„Tzw. polityczny katolicyzm, polegający na głośnym przyznawaniu się do Kościoła bez istotnych zobowiązań w wyniku głoszonych haseł, prowadzić musi nieuchronnie do walki z Kościołem i jego nauką” (Tadeusz Gluziński)
Komentarz admina: jak dobrze powyższe zdanie pasuje do różnych Tusków, Komorowskich, Gronkiewiczów i całej tej plugawej bandy, której łże-hierarchowie polskiego Kościoła udzielają błogosławieństw i urządzają rekolekcje.
Szopka przed Pałacem Prezydenckim, której byliśmy (jesteśmy, będziemy w dalszym ciągu?) świadkami ma niewątpliwie jedną pozytywną cechę – wymusiła na nowo dyskusję na temat relacji Państwo-Kościół i być może skłoni niektóre narodowe środowiska do przewartościowania swoich postaw. Garstka krzykaczy u których emocje wygrały z rozumem skutecznie odwróciła uwagę od rzeczywistych problemów z którymi boryka się III RP. Jest swego rodzaju fenomenem, iż udaje im się jednocześnie odgrywać rolę użytecznych idiotów zarówno partii rządzącej, jak i rzekomych opozycjonistów z PiS. Ewenement na skalę światową. Powiedzenie o Polaku, który potrafi, nabiera w ten sposób nowego znaczenia. Odmawianie dziecku posoborowego katolicyzmu, jakim jest niewątpliwe Bronisław Komorowski, miana katolika, peany na rzecz Jarosława Kaczyńskiego i last but not least pojawiające się co rusz wśród tzw. obrońców krzyża porównania (sic!) niewątpliwej tragedii pod Smoleńskiem z masakrą polskiej elity w Katyniu mówią wszystko o formacji i rzeczywistych intencjach tych osobników. To typowi przedstawiciele „narodowego katolicyzmu”, konstrukcji ideowej w której odmienianie przez wszystkie przypadki słów Bóg” i „Ojczyzna” można porównać z odruchami Pawłowa, a myślenie traktowane jest jako zbędny balast na drodze do budowy wielkości Polski.
Ostatnie wydarzenia stały się także znakomitą okazją dla pogrobowców, cytując klasyka, „płatnych zdrajców pachołków Rosji” do wygrzebania z szafy postulatów świeckości państwa, a dla ich radykalniejszych kuzynów do ataków na samą Wiarę Katolicką. Janczarzy liberalizmu i nowoczesności znów mają swoje pięć minut, niektórzy komentatorzy pomrukują o „zapateryźmie” w wersji polskiej, który dzięki „krzyżowcom” może nabrać wiatru w żagle. Nic się nie dzieje bez przyczyny, wszystko ma swój początek, idee mają konsekwencje.
Dla wielu środowisk traktowanie Kościoła, a zwłaszcza jego hierarchów, jako “świętych krów” i kurczowe trzymanie się rąbka sutanny stało się po 1989 roku sposobem na zaistnienie. Wszelkie słowa krytyki pod adresem tej instytucji traktowane były jako zamach na tożsamość narodową, a ich autorzy od razu klasyfikowani jako „lewacy” (to wersja powszechniejsza) lub „Żydzi” (to wersja dla prawdziwych Polaków). Kto stał lub siedział blisko księży w ławkach kościelnych ten od razu był „lepszym” katolikiem.
Postępowanie zgodnie z etyka katolicką w życiu prywatnym i publicznym oraz wierność 2000 lat Tradycji zastąpione zostały przez puste deklaracje przed kamerami. Kościół miast skupić się przede wszystkim na pracy duszpasterskiej bez ogródek wyrażał poparcie dla konkretnych formacji politycznych tylko dlatego, iż ich liderzy krzyczeli głośniej niż inni o „obronie religii”.
Postawmy pytanie: czy w kraju, w którym rzekomo 95% społeczeństwa deklaruje się jako katolicy ktoś o zdrowych zmysłach zdecydowałby się na wywoływanie „wojen krzyżowych”, tudzież sporów o miejsce religii w życiu publicznym? Niestety nic nie ukryje fasadowości polskiego katolicyzmu i należy o tym wreszcie głośno mówić, a nie zaklinać rzeczywistość i krzykliwymi happeningami oddalać od siebie smutne realia. Hierarchowie wydają się być ukontentowani kondycją swoich “owieczek” i skupiają swoją aktywność na zarządzaniu topniejącą liczbą wiernych. Wprowadzenie w 1990 roku lekcji religii do szkół na drodze rozporządzenia zapewniło zajęcie dla tysięcy katechetów i księży, ale czy dało owoce na których powinno zależeć każdemu katolikowi? Z pewnością szkolna sala w połączeniu z “duchowymi nauczycielami” twierdzącymi, iż wszystkie religie są równe oraz gromadą młodzieży uczestniczącą w lekcjach religii z przyczyn wszelkich poza jedną – świadomą wolą rodziców wychowania dzieci na dobrych katolików – może przynieść fantastyczne rezultaty. Wystarczy spojrzeć na wprawiające w zdumienie statystki dotyczące praktykujących wiernych w Polsce, liczby powołań, akceptacji podstawowych prawd Wiary i wynikających z nauczania Kościoła zasad moralnych, a przede wszystkim na codzienną praktykę życia społecznego. Polska jest krajem katolickim, gdzie wszyscy (a szczególnie hierarchowie Kościoła) żyją dostatnio i nic nie zakłóca samozadowolenia zarządców tej oazy. Jednym słowem religijna i moralna Arkadia.
Tzw. obrońcy krzyża i zawsze czujni w takich momentach „narodowi katolicy” tak naprawdę nie różnią się typologicznie od prymitywnej tłuszczy, dla której walka z katolicyzmem lub z religią jako taka jest treścią życia i jedynym uzasadnieniem ich politycznych wyborów. Jedni deklamują „Bóg i Ojczyzna”, drudzy „Precz z krzyżami”, brak refleksji i niekonsekwencja to ich punkt styczny. Krzykacze z obu stron zapominają o tym, iż katolicyzm to coś więcej niż partyjne inklinacje i plemienne odczucia jako dominanta, to „tak tak, nie nie”, to wreszcie (coś dla proroków Nowego Wspaniałego Świata) pamięć o fundamentalnym znaczeniu religii katolickiej dla kształtowania się polskiej państwowości i rozwoju moralności i narodowej tożsamości. „Wojna krzyżowa” to także, a może przede wszystkim, bankructwo „narodowego katolicyzmu”, katolicyzmu płytkiego, swoistego fast-foodu na polu religijnym. Adepci tego nurtu nigdy nie wykazywali się szczególnie wybrednością, jeśli chodziło o wybór patronów lub formułowanie koncepcji na gruncie polityki. Wystarczyło, iż jakiś ksiądz powiedział coś o Żydach i już nakręcała się karuzela „ideowości” i peanów ku czci. Na kuriozum zakrawa zestawianie w jednym rzędzie św. Maksymiliana Marii Kolbego z dyrektorem pewnego radia, zwłaszcza w kontekście promowania przez to środowisko ekumenicznych aberracji, swego czasu pielgrzymek do Medjugorie oraz ordynarnym w swojej wymowie wspieraniem konkretnych ugrupowań politycznych. W czasach gdy niektórzy księża aspirują do miana „pracowników socjalnych”, są muzykami rockowymi, dlaczegóż nie ma być miejsca dla rozgrywających na scenie politycznej? Tym bardziej, iż efekty są piorunujące…..Wierna klientela „narodowa” wszystko wybaczy, wystarczy iż na antenie zabrzmi głos kolejnego Tomasza z Hamburga czy Stanisława z Kanady, dostanie się jak zwykle „Żydom” (jakież to radykalne!) i ekstaza gwarantowana. [Nie jest to prawda. Radio Maryja wręcz unika wypowiedzi o Żydach. - admin]
Wydaje się iż polskiemu nacjonalizmowi brakuje zdrowego „antyklerykalizmu” a la Jose Antonio Primo de Rivera, który pozwoliłby trzeźwo spojrzeć na rzeczywistość, a nie żyć w świecie mitologii. Kościół dzisiejszy, a Kościół epoki w której powstawała broszura Romana Dmowskiego „Kościół, Naród i Państwo” to wbrew pozorom odrębne społeczności. Znany konserwatywny polityk i publicysta amerykański Patrick Buchanan, którego można nie lubić za pewne niezrozumiałe opinie dotyczące historii Polski, pisał: “Kościół stracił swojego wojowniczego ducha z lat 40 i 50-tych, gdy ekumenizm nie istniał dla nas, gdy kroczyliśmy od zwycięstwa do zwycięstwa”. Porównajmy sytuację w Hiszpanii, Francji, Holandii jeszcze 60 lat temu z ta dzisiejszą. Wszystkiego nie da się i nie można tłumaczyć zmianami cywilizacyjnymi, rewolucją seksualną, hegemonią tzw. lewicy na gruncie kultury. Ryba psuje się od głowy, ale o tym „narodowi katolicy” i tym podobne środowiska instrumentalnie traktujące religię wydają się zapominać. Strach przed potępieniem ze strony „prawdziwych Polaków” i utratą przychylnego spojrzenia części hierarchii paraliżuje, szkoda tylko, iż zderzenie z rzeczywistością może w pewnym momencie okazać się równie brutalne jak miało to miejsce w ojczyźnie Cervantesa. Nacjonalista nie potrafiący odróżnić sfery religii i sfery polityki jak pokazuje historia szkodzi zarówno jednej, jak i drugiej. Takiego rozdziału brakuje we współczesnej polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, a fakt ten wywołuje czasami wrażenie, iż mamy do czynienia z kółkami różańcowymi w polityce lub jak kto woli politykami w kółkach różańcowych. Mającym problemy z oddaniem tego co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi, “politycznym “ewangelizatorom”, jeśli ich intencje są szczere, wypada polecić zaangażowanie się w działalność licznych stowarzyszeń religijnych lub znalezienie najbliższego (oczywiście tradycyjnego) seminarium i w ten sposób przysłużenie się nie tylko Bogu, ale również Ojczyźnie. Bezwzględna obrona zasad moralnych i etyki katolickiej, przypominanie o roli Kościoła w historii Polski, wreszcie katolicyzm kompletny, a więc 2000 lat Tradycji zamiast jednego pontyfikatu, to postulaty, które dla mnie osobiście są odwrotnością spektaklu, jaki obserwowaliśmy w Polsce po tzw. transformacji politycznej. Przeróżnej maści hieny starały się i wciąż starają wykorzystać do swoich celów zaistniałą sytuację. Tematu relacji Państwo-Kościół z wiadomych względów nie podejmują środowiska „narodowe”, które już dawno zrezygnowały z aspiracji do ogrywania roli niezależnego podmiotu na scenie politycznej (rola przystawek jest spełnieniem marzeń), a cele polityczne zastąpiła „praca wychowawcza”. Zawsze sądziłem, iż to jest domena rodziny, ale jak to mówią panta rei…
Wpisanie do ustawy zasadniczej krótkiego tekstu: „Religią katolicka jest jedyną oficjalną religią państwa” nie powinno chyba nastręczać problemów w prawdziwie katolickim kraju, jakim jest rzekomo III RP. Dziwnym trafem podobny zapis znalazł się w projekcie konstytucji bardzo postępowego skądinąd tworu jakim była Włoska Republika Społeczna, w której wszak pierwsze skrzypce grali były socjalista i antyklerykał Benito Mussolini i były komunista Nicola Bombacci. Dziś nie byłoby to możliwe, po pierwsze nie chce tego posoborowy Kościół, po drugie byłoby to wbrew demoliberalnej formacji polityków, którzy nawet gdy epatują „narodowo-katolicką” retoryką muszą uwzględniać współczesne nauczanie hierarchów w tej kwestii, oczekiwania (lub raczej ich brak) polskich wybiórczych katolików i postępującą laicyzację. Likwidacja takich instytucji jak Komisja Majątkowa i zaprzestanie demoralizującego dofinansowywania Kościoła (połączone z możliwością przekazania części podatku na jego rzecz) przez państwo z wyjątkiem działalności charytatywnej, opiekuńczej i konserwacji zabytkowych obiektów sakralnych , szybko ukazałoby rzeczywistą kondycję Kościoła Rzymskokatolickiego i zdolność do poświęceń ze strony jego wiernych w „ najbardziej katolickim” kraju Europy. Status quo póki co gwarantuje spokojny sen hierarchom i bierne przyglądanie się procesom, które prędzej czy później przybliżą nas (niestety) do realiów znanych w zachodniej Europie. Szczerej i opartej na rozumie a nie jedynie emocjach Wierze nie po drodze jest z krzykliwym i fasadowym „narodowym katolicyzmem”, dla którego status quo jest również zadowalający, gdyż gwarantuje przede wszystkim egzystencję przeróżnym ugrupowaniom politycznym tego nurtu. Wszystko inne nie ma znaczenia. Akcentowanie i podkreślanie przez “narodowo-katolickich krzyżowców” przy każdej możliwej okazji (zwłaszcza przed kamerami) swojej religijności, jej niesłychanej jakości i wyjątkowości w konfrontacji ze “zgniłym światem” to w rzeczywistości ukrycie własnych kompleksów, mizernej formacji duchowej i politycznej. Groteskowe zawody w konkurencji “kto krzyczy głośniej Bóg, Honor, Ojczyzna” kończą się z reguły casusem byłego premiera Marcinkiewicza i tym podobnych medialnych ortodoksów. Karuzela kręci się dalej, choć bankructwo widać jak na dłoni, a i historia brutalnie rozprawia się ze wszystkimi, którzy nie wyciągają wniosków z przeszłości. Szkoda tylko, że po raz kolejny ucierpi Wiara i mająca stać na straży jej depozytu instytucja. Polityczny katolicyzm przynosi opłakane skutki i budzi demony. Tak wybitna postać jak Tadeusz Gluziński nie mógł się mylić. (WT)
http://www.nacjonalista.pl/2010/08/16/wt-zaklinacze-rzeczywistosci-czyli-rzecz-o-bankructwie-%E2%80%9Enarodowego-katolicyzmu%E2%80%9D.html#comments
Komentarz admina: tekst jest bardzo kontrowersyjny, szczególnie wrzucanie wszystkich “narodowych katolików” do jednego worka. Autor z jednej strony broni wiary, z drugiej postuluje zaistnienie “zdrowego antyklerykalizmu”, czyli “zdrowej choroby”. No, ale nie będę wyręczał gości gajówki w komentarzach…