Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Adrian o Wolne tematy (57 – …
    I*** o Wypadek w Chorwacji…czy…
    revers o Wolne tematy (57 – …
    Anucha o Wypadek w Chorwacji…czy…
    maasteer o MSZ Chin: USA kreują kryzys, a…
    Krzysztof M o Wolne tematy (57 – …
    Doinformowany o Wypadek w Chorwacji…czy…
    Yagiel o Wolne tematy (57 – …
    Ja o Wypadek w Chorwacji…czy…
    lesnick o Gulgowscy i kaszubski ren…
    bronek o Wypadek w Chorwacji…czy…
    Boydar o Andrzej Lepper
    Adrian o Wolne tematy (57 – …
    revers o Wypadek w Chorwacji…czy…
    Agnieszka o Cywilizacja (Nie)Prawdy
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 616 obserwujących.

Archive for 28 lutego, 2010

Czy Białoruś pójdzie drogą „polskiej prywatyzacji”?

Posted by Marucha w dniu 2010-02-28 (Niedziela)

Białoruś przyśpiesza prywatyzację

603px-Coat_of_arms_of_Belarus_svg17 lutego w trakcie konferencji prasowej przewodniczący Państwowego Komitetu ds. Majątku Narodowego – Georgij Kuzniecau zapowiedział przyspieszenie prywatyzacji białoruskich przedsiębiorstw. Celem tej zapowiedzi oraz innych kroków białoruskich władz wydaje się przede wszystkim przekonanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego do udzielenia kolejnego kredytu, niezbędnego dla poprawy bilansu płatniczego.

Wedle Kuzniecaua, spełniając warunki MFW białoruskie władze zdecydowały się zwiększyć liczbę prywatyzowanych podmiotów, wśród których dominują przedsiębiorstwa średniej wielkości. Po raz kolejny zapowiedział on również powstanie w najbliższym czasie Agencji ds. Inwestycji i Prywatyzacji, której celem będzie kontrola i usprawnienie procesu prywatyzacji.

Równocześnie w związku z planem zwiększenia zakresu prywatyzacji, prezydent Łukaszenka zaprosił do współpracy międzynarodową grupę konsultingowo-inwestycyjną Rothschild, której zadaniem byłaby ocena części zgłaszanych do prywatyzacji podmiotów.

Wydaje się, że głównym celem podjętych przez władze w Mińsku działań jest pozyskanie kolejnego kredytu stabilizacyjnego od MFW. Do końca marca br. Białoruś otrzyma wprawdzie 700 mln USD w ramach ostatniej transzy kredytu stand by, ale wedle wyliczeń MFW dodatkowe zapotrzebowanie Białorusi na zagraniczne kredyty w 2010 roku wyniesie 1 mld 300 mln USD.

Równocześnie nie można jednak wykluczyć, że białoruskim władzom zależy także na pozyskaniu dodatkowych środków finansowych z prywatyzacji, w związku ze zwiększonymi wydatkami budżetowymi (głównie z powodu wyższych, niż zakładano cen na ropę i gaz).

Nowa Myśl Polska – informacje podajemy za Ośrodkiem Studiów Wschodnich.

Uwagi admina: nie wygląda to dobrze, zwłaszcza współpraca z „grupą konsultingowo-inwestycyjną Rothschild”. Czyżbyśmy byli właśnie świadkami złamania względnej suwerenności Białorusi przez potężne siły zewnętrzne? Czy też  państwo białoruskie zachowa jednak kontrolę nad swymi zasobami i nad długami? Co prawda potrzeby kredytowe Białorusi na rok 2010, wynoszące 2 miliardy USD, są bardzo niewielkie w porównaniu z zadłużeniem Polski, ale oby nie był to początek błędnej spirali, z której nie ma potem wyjścia. Różni Bieleccy, Kaczmarkowie czy Wąsacze już przebierają nogami.

Rozumiemy, że wiadomość ta bardzo ucieszy idiotów, dla których osobistym wrogiem jest każde państwo, którego władze zachowały choć trochę więcej rozsądku, niż władze województwa Europolen. Nie ma bowiem większej radości dla kogoś, kto siedzi po szyję w bagnie, niż jak w to samo bagno wpadnie ktoś drugi.

Posted in Polityka | 72 Komentarze »

Pierestrojka

Posted by Marucha w dniu 2010-02-28 (Niedziela)

Pierestrojka, znany termin wśród „demoludów” (blok ZSSR) ze względu na częstość występowania w tej strefie ma swoje charakterystyczne cechy.  W każdej z nich społeczeństwo w szerszym lub węższym zakresie spełniało istotna rolę będąc nieświadome tej roli. Roli narzędzia w ręku wroga tego społeczeństwa.
Przykładów jest wiele, choćby tylko z terenu Polski, ale zjawisko „Solidarność” w Polsce jest klasycznym tego przykładem, także ważnym ze względu na wielkość, zakres, efekty i konsekwencje.

Innym terminem, współczesnym, ważnym ze względu na zakres działania jest „globalizacja”, znana już w Europie oraz w tym, co przez jakiś czas było znane jako USA a teraz jako US.  „Globalizacja” i wplątany w to znak NWO (New World Order) jest bardziej jawnym określeniem celu w porównaniu do względnie lokalnych „pierestrojek” w których znaczenie, z czego – na co,  było ukryte, przynajmniej dla ogromnej większości społeczeństwa. Spełniało ono nieodzowna role, lecz nieświadome faktycznej roli, działając ze szlachetnych pobudek, ponosiło ofiary życia i materialne. Z czego – na co i dlaczego, stawało się ewidentne dla tego społeczeństwa dopiero po jakimś czasie, jeśli w ogóle ono dociekało tego.

Podobnie z Solidarnością, kiedy dopiero po długim czasie i to tylko nieliczni zdali sobie sprawę z tego, czyja to była solidarność, która w końcu przeważyła.
Nie tylko to. Słynne „Nie lękajcie się”, choć wypowiedziane na terenie Polski, było przyjmowane przez rożne nacje, mające różne cele.

Panowanie nad społeczeństwami we współczesnych „demokracjach” zachodnich państw różni się od „demokracji” w byłym bloku sowieckim. W tymże bloku był Komitet Centralny złożony z paru osób, który decydował o wszystkim. Że tą grupą kierowała inna grupa, także złożona z kilku osób, nie było tajemnica.
Do przeprowadzenia niektórych zmian w satelickich „demokracjach” nie wystarczała jednak władza Komitetu Centralnego (KC) – potrzebne było również społeczeństwo jako narzędzie pomocnicze. Sprowokowanie jego udziału i kierowanie nim nie było problemem.

W „zachodnich demokracjach”, łącznie z „amerykańską demokracja”, przeprowadzanie takich zmian jest trudniejsze, trwa dłużej, zawiera wiele niepewności. Mimo rozwiniętych do monstrualnych rozmiarów aparatów rządowych, majacych w swojej gestii wszystkie potężne oficjalne narzędzia administracyjne łącznie z wojskiem i nieoficjalny, zorganizowany na mafijnych zasadach aparat terroru, użycie społeczeństwa jako narzędzia (podobnie jak w „demoludach) do realizacji celów „niewidzialnej reki” stanie się koniecznością, jeśli w międzyczasie nie zostanie sprowokowana totalna wojna, w co osobiście nie wierze, przynajmniej w obecnym układzie sił.

Te połączone aparaty poszerzone o instytucje i organizacje pozarządowe posiadają bezprecedensowa sile i możliwości, może poza ZSSR i hitlerowskimi Niemcami, do panowania nad społeczeństwem.
Niewielka liczba osób na strategicznych pozycjach w tym aparacie wsparta zagranicznymi relacjami, silami i środkami, uzupełniona osobami na kluczowych taktycznych pozycjach rządowych i pozarządowych, całkowicie podporządkowana strategicznym organom tego systemu, jest w stanie panować całkowicie nad społeczeństwem. W wypadku nie dawania sobie z tym rady w myśl zagranicznych relacji następuje to, czego przykładem jest była Jugosławia a ściślej Serbia, nie mówiąc już o Iraku, Afganistanie, a wcześniej o wielu innych małych państwach.

Status Quo nie trwa jednak nigdy długo, choćby tylko ze względu na „panta rei” i okazje do wykorzystywanie tego zjawiska w specyficznych celach, finansowych lub innych, niemożliwych do przeprowadzania w warunkach „status quo”.

Obecny stan polityczny wraz z gospodarczym w państwach tak zwanego „demokratycznego zachodu”,  szczególnie USA, poprzez długi okres przygotowań dojrzewa do realizacji skryptu scenariusza, w którym społeczeństwu państwa, a w tym wypadku państw, przypisana jest określona rola. Rola narzędzia na tych samych zasadach, jakie wypróbowano wielokrotnie w „demoludach”.  Ten rozdział scenariusza rozpoczyna się od tytułu „Wrzenia społeczne”.

Powodów do spontanicznych wrzeń jest już dużo i przybywa ich z miesiąca na miesiąc, ale jest ich jeszcze za mało i odpowiednio wielkich, żeby przejąć nad nimi sterowanie, spotęgować je i przystąpić do następnego rozdziału scenariusza.
Ze coś takiego nastąpi, nie mam wątpliwości. Także nie ma wątpliwości Dawid Rockefeller z przygotowanym do tego scenariuszem. „Wszystko co potrzebujemy, to odpowiedni wielki kryzys i wtedy narody zaakceptują Nowy Porządek Świata” (23 wrzesień 1994, United Nations Ambassadors’ dinner).
Pozostaje więc tylko kwestia czasu.

Na pożyczanych pieniądzach można żyć przez jakiś, nawet dosyć długi czas, mając stale wartości dawane w zastaw, nie mogąc spłacać procentów, powiększając tym swoje zadłużenie i uzależnienie (współczesne państwa, mimo kolosalnych zadłużeń, maja jeszcze dosyć dużo państwowych wartości.) W końcu trzeba pieniądze oddać,  popełnić honorowe samobójstwo jeśli nie ma się co oddać lub nie pozostało już nic, co można by oddać w zastaw, być „usamobójstwionym” lub być zamordowanym w mafijnych, „zgodnych z prawem” warunkach, oddać się w całkowity stan niewolnictwa w pełnej definicji tego słowa, ubranego w jakieś słowne „kolorowe piórka”, żeby to nie wyglądało brutalnie.

O potędze Bin Ladena, wręcz pozaziemskiej, przekonaliśmy się już.  Był w stanie w sposób spektakularny zamordować błyskawicznie prawie 3000 osób, zburzyć także błyskawicznie dwa ogromne stalowe wieżowce, niezniszczalne bez zastosowania super-technologii,  oraz trzeci nieco mniejszy; opanować cały system obronny największej potęgi militarnej i zaatakować skutecznie jego centrum militarne (nie użył w tym ładunku atomowego chyba tylko przez arabską litość, ale bardziej prawdopodobne było to, że to centrum wypracuje jemu przyszłe militarne wynalazki ); spenetrować i opanować niekwestionowane potęgi wywiadowcze wszystkich państw,  łącznie z CIA I MOSADem; spenetrować i opanować cały system cywilnej obsługi lotniczej najpotężniejszego państwa.
Do tego jeszcze dochodzi to, że potrafił zamknąć usta na ten temat 300 milionom obywateli tego państwa, a pośrednio obywatelom innych państw.

Teraz Bin Laden ukrywa jeszcze, że to on zabił, także błyskawicznie, setki tysięcy ludzi na Haiti.

Cóż więc za trudność dla Bin Ladena przedstawia stworzenie w Ameryce warunków, o które chodzi Dawidowi Rockefellerowi, jeśli go o to poprosi, oczywiście dla dobra ludzkości.

Wojciech Wlaźliński
26. II. 2010

Posted in Polityka, Różne | 1 Comment »

Kapitalizm ginie na naszych oczach

Posted by Marucha w dniu 2010-02-28 (Niedziela)

Kapitalizm to najlepszy ustrój pod słońcem. W zasadzie, gdyby nie Marks i inni utopiści socjalistyczni nikt by nie wiedział, że normalny system gospodarczy tak właśnie ma się nazywać.

Kapitalizm opiera się na własności, a własność na prawie naturalnym. Dopóki nikt nie nastaje na indywidualną własność, dopóty mamy normalny system gospodarczy. Dlatego własności trzeba bronić jak wolności. Tyle wolności, ile własności. Aby być wolnym, trzeba mieć możliwość działania, aby mieć możliwość działania, trzeba mieć za co i czym.

To w skrócie. O własności trzeba dzisiaj przypominać, bowiem żyjemy w czasach jej odbierania; pozbawiania ludzi prawa do decydowania o tym, co mają. Po drugie zaś, własność jest coraz bardziej rozmyta, co prowadzi do pozbawiania nas możliwości decydowania o naszych udziałach.

Sytuacja w krajach wysoko uprzemysłowionych coraz bardziej przypomina skostnienie znane nam z państw socjalistycznych. W wielkich korporacjach postępuje zanik właściciela – jeszcze nie tak dawno większościowe udziały w dużych firmach miały rodziny czy klany, dzisiaj są to często jakieś fundusze inwestycyjne czy emerytalne zarządzane przez urzędników. Gdy nie ma właściciela, firmą rządzą menedżerowie. I rządzą przeważnie w swoim interesie, a nie interesie właścicieli, stąd też niebotyczne wynagrodzenia, bajońskie odprawy i brak ryzyka – niezależnie od tego co menedżer zrobi, jak pokieruje firmą – swoje i tak dostanie.

Jednym z najistotniejszych elementów kapitalizmu jest ryzykowanie na własny rachunek i wydawanie własnych pieniędzy. Jeśli wydajemy cudze pieniądze, na dodatek nie na siebie, mamy w nosie, jak te środki zostaną zagospodarowane i jak efektywnie będą wydawane. Dzisiaj zarządcy wielkich firm i banków ryzykują miliardy dolarów cudzych pieniędzy, a gdy się pomylą, i tak nawet włos z głowy im nie spada – co najwyżej odbiorą wielomilionowe odprawy i “pójdą szukać swego Pacanowa”. Przestaje więc działać jeden z głównych mechanizmów samoregulujących gospodarki.

 O tym, do czego to prowadzi, pokazuje statyzm gospodarek socjalistycznych – tam było podobnie. Dyrektor kombinatu był z nadania politycznego i jak wywrócił coś do góry nogami, za karę co najwyżej przenoszono go “na inne odpowiedzialne stanowisko”. Co ciekawe, prócz owego kostnienia wielkich korporacji dochodzi do przejmowania przez nie kontroli nad instytucjami politycznymi państwa. Ponieważ z reguły są to duże przedsiębiorstwa, wywierają nacisk na posłów i rząd, szantażując likwidacją miejsc pracy w newralgicznych politycznie okręgach wyborczych czy majtając przed oczami polityków marchewką dotacji. Demokracja przekształca się w plutokrację, władzę kasty biurokratyczno-menedżerskiej.

Jednocześnie w wielkich korporacjach coraz częściej ma miejsce (jak kiedyś było to w kompartiach) negatywna selekcja – awansuje się miernych, ale wiernych – w wyścigu szczurów wygrywają nie ludzie z wizją i ikrą, lecz ci, którzy potrafią się ustawić i wiedzą, komu kadzić. Osoby wybitne postrzegane są jako zagrożenie istniejącego układu i pacyfikowane. Ponieważ nie ma zdecydowanego i silnego reprezentanta interesów właścicieli, to “myszy szaleją”.

Podobny zanik właściciela dotyczy własności komunalnej, gminnej, miejskiej. Własność ta powstawała w tym kraju poprzez oddawanie na rzecz dobra wspólnego części majątku indywidualnego. Ludzie, którzy oddawali tak swoją własność do wspólnego worka, mieli głos przy podejmowaniu decyzji o wykorzystaniu tego dobra. Prawa głosu nie mieli ci, którzy nie byli właścicielami i pomieszkiwali jedynie krótki czas. – Dlaczego? No bo im nie zależało – gdy przyszło co do czego, przenosili się do innej miejscowości – nie byli związani z tą ziemią. Dzisiaj – paradoksalnie – o własności komunalnej w dużej mierze decydują właśnie nie właściciele nieruchomości i ziemi, lecz grupy “niezaczepione”, jakieś lewackie organizacje społeczne czy zorganizowany ideowo elektorat. Reszta – właściciele – obecnie nie ma czasu.

Ponadto następuje degeneracja samej własności. Jeśli popatrzymy na morze przepisów regulujących to, co możemy, a czego nie, okaże się, że nasze możliwości dysponowania naszą “własną” własnością są tak ograniczone, że nie bardzo wiadomo, dlaczego jeszcze nazywa się to “własność”. Przykład pierwszy z brzegu. Jeśli na własnej ziemi wybuduję za własne pieniądze własną restaurację, nie będą w niej mógł palić papierosów. Jest to ewidentne ograniczenie wolności dysponowania własnością, a tym samym ograniczanie prawa własności. Ktoś inny uzurpuje sobie prawo do dysponowania czymś, co rzekomo jest wyłącznie moje. To samo dotyczy szeregu innych przepisów.

Pozbawianie nas własności i degenerowanie własności to nic innego jak odbieranie wolności. Jesteśmy niemymi świadkami tego procesu. Jeśli do tego dodać powszechne zepsucie pieniądza, tworzonego z powietrza bez opamiętania, będziemy mieli pełny obraz sytuacji. Smutnej sytuacji, która sprawia, że ludziom coraz mniej chce się chcieć, a kanały awansu i kariery coraz częściej dotyczą ścieżek społecznie niepożądanych, przy jednoczesnym topnieniu “prawdziwej” gospodarki. Słowem klops.

Czy da się z tego wyjść? Oczywiście, ale najpierw musimy przestać opowiadać sobie ekonomiczne bajki. A że jest nadzieja… Świadczy o tym rosnąca popularność Rona Paula w USA. Ludzie powoli się budzą. Oczywiście, z ręką w nocniku, ale zawsze…

Andrzej Kumor, Mississauga, http://www.goniec.net

Posted in Polityka, Różne | 32 Komentarze »

Profesor Ziem Odzyskanych

Posted by Marucha w dniu 2010-02-28 (Niedziela)

Ogół zagadnień związanych z problematyką niemiecką stanowił jeden z istotniejszych tematów zainteresowań założyciela i pierwszego dyrektora poznańskiego Instytutu Zachodniego – prof. Zygmunta Wojciechowskiego. W swoich pracach prof. Wojciechowski koncentrował się zarówno na opisie stosunków polskoniemieckich, jak i na zagadnieniach ustrojowych, geopolityce oraz stworzonej przez siebie koncepcji ziem macierzystych – postulowanych – odzyskanych.

Spośród 272 publikacji prof. Zygmunta Wojciechowskiego, których pełną listę zamieszcza w biograficznej pracy „Für ein Polen an Oder und Ostsee. Zygmunt Wojciechowski (1900-1955) als Historiker und Publizist” niemiecki historyk Markus Krzoska, duża część poświęcona jest bezpośrednio lub pośrednio (jak w przypadku artykułów i prac poświęconych państwu Piastów) zagadnieniom niemieckim. Prof. Wojciechowski był mediewistą, niekwestionowanym autorytetem naukowym w dziedzinie początków państwowości polskiej, relacji polsko-niemieckich, ustroju państwa Piastów i Jagiellonów. Od początku swoją karierę naukową związał z Uniwersytetem Poznańskim, nazywanym nie bez powodu w latach 30. XX w. „wszechnicą piastowską”.  

To właśnie Poznań, określany wówczas jako „endecka twierdza”, był ośrodkiem, w którym rozwijała się prężnie polska myśl zachodnia, której politycznym prekursorem był twórca polskiego nacjonalizmu – Jan Ludwik Popławski. Atmosfera miasta doskonale służyła krystalizacji myśli zachodniej, w której zawarta została synteza postulatów politycznych z naukowo uzasadnionymi argumentami. Jej ideą naczelną był powrót Polski na ziemie państwa pierwszych Piastów, na zachodnią rubież Słowiańszczyzny. O ile Popławski jako pierwszy polityk sformułował w sposób jednoznaczny cel, Dmowski częściowo go przeprowadził i zrealizował na konferencji pokojowej w Paryżu, o tyle Wojciechowski konsekwentnie „rozprowadził” dorobek obu poprzedników na polu naukowym, tworząc tym samym fundament pod „drugi polski Grunwald” w 1945 roku.  

Autor fundamentalnej dla badania stosunków polsko-niemieckich pracy „Polska – Niemcy. Dziesięć wieków zmagania” poza aktywnością na polu naukowym przez całe życie był zaangażowany w życie polityczno-społeczne. Pierwsze polityczne kroki stawiał jeszcze w połowie lat 20. w Młodzieży Wszechpolskiej (jego pierwsze publiczne wystąpienie datowane jest na 1924 r.), będąc następnie członkiem utworzonego w 1926 r., w odpowiedzi na zamach majowy, Obozu Wielkiej Polski. W drugiej połowie lat 20. i na początku lat 30. był już jednym z niekwestionowanych liderów środowiska poznańskiego Ruchu Młodych OWP, publikując na łamach „Kuriera Poznańskiego” i ogólnopolskiej „Myśli Narodowej”. W tym czasie sława młodego, zdolnego historyka dotarła do samego R. Dmowskiego, który na początku lat 30. zlecił mu napisanie historii tajnej Ligi Narodowej.  

W 1934 r. na tle różnic, przede wszystkim w odniesieniu do ówczesnej taktyki politycznej endecji, Z. Wojciechowski wraz z grupą innych młodych działaczy opuszcza szeregi macierzystego obozu, przechodząc do obozu sanacji. Rozłamowcy wykorzystują w tym celu istniejącą organizację narodową funkcjonującą w Wielkopolsce i na Pomorzu – Związek Młodych Narodowców [omówienie wyboru publicystyki tej formacji także w tym numerze – przyp. M. M.]. W latach poprzedzających wybuch wojny ZMN (przemianowany później na Ruch Narodowo-Państwowy) wtapia się w system pomajowych rządów, organizując z grupą skupioną wokół marszałka E. Rydza-Śmigłego, Obóz Zjednoczenia Narodowego. W czasie II wojny prof. Wojciechowski współtworzy wielkopolską organizację narodową „Ojczyzna”, która za jeden z głównych celów wojny stawia sobie przesunięcie granicy Polski na linię Odra – Nysa. „Ojczyzna” wchodzi w skład struktur PPP na terenie Wielkopolski, przygotowując w ramach Studium Zachodniego merytoryczne uzasadnienie dla polskich żądań terytorialnych na przyszłą konferencję pokojową.  

W wyniku dramatycznych wydarzeń, w jakie obfitował koniec wojny, z powstaniem warszawskim na czele, kierownictwo „Ojczyzny” decyduje się na ujawnienie w lutym 1945 r. wobec nowych władz dorobku niemcoznawczego Studium utworzonego w ramach „Ojczyzny”. W tym celu Z. Wojciechowski pisze memoriał do ówczesnego premiera E. Osóbki-Morawskiego. Władze, same nie dysponując odpowiednim zapleczem i fachową kadrą, niezbędnymi do realizacji ogromu zadań, jakie stanęły w obliczu włączenia do państwa polskiego Ziem Zachodnich i Północnych, ofertę współpracy przyjęły. Przez kolejne dziesięć lat, aż do śmierci w 1955 r., prof. Wojciechowskiego na czele jednostki naukowej o kluczowym znaczeniu dla dalszego rozwoju polskiej myśli zachodniej – Instytutu Zachodniego. 

Niemcy, jako naród, jako organizm państwowy oraz jako byt kulturowo-historyczny występowały w pisarstwie Wojciechowskiego zawsze w kontekście ich stosunków z Polską. Nie był Wojciechowski historykiem opisującym dzieje Niemiec. Fakt, że odgrywały one w jego dorobku naukowym i publicystycznym tak duże znaczenie wypływał z ogromnej roli, jaką miały w dziejach Polski. Prywatnie Wojciechowski nie był germanofobem, o co go wielu podejrzewało (wysoko na przykład cenił literaturę niemiecką), był jednak konsekwentnym wyznawcą tezy Dmowskiego, w myśl której „nie chodzi o to, aby z Niemcami wojować, ale o to, żeby im się nie dać”.  W poniższym szkicu ze względów oczywistych postaram się zarysować jedynie parę kluczowych dla poglądów Z. Wojciechowskiego na temat Niemiec, tez.

Punktem wyjścia do badania stosunków polsko-niemieckich dla autora „Hołdu pruskiego” był okres formowania się państwa pierwszych Piastów. Granice tego państwa z okresu panowania Bolesława Chrobrego niemal w pełni obejmowały swoim zasięgiem ziemie macierzyste Polski, tj. obszar rozciągający się pomiędzy Wisłą a Odrą. Ziemie te zamieszkałe przez Pomorzan, Lubuszan, Polan, Mazowszan, plemiona śląskie i Wiślan stanowił kolebkę polskiej państwowości. W pracy „Rozwój terytorialny Prus w stosunku do ziem macierzystych Polski”, wydanej w 1933 r., Z. Wojciechowski przedstawił ewolucję granicy zachodniej państwa polskiego oraz wykazał wpływ tego procesu na stopniową utratę ziem macierzystych na rzecz Prus, względnie Niemiec.  

Autor przedstawił wzmiankowany proces w formie dziesięciu map oraz kilkunastu kartogramów, ukazujących zmiany granic politycznych. Jak pisze w pracy „Twórcy polskiej geopolityki” P. Eberhardt: „Wykreślone kartogramy odnosiły się zazwyczaj do przełomowych wydarzeń historycznych, takich jak między innymi: utrata ziem zachodnich na rzecz Marchii i Państwa Krzyżackiego, zgonu Kazimierza Wielkiego, odzyskania Pomorza Gdańskiego, sukcesji Hohenzollernów, utraty Pomorza Szczecińskiego i Śląska, rozbiorów Rzeczypospolitej, kongresu wiedeńskiego itp.”.

Po poddaniu tych faktów gruntownej analizie, poznański historyk dochodzi do wniosku, zgodnie z którym zasadniczym celem Niemiec jest opanowanie ziem macierzystych Polski. Politykę taką w okresie nowożytnym prowadziły Prusy: „doświadczenie historyczne uczy nas tedy, że od końca w. XVIII zaznacza się ze strony Prus tendencja do całkowitego omal opanowania ziem macierzystych Polski.  Dwa organizmy narodowe i państwowe toczą tragiczną walkę o jedno i to samo miejsce na świecie. Sukces Prus w tej walce musiałby się połączyć z zupełną likwidacją Polski, jakiekolwiek bowiem byłyby zdobycze narodu polskiego, osiągnięte na wschodzie, trudno wierzyć, by się mógł utrzymać naród, który by stracił przeważającą część swych ziem macierzystych.”

 Wywód ten stanowi pod wieloma względami clou stanowiska prezentowanego przez poznańskiego historyka. Niezmiennie uznawał on posiadanie kolebki polskiej państwowości, wraz z szerokim brzegiem Bałtyku, pozwalającym utrzymanie kontroli nad ujściem Odry i Wisły, za warunek sine qua non istnienia państwa. Utrata przez Polskę dostępu do Zatoki Gdańskiej i Zalewu Szczecińskiego zadecydowały o jej politycznym upadku. Rozwój terytorialny Prus kosztem Polski doprowadził z kolei do objęcia przez nie dominującej roli wśród państw niemieckich, a przez to – w konsekwencji – do ich zjednoczenia i utworzenia Cesarstwa Niemieckiego.  

Zależność występująca pomiędzy ziemiami macierzystymi Polski, a mocarstwową pozycją Niemiec (plany utworzenia Mitteleuropy) przedstawia się wobec tego w sposób nad wyraz oczywisty. Niemiecką ekspansję ułatwiała błędna polityka polska związana z przeniesieniem „punktu ciężkości” państwa z zachodu na wschód. Z. Wojciechowski w swojej pracy z 1937 r., zatytułowanej „Dwa ośrodki państwowotwórcze w Polsce na przestrzeni dziejów i ich zasięg geograficzny” określa to zjawisko mianem „przełomu”. Związany był on bezpośrednio z wygaśnięciem linii Piastów i dojściem do politycznych wpływów panów małopolskich.

„Koła te wyrosły w szkole Kazimierza Wielkiego. Ale jeżeli były przez lat 30 współuczestnikami polityki ruskiej króla i z polityką tą związane były ich osobiste interesy, o tyle zbyt mało było czasu, by mogły «nauczyć się» polityki nadodrzańskiej. Zaciążyło w XIV w. na Polsce przeniesienie stolicy trzy wieki przedtem z Gniezna do Krakowa; inny byłby stosunek do sukcesji szczecińskiej kół wielkopolskich. Jest pewna dramatyczność, a może i tragizm w tym, że oparcie wewnętrzne dawały królowi Kazimierzowi te koła, którym w istocie obca była najgłębsza treść intencji królewskich, a w opozycji do króla znajdowały się elementy, których myśli i instynkty w istocie rzeczy były najbardziej «piastowskie»”.

Odwrócenie kierunku rozwoju państwa z zachodniego na wschodni było, w oczywisty sposób, stałym elementem polityki zewnętrznej dynastii Jagiellonów. Wszystkie te tezy zostały powtórzone i rozwinięte w – jak pisze badacz tej tematyki – „jednej z ważniejszych polskich prac geopolitycznych”, zatytułowanej: „Polska – Niemcy. Dziesięć wieków zmagania”.

Praca ta została wydana po raz pierwszy w 1943 r. przez konspiracyjne wydawnictwo w Warszawie i wznowiona przez oficynę Instytutu Zachodniego w 1945 r. Stała się wówczas prawdziwym „hitem” wydawniczym, jej tytuł urósł zaś do rangi symbolu. Praca stanowi syntetyczny wykład tysiącletniego sąsiedztwa obu narodów. Zasadniczą treść wzajemnych stosunków stanowi konfrontacja, w której rolę agresora pełnią przeważnie Niemcy, których ostatecznym celem jest podbój terytorialny, germanizacja i eksterminacja Polaków. Głównym kierunkiem niemieckiej ekspansji był zawsze wschód (Drang nach Osten), Polska stanowiła zatem pierwszy cel agresji.

Z. Wojciechowski ukazał niepozostawiający żadnych złudzeń program niemieckiego podboju, realizowany z żelazną konsekwencją począwszy od margrabiego Gerona, poprzez Zakon Krzyżacki, Fryderyka Wielkiego, Bismarcka, aż po Hitlera (później pojawił się jeszcze Adenauer). Gwoli ścisłości należy przyznać, że w późniejszych latach sam Wojciechowski zdystansował się nieco od radykalizmu niektórych sformułowań. Były jednak „Polska – Niemcy…” nieodrodnym dziełem tamtego czasu, pisane w czasie okupacji, nie pozbawione były pewnych emocjonalnych akcentów. O nastrojach wówczas panujących niech świadczy pewien drobny, ale wiele mówiący szczegół – wielu publicystów w tym czasie pisało nawet wyraz „Niemcy” małą literą. [Admin pamięta jeszcze, gdy pani nauczycielka skrzyczała go za to, że napisał właśnie ten wyraz z dużej litery]

Innym istotnym wątkiem są boje, które przez szereg lat Z. Wojciechowski toczył z historiografią niemiecką, zwalczając podnoszone przez historyków niemieckich tezy o kulturowej niższości Polski. Niemieccy naukowcy poddawali w wątpliwość nawet rodzimy charakter dynastii piastowskiej. Normańskie, czyli germańskie, to znaczy niemieckie, pochodzenie piastowskiej dynastii miało uzasadniać w latach 30. niemieckie plany podboju Polski. Jako pierwsi hipotezę normańskiego pochodzenia Mieszka wysunęli jeszcze przed I wojną światową niemieccy historycy Robert Holtzmann i Lambert Schulte, a następnie rozwinął je Albert Brackmann i Georg Kossina.  [No i byli w mylnym błędzie, bo jak wykazała przodująca nauka izraelska, państwo polskie założyli Żydzi – admin]

Sam Z. Wojciechowski w pracy „Państwo polskie w wiekach średnich”, służącej przez długi czas po wojnie jako akademicki podręcznik, tak odnosił się do przyczyn tego zjawiska: „teoria normańskiej genezy państwa polskiego wzięła swój początek w pewnej mierze z poglądów filozoficznych Herdera, który, jak to ostatnio przypomniał Balzer, rozwinął tezę przyznającą wprawdzie Słowianom pierwotnym wiele zalet, jak łagodność, gościnność itp., ale odmawiającą im zdolności państwotwórczych.” W wydanej w 1946 r. pracy „Hołd pruski” tak pisał: „na czym oparta była teza o normańskiej genezie państwa polskiego? […] jedynym punktem zaczepienia był dokument, który Mieszko I wystawił był w latach 990-2 [mowa oczywiście o „Dagome iudex” – przyp. M. M.].  

Dokumentu tego nie znamy niestety z oryginału. Zachował się on w streszczeniu sporządzonym wiek później, przy czym autor streszczający dokument, zniekształcił imiennictwo osób i miejscowości. Ze Szczecina zrobił Schinesghe, z Ołomuńca Alemure, Mieszka I przekręcił na Dagome. Wprawdzie prof. Oswald Balzer wytłumaczył przed wielu laty, że owo Dagome powstało z przekręcenia słów ego Mesco, ale według Niemców oczywiście Dagome to musiał być Normanin Dago, wikińskim mieczem podbijający Polskę”. Od tego czasu nie dokonano żadnych nowych odkryć, które potwierdziłyby słuszność przypuszczeń o normańskim rodowodzie pierwszej polskiej dynastii. Obecnie niemal powszechnie uznaje się, że hipoteza „normańska” i „niemiecka”, nie mają uzasadnienia zarówno historycznego, jak i językowego, i posiadają charakter jedynie hipotetyczny. 

Po zakończeniu II wojny światowej pozycja prof. Wojciechowskiego była szczególna, z jednej strony bowiem był on niekwestionowanym autorytetem w odniesieniu do ogółu zagadnień związanych z Ziemiami Odzyskanymi, które dla nowej władzy stanowiły bezwzględnie najistotniejszy element legitymizacji (o czym świadczy eksponowanie tego wątku przez wszystkie ekipy kierownicze PRL-u), z drugiej zaś dla części władz, kierowany przez Wojciechowskiego Instytut Zachodni stanowił siedlisko wrogich elementów „klerykalno-endeckich” uprawiających „burżuazyjną historiografię”. Miały miejsce represje polityczne, w tym aresztowania współpracowników profesora. Względna niezależność naukowa Instytutu była gwarantowana doczasu, gdy przy władzy utrzymywał się Władysław Gomułka, rozumiejący doniosłość prac na Ziemiach Odzyskanych, czego wyrazem było kierowanie przez niego resortem Ministerstwa Ziem Odzyskanych (w którym zatrudnienie znalazło wielu narodowców, w tym wiceminister Leopold Gluck, o którym Stefan Kisielewski żartobliwie napisał, że to „endek poznański, w którym się zakochał Gomułka”).  

Po oskarżeniu „Wiesława” o odchylenie „prawicowo-nacjonalistyczne” (jednym z argumentów był zarzut dotyczący współpracowników) i odsunięciu go od władzy (i likwidacji MZO) w drugiej połowie 1948 r. wzmożono naciski na Instytut i samego Wojciechowskiego, dotyczące przyjęcia „metodologii marksistowskiej” (m.in. uwzględnienia przy opisie stosunków polsko-niemieckich czynnika klasowego), zmierzające w konsekwencji do rozbicia całego środowiska. Pozycja prof. Wojciechowskiego, który piastował szereg eksponowanych funkcji (m.in.: profesor zwyczajny Uniwersytetu Poznańskiego, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, prezes Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, członek Komisji Konstytucyjnej, przygotowującej projekt Konstytucji PRL, radny Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu, członek licznych towarzystw naukowych krajowych i zagranicznych, redaktor wielu czasopism naukowych), nie gwarantowała niezależności nawet kierunków badawczych prowadzonej przez niego jednostki naukowej.  

W roku 1949 powstała NRD, który to fakt wymusił pewne znaczne modyfikacje w ukazywaniu przez Z. Wojciechowskiego stosunków polsko-niemieckich. Wrogiem pozostała jawnie rewizjonistyczna i „rewanżystowska” RFN, NRD dla przeciwwagi zyskała status „dobrych Niemiec”. Jak pisze w fundamentalnej pracy „Myśl zachodnia i jej realizacja w Polsce Ludowej w latach 1945-1957” Grzegorz Strauchold (goszczący na łamach „Myśli.pl”, nr 3/2006): „nastąpiła zatem konieczność jakby podzielenia uwagi poświęcanej Niemcom na dwa nurty. W jednym mieściła się utworzona nieco wcześniej Republika Federalna Niemiec (zwana wówczas uparcie w Polsce Niemiecką Republiką Federalną), uważana za matecznik rewizjonizmu granicznego i ekspozyturę anglosaskiego imperializmu. W drugim NRD – uważana oficjalnie w stolicach wschodnioeuropejskich za prawdziwie pokojowe, socjalistyczne państwo niemieckich robotników i chłopów. Od tego momentu aż po kres rozbicia politycznego Niemiec u progu lat 90., badania niemcoznawcze szły dwoma torami, z których jeden – wobec układu zgorzeleckiego z 1950 r. – traktował o sprawach (wschodnio)niemieckich bez specjalnego powiązania z polskimi ziemiami zachodnimi i północnymi”. 

Jeden z największych luminarzy polskiej historiografii – prof. Z. Wojciechowski poświęcił całe swoje życie powrotowi prastarych ziem piastowskich do Polski. Celowi temu podporządkowane były podejmowane przez niego działania zarówno na polu działalności naukowej, jak i aktywności społeczno-politycznej. Przypominanie dorobku przedwojennych środowisk „zachodniackich”, które po II wojnie światowej utworzyły m.in. poznański IZ, z prof. Wojciechowskim, jego pierwszym dyrektorem na czele, jest bardzo ważne także i dziś. Na naszych oczach dokonują się bowiem przewartościowania, także pojęć i faktów, które przez dziesięciolecia wydawały się niewzruszalne. W wielu polskich miejscowościach na dawnych Ziemiach Odzyskanych, stanowiących w powszechnym odczuciu sprawiedliwą rekompensatę za niemieckie krzywdy wyrządzone Polsce, szczególnie w wyniku ostatniej wojny, pojawiają się dziś pomniki, budowle, mające służyć upamiętnieniu niemieckiej przeszłości.  

Na Opolszczyźnie przywracane są dawne niemieckie nazwy ulic, placów i innych miejsc. Nierzadko na cokoły przywracani są tępiciele polskości tych ziem. Z drugiej zaś strony lekceważy się dorobek repolonizacyjny PRL-u, pełen błędów, ale co do zasady niepodważalny, kwitując go pogardliwie: „komuna”. Na ołtarzu nowej politycznej poprawności składane są kolejne daniny mające być ceną za dobrosąsiedzkie stosunki z Niemcami. W imię tego upadła m.in. znakomita idea utworzenia Muzeum Ziem Odzyskanych. Podobno jednak czasy „wieków zmagania” bezpowrotnie przeminęły, a przytaczając sformułowanie pewnego brytyjskiego historyka, nadchodzi epoka „kameradii polsko-niemieckiej”. 

Maciej Motas
Autor jest publicystą tygodnika „Myśl Polska”, absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, oraz członkiem Stowarzyszenia Stronnictwo Narodowe

Notatka biograficzna:
Prof. Zygmunt Wojciechowski – ur. 27 kwietnia 1900 w Stryju, zm. 14 października 1955 w Poznaniu – historyk państwa i prawa.  Był najstarszym z pięciorga dzieci Konstantyna Wojciechowskiego i Leontyny z Buczkowskich. W 1921 r. podjął studia uniwersyteckie na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza, kończąc je w 1924 doktoratem z zakresu historii powszechnej średniowiecznej oraz historii nauk społecznych i ekonomicznych. Został wówczas asystentem przy Zakładzie Nauk Pomocniczych Historii Uniwersytetu Jana Kazimierza. W czerwcu 1925 r. przeniósł się do Poznania, gdzie został zastępcą profesora na Katedrze Historii Ustroju i Dawnego Prawa Polskiego na Wydziale Prawno-Ekonomicznym. W tym samym roku habilitował się na podstawie pracy: „Momenty terytorialne organizacji grodowej”. Od 1929 r. był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Poznańskiego, a od stycznia 1937 r. profesorem zwyczajnym (od 1939 dziekanem Wydziału Prawno-Ekonomicznego). W latach 1940–1945 pracował w Delegaturze Rządu RP na Kraj (kierownik Wydziału Nauki). W 1944 był założycielem i pierwszym dyrektorem (do 1955 r.) Instytutu Zachodniego (od 1984 patron). Od 1945 członek PAU i od 1952 PAN. Wydał m.in.: „Polska nad Wisłą i Odrą w X wieku”, „Zygmunt Stary (1506-1548”, „Państwo polskie w wiekach średnich. Dzieje ustroju”, „Studia historyczne”, „Ustrój polityczny ziem polskich w czasach przedpiastowskich”, „Początki immunitetu w Polsce”.

Artykuł ukazał się w kwartalniku Myśl.pl, numer 13, wiosna 2009

Posted in Kultura, Polityka | 11 Komentarzy »

 
%d blogerów lubi to: