Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archiwum dla Sierpień 16th, 2010

Gospodarczo-dyplomatyczna nędza Tuska

Posted by Marucha w dniu 2010-08-16 (poniedziałek)

Najlepsi gospodarczo i najsprawniejsi dyplomatycznie robią największe interesy. Aby uzyskać lukratywny kontrakt na zagranicznych rynkach koncern czy duża firma potrzebuje wsparcia rodzimej dyplomacji i rządu. Chcąc dotrzymać tempa w ekonomicznym i technologicznym wyścigu państwo musi mieć nie tylko koncerny i duże firmy. Parafrazując powiedzenie Legii Cudzoziemskiej na geoekonomicznej szachownicy świata obowiązuje hasło: „maszeruj albo giń!”. Ci, którzy nie nadążają giną, czyli inaczej mówiąc nie tylko są wypychani z rynków przez konkurencję, ale także stają się gospodarczą neokolonią silniejszych i sprawniejszych gospodarczo państw. Takie są reguły tej gry.

Powszechnie funkcjonuje powiedzenie, że „kapitał nie ma narodowości”, ale jeśli przyjrzymy się uważniej, to okazuje się, że działające w Niemczech duże przedsiębiorstwa w znacznej części kontrolowane są przez kapitał niemiecki; podobnie jak firmy działające we Francji w dużym stopniu kontrolowane są przez kapitał francuski, w Wielkiej Brytanii zaś- przez brytyjski, a w USA- przez amerykański. W tych krajach można dostrzec zjawisko własności państwowej, złotej akcji Skarbu Państwa w firmach prywatnych i fakt, iż zamówienia rządowe kierowane są wyłącznie do „swoich” koncernów.

Państwa stosują także inne bardziej dyskrecjonalne, ale nie mniej skuteczne metody kontrolowania przedsiębiorstw. Przedstawiciele wielkich koncernów to często quasi-dyplomaci rządowi, koncerny posiadają swego rodzaju paradyplomację, która rekrutuje się z urzędników administracji rządowej.
Klasycznym tego przykładem są USA. W ekipie prezydenta George’a Busha ludzie powiązani z sektorem naftowym i energetycznym byli silnie reprezentowani, żeby wymienić wiceprezydenta Dick’a Cheney`a, który kierował gigantem w przemyśle naftowym firmą Halliburton w latach 1995-2000, czy doradczynię prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Condoleezzę Rice, która 10 lat przepracowała w zarządzie Chevron Texaco.

W cywilizowanych krajach strategia ekonomiczna, polityczna, dyplomatyczna i wojskowa są ze sobą wzajemnie powiązane, a zjawisko rotacji kadr pomiędzy koncernami i dużymi firmami a administracją rządową jest normą. Promocja interesów koncernów i firm jest jednym z ważnych obowiązków państwa, które prowadzi swoją politykę zagraniczną także przez korporacje przemysłowe, konsorcja finansowe i banki.

Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w Gospodarka | Komentarzy: 23 »

Bojkot Izraela przestępstwem we Francji?

Posted by Marucha w dniu 2010-08-16 (poniedziałek)

Minister spraw wewnętrznych Francji nazwał „zbrodnią” nawoływanie do bojkotu izraelskich produktów, który we Francji organizuje grupa związana z kampanią Boycott Divestment Sanctions. W związku z prowadzoną przez Izrael terrorystyczną polityką względem Palestyny, na całym świecie organizowane są oddolne akcje bojkotu izraelskich produktów; organizują je najróżniejsze grupy i organizacje, wliczając w to m.in. związki zawodowe.

Minister Brice Hortefeux w liście do Centrum Wiesenthala napisał, że jego uwagę na działania antyizraelskich demonstrantów zwróciły akty usuwania izraelskich produktów z niektórych sklepów i publicznego ich niszczenia. O incydentach takich w zeszłym miesiącu poinformował ministra paryski dyrektor Centrum Wiesenthala ds. międzynarodowych, Shimon Samuels.

Mimo, że działania takie mogłyby być postrzegane jako kradzież lub akt wandalizmu, minister poszedł krok dalej. Powiedział on, że nawoływanie do bojkotu produktów pochodzących z Izraela stanowi akt dyskryminacji i przestępstwo motywowane rasowo. Zapowiedział również podjęcie kroków prawnych przeciwko demonstrantom nawołującym do bojkotu. Samuels określił ten wniosek jako „budujący”.

Głos zabrał również związany z Centrum rabin Abraham Cooper, który wyraził „zaniepokojenie kontynuacją demonizowania Izraela na wielu płaszczyznach” oraz nadzieję na prawną reakcję francuskiego rządu przeciwko organizatorom bojkotu.

Za: autonom.pl

Opublikowany w Gospodarka, Polityka | Komentarzy: 21 »

Zaklinacze rzeczywistości, czyli rzecz o bankructwie „narodowego katolicyzmu”

Posted by Marucha w dniu 2010-08-16 (poniedziałek)

„Tzw. polityczny katolicyzm, polegający na głośnym przyznawaniu się do Kościoła bez istotnych zobowiązań w wyniku głoszonych haseł, prowadzić musi nieuchronnie do walki z Kościołem i jego nauką” (Tadeusz Gluziński)

Komentarz admina: jak dobrze powyższe zdanie pasuje do różnych Tusków, Komorowskich, Gronkiewiczów i całej tej plugawej bandy, której łże-hierarchowie polskiego Kościoła udzielają błogosławieństw i urządzają rekolekcje.

Szopka przed Pałacem Prezydenckim, której byliśmy (jesteśmy, będziemy w dalszym ciągu?) świadkami ma niewątpliwie jedną pozytywną cechę – wymusiła na nowo dyskusję na temat relacji Państwo-Kościół i być może skłoni niektóre narodowe środowiska do przewartościowania swoich postaw. Garstka krzykaczy u których emocje wygrały z rozumem skutecznie odwróciła uwagę od rzeczywistych problemów z którymi boryka się III RP. Jest swego rodzaju fenomenem, iż udaje im się jednocześnie odgrywać rolę użytecznych idiotów zarówno partii rządzącej, jak i rzekomych opozycjonistów z PiS. Ewenement na skalę światową. Powiedzenie o Polaku, który potrafi, nabiera w ten sposób nowego znaczenia. Odmawianie dziecku posoborowego katolicyzmu, jakim jest niewątpliwe Bronisław Komorowski, miana katolika, peany na rzecz Jarosława Kaczyńskiego i last but not least pojawiające się co rusz wśród tzw. obrońców krzyża porównania (sic!) niewątpliwej tragedii pod Smoleńskiem z masakrą polskiej elity w Katyniu mówią wszystko o formacji i rzeczywistych intencjach tych osobników. To typowi przedstawiciele „narodowego katolicyzmu”, konstrukcji ideowej w której odmienianie przez wszystkie przypadki słów Bóg” i „Ojczyzna” można porównać z odruchami Pawłowa, a myślenie traktowane jest jako zbędny balast na drodze do budowy wielkości Polski.

Ostatnie wydarzenia stały się także znakomitą okazją dla pogrobowców, cytując klasyka, „płatnych zdrajców pachołków Rosji” do wygrzebania z szafy postulatów świeckości państwa, a dla ich radykalniejszych kuzynów do ataków na samą Wiarę Katolicką. Janczarzy liberalizmu i nowoczesności znów mają swoje pięć minut, niektórzy komentatorzy pomrukują o „zapateryźmie” w wersji polskiej, który dzięki „krzyżowcom” może nabrać wiatru w żagle. Nic się nie dzieje bez przyczyny, wszystko ma swój początek, idee mają konsekwencje.

Dla wielu środowisk traktowanie Kościoła, a zwłaszcza jego hierarchów, jako “świętych krów” i kurczowe trzymanie się rąbka sutanny stało się po 1989 roku sposobem na zaistnienie. Wszelkie słowa krytyki pod adresem tej instytucji traktowane były jako zamach na tożsamość narodową, a ich autorzy od razu klasyfikowani jako „lewacy” (to wersja powszechniejsza) lub „Żydzi” (to wersja dla prawdziwych Polaków). Kto stał lub siedział blisko księży w ławkach kościelnych ten od razu był „lepszym” katolikiem.

Postępowanie zgodnie z etyka katolicką w życiu prywatnym i publicznym oraz wierność 2000 lat Tradycji zastąpione zostały przez puste deklaracje przed kamerami. Kościół miast skupić się przede wszystkim na pracy duszpasterskiej bez ogródek wyrażał poparcie dla konkretnych formacji politycznych tylko dlatego, iż ich liderzy krzyczeli głośniej niż inni o „obronie religii”.

Postawmy pytanie: czy w kraju, w którym rzekomo 95% społeczeństwa deklaruje się jako katolicy ktoś o zdrowych zmysłach zdecydowałby się na wywoływanie „wojen krzyżowych”, tudzież sporów o miejsce religii w życiu publicznym? Niestety nic nie ukryje fasadowości polskiego katolicyzmu i należy o tym wreszcie głośno mówić, a nie zaklinać rzeczywistość i krzykliwymi happeningami oddalać od siebie smutne realia. Hierarchowie wydają się być ukontentowani kondycją swoich “owieczek” i skupiają swoją aktywność na zarządzaniu topniejącą liczbą wiernych. Wprowadzenie w 1990 roku lekcji religii do szkół na drodze rozporządzenia zapewniło zajęcie dla tysięcy katechetów i księży, ale czy dało owoce na których powinno zależeć każdemu katolikowi? Z pewnością szkolna sala w połączeniu z “duchowymi nauczycielami” twierdzącymi, iż wszystkie religie są równe oraz gromadą młodzieży uczestniczącą w lekcjach religii z przyczyn wszelkich poza jedną – świadomą wolą rodziców wychowania dzieci na dobrych katolików – może przynieść fantastyczne rezultaty. Wystarczy spojrzeć na wprawiające w zdumienie statystki dotyczące praktykujących wiernych w Polsce, liczby powołań, akceptacji podstawowych prawd Wiary i wynikających z nauczania Kościoła zasad moralnych, a przede wszystkim na codzienną praktykę życia społecznego. Polska jest krajem katolickim, gdzie wszyscy (a szczególnie hierarchowie Kościoła) żyją dostatnio i nic nie zakłóca samozadowolenia zarządców tej oazy. Jednym słowem religijna i moralna Arkadia.

Tzw. obrońcy krzyża i zawsze czujni w takich momentach „narodowi katolicy” tak naprawdę nie różnią się typologicznie od prymitywnej tłuszczy, dla której walka z katolicyzmem lub z religią jako taka jest treścią życia i jedynym uzasadnieniem ich politycznych wyborów. Jedni deklamują „Bóg i Ojczyzna”, drudzy „Precz z krzyżami”, brak refleksji i niekonsekwencja to ich punkt styczny. Krzykacze z obu stron zapominają o tym, iż katolicyzm to coś więcej niż partyjne inklinacje i plemienne odczucia jako dominanta, to „tak tak, nie nie”, to wreszcie (coś dla proroków Nowego Wspaniałego Świata) pamięć o fundamentalnym znaczeniu religii katolickiej dla kształtowania się polskiej państwowości i rozwoju moralności i narodowej tożsamości. „Wojna krzyżowa” to także, a może przede wszystkim, bankructwo „narodowego katolicyzmu”, katolicyzmu płytkiego, swoistego fast-foodu na polu religijnym. Adepci tego nurtu nigdy nie wykazywali się szczególnie wybrednością, jeśli chodziło o wybór patronów lub formułowanie koncepcji na gruncie polityki. Wystarczyło, iż jakiś ksiądz powiedział coś o Żydach i już nakręcała się karuzela „ideowości” i peanów ku czci. Na kuriozum zakrawa zestawianie w jednym rzędzie św. Maksymiliana Marii Kolbego z dyrektorem pewnego radia, zwłaszcza w kontekście promowania przez to środowisko ekumenicznych aberracji, swego czasu pielgrzymek do Medjugorie oraz ordynarnym w swojej wymowie wspieraniem konkretnych ugrupowań politycznych. W czasach gdy niektórzy księża aspirują do miana „pracowników socjalnych”, są muzykami rockowymi, dlaczegóż nie ma być miejsca dla rozgrywających na scenie politycznej? Tym bardziej, iż efekty są piorunujące…..Wierna klientela „narodowa” wszystko wybaczy, wystarczy iż na antenie zabrzmi głos kolejnego Tomasza z Hamburga czy Stanisława z Kanady, dostanie się jak zwykle „Żydom” (jakież to radykalne!) i ekstaza gwarantowana. [Nie jest to prawda. Radio Maryja wręcz unika wypowiedzi o Żydach. - admin]

Wydaje się iż polskiemu nacjonalizmowi brakuje zdrowego „antyklerykalizmu” a la Jose Antonio Primo de Rivera, który pozwoliłby trzeźwo spojrzeć na rzeczywistość, a nie żyć w świecie mitologii. Kościół dzisiejszy, a Kościół epoki w której powstawała broszura Romana Dmowskiego „Kościół, Naród i Państwo” to wbrew pozorom odrębne społeczności. Znany konserwatywny polityk i publicysta amerykański Patrick Buchanan, którego można nie lubić za pewne niezrozumiałe opinie dotyczące historii Polski, pisał: “Kościół stracił swojego wojowniczego ducha z lat 40 i 50-tych, gdy ekumenizm nie istniał dla nas, gdy kroczyliśmy od zwycięstwa do zwycięstwa”. Porównajmy sytuację w Hiszpanii, Francji, Holandii jeszcze 60 lat temu z ta dzisiejszą. Wszystkiego nie da się i nie można tłumaczyć zmianami cywilizacyjnymi, rewolucją seksualną, hegemonią tzw. lewicy na gruncie kultury. Ryba psuje się od głowy, ale o tym „narodowi katolicy” i tym podobne środowiska instrumentalnie traktujące religię wydają się zapominać. Strach przed potępieniem ze strony „prawdziwych Polaków” i utratą przychylnego spojrzenia części hierarchii paraliżuje, szkoda tylko, iż zderzenie z rzeczywistością może w pewnym momencie okazać się równie brutalne jak miało to miejsce w ojczyźnie Cervantesa. Nacjonalista nie potrafiący odróżnić sfery religii i sfery polityki jak pokazuje historia szkodzi zarówno jednej, jak i drugiej. Takiego rozdziału brakuje we współczesnej polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, a fakt ten wywołuje czasami wrażenie, iż mamy do czynienia z kółkami różańcowymi w polityce lub jak kto woli politykami w kółkach różańcowych. Mającym problemy z oddaniem tego co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi, “politycznym “ewangelizatorom”, jeśli ich intencje są szczere, wypada polecić zaangażowanie się w działalność licznych stowarzyszeń religijnych lub znalezienie najbliższego (oczywiście tradycyjnego) seminarium i w ten sposób przysłużenie się nie tylko Bogu, ale również Ojczyźnie. Bezwzględna obrona zasad moralnych i etyki katolickiej, przypominanie o roli Kościoła w historii Polski, wreszcie katolicyzm kompletny, a więc 2000 lat Tradycji zamiast jednego pontyfikatu, to postulaty, które dla mnie osobiście są odwrotnością spektaklu, jaki obserwowaliśmy w Polsce po tzw. transformacji politycznej. Przeróżnej maści hieny starały się i wciąż starają wykorzystać do swoich celów zaistniałą sytuację. Tematu relacji Państwo-Kościół z wiadomych względów nie podejmują środowiska „narodowe”, które już dawno zrezygnowały z aspiracji do ogrywania roli niezależnego podmiotu na scenie politycznej (rola przystawek jest spełnieniem marzeń), a cele polityczne zastąpiła „praca wychowawcza”. Zawsze sądziłem, iż to jest domena rodziny, ale jak to mówią panta rei…

Wpisanie do ustawy zasadniczej krótkiego tekstu: „Religią katolicka jest jedyną oficjalną religią państwa” nie powinno chyba nastręczać problemów w prawdziwie katolickim kraju, jakim jest rzekomo III RP. Dziwnym trafem podobny zapis znalazł się w projekcie konstytucji bardzo postępowego skądinąd tworu jakim była Włoska Republika Społeczna, w której wszak pierwsze skrzypce grali były socjalista i antyklerykał Benito Mussolini i były komunista Nicola Bombacci. Dziś nie byłoby to możliwe, po pierwsze nie chce tego posoborowy Kościół, po drugie byłoby to wbrew demoliberalnej formacji polityków, którzy nawet gdy epatują „narodowo-katolicką” retoryką muszą uwzględniać współczesne nauczanie hierarchów w tej kwestii, oczekiwania (lub raczej ich brak) polskich wybiórczych katolików i postępującą laicyzację. Likwidacja takich instytucji jak Komisja Majątkowa i zaprzestanie demoralizującego dofinansowywania Kościoła (połączone z możliwością przekazania części podatku na jego rzecz) przez państwo z wyjątkiem działalności charytatywnej, opiekuńczej i konserwacji zabytkowych obiektów sakralnych , szybko ukazałoby rzeczywistą kondycję Kościoła Rzymskokatolickiego i zdolność do poświęceń ze strony jego wiernych w „ najbardziej katolickim” kraju Europy. Status quo póki co gwarantuje spokojny sen hierarchom i bierne przyglądanie się procesom, które prędzej czy później przybliżą nas (niestety) do realiów znanych w zachodniej Europie. Szczerej i opartej na rozumie a nie jedynie emocjach Wierze nie po drodze jest z krzykliwym i fasadowym „narodowym katolicyzmem”, dla którego status quo jest również zadowalający, gdyż gwarantuje przede wszystkim egzystencję przeróżnym ugrupowaniom politycznym tego nurtu. Wszystko inne nie ma znaczenia. Akcentowanie i podkreślanie przez “narodowo-katolickich krzyżowców” przy każdej możliwej okazji (zwłaszcza przed kamerami) swojej religijności, jej niesłychanej jakości i wyjątkowości w konfrontacji ze “zgniłym światem” to w rzeczywistości ukrycie własnych kompleksów, mizernej formacji duchowej i politycznej. Groteskowe zawody w konkurencji “kto krzyczy głośniej Bóg, Honor, Ojczyzna” kończą się z reguły casusem byłego premiera Marcinkiewicza i tym podobnych medialnych ortodoksów. Karuzela kręci się dalej, choć bankructwo widać jak na dłoni, a i historia brutalnie rozprawia się ze wszystkimi, którzy nie wyciągają wniosków z przeszłości. Szkoda tylko, że po raz kolejny ucierpi Wiara i mająca stać na straży jej depozytu instytucja. Polityczny katolicyzm przynosi opłakane skutki i budzi demony. Tak wybitna postać jak Tadeusz Gluziński nie mógł się mylić. (WT)

http://www.nacjonalista.pl/2010/08/16/wt-zaklinacze-rzeczywistosci-czyli-rzecz-o-bankructwie-%E2%80%9Enarodowego-katolicyzmu%E2%80%9D.html#comments

Komentarz admina: tekst jest bardzo kontrowersyjny, szczególnie wrzucanie wszystkich “narodowych katolików” do jednego worka. Autor z jednej strony broni wiary, z drugiej postuluje zaistnienie “zdrowego antyklerykalizmu”, czyli “zdrowej choroby”. No, ale nie będę wyręczał gości gajówki w komentarzach…

Opublikowany w Kościół, Polityka | Komentarzy: 22 »

„Bitwę Warszawską wygrałem ja”

Posted by Marucha w dniu 2010-08-16 (poniedziałek)

W związku z 90. rocznicą Bitwy Warszawskiej przez media przewaliła się fala publikacji dotyczących roli Józefa Piłsudskiego w bitwie. Historycy, jak jeden mąż, wyśmiewali i deprecjonowali tezę, że w decydującym momencie zmagań Wódz Naczelny zwyczajnie się załamał i przestał dowodzić bitwą, ba, w przeddzień bitwy (12 sierpnia) poszedł do premiera Wincentego Witosa i jak gdyby nigdy nic złożył dymisję z zajmowanych stanowisk! Na pytanie zaskoczonego premiera, co ma z tym zrobić, odpowiedział: „Co pan uzna za stosowe”. Witos zataił dymisję, bo uznał, że ogłoszenie jej publicznie byłoby straszliwym ciosem w morale armii. Piłsudski opuścił Warszawę, najpierw pojechał do kochanki – Aleksandry Szczerbińskiej pod Tarnów, a dopiero potem do Puław. Ponaglony przez szefa sztabu generalnego gen. Tadeusza Rozwadowskiego – przyspieszył planowany atak znad Wieprza o jeden dzień, dołączając już do pościgu za cofającymi się już od paru dni bolszewikami.

Generał Tadeusz Jordan-Rozwadowski

Historycy w Polsce po 1989 roku uznają niemal za dogmat wszystkie tezy piłsudczykowskiej propagandy. Czynią to w stylu, który musi budzić uczucie zażenowania. Czy dochodzenie prawdy, i to sprzed 90 lat – to jest jakiś zamach na świętość? Czy ujawnienie jak było, sprawi, że Polska się zwali? Wolne żarty. Czytam oto wywiad z dr. Grzegorzem Nowikiem („Gazeta Wyborcza”, 14-15.08.2010) pod wymownym tytułem „Jak Piłsudski pobił Lenina”. Na pytanie redakcji o kontrowersje związane z bitwą, Nowik odpowiada: „Spór powstał po publikacji „Pierwszej wytycznej operacji warszawskiej” wybitnego historyka płk. Mariana Kukiela. Uważał on, że autorem planu Bitwy Warszawskiej 1920 r., a szczególnie kontrofensywy znad Wieprza był nie Piłsudski, ale gen. Tadeusz Rozwadowski. Tezy Kukiela w świetle badań prof. Wiesława Majewskiego oraz dr. Marka Tarczyńskiego, a także moich, są nie do utrzymania. Zresztą i Kukiel wycofał się z nich w 1928 r.”.

Humorystycznie brzmi zdanie „Kukiel wycofał się z nich w 1928 r.”. Było to dwa lata po zamachu majowym. W więzieniu przez rok gnił twórca zwycięstwa warszawskiego – gen. Tadeusz Rozwadowski. To była zemsta za ujawnienie tuż przed majem 1926 kulisów bitwy warszawskiej, po tym, jak Piłsudski w książce „Rok 1920” zdeprecjonował wszystkich generałów i tylko siebie uznał za zwycięzcę. Po wyjściu z więzienia Rozwadowski długo nie pożył. W takiej atmosferze, kiedy kult Piłsudskiego był obowiązującą ideologią – weryfikowanie swoich poprzednich poglądów było znaczące. Nowik przekonuje, że dzisiaj Kukiel przychyliłby się do jego tez, a argument za tym jest wręcz rozbrajający: „Kukiel nie wykorzystał najcenniejszego źródła – relacji Wodza Naczelnego”. Oczywiście, to jest rozstrzygające, relacja Naczelnego Wodza. Co innego inne relacje, te nie mają znaczenia – a chodzi tu o takie osoby jak: gen. T. Rozwadowski, W. Witos. Maciej Rataj (marszałek Sejmu), gen. Maxime Weygand oraz wiele innych. Wszystkie one jednoznacznie stwierdzają, że przez prawie dwa miesiące Piłsudski był w stanie kompletnego załamania psychicznego.

Wystarczy zresztą przejrzeć ogromne zbiory dokumentów z tego okresu (od czerwca 1920) – nie znajdziemy żadnego z podpisem Naczelnego Wodza! Pierwszy pochodzi dopiero z 15 sierpnia – jest nim rozkaz o ataku Grupy Uderzeniowej znad Wieprza. No i oczywiście jest nim także akt dymisji z 12 sierpnia, ale ten dokument był tajemnicą aż do 1962 roku! Obecnie ten dokument jest przez historyków ignorowany – mówią, że to był tylko pozór, bo Piłsudski nie chciał utrudniać rokowań z bolszewikami. Tyle tylko, że wcale tego Witosowi nie powiedział. Ale analiza faktów wskazuje, że po 12 sierpnia (a i wcześniej) faktycznym prowadzącym bitwę był gen. Rozwadowski. W zachowanych dokumentach mamy setki stron jego rozmów juzowych z dowódcami frontów, mamy dziesiątki narad i wizyt na pierwszej linii frontu. Gdzie był wtedy Wódz Naczelny? Nie zachowała się ani jedna fotografia przedstawiająca Piłsudskiego wśród żołnierzy, a przecież tak bardzo lubił fotografować się z wojskiem. Tych fotografii nie było, bo nie było go na froncie. Ale to nie wszystko – bitwę stoczono nie wedle rozkazu z 6 sierpnia (w jego wypracowaniu rzeczywiście brał udział Piłsudski), ale z 9 sierpnia, po tym, jak Rozwadowski dostrzegł nieaktualność tego pierwszego. Był to pisany ręcznie przez Rozwadowskiego rozkaz o fikcyjnym numerze 10.000. Został on upubliczniony w 1929 roku w książce „Generał Rozwadowski”. Charakterystyczne jest to, że podpis Piłsudskiego widnieje pod zdaniem „Zostają niniejszym informowani”. Jest tam kilkanaście nazwisk generałów. Wódz Naczelny „zostaje informowany”? Jak to rozumieć? Bardzo prosto – Piłsudski niejako poddawał się decyzji Rozwadowskiego co do prowadzenia bitwy, choć nie podobała mu się koncepcja uderzenia także na północy (5. Armia gen. W. Sikorskiego) – umył ręce, jakby mówiąc: „To niech Pan Generał walczy wedle swojej koncepcji, ale ja nie będę tego firmował”. I bitwę wedle koncepcji Rozwadowskiego przeprowadzono – 5. Armia uderzyła na kilka dni przed atakiem Grupy Uderzeniowej znad Wieprza, a Józefowi Hallerowi udało się przełamać bolszewików pod Radzyminem. Potem Piłsudski uważał, że działania Hallera i Sikorskiego były niepotrzebne, ale do kogo miał pretensje? Jeśli Naczelny Wódz tak mówi, to znaczy, że przyznaje, że nie miał wpływu na przebieg operacji, a więc faktycznie nie pełnił funkcji Naczelnego Wodza.

Nie wiem co ma na myśli dr Nowik mówiąc: „Ani Kukiel, ani historycy z komisji nie wiedzieli też, że część dokumentów sztabowych gen. Rozwadowski dekretował już po bitwie. Przed laty ujawnił to prof. Piotr Stawecki. Marian Kukiel zawierzył także zawodnej – zdaniem dr. Tarczyńskiego – pamięci szefa Sztabu Generalnego”. To już pachnie dosyć ordynarną próbą zdyskredytowania Rozwadowskiego wedle wskazań piłsudczykowskiej machiny propagandowej z lat 20. oskarżającej znanych generałów o „fałszowanie dokumentów”. Jak się też okazuje, pamięć szefa sztabu była zawodna, ale pamięć Naczelnego Wodza nie podlega dyskusji. A może i podpis Piłsudskiego na rozkazie nr 10.000 z 9 sierpnia też jest sygnowany później, a może i podrobiony?

Piłsudski był dzieckiem szczęścia, uratował się dzięki temu, że ludzie, z którymi współpracował w poczuciu odpowiedzialności za państwo nie wykorzystali okazji, by go zdyskredytować. Witos nie ogłosił jego dymisji, a Rozwadowski tłumił krytykę Naczelnego Wodza w sferach wojskowych, milcząc latami na temat prawdziwego przebiegu bitwy. W maju 1926 roku, po zajęciu siedziby premiera, piłsudczycy pierwsze co zrobili, to włamali się do szafy pancernej Witosa w poszukiwaniu aktu dymisji Piłsudskiego z dnia 12 sierpnia 1920. A Rozwadowskiego zwyczajnie, bez sądu, zamknięto w więzieniu. Miał tam gnić, bo – jak rzucił mu podczas ostatniej rozmowy Piłsudski: „Bitwę Warszawską wygrałem ja”. I nikt inny. I tak jest po dziś dzień.

PS. Jedyną książką naukową, która przedstawia wydarzenia z innej perspektywy, jest biografia autorstwa dr. Mariusza Patelskiego pt. „Generał broni Tadeusz Rozwadowski – żołnierz i dyplomata” (wyd. RYTM, Warszawa 2002). Znamienne jest jednak to, że Wydawca uzupełnił to wydanie swoim posłowiem, dystansując się od ustaleń autora. Napisał m.in.: „Jedno jest jednak pewne i nie budzi wątpliwości: Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski był Naczelnikiem Państwa, Przewodniczącym Rady Obrony Państwa, Naczelnym Wodzem i z racji swego stanowiska podejmował kluczowe decyzje oraz brał na siebie pełną odpowiedzialność wobec Boga i Historii”. Tak wygląda polska poprawność polityczna w wieku XXI.

Jan Engelgard, Nowa Myśl Polska

Opublikowany w Historia | Komentarzy: 61 »

Tytuł Bohatera Ukrainy dla Szuchewycza to był wielki błąd

Posted by Marucha w dniu 2010-08-16 (poniedziałek)

Za http://mercurius.myslpolska.pl/2010/08/tytul-bohatera-ukrainy-dla-szuchewycza-to-byl-wielki-blad/

Od redakcji: Poniżej prezentujemy fragment wywiadu, jaki ukazał się w ukraińskiej mutacji dziennika „Kommiersant”. Jest on ilustracją zmian jakie zachodzą obecnie na Ukrainie w sferze tzw. polityki historycznej. Oto fragment wywiadu:

Nowy szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UIPN) Walerij Sołdatenko krytycznie ocenia prace Instytutu w latach poprzednich, w szczególności przyznanie tytułu Bohatera Ukrainy Romanowi Szuchewyczowi i Stepanowi Banderze. W rozmowie z korespondentem Kommiersant Julią Rjabczun powiedział, że dotychczas nie znalazł żadnych dokumentów, które mogłyby stać się uzasadnieniem dla przyznania tych nagród.

Wśród wyników pracy Instytutu – uznanie Romana Szuchewycza za Bohatera Ukrainy, ogłoszenie roku 2009 rokiem Stepana Bandery, postawienie pomnika ofiarom Hołodomoru. Jak ocenia Pan krótką historię instytutu?
- Przed moim przyjściem UIPN zajmował się wyłącznie historią XX wieku. Ale czy możliwe jest zbudowanie całej pamięci narodowej jedynie na podstawie okresu lat 1917-1991, który jest oficjalnie nazwany „okresem niewoli”. Więc jak, pozostałe okresy w historii Ukrainy – to „okresy wolności”? Pamięci narodowej nie wolno ograniczyć do 70 lat. I kształtować pamięć powinny nie tylko wspomnienia o wyselekcjonowanych tragicznych procesach, takich jak na przykład represje z 1935 roku. Czy ruch narodowowyzwoleńczy z początku XX wieku, związany z nazwiskami Mikołaja Michnowskiego, Michaiła Hruszewskiego, Władymira Winniczenko, zasługuje na mniejszą uwagę z punktu widzenia wpływu na kształtowanie pamięci narodowej? Podczas swojej czteroletniej historii UIPN zrobił tylko pierwsze kroki w kierunku celu, dla którego został powołany, wzmocnienia statusu państwa. Zadanie polega na tym, aby iść dalej.

W jaki sposób po objęciu przez Was stanowiska będą wyjaśniane kontrowersyjne kwestie historyczne: Hołodomor, działalność OUN-UPA, wydarzenia II Wojny Światowej?
- Zmiany w naszym życiu polegają nie tylko na zmianie przywództwa państwa, Instytutu. Życie idzie do przodu, pojawiają się nowe wyzwania, nowe problemy. Musimy odpowiadać na wyzwania czasu i te obiektywne procesy będą mi podpowiadać, jako nowemu kierownikowi, w jakim kierunku pójść. Nie zamierzam w sposób nihilistyczny odnieść się do wcześniejszego dorobku Instytutu. Inną rzeczą jest to, jak skutecznie i efektywnie wykonywać zadania stojące obiektywnie przed instytutem? Myślę, że należy robić to z namysłem i rozsądnie, by nie wywoływać negatywnych emocji w społeczeństwie. Przy okazji, nie są mi znane (być może na razie – wszystkich publikacji nie przeczytałem), żadne dokumenty będące w dyspozycji pracowników Instytutu Pamięci Narodowej, z, powiedzmy, odtajnionych archiwalnych zasobów SBU, które mogłyby służyć jako przekonujące uzasadnienie dla radykalnej zmiany oceny działalności bojowników OUN-UPA, ich bezwzględnej gloryfikacji.

Na ile sprawiedliwe zatem było nadanie tytułu Bohatera Ukrainy Romanowi Szuchewyczowi i Stepanowi Banderze?
- Myślę, że to był wielki błąd – nie było warto tego robić, bo człowiek, który nosił stopień wojskowy państwa-agresora, walczącego nie tylko przeciwko Związkowi Radzieckiemu, ale przeciwko połowie Europy, nie może być bohaterem Ukrainy. Szuchewycz nosił stopień oficera Wehrmachtu. Przyznanie mu najwyższego tytułu – Bohatera – to przejaw braku odpowiedzialności, mówiąc obrazowo, co tylko chcemy, to robimy. Ale żadnych naukowych podstaw do nadawania tytułu nie było. W naukowych, akademickich środowiskach, decyzja ta została uznana za nieuzasadnioną. Decyzja ta była podyktowana względami politycznymi, ale w żadnym wypadku nie naukowymi. Przyznanie tytułu Bohatera Banderze i Szuchewyczowi stawia w złym świetle ukraińską politykę i polityków.

Jak, na marginesie, zareagował na powołanie Pana były szef UIPN Igor Juchnowski? Czy Pan spotkał się z nim?
- Ja odnoszę się do dokonań akademika Juchnowskiego z szacunkiem. Należy być mu wdzięcznym za to, że przez cztery lata stawiał bardzo trudne kroki w kierunku kształtowania pamięci narodowej. Nawet jeśli są kwestie, w których z nim się nie zgadzam, należy pamiętać, że pracownicy UIPN przede wszystkim wykonywali swoją pracę, rozwiązywali postawione przed nimi zadania. Ich celem nie było zaprowadzenie kraju w ideologiczną dżunglę. Pomimo tego, że obiektywna analiza powoduje konieczność ponownego zbadania spornych historycznych kwestii i wprowadzenia niezbędnych korekt.

Czy wraz z Pana przyjściem finansowanie UIPN i polityka kadrowa w instytucie ulegną zmianie?
- Teraz sytuacja z finansowaniem nie jest zadowalająca. Zgodnie z planem etatów w UIPN powinno pracować 105 osób a pracuje tylko 45. Wielu dziedzin po prostu nie da się objąć badaniami, przy takim zatrudnieniu. Na przykład, w grupie, która prowadzi zagadnienie Hołodomoru, teraz są aż dwie osoby! Czy możemy serio mówić, że ten problem jest obiektywnie i poważnie badany? Pilnie potrzebujemy wzmocnienia zasobów ludzkich. Nawet na wydziałach wyższych uczelni pracuje więcej naukowych specjalistów, niż tutaj. W UIPN jest tylko dwóch badaczy z tytułem naukowym doktora. Byłem bardzo zaskoczony, gdy usłyszałem o tym. Kształtować pamięć narodowej powinni ludzie, którzy mają kwalifikacje, aby zajmować się poważnymi projektami badawczymi.

Jakie praktyczne znaczenie dla obywateli Ukrainy będzie miała praca UIPN?
- Nasza praca będzie miała wielkie znaczenie. Możliwe, że dzięki nam będą zmienione programy nauczania historii Ukrainy. Możliwe, że pojawią się nowe państwowe święta. Przed moim przyjściem do Instytutu powstał zespół, który opracowywał program edukacyjny na temat historii. Zapoznałem się z koncepcją zespołu i ona mnie nie satysfakcjonuje z powodu braku obiektywności i tendencyjnego podejścia do wydarzeń. To nie jest podejście naukowe. Koncepcja powinna zostać przedyskutowana ze środowiskiem naukowym, wśród nauczycieli w szkołach i na uniwersytetach. To jedyny sposób, aby wybrać racjonalną drogę, a nie kołysać się jak wahadło z jednej historycznej skrajności w drugą. W podręcznikach dla szkół i uczelni musi zaistnieć najwyższej jakości idea historii Ukrainy! Mamy na zmianę, to koncepcję prorosyjską, to znowu antyrosyjską. Podstawą musi być nasz ukraiński interes – jaki taka czy inna decyzja miała wpływ na rozwój Ukrainy, narodu, ludzi i państwa. Na razie koniecznie chcemy dopasować się do jakiegoś obcego układu współrzędnych. Dlatego u nas jeden – to bohater, inny – zdrajca – a jutro oni zamieniają się miejscami.

Walerij Sołdatenko urodził się w mieście Selidowo w obwodzie Donieckim w 1946 roku. W 1970 roku ukończył studia na Wydziale Historii Uniwersytetu Państwowego im. Szewczenko w Kijowie. Od 1976 do 1984 roku pracował jako starszy pracownik Instytutu Historii Partii przy Centralnym Komitecie Komunistycznej Partii Ukrainy – wydziale Instytutu Marksizmu-Leninizmu przy KC KPZR. W latach 1988-1991 pan Sołdatenko kierował wydziałem badań historyczno-politycznych Instytutu Nauk Politycznych Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Ukrainy. Członek partii komunistycznej. W 1992 roku stał na czele wydziału etnohistorycznych badań Instytutu Politycznych i Etnicznych Badań im. Iwana Kurasa NANU. W tej instytucji naukowej pan Sołdatenko pracował bez przerwy aż do chwili powołania do Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

Za: „Kommiersant”, Ukraina № 139 z 13.08.2010, piątek

http://www.kommersant.ua/doc.html?docId=1485587

Opublikowany w Historia, Polityka | Komentarzy: 12 »

Holokaustyczny przemysł

Posted by Marucha w dniu 2010-08-16 (poniedziałek)

Dzisiaj, tak jak prawie zawsze rozpocznę ten temat ogólnikowo i następnie przejdę do szczegółowych dowodów na poparcie moich teorii. Zacznę od generalnej roli Żydów w: europejskich, białych, aryjskich lub gojowych społeczeństwach, wy wybierzcie sobie termin, jaki wam pasuje. Twierdzę, że Żydzi, jako społeczność zawsze mają niszczący wpływ na moralne, intelektualne i socjalne aspekty życia danej, nie żydowskiej, społeczności, lecz ich bandycka działalność jest najbardziej skupiona na niszczeniu jakiejkolwiek rasy, oczywiście innej niż żydowska.

Jakiekolwiek społeczeństwo, naród lub grupa etniczna zostanie zniszczona, jeśli pozwoli Żydom panoszyć się do woli na ich własnym terytorium, a to tylko dlatego, że wielką częścią żydowskiej natury jest niszczenie wszystkiego, co nie żydowskie. Żydzi posiadają również nieprzeciętny talent i kilkutysiącletnią praktykę w rozbijaniu i niszczeniu różnorakich społeczeństw. (polecam mój wpis Naturalny Instynkt http://www.polskawalczaca.com/viewtopic.php?f=25&t=549%29)

Zanim przejdę do dowodów popierających moje twierdzenia, chcę tu nadmienić, że wielki problem blokujący zrozumienie niszczycielskiej działalności Żydów leży w naszym programie oświatowym, który zresztą jest doskonale kontrolowany przez syjonistów. To tyczy się nie tylko polskiej oświaty, ale oświaty każdego państwa zamieszkałego przez europejczyków lub ich potomków.

Jednym z głównych problemów jest praktycznie absolutny brak zdolnosci generalizowania, a nawet generalizowanie jest uznane za coś złego, negatywnego i niesprawiedliwego. Ile razy słyszeliście, nawet sami mówiliście „ No nie, nie należy generalizować!” Dziwne, że Żydzi mogą, a nawet powinni według talmudzkich nauk, generalizować. Goj i wszystko, co jego, jest generalnie drugorzędne i podlega absolutnej władzy wybrańców Jahwe, bez względu na to skąd ten Goj pochodzi i co sobą reprezentuje. W naszej kulturze widzi się rzeczy, że tak powiem detalicznie. Spróbujcie powiedzieć komukolwiek, że Żydzi mają niszczący wpływ na nasze społeczeństwo a natychmiast usłyszycie odpowiedź: „ To absolutna bzdura, ja znam wielu Żydów, co nie robią nic niszczycielskiego. Oni jak każdy z nas próbują zarobić trochę grosza, aby dobrze żyć” Przeciętny Goj ma poważne kłopoty z pojęciem żydostwa jako całości, on tylko widzi, Dawida, Icka lub Salcię, jako jednostki.

Drugim problem jest to, że znakomita większość z nas nie potrafi myśleć obiektywnie o niszczycielskiej roli żydów, a wynika to z wielu przyczyn. Jedną z nich jest to, że masy Gojów są przekonane o tym, że żydzi nie są tacy sami jak wszyscy inni, że są oni czymś specjalnym, czymś, co zasługuje na szczególną uwagę i czymś, co nie podlega żadnej krytyce, jakiej to nie szczędzi się innym narodom. Nie mam tu na myśli skrajnych Chrześcijan, którzy sprawnie przekonują swych wiernych o tym, że żydzi są wybrańcami Boga, zatem nie mogą czynić niczego złego. Mówię tu o ludziach ciut bardziej nowoczesnych, którzy zostali wspaniale uformowani przez środki masowej dezinformacji i system oświaty, które to przekonały masy Gojów o tym, że Żydzi muszą być wyłączeni z pod jakiejkolwiek formy krytyki ze względu na swój status „permanentnej ofiary”. Oni przecież wycierpieli tak wielkie męki podczas tzw. Holokaustu, że należy im się specjalny szacunek, a oskarżanie ich o złowrogą działalność graniczy z bluźnierstwem. Nic innego tylko ta masowa holokaustyczna propaganda jest odpowiedzialna za absolutny brak obiektywnego myślenia o zbrodniczej roli żydostwa w naszych społeczeństwach.

Powtórzę to po raz n-ty, ta propaganda nie jest jakimś tam sobie przypadkiem, nie wynika z głębokiej i szczerej analizy historycznych faktów, lecz z wyrachowania, przebiegłości, wrogości i unikalnego sprytu wybrańców Jahwe. TO WSZYSTKO BYŁO DOKŁADNIE TAK ZAPLANOWANE I CODZIENNIE JEST WYKONYWANE WEDŁUG TEGO BANDYCKIEGO PLANU!!!!!!!!!!!!

To, że Żydzi wyniszczają nas społecznie, moralnie, intelektualnie i rasowo, oraz to, że posiadają wspaniałe umiejętności niszczycielskie wynika z unikalnego sposobu ich istnienia. Żyją oni od tysięcy lat, jako pasożytnicza mniejszość pośród innych nie żydowskich społeczeństw. Czasami ich rozproszenie, czyli diaspora, jest uzupełniana poprzez krótkotrwałe geograficzne zagęszczenie w Palestynie, Babilonie i innych miejscach. Tak czy siak, określenie „pasożyt” opisuje doskonale ich sposób na przetrwanie.

Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w Kultura | Komentarzy: 17 »