Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archive for 29 kwietnia, 2010

Bliski współpracownik Bronisława Komorowskiego kieruje żydowską lożą

Posted by Marucha w dniu 2010-04-29 (Czwartek)

Bliski współpracownik Bronisława Komorowskiego kieruje żydowską lożą w Warszawie, skupiającą wpływowych naukowców, dziennikarzy i polityków

Synowie Przymierza
Tydzień przed Wielkanocą odbyła się manifestacja przeciwko budowie na warszawskiej Ochocie meczetu. To pierwsza tak głośna akcja dotycząca problemu, który w zachodniej Europie od dawna rozbudza emocje. Ale zwolennicy powstania muzułmańskiej świątyni w stolicy Polski nieoczekiwanie znaleźli wsparcie w pewnej organizacji, o której istnieniu większość Polaków nie ma pojęcia, choć skupia znaczące postaci życia publicznego.

Otóż zaraz po manifestacji ukazało się oświadczenie B’nai B’rith Polin, przedstawiającego się jako „stowarzyszenie polskich Żydów”. W oświadczeniu czytamy, że „protest przeciwko budowie meczetu w Warszawie jest niezrozumiały i niczym niewytłumaczalny. Rozbudzanie nastrojów antyarabskich w niczym nie różni się od podsycania antysemityzmu. (…) Ten obecny protest nielicznych – na szczęście – warszawiaków jest jak przeniesiony z czasów nawoływań do pogromów antyżydowskich przed stu laty w carskiej Rosji czy czasów tworzenia imperium Hitlera w III Rzeszy”. Na koniec B’nai B’rith Polin wzywa protestujących, by „przestali kalać dobre imię Polaków i Polski, kraju szczycącego się tysiącletnią tradycją tolerancji”.

Oświadczenie opublikował w całości stołeczny dodatek „Gazety Wyborczej”, nie informując jednak czytelników, czym jest owo stowarzyszenie. Tymczasem założone w 1846 r. w Nowym Jorku B’nai B’rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza) to najstarsza i bodaj najbardziej wpływowa żydowska organizacja na świecie. Oficjalnie przedstawia się jako ruch filantropijny i oświatowy, w dodatku neutralny w kwestiach religijnych i politycznych – ale to samo zawsze mówiła o sobie europejska masoneria, co nie przeszkadzało jej w odgrywaniu istotnej roli politycznej i w walce z Kościołem katolickim. To porównanie nie jest zresztą przypadkowe, gdyż B’nai B’rith zorganizowana jest właśnie tak jak masoneria – jej członkowie skupiają się w lożach. Członków jest ok. pół miliona w 58 krajach.

Spotkanie w ambasadzie
Polski oddział tej organizacji – B’nai B’rith Polin – istnieje niespełna 3 lata, choć tradycje ma znacznie starsze. Pierwsze loże na ziemiach polskich powstały pod koniec XIX w., a w II RP istniało aż 10 lóż. Końcem ich działalności był listopad 1938 r., kiedy to prezydent Ignacy Mościcki wydał dekret o rozwiązaniu organizacji masońskich, do których została zaliczona także B’nai B’rith.

Istniejąca obecnie B’nai B’rith Polin powstała we wrześniu 2007 r. Nie pisały o tym gazety, nie informowała telewizja, ale wzmiankę na ten temat można znaleźć na stronie internetowej Ambasady USA w Polsce. Warto zacytować ją w całości, bo jest bardzo wymowna: „9 września przy okazji otwarcia nowej loży B’nai B’rith w Warszawie ambasador Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji – prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem. Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Otwarcie warszawskiej loży B’nai B’rith oznacza odrodzenie się tej organizacji żydowskiej w Polsce po niemal 70 latach nieobecności”.

Pierwszym prezydentem polskiego oddziału B’nai B’rith został prof. Andrzej Friedman, lekarz-neurolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego, a przy tym syn Michała Friedmana, dawnego politruka LWP i szefa Wydawnictwa MON, który po usunięciu z wojska (w stopniu pułkownika) i z partii w 1968 r. został czołowym tłumaczem literatury hebrajskiej i jidysz.

Ulubiony dziennikarz marszałka
Znacznie ciekawsza jest jednak postać obecnego prezydenta B’nai B’rith Polin, który podpisał wspomniane oświadczenie w sprawie meczetu, ale także wcześniejsze, ze stycznia br., w którym ostro skrytykowano biskupa Tadeusza Pieronka za głośny wywiad dotyczący holokaustu. Otóż od lutego 2009 r. prezydentem tym jest znany dziennikarz Jarosław J. Szczepański. Od połowy lat 70. pracował w „Expressie Wieczornym”, gdzie zajmował się tematyką gospodarczą, zwłaszcza górnictwem. W 1981 r. był szefem działu informacyjnego „Tygodnika Solidarność”, później współpracował z podziemnymi strukturami związku na Śląsku, dzięki czemu w 1989 r. znalazł się przy „okrągłym stole” jako sekretarz strony „solidarnościowej” w podzespole górniczym. Niedługo potem wrócił do „Tygodnika Solidarność” – już jako sekretarz redakcji – ale nie na długo, bo ostentacyjnie odszedł stamtąd, gdy kierownictwo gazety objął Jarosław Kaczyński. Od początku lat 90. związany był z Telewizją Polską, a w latach 1997-2000 przebywał w USA, gdzie jego żona, również znana dziennikarka Dorota Warakomska, była korespondentką TVP. Po powrocie do kraju Szczepański został wiceszefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i choć w 2002 r. stracił posadę na Woronicza, to wrócił tam już po dwóch latach – tym razem jako rzecznik prasowy nowego prezesa Jana Dworaka, starego znajomego jeszcze z początku lat 80. (Dworak był wówczas sekretarzem redakcji „Tygodnika Solidarność”, którą kierował Tadeusz Mazowiecki).

Gdy Dworaka w TVP zastąpił Bronisław Wildstein, Szczepański ostatecznie odszedł z telewizji. Niedługo potem, na początku 2007 r., jego nazwisko znalazło się w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych – jako niejawnego współpracownika WSI. Podczas pracy w TAI miał on informować WSI o „planach w zakresie zmian personalnych co do zagranicznych korespondentów TVP”, a po opuszczeniu telewizji „oferował WSI gotowość infiltracji »Rzeczpospolitej« lub »Wprost« bądź »innej związanej z jego profesją instytucji«”. On sam stanowczo zaprzeczył tym informacjom, wytoczył proces sądowy Ministerstwu Obrony Narodowej (sprawa jeszcze się nie skończyła), opublikował też list otwarty do prezydenta Kaczyńskiego. Do dziś twierdzi, że jego współpraca z WSI polegała tylko na tym, że w 2002 r. na prośbę znajomego oficera z ataszatu wojskowego w Waszyngtonie przywiózł z Rosji zakupiony w księgarni komplet map jeziora Bajkał i okolic, gdzie przebywał na urlopie.

Kilka tygodni po publikacji raportu ówczesny wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski zatrudnił Szczepańskiego jako swojego doradcę medialnego. Polityk PO mówił wówczas: „z Jarosławem Szczepańskim znam się od stu lat”, przekonywał: „mamy do siebie zaufanie, poza tym ma świetną opinię”, trudno jednak nie dostrzec w tym geście wyraźnej deklaracji politycznej: oto jedyny polityk Platformy, który od początku konsekwentnie sprzeciwiał się likwidacji WSI, zatrudnił dziennikarza oskarżonego o współpracę z tymi służbami. Co więcej, gdy jesienią 2007 r. Komorowski został marszałkiem, od razu powołał Szczepańskiego na stanowisko szefa Biura Prasowego Kancelarii Sejmu. Nie pełnił tej funkcji długo, bo zaledwie pół roku, ale nawet w tak krótkim czasie „zasłynął” odebraniem stałych przepustek dla dziennikarzy niektórych mediów, w tym „Naszej Polski”, „Naszego Dziennika”, „Tygodnika Solidarność”, telewizji Trwam (nasza redakcja wystosowała wówczas protest do marszałka Sejmu).

Profesor od ateizmu
Od początku funkcjonowania B’nai B’rith Polin jej wiceprezydentem jest prof. Jan Woleński (właściwie Hertrich-Woleński), filozof i logik z UJ, w latach 1965-1981 członek PZPR, później związany z „Solidarnością”. W czasach głębokiego PRL działał w urzędowym, antykatolickim Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, dziś zasiada w Komitecie Honorowym Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów – organizacji o podobnym charakterze, która od kilku lat propaguje m.in. „śluby humanistyczne”, czyli ateistyczne parodie religijnych ceremonii ślubnych (także jednopłciowych). W maju 2007 r. prof. Woleński był jednym z założycieli krakowskiego Ruchu na rzecz Demokracji, zainicjowanego przez Kwaśniewskiego, Wałęsę i Olechowskiego przeciwko rządom PiS. Dał się poznać również jako zagorzały przeciwnik lustracji – napisał nawet na ten temat książkę pt. „Lustracja jako zwierciadło”.

Tropiciel antysemitów
W zarządzie B’nai B’rith Polin znajdziemy także inną charakterystyczną postać elity III RP. Sergiusz Kowalski – bo o nim mowa – to jeden z najostrzejszych publicystów z kręgu „Gazety Wyborczej”, bez wahania i bez umiaru zarzucający przeciwnikom politycznym antysemityzm i ksenofobię, nazywający ich „czarną sotnią”, „ciemnogrodem” itp. W 2003 r. Kowalski wraz z pisarką Magdaleną Tulli opublikował książkę pt. „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści”, zawierający liczne cytaty z prasy prawicowej (w tym z „Naszej Polski”), w których autorzy doszukali się antysemityzmu. Wśród „oskarżonych” przez parę Kowalski-Tulli znaleźli się liczni kapłani katoliccy z Prymasem Glempem na czele, arcybiskupami Michalikiem i Majdańskim, biskupami Lepą i Stefankiem. Taka „bezkompromisowość” Sergiusza Kowalskiego, rzadka nawet na tle środowiska „GW”, do złudzenia przypomina postawę jego dziadka, Władysława Kowalskiego ps. „Grzech”, członka władz Komunistycznej Partii Polski, szybko jednak usuniętego i potępionego przez Komintern za ultralewicowe sekciarstwo.

Ludzie z cienia
W obecnym zarządzie B’nai B’rith Polin znajdziemy też dwie inne, mniej znane, ale jakże charakterystyczne osoby. Funkcję skarbnika pełni Agnieszka Milbrandt, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 30 i Społecznego Gimnazjum nr 5 w Warszawie, a równocześnie skarbnik Towarzystwa Oświaty Niepublicznej, skupiającego dyrektorów prywatnych szkół z całej Polski. Natomiast sekretarzem zarządu B’nai B’rith Polin jest dr Jonathan Britmann, psycholog pracujący w Szpitalu Psychiatrycznym w Tworkach i wykładający na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, pochodzący zaś z Izraela, gdzie był funkcjonariuszem służb specjalnych. Korzystając ze swoich doświadczeń, Britmann założył w Polsce Izraelską Akademię Treningu Walki „Sayeret” zajmującą się doradztwem i szkoleniem w zakresie bezpieczeństwa i ochrony firm. Ten wszechstronny Izraelczyk jest także redaktorem naczelnym magazynu internetowego „Forum Żydów Polskich”.

Warto też wymienić kilka nazwisk spośród tych założycieli polskiej loży B’nai B’rith, którzy nie występują oficjalnie jako członkowie jej władz. Mamy tu więc np. byłych posłów Jana Lityńskiego (z Unii Wolności) i prof. Pawła Śpiewaka (z PO), byłego wiceministra spraw zagranicznych, obecnie ambasadora w Hiszpanii Ryszarda Schnepfa, dyrektora tworzonego Muzeum Historii Żydów Polskich Jerzego Halbersztadta, a nawet Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, katolickiego księdza i wykładowcę KUL, który swego czasu „odkrył” swoje żydowskie pochodzenie i od tej pory jest ulubieńcem arcybiskupa Życińskiego. Towarzystwo ciekawe, a przede wszystkim jakże wpływowe…

WolnaPolska.pl
http://gegenjay.wordpress.com/2010/04/19/bliski-wspolpracownik-bronislawa-komorowskiego-kieruje-zydowska-loza/

Posted in Różne | 20 Komentarzy »

Agent bezpieki praktycznie likwiduje IPN

Posted by Marucha w dniu 2010-04-29 (Czwartek)

Nowelizacja ustawy o IPN podpisana

Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, pełniący obowiązki prezydenta, podpisał nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która zmienia zasady wyboru władz Instytutu i poszerza dostęp do jego akt. Komorowski ogłosił swoją decyzję w czwartek.

Przeciwko podpisaniu tej nowelizacji opowiadali się przedstawicieli PiS i współpracowników nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którzy argumentowali, że Komorowski powinien uszanować jego wolę i skierować nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego. ”Nie znalazłem żadnego powodu, dla którego mielibyśmy się obawiać niekonstytucyjności nowelizacji” – argumentował Komorowski na konferencji prasowej w Sejmie.

Jak podkreślił, nie zna żadnego stanowiska, które miałby zająć prezydent Lech Kaczyński w sprawie noweli ustawy, a – dodał – “gdyby chciał je zająć, to skierowałby nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego, a tego nie zrobił”. “Jeśli ktoś uważa, że są wystarczające podstawy do skierowania projektu do Trybunału, to może to zrobić. Wystarczy odpowiednia liczba podpisów posłów i wniosek może być do TK skierowany” – zauważył marszałek.

Jak dodał, nie znalazł wystarczającej podstawy, w postaci zagrożenia niekonstytucyjnością, aby skierować do TK wniosek ze swoim podpisem.

Za:hoga.pl

Oczywiście agent bezpieki, Bronisław Komorowski, „nie znalazł podstawy” do zawetowania ustawy, która czyni z IPN bezzębną instytucję, skazaną na uwiędnięcie – tym bardziej, że to właśnie brzydcy IPN-owcy doszukali się Bronisławu Komorowskiemu nieciekawej przeszłości.
Ale nie ma się co martwić, i tak polskie tumaństwo wybierze go na swego prezydenta. Zasługuje na niego w zupełności.

Posted in Historia, Polityka | 30 Komentarzy »

Byłam na polu po bitwie

Posted by Marucha w dniu 2010-04-29 (Czwartek)

Z żoną jednej z ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu pod Katyniem (nazwisko do wiadomości redakcji) rozmawia Mariusz Kamieniecki

Była Pani jedną z pierwszych osób, które tuż po katastrofie udały się do Moskwy, by zidentyfikować ciała swoich bliskich. Jak wyglądała organizacja wyjazdu i sam pobyt?
– W Moskwie byliśmy zakwaterowani w bardzo dobrym hotelu. Nie było też żadnych problemów z wyżywieniem. Zorganizowano i umożliwiono nam dostęp do kaplicy, która była zlokalizowana w obiektach moskiewskiego Instytutu Medycyny Sądowej. Mieliśmy także wystawienie Najświętszego Sakramentu tuż po przylocie do Moskwy w sali konferencyjnej hotelu. Tam również następnego dnia została odprawiona Msza Święta. Wieczorem znaliśmy już program następnego dnia. Przez cztery dni naszego pobytu w tych wszystkich procedurach towarzyszyła nam minister Ewa Kopacz.

Od początku była Pani przekonana o potrzebie tak szybkiego wyjazdu do Rosji?
– Początkowo jeszcze w Warszawie nie bardzo widziałam sens zbyt wczesnego wyjazdu do Moskwy, zwłaszcza w momencie, kiedy wszystkie procedury badawcze związane z katastrofą nie zostały zakończone na miejscu tragedii. Ponadto wiedząc mniej więcej, jak wyglądała katastrofa i widząc w mediach jej skutki, zdawałam sobie sprawę z tego, że sama procedura badań ciał może być dość skomplikowana i może potrwać dłużej.

Jak zachowywały się służby wobec rodzin ofiar?
Mimo czterech dni pobytu w Moskwie nie udało nam się zidentyfikować ciała naszego zmarłego. Wszyscy odnosili się do nas z dużym szacunkiem. To bardziej my, a nie oni zadawaliśmy pytania, na które starali się nam w miarę możliwości odpowiedzieć. Pamiętam, że kiedy już kolejny dzień nie mogliśmy znaleźć szczątków naszego zmarłego i zastanawialiśmy się nad tym, czy zostać jeszcze jeden dzień, czy może wracać do Polski, wówczas zapytaliśmy jednego ze śledczych, czy są to już wszystkie szczątki wydobyte z miejsca katastrofy. Ten bez wahania odpowiedział, że w zasadzie zebrali już wszystko, co najważniejsze. Dodał, że owszem, później będą jeszcze przekopywać teren i być może coś jeszcze się znajdzie. Takie to były rozmowy. Serdeczność była, ale nie wylewna, jak chociażby ta w stylu Gierka i Breżniewa.

Kto opiekował się rodzinami, które przybyły do Moskwy?
– Każda rodzina miała przydzielony czteroosobowy zespół. Psycholog i tłumacz w większości byli to pracownicy polskiej ambasady w Moskwie. Kiedy się dowiedzieli o tragedii, przerywali urlopy i wracali do Moskwy, by służyć pomocą. W pomoc jako tłumacze oprócz dyplomatów angażowali się także polscy przedsiębiorcy, biznesmeni, którzy prowadzą swe interesy w Moskwie i dobrze znają język rosyjski. Ponadto ze strony rosyjskiej każda rodzina miała przedstawiciela Ministerstwa Spraw Nadzwyczajnych oraz śledczego. Do obsługi rodzin ofiar katastrofy zostały przydzielone młode osoby. Początkowo nie sądziliśmy, że tak młodzi ludzie poradzą sobie w obliczu tak wielkiej tragedii. Okazało się, że było inaczej. Byli z nami praktycznie od rana do późnego wieczora.

Gdzie rodziny ofiar spędzały czas w przerwie pomiędzy identyfikacjami?
– Dużo czasu spędzaliśmy na świetlicy, rozmawialiśmy ze sobą, wymienialiśmy poglądy, nawzajem staraliśmy się pocieszać. Mieliśmy także dostęp do bufetu, który został utworzony na nasze potrzeby. Niektórzy nie mieli większych problemów z identyfikacją, jednak były rodziny, które podobnie jak my przez kilka dni bezskutecznie szukały ciał swoich bliskich, przeglądając w prosektorium dosłownie szczątki ofiar. Tak było chociażby z ciałem szefa Sztabu Generalnego gen. Gągora, którego zidentyfikowano dopiero po kilku dniach. Część samolotu oprócz zniszczeń uległa spaleniu. Zwęglone były też ciała, których identyfikacja była wręcz niemożliwa. Stąd też okazanie tych ludzkich szczątków było bardzo trudne zarówno dla służb medycznych, jak i dla nas, członków rodzin.

Jak wyglądał proces identyfikacji zwłok?
– Jak mówiła nam minister Kopacz, która była z nami w Moskwie i na miejscu nadzorowała cały ten proces ze strony polskiej, zanim szczątki zostały okazane rodzinom, zgodnie z tamtejszą procedurą musiały zostać poddane sekcji.
Jeżeli zaś chodzi o nas, to wszystko zaczynało się od rozmów, a właściwie naszych opowieści, jak wyglądał nasz zmarły czy też zmarła. Chodziło o szczegóły dotyczące np. wzrostu, wagi czy innych szczegółów, które mogły być pomocne. Trwało to mniej więcej godzinę, może półtorej. Informacje te były szczegółowo notowane. Następnie śledczy oddalali się do miejsc, gdzie były złożone zwłoki, i weryfikowali te nasze informacje w odniesieniu do konkretnych szczątków. Kiedy znaleźli identyczny bądź podobny szczegół do przedstawionego przez rodziny opisu, wówczas okazywali nam, ale nie ciała, a zdjęcia lub prezentacje komputerowe. Wiem jednak, że niektóre osoby widziały ciała, ale ja nie. Mi natomiast pokazano jedynie pewne elementy na zdjęciach, np. znalezionej stopy czy ręki odpowiadające cechom, które wcześniej podałam.

Zwrócono Pani rzeczy należące do męża?
– Niestety, żadnych rzeczy, które nam pokazano na miejscu w Moskwie, nie udało się zidentyfikować jako należące do mojego męża. Mąż był dość ascetyczny i w zasadzie nie miał na sobie wielu charakterystycznych przedmiotów. Nie nosił obrączki czy paska do spodni, nie miał też znaków szczególnych, dlatego tak trudno było zidentyfikować jego ciało i stąd w efekcie potrzebne były badania DNA.

Inne rodziny odzyskały rzeczy należące do swoich bliskich?
– Owszem, szereg osób rozpoznało obrączki, zachowało się także bodajże dziewięć koloratek kapłańskich należących do duchownych, którzy byli na pokładzie samolotu. Osobiście widziałam na zdjęciach także pierścienie biskupie. Przecież obok ks. bp. Tadeusza Płoskiego lecieli także biskupi innych wyznań. Były też zegarki, kolczyki. Te wszystkie rzeczy widzieliśmy, ale one nas nie dotyczyły. Otrzymałam natomiast informację, że razem z ostatnimi ciałami ofiar smoleńskiej katastrofy, jakie przyleciały do Polski w miniony piątek, są także rzeczy osobiste, które zostaną okazane rodzinom i zwrócone. Mam nadzieję, że znajdę coś, co należało do mojego męża. Może aparat fotograficzny, który podobno miał przy sobie.

Z pewnością niełatwo było przetrwać ten trudny czas…
– Dla mnie osobiście, ale myślę, że też dla wielu innych krewnych, którzy wciąż opłakują stratę najbliższych, wiele znaczyło to, że w tych pierwszych, najtrudniejszych chwilach zostaliśmy odizolowani od mediów. Zwłaszcza tych, które jedynie szukają sensacji i nie potrafią uszanować nawet żałoby. Słuchając różnych dyskusji w studiach czy patrząc na symulacje katastrofy przedstawiane przez stacje telewizyjne, widziałam na ekranie samolot, który w ostatniej fazie lotu odwraca się kołami do góry i spadając na ziemię, koziołkuje. Natomiast rozmawiając tam, w Moskwie, z osobami krewnymi, które widziały zmasakrowane ciała ofiar, które – jak opowiadano – miały np. głowy wgniecione w klatki piersiowe, mogłam sobie jeszcze bardziej wyobrazić rozmiar tej tragedii. Od tego czasu nie chciałam więcej patrzeć na to, co serwują niektóre stacje.

Jednak wiele mediów zmieniło nagle front. Z atakujących prezydenta i jego ekipę przemianowali się na obrońców, którzy zaczęli dostrzegać walory tej prezydentury…
– Dla mnie osobiście i dla mojej rodziny prezydent Kaczyński, jego małżonka zawsze byli wielkimi ludźmi. Szkoda tylko, że trzeba było tak wielkiej tragedii, by niektórzy zaczęli ich pokazywać w świetle prawdy. Powinniśmy jako społeczeństwo i jako Naród wyciągnąć z tej lekcji właściwe wnioski, wszystko po to, by ofiara tak wielu mądrych i dobrych ludzi nie poszła na marne.

Co Pani czuła w Moskwie, stając w obliczu tak wielkiej tragedii, która dotknęła Panią osobiście?
– Smutek, poczucie straty i pytanie o sens tego, co się stało. Wierzę jednak, że takie było przeznaczenie mojego męża. Zginął wśród ludzi, których szanował, których kochał i którzy się nawzajem lubili. Wiele osób, które zginęły obok mojego męża, znałam osobiście, byli mi bardzo bliscy. To ogromna strata dla nas wszystkich, dla Polski. Nie należę do osób, które łatwo ulegają emocjom, ale przyznam, że nigdy w życiu nie znalazłam się w sytuacji tak trudnej jak tam, w Moskwie. Żołnierze, którzy powracają z Afganistanu, mówią, że byli na wojnie. Ja po powrocie z Moskwy mogę śmiało powiedzieć, że byłam na polu po bitwie.

Dziękuję za rozmowę.

Za Naszym Dziennikiem

Posted in Różne | 12 Komentarzy »

Europejczycy nie nadążają

Posted by Marucha w dniu 2010-04-29 (Czwartek)

Dawno to było, bo jeszcze za starych nierządów. Oglądałem Teatr Telewizji. Budapeszt, rok 56. I takie oto dictum starego komunisty, za które autora sztuki bym ozłocił: „A program był słuszny, tylko naród nie nadążał!”. Wspominam to, bo właśnie Europejczycy zaczynają „robić bokami”.

Belgia znowu chce się rozpaść, akurat u progu prezydencji w Radzie. Jak gdyby nigdy nic, Walonowie po raz enty nie znaleźli wspólnego języka z Flamandami. Być może jakiś związek ma z tym szydercza uwaga jednego z liderów germańskiego plemienia, że oto frankofoni są zbyt tępi, aby nauczyć się ich języka. Coś chyba w tym jest, bo we francuskiej TF 1 podczas wieczornych wiadomości 26 kwietnia zaprezentowano mapę Belgii, na której Walonia zamieniła się miejscami z Flandrią. Dobre?

W samej Brukseli, która jest jednym z trzech regionów autonomicznych i jednocześnie nominalną stolicą Flandrii, trzeba znać ten język, o ile ma się aspiracje zawodowe niezwiązane z unijną branżą. Flamandowie opanowali rynek pracy, nieruchomości i policję. A także ochronę budynków unijnych. I można im nagwizdać. Przekonał się o tym niejeden eurodeputowany, gdy nie miał aktualnej przepustki w Berlaymont – głównej siedzibie Komisji. Kto wie? Może i miasto zyska na rozpadzie państwa? Może gmina Ixelles w której wygodnie rozparły się w główne instytucje unijne, mniej będzie – ujmę to delikatnie – zanieczyszczona przez psy? Podobno Wiedeń czeka, gotowy na przyjęcie eurokracji.

Na południu też ciekawie. Eurozona chwieje się, zamiast stać prosto w niemieckim szyku. Helleńskie kolumny, które okazały się najsłabszym ogniwem w budowli, postawiono nie tyle w porządku doryckim czy jońskim, co – socjalistycznym. Przez lata żyli ponad stan, zadłużali się, łgali w żywe oczy udając „greka”, co oznacza charakterystyczny grymas twarzy, na podobieństwo naszej „podkówki”. Teraz na potęgę strajkują i manifestują.

Żal mi ich. Spędziłem tam niemal cały rok 1991, gdy podczas „dziekanki” zasuwałem w tawernie, w ateńskiej dzielnicy Voulagmeni. Wdzięk, z jakim niektórzy Hellenowie obijali się w robocie i pozowali na strasznie pierońskich menadżerów, budził mój niekłamany zachwyt, ale i zazdrość. Ja tak nie potrafiłem, niestety… Pamiętam też szok, odurzenie światłem, kolorem morza i nieba na przylądku Sounion, dokąd pojechałem podziwiać ruiny świątyni Posejdona. No i zapachy południowej roślinności… W ogóle, kompletny odjazd dla dzikusa ze słowiańskiego wschodu.

Ponoć 19 maja jest jakąś magiczną datą. Rząd grecki ma dać dowód, że jest wiarygodnym dłużnikiem. Niemcy stawiają ostre warunki. Tak każe im konstytucja i weimarska trauma. Raczej ”won!” z eurozony, niż niebezpieczny dla dalekosiężnych planów precedens. Przecież już Portugalia drepcze następna w kolejce. Dlatego właśnie Das Bild wieszczy o powrocie do drachmy.

Czy to aby nie był przerost ambicji, żeby te antypody zagarniać do euro-cesarstwa? Nie lepiej to być mądrym przed szkodą? Przecież my takich rad udzielać nie będziemy…

Marek Bednarz, mp.info

Admin jednakowoż zauważa, iż zanim Grecja przyjęła rotszyldowską walutę „euro”, grecka gospodarka trzymała się jako tako, mimo zasugerowanego przez autora artykułu nieróbstwa i lenistwa synów Hellady.

Posted in Polityka | 17 Komentarzy »

Vaclav Klaus: Wspólna waluta to był błąd

Posted by Marucha w dniu 2010-04-29 (Czwartek)

Wprowadzenie wspólnej europejskiej waluty jest przyczyną sytuacji, w jakiej znalazła się obecnie pogrążona w kryzysie zadłużenia Grecja – ocenił w środę prezydent Czech Vaclav Klaus w wywiadzie dla niemieckiego dziennika “Frankfurter Allgemeine Zeitung” – informuje PAP.

Według Klausa koszty istnienia euro są ogromne. ”Ludzie robią wiele irracjonalnych rzeczy i płacą za to. To nasz wolny wybór. Wspólna waluta w dużej części Europy była taką błędną decyzją, która powoduje bardzo wysokie koszty” – powiedział uważany za eurosceptyka Klaus.

Prezydent Klaus oczywiście nie wszystko może powiedzieć jawnym tekstem, bo zapewne nie chce umrzeć na tzw. „zatrzymanie akcji serca”. Wprowadzenie euro nie było „błędem” – lecz świadomą decyzją lucyferian (głównie zaś klanu Rothschildów) mającą definitywnie zniewolić i spauperyzować narody Europy – admin.

Jak dodał, każda unia walutowa musi być do pewnego stopnia homogeniczna, tymczasem różnice między poszczególnymi krajami strefy euro, np. Irlandią a Grecją czy Portugalią a Finlandią są bardzo duże. ”Grecja potrzebowałaby dewaluacji o około 40 procent, ale drachmy (dawnej waluty greckiej – PAP) już nie ma. Alternatywą byłoby obniżenie wszystkich wynagrodzeń o 40 procent, ale w demokratycznym społeczeństwie nie jest to takie proste. Prawdziwą przyczyną tragedii nie jest racjonalna czy nieracjonalna polityka gospodarcza w Grecji. To euro spowodowało tę tragedię” – powiedział prezydent Czech.

Jego zdaniem bez wspólnej waluty greccy politycy i bankierzy mogliby poradzić sobie z kryzysem za pomocą znanych od wieków środków. “Ale nie mogą dewaluować i to nowość. Jest zatem tylko jedno rozwiązanie, a mianowicie transfer pieniędzy podatników z innych krajów UE” – ocenił Klaus. Choć – jak dodał – strefa euro nie spełniła pokładanych w niej nadziei na wzrost gospodarczy i stabilność ekonomiczną, politycy nigdy nie dopuszczą do ostatecznej klęski euro. “Koszty tego będą jednak bardzo wysokie” – ostrzegł.

Klaus wypowiedział się również przeciwko wzmocnieniu europejskiej współpracy w sferze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. ”Nie sądzę, byśmy tego potrzebowali. Nie widzę żadnych dramatycznych czy radykalnych zagrożeń w Europie. Dla radzenia sobie z istniejącymi zagrożeniami ze strony Iranu czy Korei Północnej wystarczą obecne instytucje. Można koordynować politykę zagraniczną Unii bez instytucjonalnych zmian, bez europejskiego ministra spraw zagranicznych i tak dalej. Współpraca rządów na tym polu w pełni wystarcza” – powiedział czeski prezydent.

Za: hoga.pl

Posted in Różne | 14 Komentarzy »

Klich się nie poda

Posted by Marucha w dniu 2010-04-29 (Czwartek)

Niemiecki agent… pardon, „stypendysta pozarządowych fundacji niemieckich”, Bogdan Klich, Minister Obrony Narodowej z nadania Mafii… pardon, Platformy Obywatelskiej – zgodnie z oczekiwaniami nie poda się do dymisji.

– Podanie się do dymisji oznaczałoby wzięcie na siebie odpowiedzialności za tę katastrofę. I tak naprawdę bycie napiętnowanym przez całe życie, że jest się odpowiedzialnym w sposób bezpośredni – powiedział minister Bogdan Klich w radio TOK FM. Skomentował w ten sposób słowa krytyki, które padają pod jego adresem i apele o podanie się do dymisji.

Jednocześnie minister obrony powiedział, że „tak jak każdy inny minister – jest do dyspozycji premiera. Premier może w każdej chwili podejmować stosowne decyzję odnośnie mnie i innych moich kolegów.”

– W ciągu najbliższych kilku miesięcy będzie się musiała odbyć poważna dyskusja i będą musiały zostać podjęte ostateczne rozstrzygnięcia: albo 36 Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego zostanie, albo zostanie przekształcony, albo zostanie zlikwidowany – zapowiedział Bogdan Klich. – Na razie w ramach pozyskiwania samolotów dla VIP-ów idziemy w kierunku rozwiązania, dla którego 36 pułk jest niepotrzebny – dodał.

Za Onet.pl

Posted in Polityka | 17 Komentarzy »