Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archiwum z Listopad 2009

A poza tym żyjemy w XXI wieku…

Posted by Marucha w dniu 2009-11-30 (poniedziałek)

Jak donoszą z Nairobi (Kenia) wciąż wśród Afrykanów panuje przekonanie, iż części ciała albinosów posiadają magiczne właściwości.
Od roku 2007 zabito 44 albinosów w Tanzanii i 14 w Burundi, co spowodowało prawdziwą panikę we wschodniej Afryce. Tysiące osób pozbawionych pigmentu prowadzą życie w ukryciu, bojąc się o utratę życia, a w najlepszym razie kończyn: bezwzględni dealerzy mogą zarobić do 75 tys dolarów na jednej osobie. Dotyczy to co najmniej 10 tysięcy osób według doniesień Międzynarodowej Federacji Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca.

Mary Owido, lat 36, matka sześciorga dzieci, której ciało nie posiada charakterystycznego pigmentu nadającego kolor oczom, skórze i włosom mówi, iż jedynie w pracy i w domu, obok swego męża czuje się bezpieczna.
- Gdziekolwiek się pokażę, ludzie natychmiast zaczynają mówić o mnie i o tym, że moje ręce i nogi to w Tanzanii cała fortuna. To mnie przeraża. Boję się wychodzić sama z domu.

A poza tym żyjemy w XXI wieku.

Opublikowany w Kultura | Komentarzy: 17 »

Front czuwa

Posted by Marucha w dniu 2009-11-30 (poniedziałek)

Spotkano się kiedyś, aby ustalić zasady, którymi należy kierować się w rozstrzyganiu sporów i wątpliwości, jakie przynosi codzienne życie. Jedni życzyli sobie, aby to było aktualnie obowiązujące prawo, drudzy żądali, aby obowiązujące prawo było zawsze zgodne z głosem sumienia. Zwyciężył rozsądek, czyli Europa, która – chociaż atakowana przez silniejszych i sprytniejszych – przetrwała dzięki pojawieniu się Krzyża, chociaż w coraz gorszej kondycji, aż po nasze dni.

Dzień proklamacji Europaństwa ma podporządkować narody europejskie prawu doraźnie stanowionemu, bez możliwości odwołania się do głosu sumienia, a więc otworzyć drzwi powszechnej rewolucji antychrześcijańskiej, która wyszła z Europy i zaczęła ogarniać cały świat. Żądanie obywatelki Włoch usunięcia Krzyża z klasy szkolnej jej dziecka może mieć różne podteksty, ale sędziowie Trybunału w Strasburgu nie potrafili wskazać, w jaki sposób ma trwać w pokoju i rozwijać się Europa bez Krzyża.

Argumentacja Centralnych Sił Politycznych jest w każdym takim przypadku prosta i bałamutna – nie wolno w imię tzw. „praw człowieka” zmuszać nikogo poprzez uczestnictwo w życiu publicznym do kontaktu z symbolami wiary chrześcijańskiej. Oznacza to, że człowiek ma docelowo pozostawać sam na sam z sobą, a więc na prostej drodze do samounicestwienia.

Podczas Rewolucji Francuskiej – wzoru wszystkich rewolucji – nie tylko dokonywano ludobójstwa duchowieństwa, ale także niszczono, w sposób wskazujący na opętanie, materialne symbole wiary oraz nadano priorytet demokratycznie stanowionemu prawu. Rozsądek, będący cechą dojrzałego sumienia, jest więc nie od dziś ignorowany przez elity intelektualne Europy. Zaczynając od siebie, uchwaliliśmy sprzeczną samą w sobie Konstytucję 3 Maja, w której koronna zasada: „wszystko i wszędzie większością głosów decydowane być powinno”, w żaden sposób nie da się pogodzić z wiarą w Boga w Trójcy Świętej Jedynego, zadeklarowaną w preambule tej Konstytucji.

Upominanie się o „chrzest” Traktatu Lizbońskiego przez przydanie mu preambuły, nawiązującej do chrześcijańskich korzeni Europy, jest dalszym oszukiwaniem siebie i całego narodu. Przypomnijmy tu, że CSP, główny konstruktor Konstytucji 3 Maja, bez znaczącego sprzeciwu doprowadziły do usunięcia słowa „Bóg” z fundamentalnego zawołania Polaków: „Bóg, Honor i Ojczyzna”.
Innym wzajemnym samooszukiwaniem się Polaków jest kult Józefa Piłsudskiego, jako wybawiciela Ojczyzny. Drogę do usuwania Krzyża z życia publicznego najpierw przez socjalkomunistów, a następnie przez liberałów, otworzył Jego podpis pod dekretem o zmianie Godła Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 13 grudnia 1927 r. Z korony Orła został usunięty wówczas Krzyż, sama korona została rozerwana, a w skrzydła zostały wpięte pięcioramienne gwiazdki, te same, które zdobiły czapki bolszewików, atakujących Warszawę w 1920 r.

CSP rozzuchwalone tym sukcesem, będącym rewanżem za bohaterstwo ks. Ignacego Skorupki pod Radzyminem, a zarazem zaniepokojone ślubowaniem młodzieży akademickiej na Jasnej Górze w 1936 r., podjęły decyzję o wykreśleniu nie tylko Państwa, ale także Narodu Polskiego z mapy Europy. W dniu 1 września 2009 r. poznaliśmy gorycz prawdy o postawie Rządu RP wobec traktatu monachijskiego z 1938r.

Można się obawiać, że w trakcie walki w obronie Krzyża w życiu publicznym, dopiero głos spoza Polski wypomni nam naszą obojętność wobec profanacji naszego Godła. Czuwa bowiem zjednoczony front architektów Europaństwa, budowanego – jak to opisał w swojej Deklaracji z 9 maja 1950 r. Robert Schuman (jeden z jego Ojców) – pod kontrolą „Władzy Najwyższej”. Krzyż jest i pozostanie wyznacznikiem dziejów, bez Niego nie można zrozumieć nie tylko historii Europy, ale także historii świata. Czy nie zadziwia pasja, z jaką tępiona jest katolicka Polska, a jednocześnie źle ukrywana nienawiść do prawosławnej Rosji i źle ukrywana sympatia do komunistycznych Chin?

Andrzej J. Horodecki, Nowa Myśl Polska

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 35 »

Blef z globalnym ociepleniem

Posted by Marucha w dniu 2009-11-30 (poniedziałek)

Nie możemy pozwolić, by te badania ukazały się w najbliższym raporcie IPCC (Miedzynarodowego Panelu ds Zmian Klimatycznych). Kevin [Prof.Kevin Trenberth] i ja [Prof. Phil Jones] zrobimy wszystko, by je jakoś ukryć – nawet gdybyśmy mieli na nowo zdefiniować pojęcie „recenzji naukowej” – takie i inne rewelacje odkryto dzięki hackerom, którzy włamali się na serwery pocztowe UEA (Jednostka Badania Klimatu Uniwersytetu Wschodniej Anglii).

Tak brzmiała treść maila do znanego klimatologa z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii Michaela Mann’a, zwolennika teorii o ludzkim czynniku wywołującym ocieplanie się klimatu. Wykradziono około 4000 maili, wśród nich znalazły się te, dzięki którym zdemaskowano oszustwa o globalnym ociepleniu ziemii.

Maile odnaleźć można z łatwością i przeczytać w internecie. Wystarczy tylko wejść na stronę interentową www.eastangliaemails.com.

„Właśnie skończyłem tę sztuczkę z danymi Mike’a dla Nature, o prawdziwej temperaturze za ostatnie 20 lat i z danymi od 1961 roku,(…) żeby ukryć spadek (temperatury)” – napisał w mailu Phil Jones do adresata nazwanego „Mani’m”.

Maile, a przede wszystkim wiedza o procederze fałszowania danych wywołała ogromne poruszenie. Były minister finansów Wielkiej Brytanii Lord Lawson ma nadzieję, że uda się jak najszybciej wyjaśnić, co najmnej dziwne metody czołowych badaczy ocieplenia klimatu.

Sam zaś prof. Jones próbuje tłumaczyć, że „publikacja danych jest zorganizowaną próbą postawienia pod znakiem zapytania badań nad ocieplaniem się klimatu, tuż przed zbliżającą się konferencją klimatyczną w Kopenhadze”. I dodaje, że ocieplanie się klimatu jest widoczne nie tylko na podstawie danych o temperaturach, ale także dzięki obserwacjom zmniejszania się lodowców, czy podnoszenia poziomu oceanów. Co – jak podkreśla – dowodzą także inni naukowcy z całego świata.

Skandalu jednak ukryć się nie da. Przeciwni teoriom globalnego ocieplenia wzywają prof. Jones’a do rezygnacji. Ale czy będą potrafili, nawet przy tak dużej kompromitacji badaczy – „proociepleniowców” obalić setki, a może i tysiące raportów i badań, które być może powstały w podobny sposób? Zobaczymy.

Kaja Małecka-Kotlarz, Nowa Myśl Polska.

Gajowy nie potrafi powstrzymać się od komentarza. W całej tej klimatologicznej hucpie nie chodzi o to, czy klimat się ociepla, czy nie – lecz o to, czy człowiek jest odpowiedzialny za zmiany klimatyczne. Nachalne lansowanie kłamstwa, iż jest za nie odpowiedzialny, ma na celu (na krótszą metę) drenaż pieniędzy od naiwnych, a na dalszą – wprowadzenie rządu światowego, który jako jedyny będzie miał możliwość skutecznej „walki z ociepleniem”.

Gajowy nie musiał czekać aż do ujawnienia kompromitujących emaili wymienianych przez naukowców o mentalności płatnych dziwek – gajowy od wielu lat głosi, gdzie może, iż „walka z ociepleniem klimatycznym” (zakładając iż takowe ma miejsce) jest równie skuteczna, co walka z fazami księżyca albo plamami na Słońcu. Jeden porządny wybuch wulkanu Pinatubo w 1991 roku na Filipinach wypuścił w atmosferę więcej CO2, niż człowiek od początku swego istnienia. Poza tym nie wiadomo, czy tylko CO2 jest czynnikiem wpływającym na ocieplenie i czy przypadkiem zawartość CO2 nie rośnie dlatego, że klimat się ociepla, a nie odwrotnie – że klimat się ociepla, bo zawartość CO2 rośnie. Zresztą w historii Ziemi klimat ocieplał się i ochładzał wielokrotnie zanim jeszcze pojawił się człowiek.

Walka z ociepleniem – powiedzmy to głośno i wyraźnie – to walka  oszusta Al Gore’a oraz jego kliki o zapewnienie sobie stałego przypływu miliardów dolarów z handlu CO2 między państwami. To walka o totalne ogłupienie ludzkości, o podporządkowanie jej sobie i uczynienie z niej rzeszy niewolników, których „dla dobra planety” będzie można w razie potrzeby poddawać eksterminacji.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 2 »

Michał Buszewski o rozmowach Watykan – FSSPX

Posted by Marucha w dniu 2009-11-27 (piątek)

Pan Michał Buszewski jest publicystą katolickim, szefem działu religijnego kwartalnika „Pro Fide, Rege et Lege”.

Już sam fakt rozpoczęcia rozmów doktrynalnych pomiędzy Bractwem Kapłańskim św. Piusa X a Stolicą Apostolską powinien napełniać nas radością. Nie jest to bowiem forma dialogu międzyreligijnego, lecz wyraz obustronnej dojrzałości i refleksji nad problemami współczesnego Kościoła. Przedmiotem rozmów będą w szczególności kwestie dotyczące rozumienia Tradycji, posoborowego Mszału, interpretacji Soboru Watykańskiego II w świetle nieprzerwanej katolickiej Tradycji, tematyka dotycząca jedności Kościoła i katolickich zasad ekumenizmu, relacyj między chrześcijaństwem i religiami niechrześcijańskimi oraz zagadnienie wolności religijnej.

Jeszcze kilka lat temu, w Kościele rządzonym przez Jana Pawła II, wydawało się, że stan ówczesny nie może być kwestionowany. Przynajmniej z pozycyj prawicowych, bo postulaty rewolucyjne wdrażane były co i raz. Jest to istotna zmiana jakościowa postawy, której wiarygodność poświadczają rozmaite zmiany wprowadzane już z własnej inicjatywy przez Benedykta XVI. Mam tu na myśli w szczególności wyjaśnienie wyrażenia z konstytucji Lumen Gentium, wskazujące, że formuła Kościół Chrystusowy trwa w (subsistit in) Kościele katolickim należy interpretować jako tożsame z formułą przedsoborową „Kościół katolicki jest Kościołem Chrystusowym”. Innym, podobnym przykładem korekt dokumentów kościelnych jest zmiana treści encykliki Evangelium Vitae Jana Pawła II, z której zniknęła błędna doktrynalnie sugestia kierowana do matek – dzieciobójczyń, jakoby ich dzieci, ofiary aborcji, dostępowały zbawienia. Obecna wersja tej encykliki ograniczająca się do zawierzania ofiar Bożemu Miłosierdziu trafiła na watykańskie serwery między kwietniem a wrześniem 2006 r. Nie wiemy zresztą, komu tę zmianę zawdzięczamy.

Optymizmem napełniają też składy negocjacyjne. Ze strony Bractwa przewodniczącym jest X. Bp Alfons de Galarreta, najmniej kontrowersyjny z biskupów FSSPX. Z kolei przedstawicielami Watykanu są duchowni o poglądach jednoznacznie konserwatywnych. W tych warunkach problem porozumienia może leżeć po stronie innej niż zagadnienia doktrynalne. Niewątpliwym problemem będzie wypracowanie skutecznej formuły egzempcji, a więc niezależności kapłanów Tradycji od biskupów diecezjalnych. Nie ma jej ani Opus Dei ani Instytut Dobrego Pasterza. Funkcjonowanie Bractwa na świecie było dotąd oparte na odpowiedziach na prośby wiernych, a nie na zgodach ordynariuszów. Wielu tradycjonalistów wskazuje, że rozwiązaniem optymalnym dla nas byłaby formuła osobnego patriarchatu zachodniego, a więc stworzenia równoległej hierarchii wydzielonej z obrządku łacińskiego. Mam co do tego następujące wątpliwości:
1. Jest bardzo wątpliwe, aby Watykan wyraził zgodę na taką formułę bez okresu przejściowego. Nawet anglokatolicy uzyskają AD 2010 status prałatury personalnej wewnątrz obrządku łacińskiego.
2. Wydzielenie tradycjonalistów z obrządku łacińskiego oznaczałoby koniec koncepcji „reformy reformy” pozostałej części Kościoła posoborowego. Gdyby do patriarchatu tradycjonalistycznego przechodzili wszyscy bardziej konserwatywni duchowni, pozostała reszta musiałaby się degenerować. Tak jak to miało miejsce w czasach niedawno minionych. W kraju takim jak Polska, w którym dzięki motu proprio Summorum Pontificum odnotowujemy istotny wzrost zainteresowania tradycjonalizmem, ale wciąż pozostajemy bardzo nieliczni; byłoby to dodatkową barierą wzrostu. Rozwiązanie takie mogłoby oznaczać też koniec obecnej formuły „dwu form rytu rzymskiego”, która musi obowiązywać do czasu, aż większa część katolików zainteresuje się liturgią i będzie gotowa na świadomy wybór jej formy klasycznej. Doświadczeni posoborową zapaścią Kościoła wiemy, że trzeba budować powoli, ale na solidnych podstawach. Konieczne jest też wskazywanie przed wiernymi na ciągłość Kościoła, a nie na jego różne załamania. Nie można kontynuować szaleństwa meakulpizmu wojtyljańskiego, tym razem przepraszając za błędy posoborowe. To nie służyłoby niczemu dobremu.

Innym problemem porozumienia jest sytuacja wewnętrzna Bractwa. Patrząc po rozmaitych atakach, jakie z jego strony były kierowane na Benedykta XVI, istotna część FSSPX nie jest niestety zainteresowana jakimkolwiek porozumieniem, które przecież skutkowałoby podporządkowaniem się Bractwa i poddaniem nadzorowi ze strony Rzymu. Ta część FSSPX od lat niebezpiecznie balansuje na granicy prawowierności i rozwija wśród wiernych przekonanie, że jest jedyną ostoją Tradycji katolickiej na świecie. Jest to zjawisko niebezpieczne i budzące niepokój.

Z uwagi na wskazane wyżej problemy, oceniam szanse na zawarcie porozumienia w ciągu dwu najbliższych lat na 51 %. To sporo, chyba nigdy od wprowadzenia NOMu sytuacja tradycjonalistów katolickich nie była tak dobra jak obecnie. Wprawdzie Jego Świątobliwość tradycjonalistą nie jest, ale sytuuję go w 5% najbardziej konserwatywnych kardynałów Kościoła. Maximum, czego można było oczekiwać po bieżącym pontyfikacie, to uporządkowania i wstrzymania rewolucji oraz odwrócenia procesu. Nasze najważniejsze oczekiwania względem Ojca Świętego realizują się w pełni:
1. Pseudoekumenizm Jana Pawła II – konferencje, wspólne modły i sugerowanie zbawczej wartości fałszywych religij – został zastąpiony przez prawdziwy ekumenizm, czyli otwieranie Kościoła na grupy konserwatywnych chrześcijan. Najlepszym przykładem jest tu ostatnia decyzja względem anglokatolików.
2. Koniec prześladowań tradycjonalistów. Mroczne lata, w których odmawiano nam prawa do obecności w Kościele i praktykowania jej zgodnie z naszymi preferencjami, nieodwołalnie się skończyły. Po polityce nominacyj Benedykta XVI widać też wyraźnie, że sympatia dla Tradycji katolickiej może pomóc, a nie zaszkodzić kandydatom na biskupów.
3. Koniec tandety na Watykanie. Na śmietnik trafiły kiczowate stroje i świeckie melodyjki serwowane nam przez wojtyljańskich oprawców liturgicznych. Nasz Ojciec Święty wygląda pięknie i godnie. Jak nauczał prof. Pliniusz Correa de Oliveira kontrrewolucja w tendencjach jest konieczna i wpływa na realizację bardziej zaawansowanych form kontrrewolucji.

Prezentacja tej sytuacji jest daleka od hurraoptymizmu. Restauracja Benedykta XVI nie spłynęła jeszcze w dół hierarchii kościelnej. Nie widzimy jej zwłaszcza w Polsce, gdyż nasi biskupi wciąż są zapatrzeni w „jedynie słuszną” wizję Kościoła z minionej, kremówkowej epoki. W tej sprawie jakiekolwiek negocjacje czy porozumienie z Bractwem nie przyniesie natychmiastowej poprawy.

Jest natomiast jedna istotna kwestia, która zależy wyłącznie od decyzji Ojca Świętego, a zatem może mieć na nią pośredni wpływ Bractwo Św. Piusa X. Chodzi mi o zastopowanie beatyfikacji Jana Pawła II. Wyniesienie poprzedniego papieża na ołtarze oznaczałoby ponowną akceptację dla wszystkich ekscesów z jego pontyfikatu, takich jak całowanie Koranu i modlitwy międzyreligijne w Assyżu. Jeśli tylko w tej sprawie osiągniemy sukces, będzie on wielką zasługą dla obu stron uczestniczących w negocjacjach.

Na koniec chciałbym wskazać na jeszcze jedną szansę dla FSSPX wynikającą z porozumienia. Wprowadzenie Summorum Pontificum spowodowało, że Msza przedsoborowa stała się znacznie bardziej dostępna dla wiernych. Oznacza to kolejne, relatywne zmniejszenie znaczenia Bractwa dla tradycjonalistów. Stan ten będzie się pogłębiał w miarę upływu lat. Jeśli FSSPX chce pozostać liderem i przywódcą tradycjonalistów, musi posiadać oparcie instytucjonalne w Kościele. Musi także dążyć do tego, aby jego członkowie wpływali na Kościół w sposób bardziej istotny niż poprzez obsługę lokalnych kaplic. Z pewnością wiele dobrego mogą i powinni robić w kuriach i seminariach diecezjalnych, uczestnicząc w procesach podejmowania decyzyj oraz formowania kleryków. Bractwo św. Piusa X nie miało dobrej strategii na czas panowania papieża bardziej przychylnego tradycjonalistom, być może bieżące negocjacje są najodpowiedniejszą chwilą, by dokonać istotnej korekty własnych działań. Niech czcigodni Patron święty Pius X oraz Założyciel Arcybiskup Marceli Lefebvre wyproszą w niebie stosowne łaski potrzebne kierownictwu FSSPX oraz negocjatorom.

Michał Buszewski
Za: konserwatyzm.pl

Opublikowany w Kościół | Komentarzy: 216 »

Leśne obserwatorium c.d. 27.11.2009

Posted by Marucha w dniu 2009-11-27 (piątek)

Znane już na całym świecie (wśród ludzi obdarzonych mózgiem) emaile upublicznione przez hackerów, które jasno wykazują, iż cała histeria klimatyczna jest jednym, wielkim oszustwem, zawierają również odniesienia do mającego powstać Rządu Światowego. Nie jest przypadkiem, iż sprawę ujawniono tuż przed kopenhaską „Konferencją Klimatyczną”. Grupa odważnych ludzi postanowiła zadać cios Rotschildom i podobnym im megakryminalistom, ujawaniając, co chcą z nami zrobić. „Walka ze zmianami klimatu” jest po prostu metodą na wprowadzenie koszmarnego globalnego państwa, mającego wszystkich swych obywateli pod kontrolą największych bandytów, jakich Ziemia kiedykolwiek nosiła: żydowskich (a właściwie chazarskich) rodzin bankierskich. Nadszedł czas, aby zadać cios również grupie cynicznych oszustów spod znaku Al Gore’a.

W Australii pięciu znanych parlamentarzystów i jeden senator zrezygnowali z pełnionych funkcji w proteście przeciwko podatkom od dwutlenku węgla. To się nazywa konsekwencja i odwaga cywilna. Towar coraz rzadszy w świecie zatrutym wyziewami Talmudu.

W Nowej Zelandii wyszło na jaw, iż jedna z agencji rządowych fałszowała dane, aby w ten sposób stworzyć wrażenie, iż klimat się ociepla. W rzeczywistości jest on tam stały od co najmniej stu lat. No, ale oszustwa dokonywano w dobrym celu: wzięcia głupich gojów za mordę.

W międzyczasie twórca Internetu i odkrywca globalnego ocieplenia, Al Gore, dokonał nowego naukowego odkrycia. Do tej pory uważano, iż temperatura wnętrza Ziemi wynosi około 5000 stopni Celsjusza. Al Gore stwierdził, iż wynosi ona miliony stopni. Druga nagroda Nobla, tym razem z fizyki – murowana. A kto by podawał w wątpliwość owe cyfry, ten jest oczywiście faszystą i antysemitą.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 35 »

Świńskie oszustwo powoli wychodzi na jaw

Posted by Marucha w dniu 2009-11-27 (piątek)

To, o czym od dłuższego czasu pisze wiele niezależnych witryn internetowych, w tym także Wasz gajowy, zaczyna powoli przedostawać się do głównych mediów. Chodzi o gigantyczną aferę „świńskiego oszustwa”.

Naukowcy i koncerny farmaceutyczne czerpią wielomilionowe korzyści z globalnego oszustwa, jakim jest świńska grypa – twierdzi duński dziennik „Information”. Dziennikarze tej gazety przez wiele tygodni badali powiązania ekspertów ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z największymi firmami medycznymi. Ich wnioski są porażające.

W trakcie dziennikarskiego śledztwa „Information” wyszło na jaw, że wielu naukowców zasiadających w komitetach Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), a podających się za niezależnych ekspertów, w rzeczywistości figuruje na listach płac czołowych gigantów farmaceutycznych, produkujących leki i szczepionki przeciwko nowej grypie. „Wiemy, że naukowcy, którzy podają się za ekspertów niezależnych, w rzeczywistości są konsultantami pracującymi dla tych samych firm farmaceutycznych, które produkują szczepionki” – czytamy w artykule „Silny lobbing za rezolucją WHO w sprawie masowych szczepień”.

W ślad za Duńczykami podobne śledztwo przeprowadzili dziennikarze z rosyjskiego dziennika „Nowyje Izwiestia”. Również oni dotarli do dokumentów, z których wynika, że wielu współpracujących z WHO specjalistów ukrywa swoje kontakty z firmami farmaceutycznymi.

Dane przytaczane przez „Information” potwierdza profesor epidemiologii z Cochrane Center w Rzymie, Tom Jefferson, który dowodzi, że po prowadzeniu przez wspomnianych ekspertów kampanii propagandowej w ostatnich miesiącach koncerny farmaceutyczne czerpią niewyobrażalne wręcz zyski ze sprzedaży swoich specyfików przeciwko tzw. świńskiej grypie. Z szacunków banku inwestycyjnego JP Morgan wynika, że tylko w Danii koncerny farmaceutyczne otrzymają do końca roku zamówienia na szczepionki przeciwko grypie A/H1N1 na kwotę 55 mld koron. Większość tych zamówień – jak pisze dziennik – jest wynikiem decyzji WHO, która  11 czerwca br. ogłosiła pandemię świńskiej grypy.

Jednym z ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia, którzy mieli naciskać na jej przedstawicieli, by jak najszybciej ogłosili pandemię, jest – według duńskich dziennikarzy – wirusolog dr Albert Osterhaus z Erasmus Medical Center w Rotterdamie, powiązany z wieloma koncernami farmaceutycznymi. „Information” podaje, że miał w to być też zaangażowany dr Frederick Hayden, który oprócz doradzania WHO w sprawie szczepionek działa na rzecz takich koncernów farmaceutycznych, jak Roche, RW Johnson, SmithKline Beecham i Glaxo Wellcome, a także dr Arnold Monto, współpracujący z MedImmune, Glaxo Wellcome i Viro Pharma.

W przypadku Osterhausa holenderski rząd wszczął już dochodzenie mające na celu wyjaśnienie jego podwójnej działalności polegającej na jednoczesnym czerpaniu zysków z WHO i kilku firm farmaceutycznych, które produkują szczepionkę przeciw wirusowi A/H1N1.

Duńscy dziennikarze ustalili ponadto, że w spotkaniach ekspertów WHO biorą również udział tzw. obserwatorzy reprezentujący kilku większych producentów szczepionek, m.in. z GlaxoSmithKline, Novartis i Baxter.

Profesor Jefferson w rozmowie z „Information” zauważa, że w zaleceniach WHO dotyczących walki z pandemią forsowane są głównie postulaty wspomnianych obserwatorów (czyli masowe szczepienia i leki przeciwgrypowe), bez względu na ich faktyczną skuteczność. Podczas jednego z takich posiedzeń (z 7 lipca) mieli oni nawet postulować wprowadzenie nakazu przyjęcia dwóch dawek szczepionki przeciw nowej grypie, podczas gdy lekarze podkreślają, że jedna dawka jest wystarczającym zabezpieczeniem.

Marta Ziarnik, „Nasz Dziennik”.

Powoli wyjdą na jaw i inne megaoszustwa, które napędzają miliardy do kieszeni oszustów, z oszustwem klimatycznym na czele. A pewnie i wyda się, kto tak naprawdę zorganizował wysadzenie w powietrze wież World Trade Center i kto na nim skorzystał.
 

 

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 8 »

Europarlamentarzysta Nigel Farrage zganiony

Posted by Marucha w dniu 2009-11-26 (czwartek)

Zapewne niewiele osób wie, iż w 1999 roku ustanowiono prawo, które stwierdza, iż wszelka krytyka Unii Europejskiej  jest nielegalna. Opiera się ono na decyzji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (European Court of Justice), sprawa nr 274/99. Celem Unii jest delegalizacja wszelkich partii politycznych, które zachowują sceptycyzm wobec jej poczynań, zwłaszcza zaś likwidacji państw narodowych.

Europarlamentarzysta, Brytyjczyk Nigel Farrage, znany jest z błyskotliwej i miażdżacej krytyki zarówno samej Unii, jak i konkretnych jej funkcjonariuszy. Bezlitośnie ujawnia ich dyktatorskie, by nie rzec faszystowskie zapędy, mające na celu stworzenie superpaństwa i pozbawienie państw członkowskich atrybutów suwerenności. Ujawnia machlojki i przekręty. Przypomina, iż osoby mające w Unii prawdziwą władzę nie są przez nikogo wybierane i przed nikim nie odpowiadają.

A zatem Farrage łamie „prawo” z 1999  roku. Dlatego też na początku tego tygodnia spotkała go reprymenda – i to ze strony nie kogo innego, niż przewodniczącego PE, Jerzego Buzka, któremu nie spodobał się zarówno „ton” wypowiedzi Farrage’a, jak i fakt, że ośmielił się skrytykować „ważne osobistości”.

Co powiedział Farrage? Nic, czego normalnie umysłowo rozwinięci ludzie nie mogą sami zobaczyć. Co było niezwykłe, to fakt, że słowa krytyki padły w do miejscu do krytyki nienawykłym i ją tłumiącym. Farrage stwierdził na przykład, że potrzeba było osiem i pół roku brutalnych nacisków, kampanii kłamstw i wielokrotnego ignorowania wyników demokratycznie przeprowadzanych referendów, aby wcisnąć ludziom Traktat Lizboński. O „prezydencie” Unii powiedział, iż jest tylko marionetką dla Barroso, ale że przynajmniej jest politykiem, którego ktoś kiedyś do czegoś wybrał – czego nie można powiedzieć o „ministerce spraw zagranicznych” baronessie Ashton. „W pewien sposób jest ona [Ashton - przyp. adm.] idealna do swej roli. Nigdy nie wykonywała żadnej pracy i nikt jej nigdy do niczego nie wybierał.”

Podczas wystąpienia Farrage’a Barroso cały czas niespokojnie się wiercił i czynił przedziwne grymasy. Inni „parlamentarzyści” usiłowali go zagłuszyć krzykami, tupaniem i oklaskami. Nikt nie zdobył się bodaj na jakiś słaby wysiłek skontrowania go przy pomocy argumentów.

Szumowiny pochodzące w ogromnej większości z narodu starszego i mądrzejszego wykazują (co zrozumiałe…) wielką drażliwość na punkcie krytyki ich faszystowskich, dyktatorskich metod. W Niemieckiej Rzeszy krytyków zabijano. W Unii – zabija się ich prawo do wolności słowa.

Warto przypomnieć, że Parlament Europejski nieustannie próbuje ograniczyć wolność Internetu, ze szczególnym uwzględnieniem blogów.

Wg. http://www.propagandamatrix.com

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 25 »

Sto lat „Roty”

Posted by Marucha w dniu 2009-11-26 (czwartek)

W połowie listopada 1908 roku w krakowskim miesięczniku „Przodownica” ukazał się po raz pierw­szy drukiem tekst „Roty” Marii Konopnickiej. Był to – jak pisała później Autorka – „wiersz napisany dla Wielkopolski” i zarazem „rota przysięgi na wierność Ojczyźnie”.
 
Jej narodziny wiązały się ściśle z rosnącym oporem Polaków przeciwko polityce wywłaszczenia i wynarodowienia ludności polskiej w zaborze pruskim. W styczniu 1910 r., dzięki muzyce Feliksa Nowowiej­skiego, wiersz przekształcił się w pieśń, a po jej pra­wykonaniu na odsłonięciu pomnika grunwaldzkiego w Krakowie (15 lipca 1910) „Rota” stała się siódmym (!) hymnem narodowym Polaków. Mimo olbrzymiej popularności we wszystkich dzielnicach rozbiorowych i w Polsce niepodległej, nie została nigdy oficjalnym hymnem państwowym. Władze sanacyjne uznały w roku 1927 za takowy „Pieśń Legionów Polskich we Włoszech”.

PRZECIW ODWIECZNEMU WROGOWI 

Agaton Giller, jeden z przyszłych przywódców Po­wstania Styczniowego, odbywał w latach pięćdziesią­tych XIX wieku karę zesłania na Syberii. I napotkał tam – gdzieś hen, w zabajkalskiej krainie – wielo­letniego legendarnego zesłańca, Piotra Wysockiego. Według relacji Gillera, dawny bohater Nocy Listopa­dowej niezwykle dużo teraz czytał i dużo rozmyślał na tematy historyczne. Poglądy niegdysiejszego an­tyrosyjskiego radykała były już raczej jednoznaczne: „Niemców uważa za niebezpieczniejszych dla nas niż Moskali – pisał Giller – nie nazywa ich Niemcami, lecz Dajczerami i ze smutkiem przypomina, ile to już milionów Polaków nad Elbą i Odrą mieszkających wynarodowili.” 

Po upadku Powstania Styczniowego (którego zamysł Wysocki potępił i przystąpienia do niego odmówił), antypolskie represje dotknęły nie tylko mieszkańców zaboru rosyjskiego. Już wkrótce zagrożona została też polskość ziem znajdujących się pod pruskim zabo­rem. Pretekstem do rozpoczęcia bismarckowskiej po­lityki „kulturkampfu”, czyli przekształcania ludności polskiej w „Prusaków mówiących po polsku” stało się zjawisko „cofania się niemczyzny” (Der Rueckang des Deutschtums), spowodowane „ostfluchtem” – prze­mieszczaniem się niemieckiej ludności zaboru na za­chodnie, uprzemysławiające się gwałtownie obszary Niemiec – a także napływem do wschodnich prowin­cji pruskich tanich polskich robotników z Królestwa i Galicji. Zauważono, że w latach 1871-1885 przyrost ludności polskiej w prowincji poznańskiej był kilka­krotnie większy niż przyrost ludności niemieckiej: przybyło 22,3 tys. Niemców i aż 109,6 tys. Polaków. 

Niemiecki filozof, Eduard Hartman, sformułował wobec tego w 1885 r. prosty wniosek: „musimy wy­korzenić („ausrotten”) słowiańszczyznę w naszych granicach”, zaś cesarz Wilhelm I zapowiedział na początku 1886 r. podjęcie nadzwyczajnych kroków mających „zabezpieczyć interesy zagrożonej ludno­ści niemieckiej na kresach wschodnich”. W pierw­szej kolejności wydalono z tych obszarów większość Polaków nie posiadających obywatelstwa pruskiego, a więc głównie owych „najtańszych i najmniej wyma­gających” polskich najemników. W kwietniu 1886 r. cesarz zatwierdził bismarckowską „Ustawę dotyczącą popierania niemieckiego osadnictwa w prowincjach Prus Zachodnich i Poznania”. Jej germanizacyjne cele miała realizować specjalna Komisja Koloniza­cyjna dla Prus Zachodnich i Poznańskiego, na której czele stanął Robert Zedlitz Und Tritzschler, prezes prowincji poznańskiej. 

Komisja Kolonizacyjna otrzymała olbrzymie sumy pieniędzy na swą działalność i zakupiła od Polaków w latach 1886-1889 około 42,2 tys. hektarów ziemi, z czego większość nabyto w drodze dobrowolnych umów. Władze niemieckie powiększały systema­tycznie fundusz komisji, a także utworzony w 1897 roku „fundusz dyspozycyjny naczelnych prezesów (prowincji) celem popierania i wzmocnienia żywio­łu niemieckiego w prowincji poznańskiej i Prusach Zachodnich, tudzież w regencji opolskiej”. Fundusz dyspozycyjny miał umocnić niemczyznę w miastach zaboru, ponieważ np. w Poznańskiem liczba polskiej ludności miast wzrosła w l. 1861-1895 z 32,8 proc. do 44,5 proc. ogółu ich mieszkańców. Zaczęto więc otaczać wiele wytypowanych miast łańcuchami no­wych wsi niemieckich, które tworzono na gruntach wykupionych z rąk Polaków i zaludniano własnymi osadnikami.  

Hasło połączenia wysiłków germanizacyjnych w miastach i na prowincji wysunęli jako pierwsi członkowie tzw. Hakaty, czyli powstałego w 1894 r. Niemieckiego Towarzystwa Marchii Wschodniej (Deutscher Ostmarkenverein), skupiającego wkrót­ce kilkadziesiąt tysięcy aktywistów z całych Niemiec. Prym w Ostmarkenverein wiedli nie tylko junkrzy pruscy, lecz również urzędnicy państwowi, profeso­rowie, nauczyciele i przedsiębiorcy – przedstawiciele elit, które pchnęły naród niemiecki w tragedię I wojny. Hakatyści podsycali antypolskie nastroje i domagali się od rządu radykalnych posunięć. Za ich namową dokonano w 1904 r. nowelizacji ustawy osadniczej i odtąd chłopi nabywający parcele nie mogli stawiać na własnej ziemi budynków bez uzyskania zgody władz administracyjnych (casus Drzymały). 

Niemieckie pomysły na wykorzenienie polskości zaczęły jednak przynosić odwrotne skutki: w latach 1886-1894 wzrosła znacznie liczba polskich gospo­darstw w prowincjach, które poddawano akcji kolo­nizacyjnej, zaś w latach 1896-1904 polska własność ziemi zwiększyła się w zaborze pruskim o 59,1 tys. hektarów. Mimo zaostrzonej polityki narodowo­ściowej odsetek ludności niemieckiej w Poznań­skiem zmalał z 39,8 proc. (1890) do 38,5 proc. w roku 1905. W odpowiedzi na zakaz używania języka polskiego na lekcjach religii (1900) doszło w latach 1901-1903 do wielu protestów dzieci i rodziców, a w latach 1906-1907 strajki szkolne objęły niemal cały zabór i dziesiątki tysięcy uczniów. 

Widząc co się dzieje, Niemcy uciekli się do naj­drastyczniejszych metod. W listopadzie 1907 roku kanclerz von Buelow przedstawił projekt ustawy pt. „O środkach wiodących do wzmocnienia żywio­łu niemieckiego w prowincji poznańskiej i Prusach Zachodnich”. Przewidywał on przymusowy wykup polskich majątków ziemskich, wytypowanych uzna­niowo przez władze Komisji Kolonizacyjnej. Po burzliwej debacie, zaaprobowały ten „fakt wprost niesłychany, urągający cywilizacji, prawu i sprawie­dliwości” (H. Sienkiewicz) obie izby niemieckiego parlamentu (16 stycznia – 3 marca 1908 r.). W listo­padzie 1907 roku wniesiono także pod obrady par­lamentu Rzeszy projekt ustawy o stowarzyszeniach, który wprowadzał przymus używania języka nie­mieckiego podczas publicznych zgromadzeń. Usta­wa ta została przyjęta w kwietniu 1908 roku. Igna­cy Daszyński powiedział o tych aktach, że „Ustawa pierwsza (wywłaszczeniowa) ma zrobić naród nasz bezbronnym, (a) druga chce uczynić go niemym”. Cały świadomy naród protestował przeciwko „ru­gom pruskim”. 

W tych dramatycznych okolicznościach narodziła się „Rota”. Maria Konopnicka napisała ją na prze­łomie 1907/1908 roku we wsi Istebna (lub we wsi Bystra) na Śląsku austriackim. Tekst „Roty” opubli­kowano po raz pierwszy w połowie listopada 1908 r. w krakowskim miesięczniku „Przodownica”, wyda­wanym przez Marię Siedlecką dla kobiet wiejskich. Załączona dedykacja: „Ludowi śląskiemu – Maria Konopnicka” i dopisek redakcji: „Wiersz ten napisa­ła i przeznaczyła znana poetka umyślnie dla Gwiazd­ki Cieszyńskiej, chcąc podnieść ducha narodowego w Polakach przechodzących obecnie ciężkie chwile.” – były nawiązaniem do krwawych starć polsko-nie­mieckich, do których doszło latem 1908 r. w Cieszy­nie. W pierwotnym jednak zamyśle „Rota” była ad­resowana do mieszkańców Wielkopolski i stanowiła poetycką odpowiedź na wieloletnie, zaprogramowa­ne niszczenie polskości. 

Inteligencja polska szybko doceniła ładunek pol­skości zawarty w „Rocie”. Przedrukowały ją gazety wydawane w kraju i na obczyźnie, a masową popu­larność osiągnęła jako pieśń wszechpolska jeszcze przed wybuchem I wojny światowej. Niosąc pod strzechy przykazania obrony ziemi, mowy i Ducha – wskazywała najprościej i najlepiej główne cele dla narodu polskiego w okrutnym XX wieku. 

KOMU ZAWADZAŁA „ROTA”? 

O polskości inteligencji w 1918 r. przesądzało coś wię­cej, aniżeli ponoszone w czasie wojen ofiary: była to miłość, przywiązanie do ziemi ojczystej! To właśnie ów silny, częstokroć jeszcze bezpośredni związek du­żej części naszych ówczesnych elit ze wsią, z tradycją życia i pracy na ziemi przesądzał w praktyce o tym, że była to istotnie autentyczna warstwa przywódcza. Jej patriotyczni przedstawiciele posiadali nie tylko solidne wykształcenie, lecz mieli także swoje natural­ne zaplecze i bronili świadomie czegoś konkretnego – bronili Narodu zakorzenionego mocno we własnej ziemi i uparcie strzegącego każdego skrawka teryto­rium odziedziczonego po przodkach.  

W kraju, w którym zdecydowana większość współ­rodaków żyła z ziemi i dla ziemi, zadanie stojące przed każdym wykształconym Polakiem było jasne i oczywiste: „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”! Wła­śnie dlatego potrzebne były polskie uniwersytety, potrzebna była myśl państwowa, inteligencja i… Nie­podległa Polska. Same elity, ich „jedność ideowa” czy wręcz partyjna, ich „syntezy” koncepcji państwowo­twórczych – nie były żadnym rzeczywistym celem dla polskiego Narodu. Celem tym była własna ziemia: ta, którą orano, i ta, na której stały domy, fabryki i ko­ścioły. Maria Konopnicka rozumiała to doskonale.  

Jako autentyczna przedstawicielka „postępowej”, a nawet antyklerykalnej części inteligencji polskiej z przełomu XIX i XX wieku, poetka stanęła w końcu na gruncie kiełkującej idei katolicko-narodowej i stała się sztandarową postacią obozu polskiego. Albowiem „W myśl ideologii wczesnej Narodowej Demokracji w chłopie polskim widziano ostoję narodowego bytu, kładąc równocześnie nacisk na niemilitarne, niepo­wstańcze metody organizowania walki z zaborcą, głównie zresztą niemieckim, przed którym – wtedy właśnie, gdy Konopnicka pisała Rotę, ostrzegał Ro­man Dmowski w głośnej książce Niemcy, Rosja a kwestia polska”. „Rota” zyskała sobie olbrzymią po­pularność „w całym społeczeństwie bez względu na polityczne podziały (..) była śpiewana przez niepodle­głościowców zarówno endeckiej, jak i socjalistyczno-piłsudczykowskiej proweniencji. (..) gdybyśmy spró­bowali odtworzyć atmosferę schyłku roku 1918, kiedy społeczeństwo zrzucało więzy okupacji niemieckiej, ujrzelibyśmy zjawisko nieoczekiwane: Niepodległość zdobywali Polacy z Rotą na ustach.” (A. Romanowski, Rota – Pieśń Niepodległości, „Pamiętnik Literacki” nr 2/1987). 

I dopiero w tej niepodległej Drugiej Rzeczpospolitej „ze wszystkich stron, z podziwu godną jednomyślno­ścią, zaczęto piętnować frazę Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, zaś „W Polsce sanacyjnej Rota nie cie­szyła się na ogół szczególnymi względami (..) Wacław Kostek-Biernacki oficjalnie zakazał śpiewania Nie rzucim ziemi w swym 38. pułku piechoty. Stanisław Rostworowski (bohater spod Rokitny, a w przyszłości generał AK) deklarował w roku 1930 na łamach Pol­ski Zbrojnej: Armia także nie chce Roty! (..) Z kolei opozycja rewanżowała się żarliwym kultem Roty: w dalszym ciągu była ona pieśnią szczególnie bliską Na­rodowej Demokracji i stronnictwom ludowym. Rzecz jednak charakterystyczna: ci ludowcy, którzy współ­pracowali z rządami Piłsudskiego, przyłączyli się do krytyki Roty”. 

Eugeniusz Małaczewski (1897-1922), potomek rodziny drobnoszlacheckiej z okolic Humania, był ochotniczym żołnierzem armii rosyjskiej (1915), dowódcą kompanii w 3. dywizji I Korpusu gen. Do­wbor-Muśnickiego, a od stycznia 1918 r. żołnierzem III Korpusu Polskiego w Rosji. Po rozbrojeniu tej ostatniej formacji przez Austriaków, Małaczewski został aresztowany i skazany na rozstrzelanie przez bolszewików. Wyrwawszy się śmierci, dotarł do Ar­changielska i tam, w szeregach walczących z Armią Czerwoną „murmańczyków”, zastała go wieść o Nie­podległości. I oto, w jego „Koniu na wzgórzu” (1921), czytamy: „z gardzieli założonych szlochem szczęścia wyrwała się – razem u wszystkich – pieśń zrodzona w godzinie najgłębszej niedoli narodu. Jej znana me­lodia jest posępna jak psalm nieszporny. Lecz pieśń, oskrzydlona bezdennym zapałem młodych dusz, brzmiała fanfarami, jakich w sobie nie ma nawet pło­mienna Marsylianka. A słowa: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!”rozległy się pełnią takiego trium­fu, a zarazem groźby niezłomnej, że zdało się, iż po nich nastąpi coś wspaniałego (..) – tyle potęgi ducha zalewało śpiew i – wyszarpnęło się zeń, jak z pochwy wylata nagi jasny miecz.” 

Tryumf – groźba niezłomna – potęga ducha – nagi miecz… – komuż to mogło przeszkadzać w Polsce Niepodległej? (nie licząc, rzecz jasna, polskich Niem­ców). Pierwszym takim osobnikiem był podobno ar­tysta rzeźbiarz, Ludwik Puget-Puszet, który jeszcze w roku 1918 wydał za własne pieniądze broszurę: Prze­ciw „Rocie” Konopnickiej. Zaatakował w niej zwłasz­cza słowa: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, wołając z pasją: „I my to śpiewamy? Mamy to śpiewać jako hymn narodowy, z głową odkrytą, w skupieniu i świętym szacunku? (..) Wstyd i oburzenie zalewają człowieka, gdy się słucha tej pieśni”. W roku 1942 Lu­dwik Puget został aresztowany przez gestapo w kra­kowskim Domu Plastyków, a w rok potem Niemcy przynieśli go na noszach pod oświęcimski mur śmier­ci i rozstrzelali… 

W roku 1921, Tadeusz Boy-Żeleński (kolega Puge­ta z kabaretu Zielony Balonik, późniejszy profesor literatury francuskiej i kandydat do Wielkiej Loży Narodowej w Warszawie) wypowiedział się o nie­mieckim „pluciu w twarz” następująco: „Nigdy nie mogłem słuchać tego ustępu pieśni bez najwyższej przykrości i niesmaku.” (Nicht spucken. Nieśmiały głos dobrego Polaka, „Czas” nr 248/1921). W dniu 11 listopada 1939 roku, owi potraktowani przez Konop­nicką z „niesmakiem” Niemcy przeprowadzili obławę w podwarszawskiej Zielonce i zatrzymali, a następnie zamordowali w pobliskim lesie 11 harcerzy w wieku szkolnym. Pretekstem był wywieszony nocą plakat z napisem: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił”. W półtora roku później Niem­cy zgładzili również nieszczęsnego Boya… Jesienią 1926 roku rozpoczęła się kampania medial­na elitarnego, konserwatywnego dziennika „Słowo”.

W jej wyniku władze miejskie Wilna musiały zastąpić odgrywaną dotąd z wieży katedralnej melodię „Roty” jakimś bardziej tolerowanym hejnałem. Profesor Sta­nisław Cywiński (nauczyciel Cata-Mackiewicza, Mi­łosza i Gołubiewa, wykładowca USB i członek PAU) przychylił się wówczas do zdania, że śpiewanie o pluciu nam w twarz przez Niemców „jest absolutnie niedopuszczalne”, a w październiku 1939 r. – w kon­sekwencji wspólnej, niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę – został aresztowany i zmarł po półtora roku w szpitalu więziennym w Kirowie (ob. Wiatka). 

Z kolei w styczniu 1927 roku polski Urząd Woje­wódzki w Katowicach zakazał śpiewania „Roty” w niektórych placówkach szkolnych na Śląsku (w tzw. szkołach mniejszościowych). W dniu 5 września 1939 roku Michał Grażyński (doktor filozofii i praw, wojewoda śląski od 1926 r.) mianowany został mi­nistrem propagandy i urządził w Warszawie konfe­rencję pra-sową, po której „stolicę ogarnęła panika i trwała przez trzy dni” (J. Ślaski, Polska walcząca, Warszawa 1990, s. 98). Eks-wojewoda śląski uciekł z kraju jeszcze przed kapitulacją Warszawy, obawiając się niemieckiej zemsty m.in. za… anulowanie zakazu „Roty” w kwietniu 1928 roku. 

W roku 1930 oficerowie WP – jak już była mowa – wyrażali niechęć do „Roty” na łamach Polski Zbrojnej, której wydawcą był do śmierci w sierpniu 1928 r. piłsudczyk Maciej Kuhnke, absolwent Szkoły Handlowej Kronenberga, były kierownik Wydziału Finansowego Komendy Naczelnej POW, „uczestnik najbardziej konspiracyjnych zebrań obozu niepod­ległościowego – odbywały się w jego mieszkaniu” (Hass), wieloletni członek Zarządu Głównego Związ­ku Strzeleckiego, a po 1922 r. członek honorowy POW. A zarazem… wybitny mason, członek tzw. Rady Najwyższej 33. i ostatniego stopnia Obrządku Szkockiego Dawnego i Uznanego na Polskę, skarb­nik Wielkiej Loży Narodowej w Warszawie.  

Generał „Odra” (Stanisław Rostworowski), któ­ry pozwolił następcom (uczniom?) Kuhnke’go na wykorzystanie autorytetu polskiego oficera do dys­kredytowania „Roty”, był w III Powstaniu Śląskim szefem sztabu wojsk polskich, a od maja 1942 r. „jednym z najwybitniejszych dowódców armii pod­ziemnej w kraju”. W roku 1944 Rostworowski został zakatowany na śmierć w trakcie beznadziejnej bójki z przesłuchującymi go Niemcami, jaka miała miejsce w krakowskiej siedzibie gestapo. 

Jak pisał na początku lat 30. Stanisław Pigoń (O „Rocie” Marii Konopnickiej – słowa spokojne, „Ku­rier Poznański” nr 592/1931), pieśń „Nie rzucim ziemi..” była „źle słyszana” przez sanacyjne czynniki decyzyjne i „wypychana” ze śpiewników dla młodzie­ży i z oficjal-nych uroczystości. Pułkownik Kostek-Biernacki – który „wypchnął” skutecznie „Rotę” z podległego mu pułku piechoty – również nie uniknął konieczności przystąpienia do dziejowego „egzami­nu”: „Po rozpoczęciu działań wojennych (w 1939 roku) został on powołany na stanowisko ministra, z powierzeniem mu funkcji głównego komisarza cywilnego przy Głównej Kwaterze Naczelnego Wo­dza. Z tej nominacji nic nie wyniknęło, prócz tego, że przekreśliła ona nadzieje na utworzenie rządu zjed­noczenia narodowego”. Osławiony piłsudczyk-sady­sta („lubujący się – jak zapisał Witos – w okrucień­stwie i krwi”) „funkcji nie objął, niczego nie osiągnął i wkrótce znalazł się w Rumunii. Ci, których miał or­ganizować do przeciwstawienia się najazdowi, uczy­nili to sami”. 

ZADANIE INTELIGENCJI 

Dzisiaj tamte spory wokół „Roty” wydawać się mogą już nieważne. Nie żyją już świadkowie prawykonania pieśni na odsłonięciu pomnika grunwaldzkiego w Krakowie i mało kto pamięta, że w listopadzie 1939 r. okupanci niemieccy przystąpili do jego zburzenia. Wiosną 1940 roku, po zaledwie 30 latach od posta­wienia – nie było po nim śladu. Pomnik odbudowa­no, lecz czy przetrwały nauka i przysięga zapisane w strofach i dziejach „Roty”?Minęło sto lat. Inna epoka. Migracje. Nawet chło­pów pozostało już niewielu. 

A jednak, wbrew pozorom, najważniejsze jest dzi­siaj to, czy inteligencja żyjąca w Polsce dostrzega swój cel główny i podstawową rację swojego istnie­nia. Czy młode elity rozumieją i czy podejmą Hasło. Jest nim nadal „Rota” – „pieśń na cześć ziemi i na cześć trwania przy ojcowiźnie, (..) ślubowanie na wierność zagonowi ojczystemu, pracy na nim i straży nad jego całością, nienaruszalnością.”. Jest to nasza Synteza Polskości – konkretna, prawdziwa i jasna. Musimy wierzyć, że – jak pisał prof. Pigoń – „po­kolenia niepodległe znajdą w niej prosty wyraz dla najwyższej swej, elementarnej woli zbiorowej: jeste­śmy na ziemi praojców i wytrwamy na niej – do krwi ostatniej kropli z żył”. To zadanie numer jeden dla każdego myślącego po polsku.

Grzegorz Grabowski
Mysl.pl

Opublikowany w Kultura, Polityka | Komentarzy: 6 »

Druga strona medalu, czyli ciąg dalszy reportażu TVN o zakonnicach-sadystkach

Posted by Marucha w dniu 2009-11-26 (czwartek)

Mniej więcej przed tygodniem opublikowaliśmy na naszej stronie artykuł o ataku postesbeckiej stacji TVN na zakonnice: http://marucha.wordpress.com/2009/11/19/postesbecka-stacja-tvn-atakuje-zakonnice/
Film, jaki nakręcili „dociekliwi i wiarygodni” reporterzy TVN, Ryszard Cebula i Zbigniew Łuczyński, zamieścilismy pod adresem: http://v3v.org/videos/TVN_Uwaga_091119.wmv

Obiecaliśmy również, że postaramy się przedstawić drugą stronę medalu i niniejszym to czynimy.

Poniżej (niemal w całości, z niewielkimi adaptacjami) list, jaki wysłał p. Zbigniew Nowacki, pracujący od 1997 roku jako nauczyciel-wolontariusz w warszawskim domu dziecka prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi.

Jako odpowiedź na wyjątkowo nierzetelny i zmanipulowany reportaż TVN-Uwaga w dniu 19. bm. o rzekomym „wyjątkowym sadyzmie” w Domu Dziecka Sióstr Rodziny Maryi w Płudach ukazał się wczoraj [20.11.2009 - przyp. adm.] na portalu Fronda.pl raport Pani Magdaleny Romaniuk:
http://www.fronda.pl/news/czytaj/fronda_uzupelnia_reportaz_tvn
w którym m.in. i ja wypowiadam się na temat pracy sióstr tego Zgromadzenia, dając świadectwo PRAWDY!
Oryginalny reportaż TVN można obejrzeć tu: http://uwaga.onet.pl/132008,reportaze,wyjatkowy_sadyzm_cz2,wideo_detal.html
Proponuję obejrzeć zarówno reportaż TVN-Uwaga (mam nagranie na DVD!), jak i artykuł Frondy, w tym także wideo-wypowiedź aktorki, pani Barbary Dobrzyńskiej.
 
Wioletta z filmu to Wioletta K., koleżanka naszej Patrycji. Dzięki Siostrom Rodziny Maryi z tego domu dziecka w Płudach ukończyła maturę i studiowała. Pozostawała w tym domu dwa lata dłużej (niezgodnie z prawem, ale w duchu franciszkańskiej pomocy, aby mogła się uczyć – decyzją ówczesnej dyrektorki) czyli aż do 20-go roku życia. Uzyskała pomoc finansową na studia i s. dyrektor osobiście zabiegała u rektora uczelni o jej przyjęcie; Wioletta przerwała studia dużo przed wstąpieniem do zakonu! Dlaczego teraz oczernia siostry i na nie pluje? Nie wiem, może namówiła ją koleżanka, Ewa W., druga dziewczyna z programu TVN-Uwaga! Wydawało mi się, że znam Wiolettę dobrze, bo jeździliśmy na wycieczki, obozy, zimowiska, bywała u nas w domu. Była radosna i nigdy źle nie mówiła o Domu Dziecka ani o siostrach. A była przez siostry traktowana – w okresie mojej tam działalności od 1997 r. – wyjątkowo dobrze, z troską i miłością.
Dlaczego o tym nie powiedziała w reportażu TVN-Uwaga, a tylko o tej s. Teresie i rzekomym biciu dzieci przez nie? Patrycja nasza stwierdza, że w czasie jej pobytu w tym Domu Dziecka (3 lata) nie widziała i nie słyszała o żadnej przemocy wobec dzieci ze strony sióstr! ŻADNEJ!
Może nie udało jej się w życiu po opuszczeniu Domu Dziecka, może robi to za pieniądze.
 
Warto o tym porozmawiać! Warto napisać o szlachetnej, pełnej troski i miłości działalności opiekuńczo-wychowawczej Sióstr Rodziny Maryi nie tylko w domach dziecka, ale i w innych placówkach.
Aby przeciwstawić się także tendencyjności i napastliwości popularnej, ale nierzetelnej stacji TVN, która zmanipulowała ten reportaż, aby szkalować kościół katolicki w Polsce, szczególnie po kanonizacji założyciela Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego (11 października 2009 r.)! Bardzo ładnie i rzeczowo mówi o tym aktorka Teatru Polskiego w Warszawie, reżyser wielu spektakli i widowisk patriotycznych i religijnych, pani Barbara Dobrzyńska w Raporcie wideo Frondy.
 
Wioletta i Ewa nagrały rozmowę z jakaś siostrą, mowa jest o s. Teresie, ukrytą kamerą i mikrofonem (ekipa TVN była na zewnątrz i rejestrowała to za pomocą odpowiednich urządzeń). To było nieuczciwe zachowanie wobec starszej kobiety-zakonnicy, a także niezgodne z polskim prawem, bowiem nie uzyskały jej zgody na nagranie.
Ta osoba, rzekoma s. Teresa, niepokazana, do czegoś się przyznaje i za coś przeprasza. Ale nie ma w reportażu TVN-Uwaga PYTANIA, do czego i za co i na tym polega manipulacja medialna TVN.
Nawet, gdyby jednak miał miejsce taki incydent, w co ja osobiście nie wierzę, jak karcenie dziecka, to nie miało to cech „wyjątkowego sadyzmu”, o czym chce nas przekonać reporter TVN. Ten „sadyzm” wymyśliły Wioletta i Ewa! A może reporter TVN! Nie można jednak z całej historii Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi wyciągać tylko takie przypadki i opowiadać o „horrorach” w placówkach zakonnych. Trzeba pisać i mówić o ich pracy, o zaangażowaniu, o poświęceniu, o wrażliwości, może także i o problemach wychowawczych.
 
CZEMU MEDIA NIE PISZĄ ANI NIE MÓWIĄ O PATOLOGICZNYCH ZACHOWANIACH RODZICÓW DZIECI Z DOMÓW DZIECKA? Czemu państwo nic nie robi, aby przynajmniej zmniejszać tę coraz większą patologię rodzin, takich jak te Wioletty czy Ewy? Znam wiele przypadków agresji tych rodziców wobec sióstr, opiekujących się dziećmi z Domu Dziecka w Płudach, gdy np. pijany rodzic, w samym Domu Dziecka, uderzył pięścią w twarz jedną z sióstr, inny bluzgał przekleństwami itp.
To, co przeżywają te dzieci, jadąc na weekend do swoich rodzinnych domów, to często jest właśnie sadyzm, horror, wykorzystywanie seksualne itp. Czemu TVN nie robi z takich sytuacji reportaży i nie pokazuje na swojej antenie? Bo tu nie chodzi nawet o sensację, ale atakowanie Kościoła i nas, katolików.
 
Siostry Rodziny Maryi, jako jedyny zakon w Polsce, przyjmuje w Krakowie i w Warszawie (na ul. Hożej) niemowlęta po urodzeniu, a niechciane przez matki, w tzw. oknie życia. Może o tym warto też powiedzieć i napisać więcej!
 
Dziękuję Patrycji za Jej odważna, szczerą i prawdziwą wypowiedź dla Frondy; stanęła w obronie prawdy o siostrach, które przez kilka lat ją wychowywały!
 
Pozdrawiam wszystkich!
 Zbyszek Nowacki

Opublikowany w Kościół | Komentarzy: 10 »

Czy będzie tańszy Internet?

Posted by Marucha w dniu 2009-11-26 (czwartek)

W Polsce koszty usług telekomunikacyjnych i internetowych są jedne z najdroższych w Europie. Pod względem dostępu do szerokopasmowego Internetu, który obecnie jest takim samym dobrem cywilizacyjnym jak elektryczność czy kanalizacja, wyprzedza nas nie tylko większość krajów członkowskich UE, ale też np. Białoruś. Pojawia się jednak szansa na poprawę tego stanu rzeczy. Reprezentujący rząd Urząd Komunikacji Elektronicznej zakończył właśnie trwający trzy lata spór z Telekomunikacją Polską zmuszając ją wreszcie do niezbędnych inwestycji w odpowiednią infrastrukturę.

Nieudana prywatyzacja

Sprzedaż Telekomunikacji Polskiej francuskiemu koncernowi państwowemu France Telecom w 2000 r. był jedną z gorszych decyzji prywatyzacyjnych, jakie podjęto. Francuskie władze TP SA bez skrupułów wykorzystywały monopolistyczną pozycję na rynku. Poziom świadczonych usług nie tylko, że się nie poprawił, ale w potocznym odczuciu się pogorszył. Symbolem cynicznego podejścia do zwykłych klientów stała się tzw. „Błękitna Linia”. Ta specjalna infolinia po likwidacji wielu punktów obsługi była jedynym sposobem zgłoszenia reklamacji lub interwencji w sytuacji np. awarii. Ale z reguły był to rodzaj głuchego telefonu.

Ograniczano koszty minimalizując inwestycje i trzymając wysokie ceny. W efekcie odzyskano z nawiązką koszty zakupu eksploatując rynek bez litości. Polacy płacąc zawyżone rachunki byli tą przysłowiową wyciskaną cytryną, a francuski koncern mógł swobodnie w ramach zjednoczonej Europy transferować zyski do swego kraju.

Umowa prywatyzacyjna wyraźnie określała, że TP SA zarządza infrastrukturą telekomunikacyjną, czyli siecią kabli, różnego rodzaju łączeń i towarzyszących urządzeń, ale pod warunkiem, że będzie ją udostępniać innym firmom pragnącym świadczyć takie usługi detaliczne w tym zakresie. Infrastruktura budowa przez lata za pieniądze państwowe jest dobrem publicznym, ma znaczenie strategiczne dla funkcjonowania państwa i nie może stać się wyłączną własnością jednego operatora.

W zamian za eksploatację sieci i czerpanie z tego tytułu korzyści, TP SA była zobowiązana do stałego inwestowania w jej rozwój i modernizację. Rzeczywistość była jednak inna. Nowi potencjalni abonenci mają duże trudności z uzyskaniem przyłącza. TP SA nie inwestuje też w rozwój nowoczesnej infrastruktury doprowadzającej internet, co tworzy ograniczenia w dostępie do niego i znacząco zawyża koszty jego dostarczania.

Porozumienie potwierdzające stare zobowiązania

Przez wiele lat francuskie władze TP SA skutecznie unikały realizacji przyjętych zobowiązań inwestycyjnych. Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE), organ administracji państwowej odpowiedzialny za regulację rynku telekomunikacyjnego i pilnowanie, aby wszyscy uczestnicy tego rynku wywiązywali się ze swoich zobowiązań, przez wiele lat miał problemy z przywołaniem TP SA do porządku.

Sytuacja ma się zmienić po podpisaniu w październiku br. porozumienia między UKE a TP SA. Negocjacje trwały prawie rok, bo od listopada 2008 r., co pokazuje jak trudno jest zmusić zagraniczny koncern do zrealizowania tego, do czego sam się zobowiązał. Przewiduje ono, że TP SA wybuduje 1,2 miliona nowych linii telekomunikacyjnych. Będzie to 1 milion linii tzw. szerokopasmowego Internetu o przepustowości powyżej 6 Mb/s i 200 tys. linii o przepustowości od 2 do 6 Mb/s. Według deklaracji władz Spółki będzie to 500 tys. zupełnie nowych linii, z tego 150 tys. ma powstać na terenach, gdzie obecnie nie ma żadnej infrastruktury telekomunikacyjnej, a 700 tys. zostanie gruntownie zmodernizowanych. Ma to kosztować ok. 3 mld zł, a ich uruchomienie ok. 180 mln zł. Zobowiązanie to ma być wykonane do końca 2011 roku.

Zobowiązanie takie, które jest jedynie potwierdzeniem tego, co wynikało z wcześniejszych umów, w tym umowy prywatyzacyjnej, oprócz władz Spółki potwierdził też dominujący właściciel, czyli France Telecom. Ale uczynił to dopiero wtedy, gdy UKE zagroziło wprowadzeniem administracyjnego nakazu podziału TP SA na dwie części. Na firmę zajmującą się działalnością detaliczną, czyli bezpośrednią sprzedażą usług poszczególnym klientom oraz na firmę zarządzającą infrastrukturą i sprzedającą hurtowy dostęp do niej.

UKE wycofał się też z groźby obniżenia stawek za korzystanie z sieci przez innych operatorów. Zapowiedział, że nie zrobi tego do 2012 roku, czyli do czasu wykonania planu inwestycyjnego a zgodnie z prawem posiada takie możliwości.

Mądry Polak po szkodzie?

Samo podpisanie porozumienia nie przesądza jeszcze, że wszystko, co zostało w nim zapisane zostanie zrealizowane. Tym bardziej, że francuski właściciel dał w przeszłości wiele dowodów lekceważenia umów, które nie mają skutecznej sankcji. Może tym razem będzie inaczej. Prezes UKE Anna Stróżyńska twierdzi, że Urząd na bieżąco będzie sprawdzał, czy TP wypełnia warunki porozumienia. Został zaplanowany system audytów. Poza tym nad Spółką ciąży ciągle groźba podziału, bo na razie decyzja w tej sprawie jest wstrzymana tylko na rok. Urząd może też obniżyć stawki na hurtowy dostęp do sieci płacony przez innych operatorów, co ostro TP SA uderzy po kieszeni. Trzeba liczyć, że Pani Prezes nie zabraknie determinacji i konsekwencji w korzystaniu z tych instrumentów nacisku.

Jednym z większych błędów umowy prywatyzacyjnej było to, że podziału nie dokonano na samym początku. Gdyby wtedy rozbito TP SA i na przykład sprzedano Francuzom tylko tę część, która zajmuje się usługami detalicznymi, a pozostałą część zajmującą się infrastrukturą pozostawiono w rękach państwa, dzisiaj prawdopodobnie nie mielibyśmy tego typu problemów. Sieć byłaby lepiej rozbudowana i nowocześniejsza, a usługi tańsze. Czy wyciągamy z tego właściwe wnioski? Jak analizuje się niektóre z kolejnych planów prywatyzacyjnych ma się jednak uzasadnione obawy, że tak nie jest.

Bogusław Kowalski
Niedziela, nr 45/2009, www.niedziela.pl

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 19 »

O katolickim terrorze

Posted by Marucha w dniu 2009-11-25 (środa)

Mam w przygotowaniu artykuł na temat rzekomych „odkryć” dokonanych (z pogwałceniem obowiązującego prawa) przez rzetelnych i etycznych dziennikarzy TVN w jednym z klasztorów na terenie Polski; zob. też http://marucha.wordpress.com/2009/11/19/postesbecka-stacja-tvn-atakuje-zakonnice/

Na razie – sprawa pokrewna, wpisująca się w nurt oszczerczego lżenia katolicyzmu. Chodzi o pewną książkę wydaną w postępowej Szwecji, gdzie zabicie dziecka jest finansowane przez podatników.

Od dawna wiadomo, że literatura typu „political fiction” dobrze się sprzedaje, ale pozwala też urabiać sobie szeroką opinię publiczną, która często taką lekturę traktuje serio i wierzy, że przynajmniej większość wydarzeń tam opisanych jest prawdziwa lub zbliżona do prawdy. Tak było po lekturze książki Dana Browna pt. „Anioły i demony” i po pokazaniu filmu nakręconego na podstawie tejże pracy, a kiedy to tłumy wielbicieli tego autora ruszyły do Rzymu, aby oglądać miejsca związane z główną fabułą. Wydano wtedy nawet specjalne przewodniki prowadzące do rzymskich kościołów i placów, gdzie miało dojść do ukazanych w książce i w filmie rytualnych morderstw czterech kardynałów.

Do podobnej sytuacji, aczkolwiek nie na taką skalę (bo bez użycia taśmy filmowej i bez uciekania się do pisania przewodników), doszło ostatnio i w Polsce za sprawą książek Jacka Piekary, który wcześniej bardziej był znany jako dziennikarz „Świata Gier Komputerowych”, „Gamblera”, „Clicka” i „Game Ranking”. Okazało się jednak, że taka działalność w świecie „fantasy” jemu już nie wystarczyła i postanowił sobie zdobyć jeszcze większą „sławę” w środowisku zdezorientowanej młodzieży poprzez wydanie cyklu opowiadań o Mordimerze Madderdinie— inkwizytorze rządzącym światem w imieniu Chrystusa, który… zszedł z krzyża i zapanował nad ludzkością.

J. Piekara wydał w latach 2003-2008 aż 5 opowiadań składających się na ten cykl („Sługa Boży”, „Młot na czarownice”, „Miecz Aniołów”, „Łowcy dusz” oraz „Płomień i krzyż”), przy czym niektóre z nich doczekały się już drugiego wydania, a zanosi się jeszcze na kontynuację całego cyklu — tak duży jest popyt na tego typu beletrystykę. Ciekawie reklamuje natomiast te opowieści lubelskie wydawnictwo „Fabryka Snów”, które bynajmniej nie epatuje swoich czytelników jakimiś sennymi urojeniami autora, lecz czymś zupełnie innym: „Jest to najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki”. Jedna z księgarń internetowych na swojej stronie zamieszcza zaś taki oto opis pewnego czytelnika książki pt. „Sługa Boży”: „Jak nietrudno się domyśleć, Jezus, który zszedł z krzyża, raczej nie umarł za grzechy ludzkości. Wręcz przeciwnie – z żelaznym mieczem w jednej dłoni i gorącym ogniem w drugiej postanowił wyegzekwować sprawiedliwą karę dla grzeszników. Po nim zaś nastała era Kościoła, era religii, która kontynuowała Jego dzieło. Taki też świat, świat brutalny, pełen okrucieństwa i mordu, zarysowuje się w tej książce”.

A zatem podważa się tutaj całą zbawczą misję Chrystusa, a sam Zbawiciel i Kościół są przedstawiani jako źródła złych czynów. Dokonuje ich natomiast Święta Inkwizycja, co ma jeszcze bardziej uwiarygodnić „czarną legendę” tej instytucji. Ten sam cytowany czytelnik w pewnym momencie zaczyna nawet mieszać fikcję z rzeczywistością i jest przekonany, że „okrucieństwo przedstawionego świata nie jest zupełnie fikcyjne. Nam, współczesnym, może się tak wydawać, ale wystarczy przypomnieć sobie mroczne, krwawe czasy średniowiecza i wszechobecny strach przed hiszpańską inkwizycją.”-pisze dalej. Następuje więc tutaj swoista indoktrynacja poprzez opowiadania, które odwołują się do najbardziej antykatolickich stereotypów rozpowszechnianych przez podręczniki i lektury szkolne z okresu Polski Ludowej, a umiejętnie kultywowanych dotąd przez niektóre zainteresowane tym środowiska lewicowe czy wręcz lewackie. I to one zyskują obecnie coraz większy wpływ na polską młodzież.

Z drugiej jednak strony dochodzi do kształtowania podobnego stereotypu „Polski katolickiej i zacofanej” wśród cudzoziemców, czego aż zbyt jaskrawym i rażącym przykładem może być wydanie kilka dni temu pewnej książki w Szwecji, a co już wywołało liczne protesty ze strony Polonii mieszkającej w tym kraju. Chodzi tu o powieść pt. „Klockan 21.37” („Godzina 21.37”), której okładkę „zdobi” roztrzaskany portret papieża Jana Pawła II.

Autorką publikacji jest znana szwedzka dziennikarka Karin Alfredsson, która stawia sobie za cel pokazanie „ucisku Polek ze strony Kościoła katolickiego”. Sytuacja kobiet w Polsce— zdaniem autorki— ma przypominać tę z najbardziej zacofanych kulturowo i gospodarczo krajów świata takich, jak Zambia czy Wietnam, a charakteryzować się upodleniem i zniewoleniem Polek przez mężczyzn. „Terror katolicki” miałby zaś polegać na zakazie dokonywania aborcji oraz na propagandzie uprawianej nie tylko przez Kościół, lecz i przez… Ligę Polskich Rodzin, Młodzież Wszechpolską oraz Radio „Maryja”. Przez książkę przewija się także motyw torebki „Teletubisia” oraz „kultu” osoby Jana Pawła II. Widać więc, że autorka orientuje się nieco w polskich realiach, ale i że zarazem tę niepełną wiedzę wykorzystuje z premedytacją do osiągnięcia odpowiedniego efektu tragiczno-komicznego na stronach swojej powieści.

Niesmak czytelnika musi też budzić ukazanie tam w charakterze głównych bohaterów zakłamanej polskiej rodziny, gdzie z jednej strony dziadek zwalcza wprawdzie homoseksualistów, a jedna z jego wnuczek chce zostać zakonnicą, lecz z drugiej strony wnuczek jest „katolickim terrorystą” wysadzającym w powietrze szwedzki statek aborcyjny, druga wnuczka chce zabić swoje nienarodzone dziecko, zaś syn porzuca rodzinę dla kochanki.

Największe protesty budzi mimo to wśród Polonii nie sama treść książki, ale okładka z rozbitym zdjęciem Ojca Świętego. Polacy mieszkający w Szwecji powołują się w tym przypadku na przykład muzułmanów, którzy na całym świecie protestowali swego czasu przeciwko bezczeszczeniu wizerunków ich proroka Mahometa. Naszym zdaniem nie jest to jednak dobry przykład, albowiem trzeba byłoby raczej zagrać tu na uczuciach większości Szwedów i odwołać się do potłuczonej fotografii jakiegoś obrazu Marcina Lutra. W końcu autorka jest Szwedką, a nie Arabką czy Turczynką, zaś sama książka jest skierowana do szwedzkiego społeczeństwa, które w ten sposób ma się przekonać, jak to odsunięcie Zygmunta III i królowej Krystyny od tronu Szwecji przyczyniło się do ugruntowania luteranizmu w tym kraju i do zapobiegnięcia „katolickiemu terrorowi”.

Mariusz Affek, Nowa Myśl Polska

Opublikowany w Kościół | Komentarzy: 11 »

Smród agentury nie rozpłynął się w powietrzu

Posted by Marucha w dniu 2009-11-25 (środa)

Kiszczak szantażuje agentów

Z red. Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, byłym doradcą premiera Jana Olszewskiego, rozmawia Mariusz Bober

Aż dwie gazety – „Tygodnik Powszechny” i „Dziennik Gazeta Prawna” – zaprosiły na swoje łamy w zeszłym tygodniu byłego ministra spraw wewnętrznych PRL Czesława Kiszczaka. Co oznacza ta medialna aktywność?
- To znaczące, że właśnie teraz, nagle, człowiekowi, który zawsze powoływał się na zawodową dyskrecję funkcjonariusza tajnych służb, otwiera się gęba i zaczyna opowiadać rzeczy niewygodne nawet dla swojego przyjaciela Adama Michnika. Z kolei nasuwa się pytanie, co Michnik robił w archiwach MSW na początku lat 90.? Kiszczak ujawnia, że Michnik miał nieograniczony dostęp do wszystkich akt. Bezprawie jest tu najmniej ważne, bo można się domyślać, że były szef MSW sypie, iż ma spis teczek, które Michnik oglądał. To mogłaby być ciekawa lektura, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, jak zaciekłym przeciwnikiem lustracji był redaktor naczelny „GW”.

Generał Kiszczak rzuca też twierdzenia niewygodne dla innych byłych działaczy opozycji…
- Dla Tadeusza Mazowieckiego kompromitujące jest stwierdzenie, że po zakończeniu posiedzenia Rady Ministrów [w 1990 r.] premier po cichu mówił Kiszczakowi, że archiwa SB będą na wiele lat zamknięte. Oznacza to, że Mazowiecki inaczej zachowywał się wobec ogółu ministrów swojego rządu, a inaczej wobec policjanta. Jeżeli Kiszczak mówi prawdę, to znaczy, że premier był jego „klientem”.

Kiszczak wylewnie mówi, że on sam pozwalał członkom opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, niszczyć ich oryginalne teczki…
- Ja rozumiem to w ten sposób, że generał ma listę osób, którym takie teczki zwrócono. Zdarzało się wtedy w całej Polsce, że oficerowie prowadzący zwracali teczki pracy niektórym swoim zaufanym agentom. Pamiętajmy jednak, że one były kopiowane. Przekazując oryginał, oficer prowadzący okazywał agentowi dobrą wolę, ale nadal oczekiwał od niego posłuszeństwa. I historia III RP ten domysł potwierdza. Jeśli w dodatku Kiszczak mówi, że do dziś widzi tych ludzi w telewizji, to znaczy, iż daje sygnał, że „spisane są czyny i rozmowy” i aparat SB pamięta, kto swoją dzisiejszą pozycję polityczną zawdzięcza tajnej policji komunistycznej.

Co to oznacza? Dlaczego właśnie teraz padły te słowa?
- To ważne pytanie, dlaczego Kiszczak nagle udziela obszernych wywiadów dwóm pismom niemal w tym samym czasie. „Dziennik Gazeta Prawna” powinien wyjaśnić, z czyjej inicjatywy doszło do wywiadu, bowiem zawiera on stwierdzenia niezwykle istotne. „DGP” nie powinien godzić się na współpracę z Kiszczakiem na rzecz realizacji jego interesów. Według mnie, cały wywiad ma charakter szantażu. Dlatego opinia publiczna powinna dowiedzieć się, dlaczego Kiszczak uznał za konieczne wystąpić z nim wobec swoich „partnerów”, wobec ludzi, którzy są dziś decydentami.

A konkretnie wobec kogo?
- Może ma to związek z ostatnimi naciskami, by ujawnić tzw. zbiór zastrzeżony znajdujący się w Instytucie Pamięci Narodowej. Być może chodzi też o zarzuty, jakie pion śledczy IPN postawił byłym esbekom uczestniczącym w prowokacji na Chłodnej wobec ks. Jerzego Popiełuszki. Oni w końcu mogą zacząć mówić, tak jak niedawno płk Adam Pietruszka napisał w mailu nadesłanym do „Tygodnika Powszechnego”, że Kiszczak ukrywa prawdę o swojej roli w porwaniu i zbrodni na księdzu Jerzym. Więc być może, gdyby ci esbecy zasiedli na ławie oskarżonych, ujawniliby też inne sprawy, co mogłoby doprowadzić także gen. Kiszczaka na ławę oskarżonych. Tak niespodziewane wystąpienie byłego szefa tajnej policji PRL musi mieć poważne podstawy i służyć jakimś celom.

Jakim?
- Mogę się domyślać, czego Kiszczak się boi. Moim zdaniem, jako lider formacji, która zbudowała III RP, grozi swoim agentom, że jeśli dopuszczą do tego, że on i jego ludzie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, wówczas pociągnie za sobą tych, których teczki pozwalał niszczyć. W tym kontekście warto przytoczyć wypowiedź Kiszczaka, że rozmowa między Lechem Wałęsą a jego bratem była nagrywana na dwa magnetofony – w tym milicyjny, o którym dotychczas nie było mowy, ale nagranie może jeszcze gdzieś istnieć. Jest to więc rodzaj presji Kiszczaka na ludzi, którzy są jego „dłużnikami” i powinni go chronić.

Wypowiedzi Kiszczaka mają jakąś wartość dla obrazu ostatnich dwudziestu lat? Coś jeszcze Pana zaskoczyło w omawianych wywiadach?
- Niezwykłe jest stwierdzenie Kiszczaka, że już 31 sierpnia 1988 r. przedstawił Wałęsie propozycję wolnego wyboru 161 posłów do Sejmu, „wolne wybory do Senatu, wybór prezydenta, reformy polityczne i gospodarcze, w tym wolny rynek i udział ‘Solidarności’ w budowaniu koalicji”. Jest to bardzo ostry atak na byłego prezydenta. Pamiętam powrót Wałęsy z rozmowy z Kiszczakiem do stoczni, ale podczas poufnej narady w gronie kilku osób Wałęsa nie przekazał nam tej informacji. Zachowywał się wręcz tak, jakby wszystko było stracone. Jest tu więc jakaś tajemnica. Poza tym Kiszczak deprecjonuje w ten sposób obrady Okrągłego Stołu. Jeśli bowiem takie propozycje złożył już 31 sierpnia 1988 r., to po co był Okrągły Stół? Czy to był po prostu teatr dla publiczności mający pokazać, że obie strony coś negocjują ze sobą, podczas gdy wszystko już było ustalone? A więc znowu wskazanie na ludzi Okrągłego Stołu jako posłuszną agenturę.

Dziękuję za rozmowę.
Nasz Dziennik 25.11.2009

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 28 »

Natura i historia kryzysów finansowych

Posted by Marucha w dniu 2009-11-23 (poniedziałek)

Znając historię spekulacji finansowych, łatwo można uchwycić naturę obecnego kryzysu ekonomicznego, jak też wszelkich innych – będących następstwem pękania baniek spekulacyjnych na jakimś polu aktywności go­spodarczej, do którego odnoszą się instrumenty finan­sowe.

KILKA UWAG OGÓLNYCH

Zagadnienie wzajemnej relacji sfery finansowej i gospo­darki realnej należy do najbardziej fundamentalnych kwestii ekonomicznych. Łamały sobie głowę nad nim najtęższe umysły, odkąd problematyka gospodarcza została wyodrębniona jako autonomiczna dyscyplina naukowa. Historia spekulacji finansowych nowożytne­go świata w tym samym mniej więcej okresie zaznacza swoje początki. Zasadnicza problematyka, z którą na tym polu boryka się ludzka myśl, polega na tym, w jaki sposób dochodzi do tego, że sfera finansowa w którymś momencie nadmiernie odrywa się od sfery gospodarki realnej i jak temu zapobiec, a jeśli nie uda się temu za­pobiec – jak nie dopuścić do tego, by kryzys finansowy nie przerodził się w głęboką recesję, czyli kryzys gospo­darki realnej, skutkujący dużym spadkiem wytwarza­nego społecznie produktu i większą niż naturalna stopą bezrobocia.

Ekonomia jest nauką społeczną, która bazuje na kil­ku prostych założeniach z zakresu ludzkiego działania oraz przyjmuje określoną na gruncie filozoficznym koncepcję człowieka, formułując związane z wytwarza­niem i wymianą dóbr gospodarczych prawidłowości. Istnieje kilka głównych szkół ekonomicznych, których przedstawiciele w odmienny sposób patrzą na zmienną rzeczywistość gospodarczą i z pozycji przyjmowanych przez siebie założeń dokonują interpretacji zjawisk i formułują odpowiednie zalecenia odnośnie polityki go­spodarczej. Główna linia podziału (wiąże się z nią ściśle zagadnienie regulacji sektora finansowego) przebiega w odniesieniu do zakresu i charakteru dopuszczalnych interwencji państwa (rządu i instytucji publicznych) w gospodarkę. Nie budzą natomiast kontrowersji wśród przedsta­wicieli poszczególnych szkół ugruntowane w nauce ekonomii fundamentalne pojęcia oraz prawa będące pochodną ludzkiego działania w wymiarze zbiorowym (np. popyt, podaż i związane z nimi kształtowanie się na rynkach cen równowagi).

Nie budzi zastrzeżeń pojęcie wartości użytkowej dobra gospodarczego oraz pojęcie wartości wymiennej, która – choć powiązana z war­tością użytkową – nie musi się dokładnie dla poszcze­gólnych podmiotów pokrywać z wartością użytkową. Właśnie w grze między wartością użytkową a wartością wymienną pewnego rodzaju dóbr (w odniesieniu do in­strumentów finansowych u zarania ich rynku mówiono o wartości wymiennej obligacji czy akcji oraz ich „war­tości wewnętrznej”, powiązanej z możliwymi odsetkami lub dywidendą) – w grze między tymi wartościami nale­ży poszukiwać powtarzających się sukcesywnie zjawisk odrywania się sfery finansowej od sfery gospodarki re­alnej.

ROLA POŚREDNICTWA FINANSOWEGO

Swego rodzaju naturą pośrednictwa finansowego (ban­kowości, instytucji pożyczkowych, ubezpieczycieli) jest poszukiwanie wysokiej renty, pozwalającej kapitałom finansowym (funduszom, środkom pieniężnym) zyskać więcej niż trzeba będzie zapłacić tym, którzy ze względu na swoją preferencję czasową powierzyli pośrednikom środki pieniężne i fundusze (w formie oszczędności). Jeśli dołożymy do tego indywidualnych inwestorów i ich naturalną lub podszytą chciwością, mówiąc pejo­ratywnie (w odniesieniu do niektórych nie będzie to przesada) – jeżeli dołożymy ich pogoń za wysoką rentą – otrzymamy zakorzenioną głęboko w człowieku i jego działaniach podstawę zjawisk, określanych niekiedy mianem „bańki spekulacyjnej”, która – będąc czymś, co jest nadmiernie napompowane i puste w środku – pęka w najmniej oczekiwanym momencie, doprowadzając do ruiny wielu, którzy pośrednio lub bezpośrednio stali się ofiarami nadmuchiwania tego „czegoś”, co w wartości wymiennej zbytnio oderwało się od swojej realnej war­tości użytkowej…

W wymianie wszelkich dóbr uczestniczy pieniądz, więc w pierwszej kolejności sfera gospodarki finansami (zwłaszcza pieniądz pożyczkowy z natury poszukują­cy wysokiej renty) pada ofiarą pęknięcia bańki speku­lacyjnej. – Oto „coś”, co miało dużą cenę wyrażoną w mierniku pieniężnym (udostępnianym niejednokrotnie w wyniku licznych i łatwo dostępnych pożyczek) dzięki nakręcającym wartość wymienną transakcjom kupna, które przeważają nad transakcjami sprzedaży – z dnia na dzień traci swą wartość, gdy transakcje sprzedaży zaczynają przeważać nad transakcjami kupna. Giną w tym pieniądze realnie wydane, a pozostają niespłacone należności, których wątpliwa wartość nie pozostawia złudzeń.

W czasach, gdy pieniądz był kruszcowy lub bankno­ty miały oficjalnie pokrycie w odpowiednich ilościach szlachetnych metali – odwrót od instrumentów finan­sowych odnoszących się pierwotnie do czegoś z obszaru gospodarki realnej, wywierał gwałtowną presję na po­średników finansowych (banki), których rezerwy złota lub srebra okazywały się zbyt małe (instytucje pośred­nictwa finansowego na równi z innymi – pośrednio lub bezpośrednio – inwestowały w instrumenty, których wartość wymienna zwyżkowała) i nie mogły zaspokoić nagłego wzrostu zapotrzebowania na kruszec (pieniądz kruszcowy). Powodowało to kryzys finansów, który dodatkowo potęgował narastającą atmosferę braku za­ufania do wszystkiego, w czym upatrywano dotychczas jakąkolwiek wartość transakcyjną.

Odejście od pieniądza kruszcowego niewiele zmieniło (praktycznie nic) w istocie kryzysów finansowych, bę­dących następstwem pękania „baniek spekulacyjnych”. Zamiast rezerw złota współczesne instytucje pożyczko­we utrzymują rezerwy walut, które są daleko niewystar­czające w sytuacji, gdy z dnia na dzień wszyscy depozy­tariusze (w wyniku nagłej utraty zaufania) ruszyliby do kas bankowych, by zamienić swoje depozyty na gotów­kę. Próba ściągnięcia przez pośredników finansowych wszystkich swoich należności ze sfery gospodarki real­nej, zwłaszcza z tego obszaru, który podlegał spekulacji i na którym doszło do pęknięcia bańki – skazana jest na niepowodzenie, podobnie jak liczenie na pożyczkę od innych banków (kto dofinansuje bankruta?). Krajowy bank centralny zobowiązany jest jedynie do pokrywa­nie zaledwie pewnej część depozytów ludności… Zatem płynność finansowa sektora bankowego jawiła się i na­dal jawi wielu ekonomistom jako zadanie pierwszorzęd­ne w zaradzeniu następstwom rozbuchanej nadmiernie spekulacji…

DYSKUSJE

Między szkołami ekonomicznymi w okresach kryzysu narasta zażarta wymiana argumentów. Liberałowie, tuż po pęknięciu banki spekulacyjnej, znajdują się niejako w odwrocie. Bronią się po czasie, wskazując na błędy rządu i instytucji publicznych, mających tworzyć bez­pieczne ramy (automatyczne bezpieczniki koniunktury, jak powiedzielibyśmy za Miltonem Friedmanem) dla wolnej i nieskrępowanej gry sił rynkowych, zaś zwo­lennicy interwencjonizmu państwowego (keynesiści po wielkim kryzysie końca lat 20. XX w., obecnie zaś zwolennicy tzw. ekonomi instytucjonalnej) podnoszą od nowa argument o nieskuteczności rynków, doma­gając się większych regulacji i bardziej skutecznych ob­warowań, zwłaszcza w sektorze finansowym. Oskarżają liberałów o sprowokowanie zaistniałej sytuacji poprzez przymykanie oczu na istniejące regulacje lub jawne i bez żadnych hamulców obchodzenie wszelkich aktualnie funkcjonujących obwarowań, będących następstwem większości minionych kryzysów finansowych, które przeradzały się w dotkliwe recesje gospodarcze.

ODROBINA HISTORII

W swojej dobrze udokumentowanej książce „Historia spekulacji finansowych”, Edward Chancellor obejmuje okres od XVII wieku po rok 2001 (w wydaniu polskim). Nie ma w niej wprawdzie mowy o dzisiejszym kryzysie, ale po prześledzeniu historii wszystkich wcześniejszych, łatwo możemy uchwycić naturę obecnego jak też wszel­kich innych, będących następstwem pękania baniek spe­kulacyjnych na jakimś polu aktywności gospodarczej, do którego odnoszą się (podobne jak do wszystkich innych obszarów gospodarki realnej) instrumenty finansowe. Współcześnie w Ameryce doszło do pęknięcia bańki na ogromną skalę. Obszarem nadmiernego pompowania wartości transakcyjnej, za którą stał łatwy kredyt hipo­teczny, były nieruchomości (domy mieszkalne ogrom­nej liczby Amerykanów), więc problem jest szerszej na­tury (jego materia nie dotyczy tylko zagadnień sektora finansowego) – jest to problem także społeczny.

Nowożytną historię spekulacji finansowych (tak to generalnie ujmuje wspomniany E. Chancellor) rozpo­czyna tulipanomania. W siedemnastowiecznej Holandii wyścig spekulacyjny za dobrem rzadkim, jakim miała być cebulka czarnego tulipana, doprowadził w pewnym momencie do sytuacji, gdzie cena cebulki równała się wartości kamienicy w Amsterdamie… Pod zastaw tak wartościowej cebulki można było mocno się zapożyczyć, następnie, gdy cena spekulacyjna nadal zwyżkowała – można było sprzedać cebulkę, spłacić długi i jeszcze nie­źle na tym zarobić…

Mechanizm powyższy obecny jest we wszystkich procesach spekulacyjnych. Zmieniają się tylko rodzaje „cebulek”. Były nimi akcje spółek nurkowych w Anglii w latach 90. XVII wieku, były akcje Kompanii Mórz Południowych w latach 1719-1720, były akcje firm bu­dujących kanały pomiędzy rzekami w drugiej połowie XVIII w., były akcje i obligacje związane z pożyczkami dla wyzwolonych krajów Ameryki Południowej w związ­ku z kopalniami, które – znajdując się w tych krajach – miały przynosić fortunę (wczesne lata 20. XIX w.), były akcje spółek kolejowych w latach 40. XIX w. w Anglii i w latach 60. w Ameryce Północnej, były wreszcie akcje licznych fabryk upowszechniających wynalazek auta czy radia w latach 20. XX wieku, były obligacje śmieciowe w USA pod rządami Reagana w latach 80. XX w., były akcje firm japońskich na przełomie lat 80. i 90. XX w. oraz akcje licznych firm internetowych pod koniec lat 90. XX w., ostatnio zaś nieruchomości i akcje banków udzielających kredytów na zakup domu…

Na ogół najgorzej na pęknięciu bańki wychodzą wszy­scy ci, których amok spekulacyjny chwycił jako ostat­nich. Nie oznacza to jednak, że pierwsi nie bywają w tej grze ostatnimi. Niektórzy, zarobiwszy początkowo na zwyżkowaniu ceny, wracają ponownie do gry w prze­świadczeniu, że powiedzie się im koleiny raz, wcześniej zaś zbytnio się pośpieszyli, a mogli przecież zarobić jeszcze więcej. Tragiczną ironią dziejów (trudno prze­widzieć jak zgubną dla fundamentów cywilizacji za­chodniej, opartej na ideale ekonomicznym związanym z posiadaniem nieruchomości) okazało się to, że w dzi­siejszej Ameryce Północnej „cebulkami” stały się domy mieszkalne ogromnej liczby ludzi. Natomiast dzięki ba­daniom z zakresu biologii, odkryto w końcu, że cebulka tzw. czarnego tulipana nie jest niczym niezwykłym – to po prostu sprawa zawirusowania, czyli tak naprawdę sprawa schorzenia rośliny, które to schorzenie daje re­zultat w postaci płatków kwiatu o ciemniejszej barwie…

Antoni Karol Chrzonstowski
Artykuł ukazał się w kwartalniku Myśl.pl, numer 12, zima 2008

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 67 »

Jak to się robi w Norwegii

Posted by Marucha w dniu 2009-11-23 (poniedziałek)

Szanowny Panie Redaktorze!

To dziwna opowieść…Opowieść o grupie cwaniaków, którzy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z pokracznej larwy przeistoczyli się w dumnego motyla. I to nie byle jakiego, bo upstrzonego po bokach hasłami obrony Ojczyzny, polskości, wiary katolickiej, czy czego tam chcecie. A było to tak…Być może było to tak…

Warszawa, początek lat 80-tych minionego wieku. Na głównym deptaku stolicy PRL poczłapuje 19-letni młodzian z tobołkiem na plecach. W rodzinnej wsi na Podlasiu, gdzie, pacholęciem będąc, bohatersko gonił krówki na łąkę, przezywano go Bundzio. To bolało, tym bardziej,że Bolek Teodorczuk dumny był ze swego królewskiego imienia.

To przeszłość. Teraz Bolej jest studentem jednej z renomowanych warszawskich uczelni. Wprawdzie dopiero kilka miesięcy,ale – zgódźmy sie – nie od razu Rzym zbudowano.

Bolek, szeregowy żaczek, ma pecha. Nieopatrznie, jak durny turysta nie odróżniający buhaja od jałówki, zostaje otoczony, wręcz wchłonięty przez manifestantów protestujących przeciwko stanowi wojennemu. Studencina zostaje wciągnięty do milicyjnej suki, dostaje kilka kopów w tyłek od nafaszerowanych prochami Panów Zomowców, trafia na dołek i w ten nieskomplikowany sposób zostaje kombatantem, co to własną piersia ochraniał rodaków przed wszeteczną komuną.

Bolek, pozornie poczciwy fajtłapa w przydużych okularach, w rzeczywistości facecik kuty na cztery nogi, wykorzystuje okazję. Dostaje od komuchów paszporcik w jedną stronę i już – myk – śmiga do Szwecji, pozostawiając trud konspiry krajowym frajerom.

Za chwilę widzimy go w Norwegii, potem szwęda się po Londynie, podobno na krótko nawiedza… Warszawę, wreszcie zapada decyzja… Norwegia, Norwegia to jest. Zresztą trudno się dziwić, boć potomkowie Wikingów łatwowierność wysysają z mlekiem matki. No jak tu nie przytulić biednego uchodźcę, jak nie dać mu koszulinyi jakowegoś mieszkanka.

Swym słynnym szóstym zmysłem, niedorobiony ekonomista społeczny Bolesław szybko ogarnia sytuację. – Nie jest źle- myśli.- Papu już mam, cztery kąty są, kraj jest bogaty, a pracy w bród- kontynuuje.

W końcu, wespół z kolegą, takim samym kombatantem z przypadku, prywatnie całkiem sympatycznym człowiekiem, zakłada małą firmę Bolek and Lolek Trading Service. Panowie myją kible, okna, malują ściany, gładzą podłogi- byle tylko zadowolić Norwega. Przy tym handlują czym się da.

Mijają lata, komuna pada, nasi wyposzczeni przez komuchów rodacy coraz większą gromadą nawiedzają ojczyznę fiordów. Później, w erze otwartych granic, następuje istny polski potop. W tak zwanym międzyczasie Bolek and Lolek Trading Service znika z areny dziejowej. W jej miejsce pojawia się firma o dumnej nazwie OSLONIA. Za chwilę bolkowo-lokowy duet zostaje uzupełniony o szczupłą na podobieństwp czapli sylwetkę Rolanda Karpia-Tatarczuka rodem z Jastrzebówki na Pokarpaciu. To człowiek-orkiestra. W przeszłości handlował rybami, był likwidatorem znanej firmy wydawniczej, niuchał, jak by tu przemycić podrabiane samochodowe foteliki dla dzieci, parał sie kryminologią… Jak na absolwenta Technikum Elektrycznego w miejscowości B. To dużo, bardzo dużo.

W konsekwencji ustala się pewien porządek. Bolesław zostaje konstytucyjnym monarchą firmy, Roland, niczym premier, de facto OSLONIĄ rządzi, natomiast biedny Lolek powolutku zostaje spuszcony na bocznicę.

Panowie mają pracę do wykonania.Najogólniej chodzi o zarobienie góry pieniędzy kosztem pracy rodaków.Oczywiście z pominięciem norweskiego fiskusa. To łatwe zadanie, Polak zgodzi się niemal na każdą stawkę godzinową, byle tylko zarabiać więcej niż kasjerka w sklepie Tesko. Cóż, takie niewolnicze pokolenie spaczone komuną i tym co powstało, po jej kontrolowanym upadku.

Zatem ustala się pewien schemat. Bolek i Lolek placą gówniane stawki, norweska skarbówka jest do cna rżnięta, rodacy coś tam mędzą pod nosem- najczęściej po wódce, gdy odwaga tanieje- najogólniej jednak jedzą swym patronom z ręki. A jak się nie podoba- spieprzaj dziadu do Polski.

Powrócmy jednak do naszego Bolesława, gdyż w przeciwieństwie do Rolanda, którego interesuje tylko forsa plus związane z nią sportowe hobby, ma ona jakby szersze plany. Otóżpostanawia zostać zbawcą Ojczyzny, a najkrótsza droga do sławy wiedzie przez politykę tudzież religię. To rozsądny wybór, chociaż kosztowny. A to trzeba jakiejś szyszce przekazać w kopercie kilka groszy- wiadomo, szyszki są cwane, nierzadko olewają donatora-, a to należy zasponsorować jakąś imprezę, wspomóc proboszcza budującego pomnik Chrystusa Króla et cetera, et cetera.

Zaiste, Bolek pcha się do polityki niczym niedźwiedź do beczki z miodem. Jednak spotykają go same rozczarowania. Autentyczna, solidarnościowa Polonia w Norwegii- nie taka zresztą liczna- albo go nie zna, albo ma złe zdanie. Cóż, bo to taki człowiek. Plotkarz, oszczerca- bardzo lubi np.snuć chore rojenia o homoseksualnych koneksjach swoich współpracowników, knowacz, psuj, mitoman- współtwórca stowarzyszeń, których członkowie zmieściliby się w jednym fotelu. Pic i fotomontaż. Krajowcy natomiast i owszem- przyjmują od niego prezenciki, ale nic ponad to. No, w końcu umieszczają go na liście wyborczej pewnej znanej, prawicowej partii politycznej. Na ostatnim miejscu, na ostatnim!!! Takiego brylanta, geniusza, stratega!!! Panie Boże, Ty widzisz i nie grzmisz!!!

A propos Pana Boga. Tak się składa, że Bolesław ma z nim same kłopoty. Pomijając fakt, że jest niedoszłym gwałcicielem- a tak, chciał zdeflorować pewną panienkę, ta bohatersko odmówiła, Bolkowi, pardon!, przyszło zlać się w porcieta- nasz bohater to istny sekciarz. Buduje jakieś kapliczki w miejscach pracy, uważa sie za świeckiego spowiednika, mamrocze o szatańskich spiskach… 500-600 lat temu skończył by na stosie. Owszem, popiera go kilku proboszczy- takich samych wariatów jak on, ale to grubo za mało by odgrywać ziemskiego następcę Chrystusa w Cierniowej Koronie. Zresztą ten Chrystus w zestawieniu z miotłą, odkurzaczem lub innym kärcherem wygląda nieco komicznie.

Prorokuję, że naszych bohaterów nei czeka w przyszłości ani nic złego, ani dobrego. Owszem, będą judzić, skłócać ludzi, robić kasę, niemniej w ramach ludowego powiedzonka- wyżej sra niż dupę ma. W przypadku Bolesława bedzie to jednak najdotkliwsza kara. Niespełniony Mojżesz zawsze cierpi…

Juranda Spychowska
* Wszelkie podobieństwa do osób żyjących sa oczywiście przypadkowe i niezamierzone.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 24 »

Młodzież Wszechpolska w sprawie wyboru tzw. prezydenta UE

Posted by Marucha w dniu 2009-11-23 (poniedziałek)

Stowarzyszenie Młodzież Wszechpolska wydała oświadczenie w związku z wyborem tzw. prezydenta UE, które w całości publikujemy poniżej:

Środowisko Młodzieży Wszechpolskiej wyraża zaniepokojenie doniesieniami medialnymi na temat wybranego w piątek pierwszego stałego Przewodniczącego Rady Unii Europejskiej, tzw. prezydenta UE, Hermana Van Rompuya.

Van Rompuy opowiada się za zastąpieniem symboli narodowych ogólnoeuropejskimi, wprowadzeniem przez Unię wspólnych podatków dla państw członkowskich, zwiększaniem kompetencji organów wspólnotowych kosztem parlamentów narodowych. Belgijski polityk ukazywany jest jako fanatyczny zwolennik federalizmu europejskiego, któremu to Młodzież Wszechpolska zdecydowanie się przeciwstawia. Za plecami mało znanych nowych przywódców unijnych większy wpływ na funkcjonowanie UE zapewnią sobie promotorzy Belga – Angela Merkel i Nicolas Sarkozy.

Sprzeciw wobec nowych władz Unii to nie tylko sprzeciw personalny wobec Van Rompuya i tzw. minister spraw zagranicznych UE Catherine Ashton, ale przede wszystkim sprzeciw wobec samym tym stanowiskom, wprowadzonym przez Trakat z Lizbony. To kolejny krok w kierunku utworzenia europejskiego ‘superpaństwa’, forsowanego przez eurokratów wbrew woli Europejczyków, którzy najpierw w referendach we Francji i Holandii, a później w pierwszym referendum w Irlandii, opowiedzieli się przeciwko takiemu modelowi europejskiej integracji. Sam ‘bankietowy’ sposób wyboru władz unijnych pokazuje jeszcze raz, jak instrumentalnie liderzy UE traktują powtarzane przez siebie hasła o demokracji.

Młodzież Wszechpolska opowiada się przeciwko unijnej biurokracji i stoi po stronie wolnych narodów Europy!

W imieniu Rady Naczelnej Młodzieży Wszechpolskiej
Daria Łatkowska

Od admina: Sam sposób „wyboru” prezydenta i ministerki świadczy o daleko zaawansowanej talmudycznej demokracji, jaka panuje od dawna w Unii. Decydujące stanowiska obsadzane są nie w drodze wyborów, ale na podstawie zakulisowych machlojek. „Lud” może sobie wybierać ludzi, którzy na nic wpływu nie mają.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 22 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 117 other followers