Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Pierwowzór zbrodni OUN-UPA z lat 1918-1919

Posted by Marucha w dniu 2012-04-04 (Środa)

Nadesłał p. PiotrX – admin.

Warto dodać że zbrodnie OUN-UPA miały na mniejsza skale swój pierwozwzór także w latach 1918-1919. A bardzo niechlubną rolę w podsycaniu nienawiści do Polaków odegrał także wtedy kler grekokatolicki.

„Tak zwana „ukrainizacja” w Małopolsce Wschodniej była dziełem przede wszystkim wielce rozpolitykowanego kleru greckokatolickiego. Duchowieństwo unickie w zasadzie nie zajmowało się ani sprawą reorganizacji własnych diecezji, ani kwestią unormowania stosunków Kościoła z państwem polskim po pierwszej wojnie światowej, lecz ich jedynym celem aktywności było tworzenie własnego państwa ukraińskiego z ośrodkiem we Lwowie”

Florentyna Rzemieniuk  – „Walki polityczne greckokatolickiego duchowieństwa o niepodległość Ukrainy w okresie II RP (1918-1939)”, Siedlce 2003 (fragmenty)

(…)
Nazwy „Ukrainiec” zaczęto używać dopiero w końcu XIX w. Ruch ukrainofilski zapoczątkowany został w Austrii w połowie XIX w. i był celowo popierany przez rząd austriacki (i masonerię – Piotrx) , który w ten sposób starał się osłabić polski ruch niepodległościowy i zwalczał sympatie moskalofilskic wśród grekokatolików. W ten sposób polityka Austrii rozbiła społeczeństwo ruskie na dwa obozy: ukrainofilski i moskalolilski. Rozbieżności te trwały przez cały czas istnienia II Rzeczypospolitej.

O ile nazwa „Rusin” obejmuje całe społeczeństwo ruskie i nie nasuwa żadnych wątpliwości, o tyle nazwa „Ukrainiec” budzi poważne wątpliwości co do słuszności jej stosowania. W polskim ustawodawstwie międzywojennym oficjalnie używano nazwy „Rusin”, „ruski”, choć w powszechnym użyciu posługiwano się pojęciami: „Ukrainiec”, „ukraiński”. Tego ostatniego pojęcia używano jednak wyłącznie w stosunku do obozu ukraińskiego, nie zaś dla określenia szerokich rzesz ludności, która uważała się za Rusinów.

W 1928 r. posłowie „Klubu Ukraińskiego” złożyli wniosek do polskiego sejmu o zmianę terminu „Rusin” na „Ukrainiec”, co wywołało silne protesty obozu przeciwnego. Używana od początku państwowości polskiej po pierwszej wojnie światowej nazwa „Rusin” opierała się nie tylko na tradycji historycznej, ale też odpowiadała świadomości samej zainteresowanej ludności. Warto też zaznaczyć, że ruch ukraiński w granicach państwa rosyjskiego, aż do wybuchu pierwszej wojny światowej, nie objawił nigdy odrębnych aspiracji państwowych, zaś ruch ukraiński w Galicji zawsze z najwyższą lojalnością odnosił się do państwa austriackiego. Od początku charakteryzował się on tendencjami anarchiczno-agrarnymi o dominującej nienawiści do Polaków i do Cerkwi.

Tylko na terenie Małopolski Wschodniej istniała irredenta ukraińska, która mieszkańcom Wołynia i Polesia była rzeczą zupełnie obcą.

Metropolita Andrzej Szeptycki

Tak zwana „ukrainizacja” w Małopolsce Wschodniej była dziełem przede wszystkim wielce rozpolitykowanego kleru greckokatolickiego. Duchowieństwo unickie w zasadzie nie zajmowało się ani sprawą reorganizacji własnych diecezji, ani kwestią unormowania stosunków Kościoła z państwem polskim po pierwszej wojnie światowej, lecz ich jedynym celem aktywności było tworzenie własnego państwa ukraińskiego z ośrodkiem we Lwowie. Zasadniczy ton życiu narodowemu, politycznemu i cerkiewnemu Ukraińców nadawał metropolita Andrzej Szeptycki, który wycisnął trwale i głębokie piętno na życiu Cerkwi greckokatolickiej w Polsce. A. Szeptycki był zawsze nieprzyjaźnie usposobiony do Polski, przez co przyczynił się do powstania szowinistycznego, ukraińskiego nacjonalizmu oraz zaognienia stosunków między Polakami a Ukraińcami.
(…)
Jak już wspomniano stosunek unickiego duchowieństwa do postanowień układu brzeskiego był jednoznacznie pozytywny. Na zebraniu duchowieństwa wszystkich trzech diecezji, które odbyło się w dn. 27 marca 1918 r. wyrażono radość z faktu powstania państwa ukraińskiego nad Dnieprem i przyłączenia do niego, jak pisano „prastarych ukraińskich ziem Chełmszczyzny i Podlasia”. Uznano to za akt sprawiedliwości oparty na historycznych tradycjach i większości rdzennie ukraińskiego elementu. W obronie postanowień brzeskich wystąpił także metropolita A. Szeptycki twierdząc, że „wszyscy Ukraińcy uważają Chełmszczyznę za starą ukraińską krainę, która nie tylko geograficznie jest ściśle powiązana z Ukrainą, ale także w dawnych wiekach należała do ukraińskiego państwa”.

Wiadomo, że, u podstaw wystąpienia A. Szeptyckiego w obronie układu brzeskiego leżały dalekosiężne plany unijne. Nie ulegało wątpliwości, że nowe państwo ukraińskie z punktu widzenia narodowego będzie musiało popierać obrządek greckokatolicki na tych terenach. W tej sytuacji metropolita A. Szeptycki zdecydował się wskrzesić diecezję chełmską, aby w ten sposób wzmocnić ideę unii w ukraińskiej republice. Odnowiona diecezja chełmska miała stać się ośrodkiem szerzenia rytu unickiego na terenie całej Ukrainy. Rząd austriacki nie popierał jednak inicjatywy A. Szeptyckiego co do powołania do życia unickiej diecezji chełmskiej, odsyłając go ostatecznie w tej sprawie do odpowiednich władz kościelnych, władnych zmienić porządek jurysdykcyjny na Chełmszczyźnie.

Duchowieństwo unickie Galicji poparło także zamach wojskowy Ukraińców na ziemie polskie dokonany w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r. Istniało powszechne przekonanie, że duchowym sprawcą zrywu listopadowego był metropolita A. Szeptycki. Hasłem Ukraińców było wówczas zawołanie: „Polacy za San”. Po ogłoszeniu ZURL Cerkiew greckokatolicka stała się jej obrońcą i reprezentantem w rozmowach z Ententą. Inspiratorem wszystkich akcji dyplomatycznych i politycznych był A. Szeptycki. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że zamach dokonany przez Rusinów na ziemie wschodnio-galicyjskie był gwałtem dokonanym na narodzie polskim. Należało się spodziewać, że wobec tego gwałtu ruskie duchowieństwo zajmie stanowisko co najmniej neutralne.

Tymczasem przeważna część tegoż duchowieństwa wszelkimi siłami, nie tylko moralnie, poparła ten gwałt, co więcej, znalazło się wśród kleru ruskiego wielu księży którzy wzięli w nim czynny udział”. W czasopiśmie „Zołocziwsko Słowo” dn. 28 listopada 1918 r., czyli w pierwszych dniach po odbiciu przez ludność polską Lwowa, ukazała się odezwa do narodu, napisana przez kapłana unickiego. Autor wzywał w niej naród ukraiński do ponownego zdobycia Lwowa, apelując do kapłanów unickich, aby organizowali lud do walki. Pisano tam m.in. „Należy wysłać wszystkich zdolnych do broni mężczyzn”, celem utworzenia silnej armii. Odezwa kończyła się hasłem: „Głosimy świętą wojnę”. Druga odezwa wydana w parę miesięcy później tj. po przybyciu do Polski armii gen. Józefa Hallera, miała głównie na celu pouczenie ludu w jaki sposób ma prowadzić tę świętą wojnę. Czytamy w niej: „Kto w Boga wierzy, kto ma choćby tyle sił, aby unieść rusznicę, albo nóż, idź przeciw lachom pijawkom, a Bóg odpuści ci bracie twoje grzechy, jakbyś odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej… Pamiętajcie bracia i siostry, że nieodpuszczalnym grzechem jest choćby dać wody zranionemu lachowi… Zrywajcie drogi za nimi i przed nimi, zabijajcie ich we śnie i na kwaterach i nie znajcie litości wobec nich…Uczcie nawet małe dzieci, że wojna przeciw lachom, to święta wojna”.

Bluźniercze słowa tej odezwy są świadectwem zaniku wszelkiej etyki u przywódców duchowych Rusinów. Spośród bardzo wielu duchownych unickich występujących aktywnie na arenie politycznej w 1918 r. należy wymienić nazwiska przynajmniej kilkunastu, którzy odznaczyli się zdolnościami organizatorskimi i wielkim wpływem na ukraińskie społeczeństwo.

Pierwsze miejsce zajmuje ks. Dr Stefan Juryk – proboszcz greckokatolicki w Złoczowie, najbardziej zaufany doradca metropolity A. Szeptyckiego. Ambona i świeże mogiły żołnierzy ruskich były areną jego agitacji antypolskiej. Z ambony zapowiedział o mającym odbyć się zamachu na ziemie polskie. Na tę intencję urządził szereg procesji religijnych. Po odbiciu Lwowa przez Polaków, ogłosił wojnę świętą przeciwko Polsce i przyrzekł, że sam z krzyżem w ręku będzie kroczył na czele ukraińskich krzyżowców. On był autorem pierwszej wspomnianej wyżej odezwy do narodu. Nad grobami ruskich żołnierzy poległych w wojnie z Polakami ciągle powtarzał te słowa „Ranny na polu chwały, dobity został przez polskich legionerów”. Treść tych mów pogrzebowych wyrażała się w zdaniu: „Rżnąć i mordować Lachów”.

Na liście zbrodniarzy złoczowskich, poszukiwanych przez polskie władze za morderstwa i współudział w zbrodniach dokonanych w czasie napadu ruskiego na Złoczów widniało też nazwisko ks. Stafana Juryka, który jednak uciekł przed wejściem wojsk polskich. Ambona była trybuną agitacyjną także i innych duchownych Kościoła unickiego: np. proboszcza – dziekana ks. Józefa Cegielskiego z Kamionki Strumiłowej, liczącego już wówczas 70 lat. Młodzieży dawał zwykle taką naukę: „Młodzieńcze ukraiński idź na pozycję, skoro ci tam zabraknie broni, to bij lachów kułakami”. Urząd wikariusza generalnego i dziekana wysunęły go na czoło roboty prowokatorskiej wśród duchowieństwa ruskiego, przeciwko Polsce. A. Szeptycki nazywał go „kapłanem wielkich zasług”. J. Cegielskiego naśladowali tacy księża jak: Zieliński – proboszcz w Milalynie Starym, członek Ukraińskiej Komisji Asenterunkowej, ks. Siweńki z Dernowa, który przeprowadzał licytację koni wojskowych, ks. Jakubów – wikary ze Strieptowa, który rozbrajał w powiecie kamioneckim wojska austriackie, odbierał urzędy, zabierał kasy wojskowe.

Podobnie jak w Złoczowie i Kamionce Strumiłowej tak i w innych miejscowościach główną rolę w wyrządzaniu szkód latynizmowi i polskości odgrywali księża rusko- ukraińscy. Wszędzie miejscem agitacji były domy Boże, gdzie głoszono nienawiść ku drugiemu obrządkowi katolickiemu i bratniemu narodowi.

W Skalacie zwołano do cerkwi wiec proklamujący „wolną Ukrainę”.
Łacinników z drwinami przezwano tam „łatkami”. Ksiądz Stecko głosił na
odpuście w Chmieliskach, że „łacinnicy to nasi najwięksi wrogowie”,
ksiądz Bałko – dziekan i proboszcz w Turylczu stał na czele tych których hasłem było niszczyć wszystko co polskie, ksiądz Romanyszyn – proboszcz z Olechowa w święto Jordanu wygłosił podburzające kazanie.
W Toporowie tenże ksiądz stwierdził z ambony, że na Ukrainie muszą
zniknąć „łacińskie kościoły i kościółki”. Ksiądz Ficałowicz – proboszcz ze Szwejkowa mówił najczęściej na temat: „Ukraina i wrogie Lachy”. W celach agitacji objeżdżał wiele wsi szerząc nienawiść do Polski i narodu polskiego. Ksiądz Gurguła – proboszcz w Sokołówce głosił w cerkwi, że „wiara rzymsko-katolicka i greckokatolicka, to nie ta sama wiara, ale inna”.

Zapamiętałość duchowieństwa zakonnego była podobna do tej, którą wykazali duchowni diecezjalni. Klasztor ojców bazylianów w Żółkwi np. był kuźnią nienawiści, przeciwko Polsce, co wyrażano w kazaniach i tekstach drukowanych. Wzywano nawet do morderczych pogromów ludności polskiej. Tak więc agitacja przeciwko polskości i obrządkowi łacińskiemu szła z Cerkwi.

Jak już wspomniano kapłani uniccy sprawowali niektóre urzędy świeckie. Byli oni np. członkami rad narodowych, komisarzami powiatowymi i gminnymi, do nich należały sprawy aprowizacyjne, uczestniczyli w pracach komisji asenterunkowych. Na wszystkich szczeblach władzy swej używali przeciwko Polsce. I tak np. ksiądz Michał Dmyterko – administrator greckokatolickiej parafii w Byczkowcach a jednocześnie wójt miejscowej gminy, potrafił przy pomocy żandarmów ukraińskich wysyłać do wojska ruskiego Polaków mimo ich sprzeciwu. Nakazywał bić nahajkami i policzkować nie tylko mężczyzn ale i polskie kobiety. Głosił też publicznie, że księża łacińscy muszą być usunięci z terenów ruskich, a kościoły łacińskie zamienione na cerkwie. Księża uniccy urządzali często wiece polityczne, podczas których wygłaszali przemówienia nasycone nienawiścią do Polski.

Z księżmi greckokatolickimi wkraczały do miast i wsi bandy chłopów uzbrojone w karabiny i proklamujących powstanie państwa ukraińskiego. W Rawie Ruskiej np. ksiądz Kiprian z Niemirowa odbierał przysięgę na wierność Ukrainie, w Uchnowie miejscowy wikary ksiądz Gil obejmował w swe ręce władzę i własność państwową. To samo uczynił w Dolinie kapelan wojskowy ks. Mikołaj Prytulak. Kapelani wojskowi byli pierwszymi agitatorami wśród ruskich żołnierzy. I tak np. Teofil Czajkowski, były katecheta w Samborze, podczas drugiej inwazji ruskiej nawoływał, aby „wszystkich księży polskich wyrżnąć” i sam, jak zapewniał „choć kapłan pierwszybym każdego zarżnął”. Inny kapelan ks. Izydor Twardochlib, własnoręcznie rozbił biurka, a siostrom felicjankom łacińskim z Uhnowa zrobił awanturę o to, że konającemu oficerowi polskiemu podały kompot, na zlecenie komendanta szpitala – Ukraińca. Znane są wypadki przechowywania rzeczy zrabowanych lub dokonywania rabunków przez księży greckokatolickich. Np. u ks. Tysa z Chlewczan, po ustąpieniu wojsk ruskich, władze polskie znalazły wiele rzeczy skradzionych z cerkwi i okolicznych dworów.

Ks. Bp. Józef Bilczewski w liście z dn. 31 marca 1920 r. pisał: „Ze wszystkich stron archidiecezji lwowskiej dochodzili relacje stwierdzające jednogłośnie, iż prawie cały kler ruski szedł jakby zwartą ławą przeciwko ludności łacińsko-polskiej, stał na czele wrogiej narodowi polskiemu i obrządkowi łacińskiemu akcji, kierował robolu prowokatorską, skutkiem czego był moralnym sprawcą tych wszystkic hmąk, jakie musiało znosić polskie duchowieństwo i polski lud wiemy”.

Podobną opinię wyraził także gen. Tadeusz Rozwadowski, dowódca polskich wojsk w Małopolsce Wschodniej podczas walk z Ukraińcami. Pisał on: „W czasie trwania walk zbrojnych duchowni greckokatoliccy całkowicie solidaryzowali się zarówno z organizatorami życia politycznego jak i z ludem dokonującym mordów na ludności i mieniu polskim”. Ze strony duchownych unickich „nie padł ani jeden głos protestu przeciwko gwałtom i okrucieństwom, ani jeden nie został podjęty krok zmierzający do położenia kresu bezmyślnemu pastwieniu się nad cywilną ludnością polską i jeńcami polskimi… Odpowiedzialność za te gwałty ponieść musi między innymi i duchowieństwo greckokatolickiego obrządku, pozostające w stałym kontakcie i porozumieniu z kierującymi czynnikami ukraińskimi”. Duchowieństwo unickie – pisał generał T. Rozwadowski, winno hamować, a nie jak to kilkakrotnie stwierdzono „podjudzać sztuczną nienawiść Ukraińców do Polaków”. O skali tego zjawiska na terenie trzech województw południowo-wschodnich, może świadczyć fakt, że podane wyżej przykłady antypolskiej i antykościelnej działalności duchowieństwa unickiego dotyczyło jedynie osiemnastu dekanatów łacińskiej archidiecezji lwowskiej”.

Jak już wspomniano w maju 1919 r. wojska polskie opanowały Galicję Wschodnią. Wtedy to wyszły na jaw okrucieństwa i zbrodnie dokonane na Polakach przez Ukraińców podczas ich półrocznego panowania w tym regionie. W celu zbadania okrucieństw ukraińskich powołana została specjalna sejmowa komisja śledcza na czele z posłem Janem Zamorskim ze Związku Ludowo-Narodowego. Należy przy tym zaznaczyć, że wspomniana komisja sejmowa mogła działać jedynie na terenach już wyzwolonych przez Polaków. Oto fragment mowy sejmowej posła J. Zamorskiego na ten temat wygłoszonej na 66 sesji Sejmu Rzeczypospolitej w dniu 9 lutego 1919 r.

„Wysoki Sejmie! Komisja wydelegowana przez Sejm do Galicji Wschodniej dla zbadania okrucieństw popełnionych na ludności polskiej przez Ukraińców zebrała się we Lwowie… i odbyła kilka posiedzeń celem oznaczenie zakresu i sposobu przeprowadzenia swych prac. Zgadzano się na to, że okrucieństw takich, które wołają o pomstę do nieba jest bardzo wielka liczba, że poza tymi okrucieństwami jest nieskończona liczba rabunków, podpaleń, morderstw wynikających niby to z działań wojennych, których zapomnieć nie można… Tragedia ludu polskiego zaczęła się z chwilą upadku państwa austriackiego tzn. dn. 1 listopada 1918 r. Wiadomo, że rząd austriacki zostawił w Galicji Wschodniej wiele pułków czysto ruskich, ale wzmocnionych również żołnierzami z pułków niemieckich i węgierskich, którzy w tej chwili oddali się pod władzę tzw. Narodowej Rady Ukraińskiej i którzy w tej chwili byli tą siłą zbrojną przy pomocy której Rada Ukraińska obejmowała rządy w całej Galicji Wschodniej. Co prawda Rusini przy obejmowaniu rządów ogłosili dla wszystkich równouprawnienie, a więc i dla Polaków, ale natychmiast po miastach kazano zdejmować napisy polskie i zastępować je ruskimi, zamykać szkoły polskie i w niedługim czasie wystąpiono do urzędników polskich z żądaniem, aby dokonali przysięgi na wierność Rzeczypospolitej Zachodnio-Ukraińskiej, w przeciwnym razie zostaną pozbawieni urzędów. W ten sposób we wszystkich prawie miastach Galicji Wschodniej urzędnicy polscy zostali pozbawieni swoich urzędów, swoich dochodów. Miasta oddano pod zarząd komisarzom ukraińskim, powiaty również komisarzom ukraińskim. Ludności polskiej odmawiano prawa do korzystania z aprowizacji miejskiej. Wskutek tego ta aprowizacja Polaków spadła całą siłą ciężaru na samą ludność.

Pomoc ludu polskiego:

Ludność wsi polskich starała się donosić żywność Polakom w miastach. W Tarnopolu tego rodzaju zasilanie Polaków miejskich przez wiejskich zabroniono i w skutek tego ludność takich wsi jak: Bajkowice, Czernielów była narażona na prześladowania co nie przeszkadzało, że chłopi w tajemnicy, nocą nosili żywność do miast narażając się na aresztowanie i bicie. Sam osobiście widziałem gospodarza Markowicza z Bajkowic, któremu żołnierze ukraińscy zabrali całą żywność, jaką niósł dla Polaków w Tarnopolu, przy czym wybili mu kolbą zęby. Ukraińcy wietrzyli spiski. Służyło to do tego, aby żołnierzom pozwalano na rewizje z którymi były połączone rabunki. Przy szukaniu broni już ci żołnierze nie tylko grabią ale i mordują. Tych morderstw zliczyć dzisiaj nie można. My w tym czasie stwierdziliśmy, na podstawie zeznań świadków, przeszło 90 morderstw dokonanych na ludności niewinnej, zupełnie bezbronnej.

Zhańbienie kościołów:

Przede wszystkim rabowano w pierwszym rzędzie dwory i kościoły, przy tym wiele kościołów zostało zhańbionych. Mamy dotąd zanotowane kościoły: w Zbarażu, we Fradze, Samborze, Wieruszowie i inne. We Fradze np. nie dość, że w kościele pootwierano i zabierano wszystkie naczynia liturgiczne, nie dość, że w kościele zrobiono wychodek, ale poza tym muzykalny jakiś podoficer siadł na chórze i zagrał na organach tańce, a pijana dzicz zaczęła tańczyć w kościele. Tego rodzaju obrazy, jak ciągnienie przez bawiących się, figury Matki Bożej lub Pana Jezusa do studni, ażeby się napił wody i oświadczenie, że pić nie chce, żeby sobie wąsów nie zamoczył itd. te dowcipy przy pohańbieniu kościołów były częste.

Kradzież pieniędzy:

Prócz tego ściągano pieniądze. Gdy już zabrakło pieniędzy u Polaków, wtedy ściągano pieniądze ze wszystkich i robiło się to pod pozorem zamieniania monety austriackiej na ukraińską….

Obozy jeńców cywilnych:

Wietrząc spiski od razu zaczęto wywozić Polaków. Główne obozy internowanych, któreśmy dotąd zwiedzili były z Żółkwi, we Lwowie, w Złoczowie, w Tarnopolu, w Mikulińcach, w Strusowie, w Jazłowcu, w Kołomyi na Kosaczu i inne. Spędzano tych internowanych w zimie do nie opalanych baraków. Nie dawano im z początku przez kilka dni nic jeść, a potem dawano rano jakąś kawę, czasem raz na tydzień, albo na dwa tygodnie kawałek razowego chleba, czasem kawałek koniny, czasem zamiast obiadu gotowane harbuzy. Mam tutaj fotografię tego rodzaju internowanych, którzy poodmrażali w obozach nogi. Główną chorobą, która tam się szerzyła był tyfus. W samych Mikulińcach stwierdzono przeszło 600 wypadków śmierci na tyfus. Tego rodzaju wypadki śmierci powtarzały się tak samo w Jazłowcu, Strusowie, Kołomyi, Tarnopolu. Zawsze chorzy mieszczą się razem ze zdrowymi. Na przykład lekarz w Mikulicach p. dr Szpor przychodzi i z dala stwierdza, że wszystko jest w porządku, mimo, iż mu donoszą, że tutaj jest tyfus. W tych warunkach tysiące ludzi wyginęło. Urządzenie tych obozów internowanych było tego rodzaju, że stanowczo nasuwa się myśl, wniosek, iż umyślnie chciano wygubić jak największą liczbę ludności polskiej. Chorych zawsze trzymano ze zdrowymi, gdzie sztucznie mnożyły się choroby. Takie wypadki są w Tarnopolu notowane w dwóch więzieniach: na Półkowińkówce w trzech szkołach w więzieniu w Strusowie, Mikulincu, Kołomyi… Internowanych wypędzano do robót. Na przykład w Tarnopolu przy mrozie wypędzano boso przeszło 200 ludzi (albo z nogami owiniętymi w słomę), do roboty niby przy kolei i codziennie po kilku ludzi umierało na mrozie a inni chorowali.

Podpalanie polskich wsi i mordowanie ludzi:

I znowu świadectw na to jest moc. Gdy Ukraińcy zaczęli się cofać spod Lwowa, wówczas przyszła ostatnia godzina na polską ludność wiejską. Przede wszystkim podpalano wieś. Tak zrobiono w Sokolnikach, w Biłce Szlacheckiej w Dawidowie, tak zrobiono zawsze w każdej wsi, która miała opinię wsi polskiej. Podpalano zazwyczaj zachaty i strzelano do ludzi. W ten sposób spalono ponad 500 gospodarstw, czyli około 2000 budynków: w Sokolnikach 96 gospodarstw, w Biłce, cośmy naocznie stwierdzili. Ktokolwiek wyszedł z chaty, padał zabity albo ranny. W ten sposób zginęło w Sokolnikach ponad 50 osób i 28 w Biłce. Palono żywcem w domach i stodołach. Wiele jest takich wypadków. W ten sposób obchodzono się z polskimi wsiami. Przy pędzeniu do robót zwracano szczególną uwagę na dziewczęta, które po robotach oddawano żołnierzom do użytku. Klee ataman ukraiński – Niemiec, założył w Żółkwi dom publiczny dla żołnierzy z dziewcząt polskich. Podobnie postępowano z zakonnicami w trzech klasztorach polskich. Zazwyczaj nasyciwszy swoje chuci żołnierze przeważnie mordowali swoje ofiary. We wsi Chodaczkowie Wielkim k/Tarnopola np. cztery dziewczęta zostały zamordowane w ogrodzie, lecz przedtem oderżnięto im piersi a żołnierze ukraińscy podrzucali nimi jak piłką. Znęcanie się nad ludnością w ogóle odbywało się w wielu miejscowościach. Wiadomo, że niewiastom obrzynano piersi, zapuszczano im papryki, stawiano granat we wstydliwe miejsce i rozrywano. Takie wypadki powtarzają się dość często. Najokrutniej postępowali żołnierze półinteligenci, oficerowie, synowie popów.

Rozstrzeliwano jeńców polskich:

Np. w Szkle i w lesie Grabnik k/Szkła, gdzie rozstrzelano 17 żołnierzy, rannych Polaków. Jednemu udało się uciec. Zwłoki były odarte z odzieży i nosiły ślady licznych ran postrzałowych, co stwierdzono w protokole z dn. 27 kwietnia 1919 r. z ekshumacji zwłok. Podobnie stało się z 26 jeńcami polskimi w Janowie. Księdza Rysia z Wiśniewa zakopano żywcem do góry nogami. Drugiego księdza zamordowano i wrzucono do jamy poprzednio przez niego wykopanej. Grzebanie żywcem powtarzało się bardzo często, co stwierdzają protokoły sądowe. Wszystkie gminy podmiejskie lwowskie: Brzuchowice, Biłki, Winniki, Dawidów, Sokolniki, Dublany i Basiówka mogą wykazać podane wyżej przykłady bestialstwa ukraińskiego. W Basiówce mordowali też niemowlęta.

Sądy doraźne:

W Złoczowie było bardzo dużo ludzi aresztowanych w dawnym zamku Sobieskiego. Ludziom tym a zwłaszcza kolejarzom, którzy zostali pozbawieni pracy za odmówienie złożenia przysięgi na wierność państwu ukraińskiemu, przysłano z Tarnopola zapomogę w wysokości 5000 koron. Pieniądze te przywiózł dr Nieć. Mimo, że pieniądze te były oficjalnie wzięte z kasy Komitetu, za wiedzą władz ukraińskich w Tarnopolu, mimo to pieniądze te uznano jako przysłane z organizacji polskiej dla zrobienia spisku. W nocy z 26/27 marca 1919 r. aresztowano od razu kilkunastu Polaków i wzięto ich do więzienia. Przesłuchiwanie odbywało się w ten sposób, że bito ich do nieprzytomności wmawiano w nich istnienie spisku przeciw Ukraińcom. Rozprawa przeciw oskarżonym rozpoczęła się o godz. 7 rano, zaś wyrok zapadł o 9-tej a o 16-tej już czekały dwa wozy, aby zabrać trupy zabitych, czyli, że wyrok był z góry przesądzony. Od nocy były już wykopane dwie jamy na cmentarzu i czekały gotowe na zabitych. Zaraz po wykonaniu wyroku, przedmioty będące własnością zabitych jak: tabakierki, papierośnice, łańcuszki znalazły się u oficerów sądu.

Odkopywanie grobów:

Komisja sądowa i lekarska przy udziale polskiej administracji odkryła zwłoki w jednym grobie, gdzie było 5 osób pomordowanych Polaków, bez trumien w nieładzie, półnagich, część Wrzucona żywcem. Istniały ślady okrutnego znęcania się nad nieboszczykami. Pomordowani to: Hercog, Jerzy Podgórski i inni. Ofiary były najpierw katowane, potem obijane kolbami, znęcano się, wyrywano języki, wyrywano palce. Tego rodzaju wypadków stwierdzonych sądownie mamy z Jaworowa – 17, ze Złoczowa – 28. W innych miejscowościach po 1 lub po kilka. Jest to wytwór tej szkoły, która zaprawiała młodzież na hąjdamaków w pojęciu Tarasa Szewczenki. Hajdamak bierze święty nóż, poświęcony we krwi lackiej i morduje wszystko lackie, nawet żony i dzieci I łaszki urodzone. (Zob. T. Szewczenko, Hajdamaki). Niektóre wsie Ukraińskie przechowywały Polaków a nawet obszarników, dając im ubranie Chłopskie i biorąc za członków rodziny. Ale są wsie ukraińskie w których mieszkał jakiś nauczyciel, z których prawie wszyscy byli katami Polaków. Są niektórzy i spośród nauczycieli i księży unickich, co jest bardzo rzadkie, którzy nie tylko do zbrodni ręki nie przyłożyli, ale ratowali ludność polską i odradzali oficerom ukraińskim mordować Polaków. Ukraińskość nie jest narodowością.”

Jak już wspomniano w dn. 17 kwietnia 1920 r. wojska polskie obsadziły ostatecznie dawną granicę austriacko-rosyjską na rzece Zbrucz. Rząd ZURL przeniósł się do Wiednia a następnie do Pragi czeskiej. Z chwilą upadku ZURL nie zakończyły się walki Ukraińców o niezawisłość Galicji Wschodniej. Prowadzono ją nadal przez różne ośrodki i różnych ludzi w tym także i działaczy cerkiewnych. Po 1920 r. walka ta przeszła ze sfery bezpośredniej konfrontacji zbrojnej do akcji dyplomatycznej i propagandowej, co uosabiała szczególnie Cerkiew Greckokatolicka związana na początku z ośrodkiem praskim kierowanym przez Ewhena Petruszewicza. Ze względu na trudne uwarunkowania polityczne, władze polskie zastosowały wobec księży unickich bardzo umiarkowane formy sankcji karnych za ich oczywistą działalność antypaństwową i udział w zbrodniach. W drugiej połowie listopada 1919 r. została utworzona międzyministerialna komisja dla zbadania spraw związanych z internowaniem i szpiegowaniem osób, bez względu na narodowość i wyznanie, które organizowały i występowały czynnie w akcjach przeciw narodowi i państwu polskiemu wiatach 1918-1919. W miesiąc później, czyli dn. 15 grudnia br. Rada Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej wydała zarządzenie o zwolnieniu wszystkich osób internowanych i śledzonych w Małopolsce Wschodniej a zatem także i duchownych greckokatolickich. Do końca października 1920 r. pozostawało w aresztach, na podstawie prawomocnych wyroków sądowych, siedmiu księży unickich tj. Eugeniusz Kaczmarski – proboszcz ze Sławska, Mikołaj Prytulak – proboszcz z Rakowa, oraz katecheci: Mikołaj Konrad z Tarnopola, Mikołaj Galant ze Stryja, Mikołaj Chmielewski ze Złoczowa, Bazyli Dubiecki z Brzeżan i Michał Łada ze Stryja.

Prezydium Namiestnictwa we Lwowie w piśmie do ministra Spraw Zagranicznych z dn. 18 lutego 1921 r. informowało, że wszyscy wymienieni wyżej księża greckokatoliccy zostali zwolnieni od odbywania kary z wyjątkiem księdza M. Konrada, który oczekiwał wyniku dochodzenia sadowego. W sprawie uwolnienia duchownych unickich od odpowiedzialności karnej skutecznie interweniował nuncjusz apostolski w Warszawie, który słusznie uważał, że wynikające z tej sprawy skargi Ukraińców osłabiają międzynarodowe stanowisko Polski. Mając głównie na uwadze polską rację stanu a nie kryterium sprawiedliwości, rząd polski odstąpił od egzekwowania zasądzonych wyroków sądowych wobec Ukraińców. Od tego czasu w szkalowaniu Polski przez Ukraińców a głównie przez hierarchię Kościoła unickiego nie było końca.

Rząd polski i naród jeszcze niejednokrotnie ustępowali ze swego stanowiska na rzecz Ukraińców, jeśli wymagała tego polska racja stanu i dobro narodu. Tak było również w głośnej wówczas sprawie wyrażenia zgody przez rząd polski na powrót A. Szeptyckiego do kraju po jego dwuletniej nieobecności.

Komentarzy 17 to “Pierwowzór zbrodni OUN-UPA z lat 1918-1919”

  1. aga said

    Dziękuję Panie Piotrze X za cenny materiał.Wielu zajmujących się tym tematem ,n.p. Pani Ewa Siemaszko, twierdza,że ta wroga propaganda antypolska sączona była na tych ziemiach na dziesiatki lat przed Rzezią Wołyńską.

    Smutne to jak słabą formację daje zarówno prawosławie jak i grekokatolicyzm,wszakże to rzekomo słowiańscy Rosjanie z taką łatwością „łyknęli” ideologię bolszewizmu a nasi słowiańscy „bracia” rusini zwani przez masonerię ukraińcami – równie gladko ideologię szowinizmu.

  2. Inkwizytor said

    Jestem po lekturze książki pana Pająka „Chazarska dzicz panem świata – Zagłada Rosji”. Na stronie 170 pan Pająk tak pisze:

    „Terror ( żydobolszewików wobec Rosjan ) był tak straszny, że nie mogło być mowy o żadnym powstaniu, nie dopuszczano do żadnych kontaktów pomiędzy ludźmi, nie było mowy o tym by zebrać się w celu przedyskutowania metod samoobrony. (…) Strzelanie na ulicach do ludzi było czymś normalnym”

    Rosjanie są Słowianami pani Ago w nie mniejszym stopniu jak Polacy.

  3. JO said

    Pan Jerzy Lucki w Zwiazku Szlachty Polskiej z duma twierdzi, ze Ugruntowuje sie poczucie Narodowosci Ukrainskiej na Ukrainie. Pan Lucki Nalezy Do Masonerii ” Katolickiej „- Rycerzy Columba.

    Publicznie z Ramienia Zwiazku Szlachty Polskiej wykladal Pojecie Rzeczpospolitej Wielu Narodow

    zrowniuac POLSKIEGO NARODU JEDNEGO Etnicznosci z Prawami Polskiego Narodu

    Ta liberalizacja prowadzi do Antypolonizmu …..i to z Ramienie ZSzP

    Wpisuje sie ta filozofia w nurt „ekumenizmu”…

  4. slask1 said

    Metropolita Szeptycki i podległy mu kler grekokatolicki nie zdali egzaminu zupełnie jako chrześcijanie i jako ludzie rozumni . . Przypisywanie prawosławnym duchownym podobnie nikczemnego postępowania wobec Polaków / też i Rusinów / jest próbą pomniejszenia winy grekokatolików .

  5. ktośtam said

    (Mat 23:15) Biada wam, doktorowie i faryzeusze obłudnicy, że objeżdżacie morza i lądy, aby uczynić jednego prozelitę,
    a gdy się stanie, czynicie go synem piekła dwakroć więcej, niż sami jesteście!

    Unia a tym samym grekokatolicyzm, to element walki KRK z Prawosławiem.
    Inaczej mówiąc: gdyby kózka nie skakała to by ..

  6. JO said

    Unia a Grekokatolicyzm to jak Niebo I Ziemia . Unia Byla ratowaniem Prawoslawia przed jego protestantyzacja I przeciwstawieniem sprotestantyzowanego Prawoslawia Rzeczpospolitej.

    Grekokatolicyzm Ukrainski nie Ma nic wspolnego z Katolicyzmem w tym z Unia Brzeska. Grekokatolicyzm Ukrainski to Odmiana Talmudu

  7. JO said

    Ad.1! A my Polacy PRL Lyknelismy Judeokatolicyzm bez popitki….

    Nawet Ks Natanek przyznaje, ze dal sie na ten judeokatolicyzm nabrac I wciaz w nim tkwi.

    Nie Ma co sie dziwic, ze glupi Chlopska ruski cz w Rosji Rosyjskim tak dal sie skolowacic

    Trzeba widziec belle w swoim oku Pani Ago

  8. Piotrx said

    Re 1:
    Pani Ago jak widać sama obrzędowość to za mało dla prawdziwej formacji (jak to Pani ładnie ujęła) . Do tego dochodzą negatywne cywilizacyjne wpływy turańskie na mentalność tamtejszej ludności.

    Ponizsza wypowiedź Ukraińca , bpa stanisławowskiego Grzegorza Chomyszyna swiadczy ze Rusini rozumieli przez “Cerkiew unicką” federacyjne tylko złączenie z Kościołem rzymskokatolickim,a sama unia nie złączyła faktycznie Rusinów z Kościołem katolickim, tylko że unici stworzyli jakby osobną społeczność, stojącą między Kościołem katolickim a Cerkwią prawosławną, która zaczerpnąwszy coś z pierwszego i zachowawszy nieco z drugiego, nazywa się Cerkwią unicką. Słowo “Cerkiew” dla Ukraińców nie oznaczało tego samego, co Kościół rzymskokatolicki. Cerkiew u Rusinów to społeczeństwo religijne związane obrządkiem wschodnim.

    Jeszcze jako uzupelnienie takie fragmenty – wskazujące na „choroby unii” widziane przez Ukraińca , biskupa stanisławowskiego Grzegorza Chomyszyna

    ********************

    Florentyna Rzemieniuk
    Fragment książki „Unici polscy 1596-1946″ – Siedlce 1998

    Unicki Biskup stanisławowski Grzegorz Chomyszyn w dwóch listach pasterskich (z 15 lutego i z 10 kwietnia 1916 r,) wskazał niektóre z chorób unii. Jedną z nich był jakiś wrodzony wstręt do ściślejszego zespolenia z Kościołem katolickim. Pisał on, iż przyczyną tego byt “bizantynizm orientalny, który nas unitów wiąże ze wschodnim trupem rosyjskim”.

    Wypływ tego bizantynizmu orientalnego, który wsiąkł w nasze dusze, dotychczas jeszcze w naszych duszach pokutuje i opiera się każdemu nawet zewnętrznemu zbliżeniu się do Kościoła katolickiego – wyjaśniał biskup. – Ten bizantynizm orientalny zaszczepiony w duszę naszą w samym zarodku, kiedy przyjęliśmy wiarę z Bizancjum, zatruła już przedtem jadem schizmy Focjusza, Myśmy więc zrodzeni nie z ducha jasnej świadomej i żywej wiary katolickiej, ale i orientalizmu bizantyjskiego, który nie dał nam jasnego zrozumienia zasad żywej i prawdziwej wiary, a z drugiej strony odsunął nas od Kościoła katolickiego i nie pozwolił odżyć życiem katolickim i nabrać zmysłu i smaku katolickiego. I chociaż, teraz nie pozostajemy w schizmie, to jednak czujemy się niejako obcymi dla ducha katolickiego. Z tego powodu jakby odruchowo bronimy się przed wpływem katolickim, a każde zbliżenie się do Kościoła katolickiego, chociażby nawet zewnętrzne, wywołuje u nas wszelkiego rodzaju podejrzenia i trwogi.

    Wypowiedź bpa G. Chomyszyna świadczy wyraźnie o tym, że unia nie złączyła faktycznie Rusinów z Kościołem katolickim, że unici stworzyli jakby osobną społeczność, stojącą między Kościołem katolickim a Cerkwią prawosławną, która zaczerpnąwszy coś z pierwszego i zachowawszy nieco z drugiego, nazywa się Cerkwią unicką. Słowo “Cerkiew” dla Ukraińców nie oznaczało tego samego, co Kościół rzymskokatolicki. Cerkiew u Rusinów to społeczeństwo religijne związane obrządkiem wschodnim. Używali oni bardzo rzadko pojęcia “Cerkiew Powszechna Chrystusowa”. Określenie “Cerkiew” tkwiło w sposobie pojmowania natury Kościoła. Rusini większy nacisk kładli na odrębność obrzędową niż na łączność z Kościołem powszechnym, tak jakby ta ich Cerkiew była czymś w sobie skończonym i całkowitym, a tylko przypadkowo lub dla jakichś przyczyn czysto zewnętrznych została połączona z Kościołem katolickim, podobnie jak dwa państwa niezawisłe i równorzędne łączą się ze sobą przez unię personalną. W wypowiedziach przywódców unickich i ukraińskich często można spotkać sformułowania “nasza greckokatolicka Cerkiew” lub “nasza unicka wiara”, a wiara unicka to specjalna Cerkiew u Rusinów, co też ma oznaczać Cerkiew ukraińską. Rusini rozumieli przez “Cerkiew unicką” federacyjne tylko złączenie z Kościołem rzymskokatolickim. W wielu wypowiedziach unitów można było spotkać określenie, że Cerkiew unicka styka się tylko z Kościołem zachodnim, podobnie jak styka się z Cerkwią prawosławną.

    Warto zaznaczyć, że z Cerkwią prawosławną stykał się Kościół unicki nawet częściej i ściślej niż z Kościołem łacińskim, bo i rytem, kalendarzem, prawie taką samą obojętnością religijną. Zewnętrznie Cerkiew unicka w omawianym okresie w Galicji stanowiła jedno z Cerkwią prawosławną rosyjską. Forma zewnętrzna zagłuszała powoli jej treść wewnętrzną, przez którą właśnie stykała się z Kościołem zachodnim. To przygłuszenie doszło do tego stopnia, że wielu Rusinów wraz z licznymi duchownymi, patrząc wciąż na formę, zapominało o treści, a kierując się zmysłami, doszli do tego, że Cerkiew unicka i Cerkiew prawosławna “to wse odno”. Nastąpiło to tym łatwiej, że skłonność do schizmy wiecznie pokutuje w duszy rosyjskiej. Druga choroba unii – według bpa G. Chomyszyna – to podporządkowanie przez jego wyznawców spraw kościelnych sprawom narodowym.

    Naród nasz – pisał biskup – we wszystkich swoich zmaganiach i w walce o swój był nie doceniał wpływu czynnika religijnego i nic dostosował się jak należało do praw i postulatów Kościoła i wiary. Z tej przyczyny wpływ Kościoła i wiary nie pogłębił się, a w ostatnich czasach liberalizm religijny z jednej strony, a moskalofilskie zapędy z drugiej strony do reszty przygłuszyły błogosławiony wpływ pochodzący z wiary i religii Kościoła, Kościół i wiara zostały u nas podporządkowane sprawom narodowym. Owe czynniki wyższe stały się środkiem do celów niższych. W ślad za tym sprawy wiary zajęły podrzędne miejsce.

    (…)

    Wydaje się, iż bardzo trafnie działalność księży grekokatolickich scharakteryzował ksiądz biskup administrator lubelski Zenon Kwiek, który w piśmie do Nuncjatury Apostolskiej z dn. 28 kwietnia 1918 r. pisał m.in.:

    „Wśród duchowieństwa greckokatolickiego z Galicji do tego stopnia żywy jest duch nacjonalistyczny, że o wiele bardziej oddają się agitacji nacjonalistycznej niż pracy kościelnej, nie wahają się używać sfery sacrum do tego rodzaju agitacji, w końcu sam ryt grecki uważają za środek, którym nacja ukraińska różni się od pozostałych i z pomocą którego do życia narodowego została rozbudzona”

    (…)

    Biskup Chomyszyn wydał list pasterski piętnujący działalność polityczną kleru w podległej mu diecezji i zabronił duchowieństwu pod sankcją dyscypliny kanonicznej należenia do świeckich stowarzyszeń i do wszystkich partii politycznych.

    “Jest to skandal – pisał w swym liście – że ogól duchowieństwa stoi pod dyktaturą Świeckich demagogów. Każdy duchowny musi być zdyscyplinowanym członkiem Kościoła. a nie zdyscyplinowanym służką świeckich patriotów i polityków”

  9. Piotrx said

    Nalezałoby sie cofnąć w poszukiwaniu pierwowzorów barbarzyństwa OUN-UPA jeszcze wczesniej, do ruchów Hajdamackich i Koliszczyzny w XVIII w oraz do niechlubnego udziału duchowieństwa prawosławnego w tamtych wydarzeniach – w tym w agitacji i sianiu nienawisci przeciwko katolikom i Polakom.

    Franciszek Rawita-Gawroński- „Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    czesc1.

    (…)
    Wszystkie te ujemne rysy posiadała Kozaczyzna, a spotężniały one i skoszlawiły się jeszcze bardziej w hajdamaczyźnie. Samodzielne, źródłowe badanie tego krwawego wypadku naszych polsko-ruskich stosunków, dało mi smutne przeświadczenie: że etniczne pierwiastki turańskie, tkwiące w krwi ukraińskiego społeczeństwa ruskiego, a wybuchające od czasu do czasu, były jedną z ważniejszych przyczyn, rzuających to społeczeństwo w objęcia bezbrzeżnej swawoli i czyniący z niego bardzo niepewny i mało przydatny materiał do pracy państwowej na długo jeszcze. Nie lękam się wypowiedzenia tego poglądu, bo go wy-snułem jako ostateczny wniosek, badając nie tylko zjawisko samo hajdamaczyzny, lecz i moralny charakter tego zjawiska. Dla czytelnika nie jest rzeczą obojętną, jakie stanowisko zajmuje pisarz wobec zjawiska badanego. Fakty, składające się na nie, pozwalają je poznać dokładnie, a punkt, na którym pisarz stanął i na całość tego zjawiska patrzył, ułatwi i umożebni rozumienie go. Niektórzy szukali głównych motywów w nienawiści rasowej; inni upatrywali w zwykłej rozhukanej swawoli walkę klasową; byli tacy, którzy podsuwali ciemnym rozkiełznanym tłumom, nie posiadającym szczątków nawet tradycji państwowych, hasła walki o niezależność państwo-wą; a i takich nie brak było, którzy wstrętną hajdamacką swawolę przyozdabiali sztandarem walki o zasadnicze dog-maty religijne. Każdy z tych punktów patrzenia ma swoją cząstkę racji bytu, bo niesłuszną byłoby rzeczą i nieprawdo-podobną przypuścić, że brakło temu niedojrzałemu społe-czeństwu nawet jednostek, wznoszących się ponad dzikość i pospolitość tłumu. W czasie półwiekowych przeszło walk hajdamackich nigdy i nigdzie żadne z powyższych haseł nie zostało sformułowane jasno i nie było sztandarem, koło któ-rego walczące szeregi kupiły się. Nawet nienawiść szczepo-wa, wybuchająca z największą siłą, nie posiadała podkładu ani świadomego ani uzasadnionego, a główny jej motyw miał charakter zupełnie materialny.
    (…)
    Gdy na Wołyniu po zniknięciu wojsk moskiewskich, wszystko wracać poczęło powoli do względnej spokojności i porządku, rozpoczęły się coraz większe niepokoje w Kijowszczyźnie i Bracławszczyźnie pod protektoratem i prowodyrstwem rozbitków siczowych. Jednym z takich wypadków, który najbardziej może odsłonił udział Zaporożców w prawie hajdamaczenia, był napad zbrojny pod Targowicą na kijow-skiego kupca Jakowa Zimowicza. Mieszkańcy Targowicy, łącznie z Zaporożcami, odegrali bardzo wybitną rolę. Ponie-waż chodziło tu tylko o Zaporożców, na których nie można było i nie było na czym poszukiwać krzywdy, Zimowicz zwrócił się do sądów polskich. Sprawa cała prowadzona była w sądzie grodzkim winnickim. Przesłuchanie świadków i obwinionych pokazało, że Kozacy Gardu zaporoskiego, a właściwie bohogardowej pałanki, zwąchawszy się z miesz-czanami targowickimi, napadli na karawanę Zimowicza i do szczętu ją zrabowali. Rabunek uważali widocznie za bar-dzo pomyślny dla siebie, gdyż Zaporożcy z Targowiczanami trzy dni potem hulali i pili wspólnie. Mieszczanie targowiccy nie tylko nie donieśli o tym władzy, ale przeciwnie, ukryli sprawę całą, część zdobyczy przepili wspólnie, a część jako ludzie nabożni, przechowali w cerkwi, być może dlatego, że jednym z tych, którzy rej wodzili w rabunku, był także targowicki popowicz. W ogóle typ hajdamaków z klasy po-powiczów spotyka się w tym smutnym okresie bardzo często. Inicjatorem całej wyprawy był osadczy targowicki, Woło-szyn, który się wybrał na tę rycerską zabawę z trzema synami.
    Sąd winnicki, upatrując w tej sprawie winę Targowiczan, skazał ich na karę cielesną i na zapłacenie Zimowiczowi dwóch tysięcy dwustu trzydziestu złotych.Przytoczyliśmy tę sprawę mniej więcej szczegółowo nie dlatego, ażeby ją można uważać za jedną z ważniejszych, ale dla tego że jest ona typowa i pozwala określić zarówno charakter ruchów, objętych nazwą hajdamaczyzny jak i po-znać ludzi, którzy udział brali. Prowodyrami wojskowymi są Zaporożcy, mający broń i znający drogi i szlachy, a kie-rownikiem, że tak powiem, arystokracja wiejska: osadczy i popowicze, znający najlepiej ludzi i stosunki miejscowe. Splątane nici zbrodni i rabunku gubią się w cerkwi, która nie tylko łaskawie patrzy na tego rodzaju „hulanie” swoich parafian, ale umie nawet korzyść z nich ciągnąć dla siebie.
    (…)
    Z tych kilku dat widzimy, że warunki ekonomicznej zależ-ności włościan w województwie ruskim były o wiele lżejsze od tego położenia, w jakim wkrótce po Sejmie Toruńskim znalazła się ludność Wielkopolski, a nawet część Małopolski, tym bardziej, jeśli zważymy różnicę żyzności ziem ruskich i w ogóle bogactwa przyrodzonego, które ułatwiały życie.
    Teraz przejdźmy do naszkicowania kilkoma rysami poło-żenia ludności wiejskiej w województwach podolskim, bracławskim i kijowskim w sto lat prawie po konstytucji toruńskiej, po pierwszych wichrach kozackich, uspokojonych nieco, a w przededniu prawie zawieruchy Chmielnickiego. Po uś-mierzeniu buntów Nalewajki i Kosińskiego, po „komisyach” olszanieckiej (1616) między Żółkiewskim a Sahajdacznym, rastawickiej (1619) między Sahajdacznym a Koniecpolskim, hetmanem polnym, przyszła nareszcie kurukowska (1625) między Koniecpolskim a Kozakami, która ograniczyła re-jestr do 6000 Kozaków, resztę zbrojnego a rozhulanego ludu spychając do pracy przy roli. Nic dziwnego że ludność ta, przywykła do tej swobody wojskowej, która ze swawolą gra-niczyła bardzo blisko, z istniejącego porządku rzeczy nie była zadowolona. Praca przy roli była dla nich „biedą”. Wówczas to po-wstało przysłowie: „wid Krakowa do Czakowa (Oczakowa) wsiudy bida odnakowa”. Kozactwo, mieszczanie miast kre-sowych i całe zbiorowiska uzbrojonych ludzi, walcząc pod sztandarami Kozactwa, odzwyczajone od pracy i nie szuka-jące jej wcale, zatrudnienie uważało jako nieszczęście dla siebie, szerzyło więc po całym kraju niezadowolenie i narze-kanie na „biedę”, a podniecało drażniąco włóczęgowską żył-kę ludności miejscowej do bezustannego wyłamywania się spod jakiej bądź zależności i szukania idealnej siedziby, gdzie by można wiecznie kozakować i nic nie robić. „W osadach ukrainnych — powiada pisarz współczesny bardzo światły — lud ladajaki i gnuśny, z jednej się więc osady do drugiej przenosi za wolnością” stąd — „jedno miejsce osiadać bę-dzie, drugie — pustorzeć”. Tak się też i działo. Można śmia-ło powiedzieć, że ludność stepowych powiatów bardziej zwięk-szała się dzięki niezwykłej sile rozrodczej niż osadnictwu z Wołynia, województwa ruskiego i lesistej części Podola.
    (…)
    Nie przywiązana przeto tradycjami do ziemi, ludność ruska, niecierpliwa, niespokojna, nie zasiedziała, zrywała się z osad przy lada sposobności, samym zrywaniem się bez-ustannym i włóczęgą wywołując nieporządki i niepokoje. Powyższe cechy moralne znane były doskonale koloniza-torom, a nawet wyzyskiwane dla celów osadnictwa. Zmu-szały one z jednej strony nowych dziedziców do największych ustępstw, do najdłuższych „słobód”, z drugiej — do najła-godniejszego obchodzenia się, byle tylko tę ludność na miej-scu utrzymać. Na nią mało liczono, więcej na pokolenia przy-szłe. Takie zasadnicze poglądy legły w osnowę stosunku kolonizatorów do osadników, w ogóle do ludności miejsco-wej i takim charakterem odznaczały się stosunki zależności.
    (…)
    Rzućmy teraz okiem na stosunki ekonomiczne i stopień zależności ludu wiejskiego od właścicieli ziemi, ażeby potem przejść już wprost do położenia ludności w XVIII w. Na pograniczu kresowym ogólno-ekonomiczne stosunki ludności wiejskiej na roli układały się w sposób odmienny, niż w rdzennie polskich województwach, a zbliżały się do stosunków województwa ruskiego. Wspomniałem już, że osadnictwo rozpoczęło się tam pod opieką zamków królew-skich. Było to rzeczą zupełnie naturalną w kraju, narażonym na częste najazdy. Tego samego systemu trzymało się później osadnictwo prywatne, szlacheckie i pańskie. Ludność, posia-dająca więcej skłonności do pracy rolniczej i umiejąca godzić zatrudnienia wiejskie z potrzebą bronienia szablą własnego ogniska, kupiła się, jak powiedziałem, koło zamków i dla większego bezpieczeństwa chętnie godziła się na twardsze warunki zależności, niżby je zdobyć mogła na „wolach” czyli „słobodach”. Stąd też, począwszy od końca XVI w., zobo-wiązania ludności rolnej na kresach były cięższe w królewszczyznach, niż w dobrach prywatnych. Stan taki istniał pra-wie przez cały wiek XVII — a dopiero w drugiej połowie tego wieku wyrastać poczęło — pomimo klęski wewnętrznej — prywatne drobne osadnictwo. Do połowy XVI w. na Ukrainie i Podolu prawie nie było pańszczyzny ani gospodarstwa folwarcznego — daniny i czyn-sze od poddanych, jako też arendy z młynów, karczem, sta-wów itp. stanowiły dochody zarówno majętności prywatnych, jak i królewskich. Wprawdzie zasadniczo różniły się co do ekonomicznych stosunków i zależności włościan powiaty pół-nocne lesiste województwa kijowskiego, w ogóle północne pogranicze Wołynia od powiatów stepowych Ukrainy i Po-dola, ale jeszcze w drugiej połowie XVI w. chłop siedzący na roli, pomimo różnych powinności, był wolny, bo mógł, zapłaciwszy tylko 12 groszy „wychodu”, siąść na ziemi innego pana. W żytomierskim zamku (1545) mieszczanie zajęci uprawą roli, żadnych opłat na zamek nie dawali, obo-wiązani byli tylko kosić siano jeden dzień w roku, ale nato-miast dawali podwody do Kijowa i stację. Obowiązek ten wydawał się im tak uciążliwy, że wprost nazywali go niewolą, i odgrażali się, że jeżeli zwyczaj ten trwać będzie dalej, „my wsi z lud’my naszymy procz powołoczemsia”.
    W powiecie żytomierskim jeszcze ku końcowi XVI w. zie-mia nie była wyniszczona. — Orano ile kto chciał i gdzie chciał. Gdy włościanom ze Słobodyszcz, majętności Tysz-kiewiczów, oznajmiono, że mają siedzieć włókami, okrzyk-nęli wszyscy, że tego nie uczynią. „W niewoli być nie chcemy — mówiono — damy panu naszemu po groszy dwadzieścia
    i wychodzimy, dokąd chcemy”. Tak samo gotowi byli zerwać się dla każdego innego powodu. Do zamku żytomierskiego należało pole ciągnące się na jedną milę wzdłuż, i pół mili wszerz; — pole to wolno było mieszczanom orać bez opłaty, ziemianie zaś i poddani ich płacili dziesięciny w snopie. W pięćdziesiąt lat potem (1616) we wsiach należących do starostwa żytomierskiego, chłopi „pociężni” już robią w zimie dzień jeden, a w lecie dwa tygodniowo. W północnych powiatach województwa kijowskiego system pańszczyźniany zaczyna brać górę: gdy jednak w r. 1619 znajdujemy uwagi lustratorów, „folwark jeden niewielki, do którego roboty żadnej nie masz”, lub „folwarczek jeden, z którego krescencya nie wielka, tedy się nie kładzie”, w r. 1622 już jest folwarków siedem, z których robią dwa dni tygodniowo w lecie, a dzień w zimie. Prywatne inwentarze żytomierskiego powiatu w roku 1636 — a więc na krótko przed wybuchem Chmielniczyzny — wykazują większe wzmożenie się pańszczyzny; spotykamy natomiast dwie kategorie włościan: uboższych i bo-gatszych, do których stosuje się odpowiednia skala roboci-zny. Bogatsi, oprócz czynszów i danin, robili w lecie po trzy dni tygodniowo, na wiosnę obowiązani byli orać, trzy dni „podparzyć”, a trzy dni „odwrócić”. Ubożsi odrabiali pra-wie trzecią część tego i w tym samym stosunku czynsz opła-cali; ogółem odrabiali dzień jeden w tygodniu przez cały rok. Wkrótce potem nastąpiła zawierucha, która długowiekową pracę zmiotła ze szczętem, a wsie wyludniła zupełnie

    W starostwie kijowskim, we wsiach „zamkowych”, już w połowie XVI. w. wprowadzono lekką pańszczyznę trzydnio-wą i czterodniową orkę rocznie, oprócz danin i czynszów. Zupełnie inaczej układały się stosunki w starostwach i po-wiatach stepowych. W Białocerkiewszczyźnie jeszcze w r. 1616 „folwarku żadnego nie masz”. Mieszczanie podatków nie dają żadnych, prócz służby wojennej, zaś wsie zamkowe, wszystkie prawie „robót ani powinności nie odbywają żad-nych względem „słobody”. W starostwie kaniowskim jeszcze „wsi żadnych nie masz, oprócz futorów” , w czerkaskim „powinności poddani nie oddają żadnych, względem słobody”. W dobrach prywat-nych osiadli włościanie robili dzień jeden w zimie, a dwa w lecie tygodniowo.
    W województwie bracławskim, w starostwie bracławskim jeszcze na początku XVII. w. (1616) nie ma ani jednego folwarku, w lityńskim trzy małe, w winnickim ani jednego. Gdzie nie było folwarków — nie było pańszczyzny.
    Powinności poddanych ówcześnie były lekkie, niemal po-wszechnie: robocizny jakby żadnej prawie, a daniny i opłaty (czynsze) wcale nie uciążliwe. Na Podolu (według lustracji 1615) w dzierżawie smotryckiej, należącej do starostwa kamienieckiego, poddani robót żadnych nie sprawują, tylko w lecie dwa dni żąć i dwa dni kosić powinni, czynszu po dwa złote, owsa dawali po dwa trzecienniki (po 12 garnców), dziesięcinę pszczelną, dań z baranów i wieprzów, powołow-czyznę. W tych granicach obracały się powinności. Gdzie miejscowość pozwalała, przybywała dań miodna, z polowa-nia, rybołówstwa, z łowienia bobrów. Biorę stosunki, powinności i służebności najbardziej typowe, które mogą dawać przybliżoną miarę położenia ekonomicznego włościan w róż-nych dzielnicach Rzeczypospolitej w jednakim czasie.

    Wojny Chmielnickiego, zatargi bezustanne i rozbójnictwo, przykryte pozorami władzy kozackiej, jakie staraliśmy się w głównych zarysach przedstawić poprzednio, przyczyniły się do zupełnego wyludnienia województw, szczególnie powia-tów stepowych. Nie ucisk ekonomiczny, ale wichry kozackie i hajdamackie sprowadziły na kraj ten bogaty ruinę. Mnós-two wsi stało pustką — jak to stwierdziły zarówno prywatne jak i urzędowe dokomenty. Ponowna, powolna koloniza-cja rozpoczęła się dopiero w drugiej ćwierci XVIII, w. Nie będziemy zajmować się szczegółowo położoniem ekonomicz-nym włościan Wołynia, Polesia kijowskiego i lesistego Podo-la, gdyż nie piszemy ani historii włościan, ani też nie pragnie-my objąć całości ekonomicznych stosunków w Rzeczypos-politej w jakimś stałym okresie; najbardziej interesują nas te punkty stepowej Ukrainy, w których ruch hajdamacki przy-brał ostatecznie charakter znany już z dziejów jako też poło-żenie ludności, w tych punktach lub też zbliżonych do nich, ażeby rozwiązać zagadkę czy ucisk ekonomiczny istniał, w jakim stopniu i w jakim stopniu miał wpływać na rozwój późniejszej Koliszczyzny? Nowe skolonizowanie stepów stało się dopiero możebne po ostatecznym zniknięciu Kozaczyzny i po wywołaniu z kraju przez Piotra i Skoropadskiego najniespokojniejszych żywio-łów. Wprawdzie powrót Siczy na dawne siedliska wywołał na razie ponowny wybuch swawoli i dążeń niejednego Werłana i jego satelitów, ale nie było już bezustannego uganiania się po kraju najrozmaitszych kup rabowniczych. Osadnictwo zawrzało w całej pełni. „Wywoływanie słobód” odbywało się w różnych częściach kraju liczniej zaludnionego, po dal-szych i bliższych miasteczkach, po odpustach, kiermaszach — wszędzie gdzie tylko gromadziły się większe masy ludno-ści. (…)
    (…)
    Zaznaczywszy kilku słowy stanowisko Siczy — do czego jeszcze wrócimy — na podstawie raportów rządowych, przej-dziemy teraz do drugiego ogniska hajdamaczyzny, leżącego poza granicami Rzeczypospolitej, Kijowa.
    Posiadając drobne mieszczaństwo ruskie, proste, ciemne, leniwe, ze wszystkimi wadami typowymi owoczesnych nizin społecznych, leżące tuż nad granicą dwóch państw, Kijów przedstawiał pewne korzyści dla skupienia się tutaj ludności luźnej, próżniaczej i lubiącej bawić się grabieżą: znajdowała tu ona przytułek u swoich, wyrozumiałość i łatwość zbytu zrabowanych rzeczy. Oprócz tego Kijów miał jeszcze inne dogodności: dużo monasterów bądź w obrębie miasta, bądź też poza jego murami, a monastery te posiadały wsie własne, folwarki, lasy, sianożęcie, pasieki. Tak więc był monaster Sofijowski (św. Zofii), św. Michała — Michajłowski, Pustynno-Mikołajowski, Frołowski, Kiryłowski, Meżygorski, Kitajow-ski pustynny, Piotro-Pawłowski, wreszcie Ławra z niezliczo-ną mnogością próżnujących mnichów.

    Duchowieństwo w dziejach i życiu każdego narodu od-grywa niezmiernie doniosłą rolę; stopień jego oświaty umy-słowej i moralnej daje skalę porównawczą do ocenienia umysłowości i moralności całego społeczeństwa; nie o fizyczną, że tak powiem, moralność nam chodzi, lecz o publiczną. Stykając się ustawicznie z ludem, przelewa w niego te same myśli i uczucia, którymi jest ożywione, daje mu ten sam pokarm duchowy, jakim odżywia się samo. Nie możemyprzeto czynnika tego z uwagi spuścić przy zastanowieniu się i ocenieniu tak niezwykłego i smutnego zjawiska jakim była hajdamaczyzna.
    Ciemnotę duchowieństwa ruskiego doskonale polskie spo-łeczeństwo rozumiało, a wpływ jego oceniało. Umysły jaśniej-sze, nie zarażone duchem nietolerancji, widziały, że dla pro-stoty ruskich plebanów, oba obrządki, zarówno rzymski jak i ruski, do wzgardy u pospólstwa przychodzą. Lud wiejski swoich plebanów ani się boi, ani szanuje i w cerkwiach na mszy nie bywa, nauk duchownych nie słucha, leżeniem i próż-niactwem najczęściej się bawi. Koniski, biskup mohylowski, sam mocno podejrzanej sławy, żalił się na to, że kapłani ruscy ani nauki ani cnoty stanowi duchownemu należytej nie mają. Od Karpat aż po Dniepr, po rubieże moskiew-skie, stan umysłowy i moralny księży ruskich był godny politowania i nie wiadomo było nieraz co więcej zasługuje na litość: ciemna, dzika, prostacza, nie mająca pojęcia o zada-niach i celach swego stanu, masa duchowieństwa ruskiego, czy też lud, który miał być uszlachetniany moralnie przez nią. Na Rusi podkarpackiej, w jednym tylko grodzie sanockim w ciągu niespełna pół wieku można naliczyć kilkadziesiąt wy-padków, w których duchowieństwo brało dowiedziony udział w zbójnictwie, w namawianiu, w kradzieży bydła i koni, nie tylko księża wschodniego obrządku, ale ich rodziny. Pijań-stwo, prostakowatość obyczajów, ciemnoty pełna, zaniedby-wanie obowiązków — oto były cechy codzienne duchowień-stwa ruskiego.
    Na Ukrainie wcale nie działo się lepiej. Wychowaniec polityczny i uczeń biskupa białoruskiego znał chyba własne swoje duchowieństwo najlepiej, a o stronniczość posądzo-nym być nie może. W czasie wizyt monasterów ukraińskich, będących pod rządami Rzeczypospolitej, przekonał się on, że niezmierna moc mniemanych mnichów kryje się po la-sach czehryńskich, czerkaskich i smilaskich, a przez rozpust-ne życie, gdyż mają przy sobie i mniszki, zgorszenie czynią. Sam tedy prosił o zalecenie gubernatorom ścigać ich, a któ-rych by monastery do siebie przyjąć nie chciały, zdjąwszy habit i ogoliwszy głowę, do robót publicznych używać radził. Między takimi włóczęgami najwięcej było z Wołoszczyzny i Grecji, a trafiali się także i Zaporożcy pod płaszczykiem habitu ukryci. Tenże sam Sadkowski pisał do dziekana Lewandy w Kijowie, znakomitego kaznodziei: „Radzę ci ani prośbom, ani łzom ukraińskiego duchowieństwa nie wie-rzyć; rzadko ja w nich widzę poczciwego człowieka”. W dalszej korespondencji uskarża się na zmartwienia doznawa-ne „od naszych poczciwych popków” i żali się na całe ze-psute tutejsze (pisał z Bohusławia) duchowieństwo. Nie lepsze bynajmniej było ono za Dnieprem. Nie to mnie wszakże interesuje, jakie ono było w głębi Rzeczypo-spolitej i Hetmańszczyznie, lecz jakie było w Kijowie. Każdy z owych licznych monasterów, otaczających Ki-jów, jako też w mieście samym rozrzuconych, — nie biorąc w rachubę licznych cerkwi — posiadał przywileje do szerze-nia demoralizacji. Takim przywilejem było prawo wyszynku. Fakt ów, niemoralny ze stanowiska zadań i celów ducho-wieństwa, miał najfatalniejsze następstwa nie tylko dla lud-ności, lecz i dla nas. W szynkach do duchowieństwa wscho-dniego należących, pod jego opieką gromadziły się najgor-sze i najrozpustniejsze żywioły; szynkownie stały się przy-tuliskiem włóczęgów, złoczyńców, złodziejów, a mnisi — namawiaczami i paserami. Koło klasztorów, w celach ich, na folwarkach skupiały się wszystkie szumowiny społeczne; tu wspólnie z mnichami odbywały się narady nad wyprawa-mi do Polski, kupowano proch i kule, a przechowywano zrabowane rzeczy. Zamiast umoralniać ludność, mnisi prowadzili ze sobą formalne wojny, zajazdy i utarczki — o handel gorzałką.
    Kończyły się one nieraz krwawo. Sprawy wytaczały się przez metropolitów, do generał-gubernatorów i hetmana, jedną z krwawych wojen o prawo wyszynku wódki stoczył z ma-gistrackimi władzami Kijowa ihumen Piotro-Pawłowskiego kijowskiego monasteru Antoniusz. Do strażników finanso-wych wyskoczył on na czele 40 ludzi sam we własnej osobie, a cała ta gromada uzbrojona w drągi i kamienie rzuciła się na nich. Szło tu nie o byle jaką rzecz: strażnicy zabrali cztery półkwartowe flaszki gorzałki! Obie strony aż w senacie opar-ły się, broniąc swego prawa — demoralizowania ludności.

    Nie należy bynajmniej dziwić się, że się tak działo. Zoba-czymy nieraz jak gorący udział w hajdamaczyźnie brali mni-si; teraz rzućmy okiem na to z jakich pierwiastków składał się monaster. Pokora i łagodność nie były wcale cnotami codziennymi mnichów kijowskich. Za przykładem ojców peczerskich, „post-ników” i całego synklitu monasterskiego, szli „posłusznicy”, ludzie służebni, noszący jednakże suknie zakonne i posiada-jący niższe święcenia, jako też odbywający nowicjaty. Wy-prawę, niczym nie różniącą się od hajdamackich w najlep-szym stylu, uczynił monaster meżyhorski na Ławrę Peczerską. Dostatecznego powodu sporu nie było — mnisi peczercy mieli niezaprzeczoną rację: posiadali oni kilka jezior dnie-prowych, łowili tam rybę i do monasteru swego odwozili. Całą winą mnichów peczerskich było, że meżygorscy mieli za mało ryby. Jeromonach przeto Teodozjusz, z monachem Jakowem na kilku dubach, z których każdy po kilkunastu ludzi mógł mieścić, uzbrojeni w strzelby i drągi, pojechali na rybne jeziora peczerskie, „braci” rozpędzili, a rybę za-brali . Zapewne, można by taką junakierię łatwo wytłuma-czyć, gdyby się ona nie powtarzałała się zawsze i wszędzie, gdyby nie nosiła charakteru swawoli, niczym nie różniącej się od hajdamackiej, gdyby nie świadczyła o ciemnocie, rozpasaniu, niemoralności tych, którzy mieli nieść światło i umoralnienie.
    Nie będziemy i nie możemy zaglądać do celi licznych ki-jowskich monasterów i badać ich życie, skupimy tylko uwagę naszą na monasterze Peczerskim, owej słynnej niegdyś z bogobojności i czystości Ławrze. W r. 1742 „posłusznik” archimandryty Józefa okradł go do nitki, a przenocowawszy u porucznika Roskazowa, jego końmi z mnóstwem skradzio-nych rzeczy, odjechał do Priłuk; w r. 1744 w czerwcu uciekł zarządca „pustyni” w Hołosiejowie, do Ławry należącej, a w październiku tegoż roku, uciekł drugi mnich wraz z wę-drującym dla zbierania jałmużny księdzem greckim; w r. 1745 umknął z Ławry jeromonach Atanazjusz; w r. 1750 zbiegł drzeworytnik Ławry Peczerskiej mnich Ireneusz; w r. 1760 kierownik chórów ławrskich, namówiwszy się z drugim, uciekli do Polski. Nie będę mnożył przykładów. Grecko-unickie duchowieństwo na Ukrainie niewiele było lepsze. Popi czyli parochowie — powiada człowiek współ-czesny — ledwie umieli czytać psałterz i mszał; ni teologii moralnej, ni zasad wiary bynajmniej nie znali; pełni zabobonności i przesądów, do szkół jezuickich nie chodzili, bo tam po rusku nie uczyli i mało ich było. Bazylianie musieli uczyć młodzież, powołaną do stanu duchownego, ale tego nie czynili. Między popami unickimi prawie nie było szla-chty; rekrutowali się oni najczęściej z poddanych tych wsi, w których później parochami zostawali. Lepiej trochę było na Wołyniu. Na Ukrainie chłopi majętniejsi oddawali swe dzieci do perejasławskiego i kijowskich monasterów, gdzie się formo-wali popowicze rozmaici. Tam się nauczywszy czytać i śpie-wać, służby i psałterzów, wyświęcali się w Perejasławiu lub w Kijowie albo na Wołoszczyźnie; potem, powróciwszy do domu, gromady prezentowały ich komisarzom na parochów do wsiów swoich, a komisarze, mając blankiety na prezentę, zapisywali one za opłaceniem się albo ojca albo gromady; dziekani i oficjałowie, od metropolity postanowieni, instalo-wali ich, nie zważając że w Kijowie, Perejasławiu lub Wołoszczyźnie edukowani i na księży wyświęcani byli. Między popem, dziekanem a chłopem w nauce religijnej i w obycza-jach widomej różnicy nie było. Jeżeli znajdował się więcej oświecony, to tylko z oficjałów, którzy we Lwowie lub Poczajowie u bazylianów edukowali się.
    Jakiż wpływ mogło mieć takie duchowieństwo na ludność wiejską — ciemną i dziką? Ujemny tylko. Toteż walki księży unickich z księżmi wschodniego obrządku działy się nie w imię religii i wpływu duchownego, lecz w imię chleba powszedniego. Duchowieństwo owe, niczym nie różniące się od ciemnego gminu, a obarczone rodziną, walczyło o parafie, które ich żywiły, i używało wszelkich sposobów do tego ażeby zjednać sobie lud wiejski, napełniający jego komorę palanicami, jajami, motkami lnu, pracujący na jego polu bezpłat-nie. Jeżeli oficjał greko-unicki umiał stanąć w obronie swoich podwładnych, parochowie stawiali się wobec zagranicznych duchownych ostro i wyzywająco; jeżeli był obojętny — opie-kunowie z Perejasławia prowadzili agitację przeciwko łacinnikom, i podbudzali gromady włościan do walki z parochami. Rezultat takiego stanu rzeczy objawił się niezadługo przed wybuchem Koliszczyzny w tym udziale, jaki duchowieństwo greckie w hajdamaczyźnie wzięło.

    Zobaczymy jaką rolę ode-grali mnisi monasterów Michajłowskiego, a później Sofijowskiego, a osobliwie ojciec Damian w organizacji watah haj-damackich, gdy nam wypadnie zastanowić się nad bohater-skimi czynami Iwana Podolaki; teraz ograniczymy się tylko do zaznaczenia sympatii, jaka istniała między czerńcami greckich monasterów a hajdamakami — nie na punkcie, niestety, religii i moralności, ale zbójnictwa i rabunku. Nie były to wszakże wypadki pojedyncze. Nigdy i nigdzie w licznych stosunkach hajdamaków z duchowieństwem w ogóle, a z czerńcami w szczególności, nie ma mowy o religii, o ucisku, o potrzebie obrony, ale zawsze tylko o rabunku, o środkach jak najlepszego ukrycia śladów rabunku i zbrodni, jako też o współdziałaniu, mającym na celu zyski materialne i chciwość. Przypatrzmy się z bliska temu stosunkowi, wybierając z nieprzebranej ilości faktów, kilka bardziej charakterystycz-nych. W r. 1752 napadli hajdamacy na miasteczko Demidów, należące do szlachcica Marcina Żurawlewicza. Było ich tam kilkunastu na tej wyprawie. Śledztwo wykazało że Paweł Żurawel był „posłusznikiem” w klasztorze Kiryłowskim; Jakow Iwanow zeznał, że będąc robotnikiem w meżyhorskim monasterze, podmówił znajdujących się w tymże klasztorze pięciu „posłuszników”, dwóch zwerbował z Mikołajowskiego monasteru, a dobrawszy sobie kilku innych, poszli do Polski. „Pożywa” u Żurawlewicza była obfita; pieniądze, szaty, broń hajdamacy, szczęśliwie przeprawiwszy się tam i na powrót przez czujne straże forpostowe, zabrali ze sobą; wszystko to poszło pomiędzy mieszczan, szynkarzy i hołotę kijowską. Część tego dostała się do protektorów. Powróciw-szy z wyprawy, pięciu z nich, z Jakowem Iwanowym na czele, poszli do Mikołajowskiego monasteru, do wsi Gwozdowa, gdzie gubernatorem był stary znajomy jerodiakon Mitrofan. Udali się wprost do gorzelni i posłali stamtąd służebnika aby przyprowadził do nich ojca Mitrofana i ojca Pachomiusza, szafarza. Zamiast uciekać ze strachu, nabożni czerńcy przy-szli do nich, obawiając się — jak się tłumaczą z pokorą — ażeby im czego złego hajdamacy nie zrobili. W gorzelni zeszli się — okazało się, iż „posłusznicy” i parobcy znają się dobrze z czerńcami. Zażądali gorzałki — a czerńcy „z przestrachu” dali im jeszcze „chleba, masła, słoniny i miodu”. Uraczyli się wszyscy razem, a na odchodnem podarowali czerńcom na pamiątkę czerwony złoty. Ojciec Mitrofan pieniądze scho-wał, ale tak się przestraszył hajdamaków, że zapomniał za-wiadomić nawet swoją najbliższą władzę, że rabownicy tuż pod jego bokiem rozłożyli się obozowiskiem w lesie. W dzień potem znowu kupka hajdamaków zgromadziła się na pijaty-kę i jadło u ojca Mitrofana. Obaj czerńcy „pili i hulali” ze strachu przed hajdamakami; szafarz ojciec Pachomiusz ze strachu sprzedał im jedną rusznicę, a nahulawszy się do woli, dostawszy po czerwonemu złotemu od hajdamaków — wszyscy rozeszli się. Gdy hajdamacy powędrowali dalej, oj-ciec Mitrofan zawiadomił swoje „naczalstwo” że we wsi byli hajdamacy — zapomniał jednak napisać o tym, że hulali razem i dostawali upominki.
    (…)
    Najgorzej sobie postąpił jednak Melchizedek, ihumen monasteru motroneńskiego, człowiek niespokojny, ambitny i całą duszą oddany sprawie rozbudzenia religijnej i rasowej nienawiści między ludnością ruską a Polakami. Zobaczymy niezadługo, jaką rolę odegrał ten fanatyczny i ambitny mnich w historii ruchów hajdamackich, zakończonych Koliszczyzną. W maju 1768 r. poczęły się już skupiać najzuchwalsze zbójeckie żywioły koło motroneńskiego monasteru, otaczane protekcją ihumena, biskupa perejasławskiego i mnichów jako obrońców religii. Z bohaterskimi czynami tych ludzi zapo-znamy się wkrótce. Otóż władza polska, jakkolwiek słaba i niedołężna, nie mogła patrzyć na to wszakże obojętnie. Wy-słano podjazd polski 12 maja st.st. na rewizję monasteru,— co też i uczyniono. Melchizedek, udając że wie nie o co chodzi, podał skargę od monasteru, będącego w granicach Rzeczypospolitej, do sądu ziemskiego w Perejasławiu, utrzymując naiwnie, że byli to „zapewne zbójcy, przebrani w polskie ubranie”. Że przy tej okazji nie żałowano pobożnych mnichów — to kwestii nie ulega. Melchizedek „domyślał się” że to byli „polscy konfederaci” i w ten sposób utorował drogę do domysłów niektórym historykom dzisiejszej doby.

    (….)

  10. aga said

    ad.2
    Panie Inkwizytorze,
    mnie chodziło o pierwszy etap tzw. rewolucji bolszewickiej 1917 r.,kiedy propaganda i ideologia została z entuzjazmem przyjęta przez tzw. chrześcijan prawosławnych w Rosji,żeby zacytowac klasyka „ten prosty chłop klaniający się przed każdą ikoną,nagle z taka łatwością chwycił karabin i szedł ubijać „panów”.Terror był następnym etapem,kiedy zręby Sowietu już istniały.
    Czy chrześcijanin nie powinien życia oddać w walce przeciwko złu a nie tylko mu nie słuzyć nawet ze strachu przed smiercią?
    My mamy bez liku takich bohaterow niezłomnych,ktorych rózni agenci wpływu próbuja zdezawuować mówiąc o sensie/bezsensie.
    Kto chce zachowac zycie, straci je….

    Rosjanie to cywilzacja moskiewsko-turańska / mongolsko-turańska.
    Etnia nie zrównoważy nigdy różnic cywilzacyjnych. Chociaż i ta etnia to bardziej mieszanka mongolsko-skandynawsko-chazarska dzisiaj.
    Dziwię się,że Pan w swojej przenikliwości nie widzi co za osobnicy usiłuja Polaków zaskarbić dla idei braci słowian.Odejmując tych naiwnych oczywiście 🙂
    Polska ma współpracować z każdym w imię swoich interesów – i z Rosjanami i z Francuzami czy Anglosasami ,kiedy wymaga tego racja stanu -a nie wiązać się w jakieś wątpliwe i zagrażające naszej suwerenności „braterskie sojusze”.Juz to przerabialiśmy.

  11. aga said

    ad.7
    Panie JO
    „judeokatolicy” jescze nikogo nie mordują w imię swojej ideologii a juz napewno nie idą na braci słowian i sąsiadow..Raczej pozwalaja się mordować czy niszczyć w imię źle sformułowanego ekumenizmu..

  12. aga said

    Panie PiotrzeX obrzędowośc pelna blichtru aczkolwiek płytka,powierzchowna. Pan Marucha zrobiłby dobry uczynek :))) propagując n.p. życiorys siostry Naryszkin autorstwa kapucyna o. W.Nowakowskiego:

    Siostra Natalia Naryszkin była Rosjanka – nawrócona na katolicyzm; jej doskonale napisany życiorys może ułatwić powrót na łono Kościoła katolickiego wielu Rosjanom dobrym z natury, lecz przez popów prawosławnych starannie trzymanych z dala od źródła prawdy i prawdziwej miłości.

  13. slask1 said

    ad 10 . W Mohylewie na cmentarzu polskim w jednej mogile spoczywają kapłan katolicki i dwaj rewolucjoniści , którzy odmówili jego rozstrzelania . Cerkiew prawosławna w Rosji poniosła w wyniku przewrotu bolszewickiego większe straty jak za okupacji niemieckiej wszystkie kościoły w Polsce . Zarówno w stanie osobowym jak i w obiektach sakralnych . Sięgnięto nawet po głowę państwa rosyjskiego mordując go haniebnie .

  14. Piotrx said

    Re 12:

    Tak ma Pani rację
    Czy ma Pani jakies teksty o tej siostrze ? a moze sa opublikowane w jakiejś książce?

    A tak na marginesie Ksiestwo Moskiewskie nie powstało na teranach pierwotnie słowiańskich ale na turańsko-fińskich (fińskie ludy Mordwa , Mera)
    Jeszcze zrodlo z XIII wieku wymienia tam nazwy dwóch z tych ludów (Mordwa, Mera) jako te ktore zostaly podbite przez Tatarów.

  15. Arek said

    Dwukrotnie, w 1958 i 1962, podejmowano starania o beatyfikację Andrzeja Szeptyckiego, jednak Watykan odrzucił te wnioski[4]. Parę lat temu Archidiecezja Lwowska zakończyła przygotowanie nowego wniosku beatyfikacyjnego i przesłała go do Watykanu[51]. Proces beatyfikacji metropolity Szeptyckiego został dwukrotnie zablokowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego[6].

    Obecnie trwa kolejny jego proces beatyfikacyjny[52]. Wyniesieniu biskupa Szeptyckiego na ołtarze ostro sprzeciwiają się polskie środowiska kresowe, skupione wokół księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego[6].

    Jan Paweł II wypowiedział się o osobie abp. metropolity Andrzeja Szeptyckiego i jego beatyfikacji w homilii wygłoszonej 27 czerwca 2001 na hipodromie we Lwowie podczas Mszy Świętej, połączonej z beatyfikacjami męczenników[53] Kościoła katolickiego obrządku bizantyjsko-ukraińskiego, odprawionej w obrządku bizantyjsko-ukraińskim, następująco:

    „Jak moglibyśmy nie wspomnieć dalekowzrocznej i gruntownej działalności pasterskiej Sługi Bożego, metropolity Andrzeja Szeptyckiego, którego proces beatyfikacyjny posuwa się do przodu, i którego mamy nadzieję oglądać pewnego dnia w chwale świętych? Trzeba tu odnieść się do jego bohaterskiej działalności apostolskiej, jeśli chcemy zrozumieć niewytłumaczalną po ludzku płodność Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie w ciemnych latach prześladowań.”[54][55]

    Za wikipedią.

  16. „UKRAIŃCY MIELI POWODY, BY NAS NIENAWIDZIĆ

    Rozmowa z prof. Adamem Wielomskim na temat “polityki historycznej”, czyli o manipulacji historią przez polityków

    (…) Niestety, polityka historyczna nie skłania do refleksji, a jedynie do bezwolnego powtarzania banałów. Czym częściej się je powtarza, tym szerzej są akceptowane. To jak z reklamami proszków do prania.

    – – Dlaczego bezkrytycznie je „kupujemy”?

    – Nie oczekujmy, że przeciętny człowiek będzie zajmował się badaniami źródłowymi, czy choćby lekturą fachowych opracowań, szczególnie że w zastraszającym tempie w Polsce zanika zdolność czytania ze zrozumieniem, co widać także wśród studentów! I na tym właśnie, na niechęci do czytania i braku rzetelnej wiedzy, wspiera się “polityka historyczna”.
    Poza wąską grupą naszych rodaków – specjalistów w jakichś dziedzinach – ogół społeczeństwa nie zna się na niczym, a jego postrzeganie świata kształtują media i szkoła. Powszechna niewiedza pozwala politykom skutecznie posługiwać się „pokolorowaną”, tendencyjną wersją naszych dziejów jako metodą budowania swej pozycji i legitymizowania dążenia do władzy, ponieważ przedstawiają się jako spadkobiercy wykreowanych sztucznie tradycji politycznych.
    (…)
    – – Ukraińcy też mają swoich „żołnierzy wyklętych” – kombatantów UPA. Czynione im honory słusznie oburzają Polaków?

    – Ukraińcy mieli powody, by nas nienawidzić i mieli swoje racje, aby dążyć do swego niezależnego państwa, jak myśmy dążyli do swojego…

    – – Jednak dominuje myślenie: żołnierz UPA – bandyta…

    – … a oni za takich mają naszych żołnierzy (choćby za akcję „Wisła”). Nie uważam aby takie stereotypy historyczne były czymś złym. Niechęć do “obcych” jest konieczna do kształtowania naszej tożsamości, rozumianej jako “nie-oni”. To jest zdrowe i konieczne, o ile nie przekracza cywilizowanych norm i nie przemienia się w złowieszczą nienawiść zachęcającą do nowych rzezi.
    Mało kto wie, że sławione w naszym hymnie Legiony Dąbrowskiego we włoskiej historiografii są przedstawiane jako formacja gwałcicieli i rabusiów. Każdy naród ma prawo do subiektywnego spojrzenie na własną historię. Uznajemy nasze prawo do tego, uznajmy prawo wszystkich innych.
    (…)
    – – W jaki sposób „polityka historyczna” przekłada się na życie społeczne?

    – Jeśli ośrodkowi władzy uda się uformować jedną „politykę historyczną”, to doprowadzi to do uspokojenia nastrojów, bo społeczeństwo będzie wyznawało wspólną wizję historii wiążącą się z pewnymi wartościami. Jeśli jednak – z czym mamy do czynienia dziś – jest kilka przeciwstawnych sobie „polityk”, to mamy do czynienia z „wojną na historię”, która stanowi przedłużenie totalnej wojny politycznej. Póki ta sterowana polaryzacja będzie skutecznym narzędziem pozyskiwania wyborców, póty wojna będzie trwała. Trumny i nagrobki są znakomitą amunicją polityczną.”

    Źródło: http://prawica.net/29437 (21.03.2012)

    * * *

    No cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że “trumny i nagrobki” w rękach p. Piotrax stanowią tylko osobliwe, lecz niegroźne hobby, a nie “amunicję polityczną” przeciwko dzisiejszym Ukraińcom i ukraińskiemu czy rosyjskiemu prawosławiu.

    Słowianie-chrześcijanie jednoczcie się!

  17. Tak na marginesie. Czy akcja „Wisła” była przeprowadzona przed rzezią wołyńską? Nie może być mowy o współpracy, pojednaniu i normalnej budowie przyjaźni do czasy aż zaszłością zajmą się wspólnie uczciwi ludzie i napiszą prawdziwą historię. Jeżeli tak się nie stanie to nigdy nie nastąpi normalizacja między słowianami a komuś na tym bardzo zależy.

Sorry, the comment form is closed at this time.