Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    NyndrO o Wolne tematy (09 – …
    Zenon_K o Wolne tematy (09 – …
    Crestone o O tych, którzy się na niemieck…
    Mietek o O tych, którzy się na niemieck…
    Crestone o Rosyjska agencja regulacyjna z…
    CBA o Wolne tematy (09 – …
    Ja o Liczba urodzeń w Polsce najmni…
    Jabo o Nie chcą umierać za pomniki…
    Mietek o O tych, którzy się na niemieck…
    UZA o Nie chcą umierać za pomniki…
    plausi o Nowa ustawa psychiatryczna. Ka…
    Listwa o Nowa ustawa psychiatryczna. Ka…
    Liwiusz o Rosyjska agencja regulacyjna z…
    prostopopolsku o Nie chcą umierać za pomniki…
    Marucha o Liczba urodzeń w Polsce najmni…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

Archive for 12 Maj, 2010

Antykomunizm. Sentymentalna idea bez szans.

Posted by Marucha w dniu 2010-05-12 (Środa)

Jaką postawę zająć wobec historycznego komunizmu? Czy była to okupacja, czy raczej socjalizm z ludzką twarzą? Czy gen. Jaruzelski powinien odpowiedzieć za zbrodnie stanu wojennego? Cieszyć się z porozumień ’89, czy płakać nad okrągłym stołem i jego dziedzictwem?

Te wszystkie pytania na prawicy narodowej od lat po­zostają bez odpowiedzi. Pomimo wielu dyskusji, spo­rów, polemik jej środowiska nie wypracowały wspól­nej wyraźnej koncepcji oceny minionego okresu ko­munistycznego zniewolenia, a także nie przeprowa­dziły należytego rozrachunku z grzechami współpra­cy narodowców – w różnej formie – z komunistycz­ną władzą. Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Swo­je podłoże znajdują one zarówno w sferze ideologicz­nej, jak i funkcjonowania narodowych środowisk po 1945 r. w oficjalnym koncesjonowanym życiu politycz­nym i społecznym. Istotny jest również okres po 1989 r., w którym dopiero w drugiej połowie dwudziestole­cia niepodległej Polski takie środowiska zaczęły odgry­wać polityczną i opiniotwórczą rolę.

Jako praprzyczynę wszelkich niedomówień w sferze jednoznacznej oceny komunizmu i udziału w jego ży­ciu politycznym niektórych działaczy narodowych na­leży uznać tzw. prymat polityki realnej, której znacze­nie i wagę wniosła historyczna endecja do kanonu za­sad prowadzenia polityki w Polsce. Podczas gdy w XIX wieku triumfy święciła Realpolitik nie tylko w Prusach Bismarcka, ale w całej Europie, polska myśl – jak pisał Roman Dmowski – “odpowiadała biernym potępie­niem brutalnej przemocy, bądź ze stanowiska chrze­ścijańskiego, bądź z liberalno-humanitarnego. Czy­nowi wroga, zagrażającego naszemu bytowi, przeciw­stawiano moralizowanie”. W dziejach endecji mamy przykładów polityki realnej aż nadto – udział posłów polskich w Dumie rosyjskiej, działalność Instytutu Zachodniego prof. Zygmunta Wojciechowskiego po 1945 r., funkcjonowanie Stowarzyszenia PAX.

To tyl­ko niektóre z nich, które budzą i pozytywne, ale i mie­szane uczucia, jak również negatywne oceny, jak list Jędrzeja Giertycha do Nikity Chruszczowa czy spra­wa Wiktora Trościanki i jego działalność wywiadowcza na rzecz bezpieki w Radiu Wolna Europa. Te naj­bardziej jaskrawe przypadki “elastycznego” podejścia do komunizmu wynikały jak najbardziej z przekona­nia osób prowadzących rozmowy z bezpieką – mogące z powodzeniem uchodzić za kolaborację – do szeroko rozumianego realizmu, a tym samym przyzwolenia na pewne zachowania, które w pozostałych obozach pra­wicy polskiej były nie do zaakceptowania. Bardzo do­brym przykładem ilustrującym jak daleko można po­sunąć się w owym realizmie był Jędrzej Giertych.

W swej miłości do ojczyzny i chęci zachowania wpły­wów nurtu narodowo-katolickiego w życiu PRL-u po­sunął się nie tylko do owego niesławnej pamięci li­stu, ale również do krytyki wystąpień Solidarności w 1980 r., niekatolickiej opozycji, KOR-u, co pchnęło go w efekcie w stronę zwolenników wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Podczas wizyty redakcji “Myśl.pl” w Londynie, Albin Tybulewicz, były emigracyjny działacz Stronnictwa Narodowego, oceniając działal­ność Jędrzeja Giertycha na przestrzeni lat uznał ją za szkodliwą dla Polski i ruchu narodowego.

Jednak co pragnął jednoznacznie i mocno podkreślić, że w jego ocenie był to szczery i gorący patriota, który całe ży­cie poświęcił dla dobra idei narodowej, tyle, że w spo­sób – według Tybulewicza – błędny. Jakby nie oce­niać czy to bardzo pozytywnej pracy Zygmunta Woj­ciechowskiego w strukturach PRL-u, zaświadczają­cej o słowiańskości Ziem Zachodnich, czy wysoce kon­trowersyjnego stosunku Jędrzeja Giertycha do ZSRR i roli Polski w orbicie jego polityki międzynarodowej, wspólnym mianownikiem tych działań w ocenie naro­dowej prawicy zawsze była owa realna polityka, któ­ra determinowała posunięcia całych środowisk, przy­wódców czy pojedynczych osób.

Pomijając jednak złożony stosunek powojennych epigonów endecji do Związku Radzieckiego, komuni­zmu i PRL-u, którzy byli tylko pewnym wycinkiem ca­łej palety postaw społecznych wynikających również z prozy życia codziennego w Polsce Ludowej, w próbie odpowiedzi na pytanie, jak oceniać dziś to wszystko, co się stało po 1945 r., należy wyjść ze stanu świadomości Polaków w dobie obecnej. A jaka ona jest, jeśli chodzi o doświadczenie komunizmu w Polsce? Nie tak jedno­znaczna, jak sobie wyobraża to – lub chciałaby – dzi­siejsza narodowa prawica. Pierwszymi sygnałami, że wiele niedobrego dzieje się z pamięcią historyczną Polaków były wybory par­lamentarne 1993 r., kiedy to Sojusz Lewicy Demokra­tycznej, spadkobierca Polskiej Zjednoczonej Partii Ro­botniczej – a nie choćby niepeerelowska socjaldemo­kracja wywodząca się z Solidarności – wygrał wybory parlamentarne.

Byli towarzysze siedzący na ostatnim zjeździe KC PZPR w pierwszym rzędzie – Józef Olek­sy, Leszek Miller, Aleksander Kwaśniewski zakrzyk­nęli wówczas: “sztandar wyprowadzić”, by za kilka lat jeszcze głośniej oznajmić, że są europejską lewicą. Oprócz rozczarowania, które oczywiście towarzyszyło bolesnym reformom gospodarczym, w połowie narodu polskiego odezwał się hodowany pieczołowicie “homo sovieticus”. Mało kto dziś pamięta, że w roku 1995 r. podczas wyborów prezydenckich, w II turze Aleksan­dra Kwaśniewskiego, ucieleśnienie postkomunistycz­nej lewicy poparło aż 17% zwolenników Ruchu Odbu­dowy Polski, partii Jana Olszewskiego, w powszechnej świadomości ikony ruchu Solidarności, antykomuni­sty, lustratora, który próbę przerwania zmowy okrą­głostołowej z komunistami, przypłacił utratą stanowi­ska premiera. 10-letnie panowanie Aleksandra Kwa­śniewskiego i łącznie 8-letnie partii postkomunistycz­nej na 20 lat tzw. wolnej Polski to bardzo wiele zna­czy.

Na tyle, że nawet Jarosław Kaczyński, któremu nie sposób odmówić zmysłu politycznego i trafnych prze­widywań nastrojów społecznych, pod które konstru­ował politykę Prawa i Sprawiedliwości, nie wzdragał się przed uczynieniem Wojciecha Jasińskiego, prywat­nie bardzo przyzwoitej osoby, ale byłego działacza apa­ratu PZPR, ministrem skarbu i jednym z najbardziej zaufanych ludzi w swoim kręgu. Mianowanie zaś An­drzeja Kryże wiceministrem sprawiedliwości, osoby, która w stanie wojennym skazywała opozycjonistów, to nie tyle wyraz cynizmu prezesa PiS-u, ile pogodze­nie się z faktem zagnieżdżenia się w polskiej mental­ności wszelkich chorób postkomunizmu, z amnezją hi­storyczną na czele. Bo jak inaczej skomentować brak reakcji “prezesa” na fakt, że Kryże na początku 1980, będąc sędzią Sądu Rejonowego w Warszawie, skazał na areszt Andrzeja Czumę, Wojciecha Ziembińskiego i Bronisława Komorowskiego za obchodzenie w War­szawie 11 listopada 1979 rocznicy Święta Niepodległo­ści?

Pewnie jakichś jeszcze bardzo ideowych antykomu­nistów lub członków Ligi Republikańskiej może to dzi­wić. Ale za cenę dobrych posad w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym zaczęli już odróżniać komunistów “swoich” od obcych. Choć czasem pewnie burzy się w nich krew, że lider prawicy stawiał właśnie na takie osoby, to poza wąską grupką, która lata młodzieńcze spędziła na zakłócaniu pochodów SLD, poza starymi solidaruchami, co zęby zjedli i pałą dostali od ZOMO, poza pewnymi studenckimi i inteligenckimi środowi­skami zafascynowanymi dziejami WiN-u, NSZ-u, rot­mistrzem Pileckim i generałem Nilem, nikogo to tak naprawdę nie interesuje.

Wystarczy spojrzeć na stosunek naszego społeczeń­stwa do stanu wojennego i osądzenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego za komunistyczne zbrodnie. Wyniki ba­dań społecznych są zatrważające. Po 10 latach nie­podległej Polski według badania TNS-OBOP z 2001 r. 49% badanych uznawało decyzję o wprowadzeniu sta­nu wojennego za uzasadnioną i aż 31% badanych uwa­żało, że autorom stanu wojennego należy się szacunek. Najciekawsze jednak jest to, że w tzw. elektoratach prawicowych w tamtym okresie istniała bardzo duża część osób, która widziała uzasadnienie dla wprowa­dzenia stanu wojennego. Pominąć należy fakt, czy swój wybór elektorat w najlepszym przypadku moty­tował uchronieniem Polski przed interwencją radziec­ką, czy też w “spisku masońsko-żydowskim, który ra­zem z KOR opanował i przejął Solidarność”. Po 10 la­tach, gdy na jaw wyszły już wszystkie zbrodnie stanu wojennego aż 44% elektoratu Prawa i Sprawiedliwo­ści, 32% Ligi Polskich Rodzin i 31% Unii Polityki Real­nej twierdziło, że decyzja gen. Jaruzelskiego była uza­sadniona.

Ostatni sondaż CBOS z połowy maja 2009 r. rozwie­wa wszelkie wątpliwości. Wniosek jest jeden – dość już walki z tą komuną, trzeba z tym dziedzictwem żyć i jakoś się do niego ustosunkować. Tym bardziej, że ambiwalentny stosunek do PRL-u jest zdecydowanie większy i nadal rośnie. I tak w 2000 r. według CBOS 44% pozytywnie oceniało PRL, a 47% źle. Dziś liczba osób z sentymentem wspominających Polskę Ludową nie zmieniła się, za to procent negatywnie ją ocenia­jących zmalał do 43%. Inne dane również nie są po­cieszające dla tych, którzy chcieliby w jakikolwiek for­malno-prawny sposób pożegnać się z dziedzictwem PRL-u.

76% respondentów twierdzi, że nie powinno się rozliczać minionego okresu, tylko powinni zająć się tym historycy. Według połowy Polaków dobrze służyć Polsce mógł członek PZPR-u, członek władz państwo­wych, urzędnik państwowy średniego szczebla. Prawie 1/3 stwierdziła, że można było to robić będąc agentem bezpieki, prawie 40% jest przeciwna ujawnieniu ich współpracowników. Tendencję zwiększającą w porów­naniu z poprzednimi latami ma także procent osób, które uważają, że nie należy ujawniać materiałów IP­N-u. W 2009 r. jest to już 40%, podczas gdy w 2007 r. było to 25%, a w 2005 r. 20%.

Jaka jest tego przyczyna, że w niepodległej Polsce, kraju dotkniętym wszelkimi skutkami komunizmu, ale również kraju, w którym przez 20 lat uczyniono bar­dzo wiele, by komunistyczne zbrodnie ujawnić, opisać oraz wskazać z imienia i nazwiska sprawców, a także odkryć ich ofiary, o których ślad miał zaginąć w głę­bokim nieznanym grobie zasypanym wapnem, licz­ba osób świadomych okrucieństwa komunistyczne­go i potrafiących wyciągnąć z tego odpowiednie wnio­ski jest równa wyżej opisanej bezrefleksyjnej masie lub nawet się zmniejsza?

Dla czytelników “Myśl.pl” pytanie retoryczne, ale dla chcących zrozumieć stosunek Polaków do komu­nizmu i PRL-u dość istotne. Doświadczenie – szcze­gólnie – zmiany sytuacji materialnej w III RP spowo­dowało u szerokich mas społeczeństwa rozczarowanie “możliwościami”, jakie dawało “demokratyczne pań­stwo prawne, urzeczywistniające zasady sprawiedli­wości społecznej” jak zapewnia Konstytucja RP. Ge­nerał Wojciech Jaruzelski już na początku lat 90., gdy pojawiły się pierwsze próby postawienia go przed są­dem za stan wojenny, mające być de facto ukoronowa­niem prawnego rozliczenia się z okresem PRL-u, nie bez kozery stawiał swoim oskarżycielom pytania bez odpowiedzi: “proszę, sądźcie mnie, ale powiedzcie, ile dzieci wyjeżdża teraz na kolonie”. Pogarszająca się sy­tuacja materialna z dnia na dzień i zwykła niepewność jutra pchnęły ludzi do tęsknoty za czasami szarymi, nudnymi, nijakimi, ale “pewnymi, spokojnymi, gdzie wystarczało na chleb, a wszyscy mieli mniej więcej tyle samo, a nie tak jak teraz, że cwaniaki porobili fortuny, a uczciwi ludzie, co pracowali po 30 lat w jednym za­kładzie poszli na bruk”.

Ten powyższy passus z “nocnych Polaków rozmów”, jakie toczyły się w każdym domu – i dalej toczą – ogra­niczał się wyłącznie do sfery materialnej. Zabrakło na­rodowych elit, które w odpowiednim okresie skiero­wałyby zainteresowanie społeczeństwa na sferę poza­ekonomiczną. Te, które przetrwały poszły na kolabo­rację z komunistami lub po rozczarowaniu ideami “so­cjalizmu z ludzką twarzą” zajęły się po 1989 r. tropie­niem antysemityzmu, ciemnogrodu i zwalczaniem en­deckiego ducha w narodzie, jak czyniło to środowisko związane z “Gazetą Wyborczą”. To w końcu tam zda­rzały się freudowskie pomyłki i niektórych zbrodnia­rzy mających krew na rękach nazywano “ludźmi ho­noru”.

Pomiędzy sformułowaniami, które tu padają ze strony piszącego, a mianowicie “wolna lub niepodle­gła Polska”, “zbrodnie lub okrucieństwa komunistycz­ne”, “zniewolenie” itp., a zaprezentowanymi wynika­mi badań, istnieje wyraźny dysonans. Jest on na tyle głęboki i uzasadniony, jeśli prześledzić doświadcze­nia innych krajów, które przez rodzimych zdrajców i mordy NKWD uzyskały w nazwie swojego państwa po 1945 r. dodatkowe określenia: “ludowa” lub “radziec­ka”. Najlepszy przykład stanowią chyba państwa bał­tyckie, a w nich Litwa. Dla tego państwa w opinii li­tewskich polityków, elit i społeczeństwa okres po 1945 r. to czysta okupacja – u nas słowo niespotykane na określenie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a na do­miar złego kwitowanej często lakonicznym stwierdze­niem “u nas tam w Polsce komunizmu nie było”. Oso­by zajmujące ważne funkcje państwowe w Litewskiej SRR to dla Litwinów kolaboranci i sługusy Moskwy.

U nas Władysław Gomułka, I sekretarz PZPR to prawie bohater narodowy, który przeciwstawił się Moskwie. Litwini mają też swojego gen. Wojciecha Jaruzelskie­go. Za najlepszy komentarz do oceny przez nich po­stawy i analogicznej historii przywódcy komunistycz­nej partii w bloku wschodnim niech posłuży charak­terystyczny biogram zawarty w książce prezydenta Li­twy Valdasa Adamkusa “Nasz los – Litwa”: “Myko­las Burokevičius (ur. 1927) – działacz komunistycz­ny, I Sekretarz Komunistycznej Partii Litwy w latach 1989-1991 […]. Od 1990 do 1991 roku zasiadał w mo­skiewskim Politbiurze jako przedstawiciel kolaboranc­kiej KPL «na platformie».

W 1991 roku litewskie wła­dze rozpoczęły ściganie Burokevičiusa za udział w wy­padkach styczniowych pod wileńską wieżą telewizyjną 13 stycznia tego samego roku. W 1994 r. został aresz­towany […]. Przez pięć lat przebywał w areszcie, 1999 roku skazano go na 12 lat więzienia za działalność an­typaństwową oraz współudział w zabójstwie litewskich obywateli w wypadkach styczniowych w Wilnie”. Przy­pomnieć należy, że wtedy zginęło 14 osób w Wilnie, a w stanie wojennym o wiele więcej. Ale nie o liczby cho­dzi, tylko nazywanie rzeczy po imieniu. Polacy, jak wi­dać, mają z tym problem. Podobnie jest na Łotwie i Estonii, gdzie np. Rosjanie kojarzeni z komunizmem i so­wiecką okupacją często zwracają się dziś do instytucji europejskich z prośbą o ochronę praw ich mniejszo­ści. W tym względzie prezydent naszego kraju powi­nien posłuchać, co mówi mu prezydent półtoramilio­nowego kraju i inne kraje bałtyckie, w tym Litwa.

Można by jeszcze długo wyliczać przykłady pol­skiej amnezji historycznej na wielkie spustoszenie, ja­kie uczynił komunizm w świadomości narodowej Po­laków. Ale nie spowoduje to żadnych większych skut­ków w jej pozytywnej zmianie, bo o wiele większą siłę oddziaływania miała ostatnia akcja propagandowa związana z rocznicą pierwszych “wolnych” wyborów 4 czerwca 1989 r. Dziecko w szkole podstawowej wie, że nie wolnych, bo 65% z góry ustalonych miejsc w Sej­mie przypadło przedstawicielom PZPR, ZSL, SD oraz stronnictwom prorządowym, natomiast pozostałe 35% zajęli kandydaci Solidarności i partii opozycyjnych. Taki układ trwał aż do 1991 r. Historia mitu okrągłe­go stołu i 4 czerwca 1989 r. jest powszechnie znana w kręgach narodowej prawicy. Ale nawet dla kompletne­go ignoranta historycznego zwykłe zasady matematyki wystarczą, by powiedzieć “nie!” na takie dictum i prze­kłamanie historii najnowszej Polski.

Nachalne lanso­wanie czegoś, co jest oczywistą nieprawdą i sukcesem pseudoelit, które 20 lat temu podzieliły między siebie Polskę, by ją okradać, a ludzi oszukiwać, że “4 czerw­ca 1989 r. skończył się komunizm” dodatkowo umy­słowo rozleniwiają tych, którzy chcieliby przedstawić inną wizję historii. Nie jest to wizja Polski, z którą się można zgodzić, ale która intelektualnie nie porywa. W swej prostocie jest infantylna i z gruntu bezkrytyczna dla jej promotorów. Potencjalnych adwersarzy odpy­cha przez kłamstwo w żywe oczy i nie skłania do reflek­sji. Ugruntowuje wśród nieobecnych społecznie, poli­tycznie, historycznie – marazm, a u zaangażowanych brnięcie w wersję coraz bardziej idących we wnioskach prac naukowych, w stylu biografii Lecha Wałęsy autor­stwa Pawła Zyzaka. Święto 4 czerwca 1989 r. i rocznica okrągłego stołu to święto starych politycznych dziadów na emeryturze, takich jak Aleksander Kwaśniewski czy Adam Michnik, a nie polskiego społeczeństwa, w tym głównie młodych ludzi – 20-, 30-latków.

Dochodzi do takich aberracji, że politycy dla swoich wyborczych celów posługują się Instytutem Pamięci Narodowej. I to zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Nagłe odkrycia czyjegoś niesprecyzowanego do końca rodzaju współpracy akurat w przeddzień powołania ko­lejnego kandydata na ważny urząd albo już go piastują­cego w okresie rządów PiS-u są tego doskonałym przy­kładem. Z drugiej strony mamy IPN wykorzystywa­ny jako straszak do walki właśnie z antykomunizmem. Bartosz Arłukowicz, poseł SLD, chciał nie tak dawno podpalić IPN. Zorganizował happening, na którym od­powiednia iluminacja stwarzała wrażenie, że budynek przy Rondzie Daszyńskiego płonął. Jak stwierdził, pra­gnął, aby jego dzieci żyły w przyszłości bez historycz­nych niedomówień. Pech chciał, że tuż po jego akcji IPN ogłosił najnowsze wyniki badań, z których wyni­kało, że SB chciało w latach PRL-u otruć Annę Walen­tynowicz. Co by było, jakby w tym dniu IPN spłonął w przenośni i dosłownie?

Ale IPN budzi też kontrowersje na prawicy naro­dowej. Pewna jej część idzie od czasu do czasu w su­kurs tym, którzy by chcieli, aby ich dzieci nigdy się nie dowiedziały, że ich dziadkowie lub nawet ojcowie byli zdrajcami Polski, wyrywali paznokcie za sfingowaną kradzież kilkudziesięciu znaczków pocztowych, strze­lali w tył głowy. Oczywiście, ciężar zarzutów wobec osób, które się złamały i współpracowały z komunistyczną władzą, a których bronią, nie miał takiego kalibru, ale w umie­jętny sposób stosując miarę owej polityki realnej po­trafią odpowiedzialność rozmyć, zbagatelizować, umieszczając niektórych bohaterów afer teczkowych w panteonie mężów stanu cierpiących “za wiarę, króla i ojczyznę”. Przykład rwetesu i darcia szat, jaki się pod­niósł po części narodowej strony prawicy przy zdema­skowaniu osoby publicznej, kryjącej się w PRL-u pod pseudonimem TW “Grey” jest tego najlepszym przy­kładem.

Nie inaczej było, kiedy klub kwartalnika “Myśl.pl” zorganizował w Gdyni spotkanie ze Sławomirem Cenckiewiczem na temat “Agentura komunistyczna w polskim środowisku narodowym po II wojnie świato­wej”. Pojawiły się głosy, że współautor książki “SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” to wróg ende­cji i inkwizytor IPN, który śmiał razem z “Myśl.pl” na­ruszyć zmowę milczenia wobec niewygodnych dla nie­których neoendeków faktów historycznych.

Nie można bronić oczywistych półprawd, niedomó­wień czy ewidentnych kłamstw lub czynów, które u lu­dzi odwołujących się do kanonu wartości konserwa­tywno-narodowych budzą odrazę i nie stoją w zgodzie z prawdą, dobrem, odpowiedzialnością polityczną, granicami współpracy politycznej. Młode pokolenie, które jest zainteresowane historią najnowszą i jest po­litycznie zaangażowane, ze względu na specyfikę wie­ku nie jest w stanie zaakceptować ani wyobrazić sobie zgniłych kompromisów z komunistami, podczas gdy ci ostatni do ostatnich dni ukrywali prawdę o rotmistrzu Pileckim i generale Nilu, wymordowali całą elitę na­rodową, a lewicowej, niekomunistycznej, złamali krę­gosłup moralny.

Stosunek do komunizmu to nie tylko kwestia estetyki moralnej, to głos, że młodzież wkra­czająca w sferę społeczno-polityczną potrzebuje jasne­go przekazu i czytelnych zasad oceny polskiej historii po 1945 r., a nie przesuwania się po nieskończonej osi kolaboracji z władzami komunistycznymi, na której nie ma skali, ani granic postępowania, z gradacją stopnia przyznawania się do winy: 1. nie współpracowałem, 2. współpracowałem, ale nie donosiłem, 3. donosiłem, ale nikomu krzywdy nie zrobiłem 4. stała się krzywda, ale robiłem to dla Polski. Komicznie brzmią głosy oburze­nia naszych narodowych “wrzeszczących staruszków”, że Bronisław Wildstein stał się w pewnym sensie ido­lem antykomunizmu w dobie obecnej i ucieleśnieniem walki z postkomunizmem obecnym w życiu państwo­wym, mediach, kulturze. Młodzieży, w tym tej, która ma poglądy zbliżone do neoendecji nie interesuje już jego indyferentyzm religijny, epizod masoński i gaze­towowyborczy czy pochodzenie. Podziwia go za bez­kompromisowość, nazywanie zbrodni zbrodnią i kry­tycyzm wobec własnego środowiska dziennikarskiego.

Jak więc oceniać komunizm? Jednoznacznie, bez żad­nych skrupułów, bez usprawiedliwiania historycznych flirtów elit przedstawicieli środowiska narodowego. For­macja polityczna, która miała przed II wojną światową rząd dusz w narodzie ma zdecydowanie większe zobowią­zania wobec Polaków i historii niż uczestniczenie w sporze o PRL po stronie tych, którzy chcą podpalić IPN – na razie tylko podczas happeningu.

Jak ocenić antykomunizm w XXI wieku? Jako postawę godną pochwały i największego uznania, tym większego, im u młodszej części społeczeństwa występuje. Ale na dziś wyłącznie postawę sentymentalną, a nie państwowotwór­czą, aktywną społecznie i modyfikującą mentalność Po­laków w stronę uwolnienia się od dziedzictwa peerelow­skiego. Wszystkie namacalne dowody świadczące o od­kłamywaniu historii po 1945 r. realizują się wyłącznie w sferze symbolicznej. Dekomunizacja w Polsce się nie do­konała. Beneficjenci Polski Ludowej byli legalnie i w świe­tle kamer beneficjentami “demokratycznego państwa” przez połowę okresu jego dotychczasowego funkcjono­wania. Postkomunistyczne społeczeństwo w erze postpo­lityki ma się dobrze i nie wie, czego chce ta rozkrzyczana młodzież, która nie żyła w PRL-u, a teraz próbuje ją roz­liczać.

Antykomunizm jako siła napędowa polityki, element jej gry lub kampanii wyborczej odchodzi więc do lamu­sa. Po okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości wydawa­ło się, że wszystkie owe niedomówienia zostaną rozstrzy­gnięte, cała prawda “o bezbożnym komunizmie” w końcu ujrzy światło dzienne. Tymczasem partia rządząca, zresz­tą jak każda w chwili obecnej, sama zarzekła się własnych ideałów, nie stawiając na jakość, ale na ilość i karność par­tyjnych zastępów. Wielkie projekty, jak lustracja, zosta­ły źle przygotowane merytorycznie i wpisane w bieżącą politykę. Dziś przysypane grubą warstwą kurzu, po któ­rym przez najbliższe lata można będzie pisać tylko pal­cem, po latach stracą na aktualności. Zresztą nie pozwoli na to społeczeństwo, które w 2009 r. według wspomnia­nego badania CBOS stwierdziło aż w 69 %, że sprawiedli­we rozliczenie tego okresu jest już niemożliwe.

Badania nad komunizmem powinny być prowadzo­ne w dalszym ciągu ze zdwojoną siłą. Dążenie do praw­dy historycznej to nie tylko obowiązek zawodowy histo­ryka, ale pragnienie każdego Polaka, dla którego Polska coś jeszcze znaczy. Jeśli antykomunizm nie spełni swo­jej roli w budowaniu tożsamości społeczeństwa po 1989 r., bo nie może, to warto, by część historyków zaintereso­wała się tymi polami historii najnowszej, która daje nam Polakom powód do dumy na tle innych narodów. Pozy­tywna historia, bo przeżyć dramatycznych mamy w na­szych dziejach już dość, powinna zagościć w publicysty­ce historycznej, mediach i kulturze. Wzory odwagi, mę­stwa, poświęcenia w walce zbrojnej powinny iść w parze z przypomnieniem zdobyczy na polu edukacji, gospodar­ki, kultury. Kwartalnik “Myśl.pl”, choć przypomina tylko pewien wycinek dziejów Polski w postaci historii ruchu narodowego, zawsze stara się takie zadanie spełnić, pro­mując choćby – jak w tym numerze – idee Jana Gwalber­ta Pawlikowskiego, postać zapomnianą, ale pozytywną i wielce zasłużoną dla myśli ekologicznej, dziś odpycha­nej przez prawicę, a zawłaszczonej ideologicznie przez lewicę.

Ireneusz Fryszkowski, http://mysl.pl/

Posted in Historia, Polityka, Różne | 11 Komentarzy »

Bracia Kaczyńscy a polityka osaczania Rosji

Posted by Marucha w dniu 2010-05-12 (Środa)

Fanatyczne poparcie s.p. Lecha Kaczyńskiego oraz jego brata Jarosława dla idei politycznych, lansowanych przez amerykańskich neokonów oraz izraelskich jastrzębi stało się niewygodne dla nowej administracji amerykańskiej Baraka Obamy, który akcentuje w swojej polityce zagranicznej poprawę stosunków z Rosją oraz potrzebę pokojowego załatwienia konfliktu pomiędzy Izraelem a światem arabskim.

Tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego oraz decyzja Jarosława, aby wystartować w czerwcowych wyborach prezydenckich, musi nasunąć szereg pytań, które dotyczą wątpliwości co do programu polityki zagranicznej jaka prowadzili obydwaj wspomniani przywódcy polityczni.

Grając na uczuciach patriotycznych oraz antyrosyjskich części Polaków, cynicznie wciągali oni Polskę w strategie opracowana przez izraelskich lobbystów w USA, której jednym z elementów było osaczanie Rosji. Koncepcja neokonów tzw. “długiej wojny” koncentrowała się na koordynacji polityki oraz strategii militarnej NATO, USA, Izraela oraz kilku zaprzyjaźnionych krajów muzułmańskich, stowarzyszonych w Istanbul Cooperation Initiative. Ważną rolę w tej strategii miały również odgrywać dwa nowe państwa (byle republiki sowieckie), pretendujące do przystąpienia do NATO, tzn. Gruzja i Ukraina. Dla zrozumienia ”dziwnego” zachowania Lecha Kaczyńskiego, który zaangażował się z całą mocą w poparcie dla Juszczenki, Saakasvilego, białoruskiej opozycji oraz Izraela warto zachęcić Czytelników do przejrzenia artykułu Michaela Chossudovsky’ego pt. Wojna i pokój, w którym omawia tajny program Konferencji Bezpieczeństwa NATO jaka odbyła się w Rydze w 2006 roku, na której przedstawiono strategie wspomnianej “długiej wojny.”
http://www.polpatriot.com/html/nato.html#wojnaipokoj

Jakkolwiek za główny cel wspomnianej strategii można by uznać zabezpieczenie dostaw ropy naftowej i gazu dla państw zachodnich, to niemałe znaczenie miało również zapewnienie bezpieczeństwa Izraelowi oraz wciągnięcie NATO w planowany atak na Iran. Takie państwa jak Niemcy i Francja od początku nie wyrażały entuzjazmu dla tego rodzaju agresywnej polityki, która wiązała się też z izolowaniem i okrążaniem Rosji.

Nie było to również popularne wśród społeczeństw zachodnich, czego dowodem był gwałtowny spadek popularności Tonny Blaire’a premiera Wielkiej Brytanii, który podobnie jak Lech Kaczyński, wciągnął swój kraj w bezkrytyczne poparcie dla awanturniczej polityki Stanów Zjednoczonych i Izraela.

Pamiętamy brawurową akcje Lecha Kaczyńskiego w czasie konfliktu gruzińsko-rosyjskiego, w której ignorując stanowisko przywódców UE oraz dobrze rozumiane interesy Polski, zaangażował się w realizacje planu strategów izraelskich utworzenia z Gruzji “niezatapialnego lotniskowca” dla izraelskich samolotów startujących w przewidywanym ataku na Iran. Akcja wojskowa Rosji zastopowała te plany. Przy okazji wyszło na jaw uczestnictwo służb specjalnych Ukrainy (opanowanych przez neobanderowców) w awanturze w Gruzji.
http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=1455&Itemid=56

Łatwo teraz zrozumieć dlaczego Lech Kaczyński tak niechętnie odnosił się do uczczenia rocznicy rzezi Polaków na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich, wykorzystując równocześnie tragedie katyńską dla propagandy antyrosyjskiej. Może nas tylko zaskakiwać jego hipokryzja. Tutaj domagał się ujawnienia wszystkich dokumentów dotyczących komunistycznej zbrodni popełnionej na polskich oficerach a przed kilku laty, jako minister sprawiedliwości, przerwał ekshumacje w Jedwabnem, kiedy okazało się, że nie potwierdza ona żydowskich oskarżeń o zorganizowanie pogromu przez Polaków. Akcja ta umożliwiła Żydom przeprowadzenie bezprecedensowej antypolskiej kampanii propagandowej w światowych mediach, której celem było rzucić Polskę na kolana a następnie domagać się od naszego kraju olbrzymich restytucji.

Michael Schudrich wspomina w swoim liście pożegnalnym pt. Straciliśmy przyjaciela, że Lech Kaczyński, który niechętnie wyjeżdżał zagranice i nie znał żadnego obcego języka, wielokrotnie bawił w Izraelu.
http://prawica.net/forum/21719

Nie jest tajemnicą, że Lech Kaczyński uzgadniał na bieżąco swoją politykę zagraniczna z politykami izraelskimi, włączając w to szefa Mossadu. Wbrew temu co twierdza niektórzy działacze PiS, że spadek jego popularności był wynikiem ataków ze strony mediów, sympatyzujących z PO, nie mam wątpliwości, że również polskie społeczeństwo uświadomiło sobie w końcu, że opisane powyżej postępowanie prowadzi Polskę do izolacji i skonfliktowania z najbliższymi sąsiadami. Czy uczynienie z niego męczennika oraz pochowanie na Wawelu, jako bohatera narodowego zmieni jego poprzednie image? Gdyby tak się stało oznaczałoby, że Polacy to naród kierujący się nagłymi emocjami a nie trzeźwą ocena sytuacji.

Zrozumiał to chyba Jarosław Kaczyński, który już na początku swojej kampanii prezydenckiej zadeklarował przyjazne podejście do Rosji w swoim Orędziu do przyjaciół Rosjan. Przez dwa lata jego rządów (2005 -2007) jako premiera byliśmy świadkami otwartej wrogości Polskiego Rządu do Rosji i Rosjan.

Stanley Sas – USA

Posted in Polityka | 32 Komentarze »

Kryzys ominął Kasy

Posted by Marucha w dniu 2010-05-12 (Środa)

Z Grzegorzem Biereckim, prezesem Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej, rozmawia Małgorzata Goss

Banki wciąż dochodzą do siebie po kryzysie finansowym. A jak przetrwały kryzys SKOK-i?
– Nie jest tajemnicą, że do globalnego kryzysu doprowadziła beztroska działalność banków komercyjnych, i dlatego to właśnie w banki ów kryzys uderzył ze zdwojoną siłą. Stąd rozlał się na całą gospodarkę poprzez ograniczenie akcji kredytowej, co z kolei mocno uderza w zwykłych konsumentów, zwłaszcza tych mniej zamożnych. Na szczęście SKOK-i nie są powiązane kapitałowo z zagranicznymi bankami ani innymi instytucjami kredytowymi, co w warunkach zawirowań na globalnych rynkach ma znaczenie. Z racji swej specyfiki Kasy oparły się kryzysowi i bardzo dobrze się rozwijają. Obecnie w Polsce działa ich 61, zrzeszają przeszło 2 mln członków i liczba ta stale rośnie. To dowód, że Kasy cieszą się wysokim zaufaniem społecznym.

Teraz, gdy banki ustępują z rynku, SKOK-i mają szansę na ekspansję…
– Ekspansja nie jest ideą ani intencją spółdzielczości. Nie dążymy do wyeliminowania z rynku konkurencji świadczącej podobne usługi. Naszym celem jest zabezpieczenie potrzeb społecznych. Misja spółdzielczych Kas nie ogranicza się do oferowania usług finansowych na godziwych warunkach. Przynależność do Kasy to swego rodzaju uczestnictwo w procesie integracji społecznej, która sprzyja rozwojowi i daje poczucie bezpieczeństwa. To nie przypadek, że odpowiedniki SKOK-ów w USA – tzw. unie kredytowe, w czasach wielkiego kryzysu lat 20. i 30. ubiegłego wieku odnotowały niezwykle dynamiczny rozwój. Po prostu żadna inna instytucja finansowa w tych trudnych czasach nie poświęcała tyle uwagi sytuacji społecznej swoich członków. Do dzisiaj amerykańskie unie kredytowe nie są nastawione na zysk. Naszym celem jest niesienie pomocy ludziom oraz edukacja finansowa. SKOK-i jako jedyna chyba instytucja podjęły realną walkę z wykluczeniem finansowym Polaków.

Panuje opinia, że dla SKOK-ów niezwykle korzystne jest wydanie przez Komisję Nadzoru Finansowego rekomendacji T, która nakazuje przy udzielaniu kredytów bardzo rygorystyczną ocenę zdolności kredytowej klientów…
– W rekomendacji T chodzi o kontrolę nad rozprzestrzenianiem się kryzysu finansowego przez ograniczenie osobom o niższych dochodach możliwości popadnięcia w spiralę zadłużenia. Odnoszę wrażenie, że to ze strony KNF krok trochę spóźniony…
Rekomendacja T nie dotyczy Kas spółdzielczych, ponieważ nie podlegają one rygorom Komisji Nadzoru Finansowego, co rzeczywiście może oznaczać, że odprawieni z kwitkiem klienci banków skierują kroki w naszą stronę. Spółdzielcze Kasy mają inne niż banki zasady pożyczania pieniędzy: stawiają przed członkami takie wymagania zdolności kredytowej, na jakie pozwala charakter ich działalności opartej na zasadzie non profit. Dzięki temu otwierają dostęp do tańszych pożyczek i kredytów osobom, które ze względu na niezbyt wysokie dochody nie mogą otrzymać ich w bankach. Gdyby nie SKOK-i, tacy ludzie w sytuacji podbramkowej skazani byliby na lichwę.

Z pożyczaniem pieniędzy zawsze wiąże się ryzyko niewypłacalności dłużnika. Czy państwo gwarantuje depozyty w SKOK-ach?
– Ustawa o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych wprowadza w Kasach odrębny system ochrony oszczędności, oceniany przez specjalistów jako równie skuteczny jak bankowy. Odrębny od banków system gwarancji depozytów ma tę zaletę, że ewentualne koszta upadłości banków nie będą dotyczyć członków Kas. Tworzony jest on w sposób analogiczny do bankowych funduszy gwarancyjnych. Istnieje fundusz ryzyka, zwany funduszem stabilizacyjnym. Gdyby któraś z Kas znalazła się w kłopotach – ten fundusz pozwoli jej, mówiąc kolokwialnie, wyjść na prostą. Drugim rodzajem zabezpieczenia jest ubezpieczenie depozytów, które kwotowo daje takie same gwarancje dla oszczędności jak bankowy fundusz gwarancyjny. Osiągamy to dzięki własnemu towarzystwu ubezpieczeń, które jest nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. System ten sprawdził się doskonale. Przez ponad 18 lat istnienia w Polsce SKOK-ów żadna z naszych Kas nie zbankrutowała. Nikt nie stracił złotówki.

Wahania kursu walutowego mają wpływ na finanse SKOK-ów?
– SKOK-i, w przeciwieństwie do ban ków komercyjnych, nie są podatne na chwiejność kursu walutowego z uwagi na swą spółdzielczą specyfikę i dbałość o bezpieczeństwo prowadzonych inwestycji. Nie udzielamy kredytów hipotecznych w walutach obcych.

Ale otoczenie gospodarcze z pewnością ma dla Kas znaczenie. Jak Pan ocenia rządowy „Plan rozwoju i konsolidacji finansów publicznych”?
– Plan ten będzie kosztowny społecznie i szkodliwy gospodarczo, a co za tym idzie – nieskuteczny w ratowaniu finansów publicznych, ba, może spowodować utratę kontroli nad nimi! Stan polskich finansów publicznych, zwłaszcza rosnący deficyt tego sektora i zadłużenie Skarbu Państwa, budzi poważne obawy. Coraz bardziej brakuje dochodów budżetowych. Za dużo pożyczamy i importujemy, za mało oszczędzamy i eksportujemy. Na tę politykę nakładają się skutki kryzysu, które będziemy odczuwać jeszcze przez lata. Rosną zatory płatnicze, bezrobocie, liczba upadłości i kredytów zagrożonych… Tymczasem rządowy plan oparty jest na cięciach wydatków publicznych, drastycznych oszczędnościach, ograniczeniach socjalnych i budżetowych, których realizacja może mocno zaszkodzić wciąż wątłej koniunkturze gospodarczej. Dopóki nie uda się zwiększyć konkurencyjności i innowacyjności gospodarki, eksportu i dochodów budżetowych, w tym też podatkowych, walka z deficytem i zadłużeniem finansów publicznych jest pozbawiona jakichkolwiek szans.

Ustawa rozciągająca nadzór KNF nad Kasami została zaskarżona przez SKOK-i do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego?
– Ponieważ zawiera ona bardzo poważne błędy legislacyjne oraz cały szereg zapisów niekonstytucyjnych, które narażają Skarb Państwa na odszkodowania, m.in. narusza prawa nabyte spółdzielni i członków SKOK-ów, dyskryminuje spółdzielcze Kasy wobec innych instytucji finansowych, zwłaszcza banków komercyjnych, ogranicza możliwości konkurowania Kas na rynku usług finansowych… Ta regulacja wyraźnie godzi w ostatni polski element sektora finansowego w Polsce, jakim są SKOK-i. Wprowadzenie jej w życie mogłoby spowodować ograniczenie możliwości dalszego rozwoju Kas i doprowadzić do zmonopolizowania rynku przez banki. To naruszyłoby zasadę swobody konkurencji i zakaz dyskryminujących praktyk wobec jednego z uczestników rynku.
SKOK-i, podobnie zresztą jak cała spółdzielczość, nigdy nie miały szczęścia do przyjaznej polityki ze strony państwa polskiego. To zasmucające, że zamiast pielęgnować i propagować rodzime, sprawdzone rozwiązania, na które jest zapotrzebowanie społeczne, uprawiany jest legislacyjny wandalizm.

Panie Prezesie, po co zawarł Pan ” spektakularną” i „tajną” – jak napisała jedna z gazet – umowę o współpracy z CBA?
– Wbrew sugestii autorów publikacji porozumienie to nie jest „tajne” ani też „bezprecedensowe”. Sami autorzy przyznali, że informację o nim zaczerpnęli po prostu z Dziennika Urzędowego Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Podpisanie tego porozumienia związane jest z realizacją ustawy o CBA. Nie ma w nim nic wyjątkowego. Zarówno Kasy, jak i banki przekazują organom państwa informacje o rachunkach klientów w ramach obowiązującego porządku prawnego, tj. na podstawie ustaw i w ściśle określonym zakresie. Podobnie, a więc za pośrednictwem Kasy Krajowej, Kasy przekazują także pewne dane do Ministerstwa Finansów, Narodowego Banku Polskiego czy Głównego Urzędu Statystycznego.

Na czym ma polegać ta współpraca?
– Współpraca między CBA a instytucjami rynku finansowego – bankami, towarzystwami funduszy inwestycyjnych, domami maklerskimi – polega na przekazywaniu przez te instytucje informacji, do których podawania są prawnie zobowiązane, w zakresie wskazanym we wniosku CBA, pod warunkiem, że osoba, której wniosek dotyczy, wyrazi na to zgodę. O tę zgodę występuje CBA. Członkowie SKOK-ów nie podpisują w tym zakresie żadnych ogólnych upoważnień w Kasach. Wnioski CBA dotyczą z reguły sprawdzenia oświadczeń majątkowych radnych, posłów i senatorów, a nie przypadkowych członków SKOK-ów.

Może konkurencji zależało, żeby przypiąć łatkę właśnie SKOK-om… Właściwie czym różnią się SKOK-i od banku komercyjnego?
– Praktycznie wszystkim. Jedyne podobieństwo to fakt świadczenia usług finansowych, a cała reszta – począwszy od idei i celów, po umocowanie prawne i funkcję społeczną – jest kompletnie odmienna. Banki, w Polsce przeważnie zagraniczne, są instytucjami komercyjnymi, to znaczy nastawionymi wyłącznie na zysk. Zysk ma maksymalnie wzbogacić właścicieli, toteż ceny oferowanych przez nie produktów bywają często tak wygórowane, że stają się barierą dla części potencjalnych klientów. Natomiast SKOK-i to spółdzielnie, a więc zrzeszenia ludzi, członków Kas, w których nadrzędną zasadą jest nastawienie nie na zysk, lecz na człowieka. To właśnie zrzeszeni członkowie są właścicielami tej spółdzielni, sami decydują o jej polityce gospodarczej, wchodzą w poczet władz i prowadzą przedsiębiorstwo tak, aby zapewnić członkom jak największe korzyści. Pierwowzorem dla nas były Kasy Stefczyka, które tak doskonale sprawdziły się przed ponad wiekiem jako instytucje oferujące tanią bankowość dla wszystkich.

Dziękuję za rozmowę.

Posted in Różne | 3 Komentarze »

Czy Abchazja i Osetia Płd. pasożytują na Rosji?

Posted by Marucha w dniu 2010-05-12 (Środa)

Rozmowa z Konstantinem Kosaczowem, przewodniczącym komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy przeprowadzona dla „Izwiestia”, cz. 1

Jakie widzi Pan perspektywy uregulowania stosunków gruzińsko-rosyjskich, jeżeli podstawowy wektor polityki władz Gruzji i opozycji jest sprzeczny z interesem Rosji, tzn skierowany jest na Zachód, a celem- wstąpienie do NATO? Czy w tej sytuacji możliwe są jakiekolwiek punkty wspólne?

– Punkty wspólne możliwe są w takim przypadku, gdy przywódcy Gruzji i naród gruziński uznają, że problem abchaski i południowoosetyński istnieją jako takie, a nie że podstawą ich istnienia są „ knowania Rosji” . Jeżeli kiedykolwiek będziemy mogli rozmawiać z naszymi sąsiadami gruzińskimi o tym, jak realnie zapewnić bezpieczeństwo ludzi i rozkwit odpowiednich regionów, a nie o tym, kto w jakich blokach ma zamiar być, to pewien jestem, że również stosunki rosyjsko- gruzińskie nader szybko mogą ulec normalizacji. A konkretne problemy- południowoosetyński i abchaski – zostaną ostatecznie uregulowane. W żadnym przypadku nie będzie powrotu do minionego stanu rzeczy.

Wie Pan zapewne, czy na górze u nas prowadzone są rozmowy, dyskusje na temat możliwości utworzenia z Gruzji konfederacji? Aby wyjść z tego konfliktu, my uznamy Abchazję i Osetię Południową w ramach konfederacji z Gruzją? Na przykład, gdy będzie nowa administracja w Tbilisi? Czy też już na zawsze Abchazja i Osetia Południowa będą suwerenne na naszej szyi, uznane przez nas i Nikaraguę?

– Losy Abchazji i Osetii Południowej mogą być i będą określane tylko przez Suchumi i Cchinwali, ale na pewno nie przez Tbilisi i nawet nie przez Moskwę. De- facto niepodległość Abchazji i Osetii Południowej pojawiła się nie teraz, lecz w momencie rozpadu ZSRR i odrzucenia przez naród abchaski i naród południowoosetyński koncepcji życia z Gruzinami w jednolitym państwie. Uznanie przez Rosję niepodległości Abchazji i Osetii Południowej nadało sytuacji de-facto status de iure. Jak rozwijać się będzie dalej ta sytuacja – trudno teraz przewidzieć, jednak aktualne stanowisko Tbilisi, sprowadzające się do odmowy uznania zmienionej sytuacji i niechęci omawiania jakichkolwiek wariantów, poza odtworzeniem integralności terytorialnej Gruzji- jest pozbawione perspektyw. Odpowiadając jeszcze wyraźniej, mogę sformułować własny punkt widzenia: jesteśmy gotowi w Rosji wesprzeć dowolny wybór, którego dokonają narody Abchazji i Osetii Południowej. W tym tkwi zasadnicza różnica pomiędzy podejściem Rosji i podejściem Gruzji, która tego wyboru narodów Abchazji i Osetii Południowej nie uznaje i nie szanuje.

Państwo jest suwerenne, gdy dysponuje terytorium, ludnością, pełnoprawną władzą i uznane jest przez inne państwa. W zasadzie Abchazja ma to wszystko (uznana została przez Rosję i Nikaraguę) . Niemniej jednak suwerenność Abchazji podawana jest w wątpliwość. Czy to oznacza, że określenie suwerenności zostało ostatnio przewartościowane, czy też czegoś jednak brakuje? Czy należy uważać, że uznanie przez inne państwa ma aspekt ilościowy, innymi słowy- czy dwa państwa uznające to za mało? I kwestia druga: czy można zrównać uznanie Osetii Południowej i uznanie Abchazji- prawnie i faktycznie?

– Rozpocznę od pytania drugiego. Z prawnego punktu widzenia, z punktu widzenia prawa międzynarodowego suwerenność Osetii Południowej nie różni się niczym od suwerenności Abchazji. Jak dalej będzie się sytuacja rozwijać- czas pokaże. Jak wiadomo, naród Osetii Południowej dość wyraźnie wyraża dążenie do zjednoczenia z Rosją, w Abchazji takie stanowisko artykułowane jest mniej wyraźnie. Jednak dla Rosji kwestia wejścia w jej skład Osetii Południowej lub Abchazji jest w równej mierze nieaktualna. A jeśli chodzi o pytanie pierwsze, o określenie suwerenności: wystarczająco dużo jest w świecie sytuacji analogicznych – Północny Cypr, uznany tylko przez Turcję, Tajwan, uznany przez 16 państw, Samoa Zachodnie- uznane przez 50 państw lub Kosowo, uznane przez 60 krajów. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego ilość państw, uznających niezależność takiego lub innego terytorium nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze jest, aby państwo, pretendujące do międzynarodowego uznania otrzymało możliwość bycia pełnoprawnym członkiem ONZ. I tę drogę przejść musi zarówno Abchazja jak i Osetia Południowa. Jestem pewien, że wcześniej lub później tak się stanie.

Czy pozycja Abchazji na konsultacjach genewskich była samodzielną pozycją Abchazji czy uzgodnioną z Rosją? Innymi słowy, czy nie pojawienie się jej na konsultacjach było niespodzianką dla Rosji? Odnoszę wrażenie, że nowe, niezależne republiki Abchazja i Osetia Południowa zawodzą FR, która w istocie rzeczy dała im niepodległość. Proszę spojrzeć: zrealizowana została bardzo droga akcja: dwie delegacje- rosyjska i południowoosetyńska- przylatują do Genewy, są zakwaterowane, mam nadzieję- w nietanim hotelu ( Cchinwali na koszt Rosji) i nagle okazuje się, że trzeba lecieć z powrotem- z powodu Abchazji. A dokładniej, z tego powodu, że Suchumi się nie spodobało, iż nie uszanował go Ban Ki- moon. A za co je szanować: czyżby ich gospodarka funkcjonowała? A może oni tylko mityngują i pasożytują na Rosji?

– Abchazja i Osetia Południowa nie są marionetkami Rosji, działającymi pod dyktando. Może nam się to podobać lub nie, ale suwerenny status państwa niepodległego zakłada posiadanie przez nie prawa do własnego, niezależnego stanowiska w rozmowach i bezwarunkowo uznajemy posiadanie takiego prawa przez Abchazję i Osetię Południową. Konsultacje genewskie mechanizm nader złożony, w którym nie ma sytuacji „ grupa przeciw grupie” lub „ blok przeciw blokowi”. Zaraz po otrzymaniu informacji o odmowie zajęcia przez Abchazję miejsca przy stole rozmów osobiście wyraziłem publicznie ubolewanie z tego powodu, gdyż konsultacje genewskie są dzisiaj jedynym miejscem, w którym można dogadywać się w jakiejkolwiek materii. Rozumiem jednak motywację delegacji abchaskiej: za duża jest cena kwestii, każdego słowa, każdego przecinka. A pieniędzy wydanych przy tej okazji na hotel, nie można porównywać z tym, co uczestnicy konsultacji genewskich mogliby na nich zyskać lub stracić. Tak, to będzie trudne, ale innego formatu współdziałania z Abchazją i Osetią Południową na arenie międzynarodowej, jak opartego na szacunku – nie wyobrażam sobie.

Czy widzi Pan zagrożenia dla Kaukazu Północnego z powodu uznania przez Rosję Osetii Południowej i Abchazji? Czy Gruzja nie będzie dostarczać broni bojówkarzom, aby związać siły Rosji na Kaukazie?

– Zagrożenia dla Kaukazu Północnego i Rosji pojawiłyby się, gdyby w sierpniu 2008 Rosja nie zapobiegła likwidacji jednego z narodów Kaukazu Południowego. Nie ze słyszenia wiem, że w tych dniach kryzysowych pojawili się już u nas na Kaukazie Północnym prowokatorzy, którzy gotowi byli oskarżać władzę rosyjską o bezczynność i niezdolność do obrony „swoich” na Kaukazie. Następny krok w tej prowokacji byłby następujący: „a po co nam w ogóle taka Rosja, taka władza?” Byłoby to strasznym zagrożeniem dla samej Rosji, ale zagrożenie to przezwyciężyliśmy. I czego by nie robiła teraz Gruzja próbując zdestabilizować sytuację w Osetii Południowej i w Abchazji, a może i w Rosji, mamy dość sił i możliwości, aby do tego nie dopuścić.

cdn

Tłum. Henryk B. Tymiński, mp.info

Posted in Polityka | 2 Komentarze »

 
%d blogerów lubi to: