Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Boydar o Wolne tematy (49 – …
    Głos Prawdy o Wolne tematy (49 – …
    Boydar o Wolne tematy (49 – …
    Głos Prawdy o Wolne tematy (49 – …
    angol o Ostateczny cel Rosji – b…
    Głos Prawdy o Wolne tematy (49 – …
    Andzia o Ostateczny cel Rosji – b…
    Andzia o Wolne tematy (49 – …
    Piotr B. o 600 mld dolarów na eksport…
    kontra o Wolne tematy (49 – …
    Boydar o Ostateczny cel Rosji – b…
    Głos Prawdy o Wolne tematy (49 – …
    Głos Prawdy o Wolne tematy (49 – …
    Gość o KE pracuje nad przekazaniem Uk…
    kontra o Wolne tematy (49 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 617 obserwujących.

Tabu śmierci mózgowej

Posted by Marucha w dniu 2012-01-03 (Wtorek)

Z Renate Greinert, matką chłopca, któremu po wypadku w 1985 r. pobrano organy do transplantacji, autorką książki „Kwestia sporna – dawstwo organów. Umrzeć w stanie nienaruszonym. Walka matki”, rozmawia Agnieszka Żurek.

Jest Pani inicjatorką listu otwartego do kanclerz Niemiec Angeli Merkel, w którym postuluje się konieczność przeprowadzenia rzetelnej debaty na temat przemilczanych aspektów transplantologii. Co stało się bodźcem do napisania tego apelu?
– Został on napisany w imieniu całej grupy osób, które nie uznają kategorii śmierci mózgowej za kryterium wystarczające do orzeczenia zgonu. W mojej opinii, osoby w śmierci mózgowej są w rzeczywistości ludźmi umierającymi, a nie umarłymi. Jeśli jest to kobieta w ciąży – jest w stanie wydać na świat dziecko, jeśli mężczyzna – zachowuje płodność. Miałam udział w powstaniu wspomnianego listu jako osoba, która bezpośrednio zetknęła się z tym zagadnieniem. Jestem matką trojga dzieci. Jeden z moich synów został potrącony przez samochód, kiedy jechał na rowerze. Widziałam moje dziecko w stanie śmierci mózgowej. Okazywał wszystkie oznaki życia. Widziałam mojego syna wtedy, kiedy orzeczono u niego śmierć mózgową, i zobaczyłam go także w dniu jego pogrzebu. W tych dwóch momentach wyglądał diametralnie różnie. Kiedy orzeczono u niego śmierć mózgową, wciąż wyglądał jak osoba żywa.

To musiał być dla Pani wstrząs.
– Tak. Zaczęłam rozumieć, że człowiek martwy nie może być, według mnie, dawcą pewnych organów. Przez szereg lat wielu lekarzy mówiło mi, że się mylę, że jestem matką wciąż pogrążoną w żałobie i dlatego nie mogę być wiarygodna. Istniała jednak spora liczba naukowców, lekarzy, teologów i przedstawicieli innych profesji krytycznych wobec definicji śmierci mózgowej. Część lekarzy i naukowców uznała natomiast śmierć mózgową za obowiązującą definicję śmierci. Stoję na stanowisku, że opinia publiczna powinna dowiedzieć się o istnieniu tych dwóch grup reprezentujących przeciwstawne stanowiska. Dopiero wtedy każdy będzie miał możliwość indywidualnego podjęcia decyzji o oddaniu organów do przeszczepu.

Pani nie miała takiej możliwości.
– Kiedy zostawiłam swojego syna w szpitalu po tym, jak lekarze poinformowali mnie o jego śmierci, nie sądziłam, że mogę zostać przez nich zmanipulowana. Pochodzę z rodziny lekarzy i prawników i nie mieści mi się w głowie, że można oszukać kogoś w takiej sprawie. Miałam jednak wrażenie, że coś jest nie tak, nie mogłam przestać o tym myśleć. W końcu poprosiłam o otwarcie trumny z ciałem mojego syna. I wtedy zobaczyłam różnicę. Ciało mojego dziecka wyglądało zupełnie inaczej niż w momencie, kiedy orzeczono u niego śmierć mózgową. Od tamtej pory byłam pewna, że stało się coś niewłaściwego. Zaczęłam szukać informacji na temat śmierci mózgowej i przeszczepów. To było bardzo trudne, ponieważ ten temat otoczony jest zmową milczenia. Tymczasem gdybym wcześniej posiadała odpowiednią wiedzę, nigdy nie zgodziłabym się na to, żeby mój syn stał się dawcą organów.

Czy na drodze poszukiwania wiedzy na temat śmierci mózgowej spotkała Pani sprzymierzeńców?
– Tak, spotkałam się z Hansem Jonasem, który napisał esej na temat definicji śmierci. On właśnie jako pierwszy zaprotestował przeciwko przyjmowaniu kryterium śmierci mózgowej za obowiązujące. Napisał tekst na ten temat tuż po tym, jak zmieniono definicję śmierci, wprowadzając kategorię śmierci mózgowej. Hans Jonas zachęcił mnie, żebym nie ustawała w swoich poszukiwaniach i żebym zaczęła zabierać głos publicznie, mówiąc o tym, czego doświadczyłam. Podkreślił: „Ludzie muszą wiedzieć, że człowiek nie składa się jedynie z materii, ale że jest kimś więcej”. Jonas uważał, że opinia publiczna jest w stanie przyjąć argumenty podważające kryterium śmierci mózgowej, pod warunkiem jednak, że będzie miała dostęp do wiedzy.

Pracuje Pani także z innymi rodzicami, których spotkała podobna tragedia.
– Tak, działamy razem. Wielu rodziców po podjęciu decyzji o wyrażeniu zgody na oddanie organów ich dzieci do przeszczepów bardzo cierpi. Bywa, że te rany nigdy się nie goją, że ból trwa całymi latami. Poznałam kobietę, która dopiero 26 lat po wyrażeniu zgody na to, żeby jej dziecko zostało dawcą organów, była w stanie zacząć o tym mówić. Bywa, że ci rodzice zaczynają chorować, leczą się psychiatrycznie, ale nie mogą mówić publicznie o tym, co przeżyli. Mają wielkie poczucie winy i czują, że pozwolili na zabicie swojego dziecka na stole operacyjnym.

Tymczasem wina leży raczej po stronie tych, którzy nie zapewniają właściwego dostępu do informacji.
– Bywa, że na rodziców wywierana jest silna presja, aby wyrazili zgodę na przeznaczenie organów ich dzieci do transplantacji. Niektórzy lekarze posuwają się wręcz do manipulacji. Mówią na przykład: „Wie pani, w tej chwili jakaś mama siedzi przy łóżku swojego chorego dziecka. To dziecko umrze, jeśli nie zgodzi się pani na pobranie organów do transplantacji. Jeśli powie pani „nie”, będzie pani winna śmierci tamtego dziecka”. Matka, która jest w rozpaczy z powodu śmierci własnego dziecka, nie ma siły, aby udźwignąć ciężar odpowiedzialności za śmierć kolejnego człowieka. Zdarza się, że zdezorientowana wyraża zgodę. Świadomość wagi tej decyzji przychodzi później. Zdarza się, że rodzice nigdy już nie wracają do tego, co się stało, ukrywają to wydarzenie głęboko w podświadomości. Czasami dzwonią bądź piszą do mnie, zadają pytania, ale na ogół czynią to anonimowo. Mało jest osób, które mówią otwarcie o tym, co je spotkało.

Dlaczego?
– Wynika to z poczucia winy, ale i ze zmowy milczenia wokół tej kwestii. Część lekarzy transplantologów zdaje sobie sprawę z tego, jak poważnych problemów może im przysporzyć otwarta dyskusja na ten temat. Rodzice, którzy w zwykłych warunkach mogliby przeżyć żałobę po stracie dziecka i powrócić do normalnego funkcjonowania, w sytuacji, kiedy wyrażają oni zgodę na pobranie narządów, przeżywają niekończące się poczucie winy. Efekt jest taki, że ze zdrowego człowieka czyni się chorego.

Czy lekarze transplantolodzy są tego świadomi?
– Myślę, że tak. Problemem jest natomiast rozmycie odpowiedzialności. Jedna grupa lekarzy odpowiedzialna jest za stwierdzenie śmierci mózgu, inna – za pobranie organów, trzecia wreszcie – za wszczepienie tych organów innemu człowiekowi. Nikt nie czuje się zatem do końca odpowiedzialny za to, co się w rzeczywistości dzieje.

Problem kontrowersji wokół transplantacji ma wymiar międzynarodowy. Zapewne utrzymuje Pani kontakt z osobami z innych krajów sceptycznymi wobec przeszczepów.
– Tak. W lutym 2005 roku uczestniczyłam w Rzymie w konferencji poświęconej zagadnieniu śmierci mózgowej. Wzięło w niej udział wielu przedstawicieli świata medycznego z całego świata. Organizatorem konferencji była Papieska Akademia Nauk. Było to jeszcze za życia bł. Jana Pawła II, który bardzo interesował się zagadnieniami dotyczącymi definicji śmierci mózgowej. Tuż przed swoją śmiercią zaprosił do dyskusji na ten temat międzynarodowe grono naukowców. W dostępnym na stronach Stolicy Apostolskiej liście z 1 lutego 2005 roku skierowanym do Papieskiej Akademii Nauk Jan Paweł II pobłogosławił pracę naukowców, którzy zgromadzili się, aby „zbadać jeszcze raz, na drodze poważnych interdyscyplinarnych studiów, szczególne zagadnienie „oznak śmierci””. Protokół z tej konferencji, także w języku angielskim, jest dostępny na stronie internetowej naszego stowarzyszenia zrzeszającego rodziców, którzy wyrazili zgodę na oddanie organów swoich dzieci do transplantacji: http://www.initiative-kao.de. W 2009 roku odbyła się w Rzymie kolejna konferencja poświęcona temu zagadnieniu. Najwięcej materiałów na ten temat można znaleźć w internecie, brakuje ich natomiast w mediach głównego nurtu.

Z czego to wynika?
– Brak dyskusji o śmierci mózgowej wynika po trosze także z faktu, że ludzie w ogóle nie chcą myśleć o śmierci. Wiele osób popiera przeszczepy, ponieważ zakłada, że może pewnego dnia sami znajdą się w sytuacji, kiedy to oni będą ich potrzebować. Nie myślą o sobie jednak jako o dawcach, ale jako o ewentualnych biorcach. Wolą odsuwać od siebie myśl o własnej śmierci. Tymczasem na ten temat trzeba mówić, mówić i jeszcze raz mówić. Tematowi transplantacji poświęciłam książkę „Konfliktfall Organspende. Unverseht sterben. Der Kampf einer Mutter” („Kwestia sporna – dawstwo organów. Umrzeć w stanie nienaruszonym. Walka matki” [książka nie została jeszcze przetłumaczona na język polski – przyp. red.]. Jako że właściwie wszystkie oficjalne instytucje popierają przeszczepy, jakakolwiek presja na lekarzy i na polityków może być wywierana jedynie „oddolnie”, poprzez nacisk opinii publicznej.

Jak ocenia Pani stan wiedzy niemieckiego społeczeństwa w tym obszarze?
– Jest niski. Dziennikarze zaczęli poruszać ten problem ok. 2 lat temu. Wcześniej był to temat tabu. Istotnym aspektem tej sprawy jest fakt, że wiele gazet jest sponsorowanych przez koncerny medyczne bądź farmaceutyczne popierające transplantacje. Lekarze ani tym bardziej politycy także nie chcą rozmawiać na temat definicji śmierci.

Tymczasem Państwo poprzez swój list z końca listopada 2011 roku domagają się podjęcia takiej właśnie dyskusji.
– Aby móc odpowiedzialnie powiedzieć „tak” lub „nie” w kwestii transplantacji, trzeba najpierw mieć dostęp do informacji.

A jakie jest Pani osobiste zdanie w tej sprawie?
– Po zgłębieniu wielu źródeł wiedzy na ten temat stoję na stanowisku, że przeszczepy organów są dopuszczalne jedynie w sytuacji, kiedy obie osoby – zarówno dawca, jak i biorca – żyją i kiedy przeszczep dotyczy organów, bez których życie jest możliwe. W innych wypadkach powinno się zakończyć proceder transplantacji i szukać innych sposobów ratowania życia chorych.

Dziękuję za rozmowę.

http://naszdziennik.pl/

Komentarzy 15 do “Tabu śmierci mózgowej”

  1. Kronikarz said

    😉

  2. Centuria said

    Znałam kiedyś kobietę, która z nami pracowała. Była schorowana, miała zaawansowaną cukrzycę. Doszło do tego,że była już podlączona do aparatury i lekarze stwierdzili, że nie ma szans i trzeba ja odłaczyć. Dostaliśmy w pracy e-mail, że w weekend mają ją odlaczyc. No i tak sie stało… Tyle, że zamiast umrzeć kobieta owtorzyła oczy i poprosiła o coś do jedzenia. Żyła jeszcze po tym jakieś 3 lata.

  3. mocniejszy said

    Ponad rok temu pisałem o tych sprawach na blogu, wtedy jeszcze na Frondzie. Po lekturze wywiadu z dzisiejszego „Naszego Dziennika”, przypominam mój tekst na obecnym blogu:

    „Człowiek jako zestaw części zamiennych”

    http://mocniejszy.wordpress.com/2012/01/03/czlowiek-jako-zestaw-czesci-zamiennych/

  4. Easy Rider said

    Z uwagi na rangę sprawy, postanowiłem włączyć się w tę dyskusję, przekazując (z drobnymi zmianami) wypowiedź mojego autorstwa z forum Prawda2.info z listopada 2007 r., kiedy jeszcze było to normalne miejsce wymiany myśli.

    Ideologia transplantacyjna

    Metoda leczenia przy pomocy transplantacji od wielu lat jest przedstawiana jako sztandarowe osiągnięcie medycyny, co szczególnie dotyczy serca. Ja uważam, że jest to ślepa uliczka, gdyż tego rodzaju terapia nie może być przyjęta jako powszechna choćby ze względów praktycznych, takich jak koszty oraz brak możliwości regularnej dostawy organów. Z uwagi na obszerność tematu, pewne sprawy postaram się tylko zasygnalizować.

    Zacznijmy od kwestii filozoficzno-moralnych. Wydaje mi się, że nie można utożsamiać do końca tylko z chrześcijaństwem postawy moralnej stanowiącej, że ciało stanowi pewne sacrum, któremu należy się szacunek również po śmierci, w przeciwnym wypadku nie zakładalibyśmy cmentarzy, pomników i obchodzili Dnia Zmarłych, co należy do tradycji nie tylko kościelnej, ale również świeckiej i ma głębokie umocowanie w wierzeniach dawnych, przedchrześcijańskich ludów Europy, w tym słowiańskich. Świadkowie Jehowy porównują nawet przeszczepy do ludożerstwa, co może jest skrajnością, ale świadczy o emocjonalnym stosunku do tej w gruncie rzeczy kontrowersyjnej sprawy. Dziwnie na tym tle wygląda stanowisko Krk, który uległ ideologom transplantacyjnym (taki ci on „postępowy”!) i wyraził zgodę (nawet w osobie JPII) na dokonywanie przeszczepów.

    W rzeczy samej, stanowisko ideologów transplantacyjnych sprowadza ciało ludzkie do rezerwuaru części zamiennych, z których po śmierci człowieka można korzystać do woli, bo denatowi są już niepotrzebne. Człowiek w chwili śmierci staje się tylko „dawcą”, który to termin jest już dla mnie wystarczającym powodem zakwalifikowania tego rodzaju praktyk jako antyhumanitarnych. To jest po prostu skutek oficjalnej dominacji medycyny opartej na „kartezjańskiej” koncepcji człowieka jako złożonej maszyny.

    Często słyszy się w mediach takie komunikaty, że ktoś bardzo chory oczekuje na „dawcę” organu i towarzyszy temu jakby nie wiadomo do kogo skierowana pretensja, że dawcy takiego jeszcze nie ma. W tym momencie dla mnie nie do przyjęcia jest sytuacja, w której chęci uratowania komuś życia towarzyszy oczekiwanie (żeby nie powiedzieć: czyhanie) na czyjąś śmierć. Takie podejście do sprawy stwarza to zachętę do różnych grup przestępczych, które dokonują porwań dzieci dla pobierania od nich organów do przeszczepów, powstał nawet swego rodzaju rynek organów ludzkich.

    Należy tutaj zwrócić uwagę na okoliczności, w jakich muszą być pobrane organy – człowiek nie może być w stanie śmierci biologicznej, gdyż taki organ jest bezwartościowy dla transplantacji. To musi być taki nie do końca ustalony stan między śmiercią kliniczną a biologiczną. To jest bardzo cienka linia, gdyż objawy śmierci nie są zawsze jednoznaczne i niekiedy bywa, że człowiek wraca do życia ze stanu teoretycznie beznadziejnego. Czy można wierzyć w tym przypadku wszystkim lekarzom, że w imię korzyści materialnych nie dokonają przedwczesnego uznania za zmarłego kogoś , kto może nadawać się na „dawcę”, jeżeli mamy jeszcze w pamięci lekarzy z łódzkiego pogotowia podających pacjentom pavulon?

    Wątpliwości moralne co do metody transplantacji pogłębiają ujawnione w ostatnich latach fakty związane z psychologicznym czy raczej może duchowym aspektem transplantacji. O tym nie mówi się w mainstreamowych mediach, a jedynie w kuluarach konferencji naukowych lub w mediach ezoterycznych. Otóż okazuje się, że osoby z przeszczepionymi organami otrzymują również osobowość „dawcy”. Potwierdza to cały szereg faktów dotyczących zmiany charakteru osób z dokonanymi przeszczepami na taki, jaki posiadał „dawca”. Niekiedy dochodzi do sytuacji dramatycznych, zwłaszcza gdy „dawcą” była osoba zamordowana – pojawiają się przeżycia i wizje związane z morderstwem. Opisywano np. przypadek dziewczynki z USA, która miała przeszczepione serce zamordowanej ofiary i nie mogła spać, gdyż miała wizje mordercy tak wyraźne, że na tej podstawie sporządzono rysopis sprawcy i doszło do jego aresztowania.

    Pozostaje jeszcze kwestia prawna – przyjęto zasadę domniemanej zgody „dawcy” na udostępnienie organów. Oznacza to, że w przypadku śmierci naszej lub bliskich, każdy może pobrać dowolne organy w celu transplantacji. To jest pewien horror. Uważam, że z humanitarnego punktu widzenia powinna być przyjęta zasada domniemanego braku zgody na pobranie organów, jeżeli ktoś za życia nie wyraził takiej zgody. Ale często w praktyce pobranie organów spotyka się ze sprzeciwem rodziny, czemu się nie dziwię. Stąd też, powstała ostatnio zmasowana kampania zachęcająca do noszenia przy sobie oświadczeń woli wyrażających zgodę na pobranie organów w razie śmierci. Hasło tej kampanii – „Nie zabieraj organów do nieba” stanowi kpinę z religii i wszelkiej duchowości. Dziwne, że hasło to nie wzbudziło sprzeciwu funkcjonariuszy Krk, w innych przypadkach wykazujących niezwykłą „czujność ideologiczną”. W tym kontekście, jako wyjątkowo kuriozalną można potraktować wypowiedź jakiegoś księdza spod Żywca, który w tekście pod tym właśnie tytułem „Nie zabieraj organów do nieba” (http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20071116/REPORTAZ/71115069) przekazywanie organów do przeszczepów traktuje jako realizację zasady non omnis moriar. Nie wiadomo – śmiać się czy płakać? Ale ogólnie – na pewno należy bać się dalszych „postępów” ideologi transplantacyjnej.

  5. — Jak mi sie wydaje , dyskusje podejmuja glownie osoby znajace temat zawodowo lub doswiadczone zdarzeniami . Ja mimo ze nie , to podniesiony tu problem obchodzi mnie . Wiedzac o aferze „lowcow skor ” w Lodzi , moge sie obawiac ze tacy „lekarze” zdarzyc sie moga wszedzie . Ludzie w podrorzy , trasie , w wypadkach , z dala od bliskich w tragicznych sytuacjach — nawet nie zdani na laske ale trafiajacy w sidla , takich z nazwy lekarzy , to ich straszny pech , to zgroza i ciarki . Uprawomocnic domniemanie zgody , to „mengele” za patrona sobie obrac . Takie moje zdanie .

    Po drugie , o jakiej rzetelnosci dyskusji w tym artykule . Miedzy innymi , przytacza sie inicjatywe Papieskiej Akademii Nauk i Jana Pawla II , mieli sie temat przez iles wierszy , by do konca nie dac wiedzy , uczestnikom forum o akceptacji procederu przez jak wyzej .

  6. Carlos said

  7. czytelnik said

    Faktycznie z tym „usmiercaniem” to cos ostatnio nie tak.

  8. Boryna said

    Dzisiaj lekarze uśmiercają chorych, którzy nie mają pieniędzy na zapłacenie 100% ceny leku. I to jest problem o znacznie większej skali niż transplantacja.

  9. Guła said

    Juści, lekarze.

    Ale wychodząc z założenia że to lekarz powinien pacjentom kupować lekarstwa, to i owszem lekarze.

  10. Guła said

    Jak widać pijar osiąga cel …zawsze.

  11. Kronikarz said

    Mocniejszy

    …wprawdzie sygnalizowal ponizszy tekst, ale przez skromnosc chyba go nie zacytowal, wiec robie to teraz ja ; cf. oryginal w kwestii prezentacji i komentarzy :

    http://mocniejszy.wordpress.com/2012/01/03/czlowiek-jako-zestaw-czesci-zamiennych/

    Człowiek jako zestaw części zamiennych

    3 Styczeń 2012 Autor: mocniejszy

    Obraz z XVI wieku przedstawiający przeszczep nogi dokonywany przez świętych Kosmę i Damiana żyjących na przełomie II i III wieku.

    Transplantologia traktuje człowieka jak maszynę, którą można naprawić używając części z innej maszyny. Konsekwencje tego są przerażające. Dlatego, że nie ogranicza się transplantologia do przeszczepów, które dawca może i powinien przeżyć.

    Większość zjadaczy chleba wyobraża sobie, że zabijanie dawców narządów ma miejsce w dzikich krajach. Nagłaśniane jest zabieranie narządów w Chinach od więźniów, w Brazylii od dzieci ulicy, czy w Izraelu od jeńców. O naiwna nieświadomości. Prawda jest stokroć okrutniejsza.

    Wmawia się obywatelom, jakoby istnieje coś takiego jak pobieranie narządów od zmarłych i jakoby właśnie zmarli są głównym źródłem ludzkich części zamiennych w tak zwanych normalnych krajach. Jest to taka ładna bajka o tym, że są złe transpalntacje, gdzie się zabija dawców i dobre, gdy się czeka aż najpierw zemrą. Kłamstwo. Kłamstwo tysiąckroć powtarzane, w które wierzy wielu i nawet, gdy podaje się im prawdę na srebrnej tacy, przerażenie nie pozwala im jej przyjąć.

    Nie ma czegoś takiego jak pobieranie narządów od zmarłych, ponieważ martwe narządy nie nadają się do przeszczepu. Zapomnijmy o filmach z doktorem Frankensteinem, organ pobrany od nieboszczyka w niczyim ciele nie ożyje, w każdym razie nie zrobi tego za sprawą medycyny. Za to przypomnijmy sobie jakże liczne sceny z rozmaitych fabuł i dokumentów, gdy pokazywany jest transport narządów do przeszczepu i podkreśla się konieczność szybkiego dostarczenia żywego narządu, przykładowo bijącego serca do biorcy. Porzućmy propagandowy obraz transplantologii i zobaczmy ją taką, jaka jest.

    W sytuacjach, gdy mówi się o pobieraniu od dawców nieżywych, narządy wycina się ludziom umierającym lub w ciężkim stanie albo w śpiączce. Transplantacji od tak zwanych zmarłych towarzyszy więc eutanazja. Czy prawo, na przykład prawo polskie, na to pozwala? Konstytucja nie, kodeks karny nie, ale część prawa lekarskiego tak – obwieszczenie ministra zdrowia z dnia 17 lipca 2007 r. w sprawie kryteriów i sposobu stwierdzenia trwałego nieodwracalnego ustania czynności mózgu. Ten akt normatywny najniższej rangi robi sobie kpinę z praw człowieka przy pomocy takiego zdefiniowania rozpoznawania tak zwanej śmierci mózgu, aby żyjącego człowieka nawet z aktywnym mózgiem uznać za nieboszczyka. Zatem wielka zbrodnia opiera się na dwóch małych definicjach – śmierci mózgu i jej rozpoznania.

    Uwagę zwraca zwłaszcza następujący fragment obwieszczenia:

    „Uwaga II: Objawy, które nie wykluczają rozpoznania śmierci pnia mózgu.

    Następujące objawy pochodzą z rdzenia kręgowego lub nerwów obwodowych i nie należy ich mylnie interpretować jako dowód na zachowana czynność pnia mózgu:

    1) subtelne, okresowe i rytmiczne ruchy mięśni twarzy — to zjawisko może wynikać z odnerwienia mięśni w obszarze unerwianym przez nerw VII,

    2) zgięciowe ruchy palców dłoni,

    3) toniczne odruchy szyjne — ruchy szyi, złożone ruchy kończyn inne niż patologiczne zgięcie lub wyprost. Zgięcie tułowia, powolny obrót głowy oraz przywodzenie w stawach ramiennych ze zgięciem w stawach łokciowych. Takie ruchy zdarzają się czasem podczas testu bezdechu lub po stwierdzeniu śmierci mózgu i odłączeniu respiratora; mogą one przybierać dramatyczna formę (tzw. objaw Łazarza),

    4) inne ruchy tułowia, obejmujące asymetryczne ustawienie tułowia z odgięciem głowy do tyłu, zachowane głębokie i powierzchowne odruchy skórne brzuszne,

    5) zachowane odruchy ścięgniste, objaw trójzgięcia (w stawie biodrowym, kolanowym i skokowym, np. podczas wywoływania objawu Babińskiego),

    6) naprzemienne ruchy zgięciowe i wyprostne palców stop (objaw falujących palców stop) lub zgięcie palców stop po opukiwaniu stopy, dodatni objaw Babińskiego,

    7) odruch polegający na nawróceniu i wyproście kończyny górnej”.

    Mimo że dawca ma wymienione wyżej odruchy, obwieszczenie uznaje go za… nieboszczyka!

    Tekst obwieszczenia:

    http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WMP20070460547

    __________

    Powyższy tekst po raz pierwszy opublikowałem 23 listopada 2010 roku na portalu Frondy. Usunąłem go z frondowego bloga wraz z innymi w proteście przeciw cenzurowaniu moich tekstów i blokowaniu konta.

    Ilustracja nie była wykorzystana w tekście pierwotnym. Pochodzi z Wikipedii (Plik:Beinwunder Cosmas und Damian.jpg). Jest dodana do omówienia hasła „Przeszczepianie narządów” w języku polskim oraz w niektórych innych językach. Czy użycie w encyklopedii obrazu legendarnego zabiegu w wykonaniu świętych chrześcijańskich ma na celu przekonanie chrześcijan do zaufania transplantologii?

    Ciekawy artykuł, który skłonił mnie do ponownego opublikowania mojego tekstu:

    Tabu śmierci mózgowej, Nasz Dziennik, 3 stycznia 2012 roku.

  12. Kronikarz said

    Czesci zamienne walaja sie w bloscie i kurzu, prosze :

  13. aga said

    Przedsmak piekła i nieba

    Howard Storm urodził się w 1946 r. w stanie Massachusetts. Przez 20 lat był profesorem sztuki na Uniwersytecie Northern Kentucky. Jako ateista był przekonany, że śmierć jest definitywnym końcem istnienia człowieka. Jego ateizm prysł jak bańka mydlana po doświadczeniu ciężkiej choroby i śmierci klinicznej podczas wakacyjnego pobytu w Paryżu w 1985 r. Największa telewizja katolicka na świecie EWTN wiosną 2003 r. wielokrotnie powtarzała wywiad z prof. Howardem Stormem.

    W obliczu cierpienia i śmierci

    Latem 1985 r. prof. Howard Storm razem ze swoją żoną i grupą studentów przebywał w Europie, zwiedzając najważniejsze centra sztuki. Ostatnim etapem ich podróży był Paryż. W przeddzień odlotu do USA zwiedzali wystawę sztuki współczesnej w centrum Georges’a Pompidou. Było to dla nich jedno z najważniejszych wydarzeń podczas europejskiej podróży. Następnego dnia rano Howard Storm poczuł przeszywający ból żołądka, jakby został ugodzony pociskiem. Było to tak wielkie cierpienie, że nie mógł powstrzymać się i dosłownie wył z bólu. Wezwany lekarz stwierdził przebicie dwunastnicy, dał zastrzyk morfiny w celu uśmierzenia bólu i skierował na natychmiastową operację.

    Po przewiezieniu do szpitala prześwietlenie wykazało, że w dwunastnicy jest duży otwór spowodowany najprawdopodobniej przez wrzody. Aby zapobiec śmierci, konieczna była natychmiastowa operacja. W miarę upływu czasu morfina przestawała działać. Oczekując na operację, prof. Storm intuicyjnie czuł, że są to ostatnie chwile jego życia. Rozpaczliwie prosił o pomoc personel szpitala. Ponieważ był to czas wakacji i wielu lekarzy przebywało na urlopach, Storm musiał czekać na operację kilkanaście godzin. W doświadczeniu porażającego bólu minuty wydawały mu się tak długie jak godziny. Był zrozpaczony brakiem zainteresowania i obojętnością personelu. Stawiał sobie pytania, co stanie się z jego żoną i dwójką dzieci, z jego obrazami, domem, ogrodem i wszystkimi drogimi mu rzeczami, jeżeli umrze. Myśl o śmierci przerażała go, miał dopiero 38 lat i był dobrze zapowiadającym ,się artystą. Za wszelką cenę chciał żyć, ale gwałtownie tracił siły, z wielkim trudem mógł oddychać, podnieść głowę i coś powiedzieć. Po 10 godzinach pobytu w szpitalu pielęgniarka powiadomiła go, że chirurg poszedł do domu i operacja może się odbyć dopiero następnego dnia rano. Ta informacja była dla Storma jak wyrok śmierci. Wiedział, że do tego czasu nie przeżyje. Ze łzami w oczach pożegnał się ze swoją żoną, mówiąc, że bardzo ją kocha. Objęła go swoimi ramionami i szlochając, całowała. Storm był pewny, że śmierć jest końcem świadomości i istnienia człowieka. Nie wierzył w istnienie Boga, a tym bardziej w niebo, czyściec i piekło.

    Przedsmak śmierci

    Zmiażdżony ogromem cierpienia, Storm zamknął oczy i powoli zaczęła ogarniać go przerażająca ciemność; czuł, że zapada się w otchłań unicestwienia. W pewnym momencie ze zdziwieniem stwierdził, że jednak dalej żyje i posiada wyjątkowo klarowną samoświadomość oraz percepcję otaczającej go rzeczywistości. Był świadomy swoich problemów z żołądkiem, jednak nie odczuwał już bólu, miał tylko żywą o nim pamięć. Ze zdziwieniem zorientował się, że stoi obok swojego łóżka w sali szpitalnej i widzi leżące nieruchomo własne ciało. Obok siedziała z pochyloną głową jego żona, Beverly. Pragnął za wszelką cenę skomunikować się z nią, jednak bezskutecznie, gdyż w ogóle nie reagowała, tylko siedziała nieruchomo, wpatrując się w podłogę. Sala szpitalna wydawała mu się jaskrawo oświetlona, wszystko widział w najdrobniejszych szczegółach i jak nigdy dotąd, niezwykle ostro i jasno. Był bardzo zirytowany, że nie mógł nawiązać kontaktu ze swoją żoną. W pewnym momencie usłyszał głosy: Wyjdź stąd natychmiast. Pospiesz się. Czekamy tu na ciebie od dawna, aby ci pomóc. Czuł, że jeśli opuści ten pokój, to nigdy już do niego nie wróci. Tajemnicze głosy nalegały: Nie będziemy w stanie ci pomóc, jeżeli stąd nie wyjdziesz. Postanowił ich posłuchać. Miał wrażenie, że znalazł się w czymś na podobieństwo ogromnego zamglonego holu, który podświadomie budził lęk. Nie widział szczegółów, ale wydawało mu się, że przemierza jakąś tajemniczą przestrzeń. Zobaczył w dużej odległości niewyraźne postacie przypominające ludzi. Byli bladzi, a ich ubrania miały szary kolor. Pragnął zbliżyć się do nich, ale okazało to się niemożliwe, gdyż nieustannie oddalali się od niego. Zdawał sobie sprawę, że natychmiast musi się poddać operacji i że ci ludzie są dla niego jedyną nadzieją. Nieustannie powtarzali oni, że jeżeli pójdzie z nimi, to wtedy znikną wszystkie jego problemy. W miarę upływu czasu ciemności pogłębiały się, a liczba krążących wokół niego złowrogich postaci była coraz większa. Ich obecność napełniała go rosnącym przerażeniem, gdyż emanowały nienawiścią, podstępem i kłamstwem. Storm, oglądając się za siebie, widział w odległości jakby kilku mil swoje ciało leżące na łóżku szpitalnym i siedzącą obok żonę. Odniósł dziwne wrażenie, że dla niego czas się skończył, a to, czego doświadcza, nie jest jakimś koszmarnym snem, lecz pełną grozy rzeczywistością. Tajemnicze postacie, które go otaczały i prowadziły do nieznanego mu celu, zaczęły wypowiadać straszne przekleństwa i obelgi pod jego adresem. Mówiły z szyderczym uśmiechem, że już niedługo dotrą na miejsce. Howard zorientował się, że przebywa w przerażającym, pełnym grozy otoczeniu. Uświadomił sobie beznadziejność sytuacji, w jakiej się znalazł. Postacie z bliska miały straszny wygląd. Stawały się coraz bardziej agresywne, wśród bluźnierstw i przekleństw poddawały go najrozmaitszym torturom. Istoty te były całkowicie pozbawione współczucia, opanowane żądzą nienawiści i nieokiełznanego okrucieństwa. Storm zrozumiał, że to są ludzie potępieni, którzy w czasie życia na ziemi odrzucili i znienawidzili Boga, stając się stuprocentowymi egoistami. Bezskutecznie próbował przed nimi się bronić, ale wywoływało to z ich strony jeszcze większą agresję i szyderstwa. Dla Storma była to sytuacja makabrycznego wprost cierpienia przerażającej beznadziei, jakich jeszcze nigdy dotąd nie doświadczył. W pewnym momencie usłyszał wewnętrzny głos, wzywający go do modlitwy do prośby do Boga o pomoc. Początkowo odrzucał tę myśl, ale wezwanie do modlitwy stawało się coraz bardzie naglące. Storm nie modlił się przez całe swoje dorosłe życie i dlatego nie wiedział, jak to się robi. Przypomniał sobie jednak fragmenty modlitwy Ojcze nasz oraz inne proste formuły z czasów dzieciństwa i zaczął je powtarzać. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że gdy nie poradnie próbował się modlić, odrażające postacie zaczęły w popłochu uciekać. Krzyczały z wielką wściekłością że niepotrzebnie się modli, bo i tak go nikt nie usłyszy, gdyż Bóg nie istnieje. Straszyły, że dopiero teraz się z nim rozprawią, wypowiadając przy tym straszne bluźnierstwa pod adresem Boga i Matki Najświętszej. Storm nieustannie powtarzał słowa modlitwy doświadczał jej wielkiej mocy, widząc z jaką wściekłością złe duchy w popłochu uciekały od niego. Zrozumiał, że gdyby przestał zwracać się do Jezusa, natychmiast by wróciły i wtedy m nowo rozpocząłby się koszmar duchowej męczarni, która w swoim okrucieństwie była tak straszna, że w porównaniu z nią cierpienie fizyczne, jakiego doświadczył w szpitalu, było nikłe.

    Sąd nad sobą

    Kiedy Storm powtarzał słowa modlitwy, ujrzał siebie w prawdzie i ocenił, co w minionym życiu było dobre, a co złe. Uświadomił sobie, że przez całe ziemskie życie stawiał pomnik największemu bożkowi, jakim był jego egoizm. Całkowicie skoncentrowany na sobie, za wszelką cenę chciał stać się sławny i pragnął, aby jego obrazy były oglądane i podziwiane przez ludzi na całym świecie. Teraz zrozumiał, że jego stosunek do rzeźb, obrazów, które posiadał w swojej kolekcji, a także do rodziny, domu był niewłaściwy i że cały system wartości, którym kierował się w życiu, był tylko przedłużeniem jego egoizmu. To właśnie skoncentrowanie na sobie upodabniało go do tych odrażających istot, które wprowadziły go w rzeczywistość niewyobrażalnego cierpienia. Wszystko to, co do tej pory tak bardzo cenił i co nadawało sens jego życiu, teraz nie miało już żadnego znaczenia. Ogarnął go wielki wstyd i żal za dotychczasowy stosunek do Boga i ludzi. Wprawdzie nie był złodziejem, nikogo nie zamordował, respektował prawo i niepisane reguły cywilizowanego życia, ale to było za mało, aby żyć życiem godnym człowieka. Jego religią i normą życia był egoizm i bezwzględny indywidualizm, a współczucie dla innych znakiem słabości. Uświadomił sobie także, że przez całe życie nosił ukrytą złość i niechęć do przebaczenia własnemu ojcu oraz wrogość do sytuacji i rzeczy, których nie mógł kontrolować. Teraz był całkowicie bezradny i bezsilny. Zrozumiał, że niewiele już mu brakowało, aby stać się stuprocentowym egoistą, tak jak ci zionący nienawiścią potępieńcy, i dołączyć na całą wieczność do ich grona.

    Światło nadziei

    Świadomość zmarnowanego życia spowodowała, że Howarda ogarnął przejmujący żal z powodu tego wszystkiego, co z własnej woli złego myślał i czynił, a co wynikało z jego egoizmu i jeszcze bardziej go pogłębiało. I właśnie wtedy usłyszał swój śpiew z czasów dzieciństwa. Był to nieustannie powtarzany refren: Jezus mnie kocha… da, da, da. Jako dziecko śpiewał tak często podczas zajęć w szkółce niedzielnej. W tej przerażającej ciemności, która go teraz otaczała, bardzo pragnął obecności kogoś, kto bezwarunkowo go kocha i zatroszczy się o niego. Śpiew Jezus mnie kocha stawał się jego modlitwą i największym pragnieniem całej jego istoty. Całym sobą czuł, że w tej beznadziejnej sytuacji miłość Jezusa jest dla niego jedynym ratunkiem i wybawieniem. Dzięki tej modlitwie zaczęło budzić się w nim światło nadziei. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu pragnął gorąco, aby okazało się prawdą, że Jezus go kocha, i dlatego zaczął całym sobą wołać: Wybaw mnie, Jezu! W pewnym momencie zauważył w otaczającej go ciemności maleńkie światełko, jakby ledwie widocznej gwiazdy, która powoli stawała się coraz jaśniejsza i większa. Sprawiała wrażenie, że zbliża się do niego z wielką prędkością. Zafascynowany jej blaskiem nie mógł od niej oderwać wzroku. Światło to było jaśniejsze od słońca czy błyskawicy i piękniejsze od czegokolwiek, co do tej pory widział. Kiedy do niego dotarło, zorientował się, że nie jest to żadna gwiazda, tylko żywa Osoba, która emanuje niesamowitym światłem miłości. To był zmartwychwstały Jezus Chrystus, Zbawiciel i Pan całego wszechświata. Howard Storm został ogarnięty Jego miłością. W jej świetle ujrzał ogrom swoich grzechów, całe zło spowodowane przez jego ateizm, ale pomimo bólu wynikającego z prawdy o sobie, czuł, że jako marnotrawny syn jest kochany miłością, która przebacza wszystkie grzechy, leczy największe rany i przywraca utraconą godność dziecka Bożego. Zrozumiał, że jedynym koniecznym warunkiem, aby to mogło się stać, jest ufność i zgoda człowieka, aby Chrystus mógł go kochać i uzdrawiać. Howard doświadczył miłości i miłosierdzia Boga w sposób tak intensywny, że nie znalazł w ogóle słów i porównań, aby swoje przeżycie wyrazić ludzkim językiem. Płakał ze szczęścia i z żalu za grzechy. Czuł się kochany, akceptowany mimo swoich licznych grzechów. Jezus Chrystus wziął go w swoje ramiona, aby go przenieść z tej mrocznej i budzącej grozę rzeczywistości, która prowadziła wprost do piekła. Storm miał wrażenie, jakby Zbawiciel pokonał nieskończony dystans oddzielający światło od ciemności, miłość od nienawiści, prawdę od kłamstwa, wolność od całkowitego zniewolenia. W tej nowej, niewyobrażalnie pięknej rzeczywistości, w której życie jest miłością, Storm czuł się bardzo onieśmielony i zawstydzony stanem swojego człowieczeństwa. Czuł się w obliczu świętości Boga jak ohydna szmata, którą trzeba wyrzucić do śmieci. Wiele razy w swoim życiu nie tylko zaprzeczał, ale i drwił z prawdy, że Bóg istnieje i jest Miłością. Tysiące razy używał imienia Boga jako przekleństwa. Chciał być jedynym centrum całego wszechświata i samemu decydować o tym, co jest dobre, a co złe, kierując się jedynie egoizmem. Mając świadomość tych oraz innych, popełnionych przez siebie grzechów, pomyślał, że znalazł się tu przez pomyłkę. I wtedy usłyszał słowa Jezusa kierowane bezpośrednio do jego umysłu: To nie jest pomyłka, właśnie tutaj ma być twoje miejsce. Musisz się jeszcze przygotować, dojrzeć i oczyścić. Na prośbę Jezusa pojawiły się jasne istoty, promieniujące radością i miłością. Były to duchy czyste, anioły, które komunikowały się przez bezpośrednie przekazywanie myśli. Cokolwiek Storm pomyślał, one natychmiast o tym wiedziały. Jego bezpośredni opiekun, Anioł Stróż, oznajmił mu, że musi wrócić do ziemskiego życia, że nie jest jeszcze gotowy, aby przejść do wieczności. Uświadomił mu również, że Pan Bóg obdarzył wszystkich ludzi zdolnością do przyjęcia lub odrzucenia Jego miłości, która jest całkowicie wolnym i bezinteresownym darem, dlatego może być tylko przyjmowana w całkowitej wolności, przez ufną i szczerą modlitwę. Z tego powodu właśnie ludzie powinni się dużo modlić. Anioł Stróż tłumaczył również Stormowim, żeby kochając nie oczekiwał jakiejś nagrody lub innych korzyści tylko pragnął jednego – by w całkowitej wolności akceptował i wypełniał Bożą wolę, bo tylko w ten sposób będzie stawał się dzieckiem Boga i szedł najprostszą drogą do nieba.

    Całkiem nowe życie

    Kiedy Anioł Stróż skończył mówić. Howard zorientował się, że leży w łóżku i jest już po operacji, a pielęgniarka przemywa ranę pooperacyjną na jego brzuchu ciepłą wodą z mydłem.

    To doświadczenie z pogranicza śmierci całkowicie zmieniło Storma, całą jego dotychczasową hierarchię wartości i sposób myślenia. Z ateisty stał się człowiekiem żywej wiary i modlitwy. Do dnia dzisiejszego Howard Storm nieustannie daje świadectwo, że tylko ufając i wierząc Bogu, człowiek staje się rzeczywiście wolnym i zdolnym do bezinteresownej miłości, i że tylko wtedy, gdy jednoczy się z Bogiem przez wiarę, która działa przez miłość, człowiek osiąga prawdziwe szczęście, staje się świętym, a więc idzie drogą, która prowadzi prosto do nieba.

  14. aga said

    http://pl.gloria.tv/?media=137179

  15. aga said

    http://pl.gloria.tv/?media=137377

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: