Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Komu to przeszkadzało, czyli wyroby …podobne

Posted by Marucha w dniu 2010-04-21 (środa)

Jeszcze za dawnych czasów, minionej, niechlubnej epoki komunistycznej obywatela Edwarda Gierka, znana firma Wedel produkowała doskonałą czekoladę i kakao. Było powszechnie wiadomo, że przy np. biegunce można było dziecku podać trochę czekolady i był spokój.

Wraz z nadchodzącym kryzysem, spowodowanym wojną w Afganistanie i naszą braterską pomocą dla walczących, głownie w postaci żywności i odzieży [buty, mundury itd] pojawiły się wyroby czekoladopodobne, masłopodobne czy kakaopodobne.

Ale nawet wojskowa junta, trzymająca przez 10 lat ster władzy, nie odważyła się na tworzenie nowomowy i każdy obywatel wiedział, czy kupuje czekoladę ,czy też wyrób czekoladopodobny; czy kupuje masło, czy wyrób masłopodobny.

Potem przyszedł rok 1990 i wszystko zaczęło się zmieniać. Zniknęły wyroby naturalne, a pod pojęciami ogólnie znanymi i utrwalonymi w społeczeństwie  pojawiły się jakieś substytuty np. czekolada po złotówce czy też po dwa złote – rzekomo prawdziwa. Niektóre z tych produktów np. czekolady z mleczka alpejskiego, jak głosiła plotka, robione były pod Warszawą i ich zawartość niewiele miała wspólnego z czekoladą, prócz nazwy.

Pojawiła się jakaś biała czekolada szwajcarska, czyli wyrób produkowany z odpadów poprodukcyjnych prawdziwej czekolady plus chemia. Ile to bowiem chemii trzeba włożyć do produktu, aby z czarnego ziarna kakaowego otrzymać białą papkę.

W tej chwili to strach podawać dzieciom ten produkt, ponieważ nie ma żadnych prac naukowych ani medycznych, jak te wszystkie dodatki chemiczne, spożywane przez dłuższy okres, wpływają np. na odporność dzieci czy ich przemianę materii. Jeszcze gorzej wygląda informacja, jak ta chemia wpływa na płód, czyli brak odpowiedzi na proste pytanie : czy kobieta w ciąży może zjadać taki wyrób.

I komu przeszkadzało dalsze nazywanie tych produktów czekoladopodobnymi, zamiast oszukiwania ludzi kupujących te podróbki jako prawdziwą czekoladę? Proszę zauważyć, że jak ktoś podrobi np. spodnie Wrangle to mu je konfiskują i palą a tutaj nic.

I proszę zauważyć Drogi Czytelnik, że istniejące systemy ochrony społeczeństwa, stosunkowo dobrze opłacane przez to społeczeństwo, np. prokuratura, cały wymiar sprawiedliwości, różne San-epidy zupełnie zignorowały taką samowolę producentów i nigdzie nie ma publikacji z wykazem tych fałszerstw.

Jeszcze dalej posunął się przemysł mleczarski. Najpierw zginął produkt krowi o nazwie mleko, a pojawiło się zabielane świństwo o 0.5% – 1% – 2% czy też 3.2% tłuszczu. Wiadomo, że prawdziwe mleko ma od 4% do 5% tłuszczu. I tak naprawdę wcale nie chodzi o ten tłuszcz, rzekomo szkodliwy, ale o rozpuszczalne w nim witaminy A, D, K i E.

Brak jakichkolwiek informacji na temat zawartości tych elementów w sprzedawanym produkcie. Brak jakichkolwiek prac naukowych i medycznych opisujących co się dzieje w organizmie człowieka będącego w stałym niedoborze podstawowych witamin. Wiadomo bowiem powszechnie, że człowiek sam nie wytwarza tych witamin. A zupełnie nie wiadomo ile witamin pozostaje w tym zabarwionym płynie.

Około roku 1992/92 zrobiono następny skok i poddano mleko na kilka sekund temperaturze ok. 141 C. Nazwano ten produkt mlekiem UHT:
[http://www.sfd.pl/Mleko_%C5%9Bwie%C5%BCe_wygrywa,_UHT_przegrywa-t323301.html]
oraz
[http://resmedica.pl/archiwum/zdart79910.html ]
i stwierdzono, że ten substytut mleka jest pełnowartościowym produktem. A swoją drogą jak takie głupoty mogą się znajdować w czasopiśmie “Żyjmy dłużej”?  UHT ma gwarancję kilku miesięcy. Znając fizyczne możliwości ogrzania takiej ilości płynu trudno sobie wyobrazić, w jaki to niby sposób temperatura ma w całej kadzi uzyskać tę samą wartość. Innymi słowy – są miejsca w których temperatura jest wyższa i miejsca o niższej temperaturze. A jak potem błyskawicznie to oziębić do 20 stopni? Każdy PT Czytelnik może sam przeprowadzić takie doświadczenie podgrzewając np. talerz zupy w mikrofalówce. Po kilkunastu sekundach zauważy, że przy brzegach zupa może być ciepła, a w środku jest jeszcze zimna..

Skutki natomiast takiego konserwowania produktu zwanego mlekiem widzimy na codzień. Po wlaniu tego płynu do słoika i odczekaniu kilku dni, zamiast z iadłego mleka mamy ciemną, nierzadko cuchnącą ciecz. I w ten prosty sposób zlikwidowano z rynku doskonały produkt spożywczy jakim było z siadłe mleko. Kto jeszcze dzisiaj pamięta smażone ziemniaki z siadłym mlekiem?  Oj marzy się czasami to, marzy.

Co prawda możemy kupić coś co nosi nazwę zsiadłego mleka, jogurtu, czy kefiru, ale jak to się ma do starego smaku domowego mleka? Wszystkie te produkty mają bowiem wspólną co najmniej jedną cechę. Jest nią smak. A jest to smak chemii. A ludzie z chorobą wrzodową żołądka mają dodatkowe dolegliwości bólowe.

Oczywiście brak jakichkolwiek naukowych czy też medycznych publikacji opisujących długoterminowe skutki spożywania tej chemii, ani przyswajania tak pomieszanej chemii z pozostałą zawartością naturalną produktu mlecznego.

Istnieje natomiast zbieżność czasowa. W około 3-5 lat po wprowadzeniu produktu zwanego mleko UHT pojawiła się choroba zwana osteoporozą, czyli niedobór wapna w organizmie.
Tak więc wynika, że po podgrzaniu do temperatury 141 C wapń staje się nieprzyswajalny dla organizmu człowieka. Rodzi się więc pytanie jakie będą skutki picia takiego napoju dla młodego pokolenia po kilku, kilkunastu latach.

Innym problemem przemysłu mleczarskiego w nowej epoce po 1990 roku, są sery. Nagle nie wiadomo dlaczego wszystkie sery smakują tak samo. Każdy jest bardzo słony. A po kilku dniach od rozpakowania folii i odparowaniu nadmiaru wody wręcz nie daje się go jeść.

Problem sprowadza się do konserwacji. Otóż w celu przyspieszenia produkcji i wydłużenia czasu ważności produktu do spożycia, trzeba “ładować” w sery środki konserwujące. Większość środków konserwujących jet szkodliwa i ustalono dopuszczalne normy faszerowania produktu spożywczego tymi chemikaliami. A sól jest dobrym konserwantem i nie ma normowanego dopuszczalnego stężenia. Już dawno stosuje się ją w USA i Unii Europejskiej bez ograniczenia.

Bardzo ciekawym jest fakt, ze ten wzrost zawartości soli w produktach spożywczych pojawił się w tym samym okresie co prace kardiologów winiące sól za wzrost zachorowań na nadciśnienie u ludzi. Otóż obserwujemy zupełny brak zainteresowania tą korelacją odpowiednich służb medycznych organów odpowiedzialnych z zdrowie.

I tak z jednej strony Rząd cały czas podkreśla, że wydaje coraz więcej na leczenie, szczególnie chorób przewlekłych, a z drugiej strony pozwala na wzrost zachorowań na ciężkie – nierzadko śmiertelne – choroby poprzez brak reakcji na niewątpliwy wzrost zagrożenia czynnikami ryzyka w środowisku. Na ten wzrost czynników szkodliwych przeciętny obywatel nie ma wpływu, bowiem na produkcie brak informacji o zawartości procentowej soli. Uniemożliwia to nawet znającemu problem człowiekowi dokonanie wyboru.

Z kolei nie jest prawdą twierdzenie o wzroście wydatków na leczenie, ponieważ w stanie wojennym leczenie pochłaniało 10.5% PKB, a po reformie doskonałego ekonomisty Balcerwicza -Sachsa  lub odwrotnie] na zdrowie obecnie przeznacza się około 4% PKB.

Tak więc wniosek jest jednoznaczny o dopuszczeniu produktu do sprzedaży decydują względy pozamerytoryczne. [Autor użył bardzo uprzejmego określenia. My nazwiemy je po imieniu: chodzi o łapówy i tyle – admin]

Jeszcze większy problem stanowią wyroby potocznie zwane chlebem. To co się dzisiaj sprzedaje nawet nie leżało koło chleba. Jest to typowy produkt chlebopodobny. Dlaczego? A to proste. Prawdziwy chleb jest produkowany na zakwasie i wypiekany w piecu opalanym drewnem lub węglem. Zapewniano w ten sposób odpowiednią temperaturę wypieku. Obecnie przynosi się pulpę, czyli mieszaninę różnych składników, w większości nieznanych zjadaczowi, dodaje się do tego wody i po podzieleniu na odpowiedniej wielkości porcje wrzuca na taśmę i do pieca elektrycznego. Zarówno temperatura wypieku, jak i jego czas są zdecydowanie różne od starej sprawdzonej technologii. Ta zmiana sposobu wypieku i składu pieczywa powoduje, że coraz więcej ludzi ma problemy gastryczne po zjedzeniu takich produktów.

Wręcz spotyka się pacjentów, którzy mogą jeść tylko określony rodzaj chlebopodobnego pieczywa , ponieważ po zjedzeniu innego mają zgagę i odbijanie.

Najsilniej te objawy uwidoczniły się u ludzi lubiących spożywać tzw. czarny chleb. np. pumpernikiel. Po 1990 roku zmieniono recepturę produktu i spora część pacjentów musiała zrezygnować z jego spożywania, ponieważ dostawała zgagi i bólów żołądka.

Smacznego!

Przykładem dobitnie unaoczniającym wpływ rozmaitych dodatków dodawanych do pieczywa jest historia piekarza z Wilna. W latach 90- przesyłał do Gdańska “czarny chleb” prosto z Wilna 2 razy w tygodniu autobusem rejsowym. Pieczywo było wspaniale i nie wysychało przez tydzień. Chłop się dorobił i otworzył zakład pod Gdańskiem. Tutaj zapoznał się z “nowoczesną” produkcją i niestety zmienił recepturę. Starzy klienci musieli zrezygnować z jego produktów, ponieważ występowały te same dolegliwości co po innych chlebach sprzedawanych w Gdańsku.

Oczywiście nie muszę dodawać, że żadnych prac naukowych ani medycznych dotyczących spożywania takiego chlebopodobnego produktu nie ma. I nikt nie może powiedzieć, co się stanie z młodymi ludźmi jedzącymi taką watę.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa z produktami chlebopodobnymi nafaszerowanymi tzw. dodatkami; orzechami, ziarnem. Ilość chemii , która pozwala powiązać te wszystkie dodatki ze zbożem jest bardzo duża. Można stwierdzić, jednoznacznie, że dietetycy namawiający chorych do jedzenia takiego gruboziarnistego, chlebopodobnego pieczywa działają na szkodę chorego.

Innym rodzajem nieprawidłowości w produkcji pieczywa jest dodawanie do niego wodorotlenku glinu. Związek ten wiąże wodę w chlebie. Wiadomo, że woda jest tania. Tysiąc kg wody kosztuje ok. 5 złotych. A 1000 kg mąki kosztuje ok 700 zł. Jeżeli w naszym produkcie jest dużo wody, to oczywiście więcej zarabiamy. W dodatku wszystko jest legalne i nikt nie może się do nas przyczepić.

Jak łatwo można sprawdzić, czy wyrób chlebopodobny zawiera wodorotlenek glinu? Wydaje się,że najprostszym sposobem jest obserwacja jak szybko po przekrojeniu produkt wysycha. Wystarczy przekroić chleb. Jeżeli po kilku godzinach zaczyna się suchy kruszyć to znaczy że “ulepszaczem” był wodorotlenek glinu. Chleb wyprodukowany w tradycyjny sposób zachowuje świeżość przez kilka dni.

Problem dodawania niewłaściwych dodatków do produktów spożywczych nie jest problemem tylko w Polsce. Zaczął się on w USA i już przed wielu laty przyszedł do Europy. Np. we Francji już w (chyba) 1994 roku Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę o chlebie. Chlebem wolno nazywać tylko i wyłącznie pieczywo powstałe na zakwasie. Polska jest rajem dla wszelkiego rodzaju dezinformatorów. Żadna ze służb rządowych nie informuje opinii publicznej o stwierdzonych nieprawidłowościach. Nawet jak znaleziono dużą partię starego mięsa w sklepach, to nie podano nazwy sklepów. Być może ma to związek ze słynną publikacją z 1971 roku zwaną raportem Klubu Rzymskiego. Ta samozwańcza organizacja zakładała, że Polska powinna być zamieszkała przez co najwyżej 15 – 17 milionów ludzi i stanowić zaplecze siły roboczej dla Europy. Wypada nadmienić, że w Klubie tym Polskę reprezentował “wybitny” filozof żydowskiego pochodzenia, cudem uratowany przez Polaków w czasie okupacji, z rodowodem służb specjalnych, Leszek Kołakowski[http://pl.wikipedia.org/wiki/Leszek_Ko%C5%82akowski].

Jak można się przekonać śledząc roczniki demograficzne, liczba ludności w Polsce nie tylko się nie zwiększa ale systematycznie maleje. Minimalna dzietność kobiet w miastach jeszcze w latach 80-ych wykazywala ujemny przyrost naturalny, a jak wiadomo ok 80% ludności żyje obecnie w miastach.
I ja łatwo to można zauważyć, żaden z kolejnych Rządów Rzeczypospolitej od 20 lat nie prowadzi polityki prorodzinnej podając jako powód brak środków, co jednak nie przeszkadza dawać prezesom firm po 950 000 złotych miesięcznie.

Kolejnym problemem wyrobów …podobnych są produkty mięsopodobne np. kiełbasy http://pl.wikipedia.org/wiki/Kie%C5%82basa.

Od kiedy to drodzy panowie Ministrowie Rolnictwa [przeważnie z PSL, a więc chłopy znające się na rzeczy] produkty zawierające 80 % zieleniny mają prawo nosić nazwę kiełbasy?

Nowomowa, czyli nadawanie starych nazw nowym produktom, zaczęło się po rewolucji masońskiej w Rosji po 1917 roku. Niestety wbrew twierdzeniom obecnych polityków, że komunizm minął ta zaszłość pozostała. Obecnie nagminne jest dodawanie do różnego rodzaju produktów zwanych kiełbasami papki sojowej lub wodorostów z Morza Irlandzkiego lub innych glonów. Nota bene zbieranych z miejsc do których uchodzą ścieki z elektrowni atomowych.

Jaka zawartość soi i wody powoduje, że z jednego kilograma mięsa można otrzymać 2.20 kg szynki? Odpowiedz cobie Szanowny Czytelniku sam. Te wszystkie prasowane szynki to wyroby kiełbasopodobne, praktycznie zawierające minimalne ilości białka zwierzęcego . Wypada przypomnieć w tym miejscu, że białko zwierzęce jest w naszej “kuchni” jedynym źródłem łatwo przyswajalnego przez organizm człowieka żelaza. Brak żelaza stwierdza się wśród dzieci, zapychanych przez nowowczesne matki popkornem i chipsami [brak żelaza to anemia].

I znowu wymaga podkreślenia fakt, że brak prac medycznych i naukowych nad skutkami takiego fatalnego karmienia. Już teraz pediatrzy ostrzegają przed “epidemią” otyłościi wśród dzieci i młodzieży co występuje nagminnie u Amerykanów karmionych tymi świństwami od dziesięcioleci.

Wiadomo także powszechnie, że w USA testuje się obecnie nowe środki spożywcze otrzymywane genetycznie, chociaż udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że tak sztucznie modyfikowane rośliny nie zapewniają należytej odporności spożywającym je ludziom.

Te wszystkie modyfikacje laboratoryjne żywności , dodawane, bez należytej kontroli substancje chemiczne powodują coraz większe zniszczenie w naszych organizmach. Można to łatwo udowodnić np. przeprowadzając porównanie liczby plemników u mężczyzn przed 50 laty i obecnie. Przed pół wiekiem uważano, że w jednym ejakulacie prawidłowa liczba plemników to 300 milionów. Uznawano także ludzi mających poniżej 50 milionów plemników, w jednym wytrysku, za bezpłodnych. Obecnie trudno znaleźć facetów mających 300 milionów plemników. Normą jest 100 milionów czyli 300% mniej. Natomiast za bezpłodnych uważa się mężczyzn z liczbą plemników ok 12.5 miliona czyli aż 400% mniejszą. Wiadomo, że bezpłodność z przyczyn “męskich” jest coraz powszechniejsza i bardziej trudna do leczenia.

Niestety większość tzw. biznesmenów najczęściej odżywia się w fastfoodach spożywając produkty o niewiadomym składzie chemicznym. Np kisiel czy budynie Dr Oetkera są to wodniste papki do picia, a nie produkty które jedliśmy łyżeczkami.

Będzie jeszcze gorzej. W szkolach zamiast nauki gotowania uczy się nikomu niepotrzebnej wiedzy o Unii Europejskiej czy innych tego rodzaju ponadnarodowych organizacjach . W tej sytuacji dzieci po przyjściu ze szkoły zamiast normalnego ciepłego obiadu spożywają produkt o nazwie hamburger. A punktem szczytowym tej hipokryzji jest fakt, że Państwowy Inspektor Sanitarny nie chce udostępniać składu tych wszystkich produktów zasłaniając się tajemnicą handlową. Tylko kogo i czego dotyczącą. Jest to jawne łamanie prawa, ponieważ nawet UE wymaga umieszczania na opakowaniu składu chemicznego produktu. Z niewiadomych powodów takie produkty jak  sery, mleko, kiełbasy, chleby zostały zwolnione z tego obowiązku za zgodą polskich instytucji kontrolnych.

Dlaczego? Jakie względy pozamerytoryczne zadecydowały o tym? Dlaczego np. na stronie internetowej Głównego Inspektora Sanitarnego nie ma rubryki zawierającej wyniki analiz wymienionych produktów ?

Dr Jerzy Jaśkowski
FRECH.www. frech.pl
Gdańsk 21.04.2010

komentarzy 81 to “Komu to przeszkadzało, czyli wyroby …podobne”

  1. Polskie Rolnictwo musi wrocic w laski, musimy zrobic wszystko aby ludzie zaprzestali kupowac
    falszywki z EU ktore maja piekne opakowania a nie maja wartosci zdrowotnych jedzenie winno
    byc proste, pozywne bez kolorantow ktore niszcza organizm a sa „akceptowane” jako „zdrowe bo posiadaja rzadowe atestacje niestety za te „cuda” ludzie placa ” chorobami wiencowymi czy wczesnym rakiem /jesli chodzi o podrobki czekoladowe to sama pamietam jak w stanie wojennym na talony przyznawano nam dzieciom „czekolade czekoladopodobna” coz to byl za „twor” otoz byla to parafina polaczona z czekolada gdy moja Mama zorientowala sie ze jest to niebezpieczne do spozycia bo jest to ” swieca” ktora moze spowodowac zatluszczenie zyl i to w bardzo szybkim czasie wziela sie na sposob i sama zaczela „produkcje czekolady domowej roboty „,zwrocic musze jednak uwage ze dzisiejsze Matki powinny znalesc recepture na domowy wyrob czekolady jak tez jogortow bo w tych produktach zapewniam nie ma przyswajalnych bakterii typu acydafillus bifidus a jest zbyt duzo cukru i syropu kukurydzianego niestety te skaldniki niszcza wszelkie wartosci pozywne a moga doprowadzic do cukrzycy stad ten problem z nadwaga i cukrzyca u dzieci. Moje pytanie zwracam w kierunku naszego Konsumenta ?jak dlugo Panstwo bedziecie czekac az gora cos zmieni, tutaj decyzja i glos naleza do Was .Wasze milczenie, to przyzwolenie , najwyzszy czas wziasc to w swoje rece a przynajmniej mozecie zaprotestowac niekupujac dany produkt .Dziekuje autorowi Dr.Jaskowi za poruszanie tego tematu .

  2. wulkan said

    Wydaje mi się, że ingerencja rządu w ograniczanie lub zakazywanie rozpowszechniania pewnych substancji lub produktów nie jest najlepszym rozwiązaniem. Niech to do człowieka należy decyzja. Każdy odpowiada za siebie i jeśli świadomie chce żywić się kwasem solnym, nie wolno mu tego zabraniać.
    Koniecznością natomiast jest wymuszenie na producentach aby zamieszczali szczegółowe informacje o składzie produktu i kraju pochodzenia składników naturalnych, np. orzechów, mięsa, wszelkich ziaren, warzyw.

  3. Kaziu Kozoduj said

    Zgadzam się z poprzednikiem. Rządy za dużo chcą nakazywać i zakazywać. Wystarczy, jeśli nakażą producentom zamieszczanie informacji o składzie produktu oraz publikują rzetelne wiadomości na temat szkodliwości składników.

  4. To co pisze p.Marucha przypomnialo mi pyszny wieslki chlep jaki jako petak przywozilem na rowerze z piekarni w miasteczku gdzie mieszkala moja babcia.
    Chleb nie czerstwial a tajemnice poznalem po wielu latach: :piekarz dodawal do ciasta pewna ilosc utartych ziemniakow.

    POLSKI wedliniarz gdzie robie zakupy rzyma sie starych receptur i wszystko pachnie i smakuje jak powinno.
    o tym co trzeba kupowac w supermatketach szkoda slow.

    Jerzy Ulicki-Rek

  5. Jay Dee said

    Ciekawy artykuł. Im bliżej spraw medycznych (żywieniowych) dr. Jaśkowski się zbliża – tym mądrzej pisze. Doktor ma na pewno ciekawe dokonania (sprawa raka na Pomorzu) i na pewno dzięki już teraz potwierdzonym rewelacjom nabrał przekonania do siebie. Niestety im dalej od medycyny, a bliżej technologii, tym większe banialuki. Po prostu ręce opadają – dlatego ciężko to opisać.
    Wiedząc, że dostanę od groma łapek w dół – proponuję: jeśli kogoś interesują fakty – a nie te banialuki w artykule (mam na myśli kwestie technologii i oznakowania produktów) – to proszę dać łapkę do góry. Jak będzie zainteresowanie na poziomie ok. 15 łapek – to wyjaśnię i poświęcę trochę czasu z odpowiednimi odnośnikami i informacją na temat czytania etykiet produktów. Jak nie – to może i lepiej.

  6. Kaziu Kozoduj said

    Nie bacząc na łapki – niech Pan napisze. Te łapki bardzo słabo opisują wartość komentarzy.

  7. Kaziu Kozoduj said

    Co prawda hamburger od McDonaldsa nie jest taki zły, byle by go nie zjadać codziennie. Wiadomo, co ma w środku. Nigdy jeszcze nie było chyba żadnego skandalu z jego wyrobami. Nie obiecuje, że dzięki jego produktom będzie się mądrzejszym, szczuplejszym i ładniejszym. Po prostu daje, moim zdaniem, uczciwe, nieoszukane jedzenie.

  8. PL said

    Nie jestem żadnym technologiem żywienia, ale widzę na własne oczy, jak fatalnie pogorszyła się żywność w ciągu ostatnich 10-15 lat. To widać i czuć.
    W hipermarketach nie uświadczysz normalnego mleka czy zwykłego polskiego chleba. Kiełbasy to na ogół czarna rozpacz. Pomidory smakują kolorowym plastykiem i nie mają soku. Pełno jakichś kolorowych opakowań z „jogurtami”, na które nabierają się dzieci.

    Warto przypomnieć, iż „dopasowywanie” polskich norm do unijnych po prostu je popsuło. Zamiast ze 100 kg mięsa wyprodukować 70 kg szynki – teraz produkuje się chyba, wg. norm, coś około 130 kg szynki. Konsument sie cieszy, że taka „soczysta”.

  9. marcyśka said

    Ciekawostka:-)
    Co się kryje pod pojęciem psychopata:-czy mi się wydaje czy raczej do kogś, a nawet do kogoś-ich pasuje mi ten opis?

    „Psychopaci żyją wśród nas. Szacuje się że około3% populacji wykazuje objawy osobowości psychopatycznej. Są to osoby egocentryczne, kierujące się własnym dobrem, nie odczuwające wyrzutów sumienia i posiadające deficyty w obszarze lęku. Brak umiejętności odczuwania emocji i empatii wobec drugiej osoby sprawia, że psychopata innych traktuje instrumentalnie. Oczywiście może być miły i uprzejmy a także udawać zaangażowanie emocjonalne o ile widzi w tym korzyść.”

    Read more: http://www.psychika.eu/urodzony-psychopata/#ixzz0ljRmqBRF

    „Są to po prostu moralnie zdeprawowane jednostki, będące „potworami” w naszym społeczeństwie. Są niepohamowanymi i nieuleczalnymi drapieżnikami, których przemoc jest zaplanowana, celowa i pozbawiona emocji. Używanie przemocy trwa, aż osiągnie poziom szczytowy w wieku około 50 lat, poczym zaczyna zanikać.

    Ich bezuczuciowość odzwierciedla oderwany, pozbawiony strachu stan i prawdopodobnie stan dysocjacji, ujawniając niski poziom autonomicznego systemu nerwowego oraz brak lęku. Trudno powiedzieć, co ich motywuje – może potrzeba kontrolowania i dominacji – ponieważ historia ich życia zawiera zazwyczaj jedynie krótkotrwałe i chaotyczne związki z innymi ludźmi (przeważnie związane z zaplanowanym użyciem przemocy).

    Mają oni skłonność do imponowania, wywyższania się i nienasyconego apetytu, a także do sadyzmu. Nieustraszoność jest prawdopodobnie archetypową (rdzenną) cechą (hipoteza niskiego poziomu lęku). Można myśleć o nich jak o wyścigowych samochodach z nie działającym hamulcem.
    (…)

    Istnieją cztery (4) różne podtypy psychopatów. Najstarszy podział na typ pierwotny i wtórny dokonany został przez Cleckleya w 1941 roku.

    PIERWOTNI PSYCHOPACI nie są wrażliwi na karę, lęk, stres czy dezaprobatę. Wydaje się, że przez większość czasu są w stanie powstrzymywać swoje antyspołeczne odruchy, lecz nie z powodu sumienia, ale dlatego, że akurat służy to ich celom. Słowa nie mają dla nich takiego samego znaczenia jak dla nas. Tak naprawdę to nie jest jasne, czy rozumieją oni sens choćby swoich własnych słów, co Cleckley nazwał „semantyczną afazją”. Nie kierują się w życiu żadnym planem i wygląda na to, że nie są w stanie doświadczać żadnych prawdziwych uczuć.

    WTÓRNI PSYCHOPACI są ryzykantami, ale są również bardziej podatni na stres, więcej się martwią i mają skłonność do poczucia winy. Narażają się na większą dawkę stresu niż zwykli ludzie, ale są na stres tak samo wrażliwi, jak zwykły człowiek. (Sugeruje to, że nie są „w pełni psychopatyczni“. Być może z powodu specyficznej, odmiennej genetyki.)

    Są odważnymi, śmiałymi, niekonwencjonalnymi ludźmi, którzy wcześnie zaczynają grać według własnych reguł. W dużym stopniu kieruje nimi pragnienie ucieczki czy uniknięcia bólu, ale nie są w stanie oprzeć się pokusom. Rośnie ich pożądanie czegoś, co jest zakazane i coraz bardziej ich do tego ciągnie. Żyją czarem pokus. Oba typy psychopatów – pierwotny i wtórny – można podzielić na podtypy:

    NIEZRÓWNOWAŻENI PSYCHOPACI to ci, którzy wpadają w furię czy dostają szału łatwiej i częściej niż inne podtypy. Ich furia przypomina napad padaczki. Są też na ogół ludźmi z niewiarygodnie silnym popędem seksualnym, zdolnymi do zadziwiających wyczynów seksualnych i przez większość świadomego życia wyraźnie owładniętymi przez seksualne żądze. Charakteryzują ich również potężne, niepohamowane pragnienia: narkomania, kleptomania, pedofilia oraz wszystkie niedozwolone i nielegalne nałogi. Lubią endorfinowy „haj” czy „szczyt” podniecenia oraz podejmowanie ryzyka. Seryjny gwałciciel-morderca znany jako Dusiciel z Bostonu był takim właśnie psychopatą.

    CHARYZMATYCZNI PSYCHOPACI są czarującymi, pociągającymi kłamcami. Zazwyczaj są obdarzeni takim czy innym talentem i wykorzystują go do osiągania korzyści manipulując innymi ludźmi. Przeważnie szybko mówią i posiadają prawie demoniczną zdolność przekonywania innych, by wyzbyli się wszystkiego, co posiadają, nawet własnego życia. Na przykład przywódcy sekt religijnych i kultów mogą być psychopatami, jeśli doprowadzają swoich wyznawców do śmierci. Ten podtyp często zaczyna sam wierzyć w swoje fikcje. Nie sposób się tym ludziom oprzeć.

    Socjopaci istnieli zawsze, a socjopatia występowała pod różnymi postaciami, w różnym natężeniu i pod różnymi nazwami. Badano ich z wykorzystaniem rozmaitych technik i przez lata za ich przypadłości przypisywano odpowiedzialność różnym czynnikom. Jedno się tylko nie zmieniało: wszyscy socjopaci mają trzy wspólne cechy. Wszyscy są bardzo egocentrycznymi jednostkami, pozbawionymi empatii i nie są zdolni do wyrzutów sumienia ani poczucia winy. [The Sociopath Rebecca Horton, kwiecień 1999]

    Choć psychopata ma swoje sympatie i antypatie oraz pociąg do przyjemności czerpanej z towarzystwa innych ludzi, analizy pokazują, że jest on całkowicie egocentryczny i ocenia innych wyłącznie pod kątem tego, na ile wzmacniają jego zadowolenie czy status. Chociaż nie daje on prawdziwej miłości, jest jak najbardziej w stanie inspirować u innych miłość często posuniętą do fanatyzmu.

    Generalnie ma czarującą powierzchowność i często wywołuje frapujące wrażenie, jakoby posiadał najzacniejsze ludzkie zalety. Łatwo zdobywa przyjaciół, jest manipulatorem wykorzystującym swoje werbalne zdolności do wychodzenia z opałów. Wielu psychopatów uwielbia być podziwianymi i rozkoszować się pochlebstwami innych.

    Z brakiem miłości idzie w parze brak empatii. Psychopata nie jest w stanie odczuwać przykrości z powodu czyjegoś nieszczęśliwego położenia ani postawić się na miejscu kogoś innego, niezależnie od tego, czy ten ktoś został skrzywdzony przez niego. [Gordon Banks]

    Jak psychopaci postrzegają świat

    Nie tylko mają obsesję na punkcie posiadania i władzy, ale czerpią szczególną przyjemność z przywłaszczania sobie i zabierania innym (na przykład symboliczny brat lub siostra); to co mogą posiąść dzięki plagiatowi, przez matactwo czy wymuszenie, jest owocem o wiele słodszym niż to, co mogą mieć dzięki uczciwej pracy.

    A osuszywszy do cna jedno źródło, zwracają się ku następnemu, by wyeksploatować je, ogołocić, a następnie odrzucić; zadowolenie, jakie czerpią z nieszczęścia innych, jest niewyczerpywalne. Ludzie są wykorzystywani jako środki prowadzące do celu – mają się podporządkować i poniżyć, tak aby typ antyspołeczny mógł się czuć usatysfakcjonowany…

    Przyczyny tego socjopatycznego zaburzenia zostały w wyniku badań zawężone do kilku czynników. Jedną z głównych przyczyn zachowań socjopatycznych są prawdopodobnie nieprawidłowości neurologiczne, głównie w obrębie płata czołowego mózgu. Obszar ten jest również powiązany z warunkowaniem strachu. Niewłaściwa budowa czy aktywność chemiczna w tym obszarze mózgu może być spowodowana nienormalnym rozrostem (być może uwarunkowanym genetycznie), chorobą mózgu, albo urazem. Teoria ta poparta była wieloma badaniami z wykorzystaniem pozytronowej tomografii emisyjnej (PET), która wyraźnie pokazuje metaboliczną aktywność neuronów w mózgu (Sabbatini, 1998).

    Długo uważano, że ciała migdałowate, dwa małe obszary zagrzebane blisko podstawy mózgu, są odpowiedzialne za agresję, seksualność i gotowość podejmowania ryzyka. Ostatnio okazało się, że wpływają one także na to, jak ludzie interpretują emocje innych. Delikatne uszkodzenie ciał migdałowatych może tłumaczyć wiele cech psychopatów – włącznie z trudnością emocjonalnego przebicia się do nich. Być może oni po prostu nie „widzą” cudzych emocji. [Czy poślubiłaś psychopatę?]

    Psychopata jest manipulatorem, który dokładnie wie, co nas rusza, i wie, jak nami manipulować i jak wpływać na nasze uczucia.

    Mają talent do wypatrywania „życzliwych, troskliwych” kobiet.

    Psychopata często wykorzystuje mimetyzm do przekonania innych, że jest normalną, ludzką istotą. Robi to, by stworzyć pozory empatii ze swoją ofiarą. Psychopata przez snucie smutnych opowieści lub zapewniając o głębokich, poruszających doświadczeniach, będzie próbował sprawić, żebyś uwierzył, iż ma on normalne emocje; prawda jest taka, że większość psychopatów żyje jak w inkubatorze – poruszeni przez niewielu i pozbawieni prawdziwego współczucia dla innych; będą jednak kłamali, żeby przekonać cię, iż mają prawdziwe uczucia.

    Element litości jest jedynym z powodów, dla którego ofiary często ulegają tym „biednym” ludziom.

    Kłamanie jest dla psychopaty jak oddychanie. Przyłapani na kłamstwie tworzą nowe kłamstwa, nie dbając, czy zostaną na tym nakryci. Jak stwierdza Hare:

    „Kłamanie, oszukiwanie i manipulacja to wrodzone zdolności psychopatów… Przyłapani na kłamstwie i postawieni w obliczy prawdy, rzadko są zmieszani czy zakłopotani – po prostu zmieniają swoją historyjkę albo przystępują do przekręcania faktów, tak aby okazały się zgodne z kłamstwem. W efekcie mamy serię sprzecznych stwierdzeń i kompletnie ogłupiałego słuchacza” [Hare].

    Zachowanie psychopatów często służy wprawieniu w zakłopotanie i poskromieniu ofiar, albo wpłynięciu na każdego, kto mógłby słuchać ich wersji opowieści.

    Manipulacja jest kluczem w ich podbojach, a kłamstwo jest jednym ze sposobów, w jaki to osiągają.

    Niemal zabawnym przykładem sposobu, w jaki psychopaci kłamią, może być zachowanie człowieka, którego ślady zostały odkryte na miejscu zbrodni. „Nie, to nie moje ślady”, powiedział, choć wszyscy wiedzieli, że kłamie.

    Tak właśnie działają psychopaci. Będą zaprzeczać rzeczywistości, dopóki ich ofiary nie załamią się nerwowo. Często psychopaci będą zrzucać winę na ofiarę i twierdzić, że ofiara cierpi na „urojenia” i jest niezrównoważona psychicznie.

    Psychopate czesto rozpraszaja wysokie o sobie mniemania, co często prowadzi do tego, że niechcąco powie coś, co go zdemaskuje. Często zapominają oni swoje kłamstwa i opowiadają sprzeczne historie, co słuchacza wprawia w zdumienie i zastanawia się on, czy przypadkiem ów psychopata nie jest szalony. W tym jednak przypadku psychopata nie jest naprawdę szalony – on po prostu zapomniał, co wcześniej nakłamał.

    Najdziwniejszą jednakże rzeczą jest ich selektywna pamięć. Psychopata może nie pamiętać, co obiecał ci wczoraj, ale będzie pamiętał fakty z przeszłości, o ile w jakiś sposób służą jego celom. Często w ten sposób postępują w sytuacji, kiedy przyłapie się ich na kłamstwie.

    Większość psychopatów to osoby bardzo aroganckie i zarozumiałe. Kiedy jednakże czarują potencjalną ofiarę, mówią same „słuszne” rzeczy i wywołują w niej przekonanie, że są ludźmi złotego serca. Nie zawsze tak jest, ale dość często. Psychopaci naprawdę nie są altruistami i nie dbają o przyjaźń i związki. ”

    http://quantumfuture.net/pl/psychopath_2.html

  10. veri said

    2. @ Wulkan. „…Niech to do człowieka należy decyzja…” – z moich, marketowych obserwacji wynika, ze raczej malo kto czyta zamieszczone na opakowaniach informacje dotyczace skladu … gume do zucia z aspartamem, kolorowe wody „chrzczone” fenyloalanina i czerwienia koszelinowa biora jak leci ( nie mowiac o innych „udoskonalonych” produktach spozywczych)! – zreszta, czy jest inny wybor ?!

  11. Ola said

    dzięki za ten artykuł, warto przeczytać

    a oto moje uwagi odnośnie papu i innych

    – jeśli mój pies nie ruszy ani żadnej wędliny ze sklepu ani pieczonego kurczaka z supermarketu, to dlaczego mam ten cymes jeść?
    – nasze placówki badające składniki art. spożywczych są dofinansowywane przez producentów żywności, dlatego nie sprzeciwiają się żadnemu świństwu, wystarczy poczytać światkonsumenta.pl
    – weźmy taki Actimel, już dawno (wrzesień 2009) zakazane reklamy bajdurzące głupoty o odporności w brzuszku oraz Activia pomagająca w trawieniu na terenie np. W Brytanii – producent Danone. Firma dobrowolnie wycofała swoje bajki nt. zdrowia http://news.bbc.co.uk/2/hi/business/8622017.stm
    – biała ‚czekolada’ – zawiera: masło kakaowe, cukier, mleko, ale nie kakao, wobec czego nie można nazywać tego produktu czekoladą http://www.bbc.co.uk/nature/species/Chocolate
    – owoce pt. ołowianki, tak pryskane, że nawet robaczek nie chce mieć z nimi nic wspólnego
    – pomidoropodobne czerwone od mocznika warzywko, bez smaku i zapachu, a kiedyś zdrowe i nazywane ‚polską szynką
    – ogórki kiedyś jadło się prosto z ziemi, teraz nie chcą się zrobić nawet małosolne bo się psują
    – a sztuczna trawka na Orlikach? proszę przeczytać:
    http://www.halat.pl/ – 13. marca 2009 r.
    Fałszywa trawa zagraża zdrowiu i środowisku.
    Do najbardziej niebezpiecznych domieszek sztucznej trawy należy ołów.
    W czerwcu 2008 r. władze sanitarne Stanów Zjednoczonych wydały zalecenia w sprawie badania sztucznej trawy i ograniczania potencjalnego narażenia na ołów.
    Podniesiony alarm uwzględniał konieczność badania plastiku, w którym widać ubytki, odbarwienia, połamania i pył. W przypadku stwierdzenia, że pył sztucznej trawy zawiera więcej ołowiu niż 400 części na milion, czyli 400 mg/kg, nie wolno do boiska ze sztuczną trawą dopuszczać dzieci poniżej sześciu lat. Sztuczną murawę wykazującą cechy zużycia i pylenia należy wymienić przy najbliższej nadarzającej się sposobności. U dzieci należy prowadzić badania krwi na poziom ołowiu.
    Oto ogólne zalecenia władz sanitarnych USA w sprawie korzystania z powierzchni pokrytych sztuczną trawą:
    1. Zarządcy powierzchni pokrytych sztuczną trawą powinni podjąć czynności zmniejszające pylenie polegające na zmywaniu tych powierzchni wodą przed korzystaniem i po korzystaniu z boiska.
    2. Aby zabezpieczyć ludzi, zwłaszcza małe dzieci, należy postawić tablice ogłoszeniowe informujące, że:
    a. po zakończeniu gry na boisku jej uczestników należy nakłonić do intensywnego mycia rąk i całego ciała przez co najmniej 20 sekund, przy użyciu mydła i ciepłej wody
    b. ubrania używane na boisku należy zdjąć i obrócić zewnętrzną stroną do środka jak tylko to możliwe po zakończeniu korzystania z boiska, aby uniknąć zawleczenia pyłu do innych miejsc. Jeżeli nie ma możliwości zdjęcia ubrań, w samochodzie należy usiąść na dużym ręczniku lub kocu. Tak używane ręczniki i koce należy prać oddzielnie a buty używane na boiskach ze sztuczną trawą należy trzymać na zewnątrz domu.
    c. Nie wolno pozwolić na jedzenie na boiskach pokrytych sztuczną murawą
    d. Należy unikać skażenia pojemników na napoje pyłem i włóknami pochodzącymi z boiska. Kiedy się z nich nie pije, należy je zamknąć i trzymać w torbie, chłodziarce, lub w innym zamkniętym pojemniku na poboczu boiska.
    Objawy zatrucia ołowiem są bardzo liczne. Ołów może uszkodzić wiele różnych narządów. Narażenie na nawet niewielkie dawki ołowiu może po pewnym czasie doprowadzić do uszkodzenia rozwoju umysłowego dzieci. Im wyższy poziom ołowiu we krwi, tym bardziej poważne problemy ze zdrowiem, takie jak:
    – obniżony iloraz inteligencji IQ
    – opóźnienie rozwoju
    – zaburzenia słuchu
    – zaburzenia zachowania i trudności skupienia uwagi
    – trudności w szkole
    – uszkodzenie nerek
    Do objawów zatrucia ołowiem należy:
    – drażliwość
    – zachowanie agresywne
    – brak apetytu i energii
    – zaburzenia snu
    – bóle głowy
    – obniżenie czucia
    – utrata postępów rozwojowych
    – niedokrwistość
    – zaparcia
    Wyższe dawki ołowiu powodują bóle i kurcze brzucha, jeszcze wyższe – wymioty osłabienie mięśniowe, drgawki i śpiączkę.

  12. Jay Dee said

    Nie wiem czy to nie jaja – że tak szybko zebrało się 17 łapek. OK – wieczorem wezmę się za to. teraz jestem w pracy.
    Może tylko jedno (na razie).

    Mleko i masło. „Mleko i masło” można nazywać produkt – który jest ściśle zdefiniowany przez dyrektywy UE – przyjęte potem w formie ustaw. Zawartość tłuszczu jest również znormalizowana.
    Mleko odtłuszcza się na wirówkach – czyli zupełnie naturalny proces. Konsumenci chcą mieć produkt nisko tłuszczowy (0,5%) oraz tłusty (3 lub 3,2%). To jest standaryzacja zawartości tłuszczu i dzięki niej m. in. standardowa jest też cena. Rolnicy mieli płacone kiedyś za tłuszcz w mleku – więc sprzedaż mleka o nieznormalizowanej zawartości tłuszczu byłaby albo stratą albo nieuzasadnionym zyskiem dla mleczarni.

    Masło – jest to tłuszcz smarowny pochodzący od mleka o zawartości triglicerydów (czyli cząstek tłuszczu) min. 82%. Dlatego jak niektórzy zauważyli znikło nasze stare dobre masło stołowe – ponieważ wg. nowych dyrektyw nie może być nazwane masłem (ma poniżej 82% tłuszczu mlecznego). Produkty „masłopodobne” – to margaryna, ale czasami mieszanka masła z olejem roślinnym. Często w ramach fałszowania żywności pakowane jest jak masło – ale nie ma napisu masło. To jest mlemix, albo mix, albo osełka (nawiązujące do masła osełkowego – takiego samego jak każde inne tylko inaczej pakowanego), albo Ekstra z Warlubia i in. Masło jest zawsze masłem – a jeśli nie jest nazwane masłem – to nim nie jest. Oszustwa są rzadkie i zawsze robione przez firmy krzak z jakąś super promocją. Mlekowita itp tego nie robią.

    Mleko UHT – to faktycznie ponad 130 st. C przez 2 sekundy. Jest to sterylizacja – która daje mniejszą degradację witamin niż standardowa pasteryzacja. Dlatego tak szybko weszli w rynek. Na pocz. lat 90 – kiedy mleko było bardzo niskiej jakości mikrobiologicznej – mleko UHT było najzdrowszym produktem. Ale daje pewien posmak sterylizacji tą metodą. Uwagi dr. Jaśkowskiego nt. technologii UHT ujawniają, że nie wie o czym pisze. Jest to sterylizacja w wymiennikach ciepłą płytowych (potem również w rurowych) gdzie cieńka warstwa płynu (mleka) jest ogrzewana i błyskawicznie schładzana. Nie ma możliwości takich miejscowych przegrzań jak pisze autor. Jeśli chodzi o przyswajalność wapnia z mleka UHT – to wiem, że nie ma z tym problemów jak pisze autor – ale nie czytałem badań -więc nie mogę się ustosunkować. Dr. Pluta, prof. Zmarlicki twierdzą, ze ta technologia nie ma wpływu na przyswajalność wapnia.

    Kefiry – to czyste banialuki. Autor może przeczytać etykietę i potem pisać.

    Zsiadłe mleko – można kupić takowe. Jeśli chodzi o opis zrobionego domowo zsiadłego mleka – to proszę samemu sprawdzić – to nieprawda. Faktem jest, że nie sfermentuje. Przyczyną jest czystość mikrobiologiczna. Jeśli nalejemy mleka UHT i będziemy czekać aż się sfermentuje do zsiadłego mleka – to niestety tak sienie nie stanie. Brakuje naturalnych bakterii kwasu mlekowego, które normalnie występują w mleku. Ale wystarczy dodać łyżkę jogurtu lub kefiru i otrzymamy super zsiadłe mleko. Tym procesem szczepimy nasze mleko bakteriami, które tworzą kwas mlekowy, ten obniża pH, i na skutek tego ścina się białko mleka dając pożądaną konsystencję. Bakterie, którymi zaszczepiliśmy żywią się laktozą z mleka.

    Sery – konserwanty stosuje się bardzo rzadko. Są za drogie lub niepotrzebne. Informacje można znaleźć: ROZPORZADZENIE MINISTRA ROLNICTWA I ROZWOJU WSI z dnia 10
    lipca 2007 r. w sprawie znakowania srodków spozywczych. Dz.U. 2007 nr
    137 poz. 966. Wszystkie ukazują się na etykiecie. Fałszerstw raczej się nie spotyka. Jeśli chodzi o sól – to ma trochę racji – ale była ona zawsze stosowana. W tradycyjnych wyrobach nawet w dużo większych dawkach (bo tradycyjnie nie było lodówek i była to jedyna metoda konserwacji – teraz mamy lodówki).

    Ciekawostki: mleko zimne – najfajniejszy produkt. Pasteryzacja przez wirowanie na ultrawirówkach. To jest praktycznie mleko prosto od krowy bez rzeczywistej obróbki. To czuć też w smaku – polecam. Ale jest problem – żądają dużej (nie wiem czy uzasadnionej czy nie) premii za tą innowację. Jest bardzo drogie.

    Podsumowanie – akurat przemysł mleczarski jest jednym z najmniej dotkniętych oszustwami. Wynika to ze ścisłego znormalizowania produktów i prawnych definicji (co to jest mleko, a co to jest masło). Jest problem, który istnieje, ale nie jest poruszony przez autora. To tzw. „processing aid” – środki pomocnicze. Nie trzeba pisać o nich na etykiecie. Temat znany fachowcom, ale autor do nich nie należy. Ten sam produkt będzie miał inną etykietę w USA (bo tam nie ma tej kategorii dodatków) a inną w Europie. Sam osobiście się z tym zetknąłem i surowiec europejski wygrał konkurencję!!! W przemyśle mleczarskim na razie nie stosuje się processing aid – bo ciężko podciągnąć pod tą definicję dodatki w tym przemyśle (ze względu na stosowane technologie).

  13. PL said

    Co to właściwie są te „środki pomocnicze”?

    Czy chodzi o legendarny papier toaletowy dodawany do pasztetowej, czy coś bardziej subtelnego? :-))

    A może to jakiś rodzaj, jakby tu rzec… katalizatorów?

  14. lopek said

    Re: 8
    Zawsze uważałem, że une to psychopaci, bo czyż zdrowi ludzie, popełniliby komunizm czy nazizm i zbrodnie z nimi związane?

    Co do żywności, szeroko pojętej, to każdy obserwuje, jak wokół niego, umierają ludzie jak muchy, nie dożywszy 65 lat!
    ZUS i nasi okupanci-psychopaci, zacierają z zadowolenia ręce.
    Skutki spożywania, nafaszerowanej chemią żywności, nazywa się eufemistycznie – chorobami cywilizacyjnymi. Coż to za cywilizacja, która niesie z sobą nowotwory, zawały serca oraz udary i zawały mózgu, dotykające już dzieci?
    Czy aby owa cywilizacja – to nie cywilizacja śmierci/zagłady, pytam retorycznie?
    Jedyne wytłumaczenie tego sku*****ństwa, to takie, iż jesteśmy nadal, pod globalną okupacją, przez PSYCHOPATÓW!
    Dodam jesszcze, że popularna i tania, wódka czy wino, to też chemia, powodująca raka!

  15. Jay Dee said

    To są produkty, które nie podpadają pod definicję dodatku i są użyteczne / używane w procesie produkcyjnym. O wędlinach napiszę wieczorem. Niestety będę musiał się w sporej części zgodzić z Pana opinią, jak również opinią autora.
    Dodatki spożywcze – to takie, które pełnią rolę w produkcie finalnym np. utrzymują wodę, barwią, nadają teksturę, aromatyzują, emulgują itp. Czyli jeśli coś nie pełni żadnej roli w produkcie finalnym i jest używany podczas procesu produkcyjnego – to jest środkiem pomocniczym np. enzymu w produkcji syropu glukozowego używanego do nektarów czy słodyczy, enzymy do pieczywa, L cysteina w pieczywie, maltitol przy mikrokapsułkowaniu, transglutaminaza (enzym) w przemyśle mięsnym, enzymy używane w produkcji soków / koncentratów soków, ługi stosowane do chemicznego obierania ziemniaków (tej technologii już chyba się nie stosuje w RP) i wiele innych. Zazwyczaj są to enzymy.

  16. aga said

    SKRZYPEK JUŻ WYELIMINOWANY.

    http://waluty.onet.pl/rpp-i-zarzad-nbp-porozumialy-sie-co-do-sposobu-lic,18892,3213085,1,news-detal

  17. swiadek cywilizacji smierci said

    To o czym wszyscy piszecie to mozna sobie pisac i mowic w nieskonczonosc – ganic i bronic takze jak widzimy na przykladzie tutaj zagniezdzonych (gdzie indziej tez).

    Ja chce wam zwrocic uwage, co wczesniej juz tez inni zauwazyli,ze zyjemy w swiecie (to nie tylko Polska),gdzie KLAMSTWA przynosza kazdy sukces , w tym najwiekszy ekonomiczny.
    Trudno nazwac dzisiaj ludzi CYWILIZOWANYMI , jezeli jedza gow.o i mowia o gow.ie.
    W pierwszej kolejnosci aby sie tych gow..n pozbyc to nalezy wrocic do starych norm zywieniowych i produkcji zdrowej zywnosci.
    Jak to uczynic ? Tez proste :
    POZBYC SIE GOW.A z POLSKI !!!

  18. PL said

    Czegoś nie rozumiem jako niespecjalista.
    Skoro „środki pomocnicze” nie pełnią żadnej roli w produkcie finalnym, to w takim razie produkt finalny ich w ogóle nie zawiera.
    Po co więc są używane?
    Czy mają znaczenie magiczne?

  19. Jay Dee said

    Pełnią rolę podczas przetwarzania. Np. w syropach glukozowych doprowadzają do hydrolizy skrobi na krótkołańcuchowe cukry i glukozę. Na tym ich rola się kończy. Potem taki syrop dodaje się do nektaru, żeby słodził – ale enzymy już nie pełnią żadnej roli. Podobnie z prod. soków. Hudrolizują ścianę komórkową, żeby uzyskać więcej soku a owoców np. jabłek. Na tym ich rola się kończy. Transglutaminaza w przem. mięsnym polimeryzuje białka mięśniowe powodując poprawę tekstury. Jak już to się stanie podczas procesu – to na półce w sklepie ten enzym nie pełni żadnej roli. Zostają w produkcie jako taki odpad procesu technologicznego. O kombinacjach z tą grupą dodatków nie będę pisał – bo to za dużo (a przecież każdy może się domyślać jak bardzo zależy przemysłowi, żeby zgodnie z prawem czegoś nie pisać uzyskując przewagę cenową nad konkurencją). Wystarczy skomentowanie całego artykułu – to kawał roboty.

  20. Ateista polityczny i religijny said

    w czasach gdy bylem dzieckiem i mleko w litrowych butelkach „gospodarz” bloku przynosil rano pod drzwi, uzywalismy mleka jako kompotu do obiadu, nawet gdy na obiad byl bigos i nikomu nic nie bylo, zadnych wzdec ani rozwolnienia. W us-raelu sprzedaz mleka od krowy jest tak samo nie legalna jak marihuana. Koty nie pija w us-raelu mleka bo maja „sra….ke” gigant po tym co tutaj mlekiem sie nazywa.

  21. Staruszek Portier said

    No akurat koty to nie powinny pić mleka (tak, tak!), chyba że specjalnie spreparowane i nie zawierające laktozy.

  22. PL said

    Re 15: Chyba rozumiem, o co chodzi i dziękuję za wyjaśnienia.
    Można zatem powiedzieć, że w przypadku łąckiej śliwowicy środkiem pomocniczym jest ciepła gnojówka, w której „dojrzewają” zamknięte butelki tego specjału. Czy dobrze rozumuję?

  23. Staruszek Portier said

    W moich czasach nikt nie słyszał o alergiach. Było to tak rzadkie prawie jak cielę o dwu głowach. Dziś słyszę, że w klasie połowa uczniów ma alergie. Skądś to się wzięło. Może od sputników?

  24. mirek said

    i te ‚mleko’ to nie nasze jak i ogórki, pomidory, w marketach
    zródełko wody mineralnej rozlewanej wprost do butelek,
    zaczopowano na początku lat 90 (to niedaleko mnie było)
    za to przywożą coś z Belgi (za łapówy w Warszawie)…
    już nie wspominam o gazie, węglu a może i złocie
    i to w promieniu 20 km.

  25. Jay Dee said

    RE 22 – można tak przyjąć – chociaż ja bym się skłaniał, że jest to proces technologiczny ogrzewania (podczas którego zachodzą reakcje związków lotnych nadające charakterystyczny bukiet smakowy temu specyfikowi) metodą tradycyjną.

  26. Słoneczna said

    http://www.bioslone.pl/odzywianie/podstawy-wiedzy/mleko

  27. Jay Dee said

    26
    Poczytałem. Na początku całkiem ciekawie i uczciwie – ale jak doszedłem do mleka z koncernów mleczarskich – no to znowu ta sama paranoja. Autor sugeruje, że UHT ma kazeinę, a wiejskie nie ma? Z tym niszczeniem witamin – to w UHT niszczy si,ę 20%, a w tradycyjnej pasteryzacji ok. 40% witamin z grupy B. To jeszcze zależy od czystości mikrobiologicznej surowca.
    Jesli chodzi o sery – to w Polsce praktycznie nie przyjęła się naturalna podpuszczka. Znam firmy, które próbowały wprowadzić. Faktem jest, że syntetyczna jest produkowana przez organizmy GMO – chociaż dostawcy kombinują jak konie pod górkę, żeby udowodnić, że produkt jest NON GMO.

    Ale to zdanie to już majstersztyk niekompetencji:
    „Należy wystrzegać się produktów seropodobnych produkowanych na bazie białka sojowego. Nie mają one właściwości serów dojrzewających, a ponadto są produkowane z soi genetycznie modyfikowanej.”
    Można dyskutować czy soja jest zdrowa czy nie i są różne opinie. Ale na pewno w europejskich sklepach nie jest to soja GMO. Bywają afery, że pojawi się. Jedna z firm norweskich musiała wycofać produkt z rynku – bo została oszukana przez amerykańskiego producenta: 1 mln EUR strat. Mars też miał taki przypadek – parę milionów strat. GMO wykrywa się dość szybko. Takie afery są raportowane w Rasf. Nikt nie idzie na ryzyko stosowania prod. GMO bez oznaczenia.

  28. WujekDobraRada vel por.MO LechRys said

    Dlaczego frytki McDonald’s są tak smaczne?

    Wydrukuj ten tekst i daj do poczytania tym którzy nie maja dostępu do Internetu. Tego nigdy nie przeczytasz w Polskiej prasie pozostającej pod kontrola zachodnich korporacji, jak np. Gazeta Wyborcza Michnika.

    Fragmenty książki amerykańskiego autora Erica Schlossera “Fast Food Nation” (”Naród fast foodów”). Artykuł ukazał się w bostońskim miesięczniku “The Atlantic Monthly”, numerze ze stycznia 2001. Wkrótce po ukazaniu się, został on zdjęty z witryny internetowej miesięcznika. Książka była przez cały rok na liście bestsellerów gazety The New York Times.
    Od tlumacza: Za smacznie i niewinnie wyglądającą żywnością McDonald’s kryje sie zaawansowana do niewiarygodnego poziomu nauka, technologia, oraz marketing adresowany głównie do dzieci. Ci, którzy bezkrytycznie połykają korporacyjna propagandę McDonald’s (przedstawiającą ich produkty jako dobre, a ich przybytki za wyśmienite miejsca spędzenia w gronie rodzinnym wolnego czasu), powinni zapiać pasy bezpieczeństwa. Mają oni tutaj unikalną okazję dowiedzenia się dużo więcej niż McDonald’s chce swoim klientom ujawniać. Smacznego.

    “Smażenie frytek było dla mnie prawie święte” – napisał w swojej autobiografii Ray Kroc, jeden z założycieli McDonald’s. – “Przygotowanie było rygorystycznie powtarzanym rytuałem.” Podczas wczesnych lat sieci McDonald’s frytki były robione od zera każdego dnia. Ziemniaki typu Russet Burbanks były obierane, cięte na paski i smażone w kuchniach McDonald’s. W połowie lat sześćdziesiątych, czyli kiedy sieć rozrosła się na całą Amerykę, postanowiono obniżyć koszta, zredukować ilość dostawców i sprawić, żeby frytki smakowały tak samo w każdym punkcie sieci.

    McDonald’s zaczął przerzucać się na mrożone frytki w 1966 roku i niewielu klientów zauważyło różnicę. Mimo to zmiana miała ogromny wpływ na rolnictwo i dietę Ameryki. Powszechna żywność została zamieniona na zaawansowany technicznie towar przemysłowy. Obecnie frytki McDonald’s pochodzą z wielkich fabryk, które mogą obrać, pokroić, usmażyć i zamrozić milion kilogramów ziemniaków każdego dnia. Szybka ekspansja McDoanld’s oraz popularność ich tanich, masowo produkowanych frytek zmieniła styl odżywiania się Amerykanów. W 1960 roku Amerykanie konsumowali średnio około 40 kg świeżych ziemniaków i 2 kg mrożonych frytek. W roku 2000 konsumowali oni średnio około 25 kg świeżych i 15 kg mrożonych frytek. Dzisiaj McDonald’s jest największym kupcem ziemniaków w USA.

    Smak frytek McDonald’s odegrał ważną rolę w sukcesie tej sieci. Frytki przynoszą większy profit niż hamburgery i chwalone są przez klientów, konkurencję, a nawet krytyków. Ich wyróżniający się smak nie pochodzi jednak od rodzaju ziemniaków, które McDonald’s kupuje, technologii, jakiej używa, czy urządzeń, które je smażą. Inne sieci również używają ziemniaków Russet Burbanks, kupują frytki od tych samych wielkich dostawców i mają podobne urządzenia w swoich kuchniach. Smak frytki jest w większości wyznaczony rodzajem używanego oleju. Przez dekady McDonald’s smażył swoje frytki w mieszance oleju z nasion bawełny i 93% tłuszczu wołowego. Mieszanka dawała frytkom unikalny smak oraz więcej szkodliwego tłuszczu w każdym gramie produktu.

    W roku 1990, pod ciężarem krytyki cholesterolu we frytkach, McDonald’s przerzucił się na olej czysto warzywny. To jednak stworzyło kłopot: jak zrobić frytki, które smakują jak wołowina, ale bez smażenia ich w tłuszczu wołowym? Spojrzenie na składniki we frytkach McDonald’s sugeruje, jak ten problem rozwiązano. Na końcu listy składników jest niepozorne, a mimo to wyglądające tajemniczo określenie: “smak naturalny” (natural flavor). Ten składnik pomaga wytłumaczyć nie tylko to, dlaczego frytki smakują tak dobrze, ale dlaczego większość szybkiej żywności (w rzeczy samej – większość żywności jaką je Ameryka) smakuje tak, jak smakuje.

    Otwórz swoją lodówkę, zamrażalnik, spiżarnię – i spójrz na opakowania swojej żywności. Znajdziesz “naturalny smak” lub “sztuczny smak” na prawie każdej liście składników. Podobieństwa pomiędzy tymi dwiema szerokimi kategoriami są daleko bardziej znaczące niż różnice. Oba są dodatkami uzyskanymi przez człowieka, które nadają większości żywności określony smak. Ludzie na ogół kupują konkretną żywność po raz pierwszy ze względu na jej opakowanie lub wygląd. Smak na ogół decyduje o tym, czy kupią ją ponownie. Około 90% pieniędzy, jakie Amerykanie obecnie wydają na żywność przypada na żywność technologicznie przetwarzaną. Techniki puszkowania, mrożenia i odwadniania, używane przy przerabianiu, niszczą większość smaku żywności. W ten sposób w USA powstał wielki przemysł, mający na celu uczynienie żywności bardziej apetyczną. Bez tego przemysłu smakowego dzisiejsza szybka żywność po prostu nie istniałaby. Nazwy przodujących amerykańskich sieci szybkiej żywności, jak McDonald’s czy Burger King, wrosły nie tylko w amerykańską rzeczywistość, ale stały się też niezwykle popularne na całym świecie. Mimo tego, niewielu jest w stanie wskazać przedsiębiorstwa, które produkują smaki dla szybkiej żywności.

    Przemysł smakowy jest okryty wielką tajemnicą. Wiodące firmy nie chcą ujawnić dokładnych receptur składników smakowych, ani też wskazać swoich klientów. Tajemnica jest uznawana za sprawę fundamentalną, mającą chronić reputację lubianych marek. Ma to służyć temu, aby sieci szybkiej żywności mogły nadal utrzymywać społeczeństwo w przekonaniu, że smak żywności którą sprzedają pochodzi z ich własnych kuchni, a nie z odległych fabryk prowadzonych przez inne firmy. Frytki McDonald’s są jednym z niezliczonych rodzajów żywności, których smak jest tylko częścią skomplikowanego procesu produkcji. W rzeczywistości wygląd i smak tego co dzisiaj jemy jest złudą, i to celowo.

    Korytarz smakowy

    Na trasie autostrady New Jersey Turnpike znajduje się serce przemysłu smakowego. Korytarz, w którym aż roi się od rafinerii i fabryk chemicznych. International Flavors & Fragrances (IFF), największa tego typu firma na świecie, ma fabrykę przy wyjeździe numer 8A w Dayton w New Jersey. Givaudan, druga największa na świecie firma smakowa, ma z kolei swoją fabrykę w położonym po sąsiedzku East Hanover. Haarmann & Reimer, największa niemiecka firma, posiada fabrykę w Teteboro – w cieniu Manhattanu, podobnie zresztą jak Tagasako, największa japońska firma smakowa. Flavor Dynamics posiada fabrykę w South Plainfield, a Frutarom zadomowiło się w North Bergen, na wysokości górnego Manhattanu. Elan Chemical jest zlokalizowany w Newark (w sąsiedztwie lądujących niedaleko samolotów z Polski – MK). Tuzin firm produkuje smaki w korytarzu pomiędzy Teaneck a South Brunswick. To właśnie w tym regionie wytwarzane jest około 2/3 dodatków smakowych sprzedawanych w USA.

    Fabryka IFF w Dayton to wielki, jasnobłękitny budynek ze współczesnym kompleksem biur, dołączonym z przodu. Jest położona w rejonie fabrycznym, niedaleko fabryki plastików niemieckiego koncernu chemicznego BASF, a także fabryki Jolly French Toast i fabryki, która produkuje kosmetyki marki Liz Claiborne. Tuziny ciężarówek parkowały przy rampie IFF tego popołudnia kiedy złożyłem tam wizytę, a z otworów wentylacyjnych na dachu unosiła się cienka chmura pary. Przed wejściem do fabryki podpisałem formularz mówiący o zakazie ujawniania nazw marek żywności, w których wykorzystane są smaki produkowane przez IFF. Miejsce przypominało mi fabrykę czekolady. W korytarzach unosiły się cudowne zapachy. Mężczyźni i kobiety w schludnych, białych fartuchach entuzjastycznie zajmowali się swoimi zadaniami, a na laboratoryjnych stołach i półkach stały setki małych butelek. Butelki te zawierały silne, ale wrażliwe na światło chemikalia smakowe. Chroniły je przed światłem brązowe szkło i szczelne nakrętki. Długie nazwy chemiczne na małych, białych nalepkach były dla mnie tak tajemnicze jak średniowieczna łacina. Owe substancje o dziwnie brzmiących nazwach będą zmieszane i przelane, a następnie zamienione w nowe substancje, niczym magiczne eliksiry.

    Nie zostałem zaproszony do części fabryki IFF, gdzie odbywa się proces produkcyjny. Obawiano się, że mógłbym odkryć tajemnice handlowe. W zamian zwiedziłem różne laboratoria i kuchnie, gdzie smaki dobrze znanych marek są testowane lub poprawiane, i gdzie od podstaw tworzone są zupełnie nowe smaki. “Laboratorium przekąsek” jest odpowiedzialne za smak płatków ziemniaczanych i kukurydzianych, chlebów, krakersów i żywności dla zwierząt. “Laboratorium konfekcyjne” wymyśla smaki lodów, ciastek, cukierków, past do zębów, płynów do płukania jamy ustnej i leków żołądkowych. Wszędzie, gdziekolwiek się zwróciłem, widziałem znane i szeroko reklamowane produkty, leżące na biurkach i półkach laboratoryjnych. Laboratorium płynów było pełne jasnokolorowych cieczy w przejrzystych butelkach. Wychodzą stąd m.in. smaki dla popularnych napojów, herbat, win i napojów winopodobnych, naturalnych soków, organicznych napojów z soi i piw. W jednej z kuchni spotkałem schludnego technologa żywności, mężczyznę w średnim wieku z eleganckim krawatem pod czystym fartuchem, który uważnie przygotowywał partie ciastek z białą polewą i różowo-białymi kropkami. W innej kuchni widziałem piec do pizzy, grill, maszynę do robienia napojów mlecznych typu milk shake i maszynę do smażenia frytek – identyczne z tymi, które widziałem w niezliczonych barach szybkiej żywności (McDonald’s etc.).

    IFF, poza tym że jest najwększą na ?wiecie firmą smakową, produkuje także zapachy dla sześciu z dziesięciu najlepiej sprzedawanych w USA perfum, w tym: Estée Lauder – Beautiful, Clinique – Happy, Lancôme – Trésor oraz Calvin Klein – Eternity. Firma produkuje również zapachy dla produktów domowych (m.in. dezodoranty, płyny do naczyń, mydła, szampony, politury do mebli i podłóg). Tworzenie tych wszystkich aromatów opiera się w praktyce na tej samej zasadzie – odpowiedniej manipulacji lotnymi chemikaliami. Tajemnica kryjąca się za zapachami Twojego kremu do golenia jest dokładnie taka sama jak ta, która decyduje o smaku kolacji z zamrażarki supermarketu.

    Naturalne i sztuczne

    Naukowcy uważają, że ludzie nabyli zmysł smaku, aby mógł on chronić ich przed zatruciami. Jadalne rośliny na ogół smakują słodko, szkodliwe raczej cierpko.

    Kubki smakowe na naszych językach mogą rozpoznać obecność paru podstawowych smaków, w tym słodkiego, kwaśnego, pikantnego, słonego, cierpkiego i umami – smaku odkrytego przez japońskich naukowców, który jest wyzwalany przez aminokwasy w żywności takiej, jak mięso, ryby, grzyby, ziemniaki i chwasty morskie. Jednak czujniki smaku na języku mają ograniczone możliwości w porównaniu ze systemem węchowym człowieka, który może wykryć tysiące różnych chemicznych aromatów. Czym jest odczuwany przez nas smak? – Jest głównie zapachem gazów, które są uwalniane przez substancje chemiczne, które właśnie włożyłeś do ust. To właśnie aromat żywności może w 90-ciu % być odpowiedzialny za jej smak.

    Akt picia, ssania czy żucia substancji uwalnia gazy lotne. Przedostają się one z jamy ustnej i nosa (albo drogą z tyłu jamy ustnej) do cienkiej warstwy komórek nerwowych, nazywanych olfactory epithelium, zlokalizowanych u podstawy Twojego nosa, pomiędzy oczami. Twój mózg łączy złożone sygnały zapachu pochodzące z nabłonka węchowego (olfactory epithelium) z prostymi sygnałami smaku z Twojego języka, wyznacza smak dla tego co jest w Twojej jamie ustnej i decyduje dalej, czy jest to to, co nadaje się do jedzenia.

    Preferencje żywieniowe człowieka, podobnie jak charakter, są formowane w paru pierwszych latach życia poprzez proces socjalizacji. Noworodki od urodzenia preferują słodkie smaki i odrzucają cierpkie. Starsze dzieci można nauczyć, aby polubiły żywność pikantną, zwyczajną zdrową żywność albo szybką żywność – w zależności od tego, co jedzą ludzie wokół nich. Ludzki zmysł zapachu nie jest jeszcze w pełni zbadany. Wiemy jednak, że jest on bardzo uzależniony od czynników psychologicznych i oczekiwań. Umysł celowo koncentruje się tylko na niektórych aromatach które nas otaczają, a odrzuca zdecydowaną większość. Ludzie mogą wychowywać się w przyzwyczajeniu do nieprzyjemnych albo miłych zapachów. Mogą też przestać zauważać co i kiedy im przeszkadzało. Zapach i pamięć są ze sobą połączone. Zapach może niespodziewanie wydobyć z naszej pamięci dawno zapomnianą sytuację. Zapachy żywności z dzieciństwa pozostawiają trwały ślad i dorośli często powracają do nich, nie zawsze wiedząc dlaczego tak się dzieje. Ta żywność, której wspomnienie do nas powraca, staje się źródłem zadowolenia i poczucia bezpieczeństwa. Jest to fakt, który sieci szybkiej żywności skrupulatnie wykorzystują. Wspomnienie Happy Meals z dzieciństwa, które są podawane z frytkami, może przekładać się na częste wizyty w McDonald’s w dorosłości. Średnio, Amerykanie jedzą obecnie frytki około 4 razy w tygodniu.

    Ludzkie pożądanie smaku było w większości przypadków nie docenianą i nie zbadaną siłą w historii. Przez milenia imperia były budowane, nieznane lądy podbijane, a wielkie religie i filozofie zmienione na zawsze – a wszystko to przez handel przyprawami. W 1492 roku Krzysztof Kolumb wyruszył na poszukiwanie przypraw. Dzisiaj wpływ smaku na rynki światowe jest nie mniej skuteczny. Wzrost i upadek korporacyjnych imperiów, czyli firm od napojów ?soft drink? (jak Coca Cola), suchych przekąsek (jak chipsy ziemniaczane) i sieci szybkiej żywności (jak McDonald’s) są często wyznaczane tym, jak ich produkty smakują.

    Historia

    Przemysł smakowy pojawił się w połowie dziewiętnastego wieku, kiedy to przetwarzana technologicznie żywność zaczęła być produkowana na masową skalę. Uznając potrzebę stosowania dodatków smakowych, wcześni producenci przetwarzanej żywności zwrócili się do producentów perfum, którzy od dłuższego czasu mieli doświadczenie z esencjami i aromatami lotnymi. Wielkie domy perfum z Anglii, Francji i Holandii produkowały wiele z pierwszych środków smakowych. Na początku dwudziestego wieku, dzięki silnemu przemysłowi chemicznemu, Niemcy przejęły prowadzenie techniczne w produkcji smaków. [przypis tłumacza: pierwsze zastosowanie gazu bojowego do masowego mordowania żołnierzy podczas I wojny światowej jest przykładem zaawansowania niemieckiego przemysłu chemicznego w tym okresie.] Jak wieść niesie, to niemiecki naukowiec odkrył methyl anthranilate (jeden z pierwszych sztucznych smaków) przez przypadek, podczas mieszania środków chemicznych w swoim laboratorium. Niespodziewanie laboratorium wypełniło się słodkim zapachem winogron. Później methyl anthranilate stał sie głównym dodatkiem smakowym w winogronowym napoju marki Kool-Aid, obecnie jednym z najpopularniejszych w USA.

    Po II wojnie światowej przemysł perfumeryjny przeniósł się z Europy do USA, osiadając w Nowym Jorku, w pobliżu rejonu odzieżowego i domów mody. Razem z nim przybył też przemysł smakowy, który w związku z rozbudową fabryk przeniósł się później do sąsiedniego stanu New Jersey. Wytwarzane przez człowieka dodatki smakowe były do lat pięćdziesiątych używane w większości wypadków w pieczonych wyrobach, cukierkach i wodach sodowych. Wtedy to sprzedaż przerabianej technicznie żywności zaczęła wzrastać. Wynalazek chromatografów i spektrometrów (maszyn, które mogą mierzyć gazy lotne w niewielkich ilościach) wielce zwiększył ilość smaków, które mogły być sztucznie uzyskiwane. Do lat sześćdziesiątych firmy smakowe dostarczały dodatki, dające smak dosłownie tysiącom nowych żywności.

    Amerykański przemysł smakowy ma obecnie roczne dochody około 1,4 miliarda dolarów. Około 10 000 nowych technologicznie przerabianych produktów żywnościowych jest co roku wprowadzanych na rynek USA. Prawie wszystkie wymagają dodatków smakowych. Około dziewięć na dziesięć plajtuje. Najświeższe innowacje smakowe są ogłaszane w publikacjach takich, jak Chemical Market Reporter, Food Chemical News, Food Engineering i Food Product Design. Rozwój IFF odzwierciedla rozwój całego przemysłu. IFF powstało w 1958 r. na skutek połączenia dwóch mniejszych firm. Ich roczne dochody wzrosły prawie 15-krotnie od początku lat siedemdziesiątych i obecnie firma posiada fabryki w 20 krajach.

    Precyzja w Big Makach

    Dzisiejsze precyzyjne spektrometry, chromatografy gazowe i analizatory oparów dostarczają szczegółowej informacji na temat komponentów smaku żywności, wykrywając chemiczne aromaty obecne w tak niskich ilościach, jak jedna część na miliard. Jednak ludzki nos jest jeszcze bardziej czuły. Może on wykryć aromaty obecne w ilościach kilku części na biliard, czyli około 0,000000000003 procenta. Złożone aromaty, jak te w kawie czy w pieczonym mięsie, składają się z gazów lotnych, pochodzących z prawie tysiąca różnych chemikaliów. Zapach truskawek pochodzi ze skrzyżowania około 350 chemikaliów, które są obecne w mikroskopijnych ilościach. To, czego ludzie najbardziej poszukują w żywności, czyli smak, jest na ogół obecny w ilościach mikroskopijnych, więc zdecydowanie za małych, aby mierzyć go w tradycyjnych jednostkach kulinarnych, jak gramy czy łyżeczki. Substancja która nadaje dominujący smak pieprzowi może być wyczuwana w ilościach tak niskich, jak 0,02 części na miliard. Jedna kropla wystarcza dla zmiany smaku pięciu średnich rozmiarów basenów pływackich. Dodatek smakowy najczęściej widnieje jako przedostatni na liście dodatków żywności przerabianej technicznie i często kosztuje mniej niż opakowanie. Napoje typu soft drinks (jak Pepsi Cola) zawierają większą proporcję dodatków smakowych niż inna żywność. Smak w typowej puszce Coca Coli kosztuje około pół centa (2 grosze).

    Nie tylko smak – kolor również

    Dodatki kolorujące w przetwarzanej technologicznie żywności są obecne w o wiele mniejszych ilościach niż związki smakowe. Wiele z powyżej wspomnianych firm produkujących smaki, produkuje również te koloryzatory, które mają sprawić, żeby żywność wyglądała ?wieżo i apetycznie. Barwienie żywności służy wielu tym samym dekoracyjnym celom, co kobieca szminka do ust, cień do powiek, czy tusz do rzęs, i często jest wykonane z tych samych pigmentów. Dwutlenek tytanu, na przykład, okazał się być minerałem o szczególnie szerokim zastosowaniu. Daje on wielu cukierkom i lukrowi ich jasno biały kolor. Jest również popularnym składnikiem kobiecych kosmetyków. Jest także pigmentem używanym w wielu białych olejnych farbach artystycznych i farbach używanych do malowania ścian domowych. W Burger King, Wendy’s i w McDonald’s środki kolorujące zostały dodane do wielu napojów ?soft drink?, sosów do sałatek, ciastek, słodkich bułeczek i składników dań drobiowych.

    Badania naukowe wykazały, że kolor żywności może mieć ogromny wpływ na to, jak jej smak jest odbierany. Jasnokolorowa żywność często wygląda na smakującą lepiej niż żywność wyglądająca zwyczajnie, nawet kiedy składniki smakowe są identyczne. Żywność, którą pozbawimy jej normalnego koloru, często wydaje się posiadać także i nienaturalny smak. Przez tysiące lat człowiek opierał się na wizualnych sugestiach dla dokonania wyboru co jest jadalne. Kolor owocu sugeruje, kiedy jest on dojrzały, a kolor mięsa – kiedy jest ono zepsute. Naukowcy od smaków czasami używają kolorowego oświetlenia dla poprawienia doznań smakowych konsumenta badanej żywności. Podczas jednego z takich eksperymentów na początku lat siedemdziesiątych badanym osobom podano nienaturalnie zabarwiony stek wołowy z frytkami, który wyglądał jednak normalnie przy kolorowym oświetleniu. Konsumenci tego dziwnego steku odbierali jego smak jako zupełnie normalny do momentu, kiedy zmieniono oświetlenie na właściwe. Kiedy okazało się, że stek był w rzeczywistości koloru niebieskiego, a frytki zielone, u części badanych osób pojawiły się objawy zatrucia pokarmowego.

    O ile smaki na ogół powstają z mieszanki wielu różnych lotnych chemikaliów, to często jeden związek dostarcza dominującego aromatu. Taki środek chemiczny, wąchany pojedynczo jest odbierany przez nasze powonienie jako zapach prawdziwego pokarmu. Na przykład ethyl-2-methyl butyrate pachnie dokładnie jak jabłko. Daje to wręcz nieograniczone możliwości w procesie technologicznej przeróbki żywności po zastosowaniu odpowiedniego środka chemicznego można uzyskać absolutnie każdy pożądany smak. Dodajemy do przerabianej żywności methyl-2-pyridyl ketone i ma ona smak prażonej kukurydzy. Dodajemy ethyl-3-hydroxy butanoate i otrzymujemy smak polewy czekoladowej. Można tak eksperymentować w nieskończoność. Bez wpływania na wygląd czy wartość odżywczą technologicznie przetwarzanej żywności można jej dać zapachy zupełnie nietypowe dla pokarmu np. po zastosowaniu hexanalu uzyska ona zapach świeżo ściętej trawy, a po użyciu 3-methyl butanoic acid – zapach odoru ciała ludzkiego.

    Amerykańskie Ministerstwo Zdrowia (FDA) nie wymaga od firm ujawniania składników używanych przez nich barwników czy dodatków smakowych tak długo, jak wszystkie te chemikalia są uznawane przez urząd jako “generalnie bezpieczne”. To pomaga firmom utrzymywać ich receptury w tajemnicy. Pomaga także ukryć fakt, że same związki smakowe często zawierają więcej składników niż żywność, której nadają smak. Określenie ?sztuczny smak truskawek? (artificial strawberry flavor) w niewielkim stopniu oddaje prawdziwe rozmiary chemicznego cudotwórstwa i zaawansowania, dzięki którym żywność poddana wysokiej obróbce technologicznej smakuje jak truskawki.

    Typowy sztuczny smak truskawkowy, jak na przykład ten, który znajduje się w napoju “strawberry milk shake” firmy Burger King, zawiera następujące składniki (nazwy angielskie):

    1. amyl acetate,
    2. amyl butyrate,
    3. amyl valerate,
    4. anethol,
    5. anisyl formate,
    6. benzyl acetate,
    7. benzyl isobutyrate,
    8. butyric acid,
    9. cinnamyl isobutyrate,
    10. cinnamyl valerate,
    11. cognac essential oil,
    12. diacetyl,
    13. dipropyl ketone,
    14. ethyl acetate,
    15. ethyl amyl ketone,
    16. ethyl butyrate,
    17. ethyl cinnamate,
    18. ethyl heptanoate,
    19. ethyl heptylate,
    20. ethyl lactate,
    21. ethyl methylphenylglycidate,
    22. ethyl nitrate,
    23. ethyl propionate,
    24. ethyl valerate,
    25. heliotropin,
    26. hydroxyphenyl-2-butanone (10% solution in alcohol),
    27. a-ionone,
    28. isobutyl anthranilate,
    29. isobutyl butyrate,
    30. lemon essential oil,
    31. maltol,
    32. 4-methylacetophenone,
    33. methyl anthranilate,
    34. methyl benzoate,
    35. methyl cinnamate,
    36. methyl heptine carbonate,
    37. methyl naphthyl ketone,
    38. methyl salicylate,
    39. mint essential oil,
    40. neroli essential oil,
    41. nerolin,
    42. neryl isobutyrate,
    43. orris butter,
    44. phenethyl alcohol,
    45. rose,
    46. rum ether,
    47. g-undecalactone,
    48. vanillin,
    49. solvent

    Lata sześćdziesiąte były złotymi latami dla producentów sztucznych smaków w USA. Sztuczne wersje środków smakowych nie były wprawdzie tak rozwinięte, ale i nie musiały takimi być, zważywszy na charakterystykę poddanej obróbce technologicznej żywności. Przez ostatnie dwadzieścia lat producenci żywności technologicznie przetwarzanej używali raczej tylko “naturalnych smaków” w swoich produktach. Wg amerykańskiego Ministerstwa Zdrowia muszą one pochodzić w całości z naturalnych źródeł: z ziół, przypraw, owoców, warzyw, wołowiny, kurczaków, drożdży, kory, korzeni, itp. Konsumenci preferują żywność która zawiera naturalne smaki, sądząc, że są one bardziej zdrowe. Różnice pomiędzy naturalnymi i sztucznymi smakami mogą być subiektywne i po części absurdalne. Wynikają one bowiem w większym stopniu z tego, w jaki sposób dany smak został uzyskany, niż z tego, co w rzeczywistości zawiera.”Naturalny smak jest smakiem uzyskanym przy użyciu przestarzałej technologii” – twierdzi Terry Acree, profesor nauk żywnościowych na Cornell Univeristy. Naturalne smaki i sztuczne smaki czasami zawierają dokładnie takie same chemikalia, ale wyprodukowane innymi metodami. Np. amyl acetate daje dominujący smak bananów. Kiedy jest destylowany z bananów przy użyciu rozcieńczalnika – jest “naturalnym smakiem”. Kiedy jednak jest produkowany poprzez mieszanie octu z alkoholem amylowym i dodanie kwasu siarkowego jako katalizatora, amyl acetate jest “sztucznym smakiem”. Uzyskany obiema metodami pachnie tak samo. “Naturalny smak” jest obecnie podawany na listach dodatków we wszystkich popularnych produktach na rynku amerykańskim.

    “Naturalny smak” wcale nie jest zdrowszy lub czystszy niż “sztuczny smak”. Kiedy zapach migdałów (aldehyd benzylowy) jest otrzymywany z naturalnych źródeł takich jak pestki brzoskwiń i moreli, to zawiera on szczątkowe ilości cyjanowodoru – śmiertelnej trucizny (przypis tłumacza: Zyklon B używany w KL Aushwitz to nazwa handlowa właśnie cyjanowodoru). Ale aldehyd benzylowy uzyskany poprzez mieszanie olejku goździkowego i octanu amylowego nie zawiera już cyjanowodoru. Mimo to jest on uznawany za “sztuczny smak” i sprzedaje się po dużo niższej cenie. Naturalne i sztuczne smaki są teraz produkowane w tych samych fabrykach, które mało kto kojarzyłby z Matką Naturą.

    Profesjonalny nos i poetyczne wyczucie

    Mała, elitarna grupa naukowców, którzy tworzą większość smaków żywności obecnie konsumowanej w USA, nazywa się flavorists. W swojej pracy opierają się oni na wielu dyscyplinach: biologii, psychologii, fizjologii i chemii organicznej. Naukowiec taki jest chemikiem z wyszkolonym nosem i poetyckim wyczuciem. Smaki są tworzone poprzez mieszanie szeregu różnych chemikaliów w malutkich ilościach. Jest to proces rządzony pryncypiami naukowymi, ale wymagający dużej dozy prawdziwej sztuki. W czasach kiedy subtelne aromaty i kuchenki mikrofalowe nie są udanym połączeniem, praca naukowca od smaków polega na stworzeniu iluzji w przerabianej technologicznie żywności, oraz doprowadzeniu do tego, że konsumenci rzeczywiście polubią te produkty. Naukowcy, z którymi rozmawiałem byli dyskretni, zgodnie z wymaganiami swojego zawodu. Niezwykle mili, o kosmopolitycznym nastawieniu i z dużą dozą ironii, nie tylko uwielbiają dobre wina, ale potrafią nazwać chemikalia, które dają każdemu rodzajowi wina unikalny aromat. Jeden z nich porównał swoją pracę do komponowania muzyki – dobrze skomponowany związek smakowy będzie miał “wysoką nutę”, po której często następuje “osuszenie” i “wyrównanie” z różnymi chemikaliami, odpowiedzialnymi za każdy stopień. Smak żywności może być radykalnie zmieniony przez mikroskopijne zmiany w smakowej kombinacji. “Drobny odór zajdzie daleko” – powiedział mi jeden z naukowców.

    W celu nadania żywności przerabianej technologicznie smaku jaki konsumenci preferują, naukowiec musi zawsze brać pod uwagę “doznania smakowe”, czyli unikalną kombinację budowy i chemicznych interakcji, które wpływają na to, w jaki sposób smak jest odbierany. Odczucie w jamie ustnej może być poprawione poprzez użycie różnych tłuszczy, gum, skrobi, emulsji i stabilizatorów. Aromatyczne chemikalia w żywności mogą być dokładnie analizowane, ale elementy, które składają się na odczuwanie smaku w jamie ustnej są dużo trudniejsze do zmierzenia. Jak można zmierzyć twardość precla albo chrupkość frytki? Technologowie żywności prowadzą obecnie podstawowe badania w reologii, dziale fizyki, który bada przepływ płynów i deformacje materiałów. Wiele firm sprzedaje zaawansowane urządzenia, które próbują mierzyć odczucia w jamie ustnej. TA.XT2 i Texture Analyzer, produkowany przez Texture Technologies Corporation ze Scarsdale w stanie Nowy Jork, dokonuje kalkulacji, opierając się na danych uzyskanych aż z 250 różnych czujników. Praktycznie jest to mechaniczna buzia. Mierzy ona najważniejsze parametry fizyczne żywności jak: odbicie, deformacja, punkt pęknięcia, masa, chrupkość, żucie, rozciągliwość, wymiar, kleistość, sprężystość, śliskość, gładkość, miękkość, nawilżenie, soczystość, smarowanie, zwijanie i lepkość.

    Niektóre z najważniejszych osiągnięć w produkcji smaków mają obecnie miejsce na polu biotechnologii. Złożone smaki powstają w wyniku reakcji enzymatycznych, procesów fermentacyjnych i pleśnienia. Wszystkie smaki tworzone tymi metodami (włączając te, do otrzymania których niezbędna jest pleśń) są przez Amerykańskie Ministerstwo Zdrowia uznawane za smaki naturalne. Nowe, bazujące na enzymach procesy technologiczne umożliwiają stworzenie w laboratorium smaków do złudzenia przypominających smaki prawdziwego nabiału. Jedna z firm oferuje obecnie nie tylko smak masła, ale również smak masła kremowego, serowego, mlecznego, topionego i super skoncentrowane masło w wersji płynnej i proszkowej. Rozwój nowych technologii fermentacyjnych połączony z nowymi technologiami podgrzewania mieszanek cukrów i aminokwasów doprowadził do stworzenia jeszcze bardziej realistycznych smaków mięsa.

    McDonald’s najprawdopodobniej wykorzystał ten postęp, kiedy wyeliminował tłuszcz wołowy ze swoich frytek. Firma nie chce ujawnić dokładnego pochodzenia naturalnego smaku dodawanego do swoich frytek. Jednak w odpowiedzi na zapytanie redakcji Vegetarian Journal McDonald’s przyznał, że ich frytki otrzymują część charakterystycznego smaku ze źródeł zwierzęcych. Bardzo prawdopodobnym źródłem jest wołowina, choć nie można tu wykluczyć innego rodzaju mięsa. We Francji, na przykład, frytki McDonald’s są czasami smażone w tłuszczu kaczym lub końskim.

    Inne popularne sieci szybkiej żywności uzyskują swój smak z zaskakujących czasami źródeł. Chicken McNuggets McDonalds’a zawierają ekstrakt z wołowiny, podobnie zresztą jak Grilled Chicken Sandwich sieci Wendy’s. BK Broiler Chicken Breast Patty sieci Burger King zawiera “naturalny wędzony smak”. Przedsiębiorstwo o nazwie Red Arrow Products specjalizuje się w wędzonych smakach, jakie są dodawane do sosów barbecue, suchych przekąsek i przerabianych technicznie mięs. Red Arrow produkuje “naturalny smak wędzony” poprzez spalanie trocin i wyłapywanie chemikaliów aromatycznych, jakie wydostają się podczas procesu spalania do powietrza. Dym jest wyłapywany w wodzie, a następnie butelkowany. Dzięki temu inne przedsiębiorstwa mogą sprzedawać swoją żywność, wyglądającą i pachnącą tak, jakby rzeczywiście była wędzona nad ogniem.

    Niedawno organizacja społeczna Vegetarian Legal Action Network wystąpiła z wnioskiem do Ministerstwa Zdrowia o wydanie nowych przepisów oznakowania żywności zawierającej “naturalne smaki”. Grupa ta chce żeby firmy przetwarzające żywność ujawniały na opakowaniach podstawowe pochodzenie swoich smaków. Obecnie wegetarianie często nie mają możliwości dowiedzenia się, czy dodatki smakowe przez nich używane nie zawierają wołowiny, wieprzowiny, drobiu lub ryb. Koszenila, jeden z najszerzej używanych naturalnych barwników spożywczych, którego obecność jest często ukryta pod określeniem “kolor dodany”, narusza wiele religijnych ograniczeń dietetycznych. Może powodować reakcje alergiczne u osób uczulonych. i pochodzi z nietypowego źródła. Ekstrakt koszenili (znany również jako karmin) jest robiony z wysuszonych odwłoków Dactylopius Coccus Costa, małych insektów rodzaju żeńskiego zbieranych w Peru i na Wyspach Kanaryjskich. Insekty te żywią się głównie czerwonymi owocami kaktusa i ten kolor z jagód zbiera się w ich odwłokach i niewyklutych larwach. Insekty są zbierane, suszone i mielone na proszek. Potrzeba ich około 70 000 dla wyprodukowania pół kilograma pigmentu karminu, który jest później używany do barwienia żywności przetwarzanej technologicznie na kolor różowy, czerwony lub fioletowy. Jogurt truskawkowy firmy Dannon (w Polsce znanej jako Danone) bierze swój kolor z karminu, podobnie jak wiele mrożonych lizaków owocowych, cukierków, owocowych farszów do ciast, oraz popularny napój grejpfrutowy o kolorze różowym marki Ocean Spray.

    W pokoju narad przedsiębiorstwa smakowego IFF, pan Brian Grainger pozwolił mi na przetestowanie niektórych smaków firmy. Było to nietypowe testowanie, ponieważ nie było tam żadnych próbek żywności. Graingera, naukowca z ogromnym doświadczeniem i wiedzą na temat smaków, mówiącego z angielskim akcentem, można raczej zaliczyć do przedstawicieli starego, europejskiego stylu. Zasugerowałem mu, że zasada tajemnicy handlowej, której tak uparcie trzyma się firma IFF, odstaje od zasad współczesnej strategii masowego rynku. Zamiast wzbraniać się przed ujawnieniem marek niezliczonych produktów, zawierających dodatki smakowe IFF i przed dalszą ich promocją (na czym niewątpliwie bardzo korzystają inne firmy, przebojem zdobywające rynek i konsumenta), firma powinna umieścić własne logo na wszystkich produktach z ich smakami. Pan Grainger uprzejmie nie zgodził się ze mną, zapewniając, że taka rzecz nigdy nie będzie miała miejsca.

    Brać chemików smakowych jest środowiskiem bardzo hermetycznym. Z powodu braku uznania publicznego są zmuszeni w swoim własnym, niewielkim gronie chwalić wzajemnie swoje osiągnięcia. Dokonując analizy receptury smaku danego produktu, pan Grainger bardzo często może powiedzieć, który z jego kolegów po fachu w konkurencyjnej firmie stworzył dany smak. Zawsze też zadowoleniem napełnia go widok półek w supermarketach wypełnionych produktami znanych marek, a zawierającymi smaki przez niego skomponowane.

    Pan Grainger przyniósł z laboratorium tuzin małych szklanych butelek. Po otworzeniu, w każdej z nich zanurzyłem testujący sączek – długi biały pasek papieru, mający wchłaniać aromat chemikaliów bez zniekształcania zapachu. Przed każdym testem zamykałem oczy. Wtedy, głęboko wciągałem powietrze i? przed oczyma mojej wyobraźni pojawiały się jedna po drugiej przeróżne potrawy, wyłaniające się ze szklanych butelek. Wąchałem świeże wiśnie, czarne oliwki, smażoną cebulę i krewetki. Jednak całkowicie zaskoczyła mnie najciekawsza kreacja p.Graingera. Po zamknięciu oczu poczułem zapach smażonego hamburgera. Aromat był nadzwyczajny i tak realistyczny, jakby kto? w pokoju przewracał hamburgery na gorącym grillu. Kiedy jednak otworzyłem oczy, przede mną był cienki pasek białego papieru i uśmiechający się z zadowoleniem chemik.

  29. Sven said

    Na wielu produktach w Szwecji jest oznaczone, iż wyprodukowano je ze „zmodyfikowanej soji”.
    Modyfikowana soja i kukurydza są uznane przez EU jako środek spożywczy. Chyba i rzepak też.

  30. Przeclaw said

    Mimo wszystko ogolnodostepne produkty spozywcze sa w Polsce 1000 zdrowsze niz w USA, ponadto jest duza mozliwosc wyboru, bo bazary jeszcze istnieja. Pytanie tylko, w ktora strone pojdzie to dalej , do dna, czy na gore?.
    A jak z pasta d.z., czy w Polsce mozna dostac bezfluorowa? bo tam gdzie „free market” juz nie, czyszczenie zebow bez samozatrucia jest przestepstwem w r.2010.

  31. Jay Dee said

    29. Sven. Oczywiście, że soja modyfikowana jest dopuszczona. Ale trzeba ją zadeklarować na etykiecie. Przyznam, że nie bardzo wierzę w popularność GMO w Szwecji. Supermarkety w UK, w Niemczech są bardzo z tym ostrożne. W UK żądają nawet ujawnienia processing aid (np. S02 w czyszczeniu pojemników do obróbki owoców). Można prosić o jakiś link do producenta produktu GMO sprzedawanego w Szwecji? Pamiętam jak Szwedzi się trzęśli nt. GMO.
    28 – to prawda. Oprócz jednego – różnicy między naturalnym a sztucznym aromatem. Zresztą sztucznych praktycznie nie ma – są identyczne z naturalnym (ale syntetyczne). Aromaty to temat rzeka – nie podejmuję się dyskusji na ten temat. Mogę się pokusić o powielenie sensu artykułu – odpowiedni aromat może być przyczyną sukcesu, a nieodpowiedni klęski produktu. Niezależnie od tego jak naturalny produkt będzie i jaka będzie jego rzeczywista wartość odżywcza. To świat niewyobrażalnej kreacji, zabawy ze zmysłami ludzkimi. Proponuję doświadczenie kreatora aromatów:
    – proszę zatkać nos i oddychać ustami.
    – następnie napić się coli lub jakiegoś soku (najlepiej aromatycznego) cały czas mając zatkany nos.
    – po przełknięciu i rozsmakowaniu (1 – 3 sekundy) otworzyć nos.
    Miłej zabawy.
    26 – jeszcze trochę poczytałem. Proponuję autorom strony pójść do sklepu i poczytać etykiety śmietan – zamiast wypisywać te mądrości.

  32. Słoneczna said

    Re: 27
    http://icppc.pl/pl/gmo/index.php?id=38

  33. Słoneczna said

    Re:31
    http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Amietana

  34. Jay Dee said

    32 Dzięki – fajne. Faktem jest, że nigdy nie widziałem tych olejów w sklepach – ale skoro są opakowania – to muszą być gdzieś i oleje. Długo trwała dyskusja – czy znakować GMO oleje czy nie. Widać zakończyło się, że jednak tak. Może to ci, którzy liczyli na to, że nie trzeba będzie znakować. Zwłaszcza, że jedna z tych firm ma stronę internetową i w opisie produktu już nie pisze, że to GMO.
    Jeśli chodzi o pasze – to tak jest. Można spasać zwierzęta pasza GMO i nie znakować zwierząt. To dlatego, że po prostu nie wystarczyłoby śruty sojowej, gdyby była konieczność znakowania mięsa zwierząt rzeźnych tuczonych na soi GMO. Amerykanie z nas (Europejczyków) śmieją się – bo to trochę taka hipokryzja. Teraz już po prostu inaczej się nie da. Chociaż… można spasać zwierzęta pszenicą z lizyną. Jak soja (która jest najlepsza) jest droga – to tak się robi.
    Jeszcze raz dzięki za fajny link. Postaram się znaleźć gdzieś taki olej.
    Małomówna Pani jest.

  35. Krzysztof M said

    Do dziś pamiętam ptasie mleczo. Wedlowskie. Młodzi! To, co teraz jecie to nawet nie jest cień tego, co kiedyś było ptasim mleczkiem! Albo rurki z kremem. Normalnego kremu też już nie ma. Oranżada. Murzynek (też oranżada, tylko lepsza). Polo-Cocta była tak udana, że dziś CocaColi nikt by nie pił. No, ale nie po to był okrągły mebel, żebyśmy swoje pili.

    Na ulicy zwykła woda z kranu + sok + urządzenie, które dodawało do tego CO2 (saturator). I nikt się jakoś tym nie zatruwał! Cud jaki, czy co?

    A kto pamięta szampan serwatkowy? W czasie upałów…

    KOMUNO!! WRÓÓÓÓÓĆ!!

  36. Krzysztof M said

    Do dziś pamiętam ptasie mleczko. Wedlowskie. Młodzi! To, co teraz jecie to nawet nie jest cień tego, co kiedyś było ptasim mleczkiem! Albo rurki z kremem. Normalnego kremu też już nie ma. Oranżada. Murzynek (też oranżada, tylko lepsza). Polo-Cocta była tak udana, że dziś CocaColi nikt by nie pił. No, ale nie po to był okrągły mebel, żebyśmy swoje pili.

    Na ulicy zwykła woda z kranu + sok + urządzenie, które dodawało do tego CO2 (saturator). I nikt się jakoś tym nie zatruwał! Cud jaki, czy co?

    A kto pamięta szampan serwatkowy? W czasie upałów…

    KOMUNO!! WRÓÓÓÓÓĆ!!

  37. Jay Dee said

    33. No – fakt niektóre mogą zawierać (bo są dopuszczone). Ale upieram się – lepiej pójść do sklepu – niż czerpać taką wirtualną wiedzę. Celem jest poprawienie właściwości kulinarnych. Pierwszy wszedł Danone ze śmietanką szefa kuchni. Podbiła rynek – mimo, że była droższa niż normalna śmietana. Firmy nie dodają zazwyczaj tego do śmietany – bo podnosi cenę. Wyznacznikiem śmietany jest zawartość tłuszczu.
    Zgadzam się natomiast – że niewyedukowany konsument kupi śmietanę z zagęstnikiem uważając, że jest lepsza, bo lepiej zagęszcza. Zapłaci za nią drożej. Dodawanie zagęstników do śmietany nie jest jednak rozdziałem między śmietaną z koncernów (z zagęstnikami) a śmietaną z „mleczarni” (bez zagęstników).

    Jeszcze może jeden fragment z inkryminowanej strony:
    „ponieważ w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, producenci nie mają obowiązku umieszczania na opakowaniu składu masła. Zwykły śmiertelnik nie jest w stanie stwierdzić, które z oferowanych w sklepie maseł to produkty pełnowartościowe, a które tylko nazywają się masłem, więc jedyne czym się kieruje to atrakcyjna cena.”
    To po prostu nieprawda i opisałem to w opisie 12.

  38. veri said

    Kiedys w Bazyleii, siedzac sobie na laweczce nad rzeczka wplywajaca tam do Renu rzucalem plywajacym kaczkom „panstwowy” chleb jaki mialem ze soba – jak szybko kaczki rzcily sie na ten chleb tak szybko od niego odplynely ( pierwsza z nich zlapala kawalek do dzioba i go wyplula – reszta nawet nie probowala) !!!

    Jezeli juz musze to kupuje u Turkow ich pszenny „fladenbrot” – mimo, ze robiony golymi rekami (widzialem to w jednej ich piekarni w Mannheim)to nie czuje zadnej odrazy,jak do tych cywilizacyjnie „ulepszonych” !

    Chcialoby sie napisac … guten Appetit ! :-)))

  39. Słoneczna said

    Re:12
    Cytat
    „ROZPORZADZENIE MINISTRA ROLNICTWA I ROZWOJU WSI z dnia 10
    lipca 2007 r. w sprawie znakowania srodków spozywczych. Dz.U. 2007 nr
    137 poz. 966. Wszystkie ukazują się na etykiecie. Fałszerstw raczej się nie spotyka. ”

    http://www.podkarpacie24.pl/aktualnosci/7/45

  40. veri said

    20. @ Mirek. Moja rodznna miejscowosc ( przy granicy z Lodzia) „eksportowala” swoja zielenine ( pory,pietruszke,selery,rzodkiewki, … na Zielony lub Balucki rynek w tejze Lodzi. Teraz w „Kauflandzie” jaki ostatnio otwarto tuz pod moim rodznnym domem sprzedaja m.innymi pory z Belgii i paczkowana marchew z Schifferstadtu (Niemcy/ okolice Ludwigshafen nad Renem).

    O TEMPORA …

  41. veri said

    ps. ta marchew w tym Schifferstat „robiona” jest polskimi rekami – cala okolica ugina sie pod naszymi gastarbeiterami – bylem, widzialem.

  42. Jay Dee said

    38. Cytat z tego artykułu:
    „Jak hipermarkety wciskają podróbki?
    Sprzedawcy wyrób seropodobnych oznaczają np.: „żółty morski”, co wprowadza w błąd klienta, myślącego, że kupuje „ser żółty morski”. Sklepy te sprzedają ów wyrób „w promocji” po 9,99 zł w plastrach, bo pseudo ser często nie może się utrzymać w jednym kawałku i potrafi spłynąć. Aby unaocznić różnicę ceny między „morskim” a „serem morskim”, narzucają na prawdziwy ser 90 proc. marżę. Bez „promocji” daje to cenę np. 24,99 zł za kilogram. Co wybierze otumaniony klient?”

    Ta sama sytuacja co w masłach. Ekstra z Warlubia, Żółty morski – na tym polegają zgodne z prawem fałszerstwa. Nie nazywają tego serem – bo to podlega ścisłym regulacjom – tak jak wcześniej pisałem. To jest prawidłowe oznakowanie. Konsument pomyli się, jak patrzy tylko na cenę. Z tym tłuszczem – to w artykule napisali prawie prawdę. W rzeczywistości wcale te plastry się nie rozpadają. Chyba, że zastosowano utwardzone tłuszcze roślinne o zbyt niskiej temperaturze topnienia. Tłuszcze używane do serów mają odpowiedni SFI (solid fat index) – czyli dają wrażenie rozpuszczania się tłuszczu na języku tak jak masło (czyli ok. 90% tłuszczu jest rozpuszczone przy temp. 32 – 35 st C). To co w artykule opisują – to raczej nie istnieje. Takiej fuszerki się nie odwala, bo białko mleka jest za drogie. Również różnice cenowe są niepoważne – ale proponuję Pani zrobienie samemu kalkulacji. Nawet gdyby używany tłuszcz kosztował 0 zł – to i tak takiej obniżki ceny sienie uzyska.

  43. Anoano said

    Na tym polega caly koszrny biusness. Truc ludzi tzw. jedzeniem i jednoczesnie sprzedawac im lekarstwa.
    Dochod przemyslu spozywczego i farmaceutycznego rosnie.

  44. Jay Dee said

    Może czas teraz na chleb. Cytat:
    „Jeszcze większy problem stanowią wyroby potocznie zwane chlebem. To co się dzisiaj sprzedaje nawet nie leżało koło chleba. Jest to typowy produkt chlebopodobny. Dlaczego? A to proste. Prawdziwy chleb jest produkowany na zakwasie i wypiekany w piecu opalanym drewnem lub węglem. Zapewniano w ten sposób odpowiednią temperaturę wypieku.”

    Dzisiaj też robi się chleb na zakwasie. Żytni. Pszennych bułek nigdy nie robiło się na zakwasie. Próbowano w Polsce wprowadzić zakwas suszony – ale był za drogi 7 – 8 lat temu. Nie wiem jak jest dzisiaj – ale pewnie wiele się nie zmieniło. Oszczędzają nadal – siła robocza jest nadal tania. Wypiekanie w piecu opalanym węglem – bo tylko w takim jest odpowiednia temperatura – to zakrawa na kpinę z inteligencji czytelnika.

    Cytat dalej:
    „Obecnie przynosi się pulpę, czyli mieszaninę różnych składników, w większości nieznanych zjadaczowi, dodaje się do tego wody i po podzieleniu na odpowiedniej wielkości porcje wrzuca na taśmę i do pieca elektrycznego. Zarówno temperatura wypieku, jak i jego czas są zdecydowanie różne od starej sprawdzonej technologii. Ta zmiana sposobu wypieku i składu pieczywa powoduje, że coraz więcej ludzi ma problemy gastryczne po zjedzeniu takich produktów.”

    Jaką pulpę – skąd się przynosi. To są wyobrażenia autora. Może przyuważył jak to jest w małych piekarenkach na stacjach metra – faktycznie tam jest schłodzone ciasto – które na miejscu wsadza się do pieca. Ale to jest droga technologia. Więc stosuje się ją tam, gdzie można zapewnić sobie wyższe ceny, a przestrzeń jest bardzo droga. Warto popatrzeć w supermarkecie jak robią wypiek bułek francuskich – a nie czytać wyobrażenia autora.

    Kwestie pumpernikielu zostawiam otwartą. Kto to je? Ja zawsze miałem po tym zgagę.

    Cytat:
    „Jeszcze gorzej wygląda sprawa z produktami chlebopodobnymi nafaszerowanymi tzw. dodatkami; orzechami, ziarnem. Ilość chemii , która pozwala powiązać te wszystkie dodatki ze zbożem jest bardzo duża. Można stwierdzić, jednoznacznie, że dietetycy namawiający chorych do jedzenia takiego gruboziarnistego, chlebopodobnego pieczywa działają na szkodę chorego.”

    Stosuje się ziarna soi czy lnu. Dostarczają one NNKT oraz lecytyny flawonoidów itp. Chleb gruboziarnisty – to ten z łuską- taki jak wypiekano 200 lat temu. Najzdrowszy. Mamy za małą konsumpcję błonnika. Z ziarnami mogą być problemy – bo przetrzymują wilgoć – czyli większe zagrożenie pleśnią.

    No i kamień węgielny logiki:
    „Przykładem dobitnie unaoczniającym wpływ rozmaitych dodatków dodawanych do pieczywa jest historia piekarza z Wilna. W latach 90- przesyłał do Gdańska “czarny chleb” prosto z Wilna 2 razy w tygodniu autobusem rejsowym. Pieczywo było wspaniale i nie wysychało przez tydzień. Chłop się dorobił i otworzył zakład pod Gdańskiem. Tutaj zapoznał się z “nowoczesną” produkcją i niestety zmienił recepturę. Starzy klienci musieli zrezygnować z jego produktów, ponieważ występowały te same dolegliwości co po innych chlebach sprzedawanych w Gdańsku”

    Czyli zmienił technologię, zauważył, że klienci zaczęli odchodzić – więc uznał – że to będzie źródłem sukcesu. I dalej stosował dodatki – aż zbankrutował .Dorobił się na tradycyjnych recepturach, a potem uwiedziony nowoczesnymi technologiami zmarnował cały majątek w imię podtruwania klientów. Przecież każdy wie, że jedynym celem producenta żywności jest podtruwanie konsumenta. A rachunek ekonomiczny, zysk – nie ma znaczenia dopóki da się dokładać do biznesu.

    Jak sprawy wyglądają?
    Ludzie lubią chleb chrupiący, pachnący. Dawne technologie faktycznie dawały większą trwałość – ale walory smakowe nie były takie dobre. Sorbiniany, propioniany, sorbitol – mogłyby wydłużyć termin przydatności – ale są drogie – mało kto to stosuje. Ryzyko zakalca było wysokie i pamiętam jak za komuny kupowało się taki chleb – bo innego nie było. Teraz używa się polepszaczy. Zwiększa zawartość glutenu albo wręcz stosuje pszenicę mieszaną z gatunkami durum. Jak lato jest suche i gorące – to odwrotnie – nawet trzeba stosować L cysteinę, żeby ciasto ładnie wyrosło lub mieszać ze słabą mąką (niskoglutenową).
    Cudów w technologii chleba nie ma. Są w innych sektorach – ale o tym później.

  45. PL said

    To dlaczego kiedyś chleb smakował chlebem, a dziś watą?

  46. Isreal said

    jak kiedyś usankcjonowano spekulację (oszustwo w świetle prawa) czyniąc z nie jeden z najlepszych interesów, tak teraz daliśmy usankcjonować przemysłową żywność. Uwierzyliśmy w to , że produkt przyjazny naszemu zdrowiu musi być drogi – elitarny, a to połowiczna prawda. Gospodarstwa rodzinne w Polsce umierają, nie radzą sobie zbyt dobrze gospodarstwa ekologiczne. Dobrze prosperuja te starsze z własnymi przetwórniami i (lub) sklepami. Ceny za płody rolne z atestem są tragicznie niskie. Skąd zatem kosmiczne ceny w sklepach, często po kilkaset % narzutu (marży).
    Ciekawostka jest trwanie na scenie politycznej ZSL-u. Szkodnika nr 1 polskiej wsi.

  47. PL said

    Skąd kosmiczne ceny w sklepach?
    A no z powodu pośredników. Nie narobią się, pokręcą, zgarną 70% wartości, a potem szabas.

  48. Jay Dee said

    44. Takie odczucia mamy dzisiaj. Dawny chleb został wyparty przez nowy – ponieważ ludzie wybierali nowy chleb, płacąc za niego drożej. Bardziej chrupiąca skórka itp. Dzisiaj nam się wydaje, że ten stary był taki OK – ale to nie do końca jest prawda. Proponuję upiec sobie w domu i zobaczyć. Ale nie na jajkach – bo tych nawet za komuny nie używali.
    45. Żywność przemysłowa sama się usankcjonowała lub nawet wymuszono to w niektórych przypadkach. Jest zakaz używania świeżych jaj w lodach czy majonezie. Ach, co to były za lody… Dzisiaj używa się (jeśli w ogóle się używa jaj) jaj w proszku. To problem salmonelli. Zakłady są teraz duże – to i duża siła rażenia. Nawet jedno zakażone jajko może spowodować totalną epidemię. U USA raz popsuł się pasteryzator w mleczarni – kilkadziesiąt osób zmarło na zatrucia, dziesiątki kobiet poroniły. Wydaje mi się, że to była listeria monocytogenes.
    Ktoś pisał o ptasim mleczku – też było robione na świeżych jajach w tamtych czasach.

    Jeśli chodzi o ceny z zakładów ekologicznych – to podejrzewam, że ze względu na skalę produkcji są wysokie koszty. Mała skala – duże koszty. Dlatego teraz zakłady są takie wielkie i przez to stanowią takie zagrożenie.

    Zresztą – jakby w żywności ekologicznej był taki business – to na pewno wielu by w nią weszło. W Polsce jak pojawi się jakaś szczelina zysku, gdzie można chrupnąć ładną marżę – to zaraz Polacy walą w ten interes i psują go .Jesteśmy takimi drugimi Chinami. Nie mówię tego w negatywnym znaczeniu – ale jako określenie dynamiki naszych przedsiębiorców.

  49. PL said

    To nie jest tylko złudzenie.

    Czasami uda się jeszcze kupić prawdziwy chleb – właśnie taki z chrupiącą skórką, a nie pokrojoną w gotowe kromki WATĘ. I smakuje zupełnie inaczej. Jak dawniej. Tylko to jest coraz trudniejsze.
    Czasami jeszcze ktoś gdzieś na wsi sam upiecze, gdzieś na Podkarpaciu.

    Jeszcze na początku lat 1990-tych, kiedy Polska nie zdążyła się dopasować do Europy, można było wszędzie kupić dobry chleb. Tego smaku się nie zapomina.

    Tu nie chodzi o żaden „ekologiczny” chleb. Tu chodzi o zwyczajny, normalny chleb wypieczony na dobrej mące. Moi dziadkowie nie wiedzieli, co to ekologia. Piekli razowiec na liściach kapusty, żeby nie przywierał do blachy.

  50. PL said

    A pumpernikiel, którego p. Jay Dee nie lubi, to była prawdziwa pycha. Ten jeszcze za komuny, z prywatnej piekarni J. Adama chyba w Poznaniu. Nawet, gdy się zesechł, można go było lekko zwilżyć i odsmażyć.

    Teraz podobno zmieniono mu recepturę…

  51. Jay Dee said

    Zgagę miałem po nim Panie PL. Od dzieciństwa. Taki słodko – gorzki. A nie jestem wybredny. Czarninę wcinałem aż uszy mi się trzęsły – a znajomi mało nie wymiotowali jak o niej słyszeli.

  52. Jay Dee said

    Czas na wędliny – najtrudniejszy i największy temat – więc skrótowo:
    Cytat:
    „Kolejnym problemem wyrobów …podobnych są produkty mięsopodobne np. kiełbasy http://pl.wikipedia.org/wiki/Kie%C5%82basa.
    Od kiedy to drodzy panowie Ministrowie Rolnictwa [przeważnie z PSL, a więc chłopy znające się na rzeczy] produkty zawierające 80 % zieleniny mają prawo nosić nazwę kiełbasy? Obecnie nagminne jest dodawanie do różnego rodzaju produktów zwanych kiełbasami papki sojowej lub wodorostów z Morza Irlandzkiego lub innych glonów. Nota bene zbieranych z miejsc do których uchodzą ścieki z elektrowni atomowych.
    Jaka zawartość soi i wody powoduje, że z jednego kilograma mięsa można otrzymać 2.20 kg szynki? Odpowiedz cobie Szanowny Czytelniku sam. Te wszystkie prasowane szynki to wyroby kiełbasopodobne, praktycznie zawierające minimalne ilości białka zwierzęcego . Wypada przypomnieć w tym miejscu, że białko zwierzęce jest w naszej “kuchni” jedynym źródłem łatwo przyswajalnego przez organizm człowieka żelaza.”

    Nie wiadomo po co autor umieścił link do wiki – skoro nie zrozumiał co tam jest napisane – ale do rzeczy:
    – te 80% zieleniny wyszło mu z przytoczonej zawartości wody. W produkcji kiełbas stosuje się koncentrat lub izolat białka sojowego, czasami mąkę sojową. To do emulgowania, poprawy tekstury i ograniczenia wycieku. Dawka – ok. 2%. Nie będę rozwodził się co zdrowsze – soja czy tłuszcz mięsny – ale jak wcześniej mówiłem w sprawach medycznych autor ma rację – mało tkanki mięśniowej w kiełbasie – to mało żelaza. Problem istnieje. Karagenów (wodorosty) nie stosuje się raczej – za drogie. Nie hoduje ich się przy elektrowniach – lecz na Filipinach – w ciepłym morzu. Glony – to jednokomórkowce – nigdy nie były stosowane i nie są. Mąkę ziemniaczaną – tak. Trochę barwników, aromatów też – zwłaszcza jeśli wyrób jest tani (mało tkanki mięśniowej). Ale to nie 80% zielska – tylko 2 – 2,5%. Na kiełbasach jest oznaczenie ile zawierają mięsa. Nie będę wchodził w szczegóły tych oznaczeń – ale można im w miarę ufać.
    – Pytanie o zawartość soi w szynkach wywodzi się z niewiedzy. Ale autor nie musi wiedzieć, żeby dalej pisać. Do szynek też stosuje się 2 – 3% soi. Ale głównie drogie izolaty i specjalne koncentraty. To za mało, żeby utrzymać 100 – 120% wlewki solanki. Dlatego używa się również karageny i dodatkowo synergistycznie działające gumy (LBG, cognac gum czy w małych ilościach guar) tego jest poniżej 1%. Taka „szynka” musi być w barierowym opakowaniu – czyli w plastiku nie przepuszczającym wody. Teraz bardzo rzadko coś takiego się sprzedaje – ale jeszcze jest na rynku. Wyroby te to tak jak autor pisze kiełbasopodobne.
    PL – z tym papierem toaletowym coś jest na rzeczy – ale małe coś. Stosuje się do kiełbas (nawet do szynek – ale to już specjalistyczny produkt) błonnik. To celuloza więc tak jakby zbliżone do papieru. Jak ktoś słyszy błonnik – to myśli celuloza, a jak słyszy celuloza – to papier. Jest to błonnik spożywczy – którego zbyt mało spożywamy w diecie. Zazwyczaj błonnik jest z: słomy, marchwi, bambusa, ziemniaka, czasami z jabłek i paru innych surowców.
    Szynka – była taka Gold z Sokołowa. 8 tygodni leżakowała. Z 1 kg mięsa robili 0,7 kg szynki. Była bardzo dobra – surowa. Przestali sprzedawać. Podejrzewam, że była za droga – 60 PLN / kg. Standardowe szynki mają wydajność ok. 130% (czyli z 1 kg mięsa 1,3 kg szynki).

    Podsumowanie – przemysł mięsny skundlił się – ale wraz z bogaceniem się społeczeństwa – wzrasta jakość produktów. Dzisiaj już nikt nie kupi parówek za 6 złotych czy „szynek” z 220% wydajności. Nowe przepisy zobowiązują do informowania konsumenta na etykiecie – więc też nie tak łatwo. Niestety jakość – to cena. Kiełbasa kosztuje 18 zł, dobra szynka na 115% – 30 zł. I tak już będzie. Wysokiej jakości jeszcze przez dłuższy czas nie będzie – tylko z importu. Najgorzej będzie – jeśli tak pozostanie – bo wtedy wbije się ludziom do głów, że dobra jakość – to z importu (szynka serrano, parmeńska itp). Szynka Gold była produktem bijącym na głowę produkty z południa Europy – ale była polska i za polski produkt konsument nie chciał płacić. Wydaje się, że krakowska pozostanie dobrym produktem i nigdy się nie skundliła (tylko były takie oszustwa jak krakowska parzona).

  53. PL said

    Ale panie Jay Dee, pan twierdzi, że wprawdzie cena rośnie, ale rośnie też i jakość jedzenia. Tymczasem ogólna opinia konsumentów, przynajmniej w moim otoczeniu jest taka, że jakość jedzenia się pogorszyła, coraz więcej w nim chemii, jakichś dodatków itp.

  54. PL said

    I jeszcze podaje Pan, że na wysoką jakość możemy liczyć tylko z importu… Co najmniej dziwne w kraju, który był zawsze eksporterem żywności.

  55. Jay Dee said

    Czytają takie artykuły jak dr. Jaśkowskiego i tak odbierają rzeczywistość. Prawda jest też taka, że w latach 1999 – 2003 ta jakość faktycznie spadała. Pamiętam parówki po 2,99 zł / kg w Auchan. Czego tam nie było? Głównie emulsja kolagenowa – czyli skóry świńskie zemulgowane na kutrze, trochę tłuszczu i MOM (mechanicznie odmięśnione kości) – czyli szpik kostny z wyciskania kości, pozostałości z okrawków mięsa (trimmingi) i bader (takie resztki z obłuskiwania kości zwierząt). Prawdziwego mięsa było 3 – 5%, a czasami nic.
    Teraz ta jakość naprawdę podnosi się – nawet jak kupują najtańsze – to nie da się kupić takiego dziadostwa jak na pocz. lat 2000.

  56. Jay Dee said

    53 Zakłady mogą robić wysoką jakość – tylko konsumenci nie kupują. A jeśli chodzi o Polskę jako eksportera żywności – to bardzo długi temat. Trochę racji mają spiskowcy mówiący o zniszczeniu naszego rolnictwa przed wejściem do UE pod płaszczykiem podniesienia jego konkurencyjności.
    Jeśli chodzi o produkty finalne – czyli wędliny – to polska szynka czy kiełbasa miała markę w USA. Potem amerykanie przyblokowali import, a Animex sprzedał prawa do marki. Eksportowaliśmy – ale surowce (mąkę ziemniaczaną do Japonii, masło, kazeinę czy mleko w proszku itp). Nie zbudowaliśmy żadnej liczącej się marki – oprócz szynki Krakus oraz Yano w USA, może ogórki kiszone. Trochę wódki – ale to nic w porównaniu do wódki rosyjskiej. Teraz nawet w RP kupujemy wódkę z importu. Ruszyła sprzedaż mięsa na zachód po wejściu do UE. Po fali emigracji – ruszyły też wyroby finalne. Angole nawet zaczynają się przekonywać. Więc było dołowanie w latach 1980 – 2003, teraz zaczyna się odbijać – ale Sokołów należy do Danish Krown, Animex do Smithfield.

  57. Isreal said

    Jay Dee bez jay, chodzi o sk….kie biznesy przemysłu około żywnościowego. Często te same firmy (korporacje) oferują np gmo , hormony w żywieniu, technologie rolnicze o straszliwej sile rażenia, ale także farmację. Najpierw zatruć, później lekiem podtrzymać przy życiu – wszak to konsument i płatnik, byle do emerytury , ani dnia dłużej. Bo ubezpieczenia też nam sprzedają, a w tym biznesie chodzi o zebranie składki i (boże uchowaj) nie wypłacenie
    Np Bayer – chemia, gmo, a jak główka rżniętego boli to aspirynka, niech jeszcze pociupie

    A odniesienie do mojej wypowiedzi wykazuje niezrozumienie tego co napisałem. Być może źle dobrałem słowa.
    Import wysokiej jakości to jaya do kwadratu. Od lat jesteśmy śmietnikiem żywnościowym świata – stąd między innymi fatalne statystyki alergii, astmy itp. Jesteśmy „liderami” od kilku lat.

    Temat rzeka, ale jeden z najistotniejszych.

  58. PL said

    Smithfield to jeden z największych trucicieli środowiska, nagminnie łamiący wszelkie prawa. W Polsce znalazł dobre warunki do rozwoju.

    A eksport żywności liczy się nie tylko od lat 1990-tych, ale istniał już przed wojną, a nawet za mrocznej komuny. Ratował ówczesny bilans handlowy PRL. I dopiero po roku 1990-tym okazało się, ze Polska nic nie potrafi. Nawet wyprodukować cukru, który importujemy.

  59. Olo kru said

    Moim skromnym zdaniem patrioci nie chodza do hipermarketow, a rozsadni ludzie nie kupuja tam zywnosci.

  60. Cham Wiejski said

    Patriota chętnie pójdzie do małego sklepiku, jeśli jeszcze nie zbankrutował na skutek konkurencji hipermarketu.

    Zresztą w małych sklepikach też już coraz więcej „hipermarketowej jakości”. Zły pieniądz wypiera dobry, a złe jedzenie wypiera dobre. To fakt i żadne statystyki, normy, tabele i wykresy mnie nie przekonają. Widzę to, co widzę.

  61. Nowik said

    Proste pytanie:
    Dlaczego kawa naturalna mielona jest kilkakrotnie tańsza od ziarnistej? Jestem kawoszem i odkąd przerzuciłem się na „ziarenka”, nie miewam zgagi ani mdłości po wypiciu dosyć mocnej porcji tej używki. Przeprowadziłem eksperyment polegający na rozpuszczeniu w zimnej wodzie 1 łyżeczki kawy mielonej i pakowanej hurtowo, oraz mielonej samodzielnie. Okazuje się że ta mielona przemysłowo częściowo rozpuszcza się i pozostawia rodzaj zawiesiny po ustabilizowaniu się cieczy. Kawa mielona w domu prędzej czy później opada na dno i woda pozostaje niemal czysta. Czary, czy dodatki?

  62. Jay Dee said

    57. Proponuję przejść się do supermaketu i zobaczyć co importujemy. Nie jest to parówka za 9 zł / kg czy polędwica po 12 zł / kg. To jest szynka parmeńska po 90 zł / kg, szwardzwaldzka po 70 zł / kg, kiełbasy francuskie suche po 70 zł / kg. To są produkty wysokiej jakości po wysokich cenach. A polscy konsumenci zabili raczkujące nowe produkty polskie wysokiej jakości – jak szynka Gold Sokołowa. Polskie firmy utrzymały się tylko w średniej półce z Krakowską, kabanosami czy parówkami po 14 – 18 zł / kg.
    Śmietnikiem żywnościowym byliśmy w latach 1992 – 98. Szynkę eksportowaną do Polski z Holandii nastrzykiwano lizyną, żeby podnieść białkowość (w RP badaliśmy ją tylko metodą Kiejdahla – więc byliśmy robienie w balona, dopóki zakłady w PL nie zaczęły kombinować). Margaryna, to był syf.
    58. Z cukrem nie ma problemu. Mamy kwoty i z tego co wiem, to trochę przy nich pokombinowaliśmy, żeby pozostać eksporterem. Ja już pisałem, że spadek eksportu zaczął się już w 1980 (w produktach finalnych), a jazda z górki na pazurki to rok 1992. Rosja dała trochę oddechu – do 1998 roku eksport tam był niezły, ale potem też padło. Wysyłaliśmy tam straszne świtwa – jak UE nam na pocz. lat 90. Od 2004 robi się lepiej. I tyle.
    59. Niby proste zdanie – ale bardzo mądre. Supermarkety mają ujemne zapotrzebowanie na kapitał finansowy – bo wysysają gotówkę z zakładów (wszystkich). Tak naprawdę – to budują je za polskie pieniądze i trzepią kasę. Potem wymuszają presją cenową na zakładach oszukiwanie żywności. Kto jest w stanie robić coś taniej i taniej mając coraz wyższe koszty?
    61. Tak jak z herbatą w saszetkach. Do takich produktów idą zmiotki – może mająwięcej zanieczyszczeń. Nie sądzę, żeby były jakieś dodatki. Kawę mieloną mogą natomiast aromatyzować. Całoziarnistej nie. Generalnie lepiej jest kupować kawę całoziarnistą, herbatę nie w saszetkach (proponuję rozebrać saszetkę i obejrzeć co tam jest) – tylko w opak. 100 gr. sypką. I tak ze wszystkim.

  63. Marucha said

    Panie Jay Dee, to co importują supermarkety niekoniecznie musi odzwierciedlać preferencjami klientów. Akurat znam te sprawy trochę od podszewki i wiem, jak trudno jest polskiemu producentowi ulokować coś na półce zagranicznego supermarketu i jakich brudnych chwytów się wobec niego używa.
    Oczywiście supermarkety nie mogą całkowicie zignorować upodobań klientów, ale zawsze będą wolały umieścić produkt z własnego kraju, niż z Polski. Fakt, że najsilniejsi producenci się jakoś przedzierają (mają pieniądze na „lobbing”?) – a co z całą resztą?

    Podobnie zresztą jest z Multikinami, które ewidentnie preferują zagraniczne filmy. I nie chodzi tu bynajmniej o ich wartości artystyczne.

    Co z eksportem całych cukrowni, z czego kiedyś słynęliśmy?

  64. Jay Dee said

    63. Oj Panie Marucha.
    Importują produkty niszowe. Żeby ktoś nie powiedział, że tylko chłam sprzedają. Można powiedzieć, że nie odzwierciedlają preferencji konsumentów, a można powiedzieć, że troszczą się o cały zakres konsumentów – nawet tych niszowych nastawionych na wysokie ceny i jakość (no i marże na tym mają kolosalne). Szynka po 90 zł / kg nie będzie produktem masowym jeszcze przez długie lata.
    O poczynaniach supermarketów to już pisałem – nie ma co się powtarzać.
    Cukier – pisałem o „procesach dostosowawczych” do konkurencyjność rolnictwa UE przed wejściem do UE i skutkach polegających na zarżnięciu naszego rolnictwa. Dotyczy to również cukru. Przy cukrze to były jeszcze gorsze jaja, bo oprócz zabijania produkcji mieliśmy wypływ czystej gotówki z budżetu. Cukier był eksportowany i dostawał dotacje, potem ten sam cukier na następny dzień był importowany. Wiele fortun na tym wyrosło. A osłupiali Niemcy na granicach nie mogli wyjść z podziwu jak to się może opłacać.

  65. Isreal said

    ad 62
    człowieku to straszny chłam bez smaku z fatalnego surowca. Kupi to snob , który np głosuje na PO bo ta go chwyciła hasłem „partia ludzi inteligentnych”.
    To g ….o gorsze od znacznie tańszych wedlin z małych przetwórni.

  66. Marucha said

    Supermarkety troszczą się głównie o przepompowanie zysków do kraju swego pochodzenia, a więc mając do wyboru niszowy produkt polski i np. francuski, Carrefour zaimportuje francuski.

  67. Jay Dee said

    No wie Pan, to prawda. Jeśli mają niszowy francuski i niszowy polski – to wezmą ten pierwszy. Co nie przeszkadza, że szynka Gold przez 3 lata była na półkach. Salceson Watykański (po 34 zł / kg!!!) też można było kupić długo czas. Ale generalnie zgadzam się. Tylko potrafię znaleźć inne przyczyny niż narodowościowe takich decyzji. Sam też podejmowałem decyzje rynkowe na podstawie podobnych przesłanek./ Ale to na dłuższą rozmowę gadka.

    Tam na Singerze jest strasznie zagorzała dyskusja i nie chcę dolewać oliwy do ognia. Wydaje mi się żebym parę rzeczy lepiej poprowadził niż oponenci Szosze. Proszę tylko dać linki – o co chodzi z tą diasporą? To chyba gmina wyznaniowa żydowska. Nie spotkałem się w gajówce z opisami, żeby coś złego ona robiła.

  68. Nowik said

    67 reply:
    „Nie spotkałem się w gajówce z opisami, żeby coś złego ona robiła”.
    A czy jest Pan w stanie określić co robi dobrego dla Polaków w Polsce? To chyba będzie prostsze.

  69. Jay Dee said

    68. Nie mam pojęcia.

  70. mzchess said

    Świetny artykuł, tylko kto się nim przejmie? Od pamiętnych przemian minęło już 20 lat. NIKT z młodych ludzi NIE pamięta albo wogóle NIE zna smaku żywności produkowanej przedtem i o to chodziło tym hienom pazernym na pieniądze, aby sprzedać drugiemu człowiekowi szmelc ślicznie opakowany i zarobić na tym masę pieniędzy minimalnym wysiłkiem. Zastanawiam się często, CO odbiera rozum tak wielu ludziom!?? To jest ta sama zachłanność zdobywania szmalu, jaką kiedyś była w USA słynna „gorączka złota”, która odbierała ludziom rozum i czyniła z nich „oszalały motłoch, żądny złota”! Czy ludzie ci nie widzą, że sami własnymi rękami podcinają gałąź na której siedzą?? Człowiek kiedyś brzmiało dumnie a teraz? Jest to najgorszy gatunek BYDŁA! Ludzie jak wy co rano możecie patrzeć na swoje oblicza?

  71. BasiaM said

    No dobrze… polscy konsumenci kupuja chleb „z dodatkami” bo ma lepsza skorke itp, ale tez poniewaz nie sa informowani o tym CZYM rozni sie ten „smaczniejszy” chleb od naturalnego. Kupuja wiec drozszy produkt, bo nie sa dobrze poinformowani.
    O szynkach tez kazdy zdany jest tylko na swoje wyczucie smaku (jakze zawodne przy dzisiejszych metodach), … Nigdzie nie widzialam napisu ze ta szynka to ma 220% wydajnosci a tamta 130% a nasza miala 70%… Czy konsumenci nie maja prawa do takiej informacji? Pewnie w interesie szynki Goplana bylo podac te informacje! To jasne. Komus wiec zalezy na tym, aby Polak nie wiedzial.
    Mysle, optymistycznie, ze Polacy potrafia wykaraskac sie z tych „procesow przystosowawczych” i odbuduja swoj przemysl zywnosciowy, jesli tylko beda poinformowani i beda wiedziec w co sie tutaj gra.
    Dzieki Jay Dee, za garsc informacji…

  72. Jurek said

    kto chce:
    – wyzdrowieć na ciele i umyśle ?
    – porzucić piguły ?

    Mam prosty i stary sposób ( jadłospisy zaczerpnięte ze Starego T !! ).
    „przeklęta będzie ziemia w dziele twoim; w pracach jeść z niej będziesz po wszystkie dni żywota twego. Ciernie i osty rodzić ci będzie, a ziele ziemi jeść będziesz. W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba…” ( dla nieposłusznych i buntowników: ziele i chleb. Dla wzmocnienia skutku kary starotestamentowi wprowadzili GMO, chleby pełnoziarniste, żytnie…)

    „Do końca dni waszych, we wszystkich plemionach waszych żadnej tłustości jeść nie będziecie, bo wszystka tłustość jest pańska” (czyt. rabinów, Aronów )

    Sposób na kontrolowanie gawiedzi przez kapłanów był strzeżony. Za zjadanie podrobów, tłuszczu, za zabicie zwierzęcia samemu była zawsze tylko jedna kara – śmierć. ( kodeks aliment. ?)

    Na początek :

    Odżywianie optymalne stosuję już 3-ci rok. Pozbyłem się arytmii, nadciśnienia, wysokiego tętna spoczynkowego ( 110 -120 ). Nie przeziębiam się, o grypie, zapaleniach, anginach zapomniałem. Miażdżyca z nóg zniknęła – wbiegam na III piętro z lekką zadyszką, ale bez bólu w nogach.

    Ale najciekawsze zmiany pokazały się u 10-cio letniego syna. Od momentu zmiany sposobu odżywiania, w przeciągu półrocza podniósł średnią ocen o 1,1 pkt.

    Israel ( ad 57 ) ma rację !
    „Temat rzeka, ale jeden z najistotniejszych.”

  73. Jay Dee said

    71. Pani Basiu, te informacje są. Trzeba sprawdzić zawartość mięsa na etykiecie i tyle. Chociaż jest trochę nieprawidłowości tutaj – bo czasami nie informują – ale to rzadkość. Wyliczenie ilości mięsa w kiełbasie wcale nie jest takie proste – bo jest prawna definicja co to jest mięso wieprzowe, wołowe, ile ma mieć tkanki tłuszczowej, a ile łącznej. Są aparaty to określające – ale nie wszystkich na to stać. Ot, taka przypadłość – czasami oszustwo. Ale dotyczy to mniejszości rynku. Dodatkowo dobrym wbrew pozorom wyznacznikiem jest cena – ale nie zawsze. Można pęknąć se śmiechu jak ogląda się ceny boczku. To fajny produkt. Nie da się uzyskać wydajności 130% – bo ma naturalne kieszenie z tkanki łącznej. Można kombinować z nastrzykiem mięsa mięsem (ale takim gorszej jakości – zemulgowanym). Na przekroju to jednak będzie widać. I wracając do cen – jeden kosztuje 12 – drugi 19 zł – a niczym się nie różnią. Warto kupować boczek surowy wędzony z małych zakładów, a nawet z gospodarskiego uboju (przebadany weterynaryjnie), lub samemu sobie uwędzić. To prosta technologia, nie da się sknocić i bezpieczna mikrobiologicznie. Raczej przestrzegam przed pokątnymi kiełbasami czy kaszanką.
    72. Ta dieta jest trochę niebezpieczna. Nasycone tłuszcze bez NNKT – to trochę podejrzane. Czy Wie Pan, że mózg zbudowany jest w 8% z DHA? Jak go nie ma – to komórki się nie wytworzą. Poczytam na temat tej diety. Słyszałem wiele razy – ale zawsze wydawała mi się kosmosem – niezgodna z aktualnym stanem wiedzy, taką trochę szarlatanerią.

  74. wraithc88 said

    optymalna jak optymalna, ale dieta oparta na mięsie jest kilkukrotnie zdrowsza niz wege lub typowa nasza dieta
    NNKT – buhahah, tyle tych tluszczow jest wpychanych nam na sile, ze ciezko sie ich pozbyc
    oczywiscie suplementacja witamina D+Omega 3 jest raczej konieczna

  75. jjaskow said

    Komu to przeszkadzało, czyli wyroby …
    podobne.. cd.

    W związku z bardzo licznymi wpisami osoby podpisującej się Jay Dee- JD [nazwisko -ksywa] a zawierającymi masę dezinformacji zmuszony jestem do zabrania głosu ponownie.

    Wpisy p.JD posiadają dwie podstawowe cechy, po pierwsze: autor jednoznacznie wskazuje ze wychowanie odbierał w dobrej turańskiej lub prusko -bizantyjskiej cywilizacji. Cały czas powołuje się nie na wynika badań ale na normy, dyrektywy itd tak jak to robi każdy urzędnik uważający, że wszystko co płynie z góry jest prawidłowe i służy społeczeństwu.

    Wydawało się, że tego rodzaju rozumowanie powinno wymrzeć śmiercią naturalną w ubiegłej epoce, niestety jak się okazuje nadal
    trzyma się mocno.

    Cechą drugą jet sprytne zmienianie tematu wskazujące albo na niezrozumienie czytanego tekstu albo celowa dezinformacja czytelnika. Jest to o tyle ciekawe, że pomimo faktu iż podręczniki są drogie to do biblotek publicznych można się dostać jeszcze bezpłatnie. niestety wymaga to posiedzenia na ……..

    Jak każdy pamięta to właśnie w minionej epoce powoływano się na normy, dekrety itd.
    każdy sędzia , urzędniczyna tłumaczył się, że on tak musiał, bo taki był przepis. Nie ważne, że przepis przeczył zdrowemu rozsądkowi, czy tez doświadczeniu. Ale był!!!

    Po drugie; wpisy te potwierdzają tezę, że ze zrozumieniem słowa pisanego jet coraz gorzej.
    Konkretnie. Ustawa, czy też dyrektywa nie jest stworzona przez naukę ale przez lobby przemysłowe. P. JD “zapomniał” o czymś takim jak np. lobbing przemysłowy, pomimo, że nawet w Polsce powołano już kilka komisji sejmowych mających wyjaśnić zasady tworzenia tej czy innej ustawy. Tajemnicą poliszynela jest fakt, o czym powiedziano nawet w TV, że zmiana ustawy w Polsce to koszt około 3 milionów dolarów. O zasadach dezinformacji , czego przykładem są wpisy
    p.JD, było nawet na tym forum http://pracownia4.wordpress.com/2010/04/27/mercedesy-na-placu- czerwonym/
    Dwadzieścia pięć sposobów na zwalczanie prawdy: Zasady dezinformacji
    /
    Po pierwsze: ustawa czy tez dyrektywa jest to wypadkowa pomiędzy głupotą, chciwością i pospolitym brakiem wiedzy. Poniżej kilka przykładów tzw dopuszczalnych norm dotyczących skażenia wody, ponieważ woda jest podstawowym składnikiem produktów spożywczych. Normy skażenia wody są inne w różnych krajach, a niekiedy zupełnie odbiegają od norm głoszonych przez np. WHO.

    Koncentracja miedzi w wodzie wg Polskiej normy to -10mikrog/l, w pierwszej klasie czystości ale w trzeciej klasie już – 200mikro g/l. Niestety woda pitna może mieć nawet 500mikrog/ l, a w USA tylko 5 mkrog/l.
    Światowa Organizacja Zdrowia dopuszcza 150 mikrog/l, a np. Japonia czy tez Australia nawet 10 000 mikrog/l. przy zalecanym tylko 100 mikrog/l.!!!

    A więc osądź PT Czytelniku sam, kto lepiej jest zorientowany co do szkodliwości tego pierwiastka dla człowieka; naukowcy w USA czy też polski urzędnik?.
    Po drugie dlaczego woda pitna może być skażona nawet o 10 000% bardziej aniżeli woda klasy I – ? ,

    Cynk – dopuszczalna zawartość w Polsce, w wodzie pitnej to 5 mg/dcm3, ale w wodzie klasy I tylko 0.01mg/dcm3. W Rosji norma wnosi 1mg/dcm3.

    Fluor w Polsce 1.5mg/l dla temperatury przeprowadzania analizy 18-20 st.C, ale Unia Europejska dopuszcza dla tej samej temperatury stężenie tylko 0.7 mg/l.
    [Jan.R.~Dojlido – Chemia wód powierzchniowych] więcej http://www.frech.org.pl

    Tak więc, która z podanych wartości jest bezpieczniejsza dla człowieka? Obecnie wartością taką jest kompromis pomiędzy przemysłem a “……….”, pozamerytorycznymi chwytami.

    Po drugie: jeżeli w wodzie klasy pierwszej poziom jest o 5000% większy aniżeli w wodzie tzw pitnej, to jak to się ma w przypadku karmienia małych dzieci w sytuacji, kiedy wiadomo, że określone
    związki lub pierwiastki mają zdolność kumulowania się szczególnie w organizmie takiego rozwijającego się osobnika? Na wszelki wpadek temat jest niepoddawany dyskusji.

    Kolejny problem to fakt występowania nadmiaru danego pierwiastka w środowisku. I tak jeżeli w wodzie koncentracja wynosi fluoru 1.5 – 3.5 mg/l to dlaczego stosuje się przymusową fluoryzację dzieci w szkołach? Jeżeli w wodzie jest już podwyższona koncentracja fluoru, a dodatkowo w powietrzu skażenie tym pierwiastkiem przekracza dopuszczalne normy nawet o 500%, to dlaczego zezwala się
    na sprzedaż w takich rejonach pepsi-coli czy coca-coli, czy też past z fluorem? Przecież jak fluor uszkadza organizm wiadomo od czasów II wojny Światowej. Znam osobiście tylko jeden przypadek gminy , gdzie radni byli na tyle odpowiedzialni, że ze względu na dużą zawartość fluoru w powietrzu wprowadzili zakaz sprzedaży past z fluorem ale już napojów spożywczych nie!!!.
    [więcej http://www.frech.pl, oraz Materiały Konferencji Naukowej Darłowo 1999r.]

    Poza tym w toksykologii posługujemy się tzw indeksem toksyczności , określanym jako co najmniej suma substancji szkodliwych. Dlaczego pojęcie to jest nieznane w przemyśle spożywczym? szerzej “Ekotoksykologia” podręcznik dla studentów ochrony Środowiska Ekofarma 1995.

    Tak więc twierdzenie p.JD jakoby normy nas przed czymkolwiek chroniły świadczy o małej znajomości tematu.

    Kolejny problem pana JD to powoływanie się na tzw organizacje międzynarodowe typu ONZ, UE, MAEA czy też WHO. Wbrew lansowanym tezą instytucje te nie są w żadnym wypadku
    organami naukowymi ale usiłują być super rządem narzucającym określonym państwom dyrektywy w rodzaju “prosty ogórek”. Oczywiście ten ostatni przykład mógłby być żartem gdyby
    nie był faktem. O tym uczy się młodzież szkolną już od co najmniej cwierćwiecza.

    Aby nie być gołosłownym co do roli WHO czy też ONZ w dezinformacji społeczeństw, podam przykład ostatniej “epidemia” grypy”. Jaką wartość mają dyrektywy świadczy fakt błyskawicznego wprowadzenia nowej definicji pandemii [na 3 miesiąc przed ogłoszeniem], w celu wydania określonych dalszych dyrektyw. mających na celu zmuszenie ludzi do określonych zachowań. W związku z faktem, że sprawa jest stosunkowo świeża więc nie trzeba jej specjalnie przypominać [ http://www.grypa 666, http://www.frech.org.pl]. Tak, że zjawisko sklerozy chyba nawet kompletnym niedowiarkom nie pozwoli na zapomnienie roli tych instytucji.
    http://dakowski.pl//index.php?
    option=com_content&task=view&id=2062&Itemid=53

    Inną taką dezinformacyjną organizacją jest MAEA – czyli słynna Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Instytucja mająca za zadanie sprzedaż i rozprzestrzenianie się energii atomowej scentralizowana w celu utrzymania monopolu na ceny. Tak
    przynajmniej mówią dwa pierwsze paragrafy statutu tej instytucji. Agencja ta skompromitowała się wielokrotnie, najbardziej w 1986 roku. Film prezentowany w Discovery Word 5 czerwca 2010r. wystarczająco pokazuje niekompetencje i celową dezinformację oraz
    działania pozamerytoryczne przedstawicieli MAEA aby trzeba było to powtarzać.

    Jak dowolnie ustawia się wielkości norm pokazuje właśnie katastrofa w Czarnobylu. Do katastrofy dopuszczalna aktywność mleka wynosiła 50 Bq/l, a już w kilka dni później 1000 Bq/l. Wzrost ten wprowadził nie żaden zespół naukowców ale gen. Baryła przy wtórze klakierów w
    rodzaju prof. Jaworowski, Hrynkiewicz, Liniecki, dr Strupczewski. Oczywiście w ten prosty sposób nie było skażenia w Polsce. I znowu żadnych protestów tzw uczciwych “naukowców” nie zanotowaliśmy do dnia dzisiejszego.

    Tak więc wypada zrozumieć teks czytany i przed powołaniem się na jakąkolwiek instrukcje, dyrektywę czy też ustawę wiedzieć co nieco na dany temat.

    Tyle by było na tematy ogólne. przechodzę do szczegółów .

    W dniu 21 kwietnia p. JD podał, że mleko czy masło są pojęciami zdefiniowanymi “Mleko i masło” można nazywać produkt – który jest ściśle zdefiniowany przez dyrektywy UE – przyjęte potem w formie ustaw.” i wszystko jest napisane na etykiecie.
    Kompletne niezrozumienie tematu. Jak każdy może sprawdzić na opakowaniu jest napis tylko najczęściej tłuszczu 83%. Może panu JD taka informacja wystarcza, ale chciałoby się wiedzieć co stanowi te
    brakujące 17 %. Dlaczego masło “od gospodarza” się nie kruszy, a kupowane w supermarkecie, wyjęte z lodówki się kruszy? Dlaczego masło od “gospodarza” trzymane na talerzu już po najdalej po 3 dniach jełczeje, a to z supermarketu nawet po 3 tygodniach nie. Oczywiście są to drobiazgi dla takiego specjalisty jak p. JD ale dla konsumenta nie !!

    Pan JD twierdzi, że praktycznie cały skład -zawartość – produktu jest napisana na opakowaniu. I znowu totalne nieporozumienie. Co dla kogo jest informacją. Przykładowo podaję opis z etykietki serka naturalnego homogenizowanego bardzo znanej firmy mleczarskiej. Celowo nie podaję nazwy producenta. Tłuszczu 0 %, wartość energetyczna 73kcal. białko 12.8 węglowodany 5.5 g Jak podaje pan JD dla niego jest to informacja wystarczająca, ale spróbujmy przetłumaczyć te dane z “polskiego na nasze”. Jeżeli białka jest ok 13 g pomnożone przez 4.3 kcal i dodamy 5.5 g węglowodanów pomnożone przez 4 kcal to otrzymamy w sumie 18.3 g i te 73 kcal.na każde 100 gram produktu Problem zaczyna się kiedy porównamy zawartość kubeczka tj. 250 gramów. Na opakowaniu znajduje się informacja odnośnie ok. 45 gramów, co więc jest wypełniaczem w ilości 205 g. I za co my płacimy jeżeli surowca odżywczego jest tylko 45 gramów.

    Panu JD wystarcz wiedza dotycząca ok. 25% ilości zjadanego produktu. Reszta może być g….m. Natomiast przeciętny obywatel chciałby wiedzieć co naprawdę zjada.

    Aby nie być posądzonym o wybiórczy przykład. Następny serek wiejski: białko 11 gram, węglowodany 2 gram, tłuszcz 5 gram soli aż 200 mg na każde 100 gram produktu. Czyli podobnie w sumie jest informacja odnośnie ok 25% sprzedawanego produktu a co stanowi wypełnienie do 250 .0 gramów?

    Kolejny cytat :” Konsumenci chcą mieć produkt nisko tłuszczowy (0,5%) oraz tłusty (3 lub 3,2%).” Oczywiście wcale nie chodzi o konsumentów ale o przemysł który naciąga konsumentów. Totalną bzdurą jest twierdzenie, że to konsumenci coś chcą. Najpierw prowadzi się lobbing i wprowadza odpowiednie ustawy, a potem rzekomy kontroler czyli w Polsce Sanepid sprawdza zgodność nie ze stanem wiedzy tylko i wyłącznie z aktualnie obowiązującym
    rozporządzeniem jakiegoś ministra. Ludziom poprzez zmasowaną dezinformację wmawia się, że ten chudy jest lepszy ponieważ się nie będzie tyło. Jest to totalną bzdurą, Opisałem to szerzej w
    pierwszej części. Przypomnę w skrócie – w ten prosty sposób wmuszano dzieciom jedzenie szpinaku , chociaż to zielsko niczym się nie wyróżnia. Opowiadano bzdury o cholesterolu czy też o kwasach
    omega.

    Zupełnie nie tylko, że nie podaje się ale nawet nie wspomina jakich czynników został produkt pozbawiony w trakcie technologicznej jego obróbki. . P.an JD podaje “ w tradycyjnej pasteryzacji ok. 40% witamin z grupy B”.
    Przecież tutaj, w przypadku mleka, wcale nie chodzi o witaminy grupy B. Totalne pomieszanie. Mleko jest głównym “ dostarczycielem” witamin rozpuszczalnych w tłuszczach a nie grupy B. Zabierając tłuszcze pozbawia się organizm podstawowego źródła łatwo przyswajalnych witmin. I nic na to nie poradzą dywagacje p JD.
    http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=965&Itemid=53

    “Zsiadłę mleko – można kupić takowe”. A o czym ja pisałem.? !!! Właśnie o tym , że przemysł spożywczy robi wszystko aby zmonopolizować rynek i nie zostawić żadnej możliwości
    działania jednostce. Tylko potem są problemy medyczne, których kosztami już się tenże sam przemysł nie przejmuje. Konkretnie, każdy pamięta tzw. odrzuty z eksportu drobiu, z powodu dużej , przekraczającej nawet te liberalne normy zawartości czy to antybiotyków czy to hormonów czy też parahormonów.
    Ludziska rzucali się na to ponieważ  nic innego nie było. W efekcie
    mieliśmy 4 letnie dziewczynki [1984r] z objawami miesiączki.

    A dzisiaj, po tych “cudownych “ produktach przemysłu spożywczego liberalizmie gospodarczym, braku odpowienich przepisów, i niepohamowanej żądzy zysku, mamy nagminne leczenie bezpłodności. Pisałem o tym – w jednym ejakulacie młody, z wyglądu zdrowy człowiek ma 20 – 50 milionów plemników z tego 60 % nieruchomych. I wszystko jest OK. Może zafundować sobie dziecko in vitro.

    Z litości nie będę analizował innych produktów , ~

    Cierpliwość PT czytelnika jest wystarczająco nadwyrężana.

    Poza tym p. JD w ogóle nie rozumie [ lub nie chce zrozumieć ] istoty rozporządzeń władz.Aby nie powtarzać tylko przykładów przemysłu spożywczego podam inne. Np. dopuszczalna zawartość formaldehydu w szamponie lub mydle dozwolonym dla dzieci wynosi 50 mg/ kg ale dla
    dorosłych już 500 mg/kg. Proszę mi podać jeden przykład produktu z napisem zabronione dla dzieci!!!

    A najczęściej w rodzinie jest jeden rodzaj szamponu czy mydła dla dzieci i dorosłych. W konsekwencji jak taki mały szkrab, dostaje 1000 % więcej trucizny niż dopuszcza liberalne norma to co się dziwić, że po latach jest łysy [ formaldehyd – dla tych co nie wiedzą – jest to środek, trucizna do konserwacji trupów]. Podobnie jest dodawany do kremów kosmetycznych, które z taką łatwością panie kładą sobie na twarze, a potem się dziwią dlaczego mają zmarszczki na twarzy. Gdyby były trochę bardziej spostrzegawcze toby zauważyły, że na pupie, gdzie kremu nie kładą zmarszczek także nie mają.

    Przemysł uzyskał zgodę na to, że podaje tylko takie dodatki, które przekraczają normy. Jeżeli zawartość dodatku jest poniżej normy, to można nie umieszczać tego czynnika na etykiecie.

    Oczywiście przemysł dodaje 3-5 środków toksycznych do produktu, ale stężenie każdego z nich jest poniżej dopuszczanej normy, więc w myśl rozporządzeń nie ma potrzeby ich uwidaczniania.

    Podawanie do środków spożywczych produktów genetycznie modyfikowanych i twierdzenie publiczne, że nie szkodzą, jest nie tylko pozbawione podstaw naukowych ale już wręcz działaniem
    na szkodę społeczeństwa. Liczba prac naukowych podających skutki takiej bezmyślności jest wystarczająco duża aby przestać o tym dyskutować w charakterze hipotez. Oczywiście, przemysł spożywczy będzie sie jeszcze długo opierał i dezinformował społeczeństwo podobnie jak każdy inny monopolista.

    Przypomnę inną dziedzinę a mechanizm ogłupiania taki sam. Lata 1980, jak to nam konsumentom wmawiano, że telewizory z transformatorami 27000 volt są zupełnie nieszkodliwe dla zdrowia pomimo, że miękkie promieniowanie rentgenowskie było mierzalne w odległości 4-5 m od takiego aparatu [ problem dzieci w kołyskach w pobliżu takiego telewizora]. Potem wprowadzono inne kineskopy, a ostatnio LCD ekrany i już teraz można pisać, że tamte to były szkodliwe .

    Jak to jest , zezwolenie na przywóz soi genetycznie modyfikowanej jest wystawiane na wielkości kilkakrotnie mniejsze aniżeli faktycznie przywożone. Wiem to z autopsji ponieważ statki z taką paszą przyjeżdżają najczęściej w czwartki, a samochody przed elewatorem stoją już od środy. Do poniedziałku całą kolumna znika i San – Epid nic już nie stwierdza.
    http://dakowski.pl//
    index.php?option=com_content&task=view&id=1961&Itemid=53

    Twierdzenie, że na rynku polskim brak towarów genetycznie modyfikowanych bez oznaczeń jest nieodpowiedzialnością. Znane są badania wrocławskie udowadniając ponad 15 % produktów na rynku, modyfikowanych genetycznie pomimo, że nawet sprzedawca nie wiedział o tym fakcie.[ np. pomidory].

    Innymi słowy, informacje podawane przez pJD mają podobną wartość jak reklamy telewizyjne. Kto chce niech ogląda ale brać poważnie ich nie można.

    Osobnym tematem rzeką są tzw dodatki “grupy E” , ale wystarczająco dokładnie ich skutki opisał prof prof. Ganowiak i Nabrzyski, aby trzeba było to powtarzać. Dziwne ale większość z pośród nich była niedopuszczona w Polsce przed wejściem do UE.

    Podobną wartość informacyjną mają dywagacje p.JD dotyczące serów. Zupełnie mnie, jako konsumenta nie interesuje w jaki sposób kucharz przygotowuje jajecznicę i wcale nie muszę się na tym znać, ale jak ją konsumuję to nie powiniennem się zatruć. Otóż z serami już tak nie jest. Większość jest pakowana w folie. Jeżeli z jakiegoś powodu nie skonsumujemy sera w ciągu kilku dni, po dokonaniu zakupu, to po tym terminie zjeść się go nie da, jest po prostu okropnie słony i w opakowaniu zbiera się woda.

    Na opakowaniu sera Gouda znajdujemy informację w rodzaju; tłuszczu w masie….. 45 % w całkowitej 27% , podpuszczka, sól i td. a przecież nie to jest ważne [ w mniejszym zakresie] ale ile tego jest. Dlaczego jak woda wyparuje, a ser zeschnie się to obojętne jaką nosi nazwę jedyne co czujemy to jest sól. I oczywiście mówimy, o serze przechowywanym w lodówce.

    Podobnie może p.JD wyjaśni dlaczego zupa jarzynowa po 2-3 dniach przechowywania na powietrzu ulega zepsuciu, a po zagotowaniu ze zwykłym serkiem topionym nie psuje się. Po drugie, jeżeli serek 100 g rozpuszczam w ok 5 litrach zupy to stężenie środka konserwującego ulega rozcieńczeniu. Pytanie; jak wysoka musi być koncentracja tego środka konserwującego i dlaczego się nie podaje jego nazwy, jeżeli rozcieńczenie 50 krotne nie wpływa na jego działanie./!!!
    Jeszcze raz powtarzam, na produktach spożywczych brak podstawowych informacji dotyczących składu danego produktu!!!

    Wpisy pana JD tylko potwierdzają ten stan rzeczy. Potwierdza także tezę p.J~D, że głównym motywem takich przekrętów merytoryczno- prawnych jest chęć zwiększenia zysku poszczególnych producentów. Jeżeli koszt jednego litra mleka w skupie jest mniejszy od kosztów
    litra wody, natomiast w sprzedaży kilkakrotnie wyższy to nie ma innego wytłumaczenia jak zysk.

    Chleb.
    “Obecnie przynosi się pulpę, czyli mieszaninę różnych składników, w większości nieznanych zjadaczowi, dodaje się do tego wody i po podzieleniu na odpowiedniej wielkości porcje wrzuca na taśmę i do pieca elektrycznego.”
    Jaką pulpę – skąd się przynosi. To są wyobrażenia autora- JD.
    2010-04-21 (środa) @ 19:09:46

    I kolejna dezinformacja p JD. To co napisałem dotyczyło jednej z największych piekarni w Gdańsku, już nieistniejącej – Rogalik. Tam właśnie specjalny samochód typu cysterna przywoził “pulpę”. I dokładnie śledziłem proces technologiczny. Dawniej pszenne bułki
    także miały zupełnie inny smak aniżeli obecnie dostępne ciastowate pieczywo.
    Na kpiny z inteligencji PT Czytelnika zakrawają wpisy pJD dotyczące chleba. Np. dlaczego JD nie wspomina o dodawaniu aluminium do pieczywa. czyżby z powodu nadmiaru konsumpcji tego pierwiastka już o tym zapomniał?
    A przecież jest faktem bezspornym, że piekarze w Polsce od mniej więcej lat 90 – ych, ubiegłego wieku dodają aluminium. A wiadomo, że aluminium jest m.inn odpowiedzialne za demencję mózgi i jednym z istotnych czynników choroby Altzhaimera

    Chyba jednak pamięć nie dopisuje interlokutorowi . Oczywistym jest także fakt, że wypiek w piecu węglowym – inna temperatura ] był dłuższy aniżeli w piecu elektrycznym i to było istotą zmiany smaku
    Cyt: “Czyli [piekarz z Wilna], zmienił technologię, zauważył, że klienci zaczęli odchodzić – więc uznał – że to będzie źródłem sukcesu. 2010-04-21 (środa) @ 19:09:46

    Kolejna bzdura. Piekarz po prostu potrafił liczyć. Chleb produkowany starym sposobem zajmował mu więcej czasu. A poprzez dodatki mógł skrócić wypiek. Wiadomo, że energia w Polsce jest droższa aniżeli na Litwie i piekarz musiał dostosować się do panujących warunków.
    Czyli nie stara technologia, ale droższa produkcja w Polsce zmusiła go do kombinowania i pogorszenia jakości pieczywa. Wiadomo, że istnieje monopol piekarzy co do ceny chleba.

    A swoją drogą to ciekawe, że Urząd Antymonopolowy się tym nie zajmuje. Ceny chleba w całej Polsce są podobne a koszty produkcji nie.

    I tak można by każde zdanie wpisów p.JD, filtrować oddzielając półprawdy i dezinformację od zwykłego naciągania, ale nie to było moim celem a zwrócenia uwagi na problem istotnego pogarszania się żywności w ostatnim 20 -leciu. Poprzez dodatki poprawia się smak, kolor itd sprzedawanych produktów, ale w znaczący sposób pogarsza ich jakość. Konsekwencją tego jest wzrost chorób cywilizacyjnych. I co ciekawe, mamy dokładne dane statystyczne poszczególnych krajów zachodnich, dotyczące tych chorób i ich związku ze spożywaniem
    określonych produktów spożywczych. Np Francja już w 1994 roku wprowadziła definicję chleba. W Polsce się to rozważa.

    W Polsce zamiast wyciągać wnioski z tych badań i doświadczeń np. istotne ograniczenie ilości soli w produkcie, nie tylko nic się w tym kierunku nie robi ale wprowadza produkty, których na zachodzie już sprzedawać nie wolno.

    Innymi słowy nie umiemy zupełnie wyciągnąć wniosków z doświadczeń innych krajów.

    Niewątpliwie zasługa to osób w rodzaju pana JD.

  76. Shakespear said

    Kiedys bardzo lubilem torcik czekoladowy Wedla, a po przejeciu w rece Cadbury jusz go nie kupuje bo to nie ten sam torcik. Czekolada jakas inna, a wafelek szybko „wiednie” kiedy nie jest zjedzony zaraz po otwarcu. Diabel wie co zmienili ale jestem pewny ze na gorze.

    Produkty Cadbury to kiepska marka 😦

  77. Krzysztof M said

    Ad. 76

    Znajomy był dawno temu w Niemczech. Na robotach. 🙂 Przywiózł dezodorant. Zapach był taki, że każdy pytał, co to jest? A to było to, co i w naszych kioskach jest w dużych ilościach: „8×4”. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Któryś przyniósł z kiosku jedną sztukę i porównaliśmy. Opakowanie identyczne! Ale zawartość całkowicie inna! Podobnie mówili ci Polacy, którzy przyjeżdżali do Polski na chwilę. Jeden chciał skarpetki uprać w OMO. I się ciężko zdziwił, że to OMO zupełnie inaczej pierze, niż to niemieckie! To znaczy pierze słabo… 🙂 Mechanicy samochodowi dobrze wiedzą, że Volkswagen robiony na Niemcy jest znacznie lepszy niż ten, który jest do nabycia w Polsce. 🙂 Temat – rzeka.

    Polakom ciężko jest uwierzyć w fakt, że nie tylko mali oszukują. WIELKIE FIRMY OSZUKUJĄ TAKŻE.

  78. Cham Wiejski said

    Jak to? Wielkie firmy nie mogom oszukiwać, bo stracom klienta, ktury przestanie kupować ich produkty i zacznie kupować u innych. Jak sobie kupi marny dom, to już drugiego u tych samych nie kupi.

  79. […] uszkodzenia mitochondrialnego DNA są jedną z głównych przyczyn procesu starzenia komórki. https://marucha.wordpress.com/2010/04/21/komu-to-przeszkadzalo-czyli-wyroby-podobne/ […]

  80. […] uszkodzenia mitochondrialnego DNA są jedną z głównych przyczyn procesu starzenia komórki. https://marucha.wordpress.com/2010/04/21/komu-to-przeszkadzalo-czyli-wyroby-podobne/ […]

  81. […] nadal namawiają ludzi do jedzenia wyrobów niewiele mających wspólnego ze zdrowiem np. różnych wyrobów ……… podobnych. I retoryczne pytanie; w stanie wojennym, szeroko krytykowanym, wprowadzono pojęcie wyrobów […]

Sorry, the comment form is closed at this time.