Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    błękitnyocean o Najbogatszy człowiek na ś…
    Olo o Marokańczycy uczcili zwycięstw…
    Olo o Generał Surowikin radykalnie z…
    Olo o Wygląda na to, że Rosja nie bę…
    bryś o Marokańczycy uczcili zwycięstw…
    bryś o Generał Surowikin radykalnie z…
    revers o Wolne tematy (83 – …
    NC o Polska dla Polaków
    Szczepan Zbigniewski o «Batalion Monako»
    niepostepowyoszolom o Generał Surowikin radykalnie z…
    minka o Wolne tematy (83 – …
    Szczepan Zbigniewski o «Batalion Monako»
    ats42 o Najbogatszy człowiek na ś…
    Szczepan Zbigniewski o Wolne tematy (83 – …
    Zorard o Najbogatszy człowiek na ś…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 625 obserwujących.

Niemcy i Grecja – ucieczka z eurolandu?

Posted by Marucha w dniu 2010-08-01 (Niedziela)

„…żeby wejść do strefy euro, kraj kandydat musiał przestrzegać rygorystycznych ograniczeń (dzisiaj określanych mianem kryteriów konwergencji), czyli ni mniej, ni więcej, tylko zsynchronizować swoją gospodarkę z gospodarką niemiecką.
(…) Pęknięcia na nieskazitelnej, wydawać by się mogło, idei euro zaczynają się dziś przenosić na sferę zarówno gospodarczą, jak i polityczną. Przede wszystkim zaś pokazują, że mimo precyzyjnie ustalonych kryteriów konwergencji nie da się przezwyciężyć rozbieżności w warstwie historycznej i geograficznej kontynentu”.

“Gazeta Bankowa” opublikowała analizę autorstwa Marko Papic, Robert Reinfrank, Peter Zeihan – zespołu analityków Stratfor – prywatnej agencji wywiadowczej założonej przez George’a Friedmana, wybitnego ekonomisty, laureata Nagrody Nobla. Przedstawia ona amerykański punkt widzenia na problemy europejskiej unii walutowej.

„Tuzy świata finansów od jakiegoś czasu sugerują, że pierwszy ze strefy euro wyjdzie sfrustrowany kryzysem Berlin, zaś podczas ostatniego spotkania przywódców europejskich prezydent Nicolas Sarkozy użył wręcz szantażu, że Francja opuści strefę, jeśli Niemcy nie pomogą Grecji.

Tymczasem wielu niemieckich przywódców z Angelą Merkel na czele coraz głośniej wzywa do wypracowania w eurolandzie takiego mechanizmu, który pozwoli wyrzucić za burtę Grecję czy jakikolwiek inny kraj członkowski, jeśli będzie nadmiernie zadłużony, a jego gospodarka pozostanie niekonkurencyjna. Wszystko po to, żeby pozostali członkowie strefy euro nie płacili za rozrzutność niewdzięczników i ich nieuzasadnione wydatki. I tak gorącym tematem stały się dzisiaj plotki, porady, groźby, sugestie i informacje “z pierwszej ręki”, których motywem przewodnim jest opuszczenie strefy euro – albo przymusowe przez Greków, albo dobrowolne przez Niemców. Ale pozostaje fundamentalne pytanie: czy o takiej ewentualności możemy w ogóle rozmawiać?

Geografia unii walutowej

Naszym zdaniem we wszystkich dyskusjach o przyszłości euro brakuje argumentu politycznych podstaw utworzenia tej waluty. To prawda, że argumenty dotyczące fundamentów gospodarczych papierowego pieniądza są ogromnie istotne, ale działalność handlowa opiera się na walutach, których wartością są również decyzje polityczne. A to oznacza, że rząd musi być zdolny do wykorzystania papierowego pieniądza przy rozliczaniu zadłużenia, zaś odmowa przyjęcia waluty jako formy rozliczenia w handlu w ramach ograniczeń prawnych powinna być i jest karalna.

Bezspornie obecne kłopoty z euro polegają na tym, że silna waluta nie zawsze odpowiada geografii gospodarek europejskich. Strefa euro ma jeden bank centralny, który prowadzi jedną – spójną – politykę pieniężną, bez względu na to, czy dotyczy państwa w południowej, czy północnej części kontynentu. I tu właśnie jest pies pogrzebany: euro nie przystaje do europejskiej geografii. Europa jest pod względem wielkości obszaru przedostatnim (po Australii) kontynentem na planecie, ale już pod względem liczby państw wchodzących w jej skład zajmuje pozycję wicelidera (po Azji). I nie jest tak przez przypadek, gdyż mnogość europejskich półwyspów, łańcuchów górskich, większych i mniejszych wysp pozwala na zachowanie nawet najsłabszych organów państwowych.

Pomimo tak ogromnej różnorodności, naturalne cechy geograficzne kontynentu – żeglowne rzeki, wybrzeża sprzyjające powstawianiu portów – umożliwiały i umożliwiają łatwy przepływ towarów i idei, jak Europa długa i szeroka. Zachęca to do akumulacji kapitału ze względu na niskie koszty transportu. A jednocześnie daje możliwość błyskawicznego rozprzestrzeniania się nowych technologii. I w efekcie – wzrost bogactwa europejskich krajów. Faktycznie pięć z dziesięciu największych gospodarek świata to właśnie państwa europejskie – mimo ich stosunkowo niewielkiej populacji.

Kolejna rzecz – sieci europejskich rzek i mórz nie są zintegrowane, ale dzięki temu oddzielone od siebie, często małe ośrodki gospodarcze, są w stanie niezależnie generować kapitał. Aż do teraz nie ma w Europie – mimo presji integracyjnej – ośrodka, który pod tym względem przypominałby Nowy Jork. System wielu ośrodków kapitału prowadzi do zazdrosnego pilnowania tego kapitału i lokalnych, w skali kontynentu, systemów bankowych.
Przedstawiamy euro

W ostatnim czasie widać wyraźnie, że politycy strefy euro jakby zapomnieli, że inspiracją dla “ojców założycieli” europejskiej integracji były czynniki polityczne.

Przez wieki Europa była domem dla zwaśnionych państw i imperiów, a po II wojnie światowej zaczął się okres “zimnej wojny” i za bezpieczeństwo tego domu wyniszczonych narodów niemal pełną odpowiedzialność wzięły na siebie Stany Zjednoczone. Traktat z Bretton Woods pozwolił na stworzenie wespół z krajami Europy Zachodniej grupy gospodarczej, która ekonomicznie pozwoliła się podnieść tym krajom z kolan, a jednocześnie umożliwiła Stanom Zjednoczonym kontrolowanie bezpieczeństwa w tej części świata.

Integracja gospodarcza na kontynencie europejskim zaczęła nabierać sensu, zwłaszcza że współpraca tych integrujących się państw z USA nie ograniczała się tylko do gospodarki, ale także do szeroko rozumianej polityki – choćby w ramach NATO.

Kiedy w 1971 roku Stany Zjednoczone zrezygnowały z parytetu złota, decyzja ta wywołała niemal panikę w krajach Europy Zachodniej. Zmiana wymusiła konkurencyjność walut europejskich, ale nie wobec siebie, tylko przede wszystkim wobec dolara. Zjednoczenie Niemiec stało się kolejnym kamieniem milowym w integracji Europy. Stworzenie eurowaluty było elementem wielkiej próby nadania Berlinowi niezbędnych bodźców podtrzymania projektu zjednoczonej Europy.

Ale żeby Berlin i jego gospodarka mogły stać się trzonem całej idei wspólnej europejskiej walut, powstałe euro musiało być siłą rzeczy wzorowane na niemieckiej marce i “namaszczone” przez Bundesbank. I tak, żeby wejść do strefy euro, kraj kandydat musiał przestrzegać rygorystycznych ograniczeń (dzisiaj określanych mianem kryteriów konwergencji), czyli ni mniej, ni więcej, tylko zsynchronizować swoją gospodarkę z gospodarką niemiecką. Owe kryteria to deficyt budżetowy na poziomie poniżej 3 proc. PKB, poziom długu publicznego poniżej 60 proc. PKB, zaś inflacja nie może przekroczyć 1,5 punktu procentowego średniej z trzech krajów unijnych, których inflacja oscylowała wokół najniższego wskaźnika rocznego. No i oczywiście kraj musi przejść dwuletni okres próbny, zanim unijna waluta na stałe zagości w jego gospodarce.

Pęknięcia na nieskazitelnej, wydawać by się mogło, idei euro zaczynają się dziś przenosić na sferę zarówno gospodarczą, jak i polityczną. Przede wszystkim zaś pokazują, że mimo precyzyjnie ustalonych kryteriów konwergencji nie da się przezwyciężyć rozbieżności w warstwie historycznej i geograficznej kontynentu.

Naruszenie przez Greków paktu stabilności i zasad funkcjonowania w strefie wspólnej waluty okazały się jak na razie najpoważniejszymi, choć nie jedynymi grzechami mniej zamożnych gospodarek eurolandu. Uderzając przede wszystkim tych najsilniejszych członków strefy euro – Niemcy i Francję.

Jak wyjść z eurolandu?

Traktaty akcesyjne Unii Europejskiej zobowiązują każdy kraj członkowski – poza Danią i Wielką Brytanią, które wynegocjowały własne opt-out – do przyjęcia w pewnym momencie wspólnej waluty. Technicznie niemożliwe jest opuszczenie przez jakikolwiek kraj Unii Europejskiej, bądź nawet samej strefy euro, chyba że zgodę na to wyraziłyby wszystkie (27) kraje wspólnoty – łącznie z krajem, który głosowałby nad własnym wyrzuceniem, gdyby głosowanie odbywało się na wniosek pozostałych członków UE. Ale nawet gdyby przyjęto możliwość takiego rozwiązania, spotkałoby się to z oporem ze strony krajów kandydujących do strefy euro, szczególnie tych, w których sytuacja fiskalna może już niedługo zacząć przypominać kłopoty Aten. [Co prawda admin uważa, iż nie było jeszcze w historii ludzkości takiego traktatu, którym by sobie kiedyś ktoś ostentacyjnie d…y nie podtarł, ale widocznie UE będzie wyjątkiem i trwać będzie wiecznie. Jak Tysiącletnia Rzesza.]

Istnieje – przynajmniej teoretycznie – taka opcja, która pozwoliłaby Unii Europejskiej na techniczne wykluczenie jednego z członków, bez zerwania obowiązujących traktatów. Ale oznaczałoby to de facto stworzenie nowej Unii Europejskiej, już bez państwa naruszającego umowy. Takie manipulacje niekoniecznie wpłynęłyby destrukcyjnie na Unię Europejską jako taką – po prostu odtworzyłyby ją w granicach pomijających kraje, o które trzeba się zbyt mocno troszczyć.

Przedstawione rozwiązanie, dyskutowane przez oficjeli jak dotąd głównie w kuluarach, niesie z sobą wiele problemów, nie tyle natury gospodarczej, co politycznej. W tak bowiem “odchudzonej” strefie euro Niemcy stawałyby się jeszcze bardziej bezdyskusyjną potęgą, co nie do końca byłoby w smak pozostałym krajom członkowskim.

Mając na uwadze problemy polityczne strefy euro oceńmy dwa scenariusze “rekonstrukcji” eurolandu.

1 – Niemcy przywracają markę

Według najnowszych sondaży 47 proc. Niemców byłoby skłonnych wrócić do marki niemieckiej. I choć rządzącej koalicji udało się przeforsować grecki bailout, są poważne wątpliwości, czy Merkel byłaby w stanie przekonać kraj do kolejnych wydatków związanych z wyjściem ze strefy. Jeśli więc nie zdarzą się jakieś nieprzewidziane wstrząsy, to Niemcy zapewne będą wolały pozostać w eurolandzie ze względu na własną gospodarkę, chyba że kraj zdecydowałby się na ograniczenie strat mogących sięgnąć nawet 500 mld euro, co w przybliżeniu jest wartością niemieckiego wsparcia dla długów innych krajów członkowskich.

Co więcej, podczas gdy Niemcy zawsze mogły polegać na decyzjach EBC, mogłyby złamać swoje zasady i rozpocząć politykę zakupu długu od pogrążonych w kryzysie rządów z wyemitowanych dodatkowo pieniędzy. Reszta strefy euro oraz same Niemcy zapłaciłyby za to osłabieniem wspólnej waluty. Oznaczałoby to znaczne pogorszenie się sytuacji, a przecież Niemcy będąc w strefie euro odnoszą znaczne korzyści ekonomiczne – ze względu na wielkość swojej gospodarki.

Sąsiedzi tego kraju nie są w stanie osłabić niemieckiego eksportu, któremu towarzyszyłaby deprecjacja waluty. Tym bardziej, że od momentu wprowadzenia euro w pozostałych krajach strefy jednostkowe koszty pracy zwiększyły się w stosunku do niemieckich o 25 proc., co jeszcze bardziej umocniło konkurencyjność niemieckiej gospodarki.

Zanim jednak rząd niemiecki zdecydowałby się na przywrócenie marki, kraj musiałby najpierw przywrócić Bundesbank, wycofać swoje rezerwy z Europejskiego Banku Centralnego, wydrukować własną walutę i renominować własne aktywa i pasywa – na marki. I choć proces wydaje się skomplikowany, Niemcy mogłyby przywrócić markę znacznie łatwiej, niż wydaje się to pozostałym członkom strefy euro.

Niemcy mają możliwość ponownego nominowania swoich długów na markę za pośrednictwem swapów obligacji. Uczestnicy rynku zaakceptowaliby te zmiany z tego powodu, że podniesiona z martwych marka cieszyłaby się większym zaufaniem rynku niż euro wspierane przez pozostałe w strefie kraje. I w końcu dla Berlina – jeśli sytuacja będzie się rozwijać w obecny sposób – daleko rozsądniejsze wydaje się przywrócenie marki, niż pozostawanie w strefie i finansowe wspieranie jej istnienia.

2 – Grecja opuszcza strefę euro

Jeśli Ateny byłyby w stanie kontrolować swoją politykę pieniężną, to teoretycznie byłyby również zdolne do rozwiązania dwóch głównych problemów, z którymi boryka się grecka gospodarka.

Po pierwsze, Ateny byłby w stanie w znacznym stopniu złagodzić problemy finansowe, gdyby bank centralny mógł dodrukować pieniądze i zająć się długiem publicznym z pominięciem rynków kredytowych.

Po drugie, przywrócenie drachmy spowodowałoby stymulowanie popytu zewnętrznego na towary i usługi eksportowane przez Grecję, co w konsekwencji przełożyłoby się na pobudzenie wzrostu gospodarczego. W efekcie Grecy mogliby uniknąć bolesnej “wewnętrznej dewaluacji” euro przy pomocy programów oszczędnościowych, do których przymusiły kraj Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unia Europejska – uzależniając od niej pomoc udzieloną temu krajowi.

Jeśliby Ateny zdecydowały się przywrócić walutę narodową, a co za tym idzie odzyskać kontrolę nad polityką monetarną, rząd musiałby najpierw odzyskać pełną kontrolę nad jej obiegiem, a wcześniej nad przepływem euro w greckiej gospodarce.

Pierwszym problemem jest jednak to, że nikt nie będzie chciał nowej waluty, głównie dlatego, że byłoby oczywiste, iż rząd będzie chciał jedynie przywrócenia waluty – nawet jeśli na rynkach międzynarodowych pozostałaby niedoceniana.

W przeciwieństwie do członkostwa w strefie euro, gdzie uzasadnione wydaje się korzystanie z silnej i stabilnej waluty przy względnie niskich stopach procentowych, co umożliwia transakcje na międzynarodowych rynkach, dezeuroizacja nie oferowałaby takich zachęt dla uczestników rynku.

Drachma nie przechowywałaby wartości, zważywszy że musiałaby znacznie na niej stracić już przez samo jej przywrócenie. Nowo-stary pieniądz byłby dopuszczony do obiegu jedynie w Grecji, ale nawet tam – nie wspominając pozostałych części świata – drachma nie byłaby w pełni akceptowana. Ta sytuacja trwałaby z pewnością kilka lat. Ze względów politycznych po zmianie waluty rząd musiałby utrzymywać ją w obiegu siłą, przy pomocy instrumentów zmuszających uczestników życia gospodarczego do przesiadki z euro. Co więcej, celem rządu nie stałoby się denominowanie aktywów na drachmy, lecz pozyskanie wystarczająco dużego fragmentu aktywów w gospodarce, aby wymusić korzystanie ze starej waluty.

Cała operacja skończyłaby się z pewnością koniecznością kontrolowania kapitału, a być może również zamykaniem banków w Grecji. Nie można wykluczyć kolejnego użycia siły fizycznej, które zapobiegłoby rozruchom na ulicach największych greckich miast – daleko większym niż te, z którymi Grecy borykali się ostatnio. Nikt zresztą tak naprawdę nie spodziewa się, że rząd grecki zdecyduje się na taki ruch, gdyż jakakolwiek oznaka próby realizacji takiego pomysłu skończyłaby się katastrofą – wycofaniem oszczędności ze wszystkich instytucji, które byłyby zagrożone ewentualną zmianą waluty. Podobnie zareagowaliby również zagraniczni inwestorzy, wycofując swój kapitał z greckiej gospodarki.

Realistycznie rzecz biorąc jedynym sposobem, aby przejść przez obecny kryzys bez widocznego uszkodzenia greckiej gospodarki i zniszczenia tkanki społecznej jest skoordynowanie działań z organizacjami zapewniającymi pomoc, ale również nadzór nad gospodarką. Chodzi o MFW i EBC, które mogłyby pomóc Grecji w zapanowaniu nad chaosem okresu przejściowego. Pomóc mogłyby również inne gospodarki krajów strefy euro, które dla ratowania euro gotowe byłyby wspierać greckie reformy tylko po to, aby uciec od obowiązku spłacania greckiego zadłużenia.

Europejski dylemat

Kryzys europejski zasługuje dzisiaj w pełni na miano węzła gordyjskiego. Z jednej strony widać wyraźnie, że euro nie da się uratować bez iście herkulesowego zaangażowania krajów Południa i niepopularnych reform w tych państwach. Kraje bogatej Północy również będą zmuszone do podejmowania niepopularnych decyzji – społeczeństwom trzeba wytłumaczyć, dlaczego ich pieniądze idą na pomoc do krajów dotychczas niefrasobliwych fiskalnie. Z drugiej strony koszty wyjścia ze strefy euro, szczególnie w czasie globalnego kryzysu w finansach, stanowią całkiem realne zagrożenie wywołania jeszcze większego kryzysu.

Przebudowanie strefy euro – pomniejszonej o któregokolwiek z członków – przy obecnie połączonych siecią wzajemnych relacji gospodarkach wydaje się niemożliwe. Niezależnie od tego, że koszty takiej operacji byłyby niewyobrażalnie wysokie”.

Opr. j.s., mp.info
Źródło: Gazeta Bankowa, za: gazeta.pl
Skopiowane z portalu Myśli Polskiej.

Komentarzy 9 do “Niemcy i Grecja – ucieczka z eurolandu?”

  1. Biscoter said

    Dodajmy, że wymiana waluty wiąże się z grabieżą na ludności cywilnej i wzrostem przychodów do budżetu, co zadłużonym po uszy Niemcom i splajtowanym Grekom może być na rękę.

  2. Podpowiem fachowcom że noblistą był nieboszczyk Milton, a George to autor m.in. „The next hundred years”, politruk z CIA, a nie ekonom. I to by było na tyle a propos pojęcia o wyobrażeniach.
    go
    Ujjj, i ten straszny błąd autora w ogóle unieważnia cały artykuł… – admin

  3. desperado said

    Niemiecki plan „mitteleuropa” stworzony w zrębach jeszcze przez Bismarcka ,miał za zadanie takie pokierowanie działaniami na arenach międzynarodowych,aby bez strat ludzkich i niepotrzebnej strzelaniny sterować wszystkimi państwami europejskimi,co zresztą obecnie doskonale widać na przykładzie Polski.Jak pisuje doskonały felietonista pan Stanisław Michalkiewicz jest to ręczne sterowanie za pomocą tubylczych mężyków stanu wiszących na garnuszku u Angeli i Władimira.Cały obszar obecnej Polski ma być pozbawiony jakiegokolwiek przemysłu konkurencyjnego względem gospodarki niemieckiej a polski pracownik ma być uzupełnieniem ewentualnych braków kadrowych w krajach wyższego kapitalizmu.Tak to właśnie PO odwdzięcza się za poparcie we wszystkich możliwych mediach,że powoli acz systematycznie wykończy to co jeszcze zostało z polskiej gospodarki,co większe kęski wyprzedając zainteresowanym kontrahentom zza Odry lub likwidując co ma być zlikwidowane,jak czyni się to obecnie na przykład z Wojskiem Polskim.Podziwiać należy wielosetletnią niemiecką konsekwencję dominacji w Europie,okupioną morzem krwii i przegranych wojen,ale widać wyszło,że się opłaca.

  4. Vislava said

    „Podziwiać należy wielosetletnią niemiecką konsekwencję dominacji w Europie,okupioną morzem krwii i przegranych wojen,ale widać wyszło,że się opłaca.
    ******************

    Jest takie angielskie powiedzenie: „It’s not over until fat lady sings.”

    W dosłownym tłumaczeniu znaczy: „Nic nie zostało zdecydowane jeszcze, aż tłusta kobieta zacznie śpiewac.” 🙂

    W praktycznym języku oznacza to, że nic nie jest zdecydowane, aż jest zdecydowane, a najczęściej nic nigdy nie jest zdecydowane w sposob ostateczny.

    W moim nieskromnym mniemaniu jest to też pochwała tłustych kobiet, ktore czesto są bardziej odporne na życie niż wychudzone kobiety, cierpiące na kompleksy i anoreksję.
    Mogę mylic się, ale myslę, że o to chodzi w tym powiedzeniu :-)))

  5. Andrzej 101 said

    A i nasz barak już też zbankrutował. Tak to żydowska unia dobija kolejne baraki..
    http://www.monitorekonomiczny.pl/s17/Artyku%C5%82y/a119/WA%C5%BBNE_Bankructwo_Polski.html

  6. Marslim said

    Powinny obowiązywać w każdym kraju EU jednocześnie obie waluty – € i waluta danego kraju. Nie było by wtedy problemów.

  7. aga said

    http://komixxy.pl/203244/Zniewazenie-ministrow

  8. Cham Wiejski said

    Komiks wymaga uzupełnienia.
    Połowa to debile. Druga połowa to agentura.

  9. j said

    A moze dla naszej Polski zamiast scenariusza geckiego – scenariusz argentynski?
    ________________________

    Argentyński CUD ekonomiczny

    To było kilka lat temu, kiedy korporacyjne telewizje pokazywały straszną sytuację w Argentynie – państwie o burzliwej przeszłości aczkolwiek do czasu wprowadzenia ekonomii globalnej nieźle dającym sobie radę. Tłumy protestujących na ulicach, żołnierze strzelający do tych tłumów. Dymy, petardy, ogień i bezrobocie, które przekroczyło 22%. Argentyna w roku 2001 znalazła się na dnie przepaści, z której, według zachodnich ekonomistów, nie było już wyjścia. Globaliści, przemysłowcy i bankierzy masowo opuszczali kraj zabierając co jeszcze tylko było można. Media dostały nakaz, aby zapomnieć o tym kraju i o jego istnieniu. Argentyna walczy i zwycięża – korporacyjne media nie mogą dopuścić byście się Państwo o tym dowiedzieli.

    W grudniu 2001 roku Argentyna znalazła się w dole ekonomicznym, do którego została zepchnięta przez elity i globalizm. Banki przestały wypłacać pieniądze. Ekonomii kraju nikt nie był już w stanie kontrolować. Sprawujący wcześniej władzę, prezydent Carlos Menem, przemysłowiec wybrany na swój urząd w roku 1989, obiecywał Argentyńczykom piękne kobiety i samochody Ferrari. Od kuchni zaś wyprzedawał gospodarkę państwa w obce ręce po śmiesznych cenach. Pożyczał ogromne sumy pieniędzy z Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Mieszkańcy Argentyny, która dzięki pożyczonym pieniądzom znalazła się w stanie bezprecedensowego rozkwitu, wiwatowali na cześć swojego prezydenta i ogłosili go geniuszem wolnego rynku.

    Sielanka sie skończyła, gdy trzeba było zacząć zwracać pożyczone pieniądze. W roku 2001 produkt narodowy zmniejszył się aż o 11%. Kraj jednak nie otrzymał od Międzynarodowego Funduszu Walutowego żadnych dodatkowych pieniędzy, ani żadnych konkretnych rad.

    GDY LAŁA SIĘ KREW

    Historia Argentyny pełna jest nieudanych powstań, zrywów, protestów i wojen. Pełna jest także biedy mas i niewyobrażalnego bogactwa grupki wybranych. Pełna jest korupcji, straszliwych tortur i faszystowskich kazamatów. Jednak pod koniec lat 90. XX wieku oniemiał cały świat. To, co działo się na ulicach Argentyny było ostrzeżeniem i przepowiednią dla zwolenników globalnej ekonomii.

    Prywatnie dziennikarze zastanawiali się jak to możliwe, że można zniszczyć całe państwo w tak krótkim czasie. Jak to możliwe, że nikt tego nie zauważył i nie zaradził. Takie pytania krążyły w internecie i w prywatnych rozmowach. Na stronach gazet i w dziennikach telewizyjnych goniono za sensacją i bredzono coś o nieodpowiedzialności fiskalnej na skalę państwa. Winą obarczono bardzo szybko przeciętnych Argentyńczyków i nowego prezydenta Argentyny, De la Rua.

    W roku 1999, kiedy De la Rua został wybrany na prezydenta, a kraj znajdował się już w 3-letniej recesji, szczekaczka CNN ogłaszała, że Menem nie został wybrany dlatego, ponieważ według konstytucji nie mógł startować w wyborach po raz trzeci. Menem zapowiedział jednak, że wystartuje w wyborach w roku 2003. Menem należał do partii Peronistów, największej siły politycznej w Argentynie. Był silnie związany ze Stanami Zjednoczonymi, globalizmem i wolnym rynkiem.

    Nowemu prezydentowi Argentyny nie pozostawiono niemal żadnego ruchu. W dalszym ciągu władzę dzierżyli Peroniści, którzy już od samego początku atakowali swego prezydenta. De la Rua w swoich przemówieniach prosił Argentyńczyków: „Proszę Was o to byście zrozumieli jak ważna jest jedność. Chcę być prezydentem wszystkich Argentyńczyków.”

    Gdy nastąpił krach, Międzynarodowy Fundusz Walutowy pierwszy umył ręce. Jego eksperci twierdzili, ze Argentyna wydawała za dużo pieniędzy, pomimo że budżet państwa był znacznie mniejszy niż budżet USA podczas wielkiego kryzysu. Gdy ekonomiści wyśmiali takie tłumaczenie, prawnicy Międzynarodowego Funduszu Walutowego przystąpili do szturmu. Twierdzili, że Argentyna posiadała takie prawa rozdzielania pożyczek, do których fundusz musiał się dostosować, które uniemożliwiły normalne funkcjonowanie ekonomiczne. Oznacza to, że fundusz każe nam wierzyć, iż biedna Argentyna dyktowała mu warunki.

    Cały ten spektakl był nadzorowany przez elity USA. Przez ostatnich 55 lat, podczas całego istnienia Międzynarodowego Funduszu Walutowego, głos Stanów Zjednoczonych w tej organizacji był decydujący. Inne bogate kraje członkowskie z łatwością mogłyby sprzeciwić się USA w głosowaniu i wygrać. Dziwnym trafem nigdy tego nie zrobiły. Gdy jednak przyjrzymy sie bliżej MFW stwierdzimy, że tak naprawdę jest to kartel pożyczkodawców zarządzany przez amerykańskie Ministerstwo Skarbu. Nie należy się więc dziwić, że rząd USA, a za nim posłusznie amerykańskie i wreszcie zachodnie media, jednogłośnie twierdziły, że Argentyna musi być posłuszna regułom narzuconym jej przez MFW.

    EKONOMICZNA ANALIZA

    Dzisiaj wiemy już, dlaczego upadła ekonomia Argentyny – chociaż media tego nie chcą podawać. Proszę tutaj o szczególną uwagę Czytelników w Polsce. W roku 1991, Menem oparł ekonomię państwa o „wyższą” walutę, jaką był USD. Wprowadzono wymianę argentyńskiego peso na USD w stałym stosunku 1:1. Menem miał nadzieję, ze USD stanie się w ten sposób szybko walutą obiegową w Argentynie. Była to na początku niezła idea, ale wkrótce okazało się, ze wartość USD została zawyżona. Zawyżyła się także automatycznie wartość argentyńskiego peso. Zwróćmy uwagę jak funkcjonuje Euro w Polsce.

    W momencie, gdy inwestorzy zorientowali się, że wartość peso jest zawyżona, zaczęli się obawiać, że musi upaść. Dlatego zaczęli się domagać coraz wyższej stopy procentowej na wszystkim. Także na pożyczkach prywatnych i rządowych. To spowodowało powstanie ogromnego długu. Stopa procentowa została podwyższona o 40%.

    Aby utrzymać oparcie na walucie amerykańskiej, rząd Argentyny musiał w bankach posiadać odpowiednią ilość USD. W miarę pogłębiania się kryzysu rząd musiał kupować coraz więcej USD po znacznie zawyżonej cenie. Coraz więcej ludzi domagało się transakcji gotówkowych. Ten proces wepchnął Argentynę w dług wysokości 140 mld USD. W grudniu 2001 roku, rząd Argentyny obwieścił światu, że nie jest w stanie nic płacić. Argentyna została parnasem narodów.

    Aby utrzymać zawyżoną wartość peso, Międzynarodowy Fundusz Walutowy dał Argentynie ogromne pożyczki. Tylko jednego roku do skarbu państwa wpłynęło 40 mld USD, jako pakiet zorganizowany przez wiele pożyczających instytucji. Gwarantem, że te pożyczki się spłacą był jeden podstawowy wymóg – utrzymać zerowy deficyt. Czyli Argentyna musiała balansować na poziomie 100% budżetu. Podczas recesji niemożliwe jest utrzymanie 100% budżetu, poza tym wymaga to bardzo bolesnych operacji, jak cięcia budżetowe, które powodują wysokie bezrobocie, by w końcu doprowadzić do zamieszek ulicznych na wielką skalę.

    Jak ten proces wyglądał od strony zwykłego, ciężko pracującego Argentyńczyka? Na początku lat 90. namawiano Argentyńczyków do kupowania niemal wszystkiego. Prywatyzowano firmy i łączono w konglomeraty. Namawiano do budowania domów poprzez udzielanie niskoprocentowych pożyczek. Namawiano do zakładania biznesów i dawano zwalnianym ludziom pakiety wyrównawcze. Średniej klasie pokazywano luksusowe samochody i sprzedawano je na bardzo niskich przedpłatach, wysokich procentowo pożyczkach i długich terminach spłat. Media krzyczały, że przecież jest tak dobrze, że każdego na pewno będzie stać na spłatę samochodu, czy domu. Możesz to wszystko mieć już dzisiaj – spłacać będziesz później. Argentyńczycy, podobnie jak Polacy, zachłysnęli się tym dobrobytem nie wiedząc, że zastawiono na nich pułapkę. Po 40 latach biedy i wojen wreszcie to, co do tej pory oglądali na amerykańskich filmach mogli mieć w ogrodzie, czy w garażu.

    Wraz z zachodnim kapitałem napłynęli ludzie, których zadaniem było nadzorować jego przepływ. Uczyli Argentyńczyków na czym polega wolny rynek i globalna ekonomia (globalny dobrobyt). Wkrótce posiadali oni tak wielkie wpływy na struktury państwowe Argentyny, że państwo praktycznie utraciło niepodległość.

    W momencie, kiedy USD kupowano za peso w stosunku 1:1 wszystko, co wytwarzano w Argentynie a także usługi, stały się za drogie, by móc być towarem eksportowym. Całe państwo, podobnie jak Polskę i inne kraje, zaduszono. Import towarów był znacznie tańszy niż ich wytwarzanie. W ten sposób zniszczono prawie 10% dochodu narodowego.

    Masowe prywatyzacje na początku lat 90. XX wieku niemal całego majątku narodowego, za frakcje wartości rynkowej, już spowodowały bezrobocie na dużą skalę. Prywatyzowano głównie zakłady elektryczne, komunalne, telefoniczne itd. Globaliści mają doskonale opanowany ten proces. Prywatyzację zaczyna się zawsze od wybranych sektorów kluczowych. Po dokonaniu takiej prywatyzacji, sektory współpracujące stają się niedostosowane (kompatybilność struktur finansowych i zarządzania). Wtedy nie ma innego wyjścia, tylko trzeba prywatyzować spiralnie do góry wszystkie sektory gospodarki. Gdy spirala prywatyzacji kręciła się do góry, spirala zwolnień szła w dół. Na dole znajdowała się coraz większa liczba osób bez pracy i w końcu bez żadnych środków do życia.

    W skali państwa ruch spirali do góry równoważony był przez ruch do dołu. W końcu coraz więcej ludzi przestawało robić zakupy, pieniądze przestawały się kręcić. Podatki również. Argentyńscy biedacy nie płacili podatków, bo i z czego – zamiast tego zaopatrywali się w karabiny. Gdy pieniądze przestawały się kręcić, teraz juz sprywatyzowane biznesy, zwalniały coraz więcej ludzi, aby utrzymać zdolność ekonomiczną przedsiębiorstw. Te trzy wzajemnie powiązane ze sobą kryzysy (podatki, bezrobocie, zawyżona wartość waluty) spowodowały to, że rząd Argentyny zaczął błagać MFW o pomoc, lub radę. Międzynarodowy Fundusz Walutowy, po długich negocjacjach zdecydował. Argentyna jest za bardzo zadłużona. Nie możemy pomóc. Pozostawmy to państwo w stanie swobodnego spadania w otchłań. Na wielu militarnych naradach podjęto również decyzję jak odciąć Argentynę od świata zewnętrznego, gdyby przewidywane powstanie zbrojne zaczęło się przelewać przez granicę.

    Ta decyzja MFW spowodowała, że przewidując spadek wartości peso, Argentyńczycy ruszyli na banki, by wybrać swoje oszczędności. Banki zostały zamknięte, płace w wielu sektorach gospodarki wstrzymane. Zrozpaczony prezydent Argentyny ogłosił, że Argentyna przestaje spłacać swoje długi. Prasa przewidywała, że będą się tam działy dantejskie sceny, po czym przestała się sprawą interesować.

    ARGENTYŃSKI CUD

    Wydawało się, że dla Argentyny nie ma już ratunku. Szczury zaczęły opuszczać tonący okręt. Prezydent Menem wyjechał do Chile. Biznesmeni i ich międzynarodowi doradcy rozjeżdżali się do swoich krajów. Nawet drobni biznesmeni, których rodzice przyjechali do Argentyny w poszukiwaniu lepszego życia, na gwałt starali się o wizy wjazdowe do swoich rodzinnych krajów. Pozostawiano na pastwę losu całe fabryki z parkiem maszynowym – w których nie opłacało się nic produkować. Pracowników zostawiano na bruku. Pozostawiano piękne rezydencje z basenami i całe biurowce wyłożone marmurami. Ci, którzy doprowadzili do kryzysu wynosili się jak szarańcza na inne pola, które można było jeszcze objeść…………………………………

    http://wolnemedia.net/?p=1354

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: