Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Wladca o Premier wzywa do wojny z …
    Bezpartyjna o Premier wzywa do wojny z …
    niepostepowyoszolom o Polska wzywa do demilitaryzacj…
    Listwa o Wolne tematy (38 – …
    ojojoj o Premier wzywa do wojny z …
    Listwa o Wolne tematy (38 – …
    ojojoj o Afera
    Jack Ravenno o Wolne tematy (38 – …
    Jack Ravenno o Co właściwie napisał Mora…
    zorard o Premier wzywa do wojny z …
    Listwa o Wolne tematy (38 – …
    Listwa o Wolne tematy (38 – …
    Mietek o Kreml nigdy się nie naucz…
    revers o Kreml nigdy się nie naucz…
    Listwa o Wolne tematy (38 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 615 obserwujących.

Orbán w oblężonej twierdzy

Posted by Marucha w dniu 2012-01-28 (Sobota)

Styczeń 2012, Węgry. Telewizja ATV pokazuje pustą salę prowadzonej rodzinnie restauracji. U widza rodzi się pytanie, dlaczego jest ona pusta. Właściciel mówi, że przed Nowym Rokiem non stop zajętych było przynajmniej 12 stolików. Lamentuje, że niedługo pójdzie z torbami. Widz, w którym budzi się żal do restauratora, irytuje się. Dlaczego teraz nikt nie przychodzi? Ciekawość widza zaspokojona jest jednym niby lakonicznym zdaniem: „Bo zostały wprowadzone nowe przepisy”. Redakcja celowo dawkuje informacje, by widz sam sobie zadał pytanie, kto je wprowadził. „Oczywiście rząd Orbána” – odpowiada sam widz. A jaki to przepis hamuje Węgrów przed odwiedzeniem ulubionych przez nich wyszynków? Zakaz palenia tytoniu w restauracjach oraz na dworcach kolejowych, jaki wprowadzono na Węgrzech od 2012. Oczywiście „obiektywna” telewizja nie informuje, że taki zakaz obowiązuje już od dawna w prawie całej Europie i przez to europejska gastronomia nie zbankrutowała. Najważniejszy jest przekaz do podświadomości widza, iż rząd Orbána nie tylko obłożył „nieludzkimi” podatkami korporacje międzynarodowe, ale również skutecznie doprowadza do bankructwa drobnych węgierskich przedsiębiorców.

Kłamać, manipulować, dorżnąć Orbána – taktyka socliberalnych mediów

Kłamstwo 1.

Na Węgrzech panuje dyktatura

To zdanie na co dzień powtarza wielu Węgrów. Na pytanie, czym się ona wyraża, np. więzieniem dla krytyków Fideszu, portretami ukochanego przywódcy, tajną policją polityczną, obozami pracy etc., osoby artykułujące takie stwierdzenia nie są w stanie podać jakiegokolwiek dowodu jej istnienia.

Argumentem o istniejącej rzekomo na Węgrzech dyktaturze chętnie szafowano rok temu, gdy uchwalono tzw. ustawę medialną. Doktor Zoltan Kovács, twórca ustawy, zwrócił mi uwagę na ciekawe zjawisko. Histeryczne reakcje przeciwko niej rozlały się na całą Europę w momencie, gdy ustawa nie była jeszcze przetłumaczona z języka węgierskiego. Osoby, które tak zażarcie ją atakowały, nie znały jej treści. W końcu okazało się, że do prawie 300-stronicowej ustawy Komisja Europejska zgłosiła jedynie cztery poprawki, które zostały uwzględnione przez węgierski parlament. Jeżeli prawdą byłoby to, co wtedy głosili socliberałowie, dzisiaj redakcje telewizji ATV czy wciąż popularnej lewicowo-liberalnej Népszabadszag powinny siedzieć już w więzieniu, a obydwa wymienione podmioty przestać istnieć. Ustawa wbrew lewackiej histerii nie ograniczyła wolności mediów i nie potwierdziła istnienia rzekomej dyktatury Fideszu.

Kłamstwo 2.

Poprzez nieodpowiedzialną politykę gospodarczą Orbána osłabł węgierski forint.

Największe potęgi gospodarcze świata – USA i Chiny – latami dążą do osłabienia swojej waluty, by promować eksport stanowiący koło zamachowe gospodarki. Sytuacja taka jest nie tylko korzystna dla węgierskiego eksportu (który nie jest mały, per capita ponad dwa razy większy niż polski), lecz stanowi również szansę zarówno dla rodzimej produkcji, jak i rozwoju turystyki, w tym również tej zakupowej. Dzięki osłabieniu forinta Węgry dla obcokrajowców stają się po prostu tanie. Piwo w restauracji na wysokim poziomie w turystycznych regionach północno-zachodnich Węgier kosztuje około 4 złotych. Turystyka jest ważną gałęzią węgierskiej gospodarki, a zagraniczni turyści chętniej wybiorą tanie Węgry niż drogi euroland. Nie bez znaczenia jest również turystyka zakupowa, która przybiera na sile wraz ze słabym forintem. W kraju o wiele zamożniejszym, jakim jest Wielka Brytania, tzw. ponoworoczne wyprzedaże (sales) decydują w znacznym stopniu o przychodach budżetowych kraju i są pilnie śledzone przez tamtejszych decydentów.

Kłamstwo 3.

Z powodu wprowadzenia tzw. podatku kryzysowego válság adó z Węgier wycofa się obcy kapitał.

Podatek kryzysowy obejmuje duże sieci handlowe, sektor energetyczny oraz telekomunikacyjny. Mimo że są to sektory silnie zdominowane przez kapitał zagraniczny, a podatek naliczany jest już od roku, nie widać, by zahamował ekspansję zagranicznych dużych sieci handlowych, banków czy firm telekomunikacyjnych. Wręcz przeciwnie, sieci handlowe (szczególnie niemieckie) bardzo silnie rozwijają swą działalność. Na pytanie zadane narzekającemu Węgrowi, czy brak podatku válság adó spowodowałby większe wpływy do budżetu od koncernów zachodnich, z reguły zapada milczenie.

19 stycznia br. na łamach „Rzeczpospolitej” Krzysztof Bosak, była gwiazda LPR, i Łukasz Czernicki, zarzucili Orbánowi odejście od ekonomicznych dogmatów Margaret Thatcher oraz prezydenta Ronalda Reagana, nazywając politykę gospodarczą Fideszu orbánomiką.
Od pięciu lat w Polsce rządzi rzekomo liberalna Platforma Obywatelska. Premier Tusk na początku poprzedniej kadencji obiecał konsekwentne obniżanie podatków oraz innych danin płaconych przez obywateli. Nie przypominam sobie żadnego podatku lub daniny, które zostały obniżone przez rząd.

W Polsce podatek od dochodów osobistych wynosi odpowiednio 18 lub 32 proc., na Węgrzech od 2011 r. – 16 procent.

W Polsce podatek od dochodów z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej przez osoby fizyczne wynosi 18 lub 32 proc., na Węgrzech od 2011 roku – 10 procent.

W Polsce CIT płacony przez spółki prawa handlowego wynosi 19 proc., na Węgrzech – 10 procent.

Thatcher sprzeciwiała się wychowaniu dzieci w państwowych indoktrynowanych przedszkolach i stworzyła taki system ulg i kwoty wolnej od podatku, by przy dobrze zarabiającym jednym z małżonków możliwe było wychowanie dziecka w domu. Orbán poszedł tym tropem i jego rząd wspiera wielodzietność. Rodzina posiadająca 3 i/lub więcej dzieci może odpisać od podstawy opodatkowania 206250 forintów miesięcznie (tj. około 3093,75 zł) na dziecko. Przy jednym lub dwojgu dzieciach kwota wynosi 60500 forintów miesięcznie (tj. około 937,50 zł) na dziecko. Oznacza to, że zdecydowana większość rodzin węgierskich mających dzieci w ogóle nie płaci żadnego podatku dochodowego.

Jak blado na tym tle wypadają odpisy na dzieci w Polsce, które i tak zostaną ograniczone przez liberalny rząd PO w ramach oczywiście zapowiedzianego przez PO obniżania podatków i danin.

Panie Bosak, jeśli powyższe to nie thatcheryzm, to co?

Nasz LPR-owski ekspert zapomniał jeszcze o innym bardzo ważnym czynniku determinującym obecną trudną sytuację walutową Węgier. Rząd Orbána nie tylko jest zdeterminowany, by obniżyć zadłużenie, które w roku 2011 spadło o 7 proc. – do 75 proc. PKB, ale także wszelkimi dostępnymi siłami próbuje wykupić od zagranicznego kapitału spekulacyjnego udziały w węgierskich spółkach strategicznych, co ma zapewnić Węgrom gospodarczą i polityczną suwerenność. Przykładem tego jest odpowiednik polskiego Orlenu – węgierski MOL. 20 proc. udziałów tej firmy znajdowało się w rękach Rosjan. Byli oni na tyle aroganccy, że wbrew obowiązującemu na Węgrzech prawu nie chcieli ujawnić akcjonariatu posiadanych przez siebie akcji. Tylko dzięki uporowi i determinacji rządu Orbána akcje MOL w pełni wróciły w ręce Węgrów. Trudno zresztą było się spodziewać, by dokonał tego poprzedni premier socjalistyczny Gyurcsány, który tak był zapatrzony w przywódcę Rosji Putina, że zafundował sobie pieska tej samej rasy, jaką posiadał rosyjski szef rządu.

Umocniona niezależność Narodowego Banku Węgier

Tworzenie tego nowego aktu prawnego konsultowane było na bieżąco z Europejskim Bankiem Centralnym. EBC przedstawił 15 sugestii do nowej ustawy, z czego 13 zostało przyjętych przez węgierski parlament, czyli praktycznie wszystkie. Nowy akt, wbrew niesłusznej krytyce, nie tylko podtrzymuje, lecz również umacnia niezależność Narodowego Banku Węgier (MNB), gdyż gwarantuje działanie w oparciu o tzw. cztery filary niezależności (négy fźggetlenség): niezależność operacyjną (w ustawie wyraźnie zaznacza się, iż Bank Narodowy działa niezależnie od rządu), niezależność instytucjonalną – identycznie zdefiniowaną jak w terminologii Unii Europejskiej odnoszącej się do zadań wszystkich narodowych banków centralnych, niezależność osobową (członkowie organów decyzyjnych są zatrudnieni wyłącznie w pełnym wymiarze czasowym. Członkowie ciał decyzyjnych działają całkowicie niezależnie). Ustawa wzmacnia niezależność członków ciał decyzyjnych poprzez transparentne zasady wyboru oraz sprawowania mandatu poprzez poszczególnych członków.

Wbrew kłamliwym atakom nowa ustawa nie zmieniła ani na jotę brzmienia zadań stojących przed MNB, jak również kwestii zarządzania rezerwami walutowymi i w złocie. Zachowano gwarancje niezależności MNB co do kształtowania polityki monetarnej oraz narzędzi jej realizacji w ramach istniejącego prawa. Z powodu istniejącego od 2008 r. kryzysu węgierski bank centralny otrzymał za zadanie określenie zagrożeń makroekonomicznych oraz podejmowanie działań w celu ich zażegnywania, jak również dostał narzędzia mające na celu redukowanie istniejących już ryzyk systemowych wraz z rozszerzonym nadzorem systemowym w celu szczegółowej kontroli kolejnych progów ostrożności.

Nie jest prawdą, iż Orbán założył nagle pętlę na szyję niezależności MNB, gdyż nowa ustawa ma wejść w życie dopiero 1 kwietnia 2012 roku.
Nie jest również prawdą, iż rząd Orbána dokonał połączenia Węgierskiego Nadzoru Finansowego z MNB. Ustawa tworzy taką możliwość, lecz fuzja taka, wbrew kłamliwym atakom, nie została dokonana. Co więcej, premier Orbán, który prezentuje wysoką kulturę polityczną, obiecał, że ewentualne próby fuzji nie zostaną podjęte do momentu wygaśnięcia mandatu wcześniej wybranych władz.

Ustawa wreszcie porządkuje kwestię bizantyjskich wynagrodzeń w MNB pod rządami socjalistów. Prezes MNB będzie otrzymywał pensję brutto równą 10 średnim krajowym pensjom brutto, a jego zastępca 70 proc. tej kwoty.

Wściekłość i ataki lobby socliberalnego świadczą dobitnie o tym, że wraz z tą ustawą siły te nie tylko tracą korzyści finansowe, lecz przestają być jedynymi niepodważalnymi autorytetami ekonomicznymi.

Święta tradycja
Zupełnie niezrozumiałe są demonstracje przeciwko nowej konstytucji Węgier, która weszła w życie 1 stycznia 2012 r., zastępując komunistyczną ustawę zasadniczą z 1949 r., wzorowaną na sowieckiej. Zupełną hipokryzją jest fakt, iż demonstrujący (głównie sympatycy węgierskich socjalistów) zapomnieli, że to właśnie ich partia demonstracyjnie odmówiła udziału w konsultacjach społecznych przy tworzeniu nowej konstytucji, w których to konsultacjach wzięło udział milion węgierskich obywateli. Demonstrując przeciwko Fideszowi, automatycznie demonstrowali na rzecz komunizmu.

Konstytucja zapewnia większą możliwość badania zgodności uchwalanych ustaw z ustawą zasadniczą. Odwołuje się do chrześcijańskich korzeni Węgier oraz Świętej Korony. Węgry z Republiki Węgierskiej stają się na powrót Węgrami. Definiuje się małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Konstytucja podkreśla, że różne grupy narodowościowe stanowią część węgierskiej politycznej społeczności, gwarantując im odrębność językową i kulturową. Wyraźnie zapisano, iż każdy węgierski obywatel innej narodowości niż węgierska ma prawo do zachowania i deklarowania swej odmienności narodowej. Mniejszości narodowe na Węgrzech mają zagwarantowane prawo do posługiwania się własnym językiem, do pisowni swych nazwisk w języku ojczystym, kultywowania swojej tradycji narodowej, edukacji w języku ojczystym. Szkoda, że takich samych praw nie ma mniejszość węgierska na Słowacji oraz mniejszość polska na Litwie.

Konstytucja węgierska wyłącza przedawnienie zbrodni komunistycznych oraz narodowego socjalizmu popełnionych na narodzie węgierskim, w tym zbrodni holokaustu. Gwarantuje ochronę życia poczętego, jak również zapewnia opiekę Węgrom żyjącym poza granicami dzisiejszych Węgier. W celu zachowania stabilności ekonomicznej kraju zapewnia dojście do poziomu 50 proc. PKB zadłużenia państwa do roku 2020 i utrzymanie długu publicznego na maksymalnie takim właśnie poziomie w przyszłości.

Czy Orbán wyjdzie zwycięsko z oblężenia? Czas pokaże. Jego sukces jest bardzo ważny dla Polski. Wygrana węgierskiego rządu będzie oznaczać, że w ramach struktur UE można skutecznie walczyć o suwerenność i interesy narodowe, i wyznaczy skuteczną ścieżkę takiego działania. W czasach gdy hordy tureckie pustoszyły Węgry, Węgrzy wychodzili zwycięsko z niejednego oblężenia, bo mieli prawdziwych bojowników. Dzisiaj kraj ten ma prawdziwie patriotyczne elity polityczne, które nie chodzą tupać w „Tańcu z gwiazdami”.

Stanisław Skoczek
Autor jest niezależnym analitykiem życia polityczno-gospodarczego Węgier i Szwecji. Współpracuje z węgierskimi rozgłośniami katolickimi na Węgrzech i Ukrainie.

http://naszdziennik.pl

Komentarzy 57 do “Orbán w oblężonej twierdzy”

  1. Kronikarz said

    I co najgorsze, te ich manipulacje działają !

  2. Józef Piotr said

    CYTAT:

    „Czy Orbán wyjdzie zwycięsko z oblężenia? Czas pokaże. Jego sukces jest bardzo ważny dla Polski. Wygrana węgierskiego rządu będzie oznaczać, że w ramach struktur UE można skutecznie walczyć o suwerenność i interesy narodowe, i wyznaczy skuteczną ścieżkę takiego działania. W czasach gdy hordy tureckie pustoszyły Węgry, Węgrzy wychodzili zwycięsko z niejednego oblężenia, bo mieli prawdziwych bojowników. Dzisiaj kraj ten ma prawdziwie patriotyczne elity polityczne, które nie chodzą tupać w „Tańcu z gwiazdami”.

    Życzmy Narodowi Węgierskiemu powodzenia w realizacji zdobyczy. Życzmy Im Jedności i zgody narodowej.Życzmy Im wreszcie wytrwalości na przekór złowrogim siłom probującym zadusić Ich „zew wolności”
    Ja wierzę że Im się to powiedzie . Wymodlili sobie to.
    Pan Bóg nie zawodzi!
    Może to otworzy oczy Polakom.
    Bo przecież kiedyś ten proces musiał się zacząć!
    I może mieli szczęście w tym względzie że „starszym i madrzejszym” niewydodnie było się uczyć języka węgierskiego a SOROS był wyjątkim i wybył. Nie będąc węgierskiej krwi nie połapał się w duchu Węgrów.
    Na pohybel rożnego rodzaju KOHEN-BENDITOM czyli skrajnego lewactwa bandytom !!

  3. p.e.1984 said

    Kłamstwo 2.
    Poprzez nieodpowiedzialną politykę gospodarczą Orbána osłabł węgierski forint.
    Największe potęgi gospodarcze świata – USA i Chiny – latami dążą do osłabienia swojej waluty, by promować eksport stanowiący koło zamachowe gospodarki.

    Tak, ale USA są zadłużone w swojej walucie. A Chiny – w ogóle nie są zadłużone. Osłabienie waluty kraju silnie zadłużonego w walutach obcych to spadek popytu wewnętrznego. Nawet jeśli popyt zagraniczny na towary i usługi wzrośnie – to niekoniecznie na te, w których wyspecjalizowany jest przemysł Węgier – i niekoniecznie w stopniu umożliwiającym skompensowanie strat. Celem gospodarki narodowej Węgier nie jest napychać kieszenie konsumenta zagranicznego, tylko zwiększać standard życia Węgrów.

    Kłamstwo 3.
    19 stycznia br. na łamach „Rzeczpospolitej” Krzysztof Bosak, była gwiazda LPR, i Łukasz Czernicki, zarzucili Orbánowi odejście od ekonomicznych dogmatów Margaret Thatcher oraz prezydenta Ronalda Reagana, nazywając politykę gospodarczą Fideszu orbánomiką.
    Powinien się tylko cieszyć, że mu się przypisuje odejście od zbankrutowanej doktryny ekonomicznej ( http://myslnarodowa.wordpress.com/2012/01/15/katastrofa-demograficzna-iii-rp-wolny-rynek-nie-dziala-polemika-2/ , http://myslnarodowa.wordpress.com/2012/01/14/wolny-rynek-nie-dziala-polemika-3/ , http://myslnarodowa.wordpress.com/2012/01/26/ostateczny-krach-skandynawskiego-komunizmu/ )

    Od pięciu lat w Polsce rządzi rzekomo liberalna Platforma Obywatelska. Premier Tusk na początku poprzedniej kadencji obiecał konsekwentne obniżanie podatków oraz innych danin płaconych przez obywateli. Nie przypominam sobie żadnego podatku lub daniny, które zostały obniżone przez rząd.
    W Polsce podatek od dochodów osobistych wynosi odpowiednio 18 lub 32 proc., na Węgrzech od 2011 r. – 16 procent.

    W Polsce podatek od dochodów z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej przez osoby fizyczne wynosi 18 lub 32 proc., na Węgrzech od 2011 roku – 10 procent.

    W Polsce CIT płacony przez spółki prawa handlowego wynosi 19 proc., na Węgrzech – 10 procent.
    Podatki powinny być progresywne z powodu:
    – zagarniania przez pracodawcę nieproporcjonalnej części wartości dodanej – wskutek silniejszej pozycji negocjacyjnej niż ta pracownika ( http://myslnarodowa.wordpress.com/2012/01/14/wolny-rynek-nie-dziala-polemika-3/ )
    – różnic krańcowej użyteczności dodatkowego forinta/złotego/dolara dochodu u pracownika zarabiającego 1000 zł na miesiąc – i pracownika zarabiającego 12 lub 120 tys na miesiąc
    – różnego stopnia zużywania/korzystania z infrastruktury (transportowej, energetycznej – oraz korzyści stwarzanych przez infrastrukturę pośrednio – np. korzyśli sąsiedztwa/aglomeracji) – również ze względu na korzystanie w większym stopniu z instytucji państwa (sądownictwo, policja)
    – ogólnie pojętej etyki (niezrozumiałe dla „leseferystów”)

    Thatcher sprzeciwiała się wychowaniu dzieci w państwowych indoktrynowanych przedszkolach i stworzyła taki system ulg i kwoty wolnej od podatku, by przy dobrze zarabiającym jednym z małżonków możliwe było wychowanie dziecka w domu.
    Tak – a ponadto posłała miliony na bezrobocie, żeby mogły się lepiej tymi dziećmi opiekować – oraz – zatroszczyła się, by te dzieci zyły w nędzy:
    „Critics of Thatcherism claim that its successes were obtained only at the expense of great social costs to the British population. Industrial production fell sharply during Thatcher’s government, which critics believe was the reason for increased unemployment during her early years as prime minister. There were nearly 3.3million unemployed in Britain in 1984, compared to 1.5million when she first came to power in 1979, though that figure had fallen to some 1.6million by the end of 1989.

    When she resigned in 1990, 28% of the children in Great Britain were considered to be below the poverty line, a number that kept rising to reach a peak of 30% in 1994 during the Conservative government of John Major, who succeeded Thatcher.[36]

    While credited with reviving Britain’s economy, Mrs. Thatcher also was blamed for spurring a doubling in the poverty rate. Britain’s childhood-poverty rate in 1997 was the highest in Europe.[36]

    During her government Britain’s Gini coefficient reflected this growing difference, going from 0.25 in 1979 to 0.34 in 1990.[37]” ( http://en.wikipedia.org/wiki/Thatcherism#Criticism )

    Panie Bosak, jeśli powyższe to nie thatcheryzm, to co?
    „Tatcheryzm to władza kapitalistów – plus pauperyzacja”. Nie jestem pewien, czy jest się do czego śpieszyć.

    Panie Gajowy … Kogo Pan tu promuje – jakichś debili?

  4. p.e.1984 said

    Panie Gajowy – znowu mi zablokowało wypowiedź. Z góry dziękuję za odblokowanie.

  5. Chutor said

    Ad 1 Kronikarz

    „I co najgorsze, te ich manipulacje działają !”

    Jeszcze gorsze od najgorszych sa upadki spoleczenstw z wlasnego lenistwa i szukania wygod. Lepiej Wegrom zyczyc nie braku obcych manipulacji ale raczej daru odpornosci. Na poczatek dla kobiet radosc bycia boso i w ciazy a dla mezczyzn czardasza i sliwowicy.

  6. Marucha said

    Re 3:
    Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, iż Orban zrobił bardzo wiele, aby uniezależnić Węgry od Unii Europejskiej i powrócić do chrześcijańskich korzeni narodu.

    Co do poszczególnych rozwiązań gospodarczych możemy się spierać (sam Pan wie, że nie jestem gospodarczym liberałem) – najważniejsze w tym wszystkim jest, że Orban chce, aby decydował o nich rząd węgierski, a nie Bruksela/Berlin.

    Oczywiście powoływanie się na thatcheryzm bardzo razi i mnie, ale pozostałe treści są godne uwagi i dlatego artykuł został umieszczony. Jest w gestii gajówkowiczów, aby wypunktować jego błędy, co też Pan uczynił.

  7. kibic said

    Francja oglasza odwrot z Afganistanu
    sobota, 28 stycznia 2012 16:07
    >>>

    http://szachimat.bloog.pl/?pod=1&ticaid=6aa6a

    La France retirera ses combattants d’Afghanistan d’ici fin 2013

  8. maran said

    bardzo ciekawy artykul, wart przetlumaczenia
    http://www.intifada-palestine.com/2012/01/the-brainwashing-of-the-jews/

  9. maran said

    Polacy sie nie maja co porownywac do Wegrow. Polacy sa skloceni, zawistni,bezmyslni, zaczadzeni i w wiekszosci sa albo tchorzami, albo tumiwisistami.
    A te jednostki co sie staraja i probuja sie wybic ponad tlum i motloch, sa starannie udoopiane przez ow tlum i motloch.

  10. piotr34 said

    Artykul 10/10

  11. Tekla said

    Orban Viktor jest nie tylko w oblężonej twierdzy,,ale tez atakowany w kraju przez byłych komunistów MSZP[Węgierska Partia Socjalistyczna} tego ,,osławionego debila Gyurcsanie’go,,który chce odejścia nie rządu ,ale Orbana!!!

    http://www.noltv.hu/video/4131.html

    Nastepny wrzód to tzw.Romowie,którzych jest coraz wiecej ,pracowac nie chca i nie lubia natomiast ,ktos musi na nich robić,rozpuscili sie jak dziadoskie bicze,kradna morduja ,więc społecznośc lokalna utworzyła własna samoobronę..co jest oczywiscie sola w oku u tzw.lewaków zachodnich..powstaja filmy i całe cykle w merdiach jak to biedni cyganie na Węgrzech maja żle ,no i oczywiscie ,ze odradza sie faszyzm….

    http://nol.hu/kulfold/horogkereszt_vizeletbol__gyongyospatan_a_kopogastol_is_felnek

  12. Mordka Rosenzweig said

    re 9,

    Ja pan Mordka pszeczytal i sie bardzo zdenerwowal:

    „Nastepny wrzód to tzw.Romowie,którzych jest coraz wiecej ,pracowac nie chca i nie lubia natomiast ,ktos musi na nich robić”

    A co pan Tekla kasze ludziom pracowac jak nie musza.

    Jak ktos inny na nich pracuje to po co maja pracowac?

    W koncu zyjemy w 21 wiek w demokracja swiatowa i kaszdy robi to co lubi. Goje lubiom pracowac to niech pracujom.

  13. kibic said

    Nasza postawa nasza najwieksza rezerwa !
    Notre plus grand réserve est dans notre comportement !
    sobota, 28 stycznia 2012 18:10
    >>>
    http://szachimat.bloog.pl/?pod=1&ticaid=6aa6a

  14. Tomek-Kolejarz said

    No i jakoś rychłego końca Wegier Orbana nie widać! Czy aby nie będzie czasem tak, że Węgry popełzną w dobrym kierunku, a Ch…nia się zawali?

  15. kama said

    http://kefir2010.wordpress.com/2012/01/28/acta-referendum-podpisy-nie-dajmy-sie-podzielic-anonymous-jestesmy-dumni-z-postawy-polakow/

  16. KT said

    „Polacy sa skloceni, zawistni,bezmyslni, zaczadzeni i w wiekszosci sa albo tchorzami, albo tumiwisistami.”

    Zawsze tacy byli : -(
    Za PRL wydano ksiazke, ktorej autora nie pamietam, „Siedem zacnych grzechow glownych” w ktorej autor wysmiewwal narodowe przywary co raczej jest b. smutne.

  17. maran said

    ad 14 Taaa, zawali sie, a my wszyscy razem z nia.
    Jest cos takiego co sie nazywa KONSEKWENCJE. Przez wiele lat ludzie olewali wiele niepokojacych sygnalow, bylo dobrze, zlob by pelen, obietnice dobrobytu, postepu i swietlanej przyszlosci przewalaly sie z ust „dobroczyncow”, to i czemu bylo narzekac.
    Ci co narzekali i widzieli co sie swieci byli wysmiewani, od glupkow , wariatow i konspiratorow wyzywani. Teraz… jak widmo wojny, nedzy i glodu wisi w powietrzu, to i szuka sie usilnie Zbawcy, co to myk smyk, palcami trzepnie i nas wszystkich wyprowadzi z bagna w jakim sie sami ochoczo usadowilismy.
    Orban , wraz z pokazna czescia swego narodu, probuje ratowac resztki godnosci, honoru ,jaki dalismy sobie wszyscy zabrac. Czy mu to sie uda?? Nie wiem, mam nadzieje, ale watpie jako, ze jest on osaczony przez niezwykle grozne i uzbrojone po zeby wilki, oraz cale stada bezmyslnej holoty ,co to raz wola „hosanna”, a innym razem „Ukrzyzuj go”, tak jak im wiatr po oczach zawieje i obieca pelna miske.
    Tak jak przedtem byl gromadny ped aby wejsc do Jewropy i stac sie panami tego swiata ,tak teraz jest gromadny ped, aby z niej sie wydostac. Ale najlepiej ,zeby ktos to zrobil za nas, w miare bezbolesnie.
    My tylko mu przyklasniemy od czasu do czasu, a jak trzeba to dobrego slowa uzyczymy. Na to nas jeszcze stac, wysilek zaden.
    No coz, wejsc do bagna mozna lekko, latwo i przyjemnie, wydostac sie z niego jest bardzo, bardzo, bardzo trudno, o ile w ogole mozliwe. Bagno ma to do siebie ,ze wciaga, i wtedy juz pozostaje albo liczyc na cud,
    albo odmawiac ostatnia modlitwe.

  18. maran said

    Wegrzy wychodza z zalozenia ze trzeba walczyc, nie poddawac sie , walczyc do samego konca, nawet za cene utraty zycia.
    Polacy uwazaja, ze: „taka wola boza, „a bo co ja moge”, „trzeba nadstawic drugi policzek”,”ja nie mam czasu ,ja musze pracowac ,niech inni walcza”, ” a mi to wszystko jedno”, Ja nic nie wiem ,i nie chce wiedziec”
    „bo Bog tak chcial”,” a ja do tej polityki sie nie mieszam, bo i tak nic nie zroumiem”, „a oni wszyscy tacy sami” , „trza dbac o swoje i tyle”, „trzymam sie daleka bo tak najepiej” itp itd.

  19. kama said

    http://fiatowiec.salon24.pl/search/?q=fiatowiec&x=13&y=12

  20. Rysio said

    O prosze ilu odważnych i wielkich bojowników nagle się odnalazło.

    Wy agresywne przygłupy – chęci do walki to nie wszystko – trzeba mieć broń, trzeba mieć czym walczyć. Co? Swoimi głośnymi japami – tak na krzyk – chcecie pokonać uzbrojonego po zęby przeciwnika?

    Rozbrojeni walczą i oczywiście przegrywają tylko zdesperowani niewolnicy.

    PS. Idę k-wa wypić piwo.

    😦

  21. maran said

    ad 20 idz wypij to piwsko, bo chyba tylko to najlepiej potrafisz zrobisz.

  22. z sieci said

    W środę wieczorem, po manifestacji przed domem Donalda Tuska, policjanci próbowali na peronie SKM zatrzymać jednego z manifestantów. Odbić chciało go ok. 40 osób. Jeden z funkcjonariuszy wyciągnął broń.

    Policjant, który wyciągnął broń miał przy sobie pistolet Walther P99.
    Zatrzymany to Michał Stróżyk, dziennikarz Gazety Polskiej, który w ostatnich wyborach był też kandydatem z ramienia PiS do sejmiku województwa. Był na demonstracji w Gdyni, przeszedł z nią do Sopotu, a pod domem premiera kilka razy przemawiał przez megafon do protestujących.

    – Zatrzymano mnie jednak już po manifestacji, na peronie, gdy czekałem na kolejkę do Gdyni. Zachowywałem się spokojnie, w przeciwieństwie do kilku innych osób nie paliłem papierosów na peronie, nie piłem alkoholu, spokojnie sobie stałem. W pewnym momencie, od tyłu, zaszło mnie kilku mężczyzn. Chwycili mnie i zaczęli ciągnąć w kierunku schodów – opowiada Stróżyk.

    Wedle jego słów, mężczyźni nie przedstawili się, nie pokazali też policyjnych odznak, wszyscy byli w cywilnych ubraniach. – Zacząłem wzywać pomocy. Ludzie, którzy stali na peronie ruszyli mi na pomoc. W tym momencie jeden z mężczyzn – jak później się dowiedziałem policjantów – wyciągnął i przeładował broń. Nad moją głową zaczął mierzyć z niej w osoby, które chciały mi pomóc – odpowiada dalej Stróżyk.

    Stróżyk twierdzi, że zepchnięto go brutalnie ze schodów, podarto kurtkę, podczas szarpaniny zgubił też klucze do mieszkania. – Dopiero gdy wsadzano mnie do radiowozu, zorientowałem się, że to policja. Na komisariacie zabrano mi telefony, chciano mnie ukarać mandatem, ale nie przyjąłem go, bo nie popełniłem żadnego wykroczenia. Wypuszczono mnie ok. godz. 1 w nocy – dodaje.

    Udało nam się dotrzeć do policjanta, który wyciągnął broń. Jaka jest wersja jego i jego kolegów?

    Czy organizatorzy nielegalnej manifestacji powinni zostać ukarani mandatami?
    nie, przecież protesty przebiegały spokojnie, nie można zabraniać ludziom protestować
    trudno powiedzieć, ale na pewno nie powinno się ich wyłapywać już po manifestacji
    tak, nie dostosowali się do legalnych możliwości manifestowania

    zobacz wyniki »

    Stróżyk miał być jednym z prowodyrów nielegalnej manifestacji (zgody na protest przed domem Tuska nie wydał prezydent Sopotu). Mimo powtarzanych przez megafon apeli o rozejście się, nie zastosował się do nich. Policjanci operacyjni w cywilu chcieli go więc zatrzymać. Zaczekali, aż rozdzieli się z tłumem.

    Policjanci twierdzą, że do Stróżyka podeszło na peronie dwóch z nich, pokazało odznaki i poprosiło, aby poszedł z nimi. Wówczas on miał z kolei wezwać innych manifestantów na pomoc. – Na trzech policjantów zaczęło iść około 40 agresywnych osób. Próbowano nas kopać i zepchnąć ze schodów. W takiej sytuacji policjant po prostu musi wyciągnąć broń, dla swojego bezpieczeństwa – mówi policjant, z którym rozmawiamy.

    Dlaczego mierzył w tłum? – W takiej sytuacji policjant nie może się zawahać, wystarczy chwila nieuwagi i albo nie ma jego, albo broni – mówi.

    Oficjalnie policja komentuje sprawę krótko. – Policjant podjął czynności przed użyciem broni, ponieważ zachodziła obawa zagrożenia życia i zdrowia funkcjonariuszy podczas wykonywania czynności służbowych – mówi st. sierż. Karina Kamińska z Komendy Miejskiej Policji w Sopocie.

    Stróżyka chciano ukarać mandatem w wysokości 500 zł za „nawoływanie do nielegalnego zbiegowiska”. Nie przyjął go, skierowano więc sprawę do sądu. Cztery inne osoby otrzymały mandaty za „nieopuszczenie zbiegowiska wbrew wezwaniu”. Przyjęły je. Kilkanaście innych ukarano też za spożywanie alkoholu w miejscach publicznych i zakłócanie spokoju.

    Policja zapowiada jednak, że zdarzenie na dworcu będzie miało dodatkowe konsekwencje dla manifestantów. Przynajmniej dwie osoby mają usłyszeć zarzuty dotyczące naruszenia nietykalności cielesnej policjantów. Policja ma zabezpieczony zapis z czterech kamer monitoringu znajdujących się na peronie i będzie identyfikować kolejnych uczestników zajścia.

    Tymczasem Stróżyk złożył w piątek w prokuraturze doniesienie na policjantów, którzy go zatrzymali. Twierdzi, że wszystko odbyło się bezprawnie.

  23. z sieci said

    http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Awantura-na-peronie-po-manifestacji-w-sprawie-ACTA-n54964.html

  24. Paragwaj said

    Laudetur Iesus Christus!
    Istotna rzecz !
    1 – Wegry mialy WIELKIEGO kardynala Mindszenty`ego, ktory NIE dialogowal z komunistami jak w Polsce Wyszynski , Wojtyla, etc itd. i wszelkiego formatu Wielgusy i KUL-isty . Moja znajoma, w Tradycji Katolickiej od II Soboru Wat. rozmawiala osobiscie z Kardynalem Mindszenty w Fatimie.
    2 – Niestety masonski Mazurek Dabrowskiego nie odwoływał się do Boga tak jak hymn Wegier, a ponadto na fladze wegierskiej widzimy Krzyz
    Jesli chcemy aby Pan Bog nam pomagal musimy tego chciec, i pokazywac to w pelnej symbolice …..moze jest teraz CZAS to naprawic?

  25. Maranowi i innym wieszającym psy na Polakach przypomnę

    „SOLIDARNOŚĆ” roku 1980/81 – ta prawdziwa, a nie jej atrapa z roku 1989 r. – to 15,5 miesiąca czasu jej trwania. Skupiała 10 milionów ludzi. Ona „wybuchła” wbrew wszelkiej maści manipulatorom. Z miesiąca na miesiąc rozwijała się, krzepła, stawała się coraz trudniejsza do opanowania przez władzę i wszelkiej maści scenarzystów. W takiej sytuacji pozostało jedynie ją spacyfikować przy użyciu siły. Stan wojenny [WRONa}zamordował ducha wolności Narodu Polskiego po to by potem wystawić atrapę [tak jakby nie istniała Solidarność roku 80/81] tej SOLIDARNOŚCI prawdziwej i zorganizować zbójecki kanciasty stół.
    Po to by zrobić z Polską i Narodem Polskim to co teraz mamy.

    Odrodzi się ten duch wolności Polaków – to tylko kwestaia czasu, i w sposób pokojowy spadną niewoli kajdany.
    Wiedzą o tym nasi wrogowie i czynią wszelkie zabiegi – w tym prowokacyjne namowy do wyprowadzenia ludzi na ulice aby wszystko pozostało tak jak teraz jest.

    Panie Rysiu – ma Pan rację, ale nawet gdyby była broń to i tak w obecnym czasie [przy jej użyciu] nie tędy droga do odzyskania wolności.

  26. Nie dla ACTA said

    NIE DLA A.C.T.A – Manifest przeciwko A.C.T.A w Sopocie

  27. Nie dla ACTA said

    Tutaj mlodziez pogonila Paliglupa kiedy chcial sie podkleic do manifestacji 🙂

  28. Rysio said

    re 21. A ty co Maran najlepjej potrafisz? Namawiać bezbronnych ludzi do walki z uzbrojonymi po zęby funkcjonariuszmi państwa? Taki jak ty to po prostu po-je-bany prowokator. Sam daj tchórzu przykład jak walczyć.

    PS. Prawie 100 lat temu – twój Bóg – towarzysz Lenin – zauważył, że jeden człowiek z karabinem bez problemu kontroluje 100 rozbrojonych.

  29. maran said

    AD 28
    Rysiu, ty jestes po prostu Glupek ,a z takimi szkoda czasu na wszelkie rozmowy.
    Adieu.

  30. Paragwaj said

    Laudetur Iesus Christus !

    Temat Wegry – a tutaj typowa anarchia tematowa. To wynik braku klasycznej edukacji.
    Potrzeba samodyscypliny potrzebą pilną !

  31. re.29
    Paragwaj – a czy chodzi o podrzuconą żabę, czy o twoją znajomą?

  32. Rysio said

    re 25.

    😉

  33. maran said

    ad 30
    ale wedlug drogi pana Kikunia, zatwierdzonego przez Watykan
    „Kiko:
    Człowiek nie może czynić dobra, ponieważ odłączył się od Boga i stał się z gruntu bezsilnym, w mocy złych duchów. Stał się niewolnikiem Złego. Zły jest jego panem. Dlatego nic nie znaczą ani dobre rady, ani stawiane wymagania. Człowiek nie może czynić dobra /…/. Nie może
    wypełniać prawa; prawo ci mówi, żebyś kochał, żebyś nie reagował na krzywdę, ale ty nie możesz: ty robisz to, czego chce Zły.
    Człowiek-
    jest głęboko skażony. Jest cielesny. MUSI tylko kraść, wadzić się z innymi, być zawistnym, zazdrościć itd., nie może postępować inaczej. I NIE MA W TYM JEGO WINY…
    Właśnie dlatego–
    NA NIC SIE NIE ZDA żadne gadanie. Na próżno mówić: „Poświęćcie się, bądźcie życzliwi, kochajcie!”
    A JESLI KTOS tego spróbuje, zrobi się z niego największy faryzeusz, PONIEWAZ będzie to wszystko robił dla swojej osobistej doskonałości…………… ”
    http://www.antyk.org.pl/wiara/neokatechumenat/zoffoli-neony.htm

  34. — Pan Jozef Bizon na 25 —
    Te 10 mln. Polakow w solidarnosci 80/81 . to ludzie ktorzy zawierzyli sprawie i przywodcom . Ze prowadzeni przez antypolakow , niepolakow , zdrajcow , przekonali sie wkrotce jak np. zmarla w tym miesiacu na obczyznie , Swietej Pamieci Pani Elzbieta Gawlas , gdy zrozumieli z kim i w czym uczestnicza . Potraktowani po SBecku przez niedawnych niby „towarzyszy sprawy ” musieli uchodzic z Polski . Teraz z perspektywy czasu – nie tylko im wspolczujmy , sobie tzn. calemu Narodowi Polskiemu tez .
    Historycy powinni suminnie te dzieje badac , ale swietowanie rocznic tej organizacji , ktorej nazwa nawet zostala nam nadana powinnismy sobie darowac .
    Dac , pozwolic sie oszukac to NIESLAWA .

  35. Mieczyslaw said

    Krzysztof Ligęza: Fundamentalia

    Jeśli pojęcie zaufania rozważać w kategoriach miary podejrzliwości, to coraz większa grupa Polaków ma coraz mniej zaufania do rządzących. Przy czym ta ich podejrzliwość wydaje się w najwyższym stopniu uzasadniona.
    Powyższa obserwacja, uzupełniona ostatnimi wynikami badań tak zwanej opinii publicznej, zdaje się dowodzić, iż przeciętny Polak częściej niż dotąd wybiera się po rozum do głowy i z tych spacerów nie wraca z niczym.
    Rzecz jasna ów kwantyfikator („Polacy”) z samej definicji nie dotyczy indywiduów zbudowanych z ITI czy Agory, innymi słowy osobników z wyrżniętymi sumieniami, przekonanych, że ponieważ wydano im dowody osobiste, naprawdę żyją niezależnym życiem, a nie według recept dla marionetek, wypisywanych przez kierowników wiodących nadwiślańskich pralni mózgów i wtłaczanych do głów gawiedzi via publikatory. Okoliczność, iż tacy ludzie urodzili się w Polsce, mówią po polsku, a nawet niekiedy przekonują, że po polsku myślą, nie czyni ich Polakami. Polskość wymaga od człowieka czegoś znacznie więcej niż formalne potwierdzenie obywatelstwa. Wymaga tym bardziej w czasach zdominowanych przez dyktaturę politycznej poprawności, tyranię „postępu” oraz despotyzm „nowoczesności”, a generalnie – w epoce tryumfu kulturowego marksizmu.

    OWOCE DWUDZIESTOLECIA

    Życia nikt nam nie zwróci, nie da się cofnąć ani dogonić uciekającego czasu, Polska z roku na rok słabnie, zaś słabe państwo nie jest w stanie należycie zadbać o państwowy interes ani realizować narodowej racji stanu. Dokładnie tak samo jak wycieńczony, schorowany człowiek nie sprosta wyzwaniom, gdy na arenie sportowej skonfrontować go ze zdrowszym i sprawniejszym fizycznie od siebie.

    Co to są ów „interes narodowy” i „narodowa racja stanu”?

    Najlapidarniej ujął to kiedyś Stanisław Michalkiewicz, powiadając, że chodzi o to, aby państwo rozwijało się, a nie zwijało. Tymczasem Polska przeistacza się w coś w rodzaju zapyziałego skansenu w sferze materialnej, w obszarze etyki cierpiąc na coś, co latem ubiegłego roku brytyjski premier wytknął współobywatelom, mówiąc o dzieciach bez ojców, szkołach bez dyscypliny i zbrodniach bez kary. Czyli o egoizmie, nieodpowiedzialności oraz niedostrzeganiu odłożonych w czasie konsekwencji własnych postępków.

    Czego dorobiliśmy się przez przeszło dwie dekady „niepodległości”?

    Ano, dorobiliśmy się gargantuicznego zadłużenia finansów publicznych. Dorobiliśmy się półtora do dwóch milionów obywateli szukających pracy poza krajem ojczystym. Dorobiliśmy miernej pozycji w światowych statystykach i zerowej skuteczność w realiach politycznych współczesności. Rządu poddanego presji kapitałowych grup mafijnych, skrzętnie wykorzystujących wiedzę o agenturalnych zasobach PRL-u, czapkującego sąsiadom ze wschodu i z zachodu. Władzy funkcjonującej poza konstytucyjnymi organami państwa i szczelnie zakrytych przed opinią publiczną mechanizmów podejmowania najważniejszych decyzji. Dorobiliśmy się stada moralnych autorytetów wykupywanych przez finansowane z zagranicy fundacje i rekordowego ponoć stopnia infiltracji przez służby specjalne państw obcych.

    Na domiar wszystkiego, nadwiślańskie media mainstreamowe nieustannie walcują opinię publiczną na użytek szemranych interesów mocarzy gospodarczych o niejasnej proweniencji i pod obłędną wizję paneuropejskiej szczęśliwości.

    O CO CHODZI?

    Pal sześć infrastrukturę drogową, kolejową i energetyczną czy krach systemu ubezpieczeń społecznych, ale my nie mamy nawet przyzwoitej armii, zdolnej do obrony granic, a resztki tych zdolności trwonimy na bezdrożach Afganistanu.

    „O co, do diabła, chodzi?!” – pytają samych siebie ludzie rozumni, dzień po dniu zaskakiwani arogancją władzy, grubiaństwem jej przedstawicieli, decyzjami nie mającymi nic wspólnego z budowaniem godnych perspektyw dla ludzi, którzy wynieśli ich do władzy.

    O co chodzi?

    Wyssać Polskość z Polaków – o to chodzi, o to toczy się ta gra, od dwudziestu przeszło lat. Idzie o stworzenie armii 38 milionów bezideowych szkieletów, medialnie zaćpanych, bezmyślnie żłopiących denaturat kultury zwanej masową. Mało tego, chodzi również o to, by – odzierając Polaków z Polskości – wmówić nam, że na tym właśnie Polskość polega.

    Symbolicznie mówiąc, na zapatrzeniu w Angelę Merkel.

    Rzecz w tym, by ulepić Polaka-peerelaka, o którym Krzysztof Kłopotowski pisał tak:

    „Ma być przepojony poczuciem winy za Jedwabne, Marzec i pogromy, o których nie wolno mu zapomnieć, ale powinien puścić w niepamięć zbrodnie żydokomuny. Ma być zawstydzonym własnym narodem, letnio religijnym, rozwiązłym seksualnie indywidualistą i Europejczykiem ślepym na etniczne różnice interesów”.

    Dokładnie. Albowiem, gdy przyjdzie odpowiednia pora, wyłącznie tym sposobem wytresowani obywatele dadzą się bez protestu i bezkarnie zamknąć za wrotami paneuropejskiej masarni.
    ***
    „Światowy kryzys gospodarczy jest sumą kryzysów moralnych indywidualnych ludzi” – zauważył w rozmowie z Janem Pospieszalskim premier Węgier, Wiktor Orban.

    Prawda, jakie to miłe, gdy nasze spostrzeżenia potwierdza ktoś z taką klasą?

    Ktoś uznawany za „wroga publicznego numer jeden” i bezpardonowo atakowany przez hordy paneuropejskich urzędasów, przyspawanych do brukselskich apanaży i żłopiących krew Europejczyków niby krwiożercze bestie.

    Boże, chroń Węgrów!

    Krzysztof Ligęza
    Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
    http://www.goniec.net

    Posted by Włodek Kuliński – Wirtualna Polonia w dniu 2012-01-28

  36. Re.34
    „Gosc po raz pierwszy”
    Tak się akurat składa, że niemal od samego początku byłem bardzo czynnym uczestnikiem tego 10 mnl. zrywu wolności lat 80/81.
    Wiem zatem co piszę pod ad.25.
    Trzeba było to spacyfikować, wystawić atrapę temtej Solidarności roku 80/81 aby osiągnąć dzisiejsze cele. To ta atrapa, jak i inne atrapy, zawłaszczają wszystko co polskie.
    Panie „Gosc po raz pierwszy”
    – Czy z tego powodu mamy wyrzec się Polski i wszystkiego co polskie i Polskę stanowi?

  37. Re.35
    Taaaaaaa – Wirtualna Polonia to przecież stręczycielka PiS-u, podobnie jak nasz Bojkot.

  38. 166 bojkot TVN said

    37/JB
    Przestań pan wciąż kłamać i pi..olić!

  39. Re.38
    Kłamać? No to poczytajmy tu:
    http://wirtualnapolonia.com/2011/09/27/samolot-tu-154-z-lechem-kaczynskim-na-pokladzie-zostal-zestrzelony/

    Piękne są tam argumenty Pana Włodeka Kulińskiego na niewygodne materiały z PiS-em związane – i to bez ACTA.

  40. 166 bojkot TVN said

    39/JB
    Do pana nic nie dociera; kłamać o poglądach i sympatiach politycznych 166!
    Powtarza pan jak poturbowany te same bzdury n-ty raz jak papuga von Nogaja po pieprzu.

  41. Guła said

    # 11 Tekla, pani.

    ” Nastepny wrzód to tzw.Romowie,którzych jest coraz wiecej ,pracowac nie chca i nie lubia natomiast ,ktos musi na nich robić,rozpuscili sie jak dziadoskie bicze,kradna morduja ,więc społecznośc lokalna utworzyła własna samoobronę..co jest oczywiscie sola w oku u tzw.lewaków zachodnich..powstaja filmy i całe cykle w merdiach jak to biedni cyganie na Węgrzech maja żle ,no i oczywiscie ,ze odradza sie faszyzm…. ”

    Nie spotkałem nic bardziej naiwnego i durniejszego niż ludzie zachodu. Kupią wszystko, co wydrukowane czy pokazane w tv. Takie moje szczęście.
    Polacy przy nich to … szkoda słów.

    300 mln po zęby uzbrojonych zza Oceanu Atlantyckiego, a takie głąby że nawet trzeba im „penądz” drukować. Żeby tylko drukować, ale i wydawać trzeba im pomagać.

    Pan Morka potwierdzi. No nie?

  42. re.46
    To trzeba się ścisle i jednoznacznie wyrażać.
    No to jakie to są poglądy i sympatie polityczne ono 166 Bojkot TVN – ono 166 wykrztusi to z siebie?

  43. 166 bojkot TVN said

    42/JB
    Realne: z dwóch okupantów do wyborów 166 woli tymczasowe rządy PiS niż zbrodnicze PO. Proste jak budowa cepa.
    W tzw. międzyczasie niezadowolenie społeczne będzie tak wielkie, że gawiedź wreszcie pojmie, ze bieda wynika z przynależności do UE, Coraz wyższe ceny to haracz, wyzysk „prawnie” narzucony przez sprzedajnych polityków, którzy działają w interesie UE, Gazpromu i swoim, a niczego nie robią dla Polski i Polaków.
    Wśród PiS jest nieco mniej tych sprzedajnych i zboczonych, do czego chyba nie ma pan wątpliwości? 166 nigdy nie glosowało na PiS oraz głosowało przeciwko wejściu do unii.
    166 pisze to od początku, tylko albo pan przeoczył te wpisy, albo ich pan nie pamięta, albo pojąć nie może.

  44. Re.43
    To Bojkot jednak jest stręczycielką PiS.
    A te „nieco mniej” w takim razie co jeszcze robią w tym PiS skoro są „nieco mniej”?

    Trzeba PiS wzmocnić … oczywiście w trosce o…….
    „I mogę państwa zapewnić, że chociaż rządy w Polsce się zmieniają,
    jak w każdym demokratycznym państwie,
    to polityka wobec Izraela się nie zmieni„
    – Prezydent RP Lech Kaczyński, Izrael – 11.09.2006 r.
    http://jozefbizon.wordpress.com/

    No bo przecież nie może być tak, aby ryba w ostatniej chwili zerwała się z wędki. Prawdaż Bojkot?

  45. 166 bojkot TVN said

    44/JB
    Prawdaż, panie JB, prawdaż.
    Jest pan tak tępy, że szkoda czasu na czytanie pańskich wpisów oderwanych od okoliczności przyrody w jakich przyszło nam żyć.
    Nie widział pan święta Chanuki w 2011 roku w pałacu prezydęckim Bula-Komorowskiego i jednocześnie w sejmie i na placu defilad? Tego wcześniej nie było. Więc dzięki pańskim bojkotom zasięg świętowania święta Chanuka obejmuje coraz więcej POLSKICH PUBLICZNYCH MIEJSC I INSTYTUCJI.
    Przestaję pisać cokolwiek do pana, bo to nie ma sensu, niech pan dyskutuje sam ze sobą, to będzie pan w pełni zadowolony.

  46. Mieczyslaw said

    @40
    Pan obraza papuge von Nogaja.
    To byla ”madra” papuga.
    Mowila to w zaleznosci z ktorej raczki jej pieprz podawano.

  47. Re.45.
    Było było Bojkot – tylko trzeba czytać i pooglądać sobie obrazki z tych Chanuk począwszy od 2006 r. na stronie
    http://jozefbizon.wordpress.com/kor-batory-inni/
    Jest i tam Komorowski z 2010 r.

    A Chanukę sprowadził w 2006 r. Lech Kaczyński [PiS] do Pałacu Prezydenckiego. Tak, że 2011 r. to już prosta kontynuacja tegoż.
    A tu część z Chanuk z udziałem L. Kaczyńskiego

    „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną”
    http://jozefbizon.wordpress.com/2011/08/08/nie-bedziesz-mial-cudzych-bogow-przede-mna/

    Re.46
    To akurat tak jak z PiS.

  48. Re.43, 45
    Rzeczywiście – proste jak budowa cepa.
    Przecież
    już dawno ćwierkały jaskółki,
    że najtrwalsze są tymczasówki!

    I to zwodnicze tymczasem będzie następne 50 lat.
    Tymczsem wystarczy tych minionych ponad 20 lat
    i zasług tych tymczasem.

    Najwyższa pora pogonić to całe towarzystwo łącznie z PiS [Bojkoty też].
    Czas najwyższy rozpocząć trwałą polską budowę,
    a te tymczasówki rozbić w drobny mak.

  49. — Do 36 — Z reka na sercu Panie Bizon ze nie chce Pana urazic , jako uczestnik tego ruchu mial Pan wokol siebie najprawdziwszych , najszczerszych , oddanych idealom Polakow . Dla Pana i tych ludzi , to piekne wspomnienia , co nie zmienia faktu ze szkieletem tej organizacji byli wrogowie Polski . Scenariusz tych wydarzen napisany wstepnie w Paryskiej Kulturze w 1971 roku .
    Rozwiniety w Rzymie w 1976 r. konkretniej na kolejne etapy w ktorych obecne czasy sa juz wtedy ujete i jeszcze dalej w przyszlosc , oczywiscie dotyczy juz nie tylko Polski ale duzej czesci Swiata . Cala dekada lat 70-tych to majstersztyk polityczny znajacych sie na tej robocie wybitnych postaci , dla ktorych masy ludzkie im bardziej naiwne , tym wiekszej wzgardy godne .
    Nie uczestniczylem w ogole w solidarnosci . Mimo ze juz wowczas 40-latek , na opinii moich Rodzicow , prostych jak ja ludzi polegalem , z ich doswiadczen , moze nawet nieswiadomie korzystalem . Dla Nich i pieciorga dzieci , lata 1947-1956 byly bardziej niemile (zle) niz 1939,1940—1945 na majatku (roboty przymusowe) w Niemczech . Dla Nich Gomulka po1956r. byl zbawca . Nie widzieli w nim tylko komuniste , ktorym byl , bo byl tez Polakiem , a rzadzil niesuwerennym Panstwem Nie bylo wtedy dzisiejszego nazewnictwa -UBECZATKA- a takimi widzieli moi Rodzice organizatorow — 1968 — 1970 — 1976 — 1980 — . Polakow zryw to byl rok 1956 Panie Bizon .
    Jeszcze do Gomulki – wydarl on z gardla Chruszczowowi 270 tys.zeslancow polskich , wszyscy dostali mieszkania i prace a przeciez bardzo biedna nasza Ojczyzna byla .
    Co Edward Rozrzutny na kredyt zbudowal , do dzisiaj zlodzieje i bandyci rabuja .

  50. Re.49
    To nie miało być takie masowe.
    Owszem majstrowali i zdarzył im się wypadek przy pracy.
    Trzeba było wprowadzić stan wojenny aby to zdusić i opanować
    – a było to tylko 15 miesięcy istnienia Solidarności.
    Ówcześni 50-latkowie [i starsi] zamiast służyć nam młodym swą wiedzą i swą doradą stali sparliżowani z boku. Jedynie co potrafili „doradzić” to to, że wywiozą nas na niedźwiedzie.
    I tym się „Gosc po raz pierwszy” chełpi – jaki to wówczas był mądry?
    To na takich „Gosc po raz pierwszy” nigdy nie ma co liczyć.
    Tacy liczą jedynie na gotowe bez żadnego dla nich ryzyka.

  51. — Panie Bizon —50— nie chelpie sie , i zeby zle nie zabrzmialo , nie powiem tez ze jest mi przykro , ze wsrod tych milionowych mas solidarnosciowych byly dziesiatki tysiecy wyksztalconych , madrych , wartosciowych pod wieloma wzgledami ludzi z predyspozycjami do przewodzenia ktorych wczesniej na codzien polityka nie interesowala . Szkoda wielka — przeciez nie tylko ich osobista , ze poderwani nagle wznioslymi haslami , niesamowitymi obietnicami (pamietam) poszli w dym nie interesujac sie za kim i dokad , za nimi dopiero masy . Zna Pan oczywiscie 21 punktow w zadaniach ktore na sztandarach Solidarnosci niesione byly . Naiwnosc , populizm , materializm . Od autorytetow ktorych nam spreparowano wezwania zawolania zdawalo sie szczere i patriotyczne typu — NIE LEKAJCIE SIE — Kosciol w piesni „Ojczyzne wolna racz nam zwrocic Panie” zmienil na ” Ojczyzne Wolna Poblogoslaw Panie ” .
    Przeciez nasze Panstwo jest niesuwerenne , niewolne i w dodatku jak przed zaborami zagrozone terytorialnie , politycznie a nowosc jak nigdy dotad biologicznie . Panie Bizon gdyby Polska byla wolna milionom zeslancow teraz juz ich potomkom wolno bylo by do Ojczyzny wrocic . Czeczenow , zydow , murzynow sie sprowadza . Polakow z Azji chcacych wrocic do Ojczyzny , goni sie jak psow . Tylko dla mocno upodlonego narodu taka HANBA . I to wszystko dzieki niepolskiej solidarnosci .
    Wybaczy Pan ze za „chelpi sie” zrewanzuje — naprawde warto byc dumnym z uczestniczenia w organizacji ” Solidarnosc ” ?

  52. Mieczyslaw said

    ”…Moja książka została napisana w więzieniu.
    W siedem dni; tyle, że dni w więzieniu to nie są zwykłe dni. Niektóre potrafią trwać kilka miesięcy. Wiedzą o tym wszyscy, którzy znaleźli się po tej stronie mocy. Niektórzy z nich nigdy nie doczekują świtu. Tylko trwają w swej nocy bez końca…
    Ale to nie jest i nie był nigdy mój los. Jestem innym człowiekiem. Jestem z tych, dla których nie ma sytuacji bez wyjścia.
    Moja książka w całości została napisana w więzieniu. Ale zanim zrodził się jej pomysł, początkowe treści pojawiły się już pierwszej więziennej nocy… Odtąd co noc odtwarzała się jak gdyby z zapisanej niegdyś taśmy filmowej czy kasety VHS, a przedwczoraj czy wczoraj z płyty DVD…
    Aż któregoś dnia zacząłem pisać. Pisałem tak przez siedem szczególnych dni. W dzień i wieczorem.
    Powtórzę raz jeszcze to, że swoją książkę pisałem więzieniu, a nie – jak inni autorzy – po wyjściu zza krat. Nigdy nie ulegałem zresztą żadnym modom. Pisałem przecież i dla siebie, i dla swoich najbliższych z bliskich. Pisałem bez strachów i bez kompromisów. Mimo krat i bez pistoletu przy skroni.
    Pisałem poniekąd własnym życiem o własnym życiu i własną ręką o własnych czynach; litera po literze, zdanie po zdaniu… Moje myśli były moimi myślami, a moje wspomnienia echem własnej przeszłości. Zaś emocje, silne a nawet gwałtowne, moimi emocjami. Tak, moja książka jest subiektywna. Jednak inna nie mogła być! A powstała w Areszcie Śledczym w Katowicach, gdzie byłem zmuszony przebywać od 8 sierpnia 2008 do 1 sierpnia 2009 roku, to jest – 1 rok bez 7 dni. Więc tym bardziej staje się jasne, że jest bardzo osobista. Jest wszakże sumą blisko trzydziestu lat życia, co tu kryć, niebanalnego życia. Życia wypełnionego doświadczeniami nie wszystkim dostępnymi. Nie mnie oceniać, dobrymi czy złymi.

    Moimi. Rzeczywistymi.

    Toteż w areszcie, w pokratkowanym zeszycie, zapisywałem sumę swoich doświadczeń i obserwacji, przemyśleń człowieka, który był i posłem i więźniem. Osobą z pierwszych stron gazet, ale przecież także zagubionym młodzieńcem. Zapisywałem siebie z przeszłości, tej na wyciągnięcie ręki, lecz także tej, która zapadła w pamięć dziecka.

    Wiem, że ten pamiętnik dla mnie i dla moich najbliższych jest ( i wierzę, że będzie) bardzo ważny.

    Czy będzie wart uwagi innych czytelników?

    Nie potrafię odpowiedzieć. Równocześnie jednak mam nadzieję, że ci którzy cenią prawdę poświęcą mej książce swój czas.

    Może dlatego warto tę książkę wydać?
    Na wstępie wspominałem o kręgach czasu. Otóż moja historia zatoczyła właśnie swoisty krąg – w sierpniu 2008 znalazłem w więzieniu w Katowicach, w tym samym więzieniu, gdzie byłem dokładnie 25 lat temu.

    Paradoks czasu?

    Wszak na dzień dobry umieszczony zostałem w tej samej celi, co ćwierć wieku temu. Owszem, cela lepiej wygląda dziś niż wtedy w stanie wojennym…Ale słaba, obiektywnie próbując spojrzeć, to pociecha.

    Czy od razu pomyślałem, że nadarzała się (chciałoby się rzec, dobra, gdyby nie ponury kontekst) okazja, aby podsumować minione ćwierć wieku?

    Ten czas, gdy mnie tu nie było… Niekoniecznie.

    To przyszło podczas jednej z pierwszych nocy.

    Wówczas postanowiłem opowiedzieć swoje czasy i własną rewolucję tym murom. A one – jak wtedy w 1983 i 1984 roku – były zmuszone słuchać cierpliwie i wiernie mojego rachunku sumienia. Wówczas głosu pełnego młodzieńczego żalu dzisiaj, słów bardziej zmęczonego i nieco zgorzkniałego dojrzałego człowieka.

    I ciśnie się jedno pytanie: czy warto było?

    Bo przecież ten sam mianownik. I ta niezwykła klamra czasu! Więc – czy warto było i wtedy i dziś?!

    Czy warto żyć było pełną piersią i wolnością, nawet w stanie wojennym, aby takim już pozostać?!

    Ciągle wolnym, mimo kajdan, zawsze niezależnym i dumnym…

    Te ćwierć wieku, między tamtym, a tym aresztowaniem, minęło jak jeden dzień. Jak chwila, jak błysk, jak cud.

    Ale był to ciągły bieg, jakby (czasem) na oślep w szaleńczym maratonie, gdy nie do końca wiadomo po co i za czym. Pewnie za marzeniami, bo nie można przecież bez nich żyć; nie można być wolnym bez marzeń.

    Lecz na pewno wiem ( także dziś, gdy z kilkuletniego oddalenia patrzę na swój ostatni areszt), że warto było. Że po prostu warto być wolnym człowiekiem!

    Pisałem jako wolny człowiek. Dlatego swobodnie ( jakkolwiekby to nie zabrzmiało) przesuwały się obrazy dwudziestu pięciu lat, a więc przede wszystkim lata walki – rewolucjonista na barykadzie, młody więzień, przymusowy żołnierz LWP, podziemny drukarz, działacz antykomunistyczny. I te następne obrazy z czasów już pokojowych – radny, parlamentarzysta, lustrator premierów, postrach skorumpowanych ministrów.

    I pytałem sam siebie stawiając kolejne znaki i patrząc na te przesuwające się klisze, czy to nie ostatni ortodoksyjny sprawiedliwy z Konfederacji Polski Niepodległej?

    Kolejny Don Kichot w walce z patologią kolejnych władz; i tych starych, i tych nowych, z ich nadużyciami i głupotą. A przecież siedziałem w więzieniu, oskarżony o pomoc w „próbie ucieczki ”Marka Dochnala.

    Oczywiście było mi ( i jest także dzisiaj!) wstyd . Zarówno przed M.Dochnalem, któremu nieporadnie „pomagałem”, bo wiozłem potajemnie i bez jego wiedzy, wyrobiony paszport litewski na jego nazwisko, a aresztowano mnie gdzieś pod Olsztynem w drodze z Wilna.
    Nic innego nie miałem do jednak dyspozycji, by ratować człowieka, którego bez wyroku więziono ponad 4 lata. Człowieka, którego wyeliminowano z normalnego życia na zlecenie nowych właścicieli RP.

    W błyskach fleszy i migawkach kamer wykonano egzekucję bez sądu, czy choćby pozorów demokracji i sprawiedliwości.

    Po prostu – „odstrzał”!

    I czuję i czułem wstyd, gdyż przecież to również ja, w jakiejś części, budowałem tę „nową” Polskę po 1989 roku. Tę Polskę, która dziś znów niestety jest pseudodemokratycznym i pseudoniepodległym państwem.

    I czuję wstyd nie tylko za siebie i przed sobą, lecz za całą tę formację, która kiedyś przed wielu laty podjęła wysiłek budowania pięknej Polski. Tak, także z powodu tego wstydu musiałem napisać tę książkę, aby podzielić się moimi doświadczeniami minionego ćwierćwiecza. Pragnąłem uchylić kulisy i odsłonić twarze, pokazać sprawy i czasy, szanse i nadzieje, porażki i zwycięstwa.

    Dokonałem swoistego rachunku sumienia wśród, mimo wszystko nostalgicznych dla mnie, krat i murów katowickiego więzienia. Chcąc uczciwie rozliczyć siebie i innych za klęskę. Pragnę jednak również (może nawet przede wszystkim) ukazać na własnych błędach i sukcesach drogę romantyków, ludzi chorych na Polskę, którzy zawsze chcieli i chcą nadal zmieniać ją na lepszą.

    To, co napisałem tam w areszcie, napisałem. Dobrze, źle, lepiej, gorzej – ocenią moi Czytelnicy.
    Dzisiaj nie zamierzam niczego ani zmieniać, ani uzupełniać, choć czas dokonał nowego, także jakościowego skoku.
    Może kiedyś i ten okres, a więc lata 2009 – 2011 postaram się opisać.

    Kto wie?

    Tomasz Karwowski,Jabłonna, 11 listopada 2011 roku

    Ps.
    Książkę pisałem w czasie, gdy prezydentem Polski był Lech Kaczyński, a Andrzej Lepper czynnym politykiem. Teraz obaj nie żyją. Jak i niektórzy inni wymienieni w mojej opowieści. Pamiętając o szacunku należnym Zmarłym, pamiętając o diametralnie różnych okolicznościach Ich śmierci, postanowiłem jednak – zachowując autentyzm swojej wypowiedzi – nie ingerować w swoje wcześniejsze zapiski.
    Niech Czytelnicy osądzą, czy postąpiłem słusznie…

    Prolog

    o Rewolucja lat dziewięćdziesiątych, owoc przemian po Okrągłym Stole, to klęska ekonomiczna, polityczna i państwowa.
    o Porażka narodu dążącego do wolności i wielkości.
    o Czasy wprowadzania kapitalizmu jaskiniowego i emigracji zarobkowej około dwóch-trzech milionów, głównie młodych, Polaków.
    o Lata wyprzedaży majątku narodowego za bezcen.
    o Okres tak zwanego cudu gospodarczego Kwaśniewskich, Balcerowiczów, Kaczyńskich iTusków.
    o To jednak przede wszystkim czasy karłów politycznych oraz clownów ekonomicznych.
    o Upadek moralności rządzących, niszczenie idei i odbieranie nadziei.

    Dziś ze zdumienia i z niedowierzaniem przecieramy oczy…

    Jak mogło do tego dojść?

    Dlatego postanowiłem opisać tutaj tyle ile widziałem, ile udało mi się zrozumieć i ile warto czy nawet należało przedstawić. Czynię to bez cenzury i tak zwanych moralnych kompromisów.
    Wierzę, że Czytelnicy mojego pamiętnika znajdą odpowiedź nie tylko na takie, jak powyżej, pytanie. Opiszę po prostu tak, jak było, choćbym z tego powodu miał nie wyjść zza krat lub wrócić za nie niebawem. Ale muszę opowiedzieć, co się stało z Polską. Nie mogę inaczej.

    Przemiany ekonomiczne po 1989 roku następowały szybko i pod hasłem budowy sprawnego kapitalizmu. W pierwszej fazie postkomuniści (była PZPR) przejęli lub zlikwidowali większość majątku narodowego skupionego w małych i średnich jeszcze rentownych przedsiębiorstwach państwowych.

    Zaraz później nastały czasy „studzenia” gospodarki przez profesora Leszka Balcerowicza i jego „reformy” z początku lat 90-tych tak zadłużyły wiele pozostałych w sektorze państwowym przedsiębiorstw, że z dnia na dzień, stały się trwale nierentownymi bankrutami. Wtedy przyszedł czas na budowę podstaw polskiego wolnego rynku, czyli prywatyzację zakładów poprzez wyprzedaż obcym i swoim za pół-darmo lub praktycznie za bezcen, głównie za łapówki.

    Wraz z rządami AWS Mariana Krzaklewskiego i Jerzego Buzka nastąpił upadek naszego górnictwa, hutnictwa i przemysłu stoczniowego.

    Lata III RP to czasy powstawanie karier i fortun w ciągu jednej nocy w oparciu o towarzyskie i partyjne układy. Aleksander Gudzowaty, Jan Kulczyk, Ryszard Krauze i wielu, wielu innych pomniejszych „przedsiębiorców” to kreowane na gwiazdy biznesu przykłady powstawania „rodzimego kapitału”.

    To również 20 lat używania, w demokratycznej jakoby Polsce, służb specjalnych do usuwania wrogów politycznych i ekonomicznych. Usuwanie skuteczne aż do całkowitej ich eliminacji z rynku.
    Służby działają podobnie jak w Rosji; tam Michaił Chodorkowski, tu Marek Dochnal. Działają ręka w rękę z prokuraturą i na zlecenie. Nie chronią interesów państwa, lecz pilnują kilku czy kilkunastu majątków i wpływów również politycznych..

    Gdy wreszcie w dniu 1.05.2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej, to wstępowaliśmy już jako odpowiednio ubodzy krewni ze Wschodu z 20 procentowym bezrobociem, oraz średnią płacą rzędu 250 euro wobec pięcio – czy nawet dziesięciokrotnej wyższej średniej płacy w „starej” UE.

    Polska to duży kraj, a ludzie rezolutni i pracowici. Daliśmy zatem UE dużo taniej siły roboczej…

    Ten masowy exodus za pracą, politycy określali mianem cudu gospodarczego.
    „Kocham Cię jak Irlandię” – zaczął już w 2004 roku śpiewać Leszek Miller, wtedy jeszcze premier.

    A potem były już tylko cuda – Kaczyńskich w objęciach Andrzeja Leppera i wielkie cuda Donalda Tuska. Sami cudacy…

    Skutki tego cudu gospodarczego i miłości do zagranicy są do dziś aż nadto widoczne i tragiczne w skutkach. Polacy masowo wracają, bo już tam ich nie chcą, a wraz z ich powrotem skaczą w górę wskaźniki bezrobocia. Wracają, a z nimi paradoksalnie rodzi się nadzieja, że nadejdą zmiany. To tylko bowiem kwestia czasu, gdyż powracający „z saksów” zmiany po prostu wymuszą! Dołączą do tych, którzy nie mają wyjścia i muszą to zrobić, aby przeżyć! Wymienią przede wszystkim całkowicie dziś zdegenerowane elity polityczne. I te z prawa, i te z lewa.

    W ciągu ostatnich dwudziestu lat, na 560 posłów i senatorów zmieniło się tylko zaledwie 250 nazwisk.
    W Zgromadzeniu Narodowym zasiadają swoiści – „pielgrzymkowi politycy”.
    Każdy z nich kilkakrotnie zmieniał przekonania i barwy polityczne.
    Wszyscy zdążyli już też po kilka razy być raz w rządzie, raz w opozycji.
    A więc wszystko, co mogli dla Polski z siebie wykrzesać już po dwa, trzy razy dali, bo mieli ku temu wiele okazji.

    Problem jednak w tym, że oni chcą dalej być!
    Zastygli na stanowiskach jak monumenty legendy i wykładnie wiedzy.
    Skostnieli i tak trwają.

    Bytujące pseudoelity polityczne to dramat Rzeczypospolitej.
    Trwają tak na pozycjach serwilizmu politycznego i wasalizmu gospodarczego w relacjach zewnętrznych.

    Przejęli z PRL zwyczaj czekania na magiczny dźwięk „czerwonego” telefonu, z którego popłyną instrukcje i wytyczne.

    A jaka to różnica z Kremla, z Brukseli czy z Nowego Jorku?

    Byle telefon koniecznie zadzwonił…

    Pierwszy garnitur polityków polskich III RP to w znakomitej większości karły bez własnej wizji państwa i jego miejsca, na mapie geopolitycznej Europy i świata.

    Będąc na wysokiej fali mitu Solidarności obalającej komunizm, politycznie zmarnowali, już na początku lat dziewięćdziesiątych, polskie szanse. Zaprzepaścili koncepcję „Międzymorza”, a w procesie integracji z UE i układaniem na nowo relacji z Rosją, nie potrafili wykorzystać szansy, jaką raz na tysiąc lat daje nam historia. Szansy na takie naturalne przecież wykorzystanie wyśmienitego, choć zarazem tragicznego jak pokazała nasza historia, położenia geopolitycznego między Wschodem a Zachodem.

    Mogliśmy mieć „swoją wielką grę” z UE i odradzająca się Rosją, lecz graczy nam zabrakło, bo naszych karłów nie było widać spod stołu. Karły bowiem nie grają, tylko czekają na ochłapy z pańskiego stołu… Dziś pozostajemy wrogiem potężnej znów Rosji i okradzionym w biały dzień nędzarzem wśród państw UE.

    W NATO zaś traktowani jesteśmy jako mięso armatnie w imię niedoszłych karier ciągle przyszłych sekretarzy generalnych, bo takie są przecież ambicje byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego czy aktualnego szefa MSZ – Radosława Sikorskiego. Irak, Afganistan, Pakistan, Czad…

    A miało być tak dobrze, takie były szlachetne intencje i obiecywane złote interesy. Zostały cynowe trumny żołnierzy i szafy pełne trupów cywilnych.

    Lata 1989 – 2009 to również czasy grabarzy godności, honoru i służby Ojczyźnie. Czasy oszołomionych pijaków, którzy wyprzedali już ostatnie meble z własnego domu, a dalej bełkoczą coś o sukcesach i cudach. Tylko Polski szkoda, bo takie szanse już się nie powtórzą.

    Dlatego ku przestrodze, ale i dla nadziei piszę tę książkę.

    Książka pokaże twarze nowych właścicieli III i IV RP, obnaży nieco mechanizmy władzy i pieniądza, odkryje w jakimś stopniu rzeczywisty wpływ służb specjalnych i ich rolę w tym 20-leciu „demokratycznego” bytu polskiej państwowości.

    Ktoś musi to przecież zrobić w chwili, gdy kończy się powoli czas karłów, żeby mógł szybciej nadejść czas Patriotów!…”

  53. Mieczyslaw said

    ”…W którymś momencie obudziła się pamięć konkretnego dnia. Przypomniałem sobie, jak opowiedział mi – wtedy kilkulatkowi – że był partyzantem i walczył za Polskę z Niemcami.
    – Tato, a co robiliście jak wojna się skończyła? – zapytałem
    – Cieszyliśmy się – odpowiedział – i zakopywaliśmy broń w lesie.
    Jak to? – pytałem dalej – Po co?
    – Jak będziesz starszy – powiedział, kładąc mi rękę na głowę – sam zrozumiesz syneczku…

    Dzień pierwszy.
    Ojciec, czyli to co najważniejsze

    Urodziłem się 1stycznia 1960 roku i to już było znakiem, że całe moje życie nie będzie układało się pospolicie. Zawsze (co, na zdrowy rozum, niewytłumaczalne), czy to zrządzeniem losu, czy przypadkiem jakimś – bez żadnego lub nawet niewielkiego osobistego zaangażowania, trafiałem w samo oko cyklonu. W sam środek wielkich wydarzeń. Wielcy ludzie i ważne sprawy przyciągały mnie podświadomie jak magnes.

    Ktoś kiedyś celnie powiedział, że są ludzie, którzy aby żyć, zawsze muszą czuć adrenalinę. Miał rację. Bez wątpienia należę do tych ludzi, którzy nie potrafią żyć w błogim spokoju. Ciągle muszą być w walce, gdyż inaczej spalają się na popiół, jak gdyby umierają powoli. Ale od początku…

    Urodziłem się na Mazurach. Mój Ojciec – Józef Karwowski – zmarł w 1966 roku, gdy miałem 6 lat.
    Odszedł młodo w wieku 52 lat. Oprócz mnie osierocił jeszcze czwórkę mojego rodzeństwa; brata (22 lata), siostrę (20 lat) i 16-letnie siostry bliźniaczki. Mieszkaliśmy wtedy w Spychowie, niedaleko Szczytna, miejscowości historycznej i literackiej.

    Zmarł w domu w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych i po ucieczce ze szpitala. Uciekł zresztą w piżamie, gdy usłyszał rozmowę lekarzy na swój temat. Nowotwór złośliwy, wielkości litrowego słoja, bez szans… Wiedział, że niebawem odejdzie, dlatego uciekł, bo chciał odejść wśród bliskich. W domu i wśród muzyki serc, którą pragnął usłyszeć w ostatniej chwili. Uciekł, ale przecież całe życie uciekał!

    We wrześniu 1939 roku poszedł na wojnę i skończył ją w 1947 roku „wyjściem z lasu”.
    Był oficerem (kapitanem) Narodowych Sił Zbrojnych. Z wykształcenia ekonomista. Życie miał barwne, lecz pisane konspiracją, więzieniem oraz ciągłym ukrywaniem się i ucieczkami.
    Uciekał i ukrywał się: najpierw we wrześniu przed Niemcami; potem w latach 1939 – 41 przed
    bolszewikami; później w latach 1941- 45 znów przed Niemcami; a po roku 1945 przed „rodzimym” UB. Osiem lat walki; „w lesie” jak dowódca partyzantów z NSZ, a po wojnie znów do „lasu” walcząc o Niepodległość.

    Później, przez prawie dwa lata ubeckie więzienie.
    Moja Matka nie poznała go, gdy w końcu go wypuścili. Potem znów uciekał przed UB, bo wszędzie, gdzie zamieszkał czy pracował, mieli w zwyczaju przypominać mu o „niechlubnej” przeszłości. Orneta, Orzysz, Wąsosz, Mrągowo, a na koniec Spychowo… Oto szlak Jego wędrówek. Na koniec swojej zawodowej i życiowej drogi został głównym księgowym w miejscowej fabryce Kalafonii i Terpentyny (jednej z zaledwie dwóch w Europie).

    Dziś jest tam istne „pole minowe” – magazyn gazu LPG Shella, a po zakładzie zatrudniającym kilkuset mieszkańców okolicy, zostały jedynie ruiny.

    Różne są znaki skarlałych czasów!

    Gdy Ojciec umarł, całe Spychowo szło prawie dziesięć kilometrów w procesji żałobnej za jego trumną.
    Aż na cmentarz w Świętajnie. Ludzie podziwiali go, szanowali, lubili i nawet po jego śmierci szeptali, że podobno dalej konspiruje z nadleśniczym. Zmarł jak żył – w biegu, ale wśród bliskich. Zostaliśmy z młodo owdowiałą, Mamą. Wspaniałą i dzielną kobietą. Dziś ma 90 lat i ciągle jest pełna życia, nie chce niczyjej pomocy. Wychowała samotnie pięcioro dzieci, dała radę wszystkim przeciwnościom losu. Dziś już takich dzielnych kobiet mało…

    Wyjechaliśmy z Mazur w 1967 roku. Mama, przy pomocy swojej siostry z Katowic, kupiła dom w Dąbrowie Górniczej. Zrobiła to dla dzieci, bo chciała im dać inną perspektywę życiową. To było parę ciężkich lat i każdy grosz się liczył. Pamiętam, byłem chyba w trzeciej klasie podstawówki, gdy pojechaliśmy na szkolną wycieczkę do Wesołego Miasteczka w Chorzowie. Każde dziecko miało wziąć od rodziców parę złotych, aby mieć na karuzele. A one i owszem kręciły się, lecz ja stałem obok, ponieważ te parę złotych od razu wydałem na czekoladę, bo tak dawno jej nie jadłem…Nikt z nas jednak nie chodził nigdy głodny czy obdarty; Mama nie dość, że była wyśmienitą gospodynią, to również świetną krawcową. I – jak dobra wróżka – z niczego potrafiła wyczarować coś ładnego.

    Dąbrowa Górnicza rosła na naszych oczach i z 50-tysięcznego miasteczka urastała do ponad 100 -tysięcznego miasta. Tuż obok nas, Edward Gierek postawił Hutę Katowice i Koksownię Przyjaźń.
    Starszy ode mnie o szesnaście lat brat szybko robił karierę na placu największej budowy w PRL.

    Ja zaś po podstawówce poszedłem do Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych (ŚlTZN to renomowane wówczas technikum) i wybrałem specjalizację „automatyzacja i modernizacja procesów hutniczych”.

    W tym właśnie czasie w domu, na strychu przypadkiem natknąłem się na książkę „Świadectwo tamtym dniom”. Książka była zupełnie nowa, lecz jakoś dziwnie ukryta. Autor, niejaki Stanisław Wałach, jak się okazało szef UB w Krakowie (1945-48 ) i w Olsztynie ( 1948-51) opisywał w książce tak zwanej walkę władzy ludowej z antykomunistycznym podziemiem w latach 1945-56.
    Stanisław Wałach „za zasługi” został później wicewojewodą bielskim.
    Znalazł się w składzie delegacji partyjno-rządowej wizytującej Hutę Katowice i w czasie spotkania z pracownikami wręczał to swoje „dzieło” wraz z autografem.

    Książkę dostał również brat, który przyniósł ją do domu i szybko poprosił Mamę o jej ukrycie.
    Było tam bowiem kilka stron poświęconych Ojcu, którego autor nazywał zdrajcą spod znaku reakcji i zaplutego karła. Ojciec, jeszcze w 1947 roku, stojąc na czele swojego oddziału partyzanckiego, odbił z rąk UB swoich kolegów, opanowując na kilkanaście godzin miasto powiatowe Grajewo. W książce było zresztą wiele stron na temat walki Ojca z komunistyczną władzą. A generalnie Narodowe Siły Zbrojne opisywane zostały jako siedlisko zdrajców i niemieckich kolaborantów, którzy mordowali skrytobójczo partyzantów-patriotów z Armii Ludowej. Jako przykład podawano najczęściej tak zwany mord pod Borowem, gdzie Brygada Świętokrzyska NSZ pod dowództwem płk. „Bohuna” miałaby jakoby żywcem spalić trzydziestu dwóch komunistycznych „partyzantów”. I w tę scenerię wpleciony był mój Ojciec, który, jako dowódca okręgu NSZ, był rzekomo nie tylko zdrajcą i agentem imperialistycznym, ale również mordercą prawdziwych patriotów!

    Miałem siedemnaście lat i byłem chłopcem o bardzo emocjonalnym charakterze z romantyczną duszę.
    A raz po raz na lekcjach historii nauczycielka powtarzała, że ci z NSZ to byli podli renegaci i zdrajcy okrutni!

    I w końcu zacząłem w to wierzyć i wstydzić się za Ojca. Indoktrynacja komunistyczna była, niestety, skuteczna. Ojciec już dawno nie żył, a nikt w domu nie chciał mi wcześniej wytłumaczyć, jak z losem Ojca było naprawdę. Mama jedynie mówiła czasami szeptem z wyczuwalnym strachem w głosie, że Tata był w AK. To pewnie według niej miało być mniejsze zło.

    O fakcie, że znalazłem i przeczytałem tę ukrytą na strychu książkę, nikomu nie powiedziałem.
    Ileś dni, a może miesięcy trwałem w tragicznym rozdarciu. Z jednej strony „nauka” peerelowskiej wersji historii w szkołach i „dokumentującą” ją książka Wałacha , a z drugiej – odzywające się serce: jak to, mój ukochany – wszak gdy umierał miałem już, choć dopiero, sześć lat! – Tatuś to zdrajca? Czyż to możliwe…

    W którymś momencie obudziła się pamięć konkretnego dnia.
    Przypomniałem sobie, jak opowiedział mi, wtedy kilkulatkowi, że był partyzantem i walczył za Polskę z Niemcami.
    – Tato, a co robiliście jak wojna się skończyła?- zapytałem.
    – Cieszyliśmy się – odpowiedział – i zakopywaliśmy broń w lesie.
    – Jak to? – pytałem dalej – Po co?
    – Jak będziesz starszy – powiedział, kładąc mi rękę na głowę – sam zrozumiesz syneczku…

    Sam zrozumiesz syneczku… Od tej chwili nie mogły już nie powracać wspomnienia z dzieciństwa.
    A zwłaszcza obrazy Ojca, który pracując niedaleko, na śniadania przychodził do domu. A ja, jak co dzień ukryty za drzwiami, usiłowałem przestraszyć Go. On za każdym razem udawał bardzo zaskoczonego.
    Taki to był codzienny rytuał i powitalny ceremoniał; zaraz potem brał mnie na ręce i mocno przytulał. Pamiętam też sytuację, gdy w wieku czterech, może pięciu lat złamałem nogę, a łamałem wtedy coś bez przerwy. Potrafiłem na przykład wejść na drzewo ze złamanym obojczykiem, spaść i dodatkowo złamać rękę! Założono mi gips na tę nogę, ale po dwóch, trzech dniach coś „swędzi” dziwnie i uwiera gips, skarżę się głośno. Ojciec bez wahania, mimo protestów Mamy, rozciął gips i wezwał pogotowie. Okazało się, że słusznie i w ostatniej chwili; gdyby tego nie zrobił, to za kilka, kilkanaście godzin noga byłaby do amputacji. Krew do nogi nie dopływała, gdyż zbyt ciasno założono gips. I kolejne wspomnienia zdawało się zupełnie zakryte czasem – powracały, odżywał … Stawały przed oczami gdzieś wywoływane z głębi, niezwykle obrazy spędzonych z Nim chwil.

    Sam zrozumiesz syneczku… Z jednej strony pamięć o ukochanym, wspaniałym Ojcu, a z drugiej „twarde fakty” krzyczące – zdrajca!

    Tak żyłem, cierpiąc trzy lata, aż w początkach 80-tego roku wpadło mi w ręce pierwsze „nielegalne” drugoobiegowe wydawnictwo w którym była wzmianka o NSZ. Lecz tym razem pisano o Narodowych Siłach Zbrojnych jako o bohaterach!
    I znów, w pewien sposób, świat zawalił się na moją młodą, gniewną głowę!
    Długo potem przepraszałem Ojca za myśli niedobre na Jego temat zrodzone pod wpływem
    wszechogarniającej propagandy komunistycznej i indoktrynacji.

    Jednak przede wszystkim było mi wstyd, że tak mało wtedy wiedziałem. Że nie znałem historii.
    Że nie szukałem prawdy… A gdy w wieku dwudziestu lat odpowiedziałem sobie na pytanie – kim był naprawdę mój Ojciec – bezzwłocznie musiałem zadać kolejne pytanie: kto i dlaczego zbezcześcił Jego pamięć.

    Odpowiedź była prosta. To zakłamany system komunistyczny.
    I wówczas miałem już tylko jedno zmartwienie i pragnienie zarazem, żeby się na nich zemścić.
    A „oni” byli wszędzie. Był to cały system.
    A więc co powinienem teraz zrobić?
    Tu też odpowiedź była oczywista – walczyć jak Ojciec, o honor własny i o wolną Polskę.

    Wybrałem Konfederację Polski Niepodległej (KPN), najbardziej zakazaną antykomunistyczną, podziemną organizację. Moim jedynym przykazaniem stało się pognębienie tych, którzy kazali mi się niesłusznie wstydzić za własnego Ojca. Mojego Ojca, który walczył o niepodległa Polskę!
    Dożyję czasu – przyrzekłem Jemu i sobie – gdy postawię Ci Tato godny pomnik.

    Czekał aż dwadzieścia pięć lat, ale słowa dotrzymałem.

    Jednak wcześniej był rok 1980. Rozpoczynał się w Polsce jeden z najważniejszych i najpiękniejszych okresów naszej historii. Okres ważny również dla Europy i świata. Czas, gdy znowu najbardziej niepokorny i kochający wolność naród przystąpił do walki o wolność właśnie. Do walki o solidarność ludzką i o Solidarność, z którą związało się blisko 10 mln ludzi w prawie w 40-milionowym państwie. Do pokojowej walki z uzbrojonym po zęby reżimem komunistycznym, wspieranym siłą całego obozu totalitarnego. Do walki, w której nie było zabitych do czasu, gdy komuniści nie zaczęli zabijać ludzi Solidarności walczących pokojowo o solidarność.

    W tym właśnie 1980 roku podjąłem pracę w pobliskiej Hucie Katowice jako automatyk na Elektrociepłowni (EC), wydział A-55. Do KPN wstąpiłem (pod przysięgą) wiosną 1981 roku, poprzez Komitet Obrony Więzionych za Przekonania (KOWZAP). To była taka przykrywka Konfederacji, szczególnie w dużych zakładach pracy. Do KPN rekomendował mnie Zbyszek Smoła, szef Solidarności na moim wydziale, a przyjmowali Ireneusz Gajos I Krzysiek Rutkowski. Z Irkiem działaliśmy razem w KPN do końca , do 2000 roku, a Krzysiek wyjechał chyba do RPA w stanie wojennym. KPN w Hucie Katowice liczył około 80 członków i byli to głównie ludzie młodzi. Gorące głowy i serca, zapaleni rewolucjoniści, niezłomni patrioci.
    Od początku pierwszej Solidarności rozpoczął się okres wielkiej aktywności w moim życiu.
    Pierwsza praca zawodowa i od razu szeroka działalność polityczna.

    W ostatnich miesiącach 1981 roku napięcie w kraju rosło, władza przygotowywała się do zdławienia wielkiego ruchu solidarności siłą i do wprowadzenia stanu wojennego. Wzrastało napięcia, pojawiały się prowokacje. Reżimowa telewizja wzmagała nagonkę na działaczy, w więzieniach siedzieli więźniowie polityczni. Nie było mojej zgody na ten stan rzeczy.

    Czy miałem prawo sadzić, że już wnet, w jakimś sensie, podzielę los swego Ojca i zostanę aresztowany?

    Raczej nie, choć…

    Było tak. W pierwszych dniach grudnia 1981 roku zaplanowaliśmy w całym regionie śląsko-dąbrowskim dużą akcję informacyjno-plakatową pod hasłem „TV łże” oraz „Uwolnić politycznych”.
    Wraz z kilkunastoosobową grupą ruszyłem do centrum Dąbrowy Górniczej, aby rozwiesić około trzech tysięcy afiszy. W naszej grupie były dwie osoby wyposażone w krótkofalówki, więc mieliśmy bezpośrednią łączność z kolegami wewnątrz huty. W czasie akcji otoczyła nas grupa cywilnych i umundurowanych funkcjonariuszy MO i SB, podjechało kilka milicyjnych „suk” i zaczęli nas, dość brutalnie, do nich upychać. Zawieźli nas na komendę MO i tam spisali dane personalne; kilkakrotnie przesłuchiwali bo chyba nie wiedzieli, co z nami dalej zrobić. W trakcie naszego zatrzymywania jeden z naszych przez krótkofalówkę poinformował Hutę o zajściu. Na wieść o naszym aresztowaniu Komisja Zakładowa Solidarności HK ogłosiła pogotowie strajkowe z jedynym postulatem – naszego uwolnienia!
    Dali SB czas do 15.00, w przeciwnym wypadku Huta Katowice miała przystąpić do strajku czynnego. Władze spanikowały i już o godzinie 14.45 podwieźli nas „Nyskami” pod bramę główną Huty.
    Ale wcześniej na komendzie straszyli, że pojedziemy na Sybir…

    Ruszyliśmy do bramy, a tam już czekali na nas koledzy, witając jak uwolnionych jeńców, niemal jak bohaterów. W ich asyście poszliśmy na wydział M-32. Tam Jacek Kilian, przewodniczący zakładowej Solidarności na zaimprowizowanym podwyższeniu przemawiał do kilkunastu tysięcy zgromadzonych hutników. Nastrój był bardzo podniosły, przywitano nas huraganem braw, zaproszono na podwyższenie, a mnie Jacek poprosił o zabranie głosu. Wziąłem mikrofon, popatrzyłem na te tysiące twarzy w robotniczych ubraniach w kaskach, którzy pewnie gotowi byli iść te trzy, cztery kilometry do Komendy, aby nas odbić z rąk SB. Czekali, aby im powiedzieć, jak było w jaskini lwa. Popatrzyłem i struchlałem; miałem dwadzieścia jeden lat, byłem wystraszony całą sytuacją i nie miałem pojęcia, co mam powiedzieć.
    Kompletna pustka w głowie, aż nagle, jakby podświadomie zdjąłem swój kask z głowy (zatrzymano nas w ubraniach roboczych), spojrzałem na zamarły jak ja tłum i stanąłem na baczność.

    – Panie Przewodniczący – zwróciłem się do Jacka – grupa plakatowa melduje swój powrót z akcji specjalnej, wszyscy w komplecie. Dziękujemy za nasze uwolnienie.

    Zerwał się huragan braw. W oku łza mi się zakręciła, brawa umilkły, a mnie znów zabrakło słów. Zrobiła się wokół absolutna cisza, zebrani patrzą i czekają, a ja nie mogę słowa z siebie wyksztusić i łzy w końcu mi poleciały, jak groch o podłogę…Aż nagle wyprostowałem się i do mikrofonu najpierw cicho, bardzo cichutko i nieśmiało zaintonowałem – Jeszcze Polska nie zginęła póki my….Ogromna hala wypełniła się aż po sklepienie takim śpiewem, jakiego już nigdy potem nigdzie nie usłyszałem. Śpiewali głośno, dumnie i donośnie, jakby zagłuszyć chcieli własny niepokój i lęk. O przyszłość, o Polskę, o własne rodziny. Śpiewali poprzez łzy… Skończyliśmy.

    Wszyscy na baczność jakby tym hymnem zespoleni, silni i solidarni.
    To wykonanie hymnu narodowego będzie mi grzmiało w uszach do końca życia, a przed oczyma pozostanie widok męskich łez na dorosłych, silnych i zdecydowanych policzkach.

    Utrwalony w pamięci obraz stanowi dla mnie do dziś niepisane zobowiązanie – idź i walcz!
    Walcz o prawdę, nie jesteś sam!

    Wtedy też bowiem poczułem tę siłę i potęgę nadziei. Bo przecież ten hymn i te łzy były nie tylko zobowiązaniem, ale czymś więcej. Były również przysięgą.

    Myślę, że to wówczas ostatecznie obrałem drogę na całe swoje życie!

    Tak, ten hymn do dziś czasami słyszę. Słyszałem go także w niedzielę 13 grudnia 1981 roku, gdy wprowadzono w Polsce stan wojenny. W proteście przeciwko jego wprowadzeniu strajkowały tysiące zakładów pracy. Huta Katowice natychmiast ogłosiła strajk generalny.
    Całą Komisję Zakładową Solidarności aresztowano w nocy z 12 na 13 grudnia, zostaliśmy więc bez przywódców. Powołaliśmy szybko Komitet Strajkowy.

    Była niedziela i wojska pod bramami, a na strajk stawiło się ponad dwadzieścia tysięcy pracowników huty i prawie drugie tyle z mniejszych okolicznych zakładów i fabryk. Natychmiast wystawiliśmy straż robotniczą na bramach i zaczęliśmy zamieniać hutę w twierdzę na wypadek ataku.

    Już 14 i 15 grudnia pojawiło się około trzystu czołgów i transporterów opancerzonych oraz kilka tysięcy zomowców i milicjantów. Otoczyli hutę szczelnym kordonem, a czołgi ostentacyjnie opuściły lufy na wprost – do strzelania. ZOMO uderzyło w najbliższe bramy wydziałów i w budynki. Padli piersi ranni i pobici, wielu aresztowano!

    Teraz my zaczęliśmy zbroić się w rury, długie pałki z grubych kabli, w dzidy. Zaspawaliśmy wejścia do wydziałów tak, aby nie mogli nas znienacka zaskoczyć. Do niezaspawanych wejść podciągaliśmy ciężkie gaśnice ppoż. na wózkach, a u nas w Elektrociepłowni przygotowaliśmy rurę z technologiczną parą przegrzaną o temp. 540 C i ciśnieniu 120 atmosfer. W razie ataku ZOMO postanowiliśmy bronić się do upadłego. Uruchomiliśmy działalność wydawnicza i drukowaliśmy, nielegalne już, wojenne numery „Wolnego Związkowca”. W szczytowym momencie w strajku uczestniczyło około 40 – tysięcy zdeterminowanych osób!

    Ludzie maszerowali i płakali z bezsilności, a wokół szczelny kordon ZOMO szydził, pluł i kpił.
    I tak szliśmy trzy kilometry razem…
    Wytrwaliśmy prawie do Wigilii – do 23.12.1981roku. W trakcie tych dni i nocy stosowano różne formy zastraszania i szantażu. Drogami wewnątrz huty jeździły czołgi, a w powietrzu czasami nisko przelatywała grupa kilku samolotów i helikopterów. A my, gotowi zginąć, trwaliśmy zabarykadowani na swoich wydziałach, 17 grudnia dotarła do nas informacja o tragedii na KWK „Wujek”. Ból, łzy i zaciśnięte pięści oraz niewypowiedziane jedno pytanie – my też?
    Niewielka część zaczęła uciekać po cichu. Innych panikarzy i prowokatorów sami powyrzucaliśmy z wydziałów. Trwaliśmy, pomimo problemów z żywnością. Wyruszały po nią nocą zorganizowane grupy. Otrzymywaliśmy zresztą pomoc z okolicznych piekarń i stołówek.
    Zbliżały się święta i docierały do nas coraz częściej informacje o kolejnych pacyfikowanych zakładach pracy. Gdy na Śląsku zostaliśmy tylko my i górnicy z KWK „Piast”, którzy zjechali na dół i zaminowali szyb, zaczęliśmy zadawać dramatyczne pytanie – co dalej?
    W przeddzień Wigilii podjęliśmy decyzję o rozwiązaniu strajku i większość, około pięciu tysięcy ludzi, w zwartej kolumnie wyszła do głównej bramy, przy której czekały już milicyjne suki. Ludzie maszerowali i płakali z bezsilności, a wokół szczelny kordon ZOMO szydził, pluł i kpił. I tak szliśmy trzy kilometry razem.
    A już wtedy z tłumu SB wyszarpywało przywódców, niektórych bito.
    Rozeszliśmy się do domów w poczuciu przegranej.

    Wróciłem do domu, z nikim nie chciałem rozmawiać i pomimo Świąt Bożego Narodzenia zamknąłem się w swoim pokoju. Ukryłem wydawnictwa bezdebitowe i ulotki. Z huty wyniosłem około pięciuset plakatów o tragedii na „Wujku”, które schowałem w wersalce. Wcześniej zamaskowałem na strychu małą drukarnię – sitodruk, wałek, ramkę, farbę. Nie mogłem tylko odnaleźć mojej legitymacji KPN.

    Przywódców strajku aresztowano i osądzono w pokazowym procesie. Dostali wyroki od trzech i pół roku do ośmiu lat. Nawet osobom, które organizowały i dostarczały pomoc, jak na przykład szefowi piekarni w Strzemieszycach, też wymierzyli dla przykładu sześć lat.

    A po świętach, 28 czy 29 grudnia, poszedłem do pracy i zobaczyłem hutę otoczoną dalej czołgami i ZOMO. Na bramach wejściowych stało MO i Straż Przemysłowa. Doszedłem do bramy i pokazałem przepustkę, lecz zaraz mi ją zabrano i kazano iść do działu kadr pod pretekstem jej wymiany. Stoję w kilkusetosobowej kolejce, rozmawiam z kolegami. Dominuje bezsilność, przygnębienie, strach…

    Wreszcie dowiaduję się, że jestem w pierwszej fali zwolnień dyscyplinarnych z dekretu Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego – za udział i organizowanie nielegalnego strajku.

    Podobny los w tym dniu spotkał około stu pięćdziesiąt osób.W następnych miesiącach zwolniono w ten sposób do trzech tysięcy osób. Listy mozolnie przygotowywała SB wraz ze swoimi donosicielami wewnątrz huty.

    Komisarz ludowy, wojskowy w stopniu pułkownika, do którego chcieliśmy się odwołać, zagroził nam, że nigdy już pracować w hucie nie będziemy i zgnijemy w więzieniu. Zapamiętałem go, bo był bardzo niski i pierwszy raz wtedy zobaczyłem kurdupla u władzy. A potem to już było ich pełno wokoło. Do dziś…

    Po powrocie do domu odkryłem, że wszystkie „zakazane rzeczy” zniknęły gdzieś, podobnie jak wcześniej legitymacja KPN. Mama wyznała, że rodzina spaliła to wszystko dla mojego dobra. Domyśliłem się roboty szwagrów. Zdenerwowany, rzuciłem na odchodnym, że w ogrodzie mam zakopaną broń, bo niedługo nie plakatami będziemy wałczyć… Wracam po kilku godzinach, wchodzę na podwórze, a tam w ogródku dwóch szwagrów przy tych piętnastu stopniach mrozu kopie i szuka pewnie broni.
    A niech kopią, uznałem, przecież jakaś kara musi być za spaloną legitymację KPN i plakaty.

    Podczas tamtej zapamiętanej z dzieciństwa rozmowy Ojciec mówił o zakopywaniu broni. I, że kiedyś zrozumiem sens tego czynu. Już rozumiałem…

    Przewieźli nas na Komendę Miejską w Dąbrowie Górniczej. Trafiłem na przesłuchanie do oficera SB. Pyta, co to za zdjęcia, skąd ulotki? Potem zaprowadzają mnie do innego pokoju, do starszego sierżanta Milicji Obywatelskiej, niejakiego Flaka, zwanego w Dąbrowie „Brudnym Harrym”. Ten z kolei najpierw bije, potem pyta, a przy tym jąka się okrutnie. A ma dwóch pomocników do bicia. Potem znowu spokojny oficer SB i tak w kółko przez dwa dni.

    Dzień pierwszy – wieczór.
    Wojsko, czyli wojna z reżimem

    Po zwolnieniu dyscyplinarnym z dekretu o stanie wojennym, długo szukałem pracy. Aż w końcu, po wielu perypetiach, znalazłem zatrudnienie przy odśnieżaniu w Okręgowym Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej w Dąbrowie Górniczej. Popracowałem tam raptem pięć miesięcy, ale ponieważ byłem w taka zwanym wieku poborowym upomniało się o mnie wojsko.

    Był czerwiec 1982 roku, a mnie skierowano do szkółki kierowców Bojowych Wozów Piechoty w Nysie.
    W wojsku dyscyplina i wszechobecny głód. Nieźle strzelałem, zająłem drugie miejsce w pułku. Mój pobyt w wojsku to ciąg kłopotów, aresztowań, nagan… Problemy zaczęły się zaraz po przysiędze.
    Przyjechali do mnie koledzy z Huty i po uroczystości poszliśmy „na miasto”. Przy pożegnaniu pod koszarami, zaczęli pstrykać mi zdjęcia z miniaturowego aparatu, który jeden z nich dostał od ciotki z USA. Ledwo przekroczyłem bramę, a tu już afera. Ktoś usłużny doniósł pewnie o zdjęciach i Wojskowa Służba Wewnętrzna zatrzymała i mnie i moich kolegów; ich zamknięto w areszcie w centrum Nysy, a mnie zaprowadzono do aresztu pułkowego. WSW tak przejęło się swoją rolą tropicieli agentów imperialistycznych, że nawet ponumerowali kilkanaście zatłuszczonych papierów po kanapkach z podróżnej reklamówki kolegów. Nie mogli natomiast „rozpracować” aparatu fotograficznego i wyjąć kliszy, więc w końcu… poprosili kolegę. Ten zaś, podchmielony jeszcze nieco i owszem, pomógł im – wyjął błonę i ją rozwinął, specjalnie naświetlając.

    Funkcjonariusze wpadli w szał. Posadzili chłopaków na czterdzieści osiem godzin, a do Huty Katowice przekazali informację, że aresztowali jako szpiegów jej pracowników. Rozniosło się natychmiast po całej Hucie i o „aferze szpiegowskiej” poinformowano nawet przez radiowęzeł. Mnie puścili na drugi dzień rano, a ich wieczorem. I tak zakończyła się akcja przeciw wrogim siłom imperialistycznym. A moją obiecaną trzydniową przepustkę szlag trafił.

    Czas płynął, a ja poznawałem arkana sztuki wojennej jako kierowca pojazdu Bojowego Wozu Piechoty. Pojazd spodobał mi się bardzo – 13 ton, gąsienice, wyrzutnia przeciwpancernych pocisków kierowanych do 3 km (z możliwością kierowania podczas lotu), działko 63 mm, karabin maszynowy kaliber 12,8 mm, z tyłu desant na 8 żołnierzy i specjalny otwór strzelniczy dla każdego. Istna forteca na gąsienicach!
    BWP w swojej klasie uważany był wówczas za najlepszy tego typu pojazd na świecie i uczono nas, że jeden dobrze dowodzony BWP sam może dać radę kompanii czołgów.

    I ta jego cecha najbardziej mi się spodobała. Trwała przecież wojna Jaruzelskiego z własnym narodem, a tu całkiem niezły sprzęt. Zacząłem szukać podobnie myślących w swoim plutonie i kompanii.
    I pierwszym pozytywnym efektem moich ideologicznych rozmów w plutonie było to, że pomimo nalegań kadry, nikt nie wstąpił do ZSMP, podczas gdy w innych plutonach mieli po 100 procent członków tego socjalistycznego związku. Chyba w sierpniu 1982 roku wymyśliłem więc, że rewolucja przecież wymaga ofiar, a skoro dali nam niezły sprzęt, to trzeba go użyć przeciwko nim. Na poważnie więc zacząłem prowadzić rozmowy o buncie i opanowaniu koszar pułku. I o „rajdzie” BWP-ami przez Wrocław, Opole do Katowic, o eskapadzie połączonej oczywiście z „rozbijaniem” Komend Wojewódzkich MO i SB oraz ostrzelaniem na „wiwat” Komitetów Wojewódzkich PZPR.

    Jednak już po pierwszych sondażowych konspiracyjnych rozmowach przeniesiono mnie w trybie pilnym do Opola. Przekonywałem się powoli, że wszędzie działali kapusie. Miasto było wprawdzie jednym z przewidzianych przeze mnie punktów „rajdu”, ale nie tak miałem tam dotrzeć. Przenieśli mnie do jednostki, która pacyfikowała KWK „Wujek” i otaczała strajkującą w grudniu 1981 roku moją Hutę Katowice. Wojskowi wiedzieli przecież kogo mają i na początku wysyłano mnie na okrągło na warty, w ramach szybkiej resocjalizacji. Wówczas rozpuściłem plotkę, że nie zależy mi już na życiu i gdy w nocy przyjdą na kontrolę wart, to niech uważają, bo mam słaby wzrok oraz słuch i trzy magazynki do kałasznikowa. I od tej pory nikt w nocy mnie nie niepokoił, mogłem zatem spać spokojnie. Później moje warty zazwyczaj wypadały na uboczu koszar, w miejscu gdzie stało kilka skotów, czyli transporterów opancerzonych piechoty. Miały one jedną rzecz cenną – dobrą radiostację. Zacząłem więc namiętnie słuchać „Wolnej Europy”, a ponieważ nasza jednostka była w pobliżu blokowiska, nocą z koszar płynęły jęki i piski z radiostacji, a po chwili słowa Tu Radio Wolna Europa rozgłośnia polska . Ubaw był po pachy. Konsekwencje jednak były groźne; zdjęli mnie z wart, grozili karną kompanią w Orzyszu, a szef kompanii (znów kurdupel) podpuścił na mnie „rezerwę”.

    Przyszli nocą, pijani. Było ich kilku, zarzucili mi koc na głowę, lecz byłem na to przygotowany. Nie spałem, w ręku miałem pas wojskowy z ciężką klamrą, a ponadto moje łóżko miało niedogodne położenie dla napastników i trudno było do mnie dojść. Koc szybko zrzuciłem z twarzy i pasem zacząłem tłuc po podchmielonych łbach jak popadło bez opamiętania .Uciekli w popłochu wśród wrzasków i pisków, lecz po chwili wrócili wściekli jak ranny Rambo. Na szczęście nagle pojawił się Fil, rezerwista, który lubił mnie za moje spory i kłótnie na zajęciach politycznych i kazał im się rozejść. Rano na apelu porozbijane głowy i podbite oczy kilku rezerwistów. Szef kompanii kazał im dalej dojeżdżać młodego, ale „inteligentniej”. Po południu zatem przyszedł jeden z nich i zabrał mnie do pracy w kuchni, gdzie kazał mi do rana obierać kilka worków ziemniaków. Gdy lekkomyślnie pożyczył mi swój niezbędnik (nóż), role zmieniły się. „Uzbrojony”, zamknąłem go w kuchni wydając polecenie obierania tych ziemniaków. I gdy ten wrzeszczał jak opętany przez okienko w piwnicy, ja szybko odnalazłem Fila i wytłumaczyłem mu sytuację. Miał posłuch na kompanii, bali się go jak ognia… Już nigdy potem nikt z „rezerwy” nie próbował mnie zaczepiać. Dzięki Ci Filu!

    Życie w wojsku toczyło się dalej. Zostałem kierowcą dowódcy pułku. I zaraz następna szalona myśl zagościła w mojej głowie na trwałe.

    Gdzieś wyczytałem kiedyś, że z dowódcą jeździ sztandar jednostki i jeżeli zostanie utracony, to
    wtedy rozwiązuje się całą jednostkę. A „moja” jednostka była nie byle jaka. W jej skład wchodziły: 10 Sudecka Dywizja Pancerna, 2 pułk czołgów średnich z rejonem alarmowym na terenie Śląska i Zagłębia i baza w Tarnowskich Górach. W październiku 1982 roku ogłoszono alarm bojowy i staliśmy trzy dni w wozach, gotowi do wyjazdu. Myślałem gorączkowo, że skoro postawili nas w stan gotowości, to pewnie jest gdzieś jakieś powstanie, wybuchają protesty, być może, strajki. Spekulowałem: gdzie nas rzucą, przeciw komu każą nam walczyć. Huta Katowice, KWK „Wujek”…
    Mój plan zatem był prosty, uderzyć w czasie jazdy gazikiem stroną pasażera w drzewo lub słup. Samochód pewnie zapali się, sztandar spłonie i rozwiążą pułk, a ja sam planowałem po wypadku uciec w las z bronią. Na szczęście postaliśmy trzy dni w gotowości bojowej i alarm odwołano…

    Niedługo potem wyjechaliśmy eszelonem na dwa miesiące do Wędrzyna na poligon, blisko NRD-owskiej granicy. Na miejscu ciekawa sceneria; nasze czołgi tłuką z dział w dzień, a w nocy z pobliskiego rosyjskiego poligonu słychać bombardowania, huk armat i „ura, Ura”. Po kilku nieprzespanych nocach wystąpiłem o przepustkę na trzy dni celem załatwienia pilnych spraw osobistych. O dziwo, przepustkę dostałem.

    Czy po to, aby popatrzeć śmierci w oczy?
    Ale to się miało dopiero okazać. Po powrocie z przepustki….

    W Dąbrowie Górniczej spędziłem dwa dni z rodziną i kolegami. Powrót do koszar opóźnił się jednak; pociąg, którym zamierzałem dojechać do jednostki , jak się okazało, kursował tylko latem… Zapowiadała się więc dłuższa podróż. A w wojsku każde spóźnienie to dezercja, zatem co za różnica dziesięć godzin czy dziesięć dni? Zostałem i przez tydzień, odwiedzałem znajomych, zastanawiając się, co dalej robić. Dopytywałem o jakąś partyzantkę. W końcu jednak rodzina wytropiła mnie i zawiozła do Opola, do koszar.

    Tu zaś sprawy potoczyły się bardzo szybko. Za bramą zaraz do aresztu. Dyżur w pułku miał „mój” szef kompanii, wartę zaś paru znajomych. A w nocy wpadł nagle do celi pijany i wściekły szef kompanii, od progu klnąc i wrzeszcząc, że ma przeze mnie same kłopoty. Wyszarpuje z kabury pistolet, przykłada mi lufę do głowy krzycząc:

    – ja cię sk…synie rozwalę i nikt nawet za tobą się nie upomni.
    – Strzelaj czerwony bydlaku, krasy ku…sie – rewanżuję mu się – mnie i tak na życiu nie zależy, a ty przynajmniej, czerwona świnio, pójdziesz siedzieć

    I przeżyłem kilka długich jak wieczność chwil ciszy, podczas której nie wiedziałem, czy strzeli.
    Cisza absolutna, w końcu odsuwa lufę, chowa pistolet do kabury, patrzy i bez słowa wychodzi.
    Chyba wytrzeźwiał z wrażenia. Na korytarzu krzyczy jeszcze

    – nie dać mu jeść i palić, tylko wodę bydlakowi!

    Po chwili wartownicy podają mi papierosy przez szparę pod drzwiami i szeptem, z nabożną czcią i szacunkiem w głosie, mówią:

    – myśleliśmy, że Cię zastrzeli.

    Śmierć spojrzała w oczy i odeszła.
    Po wyjściu z kilkunastodniowego aresztu, wracam na kompanię.
    Dookoła wszyscy jakoś dziwnie się na mnie patrzą. A ja sam nie wiem, czy jak na wariata czy bohatera.
    A może jedno i drugie…

    Obowiązkową lekturą w pułku był „Żołnierz Wolności”, organ wojskowej komunistycznej propagandy w najgorszym wydaniu. W stanie wojennym pismo było ciekawe szczególnie. W jednym z numerów wyczytałem, że w akcie łaski socjalistycznych władz wypuszczono z więzień ostatnie kobiety, działaczki Solidarności. Wśród nazwisk znalazłem moją dobrą znajomą z Bielska-Białej, Ewę Szostakowską.
    Była członkinią Komisji Krajowej NSZZ „S”, radykalną działaczką Zarządu Regionu Podbeskidzie.
    Wiele nie myśląc wysłałem jej pocztówkę i zaprosiłem do Opola. Przyjechała po trzech tygodniach i spędziliśmy kilka godzin w koszarach, opowiadając sobie nasze ostatnie losy i przygody. Poznaliśmy się w 1981 roku latem w pociągu; ona jechała do Gdańska, a ja na Mazury. Szybko znaleźliśmy wspólny język debatując jak pognębić komunę. Polubiliśmy się bardzo i … nic ponadto. Bardzo ją szanowałem.
    Po dwóch dniach od jej wyjazdu nagle zostałem wezwany do dowódcy pułku. Przestraszony, bo nic dobrego to nie wróżyło, udałem się do gabinetu dowódcy.

    Otwieram drzwi i melduję się na progu: Obywatelu majorze, szeregowy Tomasz ….Przerywam formułkę, bowiem za biurkiem siedzi w gabinecie sam jeden nieznany mężczyzna w eleganckim garniturze.
    Wstaje, macha ręką zapraszając, abym usiadł. Za chwilę rozpoczęła się, oczywiście, próba werbunku.
    Ten gość w eleganckim garniturze widząc moją konsternację, podsuwa papierosy (pamiętam jak dziś, mentolowe marki Winston dostępne tylko w Pewexie za dewizy). Zdziwiony odmawiam. On zaś bierze jakąś teczkę do rąk, pewnie moje dossier i mówi, że postawią mnie przed Sądem Wojskowym za wrogą propagandę wewnątrz jednostki i że grozi mi 5 lat. Ponadto wylicza moje „wybryki” – KPN, strajk w Hucie, „Wolna Europa” na warcie, próba buntu w Nysie, spory i kłótnie na zajęciach politycznych mające na celu kompromitację kadry zawodowej i oficerskiej LWP, dezercja z poligonu…

    Przyznam, przytkała mnie ta lista, pewnie pobladłem. Ale to nie koniec, mówi dalej, bo ostatnio odwiedziły mnie osoby, które były aresztowane za wrogą politykę, za antysocjalistyczną jawną postawę.
    A po tej wizycie, patrzy mi uparcie w oczy, pojawiły się w koszarach ulotki godzące w nasze sojusze, w LWP, w ustrój. Mętnie usiłuję coś tłumaczyć, że to ostatnie wydarzenie nie ma nic wspólnego ze mną. Przerywa mi uwagą, że to nie ma większego znaczenia, bo i tak mogą ze mną zrobić, co chcą.
    Ale, dodaje zaraz, że jestem bardzo młody i porywczy. I szkoda mnie, bo zdolny i uparty też jestem. Prawda, że pobłądziłem, ale oni mogą mi pomóc. Wrócę do Huty Katowice, dadzą mi mieszkanie i poprowadzą przez „całe życie”

    Aha, tu cię mam bratku, pomyślałem. Toż to ordynarny werbunek!

    Mężczyzna przedstawił się na wstępie jako oficer WSW, więc nawet nie wiadomo do końca kto mnie werbuje – WSW czy SB?

    A on dalej pyta wprost, co jeszcze bym chciał?

    Myślę, jak tu wybrnąć z tej idiotycznej sytuacji i z głupia frant, odpowiadam mu, że – samochód bym chciał, taki wyścigowy, japoński, rajdowy, Nissana bym chciał’’, mówię – i teraz ja uparcie patrzę mu w oczy.

    Odpowiedział przeciągłym spojrzeniem, zważył mnie oczami i chyba uznał za wariata, a nie za wroga ideowego. A może pomyślał, że „jaja” sobie robię. Wstał i wrzasnął: – biegiem na kompanię!
    Dobiegłem w parę sekund, a było z trzysta metrów, siadłem w kącie i ochłonąłem. Nie pojawili się więcej, ale robiło się gorąco i musiałem coś szybko wymyśleć.

    Zaczynam zatem niedomagać na musztrach, przewracam się, nagle odzywa się uraz sprzed trzech lat. W ostatniej klasie technikum wpadłem do odkrytej, niezabezpieczonej studzienki burzowej. Obtłukłem sobie wtedy na tyle miednice, że każde zdjęcie RTG wykaże zmiany. Udaje mi się trafić na izbę chorych, robią RTG i kierują do Szpitala Wojskowego. Po miesięcznym pobycie w szpitalu Komisja Lekarska orzeka, że jestem niezdolny do służby wojskowej na okres trzech lat. Uff!

    Chory ze szczęścia wychodzę z wojska w maju 1984 roku.
    Biorę głęboki oddech.
    Jak się miało okazać, był to jednak krótki oddech…

    Po wojsku wracam do pracy w OPEC. Odnawiam kontakty z „podziemną” już Solidarnością Huty Katowice. Próbuję reaktywować struktury KPN w Zagłębiu, szukam ludzi, jeżdżę do Bielska do Ewy. Próbuję jakoś to wszystko połatać. Powoli jednak dociera do mnie myśl, że cała opozycja i podziemie jest bardzo rachityczne i sprowadza się właściwie do luźnych, bez łączności z sobą, przepłoszonych grupek.

    Kolportowane są głównie drugoobiegowe wydawnictwa z Warszawy. Próbuję zatem organizować na miejscu coś bardziej dynamicznego. Odwiedzam znajomych, werbuję do podziemia, ale zachowują się jednak zazwyczaj biernie. Całe ich opozycyjne bohaterstwo to wypić flaszkę, poopowiadać o tym, kto wyszedł z więzienia, a kogo właśnie przymknęli, aby przy drugiej butelce wyjąć spod pościeli czy bielizny parę ulotek czy kilka zdjęć z okolicznościowego spotkania.
    Lecz żadnej woli walki w nich nie widać.
    I tak w październikowy wieczór 1983 roku wracałem z kolegą z takiego „opozycyjnego” spotkania mając w głowie kilka głębszych, a w kieszeniach trochę ulotek i parę zdjęć na tle transparentów Solidarności i KPN z 1981 roku. Na przystanku autobusowym napatoczył się na nas umundurowany ORMO-wiec. W tym stanie ducha, temu to już trudno byłoby odpuścić. Od słowa do słowa i kolega znokautował go, ludzie uciekli z przystanku, ale za to pojawił się patrol MO. Uciekaliśmy, ale złapali nas i zawlekli na komisariat, a tam kolega stanął pod ścianą, złapał krzesło krzycząc – chodźcie teraz cwaniaki. Stanąłem obok niego… Walka trwała z trzy minuty, po czym obaj zostaliśmy przykuci do kaloryferów. W stanie dość opłakanym. Piszę tu o nas, nie o kaloryferach rzecz jasna.

    Przewieźli nas na Komendę Miejską w Dąbrowie Górniczej.
    Trafiłem na przesłuchanie do oficera SB.
    Pyta – co to za zdjęcia, skąd ulotki?
    Potem zaprowadzają mnie do innego pokoju, do starszego sierżanta Milicji Obywatelskiej, niejakiego Flaka, zwanego w Dąbrowie „Brudnym Harrym”. Ten z kolei najpierw bije, potem pyta, a przy tym jąka się okrutnie. A ma dwóch pomocników do bicia. Potem znowu spokojny oficer SB i tak w kółko przez dwa dni. W końcu sam zaczynam się jąkać jak ten dąbrowski Brudny Harry, aż na kolejne pytanie o nazwisko odpowiadam- Ka-Ka-rwo -wski, co ten odbiera jak szydzenie z jego przypadłości. Teraz tak mnie obtłukli, że tracę przytomność. Ocknąłem się w celi, dwa piętra niżej.
    Oficer SB stracił zainteresowanie moją osobą, a sierżant Flak o przesłuchaniach też zapomina. Czekam. W końcu wiozą mnie do więzienia w Katowicach, gdzie lekarz więzienny (felczer Kwiatek) odmawia przyjęcia mnie, ponieważ jestem zbyt pobity. Powrót do Komendy i tam tydzień na deskach, bez przesłuchań, pozbawiony jakichkolwiek informacji o tym, co dalej. Zaczynam myśleć, jak stamtąd uciec. Ale biorą mnie znów do aresztu w Katowicach.

    Tym razem przyjmują i trafiam na oddział D, cela 28. W celi współlokator, recydywista z kilkunastoletnim więziennym stażem, cały wytatuowany. Przedstawił się jako Szeremet.
    I zaraz na wstępie poinformował mnie, że mam niczego się nie obawiać, bo on mi pomoże.

    Tymczasem w więzieniu pełna izolacja, spacer we dwóch, łaźnia we dwóch, spacer we dwóch i tak trzy miesiące. Co ciekawe raz, dwa razy w tygodniu mój współlokator chodził na widzenia z adwokatem, a gdy wracał do celi (raz nawet podchmielony), to zawsze od razu na „kibel”. W końcu wyjaśnił, że gdy przychodzi jego adwokat, to zawsze przynosi mu lepsze jedzenie. A w ogóle to jest jego zaufany przyjaciel i może mi wynieść na wolność „grypsy”. Czuję, że coś nie tak i nie otwieram się ani na ustne zwierzenia, ani nie korzystam z możliwości wysłania czegokolwiek.

    Zjawiała się trzecia osoba w celi, o nazwisku Lorek. Wpadł z poligrafią, jest ze struktur Solidarności Huty Katowice.

    Przypadek, że akurat do tej celi?

    Jest bardzo podenerwowany, przyznaje się, że „sypnął” coś mniejszego, jak to określa, aby ratować coś większego. Pyta o znajomych, ale traktuję go oględnie, bo za dużo mówi. Po kilku dniach dochodzi do wniosku (co zaczyna podkreślać), że ja to chyba w podziemiu byłem kimś ważnym i w strukturze konspiry jestem wyżej niż on. Jest starszy o pięć, siedem lat, więc mile „łechcze” mnie ten jego komentarz co do mojej roli w podziemiu. Jednak fakty są inne – tak naprawdę nie zdążyłem niczego sensownego jeszcze zrobić między wojskiem a tym uwięzieniem. To zaledwie cztery miesiące. Niemniej, co oczywiste w tych warunkach, nie prostuję jego zdania na mój temat. W końcu wyjawia mi, że SB w podobnej sytuacji jego bratu zaproponowało „bilet w jedną stronę” do Australii. Pomyślałem, że pewnie nie za darmo. Po jakimś czasie okazuje się, że on też otrzymał od bezpieki taką ofertę.

    Sprawa stała się jasna. Wszystko wskazywało na to, że w celi mam jednego zawodowego kapusia-recydywistę i drugiego, który szuka samousprawiedliwienia, aby iść na pełną współpracę z SB. Niestety, widzę, że nie odwiodę go od tego zamiaru i odpuszczam. Zamykam się w sobie, uciekam na „wewnętrzną emigrację”. Całymi dniami pogrążam się w rozwiązywaniu skomplikowanych zadań matematyczno-logicznych typu dzisiejszego „sudoku”. Nie rozmawiam, w końcu Szeremet oświadcza, że mówię przez sen. Lorek wprawdzie tego nie potwierdza, ale boję się teraz spać. Nocami rozmyślam, w ciągu dnia odsypiam.

    Niedługo potem przerzucają mnie do innej celi. W dwuosobowej klitce czterech więźniów (dwóch śpi na podłodze). Jeden jest ze struktur Solidarności z Sosnowca. Kilka dni siedzimy w takim składzie, a w końcu wrzucają nam piątą osobę. Niemal równocześnie „betoniara” (głośnik więziennego radiowęzła) nadaje relacje o wielkiej akcji MO – schwytaniu „wampira ze Śląska”, mężczyzny o nazwisku Zub, mordercy kobiet, sprawcy czterdziestu gwałtów i szesnastu zabójstw.

    Ten nowy jest wielki i silny. Na oko ze dwa metry i sto dwadzieścia kilogramów żywej wagi. Nie chce nic mówić o sobie. Nadchodzi pierwsza noc z nowym. Śpi między nami na podłodze. Gdy kolega z Sosnowca dochodzi do przekonania, że nowy już zasnął, mówi, że to chyba ten Zub… I w tym momencie przybyły, jakoby już od dawna śpiący, mówi zupełnie spokojnym głosem:
    – tak, to ja, ale nie bójcie się, nic wam nie zrobię, dopóki nie poczuję od was zapachu kobiety.

    Zamurowało nas, noc nie przespana.
    Bo co to znaczy poczuć „zapach kobiety”?
    Strach oddychać!

    Na drugi dzień „wampir” opowiedział nam swoją historię. Był w ZOMO, a tam pili na umór na patrolach i akcjach. Zdarzało się, że wieczorami po bramach gwałcili kobiety, a przełożeni przymykali oczy.
    Wyrzucili go w końcu z ZOMO, rozpił się całkiem, nie mógł znaleźć dla siebie kobiety.
    Zaczął na nie „polować” wieczorami w parkach i na skwerach. Obezwładniał, zakrywał usta dłonią i gwałcił w pobliskich krzakach. Podczas gwałtu kładł łokieć na szyi ofiar, aby nie krzyczały. Co trzecią zgwałconą tak udusił. Naliczyli mu szesnaście ofiar, on sam dokładnie nie wiedział, ile ich było. Mówił, że nie liczył. Obwiniał ZOMO, obwiniał ofiary, bo nie chciał przecież zabijać, ale one same sobie winne, bo po co wzywały pomocy…

    Gdy odczytywali mu wyrok kary śmierci, zdemolował salę sądową i poranił jedenastu pilnujących go milicjantów, zanim go obezwładnili. Zabrali go do celi śmierci. Powiesili za parę dni. Podobnie jak niejakiego Knychałę, też „wampira”. Pochodził z Zabrza. Zabił na tle seksualnym i rabunkowym dziewięć kobiet. Ten siedział gdzieś obok, bo jak go brali na egzekucję, około czwartej rano, to strasznie wrzeszczał. Szamotał się jak go wlekli, próbował chyba walczyć, a potem szybko wszystko ucichło. Karę śmierci przez powieszenie wykonywano do 1985 roku. W areszcie w Katowicach w garażach – garaż nr 8 stoi do dziś, widzę go teraz z okna celi.

    Te dwa, trzy opisane przypadki pokazują jak system komunistyczny funkcjonował w więzieniach.
    Młodzi do „recydywy”, mordercy z politycznymi. Niezła szkoła życia.

    Spotkałem też w katowickim więzieniu kolejnego „wampira”, tym razem z Zagłębia. Na spacerniaku.
    Był to Henryk Marchwicki, jeden z trzech braci Marchwickich. Dwóch pozostałych powieszono, a on dostał dwadzieścia pięć lat. Była to jedna z najbardziej osławionych sprawy tego typu w historii powojennej PRL. Nakręcono nawet film fabularny na tej kanwie pod tytułem „Anna i wampir”.

    Z Henrykiem Marchwickim dużo rozmawiałem. Przed uwięzieniem, jak się okazało, mieszkał w Dąbrowie Górniczej, jakieś 500 metrów od mojego domu. Pytał o wszystko: jak się zmieniła Dąbrowa, dzielnica, ulica? Wtedy miał już chyba trzynaście lat odsiadki za sobą. Mówił, że to było tak; ktoś zabił siostrzenicę Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza PZPR i milicja szybko musiała odnieść wielki sukces.
    Wszystko poszło więc na konto jego braci, a on dostał dwadzieścia pięć lat generalnie za to, że był ich bratem.
    Siedem lat później, w 1991 roku, zjawił się w moim biurze poselskim .
    Ze względu na zdrowie, po ponad dwudziestu latach więzienia, otrzymał przerwę w odbywaniu kary. Poprosił mnie o pomoc prawną. Dałem mu do dyspozycji naszego działacza, prawnika Andrzeja Dolniaka. Andrzej gwarantował rzetelną pomoc, a przede wszystkim duże nagłośnienie sprawy.
    Dolniak miał wątpliwości, czy naprawdę było tak jak przedstawiono to w sądzie. I w filmie.
    Zrobił dużo szumu wokół sprawy, chciał doprowadzić do rewizji procesu i ponownego śledztwa.
    Zamierzał udowodnić, że Henryk Marchwicki padł wraz z braćmi ofiarą „sukcesu” milicji. Na ten temat zaczął pisać tygodnik „Wprost” i inne duże gazety. Pojawiły się nieznane wcześniej fakty i pytania, coraz więcej pytań. Zaczęły się też dziać dziwne rzeczy, ginęły akta sprawy, a sam Henryk Marchwicki zmarł nagle w dość niejasnych okolicznościach. Prawda umarła wraz z nim. Andrzej już nie miał kogo reprezentować i o co walczyć.

    A moja walka z reżimem nabrać miała nowego wymiaru…”

    cd na zyczenie

  54. Tekla said

    Boże, zbaw Węgrów
    I obdarz ich swymi łaskami!
    Wspomóż swą pomocą słuszną sprawę
    Przeciw której walczą Twoi wrogowie.
    Los, który tak długo Węgrami pomiatał,
    Przynieś im szczęśliwy;
    Ucisz ich smutki, które przygniatają
    I odpuść przeszłe i przyszłe grzechy.

    Pierwsza zwrotka hymnu wegierskiego

  55. Re.51 – „Gosc po raz pierwszy”
    „Panie Bizon gdyby Polska byla wolna …”
    a gdzie ja twierdzę [lub twierdziłem kiedykolwiek], że Polska jest wolna, że dokonał Pan takiej sugestii w swej odpowiedzi.
    Poczytaj Pan materiały zamieszczone przeze mnie na mojej witrynie
    http://jozefbizon.wordpress.com/
    to nie będzie Pan wychodził z takimi sugestiami pod moim adresem.
    Pytam – gdzie Pan wówczas był i Pana rodzice [i wam podobni] kiedy potrzeba nam było wsparcia w wiedzy i doświadczeniu pokolenia od nas starszego? Może w PZPR lub jej przybudówkach?

  56. Mieczyslaw said

    @53
    W uzupelnieniu do powyzszego wpisu podaje adres strony na ktorej mozna poczytac lub sciagnac e-book, autorstwa Tomasza Karwowskiego pt: ”Czasy Karłow”.

    http://www.pl.tomaszkarwowski.com/#/1/zoomed

    Na Swiecie i w Europie dzieje sie wiele ciekawych spraw. Czas jednak mija nieublaganie i moze sie okazac ze nasze wnuki beda mialy wypaczona wiedze z historii najnowszej Polski, uczac sie tylko na podstawie podrecznikow szkolnych. Wiedza o „Solidarnosci” po trzydziestu latach juz jest bledna. Mylona jest ta pierwsza „Solidarnosc” z ta ”okraglostolowa”, nie mowiac o wiedzy na temat KPN, ktora czesto myli sie w ogole z „”Silidarnoscia”
    Cenie sobie wiedze Pana Albina Siwaka, ktora przelal na 3-tomowy ”Bez Strachu” czy tez ”Trwale Slady”.
    Warto moim zdaniem odnotowac i poczytac rowniez, ksiazke Tomasza Karwowskiego w ktorej autor ukazuje fragmenty naszej najnowszej historii z punktu widzenia dzialacza – jakim autor ksiazki byl – Konfederacji Polski Niepodleglej.
    Pisal te ksiazke (jak sam otym pisze) w wiezieniu w ciagu 7 dni.
    Stad rozdzialy tej ksiazki stanowia DNI.

    Wracajac do oryginalnego tematu wpisu mowie

    Boże, zbaw Węgrów i obdarz ich swymi łaskami, bo wszystkie sily lucyferycznej h…ni wyja i chca pozrec jego ducha. Daj temu Narodowi sile poprzez jednosc, aby wytrwal w swych zmaganiach ze ZLEM.

  57. Re.56
    Amen.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: