Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Dziadzius o Step we krwi?
    Rokitnik o Step we krwi?
    Alina@Warszawa o Step we krwi?
    revers o List otwarty do łajdaka
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
    Maverick o Eksperci ONZ: „Aborcja podstaw…
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
    Maverick o List otwarty do łajdaka
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
    Siekiera_Motyka o Wolne tematy (60 – …
    Wandaluzja.pl o Wolne tematy (60 – …
    Maverick o List otwarty do łajdaka
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 497 obserwujących.

Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa” c.d. 2

Posted by Marucha w dniu 2011-08-11 (Czwartek)

(Fragment 5)

Dwie Literatury

(…) Rabini podkreślają swą wyższość nad Torą, skoro dopiero tłumaczenie przez nich dokonane, daje Torze możność kierowania życiem Judei, bo oto w księdze Soter znajdujemy taki oto passus:
„Ale gdyby ktoś do Tory dodał Misznę, a nie radził się rabinów -zostanie amhaarezem” /Sot. 22a/.

I jakież to zachwycające mądrości ma znaleźć Grek studiując Torę?

„Strwożyć nie będziesz, człowiecze, małżonki swej ród swój kalając” – czyta Grek w poemacie Pseudofocylidesa, a tymczasem w Księdze Wyjścia /XII, 13/ Abraham oddaje żonę faraonowi /”aby mi było dobrze dla ciebie”/, a Jehowa karci plagami nie stręczyciela, ale niewinnego faraona. Drugi raz powtórzył Abraham ten numer z królem Gerazy, Abimelechem. Grek czymś podobnym zachwycać się nie może, jak i nie może mu się podobać historia z wygnaniem Hagary i Izmaela na pustynię, w której to Jehowa znów staje po stronie nieprawości…

Albo – historia Mojżesza. Gdy faraon chcąc powstrzymać mnożność Izraela wydał edykt, mocą którego Izraelitkom nie wolno było mieć chłopców – matka Mojżesza /”który był dziecięciem nadzwyczajnej urody” – jak twierdzi narrator tej historii, rabbi Eliezer z Naim/ włożyła go w koszyk, upleciony z sitowia i zostawiła dziecko wśród trzcin na brzegu rzeki, w miejscu, gdzie zwykle kąpała się córka faraona. Ta oczywiście, znalazła dziecię, ulitowała się nad jego urodą, co więcej – postanowiła je wychować. Jak dotąd – bajeczka, która podobała by się i w Grecji i w Rzymie: oto ręka boża wyciągnięta nad przyszłym wodzem narodu. Ale narratorowi było tego widocznie za mało: u niego „starsza siostra maleństwa stała z daleka i przypatrywała się, co się stanie”. Z czego logicznie myślący Grek wyciąga wniosek, że Izraelita nie ufa Jehowie i woli sam wszystkiego dopilnować.
Zobaczywszy, że dziecko podobało się królewnie – siostra Mojżesza podbiega i pyta: „Chcesz, a pójdę i zawołam ci niewiastę hebrajską, która pomogła by ci chować dziecię?” I zawołała – matkę dziecka. Oczywiście ta rola nieproszonej faktorki i to oszukanie dobrej królewny psuje cały urok legendy: zamiast czystej pomocy Bożej – ludzka intryga i cwaniactwo, kontrolowanie opatrzności Boskiej. Ale narrator tego nie odczuwa, bo zresztą wprowadzona w błąd to przecież „poganka”, względem której nie warto mieć skrupułów nawet wtedy, gdy świadczy dobro.

Ogromnie niezdarne i wprost niezrozumiałe są dla Greka opowiadania, jak Jehowa prześladuje faraona, którego chwiejność jest niczym nieuzasadniona. A poza tym czyż potęga Jehowy kończyła się u progów pałacu faraonowego? Czyż doprawdy ten potężny Bóg nie mógł sobie poradzić inaczej?

A już wyjście z Egiptu z „pożyczonymi” naczyniami srebrnymi i złotymi to w pojęciach Hellady, a zresztą i chrześcijaństwa – pospolite złodziejstwo, tym gorsze, że Izraelici okradli tych, których rodak ich, Józef, spekulując uprzednio na zbożu, zaprzedał faraonowi w niewolę /Rozdz. 47, 15-26/.

Dziesiąta plaga egipska – mord niewinnych dzieci pierworodnych nie da się usprawiedliwić niczym…

Równie brzydkie sprawy znajduje Grek w życiorysie Dawida. Gdy jako wygnaniec przy dworze króla filistyńskiego Achisa, otrzymał od niego miasto – pustoszy ziemie sprzymierzeńców Achisa, jemu samemu zaś mówi, że plądruje wsie Izraela. Żeby zaś Achis nie dowiedział się prawdy „nie żywił Dawid męża ani niewiasty” w napadniętych okolicach. Historia Dawida-króla pełna jest jego spraw haremowych i skutków tych spraw, w czym sprawa żony Uriasza – to po prostu łajdactwo, jakich mało w historii. I Grek dowiaduje się wreszcie, że ten Dawid jest uważany przez Judeę za ideał króla – bohatera?

Szczególnie jaskrawe są jednak sprzeczności miedzy Grecją a Judea tam, gdzie w grę wchodzi kobieta. Judyta przekrada się do wodza wrogich wojsk, uwodzi go, poi, aby mu odciąć głowę jego własnym mieczem – to jest coś tak sprzecznego z etyką grecką, że Grek absolutnie nie może zrozumieć czci oddawanej takiej „bohaterce” przez cały naród. Przecież usiadła z nim razem, jadła z nim razem, e wiec była gościem! Gościowi gospodarz nie może zrobić najmniejszej krzywdy, bo ściągnąłby na siebie wieczną hańbę, no, ale żeby gość gospodarzowi obciął głowę i to śpiącemu??? Jak w ogóle można zabić człowieka śpiącego? Toż to ohyda?

„Pobożny głupiec, mądry bezbożnik, znieważony faryzeusz i uczona kobieta doprowadza, świat do zguby” – mówi rabbi Jose /Sot. III, Al/. Grek mógłby długo szukać w Torze czy w całym zresztą Talmudzie zdań, które odniosą się do kobiety z szacunkiem czy życzliwością tylko dlatego, że jest ona na przykład kobietą ładną i miłą. Poza „Pieśnią nad pieśniami”, do której można by mieć duże zastrzeżenia z innych względów, bohaterki typu Judyty czy Estery zupełnie nie pasują do greckich poglądów na bohaterstwo, a już kobiet typu Aspazji czy heter 1), które coraz żywszy udział biorą w życiu umysłowym Grecji – Judea nigdy nie miała. Mało tego, w Księdze Liczb może Grek znaleźć taki oto passus: „Gdyby był ojciec jej plunął na jej oblicze, czy nie zapłonęła by wstydem przynajmniej przez tydzień?” – mówi sam Jehowa, a nie o byle kogo tu chodzi, lecz o Martę, żonę Aarona, Mojżeszowego brata. Grek natomiast jest zdania, że to ojciec powinien by wstydem zapłonąć. Grek w ogóle nie rozumie stosunku judaizmu do kobiety, która może być np. źródłem nieczystości rytualnej, bo u Greków kobiety są nawet boginiami.

I tu dochodzimy do sedna rzeczy. W pracy historyka nie może dominować jakiś jeden punkt widzenia, który by zasłaniał inne i nie można spraw np. teologicznych rozpatrywać wyłącznie z teologicznego punktu widzenia. Z teologicznego punktu widzenia Bogiem prawdziwym jest Bóg jedyny i to przecina dyskusje. Z historycznego punktu widzenia natomiast Jehowa wygląda w oczach Greka tak, a w oczach Rzymianina inaczej, w każdym razie oba te narody przyglądają się Jehowie, widzianemu przez pryzmat ksiąg spiętych, porównują go ze swoim politeizmem i… jak im to porównanie wychodzi?
Grekom, a oni, nawet po wszystkich rzymskich zwycięstwach liczą się w historii tej epoki najmocniej – Jehowa podobać się nie może. Cóż to jest za Bóg, który dla swego narodu wybranego nie znalazł innej ziemi, jak tylko. .. cudzą? Tę ziemie, podobno darowaną Izrael musi zdobywać od siedmiu innych narodów w klimacie niełatwym do zwykłego życia, a cóż dopiero do prowadzenia wojen. Inaczej mówiąc nie Jehowa dał, ale Izrael sam sobie zdobył i to z wielkim trudem. Z trudem, który był nieproporcjonalnie duży w stosunku do historycznej i praktycznej wartości tego kawałka ziemi, otoczonego zawsze wrogami. Cóż to za Bóg, który z byle faraonem nie może sobie poradzić, ale gromi go dziesięcioma plagami jedna od drugiej straszniejsza, po to, aby wreszcie utopić tego faraona razem z wojakiem w morzu? Czyż nie można było od tego zacząć? Czy potrzebne było mordowanie egipskich dzieci, naprawdę niewinnych?

Przez całą Torę przewija się dogmat nad dogmatami, najtwardszy fundament religii mojżeszowej „Izrael ludem Jehowy, Jehowa – Bogiem Izraela”. Ta wzajemna wyłączność posiadania jest ujęta ,w bardzo wielu przypowieściach, naukach, haggadach czy modlitwach takich, jak podstawowa: „Szema Izrael, Adonai Elohim – Adonai Echad” – „słuchaj Izraelu – Bóg twój jedynym Bogiem…”
No i jakiż to Bóg? – interesuje się Grek.
„…a gdy cię wprowadzi Pan Bóg twój do ziemi, którą przysiągł ojcom twym i da ci miasta wielkie i bardzo bogate, i domy pełne wszelkich bogactw, których nie budowałeś, studnie których nie kopałeś, winnice i oliwki, których nie sadziłeś, i będziesz jadł i najesz się” /Dt. VI, 10/.
W oczach Greka, słuchającego takich obietnic rośnie zgroza : – „No, dobrze, a co się stanie z tymi, którzy budowali te miasta? – pyta wreszcie. „Gdy je Pan Bóg twój, odda tobie, wybijesz je do szczętu. Nie weźmiesz przymierza z nimi, ani ulitujesz się nad nimi. Ale owszem, to im uczyńcie: ołtarze ich wywróćcie i bałwany pokruszcie i gaje wyrąbcie. Z tych miast, które będą oddane tobie nikogo zgoła żywo nią zostawisz…” /Dt. VII, 21/
– Nie! – protestuje Grek z obrzydzeniem. – Już nasz Eurypides był innego zdania: „Nie! Tłum do mordu skłonny złe swoje zwyczaje i bóstwu przypisuje, a mnie się wydaje, że chyba żaden z niebian występnym nie będzie…” Ale Judejczyk może w nieskończoność wychwalać swego Boga i cytować jego obietnice:
„To mówi Pan: praca egipska i kupiectwo etiopskie i Sabaim, mężowie wszyscy do ciebie przyjdą i twoi będą; za tobą chodzić będą okowani w okowy pójdą i tobie kłaniać się i modlić będą tylko w tobie jest Bóg, a nie masz prócz ciebie Boga” /Iz. XII, 14/.
„I będą otworzone bramy twoje ustawicznie we dnie, w nocy nie będą zamknięte, aby znoszono do ciebie moc narodów i króle ich aby przywiedziono. Bo naród i królestwo, które by tobie nie służyło, zginie. 1 przyjdą do ciebie kłaniając się, synowie tych, którzy cię trapili. I będziesz ssać mleko narodów, a piersiami królewskimi karmion będziesz …” /Iz. IX, 11/.

Tu wypada objaśnić, że wielkie imperializmy starożytne, których wyznawcami byli Dariusz czy Kserkses, Aleksander Macedoński czy Juliusz Cezar dążą do podboju, a nie do zniszczenia bynajmniej całego znanego im świata, ze zgoła innych przyczyn, niż to się działo w czasach nowożytnych. Przyczynę podstawową zna każdy „mężczyzna” dzisiejszy już w szkole podstawowej:
– No! Niech on tylko nie opowiada, że jest mocniejszy ode mnie!
I jeżeli „on nie opowiada” – to wszystko jest w porządku. Ale jeśli się zanadto przechwala, to trzeba go sprać i to na oczach całej klasy, jeśli nie całej szkoły. Niemal tak samo prymitywne są imperializmy starożytności: podbija się jakiś ogromny kraj tylko dlatego, żeby nikt nie pomyślał, że się wielki monarcha czegokolwiek boi. Po czym narzuca się śmiesznie niski podatek, który jest nie tyle materialnym wsparciem zwycięscy – ten też nie zawsze wie, co z pieniędzmi robić – ile symbolem hołdu narodu podbitego. W każdym wypadku taniej by wypadło zwycięscy nie prowadzić takiej wojny, a zwyciężonemu byłoby jeszcze taniej zgodzić się na większy nawet haracz – przed wybuchem wojny. I w bardzo wielu wypadkach, szczególnie w kampanii podbojowej Rzymu tak to jest załatwiane: król jakiegoś narodu zostaje „przyjacielem cesarza” i w dowód tej przyjaźni składa mu dary niekiedy hojniejsze, niżby wyniósł haracz narzucony w wyniku wojny przez Rzymian.

Ale to nie z Izraelem. Według Tory, według proroków „nie weźmiesz przymierza z nimi, ani się zlitujesz nad nimi”. „Bo naród i królestwo, które by nie służyło tobie, zginie”. Jest to już imperializm, o charakterze kompleksu psychologicznego, imperializm całkowicie irracjonalny, z którym nie ma dyskusji, bo dyskutant ucieka na płaszczyznę metafizyki – najdziwniejszej w świecie.
– Czemuż to wasz Bóg ma wam oddać panowanie nad światem? -dopytuje Grek. – W czym wy jesteście lepsi od nas, od Persów, od Rzymian czy Egipcjan? Co wnieśliście do ogólnoludzkiego skarbca kultury, wiedzy i cywilizacji? Na co Judejczyk ma tylko jedną odpowiedź:
– „Izrael ludem Jehowy, Jehowa Bogiem Izraela…” i tylko za to, że wierzymy w tego Boga, nasza wiara będzie tak właśnie wynagrodzona.

Dla Greka, dla całego ówczesnego świata hellenistycznego ta nagroda jest bezsensownie wielka i nie trafia mu do przekonania bóg tak dalece nielogiczny. Gdyby ten bóg obiecał panowanie nad światem Rzymianom, ha! dzielny naród, zdrowy, prężny, gdyby Egipcjanom, też to jakaś stara kultura i cywilizacja, ale ta maleńka Judea? Nie! To jest nie do przyjęcia. Tym bardziej, że Judea odgradza się od innych narodów i usiłuje zachować dla siebie monopol na posiadanie jedynego i prawdziwego Boga… Dla Greka ideałem bóstwa jest prawda, piękno i dobro w jednym bóstwie ulokowane. Tymczasem Bóg Izraela jest groźny i tylko groźny. Piękna ani dobra w nim nie ma, gdyż Izrael nie uważa tych dwóch za cechy godne Boga. Bóg nie może być piękny, bo nikt go sobie nie wyobraża plastycznie i nie wolno nikomu plastycznych wyobrażeń Boga robić.

Prawda w etyce Izraela stoi również pod znakiem zapytania: niby… w dekalogu istnieje, ale w pismach nie. Abraham kłamie faraonowi, że Sara jest jego siostrą a nie żoną, Jakub okłamuje umierającego ojca, i tak dalej i dalej; prawdą można się posługiwać, ale obowiązek mówienia prawdy istnieje tylko w dekalogu, nie w mitologii, nie w Talmudzie. A dalej. Grek uwielbia swoich bogów, ale się ich absolutnie nie obawia, jeśli nie ma realnego powodu. Tymczasem religia Izraela to religia strachu. Strach przed Bogiem jest fundamentem całej Mojżeszowej teologii, no i kto wie, czy nasz termin i pojecie „bogobojności” nie jest judejskiego pochodzenia? Mitologia Judei, zawarta w księgach Rodzaju, Wyjścia czy proroków,, jeśli wspomina o Bogu, to jest Bóg z ognistego krzaka, Bóg objawiający się wyłącznie w akompaniamencie piorunów, błyskawic, Bóg, który nigdy nie okazuje dobroci, a jeśli ją ma okazać to „posyła anioła swego” – jakby się tej dobroci wstydził. Natomiast trądem, ogniem, piorunami, czy śmiercią – szafuje bardzo hojnie. Rzecz jasna, że taki Bóg do wyobraźni Greka trafić nie mógł”. Mimo, iż ciekawość Greków jest tak wielka, jej napór tak mocny, że doprowadzi wreszcie do Septuaginty czyli przekładu Starego Testamentu, dokonanego przez siedemdziesięciu uczonych w ciągu siedemdziesięciu dni, jak to podaje tradycja aleksandryjska. W rzeczywistości przekładano Stary Testament prawie sto pięćdziesiąt lat, ale chyba tylko po to, aby… rozczarować Greków. A może naprawdę po to, że Żydzi z Aleksandrii nie umieli już ani po hebrajsku, ani po aramejsku?

Z tych wiec względów zderzenie dwóch literatur, dwóch mitologii, dwóch religii – judejskiej z hellenistyczną – nie przyniosło żadnych skutków realnych. Nie zjudaizowała się literatura grecka, nie spotkamy w niej nawet fragmentarycznych wpływów judejskich, nie zhellenizowała się literatura judejska. Ten Pseudoaristeasz, Flawiusz czy Filon lub inni, piszą po grecku tylko dlatego, że nikt by ich nie czytał, gdyby pisali po aramejsku. Język aramejski jest coraz bardziej językiem proletariatu palestyńskiego, a nie sfer wykształconych. Ale wszystko co piszą ci pseudo-Grecy i pseudo-uczeni jest judejskie z ducha, nawet tam, gdzie – jak np. u Aristeasza – nie tylko język, ale i styl jest grecki. Nie ma w tym jednak niczego z tych pierwiastków iście helleńskich, którymi tak się będzie zachwycał wiek XIV, XV i następne.

(Fragment 6)

Dzień” powszechny Jerozolimy
Kogo Chrystus ze świątyni wypędził

„Ponieważ zbliżała się Pascha żydowska, wybrał się Jezus do Jerozolimy. Na placu świątynnym znalazł ludzi, którzy sprzedawali woły, owce i gołębie oraz tych, którzy siedząc przy stołach wymieniali pieniądze. Skręciwszy bicz z powrozów wypędził ich wszystkich ze świątyni wraz z owcami i wolami: rozsypał pieniądze tym, którzy je wymieniali i powywracał ich stoły” /Jan II, 13-15/.

Oprócz sprzedawców bydła, gołębi i wyrobów ze złota czy srebra na „dziedzińcu pogan”, który jest jakby wielkim targowiskiem dla pielgrzymów, boć nie zawsze ci mogą przybyć tu z ofiarami, łatwiej z pieniędzmi – spotykamy kilkudziesięciu „keresh” czyli bankierów. Dokładniej byłoby nazwać ich „pieniężnikami”, bo „ker” po aramejsku to pieniądz. Jest to najmniej uczciwa kasta ludzi z tych, których Chrystus Pan przepędził, ale i nie bardzo można się dziwić ich nieuczciwości, jak i kolosalnym majątkom, jakie robią pod progiem świątyni, skoro stosunki finansowe w Palestynie nie mają sobie podobnych w całym świecie starożytnym. Pojecie o wartości pieniądza wygląda bowiem w Judei tak, że śmieszyłoby chyba każdego nowoczesnego ekonomistę, a tym bardziej każdego Polaka, co już tyle zmian pieniądza przeżył. Cóż byśmy bowiem powiedzieli o takim handlowcu, który przez sentyment do sanacyjnej Polski nie przyjmował by innych pieniędzy jak tylko te, które emitował ówczesny Bank Polski? Pominąwszy to, że wszyscy spryciarze upłynnili by u niego wszystkie zakurzone resztki owej makulatury, z ekonomicznego punktu widzenia byłby to szaleniec. A jakże jest w Palestynie, a szczególnie w Jerozolimie, która gromadzi około 80 procent obrotu pieniężnego kraju. Najlepszym ekonomicznie pieniądzem byłby, w naszym oczywiście pojęciu, rzymski sestertius srebrny, wart 1/4 denara, 2,5 asa lub sestertius brązowy równy czterem asom miedzianym. Sestertius bowiem i as, jako pieniądze rzymskie będą miały obieg jeszcze przez pięć wieków, kiedy zacznie się fałszowanie pieniądza i pojawią się pierwsze dewaluacje ukryte lub oficjalne. Ale w Jerozolimie pierwszeństwo ma sykl srebrny, nie dlatego, żeby był z lepszego srebra niż sestertius, ale dlatego że jest to pieniądz wybity przez Szymona Machabeusza, pieniądz który na rewersie ma palmę, symbol wojującej Judei, a na awersie litery hebrajskie „JHW”, które oznaczają Jehowę. Prawowierny Judejczyk nie może patrzeć na sesterca, czy denara rzymskiego, bo mógłby zobaczyć podobiznę Augusta czy Juliusza Cezara, a to byłby grzech, a dotkniecie, takiego pieniądza jeszcze w 30 roku przed Chrystusem czyniło człowieka nieczystym aż do wieczora.

Podobny jest stosunek rynku judejskiego do pieniędzy greckich: złoty stater, srebrna drachma, miedziany obol czy uten – wszystkie noszą na sobie podobizny ludzkie, a więc „nieczyste”. Na staterach może być Pallas Atena lub Aleksander /jako bogowie/ na drachmie, Aleksander, Filip lub Hermes Trismegiston, na didrachmach tylko sowa i litery greckie. To też zarówno podatek na świątynię, jak i podatek rzymski Judejczyk woli płacić w didrachmach, aczkolwiek nie najlepiej na tym wychodzi finansowo, nie mówiąc już o tym, że połączone to jest zawsze z pewną fatygą.

I tu leży sekret powodzenia kereszów, którzy płacą świątyni podatek „za oczyszczenie” i kapłanom dają „hagihón” na wodę, okupują się dużymi nieraz sumami, ale wymieniają wszystkie waluty, jakie znoszą pielgrzymi: i grecką i rzymską i tę „najpobożniejszą”. Z prymatem sykla i didrachmy Rzymianie absolutnie poradzić sobie nie mogli i wszystkie zakupy dla wyżywienia, ubrania czy uzbrojenia swoich żołnierzy muszą do roku 70 po Chr. dokonywać w tych dwóch walutach. Natomiast podatek państwowy musi być płacony w sestercach. /”Czyj to jest obraz i napis?” – „Cesarski”. „Oddajcież tedy co jest cesarskiego cesarzowi itd.” /Mat. XXII, 20/.

Keresh ma dwa koziołki, na których kładzie szeroką deskę. Na tej desce wykłada po sztuce wszystkie monety, które wymienia a resztę trzyma w woreczkach. Oprócz tych, któreśmy wymienili wyżej – pielgrzymi znoszą: miny fenickle, greckie i egipskie, khargi syryjskie, a wreszcie złoto na wagę. Interes koresha leży w tym, żeby klienta oszukać podwójnie: raz – pobierając możliwie najwyższą opłatę za wymianę, która przy pewnych kombinacjach dochodzi do 10 procent, po drugie – wtykając naiwnemu pielgrzymowi minę fenicką lżejszą, zamiast egipskiej, cięższej, sztuka za sztukę, zamiast na wagę. Przeciętny dzienny, zarobek keresha wynosi więc nie mniej niż 40 sesterców, a dochodzi do 600 w dni świąteczne.

Do roku 63 przed Nar. Chr. nielicznymi kereshami byli wyłącznie Judejczycy, „dziedziniec pogan” to nazwa raczej obrzędowa, bo pogan bywa tu bardzo mało. Ogromny napis między dziedzińcem pogan a dziedzińcem ofiar, grożący śmiercią niewiernemu, za wkroczenie na dziedziniec ofiar – prawie nie ma racji bytu. Ale w roku 50, a szczególnie 20 przed Chr. kiedy budowa świątyni idzie pełnym biegiem – pośród kereshów jest ogromna przewaga Greków. Są oni bowiem bardziej operatywni, mniej skrępowani przepisami, łączą się niemal w kartel i w drodze zwykłej konkurencji zwalczyć ich nie można. Jeden z nich Euphyllides z Salaminy zostawił po sobie bardzo obszerny testament napisany w roku 60 po nar. Chr. W testamencie tym zapisuje 400.000 sesterców bliższej i dalszej rodzinie oraz 200.000 sesterców „wyznawcom Chrestosa”, ale zastrzega bardzo stanowczo, że ani asa nie wolno wypłacić świątyni z żadnego powodu. „Dość się mego nażarli i napili przez 32 lata” – podkreśla w innym miejscu. Sympatia do wyznawców „Chrestesa” nie przeszkadza zresztą Euphyllidesowi zapisać 10.000 sesterców jakiemuś „magowi”, który sprowadzi trąd na Kliostenesa z Aleksandrii, prawdopodobnie konkurencyjnego keresha z „dziedzińca pogan”.

Ani Euphyllides zresztą ani Kliostenes nie należy bynajmniej do najzamożniejszych kereshów w Jerozolimie. Hatoriusa z Miletu czy Ksenostirosa z Samos oblicza się na kilka milionów sesterców. Posiadają oni domy, zajazdy, kopalnie miedzi i srebra, a nawet – jak Zenon z Koryntu – hutę szkła. Ta ostatnia nie jest zresztą najlepszym interesem w tej epoce. Galanteria szklana zrobiła już zawrotną karierę, rynki śródziemnomorskie są tak zawalone szkłem fenickim czy syryjskim, że Zenon z Koryntu nie ze szkła czerpie najpoważniejsze zyski, ale… z lichwy. Inni jego rodacy z zysków, zbieranych pod świątynią, tworzą przemysł żelazny w Syrii Nadmorskiej i poczynając od prostego wytopu, kończąc na najwytworniejszej kowalszczyźnie – są czołowymi dostawcami armii rzymskiej. Od 1 wieku przed Chr. zjawia się coraz więcej tarcz, a nawet kompletnych zbroi pozłacanych w ogniu, których cena jest zawrotna. Ale najzdolniejszymi metalowcami są nie Grecy, lecz Syryjczycy, choć ci ostatni nie mają w swoim panteonie żadnego Hefajstosa, jednak od Thadmoru aż po Bizancjum, od Pergamon po Aleksandrię po dziś dzień archeologia odnajduje syryjskie wyroby metalowe.

Oprócz przemysłu szklanego czy żelaznego kereshowie greccy rozwijają również złotnictwo i dywaniarstwo, to ostatnie jako przemysł nakładczy. Wprawdzie dywany produkowane w Palestynie daleko odbiegają od greckich wymagań estetycznych, desenie są geometryczne do znudzenia, gdyż wytwórcami są głównie Judejczycy, którym religia zabrania odtwarzania stworzeń naturalnych – niemniej jednak rzemieślnicy ci mają się lepiej niż tkacze, szewcy czy budowniczowie, zbyt dywanów w kierunku zachodnim jest w stu procentach pewny, Grecy zabierają wszystko i wywożą, nieźle na tym zarabiając.

Tak więc, choć dziś może się to wydawać dziwne – Judejczycy w handlu, finansach i przemyśle Judei mają najmniej do powiedzenia. Od upadku dynastii narodowej i utraty reszty niepodległości Judea orze ziemię, hoduje stada bydła, dostarcza rekruta Egiptowi, a handlują głównie Grecy, dystansując mocno inne narody, nawet te, którym względy religijne nie zabraniają kontaktów z cudzoziemcami i nie obciążają tysiącami przepisów o „nieczystości”. Judea nie kupuje od obcych prawie niczego: z Fenicji trochę nieodzownego do wyrobu sprzętów drzewa, z Syrii najniezbędniejsze wyroby żelazne – oto wszystkie zakupy. Sprzedawać zaś owszem sprzedaje znacznie więcej, przede wszystkim płodów rolnych: pszenicy, wina , orzechów, fig, daktyli oraz bydła rzeźnego. Judejczyk patrzy na to, co się dzieje wokół niego raczej ze zgorszeniem, nie pociągają go żadne obce towary i jeżeli Grek dąży przez całe życie do podniesienia swojej stopy życiowej – cała Palestyna trzyma się tego, co ustalone było w epoce patriarchów, nie interesuje jej nic poza tym, co jej jest bezwzględnie potrzebne, jej mieszkaniec zasklepia się w swoim kółku: dom, rola, świątynia i nie sięga nigdzie dalej.

I jeszcze jednym finansistą godnym wymienienia – jest Synhedrion, który również rękami swoich chyba wszystkich członków prowadzi szereg agend, jak np. noclegi dla pielgrzymów, wyżywienie dla nich czy wreszcie wspieranie prawowiernych, którzy ponieśli straty wskutek tego, że ściśle trzymali się przepisów religijnych. Na przykład: w szabbat nie wolno jest zapalać ognia, nie wolno go też gasić. Jeżeli więc wybuchnie pożar w szabbat – gasić może tylko goim, którego jednak ani zmuszać ani namawiać nie wolno, bo to też „robota”. Jeżeli więc prawowierny „chassidim” spalił się całkowicie – może przyjść po zapomogę. Nie dostanie jej bez uprzedniej „dintojry”, która rozważy, czy zasługuje na zapomogę i czy ona mu się istotnie należy. W czym leży interes dla Synhedrionu w takim postępowaniu? Ano w tym, że suma zapomogi jest zwrotna i to z poważną nadwyżką jakiegoś „korbanu”. Synhedrion może pogorzelca postawić na nogi tak, że lepiej mu będzie po pożarze, niż było przed, ale cała suma musi być zwrócona z należytym oprocentowaniem. Z nadwyżek takich Synhedrion udziela pożyczek, a raczej zapomóg w takich wypadkach, w których wiadomo, że petent pożyczki nie odda np. z powodu podeszłego wieku, obłożnej choroby itp. Jeżeli takiego zrujnowanego wyznawcy, pogorzelca lub wypuszczonego z niewoli rzymskiej nie dźwignie się finansowo, trzeba go zwolnić i to z całą rodziną od wszelkich ciężarów na rzecz świątyni, bo np. Rzymianie zwolnią go z podatku państwowego i oni będą „ci lepsi”.

A im bardziej szerzyć się będzie nauka tego „fałszywego Mesjasza z Nazaretu”, tym bardziej trzeba będzie dbać o zelotów i chasydów, bo szeregi ich będą topnieć w zastraszającym tempie. Dochody Synhedrionu w pierwszej połowie 1 wieku po nar. Chrystusa należy obliczać na 19 do 28.000.000 sesterców rocznie, z czego więcej niż połowa ulega, nazwijmy to delikatnie: tezauryzacji, ale… w kieszeniach kapłanów i lewitów, dla których nie są to bynajmniej dochody jedyne. Każdy pielgrzym przynoszący ofiarę do świątyni zawsze daje coś lewicie, co się dziś nazywa napiwek, a po aramejsku nazywało się „hagihon” czyli „na wodę” do mycia rąk. Dlatego też po stłumieniu powstania w 70 roku nawet prości żołnierze rzymscy, a cóż dopiero setnicy czy wodzowie wyjdą z Palestyny bogaczami, gdy im się środowisko świątyni pocznie okupywać, aby wybłagać prawo pozostania. Zupełnie inaczej będzie się przedstawiało po powstaniu Bar Kochby, kiedy okupywać się nie będzie czym, a zakaz wysiedlenia będzie przeprowadzony ze znacznie większą bezwzględnością. Na marginesie tych dochodów klasy kapłańskiej warto wspomnieć, że suma, o którą Piłat walczył z kapłanami, potrzebna na budowę wodociągu dla Jerozolimy – nie przekraczała 3.000.000 sesterców.

Być może że i ubóstwo proletariatu palestyńskiego było jedną z przyczyn, dla których proletariat ten poszedł na wygnanie. Z całą pewnością ci wyznawcy Chrystusa poszli w diasporę nędzarzami. Ubóstwo, zresztą szczytne ubóstwo pierwszych chrześcijan, będzie im jeszcze towarzyszyć przez trzy wieki od śmierci Chrystusa, który powiedział: „Nie można Bogu służyć i mamonie”, a prawdę tę Jego wyznawcy ponieśli w świat. A w pamiętniku dyplomaty egipskiego, Aftylinesa, zacytowane jest powiedzenie jednego z wyznawców Chrystusa Pana:

„Z Ziemi Obiecanej wynieśliśmy większy skarb niż złoto, srebro, cienkie szaty czy pachnidła, bo wynieśliśmy wiarę, której za żadne skarby nie moglibyśmy zdobyć poza Ziemią Obiecaną”.

I tyle tylko niewątpliwego sentymentu do tego tragicznego kawałka ziemi wynieśli pierwsi wyznawcy Syna Człowieczego z Palestyny. I trzeba będzie długich wieków, w czasie których wymrą ci, prześladowani przez Synhedrion, zapomną o wszystkich kamieniowaniach, szykanach i przykrościach a pamiętać będą tylko o tym, że po tej spalonej bezlitosnym słońcem ziemi chodził Syn Boży, który wiarę w swego Ojca oderwał od judaizmu jednym zwrotem: „Rozwalcie kościół ten, a ja go w trzy dni odbuduję!”

Nadesłał p. PiotrX.

Komentarzy 6 to “Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa” c.d. 2”

  1. „Czarni, chytrzy, brodaci,
    Z obłąkanymi oczyma,
    W których jest wieczny lęk,
    W których jest wieków spuścizna,
    Ludzie,
    Którzy nie wiedzą, co znaczy ojczyzna,
    Bo żyją wszędy,
    Tragiczni, nerwowi ludzie,
    Przybłędy.

    Szwargocą, wiecznie szwargocą
    Wymachując długimi rękoma,
    Opowiadają sobie jakieś trwożne rzeczy
    I uśmiechają się chytrze,
    Tajemnice posiedli najskrytsze
    Z miliarda czarnych, pokracznych literek
    Ci chorzy obłąkańcy,
    Wybrany Ród człowieczy!
    Pomazańcy!

    Pogładzą mokre brody
    I znowu radzą, radzą…
    – Tego na bok odprowadzą,
    Tego wołają na stronę,
    Trzęsą się… oczy strwożone
    Rzucą szybko przed siebie,
    Czy ktoś nie słyszy…

    Wieki wyryły im na twarzach
    Bolesny grymas cierpienia,
    Bo noszą w duszy wspomnienia
    O murach Jerozolimy,
    O jakimś czarnym pogrzebie,
    O rykach na cmentarzach…

    …Jakaś szatańska Msza,
    Jakieś ukryte zbrodnie
    (…pod oknami… w piątki… przechodnie…
    Goje… zajrzą do okien… Sza! Sza-a-a!)”

  2. czytelnik said

    A jak dzisiaj wyglada Palestyna pod okupacja Izraela ?

  3. Piotrx said

    Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa”
    /fragment 7/

    Dzień powszedni Jerozolimy Miasto zaduchu

    Skoro jesteśmy przy Jerozolimie – musimy zaznaczyć, że Palestyna nie jest krajem typowo monsunowym, jak zresztą wszystkie kraje nad Morzem Śródziemnym, niemniej jednak w okresie letnim ciąg wiatrów przeważa z zachodu na wschód, w zimie natomiast w kierunku przeciwnym. Są to jednak wiatry słabe i jako silniejsze odczuwa się je w górach na północy, lub na pustyni, a więc na południu. Temu brakowi przewiewu, jak i położeniu Jerozolimy wśród wzgórz w dolinie należy przypisać, że w ciasnych uliczkach Jerozolimy w zwykły dzień powszedni panuje zaduch nieprawdopodobny. Mocne zapachy kuchenne, tak charakterystyczne dla Wschodu po dziś dzień, smród ze stert odpadków, gni-jących w każdym kącie ulicznym, a wreszcie pot zwierząt czy ludzi, nawóz ze stajni wielbłądzich rozkładany do wysuszenia na opał – tworzą razem mieszaninę potworną.
    Ta mieszanina nie jest bynajmniej jednakowa przez cały dzień czy przez cały rok. W ciągu szabbatu dochodzi, a nawet przebija przez to wszys-tko swąd lampek oliwnych, które zapalone w piątek wieczorem gasić wolno dopiero w sobotę wieczorem, bo w szabbat, jak się rzekło nie wolno ani gasić ani zapalać ognia. Ten zaduch potęguje się do niebywałych granic w dni świąteczne, gdy Jerozolima wchłania nie mniej niż 100.000 a do 300.000 dochodzącą rzeszę pielgrzymów, których wprawdzie większość przybywa pieszo i pojedynczo, ale poważna ilość karawanami, ze służbą bydłem ofiarnym i rzeźnym dla wyżywienia siebie i swoich w podróży. Płoną wtedy na każdym wolnym miejscu ogniska, podsycane nawozem wielbłądzim, dym snuje się po całej dolinie, potęgując zaduch. Dodajmy do tego „wonności ulubione Jehowie” czyli smród palonego mięsa ofiarnego, który unosi się ciężkim tumanem nad Jerozolimą przez 365 dni w roku, a w czasie jakichkolwiek świąt – bez przerwy dzień i noc. Tylko obowiązkowe gminne ofiary wynosiły rocznie: 1093 baranki, 113 cieląt rosłych, 37 baranów, 32 kozły, 5.500 litrów przedniej mąki, ponad 2.000 litrów wina i tyleż oliwy. Oprócz tych – daleko większa w masie i wartości była liczba ofiar prywatnych, indywidualnych.
    Judejczyk oddawał Jehowie, a ściśle mówiąc kapłanowi: pierworodne sztuki bydła, owoc drzew i krzewów z pierwszych trzech lat ich wegetacji i dziesiątą część wszystkich zbiorów. Z tego wszystkiego ta fantastyczna ilość bydła, mąki i oliwy oraz wina idzie z dymem „na chwałę Jehowie”. Dym spal-enizny przesiąka całą Jerozolimę, wżera się w gliniane ściany domów, w ubrania mieszkańców, nadając atmosferze nad miastem wygląd, o jakim tylko dzisiejsza chmura „smogu” nad Londynem może nam dać wyobrażenie. Judejczyk, podający się za Greka Aristeasza pisze o tych ofiarach i ich wykonawcach:

    „Ich służba kapłańska jest niezrównana w swej sile, porządku i uroczystym milczeniu. Pomimo bowiem uciążliwości ich pracy, robią oni wszystko jakby machinalnie, każdy troszczy się tylko o to, co mu jest przykazane. I służą bez przerwy, jedni krzątając się około drzewa, drudzy koło oliwy, ci koło przyprawy III tamci koło wonności /???/ inni znowu koło całopalenia mięsa używając w sposób zdumiewający swojej siły: schwyci-wszy bowiem dwiema rękami biodro cielca, każde wagi dwóch talentów z górą/ok. 140 kilo – przyp. W.P./ rzucająje właśnie tak wysoko, jak trzeba, aby padły na wyznaczone miejsce ołtarza. Tak samo należało się dziwić tłustości i ciężkości owiec, ba! nawet i kóz, wszędzie bowiem wybierają ci, którym to polecono, najprzedniejsze tłuszczem i w ogóle niepokalane dla opisanej potrzeby zwierzęta. 1 wszystko to dzieje się wśród najgłębszego milczenia tak, iż zdaje się, że w tym miejscu nie ma żywej duszy, podczas gdy samych pełniących służbę jest około siedmiuset i w dodatku tłum ofiarujących, ale nad wszystkim panuje strach i nastrój godny wielkiej boskości obrzędu”.

    Zawiera się w tym zachwycie nie pozbawiona tragizmu mimowolna ironia: religia, która świadomie potępiła i wykluczyła ze swej służby prawdzi-we piękno i objawienie się bóstwa w pięknie – szuka piękna jednak i znajdu-je to piękno… w niszczeniu i masowym zabijaniu swojskich zwierząt, które ze świątyni robiło gigantyczną rzeźnię i krematorium. Ale zwyczaj, tradycja, niepisane prawo religijne – były i tutaj tyrańskie:”… było dumą synów Aarona brnąć we krwi aż do kostek” – wspomina z tęsknotą Talmud /Pes. 65ab/.
    Krew zabijanych zwierząt była co kilka dni zeskrobywana z posadzek świątyni i palona, później zakopywana. Ale zaduch gnijących resztek roznosi się od strony świątyni bez przerwy roje much, miliardy różnego robactwa legną się w szparach murów i rozchodzą po całym mieście.
    Każdy najazd pielgrzymów zostawia po sobie trzy ślady: moc pieniędzy za wyżywienie, noclegi, usługi, zwierzęta ofiarne, wymianę pieniędzy itp., moc nieczystości, śmieci i brudów, a wreszcie – choroby. Co najmniej dwa razy do roku ludność Palestyny tępią epidemie, o których bar-dzo słabe wyobrażenie daje Stary Testament.-Dopiero dziś przecież wiemy, że przed dwoma tysiącami lat ludności w Palestynie było siedem razy tyle, co dziś, ale rachunek demograficzny za całą tę epokę – od powrotu z Egiptu do wypędzenia – każe uwzględniać te hekatomby: więcej niż połowa mieszkańców Palestyny nosi na sobie ślady ospy na twarzy, oba tyfusy, cholera, dżuma i trąd są czymś nagminnym, powszechnym, uważanym za jakiś normalny bieg rzeczy, choroby te od czasu do czasu wyludniają miasta, a niekiedy i cały kraj z druzgoczącą bezwzględnością. Czytając dziś księgi święte narodu wybranego z apokryfami kumrańskimi włącznie, odbiera się wrażenie, że ani kapłaństwo, ani biegli w piśmie zjawiska tego nie zauważali, w każdym razie nie przeciwdziałali. Jakżeż miał przeciwdziałać proletariat?Trąd nie opuszcza Palestyny nigdy. Ślady tej choroby znajdziemy tu od czasów kananejskich aż po dzień dzisiejszy. Leprozoria czyli takie lub inne miejsce odosobnienia dla trędowatych, a niekiedy są to nawet całe miastecz-ka, dzięki którym niejeden kraj Bliskiego Wschodu potrafił grozę tej choroby przynajmniej zlokalizować – wprowadzą Rzymianie w Syrii, Palestynie i Egipcie dopiero w II wieku po Chr. /Lex Sempronia /. Do czasów Chrystusa Pana trąd jest uważany za przekleństwo Boże, jak to czytamy w Leviticus 13, 1-59, 14, 1-57, a przepisy religijne dotyczące trądu urągają wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi.

    Wracając do ofiar świątynnych, nie tylko te zapachowe aspekty warto podkreślić. U Greków też są ofiary podobne: na cześć boga pali się jednak tylko symbolicznie pewne części zwierzęcia ofiarnego i to te o mniejszej wartości pokarmowej: kości, kopyta, wnętrzności, skórę. Reszta służyła za pokarm ludziom, którzy w ten sposób stawali się współbiesiadnikami boga. Nie jeden Grek w Atenach czy Koryncie przez cały rok więcej mięsa nie widział, niż na owych agapach przy świątyni, aczkolwiek przeciętna zamożności była w Grecji znacznie wyższa niż w Palestynie.

    Gdyby więc Pseudoaristeasz był rzeczywiście Grekiem, za jakiego się podaje – o szalonej rozrzutności widzianej w Jerozolimie pisałby nieco inaczej. Mamy zresztą rzetelne helleńskie stanowisko w tej sprawie: dużo wcześniej od Pseudoaristeusza, Teofrast, uczeń Arystotelesa mówi, że Jude-jczycy „używają, ofiarnego mięsa nie dla uczty, lecz niszczą je, jako całopalne w ogniu podczas nocy i potem unicestwiają ślady ofiary, aby wszechwidzący Helios nie zobaczył tej ohydy”. Oczywiście relacja jest nieś-cisła, ale stanowisko Greka najzupełniej wyraźne. Ta bezsensowna pobożność i rozrzutność ciągnie się przez wieki całe, nie budząc w nikim odruchów buntu czy bodaj sprzeciwu, bez względu na urodzaje, które w Palestynie są – różne. Zdarzają się lata takiego głodu, że -jak wspominaliśmy – nawet Herod rezygnuje z podatków i sprowadza zboże z Egiptu. Egipt, wyklinany raz po raz w księgach świętych, bardzo często ratuje Palestynę z głodu, sprzedając swoje stałe nadwyżki zbożowe. Ale takiego „odstępstwa”, jak Herodowe, nie zrobi nigdy świątynia, ani Synhedrion do ostatnich dni istnienia miasta.

    Kiedy Jerozolima była oblężona przez legie Tytusa, kiedy banda zbrodniarzy idumejakich obróciła święty przybytek w jaskinię mordu, a lud umierał z” głodu na ulicach – ołtarz Jehowy po dawnemu pożerał codzienny thamid, po dawnemu mięso bydląt ofiarnych, które mogło ocalić od śmierci głodowej setki mieszkańców miasta – było niszczone ogniem. I dopiero kiedy wszystkiego zabrakło, musiano zaniechać i tego obrzędu i to dopiero było uważane przez kapłaństwo za najcięższy cios, jaki mógł spotkać obrońców miasta, skazanego na śmierć. To nadludzkie spotęgowanie niedorzeczności przybiera charakter ponurej wielkości, ci ludzie bowiem wciąż oczekiwali wybawienia cudem Jehowy, ale za warunek tego cudu uważali skrupulatne pełnienie swych obowiązków względem Niego. Żeby ich mógł, jako dobry ojciec zwolnić z tych obowiązków z powodu ich „udręki – tego przypuścić nie mogli, właśnie dlatego, że ich religia, jako typowa religia strachu – nie uznawała w Nim tego
    dobrego ojca. Jak widać z powyższego wyznawcy „Ojca” nie mogli wygrać z wyz-nawcami „Syna”. Od niepamiętnych bowiem czasów utarło się, że poddani surowego króla interesują się ogromnie charakterem królewicza: ojca już poznali, nie daje im powodów , zachwytu, jeżeli okaże się, że syn jest lepszy – pójdźmy za synem! A w tej rozgrywce „Syn” przewrócił cały nonsens ofiar całopalnych i „kozłów ofiarnych” jednym powiedzeniem: „Miłosierdzia pragnę – nie ofiary!”

    Kapłanów-aronidów i służby świątynnej pochodzącej z pokolenia Lewi -jest przy świątyni około 28.000 osób. Zarówno jedni, jak i drudzy są podzieleni na 24 klasy, z których każda pełni służbę tylko pół miesiąca, przez pozostałe zaś jedenaście i pół – urlopuje. Niektórzy z tych ludzi mają oczywiście rolę, winnice, stada, warsztaty rzemieślnicze i inne źródła dochodu, czym jeszcze bardziej wykłuwają oczy biedocie i to codziennie, a nie tylko w takich okolicznościach jak oblężenie miasta.

    Materialnie zresztą to i kapłan kapłanowi nierówny. „Synowie Sadoka” czyli Saduceusze, zgrupowani wokół arcykapłana z rodu Aarona – są najbliżej kasy świątynnej” i potrafią z niej ciągnąć z bezgranicznym cynizmem. Za to inni z tejże klasy kapłanów i biegłych w piśmie cierpią ordynarny głód, bo zdała od ofiarnictwa przez 11 i pół miesiąca trudno jest czasem wyżyć z tego, co się przez pół miesiąca uzbierało, gdy innych dochodów brak.

    Dla dopełnienia obrazu trzeba jednak i to podkreślić, że kapłani Jerozolimy nie prowadzą żadnej działalności: ani szpitalnej /poza przyjmowaniem ofiar od tych, którym wróciło zdrowie/, ani wychowawczej czy kaznodziejskiej, ani naukowej, ani nawet kontemplacyjnej – nie trudno więc było zarzucić im pasożytnictwo na społeczeństwie biedaków, bo tych było zawsze w Jerozolimie najwięcej.

    (…) Dzielnica zajazdów jest zawsze czysto sprzątnięta, śmieci spalone, popiół wsypany na drogę i zmieszany z gliną, aby utworzyć możliwie twarde podłoże drogi. Każdy zajazd dba o ulicę przed sobą i dojazd do siebie, czego o reszcie Jerozolimy powiedzieć nie można: nawet przed wieloma domami ludzi zamożnych, mających dostatek służby, sprzątanie odbywa się przed świętami, a więc cztery razy do ROKU, a tylko w nielicznych miejscach przed każdym szabbatem. Nie ma żadnej władzy miejskiej która by na to /wracała uwagę, która by dopilnowała – sprawa porządków ulicznych jest pozostawiona dobrej woli mieszkańców, nie trudno sobie wyobrazić jak pot-wornie brudnym miastem jest to „najświętsze z miast”. Dość czyste, bo mało zaśmiecane jest otoczenie Antonii od tych trzech stron, którymi wpiera się ona w miasto. Jest ono mało uczęszczane zarówno przez pielgrzymów, jak i przez stałych mieszkańców Jerozolimy, którzy bar-dzo niechętnie zapuszczają się w tę strony, aby nie obrazić oczu wizerunkiem Cezara, aby nie splamić się dotknięciem „nieczystego goima”, ba! nie oberwać kuksańca od tegoż goima, gdy jest pijany. Ale brudna i zaśmiecona jest dzielnica przyświątynna, rejon Bethesdy, sadzawki Siloe, czy źródła Gihon i te miejsca, gdzie na trasie wędrówek piel-grzymów rezydują żebracy, kalecy i ci wszyscy, co oczekują „zbawienia za życia”, jako że Jehowa każdego Hioba może podnieść z upadku i przywrócić mu dawną pomyślność lub zgoła nową obdarzyć.
    Z brudem nie walczy z mocy ustawy lub urzędu nikt. Religia nakazuje wprawdzie różnego rodzaju obmywania rytualne, poczynając od umycia rąk przed modlitwą czy jedzeniem, ale kazuistyka faryzeuszowska torpeduje całkowicie higieniczną wartość tych zabiegów: za „obmycie” rąk uznawane jest zamoczenie końców palców, roztarcie tej wody po rękach i wytarcie w cokolwiek. Mycie rąk przed jedzeniem przy ucztach odbywa się w ten sposób, że poczynając od najdostojniejszego biesiadnika, kończąc na tym najmniej ważnym – wszyscy spłukują ręce w tej samej wodzie i wycierają w ten sam ręcznik. W wypadku epidemii taka miska nie jest żadnym tępicielem drobnoustrojów, ale rozsadnikiem choroby. A zarówno Grecy jak i Rzymianie tej epoki – kochają się w czystości, oczywiście nie rytualnej ale faktycznej, która jest człowiekowi potrzebna.

  4. Piotrx said

    Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa”
    /fragment 8/

    Dzień powszedni Jerozolimy Życie uliczne

    Ktokolwiek przespacerowałby się dziś ulica Jerozolimy rojną i gwarną niekiedy nawet zatłoczoną, ulicą na której zarówno jezdnia, jak i chodnik – to nieprzerwane potoki maszyn i ludzi, wydające zgodnie olbrzymią ilość decybeli powtórzyłby to samo w I wieku po nar. Chr. – rzecz jasna nie uwierzyłby, że to jest również Jerozolima, której dzisiejsi mieszkańcy uparcie twierdzą że są w prostej linii potomkami tamtych 1900 lat temu wypędzonych przez Rzymian.
    Ulica jerozolimska w epoce Chrystusa Pana to prawie zawsze pusty wąwozik między domkami, które były obrócone tyłem do ulicy. Judejczyk bowiem czuje się najlepiej w domu, na łonie rodziny i żeby odetchnąć świerzym powietrzem woli własne podwórze niż ulicę. Domki te budowane są z białego kamienia /podobnie jak u nas w paśmie jury częstochowskiej/, spawanego gliną. Kamienia jest pod dostatkiem wszędzie, ale glinę przywozi się z okolic Jerycha lub znad Worzą Martwego. Ten drugi gatunek jest znacznie lepszy, żadne deszcze rozpłakać go nie mogą.

    Na ulicy tej spotykamy bardzo niewielu przechodniów z których zresztą żaden się nie spieszy, ulicę więc charakteryzuje cisza. Bardzo rzadko odezwie się woziwoda popędzający swego osiołka, jeszcze rzadziej monotonny śpiew niewiast które przędą len lub wełnę, a dopiero wieczorem dadzą się słyszeć odmawiane w śpiewnym języku aramejskim modlitwy do Jehowy. Świecka? Świecka może być tylko kłótnia dwóch sąsiadek, bo ani muzyka świecka, ani świecka piosenka w Judei nie istnieje. Nie tylko dlatego, że nie ma na nie zapotrzebowania , ale co ważniejsze, nie byłaby dobrze widziana przez wczesną „opinię”, nadającą ton, przez faryzeuszów czy przez biegłych w piśmie.
    Psalmy, ułożone rzekomo przez króla Dawida i taki lub inny sposób recytowania ich lub śpiewania — to właściwie cały dorobek muzyczno-wokalny Judei. Nawet bohaterska epoka Machabeuszów nie wydała ani jednego piewcy tych wydarzeń, który by w słowie lub w pieśni, prozą czy rymem, w marmurze, czy akwarelą lub mozaiką uwiecznił czyny bodaj tych kilku, którzy byli prawdziwymi bohaterami, choć na miarę niewielkiego kraju. Po tej epoce Judea ma tylko kronikę, jak to już pisaliśmy ogromnie nieścisłą.

    W epoce, o której piszemy Jerozolima miała jeden, jak by go nazwać -wodociąg. Był to przewód podziemny, kończący się sadzawką Siloe, skąd czerpała wodę więcej niż połowa uboższej ludności, której nie stać było na opłacanie woziwody . Woziwoda jerozolimski, to po prostu posiadacz osiołka. Osiołkowi nakłada się na grzbiet specjalną uprząż, przytrzymującą po dwie stągwie z każdego boku, razem około 60 litrów wody. Tak wyrusza „w swoją dzielnicę”, gdzie ma „swoje gospody”, podobnie jak dziś roznosiciele mleka. Bez słowa zabiera pustą stągiew, wstawia pełną i tak dalej, aż z czterema pustymi wraca do sadzawki, mijając po drodze innych woziwodów, których w Jero-zolimie jest powyżej setki. Są oni faktycznie, choć nie tytularnie zrzeszeni i tworzą chyba pier-wszy kartel na świecie. Każdy z nowoprzybyłych do tego fachu, najczęściej syn po ojcu, składa najstarszemu z woziwodów przysięgę, że nie będzie obniżał ceny wody dla pozyskania większej ilości klientów. Dzięki tej „zmowie” klan woziwodów – na równi z grabarzami, – należy w Jerozolimie do najwyższej warstwy pracującego proletariatu i ma się dość dobrze. Zarobek dzienny każdego z nich przekracza dwa denary, a to już zysk, za który można wyżywić rodzinę, no i tego osiołka, który w tym przedsiębiorstwie pracuje najciężej.

    Jeden denar jest dzienną stawką robotnika rolnego, sezonowego, a do tego wynagrodzenia dodawany jest jeden posiłek: ranny, południowy lub wieczorny.
    Przy tak daleko posuniętym rozwarstwieniu, jak w Palestynie – tych dwóch wieków – od jakiego szczebla, idąc w dół, zaczyna się nędza? Otóż, jeżeli stopę arcykapłana przyjmiemy za sto, dla pozostałych kapłanów 70, najbogatszych kupców 40, rzemieślników i rolników – 20, a dopiero poniżej zaczyna się „świat pracy”, jak to dziś nazywamy, w którym służba nawet rekrutująca się z niewolników będzie jeszcze miała względnie możliwe warunki: ma bowiem jakiś ekwiwalent materialny ustabilizowany, trak-towanie lepsze lub gorsze, ale zawsze jednakowe i poczucie własnej godności, którą tylko chlebodawca może sponiewierać, ale… nikt oprócz niego. Nawet służba świątynna do służby kapłanów czy kupców regresu nie ma.

    Najemnicy czy to w rzemiośle czy w rolnictwie stoją najniżej, a wobec stałej nadwyżki rąk do pracy i stałego bezrobocia, które jest zjawiskiem nagminnym w Palestynie – poza żniwami pszennymi czy winobraniem – w każdym cienistym zaułku Jerozolimy snuje się kilkudziesięciu ludzi, oczekujących na jakieś wezwanie do pracy. Trzymają się więc opodal bogatszych domów, szczególnie takich, gdzie już ich bodaj raz zatrudniono, aby być w pobliżu swoich ewentualnych, choć dorywczych pracodawców. Nikt ich nigdy nie liczył i dziś nie dowiemy się chyba, ilu też bywało bezrobotnych w Palestynie czy w samej Jerozolimie. Pewną orientacyjną cyfrę mogą nam dać ekspedycje werbunkowe egipskie, które przed upowszechnieniem Księgi Powtórzonego Prawa, zabraniającej służby wojskowej u obcych – w wieku III i II jeszcze przed nar. Chr. wchłaniały co 2-3 lata pięć do siedmiu tysięcy palestyńskich bezrobotnych. Byli to oczywiście bezrobotni w tym wieku i w takiej kondycji fizycznej, że nadawali się do służby wojskowej, która w Egipcie łatwa nie była.
    W epoce Chrystusa Pana zapotrzebowanie na rekruta do Egiptu znika, a wśród ludu kolportowane są namiętnie opowieści I i II księgi Machabejskiej, Księga Estery i Judyty, jak i szereg innych legend mających na celu podtrzymanie ducha narodowego.

    Ulica jerozolimska jest wiec cicha, spokojna i prawie bezludna, tylko w okresie świąt pielgrzymkowych, a więc cztery razy do roku zapełnia się tłumami przybyszów ze wszystkich stron świata. Ale i wtedy nie jest hałaśliwa, w największych skupiskach przybyszów rozmowy są przeprowadzane w tonacji spokojnej, w majestacie świętego miejsca, które jest tak niedaleko, że głośniejsza rozmowa mogłaby zakłócić dostojną ciszę obrządku składania ofiar. A ówczesna Judea jest jeszcze bardzo daleko od pojęcia wszechobecności Boga.

    Od świątyni do najbardziej odległej bramy, a więc Gnojowej jest nieco więcej niż kilometr, a za tym, kto wstąpił w mury Ezechiasza czy Nehemiasza ma obowiązek zachowywać się, jak by był w przedsionku świątyni. Ale -jak to wiemy z Ewangelii – prawdziwy przedsionek świątyni nie był niczym innym jak hałaśliwym targowiskiem i ogromnie musiało się podobać wierzącym, że wreszcie ktoś wkroczył w ten rejwach i położył mu j kres. Tylko… czy położył kres? Mamy prawo przypuszczać, że raczej tak. Handlarze świątyni niewątpliwie uderzyli w skargi do arcykapłana, który zapewne wyraził im współczucie, zapowiedział, że ukróci podobne wybryki, i ale jeżeli nie on, to inni poradzili handlarzom, aby zachowywali się ciszej. Gdyby było inaczej? Gdyby ówczesny Judejczyk był tak żywy i hałaśliwy, jak przedwojenny mieszkaniec warszawskiej dzielnicy północnej? Wyobraźmy sobie Jerozolimę, miasto położone bardzo niefortunnie na zboczu, o znacznie większej różnicy nachylenia, niż warszawska skarpa /a więc takie ulice jak Książęca, Oboźna czy Bednarska/ rozłożone na bardzo niewielkim terenie: od wieży Hananaela do Sadzawki Niższej jest nieco więcej niż 1200 metrów. A w poprzek od Bramy Doliny do Bramy Końskiej, z której wiedzie najbliższa droga na Górę Oliwną -jest nieco więcej niż 900 metrów. W tym niewielkim miasteczku mieści się od 20 do 30.000 ludzi. Zważywszy parterową zabudowę – zatłoczenie tego miasta jest potworne, a mimo to nie rzuca się ono w oczy.

    W dzień powszedni, szczególnie w okresie robót rolnych – rolnicy wyruszają rano na pola, pasterze również – wraca-ją wieczorem, rzemieślnicy pracują, bezrobotni stoją niewielkimi grupkami, przerzucają się skąpymi słowami, bo… nic się nie dzieje, co by mogło tak lub inaczej wpłynąć na ich los. Dlatego – cisza i spokój, przynajmniej w pierwszych dwóch dziesiątkach lat pierwszego wieku po nar. Chrystusa. Brak radości życia. Przeciętnego mieszkańca Jerozolimy nic nie cieszy, nic nie daje mu powodów do podniecenia, wręcz przeciwnie, na co by nie spojrzał – wszystko przyczynia mu zmartwienia, zgryzoty, jeśli nie cichej, dobrze utajonej złości.

    Oto idzie, otoczony uczniami rabbi Samuel Ben Parah, którego cały strój, zarówno kuttona, jak i płaszcz są obszyte błękitnymi frędzlami, które jak najdobitniej świadczą, że jest to „biegły w piśmie” – „nauczyciel pobożności”, któremu przede wszystkim trzeba ustąpić z drogi. Spojrzenie uczonego rabbiego, pełne niewymownej pogardy dla amhaarezów ani przez chwilę nie zatrzyma się na żadnym z tych nieszczęśliwców, z których nie jeden nic dziś nie będzie jadł. Przyczyn ubóstwa amhaareza rabbi dopatruje się przede wszystkim w niełasce Jehowy. Przecież najlepszym dowodem tego, komu Jehowa sprzyja jest sam rabbi Ben Parah, który ma kilkanaście sług i służebnic, kilkunastu uczniów, pola, winnice, dom, rabbi Samuel, który od pół wieku, to znaczy od chwili, gdy zdecydował się poświęcić życie na studiowanie Tory, nie zaznał głodu, chłodu czy jakichkolwiek niewygód. I za cóż to Jehowa tak ukochał rabbiego Samuela? Za co innych, których w Jerozolimie stale rezyduje nie mniej niż 800, w dni świąteczne zaś ich liczba przekracza 3.000? Z haggad i przypowieści, których tak dużo zawiera zarówno Miszna, jak i szereg dzieł późniejszych o dniu powszednim biegłego w piśmie dochowało się bardzo wiele świadectw, które dość wyraźnie o tym mówią.

    Jest więc w Jerozolimie Chrystusowej cztery miejsca, w których grupują się biegli w piśmie. Dziedziniec zewnętrzny świątyni, ‚tuż obok hałaśliwego zgromadzenia handlarzy bydła i kereshów, gdzie zawsze na dolnych podstawach kolumnady siedzi kilkunastu faryzeuszów – to byłby punkt pierwszy. Są tu oni potrzebni do rozstrzygania czy sztuka bydła nadaje się na ofiarę czy nie. Jak wiadomo nie może ono mieć żadnej skazy, plamy, nie może być chude, chore czy ułomne – o czym mąż uczony zawsze może zawyrokować. Oczywiście – nie bezinteresownie, bowiem mąż uczony, biegły w piśmie niczego nie robi bezinteresownie. Drugie miejsce – to dziedziniec wewnętrzny, gdzie stoją po dwóch po trzech saduceusze. I pierwsi i drudzy należą do tych najbardziej konserwaty-wnych ugrupowań, z których pierwsze ma za sobą trzysta, drugie przeszło pięćset lat istnienia. U rabbiego Jose, którego dom jest wciśnięty między świątynię a stadion jerozolimski /”Oby Jehowa spalił go żywym ogniem!”/ – gromadzą się faryzeusze, jakbyśmy dziś ich nazwali „odchyleniowcy”. Tam zapewne bywał rabbi Nikodem, względnie Józef z Arymatei, obaj członkowie Synhedrionu, ale ich votum separatum, które zapewne postawili w procesie Jezusa z Nazaretu dowodzi, że nie należeli do kazuistycznej, zakochanej w literaturze prawa większości faryzejskiej. Czwarte miejsce – to pałac arcykapłana, gdzie jednak więcej się mówi o polityce, niż o prawdach wiary, nakazach i zakazach Miszny.

    „Katechizm”, jaki można by wypisać z haggad rabbiego Jose wyglądał by wiec tak:
    – „Czy wolno” zjeść jajko, które kura zniosła w szabbat?”
    – „Oczywiście, że nie” – odpowiada każdy faryzeusz, ale rabbi Jose dodaje: – „z warunkiem, że się nie wie, kiedy jajko było zniesione”.
    – „A jeżeli się wie?” – precyzują uczniowie.
    – „Jeżeli się wie, należy jajko zostawić w tym miejscu, gdzie kura je zniosła. Nazajutrz zniesie następne, po tym trzecie i wtedy można przyjąć, że się nie wie, które jest zniesione w szabbat – można wiec zjeść każde”.

    Drugi przykład – o zagadnieniu znacznie większej wagi: ogromny traktat „Erubin-Miszne” mówi o szabbacie m.in. że w szabbat nie wolno niczego wynosić z domu dalej niż na dwa tysiące łokci. No, a co zrobić, jeżeli zachodzi potrzeba iść dalej?
    – „Możesz” – tłumaczy rabbi Jose – „w przeddzień szabbatu, w miejscu oddalonym od twego domu o dwa tysiące łokci położyć trochę pokarmu i oznajmić: tu jest mój dom. Wtenczas będzie ci wolno w szabbat oddalić się od tego miejsca jeszcze o dwa tysiące łokci w tym samym kierunku”.
    – „Ile razy wolno tak zrobić?” – pyta uczeń.
    – „Tyle razy, ile ci będzie potrzeba”.
    Jest to swego rodzaju „odchylenie” od twardych reguł Deuteronomium i tego rodzaju odchyleń szkoła rabbiego Jose wprowadza bardzo dużo. Ale jednocześnie ten sam rabbi Jose zostawia bardzo wiele „objaśnień”, które jeszcze bardziej komplikują inne przepisy.

    Na przykład:
    „Rabbi Eleazar twierdzi, że każdy amhaarez winien ustąpić z drogi człowiekowi czystemu. Rabbi Eleazar twierdzi, że zabić amhaareza nie jest grzechem, nawet gdyby to się stało w szabbat. Mądry jest rabbi Eleazar, ale nie przewidział wszystkiego. Szedłem, nauczając prawd Bożych Berucha syna Helego z Kafarnaum i Judę syna Malchuza z Gaddy. Szliśmy ulicą wiodącąw miasto od strony Gedronu i zobaczyliśmy przed sobą tuman kurzu. Co mogło być za tym tumanem? Pogrzeb amhaareza…I oto ja, rabbi Jose, syn rabbiego Hillela, syna rabbiego Natanaela, syna… /rabbi Jose legitymuje się osiemnastoma pokoleniami rabinackimi rzekomo aż do Aarona brata Mojżes-zowego/ – musiałem uciekać jak zając przed szakalem”.

    W czym leży tu znowu sedno rzeczy?
    Miszna zawiera sześć sederów, wśród nich cały traktat Tokoroth /Czys-tość/ liczący dwanaście rozdziałów. Każdy z tych rozdziałów zawiera od trzech do trzydziestu podrozdziałów, różnego rozmiaru, rozpatrujących najbardziej drobiazgowo czynności, zakazy i nakazy, których nawet pobieżnie nie dałoby się streścić w całym naszym opracowaniu.
    Wśród nich rozdział Okaloth /Namioty/ zawiera przepisy dotyczące namiotów, a wiec i domów, szczególnie wtedy, gdy w domu znajdzie się trup. Tu przepisów jest naprawdę dużo i rabbi Jose wie, że jeżeli za tumanem kurzu ukaże się pogrzeb amhaareza, podwójnie nieczystego i świeżo zanieczyszczonego – może być nieszczęście. To że żałośnicy, płaczki i członkowie rodziny zmarłego biegną- wcale nie oznacza, że znają się na wszystkich przepisach. Dlaczego…biegną??? Cóż to za przepis? Ano, tak to jest, że pogrzeb na całym świecie załatwiany jest jako uroczystość poważna, dostojna, pompatyczna, a wszystko to ma wyrażać uszanowanie dla majestatu śmierci. Tymczasem w Judei pogrzeb odbywa się niekiedy… biegiem. To nie jest przepis, ale coś, co może z przepisów wyniknąć. Bo jest wyraźny nakaz w Tokoroth, który mówi, że zmarłego trze-ba pogrzebać w ciągu dwunastu godzin czyli naszych prawie dwudziestu czterech. No, tak, ale nim się zebrała rodzina, nim sprowadzono płaczki, nim „oczyszczono” nieboszczyka, upłynęło tyle czasu, że na sam pogrzeb została raptem godzina. I stąd ten sportowy pośpiech. A skoro jesteśmy przy pogrzebie to i jeszcze jedno warto wspomnieć z tegoż Okaloth, a mianowicie ceremoniał „oczyszczania” domu po nie-boszczyku. Oczywiście nam, ludziom XX wieku, to słowo nasuwa skojarzenie z jakąś dezynfekcją czy innymi zabiegami higienicznymi, ale tu chodzi jedynie o odmówienie modlitw, nieodzownych do tego, by Jehowa zechciał przebaczyć „zanieczyszczenie” domu i ludzi w tym domu mieszkających. Stąd wybuch gniewu Chrystusa Pana przeciwko faryzeuszom: – „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Objadacie domy wdów i za to odmawiacie długie pacierze! Dlatego cięższy czeka was wyrok!” /Mat. XXII, 14/. Boć faryzeusz nie był obowiązany do odmawiania tych modłów bezpłatnie: trzeba mu było dać śniadanie, obiad i kolacje, jakie się stawia przed najprzedniejszym gościem, bo ten faryzeusz był pośrednikiem między człowiekiem i Jehową. Bez takiego pośrednictwa Jehowa może nie chciałby słuchać słów prostego człowieka? Przecież zarówno ofiary, jak i nadzwyczaj skuteczne modły to wyłączność rodu Aarona i pokolenia Lewi, wyłączność przestrzegana od kilkuset lat?

  5. Błysk said

    Jest wiele śladów wskazujących na to,że JPII realizował tak opisany synkretyzm.

  6. revers said

    a z kim Serbowie w Kosovie? na barkadach samotni …

    http://m.ibtimes.com/kosovo-serbs-protests-road-blockings-barricades-by-kosovo-serbs-kosovo-serbs-barricades-images-193476.html

    http://www.b92.net/eng/news/politics-article.php?yyyy=2011&mm=07&dd=31&nav_id=75705

    http://m-magazine.org/index.php/en/news/kosovo/860-the-barricades-in-rudar-still-survives.html

Sorry, the comment form is closed at this time.