Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archive for Lipiec 25th, 2010

Infradźwięki

Posted by Marucha w dniu 2010-07-25 (Niedziela)

Oto krótki i bardzo przystępny artykuł na poziomie szkoły średniej skopiowany ze strony http://www.sciaga.pl/tekst/20348-21-infradzwieki.
Jest najprawdopodobniej napisany przez jakiegoś ucznia. Warto by mieć choć tyle wiedzy, co ów uczeń, zanim zacznie się emitować brednie na ten temat.

Infradźwięki to drgania ośrodka gazowego lub cieczy. Ich częstotliwość jest poniżej słyszalnej. Zakres infradźwięków umownie przyjmuje się jako pasmo o częstotliwościach od 0,1 do 20Hz. Infradźwięki występują naturalnie w przyrodzie. Najczęściej łączą się z dźwiękami słyszalnymi o niskich częstotliwościach. Człowiek na ich oddziaływanie jest narażony głownie w środkach transportu i w zakładach przemysłowych.

Fale infradźwiękowe mogą oddziaływać na cały organizm człowieka na wiele sposobów. Przede wszystkim infradźwięki wywołują drgania rezonansowe ludzkich organów takich jak: przepona brzuszna, klatka piersiowa, przepona brzuszna, organy trawienne. Chwilowe oddziaływanie fal powoduje trudności w oddychaniu, a dłuższe poddawanie się oddziaływaniu infradźwięków powoduje zaburzenia układu trawiennego. Podobnie jak przy spożyciu większej ilości alkoholu infradźwięki powodują zachwiania równowagi, trudności w skupieniu się, zmniejszenia ostrości widzenia oraz zmniejszenie refleksu. Granica bólu oraz próg odczuwania wrażeń pochodzących od infradźwięków określa się podobnie jak dla dźwięków słyszalnych.

Zakresy oddziaływania infradźwięków można podzielić w ten sposób:
– Poniżej 120dB. Krótkie oddziaływanie infradźwięków na człowieka nie jest szkodliwe. Skutki długiego przebywania pod ich wpływem nie są jeszcze znane.
– Między 120 a 140dB. Przebywanie w polu takich fal może wywoływać uczucie zmęczenia oraz lekkie zaburzenia procesów fizjologicznych.
– Między 140 a 160dB. Nawet, krótkie dwuminutowe działanie infradźwięków powoduje zachwiania równowagi i wymioty. Dłuższe oddziaływanie może wywołać trwałe uszkodzenia organiczne.
– Powyżej 170dB. Poddane takim falą zwierzęta zmarły z powodu przekrwawienia płuc (testów na ludziach nie przeprowadzano).

Najgroźniejsze dla człowieka są fale ze źródeł sztucznych. Najsilniejsze są fale wywołane wybuchami jądrowymi oraz termojądrowymi. Kolejnym zagrożeniem jest lotnictwo ponaddźwiękowe. Samolot pokonując barierę dźwięku wytwarza fale uderzeniową o bardzo dużej amplitudzie. Przenoszona energia zależy od wielkości samolotu. Wojskowe samoloty pościgowe wytwarzają fale maksymalnie 20Hz. Natomiast ciężkie wycofane z eksploatacji samoloty Concorde 0,2Hz. Infradźwięki są emitowane również przez statki i łodzie motorowe z silnikami Diesla. Mniejsze fale są wytwarzane także przez pociągi, samochody, maszyny udarowe (np. młoty pneumatyczne), a także telefony komórkowe. Głównym przemysłowym źródłem infradźwięków są szybkie przepływy gazowe. Występujące np. w dmuchawach. Mogą one osiągnąć poziom 120dB.

Naturalnymi generatorami infradźwięków są ruch powietrza i wody. Falowanie powierzchni wód jest słyszalne, ale wchodzi również w zakres infradźwiękowy. Są to fale o bardzo niskich częstotliwościach rzędu 0,2Hz. Również wiatr opływający wysokie budynki wydziela fale infradźwiękowe o natężeniu przekraczającym 100dB. Według naukowców właśnie te fale będą bardzo uciążliwe dla ludzkości.

Posted in Różne | 18 Komentarzy »

Wywiad z bp. Bernardem Fellayem

Posted by Marucha w dniu 2010-07-25 (Niedziela)

Wywiad z Przełożonym Generalnym Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X Jego Eminencją księdzem biskupem Bernardem Fellayem, przeprowadzony w maju 2010 dla The Remnant Newspaper.
Rozmawiał Brian Mershon.

BM: Jaka była reakcja Jego Ekscelencji na blisko dwadzieścia milionów różańców, stanowiących odpowiedź na prośbę Bractwa o dwanaście milionów?

Biskup Fellay: Przede wszystkim jestem bardzo, bardzo szczęśliwy widząc taki entuzjazm i odpowiedź na nasze wezwanie. Jestem przekonany, że wspomniana liczba nie wiąże się tylko z wiernymi bractwa. Z pewnością przyłączyło się też wielu innych, których całkowitej liczby nie znamy. To po pierwsze.
Po drugie: jestem rad z powodu gorliwości w zrozumieniu wagi tej kwestii. Jest ona niezwykle istotna.

BM: Dwie inne krucjaty różańcowe zaowocowały dość szybką i historyczną odpowiedzią: uwolnieniem Tradycyjnej Mszy Łacińskiej dla wszystkich kapłanów na całym świecie oraz zdjęciem ekskomuniki z biskupów Bractwa, co z kolei doprowadziło do rozmów na temat doktryny ze Stolicą Apostolską. Czy przewidujecie równie radykalny efekt tej trzeciej krucjaty?

Biskup Fellay: Pozostawiam to całkowicie w ręku Boga i Błogosławionej Dziewicy Maryi. Prawdopodobnie jednak nie. Wprawdzie nigdy nic nie wiadomo, jednak byłbym szczerze zaskoczony, gdyby Papież dokonał poświęcenia Rosji. Była by to wielka, wielka niespodzianka. Z drugiej jednak strony bywaliśmy już zaskakiwani, więc nie byłbym zdziwiony, gdyby istotnie doszło do tego tak szybko. Tym razem to, o co prosimy, jest niezwykle ważne i wielkie, równocześnie zaś bardzo bliskie wszystkim wydarzeniom naszych czasów.

BM: Odkąd wybrany został Papież Benedykt, a także od powołania nowego Ortodoksyjnego Patriarchy Rosji, dość oczywista stała się odwilż w obustronnych stosunkach, jak wierzę – ku lepszemu. Rosyjski Patriarcha opublikował nawet książkę zawierającą wybór pism papieża w celu rozpowszechniania wśród świeckich wiernych. Jak to Eminencja odczytuje? Czy jest to związane z Trzecią Tajemnicą Fatimską?

Biskup Fellay: Osobiście wierzę, że w Rosji coś drgnęło. Z całą pewnością wydaje się, że w Rosji coś się poruszyło. Coś wisi w powietrzu. Jak dalece i jak głęboko – nie wiem. Jest jednak wiele rzeczy, które wskazują na odrodzenie życia religijnego w Rosji.

BM: Czy Bractwo przesłało już bukiet różańców?

Biskup Fellay: Stanie się to wkrótce.

BM: Jakie jest stanowisko Bractwa wobec światowych mediów atakujących Ojca Świętego i Kościół?

Biskup Fellay: Myślę, że mamy tu dobry przykład tego, że Kościół nadal ma swoich wrogów. I że można ich realnie nazwać. Widać to w trakcie trwającej kampanii. Mówi ona bardzo wiele. Z jednej strony – mamy starą gwardię nieprzyjaciół z USA, z drugiej – lewaków z Europy, ściśle ze sobą współpracujących.

BM: Czy myśli Eminencja, że te ataki są związane z karą zapowiedzianą przez siostrę Łucję w Trzeciej Tajemnicy?

Biskup Fellay: Bardzo trudno powiedzieć. Jeżeli jednak jest cytat z Fatimy, który mógłbym przywołać, byłby to ten: „Papież wiele wycierpi. Papież wiele wycierpi”. I mamy to tutaj.

BM: Trwające rozmowy doktrynalne ze Stolicą Apostolską mają miejsce z dala od medialnych reflektorów – z powodów dość oczywistych. Jakie są wasze oczekiwania w stosunku do nich? Co mogło by doprowadzić do zaakceptowania przez Bractwo struktur kanonicznych? Czy rozmowy nawiązują do możliwości zaistnienia tego typu rozwiązania?

Biskup Fellay: Niemożliwe do określenia. Zupełnie niemożliwe. Obecnie zależy to od zbyt dużej ilości czynników. Nie mam odpowiedzi.

BM: Niektórzy krytycy stwierdzili, że odrzucenie przez Bractwo rozwiązania kanonicznego lub praktycznego jest oznaką nieustępliwości lub złej woli. Jak Jego Eminencja to skomentuje?

Biskup Fellay: To bardzo proste. Stolica Apostolska zadecydowała, że rozmowy o charakterze doktrynalnym powinny mieć miejsce, co powinno stanowić wystarczającą odpowiedź bez konieczności obarczania brzemieniem mnie. Poza tym jest jasne, że każde praktyczne rozwiązanie pozbawione podbudowy doktrynalnej doprowadzi wprost do katastrofy. Nie chcemy tego. By iść do przodu trzeba ochrony stabilnego rozwiązania na poziome doktryny. Uznajmy, że nic nie jest ostatecznego w udziale w rozmowach doktrynalnych… Mamy przed sobą wszystkie przykłady z przeszłości: Bractwo św. Piotra, Instytut Chrystusa Króla – te i wszystkie inne [podmioty] zostały zupełnie zablokowane na poziomie doktrynalnym gdyż najpierw zaakceptowały praktyczną ugodę.

BM: Czy wierzy Eminencja, że Papież osobiście szczerze pragnie kanonicznego rozwiązania dla Bractwa Św. Piusa X?

Biskup Fellay: Tak, tak uważam. Tak. Myślę, że papież tego pragnie. Chce, by Kościół był lepszy, dąży też do zamknięcia poszukiwania [możliwości] konsekracji biskupów Bractwa.

BM: W swoich poprzednich wywiadach wspomniał Eminencja o tym, że Bractwo posiada grono znajomych, a nawet przyjaciół wśród biskupów i kardynałów – również w Kurii rzymskiej. Jakich rad udzielają oni Bractwu w czasie, gdy trwają rozmowy?

Biskup Fellay: Żadnych. Są obecnie bardzo stonowani. Myślę, że dyskusja, którą prowadzimy, jest owocna i odbywa się na bardzo dyskretnym poziomie. Następne rozmowy będą miały miejsce w maju.

BM: Czy macie informacje o jakiejś innej grupie kapłanów, świeckich lub jakiejś diecezji, która w trakcie najnowszych dziejów Kościoła ofiarowała by tak wielki bukiet różańców Ojcu Świętemu jak to już trzykrotnie uczyniło Bractwo?

Biskup Fellay: Nie według mojej wiedzy. Mogło się to wydarzyć, jednak nie mam żadnych informacji w tym zakresie. Jest jednak sprawą oczywistą, że nasza krucjata to coś wyjątkowego. Wierzę, że ojciec Gruner dochodzi obecnie do podobnych wniosków.

BM: Co doradzi ekscelencja katolikom pragnącym otwarcia kaplicy na ich terenie? Czy Bractwo przerywa rozwój liczby kaplic w związku z toczącymi się rozmowami?

Biskup Fellay: Po pierwsze wierni świeccy powinni skontaktować się z nami, wówczas my postaramy się coś dla nich zrobić. Obecnie mamy tyle zapytań, że z trudem jesteśmy w stanie im podołać. W roku bieżącym mamy dobry okres jeśli chodzi o święcenia, ale nawet pomimo to mamy zbyt mało księży. Z trudem odpowiadamy na wszystkie zapytania. Jednak kontynuujemy nasze normalne życie – jak dotychczas. Myślenie, że powinniśmy zaprzestać wzrastania w naszym życiu ze względu na rozmowy z Rzymem, przyniosło by efekt przeciwny do zamierzonego. Musi być odwrotnie.

BM: Wasza Ekscelencjo, czy ma Ekscelencja jakąś myśl końcową?

Biskup Fellay: Zanoszenie modlitw do Błogosławionej Dziewicy Maryi powinno trwać. Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro osiągnęliśmy naszą krucjatę różańcową, wszystko ustanie. Nie. Nie. Nie. Jest teraz bardzo jasne, że bierzemy udział w wojnie z prawdziwymi wrogami Kościoła. Tak więc Katolicy – bądźcie gotowi. Sięgajcie po zwycięstwo z różańcem!

Tłum. Mariusz Matuszewski
http://www.bibula.com/?p=24715

Posted in Kościół | 9 Komentarzy »

Szatkowanie prawdy

Posted by Marucha w dniu 2010-07-25 (Niedziela)

Współcześni dziennikarze, tak jak w czasach PRL, często nie potrzebują cenzora, sami są autocenzorami dostosowującymi się do oczekiwań pracodawcy, układów, dominującej partii

Szatkowanie prawdy

Z Tomaszem Strzyżewskim, niezależnym publicystą i działaczem emigracyjnym, który jako pracownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW) ręcznie przepisał „Księgę Zapisów i Zaleceń GUKPPiW”, a następnie wywiózł ją do Szwecji i opublikował, rozmawia Bogusław Rąpała

Wywiezienie przez Pana Księgi Zapisów i Zaleceń GUKPPiW było wydarzeniem bezprecedensowym, demaskującym cenzurę stosowaną przez system komunistyczny.
– Zrobiłem to głównie z pobudek emocjonalnych, ale niezwykle trudno jest mi o nich mówić. Był to normalny odruch człowieka, który staje się świadkiem krzywdzenia innych ludzi poprzez ich oszukiwanie i wykorzystywanie. W tym przypadku odbywało się to wobec moich rodaków na skalę masową. Później nałożyły się na to inne emocje, kiedy trafiłem na zapis instruujący, w jaki sposób należy ingerować w teksty poruszające tematykę zbrodni katyńskiej. Akurat tak się składa, że mój dziadek kpt. Wincenty Strzyżewski jest jedną z ofiar rozstrzelanych z obozu w Starobielsku. Kiedy zobaczyłem ten zapis, zacząłem dopatrywać się w nim paraleli z fizycznym zabijaniem tych oficerów. 70 lat temu, licząc od dziś, świadomość narodową niszczono przez fizyczną likwidację „nośnika” tej świadomości, którym zawsze była inteligencja. Natomiast cenzura komunistyczna niszczyła tę świadomość nie w sposób fizyczny, lecz poprzez manipulowanie ludzkimi umysłami. Wewnątrz czułem, że muszę coś z tą wiedzą zrobić. Decyzja dojrzewała. Gdy skończył się mój okres próbny i otrzymałem umowę na czas nieokreślony, wówczas wszystko, co później robiłem w urzędzie, podporządkowałem jednemu celowi. Na dyżurach nocnych przepisywałem księgę zapisów i zaleceń, która tylko dzięki temu jest teraz znana, ponieważ wszystkie oryginały po upadku komunizmu, zostały zniszczone.

Jak ocenia Pan skuteczność swego posunięcia?
– Wiedza, jaką chciałem przekazać na temat działania cenzury w PRL, dotarła tylko do nielicznych środowisk elit intelektualnych, w tym również do działaczy opozycyjnych. Zwykli obywatele nie mieli dostępu do tych informacji. Być może po części wynikało to z braku zainteresowania tym tematem, ale możliwe, że wielu z nich w ogóle nie zdawało sobie sprawy z istnienia urzędu, stanowiącego zinstytucjonalizowaną formą cenzury. Nawet w nazwie tej instytucji nie było słów „cenzor” ani „cenzura”. Choćby w ten sposób wiedza o istnieniu takiego urzędu była ukrywana przed społeczeństwem. Natomiast o jego działaniu doskonale wiedzieli ci dziennikarze i artyści, którzy z nim współpracowali.

To zapewniało spokojne funkcjonowanie tej instytucji.
– Jak najbardziej. Głównie dlatego, że środowiska dziennikarskie, kadry zatrudnione w PRL-owskich mediach, same dla siebie były wówczas głównymi cenzorami. Poza tym w każdym ze środków społecznego przekazu pracowali redaktorzy, którzy z kolei sprawowali cenzurę redakcyjną. Mam zwyczaj porównywać zjawisko cenzury funkcjonującej w czasach PRL do góry lodowej. Czubek wystający ponad powierzchnię morza, stanowiący odpowiednik powierzchni życia publicznego, to była cenzura instytucjonalna w postaci GUKPPiW. Ale wszystko poniżej tej powierzchni funkcjonowało jako naturalny odruch, który wynikał z uświadomionej zależności pracownika od pracodawcy. Pracodawcą w mediach za czasów PRL było państwo komunistyczne. I siłą rzeczy każdy dziennikarz, jeżeli chciał mieć pewność, że będzie mógł pracować w mediach komunistycznych lub w koncesjonowanych przez to państwo mediach wasalskich, musiał dbać o ochronę interesu swojego pracodawcy. Nie mógł mu się niczym narazić. Musiał pisać to, co nawet bez konkretnej znajomości zasad zapisów cenzorskich i tak było dla niego oczywiste. W związku z tym ten typ zależności sprawiał, że dziennikarze w Polsce, przede wszystkim oni, odpowiadali za tworzenie fałszywego obrazu rzeczywistości, który w mediach PRL-owskich był przekazywany społeczeństwu jako odbiorcy.

W środowisku dziennikarskim panowała przerażająca hipokryzja. Dziś jest podobnie…
– To było wypieranie z własnego sumienia, z własnej świadomości faktu, że samemu coś się cenzuruje, jest się autocenzorem. Ci dziennikarze robili to na wyczucie, a urząd jedynie wyłapywał ich błędy w sztuce. Te wszystkie zapisy były potrzebne dla przypominania, dla ułatwiania pracy redaktorom. Dlatego otrzymywały je również redakcje, które na miejscu kontrolowały teksty pisane przez swoich dziennikarzy. Natomiast sama ingerencja cenzorska dokonywana była na dostarczanych przez redakcje i wydawnictwa tekstach. Cała procedura korekty przebiegała w sposób uniemożliwiający przedostanie się na zewnątrz urzędu dowodu – w sensie prawno-rzeczowym – cenzurowania mediów przez ten urząd. Redakcje zresztą chętnie uczestniczyły w tej maskaradzie, akceptując zakaz uwidaczniania ingerencji cenzorskiej w oddawanych do druku tekstach.

Od tamtego czasu stał się Pan uważnym obserwatorem metod stosowanych w środkach masowego przekazu.
– Rzeczywiście, w tamtym czasie zyskałem bardzo dużą wiedzę na temat sposobu funkcjonowania mediów i systematycznie ją pogłębiałem. Uświadomiłem sobie, że dziennikarze chcący publikować swoje teksty w mediach komunistycznych godzili się na kolaborację z reżimem. Do zostania dziennikarzem w systemie komunistycznym nikt nikogo nie zmuszał. Nawet jeśli ktoś na początku nie był świadomy tego mechanizmu, to po odkryciu go mógł zrezygnować z pracy. Jednak wielu robiło karierę w mediach okresu PRL, a dzisiaj, po upadku komuny, chce uchodzić za autorytety moralne i wzór dziennikarstwa. Obecnie w mediach mamy całą masę takich ludzi. Niektórzy z nich byli nawet tajnymi współpracownikami bezpieki. To oni przez całe dwudziestolecie kształtowali preferencje i sympatie polityczne narybku dziennikarskiego.

Nieustannie się podkreśla, że jednym z głównych osiągnięć naszej młodej demokracji jest wolność słowa. Co Pan rozumie poprzez to pojęcie i czy możemy mówić o wolności słowa w obecnej polskiej rzeczywistości medialnej?
– Dla mnie wolność słowa jest prawem do wypowiadania się w przestrzeni publicznej. Prawem każdego człowieka. Nie w relacjach ludzkich na poziomie indywidualnym, ale za pośrednictwem mediów. Ale to jest oczywiście niemożliwe. I w tym sensie wolność słowa jest dla mnie utopią. Dlatego też pojęcie to powszechnie kojarzone jest z wolnością słowa dla mediów, a więc dla nielicznych. To oczywiste, że dziennikarze mają dużo większą wolność słowa niż zwykli ludzie. Inaczej mówiąc, ta wolność zarezerwowana jest dla członków kadr obsługujących media. A i tutaj nie przysługuje ona każdemu w równym stopniu. Na pewno redaktor Adam Michnik ma większą wolność słowa niż pracujący u niego Paweł Wroński. Istnieje jednak w realnych demokracjach pluralizm mediów, który ma miejsce również w Polsce. Oznacza on w pewnym sensie pluralizm kryteriów selekcji obowiązujących w każdym z nich. Kryterium selekcji, czyli cenzury, można paradoksalnie powiedzieć.

Mamy dziś w Polsce monopol władzy jednej partii. Sukces ten Platforma Obywatelska w dużej mierze zawdzięcza popierającym ją mediom.
– Media popierające rząd są w oczywistej większości. Kadry w tych mediach w znacznym stopniu przetrwały od 1989 roku. One nadal siłą rzeczy popierają środowiska postkomunistyczne, gdyż kiedyś im służyły. Kierują się poczuciem wspólnoty interesów. Często w grę wchodzą również interesy ekonomiczne. A poprawność polityczna jest oczywiście pewną częścią cenzury, pewnym jej uzupełnieniem, ale tylko uzupełnieniem. Nawet te nieliczne media, które nie są podporządkowane środowiskom postkomunistycznym, stosują selekcję informacji i nie ma w tym nic złego. Narzucają to bowiem mechanizmy funkcjonującego w dzisiejszym świecie systemu medialnego.

Jakie mechanizmy ma Pan na myśli?
– Pierwszym z uwarunkowań jest ograniczona pojemność przekazu medialnego, np. liczba stron w gazecie, ilość czasu antenowego itd. Z tego też powodu dziennikarze, starający się przeciwstawić selektywnemu obrazowi rzeczywistości kreowanemu przez media postkomunistyczne, muszą siłą rzeczy wypełniać tylko luki pozostawione przez media, w opozycji do których się znajdują. Zmuszeni są zatem używać tego samego oręża co przeciwnik, bo inaczej nie mieliby szans w walce z nim. Przekazanie wszystkich informacji bez ich selekcji nie jest możliwe. Szkopuł polega na skoncentrowaniu się na tym, co przemilczał przeciwnik, czyli w dzisiejszej sytuacji media postkomunistyczne. Jeśliby nałożyć te dwa niepełne obrazy rzeczywistości (ja określam je trochę ironicznie jako „matriksy”), to wtedy uzyskamy pełniejszy i prawdziwszy obraz rzeczywistości.

W czym można upatrywać szansy dla niezależnych mediów?
– Największa szansa dla nielicznych mediów, które obecnie reprezentują krytyczny sposób patrzenia na poczynania władzy, pojawia się dopiero w warunkach pewnej symetrii wpływów, jaka panuje w obrębie czwartej władzy chociażby w Stanach Zjednoczonych lub w Wielkiej Brytanii. Występuje tam względna równowaga pomiędzy mediami, na które równe wpływy mają główne, rywalizujące ze sobą nurty polityczne.

Platforma Obywatelska praktycznie podporządkowała już sobie media publiczne.
– Doszedłem do wniosku, że prawdziwą władzą jest w gruncie rzeczy władza nieformalna, sprawowana przez media. Tyle tylko, że nie posiada ona oczywiście ani takich instrumentów, ani takiej mocy, żeby jej oddziaływanie na masowego odbiorcę było natychmiastowe. Jej wpływ może być tylko długofalowy. Jeśli zaś chodzi o obecne przepychanki o media publiczne, to partia rządząca chce umocnić w nich swoje wpływy. Media te próbują być wprawdzie obiektywne, ale dla PO bezstronność mediów publicznych świadczy o ich stronniczości na rzecz PiS.

Przytłaczająca większość społeczeństwa nic nie wie o sposobie funkcjonowania mediów, jednocześnie bezkrytycznie im ufa.
– Ufają im, gdyż nie istnieje żadne inne źródło informacji świecie. 99 procent informacji otrzymujemy z mediów lub od innych ludzi, którzy czerpią je również z tego źródła. Nasza percepcja zmysłowa dostarcza nam tylko tyle, ile znajdujemy w zasięgu naszych zmysłów. Samodzielne analizowanie otrzymanych z mediów informacji i wyciąganie wniosków, zestawianie ich ze sobą i poddawanie krytycznej ocenie to zdolność, którą dysponuje niestety niewielka część populacji ludzkiej. Tego dowodzą badania naukowe. Znaczna część opinii publicznej jest bezbronna wobec tej manipulacji.

Czy można powiedzieć, że manipulacja to doskonalsza forma cenzury?
– Cenzura nie polega na zastępowaniu prawdy kłamstwem. Ona zmieniła swoją postać. Cenzura prawdę tę szatkuje i z prawd cząstkowych buduje prawdę selektywną, która jest fałszywym obrazem rzeczywistości. Prawda selektywna również wprowadza odbiorcę w błąd. Jest trudna do zwalczania, ponieważ nie można podważyć żadnego z jej elementów, wskazując na to, że jest on kłamstwem. Składa się ona bowiem z prawd cząstkowych, tyle że w odpowiedni sposób wyselekcjonowanych i połączonych w całość.

Czy w najbliższym czasie istnieje jakaś szansa na większą równowagę na rynku medialnym w Polsce?
– Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Wciąż utrzymuje się dominacja środowisk postkomunistycznych, czego oczywiście – z historycznych powodów – nie ma w mediach krajów zachodnich, gdzie komunizm nigdy nie panował. I mimo że następuje zmiana generacyjna, to jednak narybek dziennikarski przeplata się z tymi, którzy wciąż jeszcze pracują i przekazują młodszym kolegom swoje sympatie, sposób ocen, interpretacji itd. Testem na dojrzałość i na autentyczność demokracji w danym państwie są właśnie media działające w jego obrębie. W Polsce ciężko mówić o prawdziwej demokracji, ponieważ ta asymetria wpływów różnych ugrupowań na media jest zbyt daleko posunięta. Czy to się kiedyś zmieni? Jestem optymistą, ale uważam, że może to bardzo długo potrwać. Istnieje jednak pewna szansa, jeżeli główna partia opozycyjna – Prawo i Sprawiedliwość, wygra przyszłoroczne wybory. Będzie to trudne za względu na obecną politykę prowadzoną przez większość mediów. Ale nawet w nich dochodzi czasem do dezorientacji i zaprzestania manipulacji, kiedy wydarzy się coś zupełnie nieprzewidywalnego. [Nie podzielamy zapatrywać p. Strzyżewskiego na PiS i jego dobroczynny wpływ na obiektywizm polskojęzycznych mediów. – admin]

Tak jak to było po katastrofie smoleńskiej, kiedy główne media na jakiś czas zaniemówiły.
– To tragiczne wydarzenie obnażyło mechanizmy i metody ich działania. Również politycy powinni wskazywać na sposób funkcjonowania mediów postkomunistycznych. Jest to jednak niesłychanie trudne, ponieważ żeby byli słyszani przez społeczeństwo, muszą zabierać głos również w tych mediach, a one za wszelką cenę będą starały się nie dopuścić do prób demaskowania manipulacji.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik, 24.07.2010.

Posted in Me(r)dia | 2 Komentarze »

Koalicja przeciw Radiu Maryja

Posted by Marucha w dniu 2010-07-25 (Niedziela)

Nowy członek KRRiT, Stefan Pastuszka z PSL, jest zwolennikiem odebrania Radiu Maryja statusu nadawcy społecznego. Takie zachowanie krytykuje senator PiS Stanisław Kogut, który wczoraj w wypowiedzi dla „Aktualności dnia” toruńskiej rozgłośni podkreślił, że istniejącej medialnej koalicji PO – SLD – PSL nie podoba się Radio Maryja, bo „mówi prawdę i staje w obronie RP oraz ludzi świata pracy”.

Jak zaznacza senator Kogut, wypowiedzi nowego członka Rady świadczą o jego skrajnym partyjniactwie. Przypomina, że Pastuszka to działacz byłego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Jego enuncjacje zaskoczyły senatorów PiS.

– Pan Pastuszka stwierdził, że nie ma już instytucji nadawcy społecznego, że ona upadła, ale chyba zapomniał, że wiele instytucji ma status takiego nadawcy, a należą do nich rozgłośnie akademickie czy studenckie, a także rozgłośnie parafialne – mówił senator Kogut. Pastuszka jest zwolennikiem likwidacji takiego statusu. Pytania w tej sprawie zadawali mu senatorowie PiS. Według senatora Koguta, polityk PSL odpowiedział, że rozgłośnie akademickie rzeczywiście mają taki status, ale wobec Radia Maryja istnieją „jakieś zastrzeżenia, są jakieś formalne względy”.

Senatorowie dopytywali się polityka PSL, o jakie „względy” chodzi. – Przecież status taki ma rozgłośnia, która nie uzyskuje pieniędzy z reklam i ich nie emituje. Radio Maryja nie pobiera pieniędzy z reklam. I nalegaliśmy na odpowiedź, bo sprawa ma dotyczyć też TV Trwam, która ma rzekomo z góry ustalony program, a według pana Pastuszki powinien być „pluralizm” – zaznaczył senator Kogut. – Przecież w Telewizji Trwam bywali nie tylko przedstawiciele PiS, ale też PSL i PO. Odpowiedzi pana Pastuszki były jednak wymijające – kontynuował.

Odebranie takiego statusu miałoby daleko idące konsekwencje, bo oznaczałoby konieczność uiszczania przez Radio Maryja wielomilionowej opłaty koncesyjnej. Kogut podkreślił, że upartyjnianie publicznych mediów trwa w najlepsze. – Już nastąpił podział, według którego „Jedynkę przejmuje PO, Dwójkę SLD, a Trójkę, programy regionalne – PSL”. Dodał, że przejęcie mediów to m.in. kontrolowanie środków z reklam, a są to ogromne pieniądze, rzędu 6 mld złotych. – Zawłaszczanie instytucji państwa nastąpiło zaraz po tragedii smoleńskiej – skwitował Kogut.

Paweł Tunia, Nasz Dziennik

Admin nic a nic nie boi się o losy Radia Maryja, TV Trwam i Naszego Dziennika. Instytucje te są, jak wiadomo, w rękach Żydów i masonerii, a kieruje nimi Żyd i mason, o. Tadeusz Rydzyk. Czy Żydzi i masoneria dopuszczą do tego, aby ich protegowanym stała się krzywda?
Przeciwnie, możemy doczekać się raczej ustawy zobowiązującej rząd do corocznego dofinansowywania mediów toruńskich znaczną kwotą.

Posted in Kościół, Me(r)dia | 29 Komentarzy »

Nadzieja w łupkach

Posted by Marucha w dniu 2010-07-25 (Niedziela)

Gaz ze skalnych łupków stał się nową polską nadzieją. Jego złoża na naszym terenie są różnie szacowane. Te najbardziej optymistyczne mówią o wielkich możliwościach i dużym bogactwie. Te bardziej pesymistyczne nie wróżą żadnych rewelacji. Ale faktem jest, że w USA opracowano technologię do jego wydobywania. Kilka firm zza oceanu wykupiło koncesje w Polsce, a jedna z nich już rozpoczęła próbne odwierty. To wszystko sporo kosztuje. A amerykańskie przedsiębiorstwa nie szastają pieniędzmi na marne. Coś więc musi być na rzeczy!

Gaz łupkowy, czyli jaki?

Jest to taki sam gaz ziemny, jaki na co dzień zużywamy w naszych domach czy w przemyśle. Różnica polega na sposobie wydobycia. Dotychczasowe sposoby polegały na dowiercaniu się do naturalnie powstałych zbiorników gazu, na tyle dużych, że ich wydobycie jest opłacalne. Natomiast w otoczeniu skał łupkowych występuje bardzo dużo gazu, ale rozproszonego w licznych szczelinach. Z uwagi na to rozproszenie jego wydobycie metodą prostych odwiertów nie przynosi efektów.

W ostatniej dekadzie kilka małych firm amerykańskich wspieranych finansowo przez rząd w Waszyngtonie, metodą prób i błędów, wypracowało sposób wysysania gazu z warstw skał łupkowych. Jest to tzw. szczelinowanie hydrauliczne. Najpierw dokonuje się odwiertu pionowego na głębokość 1-3 km w głąb. Tam robi się kolejny kanał, ale już poziomy. Dokonuje się w nim mikrowybuchów, które tworzą pierwsze szczeliny. Następnie w nie wpompowuje się pod dużym ciśnieniem płyn, który w 99,5 proc. składa się z wody i piasku. Pozostałą część stanowią chemikalia, których rodzaj jest tajemnicą wynalazców. Ten płyn poszerza sieć kanalików w skale, często nawet o średnicy 1 mm, przez które wypływa gaz. Zbiera się on w głównym kanale i stamtąd wydobywany jest na powierzchnię.

Amerykanie prowadzone badania i ich efekty trzymali w tajemnicy przez lata. Wiadomo, że przełom nastąpił w okresie 2006-2007. Wtedy w USA zaczęto wydobywać gaz tą metodą na skalę przemysłową. W 2008 r. z rozproszonych złóż w skałach łupkowych pozyskano 43 mld sześcienne gazu. Władze w Waszyngtonie planują, że w ciągu 10 najbliższych lat będzie się z tego źródła pozyskiwać 129 mld sześciennych rocznie.

W Estonii wydobywa się w ten sposób ropę naftową, która też występuje w łupkach.

Polska gazowym eldorado?

O tych osiągnięciach świat oficjalnie dowiedział się dopiero jakieś pół roku temu. Wtedy okazało się, że kilkanaście dużych firm zza oceanu wykupiło już w Polsce koncesje na badanie i wydobycie gazu tą metodą. [Starsi, mądrzejsi i bardziej przedsiębiorczy mogli wykupić koncesje dużo wcześniej, niż „świat” się dowiedział o polskich złożach. – admin]

Według najbardziej optymistycznych szacunków amerykańskich na naszym terytorium ma być nawet 3 bln m3 gazu. To byłoby dokładnie tyle ile wynoszą obecne konwencjonalne zapasy gazu w Iraku. Złoża ciągną się szerokim pasem od Pomorza Gdańskiego przez północne i wschodnie Mazowsze, północną Lubelszczyznę, aż po granicę z Ukrainą.

Polscy geolodzy, którzy dobrze znają strukturę skał występującą na tych obszarach twierdzą, że gazu może być tylko 10 proc. tego, o czym mówią Amerykanie. I nie jest pewne, czy takie wielkości będzie się opłacało wydobywać nawet tą nową technologią.

Ale nabywcy koncesji nie czekają. W okolicach Gdańska, gdzie mają być największe złoża, już rozpoczęto pierwsze próbne odwierty. Podobne badania firmy te prowadzą na terenie Ukrainy, Węgier i Rumunii. A to kosztuje. Skoro podejmuje się ryzyko finansowania próbnych odwiertów nadzieje na pozytywny efekt muszą być duże.

Problemy nie tylko ze środowiskiem

Takie próby przeprowadzono już w południowej Szwecji. Koncern Shell dokonał odwiertów i oświadczył, że pozwolą one zaspokoić potrzeby na energię tego kraju przez 10 lat. Plany wydobycia spotkały się z protestem ze strony koalicji miejscowych socjaldemokratów i zielonych. Zapowiedzieli oni oficjalnie, że jeśli wygrają najbliższe wybory nie dopuszczą do wydobycia gazu z łupków.

Temat ten pojawił się też w kampanii prezydenckiej w Polsce. Podczas spotkania wyborczego w Londynie Bronisław Komorowski powiedział, że wydobywanie tą metodą gazu prowadzić będzie do olbrzymiej degradacji środowiska, porównywalnej z kopalniami odkrywkowymi np. węgla brunatnego.

Marszałek Sejmu pomylił się w ocenie, ale rzeczywiście pewne zagrożenie dla środowiska może występować. Chodzi o skażenie wód głębinowych. Płyn używany w technologii eksploatacji gazu z łupków składa się nie tylko z naturalnych elementów, jak woda i piasek, ale też z chemikaliów. Ich skład nie jest znany. Biorąc pod uwagę, że są one wpompowywane w odwierty na głębokości 1 do 3 km w głąb, istnieje realne ryzyko, że mogą one dostać się do systemu wód i je skazić.

Ewentualne nowe źródła surowców energetycznych zagrażają różnym interesom. W tym też opłacalności takich inwestycji, jak np. Gazociąg Północny. Argument ochrony środowiska może więc być poważnym narzędziem, prawdziwym lub wydumanym, powstrzymującym zastosowanie amerykańskiego wynalazku na większą skalę. Tym bardziej, że ekologia w Unii Europejskiej często jest podnoszona wręcz do rangi drugiej religii.

Trzeba kilku lat, aby zaplanowane odwierty zostały zrealizowane, a ich wyniki pozwoliły zweryfikować szacunki i zwykłe spekulacje. Ale jeśli nawet najbardziej wstrzemięźliwe przewidywania się potwierdzą, co jest prawdopodobne, przed Polską otwiera się duża szansa. [Szansa na bycie po raz kolejny okradzioną ze swych bogactw? – admin] Tym bardziej, że koncesje posiadają także duże polskie firmy kontrolowane przez państwo: PKN Orlen i PGNiG. Ta ostatnia na poszukiwania przeznaczyła w swoim budżecie 100 mln zł. Stwarza to realne możliwości, abyśmy w tej sprawie nie byli skazani tylko na opinie zewnętrzne.

Nasze przedsiębiorstwa mogą np. w kooperacji z amerykańskimi, które posiadają odpowiednie technologie, prowadzić wydobycie [Kooperacja, czyli 95% zysków dla firm amerykańskich, zwolnionych zresztą z podatków? – admin].

Ze skał łupkowych można też odzyskiwać ropę naftową, co pokazuje przykład estoński. A jak wiadomo takie złoża u nas również istnieją. Potrzebna jest dobra wola polityczna i zdecydowane działanie państwa. A bardzo szybko okaże się, że Polska to ciągle kraj dużych możliwości [Dla „międzynarodowych” złodziei. – admin]

Bogusław Kowalski
Artykuł ukazał się w tygodniku katolickim „Niedziela” nr 26/2010

Posted in Gospodarka | 4 Komentarze »