Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

UPA to nie partyzanci, to bandyci

Posted by Marucha w dniu 2011-02-17 (Czwartek)

Rozmowa Piotra Zychowicza z „Rzeczpospolitej” z Ewą Siemaszko badaczką stosunków polsko-ukraińskich.

Czy Grzegorz Motyka powinien zasiąść w radzie IPN?
Ewa Siemaszko: Obawiam się, że to nie jest najlepsza kandydatura. Historyk ten – choć przyznaje, że UPA jest odpowiedzialna za zbrodnie na polskiej ludności cywilnej – gloryfikuje tę formację. Traktuje ją jako organizację narodowowyzwoleńczą. Taką jak Armia Krajowa.

Ale przecież ukraińscy nacjonaliści walczyli z Sowietami o niepodległość. I to do lat 60. XX wieku.
Jaka to była walka? Było to raczej ukrywanie się po lasach, które miało na celu przetrwanie. Ci ludzie nie mieli wyboru. Doskonale wiedzieli, że jeżeli NKWD ich złapie, to za swoją działalność z czasu wojny albo dostaną kulę w łeb, albo w najlepszym razie pojadą na Kołymę.

To chyba przesada. UPA nieźle dała się Sowietom we znaki.
Tylko w latach 1944 – 1945. Później NKWD szybko i skutecznie rozprawiło się z ukraińskim podziemiem nacjonalistycznym. Ci upowcy, którzy przeżyli, pochowali się w bunkrach i terroryzowali ludność cywilną. Nawet jeżeli od czasu do czasu zastrzelili jakiegoś partyjnego funkcjonariusza czy żołnierza, to tylko po to, żeby odebrać mu broń.

AK także zabijała Niemców, żeby odebrać im broń.
Ale czy Armia Krajowa miała w swoim programie ludobójstwo? Czy zamierzała zbudować jednonarodową Polskę dla Polaków? Konflikt UPA z Sowietami należy traktować jako konflikt jednego bandziora z drugim bandziorem.

Nie wiem, czy to trafne porównanie. Jeden z tych bandziorów wymordował kilkadziesiąt milionów ludzi i stworzył straszliwy system totalitarny, drugi 100 tysięcy…
Żeby być dokładnym – UPA zamordowała sto trzydzieści parę tysięcy Polaków. Porównanie ilości ofiar jest jednak mylące. Związek Sowiecki dysponował znacznie większym potencjałem. Proszę sobie wyobrazić następujący scenariusz: jakimś cudem nacjonaliści ukraińscy tworzą w wyniku II wojny światowej własne państwo. Wyobraża pan sobie, co to byłby za kraj? To byłoby takie samo nieszczęście dla Ukrainy jak powojenna okupacja sowiecka.

Przecież NKWD dopuściło się tam strasznych zbrodni.
Ale przypominam, że UPA też nie terroryzowała tylko Polaków. Oni mordowali na masową skalę także własnych rodaków. Akcje aprowizacyjne dokonywane w ukraińskich wsiach były niezwykle brutalne. Każda niesubordynacja wobec UPA kończyła się śmiercią. I to niejednokrotnie w straszliwych męczarniach. Na przykład Ukraińców, którzy pomagali Polakom czy w inny sposób sprzeciwiali się nacjonalistom, uznawano za zdrajców i zarąbywano siekierami.

A czy przypadkiem wielu tych ludzi nie zostało zabitych za kolaborację z sowieckim okupantem?
Część tak, ale większość zginęła ze znacznie błahszych powodów. Śmiercią kończyła się choćby odmowa zaopatrywania partyzantów w jedzenie. Zmierzam jednak do tego, że ideologia OUN/UPA także była ideologią totalitarną. Opartą na wzorach niemieckich. Oni mieli swojego wodza – najpierw Stepana Banderę, później Romana Szuchewycza. Radykalna ideologia tej formacji była bezwzględnie narzucana reszcie społeczeństwa. Na żadne inne siły polityczne nie było miejsca. Gdyby UPA zbudowała swoje państwo, byłaby to taka mini Trzecia Rzesza.

Trudno zaprzeczyć, metody UPA były niezwykle okrutne.
Opisy mordów dokonywanych przez tę organizację mrożą krew w żyłach. Wszystkie wymyślne tortury stosowane za pomocą prymitywnych rolniczych narzędzi, nabijanie noworodków na sztachety płotów. Jest jeszcze inne wstrząsające zjawisko, o którym rzadko się mówi. Stosunek upowców do ludzkich zwłok. Ciała swoich ofiar często zakopywali w gnojowiskach czy w miejscach, gdzie chowano martwe zwierzęta. Na porządku dziennym było straszliwe pośmiertne okaleczanie. To sporo mówi o tym, z kim mieliśmy do czynienia.

Czy historia musi być czarno-biała? Czy nie możemy po prostu stwierdzić, że członek UPA, który rąbał siekierą polskie dziecko, był zbrodniarzem, a członek UPA, który strzelał do Sowietów, był bohaterem?
A jeżeli to była ta sama osoba? Tych spraw nie można rozdzielić. Nie można mówić o UPA bez wspominania o dokonanym przez nią ludobójstwie. Jej antysowieckie dokonania nie zmywają z niej winy za zbrodnie popełnione na Polakach.

Ale Związek Sowiecki był naszym wspólnym wrogiem.
Nacjonaliści ukraińscy nie przyjmowali tego do wiadomości! Zresztą do dzisiaj ta formacja ideowa uważa Polskę za swojego czołowego przeciwnika. O żadnej wspólnocie interesów wobec zagrożenia płynącego z Moskwy ci ludzie nie chcą słyszeć. Niedawno we Lwowie odbył się wiec partii Swoboda. Nacjonaliści wezwali podczas niego do przyłączenia wschodnich ziem dzisiejszej Polski do Ukrainy.

Toteż ja również uważam to za największy polityczny błąd tej formacji. Bandera nie rozumiał, że Polacy i Ukraińcy jadą na tym samym wózku. Prowadził swoje antypolskie wojny, a potem i po nas, i po nich przejechał sowiecki walec.
Mało tego, dysponujemy doniesieniami polskiego podziemia z Małopolski Wschodniej, że w 1944 roku dochodziło do lokalnych sojuszy UPA z Sowietami! Oczywiście były one wymierzone w Polaków. Znamy przypadki ataków na pociągi z polskimi repatriantami, którzy opuszczali tereny, z których UPA chciała usunąć Polaków! Czy można sobie wyobrazić większą głupotę? Przecież już było jasne, że te ziemie nie będą ani polskie, ani ukraińskie, że zostaną zagarnięte przez Stalina. Problem z Grzegorzem Motyką polega na tym, że w swoich książkach i wypowiedziach wydaje się ignorować ten historyczny kontekst. Niestety, można wyraźnie wyczuć, że UPA mu imponuje. Że jest nią zafascynowany.

Ale przecież nie z powodu tego, że mordowała Polaków! Chodzi o to, że strzelała do Sowietów.
Powtarzam: tego nie da się rozdzielić.

W atakach na Motykę można jednak przeczytać, że neguje on ludobójstwo na Wołyniu. Tymczasem w swojej najnowszej książce “Od rzezi wołyńskiej do akcji “Wisła”” wyraźnie pisze, że UPA dokonała na Polakach ludobójstwa.
Akurat w tej sprawie Motyka zmienił zdanie, ewoluował. Ostatnio mówi już o ludobójstwie, czego wcześniej konsekwentnie unikał, używając rozmaitych eufemizmów, takich jak “konflikt” czy “akcja antypolska”. Słowo “ludobójstwo” nie znalazło się również w tych nieszczęsnych, fatalnych “Tekach edukacyjnych IPN” dla nauczycieli, które są jego dziełem.

Grzegorz Motyka powiedział “Gazecie Wyborczej”, że środowiska kresowe chcą upokorzyć Ukrainę, rzucić ją na kolana. On się na to nie godzi i dlatego jest atakowany.
Absolutnie się z tym nie zgadzam. Protestuję przeciwko przedstawianiu środowisk kresowych jako “antyukraińskich”. Środowiska te są antynacjonalistyczne. A to duża różnica. Na pewno nie chcą również “rzucić Ukrainy na kolana”. Kresowiacy doskonale wiedzą, że Ukraina nie jest jednolita, jeżeli chodzi o stosunek do UPA. Nacjonaliści królują głównie na Zachodzie, na dawnych terenach II RP…

…a na wschodzie Ukrainy, gdzie UPA jest krytykowana, dominują ludzie o prosowieckim i prorosyjskim nastawieniu. Mamy być z nimi w jednym obozie? Ksiądz Isakowicz-Zaleski już raz brał udział w Kijowie w konferencji organizowanej przez weteranów Armii Czerwonej…
Wcale nie musimy wybierać między nacjonalistami, którzy z nostalgią myślą o Banderze, a rusofilami, którzy z nostalgią myślą o Stalinie. Na Ukrainie jest wiele osób, które plasują się pośrodku. Krytycznie oceniają zarówno Banderę, jak i Stalina. Właśnie ci ludzie są naszymi potencjalnymi sojusznikami, na nich musimy stawiać. Nawet jeżeli nie są oni tak widoczni jak pozostałe dwie, skrajne grupy.

Wróćmy do Motyki. Jakie jeszcze zarzuty wysuwają pod jego adresem Kresowiacy?
Niepokój wzbudza choćby zrównywanie ludobójstwa na Wołyniu z 1943 roku z akcją “Wisła” z roku 1947, czyli przesiedleniem przez władze komunistyczne około 150 tys. Ukraińców z ziem południowo-wschodnich na ziemie zachodnie i północne. Takie zestawienie jest niedopuszczalne. Ludobójstwo jest najstraszniejszą zbrodnią na świecie. Akcja “Wisła” była tylko wysiedleniem.

Dość brutalnym.
Zależy do czego ją porównać. W porównaniu z masowymi wysiedleniami Polaków dokonanymi przez Sowietów w latach 1939 – 1941 czy wypędzeniami niemieckimi z Warthegau było to robione względnie humanitarnie. Tych ludzi nie mordowano, nie katowano w więzieniach. Wysyłano ich na inne terytoria, gdzie dostawali domy, gospodarstwa, często nawet finansowe wsparcie państwa. Gdyby nie akcja “Wisła” – czego Motyka nie chce przyjąć do wiadomości – działalność UPA na terenie Rzeszowszczyzny i Lubelszczyzny by nie ustała. Organizacja ta korzystała bowiem ze wsparcia ludności – wymuszonego lub dobrowolnego.

Właśnie to miałem na myśli. Tocząc spór z Ukraińcami, broni pani działań komunistów.
Zapewniam, że gdyby Polska po wojnie była niepodległym państwem, jej władze podjęłyby dokładnie taką samą decyzję. Na tym terytorium po wojnie po prostu nie dało się normalnie żyć. Działalność UPA, zamiast wygasać, tylko się nasilała. Ludzie wyczerpani sześcioletnią wojną w dalszym ciągu trzęśli się o życie swoje i swoich bliskich. Żadne państwo nie mogłoby czegoś takiego tolerować.

Ale czy nie było innego rozwiązania niż przemoc? Powiedziała pani, że UPA chciała stworzyć Ukrainę dla Ukraińców. Komunistyczne władze za pomocą akcji “Wisła” chciały zaś stworzyć Polskę dla Polaków.
Raczej uporać się z nacjonalizmem ukraińskim. Podkreślam raz jeszcze – obie strony stosowały zupełnie nieporównywalne metody. Poza tym ci ludzie zostali przesiedleni na terytoria należące do Polski. Oczywiście przesiedlenie nie jest niczym przyjemnym. Wielu ludziom stała się krzywda. Skuteczniejszego sposobu jednak nie było.

Ale komuniści strzelali i do upowców, i do akowców. Trudno mi w sporze między antykomunistycznymi partyzantami a komunistami solidaryzować się z tymi ostatnimi. Nawet jeżeli mówili po polsku.
Mój ojciec Władysław, z którym razem napisałam książkę “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945”, siedział po wojnie we Wronkach za działalność w AK. Jest więc ofiarą reżimu komunistycznego. Mimo to uważa, że dla akcji “Wisła” nie było alternatywy.

Mówi pani, że gdyby Polska była niepodległa, zrobiłaby to samo. Może pojawiłby się jednak jakiś drugi Henryk Józewski i wystąpił z projektem polsko-ukraińskiej ugody w duchu jagiellońskim?
Ale druga strona nie miała najmniejszej ochoty na takie porozumienie. Jej program sprowadzał się do tego, żeby przetrwać w lasach do wybuchu III wojny światowej. Ukraińscy nacjonaliści z Polakami nie chcieli rozmawiać. Chcieli ich mordować. Mówi pan o wojewodzie Józewskim, który w latach 30. prowadził na Wołyniu liberalną politykę wobec Ukraińców. I co? Nacjonaliści szykowali na niego zamach. A jak potraktowali innego zwolennika ugody polsko-ukraińskiej Tadeusza Hołówkę? Zastrzelili go! To była właśnie odpowiedź na polskie zabiegi.

Czyli nie ma możliwości, by środowiska kresowe zgodziły się na obecność Grzegorza Motyki w radzie IPN?
Nie. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, że na stanowisku tym będzie on miał poważny wpływ na działalność badawczą i edukacyjną instytutu na odcinku polsko- -ukraińskim. W efekcie mogą być zacierane różnice między katem i ofiarą. Mordercy Polaków mogą być gloryfikowani. Nie można do tego dopuścić. (…)

Ewa Siemaszko zajmuje się badaniem ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu w czasie II wojny światowej.

Była współautorką wystaw “Zbrodnie NKWD na Kresach Wschodnich II RP: czerwiec – lipiec 1941” oraz “Wołyń naszych przodków”. Za monografię “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945” przygotowaną wraz z ojcem Władysławem została uhonorowana Nagrodą im. Józefa Mackiewicza w roku 2002.

Za: rp.pl
http://mercurius.myslpolska.pl

Komentarzy 18 to “UPA to nie partyzanci, to bandyci”

  1. Anna said

    Pan Motyka jest ukrainofilem jakich mało! Byłam na konferencji dotyczącej zbrodni UPA i mówiąc bardzo oględnie ten pan się spisał… Chwilami zastanawiałam się nawet do czego nam jest potrzebny taki IPN?! Przecież ci historycy stoją po przeciwnej stronie… Żal!
    ale jest „wrażliwym” człowiekiem jeśli chodzi o dobre samopoczucie naszych ukrainskich przyjaciól! na pytanie o budowę pomnika pomordowanych przez UPA, odpowiedział, że owszem moze i powstać(łaskawiec) ale nie w takim kształcie, jaki proponują kresowiacy, bo to obraża ukrainskich partnerów…

  2. aga said

    ad.1 ukrainofil to za malo powiedziane. Kto wie czy ten Motyka nie jest w prostej linii potomkiem banderwcow,ktorzy po zamordowaniu Polakow kradli ich tożsamośc.
    kto zaproponował kandydaturę tego antypolaka do rady IPN?Czy ktos wie?

  3. Inkwizytor said

    Bardzo dobry wywiad zasłużonej badaczki ludobójstwa ukraińskiego, pani Ewy Siemaszko. W jednej rzeczy tylko pani Ewa się pogubiła, a mianowicie rusofil pani Ewo nie myśli z nostalgią o Stalinie. Ja w każdym bądź razie nie myślę. Tak o Stalinie może myśleć żydobolszewik. Co do Motyki to racja, ten człowiek jest nieobiektywny

  4. wet3 said

    Bardzo cenie p.Siemaszko. Jest jednak bardzo ostrozna w podawaniu liczby ofiar UPA, ktora jest z pewnoscia o wiele wyzsza. Rozumiem, ze ostroznosc ta odnosi sie do mniej wiecej udokumentowanych przypadkow. W rzeczywistosci liczba ta powinna byc prawdopodobnie podwojona. Jesli chodzi o Motyke, to jest on taka prawdziwie polityczna motyka ze znaczeniem slowa „motyka” w gwarze slaskiej.

  5. PONURY said

    MYŚLĘ ŻE TAKICH GOŚCI JAK MOTYKA, WPYCHA SIE Z PREMEDYTACJA DO IPN ŻEBY POKAZAC POTEM ŻE IPN JEST ZŁY. I DO TEGO TAKI „SZPENIO” NIEŻLE „NASRA” W IPN_IE! TO Z PEWNOŚCIA BANDEROWIEC.

  6. Kronikarz said

    5/ Ponury !

    Agresywne…

    Wielkie litery sa zbyt dla czytelnika agresywne !

    AGRESYWNE

  7. Piotrx said

    Zafałszowane teki Grzegorza Motyki
    http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=121&pkid=126&nid=3717

    Prof. dr hab. Józef Wysocki z Wrocławia wystawił ostrą recenzję „Tekom edukacyjnym. Stosunki polsko-ukraińskie 1939-1947”, autorstwa Grzegorza Motyki, , wydanym – o, zgrozo! – przez IPN.

    Ogromnie poruszone w Środowiskach Kresowych wywołała możliwość wprowadzenia do władz Instytutu Pamięci Narodowej Grzegorza Motyki którego piśmiennictwo przypomina twórczość Tomasza Grossa. Z tą różnicą, że dotyczy ono nie relacji polsko-żydowskich, ale polsko-ukraińskich.

    To dzięki swoje twórczości zyskał miano gloryfikatora UPA. Polska to wolny kraj i można, czytać czyjeś książki, lub wyrzucić je prosto do kosza, ale „Teki Edukacyjne” to już poważniejsza sprawa.To one fałszują naszą najnowszą historię i utrwalają w umysłach młodych pokoleń.Warto zapoznać się co zawierają owe „Teki” dogłębnie rozpracował prof.Józef Wysocki z Wrocławia.

    Co zawierają zafałszowane „Teki edukacyjne.Stosunki polsko -ukraińskie 1939-1947” autorstwa Grzegorza Motyki, wydane, co najgorsze, przez IPN.Materiał jest olbrzymi, dlatego tu zaprezentowane zastaną tylko skromne fragmenty, nie obejmujące wszystkich przekrętów i nieścisłości podanych w Tekach.

    TEKI SKŁADAJĄ SIĘ Z TRZECH CZĘŚCI ; I nosi tytuł „Materiały dla ucznia” II”Materiały dla nauczyciela” III-„Karty, dokumenty, zdjęcia, mapy, diagramy” Profesor J.Wysocki,pisze, że w każdej z wymienionych części, połowa materiału jest, bezużyteczna, bowiem nie przybliża młodemu czytelnikowi wiadomości niezbędnych do wyrobienia sobie poglądu na tragiczną historię obu narodów; ukraińskiego i polskiego. W tym miejscu zacytuję dosłowny fragment opinii ; „Ludobójstwo nie może być nazywane np. „walką partyzancką”. A właśnie cały zestaw „Tek” zmierza do relatywizacji zbrodni OUN-UPA poprzez nazewnictwo, porównywanie Armii Krajowej z UPA, zawyżanie, lub zaniżanie liczb (w zależności od kontekstu), przemilczanie faktów, niedopowiedzenia, lub wręcz oszustwa. Autorzy „Tek” dokładnie zdawali sobie sprawę z tego, że uczeń przygotowujący się do opracowania zagadnień polsko-ukraińskich jest kompletnie nieoczytany w tematyce, stąd łatwość narzucenia mu poglądu, który można zdeformować wg życzeń autorów. Łatwo sobie wyobrazić konsternację nauczycieli, w szczególności tych na Ziemiach Odzyskanych, wywodzących się wprost z osadników, którzy cudem uniknęli śmierci od upowskiej siekiery, lub walczyli z UPA po wojnie, którzy – jako potomkowie tych niedomordowanych Polaków – mają w oparciu o „Teki” uczyć swoje dzieci, że ich dziadkowie byli mordercami bezbronnej ludności ukraińskiej. W szczególności w „Tekach” jest zszargane imię polskich żołnierzy, którzy po zakończeniu wojny, zamiast wrócić do swoich domów, musieli walczyć z UPA, a wzięci do niewoli ginęli w okrutnych torturach. Dlatego sumienie nauczycieli na Ziemiach Odzyskanych odrzuca całkowicie lekcje historii oparte na „Tekach” (..) W tym sensie zamysł Autorów, by poprzez polską szkołę narzucić młodemu pokoleniu Polaków ounowski punkt widzenia na historię obu narodów z lat II w.ś.,(…). Natomiast literatura polityczna na świecie być może będzie się powoływać na „Teki”, cytując kłamstwa w nich zawarte jako fakty, opisane przecież w polskim źródle, wydanym przez instytut państwowy w wolnej już, niezależnej i demokratycznej Polsce – tu Autorzy osiągnęli cel.”Wdalszej części prof.Wysocki przedstawia sposoby i technikę fałszowania prawdy; -„Nazewnictwo i eufemizmy. W tekście używa się nazewnictwa geograficznego ukraińskiego, a nie polskiego. Np. „Galicja” zamiast Małopolska, „Galicja Wschodnia” zamiast Kresy Południowo-Wschodnie, lub krótko: Małopolska Wschodnia. Zamiast banderowcy – „partyzantka ukraińska” lub „żołnierze UPA” (oni sami siebie tak nigdy nie nazywali). Zamiast ludobójstwo OUN-UPA – „ataki na polskie miejscowości”, „usuwanie Polaków z naszych ziem”, „działania przeciwko Polakom”, „wydarzenia wołyńskie”, „wydarzenia w Galicji Wschodniej”, „przepędzenie ludności polskiej”, „wojna ”, „krwawy konflikt, który rozgorzał” (bezosobowo, jak zjawisko pogodowe!), „wybuch powstania” (powstanie jest akcją zbrojną przeciw aktualnej władzy, czyli powinno być skierowane przeciwko Niemcom, a nie bezbronnej ludności), „uzyskać teren czysty etnicznie”, „banderowska akcja”, no i „antypolska akcja”, użyte 35 razy. Wytłumaczeniem tego zjawiska mogą być słowa samego głównego autora „Tek”, dra Grzegorza Motyki (..): Sam termin „antypolska akcja” był używany w dokumentach OUN-UPA. Ten argument jest oczywiście wskazaniem dla dra Grzegorza Motyki, żeby ten banderowski eufemizm zaszczepić w polskiej literaturze historycznej i podręcznikowej.(…………)

    Spłycenie, czy wręcz pominięcie źródeł ideowych, na których oparła się ludobójcza działalność OUN-UPA. W „Tekach” nie ma wzmianki o ideologii, która pchnęła Ukraińców-Haliczan, zorganizowanych w OUN-UPA do wyrafinowanych zbrodni na Polakach – często ich najbliższych krewnych. Całe to barbarzyństwo popełniane w imieniu własnym, czy też na żądanie hitlerowskich Niemiec oraz wspólnie z nimi, nawet wbrew własnym chłodnym kalkulacjom politycznym, staje się niezrozumiałe, bez zapoznania się z ideologią ukraińskich nacjonalistów.(.) Autorzy „Tek”, aby nie być posądzonymi, że w ogóle nie wspominają o nacjonalistycznej ideologii OUN, na stronie 14. cytują nawet urywki z tzw. „dekalogu nacjonalisty”. I tu pierwsze kłamstwo, bo nazwa dekalogu brzmi: „dekalog ukraińskiego nacjonalisty”. W „Tekach” są cytaty z owego „dekalogu”. Punkt 7. Nie zawahasz się wykonać najniebezpieczniejszego czynu, kiedy tego wymaga dobro sprawy.

    JEST TO ŚWIADOME FAŁSZERSTWO DRA GRZEGORZA MOTYKI, BO ÓW SIÓDMY PUNKT MA BRZMIENIE: Nie zawahasz się wykonać największego przestępstwa, jeśli tego wymagać będzie dobro Sprawy. Ukraińskie słowo „złoczyn” nie może być tłumaczone jako „najniebezpieczniejszy czyn”. „Złoczyn” znaczy przestępstwo i nie ma innych znaczeń. NASTĘPNE FAŁSZERSTWO TO PUNKT 8. „DEKALOGU”. W tłumaczeniu pana dra Grzegorza Motyki: 8. Nienawiścią i bezwzględną walką będziesz przyjmował wroga Twego Narodu. A POWINNO BYĆ: Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmować wroga Twojej Nacji. Podstęp znaczy „pidstup”, a walka znaczy „borotba” – pomylić te pojęcia może tylko ten Ukrainiec, który chce się pomylić. Dla obrazu całości ounowskiej „etyki” należałoby jeszcze zacytować pkt 10 „dekalogu”: 10. Będziesz dążyć do poszerzenia siły, chwały, bogactwa i przestrzeni Państwa ukraińskiego, nawet w drodze zniewolenia obcoplemieńców[6]. (…)Dywizja SS „Galizien”. Dr Grzegorz Motyka poświęca tej dywizji dwie strony, ale z tekstu wcale nie widać zbrodniczości tej faszystowskiej jednostki ukraińskiej na służbie hitlerowskiej.(…)

    Brak podkreślenia w „Tekach” zbrodniczości ukraińskich SS-mańskich oddziałów jest spójne z ich heroizacją na Ukrainie zachodniej, co ma doprowadzić do uznania zbrodniarzy za kombatantów.(…)

    Udział Ukraińców w zwalczaniu powstania warszawskiego i mordowaniu ludności cywilnej Warszawy. Musimy tu przytoczyć dłuższy cytat ze str. 12 „Tek”: Znacznie bardziej złożona jest sprawa udziału Ukraińców w tłumieniu powstania warszawskiego. Jak pokazały badania Ryszarda Torzeckiego i Andrzeja A. Zięby, w czasie powstania nie było w Warszawie zwartych jednostek tej dywizji [chodzi o dywizję SS-„Galizien” – J.W.]. zbrodnie przypisywane Ukraińcom popełniły inne oddziały, w tym między innymi złożona z własowców brygada Bronisława Kamińskiego. Warszawiacy, w dużej mierze pod wpływem informacji o pogromach na Wołyniu, wszystkie cudzoziemskie jednostki walczące po stronie Niemiec określali jako ukraińskie. Przeciwko powstańcom Niemcy skierowali natomiast dwie kompanie ukraińskiego Wołyńskiego Legionu Samoobrony. Walczyły one najprawdopodobniej we wrześniu 1944 r. na Powiślu… Czy jednak w skład Legionu wchodziły wówczas dwie wspomniane kompanie, nie wiadomo.(…..)

    Otóż oprócz czysto ukraińskiego Wołyńskiego Legionu Samoobrony (dwie sotnie, razem 400 ludzi), Ukraińcy wchodzili też w skład następujących jednostek: 209. Kozacki Batalion Schutzmannschaften, 3. Pułk Kozaków płk Bondarenki, dwa dywizjony kozackiej kawalerii, kozacki 572 Batalion Piechoty. Niektóre z tych oddziałów były mieszane, ukraińsko-rosyjskie. 34. policyjny pułk strzelecki posiadał dwa bataliony mieszane ukraińsko-niemieckie. Pod wodzą największego zbrodniarza Warszawy Oskara Dirlewangera służyli też Ukraińcy (oprócz niemieckich przestępców). Jednostka ta jest odpowiedzialna m.i. za mord 40 tys. cywilów na Woli. Własowców w powstaniu warszawskim nie było, gdyż Armia gen. Własowa zaczęła się tworzyć w listopadzie 1944 r., niech więc pan G. Motyka nie podrzuca Własowowi zbrodni ukraińskich. „Szlak bojowy” jednostek ukraińskich w powstaniu warszawskich zaznaczył się mordowaniem bezbronnej ludności cywilnej, z okrucieństwem, które nawet Niemców wprawiało w zdumienie. Literatura na temat powstania warszawskiego i tłumieniu go przez oddziały nieniemieckie jest dziś bogata i precyzyjnie skonfrontowana z niemieckimi źródłami, dlatego po prostu uważam, że nie ma sensu powoływać się na źródła, których już jest kilkaset, chociaż warto zaznaczyć, że najbardziej pouczające jest Muzeum Powstania Warszawskiego. (…….)

    Tworzenie legendy o UPA. W podrozdziale pt. „Ukraińska Powstańcza Armia” Autorzy „Tek” podają nieprawdę niemal od początku do końca rozdziału. Np. takie zdanie: W latach 1943-1944 w ramach antypolskiej akcji próbowała [UPA – J.W.] usunąć siłą Polaków z ziem uznanych za ukraińskie, co przerodziło się w masowe rzezie ludności cywilnej. UPA nic nie próbowała, UPA planowo, zgodnie z rozkazem dowódcy UPA Mikoły Łebedia, przystąpiła do rzezi bezbronnej polskiej ludności Wołynia. Rozkaz był krótki: natychmiast i jak najprędzej zakończyć akcję totalnego oczyszczenia ukraińskiego terytorium z ludności polskiej. Rozkaz ten winien być w „Tekach” zacytowany. Brzmienie tego rozkazu jest wiarygodne, bo pochodzi ze wspomnień „Tarasa Bulby” Borowcia – autentycznego twórcy UPA na Polesiu[11]. Opis organizacji OUN-UPA na całym terytorium „banderowszczyzny” to zbędny balast w materiałach pomocniczych dla szkół.(……..)

    Wywózki na Sybir w latach 1940-1941. Grzegorz Motyka na str. 6: W momencie wejścia armii sowieckiej [17 września 1939 r.] rozpoczęły się aresztowania pracowników polskiego aparatu państwowego, działaczy politycznych i społecznych (…) Represjami objęto w pierwszej kolejności Polaków, uznanych za najbardziej niebezpiecznych dla Związku Radzieckiego. Tysiące żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń zgodnie stwierdza, że denuncjatorami Polaków i konwojującymi ich do pociągów na Sybir byli Żydzi i Ukraińcy. I dalej Autor pisze: W połowie 1940 r. nastąpiła zmiana sowieckiej polityki – większość działań represyjnych skierowano przeciwko Ukraińcom. Należy uściślić: przeciwko nacjonalistycznym działaczom ukraińskim. Gdy ukraińscy nacjonaliści spełnili swoje nikczemne zadanie względem Polaków, to przyszła kolej i na nich – taka już była sowiecka sprawiedliwość. Potem, już na Syberii, czy w Kazachstanie, wywiezieni tam nacjonaliści ukraińscy podawali się za Polaków, gdy była organizowana armia gen. Andersa. W ten sposób Polska uratowała ich od śmierci na nieludzkiej ziemi. Przykładem może tu być Stefan Onyszkewycz, ojciec europosła Janusza Onyszkiewicza, brat Myrosława Onyszkewycza (ps. w UPA „Orest”), inicjatora i rozkazodawcy mordów na Polakach w południowo-wschodniej Polsce. Nie wierzę, by dr Grzegorz Motyka nie wiedział o roli, jaką w stosunku do Polaków spełnili nacjonaliści ukraińscy podczas pierwszej okupacji sowieckiej na ziemiach polskich i o ich uratowaniu przez gen. Andersa. Przemilczanie faktów, tak istotnych dla historii obu narodów, traktuję jako świadome fałszerstwo.(……)

    Manipulacja datami i zamiana skutków z przyczynami. Grzegorz Motyka, str. 8: Z kolei mordów na Zamojszczyźnie (w 1943 r. zabito tam kilkuset przedstawicieli ukraińskiej społeczności), które zdaniem autorów ukraińskich sprowokowały OUN-UPA do akcji na Wołyniu, dopuszczono się już po rozpoczęciu wołyńskich czystek; przynajmniej po części były one odpowiedzią na poczynania banderowców. Pokrętny język, nie wiadomo o co chodzi. Należy wyjaśnić: 27 listopada 1942 r. Niemcy rozpoczęli akcję wysiedlania Polaków z Zamojszczyzny i osadzania tam rodzin niemieckich, tworząc tzw. pierwszy obszar osadniczy (wg planów i nomenklatury Heinricha Himmlera). Wywieziono ok. 100 tys. Polaków niezdolnych do pracy do obozów, a zdolnych do pracy na roboty do Niemiec, zaś dzieci wywieziono do Niemiec na zniemczenie. W pierwszym etapie akcji, na terenie 116 wsi, z których wyrzucono Polaków, Niemcy osiedlili kolonistów narodowości niemieckiej i nie przekraczającej kilkuset osób ukraińskiej. Oddziały BCh i AK przeciwstawiły się zbrojnie akcji wysiedlania Polaków, ale z powodu zaskoczenia i szczupłości własnych sił nie potrafiły jej zapobiec. Natomiast po zasiedleniu Zamojszczyzny Niemcami i Ukraińcami, polska partyzantka wybijała osadników. Czy Polacy byli w stanie odróżniać i traktować inaczej osadników niemieckich i ukraińskich, skoro jedni i drudzy byli uzbrojeni? Grzegorz Motyka nazywa to mordem na Zamojszczyźnie …przedstawicieli ukraińskiej społeczności (nie akcją antyukraińską). A czystki na Wołyniu, wg niektórych pisarzy ukraińskich miałyby być odpowiedzią na wydarzenia na Zamojszczyźnie. Widzimy tu, do jakiego absurdu doprowadza większość ukraińskich historyków usprawiedliwienie banderowskiego ludobójstwa, zapoczątkowanego na Wołyniu. Panu dr Grzegorzowi Motyce wydaje się, że to krętactwo i jego cel będą dla wszystkich nieczytelne. Mogą natomiast być nieczytelne dla młodzieży, a może nawet dla niedociekliwych nauczycieli, do których są adresowane „Teki” (….) Wybrane okruchy prawdy o współpracy podziemia poakowskiego z UPA jest zakłamaniem prawdy. Grzegorz Motyka, str. 8: …z czasem doszło do zmiany taktyki UPA wobec Polaków. Jej wyrazem były między innymi porozumienia pomiędzy podziemiem poakowskim a UPA zawarte na przełomie kwietnia i maja 1945 r. w województwach lubelskim i rzeszowskim, które doprowadziły do ograniczenia liczby ofiar. W województwie lubelskim porozumienie przetrwało do 1947 r. i zaowocowało nawet paroma wspólnymi akcjami przeciwko nowym, komunistycznym władzom.(…)Rozmowy te nie doprowadziły do żadnych wniosków, gdyż nacjonaliści ukraińscy mieli względem Polaków takie plany, jakie zostały zrealizowane, tzn. ludobójstwo.(…) Strona ukraińska nie dotrzymała żadnych uzgodnień!(…)Jak dr Grzegorz Motyka zaniża liczby polskich ofiar banderowskiego ludobójstwa i obciąża Polaków ukraińskimi ofiarami Służby Bezpeky UPA. W podrozdziale Liczba ofiar konfliktu polko-ukraińskiego na str. 13 pisze: według najbardziej prawdopodobnych danych w latach 1943-1948 zginęło 80-100 tys. Polaków (…) Po stronie ukraińskiej poniosło śmierć 15-20 tys. osób. Większość z nich – 10-12 tys. zginęło na ziemiach powojennej Polski. Przede wszystkim polskie ofiary należy liczyć już od 1939 roku, gdy Ukraińcy rozbrajali i mordowali pojedynczych polskich żołnierzy, o czym już pisaliśmy. „Praca Siemaszków” obejmuje tylko Wołyń, gdzie udokumentowano ok. 70 tys. morderstw na Polakach.(….)Symetria Umów Republikańskich. Na str. 9 Autor pisze: We wrześniu 1945 r. rozpoczęły się przymusowe wysiedlenia [Ukraińców z Polski – J.W.]. Prowadziły je jednostki Wojska Polskiego, które często stosowały brutalny terror. Również wysiedlenia Polaków z Ukrainy miały tragiczny przebieg, choć środki nacisku były inne – starano się tam między innymi prowokować UPA do antypolskich wystąpień, represjonowano polską inteligencję. W Umowach Republikańskich jest powiedziane o dobrowolności opuszczania przez mniejszość zamieszkującą jeden kraj do kraju drugiego.(…) Autor w dalszej części wywodów odwraca przyczyny i skutki, cytuję: …to wysiedlenia pchały ludzi do UPA, a nie działalność UPA zmuszała władze do wysiedleń.(…)W rozdziale zatytułowanym „Wybór źródeł”, mamy do czynienia z wyjątkowymi manipulacjami. Oto przykład ze str. 29: 1946 – Rozkaz dowódcy UPA na Pogórzu Przemyskim i w Bieszczadach mjr. Wasyla Mizernego „Rena”[…] przypominam, że nakazane w poprzedniej instrukcji chwytanie i zwalnianie żołnierzy wrogich armii, nie będących indywidualnie odpowiedzialnymi za przestępstwa przeciwko ukraińskiej ludności – jest obowiązkiem… W dalszej części tego rozkazu uzasadnia się, jakie to ma znaczenie propagandowe, że jeńca nie należy terroryzować itp. W stopce jest wyjaśnienie, że rozkaz ten pochodzi z akt śledztwa przeciwko Mirosławowi Onyszkiewiczowi. Poniżej pytania dla ucznia: 1. Jaki to rodzaj źródła? 2. Określ, w jaki sposób nakazywano traktować jeńców, którzy dostali się do niewoli UPA? Wykorzystując wiedzę źródłową i pozaźródłową, odpowiedz, co było przyczyną takiej dyrektywy.(…..)
    Tu prof. J.Wysocki dostarcza dostatecznie dużo dowodów potwierdzających manipulacji ze strony G.Motyki i warto się z tym zapoznać jak i z całością opracowania.Jest to materiał jednoznacznie przedstawiający sylwetkę historyka G.Motyki utrwalacza „Kłamstwa Wołyńskiego”.

  8. Piotrx said

    Re1:
    Wedle informacji podawanych przez czasopismo historyczno-publicystyczne „Na Rubieży” Grzegorz /Hrihorij/ Motyka jest Ukraińcem. Ale oficjalnie w rożnych publikacjach występuje jako „polski” historyk, podobnie jak np. Roman Drozd.

    SS Galizien – patrioci czy zbrodniarze? – Prof. Edward Prus:
    Cały Grzegorz Motyka! O nim bowiem mowa. Właśnie on, jak na zawołanie zabrał głos czterokrotnie, w dużej mierze „terkotnie i kłamliwie”, a przede wszystkim mało kompetentnie. Najpierw w TV przekonywał widzów, że jak dotąd, w Polsce na temat SS-Galizien nikt nie pisał, bo polscy historycy myśleli (rzekomo), że dywizja SS-Galizien zakończyła swój żywot pod Brodami w lipcu 1944 roku. Poźniej w pierwszym programie radia zmienił zdanie mówiąc, że owszem polscy historycy wiedzieli „od dawna”, że wojacy SS-Galizien znajdują się w Anglii. Natomiast na tamach „Wprost” (14.01. 2001) dał już upust fantazji i lancknechtowską jednostkę nazwał „Hałyczyna”, poddając jednocześnie w wątpliwość zbrodnie popełnione przez jej mołojców. Nie należy zatem się dziwić, że czytelnicy londyńskiego pisma „Głos Emigracji'” i „Kwartalnik Kresowy” (nr 8) przyznali G. Motyce „Ośle Uszy”. W uzasadnieniu napisano: „Dr Grzegorz Motyka w napisanych przez niego dwu książkach (jedna Pany i rezuny, wspólnie z A. Wnukiem) oraz kilku rozprawach „historycznych”, nie zna lub często nie liczy się z faktami historycznymi, nagina je do potrzeb swoich teorii, przemilcza niewygodne mu fakty historyczne, bezkrytycznie daje wiarę propagandzie nacjonalistów ukraińskich i przyjmuje je za fakty, demonstruje duże luki w posiadanych wiadomościach z zakresu interesującej go tematyki i chociaż pisze o stosunkach polsko-ukraińskich, nie zna ani języka ukraińskiego, ani dialektu galicyjskiego, co zamyka mu drogę do wielu źródeł. Wydaje się nam historykiem niedokształconym w tematyce jego zainteresowań i jest raczej publicystą szkodliwych sprawie polskiej teorii. Odnosimy wrażenie, że zamierza robić karierę idąc za popularnym dziś w niektórych kołach politycznych prądem, przemilczającym lub starającym się zafałszować prawdę, któremu też dla jemu wiadomych powodów być może postanowił służyć”.

    Wiktor Poliszczuk „Gwałtu na prawdzie historycznej ciąg dalszy”:

    Gazeta Wyborcza (środa, 11 czerwca 2003 r.) opublikowała artykuł Sławomira Sierakowskiego pt. Chcemy innej historii, w którym jego autor, wraz z Redakcją Gazety Wyborczej, narusza moje dobra osobiste. W szczególności mowa w nim o tym, że moje „prace wydaje Komunistyczna Partia Ukrainy”, co jest powtórzeniem pomówienia w wykonaniu Grzegorza Motyki, które można odczytać jako sugestię, że ja współpracuję z KPU lub jestem jej sympatykiem i jest to usiłowanie zaszeregowania mnie do komunistycznych autorów, a to w dzisiejszej konstelacji politycznej nie jest obojętne dla autora obiektywnych prac naukowych. Już przez to tylko S. Sierakowski ustawił się od strony politycznej do poruszonego w artykule problemu.

    W jednym z moich opracowań (Akcja „Wisła” – próba oceny) sformułowałem opinię, zgodnie z którą, gdyby nie było operacji „Wisła”, to Polska po 1989 roku miałaby swoje „Kosowo”. Do takiego wniosku prowadzi rzetelna analiza wydarzeń w byłej Jugosławii w kontekście zasad ideologicznych i założeń programowych OUN. S. Sierakowski inaczej widzi ten problem. On (jak i G. Motyka) nie wie, czy była inna, prócz operacji „Wisła”, możliwość zakończenia rebelii OUN-UPA na tzw. „Zacurzoniu”. Niech więc S. Sierakowski sięgnie do opinii Lwa Szankowśkiego, który dla G. Motyki jest największym autorytetem w sprawach UPA, a zobaczy, że tenże, to znaczy £. Szankowśkyj – przedwojenny działacz OUN, organizator napadów na oddziały Wojska Polskiego we wrześniu 1939 roku, aktywny członek OUN-UPA, organizator banderowskiej rebelii na południowo-wschodnich terenach Polski powojennej, na emigracji ukraiński nacjonalistyczny historyk – wyraznie pisze, że bez przesiedlenia ludności ukraińskiej nie byłoby możliwe zwalczenie UPA i struktur OUN na tzw. „Zacurzoniu”.

    Problem „odwetów” polskich na Wołyniu. Czy S. Sierakowski, razem z G. Motyką, znają dowody na istnienie takich akcji, prócz wynurzeń W. Romanowskiego, mówiącego o takiej akcji? Czy na takim incydentalnym fakcie można budować teorię o „odwetach”, nawet o „spirali akcji odwetowych”? Gwoli prawdy historycznej trzeba powiedzieć, że były ukraińskie ofiary, które padły z rąk polskich, tak było, na przykład, we wsi Omelno pod Przebrażem, gdy uczestnicy polskiej samoobrony, w obliczu konieczności wyżywienia ponad 20.000 ludzi, dokonali wypadu po żywność, a ludność ukraińska broniła swego stanu posiadania i, broniąc go, niewinna, padała z rąk polskich. Czy S. Sierakowski wraz z G. Motyką zastanawiał się nad tym, że o polskich „akcjach odetowych” nie pisze M. Łebed, Danyło Szumuk i inni nacjonalistyczni autorzy – świadkowie i uczestnicy wydarzeń? Ja zaś dodam, że w tysiącach posiadanych przeze mnie dokumentów archiwalnych, w tym autorstwa struktur OUN Bandery, radzieckich, niemieckich, nie ma informacji o polskich „odwetach”. Pojedyńcze akcje odwetowe były, były też wypady po żywność. W ich toku ukraińskie ofiary na Wołyniu, które padły z rąk polskich, nie przewyższyły 1% ofiar polskich (około 600), a w Halicji 3% (około 1.800).

  9. Piotrx said

    Zbrodnia w Malinie (cz.1)
    Andrzej Solak

    W modnych ostatnio w naszym kraju „rewizjach historii”, w jej przewartościowaniach w duchu „politycznej poprawności”, dominuje nurt masochistyczny. Można odnieść wrażenie, iż rodzime ośrodki badawcze, w rodzaju Instytutu Pamięci Narodowej, padły ofiarą infiltracji ze strony sekty biczowników… Oprócz standardu – swoistych adresów przebłagalnych za prawdziwe i rzekome krzywdy Żydów – wielce popularne stało się roztrząsanie niedoli Ukraińców i Niemców. Kilka lat temu wychynął problem, który miał wszelkie szanse zatruć stosunki polsko-czeskie…

    W 1998 r. w kwartalniku „Karta” nr 24 ukazał artykuł dr Grzegorza Motyki, historyka związanego z IPN, pt. „Polski policjant na Wołyniu”, oskarżający Polaków (konkretnie: polską policję pomocniczą, sformowaną przez niemieckiego okupanta) o wymordowanie wespół z Niemcami czeskiej kolonii Malin na Wołyniu, w lipcu 1943 r. Ofiarami masakry miało paść 624 Czechów i 124 Ukraińców (co, wedle dr Motyki, „potwierdzają inne źródła”). Autor powołał się na Lwa Szankowśkiego, emigracyjnego historyka ukraińskiego z Kanady, ponoć „jednego z najlepszych znawców dziejów UPA”.

    Wołyńscy Czesi stanowili prężną, dobrze zorganizowaną społeczność. W 1939 r. na Wołyniu usytuowanych było 50 czeskich kolonii, ponadto mniejsze skupiska Czechów występowały w blisko 500 innych miejscowościach. Czesi z Wołynia byli lojalnymi obywatelami II Rzeczypospolitej. Po wybuchu wojny ich konspiracyjna, antyniemiecka organizacja „Blanik” działała w 102 osiedlach. Wobec konfliktu polsko-ukraińskiego Czesi na ogół starali się zachować neutralność, choć częste były przypadki współdziałania czeskich oddziałów samoobrony z polską partyzantką, we wspólnej walce przeciw ukraińskim szowinistom. Werbunek Czechów do szeregów Ukraińskiej Powstańczej Armii zakończył się fiaskiem – zgłosiło się zaledwie 10 ochotników. Niewypałem okazała się też próba stworzenia proupowskiej Czeskiej Powstańczej Armii (CzPA). Z rąk terrorystów UPA zginęło nie mniej niż 342 Czechów z Wołynia.

    Polscy „szucmani”

    Podczas okupacji Wołynia Niemcy tworzyli tam oddziały policji pomocniczej, tzw. Schutzmannschaften. Służyli w nich zarówno Ukraińcy (wg różnych autorów od 5000 do 12000), jak i Polacy (ok. 2000-2200). Formacje te były silnie zinfiltrowane przez miejscowe organizacje podziemne, czego dowodem masowe dezercje – „szucmanów” ukraińskich do UPA, polskich do AK.

    Policja ukraińska znana była z niebywałego okrucieństwa. W ogromnym stopniu to jej rękami Niemcy przeprowadzili eksterminację dwustutysięcznej społeczności wołyńskich Żydów. Ukraińscy policjanci z entuzjazmem przeprowadzali też niezliczone pacyfikacje polskich wiosek.

    Jednak w tekście „Polski policjant na Wołyniu” dr Motyka przytacza szereg negatywnych opinii o działaniach „szucmanów” polskich. Najbardziej szokująco brzmią twierdzenia historyków ukraińskich: wspomnianego już L. Szankowśkiego (prócz wymordowania Czechów i Ukraińców w Malinie, przypisuje też polskiej policji zabicie „kilkuset Ukraińców” w Hubce) oraz Wołodymyra Kosyka (ten z kolei zarzuca polskim policjantom eksterminację 70 Ukraińców we wsi Dermań). Zdaniem Motyki na Wołyniu działały trzy bataliony polskiej policji (w tym jeden sprowadzony z Generalnego Gubernatorstwa), łącznie co najmniej 1500 ludzi, nie licząc obsady sieci posterunków wiejskich.

    Jak wygląda rzetelność autorów tych oskarżeń, powiem za chwilę. Zauważmy jednak od razu, że z patriotyzmem polskich funkcjonariuszy Schutzmannschaften nie było najgorzej; dowodem liczne bunty i przejścia z bronią w ręku do partyzantki polskiej bądź sowieckiej (Motyka przyznaje, że do samej 27 Wołyńskiej Dywizji AK zgłosiło się aż 700 byłych „szucmanów”, po buncie w Jarmolińcach Niemcy rozstrzelali 60 polskich policjantów itd.).

    W wyniku ustaleń m.in. Ewy i Władysława Siemaszków wiemy też, że na Wołyniu w operacjach przeciw UPA i partyzantce sowieckiej uczestniczył w rzeczywistości tylko jeden batalion polskiej policji – ów sprowadzony z GG Schutzmannschaftsbataillon 202 (w sile 360 ludzi, wliczając grupę niemieckich oficerów i podoficerów). Ponadto spośród ocalałych mieszkańców wyrżniętych osiedli Wołynia Niemcy sformowali batalion Schutzmannschaftbataillon 107 (służyło w nim 450 Polaków, którzy nie uczestniczyli w żadnych walkach na Wołyniu i którzy już po kilku miesiącach, po rozbrojeniu niemieckich oficerów, w całości przeszli do AK). Wymieńmy jeszcze załogi posterunków policyjnych w łącznej sile do 1500 funkcjonariuszy.

    „Partyzanci UPA”?

    Motywy Polaków wstępujących do formacji Schutzmannschaften są oczywiste dla każdego człowieka znającego realia ówczesnego Wołynia. Ludzie ci szukali możliwości obrony, siebie i swych sąsiadów, przed szalejącym terrorem ukraińskim. Niestety, w tekście doktora Motyki nie znajdziemy ani słowa o ludobójstwie autorstwa OUN-UPA! Oto jak naukowiec, powiązany z Instytutem Pamięci (!) Narodowej (?), przedstawia tło tamtych wydarzeń:

    „Wiosną 1943 r. na Wołyniu banderowska frakcja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i podległe jej oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) rozpoczęły na szeroką skalę walki partyzanckie z Polakami, Niemcami i Sowietami” (podkreślenie moje – A.S.).

    W następnych zdaniach zapoznajemy się z przebiegiem akcji UPA przeciw niemieckiej administracji, czytamy wzmianki o „uniemożliwianiu ściągania kontyngentów” oraz o „ograniczeniu władzy Niemców do większych miast i głównych szlaków komunikacyjnych”. Jest też opis reakcji Niemców – wybijanie całych wsi ukraińskich i masowe egzekucje. Poprzez takie naświetlenie problemu Czytelnik odruchowo zaczyna odczuwać sympatię do UPA…

    Wreszcie docieramy do wątku polskich „szucmanów”: „Władze niemieckie postanowiły wykorzystać przeciwko Ukraińcom także Polaków, co ułatwiła im prowadzona przez OUN-UPA krwawa akcja antypolska” (podkreślenie moje – A.S.).

    W artykule Grzegorza Motyki UPA prowadzi zatem „walki partyzanckie”, co najwyżej „krwawe akcje”. ZBRODNIE popełniają tylko Niemcy i Polacy… Mamy tu do czynienia z ewidentną manipulacją. Trudno w to uwierzyć, ale wyrżnięcie dziesiątków tysięcy nieuzbrojonych polskich cywilów przez UPA dr Motyka raczył określić mianem „walk partyzanckich z Polakami” (!!!). Potem wprawdzie pada określenie: „krwawa akcja antypolska” – jednak poprzedzone akapitem o działaniach antyniemieckich UPA. W efekcie niezorientowany w temacie czytelnik nie pojmie, że „krwawa akcja antypolska” oznacza ludobójstwo ludności cywilnej (wszak „walki partyzanckie”, zwłaszcza „rozpoczęte na szeroką skalę”, z założenia są „krwawymi akcjami”, nieprawdaż?). Ów czytelnik nie ma więc szansy zrozumieć motywów postępowania tych wołyńskich Polaków, którzy przyjęli podsuniętą im przez Niemców broń.

    Relacja policjanta

    Tekst Motyki miał pełnić rolę przedmowy do opublikowanej w tym samym numerze „Karty” „Relacji policjanta” – obszernego, anonimowego zeznania świadka historii, podającego się za byłego funkcjonariusza Schutzmannschaftsbataillon 202, sformowanego przez Niemców batalionu polskiej policji, operującego na Wołyniu w latach 1943-1944.

    Jeśli założyć, że autor relacji jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje, a opisane wydarzenia odpowiadają prawdzie, to z „Relacji policjanta” wyłania się obraz całkowicie różny od przedstawionego w szkicu Motyki. Oto jak eks-policjant wspomina swych towarzyszy broni:

    „Nikt o niczym innym nie mówił, jak tylko o tym, by nawiązać nić z partyzantami i przedostać się do Rosji i następnie połączyć się z polską armią, jaka podobno miała być w Rosji, lub może i do Anglii.”

    Policjanci traktowani są przez ludność polską jako jej wierni obrońcy:

    „W Łucku Polacy przyjmują nas wprost z entuzjazmem. Opowiadają nam o terrorze Ukraińców.”

    „Nasi polegli koledzy leżą na podwyższeniu, toną oni wprost w powodzi kwiatów i wieńców, które ofiarowała wdzięczna bez granic ludność polska.”

    Tymczasem zarządzenia niemieckiego okupanta, przychylnego Ukraińcom, uniemożliwiają skuteczne działania:

    „Ludność ze łzami błaga nas o pomoc, której udzielić nie możemy. Dowódca nasz bowiem nie ma prawa mieszać się w rządy Ukraińców.”

    „… idiotyczny rozkaz: nie wolno nam strzelać, chyba że otrzymujemy pierwsi ogień.”

    „Codziennie słyszymy o bestialskich mordach stosowanych na Polakach po okolicznych wsiach. […] Po każdej takiej wiadomości wyruszamy natychmiast na miejsce zbrodni. […] Wchodzimy do wsi, podczas gdy Ukraińcy wszyscy uciekają przez pola w przeciwnym kierunku, nam zaś nie wolno za nimi strzelać.”

    Bezkarni bandyci UPA są coraz zuchwalsi i brutalniejsi:

    „Pewnego razu przybiega do nas dziewczynka dwunastoletnia z płaczem, że całe jej rodzeństwo wymordowali […] wyruszamy furmankami na miejsce. Jest to wieś Stryłki, 4 km od Klewania, tu oczom naszym przedstawia się widok straszny. Zgliszcza dymią jeszcze. […] zaczynają się schodzić ludzie, którzy zdołali uciec. Z lamentem przypadają do swych małych dzieci, które leżą w kałuży krwi. Większość pomordowanych spalona jest wśród gruzów. Znajdujemy też dużo ofiar leżących koło domów. Wszyscy są w okrutny sposób zamęczeni. Mężczyźni z oderżniętymi genitaliami, kobietom wpychają flaszki, kamienie. Obrzynają palce, języki nosy, wbijają kołki drewniane w mózg lub szyję.”

    Przybywające z odsieczą polskie patrole policyjne są często atakowane:

    „Patrol ten wpadał w ciężką zasadzkę […] Każdy był ranny i mordowany później – mieli oni nosy poodrzynane, palce które później do ust im wpychano – lub żywcem w płonące auta rzucony.”

    Wreszcie miarka się przebrała. Nastaje czas odwetu. Polscy policjanci nie dają pardonu:

    „Wieś Podłużne zostaje okrążona i spalona, ludność wystrzelana. Złazno – spalona do jednej chałupy. Wieś Stawki, na pół spalona przez nas […] Wieś Japołoć, miejsce trzykrotnej zasadzki, spalona, kobiety, dzieci wystrzelane. […] Silne ognisko bandyckie, wieś Hołowin, również po zasadzce, po części spalona. Palimy w każdej wsi w pierwszym rzędzie młyny i cerkwie, tak że wkrótce w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma nigdzie młyna, ani cerkwi, ani popa… […]” (cyt. za: „Relacja policjanta”, podali do druku Grzegorz Motyka i Marek Wierzbicki, „Karta” nr 24).

    Daleki jestem od relatywizowania okrucieństw, szufladkowania masakr kobiet i dzieci na „godne potępienia” i „usprawiedliwione okolicznościami”. Ale widać wyraźnie, że to nie żadne „rozpoczęcie walk partyzanckich” przez UPA wyzwoliło wśród Polaków demona zemsty. To te dzieci, leżące w kałużach krwi, to ich okaleczeni rodzice, to bezkarność rezunów…

    Dobrze byłoby, by ktoś wreszcie, raz na zawsze, dokładnie oszacował liczbę ofiar polskiej zemsty – wszystkich akcji odwetowych naszej partyzantki, samoobrony, policji. Dla samego Wołynia różni autorzy podają od kilkuset do dwóch tysięcy zabitych Ukraińców. Stanowi to od 1 do 3 proc. ofiar polskich. Zdaniem ukraińskiego historyka Wiktora Poliszczuka, w latach wojny na całym obszarze Rzeczypospolitej zginęło z rąk Polaków 4000 ukraińskich cywilów. Według jego obliczeń liczba „nieposłusznych” Ukraińców zamordowanych przez UPA była dwudziestokrotnie większa, nie wspominając o trzydziestokrotnie większej liczbie Polaków (łącznie dwieście tysięcy ofiar terroru UPA!).

    A jednak Niemcy

    Pora wrócić do zagłady czeskiej kolonii Malin, do zbrodni, którą dr Grzegorz Motyka z IPN, w ślad za Lwem Szankowśkim, przypisał polskiej policji. Zaiste, gdyby zarzut odpowiadał prawdzie, sumienia Polaków obciążałaby jedna z najohydniejszych pacyfikacji na tym terenie. W rok po publikacji Motyki, w „Karcie” nr 28 (1999) ukazał się list dr Adama Cyry z Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, będący reakcją na rewelacje autora „Polskiego policjanta na Wołyniu”. W liście przybliżono nam fragment referatu Jaroslava Meca, przedstawiciela Stowarzyszenia Czechów Wołyńskich, wygłoszony na sympozjum „Ludobójstwo i wygnania na Kresach” w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu.

    Tenże Jaroslav Mec, przedstawiając męczeństwo wołyńskich Czechów podczas II wojny światowej, opisał zagładę Malina – „największą tragedię wołyńskich Czechów”. Sprawcami zbrodni byli Niemcy, którzy „spędzili mieszkańców do cerkwi, szkoły i niektórych budynków, po czym polali je benzyną i zapalili”. Również liczba ofiar, podana przez Motykę, nie odpowiada prawdzie. Zginęło bowiem 374 Czechów (w tym 105 dzieci), poza tym 132 ich ukraińskich sąsiadów oraz 26 Polaków.

    Jak zauważył dr Cyra: „… Jaroslav Mec, który przeżył wojnę na Wołyniu, oraz Stowarzyszenie, które reprezentował, najlepiej orientują się, kto dokonał mordu na mieszkańcach Czeskiego Malina.”

    Obok listu Cyry zamieszczono też ripostę Motyki. Ten ostatni podziękował oponentowi za wypowiedź „w dyskusji, która przybliża nas do historycznej prawdy”, choć też zrugał go za „pewną gwałtowność, z jaką broni polskiej policji przed zarzutem udziału w spaleniu Malina”.

    Motyka usprawiedliwił się, że wzmianki o udziale Polaków w pacyfikacji Malina znalazł, poza książką Szankowśkiego, w liście prawosławnego biskupa Platona (Ukraińca) do biskupa Polikarpa oraz w kronice prawosławnego księdza Maksyma Fedorczuka (takoż narodowości ukraińskiej). Równocześnie jednak zmuszony był zacytować wzmiankę z konspiracyjnego pisma polskiego „Wschód”, z opisem przebiegu zbrodni, w którym jednoznacznie wskazano na odpowiedzialność Niemców. Motyka zastrzegł się, że nie neguje źródeł czeskich, zaś zaistniałą rozbieżność „wytłumaczył” na dwa sposoby: „obecności Polaków Czesi mogli nie zauważyć”, bądź też „polska policja miała tak krwawą renomę wśród ludności ukraińskiej, że ta, słysząc o pacyfikacji, nie wyobrażała sobie nawet, by w niej nie wzięli udziału Polacy”…

    Dr Cyra nie skomentował innych zarzutów stawianych polskim policjantom, popełnienia zbrodni na ukraińskiej ludności cywilnej, w innych niż Malin miejscowościach. O dziwo, ta powściągliwość dała Motyce asumpt do złośliwych dociekań pod adresem oponenta: „Czyżby zatem uważał, że zabójstwo Czechów jest dla tej formacji bardziej kompromitujące niż zabijanie nie mających nic wspólnego ze zbrodniami OUN-B cywilnych Ukraińców?” – suponował.

    Dalibóg, trudno doszukać się w tej insynuacji jakiejś logiki. Cyra nie zajął się przecież oceną całokształtu działań polskiej policji na Wołyniu. Sprostował jedynie nieprawdziwą informację o Malinie. Inna rzecz, że gdyby zarzut wymordowania Czechów okazał się fałszywy, to i inne akty oskarżenia ukraińskich (i filoukraińskich) historyków należałoby traktować ostrożnie. Jednak na szczególną uwagę zasługuje wzmianka o „zbrodniach OUN-B” w ostatnim zacytowanym zdaniu. Otóż biorąc pod lupę oba omawiane tu teksty Grzegorza Motyki („Polski policjant na Wołyniu” oraz odpowiedź na list Cyry), ich autor w tym miejscu jeden, jedyny raz pisze o ZBRODNIACH nacjonalistów ukraińskich – nie zaś o jakichś „walkach partyzanckich”, czy też „akcji antypolskiej”…

    Tezę Lwa Szankowśkiego o udziale Polaków w pacyfikacji Malina Grzegorz Motyka nagłośnił raz jeszcze w swej książce „Tak było w Bieszczadach” (W-wa 1999). Tytuł pracy jest nieco mylący. W zasadzie jej tematem są walki polsko-ukraińskie na terenach dzisiejszej Polski w latach 1943-1948, choć dość obszernie omówiono również ludobójstwo na Kresach (konsekwentnie nazywane przez Motykę „akcją antypolską”). Jest też sporo o wcześniejszych konfliktach, z lat 1918-1939. Książka skądinąd kontrowersyjna – widać w niej ducha „obiektywizowania” polsko-ukraińskiego konfliktu. Jak wygląda ten obiektywizm w wykonaniu dr Motyki? Oto garść przykładów:

    – o przyczynach wojny polsko-ukraińskiej z lat 1918-1919:

    „Proklamowanie w listopadzie 1918 r. ZUNR [Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej – przyp. A.S.] gremialnie popartej przez Ukraińców mieszkających w Galicji Wschodniej, spowodowało wybuch zaciętych walk polsko-ukraińskich. Przełomem w konflikcie stało się przybycie z Francji (…) armii gen. Józefa Hallera. Wprawdzie obiecano nie używać formacji tej przeciwko Ukraińcom, ale Polacy złamali to zobowiązanie. Dzięki temu oddziały Wojska Polskiego w lipcu 1919 r. wyparły armię ZUNR za rzekę Zbrucz, kończąc w ten sposób . Oznaczało to likwidację ukraińskiej państwowości w Galicji” (s. 25).

    Mamy więc wiarołomnych Polaków, likwidujących ukraińską państwowość w niepotrzebnym konflikcie… Ani słowa o tym, kto rozpoczął „niepotrzebną” wojnę! A przecież „wybuchu zaciętych walk” wcale nie spowodowało „proklamowanie ZUNR”, tylko atak sił zbrojnych tego tworu na Polaków we Lwowie i innych miejscach!

    – o porzuceniu atamana Petlury przez Polaków:

    „(…) w kwietniu 1920 r. rozpoczęła się polsko-ukraińska ofensywa na Kijów. Ale opanowanie stolicy Ukrainy, wskutek kontrofensywy bolszewików, nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Ostatecznie plany Petlury przekreśliło złamanie przez Polskę zobowiązań sojuszniczych i podpisanie traktatu pokojowego z ZSRS w Rydze” (s. 25-26).

    Trudno o większe uproszczenie. Zorientowany w historii czytelnik (ale tylko on!) doskonale wie, że zarządzona przez Piłsudskiego wyprawa kijowska, mająca na celu pomoc w budowie państwa ukraińskiego, zakończyła się katastrofą. Bolszewicy nie tylko odbili Kijów, ale wkrótce znaleźli się na przedpolach Warszawy. Tylko najwyższym wysiłkiem obroniono młodą polską niepodległość. Ostateczną rezygnację z wojskowego wsparcia dla petlurowskiej Ukrainy wymusiło przede wszystkim niechętne stanowisko ogółu… Ukraińców. Ideowi petlurowcy wielokrotnie wyrażali żal i rozgoryczenie z powodu ówczesnej postawy większości swych rodaków, którzy nie przejawiali żadnego zainteresowania budową własnej państwowości, a tym bardziej oddawaniem za nią życia. Na wyprawę kijowską w kwietniu 1920 r. Petlura zdołał wystawić zaledwie 4-tysięczną armię (Wojsko Polskie dało wówczas 300 tys. żołnierzy). Pod koniec wojny wojsko Petlury osiągnęło stan 23.200 ludzi (armia polska liczyła wtedy ponad 900 tys.). Trudno mieć pretensje do Polaków, że nie chcieli dłużej przelewać krwi za niepodległą Ukrainę, skoro nie mieli na to ochoty sami Ukraińcy.

    – o konfliktach polsko-ukraińskich w II Rzeczypospolitej

    Akcja terrorystyczno-sabotażowa OUN z 1930 r. podsumowana została w książce Motyki jednym zdaniem (jedyne, co się o niej dowiadujemy, to fakt, że przerwała „postępującą poprawę nastrojów ludności ukraińskiej”). Za to opis brutalności polskiej policji, pacyfikującej ukraińskie wioski w odpowiedzi na działania terrorystów, zajmuje bitą stronę (s. 37-38).

    – o początku walk polsko-ukraińskich

    Kto rozpoczął walki polsko-ukraińskie podczas II wojny światowej? Kto pierwszy przelał krew? Jak stwierdza dr Motyka we wstępie, jego praca „obejmuje okres od początku roku 1943 (wówczas doszło do pierwszych większych starć polsko-ukraińskich (…)”.

    Otóż do pierwszych większych starć doszło już we wrześniu 1939 r. Motyka podaje zresztą garść przykładów akcji ukraińskich dywersantów z Lubelszczyzny podczas kampanii wrześniowej (w opisanych akcjach padło jakieś kilka tuzinów trupów). Całkowicie jednak przemilcza ówczesną falę mordów na Kresach. A przecież (zdaniem m.in. prof. Roberta Szawłowskiego) w 1939 r. z rąk ukraińskich bojówkarzy (nacjonalistów i komunistów) zginęło 12-14 tys. Polaków, w ogromnej większości cywilów!

    – o sukcesie antyniemieckiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.:

    „Z badań Cz. Madajczyka wynika, iż w 1943 r. na Wołyniu niemiecką administrację wycofywano czasem nawet ze szczebla powiatu. Dostawy mięsa i mleka spadły o 75 %, masła o 40 %, w mniejszym stopniu spadła ilość dostarczanego zboża. Fakty te musiały wynikać z działalności UPA, gdyż partyzantka sowiecka nie obejmowała tak znacznego terytorium” – stwierdza autor omawianej pracy (s. 109).

    Mniejsza o to, że prof.. Czesław Madajczyk napisał powyższe w kontekście działań właśnie partyzantki sowieckiej, oraz że spadek dostaw mięsa i mleka wyniósł 2/3, a nie 75 % (zob. Madajczyk Cz., Faszyzm i okupacje 1938-1945, Poznań 1983, T.I Ukształtowanie się zarządów okupacyjnych, s. 629-631). W istocie bowiem dr Motyka ma rację, UPA rzeczywiście odniosła na tym polu spore sukcesy. Zastanówmy się jednak, co się za nimi kryło. Otóż właśnie w 1943 r. Ukraińska Powstańcza Armia dokonała na Wołyniu swych najgorszych zbrodni, mordując kilkadziesiąt tysięcy ludności polskiej, głównie mieszkańców wsi, a dalsze dziesiątki tysięcy zmuszając do ucieczki. Istotnie, musiało to pociągnąć za sobą dezorganizację lokalnej gospodarki rolnej, a w konsekwencji spadek ilości zebranych przez Niemców kontyngentów. Z punktu widzenia, dajmy na to Stalina, akcja banderowców przyniosła wymierne korzyści. Ale że poczytuje to UPA za zasługę również polski historyk, to raczej niespotykane…

    Mamy wreszcie w książce bezkrytyczne powtarzanie zarzutów historyków ukraińskich, w tym oskarżenie o wymordowanie czeskich kolonistów w Malinie. Skutkiem takich i podobnych zabiegów zaprzepaszczona została szansa na stworzenie naprawdę obiektywnej monografii polsko-ukraińskiego konfliktu. A szkoda, bo autor rzeczywiście wykonał ogromną pracę, przedzierając się przez liczne archiwa, w kraju i za granicą, ujawniając fascynujące nieraz informacje. Czytając „Tak było w Bieszczadach” człek ma wątpliwą uciechę, gdy konfrontuje tezy autora z jego wcześniejszym o rok artykułem „Polski policjant na Wołyniu” („Karta” nr 24). Ot, na przykład, zapoznając się teraz z doniesieniem o stronniczości ukraińskiego historyka Wołodymyra Kosyka, który „cały problem mordów UPA na Polakach kwituje jednym zdaniem: ” (s. 17). Tak, tak – mowa o tym samym Wołodymyrze Kosyku, który zarzucił polskiej policji zamordowanie 70 Ukraińców we wsi Dermań!

    Albo gdy czytamy opis masakr polskiej ludności cywilnej, dokonanych przez UPA na wiosnę 1943 r. (już w marcu i kwietniu liczba zamordowanych sięgnęła 7 tys.). Przypomnę, w „Karcie” pan Motyka napisał, że to było „rozpoczęcie walk partyzanckich”…

    Niemcy, Ukraińcy, własowcy

    W 2000 r. na rynku wydawniczym ukazało się „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” autorstwa Ewy i Władysława Siemaszków – wspaniała, monumentalna, blisko 1500-stronicowa praca, oparta na przebogatym materiale źródłowym.

    Wśród przedstawionych w niej setek krwawych epizodów, jest też opis pacyfikacji Malina. Jako sprawców jednoznacznie wskazano Niemców (oddział SS), ukraińską policję oraz mały oddział własowców. Potwierdzono, iż ofiarą egzekucji padło 374 Czechów i 26 Polaków (spalonych żywcem) oraz 132 Ukraińców (zastrzelonych).

    Autorzy powołują się na wiele źródeł, w tym na ustalenia komisji śledczej, utworzonej przez generała Ludwika Svobodę, dowódcę Pierwszego Samodzielnego Korpusu Czechosłowackiego w ZSRS.

    (Ponadto dowiadujemy się, iż okolice Malina były terem działalności terrorystów ukraińskich różnej maści. Jeszcze we wrześniu 1939 r. prokomunistyczni bojówkarze zamordowali tam komendanta posterunku policji państwowej, zaś w latach 1943-1944 w napadach UPA zginęło troje Czechów.)

    Autorom udało się ustalić, skąd mogła się wziąć pogłoska o Polakach, uczestniczących w pacyfikacji. Otóż jedna z ocalałych mieszkanek wsi zeznała, że ostrzegł ją i namówił do ukrycia, w języku polskim, „żołnierz w nazistowskim mundurze”. Siemaszkowie wielokrotnie przypominają, iż w niemieckich oddziałach wojskowych i policyjnych na Wołyniu służyło wielu Niemców ze Śląska, Pomorza i Wielkopolski, wśród których znajomość języka polskiego była powszechna.

    (Również G. Motyka w „Polskim policjancie na Wołyniu”, w „Karcie” nr 24 przyznaje, że do pacyfikacji z premedytacją kierowano Niemców ze Śląska i Wielkopolski, którzy w trakcie przemarszu przez ukraińskie miejscowości śpiewali polskie piosenki, w oczywistym celu zantagonizowania miejscowej ludności.)

    Siemaszkowie cytują wypowiedź znanego nam już Jaroslava Meca ze Stowarzyszenia Czechów Wołyńskich, będącą w istocie podsumowaniem sporu o zbrodnię w Malinie: „Pragnę poinformować, że według znanych mi dostępnych dokumentów nigdy nie zetknąłem się z tymi [o Polakach pacyfikujących Malin] informacjami. (…) Nikt i nigdy nie miał wątpliwości, że zbrodni tej dokonali Niemcy przy udziale policji ukraińskiej” (Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo…, s. 79).

    Tygiel narodów

    Cztery lata po opublikowaniu „Polskiego policjanta na Wołyniu”, dr Grzegorz Motyka raz jeszcze wraca do sprawy pacyfikacji Malina, w interesującym szkicu o dziejach wołyńskich Czechów, zamieszczonym w tomie „Tygiel narodów” (Warszawa 2002). Tym razem podaje prawdziwą liczbę ofiar. Pisze też o odpowiedzialności Niemców, o „nazistach” mordujących mieszkańców Malina, o „niemieckiej akcji pacyfikacyjnej”. Udział polskiej policji traktuje jako „domniemany”. Napomyka wprawdzie o oskarżeniach ukraińskich autorów, przyznaje jednak, że źródła czeskie „ani słowem nie potwierdzają obecności polskiej policji” (choć powtarza też swą hipotezę, że ocaleli z pogromu Czesi „mogli nie zauważyć” Polaków). Z całą mocą podkreśla, iż „niezależnie od tego, jak wyglądała prawda, nie ulega wątpliwości, iż za wszelkie poczynania polskiej policji odpowiadają przede wszystkim Niemcy, którym formacja ta podlegała. To oni wydawali rozkazy” (G. Motyka, Postawy wobec konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1953 w zależności od przynależności etnicznej, państwowej i religijnej, w: Tygiel narodów. Stosunki społeczne i etniczne na dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej 1939-1953, pod red. Krzysztofa Jasiewicza, Warszawa 2002, s. 387-388).

    Skąd ta cudowna przemiana? Skąd tak skwapliwe uwypuklanie niemieckiej winy? Przecież, poza Malinem, pozostaje jeszcze do wyjaśnienia sprawa udziału polskich policjantów z Schutzmannschaftsbataillon 202 w pacyfikacjach ukraińskich wiosek. Toż koledzy Grzegorza Motyki z Instytutu Pamięci Narodowej, badający okoliczności wypadków w Jedwabnem, wykuwali swój medialny rozgłos, opracowując niemal identyczny scenariusz zbrodni. Według nich grupa jedwabieńskich Polaków, przy prawdopodobnym współudziale bądź z inspiracji niemieckiej żandarmerii, dokonała mordu na co najmniej 340 Żydach. I ów scenariusz stał się podstawą do potężnej debaty w mediach (przypominającej mecz do jednej bramki…), ogólnonarodowej ekspiacji, chórów przebłagalnych z udziałem najwyższych władz państwowych…

    Dlaczegóż więc dr Motyka tak gorliwie podkreśla niemiecką odpowiedzialność za (ewentualne) zbrodnie polskiej policji pomocniczej, miast iść szlakiem przetartym przez IPN-owskich speców od Jedwabnego?

    Odpowiedź pozostaje, rzecz prosta, w sferze domysłów. Zauważmy tylko, że jeśliby obciążyć ogół Polaków odpowiedzialnością za zbrodnie niektórych polskich policjantów, dokonane pod komendą niemiecką, należałoby również przyjrzeć się działalności ukraińskich formacji wojskowych i policyjnych w służbie Hitlera. W tym miejscu dyskusja nie dotyczyłaby już kilkudziesięciu czy kilkuset ofiar polskiego batalionu policyjnego z Wołynia.

    Ukraińskie oddziały na żołdzie niemieckim współdziałały w wymordowaniu setek tysięcy ludzi. W jednym tylko obozie zagłady w Sobiborze (przypuszczalnie ok. 250 tys. ofiar) na 180 strażników było aż 150 Ukraińców. Na Wołyniu policja ukraińska miała ogromny udział w eksterminacji dwustutysięcznej społeczności tamtejszych Żydów. Ukraińscy wielbiciele Hitlera brali też udział w tłumieniu Powstania Warszawskiego (Wołyński Legion Samoobrony, policyjne pułki SS), pozostawili po sobie bolesne wspomnienia również m.in. na Słowacji i w Jugosławii.

    Kolaboranci czy patrioci?

    Dr Motyka w jednym na pewno ma rację; najwyższy czas ujawnić i spopularyzować wszystkie aspekty działań polskich formacji policyjnych, sformowanych za zezwoleniem niemieckiego okupanta – Policji Polskiej (tzw. „policji granatowej”) i Policji Kryminalnej w Generalnym Gubernatorstwie oraz Schutzmannschaften na Wołyniu. Przez ich szeregi przewinęło się łącznie kilkanaście tysięcy Polaków. Przez wiele lat na tych ludziach spoczywało odium zaprzaństwa i zdrady.

    A przecież, wobec nieuniknionego w warunkach wojny, rozszerzającego się pospolitego bandytyzmu, którego ofiarą padała ludność polska, a którego zwalczanie nie cieszyło się zainteresowaniem niemieckich władz okupacyjnych oraz przekraczało realne możliwości odpowiedzialnych struktur Polskiego Państwa Podziemnego, istnienie rodzimych służb policyjnych, choćby podległych Niemcom, leżało w naszym interesie narodowym. Współczesne badania wykazują przy tym, iż formacje te były głęboko spenetrowane przez podziemie. Np. w „policji granatowej” co szósty funkcjonariusz (w tym co drugi oficer) był zaprzysiężonym żołnierzem konspiracji, podczas gdy liczba kolaborantów nie przekraczała 10%. Na siedmiu „granatowych” podpułkowników (najwyższy stopień w tej formacji), prawdopodobnie wszyscy współpracowali z podziemiem (trzech zamordowano w niemieckich obozach koncentracyjnych, czwarty – Aleksander Reszczyński z Warszawy – zginął w zamachu zorganizowanym przez komunistów). Ogółem Niemcy rozstrzelali bądź zesłali do kacetów od 10 do 15 % funkcjonariuszy.

    Miarodajną oceną postawy polskich policjantów z Wołynia był stosunek do nich tamtejszej ludności – wdzięcznej za obronę przed zbirami z UPA. Jeśli ktoś dziś wybrzydza na tych spośród wołyniaków, którzy walcząc o życie przyjęli broń od Niemców (czy od kogokolwiek), to jest to pretensja, że owi kresowianie nie pozwolili się bezkarnie wymordować, że nie byli stadem baranów prowadzonych na rzeź.

    W istocie przecież polski „szucman” oraz partyzant AK walczyli tam ze wspólnym wrogiem.

    „Głos Kresowian” nr 20

  10. Krupa said

    WSCHODNI SLOWIANIE A NIEMIECCY NAZISCI

    Śmieszy mnie niechęć narodowców do wszystkiego co germańskie, jak i wiara w istnienie jakiejś wspólnej “słowiańskiej duszy”, szczególnie kiedy czytam o okrucieństwach lub wręcz bestialstwie bolszewików lub słowiańskich ukraińskich rezunów w stosunku do Polaków na Wołyniu.
    Czy możecie sobie np. wyobrazić taka scene z bawarskiej wsi gdzie nazistowski, niemiecki żołnierz rozpruwa polskiemu dziecku brzuszek i przystawia do niego głodnego owczarka alzackiego a miejscowi wiesniacy tancza wokol niego, jodlujac i popijajac piwo? Takiej sceny nie wymyslilby chyba nawet najbardziej perwersyjny hollywoodski rezyser. Niestety takie sceny byly na porzadku dziennym w czasie rzezi Polakow na Wolyniu, gdzie cale wsie braly udzial w czyms co przypominalo rytualne plemienne mordy dzikich plemion w Amazonii. Zamiast psa przystawiano do brzuszka dziecka glodnego knura. Historycy zajmujacy sie tym tematem opisuja ponad dwiescie rodzajow wyrafinowanych tortur stosowanych przez Ukraincow na Polakach.
    http://www.lwow.com.pl/semper/wolyn.html
    Wokol umierajacych w meczarniach Polakow wiesniacy (wlaczajac w to ich dzieci) wiedli horowody przy spiewach i muzyce.
    Niemcy zabijali z rozkazu w zdyscyplinowany sposob, ale nie dla zabawy czy perwersyjnej przyjemności. Mieli zreszta wyspecjalizowane sluzby, ktore zajmowaly sie eliminowaniem wrocgow Rzeszy. Wydaje się, że we wschodnich Słowianach jest więcej azjatyckiej niż słowiańskiej duszy. Prof Pogonowski napisał kiedyś ciekawy artykuł pt. “Co ukształtowało Rosję – Bizancjum czy służba u Mongołów.” Wniosek może być chyba tylko jeden. Na wschodnich Slowianach pietno wywarly wplywy mongolskie I hazarskie.
    Kiedyś po internecie krążyła wiadomość z jakiejś gazety wydawanej tuz po wojnie, że Hitler zmienił pod koniec wojny zdanie o Polakach. Już nie myślał o nas jako o podludziach. Ostatecznie, nawet pod względem rasowym nie odbiegamy za bardzo od Germanów. To chyba Roosevelt mówił kiedyś o Prusach jako o bękarcie germańsko- słowiańskim.
    Duzo mowi sie o zbrodni katynskiej na polskich oficerach jencach wojennych, ale jakos przemilcza sie fakt, ze polscy POW w niemieckich oflagach przezyli wojne. Przeciez oficerowie polscy w niemieckich obozach dla POW z nudow organizowali sobie teatrzyki.
    Jakiz kontrast ze wschodnim chazarskim okrucienstwem.

  11. pV said

    Pan Motyka już nie pracuje w IPN, jest teraz w Polskiej Akademii Nauk. Był ostatnio program w TVPInfo z jego udziałem. Generalnie był to opis akcji „Wisła” pozbawiony praktycznie odniesienia wcześniejszych „dokonań” UPA. Np. były zeznania ludzi których to pobili i sponiewierali polscy żołnierze. Ci ludzie jednak przeżyli i mogli się przenieść. UPA takiej możliwości Polakom nie dawała.
    Historyjki o pobiciach i upokarzaniu Ukraińców to bajeczki dla dzieci przy tym co wyprawiały te banderowskie bestie.

  12. Krzysztof M said

    Ad. 9

    „Śmieszy mnie niechęć narodowców do wszystkiego co germańskie”

    – Nie chodzi o „wszystko co germańskie”. Chodzi o różnice cywilizacyjne. Cywilizacja łacińska, czy bizantyńska? Co wybrać? Bo jak nic nie wybierzemy, to skończymy w cywilizacji bizantyńskiej. Czyli w Unii Europejskiej. W Unii pod przywództwem Niemiec.

    Więc JAKA cywilizacja?

  13. Horodecki said

    W jednej z dyskusji na temat Ukrainy na internecie spotkalem spostrzezenie dotyczace roznicy zachowan pomiedzy Ukraincami mieszkajacymi po polskiej stronie a tymi po sowieckiej.
    Nasi od razu po wkroczeniu armii niemieckiej zaczeli czystki etniczne i organizowanie oddzialow nacjonalistycznych.
    Nic takiego nie bylo na bylych terenach sowieckich.
    Czyzby byl to skutek walca jaki w postaci Holodomoru przetoczyl sie przez Ukraine sowiecka w latach 1930-ych kiedy zaglodzono na smierc ponad 10 mln chlopow i ich rodzin.
    Niektorzy z naszych autorow usiluja tlumaczyc antypolskie nastawienie Ukraincow oraz ich zbrodnie w czasie II wojny swiatowej polityka polskiego rzadu sanacyjenego, ktory ograniczal swobody dla Ukraincow.
    Paradoksalnie jakaz roznica pomiedzy”cackanie sie” naszego rzadu
    z Ukraincami a bezpardonowe potraktowanie ich przez sowietow.

  14. tralala said

    ad 11
    Co wybrac? Panie Krzysztofie, o to trzeba bylo pytac dziesiatki lat temu, co najmniej 20!
    Teraz to juz tylko leci z gorki, prosto w objecia (rozplanowanie wplywow w UE)sfery wplywow germansko/slowianskiej pod przewodnictwem Niemiec, a udzialem Rosji, w ktorej poszczegolne panstwa slowianskie nie beda mialy nic do powiedzenia.

  15. ben said

    Ad. 9

    Nie zapomnij, że UWO, które przed wojną napadało na polskie poczty i mordowało Ukraińców, którzy chcieli ugody z władzą polską, było opłacane z Niemiec.

    Także w czasie wojny, Ukraińcy popełniali swoje zbrodnie przy przyzwoleniu hitlerowców. Ukraińcy byli od tzw. „mokrej roboty”.
    Często również Ukraińcy byli strażnikami w obozach koncentracyjnych…
    Dlatego krew ofiar siepaczy z UPA jest też na rękach Niemców.

    To tak w telegraficznym skrócie.
    pozdrawiam.

  16. PONURY said

    http://www.bibula.com/?p=32770 PROSZĘ! NIENORMALNY „KRAJ”!

    Czy Panu zaciął się Caps Lock? -admin

  17. Piotrx said

    „W atakach na Motykę można jednak przeczytać, że neguje on ludobójstwo na Wołyniu. Tymczasem w swojej najnowszej książce “Od rzezi wołyńskiej do akcji “Wisła”” wyraźnie pisze, że UPA dokonała na Polakach ludobójstwa…”

    Jeszcze jedna uwaga nie było żadnej „Akcji Wisła” tylko „Operacja Wisła” gdyż taka nazwa figuruje we własciwych dokumentach wojskowych odnoszących się niej (Grupa Operacyjna „Wisła” była powołana bodaj 28 kwietnia 1947 r). Co p. Motyka mieniący się historykiem powinien wiedzieć. Określenie „akcja” jest uzywane celowo przez wielu ukrainerów mając budzić z samej nazwy skojarzenia negatywne np. z „akcjami” represyjnymi prowadzonymi przez Niemców w odniesieniu do ludności okupowanych krajów podczas II WS.

  18. kazik said

    Neobanderowiec motyka nie ma prawa przestępowania progu IPN . Niech lepiej zarabia na życie zbierając puszki i butelki na śmietniku . Będzie z tego więcej pożytku niż z jego pisaniny . Operacja ” Wisła ” a nie żadna tam akcja , była potrzebna i skuteczna . Niech różni ” mądrale ” przestaną głupio ględzić i do swoich baranich łbów dopuszczą to , że ukraińska powstańcza armia to organizacja zbrodnicza a jej członkowie są zbrodniarzami . Wszyscy bez wyjątku . Koniec i kropka .

Sorry, the comment form is closed at this time.