Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Szczepan Zbigniewski o Jak wymyślono naród żydowski?…
    Szczepan Zbigniewski o Noc Listopadowa czy „burd…
    Halifax o Dlaczego szkoły nie eduku…
    errorous o Sterowanie nacjonalizmami
    errorous o Wolne tematy (83 – …
    Ramirez o Sterowanie nacjonalizmami
    Boydar o List z Moskwy do polskich…
    Boydar o Wolne tematy (83 – …
    Boydar o Wolne tematy (83 – …
    koza o Jak wymyślono naród żydowski?…
    coco o List z Moskwy do polskich…
    lewarek.pl o Wolne tematy (83 – …
    revers o Wolne tematy (83 – …
    Kojak o Parura, rura, rura…
    lewarek.pl o Wolne tematy (83 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 626 obserwujących.

Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa” c.d. 3

Posted by Marucha w dniu 2011-08-16 (Wtorek)

(Fragment 7)

Dzień powszedni Jerozolimy
Miasto zaduchu

Skoro jesteśmy przy Jerozolimie – musimy zaznaczyć, że Palestyna nie jest krajem typowo monsunowym, jak zresztą wszystkie kraje nad Morzem Śródziemnym, niemniej jednak w okresie letnim ciąg wiatrów przeważa z zachodu na wschód, w zimie natomiast w kierunku przeciwnym. Są to jednak wiatry słabe i jako silniejsze odczuwa się je w górach na północy, lub na pustyni, a więc na południu. Temu brakowi przewiewu, jak i położeniu Jerozolimy wśród wzgórz w dolinie należy przypisać, że w ciasnych uliczkach Jerozolimy w zwykły dzień powszedni panuje zaduch nieprawdopodobny. Mocne zapachy kuchenne, tak charakterystyczne dla Wschodu po dziś dzień, smród ze stert odpadków, gnijących w każdym kącie ulicznym, a wreszcie pot zwierząt czy ludzi, nawóz ze stajni wielbłądzich rozkładany do wysuszenia na opał – tworzą razem mieszaninę potworną.

Ta mieszanina nie jest bynajmniej jednakowa przez cały dzień czy przez cały rok. W ciągu szabbatu dochodzi, a nawet przebija przez to wszystko swąd lampek oliwnych, które zapalone w piątek wieczorem gasić wolno dopiero w sobotę wieczorem, bo w szabbat, jak się rzekło nie wolno ani gasić ani zapalać ognia. Ten zaduch potęguje się do niebywałych granic w dni świąteczne, gdy Jerozolima wchłania nie mniej niż 100.000 a do 300.000 dochodzącą rzeszę pielgrzymów, których wprawdzie większość przybywa pieszo i pojedynczo, ale poważna ilość karawanami, ze służbą bydłem ofiarnym i rzeźnym dla wyżywienia siebie i swoich w podróży. Płoną wtedy na każdym wolnym miejscu ogniska, podsycane nawozem wielbłądzim, dym snuje się po całej dolinie, potęgując zaduch. Dodajmy do tego „wonności ulubione Jehowie” czyli smród palonego mięsa ofiarnego, który unosi się ciężkim tumanem nad Jerozolimą przez 365 dni w roku, a w czasie jakichkolwiek świąt – bez przerwy dzień i noc.

Tylko obowiązkowe gminne ofiary wynosiły rocznie: 1093 baranki, 113 cieląt rosłych, 37 baranów, 32 kozły, 5.500 litrów przedniej mąki, ponad 2.000 litrów wina i tyleż oliwy. Oprócz tych – daleko większa w masie i wartości była liczba ofiar prywatnych, indywidualnych.

Judejczyk oddawał Jehowie, a ściśle mówiąc kapłanowi: pierworodne sztuki bydła, owoc drzew i krzewów z pierwszych trzech lat ich wegetacji i dziesiątą część wszystkich zbiorów. Z tego wszystkiego ta fantastyczna ilość bydła, mąki i oliwy oraz wina idzie z dymem „na chwałę Jehowie”. Dym spalenizny przesiąka całą Jerozolimę, wżera się w gliniane ściany domów, w ubrania mieszkańców, nadając atmosferze nad miastem wygląd, o jakim tylko dzisiejsza chmura „smogu” nad Londynem może nam dać wyobrażenie. Judejczyk, podający się za Greka Aristeasza pisze o tych ofiarach i ich wykonawcach:

„Ich służba kapłańska jest niezrównana w swej sile, porządku i uroczystym milczeniu. Pomimo bowiem uciążliwości ich pracy, robią oni wszystko jakby machinalnie, każdy troszczy się tylko o to, co mu jest przykazane. I służą bez przerwy, jedni krzątając się około drzewa, drudzy koło oliwy, ci koło przyprawy, tamci koło wonności /???/ inni znowu koło całopalenia mięsa używając w sposób zdumiewający swojej siły: schwyciwszy bowiem dwiema rękami biodro cielca, każde wagi dwóch talentów z górą /ok. 140 kilo – przyp. W.P./ rzucająje właśnie tak wysoko, jak trzeba, aby padły na wyznaczone miejsce ołtarza. Tak samo należało się dziwić tłustości i ciężkości owiec, ba! nawet i kóz, wszędzie bowiem wybierają ci, którym to polecono, najprzedniejsze tłuszczem i w ogóle niepokalane dla opisanej potrzeby zwierzęta. 1 wszystko to dzieje się wśród najgłębszego milczenia tak, iż zdaje się, że w tym miejscu nie ma żywej duszy, podczas gdy samych pełniących służbę jest około siedmiuset i w dodatku tłum ofiarujących, ale nad wszystkim panuje strach i nastrój godny wielkiej boskości obrzędu”.

Zawiera się w tym zachwycie nie pozbawiona tragizmu mimowolna ironia: religia, która świadomie potępiła i wykluczyła ze swej służby prawdziwe piękno i objawienie się bóstwa w pięknie – szuka piękna jednak i znajduje to piękno… w niszczeniu i masowym zabijaniu swojskich zwierząt, które ze świątyni robiło gigantyczną rzeźnię i krematorium. Ale zwyczaj, tradycja, niepisane prawo religijne – były i tutaj tyrańskie: ”… było dumą synów Aarona brnąć we krwi aż do kostek” – wspomina z tęsknotą Talmud /Pes. 65ab/.

Krew zabijanych zwierząt była co kilka dni zeskrobywana z posadzek świątyni i palona, później zakopywana. Ale zaduch gnijących resztek roznosi się od strony świątyni bez przerwy roje much, miliardy różnego robactwa legną się w szparach murów i rozchodzą po całym mieście.

Każdy najazd pielgrzymów zostawia po sobie trzy ślady: moc pieniędzy za wyżywienie, noclegi, usługi, zwierzęta ofiarne, wymianę pieniędzy itp., moc nieczystości, śmieci i brudów, a wreszcie – choroby. Co najmniej dwa razy do roku ludność Palestyny tępią epidemie, o których bardzo słabe wyobrażenie daje Stary Testament. Dopiero dziś przecież wiemy, że przed dwoma tysiącami lat ludności w Palestynie było siedem razy tyle, co dziś, ale rachunek demograficzny za całą tę epokę – od powrotu z Egiptu do wypędzenia – każe uwzględniać te hekatomby: więcej niż połowa mieszkańców Palestyny nosi na sobie ślady ospy na twarzy, oba tyfusy, cholera, dżuma i trąd są czymś nagminnym, powszechnym, uważanym za jakiś normalny bieg rzeczy, choroby te od czasu do czasu wyludniają miasta, a niekiedy i cały kraj z druzgoczącą bezwzględnością.

Czytając dziś księgi święte narodu wybranego z apokryfami kumrańskimi włącznie, odbiera się wrażenie, że ani kapłaństwo, ani biegli w piśmie zjawiska tego nie zauważali, w każdym razie nie przeciwdziałali. Jakżeż miał przeciwdziałać proletariat? Trąd nie opuszcza Palestyny nigdy. Ślady tej choroby znajdziemy tu od czasów kananejskich aż po dzień dzisiejszy. Leprozoria czyli takie lub inne miejsce odosobnienia dla trędowatych, a niekiedy są to nawet całe miasteczka, dzięki którym niejeden kraj Bliskiego Wschodu potrafił grozę tej choroby przynajmniej zlokalizować – wprowadzą Rzymianie w Syrii, Palestynie i Egipcie dopiero w II wieku po Chr. /Lex Sempronia /. Do czasów Chrystusa Pana trąd jest uważany za przekleństwo Boże, jak to czytamy w Leviticus 13, 1-59, 14, 1-57, a przepisy religijne dotyczące trądu urągają wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi.

Wracając do ofiar świątynnych, nie tylko te zapachowe aspekty warto podkreślić. U Greków też są ofiary podobne: na cześć boga pali się jednak tylko symbolicznie pewne części zwierzęcia ofiarnego i to te o mniejszej wartości pokarmowej: kości, kopyta, wnętrzności, skórę. Reszta służyła za pokarm ludziom, którzy w ten sposób stawali się współbiesiadnikami boga. Nie jeden Grek w Atenach czy Koryncie przez cały rok więcej mięsa nie widział, niż na owych agapach przy świątyni, aczkolwiek przeciętna zamożności była w Grecji znacznie wyższa niż w Palestynie.

Gdyby więc Pseudoaristeasz był rzeczywiście Grekiem, za jakiego się podaje – o szalonej rozrzutności widzianej w Jerozolimie pisałby nieco inaczej. Mamy zresztą rzetelne helleńskie stanowisko w tej sprawie: dużo wcześniej od Pseudoaristeusza, Teofrast, uczeń Arystotelesa mówi, że Judejczycy „używają, ofiarnego mięsa nie dla uczty, lecz niszczą je, jako całopalne w ogniu podczas nocy i potem unicestwiają ślady ofiary, aby wszechwidzący Helios nie zobaczył tej ohydy”. Oczywiście relacja jest nieścisła, ale stanowisko Greka najzupełniej wyraźne. Ta bezsensowna pobożność i rozrzutność ciągnie się przez wieki całe, nie budząc w nikim odruchów buntu czy bodaj sprzeciwu, bez względu na urodzaje, które w Palestynie są – różne. Zdarzają się lata takiego głodu, że jak wspominaliśmy – nawet Herod rezygnuje z podatków i sprowadza zboże z Egiptu. Egipt, wyklinany raz po raz w księgach świętych, bardzo często ratuje Palestynę z głodu, sprzedając swoje stałe nadwyżki zbożowe. Ale takiego „odstępstwa”, jak Herodowe, nie zrobi nigdy świątynia, ani Synhedrion do ostatnich dni istnienia miasta.

Kiedy Jerozolima była oblężona przez legie Tytusa, kiedy banda zbrodniarzy idumejakich obróciła święty przybytek w jaskinię mordu, a lud umierał z głodu na ulicach – ołtarz Jehowy po dawnemu pożerał codzienny thamid, po dawnemu mięso bydląt ofiarnych, które mogło ocalić od śmierci głodowej setki mieszkańców miasta – było niszczone ogniem. I dopiero kiedy wszystkiego zabrakło, musiano zaniechać i tego obrzędu i to dopiero było uważane przez kapłaństwo za najcięższy cios, jaki mógł spotkać obrońców miasta, skazanego na śmierć. To nadludzkie spotęgowanie niedorzeczności przybiera charakter ponurej wielkości, ci ludzie bowiem wciąż oczekiwali wybawienia cudem Jehowy, ale za warunek tego cudu uważali skrupulatne pełnienie swych obowiązków względem Niego. Żeby ich mógł, jako dobry ojciec zwolnić z tych obowiązków z powodu ich „udręki – tego przypuścić nie mogli, właśnie dlatego, że ich religia, jako typowa religia strachu – nie uznawała w Nim tego dobrego ojca.

Jak widać z powyższego wyznawcy „Ojca” nie mogli wygrać z wyznawcami „Syna”. Od niepamiętnych bowiem czasów utarło się, że poddani surowego króla interesują się ogromnie charakterem królewicza: ojca już poznali, nie daje im powodów , zachwytu, jeżeli okaże się, że syn jest lepszy – pójdźmy za synem! A w tej rozgrywce „Syn” przewrócił cały nonsens ofiar całopalnych i „kozłów ofiarnych” jednym powiedzeniem: „Miłosierdzia pragnę – nie ofiary!”

Kapłanów-aronidów i służby świątynnej pochodzącej z pokolenia Lewi jest przy świątyni około 28.000 osób. Zarówno jedni, jak i drudzy są podzieleni na 24 klasy, z których każda pełni służbę tylko pół miesiąca, przez pozostałe zaś jedenaście i pół – urlopuje. Niektórzy z tych ludzi mają oczywiście rolę, winnice, stada, warsztaty rzemieślnicze i inne źródła dochodu, czym jeszcze bardziej wykłuwają oczy biedocie i to codziennie, a nie tylko w takich okolicznościach jak oblężenie miasta.

Materialnie zresztą to i kapłan kapłanowi nierówny. „Synowie Sadoka” czyli Saduceusze, zgrupowani wokół arcykapłana z rodu Aarona – są najbliżej kasy świątynnej i potrafią z niej ciągnąć z bezgranicznym cynizmem. Za to inni z tejże klasy kapłanów i biegłych w piśmie cierpią ordynarny głód, bo zdała od ofiarnictwa przez 11 i pół miesiąca trudno jest czasem wyżyć z tego, co się przez pół miesiąca uzbierało, gdy innych dochodów brak.

Dla dopełnienia obrazu trzeba jednak i to podkreślić, że kapłani Jerozolimy nie prowadzą żadnej działalności: ani szpitalnej /poza przyjmowaniem ofiar od tych, którym wróciło zdrowie/, ani wychowawczej czy kaznodziejskiej, ani naukowej, ani nawet kontemplacyjnej – nie trudno więc było zarzucić im pasożytnictwo na społeczeństwie biedaków, bo tych było zawsze w Jerozolimie najwięcej.

(…) Dzielnica zajazdów jest zawsze czysto sprzątnięta, śmieci spalone, popiół wsypany na drogę i zmieszany z gliną, aby utworzyć możliwie twarde podłoże drogi. Każdy zajazd dba o ulicę przed sobą i dojazd do siebie, czego o reszcie Jerozolimy powiedzieć nie można: nawet przed wieloma domami ludzi zamożnych, mających dostatek służby, sprzątanie odbywa się przed świętami, a więc cztery razy do ROKU, a tylko w nielicznych miejscach przed każdym szabbatem. Nie ma żadnej władzy miejskiej która by na to /wracała uwagę, która by dopilnowała – sprawa porządków ulicznych jest pozostawiona dobrej woli mieszkańców, nie trudno sobie wyobrazić jak potwornie brudnym miastem jest to „najświętsze z miast”.

Dość czyste, bo mało zaśmiecane jest otoczenie Antonii od tych trzech stron, którymi wpiera się ona w miasto. Jest ono mało uczęszczane zarówno przez pielgrzymów, jak i przez stałych mieszkańców Jerozolimy, którzy bardzo niechętnie zapuszczają się w tę strony, aby nie obrazić oczu wizerunkiem Cezara, aby nie splamić się dotknięciem „nieczystego goima”, ba! nie oberwać kuksańca od tegoż goima, gdy jest pijany. Ale brudna i zaśmiecona jest dzielnica przyświątynna, rejon Bethesdy, sadzawki Siloe, czy źródła Gihon i te miejsca, gdzie na trasie wędrówek pielgrzymów rezydują żebracy, kalecy i ci wszyscy, co oczekują „zbawienia za życia”, jako że Jehowa każdego Hioba może podnieść z upadku i przywrócić mu dawną pomyślność lub zgoła nową obdarzyć.

Z brudem nie walczy z mocy ustawy lub urzędu nikt. Religia nakazuje wprawdzie różnego rodzaju obmywania rytualne, poczynając od umycia rąk przed modlitwą czy jedzeniem, ale kazuistyka faryzeuszowska torpeduje całkowicie higieniczną wartość tych zabiegów: za „obmycie” rąk uznawane jest zamoczenie końców palców, roztarcie tej wody po rękach i wytarcie w cokolwiek. Mycie rąk przed jedzeniem przy ucztach odbywa się w ten sposób, że poczynając od najdostojniejszego biesiadnika, kończąc na tym najmniej ważnym – wszyscy spłukują ręce w tej samej wodzie i wycierają w ten sam ręcznik. W wypadku epidemii taka miska nie jest żadnym tępicielem drobnoustrojów, ale rozsadnikiem choroby. A zarówno Grecy jak i Rzymianie tej epoki – kochają się w czystości, oczywiście nie rytualnej ale faktycznej, która jest człowiekowi potrzebna.

(Fragment 8)

Dzień powszedni Jerozolimy
Życie uliczne

Ktokolwiek przespacerowałby się dziś ulica Jerozolimy rojną i gwarną niekiedy nawet zatłoczoną, ulicą na której zarówno jezdnia, jak i chodnik  to nieprzerwane potoki maszyn i ludzi, wydające zgodnie olbrzymią ilość decybeli – i powtórzyłby to samo w I wieku po nar. Chr. – rzecz jasna nie uwierzyłby, że to jest również Jerozolima, której dzisiejsi mieszkańcy uparcie twierdzą, że są w prostej linii potomkami tamtych 1900 lat temu wypędzonych przez Rzymian.

Ulica jerozolimska w epoce Chrystusa Pana to prawie zawsze pusty wąwozik między domkami, które były obrócone tyłem do ulicy. Judejczyk bowiem czuje się najlepiej w domu, na łonie rodziny i żeby odetchnąć świeżym powietrzem woli własne podwórze niż ulicę. Domki te budowane są z białego kamienia /podobnie jak u nas w paśmie jury częstochowskiej/, spawanego gliną. Kamienia jest pod dostatkiem wszędzie, ale glinę przywozi się z okolic Jerycha lub znad Worzą Martwego. Ten drugi gatunek jest znacznie lepszy, żadne deszcze rozpłakać go nie mogą.

Na ulicy tej spotykamy bardzo niewielu przechodniów z których zresztą żaden się nie spieszy, ulicę więc charakteryzuje cisza. Bardzo rzadko odezwie się woziwoda popędzający swego osiołka, jeszcze rzadziej monotonny śpiew niewiast, które przędą len lub wełnę, a dopiero wieczorem dadzą się słyszeć odmawiane w śpiewnym języku aramejskim modlitwy do Jehowy. Świecka? Świecka może być tylko kłótnia dwóch sąsiadek, bo ani muzyka świecka, ani świecka piosenka w Judei nie istnieje. Nie tylko dlatego, że nie ma na nie zapotrzebowania , ale co ważniejsze, nie byłaby dobrze widziana przez wczesną „opinię”, nadającą ton, przez faryzeuszów czy przez biegłych w piśmie.

Psalmy, ułożone rzekomo przez króla Dawida i taki lub inny sposób recytowania ich lub śpiewania — to właściwie cały dorobek muzyczno-wokalny Judei. Nawet bohaterska epoka Machabeuszów nie wydała ani jednego piewcy tych wydarzeń, który by w słowie lub w pieśni, prozą czy rymem, w marmurze, czy akwarelą lub mozaiką uwiecznił czyny bodaj tych kilku, którzy byli prawdziwymi bohaterami, choć na miarę niewielkiego kraju. Po tej epoce Judea ma tylko kronikę, jak to już pisaliśmy ogromnie nieścisłą.

W epoce, o której piszemy Jerozolima miała jeden, jak by go nazwać wodociąg. Był to przewód podziemny, kończący się sadzawką Siloe, skąd czerpała wodę więcej niż połowa uboższej ludności, której nie stać było na opłacanie woziwody . Woziwoda jerozolimski, to po prostu posiadacz osiołka. Osiołkowi nakłada się na grzbiet specjalną uprząż, przytrzymującą po dwie stągwie z każdego boku, razem około 60 litrów wody. Tak wyrusza „w swoją dzielnicę”, gdzie ma „swoje gospody”, podobnie jak dziś roznosiciele mleka. Bez słowa zabiera pustą stągiew, wstawia pełną i tak dalej, aż z czterema pustymi wraca do sadzawki, mijając po drodze innych woziwodów, których w Jerozolimie jest powyżej setki. Są oni faktycznie, choć nie tytularnie zrzeszeni i tworzą chyba pierwszy kartel na świecie. Każdy z nowoprzybyłych do tego fachu, najczęściej syn po ojcu, składa najstarszemu z woziwodów przysięgę, że nie będzie obniżał ceny wody dla pozyskania większej ilości klientów. Dzięki tej „zmowie” klan woziwodów – na równi z grabarzami – należy w Jerozolimie do najwyższej warstwy pracującego proletariatu i ma się dość dobrze. Zarobek dzienny każdego z nich przekracza dwa denary, a to już zysk, za który można wyżywić rodzinę, no i tego osiołka, który w tym przedsiębiorstwie pracuje najciężej.

Jeden denar jest dzienną stawką robotnika rolnego, sezonowego, a do tego wynagrodzenia dodawany jest jeden posiłek: ranny, południowy lub wieczorny.

Przy tak daleko posuniętym rozwarstwieniu, jak w Palestynie – tych dwóch wieków – od jakiego szczebla, idąc w dół, zaczyna się nędza? Otóż, jeżeli stopę arcykapłana przyjmiemy za sto, dla pozostałych kapłanów 70, najbogatszych kupców 40, rzemieślników i rolników – 20, a dopiero poniżej zaczyna się „świat pracy”, jak to dziś nazywamy, w którym służba nawet rekrutująca się z niewolników będzie jeszcze miała względnie możliwe warunki: ma bowiem jakiś ekwiwalent materialny ustabilizowany, traktowanie lepsze lub gorsze, ale zawsze jednakowe i poczucie własnej godności, którą tylko chlebodawca może sponiewierać, ale… nikt oprócz niego. Nawet służba świątynna do służby kapłanów czy kupców regresu nie ma.

Najemnicy, czy to w rzemiośle, czy w rolnictwie, stoją najniżej, a wobec stałej nadwyżki rąk do pracy i stałego bezrobocia, które jest zjawiskiem nagminnym w Palestynie – poza żniwami pszennymi czy winobraniem – w każdym cienistym zaułku Jerozolimy snuje się kilkudziesięciu ludzi, oczekujących na jakieś wezwanie do pracy. Trzymają się więc opodal bogatszych domów, szczególnie takich, gdzie już ich bodaj raz zatrudniono, aby być w pobliżu swoich ewentualnych, choć dorywczych pracodawców. Nikt ich nigdy nie liczył i dziś nie dowiemy się chyba, ilu też bywało bezrobotnych w Palestynie czy w samej Jerozolimie. Pewną orientacyjną cyfrę mogą nam dać ekspedycje werbunkowe egipskie, które przed upowszechnieniem Księgi Powtórzonego Prawa, zabraniającej służby wojskowej u obcych – w wieku III i II jeszcze przed nar. Chr. wchłaniały co 2-3 lata pięć do siedmiu tysięcy palestyńskich bezrobotnych. Byli to oczywiście bezrobotni w tym wieku i w takiej kondycji fizycznej, że nadawali się do służby wojskowej, która w Egipcie łatwa nie była.
W epoce Chrystusa Pana zapotrzebowanie na rekruta do Egiptu znika, a wśród ludu kolportowane są namiętnie opowieści I i II księgi Machabejskiej, Księga Estery i Judyty, jak i szereg innych legend mających na celu podtrzymanie ducha narodowego.

Ulica jerozolimska jest wiec cicha, spokojna i prawie bezludna, tylko w okresie świąt pielgrzymkowych, a więc cztery razy do roku zapełnia się tłumami przybyszów ze wszystkich stron świata. Ale i wtedy nie jest hałaśliwa, w największych skupiskach przybyszów rozmowy są przeprowadzane w tonacji spokojnej, w majestacie świętego miejsca, które jest tak niedaleko, że głośniejsza rozmowa mogłaby zakłócić dostojną ciszę obrządku składania ofiar. A ówczesna Judea jest jeszcze bardzo daleko od pojęcia wszechobecności Boga.

Od świątyni do najbardziej odległej bramy, a więc Gnojowej, jest nieco więcej niż kilometr, a za tym, kto wstąpił w mury Ezechiasza czy Nehemiasza ma obowiązek zachowywać się, jak by był w przedsionku świątyni. Ale – jak to wiemy z Ewangelii – prawdziwy przedsionek świątyni nie był niczym innym jak hałaśliwym targowiskiem i ogromnie musiało się podobać wierzącym, że wreszcie ktoś wkroczył w ten rejwach i położył mu  kres. Tylko… czy położył kres? Mamy prawo przypuszczać, że raczej tak. Handlarze świątyni niewątpliwie uderzyli w skargi do arcykapłana, który zapewne wyraził im współczucie, zapowiedział, że ukróci podobne wybryki – ale jeżeli nie on, to inni poradzili handlarzom, aby zachowywali się ciszej.

Gdyby było inaczej? Gdyby ówczesny Judejczyk był tak żywy i hałaśliwy, jak przedwojenny mieszkaniec warszawskiej dzielnicy północnej? Wyobraźmy sobie Jerozolimę, miasto położone bardzo niefortunnie na zboczu, o znacznie większej różnicy nachylenia, niż warszawska skarpa /a więc takie ulice jak Książęca, Oboźna czy Bednarska/ rozłożone na bardzo niewielkim terenie: od wieży Hananaela do Sadzawki Niższej jest nieco więcej niż 1200 metrów. A w poprzek od Bramy Doliny do Bramy Końskiej, z której wiedzie najbliższa droga na Górę Oliwną jest nieco więcej niż 900 metrów. W tym niewielkim miasteczku mieści się od 20 do 30.000 ludzi. Zważywszy parterową zabudowę – zatłoczenie tego miasta jest potworne, a mimo to nie rzuca się ono w oczy.

W dzień powszedni, szczególnie w okresie robót rolnych – rolnicy wyruszają rano na pola, pasterze również – wracają wieczorem, rzemieślnicy pracują, bezrobotni stoją niewielkimi grupkami, przerzucają się skąpymi słowami, bo… nic się nie dzieje, co by mogło tak lub inaczej wpłynąć na ich los. Dlatego – cisza i spokój, przynajmniej w pierwszych dwóch dziesiątkach lat pierwszego wieku po nar. Chrystusa. Brak radości życia. Przeciętnego mieszkańca Jerozolimy nic nie cieszy, nic nie daje mu powodów do podniecenia, wręcz przeciwnie, na co by nie spojrzał – wszystko przyczynia mu zmartwienia, zgryzoty, jeśli nie cichej, dobrze utajonej złości.

Oto idzie, otoczony uczniami rabbi Samuel Ben Parah, którego cały strój, zarówno kuttona, jak i płaszcz są obszyte błękitnymi frędzlami, które jak najdobitniej świadczą, że jest to „biegły w piśmie” – „nauczyciel pobożności”, któremu przede wszystkim trzeba ustąpić z drogi. Spojrzenie uczonego rabbiego, pełne niewymownej pogardy dla amhaarezów ani przez chwilę nie zatrzyma się na żadnym z tych nieszczęśliwców, z których nie jeden nic dziś nie będzie jadł. Przyczyn ubóstwa amhaareza rabbi dopatruje się przede wszystkim w niełasce Jehowy. Przecież najlepszym dowodem tego, komu Jehowa sprzyja jest sam rabbi Ben Parah, który ma kilkanaście sług i służebnic, kilkunastu uczniów, pola, winnice, dom, rabbi Samuel, który od pół wieku, to znaczy od chwili, gdy zdecydował się poświęcić życie na studiowanie Tory, nie zaznał głodu, chłodu czy jakichkolwiek niewygód. I za cóż to Jehowa tak ukochał rabbiego Samuela? Za co innych, których w Jerozolimie stale rezyduje nie mniej niż 800, w dni świąteczne zaś ich liczba przekracza 3.000? Z haggad i przypowieści, których tak dużo zawiera zarówno Miszna, jak i szereg dzieł późniejszych o dniu powszednim biegłego w piśmie dochowało się bardzo wiele świadectw, które dość wyraźnie o tym mówią.

Jest więc w Jerozolimie Chrystusowej cztery miejsca, w których grupują się biegli w piśmie. Dziedziniec zewnętrzny świątyni, tuż obok hałaśliwego zgromadzenia handlarzy bydła i kereshów, gdzie zawsze na dolnych podstawach kolumnady siedzi kilkunastu faryzeuszów – to byłby punkt pierwszy. Są tu oni potrzebni do rozstrzygania czy sztuka bydła nadaje się na ofiarę czy nie. Jak wiadomo nie może ono mieć żadnej skazy, plamy, nie może być chude, chore czy ułomne – o czym mąż uczony zawsze może zawyrokować. Oczywiście – nie bezinteresownie, bowiem mąż uczony, biegły w piśmie niczego nie robi bezinteresownie.

Drugie miejsce – to dziedziniec wewnętrzny, gdzie stoją po dwóch po trzech saduceusze. I pierwsi i drudzy należą do tych najbardziej konserwatywnych ugrupowań, z których pierwsze ma za sobą trzysta, drugie przeszło pięćset lat istnienia.

U rabbiego Jose, którego dom jest wciśnięty między świątynię a stadion jerozolimski /”Oby Jehowa spalił go żywym ogniem!”/ – gromadzą się faryzeusze, jakbyśmy dziś ich nazwali „odchyleniowcy”. Tam zapewne bywał rabbi Nikodem, względnie Józef z Arymatei, obaj członkowie Synhedrionu, ale ich votum separatum, które zapewne postawili w procesie Jezusa z Nazaretu dowodzi, że nie należeli do kazuistycznej, zakochanej w literaturze prawa większości faryzejskiej.

Czwarte miejsce – to pałac arcykapłana, gdzie jednak więcej się mówi o polityce, niż o prawdach wiary, nakazach i zakazach Miszny.

„Katechizm”, jaki można by wypisać z haggad rabbiego Jose wyglądał by wiec tak:
– „Czy wolno” zjeść jajko, które kura zniosła w szabbat?”
– „Oczywiście, że nie” – odpowiada każdy faryzeusz, ale rabbi Jose dodaje: – „z warunkiem, że się nie wie, kiedy jajko było zniesione”.
– „A jeżeli się wie?” – precyzują uczniowie.
– „Jeżeli się wie, należy jajko zostawić w tym miejscu, gdzie kura je zniosła. Nazajutrz zniesie następne, po tym trzecie i wtedy można przyjąć, że się nie wie, które jest zniesione w szabbat – można wiec zjeść każde”.

Drugi przykład – o zagadnieniu znacznie większej wagi: ogromny traktat „Erubin-Miszne” mówi o szabbacie m.in. że w szabbat nie wolno niczego wynosić z domu dalej niż na dwa tysiące łokci. No, a co zrobić, jeżeli zachodzi potrzeba iść dalej?
– „Możesz” – tłumaczy rabbi Jose – „w przeddzień szabbatu, w miejscu oddalonym od twego domu o dwa tysiące łokci położyć trochę pokarmu i oznajmić: tu jest mój dom. Wtenczas będzie ci wolno w szabbat oddalić się od tego miejsca jeszcze o dwa tysiące łokci w tym samym kierunku”.
– „Ile razy wolno tak zrobić?” – pyta uczeń.
– „Tyle razy, ile ci będzie potrzeba”.
Jest to swego rodzaju „odchylenie” od twardych reguł Deuteronomium i tego rodzaju odchyleń szkoła rabbiego Jose wprowadza bardzo dużo. Ale jednocześnie ten sam rabbi Jose zostawia bardzo wiele „objaśnień”, które jeszcze bardziej komplikują inne przepisy.

Na przykład:
„Rabbi Eleazar twierdzi, że każdy amhaarez winien ustąpić z drogi człowiekowi czystemu. Rabbi Eleazar twierdzi, że zabić amhaareza nie jest grzechem, nawet gdyby to się stało w szabbat. Mądry jest rabbi Eleazar, ale nie przewidział wszystkiego. Szedłem, nauczając prawd Bożych Berucha syna Helego z Kafarnaum i Judę syna Malchuza z Gaddy. Szliśmy ulicą wiodącąw miasto od strony Gedronu i zobaczyliśmy przed sobą tuman kurzu. Co mogło być za tym tumanem? Pogrzeb amhaareza…I oto ja, rabbi Jose, syn rabbiego Hillela, syna rabbiego Natanaela, syna… /rabbi Jose legitymuje się osiemnastoma pokoleniami rabinackimi rzekomo aż do Aarona brata Mojżeszowego/ – musiałem uciekać jak zając przed szakalem”.

W czym leży tu znowu sedno rzeczy?
Miszna zawiera sześć sederów, wśród nich cały traktat Tokoroth /Czystość/ liczący dwanaście rozdziałów. Każdy z tych rozdziałów zawiera od trzech do trzydziestu podrozdziałów, różnego rozmiaru, rozpatrujących najbardziej drobiazgowo czynności, zakazy i nakazy, których nawet pobieżnie nie dałoby się streścić w całym naszym opracowaniu.
Wśród nich rozdział Okaloth /Namioty/ zawiera przepisy dotyczące namiotów, a wiec i domów, szczególnie wtedy, gdy w domu znajdzie się trup. Tu przepisów jest naprawdę dużo i rabbi Jose wie, że jeżeli za tumanem kurzu ukaże się pogrzeb amhaareza, podwójnie nieczystego i świeżo zanieczyszczonego – może być nieszczęście. To że żałośnicy, płaczki i członkowie rodziny zmarłego biegną wcale nie oznacza, że znają się na wszystkich przepisach. Dlaczego…biegną??? Cóż to za przepis? Ano, tak to jest, że pogrzeb na całym świecie załatwiany jest jako uroczystość poważna, dostojna, pompatyczna, a wszystko to ma wyrażać uszanowanie dla majestatu śmierci. Tymczasem w Judei pogrzeb odbywa się niekiedy… biegiem. To nie jest przepis, ale coś, co może z przepisów wyniknąć. Bo jest wyraźny nakaz w Tokoroth, który mówi, że zmarłego trzeba pogrzebać w ciągu dwunastu godzin czyli naszych prawie dwudziestu czterech. No, tak, ale nim się zebrała rodzina, nim sprowadzono płaczki, nim „oczyszczono” nieboszczyka, upłynęło tyle czasu, że na sam pogrzeb została raptem godzina. I stąd ten sportowy pośpiech.

A skoro jesteśmy przy pogrzebie to i jeszcze jedno warto wspomnieć z tegoż Okaloth, a mianowicie ceremoniał „oczyszczania” domu po nieboszczyku. Oczywiście nam, ludziom XX wieku, to słowo nasuwa skojarzenie z jakąś dezynfekcją czy innymi zabiegami higienicznymi, ale tu chodzi jedynie o odmówienie modlitw, nieodzownych do tego, by Jehowa zechciał przebaczyć „zanieczyszczenie” domu i ludzi w tym domu mieszkających. Stąd wybuch gniewu Chrystusa Pana przeciwko faryzeuszom:  „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Objadacie domy wdów i za to odmawiacie długie pacierze! Dlatego cięższy czeka was wyrok!” /Mat. XXII, 14/. Boć faryzeusz nie był obowiązany do odmawiania tych modłów bezpłatnie: trzeba mu było dać śniadanie, obiad i kolacje, jakie się stawia przed najprzedniejszym gościem, bo ten faryzeusz był pośrednikiem między człowiekiem i Jehową. Bez takiego pośrednictwa Jehowa może nie chciałby słuchać słów prostego człowieka? Przecież zarówno ofiary, jak i nadzwyczaj skuteczne modły to wyłączność rodu Aarona i pokolenia Lewi, wyłączność przestrzegana od kilkuset lat?

Nadesłał p. PiotrX

Komentarze 3 do “Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa” c.d. 3”

  1. Zbigniew Koziol said

    Dzięki 🙂

  2. Piotrx said

    Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa”
    /fragment 9/

    Dzień powszedni Palestyny
    Kobieta – najtańsze zwierzę pociągowe

    „Maria obrała najlepszą cząstkę, która nie będzie jej odjęta” /Łuk. X.42/.

    Spróbujmy streścić to, co dotychczas napisaliśmy o stanowisku społecznym i religijnym kobiety w Palestynie, aby to zagadnienie wyczerpać do końca. Jest wiec kobieta obiektem przetargów i handlu, na równi z każdym stworzeniem domowym /Jakub i Laban/, po śmierci jednego męża pierwszeństwo do niej ma brat męża, bez względu na to, czy się takie spadko-branie kobiecie podoba czy nie. O to nikt nie pyta. Jej podstawowym obowiązkiem religijnym jest… rodzenie dzieci, a kobieta, która nie może rodzić podejrzewana jest o wszelkie zło, przede wszystkim o to, że u Jehowy jest w niełasce. Nikomu nie przychodzi do głowy, w każdym razie nawet w późno-judejskich haggadach nie ma o tym ani słowa – że mężczyzna też może być winien bezdzietności w małżeństwie. Poza tym kobieta może być matką dwunastu nawet dzieci, ma wtedy szacunek u wszystkich kuzynek i przyjaciółek, bo -znów długie lata wlecze się ten przesąd i za chrześcijaństwem – może trzeba będzie od niej szat poży-czyć, żeby mieć upragnione dziecko?

    Ale i ta ogólnie szanowana niewiasta nie ma większych praw realnych, nawet i ona nie ma prawa wstępu do świątyni, gdzie co najwyżej może zanieść ofiarę /por. „wdowi grosz” spostrzeżony przez Chrystusa/, nie ma też prawa do bezpośredniego kontaktu z Jehową nawet w tak smutnej chwili, jak śmierć męża czy innego członka rodziny. Natomiast schwytana na cudzołóstwie – podlega ukamieniowaniu. Ona. Choć przecież bez niego cudzołóstwo jest niewykonalne. Czyli w tej najważniejszej sprawie normy prawne są niejednakowe dla kobiety i mężczyzny, a ta niesprawiedliwość i za chrześcijaństwem wlecze się przez długie wieki, bo do całkowitego zrównania w prawach nie doszło do dziś.

    Te judejskie obciążenia zaważyły nawet na opinii, nawet w XX wieku, bo surowiej ocenia się kobietę złego prowadzenia, niż mężczyznę. Wynikająca z mojżeszowego prawodawstwa niesprawiedliwość, nawet w społeczeństwach czysto chrześcijańskich trwa. Jeżeli nawet judaizm przyznaje kobiecie duszę, jest to dusza znacznie gorszego gatunku, dusza, która uprawnień religijnych ma znacznie mniej, jako że po każdym okresie i po każdym połogu – sprawach fizycznie jak najbardziej naturalnych – kobieta jest „nieczysta”: nie wolno jej dotknąć. Jeżeli wczuć się w istotę połogu, który dla ogromnej ilości kobiet jest potężną dawką cierpienia, a pomoc w usunięciu łożyska czy umyciu jest wprost niezbędna – ten przepis trzeba ocenić jako wyjątkowo nieludzki.

    Rytualna kąpiel oczyszczająca, która nie może przecież odbyć się w rzece, ale w miejscu specjalnie przeznaczonym, o ściśle określonym wolnym przepływie wody, podobnie jak miska z wodą przed posiłkiem – to pierwsze źródło epidemii, która w Palestynie zwykle rozpoczyna się od żeńskiej połowy narodu. I trzeba tu podkreślić, że jeżeli kazuistyka faryzeuszowaka, szczególnie rabinów „odchyleniowców” wprowadza bardzo wiele uproszczeń „ulg taryfowych” dla mężczyzn, o tyle kobiet nie uwzględnia zupełnie i żadne ulgi w przepisach czysto kobiecych nie mają zastosowania.

    Na co dzień – kobieta podlega mężczyźnie pod każdym względem, ustępuje mu w przejściu, nigdy nie idzie przed lub obok, ale zawsze za mężczyzną, bez względu na to, czy tym mężczyznąjest ojciec, maż czy młodszy brat. Małżeństwo nie daje kobiecie nic więcej, jak tylko zwiększenie obow-iązków i to bardzo poważne. Nie uwalnia ono bowiem od dotychczasowych obowiązków względem własnej rodziny /na to Jehowa kategorycznie nie pozwala/, poczucie więzów rodzinnych jest w całym narodzie bardzo silne -przybywają jej natomiast dodatkowe obowiązki względem męża i jego rodziny. Małżeństwo to przede wszystkim posunięcie natury gospodarczej: za jakąś tam odpłatnością dla teścia uzyskuje się dodatkową siłę roboczą, która oprócz tego może służyć i do innych celów, jak np. rozmnażania rodziny.

    Ponieważ mnożenie się należy do swego rodzaju obowiązków religijnych i bezpłodność kobiety wprost kategorycznie zmusza do rozwodu – w ślad za tym idzie rozdrobnienie własności rolnej. Już will wieku przed nar. Chr. – Judejczycy pracują na areale śmiesznie małym, z którego przy najlep-szej uprawie i nawożeniu nie można wydobyć tego minimum, jakie jest niezbędne do wyżywienia rodziny. Poza tym, trzeba jeszcze pamiętać, że od 1200 lat pali się zwierzęta Jehowie na ofiarę, a ziemia palestyńska o silnej zawartości wapnia wymaga kwaśnych nawozów, a nie alkalicznych popiołów inaczej mówiąc jest stale wyjaławiana. Takie najmniejsze kawałeczki poczynają wykupywać Grecy, których operatywność i względna zamożność decyduje o tym, że ziemia w ich rękach scala się i to scalanie postępuje. Ale Grecy są rolnikami raczej słabymi. To naród kupców i żeglarzy, żołnierzy i artystów – proces scalania rozdrobnionej ziemi dawnego Izraela staje się widoczny w pasie nadmorskim i w Dekapolu. W pasie, nadmorskim , bo Greka morze zawsze żywi ,a w Dekapolu ponieważ kolonizacja grecka tworzy tu kilkanaście ośrodków niezwykle zwartych nar-odowo na długo przed najazdem Aleksandra Wielkiego na te tereny. Mamy wiec trzy warstwy rolnicze: bogatych obszarników greckich, znacznie mniej bogatych izraelskich i – małorolnych, którzy stanowią ogromną przewagę, szczególnie wokół wszystkich większych miast Izraela i Judy. Gdyby to porównać z dzisiejszymi stosunkami rolniczymi Polski Ludowej -zgodzilibyśmy się, że w pierwszej kategorii, odpowiadającej Państwowym Gospodarstwom Rolnym – pracuje traktor, jeden lub więcej, w drugiej kategorii – konie, w trzeciej zaś odpowiadającej dzisiejszym działkowiczom -ziemie uprawia użytkownik działki, łopatą, motyką lub innymi narzędziami, nie wymagającymi siły pociągowej.

    W Palestynie ostatnich trzech wieków przed nar. Chr. traktorowi odpowiada koń, który dla Judejczyka jest ryzykownym luksusem. Luksusem, gdyż koń jest tylko siłą pociągową i niczym więcej, a ryzyko posiadania konia w tym kraju wiecznie wojującym polegało zawsze na tym, że prędzej konia niż człowieka brał nieprzyjaciel do niewoli. Rasa – to berbery, ciemnej maści, bardzo wytrzymałe i niewiele wymagające, ale też niezbyt szybkie i np. do wyścigów absolutnie nieprzydatne.

    Na drugim miejscu użytkowym stanie wielbłąd dwugarbny /Camelus baktrianus/ nieco niższy od afrykańskiego dromadera, który jako siła pociągowa jest słabszy od konia, żyje nieco krócej, bo do 40 lat najwyżej, podczas gdy koń berberyjski dociąga do pół wieku, ale za to wielbłąd daje rocznie około kilograma znakomitej wełny i dziennie prawie dwa litry mleka o 22-26 procentach tłuszczu. Pracuje wolniej od konia i jest nieco słabszy, nie na każdą ziemię można go użyć.

    Na trzecim miejscu krowa, która mleka daje znacznie więcej niż wielbłąd /nawet w przeliczeniu na czysty tłuszcz/ i orać nią można lepiej niż wiel-błądem, ale „staż pracy” ma znacznie krótszy, bo żadna z ówczesnych ras palestyńskich nie żyje ponad ćwierć wieku. Te trzy zwierzęta jednak wymagają paszy, przy czym już w III wieku przed Chr. pastwiska jako bezpańskie lub gromadzkie miejsca wspólnego wypasu zwierząt już nie istnieją. To co jeszcze jest – to już nie pastwiska, lecz nieużytki, po których zwierzęta więcej mają chodzenia niż wyżywienia.W tym stanie rzeczy „majątek” poniżej dwóch hektarów musi być uprawiany ręcznie? bo na wyżywienie zwierzęcia pociągowego nie starczy ziemiopłodów.

    „Orka” na takim kawałku ziemi odbywa się za pomocą sochy nożnej. Jest to coś w rodzaju sandału z grubą podeszwą drewnianą, do której od spodu przymocowany jest róg bawoli, lub w najgorszym razie krowi, zamocowany ostrzem ku przodowi. Od obu boków sandału idą dwa pasy, które „siła pociągowa” zakłada sobie na ramiona i ciągnie. Krowi róg robi głęboki rowek, w który człowiek idący za oraczem rzuca nasiona i zadeptuje rowek, aby ptaki nie wydziobały. Z reguły „siłą pociągową” takiej sochy jest kobieta, oraczem jej mąż zaś siewcą syn lub córka. Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, że to jest jedyny, czy też pod-stawowy obowiązek kobiety. Jej dzień powszedni w rodzinie zaczyna się co najmniej godzinę wcześniej, niż dzień męża czy syna. Trzeba nanieść wody stworzeniom, jakie są w gospodarstwie i ludziom, rozniecić ogień, ugotować śniadanie przy czym nawet rozmoczone durro gotuje się dłużej niż pół godziny, a soczewica prawie godzinę. Dopiero gdy śniadanie jest gotowe, zwierzęta domowe nakarmione względnie wydojone – można budzić domowników – mężczyzn. Zjeść kobieta musi jak najszybciej, bo jeżeli rodzina wyrusza na cały dzień do roboty, czy jakiś obiad zabrać dla wszystkich, nie mówiąc już o wodzie, której solidny dzban trzeba wzięć w każdym wypadku.

    Kobieta w Palestynie za jedno tylko może dziękować Jehowie, a mianowicie za to, że zbiór daktyli nie zbiega się w czasie ze zbiorem fig i oli-wek, a żniwa pszenne jedne i drugie nie zbiegają się z winobraniem, jak i za to, że pszenica rodzi tylko dwa razy do roku, a nie np. sześć. W rolnictwie palestyńskim jedna robota depcze po piętach drugiej, ale nie nakładają się. To dobrze, bo nie ma takiej roboty, w której kobieta nie ma żadnego udziału. Co oczywiście nie oznacza, że między jedną robotą a drugą można znaleźć wytchnienie: do kobiety należy utrzymanie porządku w domu, przy-gotowanie wszelkich zapasów żywności, przędzenie i tkanie wełny czy lnu oraz wszelkie chałupnicze roboty zarobkowe z tkaniem dywanów łącznie. O ile mężczyzna może nawet dwukrotnie w ciągu dnia wyjść z domu do synagogi, czy do świątyni a tym samym rozprostować grzbiet i odpocząć – dla kobiety jest to nie do pomyślenia. Ona ma prawo iść do świątyni cztery razy do roku, ale do synagogi tylko wtedy, gdy jej mąż, lub ktoś z rodziny będzie czytał Torę. Bez dostatecznia mocnego pretekstu, jak np. choroba w domu, nieurodzaj czy inna klęska – kobieta dostępu do Jehowy nie ma.

    Ta dyskryminacja kobiety nie jest bynajmniej pomysłem narratorów Tory, ale czymś, co mozaizm przywlókł z Mezopotamii, a nie potrafił, a może i nie chciał z tym zerwać. Stanowisko kobiety jest drugo – jeśli nie trze-ciorzędne nie tylko w Mezopotamii, nie tylko u wszystkich ludów tamte-jszych: Medów, Persów, Chaldejczyków czy Asyryjczyków. Wszyscy oni spychają kobietę do pracy fizycznej, wszyscy nie dopuszczają jej do spraw ważniejszych, odbierają prawo decyzji czy władania czymkolwiek. Jeżeli w wielu tych narodach spotykamy poligamię, haremy itp. – nigdzie nie spo-tykamy poliandrii czy matriarchatu. Pierwsze słowa szacunku dla kobiety, ale tylko dla kobiety matki zna-jdziemy w Egipcie XIX dynastii, a i tego nie wiele, choć kapłankami mogą być kobiety i w Egipcie i w Fenicji i w Asyrii, czego znów dziś za wielki zaszczyt nie uważalibyśmy: są to kapłanki albo sakralnej prostytucji, upraw-ianej za pieniądze, idące na koszty kultu, jak u fenickiej Astoreth czy asyryjskiej Astarty lub śpiewaczki i tancerki, jak w świątyni greckiej Afrody-ty czy egipskiej Izydy.
    U Greków, jak się rzekło, kobiety są nawet boginiami i zarówno z mitologii, jak z życia codziennego epoki hellenizmu wynika bezwarunkowo lepsze stanowisko kobiety, niż w innych narodach basenu Morza Śródziem-nego, zjawiają się one na tronach, jak Kleopatra w Egipcie czy później Zeno-bia w Palmyrze lub obok tronów, jak Arsinoe przy Ptolomeuszu II, niemniej jednak i u Greków kobieta pełni praw obywatelskich nie posiada, choć tak wiele pięknych utworów literatura grecka jej poświeciła.To też na tle tak daleko posuniętej pogardy dla kobiety, jaką spotykamy w judaizmie – stanowisko Chrystusa Pana ratującego nierządnicę z rąk rozwś-cieczonych religiantów, wygląda jak najpiękniejszy brylant świata: „Kto z was jest bez grzechu…”

  3. Piotrx said

    Witold Poprzęcki: „Palestyna za czasów Chrystusa”
    /fragment 10/

    Pierwszy atak Synhedrionu na chrześcijaństwo

    Dla każdego chyba prawowiernego Judejczyka moment rozstania się z judaizmem był momentem psychicznym wstrząsającym: silne dotychczas związanie ze świątynią, bezwzględne podporządkowanie tysiącom przepisów rytualnych, nie wiadomo dlaczego włączonych do religii, odgrodzenie od wszystkich innych bliźnich i nakaz nienawiści dla nich – a nagle oderwanie się od tego wszystkiego i zastąpienie wszystkiego zwyczajną, choć bez-graniczną miłością bliźniego i miłością Boga?
    To musiało być coś takiego jak skok z trampoliny do wody tak głębok-iej, że dna w niej nie widać: śmierć? czy ożywcza dawno upragniona kąpiel? Co przyniesie taki skok?
    Ale ci, którzy słyszeli Chrystusa na Górze, ci, co szli za nim przez całą Palestynę, gdziekolwiek by się udał, ci, co rzucali role, warsztat, dom, miasto dzieciństwa swego byleby tylko pójść za tym dziwnym osobnikiem – nie mieli wątpliwości tego typu, a im więcej słyszeli o Synu Bożym, tym więcej utwierdzała się w nich wiara, że zanim on każe iść za sobą – trzeba już iść za nim, na nic nie czekając, na nic się nie oglądając.
    O poganach w Palestynie pisaliśmy dostatecznie dużo, aby każdy Czytelnik mógł ich zrozumieć: w tym dziwnym kraju wszystko ich uwiera, jak zbyt ciasne obuwie, jak niewygodna odzież, nic im się tu podobać nie może. Gdzie nie wniosą własnych kultów – tam ich nie mają, bo do lokalnych wierzeń, nikt ich dopuścić nie chce, a ostatecznie Grek czy Rzymianin to nie same mięśnie i żołądek, ale również umysł i to umysł chłonny, otwarty, ciekawy świata i ludzi na tym świecie .
    1 będziemy tu świadkami śmiesznego zagadnienia, które tak często się powtarza w naszym życiu codziennym do chwili obecnej, czasem w skali his-torycznej, czasem tylko małym wymiarze domowym. Zagadnienie to nosi tytuł: „Pies ogrodnika”, a w logikę naszą weszło nawet w formie przysłowia: „pies na wiązce siana”, że niby – sam nie zje, i koniowi nie da.
    Otóż od procesu Chrystusa Pana i jego męczeńskiej śmierci, w spoko-jną senną, cichą Jerozolimę, jakby kto kij w mrowisko wsadził, zaroiło się od sporów, kłótni i to z dnia na dzień coraz bardziej zaciekłych.

    Pewne, może nieznaczne światło na tąż ulicę jerozolimską rzuci nam list Eteoklesa z Salaminy, kupca, który w Jerozolimie bywał od 55 do 65 roku I wieku trzema nawrotami po kilka miesięcy.
    – „Z tego co mi mówili nasi, a więc hellanodikos Filokrates, czy proksenos Eurymachos, a zresztą i inni kupcy z Salaminy” – pisze w jednym z listów, przypadających na 55 lub 57 rok – „i z tego co tu widzę, rozumiem, że na nikim polegać nie można. Mówili – miasto ciche, senne, spokojne, a poza wielkimi świętami, które wypadają cztery razy do roku, puste. Niepraw-da! Mówili – ludzie życzliwi, otwarci, gościnni. Nieprawda! Mówili – handel kwitnie, co byś nie zawiózł, to i sprzedasz pieniądzem dobrym płacą, kredy-tu nie żądają, wiele się nie targują. Nieprawda! Mówili – na jedno tylko uważaj i nie interesuj się ich bogami, ich religią, świątynią, obrzędami, bo nikt o tym z tobą rozmawiać nie będzie. I tylko to jest prawda. Miasto jest stale zatłoczone, na każdym rogu uliczki, na każdym najmniejszym placyku -grupki ludzi, które skaczą sobie do oczu i kłócą się tak, jakby za chwilę pobić się mieli. Aż dziw, że się jednak nie biją. O co im chodzi? Nie dowiesz się, bo cichną na widok obcego, przerywają najzaciętszy spór i albo czekają aż ich miniesz, albo sami gdzieś na bok odchodzą”.

    Być może iż chrześcijaństwo, nie przyjęte przez trzon faryzejsko-saducesuzowski Judei – odwróciło się ku poganom i tu zaczęło sobie zyskiwać wyznawców. Wiemy, że od pogan, nawracających się na chrześcijaństwo św. Paweł wymagał wiary w Chrystusa Pana i w moc odradzającą Jego męki krzyżowej i łaski, nie żądał natomiast od nich wcale ani obrzezania, ani przyjęcia wszystkich przepisów o „czystym” i „nieczystym”. To niewątpliwie decydowało o powodzeniu nauki Chrystusowej i powodzenie to było z pewnością aż nazbyt widoczne.
    Następuje reakcja Synhedrionu: ja nie chcę pogan, ale i wy ich nie weźmiecie! Pies na wiązce siana.
    W niesłychanie oszczędnych słowach pierwszy atak Synhedrionu prze-ciw chrześcijaństwu zobrazowany jest w XV rozdziale Dziejów Apostolskich w wierszach od 1 do 32. Zacytujemy je najpierw, podkreślając zdania lub zwroty, które wymagają objaśnienia:

    „Z Judei przybyli do Antiochii jacyś ludzie i tak nauczali braci: Jeżeli_ nie każecie się obrzezać według obrządku Mojżesza, nie możecie dostąpić zbawienia”.

    Między Pawłem i Barnabą z jednej strony, a tymi ludźmi z drugiej strony doszło więc do różnicy zdań i do silnego zatargu. Postanowiono zatem, że Paweł i Barnaba oraz niektórzy spośród nich udadzą się w sprawie tego sporu do Jerozolimy, do apostołów i prezbiterów. Wypraw-ieni uroczyście przez gminę w drogę, szli przez Fenicje i Samarie, opowiada-jąc wszędzie o nawracaniu pogan i sprawiali tym wielką radość wszystkim braciom. A gdy przyszli do Jerozolimy zostali przyjęci przez gminę oraz apostołów i prezbiterów i opowiedzieli, jak wielkich rzeczy przez nich Bóg dokonał. Lecz niektórzy z nich, co wyszedłszy ze stronnictwa faryzeuszów, przyjęli wiarę, wystąpili z takim żądaniem:

    „Trzeba ich /tj. przyjętych z pogaństwa/ obrzezać i nakazać im, żeby zachowywali prawo Mojżes-zowe”.

    Wówczas zebrali się apostołowie i prezbiterzy, aby tę sprawę rozpa-trzyć. Po długiej rozprawie powstał Piotr i rzekł do nich:

    „Kochani bracia! Wiecie, że już dawno Bóg wybrał mnie spośród was na to, aby poganie usłyszeli z ust moich słowa Ewangelii i aby doszli do wiary. A Bóg, który zna serca ludzkie, świadczył sam za nimi, udzielając im Ducha Świętego tak samo jak nam. Nie uczynił żadnej różnicy między nami a nimi, oczyściwszy przez wiarę ich serca. Jakże więc możecie kusić Boga i nakładać na kark uczniów jarzmo którego dźwigać nie mogli ani ojcowie nasi, ani my sami? Nie, wierzymy, że osiągniemy zbawienie przez łaskę Jezusa Chrystusa, tak samo, jak i inni”.

    Na to zamilkło całe zgromadzenie. Potem przysłuchiwali się temu co opowiadał Barnaba i Paweł, jak wielkie znaki i cuda Bóg zdziałał przez nich wśród pogan. A gdy i oni umilkli zabrał głos Jakub i rzekł:

    „Kochani bracia! Posłuchajcie mnie! Szymon opowiedział, jak to Bóg pierwszy zatroszczył się o to, aby spośród pogan wybrać lud dla imienia swego. A z tym się zgadzają słowa proroków. Bo napisane jest: Potem zwrócę się znów do nich łaskawie i odbuduję przybytek Dawidowy, który upadł. Odbuduję jego ruiny i ustawię go prosto, aby reszta ludzi szukała Pana, a także poganie wszyscy, nad który-mi wezwano imienia mojego. Tak mówi Pan, który tego dokonuje. To są odwieczne wyroki Jego. Dlatego jestem za tym, aby nie nakładano ciężarów na pogan nawracających się do Boga, lecz aby zobowiązano ich, żeby wstrzy-mali się od splugawienia przez bałwany, od nierządu i zwierząt dławionych oraz od krwi. Bo Mojżesz od dawnych czasów ma w każdym mieście swych głosicieli. Czyta się go przecież co szabat po synagogach”.

    Wtedy apostołowie i prezbiterzy wraz z całą gminą postanowili wybrać ze swego grona mężów i posłać ich do Antiochii z Pawłem i Barnabą, a mianowicie Judę z przydomkiem Barnaba oraz Sylaba, mężów zajmujących wśród braci przodujące stanowiska. Mieli oni przekazać takie pismo:

    „Apostołowie i prezbiterzy przesyłają braciom pogańskiego pochodzenia w Antiochii, Syrii i Cylicji braterskie pozdrowienie. Dowiedzieliśmy się, że niektórzy mężowie spośród nas, nie mający, od nas żadnego polecenia, zaniepokoili was, wprowadzając swymi mowa-mi zamęt w dusze wasze; dlatego zebrawszy się pospołu postanowiliśmy wybrać mężów i posłać ich do was wraz z naszym drogim Barnabą i Pawłem, którzy dla imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa narażali swe życie. Posyłamy wam zatem Judę i Sylasa, którzy powtórzą wam to samo ustnie. Otóż podobało się Duchowi świętemu i nam nie nakładać na was żadnego innego ciężaru, oprócz następujących koniecznych wymagań: winniście powstrzymać się od mięsa pochodzącego z ofiar bałwochwalczych, od krwi, od zwierząt dławionych oraz od nierządu. Jeżeli powstrzymacie się od tego, dobrze uczynicie. Bywajcie zdrowi! „.

    Wysłańcy udali się do Antiochii i zwoławszy gminę oddali im list. Gdy go przeczytano, zapanowała radość z powodu pocieszającej treści orędzia. Juda i Sylas, którzy sami byli prorokami, przemawiali czysto, udzielając bra-ciom zachęty i umacniając ich” /Dz. XV, 1 -32/. Egzegeza chrześcijańska wypisała już morze atramentu na temat XV rozdziału Dziejów Apostolskich i trzeba przyznać że w miarę im więcej pow-stawało na ten temat opracowań – tym więcej pozostałości judaizmu z Koś-cioła rugowano. „Apostoł pogan” – raczej Paweł niż Piotr, genialny organizator gmin chrześcijańskich położył dość silne podwaliny wiary w Azji Mniejszej, a jego podróż z Antiochii Syryjskiej na Cypr, Salamine i Pafos, stąd przez Pergę do Galacji południowej, jego prace po miastach takich, jak Antiochia Pizydyjs-ka, Ikonium, Lystra czy Derbe – to było wyłącznie nawracanie pogan.
    Głosząc im naukę Chrystusa Pana, wymagał od nich św. Paweł wiary w Chrystusa Pana i w moc odradzającą Jego męki krzyżowej i łaski okupie-nia miłości bliźniego – nie żądał natomiast wcale ofiar całopalnych, obrzeza-nia i innych praktyk judaizmu, a przede wszystkim przestrzegania przepisów o czystym i nieczystym, gdyż jak to już objaśniliśmy w rozdziałach poprzed-nich – pogaństwo greckie czy rzymskie absolutnie nie przyjęło by nauki o Jedynym Bogu, obciążonej szeregiem nonsensów judaizmu.

    Rzecz jasna, że było to stanowisko jedyne, jakie można było zająć, gdyż chrześcijaństwo nie jest jakąś „wykolejoną formą judaizmu”, jak to usiłowali przedstawić ci opozycjoniści z Antiochii, nie jest sektą czy nawet udoskonaloną cząstką judaizmu, ale odrębną religią powszechną czego prze-cież o judaizmie, religii czysto narodowej – powiedzieć nie można. Jeżeli nawet chrześcijaństwo z judaizmu przejęło wiarę w Jedynego Boga, to prze-cież Chrystus odmalował Go nam zupełnie innego, niż Go sobie wyobrażali Judejczycy, po prostu mówiąc oderwał Jedynego Boga od niczym nieuzasad-nionych i absolutnie areligijnych przepisów o nieczystości kobiet /po okresie i po połogu/, o nieczystych pokarmach jednym arcymądrym powiedzeniem: „Nie to jest nieczyste, co wchodzi w człowieka, a to co zeń wychodzi”.

    Skąd się wiec wzięli ci wyznawcy, którzy „siali niepokój” wśród pogan, nawróconych na chrześcijaństwo? Komu zależało na tym, aby wiarę w Chrystusa Pana zagonić z powrotem w ciasne opłotki judaizmu? Kto to „nie mający żadnego polecenia” siał niepokój w Antiochii. Kto uparcie podrzucał młodemu jeszcze chrześcijaństwu przestarzałe nonsensy, ofiary z bydła obrzezania i te setki przepisów, wśród których tylko faryzeusz czuł się dobrze, bo dawały mu one wyższość nad szarym tłumem amhaarezów, nad „ubogimi duchem”? Nie ulega wątpliwości, że byli to emisariusze świątyni, że mówiąc językiem dzisiejszym były to „wtyczki judaizmu”, Jest to dla nas tym bardziej oczywiste, że zjawią się oni nie tylko w Antiochii, lecz również w Jerozolim-ie. Czy ci z Antiochii, zdążyli wyprzedzić wolno podróżujących Pawła i Barnabę, czy też dali tylko znać, że w Jerozolimie będzie ta sprawa rozstrzy-gana – obojętne – bo na tzw. soborze jerozolimskim wystąpili od razu z tym samym żądaniem: „Trzeba ich obrzezać i nakazać im, żeby zachowywali prawo Mojżeszowe” . Mamy wiec obraz dość wyraźny: chaasidim, zeloci, czy też, jak mówi wiersz piąty omawianego rozdziału „niektórzy z nich, co wyszedłszy ze stronnictwa faryzeuszów przyjęli wiarę”, choć pustka robiła się wokół nich coraz większa, choć coraz bardziej ziemia usuwała im się spod nóg, podejmu-ją desperacki krok: przystępują do gminy chrzećcijańskiej i rozpoczynają jakbyśmy to dziś nazwali, rozbijacką robotę. Dla prostolinijnych i uczciwych, a z pogaństwa pochodzących chrześ-cijan antiocheńskich sprawa ta nie od razu była jasna i zrozumiała. Chwyt faryzeuszów, zastosowany w dwu największych centrach chrześcijańskich jednocześnie mógł się wielu wiernym wydać stanowiskiem słusznym.
    Apostołowie – zgodnie z poleceniem Chrystusa Pana głosili naukę Jego najpierw „zaginionym owcom z domu izraelskiego” i w ogromnej więk-szości pierwszymi propagatorami tej nauki byli nie poganie. Może i nie Jude-jczycy „rasowo czyści”, ale proletariat palestyński, o którym wiemy, że z rasą narodu wybranego miał już bardzo niewiele wspólnego. A stąd też skład nar-odowościowy pierwszych gmin chrześcijańskich: były one złożone albo wyłącznie z Judejczyków, albo jeżeli mieszane to z dużą Judejczyków przewagą. Ponieważ zaś do chrześcijaństwa przystępowały jednostki gorliwe, rozmiłowane w sprawach religii /tak lub inaczej rozumianej/ – łatwo zrozu-mieć, że pożycie wewnętrzne tych pierwszych gmin mogło się układać bar-dzo nieszczególnie. Gminy te bywały zmajoryzowane przez Judejczyków, przeważnie szczerze wierzących, takich, którzy odcięli się już od świątyni, ale mogli być wśród nich i inni. A prawo Mojżeszowe nie pozwalało obrzezanym wiernym przestawać, podróżować czy zasiadać do wspólnego posiłku z poganami, a wiec brać udział we wspólnej agapie i uczcie eucharystystycznej, co za tym idzie i w Komunii świętej.
    Skoro tak było – mogły się znaleźć w każdej gminie I wieku jednostki, a może i grupki czy to szczerze przywiązane do litery prawa Mojżeszowego i praktyk mozaizmu czy też duchy niespokojne, intryganckie, poszukujące w gminie chrześcijańskiej tej samej przewagi, jaką w judaizmie dawała im zna-jomość tych setek tysięcy przepisów tak dalece skomplikowanych, elementy zarażone jadem kazuistyki faryzejskiej – słowem zarzewie zatargu było u progu młodego chrześcijaństwa gotowe.
    Zresztą nieraz się to zdarzało, jak pisze święty Paweł w liście do Galatów, że przewrotni Judejczycy przyjmowali pozornie chrześcijaństwo, aby tym swobodniej w jego łonie niecić swary, niezgodę, albo aby wśród chrześcijan nawróconych z pogaństwa uprawiać propagandę mozaizmu, głosząc bezwzględną potrzebę obrzezania i wypełniania praktyk judaizmu, bez czego sama wiara ich zdaniem – jest bezowocna, jak to czytamy na wstępie rozdziału XV Dziejów Apostolskich.
    Po co? W jakim kierunku dążył ten wysiłek rozbijacki czy też… naiwniacki? Przecież judaizm od początku swego istnienia, bez względu na to, czy za początek ten przyjmiemy wiek XV – wędrówkę Abrahama z Ur do ziemi Mambre, czy też spisanie ksiąg świętych, które miało miejsce w III wieku przed Chrystusem – nie nawraca nikogo na swoją wiarę. Z czternastoma nar-odami walczy – nie nawraca i nie usiłuje nawrócić żadnego. Przez 19 wieków wędrówki po Europie – również nie robi żadnych w tym kierunku wysiłków. Inaczej mówiąc Synhedrionowi powinno być wszystko jedno, czy poganie przyjmą naukę „fałszywego Mesjasza z Galilei”, czy innego Apolo-niusza z Tyany czy wreszcie zostaną takimi poganami, jakimi byli do pojaw-ienia się Chrystusa.
    W tym stanie rzeczy musiało przyjść do generalnej rozprawy z judaizantami na śmierć i życie, a hasło do takiej rozprawy wyszło, rzecz jasna, nie z Jerozolimy, gdzie był zbyt mały procent nawróconych z pogańst-wa, ale z Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, bo ona była duchowym cen-trum działalności misyjnej wśród pogan, z Antiochii gdzie chrześcijaństwo zyskało sobie tylu wyznawców między poganami, że tam, a nie gdzie indziej „nazwano najpierw wyznawców Chrystusa chrześcijanami” /Dz. 11, 26/. Więc też i w tym nie na nic dziwnego, że stronnicy judaizmu na Anti-ochię skierowali swój pierwszy atak. Po pierwsze – w razie zwycięstwa w Antiochii, podległe jej wszystkie gminy chrześcijańskie były by tym samym zdobyte. Po drugie – w Jerozolimie, gdzie żyło jeszcze tysiące światków Chrystusowego nauczania ta bzdurna teoria nie miała żądnych szans powodzenia: zbyt wielu ludzi tutaj odetchnęła od jarzma judaizmu -poszedłszy za Chrystusem, a proces ten wytłumaczyliśmy chyba dostatecznie w rozdziałach poprzednich.

    Ale na straży kościoła antiocheńskiego stał „Apostoł Narodów” człowiek, który był najpierw prześladowcą chrześcijaństwa, a gdy się stał, na rozkaz Boży propagatorem tegoż chrześcijaństwa, to doskonale wiedział w czym leży sedno sprawy, w czym leży potężna siła atrakcyjna nowej wiary: miedzy innymi w odrzuceniu wypaczonego pojmowania Jedynego Boga przez judaizm.
    Wystąpił więc do walki z zapałem właściwym jego temperamentowi, z całą bezwzględnością swej gorącej duszy i głębokim przekonaniem o słuszności sprawy, o którą trzeba walczyć.Gdy zwykłe rozmowy /były pewnie i takie, choć w dziejach nic o tym nie ma/ z „nowiniarzami” nie dały rezultatu zastosował genialny chwyt taktyczny: „Ja się mogę mylić ale… niech nas rozsądzą mądrzejsi”. Oczywiście „nowiniarze” nie mogli wymienić kogo uważają za tę mądrzejszą instancję bo by się zdradzili, kto ich przysyła. Paweł natomiast od razu i otwarcie zaproponował, jako tych „mądrzejszych” Piotra i innych apostołów, których dzieje wymieniają dwóch: Jana i Jakuba, ale mógł być jeszcze w Jerozolimie Tomasz /ów „niewierny”/ i Maciej, którego wybrano w miejsce Judasza. Wszyscy oni – i wielu innych członków gminy jerozolimskiej byli świadkami nauczania Chrystusowego, a w szczególności takich wskazań, jak: „Błogosławieni ubodzy duchem albo wiem ich jest Królestwo Niebieskie!”, „Zaprawdę powiadam wam, że jeśli nie staniecie się jako te dziatki -nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego!” Albo wreszcie „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary!”
    Żądań tego rodzaju postawił Chrystus swym wyznawcom bardzo wiele, ale nigdzie nic wspomniał ani słowom, że domaga się tych „umywań” rąk, kubków, tych ofiar z bydła i wina czy męki obrzezania, czy wreszcie ofiar pieniężnych. Wręcz przeciwnie – potępił to wszystko to. A zatem. A zatem pozostawało tylko zdemaskować rozbijacką robotę „nowiniarzy” czyli judaizantów i właściwie na tym zakończyć sprawę i takie chyba było tło his-toryczne pierwszego zatargu chrześcijaństwa z judaizmem. Sedno rzeczy leży jednak w tym, że jeżeli judaizm wiedział już, że jest zrujnowany materialnie i słaby liczebnie, bo mu chrześcijaństwo wydarło cały proletariat palestyński, o tyle chrześcijaństwo nie zdawało sobie jeszcze sprawy ze swej siły i liczeb-ności. To ostatnie wynika z XV rozdziału „Dziejów”.
    (…)
    przeprowadzają, jakbyśmy to dziś nazwali „czystkę” i dzięki temu nie dopuszczają do utworzenia sekty judaistycznej, a może i zamienienia całego ruchu chrześcijańskiego w taką sektę? Nie! To ostatnie nie było już możliwe, przede wszystkim dlatego, że chrześcijan było już zbyt wielu.
    To jest 49 a może 50 rok pierwszego wieku i wiara w Chrystusa Pana szerzy się jak płomień, ogarnia kraje basenu śródziemnomorskiego jak powódź, bo przecież działają nie tylko ludzie, którzy jak św. Paweł żywego Chrystusa na oczy nie widzieli, ale żyją jeszcze setki tysięcy ludzi, którzy słuchali Go nad jeziorem Genezaret czy w Kazaniu na Górze, ludzi, którym on przywrócił wzrok, zdrowie, a nawet życie. Jest jeszcze jeden zastanawiający zwrot w „Dziejach” 1211: „Posyłamy wam zatem Judę i Sylasa, którzy powtórzą wam to samo”. Skądże ta przesadna ostrożność, że tę samą sprawę powierza się i pismu, które przecież jacyś żywi ludzie dostarczyć muszą i aż dwum ludziom?
    Ano stąd, że apostołowie nie mają już złudzeń czyją to jest robotą. Poza tym po minach judaizantów widać, że nie dadzą za wygraną i jak ubiegli Pawła i Barnabę z Antiochii do Jerozolimy, tak teraz ubiegną Judę i Sylasa do Antiochii, .gdzie znów wymyślą jakiś łotrowski kawał. Trzeba się więc prze-ciw temu zabezpieczyć. Paweł jest pod obserwacją Synhedrionu, już raz „chcieli go zamordować”, nie jest więc wykluczone, że tym razem może z Jerozolimy nie wrócić do Antiochii, wobec czego jedzie grupa ludzi, praw-dopodobnie każdy osobno, a oprócz tego list. Gdyby nie doszedł list, dojdą posłańcy: zabito by jednego z nich, dojdzie drugi, w każdym wypadku intry-dze judaizantów w Antiochii łeb będzie urwany. Gdy naoczni świadkowie i uczestnicy „soboru” przedłożą w Antiochii pismo apostolskie, nie będzie można zwycięstwa Pawłowego dłużej poddawać w wątpliwość i pierwszy prawdziwie mocny cios, jaki Synnedrion wymierzy rozwijającemu się chrześcijaństwu – zostanie odparowany. Dziś, gdy wiemy, że chrześcijaństwo wiele takich ataków Synhedrionu odparło, możemy się jeszcze zastanowić nad jedną kwestią, niezbyt zrozumi-ałą, na którą właściwie brak odpowiedzi. Zakaz spożywania zwierząt uduszo-nych, zdławionych czy powieszonych, a więc np. złapanych w sidła – w religii mojżeszowej w zasadzie nie istnieje, jako osobny zakaz. W Księdze Kapłańskiej rozdz. XVII czytamy: „Jeśliby ktokolwiek z domu Izraelowego i /. przychodniów, którzy gośćmi są miedzy nimi jadł krew, nieugiętą twarz moją zwrócę przeciw niemu i wygubię go z ludu jego: bo dusza ciała we krwi jest, a jam ją dał wam, abyście na ołtarzu oczyszczali dusze wasze i by była krew na oczyszczenie duszy. Przeto rzekłem synom Izraelowym: nikt z pośród was nie będzie jadł krwi, ani z przychodniów, którzy gośćmi u was są. Jeśliby ktokolwiek z synów Izraelowych i z przychodniów, którzy gośćmi u was są, łowem albo ptasznictwem uchwycił zwierza albo ptaka, którego jeść się godzi, niech wyleje z niego krew i okryje ją ziemią. Dusza bowiem każdego ciała we krwi jest j przetom rzekł synom Izraelowym: „Krwi wszelkiego ciała jeść nie będziecie, bo dusza ciała we krwi jest, a ktokolwiek by jadł ją zginie”.

    Tymczasem cała tradycja mozaizmu aż do III wieku po Chr. uważa krew, pozostałą w członkach zwierzęcia jadalnego za dozwoloną i synagoga czy biegli w piśmie nie tłumaczyli owego cytatu Księgi Kapłańskiej w ten sposób. Z tego wynika, że ze względu na współbraci chrześcijan, wywodzą-cych się z judaizmu – dekret jerozolimski idzie o wiele dalej, niż by tego wymagały jakieś względy taktyczne. Dekret zakazuje chrześcijanom wywodzącym się z pogan takich rzeczy, które Żydom były by dozwolone, a więc nie gorszyłyby ich u współbiesiadników chrześcijan. Jeden tylko rabbi Filon z Aleksandrii był innego zdania i trzymał się ściśle ducha zacytowanego przez nas ustępu Ks. Kapł. w swym dziele pt. „De concupiscentia”. Zakaz spożywania krwi na całym Bliskim, a nawet i dalekim Wschodzie ma swoją historię i uzasadnienie dość poważne. Obserwując ran-nych człowiek musiał przyjść do przekonania, że śmierć zbliża się do rannego w miarę, jak on się wykrwawia. A za tym wniosek prosty: istota życia leży we krwi człowieka, a nie np. w jego sile fizycznej czy w walorach umysłowych. Z drugiej znów strony – w klimacie ciepłym, gdzie mięso psuje się znacznie szybciej niż na północy nie trudno było zauważyć, że szybciej psuje się mięso niewykrwawione niż wykrwawione. Inaczej mówiąc przepis ten, gdyby go ulokować w nauce zwanej higieną żywienia – trochę sensu miał i może dlatego trudno go było przekreślić tak lekko jak wykreślono obowiązek obrzezywania dzieci czy dorosłych.

    W żadnym wypadku nie można się dziwić, że wierni antiocheńscy decyzję „soboru jerozolimskiego” przyjęli z wielką radością: nawrót do wszystkich nonsensów judaizmu /choć może i nie wszystkie znali/ musiał im się wydawać koszmarny.
    Ostatnie, co należałoby przy tej okazji wytłumaczyć to właśnie ten obowiązek obrzezywania dzieci, względnie i dorosłych, którzy zechcieli przejść na judaizm. Trzeba więc zaznaczyć, że w większości religii świata, kultur czy cywilizacji członek ciała ludzkiego, na którym dokonywano „znaku przymierza z Jehową” nie należy do najszanowniejszych. Kulty falliczne w I wieku po nar. Chr. są już na wymarciu, Priapus, bożek rozpusty i płodności doznaje coraz mniej czci w epoce hellenistycznej, która jest epoką nieco podobną do epoki oświecenia W XVIII wieku: wszystko musi mieć swoje uzasadnienie naukowe, podbudowę rozumową, bo inaczej wali się w proch, spada między ciemny proletariat i jest piętnowane pogardą ludzi wyk-ształconych.
    Czemuż więc judaizm trzyma się tak mocno tego „znaku przymierza” z Jehową, choć go to oddala od igrzysk sportowych greckich, od wspólnego z poganami zażywania kąpieli morskich czy rzecznych, kąpieli tak orzeźwia-jących w tym dusznym i gorącym klimacie? Zarówno przecież Grecy, jak i Rzymianie, gdy się dowiadują, że jakiś bóg tu właśnie nakazuje wycinać „znak przymierza” ze sobą – wybuchają śmiechem i po prostu wierzyć nie chcą, żeby podobny przepis religijny był możliwy do utrzymania . Synhedrion jednak wiedział dlaczego tak mocno upiera się przy takim właśnie, a nie innym stwierdzeniu przynależności religijnej. To było również męczeństwo dla wiary, ale znacznie gorsze od fizycznego bólu przy tym zadawanego, gorsze niż wszystkie inne formy męczeństwa – to było męczeństwo… śmieszności. Ludzie którzy wytrzymywali te formy męczeńst-wa byli trzonem religii, można się było na nich opierać w każdej ryzykownej chwili, można było na nich liczyć w wypadku każdego niebezpieczeństwa, bo – zdradzać nie mogli, nie mieli żadnego odwrotu 1/
    I stąd szturm faryzeuszów na Antiochię, na większe skupisko chrześ-cijan: gdyby się udało zmusić do obrzezania gminę antiocheńską – reszta rozbijackiej roboty poszłaby jak z płatka, bo promieniowanie chrześcijaństwa w pierwszych dziesiątkach lat po śmierci Chrystusa było znacznie mocniejsze z Antiochii niż z Jerozolimy, mimo, że w Jerozolimie było apostołów czterech, a może i pięciu, a w Antiochii ani jednego, mimo, że w Jerozolimie każde dziecko wiedziało kto to był Chrystus, a w Antiochii tylko ci, którym o tym opowiedział Paweł lub Sylas.

    A teraz rozważając całą tę historię zastanówmy się nad odpowiedzią na jedno krótkie pytanie, które się nasuwa nie dlatego, że całe przedsięwzięcie Synhedrionu się nie udało, że młodego chrześcijaństwa antiocheńskiego, a może i nie tylko antiocheńskiego nie rozbito, nie zlikwidowano, nie przeksz-tałcono w jeszcze jedną sektę mozaizmu. To pytanie brzmi: po co?
    O rozbijackiej robocie judaizantów św. Paweł wspomni w liście do Galatów i śledząc uważnie pierwsze lata chrześcijaństwa szczególnie te, kiedy się ono jeszcze nie nazywało chrześcijaństwem – mogli byśmy jeszcze nie jeden taki chwyt Synchedrionu ukazać, ale przy każdym trzeba by
    postawić to pytanie: po co? Przecież gdyby się ten „cios w Antiochię udał – Synhedrion nie wyciągnąłby z niego żadnych korzyści materialnych, moralnych czy jakichkolwiek innych. Przecież pogan od trzech wieków oblegających Izraela i Judę Synhedrion nie przyjmuje w szeregi swoich wiernych, ale odgradza się od nich na każdym kroku. Z chwilą gdy na granicy Judei stanie Grecja, a więc w III wieku przed nar. Chr. kapłaństwo Judei, biegli w piśmie, faryzeusze i inni religianci przys-tępują już nie do „odgrodzenia Zakonu”, ale wprost do ufortyfikowania go przed wtargnięciem pogan.
    Jak wskazują badania etymologiczne , merytoryczne, językoznawcze, jak to wykazują metryki izotopowe wykopalisk dzisiejszych – Księgi święte judaizmu zostają wtedy dopiero spisane , gdy na granicy obszaru kulturowego judejskiego staną Grecy. Oni są dopiero prawdziwym niebezpieczeństwem dla świątyni, religii, ich należy obawiać się więcej, niż siedmiu wytępionych, narodów kananejskich, niż Egipcjan, Fenicjan czy Filistynów. Wtedy zwiera szeregi judaizm i trzeba przyznać, że los idzie mu na rękę: pierwsze spotkanie z hellenizmem jest właściwie zwycięstwem Machabeuszów, a wszystkie późniejsze kloaki Judei nie są tak tragiczne, bo – powtarzam – tylko Antioch Epifanes wprowadzał na siłę politeizm, tylko Aleksandrę Janneusz na siłę
    nawracał na judaizm. Na cóż wiec była walka z chrześcijaństwem o dusze pogan antiocheńs-kich, skoro tych pogan Synhedrion i tak by nie przyjął? „Ja tych nieczystych goimów nie chcę, ale fałszywemu Mesjaszowi z Nazaretu też ich nie dam!” I takie właśnie nieprzemyślane stanowisko Synhedrion zajmie jeszcze nie raz, jak to już podkreśliliśmy w rozdziale „Inwazja Greków na Palestynę” przepisy rytualne o czystym i nieczystym sprawiły, że Judea już się zalicza do „narodów chorowitych, umysłowo absolutnie niewydajnych, nerwowo nieopanowanych”.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: