Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Malachi Martin – Dom smagany wiatrem

Posted by Marucha w dniu 2012-04-04 (środa)

Rozwiązanie, przejrzystych zresztą, pseudonimów:
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1822&Itemid=46

Dom smagany wiatrem
Malachi Martin
Powieść watykańska

Dedykowane papieżowi Piusowi V na cześć Maryi, Królowej Różańca Świętego

Prolog historyczny

Zwiastuny końca

1957

Mężowie stanu szkoleni w surowych czasach i w warunkach bezwzględnej międzynarodowej rywalizacji finansowej i gospodarczej nie są podatni na uleganie złym czy dobrym znakom. A jednak czekające ich dzisiaj przedsięwzięcie było tak obiecujące, że sześciu ministrów spraw zagranicznych zgromadzonych w Rzymie owego 25 marca 1957 r. czuło namacalnie, iż wszystko dokoła – całe to miasto z jego niewzruszonym centralizmem pierwszego miasta Europy, rześki wiaterek, czyste niebo, pogodny nastrój tego szczególnego dnia – tchnie błogosławieństwem pod adresem tych, którzy kładą podwaliny pod nowy gmach narodów.

Tych sześciu mężczyzn i ich rządy, partnerów w tworzeniu nowej Europy, która zmiecie ze sceny wojowniczy nacjonalizm, tylekroć dzielący starożytny obszar, ożywiała ta sama wiara. Oto otwierają przed swymi krajami szerokie horyzonty ekonomiczne i wyższe cele polityczne, o jakich nikt do tej pory nawet nie marzył: zebrali się tu, by podpisać Traktat Rzymski. Zamierzali powołać do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą.

W ich stolicach ludzie mieli w pamięci tylko śmierć i zniszczenie. Zaledwie rok temu Sowieci potwierdzili swój ekspansjonizm, topiąc we krwi powstanie na Węgrzech. Każdego dnia sowieckie oddziały pancerne mogły runąć na Europę. Nikt się nie łudził, że USA z ich planem Marshalla wezmą na siebie na stałe ciężar budowania nowej Europy. Żaden rząd europejski nie chciał znaleźć się w żelaznym uścisku USA i ZSRR, których rywalizacja mogła się tylko pogłębić w nadchodzących dziesięcioleciach.

Jakby wdrażając się do zgodnego działania, ministrowie jeden po drugim podpisali się pod dokumentem jako twórcy EWG. Trzech reprezentantów narodów Beneluksu zrobiło to dlatego, że Belgia, Holandia i Luksemburg, kluczowe kraje nowej wspólnoty, wypróbowały już i uznały za słuszną, w każdym razie za dostatecznie słuszną, ideę nowej Europy. Minister reprezentujący Francję podpisał dokument w imieniu kraju, który miał stać się bijącym sercem nowej Europy, tak jak był zawsze sercem starej. Włoch – dlatego, że kraj ten był żywą duszą Europy. Niemiec Zachodnich dlatego, że świat wreszcie przestanie patrzeć z ukosa na ten kraj.

Tak tedy narodziła się Wspólnota Europejska. Były toasty na cześć geopolitycznych wizjonerów, dzięki którym ten dzień mógł się ziścić: Roberta Schumana i Jeana Monneta z Francji, Konrada Adenauera z Niemiec, Paula-Henriego Spaaka z Belgii. I wszyscy składali sobie gratulacje. Niedługo Dania, Irlandia i Anglia dostrzegą mądrość nowego przedsięwzięcia, a po nich – przy odrobinie ciepłej pomocy – przyłączą się Grecja, Portugalia i Hiszpania. Oczywiście pozostawał problem utrzymania Sowietów w ryzach. No i kwestia znalezienia nowego środka ciężkości. Lecz jedno nie ulegało wątpliwości: jeśli Europa miała przeżyć, EWG musiała stać się jdej kołem napędowym.

A kiedy już odfajkowano podpisy, pieczęcie i toasty, przyszła pora na specyficznie rzymski ceremoniał i przywilej polityków: audiencję u ponad osiemdziesięcioletniego papieża w Pałacu Apostolskim na Wzgórzu Watykańskim.

Siedząc na tradycyjnym tronie papieskim, otoczony całą ceremonialną pompą, Jego Świątobliwość Pius XII przyjął sześciu ministrów i osoby towarzyszące z uśmiechem na twarzy. Powitanie było serdeczne, a wypowiedzi papieża krótkie. Cechowała go postawa dziedzicznego właściciela i rezydenta rozległych włości, udzielającego wskazówek nowo przybyłym i pragnącym się osiedlić w jego dziedzinach petentom.

Europa – przypomniał Ojciec Święty – miała swoje chwile wielkości, gdy wspólna wiara ożywiała serca jej mieszkańców. Europa – podkreślił z naciskiem – mogłaby na nowo zyskać geopolityczne znaczenie, odnowiona i odświętnie wystrojona, gdyby udało jej się stworzyć nowe serce. Europa – oświadczył – mogłaby na nowo wykuć boską, wspólną i wiążącą wiarę.

Ministrowie żachnęli się w duchu. Pius XII wskazał na największą trudność, przed jaką stanęła EWG w chwili narodzin. Słowa papieża kryły w sobie ostrzeżenie, że ani socjalizm demokratyczny, ani demokracja kapitalistyczna, ani perspektywa dobrobytu czy mistycznej „Europy” humanistów nie może być siłą napędową ich wymarzonego projektu. W praktyce ich nowej Europie brakowało garejącego centrum, najwyższej siły lub zasady mogącej związać ją w jedno i popchnąć do przodu. Ich Europie brakowało tego, co miał ten papież, czym był ten papież.

Wygłosiwszy swoje orędzie, papież uczynił w powietrzu trzy krzyże jako tradycyjne błogosławieństwo papieskie. Kilku dyplomatów uklękło, kilku z tych, którzy zachowali postawę stojącą, skłoniło głowy. Nie byli jednak w stanie podzielić wiary papieża w kojący balsam Boga, którego był Namiestnikiem na ziemi, lub uznać, że ten balsam to jedyny czynnik spajający, który mógł uleczyć duszę świata. Ale nie potrafili przyznać się do tego, że same traktaty gospodarcze i polityczne nie są w stanie spoić serc i umysłów ludzkości.

Patrząc na kruchą postać starca, mogli jedynie zazdrościć temu samotnemu dostojnikowi na papieskim tronie. Albowiem – jak to później ujął Belg Paul-Henri Spaak – stał on na czele globalnej organizacji, lecz był kimś innym, niż jej obieralnym reprezentantem. Był posiadaczem jej mocy. Był jej środkiem ciężkości.

*          *          *

Z okna prywatnego gabinetu na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego Ojciec Święty patrzył, jak na dole architekci nowej Europy wsiadają do swoich limuzyn.

- Jak Wasza Świątobliwość myśli? Czy ich nowa Europa będzie na tyle silna, by powstrzymać Moskwę?

Pius odwrócił się do swego towarzysza, niemieckiego jezuity, długoletniego przyjaciela i spowiednika.

- Marksizm pozostaje nadal wrogiem. Ale teraz Anglosasi mają inicjatywę.

Przez Anglosasów papież rozumiał anglo-amerykański establishment polityczny.

- Ich Europa zajdzie daleko i zajdzie szybko. Ale największy dzień dla Europy jeszcze nie zaświtał.

Jezuita nie nadążał za myślami papieża.

- Jaka Europa, Wasza Świątobliwość? Największy dzień dla czyjej Europy?

- Dla tej Europy, która się dzisiaj narodziła – odparł papież bez wahania. – A w dniu, w którym Stolica Apostolska zostanie wprzęgnięta w nową Europę dyplomatów i polityków – dodał – w Europę z centrum w Brukseli i Paryżu – tego dnia na serio zaczną się kłopoty Kościoła.

I odwracając się znów ku limuzynom opuszczającym plac św. Piotra, papież dokończył:

- Nowa Europa będzie miała swój skromny dzień. Ale tylko jeden jedyny.

1960

Nigdy jeszcze bardziej obiecujący projekt nie zawisł na szali i nigdy ważniejszy temat nie był omawiany przez papieża i jego doradców niż to, co stało się przedmiotem debaty owego lutowego poranka 1960 roku. Wybrany zaledwie roku temu na Tron Piotrowy, Jego Świątobliwość Jan XXIII – „dobry papież Jan”, jak go natychmiast ochrzczono – zdążył pchnąć na nowe tory Stolicę Apostolską, papieską administrację i większość dyplomatycznego i religijnego świata na zewnątrz Watykanu. A teraz wydawało się, że chce poruszyć w ogóle cały świat.

Wybrany w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat, ten poczciwy wieśniak miał być papieżem przejściowym, bezpiecznym kompromisem, którego krótkie rządy dałyby trochę czasu – cztery czy pięć lat, jak przypuszczano – na znalezienie właściwego sukcesora, który przeprowadzi Kościół przez okres zimnej wojny. Lecz zaledwie w kilka miesięcy po intronizacji, ku zdumieniu wszystkich, otworzył on Watykan, ogłaszając niespodziewanie zwołanie Soboru Ekumenicznego. W rzeczywistości w owym momencie prawie wszyscy urzędnicy watykańscy – w tym wszyscy doradcy wezwani na to poufne spotkanie w prywatnych apartamentach papieża na czwartym piętrze Pałacu Apostolskiego – tkwili już po uszy w przygotowaniach do tego epokowego wydarzenia.

I oto tego ranka z właściwą sobie bezpośredniością papież podzielił się swoimi myślami z garstką ludzi wybranych w tym celu. Było wśród nich kilkunastu najważniejszych kardynałów oraz pewna grupa biskupów i prałatów z sekretariatu stanu. Byli też obecni dwaj portugalscy tłumacze.

- Musimy dziś dokonać wyboru – wyznał Jego Świątobliwość swym doradcom. – A nie chcemy tego czynić sami.

Sprawa dotyczyła, jak wyjaśnił papież, słynnego listu, który otrzymał jego poprzednik na Tronie Piotrowym. Ponieważ okoliczności związane z listem były wszystkim dobrze znane, tego ranka papież ograniczył się do krótkiej rekapitulacji zagadnienia.

W roku 1917 Fatima, niegdyś najnędzniejsza mieścina portugalska, zyskała rozgłos jako miejsce, gdzie troje małych wiejskich dzieci – dwie dziewczynki i chłopiec – stało się świadkami sześciu wizyt – czy wizji – Błogosławionej Dziewicy Maryi. Tak jak miliony katolików, wszyscy zgromadzeni w pokoju wiedzieli, Najświętsza Panienka zawierzyła fatimski dzieciom trzy tajemnice. Że zgodnie z przepowiednią niebiańskiego Gościa dwoje dzieci zmarło we wczesnym dzieciństwie; przeżyła tylko najstarsza dziewczynka – Łucja. Wszyscy wiedzieli o tym, że Łucja – obecnie karmelitanka – już dawno temu ujawniła dwie pierwsze tajemnice fatimskie. Lecz życzeniem Matki Bożej, jak powiedziała siostra Łucja, było, aby trzeci sekret ogłosił „papież roku 1960″. I że jednocześnie ten sam papież ma poświęcić „Rosję” Najświętszej Dziewicy. Konsekracji mieli dokonać tego samego dnia wszyscy biskupi świata, każdy w swojej diecezji, każdy tymi samymi słowami. Konsekracja ta byłaby równoznaczna z publicznym potępieniem Związku Radzieckiego w skali światowej.

Jak powiedziała siostra Łucja, Dziewica obiecała, że po dokonaniu poświęcenia „Rosja” się nawróci i przestanie być zagrożeniem dla świata. Jeśli jednak jej życzenie nie zostanie spełnione przez „papieża roku 1960″, wówczas „Rosja rozszerzy swoje błędy na wszystkie narody”, będzie wiele cierpienia i zniszczeń, a wiara Kościoła zmarnieje i jedynie w Portugalii zachowają się nienaruszone „dogmaty wiary”.

W czasie trzecich odwiedzin w Fatimie, w lipcu 1917 roku, „Pani” obiecała przypieczętować swoje posłannictwo niezbitym dowodem, świadczącym o tym, że przybywa od Boga. 13 października w południe dokonał się cud. Na równi z dziećmi cud ten obserwowało 75 000 ludzi, przybyłych czasem z bardzo daleka, wśród których byli dziennikarze, fotoreporterzy, naukowcy i sceptycy, a także wielu godnych zaufania duchownych.

Oto bowiem słońce złamało wszelkie prawa przyrody. Po gwałtownym, ulewnym deszczu, który przemoczył wszystkich do suchej nitki i zamienił ziemię w bagno, niespodziewanie wyszło słońce i poczęło dosłownie tańczyć. Rzuciło też na niebo wspaniałą tęczę. Zniżyło się tak bardzo, że wydawało się, iż runie na ziemię pośród tłumów. A potem, równie nagle, wzniosło się w górę i świeciło spokojnie jak zawsze. Wszystkich ogarnęło zdumienie. Ubrania ludzi były tak nieskazitelne, jakby przed chwilą wróciły z pralni, czyste i wyprasowane. Nikomu nic się nie stało. Wszyscy widzieli tańczące słońce; lecz tylko dzieci widziały Maryję.

- Jest chyba oczywiste – powiedział dobry papież Jan, wyciągając kopertę z małej hermetycznej skrzynki stojącej na stoliku za jego plecami – co należy zrobić w pierwszej kolejności dzisiejszego ranka.

Doradców papieża ogarnęło podniecenie. A więc znaleźli się tutaj po to, by wziąć udział w poufnej lekturze listu siostry Łucji zawierającego trzecią tajemnicę fatimską. Bez przesady można było powiedzieć, że dziesiątki milionów ludzi na całym świecie z niecierpliwością czekało na wiadomość, że „papież roku 1960″ odsłoni przynajmniej część tak pilnie strzeżonej tajemnicy i wykona polecenie Matki Bożej. Mając to na uwadze, Jego Świątobliwość podkreślił właściwe i dosłowne znaczenie słowa „poufny”. Upewniwszy się, że jego upomnienie co do tajności dotarło do obecnych, Ojciec Święty wręczył list portugalskim tłumaczom; ci zaś niezwłocznie przełożyli jego treść na język włoski.

- A teraz…

I po przeczytaniu listu papież szybko przedstawił zebranym wybór, którego nie chciał dokonywać sam.

- Musimy wyznać, że od sierpnia 1959 roku prowadzimy delikatne negocjacje ze Związkiem Radzieckim. Naszym celem jest obecność przynajmniej dwóch dostojników Cerkwi ZSRR na Naszym soborze.

Papież Jan często określał przyszyły Sobór Watykański II jako „Nasz sobór”.

Co więc miał uczynić – oto pytanie, jakie Jego Świątobliwość postawił tego ranka. Z woli Opatrzności to on był teraz „papieżem roku 1960″. Ale jeśli będzie posłuszny temu, co siostra Łucja wyraźnie określiła jako mandat Królowej Niebieskiej, jeśli on i jego biskupi oświadczą publicznie, oficjalnie i powszechnie, że „Rosja” jest pełna karygodnych błędów, oznacza to klęskę jego sowieckiej inicjatywy. Ale nawet pomijając ten aspekt – gorące pragnienie obecności prawosławnych na soborze – jeśli papież położy na szali cały swój autorytet papieski i autorytet hierarchii Kościoła, by wykonać polecenie Maryi Panny, będzie to jednoznaczne z napiętnowaniem Związku Radzieckiego i jego obecnego marksistowskiego dyktatora Nikity Chruszczowa jako kryminalisty. Sowieci na pewno wpadną w furię i zastosują środki odwetowe. Czy wówczas papież nie będzie odpowiedzialny za nową falę prześladowań – okropnej śmierci milionów – w samym Związku Radzieckim i jego państwach satelickich?

Dla podkreślenia swojego punktu widzenia Jego Świątobliwość odczytał ponownie fragment listu. Na twarzach obecnych dostrzegł zrozumienie, a nawet szok. Skoro każdy z obecny tak łatwo wyłapał wszystkie niuanse przeczytanego fragmentu – snuł rozważania papież – to Sowieci połapią się równie szybko. Czy nie wyciągną z tego listu strategicznej informacji, która da im niekwestionowaną przewagę nad wolnym światem?

- Oczywiście moglibyśmy i tak przeprowadzić Nasz sobór…

Jego Świątobliwość nie musiał kończyć zdania. Teraz wszystko było jasne. Ujawnienie tajemnicy wywołałoby reperkusje na całym świecie. Przyjazne rządy miałyby utrudnioną sytuację. Sowieci zostaliby z jednej strony izolowani, lecz z drugiej strony odnieśliby strategiczną korzyść. Wybór, jaki stał przed papieżem, dotyczył więc do fundamentów geopolityki.

Rozpoczęła się debata. Nikt z obecnych nie wątpił w dobrą wolę siostry Łucji. Lecz kilku doradców wskazało na fakt, że minęło prawie dwadzieścia lat od czasu objawień w roku 1917 a połową lat trzydziestych, kiedy to siostra Łucja napisała ten list. Jaką gwarancję może mieć Ojciec Święty, że czas nie przyćmił jej pamięci? I jaką można mieć w ogóle gwarancję, że trójka niepiśmiennych pastuszków przekazała poprawnie tak skomplikowane orędzie? Czy nie było w tym wszystkim czegoś z dziecięcej fantazji niepiśmiennych? W rzeczy samej, czy nie mogły mieć wpływu jeszcze inne okoliczności zaciemniające prawdę? Oddziały sowieckie włączyły się wówczas do hiszpańskiej wojny domowej, siejąc zniszczenie zaledwie o kilka mil od miejsca przebywania piszącej list. Czy słowa Łucji nie mogły nabrać specjalnego odcienia w wyniku jej lęku przed Sowietami?

Padł tylko jeden odmienny głos w tym kształtującym się wyraźnie konsensusie. Jeden z kardynałów – niemiecki jezuita, przyjaciel i ulubiony spowiednik papieża – nie mógł milczeć w obliczu takiej degradacji roli interwencji boskiej. Ministrowie rządów świeckich mogą nie kierować się wiarą – oświadczył. Lecz postawa taka jest nie do zaakceptowania w odniesieniu do ludzi Kościoła, których rad wysłuchuje Ojciec Święty.

- Wybór – upierał się jezuita – jest prosty i prima facie. Albo zaakceptujemy list, wykonamy zawarte w nim polecenia i poczekamy na konsekwencje. Albo powiedzmy sobie uczciwie, że w to nie wierzymy. I zapomnijmy o wszystkim. Ukryjmy list przed opinią publiczną jako relikt historyczny; idźmy dalej drogą, którą idziemy, i zrzeknijmy się dobrowolnie pomocy z góry. Lecz cokolwiek zrobimy, każdy z nas musi być świadom, że decydujemy o losach ludzkości.

Mimo zaufania, jakie Jego Świątobliwość pokładał w mądrości i lojalności kardynała jezuity, decyzja wypadła na niekorzyść Fatimy.

- Questo non è per i nostri tempi – powiedział Ojciec Święty. – To nie jest na nasze czasy.

Kilka dni później kardynał czytał krótki komunikat przesłany mediom przez watykańskie biuro prasowe. Słowa tego dokumentu miały na zawsze odcisnąć się w jego pamięci jako lakoniczna odmowa wypełnienia woli niebios.

Dla dobra Kościoła i rodzaju ludzkiego – czytamy w dokumencie – Stolica Apostolska zdecydowała nie ogłaszać w obecnej chwili tekstu trzeciej tajemnicy fatimskiej. „…Decyzja Watykanu opiera się na kilku przesłankach: (1) Siostra Łucja jeszcze żyje. (2) Watykan zna już treść listu. (3) Chociaż Kościół uznaje objawienia fatimskie, nie może gwarantować prawdziwości słów, które trzej pastuszkowie, jak twierdzą, usłyszeli z ust Matki Bożej. W tych okolicznościach tajemnica fatimska najprawdopodobniej pozostanie zapieczętowana po wsze czasy”.

- Ci vedremo – rzekł do siebie kardynał, odsuwając notatkę. – Zobaczymy.

Wiedział, co teraz nastąpi. Stolica Apostolska wymieni przyjacielskie noty z Nikitą Chruszczowem. Papież będzie miał swój sobór. Na soborze pojawią się prawosławni dostojnicy z ZSRR. Pozostawało tylko pytanie, czy Jego Świątobliwość, jego Watykan i jego Kościół doświadczą konsekwencji przepowiedzianych w Fatimie.

Lub też – ujmując rzecz w kategoriach geopolityki – pytanie brzmiało, czy Stolica Apostolska dała się wprząc w „nową Europę dyplomatów i polityków”, jak to przepowiedział poprzednik dobrego papieża. „Tego dnia – powiedział ów wątły starzec – na serio zaczną się kłopoty Kościoła”.

- Zobaczymy – powtórzył kardynał.

Nie pozostawało mu nic innego, jak przygotować się do tego. Tak czy inaczej była to tylko kwestia czasu.

1963

Intronizacja upadłego Archanioła Lucyfera dokonała się w Cytadeli Kościoła katolickiego 29 lipca 1963 roku. Był to „właściwy czas” dla spełnienia się historycznej przepowiedni. Główni aktorzy tej ceremonii doskonale wiedzieli, że tradycja satanistyczna już dawno przepowiedziała, że Czas Księcia nadejdzie wówczas, gdy papież przybierze imię Apostoła Pawła. Warunek ten – znak, że nadszedł właściwy czas – został spełniony dokładnie osiem dni temu przez wybór najnowszego następcy św. Piotra.

W tym krótkim czasie, jaki upłynął od elekcji papieża, nie dało się ukończyć skomplikowanych przygotowań; Najwyższy Trybunał zdecydował jednak, że trudno o lepszy czas na intronizację Księcia niż ten uroczysty dzień bliźniaczych książąt Cytadeli, świętych Piotra i Pawła. I nie było stosowniejszego miejsca niż Bazylika św. Pawła za Murami, usytuowana tak blisko Pałacu Apostolskiego.

Skomplikowane przygotowania podyktowane były głównie naturą mającego się odbyć Wydarzenia Ceremonialnego. Ochrona budynków watykańskich, pośród których leżał klejnot w postaci Bazyliki św. Pawła, była tak staranna, że z pewnością nie uda się ukryć uroczystego ceremoniału. Jeśli przedsięwzięcie miało zostać uwieńczone sukcesem – jeśli Wejście Księcia miało się dokonać we właściwym czasie – każdy element celebracji ofiary kalwaryjskiej musi zostać postawiony na głowie w przebiegu tej drugiej, przeciwstawnej celebracji. Sacrum musi zostać sprofanowane. Bluźnierstwo adorowane. Bezkrwawa reprezentacja ofiary Bezimiennego Słabego musi być zastąpiona przez najwyższą i krwawą deprawację godności Bezimiennego. Wina musi stać się niewinnością. Cierpienie musi dawać radość. Łaska, skrucha, przebaczenie muszą być utopione w orgii przeciwieństw. A wszystko to musi być wykonane bezbłędnie. Sekwencja wydarzeń, znaczenie słów, waga czynności – wszystko to musi być opatrzone perfekcyjnie wykonanym świętokradztwem, ostatecznym rytuałem zdrady.

Cała ta delikatna operacja została złożona w doświadczone ręce zaufanego stróża Księcia w Rzymie. Mistrz skomplikowanego ceremoniału Kościoła rzymskiego, dostojnik o granitowej twarzy i cierpkim języku, był jeszcze większym mistrzem książęcego ceremoniału ciemności i ognia. Wiedział, że bezpośrednim celem każdego ceremoniału jest oddanie czci „obeldze rozpaczy”. Lecz obecnie istniał jeszcze dalszy cel polegający na przeciwstawieniu się Bezimiennemu Słabemu w jego bastionie, opanowania Cytadeli Słabego we właściwym czasie, zapewnienie wejścia Księcia do Cytadeli jako nieodpartej siły, wyparcie strażnika Cytadeli, przejęcie pełnej władzy nad kluczami wręczonymi strażnikowi przez Słabego.

Stróż próbował zmierzyć się z problemem bezpieczeństwa. Takie niewinne elementy, jak pentagram, czarne świecie i odpowiednie draperie ujdą jako rzymski ceremoniał. Lecz pozostałe rubryki – misa z piszczelami i rytuał Din na przykład, zwierzęta ofiarne i sama ofiara – tego byłoby już za wiele. Musi się więc odbyć dwie równoczesne celebracje. Koncelebracja mogłaby być dokonana z równym skutkiem przez braci w autoryzowanej kaplicy celującej. Gdyby wszyscy uczestnicy w obu miejscach „wzięli na cel” każdy element wydarzenia w bazylice rzymskiej, wówczas wydarzenie w całej swej pełni dokonałoby się w sposób szczególny w obszarze docelowym. Byłoby to tylko sprawą jedności serc, tożsamości intencji i perfekcyjnej synchronizacji słów i czynności pomiędzy kaplicą celującą a kaplicą docelową. Żywa wole i myślące umysły uczestników skoncentrowałyby się na przybytku Księcia, odległość przestałaby mieć znaczenie.

Dla człowieka tak doświadczonego jak Stróż wybór kaplicy celującej nie nastręczał najmniejszych trudności. Wystarczyło zadzwonić do Stanów Zjednoczonych. W ciągu tych wszystkich lat wyznawcy Księcia w Rzymie osiągnęli doskonałą jedność serc i i taką samą jedność intencji z przyjacielem Stróża Leonem, biskupem kaplicy w Południowej Karolinie. Imię Leon nie było prawdziwym imieniem tego człowieka, lecz raczej opisem jego wyglądu. Srebrna grzywa na wielkiej głowie każdemu, kto na niego patrzył, kojarzyła się z rozwianą grzywą lwa. Od kiedy jego ekscelencja, gdzieś w latach czterdziestych, ustanowił tę kaplicę, okazał się niezrównanym mistrzem operacji – dzięki liczbie i znaczeniu Uczestników, jakich potrafił przyciągnąć, dzięki częstej i szybkiej współpracy z tymi, którzy uznawali jego przekonania i ostateczne cele. Obecnie jego kaplica cieszyła się powszechnym szacunkiem inicjatów jako kaplica matka Stanów Zjednoczonych.

Wiadomość, że jego kaplica została autoryzowana jako kaplica celująca w tak wielkim wydarzeniu, jakim miała być intronizacja Księcia w samym sercu rzymskiej Cytadeli, przyjęta została przez Leona z najwyższą satysfakcją. A co do spraw praktycznych, to jego ogromna wiedza i doświadczenie w przeprowadzaniu ceremoniału oszczędzi im obu wiele czasu. Nie było na przykład potrzeby przypominania mu o wadze zasady sprzeczności, na której opiera się cała struktura kultu Archanioła. Nie mogło też być najmniejszych wątpliwości co do jego pragnienia włączenia się w ostateczną strategię tej bitwy, której celem był koniec Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji papieskiej, jaką była od chwili założenia jej przez Bezimiennego Słabego.

Stróż nie musiał mu nawet wyjaśniać, że ostatecznym celem operacji nie była w sensie dosłownym likwidacja rzymskiej organizacji katolickiej. Leon doskonale rozumiał, że byłoby to posunięcie znamionujące brak inteligencji i najzupełniej nieekonomiczne. O wiele lepiej było zamienić tę organizację w coś naprawdę użytecznego, zhomogenizowanie jej i przystosowanie do wielkiego światowego porządku ludzkości. Postawienie przed nią uniwersalnych humanistycznych – i tylko humanistycznych – celów.

Dwaj identycznie myślący eksperci – Stróż i amerykański biskup – ograniczyli więc konieczne ustalenia dotyczące bliźniaczych wydarzeń ceremonialnych do listy nazwisk i inwentarza rubryk.

Lista Stróża – uczestników w kaplicy rzymskiej – zawierała imiona ludzi najwyższego kalibru, wysokich rangą dostojników kościelnych i liczących się prawników. Byli to oddani słudzy Księcia w Cytadeli. Niektórzy zostali wybrani, dokooptowani, przeszkoleni i wypromowani w ciągu dziesięcioleci w ramach falangi rzymskiej, pozostali reprezentowali nowe pokolenie gotowe rozwijać program Księcia przez kolejne dziesięciolecia. Wszyscy doskonale rozumieli potrzebę pozostania w ukryciu. Reguła mówiła bowiem jasno: „Gwarancją naszego jutra jest przekonanie ludzi dzisiejszych, że my nie istniejemy”.

Grafik Leona obejmujący mężczyzn i kobiety, którzy zdobyli sobie znaczącą pozycję w biznesie, rządzie i życiu społecznym, był imponujący, ku pełnemu zadowoleniu Stróża. A ofiara – dziecko – jak powiedział jego ekscelencja, będzie prawdziwym majstersztykiem złamania niewinności.

Lista rubryk potrzebnych do wykonania równoległej ceremonii sprowadzała się głównie do elementów, które będą zrealizowane w Rzymie. Co się zaś tyczyło kaplicy celującej Leona, to musi ona mieć kilka naczyń zawierających ziemię, powietrze, ogień i wodę. Załatwione. Musi mieć misę z piszczelami. Załatwione. Czerwone i czarne filary. Załatwione. Tarczę. Załatwione. IW ten sposób przeszli do końca listę niezbędnych rekwizytów. Załatwione. Załatwione.

Sposób synchronizacji ceremonii w obu kaplicach nie był Leonowi obcy. Jak zwykle zostaną przygotowane wydruki, przez niewierzących nazywane mszałami, do użytku uczestników ceremonii w obu kaplicach. Jak zwykle będą to teksty w nieskazitelnej łacinie. Po obu stronach gońcy ceremonialni będą pilnować połączenia telefonicznego, tak by uczestnicy mogli wykonywać swoje części w doskonałej harmonii z braćmi współ-celebrującymi.

W trakcie trwania wydarzenia serce każdego uczestnika musi być doskonale wypełnione nienawiścią zamiast miłości. Zadośćuczynienie bólu i konsumacja muszą się wypełnić w sposób doskonały w kaplicy celującej pod przewodnictwem Leona. Autoryzacja, instrukcje i dowody – końcowe i kulminacyjne momenty właściwe na tę okazję – będzie miał honor osobiście zaaranżować w Watykanie stróż.

A jeśli każdy wypełni dokładnie to, czego wymaga reguła, Książę nareszcie skonsumuje prastary odwet nad Słabym, Bezlitosnym Wrogiem, który przez wieki paradował w przebraniu Najwyższego Miłosiernego, który widział wszystko nawet w najciemniejszych mrokach.

Leon mógł sobie wyobrazić resztę. W wydarzeniu intronizacji w sposób niewidoczny i bezkolizyjny dokona się doskonałe nałożenie ceremonii, w wyniku którego Książę stanie się oficjalnie utajonym członkiem Kościoła w rzymskiej Cytadeli. Intronizowany w ciemności, Książę będzie mógł pogłębiać tę ciemność, jak nigdy dotąd. Będzie to dotyczyło w jednakim stopniu przyjaciół i wrogów. Wola pogrąży się w tak głębokiej ciemności, że omroczy nawet oficjalny cel istnienia Cytadeli: wieczną adorację Bezimiennego. W samą porę – i nareszcie – Kozioł wyprze Baranka i wejdzie w posiadanie Cytadeli. Książę zawładnie domem – Domem pisanym dużą literą – który do niego nie należy.

- Pamiętaj o tym, przyjacielu – biskup Leon drżał z niecierpliwości. – Dokona się niedokonane. Będzie to przypieczętowanie mojej kariery. Wydarzenie przypieczętowujące los dwudziestego wieku.

Leon nie bardzo się pomylił.

Była noc. Stróż wraz kilkoma akolitami pracował w ciszy nad przygotowaniem wszystkiego w Kaplicy docelowej – Bazylice św. Pawła. Na wprost ołtarza ustawiono półkolem klęczniki. W pięciu świecznikach stojących na ołtarzu pyszniły się eleganckie czarne ogarki. Na tabernakulum umieszczono srebrny pentagram i przykryto go krwawoczerwoną zasłoną. Po lewej stronie ołtarza umieszczony był tron – symbol Księcia panującego. Ściany pokryte ślicznymi freskami wyobrażającymi sceny z życia Chrystusa i Apostołów zostały zasłonięte czarnymi draperiami bramowanymi złotem w kształcie figur symbolizujących historię Księcia.

Kiedy zbliżyła się wyznaczona godzina, oddani słudzy Księcia poczęli wypełniać Cytadelę. Byli to członkowie rzymskiej falangi. Pośród nich znajdowało się kilku najwybitniejszych członków kolegium kardynalskiego, hierarchii i biurokracji Kościoła rzymskokatolickiego. Byli też pośród nich świeccy reprezentanci falangi, równie znakomici, jak członkowie hierarchii.

Weźmy choćby tego Prusaka, który właśnie ukazał się w drzwiach. Pokazowy egzemplarz nowego narybku prawniczego. Nie miał nawet czterdziestu lat, gdy zaczął odgrywać znaczącą rolę w pewnych krytycznych wydarzeniach transnarodowych. Nawet światła czarnych świec odbijały się w jego okularach w stalowej oprawie i łysinie, jakby go chciały wyróżnić. Wybrany jako delegat międzynarodowy i nadzwyczajny pełnomocnik na ten akt intronizacji, Prusak zaniósł na ołtarz skórzany mieszek zawierający list autoryzacyjny i instrukcję, a następnie zajął miejsce na jednym z klęczników.

Jakieś pół godziny przed północą wszystkie klęczniki były już zajęte przez aktualne pokłosie tradycji Księcia, która została zaszczepiona i była kultywowana w starożytnej Cytadeli w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat. Jakkolwiek na razie ograniczona liczebnie, grupa ta pozostawała w ochronnym mroku jako ciało obce i duch pozaziemski w swym gospodarzu i zarazem ofierze. Przenikali do urzędów i działań podejmowanych przez rzymską Cytadelę, rozsiewając swoje symptomy w krwiobiegu Kościoła Powszechnego niby podskórna infekcja. Symptomy te to cynizm i indyferentyzm, przestępstwa i partactwo na wysokich posadach, lekceważenie prawdziwej doktryny, odrzucenie osądu moralnego, utrata czujności w sprawach świętych, zamazywanie podstawowych zasad tradycji oraz wyrazów i gestów, które ją przywołują.

Tacy to ludzie zgromadzili się w Watykanie na uroczystość intronizacji. I taka była ich tradycja, którą utwierdzali w kwaterze głównej światowej administracji – w rzymskiej Cytadeli. Trzymając w ręku kartki z wydrukowanym ceremoniałem, z oczami utkwionymi w ołtarz i tron, skupiając umysł i wolę, czekali w ciszy, aż wybije północ, wprowadzając ich w uroczystość świętych Piotra i Pawła, tego najważniejszego świętego dnia Rzymu.

Kaplica celująca – przestronny hol na parterze szkółki parafialnej – została urządzona ściśle zgodnie z regułą. Biskup Leon wszystkiego doglądał osobiście. W tej chwili wybrani specjalnie na tę okazję akolici spokojnie poprawiali ostatnie szczegóły, podczas gdy on sprawdzał wszystko po kolei.

A więc najpierw ołtarz umieszczony w północnej części kaplicy. Na ołtarzu okazały krucyfiks, głową zwrócony na północ. O włos dalej pentagram osłonięty czerwoną zasłoną, umieszczony pomiędzy dwiema czarnymi świecami. U góry czerwona wieczna lampka żarząca się rytualnym płomieniem. Po wschodniej stronie ołtarza – klatka; a w klatce sześciotygodniowe szczenię, pod wpływem środków uspokajających czekające cierpliwie na ten krótki moment, gdy będzie użyteczne dla Księcia. Za ołtarzem – hebanowe świecie czekające, by rytualny płomień dotknął ich knotów.

Szybkie spojrzenie na ścianę południową. Na małym kredensie – kadzielnica oraz puszka zawierająca kawałki węgla drzewnego i kadzidło. Przed kredensem ustawiono czerwone i czarne kolumny, z których zwisa tarcza węża i dzwon nieskończoności. Rzut oka w kierunku wschodnim: pojemniki z ziemią, powietrzem, ogniem i wodą otaczające drugą klatkę. W klatce – gołąb, nieświadomy swego losu jako parodii nie tylko Bezimiennego Słabego, lecz całej Trójcy Świętej. Pod ścianą zachodnią pulpit i księga w gotowości. Półkole klęczników obrócone na północ, w kierunku ołtarza. Po obu stronach rzędu klęczników emblematy Wejścia: misa z piszczelami po stronie zachodniej, najbliżej drzwi; po stronie wschodniej – wschodzący księżyc i pięcioramienna gwiazda, skierowana ku górze punktami Kozła. Na każdym klęczniku kopia mszału dla każdego z uczestników.

Wreszcie Leon kieruje wzrok na wejście do kaplicy. Specjalne ornaty intronizacyjne, identyczne z tymi, jakie on i jego Akolici mają już na sobie, wiszą na stojaku tuż za drzwiami wejściowymi. Sprawdził godzinę na dużym zegarze ściennym w chwili nadejścia pierwszych uczestników. Zadowolony z przygotowań, skierował się do obszernej przylegającej szatni służącej za zakrystię. Arcykapłan i ojciec Medico zapewne zdążyli już przygotować ofiarę. Jeszcze tylko niecałe pół godziny i jego goniec ceremonialny zainauguruje połączenie telefoniczne z kaplicą docelową w Watykanie. Wtedy nadejdzie godzina.

Określone wymogi co do fizycznego przygotowania obu kaplic dotyczyły także przygotowania uczestników. Ci w Bazylice św. Pawła – sami mężczyźni – mieli na sobie szaty i paliusze, stosownie do kościelnej rangi, lub nienagannie skrojone czarne garnitury w przypadku osób świeckich. Skoncentrowani na jednym celu, z oczami utkwionymi w ołtarz i pusty Tron, wydawali się pobożnymi duchownymi rzymskimi lub świeckimi uczestnikami nabożeństwa, za których byli powszechnie uważani.

Rangą dorównując rzymskiej falandze, uczestnicy amerykańscy w kaplicy celującej stanowili jednak ostry kontrast do swoich kolegów w Watykanie. Tutaj zjawiali się mężczyźni i kobiety. Nie zasiadali oni w klęcznikach w eleganckich ubraniach, lecz zaraz po wejściu rozbierali się do naga, a następnie zakładali pojedynczą szatę bez szwów, przepisaną na okazję intronizacji; szata była krwistoczerwona na znak ofiary, długa do kolan, bez rękawów, z wycięciem pod szyją w kształcie litery V, otwarta z przodu. Rozbieranie i ubieranie odbywało się w milczeniu, bez pośpiechu i podniecenia. Całkowita koncentracja, rytualny spokój.

Po przebraniu się uczestnicy przechodzili obok misy z piszczelami i zanurzali w niej rękę, wyciągali garstkę kości i zajmowali miejsca na klęcznikach ustawionych w półkolu na wprost ołtarza. Misa stopniowo opróżniała się, uczestnicy wypełniali klęczniki, ciszę wypełnił rytualny hałas. Nieustannie potrząsając kośćmi, każdy z Uczestników zaczął mówić – do siebie, do innych, do Księcia, po prostu w pustą przestrzeń. Na początku nie były to głosy ochrypłe, lecz rozbrzmiewające chaotycznie w rytualnej kadencji.

Wciąż przybywali nowi uczestnicy. Brali kości, wypełniali pozostałe klęczniki. Bezładna kadencja poczęła przybierać na sile w delikatnym, kakofonicznym sussurro. Wzbierająca fala niezrozumiałych modłów i błagań, potrząsania kośćmi przerodziła się w rodzaj kontrolowanej ekstazy. Dźwięki stawały się gniewne, nabrzmiałe przemocą. Stawały się kontrolowanym koncertem chaosu. Rozdzierającym duszę wyciem nienawiści i buntu. Ześrodkowanym preludium mającej nastąpić intronizacji Księcia tego świata do Cytadeli Słabego.

W powiewającej wdzięcznie krwistoczerwonej szacie Leon wstąpił do zakrystii. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wszystko jest w idealnym porządku. Jego koncelebrans, łysy arcykapłan w okularach, zapalił pojedynczą świecę w przygotowaniu do procesji. Napełnił ogromny złoty kielich czerwonym winem i przykrył go srebrną pateną. Na patenie ułożył ogromny biały opłatek przaśnego chleba.

Trzeci mężczyzna, ojciec Medico, siedział na ławce. Ubrany tak samo jak pozostali dwaj, trzymał na kolanach dziecko. Własną córkę Agnieszkę. Leon z zadowoleniem odnotował, że Agnieszka była spokojna i pogodzona z czekającą ją przemianą. Rzeczywiście, tym razem wydawała się gotowa. Ubrano ją w luźną białą szatę do kostek. I podobnie jak jej pieskowi zaaplikowano jej środki uspokajające mające działać do czasu, gdy zacznie się jej rola w misterium.

- Agnisiu – szepnął Medico do ucha dziecka. – Za chwilę nadejdzie pora, by pójść z tatusiem.

- To nie mój tatuś…

Mimo zażytych leków udało jej się podnieść oczy na ojca. Jej głosik był słaby, lecz słyszalny.

- Bozia jest moim tatusiem…

- BLUŹNIERSTWO!

Słowa Agnieszki błyskawicznie zgasiły zadowolenie Leona, jego oczy ciskały błyskawice.

- Bluźnierstwo! – wyrzucił z siebie ponownie to słowo niczym pocisk.

Jego usta zamieniły się w wylot armaty, zasypując Medica gradem wyrzutów. Ten człowiek, chociaż lekarz, był po prostu partaczem! Dziecko trzeba było odpowiednio przygotować! Było na to dość czasu!

Słysząc wyrzuty biskupa Leona, Medico zrobił się szary na twarzy. Lecz na jego córce gniew biskupa nie zrobił żadnego wrażenia. Próbowała skierować spojrzenie swych niezwykłych oczu na kipiącego gniewem Leona; z trudem pokonując omdlenie, powtórzyła swój sprzeciw:

- Bozia jest moim tatusiem…!

Drżąc z podniecenia, ojciec Medico ujął główkę córki, próbując odwrócić jej twarz ku sobie.

- Kochanie – perswadował. – Ja jestem twoim tatusiem. Zawsze byłem twoim tatusiem. I twoją mamusią, od kiedy odeszła.

- Nie moim tatusiem… Pozwoliłeś zabrać Flinnie… Nie róbcie krzywdy Flinniemu… To… tylko mały szczeniak… Bozia stworzyła małe pieski…

- Posłuchaj mnie, Agnisiu. Ja jestem twoim tatusiem. Już czas…

- Nie moim tatusiem… Bozia jest moim tatusiem… Bozia jest moją mamusią… Tatusiowie nie robią rzeczy, które nie podobają się Bozi… Nie moim…

Świadom, że kaplica w Watykanie czeka na uruchomienie ceremonialnego połączenia, Leon gwałtownym skinieniem głowy dał znak arcykapłanowi. Jak tyle razy w przeszłości, jedynym wyjściem była procedura awaryjna. A jeśli ofiara – zgodnie z regułą – ma być świadoma podczas pierwszej rytualnej konsumacji, musieli to zrobić teraz.

Spełniając kapłańską powinność, Arcykapłan usiadł obok ojca Medico i przeniósł omdlałe od narkotyków ciało Agnieszki na własne kolana.

- Agnisiu, posłuchaj. Ja też jestem twoim tatusiem. Pamiętasz, jak bardzo się kochaliśmy? Pamiętasz?

Lecz Agnieszka walczyła uparcie.

- Nie mój tatuś… tatusiowie nie robią mi złych rzeczy… nie krzywdźcie mnie… nie krzywdźcie Pana Jezusa…”

W późniejszych latach pamięć Agnieszki o tej nocy – bo jednak ją pamiętała – nie zachowa dotykania jej ciała, całej pornograficznej otoczki. Pamięć o tej nocy, kiedy już ją sobie przypomni, zleje się z pamięcią całego dzieciństwa. Z pamięcią nieustannego ataku zła. Z pamięcią – nigdy nie zawodzącym ją poczuciem – zalanej światłem głębi tabernakulum w jej dziecinnej duszy, gdzie światłość przemieniała jej męczarnie w odwagę, dzięki której mogła walczyć.

W jakiś sposób wiedziała, choć jeszcze tego nie rozumiała, że to wewnętrzne tabernakulum było miejscem, w którym naprawdę żyła. To centrum jej istoty było nietykalnym azylem zamieszkującej w niej siły, miłości i ufności; miejscem, gdzie cierpiąca Ofiara – prawdziwy cel ataków złego na Agnieszkę – na zawsze uświęciła jej cierpienie Swym własnym cierpieniem.

To właśnie z wnętrza tego azylu Agnieszka słyszała każde słowo wypowiadane w zakrystii w noc intronizacji. To z głębi tego azylu widziała przebijające ją twarde oczy biskupa Leona i nieruchomy wzrok arcykapłana. Znała cenę oporu. Czuła, że zabrano jej ciało z kolan ojca. Widziała światło odbijające się w okularach arcykapłana. Widziała, jak ojciec przysuwa się do niej. Widziała igłę w jego dłoni. Poczuła ukłucie. Znów poczuła działanie leku. Czuła, że ktoś ją podnosi. Lecz nadal walczyła. Walczyła, by widzieć. Walczyła z bluźnierstwem; ze skutkami gwałtu; ze śpiewami; z horrorem, który miał dopiero nadejść.

Sparaliżowana lekiem, nie mogła się nawet poruszyć; wezwała na pomoc całą swoją wolę jako jedyną broń i ponownie wyszeptała słowa oporu i udręki:

- Nie mój tatuś… Nie czyńcie krzywdy Panu Jezusowi… Nie czyńcie mi krzywdy…

Wreszcie nadeszła godzina. Początek właściwego czasu wejścia Księcia do Cytadeli. Na dźwięk dzwonu nieskończoności wszyscy uczestnicy w kaplicy Leona wstali jak jeden mąż. Trzymając w rękach kartki mszalne, przy niemilknącym, przerażającym akompaniamencie klekocących kości, zaintonowali na całe gardło procesjonał, triumfalną profanację hymnu świętego Pawła Apostoła:

- Maran Atha! Przybądź, Panie! Przybądź, Książę. Przybądź! O przybądź!…

Wprawni akolici – mężczyźni i kobiety – poprowadzili procesję z zakrystii do ołtarza. Z tyłu za nimi, przygnębiony, lecz godnie wyglądający nawet w swym krwistoczerwonym stroju, postępował ojciec Medico niosący na rękach ofiarę, którą ułożył na ołtarzu obok krucyfiksu. W migotliwym cieniu zasłoniętego pentakla jej włosy prawie dotykały klatki z małym pieskiem. Teraz – stosownie do swej godności, z oczami błyszczącymi za okularami – arcykapłan wziął do ręki jedyną czarną świecę i zajął miejsce po lewej stronie ołtarza. Na końcu szedł biskup Leon, niosący kielich i hostię; przyłączył się do śpiewu zebranych, intonujących hymn na Wejście.

- Niech się tak stanie! – wionęły ponad ołtarzem końcowe słowa hymnu w kaplicy celującej.

„Niech się tak stanie!” Starożytna pieśń musnęła bezwładne ciało Agnieszki, spowijając mgłą jej duszę głębiej niż leki, potęgując uczucie chłodu, który, jak wiedziała z doświadczenia, miał ją całkowicie ogarnąć.

- Niech się tak stanie! Amen! Amen! – wionęły starożytne słowa ponad ołtarzem Bazyliki św. Pawła. Łącząc w jedno swe serca i wolę z sercami i wolą celujących uczestników w Ameryce, falanga rzymska zaintonowała wybrany, zmieniony fragment z mszału rzymskiego, zaczynający się od Hymnu do Dziewicy Zgwałconej, a kończący się Koroną Inwokacji Thorna.

W kaplicy celującej biskup Leon zdjął z szyi mieszek ofiarny i ułożył go ze czcią pomiędzy głową krucyfiksu a podstawą pentagramu. Następnie przy akompaniamencie podjętego na nowo chóralnego mruczando i klekotania kości, akolici umieścili trzy kawałki kadziła na rozżarzonych węglach w kadzielnicy. Prawie natychmiast niebieski dym rozszedł się po holu, a ostra woń kadzidła spowiła ofiarę, celebransów i uczestników.

W omdlałej duszy Agnieszki dym, zapach kadzidła, działanie leków oraz chłód i rytualny hałas – wszystko zmieszało się w jedną ohydną kadencję.

Choć nikt nie dał sygnału, doskonale wyszkolony posłaniec ceremonialny poinformował swego watykańskiego odpowiednika, że inwokacje właśnie się zaczynają. Nagła cisza spowiła amerykańską kaplicę. Biskup Leon uroczyście uniósł krucyfiks leżący obok ciała Agnieszki, oparł go głową w dół o ołtarz i zwracając się twarzą do zgromadzenia, podniósł lewą rękę do odwróconego znaku błogosławieństwa: grzbiet dłoni zwrócony ku zgromadzeniu, kciuk i dwa palce środkowe przyciśnięte do wewnętrznej strony dłoni, mały i wskazujący palec uniesione jako symbol rogów Kozła.

- Módlmy się!

W atmosferze mroku i ognia główny celebrans w każdej z kaplic zaintonował serię inwokacji do Księcia. Uczestnicy w każdej z kaplic odpowiadali na wezwania celebransów. Następnie – ale tylko w amerykańskiej kaplicy celującej – każdemu responsowi towarzyszyło odpowiednie działanie – rytualne wykonanie ducha i znaczenia słów. Nad osiągnięciem kadencji doskonałej słów i woli między obiema kaplicami czuwali gońcy ceremonialni. Od tej właśnie kadencji doskonałej zależało odpowiednie uformowanie intencji ludzi, w które miał być przybrany dramat intronizacji Księcia.

- Wierzę w jedną Moc – wyrzekł z przekonaniem biskup Leon.

- A imię jej Kosmos – zaintonowali uczestnicy w obu kaplicach, odwracając odpowiedź mszału rzymskiego. Towarzyszyło jej odpowiednie działanie w kaplicy celującej. Dwaj akolici okadzili ołtarz, dwaj inni ustawili na ołtarzu pojemniki z ziemią, powietrzem, ogniem i wodą, skłonili się przed biskupem i powrócili na swoje miejsca.

- I w Jednorodzonego Syna Kosmicznego Brzasku – zaintonował Leon.

- A imię jego Lucyfer – brzmiał drugi respons.

Akolici Leona zapalili świece i okadzili pentagram.

Trzecia inwokacja:

- Wierzę w Tajemniczego.

I trzecia odpowiedź:

- Którym jest Wąż Jadowity na Drzewie Życia.

Przy akompaniamencie klekocących kości pomocnicy podeszli do czerwonego filara i odwrócili Tarczę Węża, ukazując odwrotną jej stronę wyobrażającą Drzewo Znajomości Dobra i Zła.

Wtedy Stróż w Rzymie i biskup w Ameryce zgodnie zaintonowali czwartą inwokację:

- Wierzę w Pradawnego Lewiatana.

I unisono poprzez ocean i kontynent popłynęła czwarta odpowiedź:

- A imię jego Nienawiść.

Nastąpiło okadzenie czerwonego filaru z Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego.

Piąta inwokacja brzmiała:

- Wierzę w Pradawnego Lisa.

I piąty donośny respons:

- A imię jego Kłamstwo.

Tu okadzono czarną kolumnę jako symbol rozpaczy i wszelkiej obrzydliwości.

W migotliwym świetle ogarków, spowity kłębami niebieskiego dymu, Leon skierował wzrok na klatkę z Flinnim stojącą tuż obok ciała Agnieszki rozciągniętego na ołtarzu. Szczeniak przebudził się z letargu, podniósł się na cztery łapy, podniecony hałasem śpiewów, klekotania kości.

- Wierzę w Pradawnego Kraba – zaintonował Leon szóstą inwokację.

- A imię jego jest Żywy Ból – zagrzmiała szósta odpowiedź, a kości klekotały miarowo.

Teraz oczy wszystkich zwróciły się na akolitę, który podszedł do ołtarza i sięgnął ręką do klatki. Piesek zamachał ogonkiem, spodziewając się pieszczoty. Tymczasem akolita wprawnym ruchem wyszarpnął zwierzę z klatki, drugą ręką dokonując błyskawicznej wiwisekcji, poczynając od usunięcia genitaliów wyjącego szczeniaka. Ekspert w swoim fachu, umiejętnie przedłużał cierpienie psa i frenetyczną radość uczestników rytuału zadawania bólu.

Lecz nie wszystkie odgłosy zagłuszał piekielny hałas przerażającej celebracji. Był jeszcze słabiutki głosik śmiertelnej walki Agnieszki. Bezgłośnego jej krzyku w odpowiedzi na agonię pieska. Dźwięk niesłyszalnych słów. Dźwięk błagania i cierpienia.

- Bozia jest moim tatusiem!… Święta Bozia!… Mój pieseczek!… Nie róbcie krzywdy Flinniemu!… Bozia jest moim tatusiem!…Nie róbcie krzywdy Panu Jezusowi… Święta Bozia…

Czujny na każdy szczegół, biskup Leon rzucił okiem na ofiarę. Będąc w stanie bliskim nieświadomości, ofiara wciąż walczyła. Wciąż protestowała. Wciąż jeszcze czuła ból. Wciąż jeszcze się modliła z tym swoim nieustępliwym oporem. Leon był zachwycony. Co za doskonała ofiara. Jak przyjemna musi być Księciu. Bezlitośnie i bez najmniejszej przerwy Leon i Stróż przeprowadzili swoje zgromadzenia przez resztę czternastu w sumie inwokacji, a odpowiednie działania towarzyszące każdej odpowiedzi stawały się zgiełkliwym teatrem perwersji. Wreszcie biskup Leon zakończył pierwszą część ceremonii wielką inwokacją:

- Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

- A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Teraz nadeszła pora, by Leon podniósł z ołtarza Agnieszkę. Pora, by arcykapłan uniósł prawą ręką kielich, a lewą ogromną hostię. Pora, by Leon przewodniczył modlitwie ofiarowania, po każdym rytualnym pytaniu czekając na odpowiedzi zawarte w mszałach trzymanych przez uczestników.

- Jakie było imię tej ofiary przy pierwszych narodzinach?

- Agnieszka!

- Jakie było imię tej ofiary przy drugim narodzeniu?

- Agnieszka Zuzanna!

- Jakie było imię tej ofiary przy trzecich narodzinach?

- Rahab Jerycho!

Teraz Leon ponownie ułożył Agnieszkę na ołtarzu, a następnie nakłuł wskazujący palec jej lewej ręki, a z małej ranki wypłynęła krew.

Chłód przeszywał jej ciało, miała mdłości, czuła, jak podnoszą ją z ołtarza, lecz już nie była w stanie poruszać oczami. Czuła ostre ukłucie w lewej ręce. Docierały do niej słowa zawierające zagrożenie, którego nie potrafiła wysłowić: „Ofiara… Agnieszka… narodzona po raz trzeci… Rehab Jerycho…”

Leon umoczył wskazujący palec lewej ręki we krwi Agnieszki i unosząc go tak, by mogli to zobaczyć uczestnicy, rozpoczął modlitwę ofiarowania.

- Krew naszej Ofiary została przelana * aby nasza służba Księciu była doskonała. * Aby sprawował najwyższą władzę w Domu Jakuba * W Ziemi Obiecanej Wybrańca.

Teraz przyszła kolej na arcykapłana. Trzymając wysoko kielich i hostię, wygłosił rytualną odpowiedź ofiarowania:

- Zabieram cię ze sobą, przeczysta ofiaro * Zabieram cię do nieświętej północy – Zabieram cię na wzgórze Księcia.

Arcykapłan ułożył hostię na piersiach Agnieszki, trzymając kielich z winem nad jej piersią.

Mając po prawicy i po lewicy arcykapłana i akolitę Medica, biskup Leon spojrzał na gońca ceremonialnego. Upewniwszy się, że Stróż o granitowej twarzy i jego rzymska falanga tworzą wraz z nim doskonały tandem, znów zaintonował wraz ze współcelebransami modlitwę ofiarowania:

- Prosimy cię, Panie, Lucyferze, Książę Ciemności * Który gromadzisz wszystkie nasze ofiary * Wejrzyj łaskawie na naszą ofiarę * Złożoną na popełnienie wielu grzechów.

A potem bezbłędnym unisono, jakiego nabiera się po latach praktyk, biskup i arcykapłan wygłosili najświętsze słowa łacińskiej mszy. Przy podniesieniu hostii:

- HOC EST ENIM CORPUS MEUM.

Przy podniesieniu kielicha:

HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI, MYSTERIUM FIDEI QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM. HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITIS IN MEI MEMORIAM FACIETIS.

Zebrani natychmiast odpowiedzieli wznowieniem rytualnego hałasu, kakofonią dźwięków, mieszaniną wyrazów i klekotu kości, i towarzyszących temu lubieżnych gestów wszelkiego rodzaju. Tymczasem biskup spożył odrobinę hostii i upił łyczek wina z kielicha.

Na sygnał Leona – ponownie odwrócone błogosławieństwo znakiem – rytualny hałas przybrał formę nieco bardziej uporządkowanego chaosu, kiedy uczestnicy posłusznie ustawili się w kolejce. Przechodząc obok ołtarza, gdzie otrzymywali komunię – odrobinę hostii, łyczek z kielicha – mieli też okazję podziwiać Agnieszkę. Lecz nie chcąc uronić nic z pierwszego rytualnego gwałtu na ofierze, szybko wracali do swoich klęczników, patrząc w napięciu, jak biskup skupia całą uwagę na dziecku.

Uczuwszy na sobie ciężar ciała biskupa, Agnieszka z całej siły próbowała uwolnić się od niego. Nawet teraz usiłowała wykręcić głowę, jakby szukała pomocy w tym bezlitosnym miejscu. Lecz pomoc nie znikąd nie nadchodziła. Był tylko arcykapłan czekający na swoją kolej w tym niewyobrażalnym świętokradztwie. Czekał także jej ojciec. I był ogień palących się czarnych świec, odbijający się czerwienią w ich oczach. Ogień zapalał się w ich oczach. Wewnątrz tych wszystkich oczu. Ogień, który będzie jeszcze palił długo, gdy pogasną świece. Palił już zawsze…

Cierpienie, które owładnęło Agnieszką tamtej nocy, jej ciałem i duszą, było tak głębokie, że chyba ogarniało cały świat. Lecz ani na chwilę nie było to tylko jej konanie. Tego była przez cały czas pewna. Kiedy słudzy Lucyfera gwałcili ją na zbezczeszczonym, nieświętym ołtarzu, gwałcili równocześnie tego Pana, który był jej tatusiem i mamusią. Tak jak On przemienił jej słabość Swoją odwagą, tak też uświęcił jej profanację swymi niewypowiedzianymi udrękami i jej długotrwałe cierpienie Swoją Męką. To do Niego – tego Pana, który był jej jedynym ojcem i jedyną matką, i jedynym obrońcą – słała bezgłośne krzyki męki, przerażenia i bólu. I to do Niego, tracąc przytomność, modliła się o ratunek.

Leon znów stał obok ołtarza, na jego zlanej potem twarzy malowało się podniecenie, była to najwyższa chwila jego triumfu. Skinienie głowy w kierunku gońca ceremonialnego czuwającego przy telefonie. Chwila oczekiwania. Skinięcie głowy tamtego w odpowiedzi. Rzym był gotów.

- Mocą przekazaną mi jako równoczesnemu celebransowi ofiary i równoczesnemu wykonawcy intronizacji, przewodniczę wszystkim tu i w Rzymie, wzywając ciebie, Książę Wszelkiego Stworzenia! W imieniu wszystkich zebranych w tej kaplicy i wszystkich braci zgromadzonych w kaplicy rzymskiej, wzywam Cię, o Książę, przybądź!

Drugiej modlitwie intronizacyjnej miał przewodniczyć arcykapłan. W tej niezwykłej chwili, gdy spełniało się najwyższe, na co kiedykolwiek czekał, recytowane przez niego łacińskie zdania były wzorem kontrolowanej emocji:

- Przybądź, obejmij w posiadanie Dom Wroga. * Wejdź do miejsca, które było dla Ciebie przygotowane. * Zstąp pomiędzy Swoje wierne Sługi * Którzy przygotowali dla Ciebie łoże, * Którzy wznieśli Twój Ołtarz i pobłogosławili go infamią.

Było godne i sprawiedliwe, by to właśnie biskup Leon zaintonował ostatnią modlitwę wprowadzenia w kaplicy celującej:

- Zgodnie ze świętymi instrukcjami z Wierzchołka Góry, * W imieniu wszystkich Braci * ja Ciebie pragnę uwielbić, Książę Ciemności. * Stułę wszystkiego, co Nieświęte * Wkładam oto w Twoje ręce * Potrójną Koronę Piotra * Zgodnie z nieugiętą wolą Lucyfera * Byś tu rządził. * Aby był Jeden Kościół, * Jeden Kościół od Morza do Morza, * Jedno Wielkie i Potężne Zgromadzenie * Mężczyzn i Kobiety, * zwierząt i roślin. * Aby nasz Kosmos znów * Był jeden, niezwiązany i wolny.

Przy ostatnim słowie, na znak dany przez Leona, wszyscy w jego kaplicy usiedli. Rytuał został przekazany do kaplicy docelowej w Rzymie.

W ten sposób intronizacja Księcia do Cytadeli Słabego prawie już dobiegła końca. Pozostała jeszcze tylko autoryzacja, ustawa instrukcyjna i dowód. Stróż podniósł oczy znad ołtarza i skierował ponure wejrzenie na międzynarodowego delegata, który przyniósł mieszek zawierający list autoryzacyjny i instrukcję. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy wstał i skierował się do ołtarza, wziął do ręki mieszek, wyjął papiery i twardym pruskim akcentem przeczytał ustawę autoryzacyjną:

- „Z mandatu Zgromadzenia i Świętych Starszych wyznaczam, autoryzuję i uznaję tę kaplicę, która odtąd będzie się nazywała Kaplicą Wewnętrzną, za zajętą, posiadaną i będącą całkowitą własnością Tego, którego intronizowaliśmy jako Pana i Mistrza naszego ludzkiego losu.

Ktokolwiek środkami tej kaplicy będzie desygnowany i wybrany na ostatniego sukcesora Urzędu Piotrowego, mocą swej urzędowej przysięgi poświęci siebie i wszystkich, którym rozkazuje, aby byli gorliwymi instrumentami i współpracownikami Budowniczych Domu Człowieczego na Ziemi i w całym Kosmosie Człowieka. Przemieni on prastarą Wrogość w Przyjaźń, Tolerancję i Asymilację, i będzie to zastosowane do narodzin, edukacji, pracy, finansów, handlu, przemysłu, nauki, kultury, życia i dawania życia, umierania i udzielania śmierci. Niechaj tedy zostanie uformowana Nowa Era Człowieka”.

- Niech się tak stanie! – zaintonował Stróż odpowiedź rzymskiej falangi.

- Niech się tak stanie! – zaintonował biskup Leon – na znak dany przez gońca ceremonialnego – wyrażając zgodę uczestników.

Następny rytualny nakaz, ustawa instrukcyjna, była to w rzeczywistości uroczysta przysięga zdrady, mocą której każdy duchowny obecny na ceremonii w Bazylice św. Pawła za Murami – czy to kardynał, biskup czy prałat – celowo i rozmyślnie sprofanuje sakrament święceń, mocą którego niegdyś otrzymał łaskę i władzę uświęcania innych.

Delegat Międzynarodowy uniósł lewą rękę, czyniąc znak.

- Czy wszyscy tu obecni i każdy z osobna – odczytywał tekst przysięgi – usłyszawszy tę Autoryzację, teraz uroczyście przysięgają przyjąć ją chętnie, jednogłośnie, natychmiast, bez żadnych zastrzeżeń lub wybiegów?

- Przysięgamy!

- Czy wy wszyscy i każdy z osobna przysięgacie uroczyście, że będziecie wykonywać swoje obowiązki z myślą o wypełnieniu celów Powszechnego Kościoła Człowieka?

- Przysięgamy uroczyście.

- Czy wy wszyscy i każdy z osobna jesteście gotowi podpisać to jednogłośne postanowienie własną krwią, oby Lucyfer cię uderzył, jeślibyś się sprzeniewierzył tej Przysiędze Zgody?

- Jesteśmy gotowi.

- Czy wy wszyscy i każdy z osobna zgadzacie się mocą tej Przysięgi przenieść Panowanie i Posiadanie waszych dusz z Prastarego Wroga, Najwyższego Słabego, we Wszechpotężne ręce naszego Pana, Lucyfera?

- Zgadzamy się.

Teraz nadeszła pora na rytuał końcowy. Na dowód.

Umieściwszy oba dokumenty na ołtarzu, delegat wyciągnął rękę do Stróża. Wówczas rzymianin o granitowej twarzy złotą pincetą nakłuł opuszkę kciuka lewej ręki delegata i złożył krwawą pieczęć przy jego nazwisku na ustawie autoryzacyjnej.

Uczestnicy watykańskiej uroczystości szybko poszli w ślady delegata. A kiedy już każdy członek rzymskiej falangi zadośćuczynił ostatniemu rytualnemu wymogowi, w Bazylice św. Pawła za Murami rozbrzmiała srebrna sygnaturka.

W kaplicy amerykańskiej trzykrotnie zawtórował jej delikatny, melodyjny głos dzwonu nieskończoności. Ding! Dong! Ding! Wyjątkowo gustowny dźwięk – pomyślał Leon – gdy oba zgromadzenia zaintonowały pieśń na wyjście:

- Bim! Bom! Bam!* Nic nie Przemoże Prastarych Bram! * Upadnie Skała i Krzyż sam * Na zawsze * Bim! Bom! Bam!

Procesja wyjściowa uformowała się odpowiednio do rang. Na początku szli akolici. Potem ojciec Medico z bezwładnym i trupiobladym ciałem Agnieszki w ramionach. Na końcu Arcykapłan i biskup Leon, którzy podjęli śpiew, znikając w zakrystii.

Członkowie falangi rzymskiej wyszli na dziedziniec św. Damazego we wczesnych godzinach rannych w święto Piotra i Pawła. Wsiadając do czekających limuzyn niektórzy kardynałowie i biskupi odpowiedzieli na pełne czci saluty gwardzistów, czyniąc machinalny gest błogosławieństwa. Dziedziniec opustoszał i tylko mury Bazyliki św. Pawła jak zawsze jaśniały wspaniałymi freskami przedstawiającymi Chrystusa i św. Pawła Apostoła, którego imię przybrał ostatni sukcesor na Stolicy Piotrowej.

http://dakowski.pl/

Odpowiedzi: 29 to “Malachi Martin – Dom smagany wiatrem”

  1. revers said

    http://www.tldm.org/news/martin.htm

  2. Autor pisze: „owego 25 marca 1957 r. (…) Każdego dnia sowieckie oddziały pancerne mogły runąć na Europę.”

    Niestety, to nieprawda.

    Wikipedia: „Już w marcu 1946 r. Amerykanie zastosowali szantaż nuklearny wobec ZSRR grożąc Rosjanom użyciem broni jądrowej w przypadku nie wycofania się z terytorium Iranu. Rosjanie wycofali się w ciągu 24 godzin. W tym samym roku opracowano w USA pierwsze wersje planów operacyjnych wojny jądrowej przeciwko ZSRR. Były to plany Pincher, a potem Dropshot.

    Plan Dropshot – amerykański plan wojny jądrowej z ZSRR przyjęty w USA w 1949 roku.

    Plan zakładał rozpoczęcie wojny prewencyjnej z ZSRR do 1957 r. w celu uniemożliwienia mu przejęcia inicjatywy strategicznej w wyniku rozbudowy arsenałów jądrowych. W chwili przyjęcia planu w 1949 ZSRR nie dysponował bronią jądrową. Zakładano, że do 1957 rosyjski potencjał atomowy osiągnie poziom zagrażający monopolowi jądrowemu USA tj. 250 bomb jądrowych.

    Amerykanie planowali w pierwszym etapie wojny uderzenie strategiczne z wykorzystaniem 300 bomb atomowych i 840 bombowców strategicznych. Bomby zamierzano zrzucić na 100 miast ZSRR, w tym: 25 na Moskwę, 22 – na Sankt Petersburg, 10 – na Swierdłowsk, 8 – na Kijów, 5 – na Dniepropietrowsk , 2 – na Lwów. Udrzenia miano wykonać z terenu USA oraz z baz w Wielkiej Brytanii, Turcji i Japonii. Ich realizacja miała trwać 2-4 tygodnie. Rezultatem uderzenia miało być zniszczenie 80 % przemysłu ZSRR i zmuszenie go do kapitulacji.

    W drugim etapie zakładano rozpoczęcie działań wojennych na lądzie wykonując uderzenia przy użyciu 250 dywizji amerykańskich i państw NATO liczących ponad 6 mln żołnierzy. Uderzenia z kierunku zachodniego przez terytorium NRD i Polski, z południa przez terytorium Bułgarii i Rumunii oraz desanty morskie na wybrzeżu Morza Czarnego miały pozwolić na zajęcie zachodnich i centralnych obszarów ZSRR.

    W trzecim etapie, po zajęciu ZSRR, planowano wykorzystać do jego okupacji 23 dywizje USA i NATO. Terytorium ZSRR miało być podzielone na 4 strefy okupacyjne: zachodnią, ukraińsko-kaukaską, uralsko-turkiestańską i syberyjsko-dalekowschodnią. Tereny państw socjalistycznych (Polski, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Bułgarii i Węgier) miały być kontrolowane przez 15 dywizji.

    Plan Dropshot był wielokrotnie nowelizowany pod kątem wykorzystania nowych środków przenoszenia broni jądrowej, zwłaszcza rakiet. Na początku lat 60. plan ten zastąpiono planem SIOP, który obejmował tylko założenia użycia amerykańskiej broni nuklearnej na wypadek kryzysu lub wojny.”

    * * *

    W artykule „Atomowe piekło. Wizja wojny jądrowej w Europie” czytamy, że „Plany państw zachodnich, w szczególności Stanów Zjednoczonych, były nie mniej destrukcyjne (niż sowieckie) – wystarczy wspomnieć tylko, że w latach pięćdziesiątych broń jądrowa USA była składowana w kilkudziesięciu lokacjach poza granicami państwa, często bez zgody i wiedzy władz danego kraju.”

    Tymczasem Stalin do śmierci nastawiony był DEFENSYWNIE:

    „Sytuacja po wojnie i wczesne lata pięćdziesiąte

    Pierwsze lata po II Wojnie Światowej to okres ciągłego wzrostu napięć pomiędzy Wschodem a Zachodem, którego kulminacją była słynna wypowiedź Churchilla na Uniwersytecie w Fulton o konieczności obrony przed komunizmem, a także powstanie NATO i Układu Warszawskiego. W międzyczasie doszło także do pierwszego starcia pomiędzy antagonizującymi blokami na półwyspie koreańskim. Już ten konflikt o mało nie zakończył się wojną jądrową – za plany użycia broni nuklearnej zdymisjonowany został gen. Douglas MacArthur.

    W tym samym czasie, tj. we wczesnych latach pięćdziesiątych, głównym celem państw satelickich ZSRR (czyli m.in. Polski) była obrona terytorialna. Plany operacyjne z tego okresu przedstawiają myślenie typowo defensywne, zakładające ochronę kraju i działania na własnym terytorium. Operacje na obszarze przeciwnika były rzadkością i miały być efektem silnego kontruderzenia. Jest to o tyle ciekawe, że w tym okresie państwa zachodnie były sparaliżowane wizją sowieckiej inwazji. Bardziej ważne jest jednak to, że plany te zupełnie nie rozważały aspektów użycia broni jądrowej (także przez przeciwnika) . Powstaje pytanie: dlaczego? Przecież na początku lat pięćdziesiątych zagrożenie użycia broni jądrowej było realne (co ukazuje chociażby wojna koreańska), poza tym od 1949 roku sprawdzoną technologią jej wytwarzania dysponowało także ZSRR. Otóż podejście takie było skutkiem przekonania Stalina, że o ile broń nuklearna ma olbrzymie znaczenie strategiczne, o tyle jej rola na polu bitwy jest niewielka (ze względu chociażby na liczbę dostępnych w owym czasie głowic). Stalin o wiele większą wagę przykładał do odpowiedniego morale wojsk, liczby dywizji oraz ich uzbrojenia, czyli czynników dobrze znanych z poprzedniej wojny – i w jego mniemaniu warunkujących sukces nie tylko następnej, ale być może także wszystkich kolejnych wojen. Poglądy Stalina stały się dogmatem aż do jego śmierci.”

    Po śmierci Stalina uderzenie armii pancernych także było w praktyce niemożliwe: Amerykanie byli stanie obserwować rozwinięcie wojsk sowieckich i zadać uderzenie wyprzedzające za pomocą broni nuklearnej. Sposób przeprowadzenia uderzenia wyprzedzającego na sowieckie zgrupowania pancerne (nie licząc uderzeń atomowych na dalekie tyły) byłby podobny do tego, jaki zakładali planiści sowieccy:

    „Chociaż siła broni nuklearnej była już powszechnie znana, dopiero po śmierci Stalina w ZSRR rozpoczęła się dyskusja na temat jej roli na nowoczesnym polu walki. W tym czasie broń jądrowa była już ważnym elementem realizacji strategii Stanów Zjednoczonych.
    (…)
    Planiści ZSRR zamierzali użyć broni taktycznej jako swoistej artylerii. Innymi słowy planowano skoncentrować atak jądrowy na jakimś określonym obszarze, w ten sposób tworząc poważną lukę w liniach wroga, w którą wedrzeć się miały dywizje pancerne i zmechanizowane. Takie zgrupowanie pancerne zyskało by wielką przewagę taktyczną – szybkie i mobilne wojska mogłyby w krótkim czasie głęboko spenetrować teren wroga, niszcząc tyły przeciwnika, jego centra dowodzenia, lotniska, środki zaopatrzenia i jednostki odwodowe. Pancerz zapewnia stosunkową dobrą ochronę załogi przed efektami wybuchów jądrowych (zwłaszcza opadem promieniotwórczym), dlatego uderzające wojska nie były by narażone w dużym stopniu na szkodliwe działanie własnej broni. Dodatkowo dywizje pancerne, dzięki utrzymywaniu określonego stopnia rozrzedzenia i dużej szybkości działań, mogłyby minimalizować ryzyko poważnych strat w przypadku uderzenia jądrowego przeciwnika.

    Zadanie wyłamywania korytarza jądrowego w tym scenariuszu miały realizować wojska rakietowe, nuklearne ataki lotnicze miały zaś wesprzeć dalsze działania poprzez niszczenie celów dalej na tyłach wroga, jak np. zbliżających się zgrupowań bojowych, lotnisk, czy – na co szczególnie zwracano uwagę – środków ataku jądrowego przeciwnika.”

    Nuklearne uderzenie wyprzedzające na zgrupowania sowieckie zniszczyłoby wprawdzie siłę uderzeniową nieprzyjaciela, ale jednocześnie uniemożliwiłoby w praktyce posunięcie się naprzód i zajęcie terenów wroga:

    ‚W latach pięćdziesiątych także Amerykanie zakładali „artyleryjskie” wykorzystanie taktycznej broni jądrowej. Jednak na początku lat sześćdziesiątych taktyka ta zaczęła się zmieniać. Zauważono, że poza oczywistymi zaletami, polowe użycie taktycznej broni nuklearnej niesie ze sobą także istotne wady. Eksplozje jądrowe spowodowałyby powstanie olbrzymich pożarów i w efekcie zniszczenie lasów, poważną dewastację istniejącej infrastruktury, jak również wiele innych zniszczeń. Nie bez znaczenia jest też opad promieniotwórczy – skażenie terenu utrudniłoby działania na zdobytym terytorium i mogłoby w znacznym stopniu zwiększyć liczbę strat własnych. Innymi słowy planiści amerykańscy doszli do wniosku, że skumulowane uderzenie jądrowe na linie przeciwnika mogłoby istotnie utrudnić prowadzenie działań i w efekcie opóźnić uderzenie. Dlatego zamierzano selektywnie korzystać z taktycznej broni nuklearnej – atakowane miały być cele znajdujące się na tyłach wroga (lotniska, ośrodki dowodzenia, nadciągające rezerwy) jak również wojska przeciwnika zgrupowane dzięki działaniom jednostek własnych. Widać więc wyraźnie, że w odróżnieniu od koncepcji „artyleryjskiej”, w tym schemacie broń nuklearna miała pełnić jedynie funkcję wspierającą. Dodatkowo, aby zwiększyć manewrowość i operacyjność sił, Amerykanie przegrupowali wojska do dywizji typu „pentatomic”, o zmienionej strukturze dowódczej, zgrupowanych w formie pięciu „grup bojowych”.’

    Źródło: http://www.atominfo.pl/raporty/warplan/index.html

    Wynika stąd wniosek, że w 1957 r. nie był możliwy skuteczny atak sowieckich zmasowanych wojsk pancernych na Zachód, w tym także atak sowiecki z wykorzystaniem jądrowego uderzenia wyprzedzającego na linie obrony Zachodu.

    Nie tylko dlatego, że „skumulowane uderzenie jądrowe na linie przeciwnika (Zachodu) mogłoby istotnie utrudnić prowadzenie działań” Sowietom, ale przede wszystkim ze względu na wielką dysproporcję w potencjale sił jądrowych na niekorzyść ZSRR:

    Zob.: Amerykańskie i radzieckie/rosyjskie zapasy broni nuklearnej w latach 1945-2005

    Był natomiast możliwy skuteczny atak amerykański (jądrowy i naziemny) na Związek Sowiecki i na jego pancerne zgrupowania szturmowe.

    * * *

    Skoro Malachi Martin nie wie (?) tak podstawowych rzeczy, to jakże może rzetelnie przedstawiać dzieje XX-wiecznego katolicyzmu?

  3. Marucha said

    Re 2:
    Nie wiem, co ma wspólnego ewentualna niewiedza Malachi Martina w kwestiach broni nuklearnej z jego wiedzą na temat Kościoła.

  4. Pokręć said

    @2: to dlaczego Amerykanie nie zrealizowali swoich planów wojny prewencyjnej?

  5. wet3 said

    @ 2
    Dlaczego Amerykanie nie chcieli dokonczyc wojny koreanskiej i zgodzili sie na podzial Korei???! Dlaczego Truman odwolal generala
    Dougles’a MacArthur’a, ktory chcial „zrobic porzadek w Korei i Chnach? Cos tu nie tak!!!

  6. Niedaleko said

    Ad. 5 – Myślę że było to tak zrobione by zostały punkt w stałym stanie napięcia. To znów jest korzystne to rozpoczynania co chcą w grze geopolitycznej.

  7. szperacz said

    Ad,4,5
    A no dlatego, że ZSRR pokazał:
    w 1949 – że ma bombę atomową
    w 1953 – wodorową (amerykanie dopiero w 1956)
    w 1957 – pierwszy sztuczny satelita Ziemi
    w 1961 – lot Gagarina (dwa ostatnie pokazały, że posiadają środki do przenoszenia broni jądrowej na terytorium USA)
    i na koniec „doktryna martwej ręki”, mówiąca o tym, że nawet po zniszczeniu najważniejszych centrów ZSRR odwet jest nieunikniony.

    Co do wojny koreańskiej, jakby ją dokończyli to pewnie by wyszło tak jak z Wietnamem, czyli dzisiaj mielibyśmy jedno państwo o nazwie Korea i byłby spokój jak z Wietnamem, a tak mamy więcej chaosu, zgodnie z doktryną dziel i rządź a oto rzeczywistym władcom chodzi.

  8. Re 3
    Ogrom książek, które napisał ten Autor każe sądzić, że omawia on szereg zagadnień mieszczących się w temacie: walka Kościoła z Antykościołem i Antychrystem.

    Takie zagadnienia, jak Paneuropa, Liga Narodów, Traktat Rzymski, EWG, UE, NATO, zimna wojna, szantaż nuklearny – powinien mieć zatem doskonale opanowane.

    W przeciwnym wypadku może mieć trudności ze wskazaniem wrogów Kościoła, jak to widać na okładce poprzedniej jego książki:

    Okładka książki “Klucze Królestwa. Zmagania o zwierzchnictwo nad światem pomiędzy Janem Pawłem II, Michaiłem Gorbaczowem i kapitalistycznym Zachodem”, 2010, Warszawa, Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski, 932 strony.

    Napis na w/w okładce: „Klucze Królestwa. Jan Paweł II PRZECIWKO ROSJI i Zachodowi w walce o kontrolę nad nowym porządkiem świata”.

    Jakiś internauta skomentował to tak: „”Jan Pawel II przeciwko Rosji…” Jezeli ten podtytul na okladce pochodzi od autora, ks.Martina, to ja dziekuje za reszte. Kto nie rozroznia Rosji od ZSRR nie powinien zabierac glosu.”

  9. j said

    http://www.proroctwa.com/Dom-smagany-wiatrem.htm

    ………
    W kaplicy amerykańskiej trzykrotnie zawtórował jej delikatny, melodyjny głos dzwonu nieskończoności. Ding! Dong! Ding! Wyjątkowo gustowny dźwięk – pomyślał Leon – gdy oba zgromadzenia zaintonowały pieśń na wyjście:

    – Bim! Bom! Bam!* Nic nie Przemoże Prastarych Bram! * Upadnie Skała i Krzyż sam * Na zawsze * Bim! Bom! Bam!

    Procesja wyjściowa uformowała się odpowiednio do rang. Na początku szli akolici. Potem ojciec Medico z bezwładnym i trupiobladym ciałem Agnieszki w ramionach. Na końcu Arcykapłan i biskup Leon, którzy podjęli śpiew, znikając w zakrystii.
    ……….

    Członkowie falangi rzymskiej wyszli na dziedziniec św. Damazego we wczesnych godzinach rannych w święto Piotra i Pawła. Wsiadając do czekających limuzyn niektórzy kardynałowie i biskupi odpowiedzieli na pełne czci saluty gwardzistów, czyniąc machinalny gest błogosławieństwa. Dziedziniec opustoszał i tylko mury Bazyliki św. Pawła jak zawsze jaśniały wspaniałymi freskami przedstawiającymi Chrystusa i św. Pawła Apostoła, którego imię przybrał ostatni sukcesor na Stolicy Piotrowej.

    1978

    Dla papieża, który przybrał imię Apostoła, lato 1978 roku miało być ostatnim na tej ziemi. Zmęczony trudami piętnastoletnich rządów oraz cierpieniem fizycznym związanym z długotrwałą chorobą, 6 sierpnia został zabrany przed swego Boga z głównej siedziby władzy w Kościele rzymskokatolickim.

    Podczas sede vacante – kiedy tron Piotrowy jest pusty – praktyczne sprawy Kościoła Powszechnego prowadzi kardynał kamerling, inaczej szambelan papieski. W tym przypadku był nim ów nieszczęsny sekretarz stanu, Jego Eminencja kardynał Jean-Claude de Vincennes, który, jak wieść niosła, rządził Kościołem nawet za życia papieża.

    Ten wysoki, szczupły mężczyzna obdarzony był przez naturę dużą dozą galijskiego sprytu. Jego maniery obejmowały całą gamę zachowań – od zgryźliwości po protekcjonizm, dzięki czemu potrafił stworzyć odpowiednią atmosferę zarówno dla arystokratów, jak i podwładnych. Ostre rysy twarzy dobrze harmonizowały z wybitnym stanowiskiem, jakie zajmował w watykańskiej administracji.

    Z natury rzeczy w czasie sede vacante na szambelana spadają liczne obowiązki, a czasu jest mało. Jednym z ważniejszych zadań jest staranne uporządkowanie osobistych papierów i dokumentów pozostałych po zmarłym papieżu. Oficjalnym celem tych działań jest wyłuskanie spraw niedokończonych przez zmarłego. Nieoficjalnym produktem ubocznym jest szansa poznania z pierwszej ręki najskrytszych myśli ostatniego papieża na temat bolączek Kościoła.

    W normalnych warunkach Jego Eminencja dokonałby przeglądu papierów po zmarłym papieżu zanim zbierze się konklawe, by wybrać jego następcę. Lecz przygotowania do sierpniowego konklawe całkowicie pochłonęły jego energię i uwagę. Od wyniku konklawe – a dokładniej od osobowości człowieka, który je opuści jako nowy papież – zależało bowiem powodzenie misternego planu, jaki w ciągu ostatnich dwudziestu lat przygotował kardynał Vincennes wraz z podobnie myślącymi kolegami w Watykanie i na całym świecie.

    Ludzie ci byli zwolennikami nowego modelu papiestwa i Kościoła rzymskokatolickiego. W ich mniemaniu papież i Kościół nie mogą dłużej stać z boku, zachęcając ludzkość, by przystąpiła do owczarni katolicyzmu. Nadszedł czas, by zarówno papiestwo, jak i Kościół jako instytucja włączył się w zbiorowy wysiłek ludzkości ku zbudowaniu lepszego świata dla każdego. Nadszedł czas, by Kościół odrzucił zasadę dogmatów i przestał postrzegać siebie jako absolutnego i wyłącznego posiadacza prawdy ostatecznej.

    Plany te nie mogły być rzecz jasna opracowane w swoistej próżni odizolowanej od świata wewnętrznej polityki Watykanu. Nie znaczy to jednak, że kardynał sekretarz przyjmował tylko idee płynące z zewnątrz. On i jego watykańscy towarzysze o podobnych zapatrywaniach zawarli pakt z ze świeckimi liderami ruchu. Mocą tego paktu wspólnie, każdy we właściwym sobie obszarze, pracowali dla urzeczywistnienia pożądanej fundamentalnej transformacji Kościoła i papiestwa.

    Zgadzali się co do tego, że po śmierci papieża nadszedł odpowiedni moment, by konklawe wybrało jakiegoś poczciwca na następcę na stolicy Piotrowej. Znając zręczność kardynała Vincennesa, nikt nie wątpił, że taki właśnie odpowiedni człowiek opuści jako zwycięzca – nowy papież – sierpniowe konklawe 1978 roku.

    Nic więc dziwnego, że mając w perspektywie taki sukces, kardynał odłożył wszystko inne na bok, nie wyłączając osobistych papierów zmarłego papieża. Gruba koperta z tłoczonym papieskim herbem leżała nietknięta w osobnej szufladzie w biurku kardynała.

    Okazało się jednak, że sekretarz stanu całkowicie się przeliczył. Kardynałowie elektorzy, zamknięci na klucz w sali obrad, wybrali na papieża człowieka najzupełniej nieodpowiedniego. Człowieka wrogo nastawionego do planów ukutych przez kardynała kamerlinga i jego towarzyszy. Chyba nikt w Watykanie nie zapomni dnia. Vincennes dosłownie wypadł z sali, gdy tylko przekręcono klucz w drzwiach, uwalniając elektorów. Nie dbając o zwyczajowe ogłoszenie zakończenia „błogosławionego konklawe”, wpadł do swoich prywatnych apartamentów niczym anioł pomsty.

    O tym, jak poważny błąd popełnił z tym konklawe, kardynał sekretarz stanu Vincennes przekonał się już w pierwszych tygodniach urzędowania nowego papieża. A były to tygodnie wielkiej frustracji. Tygodnie nieustannych utarczek słownych z papieżem i gorących dyskusji w gronie zaufanych ludzi. W obliczu niebezpieczeństwa, jakie niósł każdy kolejny dzień, zapomniano o zabezpieczeniu papierów po zmarłym. Kardynał Vincennes nie był w stanie przedłożyć swoim towarzyszom przewidywanych działań i reakcji nowego człowieka na tronie świętego Piotra. Jego Eminencja stracił kontrolę nad biegiem wydarzeń.

    A potem ludźmi owładnęła niepewność i strach, gdy stała się rzecz najzupełniej nieoczekiwana. Oto w trzydziestym trzecim dniu po elekcji nowy papież zmarł, Rzym i świat zatrząsł się od plotek.

    Kiedy papiery nowo zmarłego papieża zebrano do drugiej koperty z wytłoczonym herbem papieskim, kardynał nie miał już wyboru: musiał zająć się nią, a przy okazji tą poprzednią. Lecz pora była niesprzyjająca. Organizacji nowego konklawe w październiku przyświecała jedna myśl: trzeba było naprawić błąd popełniony w sierpniu. Dano mu jeszcze jedną szansę. Był najzupełniej pewien, że jego życie zależy od tego, czy potrafi ją właściwie wykorzystać. Tym razem dopilnuje, by wybrano spolegliwego papieża.

    Lecz zły los go prześladował. Mimo gargantuicznych wysiłków, wynik październikowego konklawe był dla niego równie katastrofalny, co sierpniowego. Uparci elektorzy i tym razem wybrali człowieka niemiłego pod każdym możliwym względem. Gdyby okoliczności na to pozwalały, Jego Eminencja z pewnością poświęciłby czas wyświetleniu zagadki, co poszło nie tak w obu konklawe. Lecz właśnie czasu brakowało mu najbardziej.

    Kiedy w ciągu niewielu miesięcy trzeci człowiek zasiadł na papieskim tronie, nie można było dłużej odwlekać przejrzenia zawartości dwu kopert z herbem papieskim. Choć osaczony, jak lis w norze, Jego Eminencja nie miał zamiaru wypuścić z rąk obu kopert, zanim nie zapozna się z ich treścią.

    Przegląd miał miejsce pewnego październikowego ranka przy owalnym stole konferencyjnym w obszernym gabinecie kardynała. Mieszczące się zaledwie kilka metrów od gabinetu papieża na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego, z palladiańskimi oknami utkwionymi wieczyście w placu świętego Piotra i rozpościerającej się za nim szerokiej panoramie niby oczy bez powiek – pomieszczenie to stanowiło tylko jedną z zewnętrznych oznak globalnej władzy kardynała.

    Jak nakazywał zwyczaj, kardynał zaprosił dwóch ludzi jako świadków i pomocników. Pierwszy z nich – arcybiskup Silvio Aureatini – stosunkowo młody człowiek o utrwalonej już jednakże pozycji i dużo większych ambicjach – był typem czujnego, bystrego północnego Włocha. Jego ptasia twarz wydawała się cała zwężać się w kulminacyjny punkt, jaki stanowił koniec wydatnego nosa, niby ostro zatemperowany ołówek.

    Drugi mężczyzna – ksiądz Aldo Carnesecca – był zwykłym, nic nie znaczącym duchownym, który przeżył cztery pontyfikaty i dwukrotnie brał udział w przeglądzie papierów zmarłych papieży. Był ceniony przez przełożonych jako „zaufany człowiek”. Wymizerowany, siwowłosy mężczyzna o spokojnym głosie i nieokreślonym wieku, był dokładnie tym, na co wskazywał wyraz jego twarzy, wytarta sutanna i bezosobowe zachowanie – zawodowym podwładnym.

    Tacy ludzie, jak ksiądz Carnesecca, przychodzą do Watykanu z wielkimi ambicjami. Lecz nie mając w sobie ducha stronniczości i nienawiści, zbyt ceniąc sobie moralność, by wznosić się po trupach na kolejny szczebelek, a zarazem niezdolni do kąsania ręki, która ich wykarmiła – tacy ludzie poprzestają na podstawowej, żywionej przez całe życie ambicji, która ich tu sprowadziła – ambicji bycia rzymianinem.

    Zamiast poświęcać swoje zasady lub przeżywać gorycz utraty złudzeń, watykańscy carneseccowie starają się wykorzystać do maksimum swoją niską pozycję. Pozostają na stanowisku przez kolejne pontyfikaty. Nie żywiąc żadnych osobistych ambicji, nie mając wpływu na bieg wypadków, gromadzą dokładną wiedzę o ważnych wydarzeniach, przyjaźniach, incydentach i decyzjach. Stają się ekspertami od wzlotów i upadków możnych. Drzewa nie przesłaniają im lasu. Jak na ironię więc człowiekiem najlepiej przygotowanym do przeglądu papieskich dokumentów tego październikowego ranka nie był ani kardynał Vincennes, ani arcybiskup Aureatini, lecz właśnie ksiądz Carnesecca.

    Na początku przegląd przebiegał gładko. Po piętnastu latach pontyfikatu można się było spodziewać, że koperta pierwszego ze zmarłych papieży będzie bardzo gruba. Tymczasem większą część zawartości stanowiły kopie notatek służbowych wymienianych między papieżem a jego eminencją i większość tych tekstów była już kardynałowi znana. Podsuwając swym dwóm towarzyszom kolejne strony, Vincennes dzielił się z nimi nasuwającymi mu się uwagami. Zasypywał ich komentarzami do nazwisk pojawiających się w notatkach. To ten szwajcarski arcybiskup, któremu wydawało się, że potrafi zażyć Rzym. To ten brazylijski biskup, który odmówił uznania zmian w mszale. A to znów watykańscy kardynałowie tradycjonaliści, których władzę złamał. Tu znów europejscy teologowie tradycjonaliści, których bezpowrotnie usunął w cień.

    W końcu pozostało do przejrzenia tylko pięć dokumentów, nim będą mogli przejść do drugiej teczki. Każdy z nich znajdował się w osobnej zapieczętowanej kopercie z adnotacją: „Personalissimo e Confidenzialissimo”. Spośród tych pięciu kopert cztery – przeznaczone dla rodziny – nie przedstawiały żadnej wartości, prócz tego, że kardynał nie mógł przeboleć, że nie pozna ich zawartości. Ostatnia opatrzona była dodatkową adnotacją: „Dla Naszego Następcy na Stolicy Piotrowej”. Słowa te, napisane bez wątpienia ręką starego papieża, nadawały dokumentom przechowywanym w kopercie status papierów przeznaczonych tylko dla oczu nowo wybranego młodego słowiańskiego papieża. Dzień powstania zapiski – 3 lipca 1975 – pozostał w pamięci kardynała jako wyjątkowo beztroski w jego stale napiętych relacjach z Jego Świątobliwością.

    Nagle jednak uwagę jego eminencji przykuł inny szczegół: nie tyle prawdopodobny, co niewątpliwy fakt, że koperta była otwierana. To niewiarygodne, ale koperta naprawdę została przecięta u góry i otwarta. Było więc jasne, że ktoś zapoznał się z treścią dokumentow. Równie oczywiste było to, że koperta została następnie sklejona skoczem. Nowa pieczęć papieska i podpis zostały złożone przez następcę starego papieża. Przez tego papieża, który tak nagle umarł, a którego papiery wciąż jeszcze czekały na przegląd.

    Ale to jeszcze nie wszystko. Bo oto druga notatka, napisana mniej znanym charakterem pisma młodszego papieża, głosiła: „Dotyczy stanu Świętej Matki Kościoła po 29 czerwca 1963″.

    Kardynał Vincennes na chwilę zapominał o swych dwóch towarzyszach przy owalnym stole. Cały świat skurczył się nagle do drobnych wymiarów koperty, którą obracał w ręce. Zgroza i dezorientacja na widok tej daty sparaliżowały jego umysł do tego stopnia, że zabrało mi chwilę, nim odczytał datę drugiego zapisu papieskiego: 28 września 1978. Pamiętny dzień śmierci tego drugiego papieża.

    Kardynał zaniemówił, obmacując kopertę, jakby po jej grubości spodziewał się odgadnąć treść lub jak by się spodziewał, że koperta podszepnie mu rozwiązanie zagadki, w jaki sposób zniknęła z jego biurka i w jaki sposób do niego powróciła. Nie zwracając uwagi na księdza Cerneseccę – co nie było rzeczą trudną – w milczeniu podsunął kopertę Aureatiniemu.

    Kiedy arcybiskup podniósł znad koperty nos w kształcie ostro zatemperowanego ołówka, kardynał ujrzał w jego oczach własną zgrozę i pomieszanie. Wyglądało to tak, jakby ci dwaj mężczyźnie nie patrzyli na siebie nawzajem, lecz wpatrywali się w jakąś wspólną pamięć, co do której byli przekonani, że jest tajna. Pamięć o początkowej chwili zwycięstwa. Pamięć o wydarzeniu w Bazylice św. Pawła za Murami. Pamięć o dniu, gdy zgromadzili się wraz z wielu innymi członkami falangi, by wznieść prastare inwokacje. Pamięć o tym pruskim delegacie czytającym ustawę instrukcyjną; kciukach nakłuwanych złotą pincetą; pieczętowaniu własną krwią ustawy autoryzacyjnej.

    – Ależ, eminencjo… – wyrwało się Aureatiniemu, który pierwszy odzyskał głos, lecz nie zdolność myślenia. – W jaki sposób, do diabła, on mógł to…

    – Tego nawet sam diabeł nie wie.

    Nadludzkim wysiłkiem woli kardynał próbował zebrać myśli. Stanowczym ruchem ujął kopertę i trzasnął nią o stół, nie przejmując się zupełnie tym, co sobie pomyślą jego towarzysze. Wobec tak wielu niewiadomych musiał sobie odpowiedzieć na pytania kłębiące się w jego głowie.

    W jaki sposób „trzydziestotrzydniowy papież” położył łapę na papierach swego poprzednika? Zdrada ze strony któregoś z jego własnych sekretarzy? Jego Eminencja mimo woli spojrzał na księdza Carneseccę. W jego umyśle ten zawodowy podwładny w czarnej sutannie reprezentował całą niższą klasę wyrobników watykańskiej administracji. Oczywiście, technicznie rzecz biorąc, papież miał prawo wglądu w każdy dokument sekretariatu stanu, lecz wszak nie okazał wobec Vincennesa żadnego zainteresowania w tej materii. A druga kwestia: co papież naprawdę widział? Czy miał w rękach całe dossier starego papieża i przeczytał wszystko? Czy tylko tę jedną kopertę z kluczową datą 29 czerwca 1963 roku, wypisaną na kopercie jego ręką? Jeśli to ostatnie było prawdą, w jaki sposób koperta wróciła do dossier? I, niezależnie od wersji wydarzeń – kto doprowadził wszystko do poprzedniego stanu w biurku kardynała? Kiedy ktoś mógł tego dokonać, nie zwracając na siebie uwagi?

    Rzucił jeszcze raz wzrokiem na drugą datę wypisaną na kopercie: 28 września. Nagle wstał od stołu, podszedł do swojego biurka, wyjął dziennik i odnalazł żądaną datę. Tak, miał wtedy rutynową poranną odprawę u Ojca Świętego, w notatkach nie było jednak niczego podejrzanego. Po południu miał spotkanie z głównymi inspektorami Banku Watykańskiego; w tym punkcie też nie było niczego interesującego. Uwagę jego przyciągnęła jednak inna notatka. Był na obiedzie w ambasadzie kubańskiej wydanym na cześć jego przyjaciela i kolegi – odchodzącego ambasadora. Po obiedzie został na pogawędkę.

    Kardynał podniósł słuchawkę interkomu i kazał sekretarzowi sprawdzić w grafiku, kto miał w tym dniu dyżur w recepcji sekretariatu stanu. Po chwili nadeszła odpowiedź. Wtedy wbił tępy wzrok w owalny stół. W tej chwili ksiądz Aldo Carnesecca stał się dla jego eminencji czymś o wiele więcej niż tylko symbolem watykańskiej kasty podwładnych. W tym krótkim czasie, jakiego potrzebował, by odłożyć słuchawkę interkomu i wrócić na swoje miejsce przy stole, w jego umysł wsączyło się zimne światło. Światło, w którym ujrzał swoją przeszłość i swoją przyszłość. W jakimś sensie się nawet uspokoił, kiedy skojarzył wszystkie fakty. Jego długa nieobecność w sekretariacie 28 września. Carnesecca samotnie dyżurujący w porze sjesty. Vincennes widział wszystko jasno jak na dłoni. Wzięto go fortelem, został przechytrzony przez lisa o szczerej twarzy. Jego gra była skończona. Najlepsze, co mógł teraz zrobić, to zadbać o to, by ta podwójnie pieczętowana papieska koperta nigdy nie dotarła do rąk słowiańskiego papieża.

    – Skończy pracę! – powiedział, spoglądając na Aureatiniego o wciąż poszarzałej twarzy i na nieporuszonego Carneseccę.

    Miał teraz jasny umysł i odzyskał koncentrację. Suchym tonem, jakiego zawsze używał w stosunku do podwładnych, przekazał szereg decyzji kończących przegląd papieskich papierów. Carnesecca miał się zająć dostarczeniem adresatom czterech kopert adresowanych do krewnych. Resztę papierów Aureatini odniesie do watykańskich archiwów, gdzie pokryje je kurz zapomnienia. On sam zaś zajmie się podwójnie pieczętowaną kopertą.

    Teraz eminencja szybko dokończył przeglądu stosunkowo nielicznych papierów, jakie drugi papież zdołał zgromadzić w ciągu swoich krótkich rządów. Spokojny, że najważniejszy dokument tego papieża leży przed nim, przejrzał pobieżnie pozostałą zawartość teczki. Po kwadransie podsunął teczkę Aureatiniemu, który miał ją umieścić w archiwach.

    Stojąc samotnie w jednym z podłużnych okien swego gabinetu, Vincennes ujrzał księdza Carneseccę, jak wyszedłszy z sekretariatu skierował kroki na dziedziniec św. Damazego. Śledził wątłą figurkę duchownego kierującego się przez Plac św. Piotra do Świętego Oficjum, gdzie ten kapłan spędzał większość dnia pracy. Przez dobre dziesięć minut obserwował niespieszny, lecz zawsze pewny i świadom celu krok duchownego. Doszedł do wniosku, że jeśli jest ktoś, kto jak najszybciej powinien spocząć w zbiorowej mogile, to jest nim Aldo Carnesecca. I nie musi tego nawet notować w dzienniku dla pamięci.

    W końcu kardynał sekretarz stanu odwrócił się od okna i podszedł do biurka. Musiał wreszcie coś zrobić z tą podwójnie zapieczętowaną kopertą.

    W historii papiestwa znane są przypadki, że ktoś upoważniony do tego miał wgląd nawet do dokumentów z adnotacją „Personalissimo e Confidentialissimo, nim całość papierów zmarłego papieża trafiała do archiwów. W tym wypadku jednak adnotacje nie jednego, ale aż dwóch papieży zdawały się wykluczać inne oczy, jak tylko papieskie. Były rzeczy, przed którymi cofał się nawet ktoś taki, jak Vincennes. Zresztą tak czy inaczej był pewien, że wie, czego dotyczą tajne papiery.

    Z drugiej strony – dumał Jego Eminencja – można w różny sposób interpretować biblijną przestrogę: „Niechaj umarli grzebią swoich umarłych”. Bez popdniecenia, ale i bez litowania się nad sobą – choć doskonale świadom czekającego go losu – podniósł jedną ręką słuchawkę, drugą ujmując kopertę.

    Kiedy zgłosił się arcybiskup Aureatini, Vincennes wydał ostatnie polecenie dotyczące przeglądu:

    – Zapomniał ekscelencja jednego dokumentu dla archiwisty. Proszę po niego przyjść. Ja sam porozmawiam o tym z archiwistą.

    Niewczesna śmierć jego eminencji sekretarza stanu, kardynała Jeana-Claude’a de Vincennesa nastąpiła w wyniku niefortunnego wypadku samochodowego, który wydarzył się 19 marca 1979 roku w pobliżu miejscowości Mablon w południowej Francji – miejsca urodzenia kardynała. Niewątpliwie najbardziej sucha ze wszystkich notatek mówiącej światu o tej tragedii była ta umieszczona w Roczniku Papieskim z roku 1980. W tym opasłym informatorze, zawierającym dane osobowe i inne praktyczne informacje, na liście ostatnio zmarłych książąt Kościoła pojawiło się tylko nazwisko kardynała, bez jakiegokolwiek komentarza.

    Część pierwsza

    Wieczór papiestwa

    Śmiałe plany…

    I

    Nikt w Watykanie nie był zaskoczony, kiedy z początkiem maja Ojciec Święty wybrał się za granicę z kolejną wizytą pasterską. Ostatecznie była to tylko jedna z niezliczonych pielgrzymek, jakie odbył do ponad siedemdziesięciu krajów od czasu swojej elekcji w 1978 roku.

    Przez te ponad dziesięć lat słowiański papież zamienił bowiem swój pontyfikat w jedną wielką pielgrzymkę do świata. W tym czasie widziało go lub słyszało, osobiście lub za pośrednictwem mediów, około trzy miliardy ludzi. Spotkał się dziesiątkami przywódców państw. Jak nikt inny znał kraje tych przywódców i języki, jakimi mówi ich ludność. Imponował wszystkim jako człowiek bez uprzedzeń wobec kogokolwiek. Zarówno politycy, jak i zwykli ludzie na cały. świecie uznawali w nim również przywódcę. Widzieli w nim człowieka zatroskanego o bezradnych, bezdomnych, bezrobotnych, ofiary wojny. Człowieka troszczącego się o tych, którym odmawia się prawa do życia – ofiary aborcji oraz dzieci, które rodzą się tylko po to, by umrzeć z głodu i chorób. O te miliony ludzi skazane na śmierć głodową zawinioną przez rządy Somalii, Etiopii, Sudanu. O ludność Afganistanu, Kambodży i Kuwejtu, które to kraje zamieniono w pola minowe.

    Jednym słowem słowiański papież stał się krystalicznie czystym zwierciadłem, ukazującym realną nędzę narodów realnego świata.

    W porównaniu z tymi nadludzkimi wysiłkami papieski wypad zaplanowany na sobotni poranek miał być tylko krótkim epizodem. Miała to być pasterska wizyta w sanktuarium w Sainte Baume, wysoko w Alpach francuskich na Lazurowym Wybrzeżu. Papież miał tam przewodniczyć tradycyjnym obchodom ku czci św. Marii Magdaleny, która według legendy spędziła w jaskini trzydzieści lat jako pustelnica i pokutnica.

    W Sekretariacie Stanu krążył uszczypliwy żart o „jeszcze jednej pobożnej wycieczce Jego Świątobliwości”, czemu trudno się było dziwić, zważywszy na trud, jaki trzeba było wkładać w niekończące się peregrynacje papieskie.

    Sobotni ranek w dniu wyjazdu papieża do Sainte Baume wstał rześki i słoneczny. Kiedy papieski sekretarz stanu Cosimo Maestroianni wyszedł w towarzystwie papieża i jego nielicznej świty z jednego z portali Pałacu Apostolskiego, kierując się do watykańskiego lądowiska dla śmigłowców, bynajmniej nie był w nastroju do żartów, niechby nawet uszczypliwych. Zresztą jak wiadomo nie miał poczucia humoru. Jego Eminencja odczuł jednak pewną ulgę na myśl, że gdy już – jak tego wymagał protokół i przyzwoitość – wyśle Ojca Świętego bezpiecznie w podróż, będzie miał kilka cennych dni tylko dla siebie.

    Nie żeby kardynał Maestroianni miał zaległości. Ale akurat w tej chwili czas był dla niego na wagę złota. Jakkolwiek nie zostało to jeszcze podane do wiadomości publicznej, na mocy wcześniejszych uzgodnień ze słowiańskim papieżem kardynał miał wkrótce opuścić stanowisko sekretarza stanu. Wraz z kolegami zatroszczył się wprawdzie o to, by nawet po przejściu na emeryturę miał dostęp do najwyższych szczebli władzy watykańskiej. Jego następca – już wybrany przez papieża – nie był niewiadomą; nie był to wprawdzie człowiek idealny, ale taki, z którym da się żyć. Mimo to pewne rzeczy lepiej było załatwić teraz, dopóki jeszcze piastuje ten wysoki urząd. Przed zakończeniem oficjalnej kadencji szefa watykańskiego sekretariatu stanu Jego Eminencja musiał jeszcze uporać się z trzema niezwykle ważnymi zadaniami. Każde z nich było ważne na inny sposób. Tu jeszcze odrobinę popchnąć sprawę, tam zrobić jeszcze parę kroczków – i będzie spokojny, że koła raz puszczonego w ruch nikt już nie zatrzyma.

    To było teraz najważniejsze. A czas uciekał…

    Papież i kardynał w towarzystwie nieodłącznych gwardzistów, wyprzedzając świtę papieską z idącym na końcu osobistym sekretarzem papieskim Danielem Sadowskim – posuwali się do przodu jak dwa konie w nierównym zaprzęgu. Drobiąc obok papieża na swoich krótkich nóżkach, robiąc dwa kroki na jeden krok Jego Świątobliwości, Jego Eminencja szybko zrekapitulował główne punkty rozpoczynającej się pielgrzymki i pożegnał Ojca Świętego słowami:

    – Niechaj Wasza Świątobliwość uprosi nam łaski Świętej.

    Wracając w błogosławionej samotności do Pałacu Apostolskiego, kardynał Maestroianni zatrzymał się na chwilę w cudownych ogrodach papieskich, by zebrać myśli. Człowiek przyzwyczajony do Watykanu i globalnej władzy miał o czym myśleć, zwłaszcza w przededniu odejścia ze stanowiska. Zresztą nie była to strata czasu. Kardynał snuł niezwykle pożyteczne rozważania. Rozważania o zmianach. I o jedności.

    Jego Eminencja miał wrażenie, że wszystko w jego życiu i wszystkie światowe wydarzenia w ten czy inny sposób obracały się zawsze wokół procesu zmian, a także wokół oblicza i sensu jedności. W każdym razie teraz, z perspektywy czasu, Jego Eminencja widział jasno, że już w latach pięćdziesiątych, kiedy podejmował służbę dyplomatyczną jako młody, ambitny kleryk, zmiana była jedyną rzeczą stałą w świecie.

    Przypomniał sobie ostatnią, długą rozmowę ze swym wieloletnim mentorem, kardynałem Jeanem-Claude’em de Vincennes’em. Było to w tych samych ogrodach pewnego zimowego dnia 1979 roku. Vincennes tkwił wówczas po uszy w planach pierwszej podróży papieskiej poza Watykan – wizyty w rodzinnych kraju po niespodziewanym wyborze na Stolicę Piotrową.

    Większość obserwatorów światowym postrzegała tę podróż – zarówno przed, jak i po jej zakończeniu – jako nostalgiczny powrót do ojczystego kraju i ostateczne pożegnanie wybitnego syna tej ziemi. Większość – lecz nie Vincennes. W czasie tej rozmowy, która odbyła się tyle lat temu, Maestroianniemu nastrój Vincennes’a wydał się dziwny. Jak zawsze, gdy chciał wbić do głowy swojemu protegowanemu jakąś ważną myśl, kardynał wdał się z nim w pozornie lekką pogawędkę. Opowiadał o swoim „dniu” w służbie watykańskiej. Vincennes nazywał ten okres Dniem Pierwszym – a chodziło o długi, monotonny okres zimnej wojny. Maestroianniego uderzył jakby świadomie proroczy ton wynurzeń mentora, który zdawał się sugerować bliski koniec tej ery, i to w wielorakim sensie.

    – Szczerze mówiąc – wyznał tamtego dnia kardynał – rola Europy w tym Dniu Pierwszym sprowadzała się do najważniejszego, lecz najzupełniej bezsilnego pionka w śmiertelnej grze międzynarodowej. Ta gra określana była mianem zimnej wojny. Żyliśmy w ciągłej obawie, że każdego dnia może rozpętać się atomowe piekło.

    Nawet bez retoryki mistrza Maestroianni rozumiał te sprawy. Zawsze pilnie uczył się historii. A poczynając od roku 1979 zdobył własne doświadczenie w pertraktacjach z zimnowojennymi rządami i światowymi ośrodkami władzy. Wiedział, że groźba zimnej wojny dręczyła wszystkich – tak przedstawicieli rządów, jak i ludność. Nawet te sześć zachodnich krajów, których ministrowie podpisali w roku 1957 Traktat Rzymski, dzięki czemu zacieśniły one wzajemne więzy, tworząc Wspólnotę Europejską – w swoich planach i posunięciach bez przerwy musiały uwzględniać zimnowojenne zagrożenia.

    W ocenie Maestroianniego na początku roku 1979 nic nie wskazywało jednak na to, by geopolityczna rzeczywistość zimnej wojny – nazwana przez Vincennes’a Dniem Pierwszym – miała ulec jakimkolwiek zmianom. Dlatego tak mocno uderzyło go przeświadczenie Vincenne’a, że Dzień Pierwszy ma się ku końcowi. Jeszcze dziwniejsze było to, że zdawał się on oczekiwać, iż to właśnie ów słowiański intruz na tronie papieskim będzie – jak się wyraził – „aniołem zmian”.

    – Nie daj się zmylić pozorom – powiedział Vincennes z naciskiem. – Ten człowiek jest postrzegany przez wielu jako bełkotliwy poeta filozof, który przez pomyłkę został papieżem. A tymczasem jego żywioł – obojętne, czy myśli, je, śpi czy śni – to geopolityka. Widziałem jego szkice przemówień, jakie ma wygłosić w Warszawie i Krakowie. Zadałem sobie trud przeczytania niektórych jego wcześniejszych wystąpień. Otóż od 1976 roku bez przerwy mówi o nieuchronności zmian. O nadchodzącym pędzie narodów do Nowego Porządku Świata.

    Maestroianni z wrażenia aż się zatrzymał.

    – Tak – potwierdził Vincennes, spoglądając z wysokości swojego wzrostu na niższego towarzysza. – Tak, nie przesłyszałeś się. On też czuje, że nadchodzi Nowy Porządek Świata. I jeśli dobrze rozumiem intencje jego powrotu do ojczystego kraju, to wystąpi on tam jako herold końca Dnia Pierwszego. A jeśli to prawda, wkrótce zaświata nam Dzień Drugi. A kiedy to nastąpi – jeśli przeczucie mnie nie myli – ten słowiański papież będzie biegł na czele pochodu. A wtedy ty, mój przyjacielu, musisz biec jeszcze szybciej, zataczając koła wokół naszego Ojca Świętego.

    Podwójnie zaskoczony, Maestroianni nie mógł pozbierać myśli. Po pierwsze Vincennes mówił tak, jakby wyłączał samego siebie z Dnia Drugiego; jakby dawał mu instrukcje jako swojemu następcy. A po drugie nie mógł pojąć, jak Vincennes mógł zakładać, że ten Słowianin, tak zdawałoby się nie nadający się na papieża, mógł odegrać znaczącą rolę w polityce światowej.

    Jakże innym człowiekiem był teraz Maestroianni, kiedy wracając do Pałacu Apostolskiego, zatrzymał się na kilka chwil refleksji w ogrodach watykańskich. Głos Vincennes’a umilkł dwanaście lat temu, lecz te ogrody się nie zmieniły, świadcząc milcząco o tym, jak trafne było jego proroctwo.

    Dzień Drugi nadszedł tak niepostrzeżenie, że przywódcy na Wschodzie i na Zachodzie potrzebowali dużo czasu, by zrozumieć to, co Vincennes zrozumiał w lot, czytając wcześniejsze przemówienia tego Polaka, który teraz jest papieżem. Powoli najbystrzejsi z dzieci mamony zaczęli rozumieć, co papież wbija im do głowy tym swoim nieoskarżycielskim, lecz stanowczym stylem.

    Rzucając skuteczne wyzwanie przywódcom Wschodu na ich własnym terenie, w trakcie pielgrzymki do ojczystego kraju papież uruchomił siły, które doprowadziły do jednej z największych zmian geopolitycznych w historii świata. Okazało się jednak, że przywódcy Zachodu nie byli w stanie podążyć w kierunku wskazywanym przez słowiańskiego papieża. Byli bowiem pewni, że punktem podparcia dla zmian na globie ziemskim będzie ich maleńka i sztuczna zachodnioeuropejska enklawa. Dlatego trudno im było uwierzyć, że epicentrum zmian leży w zniewolonych krajach między Odrą a wschodnimi granicami Ukrainy.

    Jakkolwiek nieprzekonani słowami papieża, przywódcy zachodni musieli w końcu uwierzyć faktom. A kiedy wreszcie uwierzyli, gorączkowo włączyli się w nowy prąd historycznych zmian. W roku 1988 maleńka niegdyś Wspólnota Europejska rozrosła się do dwunastu państw członkowskich o łącznej populacji 324 milionów i rozciągała się od Danii na północy po Portugalię na południu i od Wysp Szetlandzkich na zachodzie do Krety na wschodzie. Można było mieć nadzieję, że w roku 1994 liczba państw Wspólnoty powiększy się co najmniej o pięć, a liczba ludności o dalsze 130 milionów.

    Ale nawet wtedy Europa Zachodnia pozostała małą, upartą oblężoną twierdzą, pełną lęku o to, że jej starożytna cywilizacja mogłaby zostać zmieciona z powierzchni ziemi w wojnie światów. Przeciwnik nadal przesłaniał jej horyzont wyobraźni, hamując rozmach działania.

    Dopiero upadek muru berlińskiego wczesną zimą 1989 roku zdjął bielmo z oczu zachodnich Europejczyków, dając im namacalne poczucie zmian. Doświadczenie to z początkiem lat dziewięćdziesiątych skonsolidowało w nich poczucie tożsamości europejskiej. Albowiem ich ojczysta Europa Zachodnia minęła na zawsze. Skończyła się długa noc trwogi. Zaświtał Dzień Drugi.

    Cała Europa została wciągnięta w niespodziewaną dynamikę zmian w Europie Środkowej. Dynamika ta spędzała sen z oczu dalekowschodniemu konkurentowi Europy – Japonii. Ujęła też w kleszcze oba supermocarstwa. Tak jak w klasycznym dramacie greckim pojawia się na scenie posłaniec, by odsłonić przed zdumioną publicznością dalsze koleje akcji, tak też na scenie europejskiej pojawił się Michaił Gorbaczow, prezydent Związku Radzieckiego, oświadczając, że jego kraj „zawsze był integralną częścią Europy”. A na drugim końcu świata prezydent Bush twierdził, że Ameryka jest „mocarstwem europejskim”.

    Tymczasem i w papieskim Rzymie zaświtał Dzień Drugi. Na razie pozostał w cieniu burzy zmian, jaka przetaczała się przez wspólnotę narodów. A jednak pod mądrą ręką Maestroianniego i jego licznych towarzyszy Kościół rzymskokatolicki i papieski Rzym dostały się w jeszcze szybszy i głębszy wir zmian, które wstrząsnęły jego kondycją i ziemskimi losami.

    Rzym starego papieża wstrząsany burzą drugiej wojny światowej odszedł w przeszłość. Skończył się jego papieski Rzym jako sprawna i hierarchiczna organizacje. Wszyscy ci kardynałowie, biskupi i księża, wszystkie zakony i instytuty rozsiane po całym świecie w sieci diecezji i parafii, połączone więzią wierności i posłuszeństwa względem konkretnej osoby papieża (pontifex maximus) – wszystko to odeszło w niepamięć. W przeszłość odszedł także Rzym „dobrego papieża”, ożywiany duchem Pięćdziesiątnicy. Otworzył on na oścież okna i drzwi swej czcigodnej instytucji, pozwalając, by wicher zmian dął po wszystkich pomieszczeniach i korytarzach Watykanu. Jego papieski Rzym został zdmuchnięty przez wichry, które sam rozpętał. Nic nie ostało się z jego marzeń prócz garstki wiernych niejasno pamiętających przeszłość i poronionych idei, a także inspiracji, jaką był dla takich ludzi, jak Maestroianni.

    Przeminął nawet Rzym nieszczęsnego papieża, który przybrał imię Apostoła. Nic nie pozostało z patosu bezowocnych protestów tego Ojca Świętego przeciwko stopniowej dekatolizacji wszystkich świętych tajemnic papieskiego Rzymu. Dzięki Vincennes’owi i jego zdolnym i oddanym protegowanym w rodzaju Maestroianniego, w chwili, gdy dzwony śmierci odwołały go z tego świata po piętnastu latach służby na Stolicy Piotrowej – na horyzoncie zamajaczył nowy Rzym, nowy katolicki Kościół zaczynał się oblekać w ciało.

    Stojąc w chłodzie tego pięknego poranka, sekretarz stanu kardynał Maestroianni objął zamyślonym spojrzeniem ogrody i niebo. Jakie to znamienne – myślał – że nie słychać nawet helikoptera unoszącego papieża w dal. Rzym nie tylko odwrócił twarz od słowiańskiego papieża. Rzym był antypapieski. W rzeczy samej Rzym był nie tylko antypapieski, ale także zdecydowany stworzyć antypapieski Kościół.

    Nowy Kościół w Nowym Porządku Świata. Oto był cel nowego Rzymu. Rzymu Maestroianniego.

    Marestroianni wciąż nie mógł się nadziwić, że jedyną poważną przeszkodą na drodze do urzeczywistnienia tego celu był ten papież, przez tak wielu ludzi kwitowany stwierdzeniem, że to tylko „relikt minionych czasów”. Jak mogło do tego dojść? – dumał Maestroianni. Na początku pontyfikatu zachowanie papieża napawało kardynała otuchą. Kreował się on na obrońcę „ducha soborowego”, czyli patrona tych wszystkich głębokich zmian dokonanych w Kościele w imię II Soboru Watykańskiego. Dla przykładu zaakceptował Maestroianniego na stanowisku sekretarza stanu. Pozostawił kardynała Palombo na stanowisku dającym mu potężną władzę. Nie popierał tych, których raziła taka postawa Ojca Świętego. Nie przeszkadzał kochanym masonom, ciężko pracującym w kancelarii watykańskiej. Ogólny obraz pontyfikatu był więc nader obiecujący. Nie tylko w samym Rzymie, ale i we wszystkich diecezjach katolickich piastowała urzędy rzesza entuzjastycznie nastawionych do zmian duchownych. Dojrzewał nowy katolicyzm.

    Oczywiście władze rzymskie propagowały nowy katolicyzm. Uśpiło to czujność Maestroianniego. Odpowiednio zmodyfikowane Prawo Kanoniczne wzmacniało nowe zasady. Maestroianni zawdzięczał to swej genialnej polityce kadrowej. Intencją tych wszystkich działań było wspieranie katolicyzmu odcinającego się od katolicyzmu przedsoborowego.

    Trzeba przyznać, że kardynał Vincennes do pewnego momentu kontrolował ten proces. Teraz pozostawało tylko zmienić samo papiestwo w powolnego, a nawet współpracującego służkę w procesie nowego stworzenia. Nowego ziemskiego habitatu. Prawdziwego Nowego Porządku Świata. Kiedy ta transformacja się zakończy, zaświta Dzień Trzeci ziemskiego raju.

    Każdy rozsądny człowiek miał więc prawo oczekiwać, że ten papież, który tak zręcznie wyzwolił ukryte siły geopolityczne, popychając narody ku Nowemu Porządkowi Świata, będzie także najodpowiedniejszą osobą dla dokończenia przekształcania rzymskokatolickiej organizacji w pojętnego pomocnika tego nowego porządku, dla doskonałego zgrania organizacji kościelnej z procesem globalizacji ludzkiej kultury. Tymczasem, jak sobie uświadomił kardynał i jego koledzy w Kościele, jak również poza nim, właśnie ten papież stał się nieustępliwą przeszkodą na drodze do osiągnięcia pożądanych zmian.

    Papież ani na jotę nie ustępował w najważniejszych kwestiach moralnych i doktrynalnych. Uparcie odmawiał wyświęcania kobiet i poluźnienia celibatu kapłańskiego. Sprzeciwiał się jakimkolwiek eksperymentom genetycznym z użyciem ludzkich embrionów. Bezwarunkowo odrzucał antykoncepcję, a tym bardziej aborcję. Podtrzymywał prawo Kościoła do edukacji młodych. A nade wszystko podtrzymywał prawo Kościoła do sprzeciwiania się świeckim inicjatywom legislacyjnym uderzającym w moralne i doktrynalne racje Kościoła. Krótko mówiąc ten słowiański papież nigdy nie zrezygnuje z tradycyjnego stanowiska Kościoła katolickiego w najważniejszych sprawach.

    Tak długo więc, jak długo ten człowiek pozostanie papieżem, Kościół nie posunie się ani o krok na drodze do wspaniałego celu Nowego Porządku Świata. W najlepszym razie postęp będzie tak powolny, że zmiany nie nastąpią w oczekiwanym czasie. Tymczasem świeccy koledzy kardynała w sferach rządowych, finansowych i makroekonomicznych wskazali na konkretny, nieprzekraczalny, ważny dla świata termin, w którym cały proces zmian w Kościele musi być zakończony w interesie całego świata.

    Wniosek nasuwał się sam: ten papież jest pierwszym celem zmian. A właściwie ostatnim.

    Wreszcie Maestroianni ocknął się z tych ogrodowych rozmyślań. Robota czekała. Jeśli nie zajdą nieprzewidziane okoliczności, nim ten dzień się skończy, posunie zdecydowanie naprzód wszystkie trzy zadania kluczowe dla rozegrania ostatecznej fazy transformacji. Trzeba przyznać, że rzetelnie podjął dzieło rozpoczęte przez Vincennes’a. Ale daleko mu było do jego ukończenia, a przejście na emeryturę nie zwalnia go z działania.

    I oto teraz ten niski wzrostem Cosimo Maestroianni wydał się sobie pod każdym względem olbrzymem.

    II

    Wszedłszy na pokład helikoptera, papież odprężył się. Pozostał sam na sam ze swym prywatnym sekretarzem, księdzem prałatem Danielem Sadowskim, który doskonale się orientował w karkołomnej sytuacji papieża. Na chwilę umknął chytremu nadzorowi sekretarza stanu. Kiedy helikopter uniósł się w powietrze, żaden z nich nie obejrzał się nawet na kardynała Maestroianniego, któremu najwyraźniej spieszno było do zajęć w Pałacu Apostolskim. Cokolwiek miał do zrobienia, obaj mężczyźni dobrze wiedzieli, że nie przyniesie to Ojcu Świętemu niczego dobrego.

    Pół godziny później helikopter papieski wylądował na lotnisku Fiumicino. Nastąpił zwykły ceremoniał na lotnisku – dygnitarze religijni i świeccy, mały chórek szkolny śpiewający hymn papieski, krótkie przemówienie papieża, formalne powitanie przez gubernatora prowincji. Następnie papież ze swą świtą przeszli do znajomej białej maszyny Alitalia DC-10 i zajęli miejsca w kabinie papieskiej. Mała grupka dziennikarzy i kamerzystów była już na pokładzie w kabinie pasażerskiej. Po chwili samolot wystartował, a po kilku minutach znalazł się nad Morzem Tyrreńskim, kierując się na północny zachód ku Marsylii.

    – Czy ksiądz wie – powiedział papież do księdza Sadowskiego – że kiedy przyjechaliśmy z kardynałem do Rzymu na październikowe konklawe, obaj doskonale wiedzieliśmy, co jest grane.

    Dla papieża „kardynał” oznaczał zawsze ówczesnego przywódcę Kościoła w Polsce, Stefana Wyszyńskiego o przydomku Lis Europy, dziś już nieżyjącego.

    Zresztą już na długo przedtem, nim przybyli na to drugie konklawe, obaj polscy kardynałowie zdawali sobie sprawę, że władza papieska została narażona na poważny szwank, a nawet całkowicie zrujnowana przez to, co zaczęto wówczas nazywać „duchem soborowym”. W ostatnich godzinach konklawe, gdy młody polski duchowny stanął przed możliwością wyboru na papieża, ci dwaj ludzie przeprowadzili rozmowę w cztery oczy.

    – Jeśli zgodzisz się zostać papieżem – powiedział tamtego pamiętnego dnia starszy z kardynałów – będziesz ostatnim papieżem katolickim. Tak jak Szymon Piotr staniesz na granicy oddzielającej kończącą się epokę od epoki zaczynającej się. Będziesz świadkiem końca papiestwa w sytuacji, gdy frakcja antypapieska w Kościele przejęła pełną kontrolę nad tą instytucją, i to w imię II Soboru Watykańskiego.

    Obaj kardynałowie wiedzieli, że od młodego polskiego duchownego jako papieża oczekuje się wiernej realizacji osławionego „ducha Soboru Watykańskiego II”. Przyjęcie wyboru na tych warunkach oznaczałoby więc zgodę na kierowanie Kościołem, który został zdecydowanie, bezpowrotnie i formalnie włączony w globalny program socjopolityczny uznawany przez ogromną większość poprzedników na Stolicy Piotrowej jako całkowicie obcy boskiej misji Kościoła.

    Ale na tym nie koniec. Dwaj kardynałowie stanęli w obliczu innej jeszcze rzeczywistości. Otóż organizacja kościelna i życie publiczne w Kościele rzymskokatolickim, jakie istniały aż do początku wieku XX, uległy bezpowrotnemu zniszczeniu. Obaj dostojnicy wiedzieli, że nie da się ich ożywić. Wracając na obrady, przyszły papież wiedział, że zmiany, jakie zaszły w Kościele, są nieodwracalne. Tradycyjna struktura Kościoła Powszechnego jako instytucji widzialnej i sprawnej organizacji uległa transformacji. Jego starszy brat w biskupstwie – Lis Europy – zgadzał się całkowicie z tą oceną. Okazało się jednak, że różnią się co do działań, jakie powinien podjąć młodszy kardynał, gdyby rzeczywiście został papieżem.

    – Wiem, Eminencjo – powiedział stanowczo starszy – że jest tylko jeszcze jeden człowiek, który może wyjść z tego konklawe jako papież: nasz brat kardynał arcybiskup Genui. I obaj dobrze wiemy, jakie byłoby jego rozwiązanie w kwestii szopki, jaką stała się instytucja kościelna.

    Młodszy kardynał uśmiechnął się.

    – Zabarykadować drzwi, zabić okna deskami. Przywołać do porządku krnąbrnych. Wydalić opornych. Oczyścić szeregi…

    – A przede wszystkim, Eminencjo – wpadł mu w słowo starszy – wszystkie najważniejsze dokumenty Soboru Watykańskiego II zinterpretować ściśle w świetle I Soboru Watykańskiego i Soboru Trydenckiego. Zdecydowany powrót do podstaw w oparciu o tradycyjne sankcje Matki Kościoła, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła rzymskiego…

    Urwał widząc grymas na twarzy młodszego kardynała.

    – Zgoda – powiedział tamten po chwili namysłu. – Lecz pociągnęłoby to za sobą nieobliczalne straty dla dusz i naszej instytucji. Czy jakikolwiek papież mógłby wziąć na swe barki taką odpowiedzialność?

    – A czy mógłby jej nie wziąć? – padła natychmiastowa odpowiedź.

    – Ależ, Eminencjo – upierał się młodszy duchowny – obaj dobrze wiemy, że stary, tradycyjny Kościół jest… jest… jak by to powiedzieć… rozwalony! Legł w gruzach! Na zawsze! Przy takiej polityce papieskiej nasz ukochany Kościół wszedłby w wiek dwudziesty pierwszy jako kulejący, nic nie znaczący nędzarz. Weszlibyśmy w trzecie milenium jako szkielet, żałosna resztka tętniącego niegdyś życiem religijnym kolosa, kompletnie nie pasująca do całej rodziny narodów.

    – Mam wrażenie – odrzekł Lis Europy z przekornym błyskiem w oku – że tak czy inaczej niejako zawodowo nie pasujemy do świata, jesteśmy ukrzyżowani dla świata, jak powiedział św. Paweł Apostoł. Ale poważnie: jaka jest twoja recepta na politykę papieską, gdyby jutro kardynałowie powierzyli ci ten urząd?

    – Ta sama, którą ty zapoczątkowałeś, a ja kontynuowałem w starciu z polskimi stalinistami…

    – To znaczy?

    – Nie rezygnuj. Nie wyobcowuj się. Nie odrzucaj rozmowy, negocjacji. Włączaj do dialogu każdego, czy chce dialogować, czy nie. Miałem udział w powstawaniu wszystkich najważniejszych dokumentów soborowych. Wraz z innymi sformułowaliśmy je tak, by nie wykluczać nikogo. Nikogo, Eminencjo – powtórzył – gdyż Chrystus umarł za wszystkich. Wszyscy są de facto w jakimś sensie zbawieni. Gdyby to zależało ode mnie, przemierzyłbym cały glob, odwiedził naród po narodzie, żeby mnie widziano i słyszano wszędzie i we wszystkich możliwych językach.

    Gdy to mówił, oczy mu błyszczały gorączkowo.

    – To było nasze słowiańskie rozwiązanie w odpowiedzi na straszną sytuację Polski pod Sowietami. Rozmawiaj, prowadź dialog. Nie daj się skazać na banicję.

    – Słowiańskie rozwiązanie, hm…

    Starszy kardynał odwrócił wzrok zamyślony.

    – Słowiańskie rozwiązanie… – powtórzył i zamilkł.

    – Jestem pewien – ciągnął młodszy kardynał potulnym, lecz pewnym głosem – że papiestwo i Kościół zbiorą szerokie żniwo dusz w ostatnich dekadach tego milenium, co było marzeniem dobrego papieża Jana.

    Starszy kardynał podniósł się z miejsca ze śmiechem.

    – Oby Bóg cię wysłuchał, Eminencjo.

    I spoglądając na zegarek dodał:

    – Za chwilę dzwon wezwie nas na kolejną sesję. Chodźmy. Odbyliśmy dobrą rozmowę. Nie lękajmy się. Chrystus jest ze swoim Kościołem.

    Zgodnie z tą zasadą polityki papieskiej w pierwszym roku swojej posługi na Tronie Piotrowym słowiański papież deklarował: „Będę kontynuował dzieło moich poprzedników. Jako papież będę troszczył się o wdrożenie ducha i litery Drugiego Soboru Watykańskiego. Będę współpracował z moimi biskupami, tak jak każdy inny biskup współpracuje ze swymi kolegami biskupami, oni w swoich diecezjach, ja jako Biskup Rzymu – i wszyscy razem, kolegialnie będziemy kierować Kościołem Powszechnym.” I pozostał wierny tej obietnicy. Przez wszystkie lata pontyfikatu nie ingerował w pracę biskupów, nie zważając na ich indolencję, herezję, nieświęte rządy w diecezjach.

    Kiedy tysiące biskupów wprowadzało nietradycyjne nauczanie w swoich seminariach, pozwalając na szerzenie się homoseksualizmu wśród duchownych, na adaptowanie ceremonii katolickich do najróżniejszych „inkulturacji” – rytuałów New Age, „hinduizacji”, „amerykanizacji” – słowiański papież nie ścigał sprawców ukrytej czy jawnej herezji i niemoralności. Przeciwnie, pozwalał na wszystko.

    Biskupi włączali się czynnie w nowe świeckie struktury kierowania narodami i powstającą społecznością narodów? Papież czynił to samo, sankcjonując to swym najwyższym papieskim autorytetem. Biskupi sprzymierzali się z niekatolickimi chrześcijanami jako równorzędnymi partnerami w ewangelizacji świata? Papież czynił to samo – z całą pompą ceremonii watykańskich. Patrząc spokojnie na postępującą ruinę instytucjonalnej organizacji Kościoła, ukazując się światu jako jeden z wielu „synów ludzkości”, a biskupom jako jeden z braci biskupów, biskup Rzymu – słowiański papież pozostał wierny słowiańskiemu rozwiązaniu.

    Twierdził uparcie, że rządzi Kościołem wraz ze swymi biskupami jako jeden z nich. Nawet wtedy, gdy odwoływano się do jego dobrze znanego i utwierdzonego autorytetu następcy świętego Piotra w sprawach doktrynalnych – tumanił przyjaciół, wywoływał wściekłość tradycjonalistów i błogie zadowolenie wrogów papiestwa stwierdzeniami w rodzaju: „Mocą władzy danej świętemu Piotrowi i jego następcom i w komunii z biskupami Kościoła katolickiego potwierdzam, że…” – i tu następowało przytoczenie odpowiedniej doktryny.

    Odwiedzał wszelkiego rodzaju świątynie i sanktuaria, święte gaje i jaskinie, próbował magicznych napoi, jadł potrawy pochodzące z mistycznych obrzędów, pozwalał sobie malować pogańskie znaki na czole, rozmawiał na równej stopie z heretyckimi patriarchami, schizmatyckimi biskupami, teologami pozostającymi na bakier z doktryną katolicką, wpuszczając ich nawet do bazyliki Świętego Piotra i wspólnie z nimi sprawując świętą liturgię.

    I nigdy nie tłumaczył tych skandalicznych wybryków, nigdy za nic nie przepraszał. Przemawiając do szerszej publiczności, rzadko wspominał święte imię Jezusa Chrystusa. Chętnie usuwał krucyfiks, a nawet Najświętszy Sakrament, kiedy te znaki Kościoła katolickiego raziły jego gości niekatolików czy niechrześcijan. Nigdy też nie nazywał siebie katolikiem rzymskim ani swego Kościoła Kościołem rzymskokatolickim.

    Jednym z najpoważniejszych skutków permisywizmu i dążeń „demokratyzacyjnych” tego pontyfikatu był powszechny upadek jego papieskiego autorytetu wśród biskupów. W jednym z poufnych raportów kilku biskupów wypowiada się szczerze, choć niepublicznie, że „gdyby ten papież przestał mówić o aborcji, sprzeciwiać się antykoncepcji jako złu i przestał potępiać homoseksualizm, Kościół mógłby się stać miłym i skutecznym partnerem rodzącej się rodziny narodów.” A w Stanach Zjednoczonych elegancki biskup Michigan Bruce Longbottham powtarzał w kółko: „Gdyby ten kabotyński aktor, którego mamy za papieża, uznał pełne prawa kobiet do wyświęcania na księży, pełnienia posługi biskupiej – a nawet papieskiej – Kościół wszedłby w ostatni wspaniały etap ewangelizacji”.

    „W rzeczy samej – wtórował mu inny amerykański dostojnik, kardynał – gdyby ten papież dał sobie spokój z nabożnymi bzdurami na temat objawień Najświętszej Panienki i zajął się przyznawaniem realnej władzy realnym kobietom w realnym Kościele – cały świat stałby się chrześcijański”.

    – W ten czy inny sposób – czy to przez błagania prostych kobiet i mężczyzn dobrej woli czy za pośrednictwem tych, o których wiedział, że życzą mu klęski – wszystkie te zastrzeżenia docierały do uszu papieża, a on zawierzał je wszystkie w modlitwach Duchowi Świętemu.

    – Powiedz mi, Danielu – zwrócił się do swego sekretarza po jakiejś pół godzinie lotu. – Jak myślisz, dlaczego udaję się z pielgrzymką do sanktuarium świętej Marii Magdaleny w Sainte Baume, i to przy takim nawale pracy?

    Papież przyglądał się badawczo księdzu Sadowskiemu.

    – Chodzi mi o prawdziwy powód.

    – Wasza Świątobliwość, mogę się tylko domyślać, że jest to raczej akt osobistej pobożności niż pasterska posługa.

    – Zgadłeś! – papież zapatrzył się w okno. – Mówiąc w skrócie, chcę porozmawiać ze świętą, która udała się na wygnanie z powodu chwały, jaką ujrzała na twarzy Chrystusa w dniu zmartwychwstania. Chcę ją uczcić w specjalny sposób, w nadziei że wstawi się za mną u Chrystusa, aby dał mi siłę wytrwania na moim własnym wygnaniu, które zaczyna się teraz na dobre.

    III

    Sekretarz wszechmocnego kardynała Maestroianniego, ksiądz prałat Taco Manuguerra siedział zdegustowany w swym gabinecie, strzegąc dostępu do sanktuarium Jego Eminencji. W ciszy, jaka panowała na piętrze sekretariatu w Pałacu Apostolskim, ksiądz wertował poranne gazety, złoszcząc się, że kardynał znów wezwał go do pracy w sobotę. Będzie to dies non, powiedział do niego Maestroianni. Dzień, w którym kardynała nie ma dla nikogo i w którym nie odbiera żadnych telefonów.

    Nagłe wejście kardynała sprawiło, że sekretarz porzucił gazety i zerwał się z krzesła, zręcznie ukrywając zły humor. Jego Eminencja za całe powitanie wykonał gest oznaczający „spocznij” i nie zatrzymując się rzucił lapidarne pytanie:

    – Czin?

    Chodziło o księdza Czina Bjonbanga, niezwykle uzdolnionego Koreańczyka i stenografisty Jego Eminencji do specjalnych poruczeń. Czin też miał się dzisiaj stawić do pracy. Manuguerra skinął głową. Czin czekał w bocznym pokoju na wezwanie kardynała. Maestroianni z zadowoloną miną zniknął za drzwiami swego gabinetu.

    Kardynał sekretarz stanu żwawo zatarł ręce na myśl o czekającym go ważnym i złożonym zadaniu, które miał do wykonania dzisiejszego dnia. Piastując urząd sekretarza stanu, zręcznie panował nad potężnymi wstrząsami, jakim poddana była wszechświatowa organizacja kościelna na drodze od dotychczasowego apatycznego porządku do Nowego Porządku Świata. Pod jego kierownictwem sprawy toczyły się gładko od jednej zaplanowanej pozycji do następnej zaplanowanej pozycji. Nikt nie mógłby powiedzieć, że Cosimo Maestroianni nie jest zainteresowany przetrwaniem Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji. Wręcz przeciwnie – wiedział doskonale, że powszechny charakter tej organizacji i wynikająca stąd stabilność kulturowa to bezcenne aktywa w budowie nowego ludzkiego środowiska na ziemi.

    Z drugiej strony organizacją tą kierował aktualnie papież, który ze względu na swą bezsilność i swoje pozerstwo na arenie publicznej nie nadawał się zupełnie do oczyszczenia Kościoła w najważniejszej sprawie – do oczyszczenia sprawowanego przez siebie urzędu papieskiego. A należało ten urząd oczyścić gruntownie od wszelkiego autorytetu osobistego. Sprawujący ten urząd – papież – winien zostać włączony w społeczność biskupów i sprawować taką samą władzę, jak wszyscy biskupi razem i nie większą niż którykolwiek z nich z osobna.

    Teoretycznie rozwiązanie problemu było proste: zniknięcie ze sceny aktualnego posiadacza urzędu. Lecz usunięcie papieża za jego życia jest rzeczą nader trudną. Trzeba do tego cierpliwości, jak przy usuwaniu ładunku wybuchowego, dyskrecji, delikatności. Ponieważ aktualny papież zbudował sobie solidną pozycję jako światowy przywódca, należało zadbać o to, by jego usunięcie nie wywróciło całkowicie delikatnej równowagi światowej.

    Jeśli zaś chodzi o strukturę hierarchii kościelnej, kluczowym zagadnieniem była kwestia jedności. Jedność papieża i biskupów była bezwzględnie koniecznym warunkiem stabilności Kościoła jako organizacji instytucjonalnej, dlatego należało zadbać o to, by ta jedność nie została usunięta wraz z usunięciem słowiańskiego papieża. Dzisiejszego ranka kardynał miał się właśnie zająć problemem jedności. Zostawiwszy Taco Manuguerrę na straży i mając Czina Bjobanga jako stenografistę przy biurku, Jego Eminencja spodziewał się skończyć pracę do południa. W ciągu kilku chwil rozłożył na biurku potrzebne materiały. Jednocześnie, jakby na dany znak, Czin zapukał cicho do drzwi i nie tracą czasu na zbędne pozdrowienia, zajął swe zwykłe miejsce naprzeciwko kardynała. Rozłożył maszynę stenograficzną i czekał.

    Maestroianni uważnie przeczytał notatki. Miał do napisania list w niezwykle delikatnej materii. Chodziło o to, by przedstawiciele Stolicy Apostolskiej w osiemdziesięciu dwóch krajach świata przeprowadzili coś w rodzaju ankiety w celu zdiagnozowania poczucia jedności czterech tysięcy biskupów Kościoła Powszechnego z obecnym Ojcem Świętym. Stosownie do osobistej teologii kardynała odpowiedzi, jakie otrzyma, będą miały kapitalne znaczenie. W jego pojęciu bowiem jedność ma charakter dwukierunkowy. Papież ma jednoczyć biskupów, ci zaś muszą go akceptować jako „papieża jedności”.

    Rzecz jasna kardynał zamierzał zebrać nieformalne opinie biskupów. W pewnym sensie byłby to krok w kierunku ustanowienia dialogu między Stolicą Apostolską a biskupami opartego na bardziej realnych podstawach. Dlatego na przykład ważne było zdaniem kardynała zbadanie kwestii, jakiego rodzaju jedności pożądają biskupi. Odpowiedź na pytanie, do jakiego stopnia słowiański papież pozostaje w owej pożądanej i koniecznej jedności z biskupami, a jeśli ta jedność jest zagrożona, co należy zrobić, aby osiągnąć ową pożądaną i konieczną jedność. Kardynał nigdy by nie użył sformułowania „wotum zaufania”. Gdyby się jednak przypadkiem okazało, że większość biskupów nie uważa Jego Świątobliwości za papieża jedności, wówczas można by podjąć dalsze kroki do osiągnięcia wymaganego konsensusu w sprawie konieczności ustąpienia papieża ze stanowiska.

    Trudność polegała na tym, by obrócić obecną sytuację na dobro Kościoła, nie sugerując w najmniejszym nawet stopniu, że obecny papież nie jest – bądź mógłby nie być – papieżem jedności. Oficjalnie w tej kwestii nie mogło być żadnej wątpliwości. Oficjalnie papież i biskupi nigdy nie cieszyli się większą jednością niż obecnie. Z drugiej jednak strony było rzeczą zgoła możliwą, a nawet prawdopodobną, że istnieje pokaźna liczba biskupów, którym nie dano możliwości wyrażenia swych wątpliwości w przedmiotowej kwestii. Intencją kardynała było stworzenie im warunków do szczerej wypowiedzi.

    Ponieważ żaden watykański sekretarz stanu przy zdrowych zmysłach nie zwróciłby się w tej sprawie bezpośrednio do biskupów, Maestroianni miał w głowie plan działania w postaci piramidy. List, jaki zamierzał napisać tego ranka, miał trafić do personelu dyplomatycznego, pozostającego w gestii sekretarza stanu, a więc nuncjuszy, delegatów, wysłanników apostolskich, wikariuszy apostolskich, wysłanników specjalnych itd. Zgodnie z wytycznymi, jakie miały być zawarte w liście, dyplomaci ci ze swej strony mieli działać za pośrednictwem narodowych konferencji episkopatu. Rzecz polegała na tym, że biskupi, otoczeni najróżniejszymi ekspertami w trakcie Soboru Watykańskiego II, przyzwyczaili się do polegania na opiniach ekspertów.

    Jednym słowem list, który kardynał zamierzał naszkicować tego ranka z przeznaczeniem dla swych kolegów dyplomatów, miał być tylko krokiem na drodze do osiągnięcia wytyczonego celu. Lecz był to krok kluczowy i niezmiernie delikatny. Wymagał on pięknych słówek skrywających brutalne pytania.

    Tego ranka solenne milczenie księdza China było doskonałą pożywką dla rozpalonej do czerwoności wyobraźni Maestroianniego. W bezbłędnych sformułowaniach – ambiwalentnych, lecz nie dwuznacznych – zawarł sugestię, choć nie została ona wyrażona wprost, że jedność można przedefiniować w celu jej odnowienia. A zarazem zdania listu nie pozostawiały żadnej wątpliwości, że celem działania Jego Eminencji jest tylko i wyłącznie ochrona i wspieranie tej drogocennej jedności.

    I właśnie w tym momencie najwyższej koncentracji, gdy kardynał nie widział już nic prócz słów ukazujących się przed oczyma duszy – pukanie do drzwi rozległo się echem pioruna w jego uszach. Pochylony nad papierami trzymanymi w ręce, poczerwieniały na twarzy, kardynał spojrzał ponad okularami na intruza. Taco Manuguerra, lękając się wejść do środka, wysunął ostrożnie głowę zza framugi drzwi.

    – Telefon, Eminencjo.

    – Zdaje się, że wyraziłem się jasno, aby mi nie przeszkadzano…

    – Jego Świątobliwość, Eminencjo – wykrztusił Taco.

    Kardynał wyprostował się, jak rażony prądem elektrycznym.

    – Jego Świątobliwość! – wykrzyknął upuszczając trzymane w ręku papiery.

    Gniew i rozpacz sprawiły, że głos jego zabrzmiał falsetem.

    – Miał być w Alpach francuskich i modlić się!

    Znając swoje miejsce i powodowany dyskrecją, ksiądz Chin zerwał się z krzesła i skierował ku drzwiom. Lecz kardynał schwycił go za rękę i posadził z powrotem za biurkiem. Muszą skończyć list! Stenograf posłusznie usiadł na krześle i z przyzwyczajenia zawisł wzrokiem na wargach kardynała.

    Maestroianni odczekał kilka chwil, chcąc odzyskać równowagę, po czym podniósł słuchawkę.

    – Sługa Waszej Świątobliwości!… Nie, Wasza Świątobliwość, absolutnie nie. Pro prostu nadrabiam zaległości. Słucham, Wasza Świątobliwość, o co chodzi?

    Czin widział, jak oczy kardynała robią się okrągłe ze zdumienia.

    – Rozumiem, Wasza Świątobliwość, rozumiem.

    Maestroianni chwycił pióro i notatnik.

    – Bernini? Proszę mi pozwolić zanotować tytuł. Noli Me Tangere… Rozumiem… Nie, Wasza Świątobliwość, nie miałem okazji, myślałem, że Bernini tworzył tylko dzieła dużych rozmiarów. Kolumny, ołtarze i tak dalej… Gdzie, Wasza Świątobliwość? Ach tak, Kolegium Angelicum… Tam to Wasza Świątobliwość widział? A czy wolno spytać, kiedy to było, Wasza Świątobliwość?… Aha, w roku 1948… Tak. Oczywiście, szczyt artystycznego wyrazu…

    Kardynał uniósł oczy do nieba, jakby chciał powiedzieć: ty widzisz, Panie, czym ja tu się muszę zajmować.

    – … Zajmę się tym natychmiast… Powiedziałem natychmiast, Wasza Świątobliwość. Chyba są jakieś zakłócenia na linii… Proszę powtórzyć, Wasza Świątobliwość… Oczywiście, że musi tam nadal być… Sainte Baume też jest tam nadal. Mam na myśli posąg Berniniego… Słusznie, Wasza Świątobliwość, posągi nie chodzą… Czy dobrze słyszałem, Wasza Świątobliwość? Powiedział Wasza Świątobliwość: dwie godziny?

    Maestroianni spojrzał na zegarek.

    – Nie dosłyszałem, Wasza Świątobliwość: kto?… Psy, powiedział Wasza Świątobliwość?… Ach, rozumiem. Psy Pana – Domini canes. Dominikanie prowadzą Kolegium Angelicum. Widzę, że świeże górskie powietrze wprawia Waszą Świątobliwość w doskonały humor…

    Kardynał zaśmiał się z przymusem, a Czin poznał go po jego napiętej twarzy, ile musiał go kosztować ten śmiech.

    – Tak, Wasza Świątobliwość, mamy numer faksu… dwie godziny… Z pewnością, Wasza Świątobliwość… Wszyscy czekamy na powrót Waszej Świątobliwości… Dziękuję, Wasza Świątobliwość… Życzę szczęśliwego powrotu.

    Kardynał odłożył słuchawkę. Przez chwilę siedział nieruchomo z twarzą wykrzywioną gniewem i frustracją, zastanawiając się gorączkowo, jak by tu szybko i sprawnie zaspokoić życzenie papieża, by móc wrócić do naprawdę ważnej sprawy, jaką był list na temat jedności. Nagle olśniła go myśl, i w duchu, acz niechętnie, przyznał rację papieżowi. Jeśli ten posąg – spojrzał na notatkę nagryzmoloną w notesie – jeśli to Noli me Tangere Berniniego znajduje się w Colegium Angelicum, a Colegium Angelicum należy to dominikanów, to najlepiej będzie obarczyć ich tym doprawdy śmiesznym zadaniem.

    Jego Eminencja nacisnął guzik interkomu.

    – Proszę księdza, proszę odszukać ojca generała dominikanów. Proszę mnie z nim natychmiast połączyć.

    Podjąwszy tę decyzję, Maestroianni uspokoił się nieco, wziął do ręki notatki i spróbował się na powrót skoncentrować. Ale kiedy miał już na końcu języka idealne sformułowanie, zadźwięczał interkom.

    – Ojciec generał wyszedł – poinformował Manuguerra.

    – Dokąd?

    – Tego nikt nie wie, Eminencjo. Jest sobota…

    – Wiem, jaki dzisiaj jest dzień – powiedział niecierpliwie Maestroianni.

    Był pewien, że ktokolwiek u dominikanów odebrał telefon Manuguerry, doskonale wiedział, gdzie jest ich generał. Znajdował się w takim stanie ducha, że gotów był uwierzyć, że cały Zakon Kaznodziejski wie, gdzie w tej chwili przebywa generał zakonu Damien Slattery. Że wszyscy na świecie to wiedzą, prócz jednego sekretarza stanu.

    Ale uspokoił się szybko. Problem spr

  10. Zbigniew Kozioł said

    J, takich długich tekstów nikt nie czyta. Ja nie.

  11. Piotrx said

    Re 3: Bardzo niewiele , podobnie jak z budową pomnika Regana

    Re 8: Czy p. „krytykant” przeczytał choc raz w calosci tą książkę? Z reguły zanim ktos zacznie merytorycznie krytykować jakąś publikację powinien sie najpierw z nią wnikliwie zapoznać. Jakby przeczytał to zauwazylby ze podtytul wewnątrz ksiazki jest inny niz na okładce.

    Przypuszczam ze podtytul na okladce pochodzi od pierwszego wydawcy (w angielskiej wersji jest Russia) Ten wewnatrz ksiazki jest inny (pochodzacy przypuszczalnie od samego Autora) – nie ma tam nic o Rosji ani o ZSRR – oryginalny tytul ksiazki w wersji angielskiej brzmi :

    The Keys of This Blood. The Struggle for World Dominion
    Between Pope John Paul II, Mikhail Gorbachev, and the Capitalist West

    *********
    “”Jan Pawel II przeciwko Rosji…” Jezeli ten podtytul na okladce pochodzi od autora, ks.Martina, to ja dziekuje za reszte. Kto nie rozroznia Rosji od ZSRR nie powinien zabierac glosu.”

    A ten cytat z wpisu 2: mowi o Rosjanach – czy to nie przeszkadza?
    “Już w marcu 1946 r. Amerykanie zastosowali szantaż nuklearny wobec ZSRR grożąc Rosjanom użyciem broni jądrowej w przypadku nie wycofania się z terytorium Iranu. Rosjanie wycofali się w ciągu 24 godzin.”

    Z drugiej strony skad wiadomo ze „ci” Amerykanie to Amerykanie , a moze to też „przebierancy”

  12. Zbigniew Kozioł said

    Jeśli poważnie, to tylko odkrycie. Podając swoje imię i nazwisko.

    Nie mogę od tego odejść.

    Istnieją wyjątki, które toleruję.

    Póki nie podłożycie się – puty robienie językiem jest bez znaczenia.

    Czy Wam się zdaje, że ja zwariowałem udostępniając swoją tożsamość? Może i zwariowałem. Ale nie dla tych, którzy tak myślą.

  13. Zbigniew Kozioł said

    Wirtualna Polonia blokujem (moje wypowiedzi). Marucha to raczej nie.

    WP to jakies zboczenie jewrejskie.

    Raczej? – admin

  14. j said

    Ad.10 – Zbigniew Koziol

    Kochany Panie Zbyszku! I bardzo dobrze, ze Pan nie przeczytal, bo to nie bylo dla Pana. Z Panem to ja wole sobie pozartowac na temat odchylenia osi ziemskiej na skutek wzmozonych startow rakiet :)

    A ten dlugi tekst przeczytali ci co mieli przeczytac. Dla porzadku dolaczam kawalek, ktory mi wcielo za pierwszym razem.
    Jak zwykle milo pozdrawiam

    __________________________

    …. Problem sprowadza się do tego, jak odnaleźć tego chytrego Irlandczyka, nie tracąc czasu na wydzwanianie. Kiedy zdał sobie sprawę z istoty problemu, nasuwała się jedyna logiczna odpowiedź.

    – Proszę ściągnąć tu księdza Aldo Carneseccę. Natychmiast. Na pewno jest w Pałacu, chociaż to sobota rano. I proszę zamówić dla niego samochód z kierowcą, niech czeka przed głównym wejściem za dziesięć minut. Teraz, proszę księdza! Teraz!

    – Si, si, Eminenza! Subito! Subito!

    Czin był pewien, że kardynał nie będzie mógł skupić się na dyktowaniu, dopóki nie pozbędzie się całkowicie tego problemu. Usiadł wygodnie na krześle i czekał. Jako stenograf sekretarza stanu do specjalnych poruczeń, Koreańczyk doskonale się orientował, że Jego Eminencja i Jego Świątobliwość od dawna są ze sobą na noże. Widząc, że zdenerwowanie nie opuszcza Jego Eminencji, zaliczył punkt Jego Świątobliwości.

    IV

    Ksiądz Carnesecca ulegał zapewne całkiem innym pokusom niż większość ludzi.

    Od dwunastu lat – od tamtego dnia, gdy sekretarz stanu kardynał Vincennes wezwał go do udziału w podwójnym przeglądzie dokumentów papieskich – było dla niego bardziej niż pewne, że Vincennes rozwiązał zagadkę podwójnie zapieczętowanej koperty oznaczonej przez dwóch papieży adnotacją „Ściśle osobiste i ściśle tajne”. Człowiek tak jak on znający Watykan od podszewki, wiedział także, że ludzie tacy, jak Vincennes i jego następca lubią mścić się na zimno, ale mszczą się zawsze.

    Z drugiej jednak strony zdawał sobie sprawę, że wyjątkowa wiedza i doświadczenie zdobyte przez niego w ciągu dziesięcioleci służby watykańskiej zawodowego podwładnego były użyteczna dla takich ludzi jak Vincennes i jego następca, podobnie jak oni z kolei byli użyteczni dla Stolicy Apostolskiej. Wykwalifikowani i doświadczeni podwładni należeli do rzadkości. Dlatego jego losy mogły się ważyć jeszcze przez wiele lat na szali użyteczności i odpłaty, dopóki – nagle i niespodziewanie – nie nadejdzie dzień zemsty. Aż do tego momentu był względnie bezpieczny.

    Mimo to zachowywał środki ostrożności. Ale nawet w tak zaawansowanym wieku – był już po siedemdziesiątce, lecz wciąż zdrowy i dziarski – pozostał sobą. Człowiek o niezachwianej prawości, ceniony przez tych, którzy uważali go za „człowieka zaufanego”, zachował żywą wiarę kapłańską. Był więc uważny i ostrożny, ale nie na modłę ostrożności, jaką kieruje się świat. Był uważny na modłę księdza. Innymi słowy mniej się interesował niebezpieczeństwem za plecami niż niebezpieczeństwem zagrażającym jego nieśmiertelnej duszy.

    Ogólnie rzecz biorąc tego ranka Carnesecca zareagował na nagłe wezwanie przez kardynała Mastroianniego, tak jak reagował zawsze: szybko, bez zdziwienia i bez paniki. Rozkaz kardynała był lakoniczny i kategoryczny: miał wyciągnąć choćby spod ziemi generała dominikanów Damiena Stattery’ego i kazać mu natychmiast połączyć się telefonicznie z sekretariatem stanu. Nie otrzymawszy żadnych dokładniejszych instrukcji, Carnesecca odczuł pokusę, by wykorzystać zlecenie kardynała do odbycia miłej wycieczki. Siedzieć sobie wygodnie w samochodzie, który przysłał po niego kardynał, oddając się błogiej bezczynności, do której był tak nienawykły, kazać kierowcy jechać do oficjalnej kwatery głównej – zwanej w Rzymie po prostu kwaterą – tego, jak i każdego innego generała dominikanów, czyli do klasztoru Św. Sabiny na zboczu Awentynu w południowo-zachodniej dzielnicy miasta.

    Problem w tym, że Carnesecca doskonale wiedział, że w klasztorze św. Sabiny nie znajdzie ojca Damiena Slattery’ego. Albowiem kardynał Maestroianni miał całkowitą rację, myśląc, że cały zakon dominikanów wie, gdzie szukać ojca generała. Wiedział to także Aldo Carnesecca. Z uwagi na to, że sprawa była pilna, ksiądz Carnesecca z żalem kazał się zawieźć do pewnej restauracyjki w suterenie niedaleko Panteonu zwanej U Springy’ego.

  15. j said

    No a tutaj Panie Zbyszku, obowiazkowo do wysluchania kazanie ks. Piotra Natanka z 1.04, bynajmniej nie primaaprilisowe.

    PS. Dziwnym trafem TV Gloria kazanie to usunela ze swojej strony. Eh zycie ….

  16. Zbigniew Kozioł said

    A pani to sama Jot o której myślę, czy też inna jot? Jeśli inna to zgnoje.

  17. j said

    Ad.16- Zbigniew Koziol
    No jasne, ze to ja. A za co chce mnie Pan zgnoic?

    A tu jeszcze ciepla wiadomosc z Warszawy podana przez Bibule. Nic dodac nic ujac.
    __________________________

    Warszawa: Podpalono, sprofanowano krzyż w kościele

    Nadpalone ręce, osmolone nogi, ściemniały od ognia drzewiec krzyża. Obok krucyfiksu napis zachęcający do modlitwy o nawrócenie osoby, która dokonała profanacji najświętszego dla chrześcijan symbolu. W poniedziałek późnym popołudniem został podpalony krucyfiks w kościele pod wezwaniem Dzieciątka Jezus w Warszawie przy ul. Lindleya.
    Spalili krzyż w środku stolicy – niezalezna.pl

    – Zły się wścieka w Wielkim Tygodniu – mówi opanowanym, lecz stanowczym głosem proboszcz ks. Andrzej Anyszka. Dodaje: – Zły proszę napisać wielka literą, to imię Szatana – dodaje.

    Nie chce więcej sprawy komentować, jedynie zwraca uwagę, że wydarzenie to wpisuje się w szerszy kontekst antychrześcijańskich działań.

    Duchowny ułożył krzyż z rozpiętym na nim Chrystusem na specjalnym podium przed ołtarzem. Obok umieścił informację o profanacji i prośbę o nawrócenie sprawcy. Nie zawiadomił policji. Ważniejsza jest modlitwa.

    Krucyfiks wisiał na ścianie przy przejściu z kruchty do nawy głównej tego neogotyckiego kościoła. – Przetrwał okupację, zniszczenie Warszawy przez hitlerowców, a teraz został tak potwornie sprofanowany – mówi mężczyzna siedzący w kościele. W ławkach klęczy kilka osób i modli się w skupieniu.

    – Zniszczenia krzyża w kościele nie można traktować jedynie jako zwykłego aktu wandalizmu. To zamach na najważniejsze dla człowieka wierzącego wartości – ocenia rzecznik archidiecezji warszawskiej ks. Rafał Markowski. Podkreśla, że profanacja krucyfiksu jest wyrazem upadku wartości, szczególnie godności człowieka, rani, bowiem jego najgłębsze uczucia.

    W kontekście debaty na temat nauki religii pyta, kto w szkole będzie uczył dzieci i młodzież szacunku do wartości. Matematyk, historyk, polonista? – Mogą to robić, lecz najlepiej przygotowany do tego jest katecheta – odpowiada.

    Jarosław Selin, poseł PiS, nie ma wątpliwości: – Moralną odpowiedzialność za tę profanację oraz inne tego typu wydarzenia ponoszą politycy, którzy bazują na antyklerykalizmie i podejmują działania wprost wymierzone w chrześcijan i chrześcijaństwo. Przypomina, że ten ruch ma już nawet swoją reprezentację w Sejmie.

    Marek Jurek podkreśla, że antychrześcijańskie działania coraz rzadziej napotykają społeczny sprzeciw, co więcej, bywają akceptowane. – To jest bardzo niepokojące – mówi. W jego ocenie profanacja symboli religijnych innych wspólnot spotkałaby się z natychmiastową reakcją ze strony premiera lub ministra spraw wewnętrznych. – Jeżeli szef rządu i jego minister milczą w tej sprawie, to znaczy, że ją akceptują.

    Rzecznik MSW Małgorzata Woźniak tłumaczy, że minister Jacek Cichocki nie może zabierać głosu w sprawie i odsyła do policji. A rzecznik stołecznej komendy mł. insp. Maciej Karczyński zapewnia, że jeżeli wpłynie zgłoszenie o przestępstwie, to policja się nim zajmie.

  18. Zbigniew Kozioł said

    QurvaNNNNN!!!! NONnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnnn

  19. Marucha said

    Re 17:
    Grajta na gitarach i bębenkach afrykańskich.
    Urządzajta tańce w kościołach z podkasanym biskupem.
    Ekumenizujta, modernizujta, fraternizujta się.
    Piszta, ze Jezus to spoko gościu.
    Dziwta się,. że szacunku nie mata.

  20. Mordka Rosenzweig said

    re 3

    Szanowny pan Marucha,

    Ja pan Mordka jest w niezgodnosci z komentasz od szanowny pan:

    „Nie wiem, co ma wspólnego ewentualna niewiedza Malachi Martina w kwestiach broni nuklearnej z jego wiedzą na temat Kościoła.”

    Ja pan Mordka uwasza, sze kulturalny czlowiek musi wiedziec wszystko tak jak zona pan Mordka, Salcie.

    Ja pan Mordka bedzie dlatego teraz spszedawal swoja encyklopedia Britannica bo jusz jej nie potszebuje, bo ma swoja Salcie.

  21. Marucha said

    Re 20:
    Kochany Panie Mordka,
    Pan ma całkowitą rację, a potwierdzi to bez problemu gajowa Maruszyna, która też wszystko wie i rozumie i jest nader rozsądną osobą.

  22. […] Dom smagany wiatremMalachi Martin Powieść watykańska Dedykowane papieżowi Piusowi V na cześć Maryi, Królowej Różańca ŚwiętegoProlog historyczny Zwiastuny końca 1957 Mężowie stanu szkoleni w surowych czasach i w warunkach bezwzględnej międzynarodowej rywalizacji finansowej i gospodarczej nie są podatni na uleganie złym czy dobrym znakom. A jednak czekające ich dzisiaj przedsięwzięcie było tak obiecujące, że sześciu ministrów spraw zagranicznych zgromadzonych w Rzymie owego 25 marca 1957 r. czuło namacalnie, iż wszystko dokoła – całe to miasto z jego niewzruszonym centralizmem pierwszego miasta Europy, rześki wiaterek, czyste niebo, pogodny nastrój tego szczególnego dnia – tchnie błogosławieństwem pod adresem tych, którzy kładą podwaliny pod nowy gmach narodów. Tych sześciu mężczyzn i ich rządy, partnerów w tworzeniu nowej Europy, która zmiecie ze sceny wojowniczy nacjonalizm, tylekroć dzielący starożytny obszar, ożywiała ta sama wiara. Oto otwierają przed swymi krajami szerokie horyzonty ekonomiczne i wyższe cele polityczne, o jakich nikt do tej pory nawet nie marzył: zebrali się tu, by podpisać Traktat Rzymski. Zamierzali powołać do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą.http://marucha.wordpress.com/2012/04/04/malachi-martin-dom-smagany-wiatrem/ […]

  23. kpt.Andrzej said

    #20, #21 Panowie jesteście fantastyczni,ale się uśmiałem.Dziekuje

  24. Wandaluzja said

    MacArtur był maniakiem nuklearnym. Amerykański plan ataku nuklearnego na ZSRS – z 2 atakami na Lwów – przewidywał rok 1957, gdyż był kontynuacją doktryny wojennej d’Gaull’a, który uważał, że w tym czasie Pekin będzie mógł podjąc wojnę z Moskwą, a MacArtur domagając się nuklearnej pacyfikacji Chin uniemożliwiał to.
    Bombę atomową sprzedali Mao-tse-tungowi po śmierci Stalina Maleńkow z Kaganowiczem, czyli że w r. 1957 Chiny powinny już dysponować potencjałem nuklearnym.
    Pamiętam jak jeden powiedział memu ojcu, że Sowieci mają bombę atomową, na co ojciec odpowiedział, że teraz ZAMINUJĄ porty amerykańskie. – WALZKOWE bomby atomowe z zapalnikami radiowymi były własnie do tego. Ogłosiłem, że taka bomba była obsługiwana przez Bliźniaka żydoarabskiego na tajnym koncie szwajcarskim.

  25. Zbigniew Kozioł said

    @23 (kpt.Andrzej)

    Pan tu poczyta więcej. Pobędzie. To wtedy przestanie się uśmiechać. Tu nie ma z czego śmiać się. Nawet ze mnie.

  26. kuba1902 said

    Reblogged this on 21.12.2012.

  27. Zbigniew Kozioł said

    Nie można zgodzić się na podatek od religii.

    Ale zgodzicie się. Głupki. Bo zgodzicie się. Kretyni. Tacy i jesteście. Dupki blade, idioci. Zgodzicie się.

    A niechaj państwo weźmie wasz mózg durny i wykorzysta bez sensu.

    Kretyni.

    Panie Zbyszku, ja wiem, że Pan tak nie do wszystkich… ale wielu weźmie te epitety do siebie. Niech Pan zawsze (tłustym drukiem w kolorze czerwonym z trzema wykrzyknikami) zaznacza, że to nie do wszystkich. – admin

  28. wet3 said

    @ Z.Koziol (13)
    Jest pan na wlasciwym tropie. To jest cos, co nazywamy judeochrzescijanskim posoborowym „katolicyzmem”. O JP2 i RM wolno tylko mowic pozytywnie. Powiedzialem Kulinskiemu, aby dal sobie glowe zbadac – i, oczywiscie, natychmiast zabanowal mnie.

  29. KI said

    Skoro podparcie WP pochodzi z RM to czemu sie dziwic?
    Masoneria, pilsuderia, wojtyla, nagonka na Rosje, wszelkie banialuki o Smolensku i PiS-eria, do ktorek przyssal sie rydzyk, sa tam nietykalnymi swietosciami.
    Artykuly WP maja po kilka wpisow lacznie z kilku etatowymi obslugiwaczami o slusznej linii partyjnej. Wiekszosc wypowiedzi jest scisle cenzurowana.
    Kiedys bylo troche inaczej, ale to historia.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 258 obserwujących.