Polski holocaust


|
| video w W drodze do globalnego Ta… | |
| gosc po raz pierwszy w Postesbecka stacja TVN atakuje… | |
| sielakos w Postesbecka stacja TVN atakuje… | |
| Agatka w Monsanto – wyżywienie św… | |
| Agatka w Polska i Austria kolejnym… | |
| kilogram13 w Joseph Moshe w psychuszce | |
| Lucjan w Deutschland über alles? | |
| zofia w Niemcy śmieją się z polskich… | |
| chemtrail w Polska i Austria kolejnym… | |
| gosc po raz pierwszy w Deutschland über alles? | |
| Guła w Dalszy krok w stronę Guła… | |
| opornik w Dalszy krok w stronę Guła… | |
| inny adam w Monsanto – wyżywienie św… | |
| Guła w Dalszy krok w stronę Guła… | |
| Inspektor Lesny w Dalszy krok w stronę Guła… |

Hendryxen powiedział/a
Hendryxen
16.03.2009 at 11:22pm
W odpowiedzi na apel p. Guła i p. Maruchy o Polskim Holokauście, zamieszczam na początek relacje o ludobójstwie Polaków z Kresów Wschodnich.
KRESY
W dzisiejszych czasach ma miejsce nieustający, nachalny, niemal “obowiązkowy” rytuał rozczulania się nad losem ludności żydowskiej mieszkającej na ziemi polskiej, która tak jak Polacy padła ofiarą tych samych najeżdźców czyli Niemców.
Niemców a nie jakichś wyimaginowanych nazistów którzy nie wiadomo skąd się wzięli, może z kosmosu.
Jest jeszcze jeden holokaust, mało znany, ostatnio celowo przemilczany aby nie psuć lukrowanego obrazka popieranej przez tzw. “polskie władze” pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie, której animatorzy jawnie odwołują się do tradycji nacjonalistycznej organizacji OUN – UPA. To ludobójstwo ok. 250 tysięcy ludności polskiej na kresach Rzeczpospolitej dokonane przez ukraińskie organizacje OUN, UPA kolaborujące z Niemcami.
Tragedia Polaków, mieszkańców Kresów zaczęła się najwcześniej bo z chwilą napaści Związku Radzieckiego 17 września 1939r. Natychmiast zaczęły się masowe deportacje ludności polskiej, grabieże, zajmowanie całych majątków i mordy przy współudziale dużej części (delikatnie powiedziane) kolaborującej ludności żydowskiej, i ukraińskiej, w mniejszym stopniu białorusińskiej. Niemal w całośći zlikwidowano warstwy bardziej wykształcone co było brzemienne w skutki w późniejszym okresie.
Po napaści Niemców na Związek Sowiecki, ukraińskie organizacje OUN, UPA kolaborujące z Niemcami, oraz cywilni Ukraińcy często z własnej inicjatywy a cześć pod przymusem “upowców” zaczęły, za przyzwoleniem Niemców systematyczną eksterminację ludności polskiej. Było to ludobójstwo w tak okrutnej formie jakiej nie stosowali nawet Niemcy w stosunku do Żydów czy Sowieci wobec wszystkich innych. Naprawdę, nie da się zrozumieć dlaczego Ukraińcy, nierzadko ludzie wykształceni, stosowali tak okrutne, wymyślne tortury na swoich sąsiadach, bardzo często na swoich polskich współmałżonkach, polskich rodzicach i własnych dzieciach, których jedno z rodziców było Polakiem. To coś tak niepojętego że ludzie z innych krajów nie chcą w to uwierzyć, tym bardziej że ofiarami byli Polacy. A świat jest przyzwyczajony do holokaustu Żydów i coraz częściej za sprawców tego uważa Polaków. To jakiś szyderczy, plugawy chichot historii że naród, który najbardziej ucierpiał w obu wojnach światowych jest postrzegany jako sprawca żydowskich nieszczęść. Jak nie wiadomo dlaczego to wiadomo że chodzi o pieniądze. Niemcy wypłacili Żydom odszkodowania, a chyba z chciwości nie mogą się opamiętać i żądają od Polski odszkodowań za czyny popełnione przez oprawców sowieckich i niemieckich. Dla uzasadnienia swoich żadań oskarżają Polaków o udział w zbrodniach.
My Polacy, którzy mają świadomość i znają historię polskich Kresów Wschodnich i Małopolski za tamtego okresu musimy propagować i przypominać prawdę. Prawdę o ludobójstwie ludności polskiej dokonanej przez dużą część Ukraińców. Ludność polska pozbawiona niemal całej inteligencji i warstw przywódczych nie była w stanie skutecznie przeciwstawić się i zorganizować obronę. Czas działa na naszą niekorzyść. Może być tak że wkrótce propaganda sterowana przez polakożerców i ich sługusów w Polsce zamieni ofiary polskie na żydowskie a ukraińskich katów zamieni na tzw. “polskich nazistów”. Wzrosną wtedy wobec nas żądania finansowe.
Badania i śledztwa w tej i w tysiącach innych spraw prowadzi Instytut Pamięci Narodowej, nietstety z coraz mniejszym budżetem, co powoduje zaniechanie wielu działań, ale o tym zadecydowali wyborcy na jesieni 2007r. Wyborcy którzy uważają się za mądrych i światłych (chyba inaczej).
60 lat temu, 11 i 12 lipca 1943 roku, w prawosławne i greckokatolickie swięto Apostołów Piotra i Pawła, uzbrojone bandy Ukraincow z OUN-UPA napadły na polskie wsie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, mordując, paląc i grabiąc. Niewielu Polaków z zaatakowanych miejscowości uszło spod ukraińskiej siekiery, noża czy innego narzędzia zbrodni.
W mordach, ktore – biorąc pod uwage ich okrucieństwo i wymyślność oprawców – nie mają odpowiedników, brali rownież udział Ukraińcy z formacji armii niemieckiej, w tym z dywizji SS Galizien. Trudno dziś ustalić dokladną liczbę ofiar tamtych zbrodni. Historycy podają szacunkowo, że w Małopolsce Wschodniej zostało zamordowanych ponad 120 tysięcy Polaków – na samym Wołyniu okolo 70 tysięcy. Jednak, aby uzyskać zbliżoną do rzeczywistej liczbę wszystkich polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa na wszystkich południowo-wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej w latach 1939-47, trzeba te liczby przynajmniej podwoić, co daje ok. 250 tysięcy osob.
——————————————————————————–
“Wyrżnąć Lachow”
To, co sie wydarzylo 11 i 12 lipca 1943 r. nie bylo pierwsza masowa zbrodnia nacjonalistow ukrainskich na ludnosci polskiej Wolynia – do takich dochodzilo juz od wiosny 1943 roku, a nawet wczesniej – lecz pierwsza tak precyzyjnie zaplanowana, zorganizowana i przeprowadzona na tak wielka skale. Bandy UPA dzialaly zgodnie z czerwcowa (1943 r.) tajna dyrektywa terytorialnego dowodztwa UPA – “Piwnycz”, wydana przez Romana Dmytro Kłaczkiwskyja – “Kłyma Sawura”, ktora nakazywała calkowitą fizyczną likwidację ludności polskiej.
Od tej pory Polacy na Wołyniu nie zaznali już spokoju, a lipiec i sierpień tamtego roku były szczególnie krwawe. Wiktor Poliszczuk, ukraiński naukowiec, zajmujący się dokumentowaniem zbrodni ukraińskiego nacjonalizmu, przytacza zeznanie jednego z dowodcow UPA Jurija Stelmaszczuka – “Rudego”: “29 i 30 sierpnia ja wraz z oddzialem w sile 700 uzbrojonych ludzi, zgodnie z rozkazem dowodcy Okregu Wojskowego ‘Ołeha’ (Oresta), (Ołeh – Orest był stryjem znanego działacza Solidarności i b. Ministra Obrony Narodowej Janusza O., biorącego – jako poseł Unii Wolności udział w kampanii przedwyborczej do Sejmu RP w Przemyskiem) totalnie wyrznałem całą polską ludność na terenie rejonow hołobskiego, kowelskiego, siedleszczańskiego, mackiewskiego i lubomelskiego, dokonalem grabiezy calego majatku ruchomego i spaliłem jej mienie nieruchome. W sumie w tych rejonach w ciagu 29 i 30 sierpnia 1943 roku powyrzynałem i powystrzelałem ponad pietnaście tysięcy spokojnych mieszkańców, wsród których byli starcy, kobiety i dzieci. Dokonalismy tego w sposob nastepujacy: Po spędzeniu co do jednego wszystkich mieszkanców do jednego miejsca, otaczaliśmy ich i zaczynaliśmy rzeź. Nastepnie, gdy już nie zostalo ani jednego żywego człowieka, kopalismy glebokie jamy, wrzucaliśmy w nie wszystkie trupy, zasypywalismy ziemia i, aby ukryć ślady, zapalaliśmy ogromne ogniska i szliśmy dalej. W ten sposob przechodziliśmy od wsi do wsi, aż zniszczyliśmy cala ludność – ponad 15 tysięcy ludzi”. (”Geneza nacjonalizmu ukrainskiego – odmiany faszyzmu europejskiego”, “Na Rubieży”, nr 68/2003).
——————————————————————————–
UPA mordowała Polaków i Ukrainców
- Uratowałem swoje życie dzięki temu, że miałem karabin i ostrą amunicję, inaczej bym dzisiaj nie żył – opowiada Henryk Komanski, były mieszkaniec Jezioran Szlacheckich, powiat Łuck na Wołyniu. – Byłem swiadkiem śmierci swojej babci, którą wrzucono do studni, i ciotek, ktore zakłuto nożami w Jezioranach Szlacheckich, gdzie zostało zamordowanych okolo 80 osób. Pozostali na zawsze w miejscach mordu. Nie było czasu ich pochować, bo trzeba było uciekac – mówi pan Komański. Od tego czasu do konca 1944 roku uczestniczył w samoobronach w Antonówce, Skurczu i Kopaczówce na Wołyniu. – Widziałem w swoim życiu wiele. Byłem uczestnikiem odsieczy Nieświcza, gdzie w kościele schroniło sie 35 osób, których banderowcy otoczyli i trzymali w okrążeniu przez kilka dni. Jeden z miejscowych, ktorym udało się uciec, dotarl do Antonówki i powiadomił nas o tym. Pospieszyliśmy z odsieczą i uratowaliśmy tych ludzi w Nieświczu – wspomina Henryk Komański.
Były uczestnik samoobrony na Wołyniu nie ma watpliwości, że nacjonalizm ukraiński był odmianą faszyzmu europejskiego. – To była odmiana stokroć gorsza, bo jesli Niemcy strzelali w tyl glowy z broni palnej, to ci znęcali się. Dla nich morderstwo stanowiło pewien rytuał, podczas którego wydłubywali oczy, obcinali uszy, piersi, głowki dzieci rozbijali o framugi drzwi czy o mur. To było straszne. Kto byl świadkiem i przeżł, to do dzis pamięta. Wszyscy próbują kryć zbrodniczy charakter UPA, która była faszystowską organizacją terrorystyczną. Szczególnie oddziały bojówki Służby Bezpeky, ktore dokonywały najbardziej zbrodniczych akcji. Nie tylko na Polakach, ale i na tych Ukraincach, ktorzy nie chcieli brać udziału w mordowaniu Polakow, odmowili służby w UPA. Prawie w każdym powiecie byly takie bojówki SB, ale o tym się nie mówi – podkreśla Michał Komański.
——————————————————————————–
Typowe ludobójstwo
O zbrodniach ukrainskich opowiada także Romuald Wernik, autor wielu książek o Kresach, mieszkajacy od 1948 roku w Londynie. Jego rodzina padła ofiara zbrodniarzy spod znaku OUN-UPA. – Miałem kuzynkę matki, ktora wyszła za mąż za Ukraińca. Zeby wstąpic do UPA, Ukrainiec musiał zamordować swoją żonę Polkę i swoje dzieci, gdyby były małe lub nie chciały pójść do UPA. Wobec tego ten Ukrainiec razem z synami zarąbali matkę i żonę we trójkę siekierami. Takich udokumentowanych wypadków jest kilkaset. To było stoczenie sie w największe bagno. Tego nie można sobie nawet wyobrazić – opowiada pan Wernik.
Autor ksiazek o Kresach przypomina, ze zachował się wydany przez UPA rozkaz – wydrukowała go obecnie nawet prasa ukraińska – w którym jest powiedziane: wymordować wszystkich Polakow, nie wyłączając dzieci, bo mogą z nich wyrosnąć mściciele. – To było typowe ludobójstwo – podkreśla Romuald Wernik.
Historyk z Wrocławia dr Aleksander Korman ustalił ponad 300 metod mordowania Polaków: obcinano nosy, uszy, wbijano gwoździe do głów, przepiłowano piłą, rozdzierano. – Mamy zdjęcia spod Buczacza, gdzie polskie dzieci przybito po piecioro (tzw. “wianuszki”) do drzew w dużej, starej alei lipowej i nazwano to “droga do wolnej Ukrainy”. Ponadto dzieci rozdzierano za nogi. W Parośli wyrznięto wioskę, później w domu sołtysa zebrali się oficerowie UPA, pili i jedli, ciesząc się, że Polaków “wyrżnęli”. Przybili nożem do blatu stołu dwumiesięczne dziecko i wsadzili mu w usta kiszony ogorek – przypomina potworne okolicznosci ludobójstwa UPA Romuald Wernik.
Podczas Mszy Swiętej sprawowanej w bazylice św. Elżbiety we Wrocławiu (w sobote, 28 czerwca) w ramach uroczystosci upamietnienia ofiar mordów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ks. Tadeusz Pater, Kresowianin, mieszkający obecnie w Przemyśu, pytał: “Dlaczego do tego doszło?”. – Przecież to byli nasi sąsiedzi, przecież chodziliśmy do nich na święta. Były zawierane małżeństwa polsko-ukraińskie i ukraińsko-polskie – zastanawiał się. Odpowiedź brzmiała: – Zbrodnicza organizacja omamiła (…). Ideologia bardzo kąśliwa i bardzo nachalna – Dymitra Doncowa. Na pierwszym kongresie OUN (Wieden – Praga, 1929-1930) ustalono “dekalog” nacjonalisty ukraińskiego. Siódme przykazanie brzmiało: “Nie zawahasz sie wykonać najwiekszego przestępstwa, jeśli tego będzie wymagać dobro sprawy”, a ósme: “Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów twojej nacji”. Czyż nie tak postępowali z “wrogami swojej nacji” czlonkowie OUN-UPA 16-18 lipca 1943 roku w Hucie Stepańskiej? – Zwłoki zamordowanych Polakow pozostawili w miejscu smierci, aż do całkowitego rozkładu. Zostały rozwleczone czy też zjedzone przez zdziczale psy i drapieżne ptactwo. Wrzucano tez zwłoki zamordowanych do palonych domostw, do studni. Likwidowano wokół wszelkie śady polskości, niszcząc budynki szkolne, pomniki, napisy i inne – relacjonowal ks. Pater.
Odnosząc się do wezwań o zapominanie i patrzenie w przyszlość, dodał: – Tworzmy przyszłość, ale na fundamencie prawdy. Nawiazując zaś do projektu wzniesienia w Warszawie pomnika pomordowanym, ks. Tadeusz Pater zaproponował, aby byl on poświecony dzieciom, których tyle tysięcy na Kresach Wschodnich w okrutny sposób pozbawiono życia. Mieczyslaw Pabis.
Cechy charakterystyczne zbrodni na Wołyniu zostały wskazane w syntezie wydarzeń wołyńskich, prof. prawa międzynarodowego i nauk politycznych R. Szawłowskiego, który, prawdopodobnie jest obecnie jedynym naukowcem w Polsce zajmującym się ludobójstwem jako zagadnieniem prawnym i socjologicznym oraz w wymiarze komparatystycznym.Wskazuje on na następujące charakterystyczne cechy tych zbrodni, które w świetle zgromadzonego materiału faktograficznego trudno podważyć i z którymi w pełni się zgadzam:
1. Na Wołyniu dążono do całkowitego unicestwienia społeczności polskiej w wymiarze tak totalnym, jak to czynili Niemcy w stosunku do Żydów (tzw. holocaust), od niemowląt po starców. Polacy, podobnie jak Żydzi, byli przez Ukraińców tropieni, wyłapywani, zabijani podstępnie pojedynczo i zbiorowo. Właśnie ta uporczywość w eksterminacji, starania by zamordować, kogo da się dosięgnąć, świadczy o ludobójstwie totalnym, tym, czym był holocaust Żydów. Mordowani byli także Polacy wyznania prawosławnego oraz nie używający języka polskiego w mowie.
Nieco inaczej było w Małopolsce Wschodniej, gdzie obok ludobójstwa totalnego, zdarzało się również ludobójstwo selektywne, np. mordowanie wyłącznie mężczyzn.
2. Ludobójstwo było dokonywane z okrucieństwem, nierzadko wręcz sadystycznym, nawet w stosunku do osób, które sprawcy oceniali jako ludzi dobrych lub wobec których mieli długi wdzięczności. Okrucieństwa nie oszczędzano nawet dzieciom. Przewija się ono w przeróżnych źródłach, również w sprawozdaniu dla Stolicy Apostolskiej bpa Szelążka.
3. Zaangażowanie w zbrodnie szerokich kręgów społeczności wołyńskiej, bowiem obok bojówek OUN-UPA i tzw. podległych im Samooboronnych Kuszczowych Widdiłów, czyli chłopów pozostających w gospodarstwach, ale stawiających się do akcji w razie potrzeby, uczestniczyły, jeśli nie w samym zabijaniu, to w dobijaniu, podpalaniu, czy rabunku, osoby “niezrzeszone”, w tym kobiety, wyrostki czy prawie dzieci. Dodam jeszcze, że czynny udział w ludobójstwie w formie agitacji, a nawet zabójstwach, brała część duchownych prawosławnych na Wołyniu, oraz duchownych grekokatolickich w Małopolsce Wschodniej, a na Wołyniu, gdzie było ich niewielu, np. zbrodniczą agitacją odznaczył się – wedle słów bpa Szelążka – unicki zakon redemptorystów w Kowlu. Niewątpliwie część duchowieństwa czyniła to pod przymusem OUN-UPA, ale pozostali z wewnętrznego przekonania. Wg Konwencji z 1948 r. w art. III czyny te określane są jako podżeganie i traktowane jako przestępstwa ludobójstwa.
4. Eksterminacji – w całości lub części polskiej – podlegały rodziny mieszane, jako rodziny, w których zepsuta została ukraińska krew. Zabójstw dokonywały albo bojówki OUN-UPA, albo ukraiński członek rodziny – z własnej woli, gdy dostrzegł “kardynalny błąd życiowy”, albo pod terrorem. Stąd zabójstwa żony i dzieci przez męża, ojca przez dzieci, a nawet zabójstwa przez brata siostry, która chciała wyjść za mąż za Polaka.
5. Mordercami byli współobywatele i sąsiedzi, często pozostający przez całe generacje w dobrych stosunkach, a nie okupanci i obcy.
6. Unicestwieniu biologicznemu ludności polskiej towarzyszyło niszczenie śladów jej obecności.”
I tacy oświeceni atamani wiedzieli, jak mordować Polaków, w szczególności polskie dzieci i matki w ciąży, okręcając niemowlęta kolczastymi drutami i przybijając dla postrachu – gwoździami do drzew przydrożnych, tworząc słynne banderowskie “wianuszki”, albo wypruwając z łona matek nienarodzone istoty i wrzucając je do ognia, by biedactwa nie marzły na gołej ziemi.
Bojowe odziały UPA w ciągu tylko jednej nocy z 11/12 lipca 1943 mordują w pień ludność polską w 167 miejscowości na Wołyniu, rżnąc piłami dzieci, starców i kobiety. Wódz nic nie wie, że samych nieposłusznych Ukraińców, jak powiada Wiktor Poliszczuk, UPA wymordowała 36 tysięcy. I – jak wylicza Aleksander Korman, mordowała na 360 sposobów. A wśród tych wielu metod najsłynniejszą była metoda tzw. rękawiczek, czyli nacinanie żyjącym jeszcze Polakom tuż przed łokciami skóry i ściąganie jej aż do palców, a potem suszenie i noszenie ku czci “Samostojnej Ukrainy”. Im więcej sposobów zbrodni miał upowiec na swoim koncie, tym większą chwałą cieszył się u dowódców.
W rezultacie zabójstw indywidualnych, a potem mordów zbiorowych i rzezi kresowej ludności polskiej, terroryści OUN, a później OUN-UPA w okresie II wojny światowej – w latach 1939-1945 i jeszcze kilka lat po jej zakończeniu, zabili – przyjmując szacunkowo – około 500.000 Polaków, przy czym większość zginęła w tak straszliwych okolicznościach i z zastosowaniem tak wymyślnych tortur, przede wszystkim fizycznych, a niekiedy i psychicznych, że cywilizowany człowiek XX w. nie może tego pojąć i w to uwierzyć. Oprawcy OUN-UPA zabijali z chęci i potrzeby zabijania, aby drwić i rozkoszować się bestialskim okrucieństwem swoim, aby upajać się widokiem tortur, męczarnią zarówno dorosłych jak i dzieci oraz rozpaczą bezbronnych ofiar.
Znany rosyjski literat Aleksander Sołżenicyn wymienił ponad 50 metod tortur stosowanych w śledztwie przez NKWD np. zdejmowanie paznokci czy przypalanie ciała rozpalonym papierosem. Członkowie OUN-UPA – banderowcy prześcignęli znacznie NKWD stosując o wiele liczebniejsze i okrutniejsze rodzaje tortur wobec Polaków a niekiedy i wobec swoich rodaków nie akceptujących ich zbrodnicze praktyki. W UPA występowała w zasadzie solidarność zbrodnicza wśród jej członków. Każdy kandydat na członka UPA musiał najpierw dokonać zbrodni zabójstwa “Lacha” np. w mieszanym małżeństwie polsko-ukraińskim zabić matkę Polkę lub ojca Polaka, względnie kogoś wskazanego np. dziecko, aby móc być dopuszczonym do złożenia przysięgi i zostać członkiem UPA. Różnorodność stosowanych wobec Polaków tortur i okrucieństw, a także pozbawienie życia przez zastrzelenie, nie było dowolne według uznania sprawcy. Z reguły rodzaj tortur czy okrucieństwa był ustalany przez banderowski tzw. komitet rewolucyjny.
Dla przykładu, wymienię – na życzenie – niektóre przypadki stosowanych – przez terrorystów OUN-UPA -w praktyce tortur fizycznych i okrucieństw, wobec mężczyzn, kobiet i dzieci narodowości polskiej, jakie stwierdziłem w wyniku wieloletnich niezależnych prac badawczych:
1. Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki gtowy. 2. Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie). 3. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy. 4. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło. 5. Wyrzynanie na czole orła”. 6. Wbijanie bagnetu w skroń głowy. 7. Wyłupywanie jednego oka. 8. Wybieranie dwoje oczu. 9. Obcinanie nosa. 10. Obcinanie jednego ucha. 12.Obrzynanie obydwu uszu. 13. Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha. 14. Obrzynanie warg. 15. Obcinanie języka. 16. Podrzynanie gardła. 17. Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz. 18. Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty. 19. Wybijanie zębów. 20. Łamanie szczęki. 21. Rozrywanie ust od ucha do ucha. 22. Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar. 23. Podcinanie szyi nożem lub sierpem. 24. Zadawanie ciosu siekierą w szyję. 25. Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy. 26. Skręcanie głowy do tyłu. 27. Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą. 28. Obcinanie głowy sierpem. 29. Obcinanie głowy kosą. 30. Odrąbywanie głowy siekierą. 31. Zadawanie ciosu siekierą w szyję. 32. Zadawanie ran kłutych w głowie. 33. Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców. 34. Zadawanie innych ran ciętych na plecach. 35. Zadawanie ciosów bagnetem w plecy. 36. Łamanie kości żeber klatki piersiowej. 37. Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca. 38. Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś. 39. Obcinanie kobietom piersi sierpem. 40. Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą. 41. Obrzynanie sierpem genitalii ofiarom płci męskiej. 42. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską. 43. Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem. 44. Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem. 45. Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych. 46. Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha. 47. Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrząteku-kipiącej wody. 48. Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki. 49. Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła. 50. Wyrywanie żył od pachwy, aż do stóp. 51. Wkładanie do pochwy – vagina rozżarzonego żelaza. 52. Wkładanie do vaginy szyszek sosny od strony wierzchołka. 53. Wkładanie do vaginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot. 54. Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od vaginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz. 55. Wieszanie ofiar za wnętrzności. 56. Wkładanie do vaginy szklanej butelki i jej rozbicie. 57. Wkładanie do analu szklanej butelki i jej stłuczenie. 58. Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami. 59. Odrąbywanie siekierą jednej ręki. 60. Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk. 61. Przebijanie dłoni nożem. 62. Obcinanie palców u ręki nożem. 63. Obcinanie dłoni. 64. Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej. 65. Odrąbywanie pięty. 66. Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej. 67. Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem. 68. Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem. 69. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami. 70. Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą. 71. Obcinanie piłą obie nogi. 72. Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem. 73. Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi. 74. Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami. 75. Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi. 76. Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu. 77. Rąbanie siekierą całego tułowia na części. 78. Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie. 79. Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim. 80. Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół. 81. Rozpruwanie brzuszka dzieciom. 82. Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu. 83. Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi. 84. Łamanie stawów nóg dziecka. 85. Łamanie stawów rąk dziecka. 86. Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat. 87. Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem. 88. Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku. 89. Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec. 90. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele. 91. Wbijanie dziecka na pal. 92. Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała. 93. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi. 94. Wieszanie na drzewie głową do góry. 95. Wieszanie na drzewie nogami do góry. 96. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska. 97. Zrzucanie w dół ze skały. 98. Topienie w rzece. 99. Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni. 100. Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni. 101. Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku. 102. Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii. 103. Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi. 104. Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej. 105. Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie. 106. Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem. 107. Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi. 108. Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi. 109. Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów. 110. Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego. 111. Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego. 112. Przebicie tułowia na wylot lufą karabinu. 113. Ściskanie ofiary drutem kolczastym. 114. Ściskanie razem dwie ofiary drutem kolczastym. 115. Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym. 116. Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia. 117. Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie. 118. Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą. 119. Rozrywanie tułowia na wpół przez konie. 120. Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie. 121. Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku. 122. Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą. 123. Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona. 124. Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary. 125. Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia. 126. Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy. 127. Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra. 128. Wieszanie na kolczastym drucie. 129. Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą. 130. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w me nożami. 131. Wiązanie – skuwanie rąk drutem kolczastym. 132. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą. 133. Przybijanie rąk do progu mieszkania. 134. Przebijanie kołami dzieci na wylot. 135. Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem. 136. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. “wianuszki”. (…) 341. Wrzucanie do klozetowego szamba żywych ofiar oraz bicie żelaznym narzędziem po głowie i ciskanie ich w głąb tego szamba. 342. Podwieszanie pod pachy na drzewie w lesie i palenie pod ofiarą gałęzi i chrustu. 343. Wiązanie rąk drutem i zadawanie na całym ciele ran kłutych. 344. Oskalpowanie – ściągnięcie skóry z głowy i twarzy – wraz z wybraniem oczu, obcięciem uszu, przecięciem krtani i wyciągnięciem przez nią języka. 345. Obcięcie genitaliów, wydłubanie oczu i skłucie całego ciała cienkimi igłami. 346. Porąbanie ośmiomiesięcznego dziecka na cztery części. 347. Rozbieranie do naga, związywanie ofiary drutem kolczastym i wpychanie do przerębli pod lód rzeki. 348. Przybicie bagnetem do stołu kilkumiesięcznego dziecka i włożenie mu do ust kawałka niedojedzonego kiszonego ogórka. 349. Duszenie sznurem zakładanym na szyję i zabijanie ciosem noża w serce. 350. Wyrywanie księżom wyznania rzymsko – katolickiego pulsujących serc z piersi, a niekiedy prezentowanie ich widzom i odliczanie na zegarku czasu trwanie agonii. 351. Duszenie drutem kolczastym. 352. Wypruwanie dzieciom wnętrzności i rozwieszanie jelit na ścianie w jakiś nieregularny sposób wraz z kartką wiszącą na gwoździu z napisem w ukraińskim języku: “Polska od morzu do morza!”. 353. Przybijanie dzieci do ściany z rozkrzyżowanymi rękami. 354. Wyłamywanie dzieciom stawów rąk i nóg i przybicie martwego dziecka do stołu – na oczach dorosłych osób. 355. Pozbawienie życia dwudziestoma dwoma i więcej ciosami noża. 356. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami. 357. Wiązanie – skuwanie rąk drutem kolczastym. 358. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą. 359. Przybijanie rąk do progu mieszkania. 360. Przebijanie kołami dzieci na wylot. 361. Wleczenie ciała po ziemi za nogi związane sznurem. 362. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego, przydrożnego drzewa, tworząc w ten sposób tzw. “wianuszki”.
Wymienione wyżej metody tortur i okrucieństw stanowią tylko przykłady i nie obejmują pełnego zbioru, stosowanych przez terrorystów OUN-UPA metod pozbawiania życia – polskich dzieci, kobiet i mężczyzn w męczarniach. Pomysłowość tortur była nagradzana. Sprawcy tortur i okrucieństw – tj. terroryści OUN-UPA – urządzali niekiedy makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Na przykład: tułów z obciętymi rękami i nogami oraz obciętą głową ofiary, układali na “siedząco” pod ścianą zewnętrzną domu mieszkalnego, wystawiając je na publiczne “pośmiewisko”. Czasami, rozwieszali jelita ofiary na ścianie wewnątrz izby z ukraińskim napisem – “Polska od morza do morza”. Częstokroć, po dokonanej rzezi Polaków jeździli banderowcy powozem po wsi śpiewając i wiwatując przy akompaniamencie harmonii. Znany jest również przypadek zamordowania furtiana w kościele i obcięcia mu głowy oraz naigrywania się w ten sposób, że tułów banderowcy podparli z przodu i z tyłu ławką, a do rąk złożonych jak do modlitwy włożyli jego własną głowę. W innym przypadku, odrąbaną głowę ofiary dawali ukraińscy terroryści dzieciom do zabawy – kopania jej jak piłkę. Tortury psychiczne zadawane były na przykład rodzicom zmuszonym do oglądania szczególnie wymyślnych tortur zadawanych ich dzieciom lub dziecku…”
Ks. A.Kubasik wymienia w swojej książce również takie tortury jak choćby: przybijanie niemowląt do ściany z podpisem “polśkij oreł”, obdzieranie ludzi ze skóry i posypywanie solą, wbijanie dzieci na kołki w płocie, rozdzieranie dzieci na pół, duszenie drutem kolczastym, zakopywanie żywcem w ziemi lub tylko po szyję tak by można było głowy kosić kosą itd
W odpowiedzi na apel p. Guła i p. Maruchy o Polskim Holokauście, zamieszczam na początek relacje o ludobójstwie Polaków z Kresów Wschodnich.
KRESY
W dzisiejszych czasach ma miejsce nieustający, nachalny, niemal “obowiązkowy” rytuał rozczulania się nad losem ludności żydowskiej mieszkającej na ziemi polskiej, która tak jak Polacy padła ofiarą tych samych najeżdźców czyli Niemców.
Niemców a nie jakichś wyimaginowanych nazistów którzy nie wiadomo skąd się wzięli, może z kosmosu.
Jest jeszcze jeden holokaust, mało znany, ostatnio celowo przemilczany aby nie psuć lukrowanego obrazka popieranej przez tzw. “polskie władze” pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie, której animatorzy jawnie odwołują się do tradycji nacjonalistycznej organizacji OUN – UPA. To ludobójstwo ok. 250 tysięcy ludności polskiej na kresach Rzeczpospolitej dokonane przez ukraińskie organizacje OUN, UPA kolaborujące z Niemcami.
Tragedia Polaków, mieszkańców Kresów zaczęła się najwcześniej bo z chwilą napaści Związku Radzieckiego 17 września 1939r. Natychmiast zaczęły się masowe deportacje ludności polskiej, grabieże, zajmowanie całych majątków i mordy przy współudziale dużej części (delikatnie powiedziane) kolaborującej ludności żydowskiej, i ukraińskiej, w mniejszym stopniu białorusińskiej. Niemal w całośći zlikwidowano warstwy bardziej wykształcone co było brzemienne w skutki w późniejszym okresie.
Po napaści Niemców na Związek Sowiecki, ukraińskie organizacje OUN, UPA kolaborujące z Niemcami, oraz cywilni Ukraińcy często z własnej inicjatywy a cześć pod przymusem “upowców” zaczęły, za przyzwoleniem Niemców systematyczną eksterminację ludności polskiej. Było to ludobójstwo w tak okrutnej formie jakiej nie stosowali nawet Niemcy w stosunku do Żydów czy Sowieci wobec wszystkich innych. Naprawdę, nie da się zrozumieć dlaczego Ukraińcy, nierzadko ludzie wykształceni, stosowali tak okrutne, wymyślne tortury na swoich sąsiadach, bardzo często na swoich polskich współmałżonkach, polskich rodzicach i własnych dzieciach, których jedno z rodziców było Polakiem. To coś tak niepojętego że ludzie z innych krajów nie chcą w to uwierzyć, tym bardziej że ofiarami byli Polacy. A świat jest przyzwyczajony do holokaustu Żydów i coraz częściej za sprawców tego uważa Polaków. To jakiś szyderczy, plugawy chichot historii że naród, który najbardziej ucierpiał w obu wojnach światowych jest postrzegany jako sprawca żydowskich nieszczęść. Jak nie wiadomo dlaczego to wiadomo że chodzi o pieniądze. Niemcy wypłacili Żydom odszkodowania, a chyba z chciwości nie mogą się opamiętać i żądają od Polski odszkodowań za czyny popełnione przez oprawców sowieckich i niemieckich. Dla uzasadnienia swoich żadań oskarżają Polaków o udział w zbrodniach.
My Polacy, którzy mają świadomość i znają historię polskich Kresów Wschodnich i Małopolski za tamtego okresu musimy propagować i przypominać prawdę. Prawdę o ludobójstwie ludności polskiej dokonanej przez dużą część Ukraińców. Ludność polska pozbawiona niemal całej inteligencji i warstw przywódczych nie była w stanie skutecznie przeciwstawić się i zorganizować obronę. Czas działa na naszą niekorzyść. Może być tak że wkrótce propaganda sterowana przez polakożerców i ich sługusów w Polsce zamieni ofiary polskie na żydowskie a ukraińskich katów zamieni na tzw. “polskich nazistów”. Wzrosną wtedy wobec nas żądania finansowe.
Badania i śledztwa w tej i w tysiącach innych spraw prowadzi Instytut Pamięci Narodowej, nietstety z coraz mniejszym budżetem, co powoduje zaniechanie wielu działań, ale o tym zadecydowali wyborcy na jesieni 2007r. Wyborcy którzy uważają się za mądrych i światłych (chyba inaczej).
60 lat temu, 11 i 12 lipca 1943 roku, w prawosławne i greckokatolickie swięto Apostołów Piotra i Pawła, uzbrojone bandy Ukraincow z OUN-UPA napadły na polskie wsie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, mordując, paląc i grabiąc. Niewielu Polaków z zaatakowanych miejscowości uszło spod ukraińskiej siekiery, noża czy innego narzędzia zbrodni.
W mordach, ktore – biorąc pod uwage ich okrucieństwo i wymyślność oprawców – nie mają odpowiedników, brali rownież udział Ukraińcy z formacji armii niemieckiej, w tym z dywizji SS Galizien. Trudno dziś ustalić dokladną liczbę ofiar tamtych zbrodni. Historycy podają szacunkowo, że w Małopolsce Wschodniej zostało zamordowanych ponad 120 tysięcy Polaków – na samym Wołyniu okolo 70 tysięcy. Jednak, aby uzyskać zbliżoną do rzeczywistej liczbę wszystkich polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa na wszystkich południowo-wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej w latach 1939-47, trzeba te liczby przynajmniej podwoić, co daje ok. 250 tysięcy osob.
——————————————————————————–
“Wyrżnąć Lachow”
To, co sie wydarzylo 11 i 12 lipca 1943 r. nie bylo pierwsza masowa zbrodnia nacjonalistow ukrainskich na ludnosci polskiej Wolynia – do takich dochodzilo juz od wiosny 1943 roku, a nawet wczesniej – lecz pierwsza tak precyzyjnie zaplanowana, zorganizowana i przeprowadzona na tak wielka skale. Bandy UPA dzialaly zgodnie z czerwcowa (1943 r.) tajna dyrektywa terytorialnego dowodztwa UPA – “Piwnycz”, wydana przez Romana Dmytro Kłaczkiwskyja – “Kłyma Sawura”, ktora nakazywała calkowitą fizyczną likwidację ludności polskiej.
Od tej pory Polacy na Wołyniu nie zaznali już spokoju, a lipiec i sierpień tamtego roku były szczególnie krwawe. Wiktor Poliszczuk, ukraiński naukowiec, zajmujący się dokumentowaniem zbrodni ukraińskiego nacjonalizmu, przytacza zeznanie jednego z dowodcow UPA Jurija Stelmaszczuka – “Rudego”: “29 i 30 sierpnia ja wraz z oddzialem w sile 700 uzbrojonych ludzi, zgodnie z rozkazem dowodcy Okregu Wojskowego ‘Ołeha’ (Oresta), (Ołeh – Orest był stryjem znanego działacza Solidarności i b. Ministra Obrony Narodowej Janusza O., biorącego – jako poseł Unii Wolności udział w kampanii przedwyborczej do Sejmu RP w Przemyskiem) totalnie wyrznałem całą polską ludność na terenie rejonow hołobskiego, kowelskiego, siedleszczańskiego, mackiewskiego i lubomelskiego, dokonalem grabiezy calego majatku ruchomego i spaliłem jej mienie nieruchome. W sumie w tych rejonach w ciagu 29 i 30 sierpnia 1943 roku powyrzynałem i powystrzelałem ponad pietnaście tysięcy spokojnych mieszkańców, wsród których byli starcy, kobiety i dzieci. Dokonalismy tego w sposob nastepujacy: Po spędzeniu co do jednego wszystkich mieszkanców do jednego miejsca, otaczaliśmy ich i zaczynaliśmy rzeź. Nastepnie, gdy już nie zostalo ani jednego żywego człowieka, kopalismy glebokie jamy, wrzucaliśmy w nie wszystkie trupy, zasypywalismy ziemia i, aby ukryć ślady, zapalaliśmy ogromne ogniska i szliśmy dalej. W ten sposob przechodziliśmy od wsi do wsi, aż zniszczyliśmy cala ludność – ponad 15 tysięcy ludzi”. (“Geneza nacjonalizmu ukrainskiego – odmiany faszyzmu europejskiego”, “Na Rubieży”, nr 68/2003).
——————————————————————————–
UPA mordowała Polaków i Ukrainców
- Uratowałem swoje życie dzięki temu, że miałem karabin i ostrą amunicję, inaczej bym dzisiaj nie żył – opowiada Henryk Komanski, były mieszkaniec Jezioran Szlacheckich, powiat Łuck na Wołyniu. – Byłem swiadkiem śmierci swojej babci, którą wrzucono do studni, i ciotek, ktore zakłuto nożami w Jezioranach Szlacheckich, gdzie zostało zamordowanych okolo 80 osób. Pozostali na zawsze w miejscach mordu. Nie było czasu ich pochować, bo trzeba było uciekac – mówi pan Komański. Od tego czasu do konca 1944 roku uczestniczył w samoobronach w Antonówce, Skurczu i Kopaczówce na Wołyniu. – Widziałem w swoim życiu wiele. Byłem uczestnikiem odsieczy Nieświcza, gdzie w kościele schroniło sie 35 osób, których banderowcy otoczyli i trzymali w okrążeniu przez kilka dni. Jeden z miejscowych, ktorym udało się uciec, dotarl do Antonówki i powiadomił nas o tym. Pospieszyliśmy z odsieczą i uratowaliśmy tych ludzi w Nieświczu – wspomina Henryk Komański.
Były uczestnik samoobrony na Wołyniu nie ma watpliwości, że nacjonalizm ukraiński był odmianą faszyzmu europejskiego. – To była odmiana stokroć gorsza, bo jesli Niemcy strzelali w tyl glowy z broni palnej, to ci znęcali się. Dla nich morderstwo stanowiło pewien rytuał, podczas którego wydłubywali oczy, obcinali uszy, piersi, głowki dzieci rozbijali o framugi drzwi czy o mur. To było straszne. Kto byl świadkiem i przeżł, to do dzis pamięta. Wszyscy próbują kryć zbrodniczy charakter UPA, która była faszystowską organizacją terrorystyczną. Szczególnie oddziały bojówki Służby Bezpeky, ktore dokonywały najbardziej zbrodniczych akcji. Nie tylko na Polakach, ale i na tych Ukraincach, ktorzy nie chcieli brać udziału w mordowaniu Polakow, odmowili służby w UPA. Prawie w każdym powiecie byly takie bojówki SB, ale o tym się nie mówi – podkreśla Michał Komański.
——————————————————————————–
Typowe ludobójstwo
O zbrodniach ukrainskich opowiada także Romuald Wernik, autor wielu książek o Kresach, mieszkajacy od 1948 roku w Londynie. Jego rodzina padła ofiara zbrodniarzy spod znaku OUN-UPA. – Miałem kuzynkę matki, ktora wyszła za mąż za Ukraińca. Zeby wstąpic do UPA, Ukrainiec musiał zamordować swoją żonę Polkę i swoje dzieci, gdyby były małe lub nie chciały pójść do UPA. Wobec tego ten Ukrainiec razem z synami zarąbali matkę i żonę we trójkę siekierami. Takich udokumentowanych wypadków jest kilkaset. To było stoczenie sie w największe bagno. Tego nie można sobie nawet wyobrazić – opowiada pan Wernik.
Autor ksiazek o Kresach przypomina, ze zachował się wydany przez UPA rozkaz – wydrukowała go obecnie nawet prasa ukraińska – w którym jest powiedziane: wymordować wszystkich Polakow, nie wyłączając dzieci, bo mogą z nich wyrosnąć mściciele. – To było typowe ludobójstwo – podkreśla Romuald Wernik.
Historyk z Wrocławia dr Aleksander Korman ustalił ponad 300 metod mordowania Polaków: obcinano nosy, uszy, wbijano gwoździe do głów, przepiłowano piłą, rozdzierano. – Mamy zdjęcia spod Buczacza, gdzie polskie dzieci przybito po piecioro (tzw. “wianuszki”) do drzew w dużej, starej alei lipowej i nazwano to “droga do wolnej Ukrainy”. Ponadto dzieci rozdzierano za nogi. W Parośli wyrznięto wioskę, później w domu sołtysa zebrali się oficerowie UPA, pili i jedli, ciesząc się, że Polaków “wyrżnęli”. Przybili nożem do blatu stołu dwumiesięczne dziecko i wsadzili mu w usta kiszony ogorek – przypomina potworne okolicznosci ludobójstwa UPA Romuald Wernik.
Podczas Mszy Swiętej sprawowanej w bazylice św. Elżbiety we Wrocławiu (w sobote, 28 czerwca) w ramach uroczystosci upamietnienia ofiar mordów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ks. Tadeusz Pater, Kresowianin, mieszkający obecnie w Przemyśu, pytał: “Dlaczego do tego doszło?”. – Przecież to byli nasi sąsiedzi, przecież chodziliśmy do nich na święta. Były zawierane małżeństwa polsko-ukraińskie i ukraińsko-polskie – zastanawiał się. Odpowiedź brzmiała: – Zbrodnicza organizacja omamiła (…). Ideologia bardzo kąśliwa i bardzo nachalna – Dymitra Doncowa. Na pierwszym kongresie OUN (Wieden – Praga, 1929-1930) ustalono “dekalog” nacjonalisty ukraińskiego. Siódme przykazanie brzmiało: “Nie zawahasz sie wykonać najwiekszego przestępstwa, jeśli tego będzie wymagać dobro sprawy”, a ósme: “Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów twojej nacji”. Czyż nie tak postępowali z “wrogami swojej nacji” czlonkowie OUN-UPA 16-18 lipca 1943 roku w Hucie Stepańskiej? – Zwłoki zamordowanych Polakow pozostawili w miejscu smierci, aż do całkowitego rozkładu. Zostały rozwleczone czy też zjedzone przez zdziczale psy i drapieżne ptactwo. Wrzucano tez zwłoki zamordowanych do palonych domostw, do studni. Likwidowano wokół wszelkie śady polskości, niszcząc budynki szkolne, pomniki, napisy i inne – relacjonowal ks. Pater.
Odnosząc się do wezwań o zapominanie i patrzenie w przyszlość, dodał: – Tworzmy przyszłość, ale na fundamencie prawdy. Nawiazując zaś do projektu wzniesienia w Warszawie pomnika pomordowanym, ks. Tadeusz Pater zaproponował, aby byl on poświecony dzieciom, których tyle tysięcy na Kresach Wschodnich w okrutny sposób pozbawiono życia. Mieczyslaw Pabis.
Cechy charakterystyczne zbrodni na Wołyniu zostały wskazane w syntezie wydarzeń wołyńskich, prof. prawa międzynarodowego i nauk politycznych R. Szawłowskiego, który, prawdopodobnie jest obecnie jedynym naukowcem w Polsce zajmującym się ludobójstwem jako zagadnieniem prawnym i socjologicznym oraz w wymiarze komparatystycznym.Wskazuje on na następujące charakterystyczne cechy tych zbrodni, które w świetle zgromadzonego materiału faktograficznego trudno podważyć i z którymi w pełni się zgadzam:
1. Na Wołyniu dążono do całkowitego unicestwienia społeczności polskiej w wymiarze tak totalnym, jak to czynili Niemcy w stosunku do Żydów (tzw. holocaust), od niemowląt po starców. Polacy, podobnie jak Żydzi, byli przez Ukraińców tropieni, wyłapywani, zabijani podstępnie pojedynczo i zbiorowo. Właśnie ta uporczywość w eksterminacji, starania by zamordować, kogo da się dosięgnąć, świadczy o ludobójstwie totalnym, tym, czym był holocaust Żydów. Mordowani byli także Polacy wyznania prawosławnego oraz nie używający języka polskiego w mowie.
Nieco inaczej było w Małopolsce Wschodniej, gdzie obok ludobójstwa totalnego, zdarzało się również ludobójstwo selektywne, np. mordowanie wyłącznie mężczyzn.
2. Ludobójstwo było dokonywane z okrucieństwem, nierzadko wręcz sadystycznym, nawet w stosunku do osób, które sprawcy oceniali jako ludzi dobrych lub wobec których mieli długi wdzięczności. Okrucieństwa nie oszczędzano nawet dzieciom. Przewija się ono w przeróżnych źródłach, również w sprawozdaniu dla Stolicy Apostolskiej bpa Szelążka.
3. Zaangażowanie w zbrodnie szerokich kręgów społeczności wołyńskiej, bowiem obok bojówek OUN-UPA i tzw. podległych im Samooboronnych Kuszczowych Widdiłów, czyli chłopów pozostających w gospodarstwach, ale stawiających się do akcji w razie potrzeby, uczestniczyły, jeśli nie w samym zabijaniu, to w dobijaniu, podpalaniu, czy rabunku, osoby “niezrzeszone”, w tym kobiety, wyrostki czy prawie dzieci. Dodam jeszcze, że czynny udział w ludobójstwie w formie agitacji, a nawet zabójstwach, brała część duchownych prawosławnych na Wołyniu, oraz duchownych grekokatolickich w Małopolsce Wschodniej, a na Wołyniu, gdzie było ich niewielu, np. zbrodniczą agitacją odznaczył się – wedle słów bpa Szelążka – unicki zakon redemptorystów w Kowlu. Niewątpliwie część duchowieństwa czyniła to pod przymusem OUN-UPA, ale pozostali z wewnętrznego przekonania. Wg Konwencji z 1948 r. w art. III czyny te określane są jako podżeganie i traktowane jako przestępstwa ludobójstwa.
4. Eksterminacji – w całości lub części polskiej – podlegały rodziny mieszane, jako rodziny, w których zepsuta została ukraińska krew. Zabójstw dokonywały albo bojówki OUN-UPA, albo ukraiński członek rodziny – z własnej woli, gdy dostrzegł “kardynalny błąd życiowy”, albo pod terrorem. Stąd zabójstwa żony i dzieci przez męża, ojca przez dzieci, a nawet zabójstwa przez brata siostry, która chciała wyjść za mąż za Polaka.
5. Mordercami byli współobywatele i sąsiedzi, często pozostający przez całe generacje w dobrych stosunkach, a nie okupanci i obcy.
6. Unicestwieniu biologicznemu ludności polskiej towarzyszyło niszczenie śladów jej obecności.”
I tacy oświeceni atamani wiedzieli, jak mordować Polaków, w szczególności polskie dzieci i matki w ciąży, okręcając niemowlęta kolczastymi drutami i przybijając dla postrachu – gwoździami do drzew przydrożnych, tworząc słynne banderowskie “wianuszki”, albo wypruwając z łona matek nienarodzone istoty i wrzucając je do ognia, by biedactwa nie marzły na gołej ziemi.
Bojowe odziały UPA w ciągu tylko jednej nocy z 11/12 lipca 1943 mordują w pień ludność polską w 167 miejscowości na Wołyniu, rżnąc piłami dzieci, starców i kobiety. Wódz nic nie wie, że samych nieposłusznych Ukraińców, jak powiada Wiktor Poliszczuk, UPA wymordowała 36 tysięcy. I – jak wylicza Aleksander Korman, mordowała na 360 sposobów. A wśród tych wielu metod najsłynniejszą była metoda tzw. rękawiczek, czyli nacinanie żyjącym jeszcze Polakom tuż przed łokciami skóry i ściąganie jej aż do palców, a potem suszenie i noszenie ku czci “Samostojnej Ukrainy”. Im więcej sposobów zbrodni miał upowiec na swoim koncie, tym większą chwałą cieszył się u dowódców.
W rezultacie zabójstw indywidualnych, a potem mordów zbiorowych i rzezi kresowej ludności polskiej, terroryści OUN, a później OUN-UPA w okresie II wojny światowej – w latach 1939-1945 i jeszcze kilka lat po jej zakończeniu, zabili – przyjmując szacunkowo – około 500.000 Polaków, przy czym większość zginęła w tak straszliwych okolicznościach i z zastosowaniem tak wymyślnych tortur, przede wszystkim fizycznych, a niekiedy i psychicznych, że cywilizowany człowiek XX w. nie może tego pojąć i w to uwierzyć. Oprawcy OUN-UPA zabijali z chęci i potrzeby zabijania, aby drwić i rozkoszować się bestialskim okrucieństwem swoim, aby upajać się widokiem tortur, męczarnią zarówno dorosłych jak i dzieci oraz rozpaczą bezbronnych ofiar.
Znany rosyjski literat Aleksander Sołżenicyn wymienił ponad 50 metod tortur stosowanych w śledztwie przez NKWD np. zdejmowanie paznokci czy przypalanie ciała rozpalonym papierosem. Członkowie OUN-UPA – banderowcy prześcignęli znacznie NKWD stosując o wiele liczebniejsze i okrutniejsze rodzaje tortur wobec Polaków a niekiedy i wobec swoich rodaków nie akceptujących ich zbrodnicze praktyki. W UPA występowała w zasadzie solidarność zbrodnicza wśród jej członków. Każdy kandydat na członka UPA musiał najpierw dokonać zbrodni zabójstwa “Lacha” np. w mieszanym małżeństwie polsko-ukraińskim zabić matkę Polkę lub ojca Polaka, względnie kogoś wskazanego np. dziecko, aby móc być dopuszczonym do złożenia przysięgi i zostać członkiem UPA. Różnorodność stosowanych wobec Polaków tortur i okrucieństw, a także pozbawienie życia przez zastrzelenie, nie było dowolne według uznania sprawcy. Z reguły rodzaj tortur czy okrucieństwa był ustalany przez banderowski tzw. komitet rewolucyjny.
Dla przykładu, wymienię – na życzenie – niektóre przypadki stosowanych – przez terrorystów OUN-UPA -w praktyce tortur fizycznych i okrucieństw, wobec mężczyzn, kobiet i dzieci narodowości polskiej, jakie stwierdziłem w wyniku wieloletnich niezależnych prac badawczych:
1. Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki gtowy. 2. Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie). 3. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy. 4. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło. 5. Wyrzynanie na czole orła”. 6. Wbijanie bagnetu w skroń głowy. 7. Wyłupywanie jednego oka. 8. Wybieranie dwoje oczu. 9. Obcinanie nosa. 10. Obcinanie jednego ucha. 12.Obrzynanie obydwu uszu. 13. Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha. 14. Obrzynanie warg. 15. Obcinanie języka. 16. Podrzynanie gardła. 17. Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz. 18. Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty. 19. Wybijanie zębów. 20. Łamanie szczęki. 21. Rozrywanie ust od ucha do ucha. 22. Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar. 23. Podcinanie szyi nożem lub sierpem. 24. Zadawanie ciosu siekierą w szyję. 25. Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy. 26. Skręcanie głowy do tyłu. 27. Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą. 28. Obcinanie głowy sierpem. 29. Obcinanie głowy kosą. 30. Odrąbywanie głowy siekierą. 31. Zadawanie ciosu siekierą w szyję. 32. Zadawanie ran kłutych w głowie. 33. Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców. 34. Zadawanie innych ran ciętych na plecach. 35. Zadawanie ciosów bagnetem w plecy. 36. Łamanie kości żeber klatki piersiowej. 37. Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca. 38. Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś. 39. Obcinanie kobietom piersi sierpem. 40. Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą. 41. Obrzynanie sierpem genitalii ofiarom płci męskiej. 42. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską. 43. Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem. 44. Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem. 45. Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych. 46. Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha. 47. Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrząteku-kipiącej wody. 48. Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki. 49. Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła. 50. Wyrywanie żył od pachwy, aż do stóp. 51. Wkładanie do pochwy – vagina rozżarzonego żelaza. 52. Wkładanie do vaginy szyszek sosny od strony wierzchołka. 53. Wkładanie do vaginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot. 54. Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od vaginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz. 55. Wieszanie ofiar za wnętrzności. 56. Wkładanie do vaginy szklanej butelki i jej rozbicie. 57. Wkładanie do analu szklanej butelki i jej stłuczenie. 58. Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami. 59. Odrąbywanie siekierą jednej ręki. 60. Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk. 61. Przebijanie dłoni nożem. 62. Obcinanie palców u ręki nożem. 63. Obcinanie dłoni. 64. Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej. 65. Odrąbywanie pięty. 66. Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej. 67. Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem. 68. Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem. 69. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami. 70. Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą. 71. Obcinanie piłą obie nogi. 72. Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem. 73. Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi. 74. Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami. 75. Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi. 76. Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu. 77. Rąbanie siekierą całego tułowia na części. 78. Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie. 79. Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim. 80. Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół. 81. Rozpruwanie brzuszka dzieciom. 82. Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu. 83. Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi. 84. Łamanie stawów nóg dziecka. 85. Łamanie stawów rąk dziecka. 86. Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat. 87. Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem. 88. Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku. 89. Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec. 90. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele. 91. Wbijanie dziecka na pal. 92. Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała. 93. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi. 94. Wieszanie na drzewie głową do góry. 95. Wieszanie na drzewie nogami do góry. 96. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska. 97. Zrzucanie w dół ze skały. 98. Topienie w rzece. 99. Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni. 100. Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni. 101. Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku. 102. Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii. 103. Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi. 104. Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej. 105. Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie. 106. Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem. 107. Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi. 108. Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi. 109. Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów. 110. Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego. 111. Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego. 112. Przebicie tułowia na wylot lufą karabinu. 113. Ściskanie ofiary drutem kolczastym. 114. Ściskanie razem dwie ofiary drutem kolczastym. 115. Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym. 116. Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia. 117. Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie. 118. Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą. 119. Rozrywanie tułowia na wpół przez konie. 120. Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie. 121. Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku. 122. Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą. 123. Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona. 124. Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary. 125. Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia. 126. Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy. 127. Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra. 128. Wieszanie na kolczastym drucie. 129. Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą. 130. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w me nożami. 131. Wiązanie – skuwanie rąk drutem kolczastym. 132. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą. 133. Przybijanie rąk do progu mieszkania. 134. Przebijanie kołami dzieci na wylot. 135. Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem. 136. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. “wianuszki”. (…) 341. Wrzucanie do klozetowego szamba żywych ofiar oraz bicie żelaznym narzędziem po głowie i ciskanie ich w głąb tego szamba. 342. Podwieszanie pod pachy na drzewie w lesie i palenie pod ofiarą gałęzi i chrustu. 343. Wiązanie rąk drutem i zadawanie na całym ciele ran kłutych. 344. Oskalpowanie – ściągnięcie skóry z głowy i twarzy – wraz z wybraniem oczu, obcięciem uszu, przecięciem krtani i wyciągnięciem przez nią języka. 345. Obcięcie genitaliów, wydłubanie oczu i skłucie całego ciała cienkimi igłami. 346. Porąbanie ośmiomiesięcznego dziecka na cztery części. 347. Rozbieranie do naga, związywanie ofiary drutem kolczastym i wpychanie do przerębli pod lód rzeki. 348. Przybicie bagnetem do stołu kilkumiesięcznego dziecka i włożenie mu do ust kawałka niedojedzonego kiszonego ogórka. 349. Duszenie sznurem zakładanym na szyję i zabijanie ciosem noża w serce. 350. Wyrywanie księżom wyznania rzymsko – katolickiego pulsujących serc z piersi, a niekiedy prezentowanie ich widzom i odliczanie na zegarku czasu trwanie agonii. 351. Duszenie drutem kolczastym. 352. Wypruwanie dzieciom wnętrzności i rozwieszanie jelit na ścianie w jakiś nieregularny sposób wraz z kartką wiszącą na gwoździu z napisem w ukraińskim języku: “Polska od morzu do morza!”. 353. Przybijanie dzieci do ściany z rozkrzyżowanymi rękami. 354. Wyłamywanie dzieciom stawów rąk i nóg i przybicie martwego dziecka do stołu – na oczach dorosłych osób. 355. Pozbawienie życia dwudziestoma dwoma i więcej ciosami noża. 356. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami. 357. Wiązanie – skuwanie rąk drutem kolczastym. 358. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą. 359. Przybijanie rąk do progu mieszkania. 360. Przebijanie kołami dzieci na wylot. 361. Wleczenie ciała po ziemi za nogi związane sznurem. 362. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego, przydrożnego drzewa, tworząc w ten sposób tzw. “wianuszki”.
Wymienione wyżej metody tortur i okrucieństw stanowią tylko przykłady i nie obejmują pełnego zbioru, stosowanych przez terrorystów OUN-UPA metod pozbawiania życia – polskich dzieci, kobiet i mężczyzn w męczarniach. Pomysłowość tortur była nagradzana. Sprawcy tortur i okrucieństw – tj. terroryści OUN-UPA – urządzali niekiedy makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Na przykład: tułów z obciętymi rękami i nogami oraz obciętą głową ofiary, układali na “siedząco” pod ścianą zewnętrzną domu mieszkalnego, wystawiając je na publiczne “pośmiewisko”. Czasami, rozwieszali jelita ofiary na ścianie wewnątrz izby z ukraińskim napisem – “Polska od morza do morza”. Częstokroć, po dokonanej rzezi Polaków jeździli banderowcy powozem po wsi śpiewając i wiwatując przy akompaniamencie harmonii. Znany jest również przypadek zamordowania furtiana w kościele i obcięcia mu głowy oraz naigrywania się w ten sposób, że tułów banderowcy podparli z przodu i z tyłu ławką, a do rąk złożonych jak do modlitwy włożyli jego własną głowę. W innym przypadku, odrąbaną głowę ofiary dawali ukraińscy terroryści dzieciom do zabawy – kopania jej jak piłkę. Tortury psychiczne zadawane były na przykład rodzicom zmuszonym do oglądania szczególnie wymyślnych tortur zadawanych ich dzieciom lub dziecku…”
Ks. A.Kubasik wymienia w swojej książce również takie tortury jak choćby: przybijanie niemowląt do ściany z podpisem “polśkij oreł”, obdzieranie ludzi ze skóry i posypywanie solą, wbijanie dzieci na kołki w płocie, rozdzieranie dzieci na pół, duszenie drutem kolczastym, zakopywanie żywcem w ziemi lub tylko po szyję tak by można było głowy kosić kosą itd
hendryxen
http://www.gralakhen.republika.pl
Sum powiedział/a
Sum
18.03.2009 at 11:03pm
W nawiązaniu do informacji dot. przesyłania materiałów o polskim Holokauście zamieszczam fragment opracowania Jana Kotyzy o zbrodni w forcie na Wzgórzach Krzesławickich pod Krakowem /obecnie teren Nowej Huty/:
“Po kampanii wrześniowej forty położone na północ i wschód od wsi /Bieńczyce/ pozostały puste. Na ich przedpolach i fosach okoliczna ludność wypasała bydło. Jesienią 1939 roku zaczęły między ludźmi krążyć głuche wieści, ze na forcie krzesławickim Niemcy rozstrzeliwują ludzi. Nie uszły uwagi mieszkańców okolicznych wsi ponure korowody aut ciągnących w kierunku fortu. Rano słyszano salwy i pojedyncze strzały. W cichym dotychczas forcie zapanowała zbrodnia. W przeddzień rozstrzeliwań, drogą do fortu przemierzali skazańcy z łopatami, by własnymi rękami kopać sobie groby. Pierwsze rozstrzeliwania na forcie miały miejsce późną jesienią 1939 roku. Poprzedniego dnia przywożono autami więźniów, którzy kopali groby, następnego dnia rano rozlegały się na forcie strzały, ginęli tam więźniowie przywożeni z więzień krakowskich. Ludzie przychodzący na fort po egzekucjach znajdowali świeże groby oraz walające się w ich pobliżu różne drobiazgi jak szaliki, chustki, papiery, ślady krwi, a nawet odstrzelone części ciała. Na drodze z Krakowa znajdowano kartki i grypsy pisane przez więźniów zawiadamiające o tym, ze jadą albo kopać groby, albo jadą na rozstrzelanie. Jeszcze w czasie okupacji na grobach składano kwiaty i wieńce. Czyniła to okoliczna ludność jak również żołnierze Batalionów Chłopskich. Jesienią 1945 roku Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich przystąpiła do badania zbrodni popełnionych na forcie. Pracami kierował okręgowy sędzia śledczy prof. Jan Sehn. Roboty ziemne wykonywali jeńcy niemieccy. Pocięcie całego fortu rowami głębokości 1 m. pozwoliło na wykrycie 29 zbiorowych grobów. Po odkopaniu grobów każde zwłoki zaopatrywano blaszką z numerem oraz poddawano je dokładnym oględzinom i sekcji. Pobierano przy tym znajdujące się przy zwłokach charakterystyczne przedmioty mające ułatwić rozpoznanie zwłok. Łącznie w 29 grobach znaleziono 440 zwłok, w tym 10 kobiecych. Większość, bo aż 395 zwłok miało uszkodzone od pocisków czaszki. Na podstawie znalezionych przy nich różnych przedmiotów oraz dokładnych oględzin, zdołano ustalić 104 pewnych nazwisk oraz 78 prawdopodobnych, 258 ofiar pozostało jednak bezimiennych mimo skrupulatnych badań. Ofiarami byli ludzie młodzi, co można było stwierdzić na podstawie zidentyfikowanych zwłok, a większą część stanowiła inteligencja. Byli także robotnicy, chłopi, kupcy itp. Potencjalnym przestępcą w oczach Niemców był każdy Polak. Rozstrzeliwano na forcie aktywnych działaczy i bojowników Polski Podziemnej, ale byli też ludzie schwytani w łapankach ulicznych, zakładnicy oraz ci co przewozili nielegalnie żywność ze wsi do miasta czy chłopi, którzy na czas nie oddali kontyngentów.
Głównym więzieniem w Krakowie, gdzie przetrzymywano Polaków było dawne więzienie wojskowe przy ul. Montelupich. Siedzieli tam różni ludzie: młodzi, schwytani w czasie przedostawania się przez góry, by dostać się do polskiego wojska na Zachodzie, przebywali tam mieszkańcy Krakowa podejrzani o pracę konspiracyjną. Jeden z nich, profesor gimnazjum Sobieskiego, Marian Lubaczewski tak napisał bezpośrednio przed śmiercią:
Cieszę się, że tu wszyscy są tak bardzo dzielni,
Cieszę się, że nie ginę jak zwykły śmiertelnik,
Cieszę się, ze moja żona dokończy moje dzieło
jeszcze niedokończone,
Cieszę się, ze mi przypadł los moich dziadów
w udziale
I, że wśród wrogich Niemców piekło miałem stale,
A pozostałem niezłomny i dumny,
I spocznę we wspólnym grobie, a nie na dnie trumny.
3.7.1940 r., dzień moich urodzin M. Lubaczewski
Podobnie inni więźniowie Montelupich niepewni swego losu pisali do rodzin po kryjomu grypsy, w których donosili o wyjazdach do kopania grobów, o odbytych sądach i o czekaniu na wyrok. Wielu z nich łudziło się, że wyjdą na wolność i przygotowywali projekty i plany na przyszłość, inni dawali polecenia dla żony, dla rodzin, jeszcze inni prosili o przysłanie bielizny, paczek z żywnością, o to, by mogli być zwolnieni z więzienia. Także z więzienia śledczego mieszczącego się przy ul. Senackiej zwanego więzieniem św. Michała wywożono więźniów na rozstrzelanie w Krzesławicach, często byli to aresztowani, co do których toczyło się śledztwo, nie byli więc jeszcze zasądzeni i takich także wywoziła policja do obozów i na rozstrzelanie.
Zabijano na forcie także zakładników, aresztowanych za to, ze w danej miejscowości dokonano zamachu na Niemców lub na jakiś urząd. Tak było z zakładnikami z Myślenic, gdzie 21 czerwca 1940 r. wybuchła bomba w tamtejszym urzędzie pocztowym. Po ich rozstrzelaniuw dniu 29 czerwca, zgromadzeni w sąsiednich celach wiedzieli, ze pójdą w następnej kolejce. Przebywali tam w większości aresztowani w drodze na Węgry. Był wśród nich Stanisław Marusarz, znany skoczek narciarski i inni zakopiańczycy oraz wielu inteligentów krakowskich, m.in. Marian Lubaczewski i Józef Czernek z Krzesławic. W celi, gdzie siedział Marusarz powstała myśl ucieczki. W nocy z 1 na 2 lipca przy pomocy nóg stołowych wygięli kraty w oknie, Wczesnym rankiem przystąpili do działania. Uciekających przepychano przez wąski otwór w kracie. Z okna opuszczali się na związanych prześcieradłach. Pierwszych sześciu, wśród których był Marusarz zeskoczyło szczęśliwie, przesadzili mury i rozbiegli się w różne strony. Siódmego zauważyli Niemcy i zaczęli strzelać, tym siódmym był prof. Wawrzeczko. Pozostałych wywieziono w dniu 2 i 4 lipca na fort w Krzesławicach i rozstrzelano. Krwawy sezon na forcie trwał od listopada 1939 do wiosny 1941 roku.”
Jan Kotyza /z BCh, powiat krakowski/
W nawiązaniu do informacji dot. przesyłania materiałów o polskim Holokauście zamieszczam fragment opracowania Jana Kotyzy o zbrodni w forcie na Wzgórzach Krzesławickich pod Krakowem /obecnie teren Nowej Huty/:
“Po kampanii wrześniowej forty położone na północ i wschód od wsi /Bieńczyce/ pozostały puste. Na ich przedpolach i fosach okoliczna ludność wypasała bydło. Jesienią 1939 roku zaczęły między ludźmi krążyć głuche wieści, ze na forcie krzesławickim Niemcy rozstrzeliwują ludzi. Nie uszły uwagi mieszkańców okolicznych wsi ponure korowody aut ciągnących w kierunku fortu. Rano słyszano salwy i pojedyncze strzały. W cichym dotychczas forcie zapanowała zbrodnia. W przeddzień rozstrzeliwań, drogą do fortu przemierzali skazańcy z łopatami, by własnymi rękami kopać sobie groby. Pierwsze rozstrzeliwania na forcie miały miejsce późną jesienią 1939 roku. Poprzedniego dnia przywożono autami więźniów, którzy kopali groby, następnego dnia rano rozlegały się na forcie strzały, ginęli tam więźniowie przywożeni z więzień krakowskich. Ludzie przychodzący na fort po egzekucjach znajdowali świeże groby oraz walające się w ich pobliżu różne drobiazgi jak szaliki, chustki, papiery, ślady krwi, a nawet odstrzelone części ciała. Na drodze z Krakowa znajdowano kartki i grypsy pisane przez więźniów zawiadamiające o tym, ze jadą albo kopać groby, albo jadą na rozstrzelanie. Jeszcze w czasie okupacji na grobach składano kwiaty i wieńce. Czyniła to okoliczna ludność jak również żołnierze Batalionów Chłopskich. Jesienią 1945 roku Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich przystąpiła do badania zbrodni popełnionych na forcie. Pracami kierował okręgowy sędzia śledczy prof. Jan Sehn. Roboty ziemne wykonywali jeńcy niemieccy. Pocięcie całego fortu rowami głębokości 1 m. pozwoliło na wykrycie 29 zbiorowych grobów. Po odkopaniu grobów każde zwłoki zaopatrywano blaszką z numerem oraz poddawano je dokładnym oględzinom i sekcji. Pobierano przy tym znajdujące się przy zwłokach charakterystyczne przedmioty mające ułatwić rozpoznanie zwłok. Łącznie w 29 grobach znaleziono 440 zwłok, w tym 10 kobiecych. Większość, bo aż 395 zwłok miało uszkodzone od pocisków czaszki. Na podstawie znalezionych przy nich różnych przedmiotów oraz dokładnych oględzin, zdołano ustalić 104 pewnych nazwisk oraz 78 prawdopodobnych, 258 ofiar pozostało jednak bezimiennych mimo skrupulatnych badań. Ofiarami byli ludzie młodzi, co można było stwierdzić na podstawie zidentyfikowanych zwłok, a większą część stanowiła inteligencja. Byli także robotnicy, chłopi, kupcy itp. Potencjalnym przestępcą w oczach Niemców był każdy Polak. Rozstrzeliwano na forcie aktywnych działaczy i bojowników Polski Podziemnej, ale byli też ludzie schwytani w łapankach ulicznych, zakładnicy oraz ci co przewozili nielegalnie żywność ze wsi do miasta czy chłopi, którzy na czas nie oddali kontyngentów.
Głównym więzieniem w Krakowie, gdzie przetrzymywano Polaków było dawne więzienie wojskowe przy ul. Montelupich. Siedzieli tam różni ludzie: młodzi, schwytani w czasie przedostawania się przez góry, by dostać się do polskiego wojska na Zachodzie, przebywali tam mieszkańcy Krakowa podejrzani o pracę konspiracyjną. Jeden z nich, profesor gimnazjum Sobieskiego, Marian Lubaczewski tak napisał bezpośrednio przed śmiercią:
Cieszę się, że tu wszyscy są tak bardzo dzielni,
Cieszę się, że nie ginę jak zwykły śmiertelnik,
Cieszę się, ze moja żona dokończy moje dzieło
jeszcze niedokończone,
Cieszę się, ze mi przypadł los moich dziadów
w udziale
I, że wśród wrogich Niemców piekło miałem stale,
A pozostałem niezłomny i dumny,
I spocznę we wspólnym grobie, a nie na dnie trumny.
3.7.1940 r., dzień moich urodzin M. Lubaczewski
Podobnie inni więźniowie Montelupich niepewni swego losu pisali do rodzin po kryjomu grypsy, w których donosili o wyjazdach do kopania grobów, o odbytych sądach i o czekaniu na wyrok. Wielu z nich łudziło się, że wyjdą na wolność i przygotowywali projekty i plany na przyszłość, inni dawali polecenia dla żony, dla rodzin, jeszcze inni prosili o przysłanie bielizny, paczek z żywnością, o to, by mogli być zwolnieni z więzienia. Także z więzienia śledczego mieszczącego się przy ul. Senackiej zwanego więzieniem św. Michała wywożono więźniów na rozstrzelanie w Krzesławicach, często byli to aresztowani, co do których toczyło się śledztwo, nie byli więc jeszcze zasądzeni i takich także wywoziła policja do obozów i na rozstrzelanie.
Zabijano na forcie także zakładników, aresztowanych za to, ze w danej miejscowości dokonano zamachu na Niemców lub na jakiś urząd. Tak było z zakładnikami z Myślenic, gdzie 21 czerwca 1940 r. wybuchła bomba w tamtejszym urzędzie pocztowym. Po ich rozstrzelaniuw dniu 29 czerwca, zgromadzeni w sąsiednich celach wiedzieli, ze pójdą w następnej kolejce. Przebywali tam w większości aresztowani w drodze na Węgry. Był wśród nich Stanisław Marusarz, znany skoczek narciarski i inni zakopiańczycy oraz wielu inteligentów krakowskich, m.in. Marian Lubaczewski i Józef Czernek z Krzesławic. W celi, gdzie siedział Marusarz powstała myśl ucieczki. W nocy z 1 na 2 lipca przy pomocy nóg stołowych wygięli kraty w oknie, Wczesnym rankiem przystąpili do działania. Uciekających przepychano przez wąski otwór w kracie. Z okna opuszczali się na związanych prześcieradłach. Pierwszych sześciu, wśród których był Marusarz zeskoczyło szczęśliwie, przesadzili mury i rozbiegli się w różne strony. Siódmego zauważyli Niemcy i zaczęli strzelać, tym siódmym był prof. Wawrzeczko. Pozostałych wywieziono w dniu 2 i 4 lipca na fort w Krzesławicach i rozstrzelano. Krwawy sezon na forcie trwał od listopada 1939 do wiosny 1941 roku.”
Jan Kotyza /z BCh, powiat krakowski/
sum
Hendryxen powiedział/a
Hendryxen
Submitted on 16.03.2009 at 11:26pm
Polski Holokaust: Naliboki i Koniuchy.
Historia znana i nieznana… Z historykiem Leszkiem Żebrowskim rozmawia Monika Rotulska (źródło – Nasza witryna)
Sprawa zbrodni popełnionej w 1944 r. w Koniuchach była Panu znana już przed czteroma laty. W wywiadzie z września 1997 r., jaki opublikował tygodnik “Nowe Państwo”, wspominał Pan o tej tragedii. Od kiedy wiedział Pan o tym mordzie?
Tak, znam tę sprawę co najmniej od 1996 roku. I nie jest to rzecz wyjątkowa, bo takich wydarzeń (o różnej skali) było znacznie więcej. Problem polega jednak na tym, że historycy, zajmujący się losem Kresów podczas II wojny światowej, nie stosują podejścia całościowego. Mamy zatem liczne już publikacje o Armii Krajowej na tamtych terenach, które w ogóle nie są konfrontowane z olbrzymią historiografią amerykańską, wytworzoną przez autorów żydowskich, w której te same wydarzenia opisywane są zupełnie inaczej. Gdy nałożymy na to historiografię sowiecką (obecnie rosyjską), białoruską, ukraińską i litewską to okazuje się, że każda społeczność tam wówczas mieszkająca, ma zupełnie inną historię…
Polacy widzą Kresy przez pryzmat Armii Krajowej i Delegatury Rządu. Była to przecież integralna część II RP i te instytucje traktowane były przez Polaków jako organy polskiej państwowości, działające w podziemiu. Dla Sowietów była to już jednak “Zachodnia Białoruś” i “Zachodnia Ukraina” i dla nich najważniejsza była działalność ich partii komunistycznej oraz sowieckiej partyzantki.
Ukraińcy (na Kresach Południowo-Wschodnich) mieli OUN i Ukraińską Powstańczą Armię, a także stworzyli Dywizję SS Hałyczyna i liczne pułki policyjne. Litwini i Białorusini patrzą na to jeszcze inaczej.
W konfrontacji postaw i celów poszczególnych narodowości wychodzą natomiast konflikty. Dla Litwinów, części Białorusinów i Ukraińców AK była organizacją wrogą. My zaś wiemy, czym była litewska Sauguma (lit. “Saugumo”) i jak krwawą kartę zapisała na Kresach UPA. Na to wszystko nakłada się działalność żydowskich grup przetrwania i żydowskiej partyzantki. Była ona szczególnie silna na Kresach Północno-Wschodnich. Sowieci wcielali Żydów w skład swych brygad partyzanckich, traktując ich jak swoją “własność”. Z publikacji historyków żydowskich w USA i w ogóle na Zachodzie oraz z bardzo licznych wspomnień wynika jednak, że Żydzi uważali się za partyzantów żydowskich a nie sowieckich. Z ich czynów społeczność żydowska w świecie jest dumna do dzisiaj.
Dopiero przez ten pryzmat należy śledzić los polskich Kresów pod okupacją: początkowo sowiecką, następnie niemiecką i ponownie (od 1944 r.) sowiecką.
Jak trafił Pan na ślad tej zbrodni?
Od kilku lat otrzymuję od przyjaciół z Zachodu książki, artykuły i opracowania, dotyczące historii 1939-1945. Było to dla mnie szokujące: Armia Krajowa we wspomnieniach żydowskich (a nawet w opracowaniach naukowych) przedstawiana jest jako organizacja “nazistowska i faszystowska”, a określenie “the nazi-AK” chyba już nikogo w nich nie szokuje. Ludność polska tych ziem określana jest językiem rewolucyjnym, jako “biali Polacy”.
Było w nich równocześnie bardzo dużo informacji, które nie miały żadnego odzwierciedlenia w historiografii polskiej. Np. o sprawie okrutnego wymordowania oddziału AK por. Stanisława Burzyńskiego “Kmicica” w sierpniu 1943 r. przez sowiecką brygadę Markowa: było dla mnie niepojęte, jak jeden z autorów żydowskich podkreślał z chlubą, że w tej brygadzie “służyło wielu żydowskich młodzieńców” i że “żona Markowa była Żydówką”. Proszę wyobrazić sobie takie wtręty w publikacjach polskich – z pewnością zostałyby one określone jako antysemickie! O Koniuchach pisał Isaac Kowalski w swych monumentalnych, kompilacyjnych pracach oraz w pamiętniku o partyzantce żydowskiej, Chaim Lazar i wielu innych…
Kiedy zapoznał się Pan z innymi relacjami potwierdzającymi przebieg wydarzeń?
W kolejnych publikacjach anglojęzycznych, które otrzymywałem, były potwierdzenia popełnionej tam zbrodni. Okazuje się, że już w 1962 r. w księdze pamiątkowej Hrubieszowa zawarte są wspomnienia jednego z żydowskich partyzantów, Israela Weissa, który napisał wprost, że wioska “została całkowicie spalona”. Ostatnio powrócił do tych wydarzeń Rich Cohen w popularnej książce “The Avengers”, wydanej w Nowym Jorku w ubiegłym roku.
Najbardziej niezwykłe w tych publikacjach jest to, że zbrodnia – dla której trudno znaleźć odpowiedniki – nie tylko nie została przez tych autorów w jakikolwiek sposób potępiona czy nawet przemilczana (bo trudno przecież uwierzyć, że można chwalić się popełnioną zbrodnią). A jednak oni wprost szczycą się tym, jak jakąś prestiżową akcją przeciwko Niemcom.
Użył Pan słów: “szczycą się tym” – wybaczy Pan, ale wydaje mi się rzeczą wprost niepojętą szczycić się zbrodnią ludobójstwa. Jak to możliwe, że w Stanach Zjednoczonych – państwie demokratycznym – komuś w ogóle może przyjść do głowy coś takiego?
W USA historią lat 1939-1945 w Europie zajmują się przede wszystkim autorzy żydowscy; oni zajmują się przede wszystkim holokaustem a nie wojną jako taką. Jest to w jakiś sposób zrozumiałe, że wszystko sprowadza się do holokaustu. Mówił o tym kilka dni temu historyk z USA, Peter Novick, w wywiadzie dla “Gazety Wyborczej”: “Być może w USA istnieje kilku nieżydowskich historyków zajmujących się holokaustem, ale to wyjątki – zdecydowana większość z nas to Żydzi”. Choć to przesada, bo nieżydowskich uczonych od tego okresu jest sporo, to nic dziwnego, że także historia polskich Kresów jest przedstawiana wyłącznie z tego punktu widzenia. Do czasu ukazania się świetnej książki Tadeusza Piotrowskiego “Poland’s Holocaust” w 1998 r., literatury w języku angielskim na ten temat nie było.
Decydują o tym przede wszystkim fałszywe stereotypy: Polacy byli źli, bo nie pomagali Żydom, a Żydzi przecież potrzebowali pomocy. Prawda jest taka, że żadna chyba inna społeczność nie pomagała tak Żydom, jak Polacy. To udowodnił ostatnio historyk Gunnar S. Paulsson na podstawie dogłębnych studiów o Żydach ukrywających się w Warszawie. Oczywiście, nie wszyscy pomagali. Byli bowiem i “szmalcownicy”, i degeneraci, rabujący i mordujący Żydów dla zysku. Ale ci sami ludzie mordowali i rabowali Polaków, a działo się to w tym samym czasie. Jeśli zaś Żydzi w miarę często padali ofiarą degeneratów (a każda wojna i okupacja sprzyja ich aktywności) to przede wszystkim, choć nie zawsze, dlatego, że byli bardziej bezbronni.
Znane są też przykłady, że Żydzi padali ofiarą innych Żydów (także dla zysku), a rola policji żydowskiej, czy żydowskich konfidentów to także rzecz haniebna. Nikt ich jednak nie nazwie… antysemitami.
Pamiętając o tym kontekście można zrozumieć, że pacyfikacja polskiej wsi, w której “partyzanci” zamordowali – według wspomnień – aż 300 osób, w tym kobiety i dzieci, może być ukazywana jako “akcja bojowa”, jako kara wymierzona “polskim faszystom”. A tym można się szczycić.
Tak naprawdę nie jest znana dokładna data mordu w Koniuchach dokonanego na miejscowej ludności cywilnej. Niestety, w tej chwili nie. Proszę pamiętać, że w Polsce nie prowadzono do 1989 roku żadnych badań tego typu i nie dbano o to także po 1989 r.
Po prostu w kraju mało kto zaglądał do literatury i pamiętników żydowskich. Społeczność kresowa, przesiedlona do “Polski Ludowej”, nie mogła się organizować jako zwarte środowiska, nikt nie zbierał dokumentów i relacji. Po 1989 roku cały nacisk poszedł na odtwarzanie historii AK, stosunki z Sowietami, czyli na to, co było dla historyków “owocem zakazanym”. A martyrologia ludności cywilnej jest – niestety – rzeczą wtórną. Gdyby w Koniuchach doszło do jakiejś walki partyzantki sowieckiej z AK, mielibyśmy raporty, meldunki, wspomnienia. Była to jednak mała, bardzo biedna wieś, położona na skraju Puszczy Rudnickiej. Relacje partyzantów żydowskich, że wieś była ufortyfikowana i wspaniale uzbrojona, należy włożyć między bajki, bo – po pierwsze, nie zostałaby ona przez nich zdobyta, po drugie zaś, napastnicy musieliby ponieść ogromne straty. A nic o tym nie wiadomo.
Z “partyzantami” z Puszczy Rudnickiej zetknął się w lipcu 1944 r. m.in. prof. Czesław Zgorzelski i swe wrażenia opisał we wspomnieniach, wydanych przed kilku laty (”Przywołane z pamięci”, Lublin 1996): “Już zbliżaliśmy się do zabudowań, gdy zza ogrodzenia wyłonił się (…) pan Edward, (…) ostrzegł, że w pobliżu krąży banda (rzekomo partyzantów sowieckich) z Puszczy Rudnickiej: dziwacznie poprzebierani – w łachmanach, ale i w futrach, niektórzy z kolczykami w uszach, uzbrojeni w pistolety, nie wyglądali wcale na partyzanckie wojsko sowieckie. Przeszli tędy właśnie przed godziną”. Tak mniej więcej wyglądali napastnicy.
Także Witold Aładowicz ps. “Bogdaniec” z Rudnik bardzo źle ich wspomina (na łamach “Naszego Dziennika” z 13-14 stycznia br.).
Zapewne zbrodnia w Koniuchach dlatego nie jest powszechnie znana, że to przypadek jednostkowy…
Niestety, nie. Tu także widać zaniedbania historiografii polskiej, że nie potrafiła tych spraw nagłośnić. Choć coś się już jednak dzieje w tym zakresie. Weźmy przykładowo kapitalną monografię Okręgu Nowogródzkiego AK, której autorem jest Kazimierz Krajewski (”Nów” – “Nowogródzki Okręg Armii Krajowej”, Warszawa 1997 r.). On pisał przecież tam również o Koniuchach. Podał także inne przypadki morderstw, popełnianych na polskiej ludności cywilnej, przez oddziały działające w ramach sowieckiej partyzantki.
Jest też świetna praca Zygmunta Boradyna o stosunkach polsko-sowieckich na Nowogródczyźnie w latach wojny (”Niemen – rzeka niezgody. Polsko-sowiecka wojna partyzancka na Nowogródczyźnie 1943-1944″).
Sprawa analogiczna do zbrodni w Koniuchach to pacyfikacja Naliboków 8 maja 1943 roku. Tam również oddziały partyzantki sowieckiej (o mieszanym składzie narodowościowym) zamordowały 128 osób, w tym kobiety i dzieci. Wydarzenie to powinno być powszechnie znane od 1950 r., gdy Komisja Historyczna Polskiego Sztabu Głównego w Londynie wydała monumentalną pracę pt. “Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej” (tom 3: “Armia Krajowa”). O tym wydarzeniu wiemy znacznie więcej. Są świadectwa świadków (uczestników i ofiar!), liczne publikacje, dokumenty, które potwierdzają fakt pacyfikacji.
Może to były zatem “akcje aprowizacyjne”, przeprowadzane z głodu – przecież partyzanci sowieccy, w tym i żydowscy, musieli mieć żywność?
To są bardzo skomplikowane sprawy. Oczywiśście, że partyzanci, niezależnie od tego z jakich byli ugrupowań, musieli się gdzieś zaopatrywać. Ze strony polskiej były zresztą cały czas podejmowane próby unormowania tej sytuacji, aby uniknąć pospolitych rabunków i grabieży. Przedstawiciele AK podpisywali nawet porozumienia z partyzantką sowiecką, rozgraniczając “strefy wpływów” i sposoby zdobywania żywności. W jednym z takich dokumentów ze strony polskiej pojawia się nawet żądanie (już w czerwcu 1943 roku), aby Sowieci nie wysyłali na takie akcje Żydów, bo oni nie tylko grabią, ale też gwałcą kobiety (a nawet dzieci) i mordują polską ludność.
Swego czasu w paryskich “Zeszytach Historycznych” (zeszyt 86 z 1986 r.) opublikował swe wspomnienia Anatol Wertheim, szef sztabu żydowskiego zgrupowania dowodzonego przez Simchę Zorina. Trudno tam znaleźć jakiekolwiek opisy konkretnych akcji bojowych przeciwko Niemcom, same ogólniki. Są natomiast soczyste opisy “śniadań” i uroczystości “weselnych”, które polegały na tym, że żydowscy partyzanci udawali się z bronią do wsi, a ich “komandir” Zorin “żeniłsia” z jakąś upatrzoną wcześniej dziewczyną. “Wesele” trwało trzy dni, aż Zorin znudził się i powracał do swej bazy.
Jaki był późniejszy stosunek mieszkańców takiej wsi do żydowskich partyzantów, Wertheim oczywiście nie pisze, ale możemy sobie wyobrazić nastroje po najeździe takich “gości”.
Zorinowcy służyli zresztą zdobytą żywnością nawet Moskwie. Jak wspomina Wertheim: “Jedzenia było pod dostatkiem, a nawet gromadziły się zapasy. Jeszcze w dniu połączenia się z Armią Czerwoną wyciągnęliśmy z jeziora kilkaset zatopionych worków z mąką. (…) Nadwyżki jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z powrotem samogon, słoninę i kiełbasy własnego wyrobu”. To wszystko było przecież zdobywane siłą na okolicznej, polskiej ludności. Czy potrzebne były im aż takie zapasy, i czy nadmiar kiełbas i słoniny musiał trafiać aż do Moskwy?
Powróćmy może do sprawy Naliboków. Jak to się stało?
Wersje są, jak zwykle, sprzeczne, szczególnie w konfrontacji świadków polskich i żydowskich. Z tego co wiemy, Sowieci usiłowali podporządkować sobie tę miejscowość, choć była ona silną placówką Armii Krajowej. Gdy 8 maja 1943 r. wkraczała do niej sowiecka brygada, obecny akurat (na urlopie) w Nalibokach białoruski policjant oddał jeden strzał, trafiając sowieckiego komisarza. Naliboki zostały w drastyczny sposób spacyfikowane. Bezpośredni świadek – żołnierz AK Wacław Nowicki, opisał to w swych wspomnieniach, wydanych w Polsce (”Żywe echa”, Warszawa 1993). Twierdzi on, że najgorsi i najbardziej okrutni byli partyzanci z żydowskiej grupy Tuvii Bielskiego, zwani potocznie “Jerozolimą”.
O żydowskich uczestnikach tej akcji w 1993 r. na Zachodzie zrobiono nawet film “dokumentalny”, w którym występują sprawcy i również szczycą się przeprowadzoną akcją bojową przeciwko “białym Polakom”. I zawsze jest jakieś “uzasadnienie” – Polacy byli wrogo nastawieni, nie dawali się obrabowywać z żywności i wszelkich innych dóbr. Punkt widzenia zależy zatem od różnych okoliczności.
Czy także strona żydowska potwierdza taki przebieg wydarzeń?
Nie, przedstawia to całkiem inaczej. Np. Sulia Wołożyńska-Rubin oraz jej mąż Boris Rubiżewski-Rubin, partyzanci Bielskiego, twierdzą, że to polscy mieszkańcy tej miejscowości napadali na Sowietów i Żydów, w związku z tym Żydzi postanowili położyć “raz na zawsze” kres ich działalności. Twierdzi też, że zabito wówczas 130 osób.
Ale Tuvia Bielski nic o tym nie pisze w swych wspomnieniach…
No tak, nie pisze także nic o swym haremie.
Pan chyba żartuje, jakim haremie?
“Jerozolima” Bielskiego nie była zgrupowanniem partyzanckim, był to raczej “obóz rodzinny”. Nie miała ona dobrej opinii nawet u ortodoksyjnych komunistów. Zastępcą Bielskiego był przez pewien czas przedwojenny komunista – Józef Marchwiński (żonaty z Żydówką Ester, która była w obozie Bielskiego). Zostawił niepublikowane wspomnienia i opisał w nich “Jerozolimę” w codziennym życiu:
“Bielskich było czterech braci, chłopów rosłych i dorodnych i nic też dziwnego, że mieli powodzenie u niewiast w obozie. Byli to mołojcy do wypitki i miłości, nie mieli jednak ciągotek do wojaczki. Najstarszy z nich (dowódca obozu) Tewie Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie, lecz dowodził również dość licznym i ślicznym “haremem” – niby król Saud w Arabii Saudyjskiej. W obozie, gdzie rodziny żydowskie kładły się często na spoczynek z pustymi żołądkami, gdzie matki przytulały do wyschniętych piersi głodne swoje dzieci, gdzie błagały o dodatkową łyżkę ciepłej strawy dla swoich maleństw – w tymże obozie kwitło inne życie, był też inny, bogaty świat!”
Bielski i jego świta nie narzekali na złe warunki, na okupację. Posiadając złoto i kosztowności swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W ziemiankach braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale otaczało Tewie Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te nie znały głodu i niedostatku. Były zawsze ślicznie ubrane a na ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie klejnoty i kamienie, nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek. (…) Patrycjat Bielskiego jaskrawie odcinał się od plebsu żydowskiego, zamieszkującego obóz. Biedota żydowska ziemianki Bielskiego nazywała “carskimi pałacami”.
Bielski uzyskał posłuch wśród swych “poddanych”, rządząc twardą ręką, tłumił zdecydowanie wszelkie odruchy buntu i niezadowolenia wśród mieszkańców obozu. Izrael Kesler został zamordowany za to tylko, że “ośmielił się głośniej wyrażać swoje niezadowolenie z postępowania Bielskiego i jego braci”. Fajwel Połonecki zginął już po wkroczeniu Armii Czerwonej, bo chciał zabrać wóz ze swoim skromnym dobytkiem (z zawodu był kowalem), uratowanym przez białoruskich chłopów. Bielskim zaś wszystkie wozy były potrzebne do zabrania własnych rzeczy, nagromadzonych podczas działania “Jerozolimy”.
Inny komunista Benedykt Szymański (z sowieckiej “Brygady im. Stalina”) także nie oszczędził Bielskiego: “Oddział ten nie miał dobrego konta, więc nic dobrego o nim napisać nie mogę. A konto było niedobre wyłącznie z winy Bielskiego jako dowódcy. Przyjmował chętnie ludzi ze złotem i walutami, natomiast nie kwapił się z przyjmowaniem biedoty, a bez broni to i mowy nie było”. Ale trzeba zachować umiar w ocenach – jest faktem, że Bielski uratował kilkaset osób (w tym kobiety i dzieci), którzy byli mu za to wdzięczni. Każda wojna ma swoje ciemne strony. Dotychczasowe dyskusje toczą się jednak całkowicie jednostronnie, tworzy się więc obraz, że to Polacy mordowali wszystkich naokoło. Tak to widzą Rosjanie, Litwini, Białorusini, Ukraińcy i oczywiście Żydzi. Jest to wynikiem przede wszystkim naszych zaniedbań – historiografia w języku polskim nie ma żadnego praktycznego znaczenia, bo jest w świecie całkowicie ignorowana. Ogromne znaczenie ma oczywiście fakt, że do 1989 roku rzetelne badanie tych spraw było prawie niemożliwe.
O Nalibokach wspomniał Pan w swojej książce “Paszkwil Wyborczej”, a więc w 1995 roku. Czy o tej tragedii pisał jakiś historyk?
Oczywiście, można na ten temat znaleźć sporo publikacji, gdzie ten fakt jest wspominany.
Stosunki polsko-żydowskie należą do bardzo skomplikowanych. Czy w ogóle możliwe jest poznanie prawdy o tamtych czasach?
Pełnej prawdy nie dowiemy się już nigdy. Działa tu na niekorzyść upływ czasu, dokumenty są zdekompletowane, pozostali nieliczni świadkowie. Ale mimo wszystko nie można zaniechać obecnie całościowych badań, aby starać się wyjaśnić wszystko to, co jest jeszcze możliwe. Problem leży jednak w tym, że nie ma żadnej wyspecjalizowanej instytucji, która powinna to robić. Dlatego też jesteśmy zaskakiwani takimi wydarzeniami, często wyrwanymi z kontekstu, które mają świadczyć o zachowaniu się całej nacji, np. Polaków czy Żydów. Do tego dochodzą niczym nie uprawnione sądy, wygłaszane “ex cathedra”. Np. Miles Lerman, były przewodniczący Rady Muzeum Holokaustu z USA, w jednym ze swych naukowych referatów napisał: “żydowscy partyzanci byli zwykle pierwszymi ochotnikami w najbardziej niebezpiecznych akcjach. Fakty dowodzą, że Żydzi odgrywali pierwszoplanową rolę w partyzantce i walczyli odważnie w większości partyzanckich grup w całej Europie. (…) Nasze centrum rozwiniętych badań nad Holokaustem wdraża już specjalne projekty badawcze, rozpoczyna organizowanie sympozjów i konferencji historycznych w celu udokumentowania i rozpowszechnienia wiedzy o tych faktach na cały świat”.
Stąd bierze się m.in. fala publikacji o ogromnej roli partyzantki żydowskiej i takie wydarzenia, jak Naliboki czy Koniuchy mogą być przedstawiane w zupełnie innym świetle. Strona polska powinna cierpliwie, choć stanowczo wyjaśniać, jak było naprawdę. Ale muszą to być przede wszystkim publikacje w języku angielskim i napisane w odpowiedniej formie, rozpowszechniane przez polskie instytuty za granicą, placówki dyplomatyczne. Najlepiej, aby były to prace niezależnych historyków, wykładających w USA, choć takich chyba nie ma…
Trzeba też stanowczo reagować na wszelkie publikacje o “polskich obozach koncentracyjnych” czy “nazistowskiej Armii Krajowej”. Polacy muszą pisać książki i artykuły na ten temat po angielsku – a praktycznie nikt tego nie robi. Ponadto, trzeba mieć dostęp do tamtych mediów, a wiadomo, jakie to trudne. Inaczej te określenia przylgną do nas na zawsze i nasi następcy będą masowo wstydzić się swej przeszłości. Jesteśmy normalnym narodem europejskim i mamy swoje ciemne i jasne karty. Podobnie jak inni, w tym i Żydzi.
We wspomnianym wywiadzie dla “Nowego Państwa” powiedział Pan: “o takich rzeczach dziś się nie mówi. Polacy z Kresów nie mają swego lobby, nie ma kto ich bronić i przypominać ich losu. Kogo zresztą obchodzą?”. Czy uważa Pan, że aby dziś jakąś sprawą zajął się pion śledczy IPN konieczny jest lobbing?
Coś w tym jest. Środowiska kresowe są dziś rozproszone, proszę pamiętać, że mieszkańcy tamtych ziem, po 1945 r. przesiedleni do “Polski Ludowej”, są już dziś w podeszłym wieku. Ich wspomnienia i jakiekolwiek publikacje przechodzą bez większego echa, choć są to rzeczy fascynujące nie tylko dla historyków. Nie powstają opracowania w rodzaju żydowskich “ksiąg pamięci”, nastawionych głównie na martyrologię. Dużo spraw jest zresztą wyciszanych, bo nakłada się na to obecna polityka. Słyszymy wokół, że nie powinniśmy zadrażniać stosunków z Ukrainą, Litwą czy Żydami. Dlatego też co jakiś czas pojawiają się “afery” typu: wileńska Armia Krajowa oskarżana o ludobójstwo, brak możliwości rehabilitacji żołnierzy AK na Białorusi, którzy dowiadują się, że byli elementem “antysowieckim” i wyroki wobec nich były całkowicie słuszne.
Na to nakładają się dyskusje i publikacje ukraińskie, z których wynika, że to jakoby Polacy pacyfikowali Ukraińców od 1942 roku… I oczywiście sprawy żydowskie. Przecież Jedwabne to tylko wierzchołek góry lodowej. Lada chwila będzie coś następnego.
Dlaczego dopiero teraz zainteresowały się tym organa do tego powołane, jak Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu?
Myślę, że gdyby solidnie podejść do tragicznych wydarzeń okresu II wojny światowej, to wszyscy prokuratorzy w Polsce mieliby co robić. Przecież nawet nie wszystkie zbrodnie niemieckie są do dziś wyjaśnione. A ludobójstwo na Kresach? Tu nie chodzi tylko o partyzantkę sowiecką czy UPA. Trzeba też równolegle prowadzić śledztwa w sprawach z września 1939 roku na terenach zagarniętych przez Armię Czerwoną. Tam zginęły tysiące ludzi z rąk różnych rewolucyjnych band. Ich uczestnicy zajmowali później odpowiedzialne funkcje w sowieckim aparacie okupacyjnym, wielu z nich porobiło kariery w PRL.
Do tego należy oczywiście dodać zbrodnie komunistyczne, popełnione po 1944 r. Kto i kiedy to ogarnie? Dziś walka toczy się już nie tyle o sprawiedliwość, bo te sprawy zamyka nieubłagany upływ czasu (choć mamy przykłady skazywania osób kolaborujących z nazistami, nawet w wieku powyżej 90 lat), ile o zwykłą pamięć. Historia ma być nauczycielką życia. Ale czego nas nauczy, jeśli jej nie poznamy?
Dziękuję za rozmowę.
* * *
We wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie w czasie wojny mieszkało kilkuset Polaków. Sprzeciwiali się oni cyklicznym rabunkom i napadom partyzantki komunistycznej. Według źródeł żydowskich, by zastraszyć okoliczną ludność, bojownicy z oddziałów Jacoba Prennera (”Śmierć faszystom”) i Shmuela Kaplinsky’ego (”Ku zwycięstwu”) tzw. Litewskiej Brygady wymordowali wszystkich mieszkańców Koniuch. Nie oszczędzili starców, kobiet i dzieci. Zabili wszystkich. Napad miał miejsce – według różnych źródeł – w styczniu lub kwietniu 1944 r. Według autorów polskich, wieś była nieufortyfikowana, zaś chłopi dysponowali zaledwie kilkoma starymi karabinami. Mimo to napad został przedstawiony przez morderców jako “wybitna akcja bojowa”. Prawo międzynarodowe pozostawia mieszkańcom możliwość samoobrony. Mordy na dzieciach, starcach, kobietach i nieuzbrojonych mężczyznach traktuje jako zbrodnię.
Monika Rotulska
Polski Holokaust: Naliboki i Koniuchy.
Historia znana i nieznana… Z historykiem Leszkiem Żebrowskim rozmawia Monika Rotulska (źródło – Nasza witryna)
Sprawa zbrodni popełnionej w 1944 r. w Koniuchach była Panu znana już przed czteroma laty. W wywiadzie z września 1997 r., jaki opublikował tygodnik “Nowe Państwo”, wspominał Pan o tej tragedii. Od kiedy wiedział Pan o tym mordzie?
Tak, znam tę sprawę co najmniej od 1996 roku. I nie jest to rzecz wyjątkowa, bo takich wydarzeń (o różnej skali) było znacznie więcej. Problem polega jednak na tym, że historycy, zajmujący się losem Kresów podczas II wojny światowej, nie stosują podejścia całościowego. Mamy zatem liczne już publikacje o Armii Krajowej na tamtych terenach, które w ogóle nie są konfrontowane z olbrzymią historiografią amerykańską, wytworzoną przez autorów żydowskich, w której te same wydarzenia opisywane są zupełnie inaczej. Gdy nałożymy na to historiografię sowiecką (obecnie rosyjską), białoruską, ukraińską i litewską to okazuje się, że każda społeczność tam wówczas mieszkająca, ma zupełnie inną historię…
Polacy widzą Kresy przez pryzmat Armii Krajowej i Delegatury Rządu. Była to przecież integralna część II RP i te instytucje traktowane były przez Polaków jako organy polskiej państwowości, działające w podziemiu. Dla Sowietów była to już jednak “Zachodnia Białoruś” i “Zachodnia Ukraina” i dla nich najważniejsza była działalność ich partii komunistycznej oraz sowieckiej partyzantki.
Ukraińcy (na Kresach Południowo-Wschodnich) mieli OUN i Ukraińską Powstańczą Armię, a także stworzyli Dywizję SS Hałyczyna i liczne pułki policyjne. Litwini i Białorusini patrzą na to jeszcze inaczej.
W konfrontacji postaw i celów poszczególnych narodowości wychodzą natomiast konflikty. Dla Litwinów, części Białorusinów i Ukraińców AK była organizacją wrogą. My zaś wiemy, czym była litewska Sauguma (lit. “Saugumo”) i jak krwawą kartę zapisała na Kresach UPA. Na to wszystko nakłada się działalność żydowskich grup przetrwania i żydowskiej partyzantki. Była ona szczególnie silna na Kresach Północno-Wschodnich. Sowieci wcielali Żydów w skład swych brygad partyzanckich, traktując ich jak swoją “własność”. Z publikacji historyków żydowskich w USA i w ogóle na Zachodzie oraz z bardzo licznych wspomnień wynika jednak, że Żydzi uważali się za partyzantów żydowskich a nie sowieckich. Z ich czynów społeczność żydowska w świecie jest dumna do dzisiaj.
Dopiero przez ten pryzmat należy śledzić los polskich Kresów pod okupacją: początkowo sowiecką, następnie niemiecką i ponownie (od 1944 r.) sowiecką.
Jak trafił Pan na ślad tej zbrodni?
Od kilku lat otrzymuję od przyjaciół z Zachodu książki, artykuły i opracowania, dotyczące historii 1939-1945. Było to dla mnie szokujące: Armia Krajowa we wspomnieniach żydowskich (a nawet w opracowaniach naukowych) przedstawiana jest jako organizacja “nazistowska i faszystowska”, a określenie “the nazi-AK” chyba już nikogo w nich nie szokuje. Ludność polska tych ziem określana jest językiem rewolucyjnym, jako “biali Polacy”.
Było w nich równocześnie bardzo dużo informacji, które nie miały żadnego odzwierciedlenia w historiografii polskiej. Np. o sprawie okrutnego wymordowania oddziału AK por. Stanisława Burzyńskiego “Kmicica” w sierpniu 1943 r. przez sowiecką brygadę Markowa: było dla mnie niepojęte, jak jeden z autorów żydowskich podkreślał z chlubą, że w tej brygadzie “służyło wielu żydowskich młodzieńców” i że “żona Markowa była Żydówką”. Proszę wyobrazić sobie takie wtręty w publikacjach polskich – z pewnością zostałyby one określone jako antysemickie! O Koniuchach pisał Isaac Kowalski w swych monumentalnych, kompilacyjnych pracach oraz w pamiętniku o partyzantce żydowskiej, Chaim Lazar i wielu innych…
Kiedy zapoznał się Pan z innymi relacjami potwierdzającymi przebieg wydarzeń?
W kolejnych publikacjach anglojęzycznych, które otrzymywałem, były potwierdzenia popełnionej tam zbrodni. Okazuje się, że już w 1962 r. w księdze pamiątkowej Hrubieszowa zawarte są wspomnienia jednego z żydowskich partyzantów, Israela Weissa, który napisał wprost, że wioska “została całkowicie spalona”. Ostatnio powrócił do tych wydarzeń Rich Cohen w popularnej książce “The Avengers”, wydanej w Nowym Jorku w ubiegłym roku.
Najbardziej niezwykłe w tych publikacjach jest to, że zbrodnia – dla której trudno znaleźć odpowiedniki – nie tylko nie została przez tych autorów w jakikolwiek sposób potępiona czy nawet przemilczana (bo trudno przecież uwierzyć, że można chwalić się popełnioną zbrodnią). A jednak oni wprost szczycą się tym, jak jakąś prestiżową akcją przeciwko Niemcom.
Użył Pan słów: “szczycą się tym” – wybaczy Pan, ale wydaje mi się rzeczą wprost niepojętą szczycić się zbrodnią ludobójstwa. Jak to możliwe, że w Stanach Zjednoczonych – państwie demokratycznym – komuś w ogóle może przyjść do głowy coś takiego?
W USA historią lat 1939-1945 w Europie zajmują się przede wszystkim autorzy żydowscy; oni zajmują się przede wszystkim holokaustem a nie wojną jako taką. Jest to w jakiś sposób zrozumiałe, że wszystko sprowadza się do holokaustu. Mówił o tym kilka dni temu historyk z USA, Peter Novick, w wywiadzie dla “Gazety Wyborczej”: “Być może w USA istnieje kilku nieżydowskich historyków zajmujących się holokaustem, ale to wyjątki – zdecydowana większość z nas to Żydzi”. Choć to przesada, bo nieżydowskich uczonych od tego okresu jest sporo, to nic dziwnego, że także historia polskich Kresów jest przedstawiana wyłącznie z tego punktu widzenia. Do czasu ukazania się świetnej książki Tadeusza Piotrowskiego “Poland’s Holocaust” w 1998 r., literatury w języku angielskim na ten temat nie było.
Decydują o tym przede wszystkim fałszywe stereotypy: Polacy byli źli, bo nie pomagali Żydom, a Żydzi przecież potrzebowali pomocy. Prawda jest taka, że żadna chyba inna społeczność nie pomagała tak Żydom, jak Polacy. To udowodnił ostatnio historyk Gunnar S. Paulsson na podstawie dogłębnych studiów o Żydach ukrywających się w Warszawie. Oczywiście, nie wszyscy pomagali. Byli bowiem i “szmalcownicy”, i degeneraci, rabujący i mordujący Żydów dla zysku. Ale ci sami ludzie mordowali i rabowali Polaków, a działo się to w tym samym czasie. Jeśli zaś Żydzi w miarę często padali ofiarą degeneratów (a każda wojna i okupacja sprzyja ich aktywności) to przede wszystkim, choć nie zawsze, dlatego, że byli bardziej bezbronni.
Znane są też przykłady, że Żydzi padali ofiarą innych Żydów (także dla zysku), a rola policji żydowskiej, czy żydowskich konfidentów to także rzecz haniebna. Nikt ich jednak nie nazwie… antysemitami.
Pamiętając o tym kontekście można zrozumieć, że pacyfikacja polskiej wsi, w której “partyzanci” zamordowali – według wspomnień – aż 300 osób, w tym kobiety i dzieci, może być ukazywana jako “akcja bojowa”, jako kara wymierzona “polskim faszystom”. A tym można się szczycić.
Tak naprawdę nie jest znana dokładna data mordu w Koniuchach dokonanego na miejscowej ludności cywilnej. Niestety, w tej chwili nie. Proszę pamiętać, że w Polsce nie prowadzono do 1989 roku żadnych badań tego typu i nie dbano o to także po 1989 r.
Po prostu w kraju mało kto zaglądał do literatury i pamiętników żydowskich. Społeczność kresowa, przesiedlona do “Polski Ludowej”, nie mogła się organizować jako zwarte środowiska, nikt nie zbierał dokumentów i relacji. Po 1989 roku cały nacisk poszedł na odtwarzanie historii AK, stosunki z Sowietami, czyli na to, co było dla historyków “owocem zakazanym”. A martyrologia ludności cywilnej jest – niestety – rzeczą wtórną. Gdyby w Koniuchach doszło do jakiejś walki partyzantki sowieckiej z AK, mielibyśmy raporty, meldunki, wspomnienia. Była to jednak mała, bardzo biedna wieś, położona na skraju Puszczy Rudnickiej. Relacje partyzantów żydowskich, że wieś była ufortyfikowana i wspaniale uzbrojona, należy włożyć między bajki, bo – po pierwsze, nie zostałaby ona przez nich zdobyta, po drugie zaś, napastnicy musieliby ponieść ogromne straty. A nic o tym nie wiadomo.
Z “partyzantami” z Puszczy Rudnickiej zetknął się w lipcu 1944 r. m.in. prof. Czesław Zgorzelski i swe wrażenia opisał we wspomnieniach, wydanych przed kilku laty (“Przywołane z pamięci”, Lublin 1996): “Już zbliżaliśmy się do zabudowań, gdy zza ogrodzenia wyłonił się (…) pan Edward, (…) ostrzegł, że w pobliżu krąży banda (rzekomo partyzantów sowieckich) z Puszczy Rudnickiej: dziwacznie poprzebierani – w łachmanach, ale i w futrach, niektórzy z kolczykami w uszach, uzbrojeni w pistolety, nie wyglądali wcale na partyzanckie wojsko sowieckie. Przeszli tędy właśnie przed godziną”. Tak mniej więcej wyglądali napastnicy.
Także Witold Aładowicz ps. “Bogdaniec” z Rudnik bardzo źle ich wspomina (na łamach “Naszego Dziennika” z 13-14 stycznia br.).
Zapewne zbrodnia w Koniuchach dlatego nie jest powszechnie znana, że to przypadek jednostkowy…
Niestety, nie. Tu także widać zaniedbania historiografii polskiej, że nie potrafiła tych spraw nagłośnić. Choć coś się już jednak dzieje w tym zakresie. Weźmy przykładowo kapitalną monografię Okręgu Nowogródzkiego AK, której autorem jest Kazimierz Krajewski (“Nów” – “Nowogródzki Okręg Armii Krajowej”, Warszawa 1997 r.). On pisał przecież tam również o Koniuchach. Podał także inne przypadki morderstw, popełnianych na polskiej ludności cywilnej, przez oddziały działające w ramach sowieckiej partyzantki.
Jest też świetna praca Zygmunta Boradyna o stosunkach polsko-sowieckich na Nowogródczyźnie w latach wojny (“Niemen – rzeka niezgody. Polsko-sowiecka wojna partyzancka na Nowogródczyźnie 1943-1944″).
Sprawa analogiczna do zbrodni w Koniuchach to pacyfikacja Naliboków 8 maja 1943 roku. Tam również oddziały partyzantki sowieckiej (o mieszanym składzie narodowościowym) zamordowały 128 osób, w tym kobiety i dzieci. Wydarzenie to powinno być powszechnie znane od 1950 r., gdy Komisja Historyczna Polskiego Sztabu Głównego w Londynie wydała monumentalną pracę pt. “Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej” (tom 3: “Armia Krajowa”). O tym wydarzeniu wiemy znacznie więcej. Są świadectwa świadków (uczestników i ofiar!), liczne publikacje, dokumenty, które potwierdzają fakt pacyfikacji.
Może to były zatem “akcje aprowizacyjne”, przeprowadzane z głodu – przecież partyzanci sowieccy, w tym i żydowscy, musieli mieć żywność?
To są bardzo skomplikowane sprawy. Oczywiśście, że partyzanci, niezależnie od tego z jakich byli ugrupowań, musieli się gdzieś zaopatrywać. Ze strony polskiej były zresztą cały czas podejmowane próby unormowania tej sytuacji, aby uniknąć pospolitych rabunków i grabieży. Przedstawiciele AK podpisywali nawet porozumienia z partyzantką sowiecką, rozgraniczając “strefy wpływów” i sposoby zdobywania żywności. W jednym z takich dokumentów ze strony polskiej pojawia się nawet żądanie (już w czerwcu 1943 roku), aby Sowieci nie wysyłali na takie akcje Żydów, bo oni nie tylko grabią, ale też gwałcą kobiety (a nawet dzieci) i mordują polską ludność.
Swego czasu w paryskich “Zeszytach Historycznych” (zeszyt 86 z 1986 r.) opublikował swe wspomnienia Anatol Wertheim, szef sztabu żydowskiego zgrupowania dowodzonego przez Simchę Zorina. Trudno tam znaleźć jakiekolwiek opisy konkretnych akcji bojowych przeciwko Niemcom, same ogólniki. Są natomiast soczyste opisy “śniadań” i uroczystości “weselnych”, które polegały na tym, że żydowscy partyzanci udawali się z bronią do wsi, a ich “komandir” Zorin “żeniłsia” z jakąś upatrzoną wcześniej dziewczyną. “Wesele” trwało trzy dni, aż Zorin znudził się i powracał do swej bazy.
Jaki był późniejszy stosunek mieszkańców takiej wsi do żydowskich partyzantów, Wertheim oczywiście nie pisze, ale możemy sobie wyobrazić nastroje po najeździe takich “gości”.
Zorinowcy służyli zresztą zdobytą żywnością nawet Moskwie. Jak wspomina Wertheim: “Jedzenia było pod dostatkiem, a nawet gromadziły się zapasy. Jeszcze w dniu połączenia się z Armią Czerwoną wyciągnęliśmy z jeziora kilkaset zatopionych worków z mąką. (…) Nadwyżki jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z powrotem samogon, słoninę i kiełbasy własnego wyrobu”. To wszystko było przecież zdobywane siłą na okolicznej, polskiej ludności. Czy potrzebne były im aż takie zapasy, i czy nadmiar kiełbas i słoniny musiał trafiać aż do Moskwy?
Powróćmy może do sprawy Naliboków. Jak to się stało?
Wersje są, jak zwykle, sprzeczne, szczególnie w konfrontacji świadków polskich i żydowskich. Z tego co wiemy, Sowieci usiłowali podporządkować sobie tę miejscowość, choć była ona silną placówką Armii Krajowej. Gdy 8 maja 1943 r. wkraczała do niej sowiecka brygada, obecny akurat (na urlopie) w Nalibokach białoruski policjant oddał jeden strzał, trafiając sowieckiego komisarza. Naliboki zostały w drastyczny sposób spacyfikowane. Bezpośredni świadek – żołnierz AK Wacław Nowicki, opisał to w swych wspomnieniach, wydanych w Polsce (“Żywe echa”, Warszawa 1993). Twierdzi on, że najgorsi i najbardziej okrutni byli partyzanci z żydowskiej grupy Tuvii Bielskiego, zwani potocznie “Jerozolimą”.
O żydowskich uczestnikach tej akcji w 1993 r. na Zachodzie zrobiono nawet film “dokumentalny”, w którym występują sprawcy i również szczycą się przeprowadzoną akcją bojową przeciwko “białym Polakom”. I zawsze jest jakieś “uzasadnienie” – Polacy byli wrogo nastawieni, nie dawali się obrabowywać z żywności i wszelkich innych dóbr. Punkt widzenia zależy zatem od różnych okoliczności.
Czy także strona żydowska potwierdza taki przebieg wydarzeń?
Nie, przedstawia to całkiem inaczej. Np. Sulia Wołożyńska-Rubin oraz jej mąż Boris Rubiżewski-Rubin, partyzanci Bielskiego, twierdzą, że to polscy mieszkańcy tej miejscowości napadali na Sowietów i Żydów, w związku z tym Żydzi postanowili położyć “raz na zawsze” kres ich działalności. Twierdzi też, że zabito wówczas 130 osób.
Ale Tuvia Bielski nic o tym nie pisze w swych wspomnieniach…
No tak, nie pisze także nic o swym haremie.
Pan chyba żartuje, jakim haremie?
“Jerozolima” Bielskiego nie była zgrupowanniem partyzanckim, był to raczej “obóz rodzinny”. Nie miała ona dobrej opinii nawet u ortodoksyjnych komunistów. Zastępcą Bielskiego był przez pewien czas przedwojenny komunista – Józef Marchwiński (żonaty z Żydówką Ester, która była w obozie Bielskiego). Zostawił niepublikowane wspomnienia i opisał w nich “Jerozolimę” w codziennym życiu:
“Bielskich było czterech braci, chłopów rosłych i dorodnych i nic też dziwnego, że mieli powodzenie u niewiast w obozie. Byli to mołojcy do wypitki i miłości, nie mieli jednak ciągotek do wojaczki. Najstarszy z nich (dowódca obozu) Tewie Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie, lecz dowodził również dość licznym i ślicznym “haremem” – niby król Saud w Arabii Saudyjskiej. W obozie, gdzie rodziny żydowskie kładły się często na spoczynek z pustymi żołądkami, gdzie matki przytulały do wyschniętych piersi głodne swoje dzieci, gdzie błagały o dodatkową łyżkę ciepłej strawy dla swoich maleństw – w tymże obozie kwitło inne życie, był też inny, bogaty świat!”
Bielski i jego świta nie narzekali na złe warunki, na okupację. Posiadając złoto i kosztowności swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W ziemiankach braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale otaczało Tewie Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te nie znały głodu i niedostatku. Były zawsze ślicznie ubrane a na ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie klejnoty i kamienie, nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek. (…) Patrycjat Bielskiego jaskrawie odcinał się od plebsu żydowskiego, zamieszkującego obóz. Biedota żydowska ziemianki Bielskiego nazywała “carskimi pałacami”.
Bielski uzyskał posłuch wśród swych “poddanych”, rządząc twardą ręką, tłumił zdecydowanie wszelkie odruchy buntu i niezadowolenia wśród mieszkańców obozu. Izrael Kesler został zamordowany za to tylko, że “ośmielił się głośniej wyrażać swoje niezadowolenie z postępowania Bielskiego i jego braci”. Fajwel Połonecki zginął już po wkroczeniu Armii Czerwonej, bo chciał zabrać wóz ze swoim skromnym dobytkiem (z zawodu był kowalem), uratowanym przez białoruskich chłopów. Bielskim zaś wszystkie wozy były potrzebne do zabrania własnych rzeczy, nagromadzonych podczas działania “Jerozolimy”.
Inny komunista Benedykt Szymański (z sowieckiej “Brygady im. Stalina”) także nie oszczędził Bielskiego: “Oddział ten nie miał dobrego konta, więc nic dobrego o nim napisać nie mogę. A konto było niedobre wyłącznie z winy Bielskiego jako dowódcy. Przyjmował chętnie ludzi ze złotem i walutami, natomiast nie kwapił się z przyjmowaniem biedoty, a bez broni to i mowy nie było”. Ale trzeba zachować umiar w ocenach – jest faktem, że Bielski uratował kilkaset osób (w tym kobiety i dzieci), którzy byli mu za to wdzięczni. Każda wojna ma swoje ciemne strony. Dotychczasowe dyskusje toczą się jednak całkowicie jednostronnie, tworzy się więc obraz, że to Polacy mordowali wszystkich naokoło. Tak to widzą Rosjanie, Litwini, Białorusini, Ukraińcy i oczywiście Żydzi. Jest to wynikiem przede wszystkim naszych zaniedbań – historiografia w języku polskim nie ma żadnego praktycznego znaczenia, bo jest w świecie całkowicie ignorowana. Ogromne znaczenie ma oczywiście fakt, że do 1989 roku rzetelne badanie tych spraw było prawie niemożliwe.
O Nalibokach wspomniał Pan w swojej książce “Paszkwil Wyborczej”, a więc w 1995 roku. Czy o tej tragedii pisał jakiś historyk?
Oczywiście, można na ten temat znaleźć sporo publikacji, gdzie ten fakt jest wspominany.
Stosunki polsko-żydowskie należą do bardzo skomplikowanych. Czy w ogóle możliwe jest poznanie prawdy o tamtych czasach?
Pełnej prawdy nie dowiemy się już nigdy. Działa tu na niekorzyść upływ czasu, dokumenty są zdekompletowane, pozostali nieliczni świadkowie. Ale mimo wszystko nie można zaniechać obecnie całościowych badań, aby starać się wyjaśnić wszystko to, co jest jeszcze możliwe. Problem leży jednak w tym, że nie ma żadnej wyspecjalizowanej instytucji, która powinna to robić. Dlatego też jesteśmy zaskakiwani takimi wydarzeniami, często wyrwanymi z kontekstu, które mają świadczyć o zachowaniu się całej nacji, np. Polaków czy Żydów. Do tego dochodzą niczym nie uprawnione sądy, wygłaszane “ex cathedra”. Np. Miles Lerman, były przewodniczący Rady Muzeum Holokaustu z USA, w jednym ze swych naukowych referatów napisał: “żydowscy partyzanci byli zwykle pierwszymi ochotnikami w najbardziej niebezpiecznych akcjach. Fakty dowodzą, że Żydzi odgrywali pierwszoplanową rolę w partyzantce i walczyli odważnie w większości partyzanckich grup w całej Europie. (…) Nasze centrum rozwiniętych badań nad Holokaustem wdraża już specjalne projekty badawcze, rozpoczyna organizowanie sympozjów i konferencji historycznych w celu udokumentowania i rozpowszechnienia wiedzy o tych faktach na cały świat”.
Stąd bierze się m.in. fala publikacji o ogromnej roli partyzantki żydowskiej i takie wydarzenia, jak Naliboki czy Koniuchy mogą być przedstawiane w zupełnie innym świetle. Strona polska powinna cierpliwie, choć stanowczo wyjaśniać, jak było naprawdę. Ale muszą to być przede wszystkim publikacje w języku angielskim i napisane w odpowiedniej formie, rozpowszechniane przez polskie instytuty za granicą, placówki dyplomatyczne. Najlepiej, aby były to prace niezależnych historyków, wykładających w USA, choć takich chyba nie ma…
Trzeba też stanowczo reagować na wszelkie publikacje o “polskich obozach koncentracyjnych” czy “nazistowskiej Armii Krajowej”. Polacy muszą pisać książki i artykuły na ten temat po angielsku – a praktycznie nikt tego nie robi. Ponadto, trzeba mieć dostęp do tamtych mediów, a wiadomo, jakie to trudne. Inaczej te określenia przylgną do nas na zawsze i nasi następcy będą masowo wstydzić się swej przeszłości. Jesteśmy normalnym narodem europejskim i mamy swoje ciemne i jasne karty. Podobnie jak inni, w tym i Żydzi.
We wspomnianym wywiadzie dla “Nowego Państwa” powiedział Pan: “o takich rzeczach dziś się nie mówi. Polacy z Kresów nie mają swego lobby, nie ma kto ich bronić i przypominać ich losu. Kogo zresztą obchodzą?”. Czy uważa Pan, że aby dziś jakąś sprawą zajął się pion śledczy IPN konieczny jest lobbing?
Coś w tym jest. Środowiska kresowe są dziś rozproszone, proszę pamiętać, że mieszkańcy tamtych ziem, po 1945 r. przesiedleni do “Polski Ludowej”, są już dziś w podeszłym wieku. Ich wspomnienia i jakiekolwiek publikacje przechodzą bez większego echa, choć są to rzeczy fascynujące nie tylko dla historyków. Nie powstają opracowania w rodzaju żydowskich “ksiąg pamięci”, nastawionych głównie na martyrologię. Dużo spraw jest zresztą wyciszanych, bo nakłada się na to obecna polityka. Słyszymy wokół, że nie powinniśmy zadrażniać stosunków z Ukrainą, Litwą czy Żydami. Dlatego też co jakiś czas pojawiają się “afery” typu: wileńska Armia Krajowa oskarżana o ludobójstwo, brak możliwości rehabilitacji żołnierzy AK na Białorusi, którzy dowiadują się, że byli elementem “antysowieckim” i wyroki wobec nich były całkowicie słuszne.
Na to nakładają się dyskusje i publikacje ukraińskie, z których wynika, że to jakoby Polacy pacyfikowali Ukraińców od 1942 roku… I oczywiście sprawy żydowskie. Przecież Jedwabne to tylko wierzchołek góry lodowej. Lada chwila będzie coś następnego.
Dlaczego dopiero teraz zainteresowały się tym organa do tego powołane, jak Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu?
Myślę, że gdyby solidnie podejść do tragicznych wydarzeń okresu II wojny światowej, to wszyscy prokuratorzy w Polsce mieliby co robić. Przecież nawet nie wszystkie zbrodnie niemieckie są do dziś wyjaśnione. A ludobójstwo na Kresach? Tu nie chodzi tylko o partyzantkę sowiecką czy UPA. Trzeba też równolegle prowadzić śledztwa w sprawach z września 1939 roku na terenach zagarniętych przez Armię Czerwoną. Tam zginęły tysiące ludzi z rąk różnych rewolucyjnych band. Ich uczestnicy zajmowali później odpowiedzialne funkcje w sowieckim aparacie okupacyjnym, wielu z nich porobiło kariery w PRL.
Do tego należy oczywiście dodać zbrodnie komunistyczne, popełnione po 1944 r. Kto i kiedy to ogarnie? Dziś walka toczy się już nie tyle o sprawiedliwość, bo te sprawy zamyka nieubłagany upływ czasu (choć mamy przykłady skazywania osób kolaborujących z nazistami, nawet w wieku powyżej 90 lat), ile o zwykłą pamięć. Historia ma być nauczycielką życia. Ale czego nas nauczy, jeśli jej nie poznamy?
Dziękuję za rozmowę.
* * *
We wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie w czasie wojny mieszkało kilkuset Polaków. Sprzeciwiali się oni cyklicznym rabunkom i napadom partyzantki komunistycznej. Według źródeł żydowskich, by zastraszyć okoliczną ludność, bojownicy z oddziałów Jacoba Prennera (“Śmierć faszystom”) i Shmuela Kaplinsky’ego (“Ku zwycięstwu”) tzw. Litewskiej Brygady wymordowali wszystkich mieszkańców Koniuch. Nie oszczędzili starców, kobiet i dzieci. Zabili wszystkich. Napad miał miejsce – według różnych źródeł – w styczniu lub kwietniu 1944 r. Według autorów polskich, wieś była nieufortyfikowana, zaś chłopi dysponowali zaledwie kilkoma starymi karabinami. Mimo to napad został przedstawiony przez morderców jako “wybitna akcja bojowa”. Prawo międzynarodowe pozostawia mieszkańcom możliwość samoobrony. Mordy na dzieciach, starcach, kobietach i nieuzbrojonych mężczyznach traktuje jako zbrodnię.
Monika Rotulska
hendryxen
http://www.gralakhen.republika.pl
Hendryxen powiedział/a
hendryxen
16.03.2009 at 11:27pm
HOLOKAUST LUDNOśCI POLSKIEJ
Ukraińska Dywizja SS Galizien i OUN – UPA dokonały ludobójstwa ludności polskiej we wsi Huta Pieniacka.
(Zbrodnie takie maiały miejsce w setkach polskich wsi, osad i miasteczek na Wołyniu, Podolu i Małopolsce wschodniej.)
Edward Prus.
W informacji o działalności Instytutu Pamięci Narodowej, Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu
Huta Pieniacka (Pieniacka Huta). Nazwy tej miejscowości nie ma w żadnej encyklopedii. Przed wojną wieś ta niczym szczególnym się nie wyróżniała. Najczęściej kojarzono ją i mylono z pobliskimi Pieniakami, od których zresztą brała swoją nazwę. To zrozumiałe, w Pieniakach znajdowała się głośna na całą Galicję, a później Małopolskę Wschodnią, rezydencja lidera Podolaków, goszcząca najwybitniejszych Polaków z Romanem Dmowskim na czele. W Przewodniku po województwie tarnopolskim czytamy:
W odległości 11 km od Podkamienia szosa na płd. zach. Pieniaki, wieś w powiecie brodzkim leży w pobliżu źródeł Seretu [...] (mieszkańców ok. 1300, w tym 600 Polaków, 700 Rusinów [...] Okolica górzysta na terenie falistym, piękne lasy, rezerwat bukowy. U wstępu do wsi, po lewej stronie gościńca pałac Cieńskich [...] Na wsi kościół z r. 1814 r. oraz cerkiew, przerobiona z dawnej kaplicy pałacowej. W pobliskim Majdanie (10 km na zachód drogą gminną od Pieniak) i Huty Pieniackiej (w połowie tej drogi, tj. 5 km) ciekawe zjawiska przyrody, a mianowicie źródła tzw. „Sine Oko” i Chowaniec, będące lejkowatymi zagłębieniami, o przepaścistych brzegach, zapełnione wodą o niebieskim zabarwieniu, której odpływ ginie w pokładzie kredowym.
W książce adresowej z 1930 r. jest informacja, że Hutę Pieniacką zamieszkuje 724 mieszkańców. Zajmowali się oni uprawą roli oraz hodowlą zwierząt, także bednarstwem, kołodziejstwem, murarstwem. Wieś miała charakter prawie jednolicie polski. Znajdowało się w niej, jak zwykle na Kresach, kilka rodzin mieszanych. Taką właśnie widzimy ją po spisie ludności, dokonanym w marcu 1943 r. Informuje on, że w Hucie Pieniackiej mieszka 500 osób. Wygląda na to, że część mieszkańców wsi w obawie przed banderowskim zagrożeniem przeniosła się do większych i bezpieczniejszych ośrodków miejskich. Huta Pieniacka to była duża wieś, 172 numery. W lutym 1944 r. było już ich grubo ponad tysiąc mieszkańców.
Choć po wojnie Huta Pieniacka stała się godną najwyższej uwagi, zbywana była milczeniem. W PRL milczano, aby nie obrazić bratniego, ukraińskiego narodu radzieckiego. Nic pod tym względem nie polepszyło się w III Rzeczypospolitej, przeciwnie – pogorszyło! Huta Pieniacka i jej trudny do wyobrażenia tragizm stały się tematem zaklętym, omijanym przez środki masowej informacji, żeby nie „robić przykrości nowemu „partnerowi strategicznemu” wydumanemu bez większej refleksji przez Z. Brzezińskiego i B. Geremka.
Tragedia tej podolskiej miejscowości, która rozegrała się 28 lutego 1944 r., skazana została na zapomnienie. Choć nieszczęście, które dotknęło wieś dotyczyło Polaków, to o sprawiedliwość i prawdę o niej upomnieli się nie Polacy będący u władzy, lecz – najpierw szlachetni Ukraińcy z Wiktorem Poliszczukiem na czele (w tym 95 deputowanych do Rady Najwyższej Ukrainy), a następnie Anglicy. Brytyjski reżyser Julian Hendy w swoim trzyczęściowym reportażu historycznym SS in Britain (SS w Wielkiej Brytanii), wyemitowanym 7 stycznia 2001 r. przez niezależną ITV, zwrócił uwagę świata, że Huta Pieniacka rozmiarem swej tragedii przewyższyła czeskie Lidice i francuskie Oradour, których nazwy są we wszystkich powojennych encyklopediach, także w Encyklopedii powszechnej PWN. Nie ma tam jednak hasła: Huta Pieniacka. O obu miejscowościach wyżej wymienionych miejscowościach w tejże Encyklopedii czytamy:
Lidice, wieś w Czechosłowacji, na zach. od Pragi; 10 VI 1942 całkowicie zniszczona przez hitlerowców w odwet za zamach na zastępcę protektora Czech i Moraw. R. Heydricha; mężczyzn powyżej 15 lat zastrzelono, kobiety wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, dzieci do Niemiec; w odbudowanych po wojnie L. Muzeum martyrologii.
Oradour-sur-Glone – miejscowość w środkowej Francji (Limousin) w dep. Haute-Vienne; 10 VI 1944, w czasie okupacji hitl., cała ludność (ponad 600 osób) została wymordowana przez oddziały SS, a wieś spalona.
Zarówno Czesi, jak i Francuzi uczcili godnie cienie poległych swoich rodaków muzeami martyrologii oraz stosownymi pomnikami i tablicami. Biorąc z nich przykład i wiedząc jednocześnie, że na polskie władze liczyć nie można, grupa działaczy kresowych z Michałem Górskim z Kielc na czele, wśród których był także autor tych zdań, jeszcze w PRL wszczęła zabiegi w celu utrwalenia pamięci losu mieszkańców Huty Pieniackiej. Władze polskie i radzieckie milczały. Dopiero Gorbaczowska głasnost’ dała tę szansę i starania Kresowian zostały uwieńczone sukcesem – bez udziału (raczej z przeszkodą) władz polskich, poza konsulem PRL we Lwowie Włodzimierzem Woskowskim, bez którego zaangażowania nie byłoby to możliwe. Tymczasem dzięki uporowi inicjatorów i zdecydowanej postawie W. Woskowskiego 28 lutego 1989 r. w miejscu, gdzie ongiś znajdowała się polska wieś, odsłonięto uroczyście z udziałem władz powiatowych i żyjących mieszkańców Huty Pieniackiej, Huty Werchobuskiej, Huciska Brodzkiego, Podkamienia, Podhorzec, Malinisk, Załoziec kompleks memorialny – okazały obelisk. Na tym pomniku widnieje napis po ukraińsku:
28 lutego 1944 r. faszystowscy okupanci wraz z bandytami OUN zorganizowali krwawą rozprawę spokojnym mieszkańcom wsi Huta Pieniacka, spalono 172 gospodarstwa, z rąk zbrodniarzy w ogniu zginęło ponad tysiąc obywateli: mężczyzn, kobiet i dzieci. Ludzie bądźcie czujni, nie dopuśćcie do powtórnej tragedii Huty i okropności wojny.
Napis nie informuje, że chodzi o Polaków ani o tym, że sprawcami dramatu byli ukraińscy zbrodniarze z SS-Galizien. Te fakty znalazły jednak odbicie w przemówieniach działaczy ukraińskich: E. M. Stepeniuk i R. Ch. Daneluka.
– Co ci spokojni ludzie zawinili – spytała Stepeniuk – że tak po zwierzęcemu rozprawiono się z nimi? Czyżby dlatego, że byli innej narodowości, że chcieli żyć po ludzku?
Okrutny los Huty Pieniackiej – mówił znów Daneluk – podzieliły Hucisko Brodzkie, Maliniska, Zalesie, Majdan Pieniacki, setki spokojnych mieszkańców zabitych w Podkamieniu, Palikrowach, Bołdurach itd.
Niestety, przy biernej zupełnie postawie, a nawet obojętności władz III RP, przy milczeniu obecnych konsulów polskich we Lwowie „nieznani sprawcy” zniszczyli i zbezcześcili kompleks memorialny i na jego rumowisku pozostawili „swój znak” w postaci kału. Zniknęła też tablica, stojąca w miejscu zamordowanego sioła, głosząca po ukraińsku:
Huta Pieniacka. W lutym 1944 r. faszyści i banderowcy spalili 172 domy i wymordowali ponad 1000 mieszkańców.
Przy odsłonięciu obelisku mówiono, że każda zbrodnia musi być ujawniona. Bez względu na to, kto jej dokonał. Przyszłości nie da się budować na zakłamanej przeszłości. Widocznie są na Ukrainie (a także w Polsce) osoby, które myślą inaczej.
Owa prawda, niewątpliwie dla Ukraińców gorzka, miała miejsce 28 lutego 1944 r. W tym dniu polska wieś Huta Pieniacka przestała istnieć. Jej zagładę spowodowali wojacy 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS-Galizien, członkowie tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii – UPA oraz policjanci ukraińscy w służbie okupanta, mordując od 800-1000 osób (źródła radzieckie mówią o 1200 osobach).
Kiedy coraz częściej pojawiały się łuny, w lasach rozszalały się watahy UPA, wioski polskie zaczęły organizować samoobronę. Huta Pieniacka była solą w oku rizunów: zwarta jak twierdza, Polacy z przysiółków i mniejszych wioseczek ściągali tutaj, a wraz z nimi Żydzi. Wieś miała własną samoobronę pod dowództwem przybyłego tu ze Lwowa Kazimierza Wojciechowskiego „Satyra”. Przyjechał do Huty wraz z żoną Riwą, Żydówką, i jej liczną rodziną. Oddział „Satyra” liczył 40 osób i wchodził w skład 8 kompanii AK inspektoratu Złoczów. Oddział ten współpracował z partyzantką sowiecką i to dzięki niej był nieźle uzbrojony. Przekonali się o tym ukraińscy esesmani, którzy 23 lutego 1944 r. po raz pierwszy zaatakowali wieś. Samoobrona, mając wsparcie 2 plutonu AK z Huty Wierchobuskiej, podjęła skuteczną walkę, która trwała ponad 6 godzin. Napastnicy zostali odparci. Polacy honorowo zezwolili im zabrać z pola walki zabitych i rannych. Na terenie walk zostało tylko pięciu poległych. Ponieważ były to pierwsze ofiary SS-Galizien, a do tego jeszcze poległe z polskich rak, więc urządzono im w Brodach uroczysty pogrzeb z udziałem gubernatora galicyjskiego Otto Wachtera. Chowano tylko dwóch: Romana Andrijczuka i Ołekse Bobaka. Co się stało z ciałami pozostałych poległych?
Teraz miało przyjść najgorsze, ale nie z takiego powodu, jak o tym głosi pewien „dyżurny historyk”, a za nim kilku innych: że napad na Hutę Pieniacką 28 lutego 1944 r. był „odwetem” za zabicie dwóch esesmanów i w ten sposób z dwuznacznym podtekstem usiłuje się mord popełniony na wsi usprawiedliwić. Wiemy już, że esesmani zginęli w walce, a „kara” za ich śmierć nie dosięgła żołnierzy w walce, lecz bezbronne polskie dzieci i kobiety.
Nie wytrzymuje także krytyki pogląd, że we wsi byli sowieccy partyzanci. Nie było ich już w czasie pierwszego napadu. Oddział sowiecki pod dowództwem Borysa Krutikowa ze zgrupowania D. B. Miedwiediewa przezornie, jakby uprzedzony, opuścił wieś już 22 lutego. Do Huty Pieniackiej oddział ten oprócz broni automatycznej przyniósł rocznego chłopczyka znalezionego na progu jakiejś chaty w wyrżniętym Hucisku, ssał pierś martwej matki. To było 16 stycznia. Potem spłonęło wraz z innymi. Partyzanci spotkali też dzieci polskie potopione w Sinym Oku i Chowańcu.
O zbliżającym się śmiertelnym zagrożeniu wieś była informowana kilkakrotnie. Jednym z informatorów był zięć niejakiego Karpluka – starosty wiejskiego z Żarkowa. Zapłacił za to straszną cenę. Został przez banderowców zamordowany wraz z rodziną – ale na ostatku. Musiał patrzeć na męczeńską śmierć dzieci i żony. Była też wiadomość myląca, że to nie Ukraińcy, lecz Niemcy mają wkroczyć do wsi, aby dokonać rewizji broni. Razem z tym nadszedł ze złoczowskiego inspektoratu AK dziwny rozkaz, aby nie stawiać Niemcom oporu, pochować broń, a mężczyznom polecał ujść do lasu. Jednak tak się do końca nie stało, tylko część mężczyzn znalazła się w lesie. Gdy zorientowano się w sytuacji, na jakąkolwiek decyzję było już za późno. Ukraińscy esesmani w sile jednego batalionu (niektórzy utrzymują, że trzech batalionów), wspierani przez kureń UPA „Siromanci” oraz policjantów z Podhorzec, a także chłopców z okolicznych siół uzbrojonych w noże i siekiery, otoczyli wieś ze wszystkich stron.
Skąd to kumoterstwo SS-Galizien z „konkurencyjną” UPA? Jednoczył ich cel strategiczny ukraińskiego faszyzmu. Cel ten wytyczyła nazistowska Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) już w 1929 r. Była nim czystka etniczna – mord Polaków, Żydów, Cyganów, Rosjan i innych czużyńców – wreszcie także Ukraińców, którzy tej czystki głośno nie popierali. W oparciu o tę prawdę do zagłady wsi przyłączyli się także ukraińscy policjanci z Podhorzec, ze swoim komendantem na czele. Jemu też polskie władze konspiracyjne przypisywały inicjatywę napadu na Hutę Pieniacką.
Batalionami ukraińskich esesmanów, stacjonujących dotąd w Brodach, dowodził Niemiec, a jego zastępcą był Ukrainiec, zastrzelony przez żonę Wojciechowskiego.
Zagłada polskiej wsi Huta Pieniacka i jej mieszkańców – pisze autorytatywnie A. Korman – zgotowana przez 3 bataliony ukraińskich żołnierzy SS-Galizien, dowodzona przez niemieckich i ukraińskich oficerów, stała się faktem. Prawie wszystkie zabudowania mieszkalne i gospodarcze legły w gruzach i zgliszczach. Sterczały tylko kominy. Ocalało tylko kilka budynków na przysiółku Helenka.
A dokonało się to w sposób następujący:
Już w nocy do Żarkowa zaczęło ściągać wojsko, byli to żołnierze SS-Galizien – relacjonuje Marian Dziuba świadek tego wydarzenia. – Także zaczęli się krzątać miejscowi banderowcy: Hryhorij Kocz, Josyp Kowycz, Myron Jakubowskyj, Wołodymyr Huziuk, Hryhorij Szczerbatyj….
Niektóre z tych nazwisk są znane od lat krakowskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej prowadzącemu śledztwo w sprawie opisywanej zbrodni. Znane jest też nazwisko dowódcy akcji: hauptsturmfuhrer (kpt.) Waffen SS Siegfried Binz z 4 pułku policyjnego 14 Dywizji Waffen SS-Galizien. Z opisu wynika, że był niski i nosił okulary.
Wcześniej pisałem w Rycerzach żelaznej ostrogi:
Tragedia wsi rozegrała się [...] w ciągu zaledwie siedmiu godzin [...] . Oto wypowiedzi świadków, które zanotował K. J. Dmytruk w książce Pid sztandarom reakciji i faszyzmu: Mieszkaniec Huty Pieniackiej Franciszek Kobylański:
O świcie w kierunku wsi wystrzelili dwie rakiety. Następnie rozpoczęła się strzelanina i do Huty Pieniackiej weszli faszyści (żołnierze SS-Galizien) i bandyci (upowcy). Wszystkich mieszkańców po 20-30 osób, w tej liczbie kobiety, starców i dzieci, spędzili do stodół, zamknęli i podpalili. Kto uciekał – zabijali. W ten sposób spalono żywcem i zabito 680-700 osób.
Mieszkaniec Huty Pieniackiej Wojciech Jasiński:
Najpierw część ludzi esesmani z dywizji SS-Hałczyna i bandyci (upowcy) spędzili do kościoła. Później grupami wyprowadzali i zapędzali do stodół, podpalali je, i ludzie płonęli żywcem [...]. Gdy nas prowadzili z kościoła, tośmy widzieli, jak płonęły stodoły, w których w niebogłosy strasznie krzyczeli nasi sąsiedzi. Zrozumieliśmy, że także i nas wiodą, aby spalić żywcem…
Należy dodać, że wieś została zajęta bez jednego wystrzału ze strony polskiej, co też niemało zdziwiło „dywizyjników”, którzy spodziewali się dużego oporu.
To im dodało odwagi – zauważa Edward Gross. – Wkrótce cała wieś została zajęta. We wsi zapanował krzyk przerażenia kobiet i dzieci. Ogień pożerał coraz to nowe zabudowania…. Był to chrzest bojowy SS-Galizien! Napastnicy strzelając na oślep do wszystkich, kto tylko był na celowniku, popędzali ludzi w stronę kościoła, starej i nowej szkoły. Wkrótce miały one zapłonąć oblane benzyną razem z nimi.
Obok wejścia [do kościoła] – pisze dalej E. Gross – siedziała na śniegu młoda kobieta z noworodkiem lub poronionym dzieckiem na ręku. Jej lament budził litość i współczucie, lecz nikt się nią nie zajmował, nikt nie zareagował na jej prośby, żeby ją ktoś zabił. Konała w męczarniach….
Janek opierał się, płakał, krzyczał i za nic nie chciał iść – cytuje inną relację Andrzej Rybicki. – Wówczas rozwścieczony (ukraiński) esesman chwycił Janka za nogi i z rozmachem uderzył głową chłopca o narożnik domu. Jakiś młody chłopiec błagał i prosił, żeby go puścili. Pacyfikator uśmiechnął się zjadliwie i machnął ręką: idź, wypuszczam. Chłopiec obrócił się i chciał pobiec, ale esesman z dużą siłą wbił mu bagnet w plecy.
Pod kościołem – pisze A. Rybicki – zginął dowódca samoobrony Kazimierz Wojciechowski. Jak mówią świadkowie, oblano go łatwopalną cieczą i podpalono. („Nasz Dziennik”, 9. 01. 2001). Żywa pochodnia płonęła na oczach wsi. Wcześniej jeszcze w domu zamordowano jego żonę i ukrywających się Żydów. Riwa strzeliła do zastępcy dowódcy pacyfikacji z polskiego wisa. Za sekundę także sama padła.
Po strasznym zamordowaniu Wojciechowskiego rozprawiono się z resztą domniemanych obrońców, którzy byli bezbronni. Wystrzelano ich co do jednego z karabinu maszynowego na placu pod kościołem.
A w kościele?
Do kościoła zaganiano pierwsze ofiary – zeznaje przed Jolantą Woś Stanisław Krawczyk. – SS-mani w śnieżnobiałych kombinezonach upychali ludzi między ławkami. Przechodzili i uderzali po głowach: trach, trach, trach. Ogłuszeni padali pod ławki. Wówczas wganiano następnych. Trzy warstwy dygocących ciał. Opary, słodkawomdła woń krwi. Pobici mężczyźni wnieśli w kocu rodzącą kobietę. Położyli ją koło konfesjonału. – Dzieciątko było już między nogami matki….
Czy chodzi o ten sam poród, opisany przez A. Kormana?:
W nocy z 27 na 28 lutego 1944 r. Franciszkę Michalewską z domu Biernacką… zaatakowały bóle porodowe i była przy niej położna-akuszerka. Esesmani wtargnęli do jej domu, wyprowadzili ją wraz z położną… doprowadzili do kościoła, gdzie posadzili ją na stopniu ołtarza, a przy niej położną. Gdy bóle porodowe przybierały na sile, a F. Michalewska bardzo jęczała i zaczęła rodzić, to . W obronie chorej wystąpiła położna. W odpowiedzi obydwie zostały zastrzelone i ukraiński esesowiec narzucił na nie bieliznę kościelną.
Przed kościołem, podobnie jak w kościele, działy się sceny wręcz dantejskie – zwłaszcza wówczas, gdy rozdzielano rodziny, wyrywano dzieci matkom, by je na oczach rodziców mordować, matki zaś miały spłonąć żywcem osobno.
Mordercy – pisze dalej E. Gross – po uporaniu się z dziećmi oblali obiekt benzyną i podpalili… Mimo że ogień jeszcze buzował … banderowcy uznali, że już nikt się z niego nie wydostanie i odeszli. Poszli dalej walczyć o samostijną Ukrainę.
Dopalał się dzień Apokalipsy, banderowcy wyręczając esesmanów, wyprowadzali partiami ludzi z kościoła na kaźń.
Byłam w jednej z ostatnich grup dziewcząt, które wyprowadzono z kościoła – pisze Wanda Kobylańska-Gośniowska. – Widok, jaki ujrzałam po wyjściu z kościoła był tak przerażający, że paraliżował wszystkie umysły – nie mogłam uwierzyć oczom i uszom. Naokoło morze płomieni i ciemne chmury dymu oraz okropne wycie psów, ryk krów i swąd spalonych ciał ludzkich i zwierzęcych. Nie mieliśmy żadnych złudzeń co do czekającego nas losu, a ból po naszych krewnych krwawił nam serca do tego stopnia, że nie reagowaliśmy na bicie nas kolbami i kłucie bagnetami. Słyszeliśmy przy każdym uderzeniu: wże propała wasza Polszcza albo to jest wasza Polszcza”.
Pacyfikacja zakończyła się późnym popołudniem. Wpierw dokończono rabowania mienia i niszczenia.
Następna ostoja polskości na ziemi praojców znikała w płomieniach ognia i kłębach dymu. Około godz. 17 esesmani i banderowcy uformowali kolumny marszowe i ze śpiewem odmaszerowali do Pieniak, gdzie tamtejsi Ukraińcy przygotowali dla nich bramę powitalną, a tymczasem „dookoła leżało pełno ludzkich zwłok, w tym również małych dzieci, a „zwycięzcy” przechodzili obok nich z taką obojętnością, z jaką przechodzi drwal obok kłód drzewa po dokonanej przez niego ścince. Co najwyżej któryś z nich rzucił okiem na „pobojowisko”, by ocenić „sukcesy” Ukraińskiej Powstańczej Armii nad Polakami w tej wsi”.
Po wyjściu ze wsi esesmanów, banderowców oraz policjantów z historycznych Podhorzec, na miejscu pozostali rizuni i siekiernicy kończący plądrowanie domostw. Z przekazu wynika, że prowodyrem tej czerniawy był Hryćko Szczerbatyj.
Szczerbatyj dał komendę… aby ci podpalali budynki. Wszystko spalcie! Żeby żaden kamyczek nie pozostał.
W 1981 r. w księdze Post imeni Jarosława Hałana jest szkic Requiem nad zamordowaną wsią, a w nim wywiad M. Toporowskiego z H. Szczerbatym. On też pisze:
I oto siedzę naprzeciwko Hryhorija Szczerbatego, tego samego. Siedzę i nie mogę oderwać oczu od rąk, które polewały benzyną budynki, od rąk, które paliły ludzi żywcem. Zewnętrznie jest niby spokojny, ale zdradzają go wciąż te same ręce: przez cały czas w ruchu, zaciskają się. Tak, on nie zaprzecza: była w jego życiu Huta Pieniacka, ale za inne przestępstwa odbył już karę. Faktycznie wobec prawa Szczerbatyj jest czysty. A wobec ludzi spalonych i żywych?
Badacze polscy, m.in. A. Korman, oceniają, że masakry uniknęło zaledwie 161 osób – lub nieco więcej. Z tego 49 osób, które wcześniej opuściły Hutę, 15 osób ocalało na wieży kościelnej, 7 – w piwnicach kościoła, 1 w piwnicy szkolnej, 61 osób w schronach uprzednio przygotowanych, 19 w innych kryjówkach i 9 w wyniku desperackiej, szczęśliwej ucieczki.
I ta ocalała garstka wraz z Polakami z okolicznych siół, których jeszcze nie wyrżnięto, przystąpiła do pochówku.
Gdy przybyliśmy – piszą Bronisław Jabłoński i Antoni Orłowski z Huty Werchobuskiej – to zobaczyliśmy straszliwy obraz tej wsi, dopalały się domy, na polach i ogrodach można było spotkać leżących ludzi starych, i młodych, mężczyzn i kobiety, bardzo to strasznie wyglądało… małe dzieci były pozawieszane na płotach i leżały z rozmiażdżonymi głowami … na śniegu, który był przesączony krwią…
Do pochówku wykorzystano doły po wapnie, które użyto do budowy kościoła i szkoły. Wyścielono je słomą i poukładano na niej zwłoki lub tylko ludzkie zwęglone szczątki, przykryto je też słomą, przysypano podolskim czarnoziemem. Ilu ich było? Niepełny wykaz nazwisk ustalony przez Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów wskazuje na 800 osób. Wykaz niepełny, jest wciąż uzupełniany. Można się spodziewać, że sięgnie on liczby 1000 osób, a nawet więcej.
Władze konspiracyjne Polskiego Państwa Podziemnego ustaliły i podały do publicznej wiadomości w „Przeglądzie Tygodniowym” (10-17 marca 1944 r.):
Autorem tragedii był komendant posterunku policji ukraińskiej w Podhorcach zawzięty wróg polskości. Dręczyła go obronna postawa polskiej ludności Huty, wobec której wszelki zamach skazany był na niepowodzenie, użył zatem podstępu i… doniósł, że ludność posiada broń i przechowuje Żydów… Napad był podobno aktem samowoli oddziałów ukraińskich SS dywizji Galicja… Wśród zgliszcz piętrzą się stosy trupów, zbitych w jedną masę. W jednej ze stodół stoi tam prawie jednolita masa około 80 zwęglonych trupów. Wedle zgodnej opinii ocalałych świadków mordu napastnicy mordowali ofiary w sposób bestialski, wśród objawów o jakich się czyta w opisach praktyk najdzikszych plemion. Więc dzieciom żywcem rozpruwano brzuchy, rozbijano głowy o słupy kamienne itp. Spędzonych w kaplicy-kościółku mężczyzn, mordowano przy akompaniamencie tamt. Harmonium. Gdy „bohaterzy” wracali po akcji przez wieś Pieniaki, tamtejsza ludność ukraińska wystawiła im bramę triumfalną i oklaskiwała.
Ukraińscy mieszkańcy Pieniak mówią, że esesmani mijając bramę triumfalną mieli wyśmienite humory i zapijaczonymi głosami „derły sia na ciłi ryła” śpiewając:
A my toju czerwonu kałyny pidijmemo,
A my naszu sławnu Ukrajinu, hej – hej, rozwesełymo.
Nie wszystkim jednak Ukraińcom to się podobało. Ostro potępił mord ludności polskiej paroch cerkwi NMP w Choroście Starym o. Iwan Doruk, ksiądz greckokatolicki. Na kazaniu wezwał wiernych do opamiętania. Jeszcze tej samej nocy zjawiła się na plebanii bojówka SB OUN, aby pozbawić duchownego życia strzałem w tył głowy.
Zapytana po wojnie w sprawie wspólnego napadu „dywizyjników” i upowców na Hutę Pieniacką, Julia Łućka, żona O. Łućkiego, który w tym czasie był atamanem w UPA przeto całą sprawę znała dokładnie, bez zastrzeżeń odpowiedziała:
Likwidacja spokojnych polskich mieszkańców nie wyłączając starców, dzieci i chorych… Huta Pieniacka nie była pod tym względem żadnym wyjątkiem. Nie była też wyjątkiem, gdy idzie o współdziałanie w zbrodni UPA z esesmanami dywizji SS-Hałczyna….
Reportaż filmowy„SS w Wielkiej Brytanii spowodował to, że także społeczeństwo polskie dowiedziało się o tym, iż Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu od lat prowadzi śledztwo w sprawie Huty Pieniackiej – i na tym sprawa się kończy. Jak dotąd, nie pociągnięto do odpowiedzialności sądowej, poza b. ZSRR, żadnego ukraińskiego esesmana – nawet spośród tych, którzy byli później w UPA a teraz mieszkają w Polsce.
Dotychczas przesłuchano 120 świadków huteńskopieniackiej masakry, ustalono 60 osób poszkodowanych. Tyle śledztwo, wprawdzie rozpoczęte już w 1944 r., ale później w PRL – zaniechane. Wznowiono je w 1992 r. śledztwem tym kierował dr Jacek E. Wilczur z Warszawy, ale po jego odejściu z Głównej Komisji wyraźnie przycichło. Teraz, po nagłośnieniu przez Anglików, ożyło na nowo. Materiały zbrodni, choć skrzętnie zacierane i niszczone, są jeszcze w archiwach ukraińskich, ale nie można na nie liczyć. Władze ukraińskie ukryły je przed okiem polskich (i nie tylko polskich) badaczy, a Polacy nie protestują. Wolą uniki albo udawanie, że się zgadzają z opiniami własnych fałszerzy, udających „profesjonalnych historyków”.
Kiedy dziesięć lat temu w tygodniku „Tak i Nie” pisałem o mordzie popełnionym przez wojaków SS-Galizien na mieszkańcach Huty Pieniackiej, wtedy odezwał się z Kanady Wasyl Weryha – były podoficer tej jednostki, a teraz sekretarz generalny światowego Kongresu Wolnych Ukraińców. Absolutnie zaprzeczył obecności 4 pułku SS-Galizien w Hucie Pieniackiej – więcej, zagroził sądem za rzekome zniesławienie. Wsparli go w nagonce na autora Rycerzy żelaznej ostrogi niektórzy polscy politycy i publicyści, którzy również dziś grają pierwsze skrzypce. Teraz, po emisji filmu J. Hendy’ego, po dowodach zaprezentowanych przez licznych badaczy i po podaniu ich jako niepodważalnych w światowych mediach, Weryha nie byłby w stanie już zaprzeczać i grozić. Dlatego przezornie milczy. Milczą też ci dobrodzieje SS-Galizien, którzy przyczaili się w Polsce.
HOKOKAUST LUDNOśCI POLSKIEJ
Ukraińska Dywizja SS Galizien i OUN – UPA dokonały ludobójstwa ludności polskiej we wsi Huta Pieniacka.
(Zbrodnie takie maiały miejsce w setkach polskich wsi, osad i miasteczek na Wołyniu, Podolu i Małopolsce wschodniej.)
Edward Prus.
W informacji o działalności Instytutu Pamięci Narodowej, Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu
Huta Pieniacka (Pieniacka Huta). Nazwy tej miejscowości nie ma w żadnej encyklopedii. Przed wojną wieś ta niczym szczególnym się nie wyróżniała. Najczęściej kojarzono ją i mylono z pobliskimi Pieniakami, od których zresztą brała swoją nazwę. To zrozumiałe, w Pieniakach znajdowała się głośna na całą Galicję, a później Małopolskę Wschodnią, rezydencja lidera Podolaków, goszcząca najwybitniejszych Polaków z Romanem Dmowskim na czele. W Przewodniku po województwie tarnopolskim czytamy:
W odległości 11 km od Podkamienia szosa na płd. zach. Pieniaki, wieś w powiecie brodzkim leży w pobliżu źródeł Seretu [...] (mieszkańców ok. 1300, w tym 600 Polaków, 700 Rusinów [...] Okolica górzysta na terenie falistym, piękne lasy, rezerwat bukowy. U wstępu do wsi, po lewej stronie gościńca pałac Cieńskich [...] Na wsi kościół z r. 1814 r. oraz cerkiew, przerobiona z dawnej kaplicy pałacowej. W pobliskim Majdanie (10 km na zachód drogą gminną od Pieniak) i Huty Pieniackiej (w połowie tej drogi, tj. 5 km) ciekawe zjawiska przyrody, a mianowicie źródła tzw. „Sine Oko” i Chowaniec, będące lejkowatymi zagłębieniami, o przepaścistych brzegach, zapełnione wodą o niebieskim zabarwieniu, której odpływ ginie w pokładzie kredowym.
W książce adresowej z 1930 r. jest informacja, że Hutę Pieniacką zamieszkuje 724 mieszkańców. Zajmowali się oni uprawą roli oraz hodowlą zwierząt, także bednarstwem, kołodziejstwem, murarstwem. Wieś miała charakter prawie jednolicie polski. Znajdowało się w niej, jak zwykle na Kresach, kilka rodzin mieszanych. Taką właśnie widzimy ją po spisie ludności, dokonanym w marcu 1943 r. Informuje on, że w Hucie Pieniackiej mieszka 500 osób. Wygląda na to, że część mieszkańców wsi w obawie przed banderowskim zagrożeniem przeniosła się do większych i bezpieczniejszych ośrodków miejskich. Huta Pieniacka to była duża wieś, 172 numery. W lutym 1944 r. było już ich grubo ponad tysiąc mieszkańców.
Choć po wojnie Huta Pieniacka stała się godną najwyższej uwagi, zbywana była milczeniem. W PRL milczano, aby nie obrazić bratniego, ukraińskiego narodu radzieckiego. Nic pod tym względem nie polepszyło się w III Rzeczypospolitej, przeciwnie – pogorszyło! Huta Pieniacka i jej trudny do wyobrażenia tragizm stały się tematem zaklętym, omijanym przez środki masowej informacji, żeby nie „robić przykrości nowemu „partnerowi strategicznemu” wydumanemu bez większej refleksji przez Z. Brzezińskiego i B. Geremka.
Tragedia tej podolskiej miejscowości, która rozegrała się 28 lutego 1944 r., skazana została na zapomnienie. Choć nieszczęście, które dotknęło wieś dotyczyło Polaków, to o sprawiedliwość i prawdę o niej upomnieli się nie Polacy będący u władzy, lecz – najpierw szlachetni Ukraińcy z Wiktorem Poliszczukiem na czele (w tym 95 deputowanych do Rady Najwyższej Ukrainy), a następnie Anglicy. Brytyjski reżyser Julian Hendy w swoim trzyczęściowym reportażu historycznym SS in Britain (SS w Wielkiej Brytanii), wyemitowanym 7 stycznia 2001 r. przez niezależną ITV, zwrócił uwagę świata, że Huta Pieniacka rozmiarem swej tragedii przewyższyła czeskie Lidice i francuskie Oradour, których nazwy są we wszystkich powojennych encyklopediach, także w Encyklopedii powszechnej PWN. Nie ma tam jednak hasła: Huta Pieniacka. O obu miejscowościach wyżej wymienionych miejscowościach w tejże Encyklopedii czytamy:
Lidice, wieś w Czechosłowacji, na zach. od Pragi; 10 VI 1942 całkowicie zniszczona przez hitlerowców w odwet za zamach na zastępcę protektora Czech i Moraw. R. Heydricha; mężczyzn powyżej 15 lat zastrzelono, kobiety wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, dzieci do Niemiec; w odbudowanych po wojnie L. Muzeum martyrologii.
Oradour-sur-Glone – miejscowość w środkowej Francji (Limousin) w dep. Haute-Vienne; 10 VI 1944, w czasie okupacji hitl., cała ludność (ponad 600 osób) została wymordowana przez oddziały SS, a wieś spalona.
Zarówno Czesi, jak i Francuzi uczcili godnie cienie poległych swoich rodaków muzeami martyrologii oraz stosownymi pomnikami i tablicami. Biorąc z nich przykład i wiedząc jednocześnie, że na polskie władze liczyć nie można, grupa działaczy kresowych z Michałem Górskim z Kielc na czele, wśród których był także autor tych zdań, jeszcze w PRL wszczęła zabiegi w celu utrwalenia pamięci losu mieszkańców Huty Pieniackiej. Władze polskie i radzieckie milczały. Dopiero Gorbaczowska głasnost’ dała tę szansę i starania Kresowian zostały uwieńczone sukcesem – bez udziału (raczej z przeszkodą) władz polskich, poza konsulem PRL we Lwowie Włodzimierzem Woskowskim, bez którego zaangażowania nie byłoby to możliwe. Tymczasem dzięki uporowi inicjatorów i zdecydowanej postawie W. Woskowskiego 28 lutego 1989 r. w miejscu, gdzie ongiś znajdowała się polska wieś, odsłonięto uroczyście z udziałem władz powiatowych i żyjących mieszkańców Huty Pieniackiej, Huty Werchobuskiej, Huciska Brodzkiego, Podkamienia, Podhorzec, Malinisk, Załoziec kompleks memorialny – okazały obelisk. Na tym pomniku widnieje napis po ukraińsku:
28 lutego 1944 r. faszystowscy okupanci wraz z bandytami OUN zorganizowali krwawą rozprawę spokojnym mieszkańcom wsi Huta Pieniacka, spalono 172 gospodarstwa, z rąk zbrodniarzy w ogniu zginęło ponad tysiąc obywateli: mężczyzn, kobiet i dzieci. Ludzie bądźcie czujni, nie dopuśćcie do powtórnej tragedii Huty i okropności wojny.
Napis nie informuje, że chodzi o Polaków ani o tym, że sprawcami dramatu byli ukraińscy zbrodniarze z SS-Galizien. Te fakty znalazły jednak odbicie w przemówieniach działaczy ukraińskich: E. M. Stepeniuk i R. Ch. Daneluka.
– Co ci spokojni ludzie zawinili – spytała Stepeniuk – że tak po zwierzęcemu rozprawiono się z nimi? Czyżby dlatego, że byli innej narodowości, że chcieli żyć po ludzku?
Okrutny los Huty Pieniackiej – mówił znów Daneluk – podzieliły Hucisko Brodzkie, Maliniska, Zalesie, Majdan Pieniacki, setki spokojnych mieszkańców zabitych w Podkamieniu, Palikrowach, Bołdurach itd.
Niestety, przy biernej zupełnie postawie, a nawet obojętności władz III RP, przy milczeniu obecnych konsulów polskich we Lwowie „nieznani sprawcy” zniszczyli i zbezcześcili kompleks memorialny i na jego rumowisku pozostawili „swój znak” w postaci kału. Zniknęła też tablica, stojąca w miejscu zamordowanego sioła, głosząca po ukraińsku:
Huta Pieniacka. W lutym 1944 r. faszyści i banderowcy spalili 172 domy i wymordowali ponad 1000 mieszkańców.
Przy odsłonięciu obelisku mówiono, że każda zbrodnia musi być ujawniona. Bez względu na to, kto jej dokonał. Przyszłości nie da się budować na zakłamanej przeszłości. Widocznie są na Ukrainie (a także w Polsce) osoby, które myślą inaczej.
Owa prawda, niewątpliwie dla Ukraińców gorzka, miała miejsce 28 lutego 1944 r. W tym dniu polska wieś Huta Pieniacka przestała istnieć. Jej zagładę spowodowali wojacy 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS-Galizien, członkowie tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii – UPA oraz policjanci ukraińscy w służbie okupanta, mordując od 800-1000 osób (źródła radzieckie mówią o 1200 osobach).
Kiedy coraz częściej pojawiały się łuny, w lasach rozszalały się watahy UPA, wioski polskie zaczęły organizować samoobronę. Huta Pieniacka była solą w oku rizunów: zwarta jak twierdza, Polacy z przysiółków i mniejszych wioseczek ściągali tutaj, a wraz z nimi Żydzi. Wieś miała własną samoobronę pod dowództwem przybyłego tu ze Lwowa Kazimierza Wojciechowskiego „Satyra”. Przyjechał do Huty wraz z żoną Riwą, Żydówką, i jej liczną rodziną. Oddział „Satyra” liczył 40 osób i wchodził w skład 8 kompanii AK inspektoratu Złoczów. Oddział ten współpracował z partyzantką sowiecką i to dzięki niej był nieźle uzbrojony. Przekonali się o tym ukraińscy esesmani, którzy 23 lutego 1944 r. po raz pierwszy zaatakowali wieś. Samoobrona, mając wsparcie 2 plutonu AK z Huty Wierchobuskiej, podjęła skuteczną walkę, która trwała ponad 6 godzin. Napastnicy zostali odparci. Polacy honorowo zezwolili im zabrać z pola walki zabitych i rannych. Na terenie walk zostało tylko pięciu poległych. Ponieważ były to pierwsze ofiary SS-Galizien, a do tego jeszcze poległe z polskich rak, więc urządzono im w Brodach uroczysty pogrzeb z udziałem gubernatora galicyjskiego Otto Wachtera. Chowano tylko dwóch: Romana Andrijczuka i Ołekse Bobaka. Co się stało z ciałami pozostałych poległych?
Teraz miało przyjść najgorsze, ale nie z takiego powodu, jak o tym głosi pewien „dyżurny historyk”, a za nim kilku innych: że napad na Hutę Pieniacką 28 lutego 1944 r. był „odwetem” za zabicie dwóch esesmanów i w ten sposób z dwuznacznym podtekstem usiłuje się mord popełniony na wsi usprawiedliwić. Wiemy już, że esesmani zginęli w walce, a „kara” za ich śmierć nie dosięgła żołnierzy w walce, lecz bezbronne polskie dzieci i kobiety.
Nie wytrzymuje także krytyki pogląd, że we wsi byli sowieccy partyzanci. Nie było ich już w czasie pierwszego napadu. Oddział sowiecki pod dowództwem Borysa Krutikowa ze zgrupowania D. B. Miedwiediewa przezornie, jakby uprzedzony, opuścił wieś już 22 lutego. Do Huty Pieniackiej oddział ten oprócz broni automatycznej przyniósł rocznego chłopczyka znalezionego na progu jakiejś chaty w wyrżniętym Hucisku, ssał pierś martwej matki. To było 16 stycznia. Potem spłonęło wraz z innymi. Partyzanci spotkali też dzieci polskie potopione w Sinym Oku i Chowańcu.
O zbliżającym się śmiertelnym zagrożeniu wieś była informowana kilkakrotnie. Jednym z informatorów był zięć niejakiego Karpluka – starosty wiejskiego z Żarkowa. Zapłacił za to straszną cenę. Został przez banderowców zamordowany wraz z rodziną – ale na ostatku. Musiał patrzeć na męczeńską śmierć dzieci i żony. Była też wiadomość myląca, że to nie Ukraińcy, lecz Niemcy mają wkroczyć do wsi, aby dokonać rewizji broni. Razem z tym nadszedł ze złoczowskiego inspektoratu AK dziwny rozkaz, aby nie stawiać Niemcom oporu, pochować broń, a mężczyznom polecał ujść do lasu. Jednak tak się do końca nie stało, tylko część mężczyzn znalazła się w lesie. Gdy zorientowano się w sytuacji, na jakąkolwiek decyzję było już za późno. Ukraińscy esesmani w sile jednego batalionu (niektórzy utrzymują, że trzech batalionów), wspierani przez kureń UPA „Siromanci” oraz policjantów z Podhorzec, a także chłopców z okolicznych siół uzbrojonych w noże i siekiery, otoczyli wieś ze wszystkich stron.
Skąd to kumoterstwo SS-Galizien z „konkurencyjną” UPA? Jednoczył ich cel strategiczny ukraińskiego faszyzmu. Cel ten wytyczyła nazistowska Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) już w 1929 r. Była nim czystka etniczna – mord Polaków, Żydów, Cyganów, Rosjan i innych czużyńców – wreszcie także Ukraińców, którzy tej czystki głośno nie popierali. W oparciu o tę prawdę do zagłady wsi przyłączyli się także ukraińscy policjanci z Podhorzec, ze swoim komendantem na czele. Jemu też polskie władze konspiracyjne przypisywały inicjatywę napadu na Hutę Pieniacką.
Batalionami ukraińskich esesmanów, stacjonujących dotąd w Brodach, dowodził Niemiec, a jego zastępcą był Ukrainiec, zastrzelony przez żonę Wojciechowskiego.
Zagłada polskiej wsi Huta Pieniacka i jej mieszkańców – pisze autorytatywnie A. Korman – zgotowana przez 3 bataliony ukraińskich żołnierzy SS-Galizien, dowodzona przez niemieckich i ukraińskich oficerów, stała się faktem. Prawie wszystkie zabudowania mieszkalne i gospodarcze legły w gruzach i zgliszczach. Sterczały tylko kominy. Ocalało tylko kilka budynków na przysiółku Helenka.
A dokonało się to w sposób następujący:
Już w nocy do Żarkowa zaczęło ściągać wojsko, byli to żołnierze SS-Galizien – relacjonuje Marian Dziuba świadek tego wydarzenia. – Także zaczęli się krzątać miejscowi banderowcy: Hryhorij Kocz, Josyp Kowycz, Myron Jakubowskyj, Wołodymyr Huziuk, Hryhorij Szczerbatyj….
Niektóre z tych nazwisk są znane od lat krakowskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej prowadzącemu śledztwo w sprawie opisywanej zbrodni. Znane jest też nazwisko dowódcy akcji: hauptsturmfuhrer (kpt.) Waffen SS Siegfried Binz z 4 pułku policyjnego 14 Dywizji Waffen SS-Galizien. Z opisu wynika, że był niski i nosił okulary.
Wcześniej pisałem w Rycerzach żelaznej ostrogi:
Tragedia wsi rozegrała się [...] w ciągu zaledwie siedmiu godzin [...] . Oto wypowiedzi świadków, które zanotował K. J. Dmytruk w książce Pid sztandarom reakciji i faszyzmu: Mieszkaniec Huty Pieniackiej Franciszek Kobylański:
O świcie w kierunku wsi wystrzelili dwie rakiety. Następnie rozpoczęła się strzelanina i do Huty Pieniackiej weszli faszyści (żołnierze SS-Galizien) i bandyci (upowcy). Wszystkich mieszkańców po 20-30 osób, w tej liczbie kobiety, starców i dzieci, spędzili do stodół, zamknęli i podpalili. Kto uciekał – zabijali. W ten sposób spalono żywcem i zabito 680-700 osób.
Mieszkaniec Huty Pieniackiej Wojciech Jasiński:
Najpierw część ludzi esesmani z dywizji SS-Hałczyna i bandyci (upowcy) spędzili do kościoła. Później grupami wyprowadzali i zapędzali do stodół, podpalali je, i ludzie płonęli żywcem [...]. Gdy nas prowadzili z kościoła, tośmy widzieli, jak płonęły stodoły, w których w niebogłosy strasznie krzyczeli nasi sąsiedzi. Zrozumieliśmy, że także i nas wiodą, aby spalić żywcem…
Należy dodać, że wieś została zajęta bez jednego wystrzału ze strony polskiej, co też niemało zdziwiło „dywizyjników”, którzy spodziewali się dużego oporu.
To im dodało odwagi – zauważa Edward Gross. – Wkrótce cała wieś została zajęta. We wsi zapanował krzyk przerażenia kobiet i dzieci. Ogień pożerał coraz to nowe zabudowania…. Był to chrzest bojowy SS-Galizien! Napastnicy strzelając na oślep do wszystkich, kto tylko był na celowniku, popędzali ludzi w stronę kościoła, starej i nowej szkoły. Wkrótce miały one zapłonąć oblane benzyną razem z nimi.
Obok wejścia [do kościoła] – pisze dalej E. Gross – siedziała na śniegu młoda kobieta z noworodkiem lub poronionym dzieckiem na ręku. Jej lament budził litość i współczucie, lecz nikt się nią nie zajmował, nikt nie zareagował na jej prośby, żeby ją ktoś zabił. Konała w męczarniach….
Janek opierał się, płakał, krzyczał i za nic nie chciał iść – cytuje inną relację Andrzej Rybicki. – Wówczas rozwścieczony (ukraiński) esesman chwycił Janka za nogi i z rozmachem uderzył głową chłopca o narożnik domu. Jakiś młody chłopiec błagał i prosił, żeby go puścili. Pacyfikator uśmiechnął się zjadliwie i machnął ręką: idź, wypuszczam. Chłopiec obrócił się i chciał pobiec, ale esesman z dużą siłą wbił mu bagnet w plecy.
Pod kościołem – pisze A. Rybicki – zginął dowódca samoobrony Kazimierz Wojciechowski. Jak mówią świadkowie, oblano go łatwopalną cieczą i podpalono. („Nasz Dziennik”, 9. 01. 2001). Żywa pochodnia płonęła na oczach wsi. Wcześniej jeszcze w domu zamordowano jego żonę i ukrywających się Żydów. Riwa strzeliła do zastępcy dowódcy pacyfikacji z polskiego wisa. Za sekundę także sama padła.
Po strasznym zamordowaniu Wojciechowskiego rozprawiono się z resztą domniemanych obrońców, którzy byli bezbronni. Wystrzelano ich co do jednego z karabinu maszynowego na placu pod kościołem.
A w kościele?
Do kościoła zaganiano pierwsze ofiary – zeznaje przed Jolantą Woś Stanisław Krawczyk. – SS-mani w śnieżnobiałych kombinezonach upychali ludzi między ławkami. Przechodzili i uderzali po głowach: trach, trach, trach. Ogłuszeni padali pod ławki. Wówczas wganiano następnych. Trzy warstwy dygocących ciał. Opary, słodkawomdła woń krwi. Pobici mężczyźni wnieśli w kocu rodzącą kobietę. Położyli ją koło konfesjonału. – Dzieciątko było już między nogami matki….
Czy chodzi o ten sam poród, opisany przez A. Kormana?:
W nocy z 27 na 28 lutego 1944 r. Franciszkę Michalewską z domu Biernacką… zaatakowały bóle porodowe i była przy niej położna-akuszerka. Esesmani wtargnęli do jej domu, wyprowadzili ją wraz z położną… doprowadzili do kościoła, gdzie posadzili ją na stopniu ołtarza, a przy niej położną. Gdy bóle porodowe przybierały na sile, a F. Michalewska bardzo jęczała i zaczęła rodzić, to . W obronie chorej wystąpiła położna. W odpowiedzi obydwie zostały zastrzelone i ukraiński esesowiec narzucił na nie bieliznę kościelną.
Przed kościołem, podobnie jak w kościele, działy się sceny wręcz dantejskie – zwłaszcza wówczas, gdy rozdzielano rodziny, wyrywano dzieci matkom, by je na oczach rodziców mordować, matki zaś miały spłonąć żywcem osobno.
Mordercy – pisze dalej E. Gross – po uporaniu się z dziećmi oblali obiekt benzyną i podpalili… Mimo że ogień jeszcze buzował … banderowcy uznali, że już nikt się z niego nie wydostanie i odeszli. Poszli dalej walczyć o samostijną Ukrainę.
Dopalał się dzień Apokalipsy, banderowcy wyręczając esesmanów, wyprowadzali partiami ludzi z kościoła na kaźń.
Byłam w jednej z ostatnich grup dziewcząt, które wyprowadzono z kościoła – pisze Wanda Kobylańska-Gośniowska. – Widok, jaki ujrzałam po wyjściu z kościoła był tak przerażający, że paraliżował wszystkie umysły – nie mogłam uwierzyć oczom i uszom. Naokoło morze płomieni i ciemne chmury dymu oraz okropne wycie psów, ryk krów i swąd spalonych ciał ludzkich i zwierzęcych. Nie mieliśmy żadnych złudzeń co do czekającego nas losu, a ból po naszych krewnych krwawił nam serca do tego stopnia, że nie reagowaliśmy na bicie nas kolbami i kłucie bagnetami. Słyszeliśmy przy każdym uderzeniu: wże propała wasza Polszcza albo to jest wasza Polszcza”.
Pacyfikacja zakończyła się późnym popołudniem. Wpierw dokończono rabowania mienia i niszczenia.
Następna ostoja polskości na ziemi praojców znikała w płomieniach ognia i kłębach dymu. Około godz. 17 esesmani i banderowcy uformowali kolumny marszowe i ze śpiewem odmaszerowali do Pieniak, gdzie tamtejsi Ukraińcy przygotowali dla nich bramę powitalną, a tymczasem „dookoła leżało pełno ludzkich zwłok, w tym również małych dzieci, a „zwycięzcy” przechodzili obok nich z taką obojętnością, z jaką przechodzi drwal obok kłód drzewa po dokonanej przez niego ścince. Co najwyżej któryś z nich rzucił okiem na „pobojowisko”, by ocenić „sukcesy” Ukraińskiej Powstańczej Armii nad Polakami w tej wsi”.
Po wyjściu ze wsi esesmanów, banderowców oraz policjantów z historycznych Podhorzec, na miejscu pozostali rizuni i siekiernicy kończący plądrowanie domostw. Z przekazu wynika, że prowodyrem tej czerniawy był Hryćko Szczerbatyj.
Szczerbatyj dał komendę… aby ci podpalali budynki. Wszystko spalcie! Żeby żaden kamyczek nie pozostał.
W 1981 r. w księdze Post imeni Jarosława Hałana jest szkic Requiem nad zamordowaną wsią, a w nim wywiad M. Toporowskiego z H. Szczerbatym. On też pisze:
I oto siedzę naprzeciwko Hryhorija Szczerbatego, tego samego. Siedzę i nie mogę oderwać oczu od rąk, które polewały benzyną budynki, od rąk, które paliły ludzi żywcem. Zewnętrznie jest niby spokojny, ale zdradzają go wciąż te same ręce: przez cały czas w ruchu, zaciskają się. Tak, on nie zaprzecza: była w jego życiu Huta Pieniacka, ale za inne przestępstwa odbył już karę. Faktycznie wobec prawa Szczerbatyj jest czysty. A wobec ludzi spalonych i żywych?
Badacze polscy, m.in. A. Korman, oceniają, że masakry uniknęło zaledwie 161 osób – lub nieco więcej. Z tego 49 osób, które wcześniej opuściły Hutę, 15 osób ocalało na wieży kościelnej, 7 – w piwnicach kościoła, 1 w piwnicy szkolnej, 61 osób w schronach uprzednio przygotowanych, 19 w innych kryjówkach i 9 w wyniku desperackiej, szczęśliwej ucieczki.
I ta ocalała garstka wraz z Polakami z okolicznych siół, których jeszcze nie wyrżnięto, przystąpiła do pochówku.
Gdy przybyliśmy – piszą Bronisław Jabłoński i Antoni Orłowski z Huty Werchobuskiej – to zobaczyliśmy straszliwy obraz tej wsi, dopalały się domy, na polach i ogrodach można było spotkać leżących ludzi starych, i młodych, mężczyzn i kobiety, bardzo to strasznie wyglądało… małe dzieci były pozawieszane na płotach i leżały z rozmiażdżonymi głowami … na śniegu, który był przesączony krwią…
Do pochówku wykorzystano doły po wapnie, które użyto do budowy kościoła i szkoły. Wyścielono je słomą i poukładano na niej zwłoki lub tylko ludzkie zwęglone szczątki, przykryto je też słomą, przysypano podolskim czarnoziemem. Ilu ich było? Niepełny wykaz nazwisk ustalony przez Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów wskazuje na 800 osób. Wykaz niepełny, jest wciąż uzupełniany. Można się spodziewać, że sięgnie on liczby 1000 osób, a nawet więcej.
Władze konspiracyjne Polskiego Państwa Podziemnego ustaliły i podały do publicznej wiadomości w „Przeglądzie Tygodniowym” (10-17 marca 1944 r.):
Autorem tragedii był komendant posterunku policji ukraińskiej w Podhorcach zawzięty wróg polskości. Dręczyła go obronna postawa polskiej ludności Huty, wobec której wszelki zamach skazany był na niepowodzenie, użył zatem podstępu i… doniósł, że ludność posiada broń i przechowuje Żydów… Napad był podobno aktem samowoli oddziałów ukraińskich SS dywizji Galicja… Wśród zgliszcz piętrzą się stosy trupów, zbitych w jedną masę. W jednej ze stodół stoi tam prawie jednolita masa około 80 zwęglonych trupów. Wedle zgodnej opinii ocalałych świadków mordu napastnicy mordowali ofiary w sposób bestialski, wśród objawów o jakich się czyta w opisach praktyk najdzikszych plemion. Więc dzieciom żywcem rozpruwano brzuchy, rozbijano głowy o słupy kamienne itp. Spędzonych w kaplicy-kościółku mężczyzn, mordowano przy akompaniamencie tamt. Harmonium. Gdy „bohaterzy” wracali po akcji przez wieś Pieniaki, tamtejsza ludność ukraińska wystawiła im bramę triumfalną i oklaskiwała.
Ukraińscy mieszkańcy Pieniak mówią, że esesmani mijając bramę triumfalną mieli wyśmienite humory i zapijaczonymi głosami „derły sia na ciłi ryła” śpiewając:
A my toju czerwonu kałyny pidijmemo,
A my naszu sławnu Ukrajinu, hej – hej, rozwesełymo.
Nie wszystkim jednak Ukraińcom to się podobało. Ostro potępił mord ludności polskiej paroch cerkwi NMP w Choroście Starym o. Iwan Doruk, ksiądz greckokatolicki. Na kazaniu wezwał wiernych do opamiętania. Jeszcze tej samej nocy zjawiła się na plebanii bojówka SB OUN, aby pozbawić duchownego życia strzałem w tył głowy.
Zapytana po wojnie w sprawie wspólnego napadu „dywizyjników” i upowców na Hutę Pieniacką, Julia Łućka, żona O. Łućkiego, który w tym czasie był atamanem w UPA przeto całą sprawę znała dokładnie, bez zastrzeżeń odpowiedziała:
Likwidacja spokojnych polskich mieszkańców nie wyłączając starców, dzieci i chorych… Huta Pieniacka nie była pod tym względem żadnym wyjątkiem. Nie była też wyjątkiem, gdy idzie o współdziałanie w zbrodni UPA z esesmanami dywizji SS-Hałczyna….
Reportaż filmowy„SS w Wielkiej Brytanii spowodował to, że także społeczeństwo polskie dowiedziało się o tym, iż Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu od lat prowadzi śledztwo w sprawie Huty Pieniackiej – i na tym sprawa się kończy. Jak dotąd, nie pociągnięto do odpowiedzialności sądowej, poza b. ZSRR, żadnego ukraińskiego esesmana – nawet spośród tych, którzy byli później w UPA a teraz mieszkają w Polsce.
Dotychczas przesłuchano 120 świadków huteńskopieniackiej masakry, ustalono 60 osób poszkodowanych. Tyle śledztwo, wprawdzie rozpoczęte już w 1944 r., ale później w PRL – zaniechane. Wznowiono je w 1992 r. śledztwem tym kierował dr Jacek E. Wilczur z Warszawy, ale po jego odejściu z Głównej Komisji wyraźnie przycichło. Teraz, po nagłośnieniu przez Anglików, ożyło na nowo. Materiały zbrodni, choć skrzętnie zacierane i niszczone, są jeszcze w archiwach ukraińskich, ale nie można na nie liczyć. Władze ukraińskie ukryły je przed okiem polskich (i nie tylko polskich) badaczy, a Polacy nie protestują. Wolą uniki albo udawanie, że się zgadzają z opiniami własnych fałszerzy, udających „profesjonalnych historyków”.
Kiedy dziesięć lat temu w tygodniku „Tak i Nie” pisałem o mordzie popełnionym przez wojaków SS-Galizien na mieszkańcach Huty Pieniackiej, wtedy odezwał się z Kanady Wasyl Weryha – były podoficer tej jednostki, a teraz sekretarz generalny światowego Kongresu Wolnych Ukraińców. Absolutnie zaprzeczył obecności 4 pułku SS-Galizien w Hucie Pieniackiej – więcej, zagroził sądem za rzekome zniesławienie. Wsparli go w nagonce na autora Rycerzy żelaznej ostrogi niektórzy polscy politycy i publicyści, którzy również dziś grają pierwsze skrzypce. Teraz, po emisji filmu J. Hendy’ego, po dowodach zaprezentowanych przez licznych badaczy i po podaniu ich jako niepodważalnych w światowych mediach, Weryha nie byłby w stanie już zaprzeczać i grozić. Dlatego przezornie milczy. Milczą też ci dobrodzieje SS-Galizien, którzy przyczaili się w Polsce.
hendryxen
http://www.gralakhen.republika.pl
Hendryxen powiedział/a
Hendryxen
16.03.2009 at 11:31pm
Polski Holokaust:
(….)teolog żydowski odpowiedział, że Polacy powinni dać Żydom pieniądze: 65 miliardów dolarów za żydowskie dobra i 35 miliardów dolarów odsetek.
Niemcy mordowali w Jedwabnem
Senator Jadwiga Stokarska
W informacji o działalności Instytutu Pamięci Narodowej, Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu
- Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu przekazanej senatorom, na stronie 33 między innymi podano, że w toku obecnie prowadzonego śledztwa, po przesłuchaniu czterdziestu dwóch świadków “przyjąć można, że w zbrodni tej czynnie uczestniczyli polscy mieszkańcy Jedwabnego, głównie młodzi mężczyźni w liczbie około 40, współdziałający z obecnymi na miejscu zdarzeń ośmioma niemieckimi żandarmami. Ustala się także, czy i w jakim zakresie w zbrodni tej mogło uczestniczyć kilkuosobowe komando gestapo z Ciechanowa”.
10 lipca 2001 r., w sześćdziesiątą rocznicę hitlerowskiego mordu Żydów w Jedwabnem w czasie uroczystości żałobnych ambasador Izraela Szewach Weiss powiedział: “Ludzie, którzy żyli tuż obok i znali nawzajem swoje imiona – a jak wiadomo, każdy człowiek ma imię – zamordowali i spalili swoich sąsiadów. To dlatego to wydarzenie się jawi aż tak brutalnie, szokująco i boleśnie”.
Leszek Miller, przewodniczący SLD, powiedział: “Oddaliśmy hołd Polakom, którzy zostali zamordowani przez innych Polaków, i ten mord przecież nie został dokonany w imieniu państwa polskiego. Robimy dzisiaj to, co powinniśmy zrobić jako przedstawiciele państwa polskiego”. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski powiedział: “Zbrodniarze mieli poczucie bezkarności, gdyż okupanci zachęcali do takich czynów. (…) Wiemy z całą pewnością, że wśród prześladowców i oprawców byli Polacy. Nie możemy mieć wątpliwości – tu w Jedwabnem obywatele Rzeczypospolitej Polskiej zginęli z rąk innych obywateli Rzeczypospolitej. Ludzie ludziom, sąsiedzi sąsiadom zgotowali ten los. W Jedwabnem nie było polskich władz. Państwo polskie nie było w stanie obronić swoich obywateli przed mordem dokonanym z hitlerowskim przyzwoleniem i z hitlerowskiej inspiracji. (…) Ci, którzy brali udział w nagonce, bili, zabijali, podkładali ogień, popełnili więc zbrodnię nie tylko wobec swych żydowskich sąsiadów. Są winni wobec Rzeczypospolitej, wobec jej wielkiej historii i wspaniałych tradycji”.
Na tej samej uroczystości Stanisław Krajewski ze Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powiedział: “Jestem wdzięczny prezydentowi za to, co powiedział i za to, co zrobił, żeby Polacy nie zapomnieli swoich czynów. Bo to przecież Polacy zrobili”.
Prezes Instytutu Pamięci Narodowej pan Leon Kieres na spotkaniu z organizacjami żydowskimi w Nowym Jorku powiedział, cytuję za “Rzeczpospolitą” z 14 lutego 2001 r.: “Wiemy, że zbrodni dopuścili się Polacy, chociaż trzeba wyjaśnić, czy i w jakim stopniu inspirowali ich Niemcy”.
A jak było naprawdę?
Po rozpoczęciu przez media nagonki na mieszkańców Jedwabnego kilkakrotnie odwiedziłam to miasteczko. Dzięki bezpośrednim i pośrednim świadectwom dotyczącym tych wydarzeń poznałam zupełnie inną rzeczywistość od tej, jaką kreują środki masowego przekazu i jaką kreowali przedstawiciele życia publicznego podczas uroczystości w Jedwabnem.
Już we wrześniu 1939 r. w Jedwabnem powstał silny ruch oporu, który uformował się z uczestników podwarszawskich szkół wojskowych. We wrześniu 1939 r. Jedwabne zajęli Niemcy, a następnie odstąpili je Rosjanom. Po wejściu Rosjan natychmiast z urzędów zwolniono Polaków i wszystkie urzędy, łącznie z miejskim, obsadzili Żydzi. Otrzymali oni od Rosjan broń i utworzyli miejscową milicję. Sporo młodych Żydów wstąpiło do NKWD, do Komsomołu, do partii bolszewickiej. W Jedwabnem Żydzi utworzyli listę Polaków do wywózki na Sybir i bezpośrednio ją nadzorowali. Komisarz spod Moskwy, zapytany przez Polkę wytypowaną wraz z rodziną do wywózki, skąd zna szczegóły dotyczące liczby osób w jej rodzinie, skąd wie, że posiada konia i wóz, na który mają się załadować, odpowiedział: “To nie my przywieźliśmy ze sobą swoje sobaki, to wy macie tu swoich Jewrejów”.
Żydzi odegrali szczególną rolę w ujawnieniu i rozbiciu polskiego ruchu oporu przez NKWD i Armię Czerwoną. Doszło do walki, w której zginęli partyzanci i enkawudziści. Doszło do aresztowania księdza Szumowskiego związanego z ruchem oporu. Został on wywieziony do Mińska Białoruskiego i rozstrzelany.
Według informacji zawartych w wydanym przez MON w 1974 r. dzienniku wojennym generała pułkownika Franza Haldera, w tomie trzecim, zatytułowanym “Od kampanii rosyjskiej do marszu na Stalingrad, 22.06.1941 r. – 29.09.1942 r.”, gdy Niemcy uderzyli na ZSRS w czerwcu 1941 r., za Białymstokiem wytworzył się stały front. Niemcy otoczyli jednostki NKWD. W dwóch kotłach prawdopodobnie znalazło się od sześćdziesięciu do stu jednostek NKWD, wśród których Wehrmacht zidentyfikował kilkadziesiąt żydowskich jednostek NKWD. Po napaści Niemców na ZSRS Stalin ogłosił tak zwaną wojnę Związku Sowieckiego. Wezwał wszystkie narody Związku Sowieckiego, by jeśli gdziekolwiek spotkają Niemców, prowadzili z nimi bezwzględną walkę.
W ten sposób Stalin przeniósł walkę z armii regularnych na cywilów. Stalin wezwał też między innymi wszystkich przyjaciół i sympatyków Związku Sowieckiego do włączenia się do tej walki. Dla Niemców stało się oczywiste, że na tyłach ich frontów utworzy się partyzantka z tych niedobitków rosyjskich i żydowskich, które przedarły się przez kotły.
Po obławie Żydzi powrócili do swoich miejscowości, między innymi do Jedwabnego. Wehrmacht, który zidentyfikował Żydów w kotłach, postanowił wziąć odwet na tych Żydach, którzy pochodzili z danych miejscowości, byli w armii sowieckiej lub w NKWD i walczyli ramię w ramię z komunistami. Oddział białostocki Wehrmachtu wezwał szybko Himmlera na naradę, na której postanowiono, że w lipcu i sierpniu zostaną rozstrzelani wszyscy Żydzi związani z NKWD i biorący udział w walce z Niemcami. Niemcy zaplanowali wybicie od czterdziestu do pięćdziesięciu młodych Żydów w każdej większej miejscowości, a następnie wyniszczenie ich do trzeciego pokolenia przez spalenie ich rodzin. W Białymstoku
Ustalono miejscowości
z których wywodzili się Żydzi zidentyfikowani w kotłach. Było to między innymi Jedwabne. Z Prus Wschodnich do Związku Sowieckiego, w kierunku Białegostoku postępowały tak zwane oddziały porządkowe, czyli oddziały do niszczenia ludzi. Było to pięć grup gestapo. Pierwsza grupa miała za zadanie rozstrzelać wszystkich sekretarzy partii komunistycznych bez względu na narodowość. Druga z tych grup miała za zadanie walczyć z tak zwanymi maruderami, to znaczy z uciekinierami z wojska, ludźmi niezameldowanymi, szpiegami, wałęsającymi się. 10 lipca 1941 r. rano do Jedwabnego zjechały trzy grupy gestapo. Pierwsza grupa to oddziały szturmowe SA, druga to jednostki zmotoryzowane NSDAP-NSKK i trzecia to przysposobienie lotnicze NSPK spod Ciechanowa. Były to jednostki lotnicze w błękitnych mundurach, świadomie lub nieświadomie mylone przez Grossa w jego książce z polską policją granatową. Jednostki lotnicze podlegały Erichowi Kochowi, który stacjonował w Królewcu i rządził całymi Prusami Wschodnimi.
Jak mówią świadkowie, pędzonych Żydów mogło być w granicach stu sześćdziesięciu, dwustu osób. Po obu stronach orszaku żandarmi pod przymusem rozstawili Polaków i fotografowali ich na tle pędzonych Żydów. Użytych do konwojowania orszaku żydowskiego Polaków Niemcy odprawili około 200 m przed stodołą, na wysokości obecnej ulicy Krasickiego. Prawdopodobnie trzech Polaków nie wycofało się i zginęło w stodole razem z Żydami.
Młodym Żydom, niosącym popiersie Lenina, żandarmi nakazali wykopać w stodole dół, a po sprawdzeniu nazwisk i odczytaniu rozkazu przez Żyda Macpołowskiego w stopniu kapitana gestapo zostali rozstrzelani przez Niemców. Następnie do stodoły Niemcy wpędzili pozostałych przypędzonych z rynku Żydów, czyli rodziny i krewnych do trzeciego pokolenia Żydów rozstrzelanych wcześniej. Niemcy benzyną lotniczą oblali dookoła stodołę, otoczyli ją kordonem i podpalili. Według relacji świadków, nikt nie miał szans uciec ze stodoły.
Następnego dnia z rozkazu Niemców Polacy pogrzebali zamordowanych Żydów w obu zbiorowych mogiłach. Do jednej z nich wrzucono popiersie Lenina. Ciała zamordowanych Żydów, zgromadzone w postaci piramidy, Polacy zastali w jednym rogu stodoły – według świadków na klepisku leżało jedno lub dwa ciała. Nie były one zwęglone. Jak wynika z “Dziennika wojennego” Franza Haldera, Żydzi w stodole nie zginęli jako Żydzi, lecz jako komuniści i rodziny tych komunistów – na podstawie wyroku wydanego przez Wermacht w Białymstoku i odczytanego im przed śmiercią przez Żyda-gestapowca. Dla Żydów Niemcy przeznaczyli inną śmierć: poprzez getto. Getto w Jedwabnem Niemcy utworzyli 11 lipca 1941 r. Zamknęli w nim około stu, stu trzydziestu Żydów, przetrzymywali ich do listopada, po czym przewieźli do Łomży, następnie do Treblinki i tam stracili. Masakra w Jedwabnem była zorganizowana i
przeprowadzona przez Niemców
a nie przez Polaków. Polacy byli zmuszeni przez gestapo do identyfikacji rodzin spokrewnionych z Żydami-komunistami. Pod lufami karabinów niemieckich, bici kolbami, Polacy byli zmuszeni do wyprowadzenia Żydów z domów i konwojowania ich na rynek. Tym, którzy uważają, że Polacy nie musieli tego wykonać, należy przypomnieć tragiczną sytuację Calela Perechodnika, który jako żydowski policjant w podwarszawskim getcie, zmuszony przez Niemców, wysyłał transporty Żydów do Treblinki, w tym własną rodzinę.
Jeszcze inną sytuację opisuje Stefan Korboński w książce “Polacy, Żydzi, Holocaust”. Cytuję: “We Lwowie w obozie pracy codziennie rano na apelu dwóch rabinów zmuszanych jest do tańczenia fokstrota w rytm muzyki granej przez żydowską orkiestrę”.
Jak w świetle przytaczanych wyżej informacji z “Dziennika wojennego” autorstwa pułkownika Franza Haldera należy rozumieć treść artykułu pod tytułem “Dyplomacja prewencyjna”, napisanego przez Jerzego Sławomira Maca przy współpracy z Ryszardem Kamińskim, a zamieszczonego w czasopiśmie “Wprost” z 28 stycznia 2001 r.? Cytuję: “Przebieg pogromów w Zarębach Kościelnych, Stawiskach, Wąsoszy, Wiźnie, Brańsku, Kolnie, Radziłowie, Szczuczynie i Tykocinie był podobny jak w Jedwabnem. Zaraz po wkroczeniu Niemców, często nawet nie czekając na ich przyzwolenie, zabierano się do rabowania żydowskiej własności. Broniących jej ludzi bito, a gdy okazało się, że hitlerowcy pozwalają też bezkarnie mordować, zabijano, by nie było świadków. We wszystkich wypadkach tłumem dowodziły grupy pijanych prowodyrów, często przemieszczających się z miasta do miasta. Na rzeź w Radziłowie przyjechali mieszkańcy Wąsoszy po skończonym właśnie u siebie pogromie, a dołączyli do niego pospiesznie zaprzęganymi furmankami chłopi z okolicznych wiosek. Pogrom zawsze poprzedzał spektakl mający upokorzyć i ośmieszyć ofiary. Żydom kazano niszczyć wzniesione przez Sowietów pomniki, zaprzęgano ich do wozów, kazano im tańczyć, przebierać się, obcinano im brody, bezczeszczono zwoje Tory. Finałem pogromu było często zegnanie reszty Żydów i podpalenie ich w stodole, jak w Jedwabnem i Radziłowie, lub w synagodze – jak w Stawiskach. Kres zbrodniom z reguły kładli Niemcy, jeżeli uznali, że na razie wystarczy”.
Autorzy powyższego artykułu oraz Tomasz Gross w swojej książce “Sąsiedzi” zamieścili obrazy prawdopodobnie z wydarzeń, jakie miały miejsce w getcie białostockim, opisane przez Żyda o nazwisku Kapłan w książce, która znajduje się w Instytucie Żydowskim.
W getcie białostockim działał Judenrat – organizacja żydowska, która spisywała Żydów i donosiła na nich hitlerowcom. Żydzi w getcie białostockim mścili się na rodakach, zdrajcach z Judenratu. Obcinali im brody, ręce, języki, uszy. Być może bohater książki Grossa – Szmul Waserman – czytał książkę Kapłana. Szmul Waserman po wojnie był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Łomży. Pod jego patronatem odbywały się przesłuchania Polaków oskarżonych o mord Żydów w Jedwabnem. Jego zasłudze przypisuje się wyrytą w kamieniu informację, że w Jedwabnem w stodole zginęło 1600 Żydów, a nie 160, jak to zostało udokumentowane przez Niemców.
Nie było możliwości, aby Polak, lub ktoś inny mógł zabić Żyda. Żandarmi byli zobowiązani codziennie sporządzać meldunki o nastrojach i wydarzeniach na swoim terenie. Meldunki te poprzez Ostrołękę, Suwałki, Ciechanów, docierały do Królewca i na drugi dzień rano trafiały na biurko Ericha Kocha. Nic nie mogło się zdarzyć, o czym nie wiedziałaby żandarmeria i nie wiedziałby Koch.
Tomasz Gross w swojej książce napisał, że na krótko przed tragedią do Jedwabnego przyjechało wielu Żydów, między innymi uciekinierzy z Ostrołęki. Według informacji świadków z Ostrołęki, bogaci Żydzi uciekali poprzez Warszawę do Stanów Zjednoczonych. Byli przewożeni przez przekupionych Niemców do Drezna, a stamtąd na okręty. Żydzi-komuniści uciekali zaś z Ostrołęki do Związku Sowieckiego przez Jedwabne. Tuż przed tragedią uciekli także za granicę bogaci Żydzi z Jedwabnego; część biednych ukryła się w polskich rodzinach.
Jeden z Polaków w Stanach Zjednoczonych w rozmowie z bogatą Żydówką wykupioną z holocaustu powiedział: “Wy, bogaci, wykształceni Żydzi, porzuciliście własny naród”. W odpowiedzi usłyszał: “To zginęło samo szachrajstwo”.
Mieszkańcy Jedwabnego, których rodzice, mimo rozwieszonych w mieście plakatów uprzedzających, co stanie się z Polakami niosącymi Żydom pomoc, przygarniali ich do swoich rodzin, ukrywali, karmili, mówią teraz z rozgoryczeniem: “Na własnych piersiach wyhodowaliśmy sobie wrogów”. Z książki Stefana Korbońskiego pt. “Polacy, Żydzi, Holocaust” dowiadujemy się, że społeczeństwo polskie
pomagało Żydom
w różnoraki sposób. Przemycano do gett żywność, mimo że za podanie Żydowi kromki chleba groziła kara śmierci; przemycano Żydów z getta i ukrywano ich w polskich rodzinach, narażając je na największe niebezpieczeństwo, i dzielono się z Żydami swoim ubogim wiktem. W samej Warszawie w ukrywaniu 18 tysięcy Żydów uczestniczyło 100 tysięcy Polaków. Jaki inny kraj może wykazać się przykładem tak bezinteresownej determinacji?
Wśród państw okupowanych przez Niemcy Polska była jedynym krajem, gdzie za pomoc Żydom groziła kara śmierci, łącznie z wymordowaniem wszystkich członków rodziny aż do trzeciego pokolenia. Głęboka wiara katolicka, cechująca naszych dziadków i rodziców, czyniła ich zdolnymi do takiej ofiary na rzecz drugiego człowieka.
Z pomocą Żydom spieszyły także polskie władze podziemne. Rząd Polski w Londynie finansował Organizację Pomocy Żydom “Żegota”. Organizacja Walki Cywilnej regularnie apelowała do rządów państw alianckich, do międzynarodowych organizacji publicznych, w tym do międzynarodowych organizacji żydowskich, o ratunek dla Żydów ginących w gettach i hitlerowskich obozach zagłady. Apele pozostawały bez odzewu.
Jak pisze Korboński, nie podjęto żadnych działań, mimo że Delegatura Rządu na Kraj i Komenda Główna AK żądały od aliantów odwetowych nalotów dywanowych na miasta niemieckie i bombardowania linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Jeden z czołowych emisariuszy podziemnego Rządu Polskiego Jan Karski, pokonując olbrzymie trudności, docierał do Londynu, Paryża, Stanów Zjednoczonych. Jako naoczny świadek holocaustu informował tamtejsze rządy, parlamenty, intelektualistów, prasę, pisarzy oraz czołowych przywódców organizacji żydowskich w Londynie i USA. Eksterminację Żydów poświadczył przed Komisją do spraw Badania Zbrodni Wojennych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Pod koniec wojny okazało się, że o hitlerowskiej zagładzie Żydów w Polsce nic nie wiedziały ani organizacje żydowskie, ani przywódcy rządów państw zachodnich.
W czasie żałobnych uroczystości w dniu 10 lipca 2001 r., nazwanych przez proboszcza parafii Jedwabne, księdza prałata Edwarda Orłowskiego, celebracją kłamstwa, zgłosił się do księdza proboszcza teolog żydowski z tłumaczem rządowym. Zarzucał księdzu, że współpracuje z mordercami (miał na myśli mieszkańców Jedwabnego). Uparcie twierdził, że Polacy to mordercy, że zamordowali Żydów w Jedwabnem i że świętym obowiązkiem Polaków jest pomóc Żydom w odbudowaniu państwa izraelskiego i ustabilizowaniu się na terenach arabskich wśród narodów arabskich.
Na pytanie księdza, jak należy to rozumieć, teolog żydowski odpowiedział, że Polacy powinni dać Żydom pieniądze: 65 miliardów dolarów za żydowskie dobra i 35 miliardów dolarów odsetek.
Polski Holokaust:
(….)teolog żydowski odpowiedział, że Polacy powinni dać Żydom pieniądze: 65 miliardów dolarów za żydowskie dobra i 35 miliardów dolarów odsetek.
Niemcy mordowali w Jedwabnem
Senator Jadwiga Stokarska
W informacji o działalności Instytutu Pamięci Narodowej, Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu
- Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu przekazanej senatorom, na stronie 33 między innymi podano, że w toku obecnie prowadzonego śledztwa, po przesłuchaniu czterdziestu dwóch świadków “przyjąć można, że w zbrodni tej czynnie uczestniczyli polscy mieszkańcy Jedwabnego, głównie młodzi mężczyźni w liczbie około 40, współdziałający z obecnymi na miejscu zdarzeń ośmioma niemieckimi żandarmami. Ustala się także, czy i w jakim zakresie w zbrodni tej mogło uczestniczyć kilkuosobowe komando gestapo z Ciechanowa”.
10 lipca 2001 r., w sześćdziesiątą rocznicę hitlerowskiego mordu Żydów w Jedwabnem w czasie uroczystości żałobnych ambasador Izraela Szewach Weiss powiedział: “Ludzie, którzy żyli tuż obok i znali nawzajem swoje imiona – a jak wiadomo, każdy człowiek ma imię – zamordowali i spalili swoich sąsiadów. To dlatego to wydarzenie się jawi aż tak brutalnie, szokująco i boleśnie”.
Leszek Miller, przewodniczący SLD, powiedział: “Oddaliśmy hołd Polakom, którzy zostali zamordowani przez innych Polaków, i ten mord przecież nie został dokonany w imieniu państwa polskiego. Robimy dzisiaj to, co powinniśmy zrobić jako przedstawiciele państwa polskiego”. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski powiedział: “Zbrodniarze mieli poczucie bezkarności, gdyż okupanci zachęcali do takich czynów. (…) Wiemy z całą pewnością, że wśród prześladowców i oprawców byli Polacy. Nie możemy mieć wątpliwości – tu w Jedwabnem obywatele Rzeczypospolitej Polskiej zginęli z rąk innych obywateli Rzeczypospolitej. Ludzie ludziom, sąsiedzi sąsiadom zgotowali ten los. W Jedwabnem nie było polskich władz. Państwo polskie nie było w stanie obronić swoich obywateli przed mordem dokonanym z hitlerowskim przyzwoleniem i z hitlerowskiej inspiracji. (…) Ci, którzy brali udział w nagonce, bili, zabijali, podkładali ogień, popełnili więc zbrodnię nie tylko wobec swych żydowskich sąsiadów. Są winni wobec Rzeczypospolitej, wobec jej wielkiej historii i wspaniałych tradycji”.
Na tej samej uroczystości Stanisław Krajewski ze Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powiedział: “Jestem wdzięczny prezydentowi za to, co powiedział i za to, co zrobił, żeby Polacy nie zapomnieli swoich czynów. Bo to przecież Polacy zrobili”.
Prezes Instytutu Pamięci Narodowej pan Leon Kieres na spotkaniu z organizacjami żydowskimi w Nowym Jorku powiedział, cytuję za “Rzeczpospolitą” z 14 lutego 2001 r.: “Wiemy, że zbrodni dopuścili się Polacy, chociaż trzeba wyjaśnić, czy i w jakim stopniu inspirowali ich Niemcy”.
A jak było naprawdę?
Po rozpoczęciu przez media nagonki na mieszkańców Jedwabnego kilkakrotnie odwiedziłam to miasteczko. Dzięki bezpośrednim i pośrednim świadectwom dotyczącym tych wydarzeń poznałam zupełnie inną rzeczywistość od tej, jaką kreują środki masowego przekazu i jaką kreowali przedstawiciele życia publicznego podczas uroczystości w Jedwabnem.
Już we wrześniu 1939 r. w Jedwabnem powstał silny ruch oporu, który uformował się z uczestników podwarszawskich szkół wojskowych. We wrześniu 1939 r. Jedwabne zajęli Niemcy, a następnie odstąpili je Rosjanom. Po wejściu Rosjan natychmiast z urzędów zwolniono Polaków i wszystkie urzędy, łącznie z miejskim, obsadzili Żydzi. Otrzymali oni od Rosjan broń i utworzyli miejscową milicję. Sporo młodych Żydów wstąpiło do NKWD, do Komsomołu, do partii bolszewickiej. W Jedwabnem Żydzi utworzyli listę Polaków do wywózki na Sybir i bezpośrednio ją nadzorowali. Komisarz spod Moskwy, zapytany przez Polkę wytypowaną wraz z rodziną do wywózki, skąd zna szczegóły dotyczące liczby osób w jej rodzinie, skąd wie, że posiada konia i wóz, na który mają się załadować, odpowiedział: “To nie my przywieźliśmy ze sobą swoje sobaki, to wy macie tu swoich Jewrejów”.
Żydzi odegrali szczególną rolę w ujawnieniu i rozbiciu polskiego ruchu oporu przez NKWD i Armię Czerwoną. Doszło do walki, w której zginęli partyzanci i enkawudziści. Doszło do aresztowania księdza Szumowskiego związanego z ruchem oporu. Został on wywieziony do Mińska Białoruskiego i rozstrzelany.
Według informacji zawartych w wydanym przez MON w 1974 r. dzienniku wojennym generała pułkownika Franza Haldera, w tomie trzecim, zatytułowanym “Od kampanii rosyjskiej do marszu na Stalingrad, 22.06.1941 r. – 29.09.1942 r.”, gdy Niemcy uderzyli na ZSRS w czerwcu 1941 r., za Białymstokiem wytworzył się stały front. Niemcy otoczyli jednostki NKWD. W dwóch kotłach prawdopodobnie znalazło się od sześćdziesięciu do stu jednostek NKWD, wśród których Wehrmacht zidentyfikował kilkadziesiąt żydowskich jednostek NKWD. Po napaści Niemców na ZSRS Stalin ogłosił tak zwaną wojnę Związku Sowieckiego. Wezwał wszystkie narody Związku Sowieckiego, by jeśli gdziekolwiek spotkają Niemców, prowadzili z nimi bezwzględną walkę.
W ten sposób Stalin przeniósł walkę z armii regularnych na cywilów. Stalin wezwał też między innymi wszystkich przyjaciół i sympatyków Związku Sowieckiego do włączenia się do tej walki. Dla Niemców stało się oczywiste, że na tyłach ich frontów utworzy się partyzantka z tych niedobitków rosyjskich i żydowskich, które przedarły się przez kotły.
Po obławie Żydzi powrócili do swoich miejscowości, między innymi do Jedwabnego. Wehrmacht, który zidentyfikował Żydów w kotłach, postanowił wziąć odwet na tych Żydach, którzy pochodzili z danych miejscowości, byli w armii sowieckiej lub w NKWD i walczyli ramię w ramię z komunistami. Oddział białostocki Wehrmachtu wezwał szybko Himmlera na naradę, na której postanowiono, że w lipcu i sierpniu zostaną rozstrzelani wszyscy Żydzi związani z NKWD i biorący udział w walce z Niemcami. Niemcy zaplanowali wybicie od czterdziestu do pięćdziesięciu młodych Żydów w każdej większej miejscowości, a następnie wyniszczenie ich do trzeciego pokolenia przez spalenie ich rodzin. W Białymstoku
Ustalono miejscowości
z których wywodzili się Żydzi zidentyfikowani w kotłach. Było to między innymi Jedwabne. Z Prus Wschodnich do Związku Sowieckiego, w kierunku Białegostoku postępowały tak zwane oddziały porządkowe, czyli oddziały do niszczenia ludzi. Było to pięć grup gestapo. Pierwsza grupa miała za zadanie rozstrzelać wszystkich sekretarzy partii komunistycznych bez względu na narodowość. Druga z tych grup miała za zadanie walczyć z tak zwanymi maruderami, to znaczy z uciekinierami z wojska, ludźmi niezameldowanymi, szpiegami, wałęsającymi się. 10 lipca 1941 r. rano do Jedwabnego zjechały trzy grupy gestapo. Pierwsza grupa to oddziały szturmowe SA, druga to jednostki zmotoryzowane NSDAP-NSKK i trzecia to przysposobienie lotnicze NSPK spod Ciechanowa. Były to jednostki lotnicze w błękitnych mundurach, świadomie lub nieświadomie mylone przez Grossa w jego książce z polską policją granatową. Jednostki lotnicze podlegały Erichowi Kochowi, który stacjonował w Królewcu i rządził całymi Prusami Wschodnimi.
Jak mówią świadkowie, pędzonych Żydów mogło być w granicach stu sześćdziesięciu, dwustu osób. Po obu stronach orszaku żandarmi pod przymusem rozstawili Polaków i fotografowali ich na tle pędzonych Żydów. Użytych do konwojowania orszaku żydowskiego Polaków Niemcy odprawili około 200 m przed stodołą, na wysokości obecnej ulicy Krasickiego. Prawdopodobnie trzech Polaków nie wycofało się i zginęło w stodole razem z Żydami.
Młodym Żydom, niosącym popiersie Lenina, żandarmi nakazali wykopać w stodole dół, a po sprawdzeniu nazwisk i odczytaniu rozkazu przez Żyda Macpołowskiego w stopniu kapitana gestapo zostali rozstrzelani przez Niemców. Następnie do stodoły Niemcy wpędzili pozostałych przypędzonych z rynku Żydów, czyli rodziny i krewnych do trzeciego pokolenia Żydów rozstrzelanych wcześniej. Niemcy benzyną lotniczą oblali dookoła stodołę, otoczyli ją kordonem i podpalili. Według relacji świadków, nikt nie miał szans uciec ze stodoły.
Następnego dnia z rozkazu Niemców Polacy pogrzebali zamordowanych Żydów w obu zbiorowych mogiłach. Do jednej z nich wrzucono popiersie Lenina. Ciała zamordowanych Żydów, zgromadzone w postaci piramidy, Polacy zastali w jednym rogu stodoły – według świadków na klepisku leżało jedno lub dwa ciała. Nie były one zwęglone. Jak wynika z “Dziennika wojennego” Franza Haldera, Żydzi w stodole nie zginęli jako Żydzi, lecz jako komuniści i rodziny tych komunistów – na podstawie wyroku wydanego przez Wermacht w Białymstoku i odczytanego im przed śmiercią przez Żyda-gestapowca. Dla Żydów Niemcy przeznaczyli inną śmierć: poprzez getto. Getto w Jedwabnem Niemcy utworzyli 11 lipca 1941 r. Zamknęli w nim około stu, stu trzydziestu Żydów, przetrzymywali ich do listopada, po czym przewieźli do Łomży, następnie do Treblinki i tam stracili. Masakra w Jedwabnem była zorganizowana i
przeprowadzona przez Niemców
a nie przez Polaków. Polacy byli zmuszeni przez gestapo do identyfikacji rodzin spokrewnionych z Żydami-komunistami. Pod lufami karabinów niemieckich, bici kolbami, Polacy byli zmuszeni do wyprowadzenia Żydów z domów i konwojowania ich na rynek. Tym, którzy uważają, że Polacy nie musieli tego wykonać, należy przypomnieć tragiczną sytuację Calela Perechodnika, który jako żydowski policjant w podwarszawskim getcie, zmuszony przez Niemców, wysyłał transporty Żydów do Treblinki, w tym własną rodzinę.
Jeszcze inną sytuację opisuje Stefan Korboński w książce “Polacy, Żydzi, Holocaust”. Cytuję: “We Lwowie w obozie pracy codziennie rano na apelu dwóch rabinów zmuszanych jest do tańczenia fokstrota w rytm muzyki granej przez żydowską orkiestrę”.
Jak w świetle przytaczanych wyżej informacji z “Dziennika wojennego” autorstwa pułkownika Franza Haldera należy rozumieć treść artykułu pod tytułem “Dyplomacja prewencyjna”, napisanego przez Jerzego Sławomira Maca przy współpracy z Ryszardem Kamińskim, a zamieszczonego w czasopiśmie “Wprost” z 28 stycznia 2001 r.? Cytuję: “Przebieg pogromów w Zarębach Kościelnych, Stawiskach, Wąsoszy, Wiźnie, Brańsku, Kolnie, Radziłowie, Szczuczynie i Tykocinie był podobny jak w Jedwabnem. Zaraz po wkroczeniu Niemców, często nawet nie czekając na ich przyzwolenie, zabierano się do rabowania żydowskiej własności. Broniących jej ludzi bito, a gdy okazało się, że hitlerowcy pozwalają też bezkarnie mordować, zabijano, by nie było świadków. We wszystkich wypadkach tłumem dowodziły grupy pijanych prowodyrów, często przemieszczających się z miasta do miasta. Na rzeź w Radziłowie przyjechali mieszkańcy Wąsoszy po skończonym właśnie u siebie pogromie, a dołączyli do niego pospiesznie zaprzęganymi furmankami chłopi z okolicznych wiosek. Pogrom zawsze poprzedzał spektakl mający upokorzyć i ośmieszyć ofiary. Żydom kazano niszczyć wzniesione przez Sowietów pomniki, zaprzęgano ich do wozów, kazano im tańczyć, przebierać się, obcinano im brody, bezczeszczono zwoje Tory. Finałem pogromu było często zegnanie reszty Żydów i podpalenie ich w stodole, jak w Jedwabnem i Radziłowie, lub w synagodze – jak w Stawiskach. Kres zbrodniom z reguły kładli Niemcy, jeżeli uznali, że na razie wystarczy”.
Autorzy powyższego artykułu oraz Tomasz Gross w swojej książce “Sąsiedzi” zamieścili obrazy prawdopodobnie z wydarzeń, jakie miały miejsce w getcie białostockim, opisane przez Żyda o nazwisku Kapłan w książce, która znajduje się w Instytucie Żydowskim.
W getcie białostockim działał Judenrat – organizacja żydowska, która spisywała Żydów i donosiła na nich hitlerowcom. Żydzi w getcie białostockim mścili się na rodakach, zdrajcach z Judenratu. Obcinali im brody, ręce, języki, uszy. Być może bohater książki Grossa – Szmul Waserman – czytał książkę Kapłana. Szmul Waserman po wojnie był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Łomży. Pod jego patronatem odbywały się przesłuchania Polaków oskarżonych o mord Żydów w Jedwabnem. Jego zasłudze przypisuje się wyrytą w kamieniu informację, że w Jedwabnem w stodole zginęło 1600 Żydów, a nie 160, jak to zostało udokumentowane przez Niemców.
Nie było możliwości, aby Polak, lub ktoś inny mógł zabić Żyda. Żandarmi byli zobowiązani codziennie sporządzać meldunki o nastrojach i wydarzeniach na swoim terenie. Meldunki te poprzez Ostrołękę, Suwałki, Ciechanów, docierały do Królewca i na drugi dzień rano trafiały na biurko Ericha Kocha. Nic nie mogło się zdarzyć, o czym nie wiedziałaby żandarmeria i nie wiedziałby Koch.
Tomasz Gross w swojej książce napisał, że na krótko przed tragedią do Jedwabnego przyjechało wielu Żydów, między innymi uciekinierzy z Ostrołęki. Według informacji świadków z Ostrołęki, bogaci Żydzi uciekali poprzez Warszawę do Stanów Zjednoczonych. Byli przewożeni przez przekupionych Niemców do Drezna, a stamtąd na okręty. Żydzi-komuniści uciekali zaś z Ostrołęki do Związku Sowieckiego przez Jedwabne. Tuż przed tragedią uciekli także za granicę bogaci Żydzi z Jedwabnego; część biednych ukryła się w polskich rodzinach.
Jeden z Polaków w Stanach Zjednoczonych w rozmowie z bogatą Żydówką wykupioną z holocaustu powiedział: “Wy, bogaci, wykształceni Żydzi, porzuciliście własny naród”. W odpowiedzi usłyszał: “To zginęło samo szachrajstwo”.
Mieszkańcy Jedwabnego, których rodzice, mimo rozwieszonych w mieście plakatów uprzedzających, co stanie się z Polakami niosącymi Żydom pomoc, przygarniali ich do swoich rodzin, ukrywali, karmili, mówią teraz z rozgoryczeniem: “Na własnych piersiach wyhodowaliśmy sobie wrogów”. Z książki Stefana Korbońskiego pt. “Polacy, Żydzi, Holocaust” dowiadujemy się, że społeczeństwo polskie
pomagało Żydom
w różnoraki sposób. Przemycano do gett żywność, mimo że za podanie Żydowi kromki chleba groziła kara śmierci; przemycano Żydów z getta i ukrywano ich w polskich rodzinach, narażając je na największe niebezpieczeństwo, i dzielono się z Żydami swoim ubogim wiktem. W samej Warszawie w ukrywaniu 18 tysięcy Żydów uczestniczyło 100 tysięcy Polaków. Jaki inny kraj może wykazać się przykładem tak bezinteresownej determinacji?
Wśród państw okupowanych przez Niemcy Polska była jedynym krajem, gdzie za pomoc Żydom groziła kara śmierci, łącznie z wymordowaniem wszystkich członków rodziny aż do trzeciego pokolenia. Głęboka wiara katolicka, cechująca naszych dziadków i rodziców, czyniła ich zdolnymi do takiej ofiary na rzecz drugiego człowieka.
Z pomocą Żydom spieszyły także polskie władze podziemne. Rząd Polski w Londynie finansował Organizację Pomocy Żydom “Żegota”. Organizacja Walki Cywilnej regularnie apelowała do rządów państw alianckich, do międzynarodowych organizacji publicznych, w tym do międzynarodowych organizacji żydowskich, o ratunek dla Żydów ginących w gettach i hitlerowskich obozach zagłady. Apele pozostawały bez odzewu.
Jak pisze Korboński, nie podjęto żadnych działań, mimo że Delegatura Rządu na Kraj i Komenda Główna AK żądały od aliantów odwetowych nalotów dywanowych na miasta niemieckie i bombardowania linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Jeden z czołowych emisariuszy podziemnego Rządu Polskiego Jan Karski, pokonując olbrzymie trudności, docierał do Londynu, Paryża, Stanów Zjednoczonych. Jako naoczny świadek holocaustu informował tamtejsze rządy, parlamenty, intelektualistów, prasę, pisarzy oraz czołowych przywódców organizacji żydowskich w Londynie i USA. Eksterminację Żydów poświadczył przed Komisją do spraw Badania Zbrodni Wojennych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Pod koniec wojny okazało się, że o hitlerowskiej zagładzie Żydów w Polsce nic nie wiedziały ani organizacje żydowskie, ani przywódcy rządów państw zachodnich.
W czasie żałobnych uroczystości w dniu 10 lipca 2001 r., nazwanych przez proboszcza parafii Jedwabne, księdza prałata Edwarda Orłowskiego, celebracją kłamstwa, zgłosił się do księdza proboszcza teolog żydowski z tłumaczem rządowym. Zarzucał księdzu, że współpracuje z mordercami (miał na myśli mieszkańców Jedwabnego). Uparcie twierdził, że Polacy to mordercy, że zamordowali Żydów w Jedwabnem i że świętym obowiązkiem Polaków jest pomóc Żydom w odbudowaniu państwa izraelskiego i ustabilizowaniu się na terenach arabskich wśród narodów arabskich.
Na pytanie księdza, jak należy to rozumieć, teolog żydowski odpowiedział, że Polacy powinni dać Żydom pieniądze: 65 miliardów dolarów za żydowskie dobra i 35 miliardów dolarów odsetek.
hendryxen
http://www.gralakhen.republika.pl
kilogram13 powiedział/a
pare linkow, moze przydatnych :
http://www.polandsholocaust.org/
http://szeremeta.republika.pl/index.htm
http://www.kuzmicz.pl/
sum powiedział/a
Zbrodnia w Grębałowie
W Krakowie na osiedlu Wzgórza Krzesławickie obok ulicy Kocmyrzowskiej znajduje się mały pomnik z piaskowca przedstawiający płaczącą niewiastę. Pomnik ten postawiono w roku 1963 staraniem Koła ZBOWiD przy Hucie im.Lenina na pamiątkę rozstrzelania 80-ciu polskich więźniów z wiezienia przy ul. Montelupich w Krakowie.
Mord ten był represją za zastrzelenie dwóch Bahnschutzów w pociągu koło stacji w Grębałowie oraz dwa napady na pociągi wąskotorowej kolei w Topoli Łyszkowicach w powiecie miechowskim. Napadów w Topoli i Łyszkowicach dokonały oddziały Inspektoratu Armii Krajowej „Maria” ( 106 Dywizja A.K.). Kto dokonał zamachu w Grębałowie – nie wiadomo.
Opis zbrodni oparty jest na relacji Salomei Morawiec, mieszkanki Grębałowa, która przebieg zbrodni obserwowała ze swego domu położonego w pobliżu miejsca zbrodni.
We środę dnia 26 stycznia 1944 r. około godziny 21 pociąg jadący z Kocmyrzowa do Krakowa mijał stację kolejową w Grębałowie. Kiedy pociąg zbliżał się w okolicę fortu w jednym z jego wagonów wywiązała się strzelanina. Na wzgórzu koło fortu pociąg się zatrzymał. Jak się potem okazało nieznani osobnicy strzelali w pociągu do niemieckich strażników kolejowych. Jeden ze strażników został zastrzelony, drugi ranny wyskoczył z pociągu. W czasie strzelaniny ranne zostały również dwie kobiety. Ranny strażnik wyskakując z pociągu pchnął owe kobiety tak, ze wypadły z pociągu. Kobiety te powracały z okolic Proszowic wioząc z sobą zakupione artykuły żywnościowe. Jedna z nich pochodziła z Prądnika, druga z Rakowic. Ranne kobiety schroniły się do domu Salomei Morawiec, gdzie udzielono im pierwszej pomocy.
Po pewnym czasie od strony fortu nadjechała furmanka. Dwaj nieznani mężczyźni przynieśli do mieszkania Morawcowej ciężko rannego Bahnschutza. Oświadczyli oni, ze na drodze z Grębałowa do Krzesławic zatrzymali ich dwaj partyzanci i polecili im zabrać zabitego Niemca, leżącego przy torze kolejowym. W rannym rozpoznano Bahnschutza nazwiskiem „Rudek”, który pełnił służbę w pociągu. Niemiec miał około 40 lat, był ranny w głowę i w brzuch. Z otwartej rany wychodziły mu wnętrzności. Karabin zostawił w pociągu, w zaciśniętej dłoni trzymał pistolet. Rannemu udzielono pierwszej pomocy. Telefonicznie zawiadomiono o wypadku stację kolejową w Czyżynach. Około godziny 24-tej od strony Bieńczyc nadjechała lokomotywa z jednym wagonem, w którym przyjechało około 20 polskich kolejarzy z lekarzem dr. Ottenbreitem z Czyżyn.
Według relacji polskich kolejarzy, obecni na stacji kolejowej w Czyżynach Niemcy nie odważyli się na wyjazd. Dr. Ottenbreit opatrzył rannego Niemca oraz kobiety i eszystkich zabrano do wagonu kolejowego i lokomotywa wraz z kolejarzami odjechała w stronę Bieńczyc.
Na drugi dzień, w czwartek około godziny 7-mej rano kolejarz Kazimierz Stolarski z Kantorowic pracujący na stacji kolejowej w Czyżynach wracając po pracy do domu, przyniósł wiadomość, ze ranny Niemiec zmarł w szpitalu w czasie operacji. W tym samym dniu około godziny 9-tej przyjechało do Grębałowa autem osobowym czterech Niemców. Byli w mundurach, jeden z nich mówił po polsku i służył za tłumacza. Wypytywano, kto rannego Niemca znalazł, i kto jakiej udzielił mu pomocy, czy pociąg się zatrzymał, czy słyszano strzały. Tłumacz wyraził się do spisującego protokół, ze „wieś Grębałów należy spalić, bo tam są partyzanci i bandyci”. Po spisaniu protokołu Niemcy odjechali. Ten i następny dzień minęły spokojnie.
W sobotę około godziny 9-tej przybyli Niemcy, zatrzymali ruch na szosie, obstawili teren po obu stronach drogi gęstym kordonem ubezpieczając się w ten sposób ze wszystkich stron. Wszystkich Niemców było około setki. Przyjeżdżali autami ciężarowymi, które zatrzymały się na zakręcie szosy. Auta były zakryte plandekami. Po rozstawieniu ubezpieczenia zaczęto z samochodów wyładowywać powiązanych dwójkami mężczyzn w cywilnych ubraniach. Każdy z nich miał głowę obwiązaną białą przepaską. Wszystkich wyładowanych z aut umieszczono w rowie obok szosy.
Następnie odbywało się rozstrzeliwanie przywiezionych osób na polu w odległości około 10 m od rowu po zachodniej stronie szosy. Po dziesięciu wyprowadzano ich na pole ustawiając w jednym szeregu, twarzami do Niemców ustawionych na szosie. Wykonujących egzekucję było dziesięciu i dowódca. Strzelali równocześnie na komendę, do klęczących na polu ofiar. Po zastrzeleniu każdej dziesiątki dowódca podchodził do każdego z leżących i nogą przyciskał jego głowę do ziemi, a gdy ofiara dawała jeszcze znaki życia – dobijał strzałem z pistoletu w głowę. W podobny sposób zamordowano wszystkich pozostałych. Razem zginęło 80 osób.
Jedna z dziesiątek przeznaczonych do rozstrzelania, szybko samorzutnie ustawiła się do stracenia klękając w szeregu bez rozkazu. Wówczas Niemiec wydający komendę poderwał ich do postawy stojącej, przetrzymał ich w tej postawie przez kilka minut i dopiero na rozkaz kazał im klęknąć i wykonano egzekucję w podobny jak poprzednio sposób. Poszczególne dziesiątki ustawiono na polu wzdłuż szosy na przestrzeni około 50 m.
Po skończonej egzekucji oddział, który tego dokonywał w liczbie 11 – tu SS-manów przybył do sklepu Morawcowej żądając wódki. Z rozmowy, jaką między sobą prowadzili wynikało, że rozstrzelanymi byli „bandyci” przewiezieni z Krakowa, z więzienia przy ul. Montelupich, a rozstrzelano ich w odwet za zabicie dwóch Bahnschutzów w pociągu. Odjeżdżający SS-mani zostawili drukowane ogłoszenie, na którym obok zawiadomienia o rozstrzelaniu 80 osób były nazwiska nowych zakładników. Po pewnym czasie oddział wykonujący egzekucję odjechał do Krakowa.
Pozostali jednak żołnierze ubezpieczający egzekucję oraz ciała pomordowanych, które leżały na polach jeszcze prawie dwie godziny. Zezwolono na ruch pojazdów na szosie, a Niemcy zachęcali przechodzących i przejeżdżających szosą ludzi do oglądania ciał pomordowanych chcąc w ten sposób wzbudzić strach wśród ludności. Większość przechodzących odwracała głowy w przeciwną stronę. Zamordowani byli w różnym wieku, ale wszyscy byli to ludzie dorośli, było wśród nich wielu dobrze ubranych, kilku było w wysokich butach, głowy mieli obwiązane ręcznikami i szmatami.
Do załadowania na auta ciał pomordowanych zamierzano ściągnąć mężczyzn z Grębałowa, lecz – jak się okazało – wszyscy mężczyźni zbiegli w pole. Zbierano więc ludzi przechodzących i przejeżdżających drogą, i zmuszano ich do ładowania ciał.
Na miejscu egzekucji pozostały kałuże krwi, drobne odłamki kości oraz szczątki ciała i mózgu. Mimo iż krew i inne szczątki ofiar zostały zabrane i pieczołowicie pochowane na jednym miejscu, czym zajmował się szczególnie Antoni Grzesiak, dozorca fortu grębałowskiego, w tym miejscu wyrastało przez kilka lat bardzo bujne zboże, które jednak właściciele pól pozostawiali nie kosząc go.
Sama egzekucja trwała około godziny, ciała pomordowanych zabrano, równocześnie zwinięto ubezpieczenie. Koło godziny 13-tej kawalkada aut z wojskiem i z ciałami pomordowanych odjechała w kierunku Krakowa.
Niedługo po dokonaniu zbrodni na miejscu straceń usypano kopczyk i ustawiono drewniany krzyż, a całość ogrodzono sztachetkami.
W 1963 roku staraniem Koła ZBOWiD przy Hucie im. Lenina dla uczczenia pomordowanych, postawiono w odległości około 400 m. od miejsca zbrodni , pomnik przedstawiający płaczącą niewiastę dłuta Jadwigi Horodyskiej . W rocznicę zbrodni oraz w święta państwowe okoliczna ludność składa pod pomnikiem kwiaty i zapala znicze i świece.
Mjr Jan Kotyza, BCh, powiat krakowski
sum powiedział/a
Zbrodnia w Krzesławicach
Koło Krakowa w Krzesławicach obok dawnego toru kolejowego znajduje się pomnik postawiony na pamiątkę rozstrzelania w tym miejscu 10 zakładników w odwet za rzekomy zamach na Bahnschutzów (niemieckich strażników kolejowych) w listopadzie 1943 r.
Kiedy jesiennym wieczorem 1943 r. pociąg osobowy jadący z Kocmyrzowa do Krakowa przebywał odcinek między Grębałowem a Bieńczycami, w jednym z wagonów zabawiali się przy alkoholu niemieccy strażnicy. Finałem zabawy była strzelanina. Strażnicy oddawali przez okna na zewnątrz serie z automatów. Na stacji kolejowej w Bieńczycach jeden ze strażników oddał serię strzałów w kierunku oświetlonych okien sąsiadującego ze stacją domu Turbasów. Na odgłos strzałów podbiegła do okna Zofia Turbasowa obok niej był także sześcioletni syn. Dwa pociski trafiły Turbasową w piersi, przeszły na wylot i utkwiły w przeciwległej ścianie. Kilka innych pocisków utkwiło w zewnętrznej ścianie obok okna. Podczas gdy jedni z domowników ratowali matkę jeden z synów wybiegł z domu po lekarza K.Łowczowskiego. Bahnschutze oddali także za nim serię strzałów. Przybyły lekarz udzielił matce pierwszej pomocy. Przybył także miejscowy ks. Franciszek Ciepiela, który udzielił jej Sakramentów św. Następnego dnia 13 listopada odwieziono ją do szpitala, gdzie jednak po operacji zmarła. Pochowana została na cmentarzu w Raciborowicach. Następnego dnia przyjechali Niemcy i przeprowadzili śledztwo. Wynikiem śledztwa była masakra dziesięciu zakładników przywiezionych autem z Krakowa, których rozstrzelano na polu gospodarza Lutego tuż przy torach kolejowych na terenie gromady Krzesławice. Naoczny świadek egzekucji Jan Walerian z Krzesławic tak opowiada o tym tragicznym wydarzeniu:
„ W dniu rozstrzelania dziesięciu osób w Krzesławicach szedłem drogą od „Buciorów” do swego domu w Krzesławicach. Koło domu Zamojskiego zostałem zatrzymany przez niemieckiego żołnierza stojącego na drodze. Zauważyłem więcej żołnierzy stojących w odległości około 50 m. na polu Lutego oraz na torze kolejowym, żołnierze ci zamykali czworobok u zbiegu drogi i toru kolejowego. Na drodze tuż obok toru stały dwa auta, jedno małe, osobowe i drugie ciężarowe, kryte plandeką. Właśnie z auta ciężarowego wysiadali ludzie ubrani po cywilnemu, jeden z nich miał rozdarte spodnie od dołu aż powyżej kolana, przez to rozdarcie widać było protezę, człowiek ten szedł kulejąc a przechodząc rów dzielący drogę od pola – upadł. Kiedy przeszli przez rów ustawiono ich równolegle do toru kolejowego, naprzeciw stanęli gestapowcy z automatami, jeden z nich trzymał w ręku laskę względnie trzcinkę, która jakoś dziwnie błyszczała. Stojącym w szeregu więźniom rozkazano obrócić się twarzami od toru kolejowego tak, że stanęli tyłem do ustawionych gestapowców z bronią. Gestapowiec, który trzymał w ręku laskę wzniósł ją do góry a następnie opuścił. Padły strzały, wszyscy więźniowie upadli. Wydający komendę podszedł następnie do leżących i dwukrotnie strzelił dobijając tych, którzy dawali jeszcze znaki życia. Po dokonaniu tego morderstwa, żołnierz, który mnie zatrzymał pozwolił mi odejść. Przechodząc obok miejsca egzekucji w odległości około 15 m, widziałem leżące, zakrwawione ciała zamordowanych, a wśród nich sterczącą protezę owego kulejącego więźnia. Po pewnym czasie grupa więźniów, która przyjechała tym samym autem co rozstrzelani, załadowała ciała pomordowanych do auta ciężarowego i wraz z nimi odjechały oba auta w kierunku Krakowa. Na miejscu rozstrzelania pozostały kałuże krwi oraz strzępy ubrań i drobne przedmioty osobistego użytku”.
Niebawem ludność miejscowa usypała na miejscu egzekucji niewielki kopczyk umieszczając na jego szczycie krzyż drewniany, a całość miejsca otoczono sztachetami. Na uroczystość Wszystkich Świętych co roku składane są na miejscu stracenia polskich patriotów kwiaty i pali się światło. W 1967 roku Koło ZBOWiD przy Zakładach Przemysłu Tytoniowego w Czyżynach zbudowało na tym miejscu betonowy pomnik, który przypominać będzie, że miejsce to zostało zbroczone krwią niewinnie pomordowanych patriotów polskich przez hitlerowskich okupantów.
Mjr Jan Kotyza, Bch, powiat krakowski
Guła powiedział/a
Holokaust Polaków – Marek Jan Chodakiewicz
Aktualizacja: 2009-03-16 6:07 pm
Jak pisałem już, o mordach bolszewików na Polakach dowiedziałem się w domu. Mówiło się o zabiciu mego pradziadka Józefa i o zaginięciu najmłodszym brata mego drugiego pradziadka w czasie rewolucji, oraz o śmierci mego wice-pradziadka w latach trzydziestych na Ukrainie. To ostanie stało się podczas tzw. „polskiej operacja” komunistycznego aparatu terroru.
W 1921 r. czerwoni – po przelaniu morza krwi – porzucili tzw. „komunizm wojenny” na rzecz Nowej Polityki Ekonomicznej (NEP), takiej perestrojki. Z rąk komunistów w ciągu tej liberalnej dekady zginęło „tylko” milion osób. W 1929 r. partia zmieniła linię. Stalin nakazał industrializację i przymusową kolektywizację rolnictwa. Około 15 milionów ludzi padło ofiarami w wyniku sztucznie wywołanego głodu, deportacji i egzekucji.
W Ukrainie wschodniej zanotowano od 3 do 7 milionów zmarłych. Ponadto więcej niż 10 milionów obywateli sowieckich zginęło w masowych represjach późnych lat trzydziestych. Razem w ciągu tej dekady śmierć poniosło 25 milionów ludzi. Głównymi ofiarami byli Rosjanie i Ukraińcy. Wygląda jednak na to, że mniejszości narodowe były proporcjonalnie reprezentowane wśród ofiar komunistycznego terroru. Straszliwym wyjątkiem są właśnie sowieccy Polacy, ogromnie nadreprezentowani w Wielkiej Czystce.
Między 1934 a 1938 przynajmniej 150,000 Polaków (z 900,000 Polonii w ZSSR) padło ofiarą „polskiej operacji” NWKD. Wielu Polaków poddano represjom w St. Petersburgu. Zlikwidowano też dwa obwody autonomiczne polskie na dalekich Kresach. Aleksandr Gurianov i Andrzej Paczkowski szacują, że Polacy stanowili 10% wszystkich ofiar Wielkiej Czystki oraz 40% ofiar czystek skierowanych przeciw mniejszościom narodowym. Amir Weiner stwierdza, że do 1939 r. 16,860 Polaków w Gułagu stanowiło 1.28% więźniów podczas gdy Polonia wtedy stanowiła zaledwie 0.37% społeczeństwa sowieckiego.
Procentowo różnica nadreprezentacji Polaków wśród prześladowanych – 0.91% – była największa wśród wszystkich grup etnicznych oprócz Rosjan. Terry Martin (The Affirmative Action Empire: Nations and Nationalism in the Soviet Union, 1923-1939 (Ithaca and London: Cornell University Press, 2001) twierdzi, że Polacy byli „poddani największemu natężeniu popularnej i lokalnej komunistycznej wrogości podczas kolektywizacji… Polakom mówiono otwarcie, że ‘jesteś odkułaczany nie dlatego, że jesteś kułakiem, ale dlatego, że jesteś Polakiem.’ To odzwierciedlało powszechne uczucie powszechnej czystki etnicznej.” Według Martina, „Polacy podlegali egzekucjom 30.94 razy częściej niż nie-Polacy. Dla innych narodowości prześladowania nie były tak ekstremalne.”
Na przykład, wydaje się, że żydowska mniejszość wycierpiała proporcjonalnie chyba najmniej w latach trzydziestych. Yuri Slezkine podaje, że w latach 1937 i 1938 tylko około 1% sowieckich Żydów aresztowano za zbrodnie polityczne – a Polaków 16%. Na początku 1939 r. liczba Żydów w Gułagu była niższa o 15.7% niż ich ilość w społeczeństwie sowieckim. Slezkine podkreśla, że „było to spowodowane faktem, że Żydów nie ścigano jako grupę etniczną… Zaprawdę, Żydzi byli jedyną dużą sowiecką grupą narodowościową bez swego ‘narodowego’ terytorium, którą nie ścigano w celach czystki podczas Wielkiego Terroru.” Wyniki czerwonych prześladowań były straszliwe. Około 80% osób aresztowanych w operacjach przeciw Grekom, Finom i Polakom zostało rozstrzelanych (Yuri Slezkine, The Jewish Century (Princeton and Oxford: Princeton University Press, 2004).
Jak przypomniał Bogdan Musiał, Związek Sowiecki uznawał Polskę jako „wroga numer jeden,” a sowiecką Polonię jako gniazdo agentów RP. Stąd rzeź Polonii, stąd logika paktu Stalin-Hitler w 1939 r. Świadomość o tym wszystkim przenika bardzo powoli do społeczeństwa post-PRLowskiego, a w tym do po sowiecku „wykształconych” historyków i ich klonów. Ale wyłom jest. Chyba jako pierwszy po 1989 r. pisał o rzezi Polonii Wojciech Lizak, Rozstrzelana Polonia: Polacy w ZSRR, 1917-1939 (Szczecin: Prywatny Instytut Analiz Społecznych, 1990). Pionierską pracę o antypolskim aspekcie czerwonego terroru opublikował białoruski uczony Mikołaj Iwanow, Pierwszy naród ukarany: Polacy w Związku Radzieckim, 1921-1939 (Warszawa and Wrocław: Polskie Wydawnictwo Naukowe, 1991).
Lodołamaczem naukowym w sprawach męczeństwa sowieckiej Polonii jest bezsprzecznie ks. Roman Dzwonkowski, który jest autorem bądź redaktorem m.in., Kościół katolicki w ZSRR 1917- 1939: Zarys historii (Lublin: Towarzystwo Naukowe KUL, 1997); Losy duchowieństwa katolickiego w ZSRR 1917- 1939: Martyrologium (Lublin: Towarzystwo Naukowe KUL, 1998); Bez sądów, świadków i prawa… Listy z więzień, łagrów i zesłania do Delegatury PCK w Moskwie 1924-1937 (Lublin: Towarzystwo Naukowe KUL, 2002). Uzupełnienia temat Tadeusz Madała, Polscy księża katoliccy w więzieniach i łagrach sowieckich od 1918 r. (Lublin: Retro, 1996).
Pewne aspekty masakry Polonii można odnaleść u Andrzeja Maryańskiego, Przemiany ludnościowe w ZSRR (Warszawa i Kraków: Centrum Badań Wschodnich Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Krakowie, 1995); oraz w dwóch pracach Piotra Eberhardta, Przemiany ludnościowe na Ukrainie XX wieku (Warszawa: Biblioteka „Obozu,” 1994) i Przemiany narodowościowe na Białorusi (Warszawa: Editions Spotkania, [1994]. Potem trochę jeszcze powiedziano w pionierskich kompediach pod redakcją Krzysztofa Jasiewicza (e.g., Europa nieprowincjonalna: Przemiany na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej (Białoruś, Litwa, Łotwa, Ukraina, wschodnie pogranicze III Rzeczypospolitej Polskiej) w latach 1772-1999 (Warsaw and London: Instytut Studiów Politycznych PAN, Rytm, Polonia Aid Foundation Trust, 1999). Przyczynki o antypolskim terrorze opisywali też Janusz M. Kupczak, Polacy na Ukrainie w latach 1921-1939 (Wrocław: Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, 1994); czy Wojciech Materski, Pobocza Dyplomacji: Wymiana więźniów politycznych pomiędzy II Rzecząpospolitą a Sowietami w okresie międzywojennym (Warszawa: ISP PAN, 2002).
Wśród mikrohistorii wyróżnia się praca Wasyla Haniewicza, Tragedia syberyjskiego Białegostoku (Pelplin: Bernardinum, 2008), monografia wioski na Syberii gdzie bolszewicy rozstrzelali wszystkich Polaków rodzaju męskiego pod koniec lat trzydziestych. A Stanisław Morozow zajął się, “Deportacjami polskiej ludności cywilnej z radzieckich terenów zachodnich w głąb ZSRR w latach 1935-1936” w Pamięć i Sprawiedliwość: Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu–Instytutu Pamięci Narodowej, nr. 40 (1997-1998).
Coś tam można nawet wyczytać u post-komunistów: Hieronim Kubiak et al., eds., Mniejszości polskie i Polonia w ZSRR [Polish minorities and the Polonia in the USSR] (Wrocław, Warszawa, and Kraków: Zakład Narodowy imienia Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, 1992). Dziennikarze też niekiedy wspominają czerwony terror przeciw Polakom, a ostatnio choćby Wojciech Grzelak w Rosja bez złudzeń: Uroki demokracji suwerennej (Warszawa: 3SMedia, 2008).
Niezastąpione są wspomnienia. Ks. Roman Dzwonkowski zredagował Głód i represje wobec ludności polskiej na Ukrainie, 1932-1947: Relacje (Lublin: Towarzystwo Naukowe KUL, 2005). Swoje świadectwo terrorystycznej kolektywizacji oddał Podolak Józef Świderski, Śmierć na czarnoziemie (Łódź: Nakładem autora, 2000). Mieczysław Łoziński z Żytomierza wspomina lata 1918-1939 w Polonia nieznana (Kłodawa and Konin: Drukarnia Braci Wielińskich, 2005), a Maria Kuberska opowiada o 70 latach polskiej rodziny w ZSSR: To było życie…Wspomnienia z Kazachstanu 1936-1996 (Warszawa: Pax, 2006). Następnie Walenty Woronowicz opowiada o swych przeżyciach w Gułagu w Przypadki XX wieku: 20 lat na Wyspach Sołowieckich i Kołymie, 1935-1955 [Events of the 20th century: 20 years on the Solovki Islands and in Kolyma] (Warszawa: Instytut Historii PAN and Gryf, 1994).
Dalej Leon Piskorski i Eugeniusz Wolski zredagowali“Przechodniu powiedz Polsce…”: Księga Pamięci Polaków-ofiar komunizmu-pochwanych na Lewaszowskim Pustkowiu pod Sankt Petersburgiem t. 1 (Sankt Petersburg: Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, 1995). Trochę poloników (albo przynajmniej kontekstu) można wyciągnąć z G.N. Mozgunova, A. V. Korsak i M. N. Levitin, eds., Sud’by natsional’nykh men’shinstv na Smolenshchine, 1918-1938 gg. Dokumenty i materialy Arkhivnogo upravleniia Administratsii Smolenskoi oblasti (Smolensk: Gosudarstvennyi arkhiv Smolenskoi oblasti, 1994). A ostatnio służba bezpieczeństwa Ukrainy przekazała IPN dalsze materiały o rzezi sowieckiej Polonii. Cały czas wre praca na poziomie mikrohistorii. Mam nadzieję, że wnet przyjdzie czas na wstępną syntezę. Może zrobi to Andrzej Nowak? Jak mało kto w Polsce zna się na Sowietach.
Marek Jan Chodakiewicz
Najwyższy Czas, 4 Marca 2009
kasander powiedział/a
a tak nas widzą Rosjanie http://www.expert.ru/printissues/expert/2008/30/cherez_ee_shagnete_kosti/ polecam komentarze
gabriel powiedział/a
Lista ofiar mordów OUN UPA na stronie
http://www.ludobojstwo.pl
Inkwizytor powiedział/a
Dobra strona rosyjskojęzyczna o bestiach z band dUPA
http://www.anti-orange-ua.com.ru/forum/viewtopic.php?t=1094&postdays=0&postorder=asc&&start=0&sid=4ca031ac0dcfa608bf1c61df11429654
Rosjanie nie bawią się z mordercami polskich dzieci tylko ich wyłapują i zabijają ( bandera, szuchewycz ). Natomiast kaczyński wspiera neobanderowca juszczenke, który rzeźnika Polaków na Wołyniu ogłasza bohaterem ukrainy. To bydle ( szuchewycz ) glosił:
“Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy, Albo będzie Ukraina albo lechicka krew po kolana, Polaków w pień wyciąć”.
25 lutego 1944 roku dowódca dUPA roman szuchewycz rozkazał: “W związku z sukcesami wojsk sowieckich konieczne jest przyspieszenie likwidacji Polaków, muszą zostać całkowicie zgładzeni, ich wioski spalone (…) ludność polską należy zniszczyć.”
Pytanie retoryczne KIM JEST kaczyński ???
Anty-nacjonalista powiedział/a
Nie mogę zrozumieć co ma wspólnego to, że Ukraińcy mordowali Polaków, z tym, że Polacy-katolicy mordowali Polaków-żydów (mordowali i/lub pomagali / nie reagowali / nie współczuli)???
aga powiedział/a
Polacy -katolicy nie mordowali zydow.To jest klamswtwo jak przytlaczajaca tego co glosza zydzi.jakbys mial troche oleju w glowie to bys to wiedizal a nie powtarzala bzdury ,ktore wypisuje socjopata gross.Kosiński się zabil tak go sumienie gryzlo za malowanego ptaka.
zydom jak widac naokolo w Polsce lepiej niz u Pana Boga a szkoda. powinnismy ich troche wytluc.bo jak wąż wyhodowany na łonie Polski ,zawsze zdradzał .jak nie sowietami to z prusactwem,szwedami etc. ty koles niedoksztalciuch albo prowokator jestes.
Cham Wiejski powiedział/a
Dlaczego ZAWSZE osobnicy podpisujący się “antyfaszysta”, “antynacjonalista” czy “antyrasista” to jakieś szumowiny?
hendryxen powiedział/a
Ad 15.
Bo tylko szumowiny tak się podpisują.
Asan powiedział/a
Wszystko fajne tylko wypadałoby zmienić zdjęcie na początku. Z tego co się orientuję to nie jest to zdjęcie ze zbrodni UPA, tylko zdjęcie przedwojennego morderstwa, które dokonał cygan (czy cyganka) na swojej rodiznie.
Wprawdzie Ukraińcy z UPA stosowali podobne metody, ale jednak to nie jest zdjęcie ze zbrodni UPA.
Mirek powiedział/a
Asan. Ta brednia, którą powtarzasz powstała w okresie jak Polacy chcieli wybudować Pomnik rzeźi na Wołyniu. Cała swołocz talmudowska rzuciła się na pomysłodawców i zaczęła rozpowszechniać różne idiotyzmy. Żydowskie “autorytety” publicznie wypowiadały się ( SERIO !) że to zbyt okropne, zeby taki pomnik stawiać.
W istocie chodzi o międzynarodowy holokaust- biznes żydowskich nacjonalistów. Taki pomnik mógłby skontrastować ich żądania pęczniejące wraz z zażydzaniem Polski.
Gierach powiedział/a
Nie wiem czemu zdjęcie zamieszczone na początku zawsze pojawia się jako dowod zbrodni UPA.
Zbrodnie sa niepodwazalne, ale to zdjęcie prezdstawia dzieci, ofiary swojej szalonej matki.
Dla zainteresowanych polecam artykuł do którego poniżej załaczam linka
http://www.eprzemysl.pl/index.php?Itemid=63&id=121&option=com_content&task=view
Gierach
Julka powiedział/a
Autorką tych rewelacji jest studentka niejakiego Stoli prof.PAN, zyda albo zydoluba bolejącego w swojej pożal się Boże karierze naukowo-poprawnej nad losem wybranych, nad antysyjonistyczną kampanią w 68 opłakiwaną dla wybranych za oceanem,szczerze popierającego Grossa za parawanem frazesów oraz przewrotnie konferującego w tematach mitów historycznych. Widać, że zajmuje się też fałszowaniem historii Kresów. Może niech się zajmie odmitologizowaniem Jedwabnego i innych pogromów. A waść nie wyjeżdżaj z rewelacjami, nie myśl że masz do czynienia z durniami.
Ps.nikt się tam nie chciał podpisać, to studentce kazał?
Guła powiedział/a
” 2009-07-31 13:09
Holokaust Polaków
Warszawa musi być zburzona, gdy tylko nadarzy się ku temu sposobność.
Adolf Hitler, 6 lutego 1944
Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.
Adolf Hitler, rozkaz ustny dla Heinricha Himmlera, przekazany Oskarowi Dirlewangerowi
Mój Wodzu! Skończymy z tym w ciągu 5–6 tygodni. Wtedy jednak zostanie zlikwidowana Warszawa, stolica, jądro, kwiat inteligencji, ongiś 16–17–milionowego narodu polskiego, tego narodu, który od 700 lat zamyka nam drogę na Wschód.
Słowa Himmlera skierowane do Hitlera
Jak już dobrze wiemy, każda rocznica Powstania Warszawskiego budzi wielkie polemiczne emocje. Tak naprawdę wszelka debata na temat wydarzeń z 1944 roku nie ma większego sensu. Chociażby na Salonie24 – dyskutujemy o Powstaniu już trzeci raz, a nikomu nikogo nie udało się przekonać do swego zdania. A zdania są zwykle dwa – Powstanie miało sens, lub nie miało.
W całych tych Polaków rozmowach jest jednak pewien element, który mnie zaskakuje – czy wręcz przeraża. Wymordowanie przez Niemców niemal 200 tysięcy cywilów jest traktowane jako niemal oczywisty efekt Powstania. To właśnie za doprowadzenie do tych strat różni „realiści” oskarżają dowódców AK. Nikt się nie zastawia, jak do takiej zbrodni mogło w ogóle dojść?
W walce poległo wielu Warszawiaków, lecz liczba zabitych Niemców jest bardzo podobna. Według niektórych obliczeń nawet większa. Lecz dziesiątki tysięcy ofiar Powstania to nie żołnierze, lecz bezbronni cywile – kobiety, dzieci, starcy. W samej tylko rzezi Woli zginęło 60 tysięcy osób. Po upadku Starego Miasta Niemcy wymordowali 35 tysięcy cywilów oraz rannych żołnierzy.
Rzezie miały systematyczny charakter, dokonywano ich w przeciągu kilkudziesięciu godzin. Akcje te niczym nie różniły się np. od operacji likwidacji warszawskiego Getta. Teraz więc pytanie do tych wszystkich, którzy winą za rzeź praktycznie obarczają przywódców Powstania: dlaczego nie pójdziecie do Marka Edelmana i nie zarzucicie mu odpowiedzialności za śmierć Żydów zamordowanych podczas powstania w Getcie?
Tych sytuacji nie można porównywać? A dlaczego nie? Już w „Mein Kampf” Hitler zapowiadał eksterminację Polaków. Byliśmy po Żydach drudzy na niemieckiej liście narodów do likwidacji. Od początku wojny Niemcy dokonywali na Polakach masowych zbrodni. Podczas Powstania osiągnęły one apogeum – stanowiąc zarazem dowód na to, co by nas spotkało, gdyby Rzesza przetrwała kilka lat dłużej.
To, co działo się w Warszawie było niczym innym jak Holocaustem, Zagładą. Bynajmniej nie był to naturalny, nawet dla Niemców, sposób prowadzenia wojny. Polscy dowódcy mogli spodziewać się ostrych represji, ale przecież nikt nie mógł przewidzieć, mającej nastąpić rzezi.
Nikt nie zarzuca Żydom, że są frajerami, bo czczą ofiary Holocaustu. Żydzi byli narodem, na którym dokonano zbrodni, która na zawsze zmieniła ich historię. Jednakże i my mieliśmy swoje Shoah, tyle, że oprawcom nie starczyło czasu na dokończenie dzieła eksterminacji.
W Warszawie nie mordowano ludzi za to, że walczyli z Niemcami, byli powstańcami. Nie, dwieście tysięcy Polaków zabito dlatego, że byli Polakami. I o tym musimy przede wszystkim pamiętać.”
http://rybitzky.salon24.pl/117888,holokaust-polakow
Guła powiedział/a
Powstanie Warszawskie
1944-2009
Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
Powstanie Warszawskie nie było tylko jeszcze jednym zrywem zbrojnym wpisującym się w tradycje polskiej, romantycznej walki o niepodległość. Nie było też przejawem lekkomyślności dowódców, jak chcą niektórzy jego krytycy. To była część wielkiej operacji, planowanej na okupowanej polskiej ziemi od września 1939 r., kiedy tylko powstał zalążek Polskiego Państwa Podziemnego.
Kiedy przed paru laty obchodziliśmy 60. rocznicę Powstania Warszawskiego, prof. Norman Davies, życzliwy Polsce Walijczyk, autor licznych prac poświęconych naszej historii, także Powstaniu Warszawskiemu, zauważył przytomnie, że w sierpniu i we wrześniu 1944 r. stolica Polski przeżywała codziennie tragedię równą tej, którą przeżywali Amerykanie pamiętnego 11 września 2001 r., po ataku terrorystycznym na budynki World Trade Center i na Pentagon. Rzeczywiście, jeśli przyjmiemy, że w Powstaniu Warszawskim poległo w walce, zginęło w atakach lotniczych i na skutek ostrzału lub zostało zamordowanych przez pacyfikujących miasto Niemców 175 tysięcy mieszkańców Warszawy (polskie straty podaje się w przedziale od 150 do 200 tysięcy), to okazuje się, że codziennie ginęło na ulicach stolicy lub pod gruzami domów 2778 ludzi! Liczba ofiar czterech rozbitych 11 września 2001 r. samolotów oraz spalonych lub przywalonych gruzem nowojorczyków została ustalona na 2999 osób. Wartości zbliżone. 63 razy World Trade Center w ciągu 63 dni! Czy możecie to sobie wyobrazić – wy, którzy uznaliście atak z 11 września 2001 r. za największą tragedię rozpoczynającego się XXI wieku? – pytał profesor ludzi Zachodu.
Gdyby wykazał większą dociekliwość, doszedłby do jeszcze innego, przerażającego bilansu: Polacy przeżywali doświadczenie podobne do tragedii World Trade Center od pierwszego do ostatniego dnia wojny! Rachunek jest prosty: w okresie od 1 września 1939 r. do 8 maja 1945 r. ginęło codziennie średnio 2889 obywateli Rzeczypospolitej Polskiej – przy założeniu, że zginęło ogółem w czasie wojny około 6 mln naszych rodaków, choć śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz twierdził, że ta szacunkowa, pospiesznie ustalona po wojnie liczba, jest niezgodna z prawdą. On sam obliczył wojenne straty naszego kraju na 8,5 mln obywateli. Gdyby tak było, to każdego dnia ginęło ponad 4 tysiące Polaków!
Warto czasami posłużyć się liczbami, by spojrzeć na wydarzenia niby dobrze nam znane z innej perspektywy. Straty niemieckie podczas Powstania to około 10 tysięcy zabitych, 6 tysięcy zaginionych, 9 tysięcy rannych. Mniej więcej tyle, ile we wszystkich operacjach alianckich pod Monte Cassino! Można więc mówić o Powstaniu także jako o jednej z wielkich batalii II wojny światowej.
Powstanie Warszawskie nie było tylko jeszcze jednym zrywem zbrojnym wpisującym się w tradycje polskiej, romantycznej walki o niepodległość. Nie było też przejawem lekkomyślności dowódców, jak chcą niektórzy jego krytycy. To była część wielkiej operacji, planowanej na okupowanej polskiej ziemi od września 1939 r., kiedy tylko powstał zalążek Polskiego Państwa Podziemnego. Od początku istnienia tego państwa celem strategicznym była ogólnonarodowa insurekcja podjęta w decydującym momencie wojny, obejmująca całość ziem okupowanych, której celem była niepodległa Rzeczpospolita. Nie przepędzenie Niemców, bo to tylko środek do celu, lecz odzyskanie niepodległości. To zasadnicza różnica! Polskiej niepodległości zagrażali nie tylko Niemcy. Dla powojennych politruków sowieckich Powstanie było “awanturą polityczną”, bo nie służyło sowieckim celom politycznym. Było “reakcyjne”, bo nie służyło rozpoczętemu już procesowi sowietyzacji Polski pod obłudnymi hasłami “demokracji”. Nic dziwnego, że przez pierwsze 10 lat po wojnie mieli dla powstańców tylko słowa potępienia. Kolejne rocznice Powstania ignorowali. Doszło do tego, że 1 sierpnia 1945 r. robotnicy z Żoliborza porzucili manifestacyjnie pracę i poszli na groby powstańców. To był najbardziej wymowny strajk w Polsce pod rządami komunistów. Po raz pierwszy oficjalne obchody Powstania Warszawskiego odbyły się 1 sierpnia 1954 roku. Marian Hemar skomentował to następująco: “Gdy trupem padały kobiety i dzieci u miejskich barykad i szańców, za Wisłą spokojnie czekali Sowieci, aż Hitler dobije powstańców (…). A dzisiaj ta ciżba moskiewskich zaprzańców, a dzisiaj te same psubraty z butami się pchają na groby powstańców i wieńce im niosą i kwiaty”…
Przez całe lata rozpamiętywaliśmy, czy Powstanie “miało sens”, nie zdając sobie sprawy z tego, że samo stawianie takich pytań nie ma sensu i że w takich pytaniach pobrzmiewają sowieckie trąby propagandowe, które przez lata podawały nam ten sam fałszywy ton: bohaterscy powstańcy i tchórzliwi, wyrachowani dowódcy. To zgrana sowiecka nuta, do której tańczą już tylko najbardziej naiwni. W rzeczywistości Powstanie Warszawskie było aktem woli całego Narodu, a nie tylko wypełnieniem rozkazu dowódców. Innej drogi nie było. Doskonale wyczuwał tę tragiczną sytuację poległy w Powstaniu Józef Szczepański “Ziutek”, rozpoczynający swój słynny wiersz paradoksalnym obrazem sytuacji Polaków w okupowanej stolicy: “Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci”… Sytuacja tragiczna ma to do siebie, że nie ma dobrych rozwiązań. W takich sytuacjach wybiera się rozwiązania służące nie doraźnym celom, lecz przyszłości. A przyszłość, wbrew sowiecko-alianckim geszeftom, jawiła się w postaci Polski niepodległej, z pełną zarazem świadomością, że trzeba będzie przejść przez piekło, by cel ten osiągnąć dziś lub może dopiero w przyszłości. Bez oglądania się na zapłatę, byleby zachować wierność Bogu, Ojczyźnie i samemu sobie, bo “wierzymy, że nam Sprawiedliwy zapłaci za przelaną krew” – jak w pieśni “Warszawskie dzieci” napisał “Goliard”, żołnierz Powstania. A w tych słowach pobrzmiewała znana myśl wszystkich przegranych powstań: czynimy to nie dla siebie, lecz dla potomnych, by nie żyli w niewoli. Jak u Seweryna Goszczyńskiego, powstańca listopadowego: “Sadźmy, przyjacielu, róże! Długo jeszcze, długo światu szumieć będą śnieżne burze, sadźmy je przyszłemu latu! My, wygnańcy stron rodzinnych, może już nie ujrzym kwiatu, a więc sadźmy je dla innych, szczęśliwszemu sadźmy światu!”.
Powstańcy wymagają od nas pamięci i czci, a nie jałowych rozważań, w których padły już wszystkie możliwe argumenty. Powstanie BYŁO, więc nie pytaj, czy powinno być. Przyjmijmy przeszłość taką, jaka była, i zerwijmy zasadzone wtedy róże wolności, odrzucając to, co nędzne i fałszywe, i co tej wolności nie służy.
PS We wstępie do swej książki “Powstanie ‘44″ prof. Norman Davies napisał z pełnym przekonaniem: “Gdybym w odpowiednim wieku znalazł się w 1944 r. w Warszawie, to z całą pewnością wstąpiłbym do Armii Krajowej”…
http://www.naszdziennik.pl
Dodatek specjalny – Powstanie Warszawskie 1944-2009
“Wierzymy, że nam Sprawiedliwy zapłaci za przelaną krew” – w pieśni “Warszawskie dzieci” napisał “Goliard”, żołnierz Powstania. Podjęli nierówny bój dla potomnych, by nie żyli w niewoli.
- Piotr Szubarczyk: Róże dla “szczęśliwszego świata”
- Byłam żywą tarczą – rozmowa z druhną Hanną Szczepanowską ps. “Heban”
- Czekając na rozkaz
- Z dziennika sanitariuszki
- Gdy jeden dom został zburzony, szliśmy do następnego
- Moja strona życia
Ocaliła mnie Matka Boża – opowiada inż. Eugeniusz Trepczyński, cudownie ocalony 5 sierpnia 1944 r. podczas masowej egzekucji mieszkańców Woli.
W dziale: Myśl jest bronią.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20090801&id=main
UPA/OUN powiedział/a
Do FSZERZY HISTORII!
Nijak nie mogę zrozumieć skąd się w XXI wieku biorą ,,bohaterowie”, którzy wbrew logice za wszelka cenę zbrodnie Wołyńskie przypisują nie istniejącej do X.1942 UPA? Pewnie na zasadzie :GDZIE DWÓCH SIĘ BIJE TAM TRZECI KORZYSTA. Nie rozumię tak samo jak i autorzy prowokacyjnych komentarzy, czy w ich pojęciu ,,prac” są i głusi i ślepi, nie dostrzegają, bądź nie chcą widzieć sytuacji ekonomiczno-gospodarczej na tzw. Kresach w czasie po 1.09.1939. Nie widzą albo nie są w stanie zrozumieć i nigdy nie zrozumieją-przez wrodzone ograniczenie tego, że na Wołyńskiej Ziemi ludnością etniczną byli Ukraińcy. Cała ludność polska stanowiła sobą element osadniczy na zasadzie ,,dziel i rządź”- przypadek nie odosobniony, wszyscy najeźdżcy robią tak samo. Wracając jednak do wytworzonej sytuacji do 17.09.1939 Niemcy nie zdążyli zorganizować swojego systemu administracyjnego, zrobili to Sowieci. Zaczęli oni swoje rządy od likwidacji polskiej administracji, no i oczywiście czystki oraz niszczenia wszystkiego co polskie. Słów wypowiedzianych przez Stalina w czasie rozmowy z Dimitrowem cytować chyba ne muszę. Wróćmy jednak do przyczyn-rdzenna ludność Wołynia-Ukraińcy, zwana pogardliwie przez Polaków Rusinami, kabanami, a ostatnio slychać nawet określenia Ukraińców: BYDŁO (w rewanżu OUN i nie tylko nazywała Polaków Lachami). Otóż ta ludność miałą obowiązek wobec Ojczyzny (nie swojej) płacić podatki i żywić obywateli Polski. Od początku wojny obowiązek karmienia okupanta wzrósł -bowiem na Wołyniu znalazły sie niedobitki OBROŃCÓW OJCZYZNY, którzy nie mieli oddać guzika od kalesonów (oddać nie mogli bowiem te zamiast guzików miały troczki). Przyszły te oddziały bez żadnego zaplecza-wiec na miejscową ludność spadł dodatkowy obowiązek karmienia ponad stu tysięcy nieoczekiwanych gości. W dniu 17.09.1939 pojawił sie nowy okupant tak samo głodny do tego również i obdarty, przy tym wcale nie lepszy od poprzedniego agresora. W tej sytuacji poprzedni okupant zszedł do podziemia co wcale nie oznacza, że zaniechał odwiedzać chłopa wołyńskiego i egzekwować od niego produkty żywnościowe, zmieniło się tylko to, że przychodził w nocy i zabierał wszystko co tylko było do zjedzenia, miał przy sobie broń, więc niejednokrotnie terroryzował gospodarza. Taka sytuacja trwała prawdopodobnie do 22.06.1941 kiedy to ,,naród panów-Uber mensh” poszedł wojną na byłego sojusznika. Sytuacja na Wołyniu zmieniła sie na tyle, że do podziemia zszedł nowy okupant, znaczy obok Polaków znaleźli się jeszcze sowieccy tzw:Czerwoni partyzanci, którzy wcale nie przestali trroryzować miejscowej ludności, byli również głodni, bowiem RODINA zasilała ich tylko czerwoną propgandą i politrukami. W żywność zabezpieczać musieli się sami.Jak wyglądały noce wołyńskich chłopów trudno (a może i nie) sobie wyobrazić. Natomiast w dzień nowy okupant narzucił tzw.KONTYNGENT i czy chciałchłop czy-musiał płacić. Ach byłbym zapomniał-przecież ten chłopina miał jeszcze swoja rodzinę, która Bożym duchem nie żyła. W tej sytacji (zrobiłbym tak samo) Wołyń zaczęła ,,walczyc”-powstają pierwszwe grupy (nie oddziały) SAMOOBRONY wiejskiej, których zadaniem jest walka z trrorystami nocnymi. Oczywiście w odróżnieniu od ,,nocnych gości” samoobrona na uzbrojeniu ma widły, kosy, cepy, siekiery, noże -wszystko co wpadnie w ręce przed domniemanym nocnym atakiem, albo w czasie tego ataku. Nie byłem tam-jednak taki scenariusz podpowiada mi wyobraźnia. Po krótkim czasie powstają pierwsze ,,zorganizowane” oddziały samoobrony na wzór polskich, ich dowódcą jest TARAS BULBA a nie OUN czy UPA, o której nikt w tym czasie nie słyszał. Dlaczego zaczął się terror czy tzw: ludobójstwo Polaków na Wołyniu? Można się jedynie domyślać, że polskie podziemie dało się nabardziej w znaki swoim negatywnym postępowaniem. Polacy w porównaniu z Sowietami i Niemcami pewnie w dalszym ciągu czuli sie PANAMI sytuacji i w dalszym ciągu usiłowali udawadnia swoją wyższość nad ,,KABANAMI”. Moim zdaniem gdyby w rzeczywistości tzw: WOŁYŃSKA RZEŹ miała miejsce w takich rozmiarach jak się to dzisiaj usiłuje przedstawić, to i NKWD i jego ,,kierownicza Partia” nie zostawiłyby suchej nitki na bandytach-rezunach. Nie rozumię (ale nie tylko ja) dlaczego dzisiejsi pseudo historycy usiłują minimalizować lub przemilczać bandytyzm polskiego podziemia tego zorganizowanego jak i zwykłych band na Wołyniu, jak również nie dostrzegać działalności- 202 Polnisches Schutzmannschaftsbataillon. Na jej reputacji ciążą głównie zbrodnie dokonane na ukrywających się Żydach oraz starowiercach i Czechach (624 ofiary we wsi Malina) oraz członkach Armii Krajowej (m. in. 3 osoby w Zasmykach). Te zbrodnie obecnie przypisuje sie UPA. Cudze pod lasem-widać a swojego pod nosem nie czuć? Nie można również zapominać i o działaności sowieckiej Czerwonej partyzantki, której dewizą były PROWOKACJE WSZEDZIE GDZIE TO BYŁO MOZLIWE -WIADOMO STARA DEWIZA: GDZIE DWÓCH SIE BIJE TAM TRZECI KORZYSTA. TAK WIĘC PARTYZANCI BARDZO CZĘSTO Z TRYZUBAMI NA CZAPKACH-kaszkietach, furażerkach (jeżeli mieli czapki) znający oczywiście język ukraiński ,,odwiedzali” nocami Polaków i w imieniu SAMOSTIJNEJ wykonywali ,,wyroki”. Na koniec mam pytanie do tych, którzy rzeczywiście wiedza cś na temat ,,RZEZI WOŁYŃSKIEJ” gdzie można znaleźć ślady tych RZEZI-mogiły? Zbiorowe mogiły?
P.S. A facet podpisujący się ,,Hendryxen” powinien pójść do spowiedzi a potem powiesić się. Uważam,że dojrzał już do tego.