwa mniej niż jedną trzecią tego, co swemu prezesowi Lloydowi Blankfeinowi, który w zeszłym roku zarobił prawie 43 miliony.
Jak to możliwe? Według rocznego raportu Goldmana niskie podatki to głównie zasługa zmian w „geografii przychodów” banku. Czyli innymi słowy, bank przenosił swe pieniądze z miejsca na miejsce, tak że większość przychodów uzyskał za granicą, w krajach o niskich podatkach. Dzięki naszemu popieprzonemu systemowi podatkowemu firmy takie jak Goldman mogą wysyłać swoje dochody za granicę i opóźniać zapłacenie od nich podatku w nieskończoność, a jednocześnie żądać ulg i odpisów od tych podatków! Dlatego każda firma posiadająca księgowego, który choćby od czasu do czasu miewa przebłyski inteligencji, potrafi znaleźć sposób na unikanie podatków. Raport GAO wykazał, że w latach 1998-2005 mniej więcej dwie trzecie wszystkich korporacji działających w Stanach Zjednoczonych w ogóle nie płaciło fiskusowi.
To powinno budzić mocny sprzeciw – ale jakoś kiedy ogłoszono informacje o podatkach Goldmana, prawie nikt nie pisnął słowa. Jednym z nielicznych, którzy skomentowali tę jawną nieprzyzwoitość, był kongresman Lloyd Doggett, demokrata z Teksasu. – Prawa ręka sięga po publiczne pieniądze, a lewa wysyła je do rajów podatkowych – mówił oburzony.

SZÓSTA BAŃKA – Ekologia
Waszyngton, początek czerwca. W Białym Domu zasiada Barack Obama, popularny młody polityk, którego głównym prywatnym sponsorem kampanii wyborczej był bank inwestycyjny o nazwie Goldman Sachs. Jego pracownicy wpłacili jakieś 981 tysięcy dolarów na fundusz kampanii. Bez uszczerbku przebrnąwszy przez najeżoną minami epokę bailoutów, Goldman wraca do starych praktyk, bez kłopotu odnajdując się na uregulowanym od nowa przez rząd rynku. A na najważniejszych rządowych stanowiskach pojawia się nowy zastęp jego wychowanków.
Hank Paulson i Neel Kashari zniknęli; na ich miejscach znaleźli się Mark Patterson i Gary Gensler. Obydwaj pracowali kiedyś dla Goldmana (Gensler był dyrektorem finansowym firmy). A bank, zamiast handlować kontraktami na ropę czy złymi kredytami hipotecznymi, rozpoczyna nowrą grę, nadmuchując kolejną bańkę. Ta najnowsza wyrośnie na tak zwanych kredytach węglowych, czyli handlu prawami do emisji dwutlenku węgla. Ten lukratywny rynek wart bilion dolarów dopiero raczkuje, ale szybko powstanie, jeśli Partia Demokratyczna, której Goldman dał 4,5 miliona dolarów podczas ostatniej kampanii wyborczej, przyjmie w Kongresie ustawę wprowadzającą plan redukcji emisji gazów cieplarnianych.
Nowy rynek kredytów węglowych jest dokładną powtórką bańki, którą Goldman nadmuchał niegdyś na rynku towarowym. Tyle że ma jeszcze jedną smakowitą cechę: jeśli plan będzie realizowany zgodnie z harmonogramem, podwyżki cen będą miały mandat rządowy. Goldman nie będzie musiał niczego podkręcać i oszukiwać w grze. Gra będzie oszukana od początku.
Oto jak to działa: jeśli ustawa przejdzie, dla kopalń, fabryk, dystrybutorów gazu ziemnego i innych gałęzi przemysłu zostaną ustalone limity na ilość gazów cieplarnianych, jakie mogą wypuścić do atmosfery w ciągu roku. Jeśli przekroczą swój limit, będą mogły kupić prawa do emisji od innych firm, którym uda się wyprodukować mniej gazów, niż wynosi ich limit. Prezydent Obama ostrożnie szacuje, że w ciągu pierwszych siedmiu lat obowiązywania planu nabywcy kupią prawa do emisji o wartości około 646 miliardów dolarów. Jeden z jego najlepszych doradców ekonomicznych spekuluje, że prawdziwa kwota może być dwa lub nawet trzy razy wyższa.
Przyszłość tego planu, bardzo atrakcyjnego dla spekulantów, jest taka, że limity emisji będą nieustannie zmniejszane przez rząd, co znaczy, że kredyty węglowe każdego roku będzie coraz trudniej dostać. To z kolei oznacza, że powstanie całkowicie nowy rynek, z gwarancją, że cena głównego towaru może tylko rosnąć. Wartość tego nowego rynku wyniesie ponad bilion dolarów rocznie; dla porównania: roczne połączone dochody wszystkich dostawców prądu w USA wynoszą 320 miliardów.
Goldman chce tej ustawy. Plan zakłada więc, że lobbyści banku doprowadzą do jej uchwalenia w wersji najbardziej dla niego korzystnej, upewniając się, czy przypadający mu kawałek tortu jest wystarczająco duży. Goldman naciska na wprowadzenie planu ograniczenia emisji, ale sprawa ruszyła z kopyta dopiero od zeszłego roku, gdy Goldman wydał na klimatyczny lobbing 3,5 miliona dolarów. Jednym z ich lobbystów był wtedy nie kto inny jak Patterson. W 2005 roku, kiedy Hank Paulson był szefem Goldmana, osobiście zaangażował się w pisanie bankowego raportu na temat regulacji w zakresie ochrony środowiska. Dokument zawiera kilka zaskakujących elementów jak na firmę, która we wszystkich innych dziedzinach konsekwentnie sprzeciwiała się jakimkolwiek rządowym regulacjom. Raport Paulsona dowodził, że „wyłącznie dobrowolne działania nie rozwiążą problemu klimatu”. Kilka lat później szef departamentu banku do spraw emisji dwutlenku
 węgla Ken Newcombe przekonywał, że samo ograniczenie emisji nie wystarczy do rozwiązania problemu klimatu, i wezwał do dalszych publicznych inwestycji w badania i rozwój technologii. Co jest wygodne, biorąc pod uwagę, że Goldman poczynił wczesne inwestycje w energię wiatrową (kupił firmę Horizon Wind Energy), odnawialnego diesla (jest inwestorem w firmie o nazwie Changing World Technologies) i energię słoneczną (jest partnerem w BP So-lar). Jeśli rząd zmusi użytkowników prądu do używania czystszej energii, Goldman zarobi kolejne miliardy. Paulson powiedział wtedy: „Nie po to czynimy te inwestycje, żeby stracić pieniądze”.
Bank jest właścicielem 10 procent akcji Chicago Climate Exchange, giełdy, na której będzie się handlowało kredytami węglowymi. Co więcej, Goldman ma mniejszościowy pakiet akcji w Blue Source LLC, firmie z Utah, która sprzedaje kredyty węglowe typu, na który będzie ogromne zapotrzebowanie, gdy ustawa przejdzie.
Zdobywca Nagrody Nobla Al Gore, który również lobbuje za ustawą ograniczającą emisję gazów, założył firmę Generation Investment Management wraz z trzema byłymi ważnymi osobami z Goldman Sachs As-set Management: Davidem Bloodem, Markiem Fergusonem i Peterem Harrisem. Jaki mają w tym biznes? Inwestowanie w prawa do emisji. Jest jeszcze wart 500 milionów dolarów Green Growth Fund założony przez ludzi Goldmana, by inwestować w czyste technologie. Lista jest długa. Goldman znowu wyprzedza fakty. Czy ten rynek będzie większy niż na przykład rynek kontraktów na dostawy energii?
- Wielokrotnie! – mówi były członek komisji energetycznej Kongresu.

No cóż, można by zapytać, kogo to wszystko obchodzi? Jeśli plan wypali, czyż nie uratuje nas wszystkich przed globalnym ociepleniem? Być może tak, ale ustawa w wersji Goldmana jest tak naprawdę podatkiem od emisji dwutlenku węgla zbudowanym w taki sposób, by kasta chciwych świń z Wall Street spiła całą śmietankę. Zamiast po prostu nałożyć stały rządowy podatek na firmy emitujące gazy cieplarniane i zmusić producentów energii, by płacili za zanieczyszczenia, tworzy się konstrukcję, która pozwala zamienić kolejny rynek w prywatną maszynkę do robienia pieniędzy. To gorsze niż bańka z bailoutami, bo pozwala bankowi dorwać się do pieniędzy podatników, zanim jeszcze zapłacą oni podatek.
- Jeśli ma być podatek, wolałbym, żeby pobierał go Waszyngton – mówi Michael Masters, dyrektor jednego z funduszy hedgingowych, który wypowiadał się także przeciwko spekulacjom kontraktami na ropę. – Ale dziś mówimy, że Wall Street może ustalić podatek i go pobierać. To szaleństwo!
Będziemy mieli handel emisjami. A jeśli nawet nie, to powstanie coś bardzo podobnego. Morał jest taki sam jak w przypadku wszystkich pozostałych baniek, które Goldman pomógł stworzyć od 1929 do 2009 roku. Bank, który od zawsze destabilizował rynek i rujnował miliony ludzi, by zapewnić gigantyczne pieniądze kilku chciwym bossom, został na końcu nagrodzony całymi górami pieniędzy i gwarancjami rządowymi, podczas gdy prawdziwe ofiary tego bałaganu, zwykli podatnicy, za to wszystko płacą.
Niełatwo jest zaakceptować rzeczywistość, w której pozwalamy tym ludziom robić to bezkarnie; w chwilach kiedy kraj przechodzi ciężkie chwile, pojawia się zbiorowy opór i oburzenie. Trudno oswoić się z faktem, że nie jesteś już obywatelem kwitnącej demokracji zachodniego świata, że grozi ci rabunek w biały dzień, bo jak człowiek po amputacji ciągle czujesz to, czego już nie ma.
Ale w takim świecie dzisiaj żyjemy. I w tym świecie niektórzy z nas muszą grać zgodnie z zasadami, podczas gdy inni dostają karteczkę od nauczyciela zwalniającą ich z odrabiania lekcji do końca świata plus papierową torbę z 10 miliardami dolarów na lunch. To gangsterskie państwo z gangsterską gospodarką i nawet cenom nie można już ufać; w każdym wydanym przez ciebie dolarze tkwi jakiś podatek. Może nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać, ale powinniśmy przynajmniej wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza.

Matt Taibbi

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 68 »

Jak się robi Polaków w bambuko z pomocą ich własnego rządu

Posted by Marucha w dniu 2009-10-30 (piątek)

Powiedzmy sobie od razu: gdyby w Polsce były polskie rządy, złodziejska „holnderska” firma Eureko dostała by takiego kopa, że by im zęby zadkiem wyleciały. O odszkodowania za „złamaną umowę” musiała by walczyć chyba armia holenderska (lub raczej izraelska). Stało się inaczej…

Bogusła Kowalski: Kosztowny koniec wielkiej prywatyzacji

Na początku zapłacili ok. 3 mld zł, teraz dostaną ok. 9 mld zł. W między czasie pobierali wysoką dywidendę o wartości ponad 7 mld zł. Przez 10 lat zarobili „na czysto” ok. 13 mld zł, nie wnosząc nic poza konfliktem do zakupionej firmy. I nadal zachowują 23 proc. akcji o wartości kilku miliardów złotych z perspektywą na kolejne zyski. Ale chcieli jeszcze więcej. Poprzestali jednak na tym, bo zmusiła ich do tego perspektywa własnego bankructwa.

Tak kończy się wielka prywatyzacja największej firmy ubezpieczeniowej w naszej części Europy. Tym, który inkasuje pieniądze jest holenderskie konsorcjum Eureko. Tymi, którzy płacą są klienci PZU i polscy podatnicy. Ugoda zawarta przez polski rząd z jednej strony kończy wieloletni spór wokół umów zawartych z zagraniczną firmą, a z drugiej jest gorzkim podsumowaniem tego, co nazywano wielkimi prywatyzacjami.

Jak do tego doszło?

Jest rok 1997. Wybory w Polsce przygniatającą większością wygrywa Akcja Wyborcza Solidarność. Aby rządzić tworzy jednak koalicję z dużo mniejszą Unią Wolności. Powstaje rząd na czele z Jerzym Buzkiem, obecnym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Wicepremierem i ministrem finansów zostaje Leszek Balcerowicz. Mimo solidarnościowego zaplecza nowa ekipa realizuje liberalny kurs w polityce gospodarczej. Jako jedno z głównych zadań zostaje przyjęte zalecenie dla ministra skarbu – przyśpieszyć prywatyzację! To za tego rządu, w latach 1997-2001, dochodzi do wielkich transakcji. Sprzedane zostają m.in. Telekomunikacja Polska, banki Pekao SA i Bank Handlowy oraz właśnie gigant na rynku ubezpieczeń PZU SA.

W listopadzie 1999 roku ówczesny minister skarbu Emil Wąsacz podpisuje umowę prywatyzacyjną PZU i sprzedaje 30 procent akcji spółki konsorcjum holenderskiego funduszu Eureko i BIG Bank Gdański (obecnie Bank Millenium) za kwotę 3,02 mld zł. W kwietniu 2001 roku następny minister skarbu z tego samego rządu – Aldona Kamela-Sowińska podpisuje z Eureko aneks do umowy prywatyzacyjnej, w którym zobowiązuje się do odsprzedania kolejnych 21 procent akcji i rezygnuje z kontroli nad PZU. Dochodzi do tego m.in. po rozmowie premiera Jerzego Buzka z ówczesnym przewodniczącym Komisji Europejskiej Romano Prodim, który zwrócił uwagę na niewłaściwe traktowanie inwestorów zagranicznych w Polsce. Naciski te miały duże znaczenie, ponieważ wówczas nasz kraj intensywnie zabiegał o przyjęcie do UE.

Umowy tej nie chcą uznać następne rządy. Eureko kieruje, więc skargę na Polskę do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego. Uzyskuje tam korzystne dla siebie rozstrzygnięcie. Eureko wycenia swoje szkody z tytułu nie zrealizowanej umowy na 36 mld zł i takiej kwoty odszkodowania domaga się od polskich władz.
W tym czasie w Sejmie została powołana specjalna komisja śledcza ds. PZU. Kończy ona prace we wrześniu 2005 roku następującymi wnioskami: umowa prywatyzacyjna PZU powinna zostać unieważniona, Aldona Kamela-Sowińska i Emil Wąsacz muszą stanąć przed Trybunałem Stanu, a niektóre inne osoby, w tym premier Marek Belka powinny odpowiadać przed prokuratorem. Wnioski te nie zostały zrealizowane.

Ugoda wymuszona przez kryzys

Przeciągający się spór o przejęcie kontroli nad PZU staje się kłopotliwy dla obu stron. Brak porozumienia uniemożliwia od trzech lat wypłatę liczonej w miliardach złotych dywidendy. A pieniądze są pilnie potrzebne zarówno rządowi, który ma kolosalne problemy budżetowe i wpływami z dywidendy łagodzi rosnący deficyt, jak i Eureko, które negatywnie odczuwa skutki krachu finansowego na giełdach. Za rok 2008 holenderskie konsorcjum odnotowało straty w wysokości ponad 2 mld euro. Pieniądze z Polski są, więc jedyną nadzieją na uratowanie się przed widmem bankructwa.

Podpisane porozumienie przewiduje wypłatę skumulowanej dywidendy za trzy lata w wysokości ponad 12 mld zł. Z tego ok. 4 mld zł trafi do Eureko. Dodatkowo otrzyma ono 4,77 mld zł tytułem odszkodowania za rezygnację z praw do dodatkowych 21 proc. akcji i przejęcia spółki. Kwota ta ma pochodzić w wysokości 3,55 mld zł z części dywidendy należnej skarbowi państwa, a pozostałe 1,22 mld zł ze sprzedaży państwowych 4,9 proc. akcji. Eureko pozbywa się 10 proc. akcji. Udziały Holendrów spadają do poziomu 23 procent, a więc poniżej poziomu 25 procent, który zgodnie z kodeksem spółek handlowych daje możliwości blokowania kluczowych decyzji.
Rząd przejmuje pełną kontrolę nad PZU SA, kończy spór prawny z Eureko i dostaje resztę dywidendy w wysokości 3,4 mld zł.

Sukces czy porażka?

Przejęcie kontroli przez rząd nad PZU jest ważne nie tylko dlatego, że odblokowuje swobodę pobierania wysokiej i pilnie potrzebnej dywidendy. Największy nasz ubezpieczyciel, którego kondycja finansowa jest bardzo dobra (w tym roku mimo kryzysu może zarobić nawet 4 mld zł) lokował swoje aktywa w obligacjach państwowych. Posiada ich na łączną wartość 55 mld zł, czyli więcej niż wynosi planowany przyszłoroczny deficyt całego budżetu. Gdyby, więc nowy zagraniczny właściciel nagle sprzedał znaczącą część tych obligacji zaburzyłby sytuację na rynku i mógłby wywołać dodatkowe poważne problemy dla finansów publicznych. Z tej perspektywy zakończenie konfliktu z Eureko jest dla rządu korzystne.

Z drugiej jednak strony podpisanie ugody oznacza usankcjonowanie i swoiste zalegalizowanie wszystkiego tego, co do tej pory w tej sprawie zrobiono. Wnioski komisji śledczej tym samym zostały ostatecznie odrzucone. Nie przypadkiem jednym z warunków ugody postawionym przez Eureko jest udzielenie absolutorium dla zarządu PZU, w tym eksprezesa Cezarego Stypułowskiego, za 2006 r. Oznacza to rezygnację z pociągania różnych osób zamieszanych w tę „prywatyzację” do odpowiedzialności na drodze prawnej.
Na koniec pozostają wątpliwości, co do wysokości odszkodowania dla Holendrów. Czy w obliczu dużych strat Eureko na rynkach finansowych i widma jego bankructwa Polska nie mogła uzyskać większych ustępstw? Tym bardziej, że rząd mógł jeszcze długo skutecznie blokować realizację umowy prywatyzacyjnej.

Bogusław Kowalski
Artykuł ukazał się w tygodniku katolickim „Niedziela” nr 42/2009 za www.niedziela.pl

Opublikowany w Polityka | 1 komentarz »

Aleksander Gudzowaty laureatem żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej

Posted by Marucha w dniu 2009-10-30 (piątek)

PAP 2009-10-29, ostatnia aktualizacja 2009-10-29 20:15

Polski biznesmen, prezes Bartimpeksu Aleksander Gudzowaty został laureatem tegorocznej nagrody Ligi Przeciw Zniesławieniom (ADL), znanej żydowskiej organizacji walczącej z antysemityzmem.

Nasz komentarz:
ADL jest raczej organizacją, której celem jest definitywne zniesienie jednego z podstawowych praw człowieka, a mianowicie prawa do wolności słowa i poglądów. ADL posługuje się w swej działalności kampaniami oszczerstw, manipulacjami a nawet szantażami.

Uroczystość wręczenia nagrody odbyła się w czwartek w Nowym Jorku. Gudzowatego uhonorowano – jak to określiła ADL w komunikacie – „w uznaniu jego wybitnego przywództwa w promowaniu tolerancji i wzajemnego szacunku”. Polski biznesman ufundował w 2008 roku Pomnik Tolerancji w Jerozolimie i jest członkiem Międzynarodowej Rady Gubernatorów Centrum Pokoju Szimona Peresa.

Jak rozumiemy, ufundowanie Żydom kolejnego pomnika przekłada się na promowanie tolerancji oraz wzajemnego szacunku.

W przeszłości laureatami nagrody ADL zostali m.in.: Eleanor Roosevelt (żona prezydenta Franklina Delano Roosevelta), Albert Einstein, prezydent Ronald Reagan i gwiazda amerykańskiej telewizji Oprah Winfrey.

Czyżby zabrakło tu Adama Michnika?

Z Polaków wyróżniono nią m.in. Jana Karskiego, zmarłego w 2000 roku bohaterskiego kuriera AK, który alarmował świat o zagładzie Żydów w okupowanej przez Niemcy hitlerowskie Polsce.

Tomasz Zalewski

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 6 »

List prof. Marii Doroty Majewskiej w sprawie szczepionek

Posted by Marucha w dniu 2009-10-30 (piątek)

Po przeczytaniu poniższego włos się zaczyna człowiekowi jeżyć.  Skala kryminalnego, badyckiego oszustwa, które – bodaj kosztem życia i zdrowia milionów ludzi – ma napędzić wybranym kolejne miliardy dochodu, jest po prostu przerażająca. Życzymy pani prof. Majewskiej, aby nic jej się nie stało. A polskiemu kretynowi życzymy rzeczy w zasadzie dlań niemożliwej: aby ponownie przemyślał, czy istotnie żadnych spisków „nie ma”. Na żadną reakcję tzw. czynników oficjalnych oczywiście nie liczymy. Ludzie uczciwi i niezależni nie mają w Polsce nic do powiedzenia.

List pani prof dr Marii Doroty Majewskiej w sprawie śmiertelnych szczepionek obowiązkowych w Polsce, zawierających śmiertelne dawki rtęci.

INSTYTUT PSYCHIATRII I NEUROLOGII
Katedra Marii Curie Komisji Europejskiej
Zakład Farmakologii
Profesor Maria Dorota Majewska

2008-11-28
Do:
Zarządu Polskiego Towarzystwa Wakcynologii
Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego
Zarządu Stowarzyszenia Higieny Lecznictwa
Katedra Profilaktyki Zdrowotnej
Ul. Smoluchowskiego 11
60-179 Poznań

Szanowni Państwo,

W odpowiedzi na nadesłany do mnie protest Państwa odnośnie mojej wypowiedzi z dnia 14 października 2008 r. o „szkodliwości dużej liczby szczepień”, pragnę wyjaśnić moje stanowisko w tej sprawie. Najpierw się przedstawię. Jestem neurobiologiem. Przez 25 lat pracowałam w USA w czołowych instytucjach naukowych tego kraju (w Uniwersytecie Missouri, Uniwersytecie Harvarda oraz w Narodowym Instytucie Zdrowia pod Waszyngtonem). W 2006 r. wróciłam do Polski w celu realizacji projektu badawczego Komisji Europejskiej, w 2007 uzyskałam tytuł profesora nauk medycznych. Moje publikacje o neurosterydach doczekały się tysięcy cytowań w literaturze naukowej. Jako jedyna osoba w Polsce wygrałam w drodze konkursu prestiżowy grant Komisji Europejskiej (Marie Curie Chair) na prowadzenie badań nad biologią autyzmu i potencjalną rolą thimerosalu w patogenezie tej choroby. Realizuję ten projekt we współpracy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, bowiem tu znajduje się Klinika Psychiatrii Dzieci i Młodzieży, która opiekuje się dziećmi autystycznymi. Projekt składa się z części klinicznej i przedklinicznej. Badamy potencjalny związek autyzmu z liczbą, rodzajem i natężeniem szczepień, z powikłaniami poszczepiennymi, zawartością rtęci w przydatkach skóry i z poziomem hormonów sterydowych. Jak Państwu wiadomo, rtęć w postaci thimerosalu była i nadal jest dodawana do wielu szczepionek niemowlęcych w Polsce (ich szczegółowa lista jest przytoczona dalej w tekście). Rtęć w każdej postaci jest bardzo toksyczna, o czym świadczy ponad 4100 publikacji w PubMed na ten temat i wieloletnie doświadczenia ludzkości. Organiczny związek rtęci, thimerosal (sodium ethylmercurithiosalicylate), zawierający wagowo ok. 49% rtęci, wyprodukowany w latach 1930. przez firmę Eli Lilly przez kilkadziesiąt lat był dodawany jako środek bakteriobójczy i konserwujący do szczepionek oraz innych medykamentów bez rygorystycznych badań świadczących o jego bezpieczeństwie. Jest to niezgodne z dzisiejszą praktyką dopuszczania preparatów chemicznych do użycia w medycynie. Rtęć jest neurotoksyczna, kardiotoksyczna, hepatoksyczna, nefrotoksyczna, immunotoksyczna, kancerogenna. Powoduje zaburzenia rozwojowe u dzieci, choroby neurodegeneracyjne u dorosłych (Parkinsona i Alzheimera) oraz degeneracyjne zmiany w systemach reprodukcyjnych kobiet i mężczyzn, upośledzając ich zdolności rozrodcze oraz uszkadzając potomstwo (przegląd: http://www.epa.gov/iris/subst/0073.htm).

Dlatego kraje skandynawskie wprowadziły u siebie zakaz używania rtęci (http://www.reuters.com/article/pressRelease/idUS108558+03-Jan-008+PRN20080103)
i UE proponuje drastyczne ograniczenie używania rtęci na skalę globalną
(http://ec.europa.eu/environment/chemicals/mercury; http://www.euractiv.com/en/environment/eu-seeks-global-mercury-ban/ar…).

W USA na autyzm cierpi obecnie ponad 1,5 miliona dzieci. Dla Polski nie ma wiarygodnych danych, ale ekstrapolacja tych liczb na liczę ludności w Polsce sugeruje, że może być ich ponad 150 000. Jeśli dodać do tego dzieci z innymi uszkodzeniami mózgu, liczby te będą większe. Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest obserwowany prawie na całym świecie kilkunastokrotny wzrost zachorowań na choroby psychoneurologiczne (autyzm, ADHD, upośledzenie umysłowe, padaczka i inne) w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci. Znamiennym jest to, że w latach 1990, w których nastąpił najbardziej dramatyczny wzrost tych zachorowań, amerykańskie agencje federalne FDA (Food and Drug Administration) i CDC (Centers for Disease Control and Prevention) zaleciły stosowanie kilku nowych szczepionek niemowlęcych (Wzw B dla noworodków, HiB, Varicella, Hep A, Rota), z których co najmniej dwie zawierały thimerosal, co znacząco zwiększyło ilość wstrzykiwanej niemowlętom rtęci. W związku z tym pojawiła się hipoteza, że odpowiedzialny za wzrost tych chorób może być thimerosal ze szczepionek. Ilość organicznej rtęci, na którą eksponowany jest człowiek, uważana za bezpieczną przez EPA (Environmental Protection Agency), wynosi 0,1 μg/kg/dzień (http://www.epa.gov/iris/subst/0073.htm), podobne są normy europejskie. Natomiast łączna jej ilość, którą jednorazowo wstrzykiwano niemowlętom w 3 szczepionkach – DTP, Hib i Hep B – wynosiła 62,5 μg, co dla 5-kilogramowego niemowlęcia 125 razy przekraczało bezpieczne dawki.

DOTYCHCZASOWE BADANIA NAD THIMEROSALEM W USA I W EUROPIE.

W odpowiedzi na rosnący niepokój rodziców i pediatrów w końcu lat 1990 FDA i CDC zleciły epidemiologowi dr  Thomasowi Verstraetenowi (ówcześnie z CDC) wykonanie analizy na podstawie wewnętrznej bazy danych dotyczącej dokumentacji szczepień ponad 100 000 dzieci. Pierwotne wyniki jego analizy wskazywały na silny związek autyzmu oraz innych chorób neurologicznych dzieci z thimerosalem i stały się podstawą listu wystosowanego przez FDA do producentów szczepionek, który zalecał usunięcie thimerosalu ze szczepionek dziecięcych, ale bez nakazu i sankcji prawnych. W rezultacie czego nadal był i jest on stosowany w wielu szczepionkach dla dzieci i dorosłych (http://www.fda.gov/CbER/ltr/thim053100.htm).

Wyniki analizy Verstraetena zostały zaprezentowane w czerwcu 2000 r. w odizolowanym leśnym ośrodku Simpsonwood w Norcross, GA, USA, na tajnej konferencji, w której
uczestniczyły 52 osoby: wysocy urzędnicy z FDA, CDC i WHO (World Health Organisation), reprezentanci producentów szczepionek oraz kilku konsultantów pediatrycznych. Kulisy przebiegu tej konferencji, na podstawie jej stenogramów, opisał Robert F. Kennedy Jr., prawnik i obecny kandydat na Ministra Ochrony Środowiska w rządzie Prezydenta Baraka Obamy, w artykule „Deadly Immunity”, (CommonDreams.org News Center, June 16, 2005; http://www.commondreams.org/views05/0616-31.htm).

Dowiadujemy się z niego, że prezentując swe wyniki Verstraeten powiedział „Byłem przerażony tym, co odkryłem”  i cytował wcześniejsze badania wskazujące na związek thimerosalu z opóźnieniem mowy, ADHD i autyzmem. „Zamiast natychmiastowego podjęcia kroków w celu zawiadomienia o tym społeczeństwa i pozbycia się szczepionek z thimerosalem, przedstawiciele rządu i korporacji dyskutowali głównie nad tym, jak ukryć przed społeczeństwem te dane i jak uchronić korporacje i FDA od pozwów sądowych wnoszonych przez rodziców okaleczonych dzieci. Uczestnicy konferencji najbardziej przejmowali się tym, jak to odkrycie wpłynie na zyski producentów szczepionek.” pisze Kennedy.

 Stosunek establiszmentu szczepionkowego do zaprezentowanych danych o toksyczności thimerosalu najlepiej ilustrują niektóre wypowiedzi jej uczestników. Dr Bob Chen, kierownik CDC odpowiedzialny za bezpieczeństwo szczepionek, wyraził się: „biorąc pod uwagę newralgiczność tych danych, na całe szczęście udało się nam je zabezpieczyć przed przedostaniem się w nieodpowiednie ręce„, a doradca WHO od szczepień, dr John Clemens, powiedział: „to badanie w ogóle nie powinno być przeprowadzone”. Podobna postawa negacji i blokowania niewygodnych danych przebija z zaadresowanego do mnie listu Polskiego Towarzystwa Wakcynologii (PTW). Po tej konferencji CDC wycofała analizy Verstraetena (choć były przeznaczone do natychmiastowej publikacji) i ogłosiła naukowcom, że szczepionkowe dane zostały zgubione i nie mogą być odtworzone. Wbrew prawu „Freedom of Information Act”, CDC oddała bazę szczepionkowych danych prywatnej firmie do ukrycia, deklarując ją poza zasięgiem dla naukowców.

W 2001 Verstraeten otrzymał posadę u producenta szczepionek GlaxoSmithKline i opublikował swą pracę z CDC w r. 2003 po wielokrotnych przeróbkach danych i usunięciu z analizy danych większości dzieci uszkodzonych przez thimerosal. Choć jego pierwotne wyniki wskazywały, że uszkodzenia neurologiczne występowały 7 do 11 razy częściej u 3 dzieci zaszczepionych thimerosalem, w jego ostatecznej publikacji ten związek został usunięty; pozostawiono tylko związek thimerosalu z tikami i opóźnieniem mowy (Verstraeten et al., Pediatrics 2003, 112 (5):1035-48). Verstraeten ukrył swój konflikt interesów, czyli fakt, że pracował wtedy dla Glaxo. Publikacja ta i zastosowane w niej fałszerstwo zostały ostro skrytykowane, a Verstraeten potem nieudolnie tłumaczył się ze swej manipulacji (Verstraeten, Pediatrics, 2004, 113(4): 932).

Kennedy demaskuje skrzętnie ukrywane powiązania finansowe i biznesowe producentów szczepionek i wielu reprezentantów CDC, którzy podejmują regulacyjne decyzje dotyczące szczepień. Ten konflikt interesów zdyskredytował CDC jako instytucję, która ma stać na straży zdrowia obywateli USA. Po oddaniu tej newralgicznej bazy szczepionkowych danych prywatnej firmie do ukrycia, dane te nie miały już nigdy więcej ujrzeć światła dziennego i miały stać się niedostępne dla innych badaczy. By kontynuować maskowanie dowodów toksyczności thimerosalu, CDC zleciła amerykańskiemu Instytutowi Medycyny (IOM; prywatnej organizacji, której członkami są również przedstawiciele firm farmaceutycznych zaangażowanych w ten konflikt), aby wyprodukował publikację, która definitywnie zaneguje związek thimerosalu z chorobami neurologicznymi. Na zebraniu w 2001 r., na którym omawiano żądania i instrukcje CDC wobec IOM, dr Marie McCormick, która kierowała komitetem IOM do spraw bezpieczeństwa szczepionek, powiedziała naukowcom „Nigdy nie uznamy, że autyzm jest rzeczywiście niepożądanym objawem działania thimerosalu” . Natomiast inna uczestniczka tego komitetu, Kathleen Stratton, głośno „przewidziała”, że konkluzja IOM będzie brzmieć, iż „dowody są niedostateczne, aby zaakceptować, lub odrzucić związek przyczynowy między autyzmem i thimerosalem„, przyznając, że jest to żądanie dr Waltera Orensteina, ówczesnego dyrektora Narodowego Programu szczepień z CDC. I taka właśnie była konkluzja IOM odnośnie związków thimerosalu z chorobami neurologicznymi dzieci. Trudno o bardziej jaskrawe hochsztaplerstwo naukowe, które godzi w zdrowie i życie milionów dzieci.

W 2004 r. Orenstein został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska w CDC, kiedy jego upublicznione wypowiedzi oraz emaile wykazały, że świadomie zaplanował ten medyczny sabotaż. W to planowane oszustwo naukowe zaangażowany był także Douglas Gordon, dyrektor strategicznego planowania z National Institutes of Heath (NIH) – uprzednio dyrektor jednego z producentów szczepionek. Powiedział on w 2001 r. na zebraniu w Princeton „obecnie prowadzi się cztery dodatkowe badania, których celem jest wykluczenie możliwych związków między szczepieniami i autyzmem, szczepieniami i regresją rozwojową, zapaleniem jelit i szczepionką MMR, oraz thimerosalem i ryzykiem autyzmu”. Istnieją więc dowody, że wysoko postawieni urzędnicy NIH i CDC planowali fałszowane badania, których wynik był z góry określony i zgodny z żądaniami producentów szczepionek. Seria cytowanych przez PTW publikacji, dowodzących rzekomego „bezpieczeństwa”  thimerosalu, należy dotej właśnie grupy.

Sprawą związku thimerosalu z autyzmem zainteresował się Komitet Izby Reprezentantów USA do Spraw Reform Rządu, który w raporcie „Mercury in Medicine Report”  z 21 maja, 2003, napisał, że FDA nigdy nie zakazała, a CDC nie wyraził preferencji dla szczepionek bez thimerosalu, i skonstatował, że prawdopodobnie thimerosal spowodował neurologiczne uszkodzenie wielu tysięcy dzieci. Konkluzje tego raportu były jednoznaczne: „Thimerosal używany jako konserwant w szczepionkach jest bezpośrednio odpowiedzialny za epidemię autyzmu. Bardzo prawdopodobne, że tej epidemii możnaby zapobiec lub ją zatrzymać, gdyby FDA nie zignorowała faktu, że brak jest danych dotyczących bezpieczeństwa thimerosalu i wykazała czujność odnośnie celowego narażania niemowląt na działanie tej znanej neurotoksyny.

Niezdolność agencji rządowych do skutecznego działania w tej sprawie dowodzi instytucjonalnego sabotażu w celu ochrony własnych interesów oraz nieuzasadnionego krycia przemysłu farmaceutycznego. Ponieważ FDA postanowiła w 1999 r. nie usunąć z rynku szczepionek z thimerosalem, w dodatku do dzieci już uszkodzonych, 8 000 dzieci dziennie nadal było narażanych na przedawkowanie i okaleczenie thimerosalem przez co najmniej następne dwa lata (http://www.aapsonline.org/vaccines/mercinmed.pdf – raport przewodniczącego Podkomisji Izby Reprezentantów ds. Praw i Dobrobytu Człowieka – Dana Burtona).

W maju 2004 r. IOM opublikował raport „Immunization Safety Review: Vaccines and Autism” , którego wniosek: „nie ma dowodów związku miedzy szczepieniami i autyzmem”, był z góry zaplanowany. Został on oparty nie na dużej liczbie publikowanych danych dotyczącejych toksycznośćci rtęci i 4 thimerosalu, lecz tylko na czterech zafałszowanych i źle wykonanych pracach. Co więcej, raport ten zalecał rzecz zgoła niebywałą w nauce i demokracji, że nie powinno się prowadzić dalszych badań nad autyzmem i szczepieniami. Amerykański kongresman i lekarz, Dave Weldon z Florydy, zdemaskował i publicznie zaatakował IOM, mówiąc, że opierał się on na kilku pracach, które miały „fatalne błędy”  dzięki złemu planowi i które w żaden sposób nie reprezentują całej dostępnej wiedzy naukowej i medycznej na ten temat. Kongresman Weldon powiedział „Reprezentanci CDC nie są zainteresowani w uczciwych badaniach w celu odkrycia prawdy, ponieważ związek między szczepionkami i autyzmem zmusiłby ich do przyznania, że ich polityka nieodwracalnie uszkodziła tysiące dzieci”.

Druzgocąca krytyka raportu IOM i publikacji, na których wybiórczo został on oparty, została zaprezentowana w raporcie Weldona do Kongresu USA, w jego doniesieniach konferencyjnych oraz w publikacji „Something is rotten, but not just in Denmark”  w maju 2004:
http://weldon.house.gov/UploadedFiles/RepWeldonMDonIOM.pdf
http://www.nationalautismassociation.org/pdf/Weldon.pdf
http://www.co-brass.com/AutismOneWeldonRemarks.pdf
http://www.autismwebsite.com/ari/dan/daveweldon.pdf

Oprócz omówionej poprzednio zafałszowanej publikacji Verstraetena (2003), Weldon krytykuje drugą koronną cytowaną przez IOM publikację (Hviid et al., JAMA, 2003, 290:1763-1766), której autorzy twierdzą, że w Danii ilość przypadków autyzmu wzrosła po usunięciu thimerosalu ze szczepionek w 1992 r. Jest to jawna manipulacja, bowiem przed 1992 autorzy liczyli tylko szpitalne diagnozy autyzmu, a po tym roku zmienili kryteria i dodali diagnozy pozaszpitalne. Również dawki thimerosalu, które otrzymały dzieci duńskie przed r. 1992 (125 μg Hg do 10 miesiąca życia) były znacznie mniejsze niż dawki amerykańskie (187.5 μg Hg do 6 miesiąca). Dzieci amerykańskie w latach 1990 otrzymały 2,5 razy więcej Hg w pierwszych 6 miesiącach życia niż dzieci duńskie przed 1992, dlatego porównywanie tych dwóch populacji nie ma sensu.

Podobna krytyka konfliktu interesów i błędnej metodyki dotyczy drugiej cytowanej przez IOM publikacji (Madsen et al., Pediatrics, 2003, 112:604-606), która odnosi się do tej samej duńskiej populacji dzieci z przed i po 1992 r. Analogicznie rzecz się ma z publikacją ekologicznego badania (Stehr-Green et al. Am. J. Prev. Med. 2203, 25:1001-1006), której kluczowy współautor pracuje dla duńskiego producenta szczepionek (Staten Serum Institute) i gdzie miesza się różne metody diagnostyczne (szpitalne i ambulatoryjne) oraz kraje o radykalnie różnej ekspozycji niemowląt na thimerosal (USA, Danię i Szwecję), gdzie dzieci szwedzkie otrzymały nawet mniej thimerosalu niż duńskie. Jest to równoznaczne z porównywaniem jabłek z kapustą.

 Czwarta cytowana przez IOM praca (Andrews, Miller et al. Pediatrics. 2004, 114:584-91) z UK, która też zaprzecza związkom thimerosalu z autyzmem, jest jeszcze bardziej wątpliwa. Jedna z głównych jej autorek (dr Elizabeth Miller) jest fundowana przez producentów szczepionek i służy jako sądowy świadek-ekspert w ich obronach przed pozwami przez rodziców. Jej udział w tej publikacji jest rażącym konfliktem interesów, który nie został ujawniony. Analizy dr Miller z pewnością należy uznać za podejrzane. Autorzy tej publikacji posunęli się nawet tak daleko w swych manipulacjach, że wykazali, iż thimerosal jest wręcz korzystny dla rozwoju dzieci.

Ogólnie można powiedzieć, że raport IOM z 2004 r. był wyprodukowany, żeby zgodnie z zamierzonym celem ukryć związek autyzmu z thimerosalem. Jednak nie uspokoił on krytyków, raczej ich oburzył. Pod ciśnieniem rodziców i Kongresu USA, IOM został zmuszony do powołania nowego panelu naukowców, którzy skrytykowali poprzedni raport za manipulacje oraz konflikt interesów i zażądali, aby CDC udostępniła bazę szczepionkowych danych publiczności. Dotychczas tylko dwóm naukowcom, Markowi i Davidowi Geierom po całorocznych walkach z CDC i z pomocą Kongresu udało się do niej dotrzeć. Autorzy ci opublikowali wyniki własnych analiz, które powtórzyły oryginalne analizy Verstraetena i wykazały, że thimerosal ze szczepionek może być odpowiedzialny za autyzm, ADHD, upośledzenie umysłowe, epilepsję i inne neurologiczne uszkodzenia dzieci. (Geier & Geier, Int J Toxicol. 2004, 23(6):369-76; Med Sci Monit. 2005, 11(4):CR160-70; Med Sci Monit. 2006, 2(6):CR231-9; : Neuro Endocrinol Lett. 2006, 27(4):401-13; J Toxicol Environ Health A. 2007, 70(10):837-51). Próby dezawuowania tych uczciwych, niezależnych amerykańskich uczonych 5 przez PTW przy równoczesnym gloryfikowaniu publikacji jawnie zafałszowanych, pozostawię bez komentarza.

Zafałszowane wyniki ekologicznego badania CDC nadal są jednak wykorzystywane jako koronny argument rzekomo „świadczący”  o bezpieczeństwie thimerosalu. Na zlecenie Kongresu USA, panel ekspertów z National Institute of Environmental Health Sciences (NIEHS) dokonał niezależnej oceny tego badania i skrytykował je jako błędnie zaplanowane, nie nadające się do wykrycia w sposób rzetelny przypadków autyzmu i innych chorób neurologicznych u dzieci i prowadzące do mylących wniosków, więc nieużyteczne. Zażądali oni, żeby przyszłe badania dotyczące bezpieczeństwa szczepionek były inaczej zaplanowane i prowadzone jawnie przez badaczy całkowicie niezależnych od CDC i producentów szczepionek, oraz w ścisłej współpracy ze stowarzyszeniami rodziców dzieci autystycznych, bo tylko takie badania będą godne społecznego zaufania: („Thimerosal Exposure In Pediatric Vaccines: Feasibility of Studies Using the Vaccine Safety Datalink”, Report of the Expert Panel to the National Institute of Environmental Health Sciences (NIEHS), August, 2006; http://www.niehs.nih.gov/health/topics/conditions/autism/docs/thimero…2606.pdf)

W 2007 r. dr Julie Gerberding, Dyrektor Naczelna CDC (powołana w 2002), przyznała publicznie w CNN, że szczepionki mogą powodować autyzm w populacji wrażliwych dzieci. Dr Gerberding zgodziła się z krytyką ekspertów z NIEHS i przyznała w dokumencie zaadresowanym do Kongresu USA „Raport to Congress on Vaccine Safety Datalink” z 2008 r., że protokół badań CDC „Vaccine Safety Datalink” (który zastosowano do publikacji Verstraetena (zaprzeczającej związkom thimerosalu z uszkodzeniami neurologicznymi dzieci), jest obarczony wieloma fatalnymi błędami, które czynią go bezużytecznym do badań tego typu powiązań i mogą prowadzić do fałszywych wniosków. Przyznała też, że protokół ten „nie nadaje się do badania bezpieczeństwa szczepionek” i że powinno się przeprowadzić badanie włączające rodziców i rodzeństwo, które pozwoli ustalić, czy dzieci z rodzinną historią chorób autoimmunologicznych są bardziej narażone na szkodliwe działanie szczepionek (http://evidenceofharm.com/VaccineDataLinkReporttoCongressFinal.pdf).

SZCZEPIENIA W POLSCE

Chcę podkreślić z całą stanowczością, że nie jestem przeciwnikiem szczepień – jak to Zarząd PTW stara się mi imputować. Proponuję racjonalizację programu szczepień w Polsce i dostosowanie go do bezpieczniejszych norm europejskich. Nagonka na mnie ze strony PTW jest identyczna do ataków na innych niezależnych badaczy, lekarzy i polityków na świecie, którzy odważyli się zakwestionować bezpieczeństwo szczepionek. Wskazuje to na zorganizowaną akcję lobby szczepionkowego, które kosztem dzieci broni swoich interesów.

W Polsce umieralność niemowląt (obecnie około 6-7 na 1000 żywych urodzeń) jest ok. 2 razy większa niż w krajach skandynawskich, gdzie wynosi ona około 3/1000. Co więcej, w r. 2007 umieralność polskich niemowląt wzrosła w stosunku do roku poprzedniego („Rozwój Demograficzny Polski” , dane statystyczne GUS: (http://www.egospodarka.pl/27871,Rozwoj-demograficzny-Polski-2007,1,39…).

Podobnie w ostatnich latach wzrosła umieralność niemowląt w USA. Nie da się wykluczyć, że może to wynikać z wprowadzenia w Polsce w 2007 r. obowiązkowej szczepionki Hib podawanej w drugim miesiącu życia. Według amerykańskiej bazy danych VAERS, szczepionka ta powoduje najwięcej ciężkich powikłań i zgonów niemowląt (http://wonder.cdc.gov/controller/datarequest/D8). Polskie niemowlęta w pierwszych 18 miesiącach życia otrzymują 16 obowiązkowych szczepień przeciw 10 chorobom: gruźlicy, żółtaczce B, błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, odrze, śwince, różyczce, i zakażeniom Haemofilus influenzae b. Dodatkowo zalecane są szczepienia przeciw: Streptococus pneumoniae, Neisseria meningitidis, rotavirus, influenza virus, Hermes virus varicellae, i hepatitis A virus, co może stanowić razem liczbę 26 szczepień w pierwszych 24 miesiącach życia. Nawet zdrowe organizmy żołnierzy amerykańskich nie wytrzymały zmasowanych szczepień i zostały trwale okaleczone chorobą autoimmunologiczną zwaną Syndromem Wojny Zatokowej (Hotopf M et al. BMJ. 2000, 320:1363-1367; raport komisji ekspertów Kongresu USA z 17 listopada 2008 http://sph.bu.edu/insider/images/stories/resources/annual_reports/GWI…6W%20Veterans_RAC-GWVI%20Report_2008.pdf)
konkluduje, że syndrom ten jest realną chorobą i jest skutkiem wystawienia żołnierzy na działanie czynników chemicznych i szczepień przeciw gazom porażającym system nerwowy).

Zatem liczenie, że duża kondensacja szczepień będzie bezpieczna dla małych dzieci przeczy logice i doświadczeniom medycyny. Silnym dowodem na toksyczność zmasowanych szczepień jest publikacja niemieckich i austriackich badaczy: „Sudden and unexpected deaths after the administration of hexavalent vaccines (diphtheria, tetanus, pertussis, poliomyelitis, hepatitis B, Haemophilius influenzae type b): is there a signal? (Eur J Pediatr. 2005, 164:61-69). Opisuje ona śmierć 19 niemowląt w ciągu paru godzin/dni po szczepieniu dwiema szczepionkami heksawalentnymi (DTP- Hib-HepB-IPV) w okresie od października 2000 do czerwca 2003. Zdrowe przed szczepieniem dzieci zmarły w wyniku poszczepiennych obrzęków mózgu i płuc oraz zawałów serca. Bardzo niepokoi fakt, że właśnie szczepionki heksawalentne są reklamowane dla polskich rodziców na stronie: http://www.szczepienia.pl/mmw/50,5_lub_6_szczepionekw_1_strzykawce.html (sponsorowanej przez firmę Glaxo) jako alternatywne dla niemowląt. Są one pełnopłatne i firma Glaxo udziela nawet rodzicom pożyczek na ich zakup.

Zgodnie z dokumentami „Charakterystyki Åšrodków Farmaceutycznych”  zarejestrowanych w Polsce szczepionek, które otrzymałam z Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych (wysłanymi 9.10.2008 przez Wiceprezesa ds. Produktów Leczniczych, dr n. farm. Elżbietę Wojtasik) w Polsce obecnie dopuszczonych jest kilka szczepionek ze znaczną zawartością thimerosalu:
• Euvax (Wzw B, Life Sciences, prod. koreańska) – 0,01 % THIM
• Engerix B (Wzw B, Glaxo) – 0,005% THIM
• D.T.COQ (DTP, Sanofi) – 0,01 % THIM
• DTP (Biomed, Kraków) – 0,01 % THIM
• TETRAct-HIB (DTP+Hib) (Sanofi) – 0,01% THIM
• D – Szczepionka błonicza (Biomed) – 0.01% THIM
• DT – Szczepionka błoniczo-tężcowa (Biomed) – 0,01% THIM
• DTP – Szczepionka błoniczo-tężcowo-krztuścowa (Biomed) – 0,01% THIM
• Szczepionki przeciw grypie – 0,01 % THIM

Polskie niemowlę zaszczepione zgodnie z obowiązującym kalendarzem
szczepień może otrzymać do 7 miesiąca życia:
• 75 μg Hg w Wzb B – (3x 25 μg Hg)
• 75 μg Hg w DTP lub DTP+Hib (3x 25 μg)
• 25 μg Hg (Influenza)
• Razem = 175 μg Hg

Do 18 miesiąca może otrzymać dodatkowo 25 μg Hg (z DTP) i 25 μg Hg (influenza), razem 225 μg Hg. Rtęć jak wiemy akumuluje się w mózgu. Wśród obowiązkowych szczepień znajdują się dwa (BCG i Wzw B), podawane w pierwszej dobie życia, nierzadko nawet w 2 godziny po urodzeniu. Wiele wskazuje na to, że bardzo poważne zagrożenie dla życia i zdrowia dziecka stanowi szczepionka Wzw B (szczególnie firmy Euvax), która dostarcza jednorazowo 25 μg Hg, co stanowi ok. 8,3 μg Hg/kg wagi ciała. Ta ilość rtęci jest 83 razy większa od uważanej przez EPA za bezpieczną (0,1 μg Hg/kg/dzień) dla dorosłego człowieka. Ponieważ u noworodka bariera krew-mózg nie jest dobrze wykształcona, thimerosal wraz z antygenami i substancjami pomocniczymi szczepionek (m.in. wodorotlenek glinu; 250 μg) łatwo przedostają się o do mózgu, gdzie mogą powodować trwałe uszkodzenia. W drugim miesiącu życia polskie niemowlę może otrzymać jednorazowo 50 μg Hg (25 μg z Wzw B i 25 μg z DTP lub DTP+Hib). Dla 4 kg niemowlęcia będzie to dawka Hg 125 razy większa niż uznana za bezpieczną dla dorosłej osoby.

Neurotoksyczność związków rtęci została udowodniona ponad wszelką wątpliwość w setkach publikacji naukowych. Jest ona synergistycznie nasilana przez związki glinu. (Geier et al., J. Tox. Environ. Health,Part B, 2007, 10:575-596; Geier & Geier J. Am. Physicians and Surgeons, 2003, 8:6-11; Toimela T & Tähti H., Arch Toxicol. 2004, 78:565-74; Schubert J et al. J. Toxicol. Environ. Health, 1978, 4:5-6; Yel 7 L et al., Int J Mol Med. 2005, 16:971-7; Humphrey ML et al, Neurotoxicology. 2005, 26:407- 16; James SJ et al., Neurotoxicology. 2005, 26:1-8; Baskin DS et al., Toxicol Sci. 2003, 74:361- 8).

Związek wysokiego poziomu rtęci we krwi z autyzmem został też opisany przez Desoto MC & Hitlan RT (J Child Neurol. 2007, 22:1308-11). To zaledwie kilka wybranych spośród setek podobnych publikacji. Neurotoksyczność thimerosalu potwierdzają też nasze własne badania prowadzone na szczurach. Autorzy najważniejszych analiz dotyczących związków thimerosalu z uszkodzeniami neurologicznymi dzieci, Mark i David Geierowie, którzy są dezawuowani w liście PTW i przez lobby szczepionkowe, powtórzyli analizy pierwotnych danych z CDC na polecenie Kongresu USA. Ataki na nich sugerują pozamerytoryczne motywacje establiszmentu szczepionkowego, ponieważ Geierowie odważyli się ujawnić skrzętnie ukrywane dowody wieloletniego zatruwania dzieci rtęcią. Problem neurotoksyczności thimerosalu, jak i zabiegów producentów szczepionek oraz niektórych urzędników państwowych dążących do ukrycia dowodów tej toksyczności został opisany w Oświadczeniu Lyn Redwood, RN, MSN, przewodniczącej Coalition for SafeMinds, przed Podkomitetem w Obronie Praw i Dobrobytu Człowieka w Komitecie do Spraw Reform Rządu Kongresu USA, 8 września 2004 r. i przedstawiony na przesłuchaniu „Prawda ujawniona: Nowe odkrycia naukowe odnośnie rtęci w medycynie i autyzmie” (http://www.safeminds.org/pressroom/press_releases/redwoodsafemindssep…).

Neurobiologom (takim jak ja) nie sposób sobie wyobrazić, żeby tak duża ilość Hg, jaką wstrzykuje się niemowlętom, była obojętna dla rozwijającego się mózgu i zdrowia dziecka. Badania pokazały, że dzieci autystyczne mają upośledzone zdolności eliminowania rtęci z organizmu, więc jej toksyczne działanie jest u nich znacznie przedłużone (Grether J et al., Int J Toxicol. 2004, 23:275-6; Mutter J et al. NeuroEndocrinol Lett. 2005, 26:439-46). Jedne dzieci zatrute rtęcią od pierwszych godzin życia będą w mniejszym lub większym stopniu opóźnione w rozwoju lub upośledzone umysłowo, inne będą cierpieć na autyzm, ADHD, padaczkę, astmę, cukrzycę, głuchotę i wiele innych trwale okaleczających chorób. Kalectwo tych dzieci będzie ich osobistą oraz ich rodzin tragedią. Osoby te przez całe życie będą ogromnym obciążeniem dla swych rodzin i społeczeństwa. Trudno sobie nawet wyobrazić przyszłość narodu, w którym całe pokolenie jest w jakiś sposób neurologicznie uszkodzone.

Badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii pokazuje, że tak właśnie jest, i że dzisiejsze dzieci są znacząco cofnięte w rozwoju umysłowym w porównaniu z równolatkami z przed 30 lat (Shayer M et al., Br J Educ Psychol. 2007, 77:25-41). Podejrzewam, że jest to w istotnej mierze populacyjny efekt zatrucia dzieci toksycznymi szczepionkami. Większość krajów zachodnich wycofała szczepionki z thimerosalem, z powodu ich szkodliwości, w 2000 r, a kraje skandynawskie ok. r. 1990. Dopuszczenie na polski rynek szczepionek z tym związkiem w obecnym czasie, gdy powszechnie znana jest toksyczność thimerosalu, jest nie do przyjęcia. Od 2001 r. było w Polsce szereg poselskich interpelacji do Ministerstwa Zdrowia w sprawie szczepionek z thimerosalem i zakupu toksycznej szczepionki Euvax B, ale były one systematycznie odrzucane przez kolejne rządy. Polska Konstytucja jak i prawo UE gwarantuje obywatelom ochronę życia i zdrowia, prawo do decydowania o własnym życiu osobistym i do wychowywania swych dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Podczas gdy w krajach Europy Zachodniej szczepienia dzieci są dobrowolne, w Polsce stosuje się terror wobec rodziców, którzy świadomie nie chcą szczepić swych dzieci. Można się o tym przekonać, czytając dramatyczne wypowiedzi na forach dla rodziców. Ciekawe jednak, że gdy rodzice żądają od lekarzy lub Sanepidu potwierdzenia na piśmie, że biorą na siebie pełną odpowiedzialność za możliwe okaleczenie lub uśmiercenie dziecka szczepionką, wszyscy odmawiają podpisania takiego dokumentu.

RACJONALNE MODELE SZCZEPIEŃ

Modele racjonalnego i bezpieczniejszego kalendarza szczepień istnieją od dawna. Dziwne, że Polska wzoruje się w tym względzie na USA, które stosują absurdalnie dużą liczbę szczepień i mają niewydolną, marnotrawną i skorumpowaną służbę zdrowia, czego odzwierciedleniem jest wysoka i wzrastająca śmiertelność niemowląt (około 7 na 1000 zdrowych urodzeń). W europejskich krajach zachodnich na ogół nie szczepi się noworodków. Wzw B otrzymują tylko noworodki matek zakażonych żółtaczką B, a BCG tylko niemowlęta z rodzin zagrożonych gruźlicą lub regionów, gdzie zachorowalność na tę chorobę 8 przekracza 40 na 100 000. W Polsce średnio jest ona ok. 20/100 000. Skuteczność szczepionki BCG jest zresztą dyskusyjna, ponieważ szereg badań pokazało, że nie chroni przed gruźlicą, a może nawet zwiększać zapalność na nią (Bull WHO 1979, 57:819-827; Can Respir J. 2005, 12(3):134-8; Am J Epidemiol. 2002,155(7):654-63; Arch Bronconeumol. 2008 Feb;44(2):75-800). W krajach skandynawskich, które od lat cieszą się najlepszymi wskaźnikami zdrowotności społeczeństwa oraz najmniejszą umieralnością niemowląt, szczepienia są dobrowolne i niemowlęta otrzymują pierwsze szczepienia w 3 miesiącu życia lub później; http://www.euvac.net/graphics/euvac/vaccination/sweden.html.

W pierwszych 12 miesiącach życia otrzymują one tylko 9 zalecanych szczepień : DTaP, IPV i Hib, a w 18 miesiącu – dodatkowo MMR. Czesi mają podobnie racjonalny kalendarz szczepień. Stosują wprawdzie BCG w pierwszych 6 tygodniach życia, ale pozostałe szczepienia zaczynają dopiero w 13 tygodniu. Prawdopodobnie w dużej mierze dzięki temu umieralność niemowląt jest tam zbliżona do skandynawskiej i wynosi około 3 na 1000 zdrowych urodzeń.

By się przekonać o szkodliwości wielu szczepień dla niemowląt, warto przeanalizować amerykańską bazę danych VAERS dotyczącą powikłań poszczepiennych zgłoszonych do CDC, które według szacunków FDA stanowią od 1 do 10% wszystkich przypadków. Baza ta pod naciskiem Kongresu USA została udostępniona dla publiczności (http://wonder.cdc.gov/vaers.html). Wynika z niej, że w latach 1990-2008 wskutek powikłań po szczepionkach DTP, HepB, MMR, Hib i IPV w USA zmarło od 28 000 do 280 000 niemowląt do 6 miesiąca życia, a ciężko okaleczonych (w tym neurologicznie) zostało od 127 000 do 1,2 miliona niemowląt. Są to ogromne liczby, których w żaden sposób nie da się zmieść pod dywan ani zignorować. Ekstrapolując te dane na polską populację, liczba poszczepiennycb zgonów niemowląt w ciągu 18 lat mogła wynieść do 35 000. W przeliczeniu na rok byłoby to 1970 zgonów, co może stanowić ok. 85% wszystkich zgonów dzieci (w 2007 wg. GUS było ich 2 300). Jak wynika z danych PZH (Państwowego Instytutu Higieny) oraz WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), w Polsce pomimo wysokiego odsetka zaszczepionych (ok. 98%), nadal tysiące dzieci każdego roku chorują na choroby zakaźne: świnkę, różyczkę, szkarlatynę i krztusiec, ale nikt dziś nie umiera na te choroby. Podobna jest sytuacja w krajach Europy Zachodniej. W Finlandii, Szwecji, czy Norwegii zachorowalność na krztusiec jest nawet znacznie większa niż w Polsce, lecz i tam choroba ta nie jest śmiertelna (http://www.who.int/vaccines/globalsummary/immunization/countryprofile…).
 
Nie jest to dziwne, bowiem statystyki demograficzne USA pokazują, że umieralność na te choroby spadła na wiele lat przed wprowadzeniem szczepień. Kiedy się zestawi wskaźniki umieralności niemowląt z różnych krajów z programem ich szczepień, rzuca się w oczy fakt, że kraje, które stosują powszechne szczepienia noworodków, mają znacznie wyższe wskaźniki śmiertelności niemowląt (powyżej 6/1000), niż te które na ogół nie szczepią noworodków (ok. 3/1000). Wskaźniki te wydają się być niezależne od zamożności krajów. Co więcej, kraje skandynawskie, które stosują pierwsze szczepienia po 3 miesiącu życia i dawno wyeliminowały thimerosal, mają znacznie niższy odsetek dzieci z autyzmem (1:3000), niż kraje, które szczepią swe noworodki i nadal stosują thimerosal (USA, Polska), gdzie na autyzm cierpi obecnie 1 na 150 dzieci. Istnieją więc dowody, że nadmierne, zbyt wczesne oraz toksyczne szczepionki są przyczyną zgonów oraz fizycznych i neurologicznych okaleczeń milionów dzieci. Moje opinie na ten temat nie są pochopne, ani nie wynikają z nacisków żadnych grup interesu. Wynikają z dogłębnego zapoznania się z tym problemem i przestudiowania wielu dokumentów z różnych wiarygodnych źródeł.

Widziałam ciężko okaleczone szczepionkami dzieci (i dorosłych), rozmawiałam z ich rodzicami i żadne zaklęcia nie przekonają mnie, że szczepionki są dla wszystkich bezpieczne. Jako doświadczony naukowiec świadomie odrzucam publikacje, o których wiadomo, że zostały napisane na zamówienie szczepionkowych grup interesu. Być może nie przypadkowo właśnie one są przytaczane przez reprezentantów PTW jako „najbardziej wiarygodne”, mimo że – jak wykazały niezależne badania – publikacje sponsorowane przez firmy farmaceutyczne najczęściej są pozbawione wiarygodności (Melander et al. „Evidence biased medicine””selective reporting from studies sponsored by pharmaceutical industry: review of studies in new drug applications” . BMJ 2003, 326:1171-1173; Sameer & Chopra „œIndustry Funding of Clinical Trials: Benefit or Bias?”  JAMA 2003, 290:113-114; Marcia Angell „œThe Truth About Drug Companies: How They Deceive Us and What To Do About It” Random House, 2007).

Mechanizmy produkcji oszustw naukowych w celu zagłuszania prawdy i chronienia zysków korporacji kosztem dzieci opisane są w liście kongresmana i lekarza Dave”™a Weldona, M.D. z października 2003 do dyrektor CDC, Dr Julie Gerberding (http://www.thinktwice.com/fraud.htm).
I takie właśnie zafałszowane są praktycznie wszystkie publikacje „świadczące”  o rzekomym bezpieczeństwie thimerosalu. Od dawna wiadomo, że thimerosal, podobnie jak inne związki rtęci, jest silnie toksyczny i zabija neurony w nanomolarnych stężeniach, więc twierdzenie, że jest bezpieczny dla niemowląt, urąga naukowym faktom. Formuła konferencji, którą zorganizowałam 25 i 26 października, 2008, była taka, jaka odpowiada tematowi mego projektu badawczego, fundowanego przez KE. Jego celem jest zbadanie rozwojowej neurotoksyczności thimerosalu na modelu zwierzęcym oraz korelacji szczepień z autyzmem i rtęcią w przydatkach skórnych dzieci. Oceniając naukową wartość mojego projektu, panel niezależnych recenzentów stwierdził: „Zaproponowane badania są wysoce oryginalne, a równocześnie solidnie oparte na poprzednich wynikach Autorki i innych badaczy. Autorka jest jedną z pionierów badań nad neurosterydami i jest powszechnie znana ze swych prac. Jeśli hipoteza [Autorki] zostanie potwierdzona przez planowane badania, będą one miały wielki wpływ na publiczne zdrowie  i niewątpliwie przyczynią się do lepszego zrozumienia czynników powodujących autyzm”.

Na konferencję zaprosiłam niezależnych (od korporacji) naukowców z USA, UE i z Polski, którzy prowadzą własne badania dotyczące toksyczności thimerosalu, do których mam zaufanie. Zaprosiłam też kilkoro doświadczonych klinicystów z kraju i zagranicy, którzy leczą
autystyczne dzieci. To zrozumiałe, że nie zaprosiłam ludzi produkujących na zamówienie publikacje, mające na celu zamaskowanie toksyczności thimerosalu. Udzielenie im głosu na mojej konferencji byłoby policzkiem wymierzonym w naukę oraz w rodziców okaleczonych szczepionkami dzieci. Protestowanie przez PTW przeciwko konferencji, na której zebrali się ludzie prowadzący badania nad pokrewnymi tematami oparte na określonej hipotezie naukowej, godzi w zasady demokracji i wolność nauki. Moja krótka wypowiedź w TV w związku z konferencją nastąpiła w wyniku wielokrotnych próśb i nalegania o wywiad na temat mojego projektu badawczego. Lakonicznie wyraziłam w niej swoją przemyślaną opinię (do której mam prawo), a Państwa przedstawiciele wypowiedzieli się w tejże audycji. Jest to powszechnie przyjęta forma publicznej dyskusji.

Rzetelne informowanie rodziców o korzyściach, ale i potencjalnych zagrożeniach dla dzieci ze strony szczepień jest obowiązkiem każdego, kto dysponuje wiedzą na ten temat. Wielu rodziców posiada tę wiedzę niezależnie, gdyż jest ona dostępna w Internecie. Rodzice, których dzieci zmarły lub zostały okaleczone przez szczepienia „wiedzą swoje”  i komunikują się ze sobą. Wielu boi się szczepień, gdyż wie, iż w razie tragedii zostaną pozostawieni sami sobie. Ukrywanie prawdy o szczepieniach sprawia, że stracili oni zaufanie do polskiego establiszmentu szczepionkowego, o czym świadczą liczne wypowiedzi na forach dla rodziców. Podobnie jest w USA, gdzie po ujawnieniu udziału CDC w fałszowaniu szczepionkowych danych, instytucja ta utraciła wiarygodność w społeczeństwie. Sądzę, że zaufanie społeczeństwa do szczepień można odbudować tylko wówczas, gdy da się rodzicom swobodny wybór – szczepienia lub nie – swoich dzieci (taki, jaki istnieje w krajach zachodnich UE), uczciwą informację o korzyściach, ale i zagrożeniach ze strony szczepień, oraz zaproponuje się maksymalnie bezpieczny kalendarz szczepień. Doświadczenia krajów zachodnich pokazują, że mimo dobrowolności, utrzymuje się tam wysoki (80 do 95%) odsetek wykonywania zalecanych szczepień.

PROPOZYCJA ZMIANY PROGRAMU SZCZEPIEŃ W POLSCE

Propozycja zmiany programu szczepień w Polsce, oparta na analizie programów w innych krajach UE (Euvac.net) oraz konsultacjach z pediatrami – jest następująca:
• wyeliminowanie wszystkich szczepionek z thimerosalem; • zrezygnowanie ze szczepienia noworodków szczepionkami Wzw B (szczepienie tylko noworodków z grupy wysokiego ryzyka, czyli od matek zakażonych żółtaczką). Zaoszczędzone na tych szczepionkach pieniądze przeznaczyć na higienę szpitali, by nikt się w nich nie zarażał.
• zrezygnowanie ze szczepienia noworodków BCG (stosować tylko u dzieci z regionów, gdzie odsetek chorych na gruźlicę wynosi powyżej 40 na 100 000);
• w pozostałej grupie dzieci rozpoczęcie szczepień od 4 miesiąca życia;
• zrezygnowanie ze szczepionki krztuścowej pełnokomórkowej;
• zrezygnowanie z podawania więcej niż trzech rodzajów szczepionek w jednym dniu;
• zrezygnowanie z podawania szczepionek zawierających żywe wirusy lub podawanie ich pojedyńczo w bezpiecznych odstępach czasu;
• udostępnienie szczepionek monowalentnych;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do przeprowadzenia wstępnego wywiadu z rodzicami odnośnie alergii, astmy i innych chorób typu autoimmunologicznego oraz powikłań poszczepiennych u członków rodziny, co pozwoli przewidzieć, czy u danego dziecka mogą wystąpić groźne reakcje poszczepienne. Takie dziecko powinno mieć opracowany indywidualny, bardzo ostrożny program szczepień;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do monitorowania stanu zdrowia dzieci po szczepieniach, by w porę uchwycić stany zagrażające życiu lub zdrowiu dziecka;
• stworzenie narodowego programu obowiązkowej rejestracji powikłań i zgonów poszczepiennych. Dane te powinny być raportowane do WHO (a nie są) i informacje o powikłaniach powinny być zamieszczane w książeczkach zdrowia dziecka.

Jako obywatelka demokratycznego kraju i niezależny naukowiec nie powiązany z żadnymi grupami interesu, mam pełne prawo do wyrażania własnych poglądów naukowych. Próby dezawuowania mnie przez lobby szczepionkowe przypominają mobbing tegoż lobby wobec niezależnych naukowców z USA czy UE, którzy odważyli się podjąć badania nad bezpieczeństwem szczepionek. Obowiązkiem naukowców jest dociekanie prawdy – jakkolwiek byłaby ona dla niektórych niewygodna – i działanie na rzecz dobra społeczeństwa. Primum non nocere nadal obowiązuje w medycynie. Ponieważ szczepionki są podawane zdrowym niemowlętom, muszą być one maksymalnie bezpieczne i nie mogą być zagrożeniem dla ich zdrowia i życia.

Jestem zdumiona, że Zarząd PTW zamiast włączyć się do poważnej dyskusji nad szczepieniami, która od lat toczy się na świecie, bezkrytycznie podpisuje się pod propagandą producentów szczepionek, którzy zalecają szczepić na wszystko – wszystko co się rusza, i których jedynym interesem jest zysk. Polska nie jest już zaściankiem za żelazną kurtyną, więc liczenie, że polscy rodzice są nadal naiwni w sprawie szczepień jest w najlepszym razie arogancją. Trwałe okaleczenia i ciężkie choroby będące następstwem toksycznych szczepień, wydają się dziś większym problemem i zagrożeniem dla społeczeństwa niż przejściowe, uleczalne choroby zakaźne.
 
Robert Kennedy Jr. zakończył swój artykuł oskarżeniem „Nasi przedstawiciele ochrony zdrowia publicznego świadomie pozwolili przemysłowi farmaceutycznemu zatruć całą populację amerykańskich dzieci i ich działania stanowią jeden z największych skandali w historii amerykańskiej medycyny”. To samo tyczy wielu innych krajów.

Apeluję do polskiego establiszmentu szczepionkowego o uczciwą dyskusję oraz poparcie racjonalnych zmian w polskim programie szczepień, które przywrócą do niego zaufanie rodziców i uchronią dzieci przed okaleczeniami. Konieczne jest też prowadzenie niezależnych (od korporacji) badań nad zasadnością stosowania wszystkich obecnie zalecanych szczepień. Coraz liczniejsze badania prowadzone w USA, Nowej Zelandii, Niemczech, Holandii czy Japonii, które porównują zdrowie dzieci szczepionych i nieszczepionych pokazują, że nieszczepione są na ogół zdrowsze, znacznie rzadziej chorują na choroby psychoneurologiczne, astmę, alergie oraz inne choroby typu autoimmunologicznego, i lepiej radzą sobie z chorobami zakaźnymi (Epidemiology. 1997 Nov;8(6):678-80; Arerugi. 2000 Jul;49(7):585-92; http://www.generationrescue.org/survey.html).

Nie ma też przekonujących dowodów na to, że w krajach rozwiniętych masowe szczepienia zmniejszają współcześnie śmiertelność dzieci, a jeśli uwzględni się liczby zgonów poszczepiennych (VAERS), to wydaje się, że może być raczej odwrotnie. Zatem twierdzenie, że w obecnym czasie w krajach rozwiniętych szczepionki ratują życie i zdrowie wydaje się bezpodstawne. Nawet CDC stał się dziś otwarty na takie badania, więc ataki na naukowców, którzy badają bezpieczeństwo szczepionek wydają się być obarczone konfliktem interesów. Eliminacja zbędnych lub szkodliwych szczepień nie tylko może uchronić wiele dzieci od chronicznych chorób i okaleczeń, ale i zaoszczędzi wydatków na ich długotrwałą opiekę. Nie jest dziś tajemnicą, że firmy farmaceutyczne na wielką skalę defraudują systemy opieki zdrowotnej na całym świecie. Agresywne promowanie coraz większej liczby szczepionek u dzieci i młodzieży wpisuje się w ten właśnie modus operandi.

http://www.bmj.com/cgi/content/full/329/7472/940-e
http://www.bmj.com/cgi/content/full/328/7452/1333-a
http://www.organicconsumers.org/politics/krugman121905.cfm
http://www.pubmedcentral.nih.gov/articlerender.fcgi?artid=524098

prof. dr Maria Dorota Majewska
Kierownik Katedry Marii Curie Komisji Europejskiej
Zakład Farmakologii i Fizjologii Układu Nerwowego Instytut Psychiatrii i Neurologii.

Do wiadomości:
Minister Zdrowia dr Ewa Kopacz
Minister Edukacji – K. Hall
Główny Inspektor Sanitarny – dr med. A. Wojtyła
Rzecznik Praw Dziecka – Marek Michalak
Przewodnicząca Rady naukowej IPiN – prof. A. Członkowska
Dyrektor IPiN – Prof. dr hab. D. Ryglewicz
Konsultant Krajowy w Dziedzinie Pediatrii – prof. A. Dobrzańska
Konsultant Krajowy w dziedzinie epidemiologii – prof. Andrzej Zieliński
Konsultant Krajowy w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży – prof.
Irena Namysłowska
Konsultant Wojewódzki w dziedzinie pediatrii – prof. A. Radzikowski
Red. Marek Nowicki – TVN

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 45 »

Prof. Maria Dorota Majewska: Ja się nie szczepię

Posted by Marucha w dniu 2009-10-29 (czwartek)

Maria_Dorota_MajewskaProfesor Maria Dorota Majewska nie jest profesorem jakiegoś „marketingu” czy innej pseudonauki, jakie rozpleniły się w Polsce na prywatnych uczelniach,  wykorzystującym swój tytuł profesorski do przydania sobie autorytetu w dziedzinach, o których nie ma pojęcia. Prof. Majewska jest wybitnym neurobiologiem. Przez 25 lat pracowała w czołowych instytucjach naukowych USA, między innymi na uniwersytetach Harvarda i Missouri oraz w Narodowym Instytucie Zdrowia w Waszyngtonie. Obecnie w Zakładzie Farmakologii i Fizjologii Układu Nerwowego Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Posłuchajmy, co ma do powiedzenia w sprawie szczepionek, które międzynarodowa łobuzeria i złodzieje wciskają nam na siłę. Oto wywiad z nią zamieszczony w Angorze z dnia 27.09.2009.

Poszczególne kraje zamawiają miliony, dziesiątki milionów szczepionek przeciwko świńskiej grypie, które najwcześniej znajdą się w naszych aptekach na początku przyszłego roku. Tymczasem już jesienią świat może zaatakować pandemia.
- Na razie żadnej pandemii grypy nie ma i nie było.

Ale nie tak dawno WHO po raz pierwszy od 41 lat ogłosiła najwyższy stopień zagrożenia pandemią grypy.
- Według Państwowego Zakładu Higieny, w Polsce było tylko 13 potwierdzonych przypadków zachorowań na tzw. świńską grypę. Wszystkie osoby wyzdrowiały, a choroba miała bardzo łagodny przebieg. Gdy w takiej sytuacji ktoś straszy mnie, że za chwilę wybuchnie pandemia i na świecie zachorują setki milionów, a może i miliardy ludzi, to ja w to nie wierzę. Zastanawiam się, na ile wiarygodne mogą być plotki publikowane coraz częściej poza największymi mediami (głównie w internecie), że możliwe jest świadome i celowe uwolnienie takiego wirusa w niektórych krajach dla osiągnięcia gigantycznych zysków. A co do WHO – to pamiętajmy, że ta organizacja w znacznym stopniu jest finansowana z pieniędzy światowych koncernów farmaceutycznych.

To brzmi jak scenariusz kiepskiego thrillera?
- W przeszłości w USA lub Wielkiej Brytanii, nie mówiąc już o państwach totalitarnych, dochodziło do eksperymentów z bronią biologiczną. Do nielegalnego zarażania żołnierzy i cywilów, obywateli własnych państw, różnymi groźnymi chorobami. Dla mnie szczególnie niepokojąca była nie tak dawna informacja z Czech, gdzie tamtejsze służby medyczne wyłapały partię testów szczepionek na grypę sezonową zanieczyszczoną wirusem ptasiej grypy, która jest o wiele bardziej niebezpieczna od świńskiej. Nie znajduję innego wytłumaczenia tego przypadku jak czyjeś celowe działanie. Dlatego nie ufam żadnemu rządowi, żadnej światowej organizacji. Te instytucje, podobnie jak niektóre media, ośmieszają tych, którzy nawołują do zachowania czujności. Ale uważam, że lepiej wydać się śmiesznym i przeżyć, niż zbagatelizować problem i zachorować. Czasem można czytać między wierszami (w informacjach, które docierają do nas z WHO czy innych instytucji, na przykład z amerykańskiej agencji CDC (Centers for Disease Control and Prevention). I właśnie z doniesień CDC można się dowiedzieć, że jak na razie wirus świńskiej grypy nie wymaga szczepień, a nawet silnych leków, gdyż każdy zdrowy człowiek jest w stanie samemu się z nim uporać. Świńska grypa może być problemem jedynie dla osób cierpiących na określone schorzenia.

Właściwie każda dostępna w Polsce publikacja na temat szczepień ochronnych i prawie wszyscy lekarze zgodnie radzą szczepić się na wszystkie możliwe choroby – od zwykłej grypy po pneumokoki, zapewniając o wyjątkowej skuteczności tych szczepionek.
- Dwa-trzy lata temu w „British Medical Journal” ukazały się wyniki japońsko-włoskich badań dotyczących skuteczności szczepień na grypę sezonową. Przeprowadzono je na dużej populacji z tego samego obszaru. Połowa badanych została zaszczepiona, a drugiej połowie podano placebo. Wniosek był taki, że te szczepionki są nieskuteczne. A nawet, że szczepieni chorowali częściej. Notowano wiele powikłań poszczepiennych, zwłaszcza u osób po 65. roku życia. Z bazy danych CDC możemy się dowiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych w okresie 18 lat zanotowano 60 tys. udokumentowanych zgonów wśród zaszczepionych zdrowych ludzi. Jest też bardzo interesująca nowa publikacja japońskich badaczy dotycząca tzw. grypy hiszpanki (w latach 1918-1919 uśmierciła od 50 do 100 milionów ludzi na całym świecie – przyp. autora). Japończycy doszli do wniosku, że do tak wielkiej śmiertelności mogła przyczynić się… aspiryna. Lek wówczas nowy, lecz bardzo już rozpowszechniony i reklamowany jako panaceum prawie na wszystko. Ponieważ aspiryna obniża temperaturę i hamuje w organizmie produkcję pewnych hormonów, które służą do pobudzenia układu odpornościowego, to niewykluczone, że jej zażycie mogło stać się główną przyczyną tak wielkiej śmiertelności. Nie bez znaczenia miało też wycieńczenie wielu społeczeństw zakończoną właśnie wojną.

Istnieje teoria, że szczepionki mogą negatywnie ingerować w system immunologiczny człowieka.
- Jest na to dużo dowodów. W Stanach Zjednoczonych na skutek powikłań poszczepiennych mogło umrzeć od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy dzieci. Rozbieżności są tak duże, gdyż – według Amerykańskiej Agencji Leków – ilość raportowanych powikłań po lekach, szczepionkach i zabiegach wynosi zaledwie od 1 do 10% takich przypadków. Szczepionki mogą powodować schorzenia neurologiczne, immunologiczne, a także uszkadzać wiele organów. Niektóre bardzo poważne naukowe teorie uważają, że gwałtowny wzrost zachorowań na cukrzycę, zarówno pierwszego, jak i drugiego stopnia, może być spowodowany nadmiarem szczepień. Skutkiem szczepień mogą być też choroby auto-immunologiczne, gdy organizm zaczyna atakować własne komórki. Niektóre szczepionki mogą być szczególnie niebezpieczne dla trzustki, tarczycy, gonad.

W internecie można zapoznać się z bardzo ostrą polemiką między panią a Polskim Towarzystwem Wakcynologii (wakcynologla – nauka zajmująca się szczepieniami ochronnymi).
- PTW zaatakowało mnie z powodu badań, jakie prowadzę ze środków Unii Europejskiej. W dużym skrócie sprawa dotyczy autyzmu i potencjalnej roli thimerosalu w patogenezie tej choroby. Jak wiadomo - thimerosal, który przez kilkadziesiąt lat był dodawany do szczepionek oraz innych medykamentów (bez rygorystycznych badań świadczących o jego bezpieczeństwie) – zawiera znaczne ilości rtęci, która w każdej postaci jest substancją bardzo toksyczną. Powoduje zaburzenia rozwojowe u dzieci, u dorosłych choroby neuro-degeneracyjne (Alzheimera i Parkinsona) oraz degeneracyjne zmiany w systemach reprodukcyjnych kobiet i mężczyzn, upośledzając ich zdolności rozrodcze (kraje skandynawskie wprowadziły zakaz używania rtęci).

Czy thimerosal występuje także w szczepionkach dostępnych w Polsce?
- Praktycznie jest we wszystkich polskich szczepionkach.

Również w szczepionkach przeciwko grypie?
- W ogromnej większości.

Z naszej rozmowy czytelnik powinien wyrobić sobie pogląd: szczepić się, czy też nie szczepić?
- Staram się nie udzielać takich rad. Każdy może mieć w tej sprawie własne zdanie. Ja na pewno nie zaszczepię się ani na grypę sezonową, ani na świńską.
Często rodzice pytają mnie, czy mają szczepić swoje małe dzieci? Wówczas odpowiadam im, żeby ważyli, czy w razie zachorowania dana choroba ma łagodny przebieg, czy jest łatwa w wyleczeniu, na przykład antybiotykami? W Polsce przymusowo szczepi się noworodki w pierwszych godzinach życia przeciwko żółtaczce typu B. Tymczasem ostatnie badania amerykańskie wykazały, że dzieci szczepione szczepionkami ze związkiem rtęci dziewięć razy częściej są upośledzone umysłowo niż te, które nie są szczepione. W wielu cywilizowanych krajach świata na żółtaczkę typu B szczepi się dopiero nastolatków, przed rozpoczęciem życia płciowego. Myślę, że warto zaszczepić się przeciw polio, chociaż drugiej strony w Polsce od lat nie zanotowano żadnego przypadku tej choroby i moim zdaniem bezpieczniej byłoby podawać tę szczepionkę dzieciom po ukończeniu 3. roku życia. Można też szczepić przeciwko odrze. Pamiętajmy jednak, że mimo szczepień dzieci nadal chorują na tę chorobę. To samo mogę powiedzieć o krztuścu.

A gruźlica?
To sprawa bardzo dyskusyjna. Jest kilka dużych badań w tym jedno przeprowadzone przez WHO w Indiach. I co się okazało? Szczepieni (BCG) chorowali częściej.

Podobno w wielu krajach rządy już szykują się do przymusowych szczepień przeciwko grypie A (H1N1).
- Słyszałam, że taki scenariusz jest możliwy w Grecji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Francji. Wiem jednak, że istnieją tam też bardzo silne i dobrze zorganizowane społeczne grupy protestu, więc pewnie się im nie uda.

Rozmawiał: Krzysztof Różycki

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 19 »

Zakaz sprzedaży ziół w 2011?

Posted by Marucha w dniu 2009-10-27 (wtorek)

Postęp nie zna granic. Kryminalna organizacja, zwąca się „Unią Europejską”, mafijnymi metodami narzucająca swe usługi narodom Europy, postanowiła się wziąć za zwalczanie ciemnoty i znachorstwa. Podajemy za blogiem http://waldek1984.wordpress.com/

Ziołami już się nie wyleczysz. Będzie zakaz sprzedaży

Rumianek może na zawsze zniknąć z aptek. Miliony Europejczyków nie będą mogły już legalnie kupować preparatów ziołowych. UE zakaże ich sprzedaży już w 2011 roku. Wyjątkiem będzie niewielka liczba środków na „łagodne” dolegliwości.

Tymczasem jak wynika z ostatnich badań regularnie z porad zielarzy korzysta 6 mln Brytyjczyków. Pracuje tam około 2,5 tys. wykwalifikowanych znawców ziół i chińskiej medycyny. Teraz pacjenci używają produktów najwyższej jakości ale po wprowadzeniu zakazu ziołolecznictwo zdominuje czarny rynek – powiedziała dr Ann Walker. Wówczas zdaniem specjalistów zioła z Chin i Indii pacjenci będą kupować wyłącznie przez internet lub od ulicznych sprzedawców.
To bardzo niebezpieczne. W niektórych preparatach sprzedawanych na czarnym rynku wykryto bowiem toksyczne związki ciężkich metali – powiedział dr Michael Dixon z Foundation for Integrated Health.

Źródło: dailymail.co.uk, sfora.pl

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 90 »

Kronika działalności O’Bambo et consortes

Posted by Marucha w dniu 2009-10-27 (wtorek)

Urodzony na Hawajach prezydent USA, O’Bambo (czy jakoś tak), zwolnił swe córki od obowiązku szczepienia absolutnie bezpieczną i niezwykle skuteczną szczepionką przeciwko wirusowi świńskiej grypy H1N1. Sekretarz prasowy Białego Domu, Robert Gibbs, powiedział (tłumaczymy dosłownie jego bełkot) iż „szczepionka nie będzie dla nich dostępna w oparciu o ich ryzyko („the vaccine is not available to them based on their risk”).

Wielkie szczęście, iż cała reszta niekoszernej populacji USA w wieku od 6 miesięcy do 18 lat nie posiada ryzyka  (staramy się tu nieudolnie oddać styl p. Gibbsa) i tylko biedne córeczki O’Bamby są jakieś takie wątłe, a może i niedożywione na skutek przesądów rasowych.

Zarazem ludzie źli i niechętni postępowi wygrzebali gdzieś w prawach, iż ogłoszenie przez O’Bambę stanu wyjątkowego jest pogwałceniem Konstytucji Stanów Zjednoczonych, gdyż jedynie naród, poprzez swych reprezentantów w Kongresie, może podjąć taką decyzję. Wśród tychże osobników panuje powszechna opinia, iż ogłoszenie stanu wyjątkowego (national emergency) jest krokiem do ogłoszenia stanu wojennego (martial law), który pozwoli Obamie – i tym, którzy nim sterują – na pogwałcenie wszelkich praw obywatelskich Amerykanów, a więc da mu uprawnienia kacyka z buszu.

Tłumaczenia Obamy, iż sytuacja jest niezwykle groźna i bezpieczeństwo publiczne domaga się wprowadzenia stanu wyjątkowego, to debilne kłamstewko. Zwykła, coroczna grypa pochłania dużo więcej ofiar, niż jej świniowata odmiana – a czy ktoś słyszał o ogłaszaniu stanu wyjątkowego z powodu jesiennych ataków grypy?

Jeszcze inni, równie źli i pamiętliwi ludzie przypominają, iż USA jest nieustannie w „stanie wyjątkowym” – od czasu nieudolnie sfingowanego „zamachu” na World Trade Center, wprowadzonego przez GW Busha dnia 14.09.2001 a przedłużonego 28.08.2008 pod pozorem kolejnego „zagrożenia terrorystycznego”. Nie miejsce tu na wyliczanie wszelkich zmian w amerykańskim prawie, które w ostatnich latach krok za krokiem odbierają kolejne obszary wolności obywatelom. Stwierdzamy tylko, iż na naszych oczach pierwsza demokracja świata niepostrzeżenie zmienia się w dyktaturę – ustrój niewątpliwie bliski „urodzonemu na Hawajach”.

Bliżej nas, w Zjednoczonym Królestwie, też k…wsko demokratycznym, policja zdefiniowała aktywizm polityczny jako „ekstremizm” i traktuje osoby biorące udział w demonstracjach jako kryminalistów. Osoby te są wprowadzane do narodowych baz danych, a numery rejestracyjne ich samochodów są używane do śledzenia, zatrzymywania i nękania właścicieli, czemu służy kosztowny, ogólnonarodowy system kamer identyfikujących pojazdy. Nie jest istotne, jaką formę miał prostest, choćby był najbardziej pokojowy. Uczestnicy będą namierzeni, skatalogowani i naznaczeni na całe życie, mimo iż nie popełnili żadnego przestępstwa.

Przykładem niech będzie człowiek, który – mimo iż nigdy nie karany – w ciągu ostatnich trzech lat był zatrzymywany przez policję ponad 25 razy bez istotnego powodu. Tzn. powód był: na samochodzie nakleił sobie znaczek po wzięciu udziału w niewielkim proteście przeciwko strzelaniu do kaczek i bażantów (sic!).

Zbieżności między USA i Wielką Brytanią są uderzające. Zupełnie, jakby rządziła nimi ta sama klika.

Opublikowany w Polityka, Różne | Komentarzy: 15 »

Rejtany z PiS-u

Posted by Marucha w dniu 2009-10-27 (wtorek)

„Nasz Dziennik” zamieścił, a my komentujemy.

Najpóźniej jutro ma zostać złożony wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności zapisów traktatu lizbońskiego z Konstytucją RP. Jak wyjaśnił poseł Antoni Macierewicz (PiS), wniosek jest gotowy i czeka jeszcze tylko na kilka podpisów posłów, którzy chcą go poprzeć. Odrębny wniosek w tej sprawie, na początku listopada, planują złożyć także senatorowie Prawa i Sprawiedliwości.

Posłowie PiS nagle się obudzili i usiłują stworzyć wrażenie, iż walczą o polską suwerenność, gdy już jest „po ptokach”, bo ich własny prezydent poparł już haniebny Traktat Lizboński, zatwierdzający kolejny rozbiór Polski. Co robili przedtem, zanim Kaczor złożył swój podpis? NIC. Teraz odgrywają spektakl dla publiczności.
Bo chyba tylko idiota może mieć nadzieję, iż Trybunał Konstytucyjny w jakikolwiek sposób przeciwstawi się kryminalnemu łamaniu polskiej konstytucji, jeśli chodzi o interesy „Europy” (czytaj: Sanhedrynu i Rotszyldów).

Posłowie PiS dotrzymują więc słowa i kończą już prace nad wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności zapisów traktatu lizbońskiego z Konstytucją RP. Jak powiedział nam poseł Antoni Macierewicz, wniosek jest już praktycznie gotowy i nie ma przeszkód formalnych, by go skierować do TK.
- Jest jednak jeszcze kilka osób, które chcą się pod nim podpisać. Tak więc skompletujemy te podpisy i na pewno w tym tygodniu wniosek zostanie złożony – wyjaśnił Macierewicz.
Poselski wniosek koncentruje się na dwóch zasadniczych kwestiach: na potwierdzeniu wyższości Konstytucji RP nad prawem unijnym lub orzeczeniu niezgodności traktatu z Konstytucją, bądź na uzyskaniu wskazówek dla parlamentu, dotyczących uzupełnienia krajowego prawodawstwa w zakresie kontaktów na linii Polska – Unia Europejska.

Jeżeli wniosek do Trybunału przyniesie jakiekolwiek skutki, to będą to z całą pewnością „wskazówki dla parlamentu, dotyczące uzupełnienia krajowego prawodawstwa w zakresie kontaktów na linii Polska – Unia Europejska”. Prawodawstwo polskie nie będzie trudno „uzupełnić” pod kątem „kontaktów” z Unią Europejską, jeśli już używamy żartobliwie słowa „kontakty” na oznaczenie totalnego podporządkowania Polski władzom Unii – politycznego, gospodarczego, kulturowego i moralnego.

Drugi wniosek w tej sprawie przygotowuje mecenas Piotr Łukasz Andrzejewski, senator PiS. Tezy tego wniosku zostały już przedstawione senatorom i na ich podstawie sformułowany będzie wniosek do TK.
- Zamierzam ten wniosek dać do podpisu senatorom na posiedzeniu zaplanowanym na 4 listopada, a najpóźniej następnego dnia go złożyć – zaznaczył.
Ten wniosek ma skupiać się wokół problemu przenikania się prawodawstwa unijnego i krajowego. Jak zaznaczył senator Andrzejwski, w jego działaniach chodzi głównie o wyznaczenie wyraźnej i nienaruszalnej granicy, której prawodawstwo unijne stanowione na bazie traktatu lizbońskiego nie będzie mogło przekroczyć bez wcześniejszej zgody parlamentu krajowego.

Życzymy posłom PiS owocnego kiwania palcem w bucie, a głupiemu narodowi satysfakcji, iż jeszcze istnieją posłowie „patrioci”. A granice, których prawodawstwo unijne „nie będzie mogło przekroczyć”, nie będą ustalane w Warszawie, ale zupełnie gdzie indziej. Polska będzie miała na nie taki sam wpływ, jak Al Gore na temperaturę kuli ziemskiej.

Marcin Austyn

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 19 »

Bohdan Poręba o polskiej kinematografii

Posted by Marucha w dniu 2009-10-27 (wtorek)

Za witryną http://www.wicipolskie.org/

Szanowni Panowie!
 
Z całej duszy popieram Wasz protest i z radością popieram Waszą inicjatywę wspierającą głos pełnomocnika wojewody pomorskiego d.s. rewitalizacji Westerplatte p.Mariusza Wojtowicza – Podhorskiego, zamieszczony 30-31 sierpnia w „Naszym Dzienniku ” w sprawie na szczęscie nie doszłego narazie filmu o antypolskiej wymowie „Tajemnica Westerplatte” autorstwa i w rezyserii Pawła Chochlewa. Pozwólcie jednak, że jako reżyser od ponad pół wieku uprawiający ten zawód, znajacego srodowisko, i autor „Hubala” pozwolę sobie na kilka chwil refleksji i własną propozycję rozszerzajacą Wasz protest.

To nie pierwszy obywatelski protest w sprawie filmów o wymowie antypolskiej, dotyczących walki obronnej Polaków przed uderzeniem zhitleryzowanych Niemiec. Na przestrzeni ostatniego czasu, czasu nasilającego się rewizjonizmu niemieckiego, hołubiącego coraz bardziej oficjalnie tzw „wypędzonych” oraz proniemieckiej, proukrainskiej i prożydowskiej propagandy, dążącej do podwazenia historycznej prawdy o Polsce jako kraju napadniętym z dwu stron przez totalitaryzmy niemiecki i sowiecki, najdłużej powstrzymujacym uderzenie w całą ludzkość przez ówczesny globalizm,oraz kwestionowania polskiego bohaterstwa, mającego odebrac Polakom ich prawo do katolicko-narodowego ethosu, ich siłe moralna i godność.

17-tego czerwca 2008 ukazał sie w ” Naszym Dzienniku” protest Córki generała AK Augusta Fieldorfa „Nila” zamorowanego przez żydokomunistyczne UB, pt. „To nie jest film o moim Ojcu”. Protest Pani Marii Fieldorf Czarskiej dotyczył powstajacego wtedy filmu reż.Ryszarda Bugajskiego mającego nosić tytuł „Generał Nil”.  Oto, co m.in. pisze Pani Fieldorf Czarska: …”Jeśli Panowie chcecie robić film autorski, to oczywiscie nie moja sprawa, pod warunkiem, że nie bedzie tam mojego Ojca, mojej Matki, mojej Siostry i mnie. To może być np. film „Generał Kowalski”. Nie życzę sobie jednak zmyślonych, wątpliwych scen z udziałem moich najbliższych Zmarłych – przez szacunek dla Nich. Wykorzystam też wszystkie dostepne mi środki prawne, by nie dopuścić do emisji takiego filmu a w razie potrzeby gotowa jestem wystąpić przeciw producentowi z powództwa cywilnego, w obronie dóbr osobistych…”

I dalej pisze córka Bohatera: „…film został pogrzebany z powodu braku profesjonalizmu ze strony scenarzysty i reżysera – ich niechęci do zagłębienia sie w dostępne, obfite materiały piśmienne i ikonograficzne, które powinny być punktem wyjścia, zanim napisali pierwsze słowo scenariusza! Mieli do dyspozycji żyjacą córkę Bohatera  i autorów monumentalnej, ponadtysiącstronicowej monografii. Mieli do dyspozycji nagrane na taśmę magnetofonową i opublikowane w Paryżu (dostępne w Internecie) wspomnienia mojej Matki z kompetentnymi przypisami autora opracowania. Nic z tego nie wykorzystali, a jak wynika z rozmowy w moim mieszkaniu, nie wiedzieli nawet o istnieniu wspomnień Żony Bohatera! Do mnie przyjechali już w trakcie realizacji filmu(!) na moje wyraźne żądanie. Reżyser oświadczył mi, że jego film „nie jest historyczny”(!) a w związku z tym – dał mi wyraźnie do zrozumienia – zgodność scen z faktami jest drugorzędna. Ja tego nie rozumiem. Z tego filmu młodzież będzie się uczyć historii, zapamięta nieprawdziwe sceny i ryzykowne dialogi, nie dowie się w końcu, dlaczego „Nil” został zamordowany, utrwali nieprawdę, która będzie potem nie do sprostowania!… Co uderza w postawach reżyserów obu wspieranych przez PISF filmów? Pogarda dla prawdy, nonszalancja wobec faktów historycznych, negatywny stosunek do prawdziwej,potwierdzonej życiem i krwia postawy narodu polskiego. Chęć przypodobania się proniemieckim( wg. nich „proeuropejskim ) tendencjom wspieranej przez media poprawności politycznej, wspierajacej trzy sępy które uznały Polske za padlinę a dążace do rewindykacji materialnych za wywołanie i wsparcie drugiej wojny światowej. „

Pani Fieldorf Czarska grozi procesem producentowi filmu „Generał Nil”. Ale producentem jest nie tylko konkretna osoba realizująca film. Współproducentem obu antypolskich filmów jest „polski” Instytut Sztuki Fimowej, a konkretnie jego przewodnicząca pani Agnieszka Odorowicz. Została ona mianowana głównym programistą filmu polskiego jeszcze przez ministra kultury i szefa polskiej kinematografii, przyjaciela Kwaśniewskiego, pierwszego play boya czasu „transformacji” a zarazem wiceprzewodniczącego fundacji „Shalom”, Waldemara Dąbrowskiego. Pisowski minister kultury Ujazdowski obejmując po Dąbrowskim fotel, powiedział w wywiadzie, że nie będzie dokonywał zmian personalnych w kinematografii. Utrwalił je równiez obecny minister Zdrojewski.

Słowa te pisze reżyser od 20 lat bezrobotny. Ani Dąbrowski, ani Ujazdowski, ani Zdrojewski nie spotkali sie ze mną ani razu. Pani Odorowicz po jednym spotkaniu, które miało miejsce 10 lutego 2006 roku, na którym przedstwiłem moje plany( m.in. scenariusz o Katyniu), idąć sladem swoich lewicowych i prawicowych szefów, już się więcej ze mną nie spotkała. Minister Zdrojewski, który otrzymał ode mnie datowany 24 lutego 2008 roku list, na który nie odpowiedział (co jest złamaniem ustawowej pragmatyki), a który dotyczył mojego żądania spotkania.

Może tu się kryje tajemnica nie powstawania rzetelnych historycznie filmów o polskiej historii? Nie zatrutych jadem nienawiści w stosunku do wartości historycznych narodu polskiego? Takich jak „Hubal” i „Westerplatte” Stanisława Różewicza? Bo to jedyne dwa nie zakłamane filmy o obronie w 39 roku!

Tylko,że ja wybrałem na moich konsultantów Komendanta AK Okregu Łodzkiego Michała Stępkowskiego oraz Marka Szymańskiego, dowódcę hubalowskiej piechoty i przejechałem z nimi wszystkie ścieżki i miejsca które przebył „Oddział wydzielony Wojska Polskiego”. I byłem w stałym kontakcie z 60 cioma innymi żyjacymi hubalczykami i przyjaźniłem sie z Nimi aż do śmierci wiekszości z nich. I za to spotkałem sie z totalnym bojkotem w czasie produkcji. Tych, którzy chcieli widzieć w Hubalu tylko jeszcze jednego głupiego ułana, skorego do anarchii, szabelki i szarż (może na czołgi jak w powielonym przez Wajdę w „Lotnej” a wymyślonym przez Goebbelsa ataku polskiej kawalerii, rąbiacej szabelkami stalowe pancerze!)

List ten przesyłam, bowiem właściwie mówi wszystko o nastrojach, terrorze ideowym i wybiórczości w popieraniu artystów jakie panuja w kinematografii i kulturze teatralnej. List ten będzie punktem wyjścia do mojej propozycji dla „Westerplatte 2008″.

Ale zanim do niego przejdę, ciśnie mi się jeszcze jedna uwaga: pan Wójtowicz Podhorski w „Naszym Dzienniku” pisze, że Paweł Chochlew przyznał sie że scenariusz oparł głównie na materiałach Stanisławy Górnikiewicz Kurowskiej, oficera Słuzby Bezpieczeństwa, szkolonej tuż po wojnie przez NKWD…” Inwigilowała ona środowisko westerplatczyków przez kilkadziesiąt lat, zarazem skutecznie je skłócając. Ma też nie mały udział w fałszowaniu historii Westerplatte oraz szkalowaniu dobrego imienia nie jednego z westerplatczyków… Teraz juz wiadomo, dlaczego w tym filmie obrońcy mieli walczyć nago i w pijanym amoku.

I od razu przeskok do filmu „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Film ten zdobył poparcie polskiej widowni, która urzeczona mozliwoscią obejrzenia ubeckich tortur, nie dostrzegła, że bohaterka z AK była tam ukazana jako pijaczka i dziewczę swobodne wobec wszystkich spotykanych na drodze życia mężczyzn. Włącznie z pozwoleniem sobie na romans ze śledczym i bezkarne rozbicie stołka na głowie ubeckiej strazniczki. To obraz tego UB, o którym mówi Rotmistrz Pilecki, że „Auschwitz był wobec niego igraszką”.

Kiedy zderzyłem sie na kolaudacji tego filmu z Bugajskim okazało się, że konsultantem była główna fałszerka historii epoki stalinowskiej, nie dawno zdemaskowana jako agent żydokomunistycznego UB prof. Maria Turlejska. Na moje zarzuty wobec szargania pamięci dziewcząt z AK odpowiedziała, że sama ma jedną znajomą, która to przeszła. Ta znajoma w okresie premiery filmu wystapiła w radio i wtedy okazało się, że prototyp akowskiej bohaterki był komunistką więzioną za trockizm (czyli bardziej radykalna odmianę komunizmu).

I teraz pytanie: czy dobór ubeckich konsultantów w filmach o ich ofiarach wynikał z nonszalancji wobec historii i niewiedzy reżyserów i scenarzystów, czy był świadomie podsuwany przez władze kinematografii,co zapewniało zeszmacony obraz historii Polaków?

Panowie! Sam protest jest biernym stwierdzeniem faktu. Jest dobrą sytuacją wynikajacą z odsłonięciem prawdziwych postaw i przerwaniu sie ucha w dzbnie plwocin przeciw narodowi. Proponuję dokładne przestudiowanie mojego listu do ministra,wybranie na pierwszy plan jednego ze scenariuszy, które wszystkie wniosę w wiano i przekształcenie Obywatelskiego Komitetu „Westerplatte 2008″ w studio filmowe o tej samej nazwie. Byłaby to społeczna inicjatywa zapewniająca próbę zapewniajaca polskiej widowni dostarczenia prawdziwych wartosci opartych na zasadach zwalczanej dziś europejskiej i narodowej cywilizacji prawdy dobra i piękna.

List ten wraz z listem do min Zdrojewskiego może być przez Panów upubliczniony. Po odpowiedzi od Panów opublikuję go na stronach sobie dostępnych i w dostepnej mi prasie.
 
Pozostaję z szacunkiem
Bohdan Poręba

Opublikowany w Kultura | Komentarzy: 9 »

Kolejny wyczyn antychrystka

Posted by Marucha w dniu 2009-10-26 (poniedziałek)

Urodzony, jak wiadomo, na Hawajach prezydent Stanów Zjednoczonych Obama, ogłosił tzw. „national emergency” z powodu pandemii świńskiej grypy. Nie mamy jasności, jak dokładnie przełożyć owo „national emergency”. Zagrożenie narodowe? A może po prostu stan wyjątkowy?

Ludzie, którzy jeszcze potrafią samodzielnie myśleć (najwyższy czas zrobić im lobotomię!) zastanawiają się, dlaczego stan wyjątkowy wprowadza się w chwili, gdy epidemia grypy już wyraźnie słabnie, co potwierdza CDC, czyli amerykańskie Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom Zakaźnym. Szczytem epidemii było zarażenie świńską grypą co piątego dziecka w połowie października.

Sam Biały Dom twierdzi, iż wprowadzenie stanu wyjątkowego ma na celu, ehem… „pozwolić szpitalom na sprawniejszą obsługę pacjentów poprzez pomijanie niektórych praw federalnych”.

Jak to należy odczytać? Otóż wprowadzenie stanu wyjątkowego i możliwość pomijania istniejących praw otwiera przed władzami federalnymi nowe, szerokie możliwości wymuszania posłuszeństwa różnym ukazom – nawet przez wzięcie opornych na muszkę. A więc:
- zmuszanie do szczepień
- możliwość aresztowania, osadzenia w kwarantannie albo – piękny zwrot – mimowolnego transportu osób, które nie chcą poddać się szczepieniom
- możliwość poddania kwarantannie całego miasta i odcięcia wszelkiej z nim komunikacji
- możliwość wkroczenia do prywatnego domu lub miejsca pracy bez żadnego nakazu prokuratora i zniszczenia wszystkiego, co może być „zagrożeniem dla zdrowia publicznego”
- praktyczne unieważnienie Karty Praw Obywatelskich (Bill of Rights).

Liczba osób zabitych przez „świńską grypę” jest o wiele mniejsza od liczby ofiar „zwykłej”, sezonowej grypy. Skąd więc ta nagła potrzeba stanu wyjątkowego, skąd ta atmosfera niesłychanych zagrożeń? Tylko idiota może uwierzyć, że chodzi o dobro pacjentów.

Jedynym sensownym wyjaśnieniem jest, iż chodzi o interesy wielkich firm farmaceutycznych, produkujących szczepionki. Obama gra zatem dla ich drużyny, nie wiemy tylko jeszcze, za jakie pieniądze. Może zresztą nie chodzi o pieniądze… ale o co, to już zostawiamy domyślności naszych czytelników, którzy w odróżnieniu od typowego zjadacza g…a medialnego, swój rozum mają.

Wg.  ThePrisonPlanet.com

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 10 »

Pomnik Grassa zamiast pomnika ofiar ludobójstwa III Rzeszy

Posted by Marucha w dniu 2009-10-26 (poniedziałek)

Bardzo dobrej publikacji red. Jana Engelgarda ,,Nazistowskie ,,zbrodnie” i rosyjskie ,,ludobójstwo” należą się konieczne uzupełnienia. Jeżeli w prawie międzynarodowym za definicję ludobójstwa przyjęto fizyczne unicestwianie narodu, grupy etnicznej, rasowej lub religijnej, to oczywiście Katyń nigdy do tej definicji nie pasował, gdyż ze strony Rosji nigdy nie było zamiarów unicestwienia żadnego narodu.

Owszem, Rosja wiele narodów podbiła i rusyfikowała, ale nigdy nie zamierzała żadnego narodu w całości wymordować. Dlatego nawet prezes Federacji Rodzin Katyńskich sprzeciwiał się nazwaniu Katynia ludobójstwem, gdyż słowo definiuje nie ilość ofiar, ale konkretny cel. Natomiast UPA zamierzała nie tyle usunąć, wynarodowić czy zniewolić ludność Polską, tylko po prostu wymordować absolutnie wszystkich Polaków, nawet z małżeństw mieszanych. I to jest właśnie klasyczne ludobójstwo, a nie żadne ,,czystki etniczne” czy ,,tragiczne wzajemne walki”, jak to usiłują nam wmówić sprzedajni politycy czy publicyści.

W przypadku Żydów o ludobójstwie można mówić dopiero od konferencji w Wannsee w roku 1942, gdy podjęto decyzję o całkowitym unicestwieniu narodu żydowskiego. Natomiast pierwsze autentyczne ludobójstwo zaczęło się już pierwszego dnia wojny na Pomorzu Gdańskim. Albert Forster jako namiestnik tak zwanych Prus Zachodnich obiecał Hitlerowi uczynić Pomorze ,,kryształowo niemieckie” i przygotowania do tego zaczęto już w roku 1935, m. in. tworząc tak zwaną ,,polskojęzyczną grupę gestapo”, która opracowywała listy proskrypcyjne do planowanej eksterminacji.

Machina masowego mordu ruszyła rankiem 1 września 1939 w Gdańsku, a od połowy września objęła całe Pomorze. W Lesie Szpęgawskim, Lasach Piaśnickich i wielu innych miejscach kaźni mordowano według gotowych list polską inteligencję, urzędników, członków Stronnictwa Narodowego, Polskiego Związku Zachodniego, Ligi Morskiej i Kolonialnej oraz księży. W Pelplinie wymordowano z wyjątkiem jednego wszystkich kanoników kurii biskupiej, oraz profesorów Seminarium Duchownego i Collegium Marianum. Wymordowano z wyjątkiem jednego wszystkich księży katolickich w powiecie starogardzkim. Mordowano ich nie jako żołnierzy czy partyzantów, tylko za to, że byli Polakami. Do wiosny 1940 wymordowano na Pomorzu blisko 50 tysięcy Polaków. Oddziały tak zwanego Selbstschutzu, grupujące niemiecką mniejszość narodową oraz SS metodycznie wywlekały z domów Polaków i zabijały w przygotowanych wcześniej dołach. Inni ginęli w obozie koncentracyjnym Stutthof. Wyjątek zrobiono dla mieszkańców Gdyni, których wysiedlono do Generalnej Guberni.

Ocaleli tylko ci, którzy przeżyli walcząc w oddziałach partyzanckich, lub jako Kaszubi czy Pomorzanie podpisali volkslistę, gdyż niemieckie instytuty rasowe uznały miejscową etnicznie ludność za możliwą do germanizacji. Formalne pozostanie przy polskości gwarantowało tylko śmierć z rąk niemieckich ludobójców. W sumie Niemcy wymordowali na Pomorzu co najmniej 60 tysięcy Polaków i to właśnie nie była żadna ,,zbrodnia wojenna” tylko klasyczne ludobójstwo. Zdumiewające, że poza Sopotem, cmentarzami w miejscu masowych mordów i tablicami pamiątkowymi w kościołach, nie ma pomników upamiętniających to ludobójstwo i oddające cześć i hołd pomordowanym. Sopocki pomnik z listą pomordowanych sopocian powstał zresztą jeszcze za PRL, a po roku 1989 tylko ukoronowano zdobiącego pomnik orła.

Przed czterema laty z inicjatywy działaczy Związku Przyjaciół Pomorza utworzono komitet budowy w Gdańsku pomnika upamiętniającego wymordowanie przez Niemców 60 tysięcy Polaków na Pomorzu. Na czele komitetu stanął pan Roman Knitter, którego ojca zamordowano w Szpęgawskim Lesie 13 września 1939. Początkowo władze miejskie odniosły się przychylnie do tej inicjatywy. Szybko podjęto decyzję o lokalizacji pomnika w niezłym miejscu i miasto sfinansowało konkurs na skromny w sumie pomnik, który kosztować miał zaledwie około 400 tysięcy złotych i być gotowy na dzień 1 września 2009. Nieoczekiwanie przed rokiem zarówno władze miasta jak i władze wojewódzkie odmówiły finansowania budowy pomnika.

16 września 2009 w gdańskim Nowym Ratuszu odbyło się spotkanie z udziałem członków komitetu oraz przedstawicieli władz miejskich i wojewódzkich. Tłumaczenia władz były żenujące: jakoby prawo nie pozwala instytucjom samorządowym na finansowanie budowy pomników, co obecny na sali przedstawiciel samorządu województwa kujawsko – pomorskiego po prostu wyśmiał. W odpowiedzi reprezentująca władze miejskie pani oświadczyła, że wpierw komitet powinien zorganizować zbiórkę funduszy na ten cel, aby ,,potwierdzić społeczne zapotrzebowanie na ten pomnik”, co zabrzmiało jak kpina. Tym bardziej, że niewiele wcześniej to właśnie władze miasta Gdańska postawiły pomnik Guenthera Grassa, byłego członka Waffen SS, i w eksponowanym miejscu Pomnik Kindertransportu, upamiętniający sto kilkadziesiąt żydowskich dzieci, którym przed wybuchem wojny pozwolono wyjechać do Wielkiej Brytanii. Ten ostatni pomnik kosztował miasto 860 tysięcy złotych.

Bez trudu można się domyśleć, że ta nagła zmiana frontu lokalnych decydentów nastąpiła pod dyktando warszawskiej centrali, a przyczyną był fakt, że w inskrypcji na pomniku miało być użyte słowo ,,ludobójstwo”. Ten ewidentny skandal w zestawieniu z wrześniowymi sejmowymi uchwałami dotyczącymi wyłącznie Związku Sowieckiego pokazuje aż nadto dobitnie, jak bezczelnie manipuluje się dzisiaj u nas historią i to w sposób sprzeczny z polską racją stanu, historyczną prawdą i – prawem międzynarodowym.

Ale cóż można sądzić o ludziach, którym niemiła jest ,,Rota” i usunęli ją z carillonu gdańskiego ratusza?!

Waldemar Rekść, Sopot (Nowa Myśl Polska)

Uzupełnienie admina: zmiana frontu lokalnych decydentów nastąpiła oczywiście pod dyktando warszawskiej centrali – z tym, że warszawska centrala podlega centrali w Berlinie. „Premier” Tusk jest tylko kundlem Angeli Merkel i wiernym wykonawcą jej rozkazów. To samo dotyczy zresztą również reszty owej bandy szumowin, jaka aktualnie rządzi w Polsce.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 2 »

Przemysł holokaustu w natarciu

Posted by Marucha w dniu 2009-10-22 (czwartek)

Prokuratura niemiecka wydała akt oskarżenia przeciwko bp Williamsonowi.

Niemiecka prokuratura w Ratyzbonie wydała akt oskarżenia przeciwko biskupowi Richardowi Williamsonowi z Bractwa św. Piusa X, uzasadniając “podżeganiem do nienawiści rasowej” jego zeszłoroczną wypowiedź poddającą w wątpliwość m.in. oficjalnie lansowaną wersję dotyczącą liczby ofiar żydowskich podczas II Wojny Światowej.

Sprawą zajęła się prokuratura w Ratyzbonie, gdyż przeprowadzony przez szwedzką telewizję wywiad miał miejsce właśnie w tym mieście. Prawo niemieckie jest jednym z najostrzejszych na świecie w odniesieniu do ścigania tzw. kłamstwa oświęcimskiego, czyli naruszania oficjalnych dogmatów dotyczących niektórych kwestii spraw żydowskich. Wielu niezależnych badaczy, historyków i publicystów narażonych jest pod karą więzienia, jedynie z powodu prezentowania, innej niż obowiązująca, interpretacji dotyczącej m.in. liczby ofiar żydowskich.

Jak stwierdził adwokat biskupa Williamsona, Matthias Lossmann w wywiadzie dla berlińskiego dziennika Tagesspiegel, w przypadku zagrożenia karą pieniężną, jego klient zdecydowany jest ją odrzucić, co może doprowadzić do rozprawy sądowej. Chociaż środowiska żydowskie obawiają się otwartej i niezależnej rozprawy sądowej ze swobodnym prezentowaniem dokumentów i argumentów, to praktyka sądów niemieckich nie gwarantuje tego tego stopnia wolności i niezależności w rozpatrywaniu spornych kwestii historycznych.

Biskup Richard Williamson w wywiadzie przeprowadzonym w listopadzie 2008 roku przez dziennikarza szwedzkiej telewizji, na prowokacyjne pytanie odpowiedział co osobiście myśli na temat oficjalnie głoszonej liczby ofiar żydowskich oraz sposobów uśmiercania ofiar obozowych. Biskup Williamson, opierając się na niektórych niezależnych źródłach wskazał, że nie istnieją żadne dowody świadczące o ludobójczym wykorzystaniu tzw. komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Pogląd ten potwierdzają liczne badania i prace naukowe, które jednak nie przedostają się do opinii publicznej z uwagi na blokadę nałożoną przez  środowiska żydowskie kontrolujące globalne media. W państwach zachodnich szczycących się przestrzeganiem tzw. wolności wypowiedzi, osoby głoszące tego typu informacje są surowo karane oraz poddawane medialnemu ostracyzmowi.

Wywiad z bp. Williamsonem pozostawał zupełnie nieznany i nie opublikowany do momentu gdy pojawiły się pierwsze informacje o możliwości cofnięcia przez Papieża ekskomuniki zaciągniętej przez biskupów Bractwa św. Piusa X. Jeszcze tej samej nocy, wywiad pojawił się na stronach internetowych, co niewątpliwie świadczy, że był materiałem zbieranym celem zdyskredytowania Bractwa i użycia jako narzędzia do wywarcia nacisku na Watykan w celu powstrzymania decyzji o cofnięciu ekskomuniki.

Bractwo św. Piusa X sprzeciwia się reformom posoborowym, które doprowadziły do sytuacji paraliżu współczesnego Kościoła. Reformy, określane jako rewolucja w Kościele, burzące porządek i zrywające z 2000-letnią Tradycją, sprzyjają upadkowi Kościoła i dominacji środowisk żydowskich. Przypadek określany jako tzw. “sprawa bp. Williamsona” pokazuje siłę filosemickich środowisk działających w Kościele, które próbują z kwestii czysto historycznych uczynić dogmat wiary katolickiej. Pokazuje też skalę możliwości manipulacji społeczeństw, zakazując jakiejkolwiek otwartej debaty a nawet wyrażania uzasadnionych wątpliwości, w niektórych kluczowych kwestiach historycznych.

Według historyków i badaczy nieoficjalnego nurtu, liczba “6 milionów ofiar żydowskich” nie ma żadnego pokrycia w faktach, jest natomiast symboliczną reprezentacją cierpienia Żydów. Po raz pierwszy liczba “6 milionów ofiar żydowskich” pojawiła się już w 1919 roku (np. na łamach żydowskiego dziennika The New York Times), gdy mowa była o liczbie ofiar żydowskich podczas I wojny światowej. Potem była systematycznie powtarzana w  latach 1930., 40. i późniejszych. Nienaruszalna liczba “6 milionów ofiar żydowskich” odrodziła się na dobre w czasie Trybunału Norymberskiego, kiedy to sędziemu Jacksonowi grupka Żydów zaprezentowała odręcznie zapisane “podliczenie ofiar”.  Wiemy jednak, że w tym czasie obowiązywały nierealne, wytworzone przez propagandę sowiecką i syjonistyczną liczby ofiar obozów koncentracyjnych. Na przykład, twierdziło się powszechnie, że w Majdanku zginęło półtora miliona ludzi (co miało stanowić efekt “dogłębnych badań komisji naukowców radzieckich”), w KL Auschwitz – nawet 10 milionów, w Treblince – 3 miliony, w Sobiborze – 350 tysięcy , itd, itp.

Dziś wiemy, że w Majdanku zginęło kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy więźniów (oficjalnie: 50-80 tysięcy), wiemy że w KL Auschwitz po obowiązywaniu przez kilkadziesiąt lat wyrytych na kamieniach “4 milionach ofiar”, liczba ta stopniała do “miliona”, a żydowscy badacze już obniżają ją nawet do 600 tysięcy, przy czym niezależni historycy od wielu lat twierdzą niezmiennie to samo: że w KL Auschwitz zginęło 120-150 tysięcy osób, w tym Żydów. Z “3 milionów” w Treblince, pisze się dzisiaj (J.C. Pressac) o “poniżej 250 tysięcy”, choć w rzeczywistości może się okazać, że mamy do czynienia z liczbą w granicach 80 tysięcy. W Sobiborze dane wskazują na 15 tysięcy ofiar. Itd, itp.

Oprócz kwestionowania tej liczby, historycy nieoficjalnego nurtu twierdzą również, że tak samo kontrowersyjne jest zagadnienie ludobójczego wykorzystania komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych, co do których brakuje merytorycznych, naukowych podstaw, które zastępowane są najczęściej niewiarygodnymi zeznaniami świadków oraz naciąganymi interpretacjami dokumentów. Wszyscy zgodni są natomiast, że komory gazowe wykorzystywane były do procesów dezynfekcyjnych – co stanowiło rytunę stosowaną również np. w koszarach niemieckich – chociaż strona oficjalna uważa, że dotyczyło to tylko części komór gazowych, natomiast niezależni badacze twierdzą, że dotyczyło to wszystkich istniejących komór gazowych.

Lech Maziakowski  (www.bibula.com)

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 50 »

Rycerze i pospólstwo

Posted by Marucha w dniu 2009-10-22 (czwartek)

Czytając ostatnie numery najlepszego polskojęzycznego pisma, jakim jest bez wątpienia „Patriotyczny Ruch Polski”, nie sposób nie zauważyć rozpaczy przebijającej się z wielu materiałów, traktujących o aktualnym stanie naszej Matki, Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Jest w nich skowyt bolącej duszy wojowników, zmuszonych samotnie przyglądać się gwałtowi zadawanemu naszej Matce.

Rozumiem ten ból, rozpacz i wstyd za naród hańbiony, za tyle lat poniewierania naszymi najbardziej świętymi znakami. Za bezkarne rabowanie majątku narodowego, którego przecież nikt nam nie dał w prezencie bowiem został on wypracowany w pocie czoła przez niezliczone pokolenia naszych pradziadów. Oni też w chwili potrzeby stawali zbrojnie na polach bitew by chronić swe kobiety, dzieci i ziemię, święte dziedzictwo Polan. No i teraz stało się tak że odwieczni nasi wrogowie złapali nas za gardło i brudnym butem przydusili do ziemi.

Odpowiedź na pytanie dlaczego tak się stało jest długa i nie zamierzam teraz jej tu wyłuszczać, wspomnę tylko, że król tzw. Kazimierz Wielki [1333-1370], pomimo podwojenia obszaru kraju na tytuł „Wielkiego” nie zasługuje, natomiast na przydomek „Żydowski” w zupełności.

Natomiast wracając do bolesnych artykułów, oskarżających naród polski o bezczynność w chwili wielkiej potrzeby, o obojętność Polaków w obliczu oczywistej zagłady kraju – mam bardzo mieszane uczucia. Cenię sobie ogromnie autorów wypowiedzi, ich bezprzykładny patriotyzm oraz intelektualne zdolności rozróżnienia Zła od Dobra – niemniej nie zgadzam się z tezą, że wszystkiemu jest winny naród. Innymi słowy nie sadzę, iż można mieć pretensje do liliputów za to, że mają dzieci niewyrośnięte. Tak już bowiem jest, że żaden naród w swej masie nigdy i nigdzie nie był patriotyczny. Patriotyzm jest pojęciem czysto abstrakcyjnym i nie wszyscy są w stanie pojąć jego dobroczynne działanie dla narodowości. Zaryzykował bym twierdzenie, że nie więcej niż 5% każdej społeczności jest patriotami. Oczywiście, w chwili oczywistego zagrożenia ta liczba znacznie wzrasta, ale w warunkach utajonego niebezpieczeństwa (a z takim właśnie mamy teraz do czynienia) znakomita większość populacji po prostu nie chce słyszeć o patriotyzmie. Ma to sens o tyle, że patrioci giną zawsze pierwsi. Z drugiej strony świat nie zmienia się na lepsze dlatego, że gdzieś tam żyją sobie Sylwek i Tereska Pudło ale tylko i wyłącznie dzięki ludziom ofiarnym.

Niech mi będzie wolno przedstawić swój punkt widzenia na tym przykładzie: myśląc o narodach świata a już szczególnie o Polskiej nacji, do głowy przychodzą mi porównania z naturą, przyrodą w całej jej krasie. I tak Polskę międzywojenną wyobrażam sobie jako młody las – jasny i widny, wypełniony po brzegi zapachem jagód, malin i grzybów, pełen strzelistych sosen i wielkich dębów, zdolny przetrwać nie wiem jaką zawieruchę. Drzewa w tym lesie to byli ludzie światli, inteligencja; pnąc się w górę do słońca wskazywali drogę innym. Dęby, wielkie i wspaniałe, górowały nad całym lasem. To ludzie wybitni, tacy jak Ignacy Paderewski, Wojciech Korfanty, Feliks Koneczny albo Roman Dmowski.

W ich cieniu wyrastały młode dębczaki, póki co zapalczywie wadzące się z wiatrem i nie pomne, że kiedyś ich mocarne konary drwić sobie będą ze złych wichrów.

Oczywiście, jak w każdym lesie była też i podściółka. Dużo trawy, różne mchy, większe i mniejsze krzaczki, bez których przecież las nie może istnieć ale roślinność ta nie wybija się na niezwykłość. Ot, jest tam, tak jak wszędzie ale jej największą zaletą jest to, że, ze względu na ilość, praktycznie nie sposób ją wytrzebić. I to jest właśnie naród w swojej masie.

Bardziej przykre w lesie były chwasty. Rosło to tam i tu, nikomu niepotrzebne i naprzykrzające się chwytliwymi gałązkami – to był tzw. margines; złodziejaszkowie, bumelanci, wydrwigrosze, żyjący nie wiadomo z czego. Niemniej las dawał sobie z nimi radę, zwykle nie pozwalając im na jakieś większe rozprzestrzenianie.

Znacznie groźniejsze natomiast były karłowate drapaki. Poskręcane dziwacznie, czarne, z zazdrością patrzące w górę na strzeliste jodły i buki, z zapiekłą nienawiścią marzyły tylko o jednym: żeby cały las zniżył się do parteru, do ich poziomu. To byli zdrajcy; w ich cieniu wszystko gniło, ziemia nic nie rodziła i jeżeli ktoś przechadzał się po lesie, to lepiej było koło tych drapaków nie przechodzić.

Ale najbardziej groźny w lesie był perz. Z pozoru miękki i bezbronny czepiał się wszystkiego co rosło, bowiem sam z siebie nie był w stanie rosnąć. A kiedy już oplótł jakąś roślinę setkami drobnych macek, dusił ją powoli ale systematycznie, do końca wypijając z niej życiodajny sok. Dlatego perz jest tak bardzo niebezpieczny. Może rosnąć w górę po drzewach i udawać, że to właśnie on jest tym przewodnikiem, wskazującym drogę do słońca. Ale prawda jest taka, że perz dba tylko o siebie i że w swojej ekspansji bezlitośnie dławi leśną wegetację, powoli zamieniając wesoły, jasny las w próchniejącą ciszę, pełną strupieszałych, karłowatych pni.

Natomiast tragedią bez porównania jest dla każdego lasu wyrąb drzew. Kiedy okrutni drwale przyjdą ze swymi narzędziami śmierci i zabiorą się do pracy, cały las zastyga w przerażeniu. Kiedy smukłe jodły i modrzewie, prężne buki i dębczaki zaczynają padać pod ciosami siekier – oznacza to, że przyszedł koniec lasu, że może być i tak, iż tam, gdzie był piękny bór, będzie tylko karczowisko. Na karczowisku zaś byle drapak będzie górował nad murawą, byle krzak będzie mógł udawać, że to właśnie on jest przewodnikiem. Zaraz też chwasty zaczną śmielej piąć się w górę, karłowate drapaki opanują wyrąb, głosząc wszem i wobec, że drzewa nie mają racji bytu i że bez nich wszystkim będzie lepiej. A perz już zadba o to, by przez murawę nie przebiły się młode pędy nowych drzew.

Dlatego tak wielką tragedią dla Polskiego lasu był wyrąb najpiękniejszych drzew w czasie i po ostatniej wojnie. Tragedią potęgującą się wraz z upływem czasu, bowiem dziś w ziemię nie padają nasiona dawno temu wyciętych drzew. A przecież dzisiaj powinniśmy mieć już trzecie pokolenie tamtego lasu; to już nie byłby młody zagajnik z dwudziestolecia międzywojennego to byłby już wspaniały bór, pełen potężnych drzew, osłaniający swymi konarami mchy i trawy; nasz wspólny dom, pełen gwaru ptactwa i huczący konarami gdzieś pod niebiosami. Zamiast tego Polska dziś to jedno wielkie karczowisko. Winni temu są nasi odwieczni wrogowie bowiem ze zdumiewającą zgodnością mordowali nasz drzewostan, starannie omijając chore na nienawiść, skarlałe kosodrzewiny i chwasty. Oprawcy dobrze wiedzieli co robili – nie ma bowiem lasu bez drzew.

I ciągle wraca, jak koszmarny sen, to pytanie: dlaczego Polska? Żaden inny kraj nie był traktowany tak okrutnie, z taką zapiekłą wściekłością, wykluczającą jakiekolwiek rozumowanie. Odpowiadając na to pytanie, trzeba jak w każdym zachowaniu kryminalnym, przede wszystkim zwrócić uwagę na motywy; zwykle ten, kto skorzystał najbardziej na zbrodni, staje się pierwszym podejrzanym. W tym wypadku nie ulega najmniejszej wątpliwości że największe korzyści z wyciętego lasu ma perz wraz z karłowatymi drapakami. Niezdolni do wielkości, mogą górować nad podściółką tylko na wyrębie.

Tak więc, bracia Polacy, nie należy oczekiwać zbawienia od tzw. szerokich mas bo są one do tego niezdolne. Pewnie, program ich uświadamiania ma sens bo powiększa liczbę wojowników a sam Pan Bóg wie, jak dużo ich nam trzeba. Z drugiej strony, kilka tygodni temu, ogłosiłem apel w sprawie pomocy dla Przemka Kudlińskiego, pomysłodawcy i twórcy Klubów Patriotycznych „Orle Gniazda”. Obecnie jest w niezwykle ciężkiej sytuacji finansowej i grozi mu eksmisja z mieszkania w Poznaniu. Jeśli tak się stanie zniknie jego patriotyczna strona internetowa i jeszcze jeden pretorianin Polski zostanie wdeptany w ziemię przez „siły potężne aczkolwiek totalnie amoralne”. Na apel odpowiedziało tylko kilka osób, reszcie nie chciało się nawet kiwnąć palcem w bucie. Być może także i tu tkwi odpowiedź na pytanie: dlaczego kraj nasz jest na krawędzi zagłady.

Reasumując, kiedy nasza husaria rozbijała w puch wielokrotnie liczniejsze zastępy polskich wrogów, reszta narodu spokojnie spała bowiem tak naprawdę większości było obojętne kto sprawuje nad nimi władzę byle panisko było ludzkie. Tak jest i dzisiaj tyle tylko, że nie ma już wspaniałych, uskrzydlonych rycerzy ale obojętność została. No i zawsze tak było – szlachta miała przywileje ale zdobywała je na polach bitew. Zaś pospólstwo Pan Bóg stworzył na wzór baranów – żeby było co strzyc. Natomiast co do pytania: co robić by ratować Ojczyznę to jest to pytanie do każdego z nas, polskiego patrioty.

Jest więcej niż oczywiste, że sprawa Polski w Polsce się nie rozstrzygnie, że potrzebna jest, podobnie jak pod koniec I Wojny Światowej, generalna zmiana w światowym układzie sił. I działania na rzecz takiej zmiany mają głęboki sens. Na przykład sojusz Polskich patriotów z ich odpowiednikami w Białorusi, Ukrainie, Czechach, Słowacji, Serbii i reszcie słowiańskich państw plus Węgry oto droga do wolności. Poza tym zawsze trzeba pamiętać, że wrogowie naszych wrogów są naszymi naturalnymi sprzymierzeńcami. I na koniec, jak sądzę, łamy PRP są jak najbardziej odpowiednie do szerokiej dyskusji na ten temat, bowiem co tysiąc głów to nie jedna. I w rzeczy samej, samo poszukiwanie odpowiedzi na dręczące nas pytanie jest już po części rozwiązaniem problemu a przynajmniej dobrym początkiem.

Zbyszek Koreywo, Australia

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 16 »

Zaszło słońce, nim stał się wieczór.

Posted by Marucha w dniu 2009-10-21 (środa)

Artykuł ten zamieszczam głównie z myślą o tych Polakach, dla których ważniejsze od własnych interesów, od honoru i od wiary w Boga jest „co sobie o nas pomyśli cały świat”.

„Zaszło słońce, nim stał się wieczór”.
Takie słowa pożegnalne napisał jeden z wielbicieli Jörga Haidera, i złożył je wraz z wieńcem sztucznych kwiatów pod ołtarzykiem, zbudowanym w miejscu śmierci byłego premiera austriackiej Karyntii. Niezliczona ilość „pielgrzymów”, kwiaty i wieńce, tłumy na cmentarzu i w miejscu wypadku, w którym tragicznie zginął Haider.

Jörg Heider

Jörg Heider

W pierwszą rocznicę jego śmierci w Karyntii i rodzimym Klagenfurcie pełnym blaskiem rozjaśniał kult Jörga Haidera, lokujący się gdzieś na pograniczu religijnego uniesienia, pogańskiego kultu herosów i zwykłego kiczu.

11 października 2008 w tragicznym i nie do końca wyjaśnionym wypadku samochodowym zginął kontrowersyjny i znienawidzony przez „Europę” austriacki polityk skrajnej prawicy (poza granicami Austrii znany był głównie z pochwał pod adresem austriackich weteranów SS i zapowiedzi wysiedlenia wszystkich cudzoziemców oraz pozytywnych opinii o Hitlerze). Wbrew prowadzonej jeszcze za życia nagonce całej jaśnie oświeconej Europy na austriackiego „nacjonalistę” i „faszystę” w Karyntii, kraju w którym Haider sprawował funkcję lokalnego premiera, a zwłaszcza w jego rodzimym mieście, Klagenfurcie, pamięć o nim wciąż jest bardzo żywa. Potwierdziła to upływająca właśnie pierwsza rocznica jego śmierci.

Uwaga gajowego: kaktus mi na dłoni wyrośnie, jeśli „niewyjaśniony wypadek samochodowy” Heidera nie plasuje się w tej samej kategorii, co równie niewyjaśniona śmierć posła Filipa Adwenta wraz z większością członków rodziny.

Klagenfurt we łzach – tak komentują sytuację wszystkie niemieckojęzyczne media. Na ulicach miasta powiewają czarne flagi, w różnych miejscach dostrzec można kwiaty i portrety zmarłego. Już na kilka dni przed datą śmierci Haidera do Klagenfurtu zjeżdżać zaczęły liczne „pielgrzymki” jego zwolenników z różnych stron Austrii, a także z zagranicy. Tłumy odwiedzały jego grób na małym cmentarzyku, jak i miejsce wypadku samochodowego, w którym zginął Haider. Na drodze krajowej zaczęły powstawać korki, w związku z czym lokalne władze wybudowały specjalny parking przy miejscu wypadku. Lokalni zwolennicy przywódcy partii BZÖ (Sojusz na rzecz Przyszłości Austrii) podkreślają, że postać Haidera jeszcze trwalej wpisała się w świadomość Karyntczyków przez to, że dzień przed datą jego śmierci, 10 października, świętowana jest rocznica referendum z 1920 roku, w którym zadecydowano o przynależności Karyntii do Austrii. Ot, takie dwa patriotyczne święta na raz.

11 października w klagenfurckiej katedrze odbyła się uroczysta msza święta w intencji zmarłego. Po jej zakończeniu około 1000 uczestników przeszło ulicami miasta dzielnicy Lamblich, gdzie przed rokiem zginął Haider. W miejscu jego śmierci, przy drodze krajowej, odsłonięto kapliczkę. Składano kwiaty i wieńce. Obok obrazków świętych (patrona kierowców, św. Krzysztofa, oraz św. Grzegorza, patrona Karyntii) – liczne portrety Haidera, przepasane kirem. Lokalni politycy mocują tabliczki pamiątkowe. Nieznany fundator przekazał władzom miejskim 10 tysięcy świec z wizerunkiem Haidera. Jeden z alpejskich mostów w Karyntii od niedawna nosi imię Haidera, a w Klagenfurcie planuje się przemianowanie jednego z miejskich parków. Mówi się też o odsłonięciu pomnika.

Ciekawym zjawiskiem staje się łączenie religijnego więc uwielbienia z podtekstem politycznym, jakim jest poparcie dla ideologii Haidera. Niczym w niektórych miejscowościach Rosji, gdzie poległych na wojnach mieszkańców czci się niczym świętych w cerkwiach, powstała „Liga Modlitewna Dr Jörga Haidera” (Dr Jörg Haider Gebetsliga), postulująca uznanie Haidera za błogosławionego i zbierająca podpisy na rzecz tego celu. W podziemiach klagenfurckiego muzeum górnictwa, pełniących podczas II wojny światowej funkcję hitlerowskiego schronu (sztolnie, o ironio losu, drążone były przez robotników przymusowych), otwarto wystawę poświęconą Haiderowi. Uzbierano sporą kolekcję dewocjonaliów – dziecięcy koń na biegunach i buciki, eleganckie garnitury byłego Landeshauptmanna, pieczołowicie odtworzono jego gabinet, a nawet przedstawiono na wielkich fotografiach miejsce wypadku.

Z kultu, jakim otaczany jest pośmiertnie Jörg Haider, wyciągnąć można co najmniej dwa wnioski. Po pierwsze – pamięć o przywódcy nacjonalistycznej, ksenofobicznej partii jest w jego rodzimej Karyntii (bo nie w całej Austrii) bardzo żywa. Dla mieszkańców tego kraju i Klagenfurtu, gdzie mieszkał Haider, nie był on wcieleniem zła, nowym Hitlerem czy Mussolinim, tylko dobrym, prawym ojcem kraju związkowego, o który dbał i w którym sprawiedliwie rządził. Zwykli ludzie naprawdę z żalem wspominają „swojego” Haidera, którego śmierć stała się niepowetowaną stratą dla Karyntii i Austrii.

Po drugie, pamięć taż można świetnie wykorzystać dla własnych celów politycznych. Potęgując ją do przesady i przekształcając przy okazji w szopkę, kicz i absurd (muzeum z dziecięcymi stroikami czy kapliczka przydrożna z obrazkami świętymi i zdjęciami Haidera). Dzięki tej pamięci istnieje jeszcze na austriackiej scenie politycznej partia Haidera, BZÖ, która w wyborach do Landtagu w Karyntii w marcu 2009 zdobyła 45% głosów – nie dzięki własnemu programowi, nie dzięki nowym, wyrazistym osobistościom, ale właśnie dzięki podtrzymywaniu przy życiu legendy Jörga Haidera. Cała kampania wyborcza tej partii prowadzona była pod znakiem „zbawiciela” i nowego „mesjasza”, jakim dla swoich wiernych był Haider.

Ciekawe wydaje się jednak jeszcze jedno zjawisko: popularność Haidera (przynajmniej w Karyntii) przetrwała mimo wściekłych ataków ze strony różnych przedstawicieli Unii Europejskiej (pamiętamy jeszcze żądania wykluczenia Austrii z UE i sankcje, kiedy partia Haidera weszła w skład koalicji rządowej), mediów krajowych i zagranicznych oraz różnych środowisk „antyfaszystowskich” (z naszym głośnym „Nigdy Więcej” włącznie). W Karyntii zdecydowanie przeważała ilość zwolenników polityka, niż wściekłych jego adwersarzy. Ataki, oszczerstwa i wylewanie na Haidera niezliczonych kubłów z pomykami (abstrahując od faktycznego podziwu Haidera dla formacji SS czy jego antysemityzmu, nazywanie go nowym Hitlerem było jednak już dużą przesadą) nie odniosły skutku – i tego powinniśmy my, Polacy, nauczyć się od Austriaków: że nie trzeba, nie powinno się wieszać na latarniach każdego człowieka, którego eurokraci i światowi obrońcy „demokracji” i „praw człowieka” uznają za wroga numer jeden.

U nas takiej umiejętności, takiej myślowej samodzielności, wciąż brakuje. Jak zagrają opiniotwórcze organa na Zachodzie, tak od razu trąbią niektóre kręgi w kraju, składając często donosy na własny kraj i zachowując się niczym zwyczajni zdrajcy. Ekipie rządzącej, przy znacznym wsparciu mediów, wciąż udawało się podtrzymywać psychozę strachu przed ludźmi, którzy od dawna odsunięci są od starów władzy państwowej. Przed ludźmi, których tak ochoczo zwalczały ramię w ramię z mediami i ośrodkami władzy z zagranicy.

Jörg Haider, przy wszystkich swych wadach i kontrowersyjnych poglądach, jest jednak nadal przykładem na to, że może pojawić się w eurolandzie ktoś, kto skutecznie zakwestionuje panujący porządek, i jednocześnie cieszy się znaczącym poparciem społecznym. Znaczącym zwłaszcza z tego względu, że zwalczany był przez ludzi z daleka, nawet z zagranicy, a popierany przez tych, którzy bezpośrednio znali i jego samego, i styl uprawianej przez niego polityki. Przykład Haidera dawał, i daje chyba nadal, cień nadziei na pojawienie się wcześniej czy później w Europie siły opozycyjnej wobec politycznego mainstream’u, nie będącej ani partyjką kanapową, ani ruchem jednego sezonu, którego żywot trwa od jednych wyborów do następnych.

Michał Soska
Nowa Myśl Polska, Nr 43 (25.10.2009)

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 16 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 117 other followers