Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    revers o Polska wzywa do demilitaryzacj…
    osoba prywatna o Wolne tematy (38 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (38 – …
    cep o Polska wzywa do demilitaryzacj…
    jerzyjj o Morawiecki: Koronawirus może w…
    piwowar o Wolne tematy (38 – …
    Emilian58 o Zapomniany Dzień Zwycięstwa
    Emilian58 o Putin: Rosja nie ma problemów…
    lewarek.pl o Uroki „bergolianizmu”
    Emilian58 o Morawiecki: Koronawirus może w…
    lewarek.pl o Wolne tematy (38 – …
    Marek o Polska wzywa do demilitaryzacj…
    Emilian58 o USA dały Ukrainie jasno do zro…
    Marek o Polska wzywa do demilitaryzacj…
    Boydar o Wolne tematy (38 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 614 obserwujących.

Kłuszyn 4.VII.1610

Posted by Marucha w dniu 2011-10-30 (Niedziela)

Teren działań wojennych:

klusmap3.jpg 79.1 KB

Geneza konfliktu:

Historia konfliktów polsko-moskiewskich wiąże się z historią unii polsko-litewskich. Początkowo rywalizacja litewsko-moskiewska o „zbieranie ziem ruskich” jest dla tej pierwszej korzystna (do ok. połowy XVw.), prowadzi z czasem do utraty przez Litwę przewagi i względnej równowagi sił (2 poł. XVw.). Jednak już pierwsza połowa XVIw. była dla Litwy katastrofą. Utraciła ona na rzecz Moskwy prawie trzecią część swego terytorium. Straty mogłyby być jeszcze większe, gdyby nie zaangażowanie się Polski w konflikt. Od tego czasu Polska coraz bardziej wciągana jestw działania na wschodzie (mimo, że nie graniczy bezpośrednio z Wielkim Księstwem Moskiewskim). Przełomem staje się unia realna w Lublinie w 1569r. . Od tej pory Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie stają się jednym państwem, prowadzącym wspólną politykę zagraniczną i mającą wspólnych wrogów. Nowe państwo poddane zostaje niemalże od razu ciężkiej próbie. Wojska moskiewskie zajmują polsko-litewskie Inflanty. Jednakże spotykają się z godną odpowiedzią. Wyprawy Batorego ujawniają olbrzymią siłę zjednoczonego państwa. Od tego czasu zarysowuje się wyraźna przewaga Rzeczpospolitej nad Moskwą, tym większa, że Wielkie Księstwo Moskiewskie po śmierci Iwana IV Groźnego przechodzi głęboki kryzys.

W samej Rzeczpospolitej od 1588r. panował Zygmunt III Waza- dziedziczny król szwedzki. Jego dążenie do odzyskanie utraconego na rzecz swego stryja tronu szwedzkiego, stały się jednym z głównych przyczyn podjęcia wyprawy na Moskwę (Zygmunt wierzył, że zjednoczone pod jego rządami Polska i Moskwa będą siłą, która zmusi Szwedów do przywrócenia go na tron). Oficjalnie miała ona na celu odzyskanie utraconych przez Litwę (na początku XVIw.) ziem (szczególnie zaś Smoleńska będącego „wrotami” do Litwy). Powodów podjęcia wyprawy było jednakże znacznie więcej (wspomniane już osłabienie Moskwy i związane z nimi dymitriady tzn. ciąg wypraw panów polskich dążących do osadzenia na moskiewskim tronie swojego kandydata ; chęć rozładowania konfliktów wewnętrznych w samej Rzeczpospolitej- po rokoszu Zebrzydowskiego i wiele innych). Cały ten splot wypadków i dążeń doprowadził do podjęcia w 1609r. kolejnej wyprawy wojsk polskich na Moskwę, tym się jednak różniącej od poprzednich, że podjętej w imieniu Rzeczpospolitej i pod dowództwem samego króla Zygmunta III (poprzednie wyprawy miały prywatny charakter).

Siły przeciwników:

Bitwa kłuszyńska charakteryzowała się ogromną dysproporcją sił (na 5 żołnierzy rosyjskich przypadał 1 Polak). Co prawda przeciw 35tys. wojsk rosyjskich idących na odsiecz Smoleńskowi Zygmunt III skierował wydzielone siły o ogólnej liczebności 12 300 ludzi pod dowództwem Stanisława Żółkiewskiego, ale w samej bitwie brało udział niecałe 6800 Polaków (z 2 działami- choć inne źródła mówią o 4 działkach) przeciw ok. 30tys. wojsk rosyjskich (z 11 działami) oraz 5tys. cudzoziemców na żołdzie rosyjskim. Pozostałe wojska polskie znajdowały się pod Carowem Zajmiszczem (gdzie był dodatkowy oddział 8tys. Rosjan).

Przed bitwą kłuszyńską:

We wrześniu 1609 r. armia polsko-litewska obległa Smoleńsk. Formalnie dowodził nią król, faktycznie Żółkiewski. Zdobycie Smoleńska okazało się sprawą niezmiernie trudną, duże miasto było bowiem potężnie ufortyfikowane, miało liczną załogę i mnóstwo chętnych do obrony mieszczan, silną artylerię i znaczne zasoby żywności i amunicji. Tymczasem wojska Rzeczypospolitej były nieliczne i słabo zaopatrzone, bowiem wojnę rozpoczęto bez odpowiedniej uchwały podatkowej sejmu. Oblężenie przeciągnęło się aż do głębokiej zimy, nie przynosząc żadnych sukcesów. Gdy część dowódców skłaniała się już do wycofania wojsk spod Smoleńska, do obozu polskiego przybyło niespodziewanie poselstwo bojarów moskiewskich z rozpadającego się obozu tuszyńskiego Dymitra II Samozwańca. Patronował mu propolski wówczas patriarcha Rosji Filaret.

Po krótkich rokowaniach, w lutym 1610 r., podpisany został układ pod Smoleńskiem. Bojarzy uznali za cara królewicza Władysława, w zamian zapewniono im udział w rządzeniu państwem, nietykalność osobistą i majątkową, władzę nad chłopami. Rzeczpospolita miała uzyskać korzyści terytorialne i handlowe. Po zawarciu układu Zygmunt III wydał huczną ucztę dla polskich dygnitarzy i bojarów moskiewskich. Ale położenie militarne wojska pod Smoleńskiem w niczym prawie się nie zmieniło. Owszem, przybyły posiłki kozackie z Ukrainy, jednak Rosjanie nadal twardo bronili miasta. W obozie polskim doszło do ostrych sporów między dowódcami, ucichły one jednak wobec wieści o zbliżaniu się potężnej armii moskiewskiej idącej na odsiecz Smoleńska.

Po gorączkowych naradach Zygmunt III wysłał przeciw nadciągającej armii moskiewskiej niewielkie siły pod wodzą Żółkiewskiego.

klusmap2.gif 25.3 KB

6 czerwca 1610 r. hetman opuścił obóz polski i skierował się na Wiaźmę, ale na wiadomość o walkach pułku Aleksandra Gosiewskiego z przeważającymi siłami moskiewskimi kniazia Iwana Chowańskiego w Białej, ruszył mu na pomoc. Siły polskie były wówczas rozdrobnione, gdyż oprócz pułku Gosiewskiego ścierały się z nieprzyjacielem na pograniczu inne jednostki: Marcina Kazanowskiego, Ludwika Weyhera, Aleksandra Zborowskiego i Kozacy ukraińscy. Wojska moskiewskie także były rozdzielone. Część ich walczyła pod Białą, duża grupa Hrihorija Wałujewa i Fiodora Jeleckiego zbliżała się do Carewa Zajmiszcza, główne siły carskiego brata Dymitra Szujskiego i generała szwedzkiego, Francuza z pochodzenia, Jakuba Pontussona de la Gardie, maszerowały od strony Kaługi.

Na wiadomość o nadejściu oddziałów Żółkiewskiego wojska Chowańskiego wycofały się spod Białej za Wołgę i przestały zagrażać Polakom. Po dwudniowym odpoczynku pod Białą hetman pomaszerował więc do Szujska, gdzie stanął 22 czerwca. Dwie mile za Szujskiem, pod Carowym Zajmiszczem, stały już oddziały Wałujewa i Jeleckiego, blokujące drogę do Moskwy. 23 czerwca hetman na czele pułków Kazanowskiego, Wejhera, swojego i dwóch sotni Kozaków ruszył na Carowo Zajmiszcze. Wieczorem Polacy zbliżyli się do mocno ufortyfikowanego obozu moskiewskiego. W pobliżu jego doszło do starcia pomyślnego dla Polaków. Następnego dnia Żółkiewski uderzył z całą siłą na przeciwnika, wyparł go z grobli prowadzącej na tyły obozu, osaczył Moskwicinów ze wszystkich stron, przerwał im komunikację z zapleczem. Sukces osiągnięto przy minimalnych stratach – zaledwie ponad 20 zabitych i rannych. 25 czerwca osaczone pułki moskiewskie usiłowały wydostać się z okrążenia, ale zostały z powrotem wyparte do obozu. Polacy zbudowali dwa forty koło stanowisk nieprzyjaciela, z których podjęli intensywny ostrzał ściśniętych na małej przestrzeni wojsk Wałujewa i Jeleckiego.

Tymczasem w pobliże nadchodziły główne siły moskiewskie Szujskiego i de la Gardii. Wojska Żółkiewskiego znalazły się w potrzasku. Z jednej strony miały przeciw sobie 8tys. Moskwicinów zamkniętych w obozie pod Carowym Zajmiszczem, z drugiej – prawie 35 tys. żołnierzy Szujskiego i de la Gardii. Będąc w tak krytycznym położeniu Żółkiewski wykazał swój wielki kunszt dowódczy. Wykorzystując środkowe położenie między wojskami przeciwnika postanowił mianowicie zablokować częścią sił ściśnięty obóz Wałujewa i Jeleckiego, z resztą wojska uderzyć na główne siły moskiewskie, rozbić je w walnej bitwie, a następnie wrócić pod Carowo Zajmiszcze i zmusić do kapitulacji zamknięte tu siły.

Wieczorem 3 lipca wojska hetmana wyruszyły skrycie przeciw armii Szujskiego i de la Gardii. Zamknięci w ufortyfikowanym obozie pod Carowem Zajmiszcze Moskwicini niczego chyba nie zauważyli, siedzieli bowiem cicho i spokojnie. Z doniesień wywiadu hetman orientował się, że między Rosjanami a cudzoziemcami występują silne antagonizmy. Dlatego zawczasu wysłał do cudzoziemców pewnego Francuza z listem, w którym wezwał żołnierzy do przejścia na polską, stronę. Niebawem Francuz wpadł w ręce dowódców zaciężników i został powieszony, treść listu doszła jednak do uszu ich podwładnych i wywołała wśród nich nastroje przychylne Polakom.

Szujski zlekceważył zupełnie słabe siły hetmana. Przypuszczał, że ujdą przed nim bez walki, nie wystawił więc nawet straży na przedpolu, nie wysłał podjazdów mających obserwować poczynania wojsk polskich. Nie wiedział więc, że maszerują one nocą na pogrążony we śnie obóz moskiewski; pokonując z mozołem błotnistą drogę, pełną, kałuż i bajor po obfitych niedawno deszczach.

Bitwa:

Wczesnym rankiem 4 lipca 1610 r. czoło długiej kolumny maszerującej po wąskiej drodze wyłoniło się z lasów na obszerną, polanę zajmowaną przez nieprzyjaciela. Oba wojska zrazu omal nie minęły się po drodze i dopiero dźwięki trąbek ogłaszających pobudkę naprowadziły czoło kolumny polskiej na obozy wroga. Hetman nie mógł jednak wykorzystać zaskoczenia i uderzyć prosto z marszu, wojsko było bowiem rozciągnięte na co najmniej kilka kilometrów, zmęczone szybkim tempem marszu, piechota pozostała daleko w tyle, a działka ugrzęzły gdzieś w błocie. Trzeba było więc poczekać na przybycie dalszych oddziałów, dać chwilę wytchnienia żołnierzom i koniom, uformować szyki, ponadto jeszcze rozebrać płoty rozciągające się między wsiami Pirniewo i Woskriesienskaja, utrudniające dostęp do pozycji przeciwnika. Dzięki temu żołnierze moskiewscy i cudzoziemscy zdołali się rozbudzić i ustawić w szyki.

4 VII 1610

Armia moskiewsko-cudzoziemska obozowała w dwóch grupach. Po prawej, północno-zachodniej stronie, przylegającej do rozległego lasu i wsi Pirniewo stały pułki cudzoziemskie złożone ze Szwedów, Niemców, Francuzów, Hiszpanów, Flamandów, Anglików i Szkotów. Po lewej, południowo-wschodniej stronie przyległej do rzeczki Gżać i wsi Woskriesienskaja, stali Rosjanie. Oba obozy leżały na rozległej polanie ciągnącej się daleko na północ, aż za wsie Bogajewo i Łagoczychę. Polana ta stanowiła równinę dogodną do przeprowadzenia szarż kawaleryjskich. Dopiero za obozami wroga znajdowały się dwa niewielkie wzniesienia. W pierwszym rzucie wojsk cudzoziemskich stała piechota ukryta za płotem, tylko częściowo rozebranym przez Polaków. W drugim rzucie znajdowała się jazda. Pierwsza składała się z pikinierów, muszkieterów i arkebuzerów, druga – z rajtarów zbrojnych w rapiery i pistolety. Na lewym skrzydle Szujski ustawił na przedzie piechotę pomieszaną z jazdą, z tyłu – samą jazdę. Rosjanie i cudzoziemcy mieli 11 dział, ale ich lokalizacja na polu bitwy nie została ustalona. Prawdopodobnie działa te zostały w obozie i nie odegrały żadnej roli w walce, nic bowiem o nich nie słyszymy.

Maszerujący na czele polskiej kolumny pułk Zborowskiego hetman ustawił zgodnie ze zwyczajem na prawym skrzydle, postępujący za nim pułk starosty Chmielnickiego płk. Mikołaja Strusia – na lewym. Skraj prawego skrzydła zajęły pułki Kazanowskiego i Weyhera. Komendę nad nimi sprawował rotmistrz królewski Samuel Dunikowski, żołnierz wybitny uczestnik wojen moskiewskich Batorego i wypraw naddunajskich Zamoyskiego. Pułk hetmański pod wodzą kniazia płk. Janusza Poryckiego, stanął nieco z tyłu na lewo od lewego skrzydła i pełnił rolę odwodu. Między wymienionymi tu pułkami zajęły miejsce oddzielne chorągwie, nie wchodzące organicznie w skład owych pułków. Stały bardziej z tyłu i też pełniły rolę odwodu. Przybyły w ostatniej chwili oddział czterystu piechurów kozackich zajął miejsce na skraju lewego skrzydła, tuż przy płocie. Maszerujący na końcu kolumny oddział dwustu piechurów z dwoma działkami znajdował się jeszcze na drodze do Kłuszyna. Nowością taktyczną, było wydzielenie przez hetmana, na wzór Cezara, samodzielnego odwodu zapewniającego znaczną swobodę manewru podczas bitwy. Żółkiewski śmiało zastosował też ekonomię sił. Główny wysiłek skierował zrazu przeciw Moskwicinom i tu skupił większość wojska, natomiast cudzoziemców związał tylko walką przy użyciu małej części swej niewielkiej przecież armii.

Po uszykowaniu wojsk Żółkiewski objechał szeregi, zachęcając żołnierzy do walki. Następnie dał znak do boju. Przy głosie bębnów i kotłów husarze czołowych chorągwi wysunęli przed siebie kopie i z ogromnym krzykiem ruszyli do szarży. Około godziny czwartej rano rozpoczęła się bitwa. Dramatyzm jej scenerii spotęgowały wywołane przez Polaków pożary wsi przyległych do pola bitwy.

Sprawa nie była jednak łatwa, przeciwnik bowiem dysponował ogromną, przewagę liczebną,. Szarże odbywały się na przemian przez luki w rozebranym częściowo płocie. Pamiętnikarz szlachecki, husarz Samuel Maskiewicz, pisał o nich: „To jedno przypomnę do uwierzenia niepodobne, że drugim rotom trafiało się razów ośm albo dziesięć przyjść do sprawy i potykać się z nieprzyjacielem (…) bo już po częstym do sprawy przychodzeniu i potykaniu się z nieprzyjacielem, jak znowu i rynsztunku nam ubywało, i siły ustawały(…) konie też już na poły zemdlone mając, bo od świtania dnia letniego aż po obiad godzin pięć pewną z nimi bez przestanku czyniąc (bitwę), już i siłę z ochotą zegnali, nad naturę ludzką czyniąc.” Hetman osiągnął jednak swój cel. Uwikłał wojska moskiewskie w długotrwały bój, mieszał je kolejnymi szarżami przeprowadzanymi siłami kilku tylko chorągwi, a sprawiającymi wrażenie, że atakuje duża masa kawalerii (bo po jednym wypadzie następował zaraz drugi siłami dalszych chorągwi, te zaś, które wykonały szarże, wracały na tyły i po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu wyposażenia, zwłaszcza połamanych kopii, znowu wracały do walki). Doborowy, zaciężny polski husarz potrafił jednak sprostać najtrudniejszemu nawet zadaniu, wykazał przy tym zdecydowaną, wyższość nad bojarską jazdą i zaciężnymi rajtarami wroga.

Przełom nastąpił po nieudanym karakolu zaciężnej rajtarii moskiewskiej. „Widząc nas już słabnących – pisał o tym Maskiewicz – rozkazał (Szujski) dwom kornetom rajtarskim, które w pogotowiu w sprawie (tj. szyku) stały przeciwko nam, aby się z nami potkały i ci sami za łaską Najwyższego zwycięstwo nam uczynili. Bo jak skoczyli do nas nie gotowych i zarazem wypuściwszy strzelbę (tj. oddając salwę), poczęli odwrót czynić zwykłym sposobem do nabijania (pistoletów lub arkebuzów), a drudzy po nich następowali strzelając, my nie czekając póki wszyscy strzelą,, a widząc, że oni odwrót czynią (dla ponownego nabicia broni), posunęliśmy się za nimi, jeno pałasze w ręce mając, a ci zapomniawszy nabijać (raczej nie zdążywszy) i drugi raz wystrzelić, tył podali i wpadli na wszystką Moskwę, która w bramie obozowej w sprawie (szyku) stała i pomieszali jej szyki”.

Szeregi moskiewskie załamały się, zwycięska jazda polska pognała za uciekającymi w stronę obozu. Część Rosjan uszła na otwarte pole, bądź przebyła wpław rzeczkę Gżać. Pozostali dopadli bram obozu i schronili się za fortyfikacjami polowymi. Po oczyszczeniu pola z niedobitków część jazdy polskiej ruszyła w pościg za uchodzącymi na północ żołnierzami. „Moskwę nasi z łaski bożej rozgromili na milę bijąc, siekąc i dostatki ich, które bogate z sobą mieli, zabierając” – donosiła współczesna relacja. Ale część piechoty moskiewskiej pozostała jeszcze w zabudowaniach Pirniewa, gotowa walczyć do końca.
Jeszcze cięższa przeprawa czekała Polaków na ich lewym skrzydle, gdzie mieli do czynienia z cudzoziemcami. Wprawdzie zaagitowani przez Żółkiewskiego Anglicy i Szkoci nie wzięli udziału w walce, ale Szwedzi, Niemcy, Francuzi i Flamandowie bili się dzielnie. Jazda polska musiała tu nacierać przez wyrwy w płocie, tylko pojedynczymi chorągwiami. „Na wielkiej przeszkodzie był nam płot, bo Pontus przy owym płocie postawił piechotę, która naszych onymi dziurami wpadających i nazad odwracających bardzo psowała” – pisał Żółkiewski. Ustawieni za płotem muszkieterzy z bliska razili ogniem nacierających jeźdźców, osłaniający ich pikinierzy kłuli konie Polaków.

Przełom nastąpił tu dopiero po przybyciu na pole bitwy piechoty z dwoma działkami, wyciągniętymi ostatecznie z błota. Mimo nie przespanej nocy i uciążliwego marszu piechurzy z ochotą ruszyli do walki. Puszkarze kilkoma celnymi strzałami rozwalili znaczną część płotu i porazili stojących za nim muszkieterów, piechurzy zasypali ich pociskami z rusznic, po czym ruszyli do natarcia na białą, broń, nie zważając na ogień przeciwnika. Nie wytrzymali tego natarcia żołnierze cudzoziemscy i odstąpili od płotu, dając drogę husarii do kolejnej szarży. Na karkach uciekających zaciężników jazda popędziła naprzód co koń wyskoczy, siekąc pałaszami, kłując koncerzami, depcząc leżących.

Pierwszy etap bitwy został wygrany, ale do ostatecznego zwycięstwa było jeszcze daleko. Spędzony z pola przeciwnik zamknął się w obozach, część piechoty moskiewskiej umocniła się w Pirniewie. W pobliżu obozu cudzoziemskiego uporządkowała swe szyki oparta o pobliski las piechota cudzoziemska przesadnie chyba oceniana przez hetmana na 3 tys. żołnierzy. Dołączyła do niej znaczna grupa jazdy. Dowódcy cudzoziemców, Pontusson de la Gardie i gen. Eduard Horn, błąkali się wraz z niedobitkami w pobliskim lesie, podobnie jak kniaziowie moskiewscy Andriej Golicyn i Daniło Mezecki. Sam Szujski schronił się w obozie. Nieprzyjaciel wprawdzie był pobity w polu, ale jeszcze dość silny, zdolny do stawiania długotrwałego oporu, zwłaszcza że armia koronna była przemęczona długim marszem i ciężkim bojem, niewyspana i głodna (bo w czasie bitwy nie było czasu na posiłek), mocno już wykrwawiona.

Żółkiewski znakomicie dotąd kierował przebiegiem walki, oszczędnie szafował swymi szczupłymi wojskami, nie angażował ich wszystkich do bitwy, do ostatniej chwili zachował silny odwód. Po rozbiciu wojsk moskiewskich przerzucił część wojska przeciw walczącym nadal cudzoziemcom. Gdy rozbił i tych, odwołał z pościgu jazdę i osaczył nią oba obozy wroga, a także piechotę cudzoziemską stojącą pod lasem. Sprawa nie była jednak łatwa. „Trudno było na nie [wroga] natrzeć konnym ” – pisał potem do króla. – „Piechoty też nie było [więcej niż] sta mojej, i p. starosty Chmielnickiego, bośmy drugich przy obozie [pod Carowym Zajmiszczem] musieli zostawić, i niebyło sposobu tych ludzi zrazić [pobić]”. Znając nastroje cudzoziemców hetman nie podejmował jednak nowej walki. Wolał spróbować innych sposobów. „Niektórzy nasi – pisał uczestnik bitwy Mikołaj Marchocki – nic nie czynili, tylko podjeżdżali, a wabili ich: kum! kum! kum! że przedało się ich wszystkich nad sto, na ostatku dali znać [cudzoziemcy], że chcą, traktować”.

Źródła historyczne różnie oceniają postawę cudzoziemców w bitwie pod Kłuszynem. Według Włocha Giovanniego Luny Anglicy i Szkoci od początku bitwy nie chcieli walczyć, natomiast Francuzi i Flamandowie walczyli dzielnie. Tymczasem autor Kroniki moskiewskiej Konrad Bussow twierdził, że już na początku bitwy dwa pułki jazdy francuskiej przeszły na polską stronę i wraz z Polakami strzelały do ludzi de la Gardiego i Moskwicinów, przyczyniając się do ich klęski. Natomiast porzucony na pastwę losu oddział piechoty niemieckiej stojący pod lasem bronił się przez pewien czas przed Polakami i zadał im znaczne straty. Dopiero gdy stracił nadzieję na pomoc ze strony biernie siedzącego w obozie Szujskiego, zdecydował się na rozmowy. Prawdopodobnie więc tylko część Francuzów uległa agitacji hetmana, pozostali natomiast walczyli aż do końca bitwy.

Podczas rokowań hetman zgodził się puścić cudzoziemców wolno do domów pod warunkiem, że złożą przysięgę, iż nigdy w Moskwie nie będą służyć przeciw Rzeczypospolitej. Część z nich, zapewne kilkuset (wg innych źródeł aż 2500), wstąpiła na polską służbę.

Wydaje się, że po klęsce na otwartym polu brat carski (Szujski) zupełnie stracił głowę i nie próbował w ogóle wpływać na zmianę losów bitwy. Usiłowali namówić go do działania kniaziowie Andriej Golicyn i Daniło Mezecki, którzy powrócili do obozu z kilkuset jeźdźcami i nie dawali jeszcze za wygraną.Wrócili też chory tego dnia de la Gardie i Horn. Widząc kapitulację stojących pod lasem cudzoziemców Dymitr Szujski chyłkiem uszedł z obozu i schronił się w lasach. Jego ucieczka wywołała powszechną panikę wśród pozostałych dowódców i żołnierzy.

„Gnaliśmy ich (Moskwę) na mil dwie albo trzy ” pisał Maskiewicz. ” Więcej ich w pogoni poległo aniżeli na placu (bitwy)”.

Po bitwie:

W pogoni uczestniczyło jednak niewiele wojska, większość bowiem rzuciła się plądrować obozy wroga. Zdobycz w nich rzeczywiście była obfita. Zwycięzcy wzięli mnóstwo złotych i srebrnych naczyń, drogich szat, futer sobolich, setki wozów, w których znajdowało się m.in. około 20 tys. florenów i 30 tys. rubli przeznaczonych na wypłatę dla cudzoziemców (Dymitr nie wypłacił ich przed bitwą, a to skłoniło m.in. zaciężników do rokowań z hetmanem). Zdobyli też kilkadziesiąt chorągwi, w tym adamaszkową obszytą złotym wzorem należącą do Dymitra, jego szyszak, szablę, buławę, karetę i wozy, wszystkie 11 dział.

Cała bitwa trwała do pięciu godzin. Obie strony poniosły w niej duże straty. Źródła polskie wyolbrzymiają na ogół straty Rosjan i cudzoziemców. Tylko „Relacja o szczęśliwym powodzeniu oręża polskiego w Moskwie” podaje wiarygodnie, że cudzoziemców „do 700 na placu zabitych poległo, Moskwy w bitwie zginęło do 2000”. Według historyka szwedzkiego Videkinga poległo tylko 500 cudzoziemców. Do tych strat należy jeszcze dodać nieznaną bliżej liczbę zabitych podczas ucieczki. W sumie armia Szujskiego miała chyba nie więcej niż 5 tys. zabitych. Wszyscy wodzowie ocaleli. Według Żółkiewskiego, Szujski stracił w ucieczce konia, a nawet obuwie, i dotarł do swoich „na lichej chłopskiej szkapinie”. Natomiast de la Gardie, według Luny, został po drodze ograbiony i pobity kijami przez chłopów. Podobny los spotkał Horna.

Straty polskie, według Żółkiewskiego, wynosiły ponad 100 zabitych towarzyszy, nie licząc pocztowych i piechurów (tych zwykle ginęło 2-3 razy więcej), a także 400 zabitych koni. Było też wielu rannych.

Tuż po bitwie, pościgu i rabunku obozu armia polska zawróciła pod Carowo Zajmiszcze. Żołnierz zaciężny wykazał niezwykłą wytrzymałość i hart ducha, skoro po nieprzespanej nocy, morderczej bitwie i intensywnym pościgu prawie natychmiast ruszył w drogę powrotną pod obóz Wałujewa i spędził w marszu drugą noc bez snu. Rosjanie nie zauważyli odejścia wojsk spod ich obozu i przez cały dzień 4 lipca zachowywali się biernie, chociaż musieli chyba słyszeć odgłosy strzałów spod niedalekiego przecież Kłuszyna. Gdy przed świtem wojska Żółkiewskiego wróciły na swoje pozycje pod obozem moskiewskim, czuwająca tutaj piechota dała upust swej radości, wznosząc gromkie okrzyki. Początkowo Rosjanie nie dawali wiary Polakom i dopiero następnego dnia widząc z dala pojmanych jeńców z armii Szujskiego i jego chorągwie uwierzyli w zwycięstwo Żółkiewskiego i przystali na rokowania. Hetman zresztą zgodził się na wysłanie grupy żołnierzy Wałujewa na pole bitwy pod Kłuszynem, by naocznie przekonali się o polskim zwycięstwie. W tej sytuacji wódz moskiewski przyjął łagodne warunki kapitulacji postawione przez hetmana. Rosjanie uznali władzę królewicza Władysława, złożyli mu przysięgę na wierność i dołączyli do sił hetmana wyruszających teraz na Moskwę. W zamian zagwarantowano im nienaruszalność terytorialną Państwa Moskiewskiego i odstąpienie od oblężenia Smoleńska, jeśli jego załoga uzna królewicza Władysława.

Po bitwie Żółkiewski wzmocniony cudzoziemcami i oddziałami Wałujewa wyruszył na Moskwę. W kilka tygodni później, 27 lipca 1610 r., grupa propolskich bojarów pod przewodem Zachara Lapunowa obaliła skompromitowanego klęską kłuszyńską Wasyla Szujskiego i przejęła władzę. 3 sierpnia wojska hetmana stanęly u bram Moskwy. Zaczęły się rokowania. Owocem ich był układ z 27 sierpnia, na mocy którego Rosjanie uznali władzę królewicza Władysława w zamian za obietnicę nienaruszalności terytorialnej Państwa Moskiewskiego. Polacy zobowiązali się też zachować dotychczasowy ustrój społeczny i polityczny Rosji, prawa Cerkwi prawosławnej, królewicz Władysław miał przyjąć prawosławie. Przyjazny Rosjanom Żółkiewski podpisał te warunki bez wiedzy króla licząc, że potwierdzi on zasady unii polsko-rosyjskiej.

Po zawarciu układu 8 września Moskwa otworzyła bramy przed Polakami. Żółkiewski stanął z wojskiem na Kremlu, Wasyl i Dymitr Szujscy zostali jego jeńcami. Opuszczony przez większość stronników Dymitr Samozwaniec II zginął z rąk skrytobójców. Hetman został faktycznym panem Rosji. Ale wszystkie jego plany polityczne zniweczył niebawem Zygmunt III, który nie zaakceptował układu moskiewskiego, nadal oblegał Smoleńsk, sam chciał zostać carem.

Świetne zwycięstwo hetmana pod Kłuszynem zostało zatajone przez dwór królewski, kontrastowało bowiem z niepowodzeniami wojsk Zygmunta III pod Smoleńskiem. Dopiero po zdobyciu Smoleńska w 1611 r. król uznał, że teraz jest zwycięzcą mogącym się pochlubić sukcesami swych podkomendnych.

Sama wojna trwała jednak znacznie dłużej. Dopiero podpisany w 1618r. rozejm w Dywilinie przyznający Rzeczpospolitej ziemie: smoleńską, siewierską i czernihowską na jakiś czas unormował stosunki polsko-rosyjskie.

klusmap4.jpg 68.1 KB

Ocena bitwy:

Pod Carowem Zajmiszczem Żółkiewski stanął wobec niesłychanie trudnego zadania. Został wzięty w kleszcze przez dwie grupy wojsk rosyjskich o wielokrotnej przewadze liczebnej. W tak trudnej sytuacji wykorzystał swoje środkowe między nimi położenie i pozostawiając część wojsk do blokady grupy pod Carowem Zajmiszczem (ok. 8tys. Rosjan blokowało 800 piechoty, 700 jazdy i ok. 4000 Kozaków), z resztą wojsk ruszył pod Kłuszyn. Chciał zaskoczyć dufnego w swą przytłaczającą przewagę przeciwnika. Zaskoczenie jednak nie udało się. Pod Kłuszynem okazało się, że należy najpierw przygotować teren. W tym celu zabudowania i płoty otaczające obozy rosyjsk i i wojsk zaciężnych należało spalić. Ogień oczywiście zaalarmował przeciwnika, który miał czas przygotować się do boju. Sytuacja była niesłychanie trudna. Atak 5-krotnie liczniejszego, mającego oparcie w obozach wroga, graniczył z szaleństwem. Co prawda Żółkiewski umiejętnie stosował ekonomię sił, dokonywał trafnych wyborów (np. jeśli chodzi o kolejność ataków poszczególnych ugrupowań), ale wszystko to nie musiało (przy lepszym dowodzeniu strony przeciwnej) doprowadzić do sukcesu. Polacy mimo wszystko mieli w tej bitwie sporo szczęścia.

Jak więc należy ocenić samego Żółkiewskiego? Czy był to geniusz, czy szaleniec, zadufany w sobie pyszałek? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba zdać sobie sprawę jaka była alternatywa. Pozostanie pod Carowem Zajmiszczem groziło katastrofą (w chwili nastąpienia armii Szujskiego), plan zaatakowania wojsk Szujskiego pod Kłuszynem mógł się skończyć pełnym sukcesem pod tym jednak warunkiem, że (tak jak to planował Żółkiewski) wykorzysta się czynnik zaskoczenia. Nie była więc to decyzja szaleńca.

Zaskoczenie jak już wcześniej pisałem nie udało się i Żółkiewski stanął przed alternatywą: uderzać, czy wycofać się. Odwrót niczego by nie zmienił w ogólnym położeniu armii polskiej, doprowadzić mógłby tylko do upadku morale. Żółkiewski miał jednak bardzo poważny atut w ręku- ponad 5,5 tys. doborowej husarii, z którą nie musiał się obawiać starć w otwartym polu. Postanowił spróbować szczęścia. Udało mu się spędzić przeciwnika z pola, ale pozostały jeszcze dwa obozy, o których zdobyciu nie miał co marzyć (bez dużej ilości piechoty, której pod Kłuszynem nie miał, a tą co miał – w niewystarczającej zresztą liczbie- wykorzystał pod Carowem Zajmiszczem). Ale doprowadził w ten sposób przynajmniej do upadku ducha we wrogich obozach (co na jakiś czas chronił go przed ofensywą z ich strony). W tej sytuacji wykorzystał jeszcze swój jeden talent – zdolności dyplomatyczne. Przeciągając cudzoziemców na swoją stronę doprowadził do całkowitego upadku ducha wśród Rosjan. Wszystkie więc działania jakie podejmował Żółkiewski miały szansę powodzenia. Były z góry obliczone i wyrachowane. Każda z decyzji jaką podejmował prowadziły do poprawienia sytuacji wojsk polskich. I choć wynik końcowy przerósł oczekiwania – nie było to dziełem li tylko przypadku.

Rola husarii:

Rola husarii w bitwie była dominująca. W skład liczącej ok. 6800 ludzi armii polskiej wchodziło aż 5556 husarzy. Jej znaczenie nie wynikało jednak tylko z jej liczby. Husaria przez wielokrotnie ponawiane szarże (niektóre chorągwie szarżowały nawet 8-10 razy) eliminowała z walk kolejno poszczególne siły przeciwników. W bitwie tej, jak w mało której uwidacznia się jej wartość bojowa.

hrysXVII.jpg 17.6 KB
Oprócz jej olbrzymiej wytrzymałości i odporności pokazała także, że jest jazdą uniwersalną. Potrafiła ona pokonywać jazdę tak wschodniego (lekka jazda moskiewska), jak i zachodniego (zaciężni rajtarzy) typu. Przełamywała piechotę zachodnią (mimo bardzo ciężkich warunków- o czym dalej). Ale właśnie ta bitwa pokazała, że nawet husaria ma słabe punkty. Na uwagę zasługuje moment, gdy w czasie bitwy husaria próbuje spędzić z pola zaciężną piechotę cudzoziemską. Okazało się, że tak zdawałoby się nieistotna przeszkoda jaką był jedynie w części rozebrany płot, potrafi stać się mocnym oparciem dla walczącj zza niego piechoty. Jedynie własna piechota (bardzo zresztą nieliczna) wsparta ogniem dwóch działek, była w stanie zmusić przeciwnika do odstąpienia od tej osłony. Pozbawieni jej stali się już łatwym łupem dla kolejnego ataku husarii. O czym to świadczy?

Należy pamiętać, że nigdy w historii nie było, nie ma i nie będzie jakiegoś typu wojsk, które zawsze będą zwyciężać. Każde zwycięstwo jest sumą bardzo wielu czynników z których wartość bojowa danej formacji jest tylko jednym z nich (czasem mniej, czasem bardziej znaczącym). Na zwycięstwo lub porażkę wpływają także inne- takie jak umiejętność wykorzystania walorów własnych, umiejętność skorzystanie ze słabych stron przeciwnika a neutralizowania mocnych i wiele, wiele innych. Rola dowódcy polega na tym aby wszystkie te czynniki sprowadził do poziomu dla siebie optymalnego, aby to równanie z wieloma zmiennymi rozwiązać lepiej niż przeciwnik.

Dlaczego piszę o tym w tym miejscu? Dlaczego poruszam te sprawy akurat tutaj, przy opisie tak spektakularnego zwycięstwa polskiej husarii? Przecież od 110 lat (tzn. od chwili jej powstania) nie poniosła ona żadnej klęski. Niejednokrotnie pokonywała w tym czasie wielokrotnie liczniejszego przeciwnika. Szło za nią powiedzenie „gdzie husaria- tam zwycięstwo”. A jednak.

A jednak nigdy nie należy zapominać, że prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto będzie umiał lepiej układać i rozwiązywać równania. I taki ktoś w końcu się znalazł. Ale to już inna, późniejsza historia. Tutaj najważniejsze jest zwrócenie uwagi na rzecz pozornie oczywistą. Sama kawaleria nie jest w stanie sprostać wszystkim zadaniom. W przypadku husarii mogliśmy o tym zapomnieć patrząc na jej błyskotliwe zwycięstwa. Ba! Może się to wydawać zaskakujące, ale husaria wykazała się nawet taką umiejętnością jak zdobywanie zamków (jak to miało miejsce parę lat wcześniej- w stosunku do opisywanej bitwy- w Inflantach). Odnotujmy więc: umocnienia polowe -nawet te prowizoryczne- są w stanie bardzo ograniczyć skuteczność działań kawalerii (w tym oczywiście także husarii).

Przy opracowaniu tej bitwy korzystałem z następujących materiałów:

  • „Sławne bitwy Polaków” Leszek Podhorodecki
  • „Szymona Kobylińskiego gawędy o broni i mundurze” Szymon Kobyliński
  • „Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów…” wyboru i opracowania pamiętników dokonali Marek Kubala i Tomasz Ściężor

*                       *                         *
BTWY

http://www.husaria.jest.pl/kluszyn.html

Komentarzy 27 do “Kłuszyn 4.VII.1610”

  1. halszka said

    odniose sie do czasow wspolczesnych – LITWA! najswiezszy artykul http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,10561068,Prowokacja___Nie___5__kolumnie_na_Litwie_.html i to nie jedyny przeciwko Polakom i Polsce! wiec moze tym sie zajmijmy!

  2. Kapsel said

    O jakości koni używanych przez polską jazdę swiadczą najlepiej słowa szwedzkiego wodza Arvida Wittenberga

    „Wytrzymujcie Polaków natarcia w jak najgęstszym szyku, albowiem luźni niezwłocznie ich natarcia nie wytrzymacie. Niechaj zaś żaden z was w ucieczce ratunku nie szuka, albowiem nic nie jest w stanie ujść przed nadzwyczajną koni polskich rączością i wytrzymałością”.

    W roku 1685 koszt wystawienia pocztu husarskiego wyceniano na 5100 zł, a był to wtedy majątek porównywalny z zakupem wsi[21]. Oddanie, lub
    sprzedaż takiego konia za granicę było zagrożone karą śmierci.

  3. Kapsel said

  4. Piotrx said

    Jeszcze dla zainteresowanych „Kłuszyńska potrzeba”
    ks. dr hab. Stanisław Koczwara

    http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22733
    http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22736

    Polacy na Kremlu
    Prof. Mirosław Nagielski
    http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111029&typ=my&id=my17.txt

  5. Shakespear said

    Ad. 1

    Ciekawy komentarz pod tym artykułem.

    „zarone

    Polacy przedstawiają się jako biedna pokrzywdzona mniejszość. Ale za tą mniejszością stoi za miedzą 37 mln naród, który od wieków prowadził na Litwie politykę polonizacji. Problemy Litwy zaczęły się od sprowadzenia do Prus Krzyżaków. Sprowadzili ich jak wiadomo Polacy, którzy aktywnie pomogli Krzyżakom w wytępieniu Prusów i Jaćwingów. Prusowie i Jaćwingowie to plemiona blisko spokrewnione z Litwinami. Litwini by ocalić swoją państwowość przed Krzyżackim naporem zmuszeni zostali do zawarcia unii z Polską. Tych unii było kilka i każda kolejna zmierzała do dalszego ograniczenia samodzielności Litwy. Kultura litewska na dobre zaczęła odradzać się w XIX wieku. Znam trochę mentalność tzw. kresowiaków. Pogardzanie miejscowymi, przekonanie o swojej wyższości, to wszystko powoduje, że Polacy nie są specjalnie lubiani za wschodnią granicą. Nikt kresowiakom nie zabrania mówić po polsku w domu, ale jeżeli chcą funkcjonować na Litwie, Ukrainie czy Białorusi powinni znać dobrze oficjalne języki tych krajów. A co do tych napisów miejscowości, to jest to już zupełna dziecinada tak ze strony Polaków jak i Litwinów. ”

    Nie znam kresowiaków tak ze trudno ocenić ta obserwacje.

  6. Piotrx said

    Re 5:

    A jaskrawym przejawym tej „polityki polonizacji” było choćby koronowanie W.Jagiełly …….
    No cóż na pewno jest to komentarz wielce kłamliwy – celowy lub wynikający z niewiedzy brak znajomości historii oraz brak znajomości realiów życia Polaków w owych państwach dzisiaj. Chodzi tutaj o Litwę i Ukrainę. Ciekawe że nikt nie „czepia” się jakoś Polaków na Białorusi. A nadal istniejący agresywny i antypolsko nastawiony nacjonalizm litewski i ukraiński /w czasie II WS ludobójczy/ oczywiscie dla autora cytowanego komentarza nie istnieje.
    O likwidacji Uniwerytetu w Wilnie i Szaulisach i przesladowaniu Polaków pewnie nie słyszał, podobnie o terrorystycznej działalności OUN a potem ludobójstwie tez nie. A współczesnie wycieranie polską flagą butów we Lwowie, niszczenie cmentarza Orląt, i polskich nagrobków na Cmentarzu Łyczakowskim, zacieranie sladów polskości we Lwowie i okolicach oraz rugowanie tych sladów w nauczaniu historii na Ukrainie itd. Ponadto uwielbienie dla banderowszczyzny – vide ostatnie wystąpienie przewodniczącego Związku Ukraińców w Polsce – Tymy w TVP Historia. Ci ludzie żyją nadal w zakłamaniu i są chorzy z nienawiści do polskości i niestety tą nienawiść przekazują kolejnym młodym pokoleniom. Ciekawe że na Wschodzie Ukrainy stosunek do Polaków jest zupełnie inny /dużo bardziej przyjazny/. Druga sprawa to zasada wzajemności, która powinna być a nie jest przestrzegana – wystarczy spojrzeć jak nierówno traktowane są mniejszości: jak traktowana jest i jakie przywileje ma litewska i ukraińska w Polsce a jak traktuje się mniejszość polską na Ukrainie i na Litwie.

  7. Shakespear said

    „Ci ludzie żyją nadal w zakłamaniu i są chorzy z nienawiści do polskości i niestety tą nienawiść przekazują kolejnym młodym pokoleniom. ”

    Właśnie to mnie interesuje. Skąd ta skala nienawiści bo źródło gdzieś musi być? Nie jestem historykiem czy socjologie ale czuje ze te dziedziny mogą na te pytanie odpowiedzieć. Czy to długie lata wpajania ludziom nieprawdy lub szukanie diabła za płotem mimo ze jest na podwórku?

  8. JO said

    Jej Ekscelencja
    Pani Dalia Grybauskaite
    Prezydent Republiki Litewskiej

    za pośrednictwem

    Ambasady Republiki Litewskiej
    w Rzeczypospolitej Polskiej
    Al. Ujazdowskie 14
    00-478 Warszawa

    LIST OTWARTY
    ATVIRAS LAIŠKAS (PDF) – list otwarty w języku litewskim

    Wielce Szanowna Pani Prezydent,

    Pozwalamy sobie napisać do Pani niniejszy list w trosce o stan stosunków polsko-litewskich. Nasze stowarzyszenie skupia w swoich szeregach potomków szlachty polskiej i litewskiej, która współtworzyła Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Stąd też relacje pomiędzy Polską a Litwą leżą nam szczególnie na sercu.

    Ważnym probierzem stanu stosunków pomiędzy naszymi oboma krajami jest sposób podejścia władz litewskich do mniejszości polskiej na Litwie. Z dochodzących do nas informacji wynika, że ostatnio w kwestii tej nie dzieje się niestety najlepiej. Głośno dyskutowane są zmiany w litewskim prawie oświatowym skutkujące w istocie zmniejszeniem liczby polskich szkół, czy też osłabieniem znaczenia języka polskiego w szkołach należących do polskiej mniejszości narodowej, które w wyniku reformy nie zostaną zamknięte. Cały czas nierozwiązana pozostaje też kwestia pisowni polskich nazwisk na Litwie.

    ——————————————————————————–

    Celem naszym nie jest ingerowanie w wewnętrzne sprawy litewskie, a tym bardziej proponowanie w powyższych kwestiach konkretnych rozwiązań legislacyjnych. Pragniemy jedynie odnieść się do szerszego zjawiska, którego symptomami są wyżej zarysowane problemy. Zjawisko to objawia się próbami rugowania z publicznego i oficjalnego obiegu na Litwie pozostałości wspólnej polsko-litewskiej przeszłości.

    Dla nas, potomków twórców Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tendencja ta jest w najwyższym stopniu niezrozumiała. Można bowiem odnieść wrażenie, że władze litewskie traktują wspólną polsko-litewską przeszłość oraz jej istniejące do dnia dzisiejszego ślady (m.in. w postaci mniejszości polskiej) jako swoisty balast, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć, ponieważ jest on pozostałością i widocznym znakiem bliżej niesprecyzowanych wrogich działań Polaków, którzy przez wieki próbowali podporządkować sobie Litwę i Litwinów.

    Z taką interpretacją wspólnej polsko-litewskiej przeszłości trudno się nam zgodzić. Należy podkreślić, że nasze spojrzenie na historię relacji pomiędzy naszymi oboma krajami uwzględnia również kontekst litewski. Wynika to z faktu, że wśród członków Związku Szlachty Polskiej są potomkowie litewskich rodów, które od początku brały czynny udział w umacnianiu unii polsko-litewskiej i w budowie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. I to właśnie uwzględniając ten szerszy kontekst pragniemy podkreślić, że w naszej ocenie nietrafne jest przedstawianie historii stosunków polsko-litewskich jako okresu polskiej dominacji i prób podporządkowania sobie Litwy. Stąd też krzywdzące są w naszej ocenie działania współczesnych władz litewskich wobec mniejszości polskiej, które zdają się mieć swoje praźródło w powyższej interpretacji naszej wspólnej historii.

    Być może w pierwszej fazie wzajemnych stosunków faktycznie występowała cywilizacyjna i kulturowa przewaga strony polskiej. Nie można jednak nie zauważyć, że ostateczny bilans wypada dla strony litewskiej korzystnie. To Litwa dała bowiem Polsce wspaniałą dynastię Jagiellonów – jedną z największych królewskich dynastii w Europie. To z terenu Wielkiego Księstwa Litewskiego pochodzą rody możnowładcze i arystokratyczne odgrywające pierwszoplanową rolę w historii Rzeczypospolitej, których przedstawiciele stali się z biegiem czasu także polską elitą. To ze szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego wywodził się także Adam Mickiewicz – wspaniały poeta romantyczny i nasz wspólny polsko-litewski skarb narodowy, którego pisane w języku polskim dzieła weszły na wieki do kanonu polskiej literatury. Nie można w końcu nie zauważyć i tego, że także wielu przedstawicieli współczesnej polskiej elity naukowej, kulturalnej i politycznej ma litewskie korzenie. Takie przykłady można by mnożyć. Czy faktycznie w sytuacji, gdy litewskie elity opanowały dużą cześć polskiego życia politycznego i społecznego, można mówić o polskiej dominacji nad Litwą?

    Oczywistym jest, że z dzisiejszego punktu widzenia różnie można oceniać konkretne polityczne posunięcia naszych przodków. Zawsze były one jednak wynikiem ich politycznej roztropności i ważenia różnych, nieraz sprzecznych interesów, a nie wynikiem dominacji jednej strony nad drugą. W ten właśnie sposób nasi przodkowie stworzyli Rzeczpospolitą Obojga Narodów – prawdziwą strefę wolności i demokratyzmu w niedemokratycznej wówczas Europie. Jest to nasze wspólne i wielkie dziedzictwo, które powinniśmy pielęgnować i przekazywać potomnym.

    Polskie ślady na Litwie powinny więc u Litwinów wywoływać poczucie dumy ze wspólnych dokonań, a nie uczucie irytacji z powodu utrzymywania się znaków rzekomej polskiej dominacji (a to ostatnie podejście można niestety czasami wyczytać z działań litewskich władz).

    Dlatego też jako osoby szczerze zatroskane stanem relacji polsko-litewskich pozwalamy sobie zwrócić się bezpośrednio do Pani Prezydent, a za Pani pośrednictwem także do pozostałych litewskich władz z apelem o poszanowanie i szczególną ochronę praw mniejszości polskiej na Litwie, jak też o szczególną pieczę nad pozostałymi śladami polsko-litewskiej przeszłości. Pielęgnujmy i propagujmy nasz wspólny polsko-litewski dorobek i ślady naszej wspólnej przeszłości, bo jest to rzecz, z której tak Polacy jak i Litwini mogą i powinni być dumni.

    Jako Związek Szlachty Polskiej jesteśmy gotowi wesprzeć każdą inicjatywę Pani Prezydent, rządu Republiki Litewskiej, jak też każdą inicjatywę władz polskich, która wzmacnia nasze stosunki sąsiedzkie i wspiera polską mniejszość narodową na Litwie, a także litewską w Polsce tak, aby zachowały one swój język, kulturę i tradycję, a przede wszystkim, aby nadal były żywym świadkiem naszej bogatej i złożonej wspólnej historii.

    Z wyrazami szacunku,

    Henryk Grocholski
    Prezes Zarządu Głównego ZSzP

    Zenon Ilcewicz
    Sekretarz Zarządu Głównego ZSzP

    Michał Niemirowicz-Szczytt
    Członek Zarządu Głównego ZSzP

    Henryk Wąsowski
    Członek Zarządu Głównego ZSzP

    Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

    Menu Główne
    Strona domowa
    Zarząd i Oddziały
    Dokumenty
    Wydarzenia
    ZapowiedziHistoria i inicjatywyKronika 2011Kronika 2010Kronika 2009Kronika 2008Kronika 2007Kronika 2006Kronika 2005Kronika 2004Kronika 2003Kronika 2002Kronika 2001Kronika 2000Kronika 1999Kronika 1998Kronika 1996Kronika 1995ZSzP w mediachArchiwum Media o nasInformacja dla mediówZdjęcia
    O Szlachcie
    Verbum Nobile

    Artykuły o szlachcie
    Artykuły i materiały dotyczące szlachty – jej kultury, tradycji i historii.

  9. JO said

    ad.8. List Zarzadu Zwiazku Szlachty Polskiej wydaje sie byc dobry. Co jednak w nim jest niedopuszczale? W moim mniemaniu kolejne klamstwo historyczne, w ktorym Zmudzinow nazywa sie Litwinami. Prawdziwa Litwa to Bialorus dzisiejsza – to bliskospokrewnione plemiona slowianskie a nie wylacznie plemie Zmudzkie, ktore uzurpuje sobie prawa w ten sam sposob co Ukrainscy nazisci.

    List Zwiazku Szlachty Polskiej zawiera Klamstwo PRL owskie – historie pisana przez PRL

    Litwa jest i byla integralna czescia Korony, ktora to integralnosc wypracowaly pokolenia w sposob pokojowy

    Zmudz byla czescia litwy a kultura Zmudzka przetrwala wlasnie tylko i wylacznie dzieki Rzeczpospolitej, ktora dbala o swoje Rody i ich kulture.

    Lity takie jak Zwiazku SzP powyzej, upodlaja przeszlosc Rzeczpospolitej a wiec samych Polakow, wpisuja sie w tendencje liberalizmu – mieszania prawdy z falszem

    I taki Zwiazek Szlachty Polskiej w osobach Zarzadu …. niby upowszechnia Historie naszego Krolestwa….Talmud, Talmud, Talmud

  10. JO said

    ad.7 . skala nienawisci jest podsycana przez obie strony przez takie zaklamywanie prawdy jak w liscie Zwiazku Szlachty Polskiej.

    Rzad „litewski” cos robi „zlego” to tacy jak WP Grocholski i inni odpisuja polprawda….. Polprawda jest klamstwem. Na polprawdzie nie mozna zbudowac niczego a juz napewno pokoju – milosci Nie da sie, bo Milosc jest Prawda

    a zlo jest klamstwem – czyli polprawda rowniez jest zlem

    To wlasnie dlatego liberalizm jest grozny, gdyz relatiwizuje prawde przez male i duze P.

    W Polsce , na Litwie, Ukrainie nie mowi sie slowami Prawdy. Tacy niby kompetentni ludzie jak WP Grocholski pisza falsz. Jak wiec ma byc dobrze pomiedzy naszymi „narodami” skoro ktos manipuluje nami gloszac polprawdy. Ta manipulacja ma przeciez cel – tym celem jest wzbudzenie nienawisci wzajemnej…..

    Ile osob glosi polprawde z glupoty a ile z wyrachowania? To nie jest wazne. Skutek jest ten sam. Od obu grup nalezy otrzepywac sie….

    Zwiazek SzP placi za swoj Zarzad, ktory upiera sie w teorii Rzeczpospolitej Wielu Narodow….klamliwej teorii

    Cala Polska Placi za dzialania takich „elit”

  11. Piotrx said

    Re 9:
    ” moim mniemaniu kolejne klamstwo historyczne, w ktorym Zmudzinow nazywa sie Litwinami. Prawdziwa Litwa to Bialorus dzisiejsza – to bliskospokrewnione plemiona slowianskie a nie wylacznie plemie Zmudzkie…”

    Czy można gdzies wiecej poczytać na ten temat, bardzo mnie to zainteresowało.

  12. Marucha said

    Re 6:
    Panie Piotrze, czy mógłby Pan ze swego wpisu na temat litewskich gorzkich żalów względem Polski zrobić artykuł?
    Myślę, że byłby b. ciekawy!

  13. wet3 said

    @ Piotrx (11)
    Chyba kiedys, bardzo krotko, temat ten byl poruszany. Szerzej mowil o tym kiedys Jan Ciechanowicz w swojej ksiazce „Na wschod od Bugu”. Mowia tez o tym Bialorusini. Zdaja sie oni podzielac opinie p.Ciechanowicza, ktory twierdzi, ze unie zawarlisny z Litwinami-Komipermiakami (a nie z Litwinami-Baltami) oraz Bialorusinami, ktorzy wowczas nazywani byli Litwinami, lub Litwa. Nazwe „Litwa” w odniesieniu do Baltow zaczeto stosowac dopiero w XIXw. Przedtem stosowano nazwe „Zomota” (Zmudz).

  14. — Tak sie chyba naraze u wielu , ( szczegolnie Panu JO ) , gdy spytam
    o nasze prawo bronic Im nazywac sie – Litwa – .
    Taka wypowiedz nieprzyjazn wzbudza , nic dobrego niesie .
    Usprawiedliwiac bedzie , podobne zachowania , tym razem wrogie Polsce ,
    z innej strony i grozne nam .

  15. pilarz said

    warto sięgnąć do „Złotej wolności” Zofii Kossak, osobliwie w kwestii dot. wizji Hetmana Zółkiewskiego.
    A co do stos. Litwinów czy Ukraińców /zach./ do nas to typowy kompleks niższości. Ukraincy ?”wsch”/ doświadczyli władztwa Moskali i żydokomuny i wiedzą swoje”.

  16. aga said

  17. Shakespear said

    Te historyczne artykuły są świetne !!! Z komentarzami sporo wyjaśniają naszą historie.

  18. aga said

    Został po Żółkiewskim pierścień z ciekawym napisem: mancypium Mariae, tj. służka Marii. Miał szczególne nabożeństwo do Najświętszej Marii Panny i do św. patronów polskich. W jednej z bitw z Tatarami (nad Udyczem) dał wojsku hasło – Bogarodzica, a w bitwie pod Smoleńskiem, św. Kazimierz. Kiedy mu gratulowano wielkiego zwycięstwa pod Kłuszynem, odparł: „moje zasługi w tym bardzo małe. Mdłymi ramiony tak wielkiego ciężaru niepodobna podźwignąć. Cudownej, miłościwej łasce Bożej wszystko ma być poczytane”. Miewał zawsze żołnierzy mniej (i to znacznie mniej), niż nieprzyjaciel. Mawiał wtedy do żołnierzy: „o mocy nieprzyjacielskiej też wiemy, ale mocniejszy na niebie Bóg”.

    Pozostało też po nim niemało dzieł miłosierdzia, w czym podobny był do Skargi. W założonym przez siebie mieście Żółkwi ufundował szpital, kościół kolegiacki i szkołę przy nim. Był dobrodziejem Dominikanów we Lwowie, a Jezuitom wystawił dom daleko na Ukrainie, w Barze. Ustanawiał również fundacje dla unitów: wspierał Bazylianów w Żółkwi i wystawił tam cerkiew unicką i drugą w Krechowie.

    Godny jest pamięci ludzkiej testament świętego hetmana, w którym zwraca się do syna w te słowa: „Wiarę świętą chrześcijańską, powszechną mocno i statecznie trzymaj. Dla niej krwi rozlać i żywota położyć nie żałuj. Odpłata u Pana Boga za to, kto dobrą chęcią, dobrym sercem służy Rzeczypospolitej. Młodsze lata naukami poleruj. Z nauki pomoc do godności, do służby Rzeczypospolitej i do uczciwego życia mieć będziesz. Rycerskie ćwiczenie jest najprzystojniejsze szlachectwu. Próżnowania się strzeż jak powietrza. I poganie rozumieli, że śmierć dla ojczyzny jest słodka, nuż jeszcze dla wiary świętej trafi się okazja położyć żywot – i u ludzi sławna i u Boga odpłatna”.

    Tymczasem w Polsce bitwa cecorska miała swój ciąg dalszy. Tragiczny zgon hetmański przejął grozą cały naród. Następnego roku zebrano 66 tysięcy wojska z Polski i z Litwy pod hetmanem wielkim litewskim Janem Karolem Chodkiewiczem. Założono znów warowny obóz za Dniestrem pod Chocimiem i wytrzymano tam chwalebnie oblężenie przez armię turecką, liczącą aż trzysta tysięcy. Zawisło jednak jakieś fatum nad wodzami tej wojny: Chodkiewicz umarł w obozie chocimskim. Dowództwo objął po nim hetman polny koronny, Stanisław Lubomirski, a nie dawszy się Turkom, zmusił ich do zawarcia zaszczytnego rozejmu.

  19. wet3 said

    @ 18
    W Rzplitej, polozony w wojewodztwie podolskim Bar nie byl postrzegany jako miasteczko (twierdza) lezace na Ukrainie. Do Ukrainy zaliczano woj. braclawskie, kijowskie oraz czernihowskie.

  20. Kapsel said

    JAK WALCZONO

    – fragmenty-
    Jak z kolei stawała husaria?
    W tym okresie husaria szykowała się do boju w 3-4 szeregi (choć bywało, że znacznie głębiej). Przyjmijmy, że były to 4 szeregi. Odległości między husarzami podczas prawie całej szarży (przed samym uderzeniem dochodziło do bardzo ciekawego momentu – o czym później) wynosiły przynajmniej długość konia. Umożliwiało to:

    1. Wykonywanie zwrotów „po koniu”, co z kolei dawało możliwość przerwania w każdej chwili szarży, bez zamieszania w szeregach.
    2. Omijanie niespodziewanych przeszkód na drodze (chociażby leżących na pobojowisku rannych, zmarłych czy końskich trupów).
    3. Utrudniało celowanie do tak luźnego szeregu.
    4. Przy szarżach na inną kawalerię umożliwiało „wejście” w przeciwnika.
    Przyjmując tę odległość na 4m (ściślej rzecz ujmując odległości między husarzami wynosiły 3m plus 1m szerokości konia z jeźdźcem) otrzymamy front ugrupowania liczący 200m (200 ludzi w 4 szeregach w odległości 4m między końmi w szeregu). Jak więc widać, był on szerszy od 3-krotnie liczniejszego ugrupowania piechoty (o zaletach z tego wynikających później).

    W pierwszym szeregu znajdowało się 50 husarzy (co było zaszczytem przysługującym towarzyszom husarskim; członkowie pocztów tzw. pocztowi stawali za nimi) i był to szereg najbardziej narażony na ogień piechoty. Pozostałe 3 szeregi stawały za nimi, co chroniło je w bardzo znacznym stopniu od czołowego ognia. Jak przebiegała sama szarża ?
    Husaria (w typowych warunkach) zaczynała szarżę w odległości ok. 375m od przeciwnika. Pierwsze 75m przejeżdżała stępem, później 150m kłusem, kolejne 120m galopem by na 30m przed ugrupowaniem przejść w cwał (dotyczy to tylko 1-szego szeregu). Tylne szeregi przechodziły w cwał wcześniej (na ok. 60m przed ugrupowaniem przeciwnika). Dlaczego szarża przebiegała akurat w ten sposób?

    Otóż koń – jak każda żywa istota – męczy się. Konieczność oszczędzania jego sił, których najwięcej tracił w cwale, a które musiały wystarczyć na wielokrotne niekiedy szarże, czy na końcowy pościg za rozbitym nieprzyjacielem, dyktowała taki a nie inny sposób. Wiąże się to również z odległością rażenia z broni palnej. Lecz najważniejsze było to, że siła uderzenia chorągwi zależała od zwartości jej szyków. I o ile w stępie, kłusie czy nawet galopie można utrzymać szyk, to już w cwale jest to niemożliwe (na dłuższym odcinku) – każdy koń cwałuje bowiem z inną prędkością. Przy ataku czworoboku pikinierskiego najważniejsze zaś było równoczesne wejście całym frontem w szyk wroga.

    Rozwiązanie zaś zagadki wcześniejszego przejścia w cwał tylnych szeregów jest związane z najciekawszą fazą szarży. Pozwalało to na zrównanie drugiego szeregu z pierwszym. Co to dawało? Bardzo wiele, uzupełniało straty pierwszego szeregu a poza tym, po zrównaniu dwóch pierwszych szeregów, odległości między jeźdźcami zmniejszały się 2-krotnie (z 4 do 2m). Dodatkowo cały front chorągwi ścieśniał się w ten sposób, że skrzydłowi parli końmi do środka szyku. Dawało to maksymalną zwartość ugrupowania (odległości między jeźdźcami w tym momencie można szacować na mniej niż 1,5m; pamiętnikarze mówią nawet o szyku „kolano w kolano”), a co za tym idzie największą siłę przełamującą.

    Zauważmy, że o ile na początku szarży naprzeciw 1 husarza (w pierwszym szeregu) stało 2 pikinierów, o tyle tuż przed uderzeniem w czworobok piechoty na 2 pikinierów przypadało ponad 2 husarzy (pikinierzy nadal stali w odległościach półtorametrowych, husarze jednak mniej niż półtorametrowych). Szerokość całego frontu chorągwi zmniejszała się do ok.130-140m, ale jak widać – była ona nadal większa od szerokości regimentu piechoty, który wynosił 100m. Tak uderzająca husaria miała wszelkie możliwości przełamania szyku wroga. W pierwszej linii na 100 kopii husarskich przypadało niecałe 70 pik piechoty. Dodatkowo szerszy front chorągwi husarskiej pozwalał przeskrzydlić regiment piechoty. A wiadomo, że uderzenie w skrzydło ugrupowania (nie tylko zresztą piechoty, jazdy także) jest o wiele groźniejsze i skuteczniejsze niż we front szyku.
    Tutaj całość:
    http://www.husaria.jest.pl/taktyka.html

  21. JO said

    ad.14. Ja nie zabraniam nic a jedynie wskazuje, ze na falszu nic sie nie zbuduje oraz falsz eksponuje – upubliczniam…. Falszem jest nazywac kogos Litwinem, skoro mowi po Zmudzku i nawiazuje do tej Zmudzkiej Tradycji.

    (Slowo Litwin oznaczalo to samo Co Polak, co Rusin….)

    Falszem jest nazywac kogos ze Zmudzi jest innym Narodem niz Polskim – Rzeczpospolitej.

    Nieporozumienie – w moim mniemaniu celowo podtrzymywane przez wiadomo kogo, jest oparte na Klamstwie, ktore Zwiazek Szlachty Polskiej powiela po ostatnim powielaczu – PRL a nawet je rozbudowal – PRL glosilo idee Rzeczpospolitej Obu Narodow a ZSzP glosi idee Rzeczpospolitej wielonarodowej……ciagnac tym „idee” konfliktu miedzy narodami zekomymi…Polakow z Ukraincami, Polakow z Litwinami, Polakow z …kimkolwiek i zawsze konflikt. Coz z tego, ze Zwiazek napisal sprzeciw i podal jakas mila kontrateze, skoro ta teza jest oparta na falszu o ktorym napisalem wyzej.

    Przeciez Rzeczpospolita powstala pokojowo (nie liczac pieniaczy…) Przeciez Rzeczpospolita oparta byla o ludnosc spokrewniona miedzy soba – co juz wykazala nawet Genealogia Genetyczna, ktora promuje Zwiazek,

    Przeciez organizacja Rzeczpospolitej opierala sie o Prawa Trojcy Jedynej a nie XiX wieczne prawa „narodow” i ich kultur – XiX wieczna „demokracje”

    Przeciez Polonizm jest kompromisem kulturowym Rzeczpospolitej dla DOBRA WSPOLNEGO , ktorym byla Ojczyzna – Krolestwo

    a

    nie Kultura Wielkopolan, ktorzy narzucili ja innym „NARODOM” w tym narodowi dzis zwanemu Litewskiemu

    Zdanie w liscie Zwiazku mowiace jak to Litewska Kultura Zyskala z Powodu Polskiej Kultury – wciaska NAM falsz, ktory jest baza konfliktow.

    List z pozoru „cnotliwy” jest przyklepywaniem falszu , jest dynamitem, cigla rewolucja, ciaglym konfliktem…… i to napisany przez Tych co mienia sie byc Elita

  22. Kapsel said

    Warto pamiętać;
    Król Jan III Sobieski był prawnukiem hetmana Żółkiewskiego.
    Stanisław Żółkiewski został pochowany w Żółkwi – mieście, które założył. Na nagrobku zostały wyryte słowa: „Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor” tzn. „Niech z kości naszych powstanie mściciel”. Jak się okazało były to prorocze słowa – Jan III Sobieski, król polski, prawnuk Żółkiewskiego po kądzieli (jego matka, Teofila Daniłowiczówna była wnuczką hetmana) pomścił swego przodka – zwycięstwa pod Podhajcami, Bracławiem, Komarnem, Niemirowem, Narolem, Chocimiem, Lwowem, Żórawnem, Wiedniem i Parkanami czy Peretytą wskazują jednoznacznie, że z kości wielkiego hetmana powstał mściciel.

  23. Kapsel said

    Warto wiedzieć:
    W miejscu bohaterskiej śmierci hetmana Żółkiewskiego (obecnie wieś Bierezowska w Mołdawii, dawniej polska wieś Laszki) jego syn Jan w 1621 roku wzniósł pomnik ozdobiony tablicą ze znanym cytatem „Quam dulce et decorum est pro patria mori” („Jakże słodko i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę”).
    http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Pomnik_na_miejscu_%C5%9Bmierci_hetmana_%C5%BB%C3%B3%C5%82kiewskiego.jpg&filetimestamp=20110701103248

  24. Piotrx said

    Re 13:
    Dzięki Panie Wet3 – postaram się poszukać tej książki

    Re 12:
    Niestety Panie Gajowy mimo chęci to do tematyki litewskiej mam za mało materiałów aby napisać coś poważniejszego. Znalalem tylko parę fragmentów:

    **********************************************************************
    Józef mackiewicz – „Prawda w oczy nie kole”
    /fragmenty/

    „Szukałem wówczas w Republice Litewskiej znamion historyczno-litewskiej tradycji i zdawało się mi, że jakiś nieśmiały cień podobnych dążeń zarysowuje się w ambicjach rządzącej partii „tautininków” (narodowców) – voldemarasowców. Jakże strasznie się myliłem! Dziś wiem już, że największym wrogiem idei „krajowej”, czyli połączenia w jedno i równouprawnienia ziem b. Księstwa Litewskiego – są właśnie Litwini, ich nacjonalizm, ich szowinizm, ich płaski patriotyzm, którego najoczywistszym wyrazem jest wyłącznie ślepa polonofobia. – Ale do tego powrócę jeszcze nieraz
    (..)
    Zamieszkałe jest przez Polaków, ale też i przez ogromny procent Żydów. Na wpół kościelne, na wpół synagogalne. Jednocześnie pchające się ku niebu kopułami cerkwi prawosławnych. Czwarty odsetek wyznaje tu prawosławie. Tylko 0,73 procent Litwinów, ale jednocześnie 0,28 procent Niemców; poza tym Tatarzy, Karaimi… Kto chce, może szukać w Wilnie swoich rodaków, sojuszników, współwyznawców.
    Historia Wilna od 1914 da się ująć w następującą litanię:
    1914 w granicach cesarstwa rosyjskiego
    1915 jesienią przechodzi do rąk niemieckich
    1918 jesienią do grupy wojskowej i samoobrony przed bolszewikami
    1919 w styczniu do rąk bolszewickich
    1919 w kwietniu z powrotem do Polaków
    1920 w lipcu do bolszewików
    1920 tegoż miesiąca oddane Litwinom
    1920 październik – opanowane przez Żeligowskiego, stolica Litwy Środkowej.
    1922 w lutym wcielone do Polski
    1939 we wrześniu wkraczają bolszewicy, wcielając do Białorusi sowieckiej
    1939 w październiku oddają Wilno Litwie.

    I przyznać muszę, że winę za obłędną nienawiść i najgłupsze rozłamy w obliczu wspólnego wroga, w lwiej części przypisać należy stronie litewskiej.
    Nie całą winę, ale jej część – lwią, jak się wyraziłem. Bo nie zaczęło się od razu. Zaczęło się niby z dobrą wolą i już miałem wrażenie, że kowieńskie zapewnienia istotnie zostaną spełnione. Stało się inaczej.
    Polityka na własną niekorzyść Litwini, wkraczając do Wilna, nie powinni byli podkreślać momentu polsko-litewskiego sporu o to miasto. Nie zajmowali go przecie w wyniku zwycięskiego zakończenia tego sporu, ale odbierali je z rąk bolszewickich, wspólnego wroga wszystkich mieszkańców. Dawało to niezaprzeczony atut w ich ręce i otwierało nieograniczone perspektywy dla zjednania sobie sympatii nawet, wśród absolutnej większości mieszkańców, tzn. Polaków. – Ale tego rodzaju wyzyskanie sytuacji wymagało z ich strony wielkiego taktu politycznego i powagi państwowej.

    Oczywiście klęskę, jaką było dla nich otrzymanie Wilna, przy jednoczesnym narzuceniu warunków sowieckich i przejście z państwa suwerennego pod półprotektorat sowiecki, mogli maskować rzekomą radością „odzyskania” stolicy. Być może, tego wymagała sytuacja rządu, utrzymanie nastroju w kraju. Należało to jednak robić tylko na wewnątrz, w Kownie, a nie w Wilnie. Że studenci kowieńscy łazili z dziękczynną manifestacją przed poselstwo sowieckie w Kownie (obrzydliwość), tego ostatecznie w Wilnie można było nie wiedzieć.

    Wojska litewskie, wkraczające do Wilna, jeżeli nawet oficjalnie nie mogły tego podkreślić, winny były przynajmniej zachować oblicze, „dać do zrozumienia”, że przychodzą tu jako oswobodziciele miasta, ale nie od „polskiego jarzma”, tylko od bolszewickiego. Wtedy sympatia mas byłaby po ich stronie, jeżeli nie od pierwszego dnia, skutkiem negatywnego stosunku Polaków, to od dni następnych.

    Litwini nie okazali jednak ani taktu politycznego, ani rozumu politycznego. Mając dodatkowy atut w postaci zasobów gospodarczych, mogąc trafić nie tylko do duszy, ale i do żołądka wygłodniałych wilnian, wyzyskali te momenty wręcz na opak.

    Wilno ujrzałem pod reżimem jeszcze sowieckim, z zamkniętymi okiennicami, szare, wystrachane, jedzące w cukierniach czarny chleb, pijące kawę z landrynkiem. Dużo tylko było straganów z jabłkami – produktem sezonu. Nie było chleba, masła, słoniny, mięsa, były tylko jabłka.

    Litwini przywieźli swe świetnie prosperujące przedsiębiorstwa: mięsne „Maistas”, zbożowe „Lietukis”, mleczne „Pienocentras”. Mogli, byli w stanie nakarmić głodnych, przywrócić własność, wolność osobistą, swobodę ruchu..

    Jeżeli do jakiegokolwiek chama pasowały słowa Wyspiańskiego o „złotym rogu”, to chyba najbardziej do chama litewskiego z roku 1939, który wkraczał do Wilna.

    Mimo jednak całej niechęci, ba, nieskończonej nienawiści, jaką nabrało społeczeństwo polskie do Litwinów, po dwóch latach zetknięcia z nimi, nie wierzę, żeby nie istniały wśród nich osoby poważne, inteligentne, politycznie dojrzałe i dobrej woli, które by nie chciały tej woli wprowadzić w czyn.

    Oczywiście, wszystkie zarządzenia ukazały się jednocześnie w języku polskim. Wprowadzono radio polskie o dużej ilości godzin. Nie widziało się w pierwszych dniach żadnego dążenia do obrazy polskich uczuć narodowych.
    (…)

    Zaczęło się od policji. Wiele narodów narzeka na swą policję. Rzekomo „wersalski” naród francuski, który w istocie jest jednym z najgorzej wychowanych narodów, posiada istotnie policję brutalną. W Polsce policja była na ogół grzeczna. O policji litewskiej nie da się inaczej powiedzieć, niestety, jak – chamska. Chamska dosłownie, w znaczeniu nieokrzesanego, brutalnego z natury, nieinteligentnego człowieka, któremu raptem dano władzę do ręki. Mówi o tym przysłowie białoruskie:

    „Nie daj Boh świnni roh, da mużyku państwa”.

    Nauka języka litewskiego zaczęła się od tych metod policyjnych. „Nauczycielami” byli policjanci, ci najbardziej potrzebni i najbliżej stojący szerokich mas, symbolizujący widomy znak państwowości. Odpowiadali tylko po litewsku, niektórzy nie rozumieli, inni nie chcieli rozumieć po polsku. Dożywianie ludności wileńskiej, za pośrednictwem państwowych sklepów spożywczych, przeistoczyło się też niebawem z momentu propagandowego, jakim być musiało, w szkołę nienawiści do Litwinów. Jeść chciał każdy. Przed sklepami stały ogromne kolejki. Policja wyrównywała je pałkami, a poza kolejką puszczała każdego, kto mówił po litewsku. Przekleństwa, krzyk, wzajemne wymyślania, bijatyki i pierwszy zarodek nienawiści do Litwinów, do ich języka, ich sposobu bycia, wybuchł wśród najszerszych, dosłownie, mas ludności, bo, powtarzam, jeść musiał każdy.

    A potem potoczyło się już po równi pochyłej.

    Zmiana nazw ulic. Główna ulica w Wilnie, zupełnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nosiła nazwę Mickiewicza, czyli wspólnego Polakom i Litwinom poety. Trzeba więc było okazać się kompletnym matołem politycznym, albo kierować wyłącznie złą wolą, aby zamiast wyzyskać ten moment przez podkreślenie go – zmienić nazwę Mickiewicza na Gedymina, budząc w ten sposób sztuczne podrażnienie wobec imienia Gedymina, któremu w zasadzie nikt w Wilnie nie mógł być przeciwny. Następnie wszystkie prawie ulice uległy zmianie nazw, w sposób najbardziej dziwaczny, a szyldziki przybito oczywiście w jednym tylko języku litewskim. Potem poszły szyldy sklepowe, oczywiście też tylko w jednym języku litewskim, wraz z obowiązującym „zlitewszczeniem” nazwiska właściciela.

    Odtąd, dwustutysięczne miasto, w którym język litewski znało nie więcej jak dwa procent, musiało się już tylko domyślać, co zawierają do sprzedaży sklepy, nie mogąc się połapać, gdzie jest szewc, a gdzie krawiec, że „kirpykla” to fryzjer, a „kepykla” to piekarnia, a „skalbykla” to pralnia. Potem nastąpiło litewszczenie miejscowości, nawet w polskich tekstach obwieszczeń urzędowych. W ten sposób zainteresowana osoba mogła zapoznać się z nowym rozporządzeniem, ale nie wiedziała często rzeczy najważniejszej, gdzie ono obowiązuje. Któż bowiem mógł się domyśleć, że na przykład miejscowość „Czarny Bór” nazywa się nagle „Juodsiliai”, albo „Porubanek” – „Kirtimai” albo „Nowa Wilejka” – „Naujoji Vilnia”!… itp. Oczywiście, że głupota władz działała tu na własną niekorzyść, albowiem każdej władzy zależeć winno na dokładnym zrozumieniu rozporządzeń przez całą ludność.

    W ten sposób zaczęła się akcja litewszczenia kraju, jak się okazało – jedyna państwowa myśl przewodnia, na jaką Litwini w odniesieniu do Wileńszczyzny zdobyć się mogli. (…)

    (…)
    Jako przyrodnik z wykształcenia, nie wierzę w zło i dobro, nie wierzę więc w ludzi złych i dobrych, a tym bardziej w podobny podział narodów. Polityka litewska w Wilnie nie była też przede wszystkim zła, była nade wszystko głupia, nieraz bezdennie głupia. Oddawała jednak zarazem czymś dziwnie wstrętnym, czymś niesłychanie obniżającym poziom stron walczących, obniżającym aż do upodlenia.

    Gdy w rezultacie „reorganizacji” szkół polskich, wyrzucono większość nauczycieli na bruk i mianowano dyrektorów Litwinów do polskich gimnazjów – wybuchł w nich, w grudniu r. 1939, strajk młodzieży szkolnej. Władze zastosowały różne represje, co samo przez się nie stanowiło niespodzianki. Ale te same władze dopuściły się opublikowania w prasie… „Uchwały uczniów Litwinów”. Było coś niezwykle obrzydliwego w tym fakcie, że młodzież, że kilkunastoletnie dzieci, koledzy… w publicznej enuncjacji (denuncjacji) domagali się represji w stosunku do własnych kolegów innej tylko narodowości, domagali się zamknięcia szkół polskich. Dzieci domagały się niedopuszczenia do nauki innych dzieci. – Wstrętne.

    Podobnie obrzydliwą była enuncjacja (denuncjacja) studentów Litwinów, skierowana przeciwko uczelni Wileńskiego Uniwersytetu, opromienionego nb. tradycjami Mickiewiczowsko – romantyczno-„litewskiego” rozkwitu.

    W rezultacie Uniwersytet Stefana Batorego został zamknięty, profesorowie powyrzucani. Pozdzierane wszelkie nadpisy, wszelkie tablice pamiątkowe w języku polskim, wyrzuceni nawet starzy woźni Polacy. Wprowadzona została nauka w języku litewskim.

    Na rok szkolny 1939/40 na uniwersytet, mimo wszelkich trudności i ograniczeń, zapisało się według danych urzędowych: Polaków 2.010, Żydów 436, Rosjan 121, Białorusinów 53, Litwinów 51, innych 24. Wykłady rozpoczęto zatem w języku, którego nie rozumiało przeszło 2 tysiące studentów, a rozumiało nie więcej ponad setka.

    Trzeba się uczyć litewskiego! – wołali w jakiejś spazmatycznej, chorobliwej ekstazie Litwini, dla których kwestia języka zamykała, zdawało się, całokształt zagadnienia państwowego bez reszty. Język litewski w kościołach, w których co niedziela prawie (zwłaszcza w katedrze) urządzano krwawe bójki. Język litewski w sądach, którego nie rozumiały ani strony cywilne, ani oskarżony, ani adwokaci wileńscy, za wyjątkiem jednego. Język litewski w uniwersytecie, którego nie rozumieli studenci. Język litewski na szyldach, których odczytać nie mogli przechodnie. (…)
    Mówiono mi, że w okresie litewskim, tzw. „smetonowskim”, istniało w Wilnie 49 tajnych organizacji polskich. Już sama ich liczba wskazuje, że nie kierowała nimi jednolita myśl polityczna. Pożal się Boże! Co to były za organizacje. Zbierało się po kilku uczniaków i uczennic i padało wielkie słowo: organizacja.

    Opowiadał mi pewien Litwin, człowiek uczciwy, wilnianin, sam wzdrygając się z oburzenia:

    „Idzie ulicą dwóch uczniaków i rozmawia głośno po polsku. Podchodzi do nich mała dziewczynka. Bóg ją wie… pewnie była to Litwinka… wtyka jednemu z uczniaków papierek do ręki. Ten ze zdziwieniem zaczyna rozwijać… Łap! go z drugiej strony za ramię policjant. Tajna odezwa. Dziewczynka, prowokatorka, Litwinka, dziecko jeszcze prawie… śmieje się. Chłopca (to syn mego znajomego – mówi opowiadający) odprowadzają do komisariatu policji, tam oczywiście biją po twarzy i odsyłają do więzienia na Łukiszki…”

    Czy w takich okolicznościach 49 tajnych organizacji młodzieżowych wydaje się komuś liczbą przesadną?

    Za szkolne guziki polskie policjant bije w twarz. Za czapkę polskiego kroju pałką przez łeb. Restauracje były pełne i więzienia były pełne. Areszty, areszty, areszty wciąż nowe. Rewizje. Rewizje. W więzieniach siedziały dzieci po lat czternaście, piętnaście. Oczywiście, pisać nie wolno było o tych sprawach.

    Zimą nastały mrozy. Mrozy były tego roku straszne. Wymarzły sady, wymarzły kartofle w dołach. Istnieje taki przepis od mrozów: spisać na kartce nazwiska dwunastu łysych panów i wyrzucić kartkę przez lufcik – mrozy ustaną. Ktoś w towarzystwie zabawiał się tą receptą. Spisali dziewięć osób, kartki nie wyrzucili, spis został. Nazajutrz była w tym domu rewizja. Policja litewska znalazła spis dziewięciu: „listę nowej polskiej organizacji”.

    Przyszedł wreszcie dzień pogromu Polaków. Bito wszystkich, kto mówił po polsku na ulicy. Zdemolowano lokal operetki polskiej, szyby w polskich redakcjach, rwano na ulicach gazety polskie.
    (…)
    Po kościołach zaczęto więc śpiewać „Boże coś Polskę”. Nowe bicie, nowe areszty. A Sowietom kłaniano się coraz niżej, coraz uprzejmiej salutowano na ulicach.

    Wreszcie wykoncypowano „Ustawę o obywatelstwie” jako szczytowy punkt głupoty politycznej, najbardziej sprzeczną z interesami kraju, najbardziej antykrajową, jaką kiedykolwiek skomponowano na ziemiach wielko – litewskich, podcinającą wszelkie możliwe zainteresowanie ludności we wspólnym działaniu z Republiką Litewską na tym terenie.

    Teraz tendencje polityczne Litwy stały się kartą otwartą. Poprzednio rozmawiałem z p. Czeczetą, naczelnikiem wydziału politycznego przy urzędzie pełnomocnika na „Kraj Wileński”, na temat plotek, jakie powstały wokół rzekomo projektowanego wysiedlenia wszystkich Białorusinów do Sowietów i osiedlenia na ich miejsce Litwinów sprowadzonych z Ameryki. Czeczeta przyznał, że podobny projekt nie jest skonkretyzowany, ale mógłby „okazać się celowym”.

    Niewątpliwie impulsem dla projektodawców posłużyły masowe, niewidziane dotychczas, a możliwe tylko w państwach totalnych, wędrówki ludów, jak w Sowietach i Niemczech.

    Pokrewnym też duchem owiana była litewska „Ustawa o obywatelstwie”, zastosowana do Wileńszczyzny. Wytwarzała ona stan kompletnie paradoksalny. Gdyby została przeprowadzona w całej rozciągłości, wytworzyłaby się sytuacja, w której na terenie 665 tysięcy hektarów, świeżo pozyskanych przez Litwę, liczba „obcokrajowców” przekraczałaby dziesięciokrotnie liczbę obywateli. W samym Wilnie, czyli w stolicy państwa litewskiego, liczącym 200 tysięcy mieszkańców stałych, około 150 tysięcy okazałoby się „obcokrajowcami”. Istotnie, stolica państwa w trzech-czwartych zamieszkała przez ,,obcokrajowców” to zjawisko jeszcze nie notowane w podręcznikach geografii!

    Prócz tego nadmienić wypada, że do liczby „obcokrajowców” nie zaliczano jeszcze „uchodźców”, tzn. kilkunastu tysięcy Polaków, którzy znaleźli się w Wilnie na skutek działań wojennych. Ci podlegali specjalnym prawom, które polegały właściwie na ograniczeniu ich we wszelkich prawach.

    Nie będę się tu wdawał w szczegółową analizę ustawy o obywatelstwie, ani przytaczał jej całkowitego brzmienia, albowiem ulegała ona w przeciągu kilku miesięcy różnym zmianom, odchyleniom i poprawkom, a wkroczenie wojsk czerwonych w czerwcu 1940 roku przeszkodziło jej wykonaniu w pełnej rozciągłości.

    Chodziło w niej głównie, aby wszystkim nie-Litwinom utrudnić uzyskanie praw obywatelskich, zwłaszcza zaś Polakom. Poza tym wyraźnie kładła kres wszelkim dążeniom i aspiracjom Litwy do terenów b. W. Księstwa Litewskiego i to w sposób tak drastyczny, że większość mieszkańców, nawet z najbliższych okolic, położonych w obrębie odwiecznego promieniowania Wilna, traciła prawo do obywatelstwa.

    Granica sowiecko – litewska, rzucona dowolnie o kilkanaście kilometrów na wschód, południe i północ od Wilna, podcinała historyczne korzenie jego rozkwitu nieomal u nasady. W myśl zaś ustawy, odwieczni mieszkańcy kraju, których ruch populacyjny odbywał się normalnie w rejonie 50 do 200 kilometrów wokół centrum – Wilna, uznani być mogli za „obcokrajowców”, o ile urodzili się zaraz za obecną granicą, powiedzmy w Smorgoniach, Bieniakoniach, Brasławiu…

    Trudno sobie wyobrazić politykę „krajową” w Wilnie, która by się godziła z uznaniem za obcokrajowca mieszkańca na przykład… Smorgoń. Tego jednak chciała polityka litewska.

    To były założenia teoretyczne, które, zadając cios śmiertelny tradycjom Litwy historycznej, w praktyce wyglądały zgoła ponuro: „obcokrajowcy” (powtarzam, nie należy ich mieszać z uchodźcami. „Obcokrajowcy” w subtelnościach litewskiej ustawy, to nieraz odwieczni mieszkańcy, posiadający tu nieruchomości) pozbawieni być mieli nie tylko praw obywatelskich, ale również pracy, swobody poruszania. Wydane już zostało nawet zarządzenie, że nie mają prawa korzystać z pociągów inaczej jak za specjalną przepustką. Rygorystyczne wykonanie tego zarządzenia okazało się niemożliwe. Tak na przykład większość bab mleczarek, przywożących codziennie mleko podmiejskimi pociągami do Wilna, okazało się… „obcokrajowcami”.

    Prócz tego, istniał jeszcze punkt ustawy specjalnie złośliwy: można było od urodzenia nie ruszać się z Wilna i pochodzić z dziada-pradziada wilnianina, tym niemniej traciło się prawo do obywatelstwa, o ile nie było się zameldowanym tu dnia 6 sierpnia 1920 roku. Ten paragraf skierowany być miał przeciwko tym, którzy służyli w armii polskiej i którzy mogli w ten sposób brać udział w wojnie przeciwko Litwie. Że ci ludzie wyciągnęli przede wszystkim w pole, aby bronić Wilna przed bolszewikami, nie obchodziło projektodawców ustawy.

    Ustawa o obywatelstwie była produktem złośliwej głupoty, jej forma objawem tępego kabotynizmu.
    Oczywiście, w praktyce uderzała przede wszystkim w aspiracje „krajowe”, których ideologiczną dążnością było połączenie Litwy historycznej z równouprawnieniem wszystkich narodowości. Na drugim dopiero miejscu uderzała w Polaków w ogóle.

    Ale szerokie warstwy społeczeństwa polskiego, złośliwie podszczuwane przez pewne grupy polityczne, usiłujące identyfikować „krajowość” z zaprzaństwem i renegactwem na rzecz litewskości, nie rozumiały tego wówczas, jak często nie rozumieją po dziś dzień. Słyszało się przecie nieraz, już po zajęciu Wilna przez Niemców, takie zdanie wśród Polaków:
    „Oho, Litwini się teraz cieszą i chcą rozciągnąć Litwę po Dniepr”. – Tymczasem Litwini tego właśnie najbardziej ze wszystkich możliwości na świecie – nie chcą.
    (…)

    W małym drewnianym kościółku śpiewają „Boże coś Polskę”. Nie wszyscy wiedzą, że to pieśń patriotyczna, ale brzmi ładnie, po katolicku. Lud na kolanach. Ksiądz oczy ma przymknięte.

    Czego nie dokonało dwadzieścia lat rządów polonizacyjnych, to dopełniło, przyśpieszyło, spopularyzowało kilka miesięcy rządów litewskich. Patriotyzm polski buchnął jasnym płomieniem, ogarnął indyferentnych chłopów, w większości swej Białorusinów. Ludzie zwani w urzędowych polskich raportach: bez skrystalizowanej przynależności narodowej, sami siebie nazywający „tutejszymi”, przeistoczyli się w świadomych „Polaków”.

    Kilka tygodni poprzednich rządów bolszewickich, choć w chaosie dały im jaki taki przybytek (od niego głowa nie boli), ale otwarły jednocześnie oczy na bolszewicką rzeczywistość.

    Nędza sowieckiego państwa jest tak przeogromna, iż nie dała się ukryć nawet w tak krótkim okresie, mimo wielkich wysiłków propagandowych. Nic nie mają, niczego nie widzieli, na wyroby wszelakie, zegarki, materiały, buty, ba! na żarcie rzucali się z apetytem wygłodniałej szarańczy.

    – To nie ludzie – powiada do mnie chłop – toż to czyste karajedy! (korniki)

    Na zmianę im miała przyjść zasobna i świetnie zagospodarowana Litwa. Na terenie wileńskim mogłaby żdziałać cuda, tak wdzięcznym wydawał się ten teren, po wielkiej klęsce Polski, po widmie bolszewickiej gospodarki.
    Język, przymus językowy litewski wytworzył błyskawicznie przepaść, dalsze szykany polityczne rozproszyły ostatnie złudzenia pojednawczych możliwości.
    (…)
    Można by się zatem dziwić, że kierownicy Litwy, sami z chłopów powstali, mogli dopuścić się takiego błędu w opracowaniu politycznego pozyskania kraju. Ale to nie był żaden błąd w opracowaniu. To była po prostu głupota, która nie dopuściła ich do żadnego zastanowienia nad jakimś pozyskaniem. Upór, brak programu, a raczej zacieśnienie tego programu do ślepej polonofobii, w której jako jedyny twórczy paragraf traktowali: język. „Wszyscy niech mówią po litewsku”.

    Później już, po dwukrotnym utraceniu niepodległości przez Litwinów, raz na rzecz Sowietów, drugi na rzecz Niemców, wiedzieliśmy, że praktycznie hasło to stawiali ponad ideę samej niepodległości.

    Polityka językowa litewska rozdrażniła całą ludność, od nacjonalistycznej, uświadomionej inteligencji polskiej począwszy, po proletariat miejski i najbardziej indyferentną i zmaterializowaną biednotę wiejską. Zaś grubiańska metoda w praktycznym stosowaniu tej polityki, zrodziła nienawiść.

    Mam pewnego sąsiada chłopa, o którym za czasów polskich mówiono, że jest Litwinem. Puszczał to mimo uszu i robił swoje. Ostatecznie nie wiedziano, czy jest Litwinem, czy Polakiem. Dopiero za czasów litewskich wyszło na jaw, gdy zaprotestował głośno, iż Litwinem nie jest. Zaprotestował właśnie w okresie, gdy mógł ze swej litewskości czerpać korzyść materialną…

    Inny mój sąsiad, Białorusin rodem z Inflant, do dziś władający kiepską tylko gwarą polską, przyszedł się ze mną pożegnać w styczniu 40 roku.

    – Dokąd? – pytam.

    – A! Nie moga już strzymać. Ida do Polszczy, niechaj daje karabin Litwinów przepędzać!

    Kwestia języka zaprzepaściła sprawę litewską. Odrębność geo-psychiczna Wileńszczyzny od reszty Polski, mimo wiekowego współżycia, jest tak duża, tak często była podkreślana przez niefortunne za czasów polskich centralistyczne posunięcia, czy to drogą osadnictwa obcych tutejszej psychice i wymowie poznaniaków, warszawiaków, Ślązaków, czy to przez nasyłanie obcego tym terenom elementu urzędniczego i nauczycielskiego, że gdyby Litwini przyszli tu z – językiem polskim, właśnie lokalnie polskim, to mimo pozornej paradoksalności zawartej w tej tezie, podejmuję się twierdzić, iż zaistniałaby możliwość pozyskania najszerszych mas ludności dla państwowej idei litewskiej.

    Ale Litwinom nie chodziło o żadną ideę państwową litewską, tym mniej o historyczno-litewską, im chodziło o język litewski. Poza tym, w chorobliwej manii znęcania się nad polskością, nie mogli pominąć tej „szalonej okazji”, gdy mieli polskość przed sobą bezbronną, słabą po rozgromie. Tej „okazji” nie chcieliby pominąć na pewno nawet za cenę utrzymania, czy utracenia, własnej suwerenności. Dlatego rozumiem pewnego Polaka, który wzruszając ramionami powiedział:

    „Litwin to nie narodowość, to choroba”.

    (…)

    Gdy szykany litewskie doszły do punktu kulminacyjnego, gdy ustawa o obywatelstwie i nieznajomość języka groziła nieraz ruiną materialną, gdy nawet dorożkarzom konnym w mieście dano miesięczny termin na nauczenie się języka litewskiego, pod groźbą odebrania prawa jazdy, usłyszałem od jednego z dorożkarzy tę świetną sentencję, obrazującą porównanie dwóch okupacji po upadku Polski.

    W Sowietach żyć można, ale życia nie ma

    W Litwie życie jest, ale żyć nie można.
    (…)
    Ale masy wileńskie nie znały innej apelacji. Nie miały się komu poskarżyć. System policyjny litewski wykluczał nieomal dochodzenie przeciwko policjantowi w praktyce, tym bardziej Polak nie mógł o takim dochodzeniu marzyć. Pozostawało więc… skarżyć się bolszewikom.

    Oto w jak ponurą rzeczywistość przeistoczyły się moje marzenia o wspólnej, zgodnej, trzeźwej akcji wobec wspólnego wroga.

    Akcja litewska szła na rękę temu wrogowi, a nie przeciw niemu.

    Rząd sowiecki, działający notorycznie z „woli mas pracujących”, który w dniu 16 grudnia 1918 roku uznał za istniejącą tylko Sowiecką Republikę Litewską, w dniu 12 lipca 1920 roku zmienił zdanie „mas pracujących” i uznał burżuazyjną Republikę Litewską, odstępując jej zdobyte na Polakach Wilno. We wrześniu r. 1939, z woli mas pracujących, przyłączył Wilno do Białorusi Sowieckiej, ale już po miesiącu „wola mas pracujących” tak kardynalnie przeobraziła swe przekonania, że decyzją rządu sowieckiego, już nie białoruskie Wilna, tylko litewski Vilnius oddany zostaje w ręce litewskiego rządu Smetony.

    (…)
    W gruncie rzeczy nastał obecnie niby moment, o którym marzyłem na jesieni 1939. Mianowicie konflikt sowiecko-litewski. Ale nie miałem już złudzeń: ani Litwa nie będzie się bronić, ani tym mniej nie będzie popierana w tej walce przez Polaków, czy Białorusinów. Jeżeli chodzi o Polaków, o ich masy, to te zupełnie świadomie, natomiast inteligencja polska raczej podświadomie, odczuwały coś w rodzaju Schadenfreude.

    Było to oczywiście najgłupsze, najbardziej ślepe, najbezsensowniejsze uczucie polityczne, na jakie właśnie zdobyć się może tylko masa, niewyrobiona i nie kierowana politycznie opinia, a tak dalece pozbawiona instynktu samozachowawczego, iż cieszyć się może z własnej zguby. Ale uczucie to było zaraźliwe. Zdawało mi się chwilami, że ulegam mu również. Do tego stopnia znienawidzone były w kraju rządy litewskie. Na poczekaniu wyprodukowano nawet piosenkę:

    Raz po zwycięskiej bitwie,

    Musu Wilnius przypadł Litwie,

    A że kobyłka zbyt skakała,

    Musu Wilnius postradała.

    O jej-jej, ponas Bobras nie gieroj! itd.

    (…)
    Istotnie, generał Vitkauskas udał się natychmiast do Gudogaj, przedtem jednak zdążył wydać zarządzenia, wzywające ludność i wojsko, aby przyjaźnie i z „godnością” spotkało wkraczającą armię sowiecką.
    Niepodległość litewska przestała istnieć. Dnia 17 czerwca powołano uległy Sowietom rząd litewski.

    Ucieczka prezydenta Smetony i kilku jeszcze osób spośród świata politycznego i plutokracji litewskiej, była jedynym widomym znakiem narodowej kontrakcji. Ale uciekło tylko kilku. Nawet minister Skuczas, rzekomy główny sprawca prowokacji antysowieckich, pozostał, jak królik zahipnotyzowany wzrokiem węża. Aresztowanego, odesłano do Moskwy, gdzie nb. spotkał się w więzieniu z b. premierem polskim, płk Kozłowskim.

    Pozostała na swych miejscach, ciepłych dochodach, gospodarstwach, posadach, urzędach, sztabach i ministerstwach – cała Litwa. Dyrektorzy departamentów i generałowie, oficerowie i urzędnicy, poczta, koleje, teatry, kina, gazety, orkiestry wojskowe, sztandary, godła państwowe. I wszystko to razem przeszło bez słowa, jeżeli nie liczyć słów podłego przypochlebstwa i sztucznego entuzjazmu na rzecz Sowietów – pod obce panowanie. Wyrzekło się własnej państwowości, ojczyzny, wolności. Oficerowie zdjęli po prostu epolety i naczepili sierpy z młotem. W ciągu dwudziestu czterech godzin zastąpiono godło Pogoni – gwiazdą czerwoną, jakby chodziło tu o jakieś wewnętrzne, drobne zarządzenie administracyjne.

    Z całym przekonaniem oświadczam, że świat nie znał jeszcze takiego upadku i bezmiaru upodlenia. Bywało tak, iż jakieś państwo widziało się zmuszone do poddania. Bywało, że w obronie swej zostało zdradzone. Bywało zaskoczenie, które nie dało czasu na wydobycie miecza z pochwy. Bywały chwile słabości narodu, iż tylko nieznaczna jego mniejszość porywa się w męskiej obronie i rozpaczliwym proteście. Bywały samobójstwa ludzi opuszczonych, generałów bez wojska, wodzów bez narodu. Ale żeby wszyscy jak jeden mąż, z orkiestrą i rozwiniętymi sztandarami ojczyzny, z całym aparatem państwowym nie tyle poddawali się, co przechodzili na stronę i w niewolę obcego, starzy i młodzi! Pod najpotworniejsze jarzmo bolszewickie! Takiego wypadku w historii narodów jeszcze nie było.

    Działo się więc coś takiego, od czego ni to mrówki chodziły po skórze, ni to wrażenie jakiegoś zanurzania w kadzi obrzydliwości. Oficer litewski, który nie zdążył jeszcze połapać się w rangach wojskowych sowieckich, salutował na chybił trafił każdemu z nich. A żołnierze czynili to już z jakąś masochistyczną rozkoszą… Z dworca wileńskiego wychodzi jakiś bolszewik, idzie mimo autobusowej stacji, gdzie na barierce skweru siedzi z dziesiątek konduktorów i szoferów. Porywają się zaraz z jakąś obleśną, niewolniczą, rabską wiernopoddańczością i salutują. Mają durny, psi wyraz i czynią tak właśnie, tak jak to zwykł czynić pies, gdy ma okazję polizać rękę albo zamerdać ogonem. Bolszewik spogląda na nich raczej zdziwiony i odsalutowuje szybko. Nie ma pojęcia, co to są za mundury. (…)

  25. wet3 said

    @ Piotrx (24)
    Prosze nie zapomniec o Litwinach-Komipermiakach i poszukac na stronie bialoruskiej artykuly na ich temat. Praktycznie pokrywaja sie z Ciechanowiczem.

  26. JO said

    „Czego nie dokonało dwadzieścia lat rządów polonizacyjnych, to dopełniło, przyśpieszyło, spopularyzowało kilka miesięcy rządów litewskich. Patriotyzm polski buchnął jasnym płomieniem, ogarnął indyferentnych chłopów, w większości swej Białorusinów. Ludzie zwani w urzędowych polskich raportach: bez skrystalizowanej przynależności narodowej, sami siebie nazywający „tutejszymi”, przeistoczyli się w świadomych „Polaków”.”

    Nie jest prawda, ze chlop nie znal swojej przynaleznosci narodowej. Te kwestie nalezy rozpatrywac z pozucji Chlopa a nie „inteligenta”. Chlop w Rz b dlugo wiedzial , ze jest chlopem a nie szlachcicem. Narod – czyli ludzi o prawach politycznych – tworzyla szlachta. Chlop przynalezal do szlachty i uwazal sie za tego ktorym byl szlachcic. Skoro szlachcic byl Polakiem, to i chlop byl Polakiem.

    Konfuzja powstala, gdy Polak w znaczeniu Krolestwa Katolickiego Rzeczpospolita – przeistaczal sie w Obywatela Austrii, Prus, Rosji a potem Ukrainy Komuniostycznej, ZSRR, II Rzeczpospolitej – Polski, Bialorusi i Litwy.

    Ten Chlop pogubil sie, zostal skinfuzjowany – moim zdaniem celowo przez znane nam plemie i ich poplecznikow. Na tej Chorej bazie „XIX wiecznych Narodow Bezboznych” – nowej nomenklatury Zydowskiej Narodow, porewolucyjnej ohydy, postoswieceniowego g…a – dzis Uni buduja Konflikty, rozbijaja panstwa, rozbijaja narody i tworza nowe narody i znow rozbijaja narody, ktore sami tworza……Marks – Talmud – Ciagla Rewolucja – smierc i mamona dla unych.

    Ostatnio czytalem jakas ksiazke – zapomnialem tytul i autora ale pamietam postac z niej, kobiete, ktora byla dumna z tego, ze pochodzila z czasow Panszczyznianych – Pamietala Panszczyzne i relacje w tamtych czasach panujace, ktore Zydzi i Rewolucjonisci przeklamali.

  27. aga said

    Wspaniały wykład historyczny n.t. Hołdu ruskiego.
    ks. dr. hab. Piotr Natanek

    http://all.gloria.tv/?media=212293

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: