Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Dokręcanie śruby zakonom

Posted by Marucha w dniu 2011-10-20 (czwartek)

Zgromadzenia zakonne i organizacje pożytku publicznego prowadzące zakłady opieki długoterminowej zostaną obciążone dodatkowym podatkiem od nieruchomości. To konsekwencja przygotowanej przez resort zdrowia ustawy o działalności leczniczej.

Większość placówek prowadzonych przez zgromadzenia zakonne i organizacje pożytku publicznego z „dobrodziejstw” nowej ustawy jeszcze nie zdaje sobie sprawy. Bo nie wszystkie oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia wszczęły procedury związane ze zmianą ich statusu.

Jeszcze do niedawna prowadzenie placówki leczniczej długoterminowej stanowiło działalność określaną jako statutowa i niegospodarcza zgromadzenia. Precyzuje to szczegółowo ustawa o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej z 17 maja 1989 roku. W myśl kolejnych artykułów konkordatu (art. 38, ust. 1, pkt 5 i art. 39) była to działalność charytatywno-opiekuńcza Kościoła, a zatem działalność non profit, nienastawiona na zysk.

Szeroko reklamowana przez resort zdrowia ustawa z 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej – jedna z kluczowych ustaw rządowego pakietu zdrowotnego – całkowicie to zmienia. Teraz już nie zakład opiekuńczo-leczniczy ma być wpisany do rejestru zakładów opieki zdrowotnej, ale konkretny organ prowadzący. Dotyczy to zgromadzeń zakonnych prowadzących działalność statutową charytatywną, a więc m.in. zakładów opieki długoterminowej.

Jak zaznaczają dyrektorzy placówek, ustawa odbiera zgromadzeniom czy też organizacjom pożytku publicznego możliwość prowadzenia tak jak dotychczas – w formie działalności statutowej niegospodarczej, czyli działalności non profit – zakładów opiekuńczo-leczniczych, pielęgnacyjno-opiekuńczych itp.
– Działalność lecznicza stała się teraz działalnością gospodarczą i tzw. podmiotem leczniczym. Działalność gospodarcza będzie odnosiła się nie do placówki, ale do zgromadzenia – zaznacza dyrektor jednej z takich jednostek. Nowa ustawa, która została uchwalona w połowie kwietnia, weszła w życie w lipcu. Zaczął się okres urlopowy. Nie było czasu przyjrzeć się tym nowym zapisom. Ustawa uczyniła z nas podmiot gospodarczy z dnia na dzień – komentują dyrektorzy zakładów. – A przecież ustawa o swobodzie gospodarczej przewiduje pewne formalne kroki: należy się zarejestrować, przygotować dokumenty itp. 30 czerwca byliśmy jeszcze jednostkami statutowymi, a już następnego dnia – podmiotem gospodarczym. To chore – mówią.

Zakłady opieki długoterminowej sprawują opiekę nad starszymi i chorymi, przeważnie po udarach i wylewach.

Ustawa przewiduje, że czas na decyzję, jaki organ prowadzący ma na określenie formy i trybu dalszej działalności oraz wprowadzenie zmian w rejestrach i ewentualne wpisy, to 12 miesięcy. Termin mija 30 czerwca 2012 roku.

Tymczasem niektóre oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia skróciły ten termin. Tak zrobił m.in. Dolnośląski Oddział Wojewódzki we Wrocławiu. W komunikacie z 16 sierpnia br. dotyczącym składania wniosków w sprawie zmiany komparycji umowy Fundusz nakłada obowiązek zmiany umowy z NFZ do 30 września 2011 roku. Zmiana wymaga aneksowania wszystkich zawartych z DOW NFZ umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej.
Zgromadzenia – organy założycielskie zakładów opieki długoterminowej – z którymi rozmawiał „Nasz Dziennik”, nie ukrywają, że aneksy są dla zgromadzenia niekorzystne, traktują je bowiem jako podmiot prowadzący działalność gospodarczą. A to wiąże się m.in. z odprowadzaniem podatku od nieruchomości, z którego dotąd zgromadzenia jako prowadzące działalność statutową o charakterze opiekuńczo-leczniczym były zwolnione.

Ustawa o działalności leczniczej nie zabrania prowadzenia przez zgromadzenia zakonne działalności leczniczej. Zmienia jednak ich charakter. Zdaniem ks. prof. Józefa Krukowskiego, specjalisty z zakresu prawa konkordatowego relacji państwo – Kościół z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, statut kościelny osoby prawnej czy też stowarzyszenia określa Kościół, a nie ustawa państwowa. Państwo nie może zmieniać charakteru tych instytucji. Zgromadzenia zakonne nie mają na celu prowadzenia działalności gospodarczej. Zmiana ich statutu mogłaby nastąpić dopiero w drodze porozumienia władz rządowych z władzą kościelną. Jeśli ustawa jednostronnie zmienia tożsamość kościelnych osób prawnych, na pewno narusza konkordat. – Ta sprawa powinna podlegać porozumieniu rządu z komisją konkordatową – konkluduje ks. prof. Krukowski.

Zwolnienie zgromadzeń zakonnych prowadzących działalność statutową o charakterze opiekuńczo-leczniczym z podatku od nieruchomości regulowała do tej pory ustawa o działalności pożytku publicznego i wolontariacie.

Zgromadzenia zdają sobie sprawę z tego, że realną konsekwencją niezłożenia takiego dokumentu w Narodowym Funduszu Zdrowia będzie niemożność przystąpienia do konkursu ofert, a ostatecznie – brak środków do dalszego prowadzenia placówek w roku przyszłym. Tymczasem, jak przewiduje Fundusz, termin ogłoszenia konkursów mija jeszcze w tym miesiącu. Zakłady liczą też na podwyższenie ich finansowania przez NFZ. Obecnie kwota za jeden osobodzień w zakładach opieki długoterminowej wynosi 66,50 złotych. To stanowczo za mało, zważywszy na realne koszty utrzymania chorych, zatrudnienia pielęgniarek, lekarzy specjalistów itp. Joanna Mierzwińska, rzecznik dolnośląskiego oddziału wojewódzkiego NFZ, deklaruje, że konkursy ruszą lada dzień, Fundusz przewiduje też wzrost nakładów, nie precyzuje jednak o ile.

W sprawie terminów nałożonych przez Dolnośląski Oddział NFZ u jego władz interweniował Czesław Hoc, poseł elekt, członek sejmowej Komisji Zdrowia. Parlamentarzysta zwrócił się z prośbą o wstrzymanie bądź przedłużenie terminu do 30 czerwca 2012 r. procedury składania wniosków w sprawie zmiany komparycji umowy. W swoim piśmie polityk wskazuje też na „patową i dość kuriozalną sytuację”, która zaistniała po zarządzeniu prezesa NFZ nr 46 dotyczącym konkursów rozpoczynających się od października tego roku. Otóż w załączniku 1a, w miejscu oświadczenia o wpisach do rejestrów, w żadnej z podanych rubryk nie można wpisać zgromadzenia zakonnego. „Szczególną osobliwością tego Zarządzenia jest niemożność oświadczenia, że zgromadzenie jest podmiotem leczniczym wpisanym do rejestru podmiotów wykonujących działalność leczniczą, gdyż takiego wpisu jeszcze nie dokonał i raczej w tej formie tego nie zrobi. Chyba że wyodrębni placówkę, ale wówczas zgromadzenie nie będzie organem założycielskim. Stąd okres przejściowy przewidziany w ustawie do 30 czerwca 2012 r.” – pisze poseł. Do tej pory nie otrzymał odpowiedzi.

Jak zaznacza, poszczególne placówki mogą jeszcze nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji, jakie niesie ze sobą ustawa, bo nie wszystkie oddziały NFZ wszczęły procedowania związane ze zmianą statusu. Takiej procedury nie wszczął dotąd m.in. oddział zachodniopomorski Funduszu. Hoc jest przekonany co do tego, że jeśli faktycznie działalność lecznicza zgromadzenia będzie z góry traktowana jako działalność gospodarcza w odniesieniu nie do placówki, ale do zgromadzenia, to skutki te obejmą również inne przedsięwzięcia: szkoły, przedszkola, świetlice, itd. Poseł deklaruje, że Klub Parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości podejmie próbę, jeśli nie zmiany tej ustawy, to chociażby jej nowelizacji w spornych kwestiach.

Anna Ambroziak
http://naszdziennik.pl/

Komentarzy 11 to “Dokręcanie śruby zakonom”

  1. Kolejny zbrodniczy akt wymierzony w Polakow.Tym razem w tych najbardziej bezbronnych bo chorych .
    To nie wymaga zadnego komentarza.
    Jerzy Ulicki-Rek

  2. maran said

    W Polsce i tak juz sie odbywa ukryta eutanzja.
    Ta ustawa to kolejny gwozdz do trumny dla ludzi starszych i obloznie chorych.
    Lucyferianstwo dziala pelna para. Na wszystkich frontach.

  3. reakcja said

    To wszystko wina „palidiablow” !

  4. To jest celowe aby ludzie zaniechali wszelkie zwiazki z KK azeby latwosc mialy
    instytucje „upanstwowione ” ktore beda wiedziec jak nam „ulzyc w cierpeniach
    w tym szybkiej eutanazji.

  5. Mordka Rosenzweig said

    Ja pan Mordka uwasza sze po co Polakom zyc jak sa chorzy.

    Jesli sa chorzy to jusz nie moga na nas pracowac. Nieprawdasz?

  6. Kronikarz said

    Palkicka strategia, jak by powiedzial Michalkiewicz

  7. Kronikarz said

    Palikot – Kosciol – cf. powyzsza wypowiedz Michalkiewicza oraz :

    „Czy będziemy mieli swojego Dreyfusa” – wszystko na to wskazuje, Palikota mamy

    Rozpocząłem kiedyś na swojej stronie cykl poświęcony okolicznościom politycznym towarzyszącym sprawie Dreyfusa. Był to materiał pomyślany jako analiza pewnego mechanizmu światowej polityki, który – obym się mylił – stosowany jest z powodzeniem nadal. Nie mogę skończyć tego cyklu z dwóch powodów. Po pierwsze – zawiera on już pewne istotne błędy, na które nie zwróciłem uwagi wcześniej, a to z tego względu, że w dostępnych mi opracowaniach pewne osoby i wydarzenia oceniane są skrajnie przeciwnie, a ja nie mając dostępu do źródeł nie mogę czytelnika wprowadzać w błąd (choć raz to zrobiłem). Po drugie wydarzenia nasze, lokalne zaczęły przyspieszać i nie ma co pisać rozwlekłych odcinków. Rzecz trzeba streścić krótko i poczekać czy zadziała u nas.

    Zacznijmy od francuskiego antysemityzmu. Został on rozdmuchany w II połowie XX wieku wskutek dwóch gospodarczych afer, związanych z dwoma kanałami – Sueskim i Panamskim. Obydwa te przedsięwzięcia realizowali Francuzi, a w konsekwencji stały się one własnością Anglosasów – Brytyjczyków i Amerykanów. Dlaczego tak się stało? Baron Rotszyld wykupił akcje. Nie zrobił tego oczywiście na własną rękę i bez porozumienia z rządami krajów, w których prowadził interesy, czyli Wielkiej Brytanii i USA. Kraje te posłużyły się pieniędzmi Rotszylda i wymanewrowały Francuzów z najbardziej dochodowych przedsięwzięć jakie znał świat XIX wieku. Antysemityzm znalazł swoją pożywkę w tym, że w czasie kiedy Rotszyld zakupił wszystkie 400 akcji Suezu, premierem rządu jej królewskiej mości był pan Disraeli, który w imieniu królowej dawał Rotszyldowi gwarancje. W czasie budowy kanału panamskiego większość francuskich deputowanych została jak byśmy to dziś powiedzieli – umoczona w potężną aferę finansową, która wydrenowała budżet republiki. Tak się złożyło, że pieniądze zaangażowane w ten kanał pochodziły również od amerykańskich przedsiębiorców pochodzenia żydowskiego, którzy prowadzili rozległe interesy na całym świecie. Większość umoczonych to byli ludzie władzy – republikanie – zwolennicy rozdziału Kościoła od państwa i odwetowej wojny z Niemcami (stosuję tu pewne skróty). Było to w czasach kiedy we Francji, mimo przegranej wojny z Bismarckiem, popularność Niemców nie była aż tak niska jak przed I wojną światową. Przez te inwestycje „kanałowe” Francja szykowała się do podbojów kolonialnych i o wiele gorzej w oczach opinii publicznej wypadali Anglicy, którzy jawili się jako naturalna konkurencja.

    Dowodów oczywiście na to nie mam, ale wszystko wygląda tak jakby rządy w Londynie i Waszyngtonie za pomocą pieniędzy wielkiego Rotszylda i kilku małych rotszyldków postawiły Francuzów do kąta. Miało to potężny wpływ na sytuację wewnętrzną w kraju. Zaczęły się tak zwane niepokoje. Polegały one na rzucaniu bombami w polityków i zabijaniu prezydentów nożami. Wszystko przy wtórze przekleństw wrzucanych w stronę Anglików i wysługujących się im Żydów. Sprawa była poważna, bo XIX wiek we Francji to szereg rewolucji, zamachów i przewrotów oraz poważnych wojen. Umoczeni posłowie republiki nie mieli zamiaru tracić władzy na rzecz tak zwanej reakcji czyli ludzi związanych z Kościołem, resztek dawnej szlachty oraz korpusu oficerskiego z zasady i w przeważającej masie przeciwnego republice. Nie mogli na to pozwolić z tego choćby względu, że czołowy, nie umoczony w Panamę polityk – Georges Clemanceau, Tygrys wydawał swoją gazetę za pieniądze jednego z czołowych panamskich aferałów pana Korneliusza Hertza. Polecam jego biografię pomieszczoną w angielskiej Wikipedii. Był to amerykański przedsiębiorca, który wmieszany został, bądź też wmieszał się sam w aferę panamską i interesy we Francji. W tamtych czasach mało kto żartował i pan Hertz miał poważne kłopoty we Francji. Kłopoty natury prawnej, bo Francuzi traktowali swój antysemityzm niesłychanie serio, do tego stopnia, że potrafili zaszczuć człowieka i doprowadzić go do samobójstwa. Nie to co u nas, gdzie czołowym antysemitą jest właściwie nie wiadomo kto. By chyba mi nie chcecie powiedzieć, że Leszek Bubel. Do samobójstwa doprowadzony został przyjaciel pana Hertza, który także zaangażował się w drenowanie budżetu republiki i deprawowanie jej deputowanych. Myślę, że zrobił to w porozumieniu z Anglikami, ale pewności nie mam.

    Wobec tych wszystkich dramatycznych zdarzeń, wobec groźby odsunięcia od władzy republikańskiej burżuazji potrzebny był przeciwnik i narzędzie do walki z nim, narzędzie które odwróciłoby uwagę od tych okropnych afer finansowych, od przegranej rywalizacji z Anglią na morzach i od politycznej klęski jaką była polityka republikanów. Klęski, która nie była widoczna dla współczesnych, klęski, której skutki ujawniły się dopiero w czerwcu 1941 roku.

    Gdzieś w zaciszach gabinetów, może u pana prefekta Paryża, albo w sztabie generalnym wymyślono tego Dreyfusa i przeprowadzono rzecz całą z mistrzostwem nieprawdopodobnym. Całe dziesięciolecia Francja przeżuwała i przeżywała sprawę Dreyfusa, sprawa ta stała się wyznacznikiem moralności. Nastroje antysemickie były cały czas żywe i bliskie eksplozji, dano więc opinii publicznej na pożarcie Żyda i oficera. To się nie podobało nikomu, bo był to pierwszy Żyd, który zaszedł tak wysoko we francuskiej armii, a jak już nadmieniliśmy antysemityzm Francuzów był prawdziwy i głęboki. Oni nie żartowali. Potraktowano całą sprawę serio, a angielskie gazety zapełniły się karykaturami przedstawiającymi francuskie rodziny siadające w zgodzie do stołu, które chwilę po tym jak pada słowo – Dreyfus – rzucają się sobie do gardeł.

    Nienawiść do Żydów i Dreyfusa szła w parze z nienawiścią do Anglików. Nikt nie myślał o odzyskiwaniu Alzacji i Lotaryngii i nowej wojnie z Niemcami. Nikt z wyjątkiem Anglików właśnie, którzy – by osłodzić Francuzom pobyt w kącie postanowili się z nimi pogodzić. Następca królowej Wiktorii, król Edward, jak gdyby nigdy nic przyjeżdża do Francji, żeby raz na zawsze załagodzić odwieczny antagonizm. W tym samym czasie – wizyta króla to sukces polityczny – republika zabiera się do niszczenia Kościoła. Robi to skutecznie machając biednym Dreyfusem, który jest bronią skuteczną i dającą właściwe efekty. Ludzie popierający Kościół wychodzą na ulicę (słyszeliście coś o tym? Nie. A o Dreyfusie słyszeliście na pewno). W miastach Francji trwają demonstracje, ostatnie demonstracje starych, francuskich zakapiorów, domagających się króla, konkordatu, poszanowania własności, pokoju, przywrócenia pozycji armii i oczywiście wyrzucenia z niej Żydów, o nagłośnienie czego szczególnie zadbała republika. Wysyła się na tych ludzi policję. Policja nie chce walczyć. Wysyła się wojsko – oficerowie odmawiają strzelania. Rozpoczynają działalność – w warunkach pokojowych – sądy wojenne dla oficerów, którzy odmówili strzelania do demonstrantów. Słyszeliście coś o tym? Nie, a o Dreyfusie słyszeliście na pewno.

    Sprawa zostaje załatwiona stanowczo i brutalnie. Dreyfus jest jednak przez siły reakcji, które opanowały sądownictwo (o naiwności, sądownictwo opanowały siły reakcji, to ja u nas zupełnie) wysłany do Gujany. Wraca stamtąd i w czasie trwania tych rozruchów jest już ułaskawiony dekretem prezydenckim, prezydent który ten dekret podpisał, zupełnie przypadkiem, należał wcześniej do ścisłej grupy panamskich aferałów. Republika przy pomocy sądów, oskarżeń o antysemityzm, sfingowanej sprawy o szpiegostwo, wyprowadzenia ludzi na ulicę i czystek w armii buduje zupełnie nowy naród. Ludzie oskarżający Dreyfusa, kiedy zorientowali się w co zostali wrobieni popełniają samobójstwa, a sam Dreyfus żyje i dożywa szczęśliwie roku 1926. Człowiek, który był rzeczywistym autorem feralnego listu, podstawy oskarżenia, major Esterhazy, figura spod ciemnej gwiazdy emigruje i żyje w najlepsze. Gdzie? W Anglii oczywiście. Niczego nie rozumiejący Niemcy podsyłają do sztabu generalnego w Paryżu dyskretne liściki, w których przeczytać możemy – Dreyfus nie jest szpiegiem, Dreyfus nie jest szpiegiem. Kogo to obchodzi? Na pewno nie późniejszego bohatera Georges’a Clemanceau. Po co Niemcy to robią? Ponieważ wiedzą, że jeśli Francja nie pójdzie na morza, na pewno zechce odzyskać Alzację i Lotaryngię. Nie mylą się. Po to właśnie król Edward jeździ do Paryża i przesiaduje w kabaretach – bardzo lubił dziewczynki – przez co uważany był na Wyspie pełnej pederastów w mundurach za coś w rodzaju anomalii. Po to by przekonać Francuzów do wojny z Niemcami. Wojny tej nie chciał ani Kościół ani tak zwana reakcja. Ci ludzie chcieli przede wszystkim upadku III republiki. Byli jednak za słabi. Nowy naród francuski narodził się gdzieś około roku 1906, roku w którym umarł zaszczuty przez reakcyjną prasę przedsiębiorca, wynalazca, wydawca prasy i pechowy inwestor Korneliusz Hertz.

    Naród ten z pieśnią na ustach poszedł na wojnę w roku 1914 wierząc święcie, że jest to jego wojna. O mało jej nie przegrał, na szczęście w porę przypłynęli Amerykanie, wypróbowani przyjaciele Francuzów.

    Jeśli nie widzicie podobieństw z naszą obecną sytuacją spróbuję wam je pokazać, choć uważam, że analogia jest słabym narzędziem poznawczym. Moja żona ma na to wielce błyskotliwy dowód. Oto w sklepach ogrodniczych sprzedają kurzak. Kurzak jest to nawóz kurzy, per analogiam, koniak byłoby to coś, co również winno być dostępne w sklepach ogrodniczych, a jednak tak nie jest. Co niektórzy z pewnością dostrzegli już wcześniej, zanim to napisałem. Dlaczego więc stosujemy analogię? Dlatego, że mam głęboką intuicję, która podpowiada mi, że cały pomysł z tym Dreyfusem wymyślony został jednak w gabinecie pana prefekta Paryża. A skoro tak to musiał znaleźć się w jakichś instrukcjach. Jeśli zaś tam się znalazł to znaczy, że można go wykorzystywać wielokrotnie. Ludzie zaś korzystający z instrukcji rzadko wykazują się inwencją, przeważnie ściśle trzymają się przepisów tam zawartych.

    Mamy więc rząd aferałów, który udaje, że afer nie ma. Miast kanału mamy gaz łupkowy i zbliżające się igrzyska, których odpowiednikiem we Francji była wystawa światowa (zabili wtedy prezydenta, anarchiści zabili), mamy opozycję, która bije się w pierś i przysięga, że nie jest antysemicka i czołowe gazety, które piszą wyłącznie o antysemityzmie opozycji. Mamy słaby Kościół, który opisywany jest przez te gazety jako instytucja przeżarta patologiami i nie potrzebna nikomu, mamy lokalny folklor polityczny w postaci Palikota. Nie mamy nic do odzyskania w terenie, żadnej Alzacji i Lotaryngii, za to mamy wiele do stracenia. Myślę, że Niemcy nie pogodzili się tak do końca nigdy z utratą tej całej Alzacji. Mamy także świt nowego jutra związany z tym całym gazem, w którym to jutrze nie może przecież uczestniczyć ta cała antysemicka opozycja. Trzeba więc przed wstąpieniem w nowe czasy, w wielką epokę przemian pozbyć się ten opozycji lub chociaż ją zmarginalizować tak, by więcej nie podniosła głowy.

    Tak się składa, że pomiędzy polityką Francji przełomu wieków XIX i XX a polityką Polski I połowy XX jest więcej analogii, tyle że są to analogie a rebours (kurzak-koniak). W skrócie – jeśli we Francji coś przebiega łagodnie, w Polsce musi być krwawe. I to jest właśnie clou dzisiejszego tekstu.

    Opozycja w Polsce, czyli PiS, nie dość, że jest słaba, rozbita, głupia w swej masie, to jeszcze ma nieuzasadnione ambicje i daje się łatwo wkręcać w różne podejrzane afery. Ludzie którzy otaczają prezesa, lub ci, którzy występują przeciwko niemu nie mogą mieć żadnego szerszego spojrzenia na rzeczywistość polityczną, bo jej po prostu nie rozumieją. Od wczoraj szykują się do nowych wyborów, które na pewno zakończą się sukcesem. Byle jeszcze więcej GP pisała o Smoleńsku, wtedy będzie dobrze. Tymczasem rozpoczął się nam czas, który we Francji zaznaczył się aferą Dreyfusa i demonstracjami zwolenników Kościoła. U nas nie będzie Dreyfusa, bo okoliczności są inne, może być za to prowokacja krwawa – na co nieniejszym zwracam uwagę. Ktoś wczoraj napisał o tym, że organizacje lewicowe wzywają na pomoc przyjaciół z Niemiec, by razem stawić czoła marszowi faszystów, który odbędzie się tradycyjnie 11.11.11. Piękna data, łatwa do zapamiętania. Podobnie jak 10 kwietnia roku dziesiątego. Marsz faszystów to oczywiście marsz niepodległości. U nas chodzi bowiem o to, by pozbawić państwo polskie wszelkich atrybutów narodowych, by zrobić je od nowa, tak jak w początkach XX wieku od nowa zrobiona naród francuski. By wyłączyć poza nawias dyskusji wszelką narrację patriotyczną. Jeśli do takiej prowokacji dojdzie rząd będzie miał powód do ograniczenia bądź likwidacji opozycji, bratnie demokracje do interwencji w ciemnogrodzie. Niemcy będą mogli spokojnie pisać o polskich obozach śmierci i polskim antysemityzmie, a być może także odłączyć Szczecin. Wszystko dla dobra jego mieszkańców, bo wtedy od razu zaczną tam budować gazoport służący do wywozu gazu łupkowego z Polski, przez co wzrośnie zatrudnienie i miasto będzie prosperować. Co ugrają Rosjanie? Pewnie wyłączność na wydobycie tego gazu. A być może coś jeszcze. Zmieni się od razu programy szkolne, tak by nie było w nich szkodliwych, antysemickich treści i ograniczy liczbę godzin języka polskiego, by dzieci nie przesiąkały obecną w tym języku wrogością wobec obcych. Miast tego do szkół wejdzie obowiązkowo język niemiecki i rosyjski.

    Tak się nie musi stać, ale bezwład opozycji po wyborach, przesunięcie terminu zaprzysiężenia rządu, odległa inauguracja nowego parlamentu, bezczelność Palikota i szybkość z jaką Oni zabierają się do działania wskazuje na to, że jednak się stanie. Dziś uczniowie szkoły im. Kuronia poszli demonstrować w Aleje Ujazdowskie. Po co? Trudno zgadnąć, może żeby zrobić próbę przed 11.11.11? Nie wiem. Wiem jednak, że nie wolno dać się sprowokować. Pamiętajcie, że w maju 1968 roku niemieckiego studenta zabił przebrany za policjanta agent Stasi. Od tego wszystko się zaczęło. Myślę, że 11.11.11. albo trzeba zostać w domach, albo każdemu komuniście napotkanemu na ulicy wręczać biało-czerwony goździk. Może to coś pomoże. Nie mam pojęcia.

    Wszystkich oczywiście zapraszam na stronę http://www.coryllus.pl Możecie tam sobie dokładniej poczytać o tym Dreyfusie i kupić moje książki „Baśń jak niedźwiedź”. „Dzieci peerelu”, „Atrapia”, a także książkę Toyaha.

    coryllus.salon24.pl czy-bedziemy-mieli-swojego-dreyfusa

  8. Tutaj raczej chodzi o przejęcie rynku usług opieki długoterminowej przez podmiot niepubliczny [prywatny] stający teraz do konkursu ofert eleminując na sprawie formalnej dotychczasowego wykonawcę usług [ma być zwiększona stawka za osobodzień].

  9. Miroslaw Berbard D said

    ad 8) Dokladnie. Chodzi o wyciagniecie kasy za kontraktowanie opieki. A to jest niezly biznes. Etap II – prywatyzacja sluzby zdrowia. Co niektorym zycze jasniejszego spojrzenia na rzczywistosc bo nie wszystko to eutanazja i mordowanie. Ja wiem ze jest zle ale taki Pan Ulicki czy Srul to wszedzie widza pejsy i spiski.

  10. RomanK said

    http://www.upi.com/Top_News/US/2011/10/12/9-charged-in-Holocaust-reparation-fraud/UPI-93571318470292/#ixzz1bEUwM3Uv

  11. Jest to kasa pewna [z budżetu państwa] – płatna co miesiąc w wysokości tak jak w kontrakcie – i praktycznie przy zerowym ryzyku. Rynek usług został już w całej Polsce wytworzony przez płotki. Teraz nastaje czas, aby ten rynek usług został przejęty przez rekiny – najlepiej właściwego jedynie słusznego chowu.
    Na tym rynku żeruje cała otoczka informatczne – tworząca m.in. rozwiązania /oczywiście pod głupawe pomysły czynników wyższego rzędu/ typu strzelania z armaty do muchy. No i dla przykładu takie: jak pacjent obsługiwany był faktycznie od np. 10 do 20 [w obu datach włącznie], to system wylicza, że było to 10 dni a nie 11 dni; a gdy usługa była wykonana tylko jeden dzień – to im wychodzi zero. No to aby tak nie było, to trzeba wpisywać jeden dzień więcej [niż faktycznie było], aby było nie 10 a 11 tak jak być powinno. Gorzej jest z ostatnim dniem miesiąca do rozliczenia usługi [genialny system zżera właśnie ostatni dzień] i wówczas [aby nie zżarło] trzeba wpisywać, że miesiąc obrachunkowy jest od np. 30 września do 31 października [w obu datach włącznie] miomo iż w przepisach – i wedle zdrowego rozsądku – jest od 1 października do 31 października.
    Cała kontrola wprowadzania danych jest też sprytnie pomyślana.
    Błędy wprowadzenia danych, które z łatwością są do uchwycenia na kompie, gdzie się te dane wprowadza, wychwytywane są dopiero na serwerze Oddziału NFZ – po przesłaniu do niego danych, ale z kolei sprawdzenie przesłanych danych odbywa się raz na dobę [w nocy]. Żeby było jeszcze śmieszniej, to z serwera NFZ otrzymuje się potwierdzenie, że dane są prawidłowe [brak w nich błędów] pomimo tego, że dane nie zostały jeszcze na serwerze sprawdzone.
    Tak, że w efekcie w takim trybie można sobie sprawdzać swe dane kilka dobrych dni.
    No i za takie buble ciągnie się grubą kasę [jedni od tych co zakontraktowali usługi, drudzy z budżetu państwa /obsługa serwerów/] – i wszyscy są zadowoleni. Do tego potrzebne sa im komputery i cała informatyka – i to tak sobie trwa i trwa [i nie ma na to rady].

Sorry, the comment form is closed at this time.