Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Malachi Martin – Dom smagany wiatrem (2)

Posted by Marucha w dniu 2012-04-05 (czwartek)

Dziękujemy Pani J. za doskonały link:
http://www.proroctwa.com/Dom-smagany-wiatrem.htm
skąd zaczerpnęliśmy kolejny fragment książki Malachi Martina.
Admin.

1978

Dla papieża, który przybrał imię Apostoła, lato 1978 roku miało być ostatnim na tej ziemi. Zmęczony trudami piętnastoletnich rządów oraz cierpieniem fizycznym związanym z długotrwałą chorobą, 6 sierpnia został zabrany przed swego Boga z głównej siedziby władzy w Kościele rzymskokatolickim.

Podczas sede vacante – kiedy tron Piotrowy jest pusty – praktyczne sprawy Kościoła Powszechnego prowadzi kardynał kamerling, inaczej szambelan papieski. W tym przypadku był nim ów nieszczęsny sekretarz stanu, Jego Eminencja kardynał Jean-Claude de Vincennes, który, jak wieść niosła, rządził Kościołem nawet za życia papieża.

Ten wysoki, szczupły mężczyzna obdarzony był przez naturę dużą dozą galijskiego sprytu. Jego maniery obejmowały całą gamę zachowań – od zgryźliwości po protekcjonizm, dzięki czemu potrafił stworzyć odpowiednią atmosferę zarówno dla arystokratów, jak i podwładnych. Ostre rysy twarzy dobrze harmonizowały z wybitnym stanowiskiem, jakie zajmował w watykańskiej administracji.

Z natury rzeczy w czasie sede vacante na szambelana spadają liczne obowiązki, a czasu jest mało. Jednym z ważniejszych zadań jest staranne uporządkowanie osobistych papierów i dokumentów pozostałych po zmarłym papieżu. Oficjalnym celem tych działań jest wyłuskanie spraw niedokończonych przez zmarłego. Nieoficjalnym produktem ubocznym jest szansa poznania z pierwszej ręki najskrytszych myśli ostatniego papieża na temat bolączek Kościoła.

W normalnych warunkach Jego Eminencja dokonałby przeglądu papierów po zmarłym papieżu zanim zbierze się konklawe, by wybrać jego następcę. Lecz przygotowania do sierpniowego konklawe całkowicie pochłonęły jego energię i uwagę. Od wyniku konklawe – a dokładniej od osobowości człowieka, który je opuści jako nowy papież – zależało bowiem powodzenie misternego planu, jaki w ciągu ostatnich dwudziestu lat przygotował kardynał Vincennes wraz z podobnie myślącymi kolegami w Watykanie i na całym świecie.

Ludzie ci byli zwolennikami nowego modelu papiestwa i Kościoła rzymskokatolickiego. W ich mniemaniu papież i Kościół nie mogą dłużej stać z boku, zachęcając ludzkość, by przystąpiła do owczarni katolicyzmu. Nadszedł czas, by zarówno papiestwo, jak i Kościół jako instytucja włączył się w zbiorowy wysiłek ludzkości ku zbudowaniu lepszego świata dla każdego. Nadszedł czas, by Kościół odrzucił zasadę dogmatów i przestał postrzegać siebie jako absolutnego i wyłącznego posiadacza prawdy ostatecznej.

Plany te nie mogły być rzecz jasna opracowane w swoistej próżni odizolowanej od świata wewnętrznej polityki Watykanu. Nie znaczy to jednak, że kardynał sekretarz przyjmował tylko idee płynące z zewnątrz. On i jego watykańscy towarzysze o podobnych zapatrywaniach zawarli pakt z ze świeckimi liderami ruchu. Mocą tego paktu wspólnie, każdy we właściwym sobie obszarze, pracowali dla urzeczywistnienia pożądanej fundamentalnej transformacji Kościoła i papiestwa.

Zgadzali się co do tego, że po śmierci papieża nadszedł odpowiedni moment, by konklawe wybrało jakiegoś poczciwca na następcę na stolicy Piotrowej. Znając zręczność kardynała Vincennesa, nikt nie wątpił, że taki właśnie odpowiedni człowiek opuści jako zwycięzca – nowy papież – sierpniowe konklawe 1978 roku.

Nic więc dziwnego, że mając w perspektywie taki sukces, kardynał odłożył wszystko inne na bok, nie wyłączając osobistych papierów zmarłego papieża. Gruba koperta z tłoczonym papieskim herbem leżała nietknięta w osobnej szufladzie w biurku kardynała.

Okazało się jednak, że sekretarz stanu całkowicie się przeliczył. Kardynałowie elektorzy, zamknięci na klucz w sali obrad, wybrali na papieża człowieka najzupełniej nieodpowiedniego. Człowieka wrogo nastawionego do planów ukutych przez kardynała kamerlinga i jego towarzyszy. Chyba nikt w Watykanie nie zapomni dnia. Vincennes dosłownie wypadł z sali, gdy tylko przekręcono klucz w drzwiach, uwalniając elektorów. Nie dbając o zwyczajowe ogłoszenie zakończenia „błogosławionego konklawe”, wpadł do swoich prywatnych apartamentów niczym anioł pomsty.

O tym, jak poważny błąd popełnił z tym konklawe, kardynał sekretarz stanu Vincennes przekonał się już w pierwszych tygodniach urzędowania nowego papieża. A były to tygodnie wielkiej frustracji. Tygodnie nieustannych utarczek słownych z papieżem i gorących dyskusji w gronie zaufanych ludzi. W obliczu niebezpieczeństwa, jakie niósł każdy kolejny dzień, zapomniano o zabezpieczeniu papierów po zmarłym. Kardynał Vincennes nie był w stanie przedłożyć swoim towarzyszom przewidywanych działań i reakcji nowego człowieka na tronie świętego Piotra. Jego Eminencja stracił kontrolę nad biegiem wydarzeń.

A potem ludźmi owładnęła niepewność i strach, gdy stała się rzecz najzupełniej nieoczekiwana. Oto w trzydziestym trzecim dniu po elekcji nowy papież zmarł, Rzym i świat zatrząsł się od plotek.

Kiedy papiery nowo zmarłego papieża zebrano do drugiej koperty z wytłoczonym herbem papieskim, kardynał nie miał już wyboru: musiał zająć się nią, a przy okazji tą poprzednią. Lecz pora była niesprzyjająca. Organizacji nowego konklawe w październiku przyświecała jedna myśl: trzeba było naprawić błąd popełniony w sierpniu. Dano mu jeszcze jedną szansę. Był najzupełniej pewien, że jego życie zależy od tego, czy potrafi ją właściwie wykorzystać. Tym razem dopilnuje, by wybrano spolegliwego papieża.

Lecz zły los go prześladował. Mimo gargantuicznych wysiłków, wynik październikowego konklawe był dla niego równie katastrofalny, co sierpniowego. Uparci elektorzy i tym razem wybrali człowieka niemiłego pod każdym możliwym względem. Gdyby okoliczności na to pozwalały, Jego Eminencja z pewnością poświęciłby czas wyświetleniu zagadki, co poszło nie tak w obu konklawe. Lecz właśnie czasu brakowało mu najbardziej.

Kiedy w ciągu niewielu miesięcy trzeci człowiek zasiadł na papieskim tronie, nie można było dłużej odwlekać przejrzenia zawartości dwu kopert z herbem papieskim. Choć osaczony, jak lis w norze, Jego Eminencja nie miał zamiaru wypuścić z rąk obu kopert, zanim nie zapozna się z ich treścią.

Przegląd miał miejsce pewnego październikowego ranka przy owalnym stole konferencyjnym w obszernym gabinecie kardynała. Mieszczące się zaledwie kilka metrów od gabinetu papieża na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego, z palladiańskimi oknami utkwionymi wieczyście w placu świętego Piotra i rozpościerającej się za nim szerokiej panoramie niby oczy bez powiek – pomieszczenie to stanowiło tylko jedną z zewnętrznych oznak globalnej władzy kardynała.

Jak nakazywał zwyczaj, kardynał zaprosił dwóch ludzi jako świadków i pomocników. Pierwszy z nich – arcybiskup Silvio Aureatini – stosunkowo młody człowiek o utrwalonej już jednakże pozycji i dużo większych ambicjach – był typem czujnego, bystrego północnego Włocha. Jego ptasia twarz wydawała się cała zwężać się w kulminacyjny punkt, jaki stanowił koniec wydatnego nosa, niby ostro zatemperowany ołówek.

Drugi mężczyzna – ksiądz Aldo Carnesecca – był zwykłym, nic nie znaczącym duchownym, który przeżył cztery pontyfikaty i dwukrotnie brał udział w przeglądzie papierów zmarłych papieży. Był ceniony przez przełożonych jako „zaufany człowiek”. Wymizerowany, siwowłosy mężczyzna o spokojnym głosie i nieokreślonym wieku, był dokładnie tym, na co wskazywał wyraz jego twarzy, wytarta sutanna i bezosobowe zachowanie – zawodowym podwładnym.

Tacy ludzie, jak ksiądz Carnesecca, przychodzą do Watykanu z wielkimi ambicjami. Lecz nie mając w sobie ducha stronniczości i nienawiści, zbyt ceniąc sobie moralność, by wznosić się po trupach na kolejny szczebelek, a zarazem niezdolni do kąsania ręki, która ich wykarmiła – tacy ludzie poprzestają na podstawowej, żywionej przez całe życie ambicji, która ich tu sprowadziła – ambicji bycia rzymianinem.

Zamiast poświęcać swoje zasady lub przeżywać gorycz utraty złudzeń, watykańscy carneseccowie starają się wykorzystać do maksimum swoją niską pozycję. Pozostają na stanowisku przez kolejne pontyfikaty. Nie żywiąc żadnych osobistych ambicji, nie mając wpływu na bieg wypadków, gromadzą dokładną wiedzę o ważnych wydarzeniach, przyjaźniach, incydentach i decyzjach. Stają się ekspertami od wzlotów i upadków możnych. Drzewa nie przesłaniają im lasu. Jak na ironię więc człowiekiem najlepiej przygotowanym do przeglądu papieskich dokumentów tego październikowego ranka nie był ani kardynał Vincennes, ani arcybiskup Aureatini, lecz właśnie ksiądz Carnesecca.

Na początku przegląd przebiegał gładko. Po piętnastu latach pontyfikatu można się było spodziewać, że koperta pierwszego ze zmarłych papieży będzie bardzo gruba. Tymczasem większą część zawartości stanowiły kopie notatek służbowych wymienianych między papieżem a jego eminencją i większość tych tekstów była już kardynałowi znana. Podsuwając swym dwóm towarzyszom kolejne strony, Vincennes dzielił się z nimi nasuwającymi mu się uwagami. Zasypywał ich komentarzami do nazwisk pojawiających się w notatkach. To ten szwajcarski arcybiskup, któremu wydawało się, że potrafi zażyć Rzym. To ten brazylijski biskup, który odmówił uznania zmian w mszale. A to znów watykańscy kardynałowie tradycjonaliści, których władzę złamał. Tu znów europejscy teologowie tradycjonaliści, których bezpowrotnie usunął w cień.

W końcu pozostało do przejrzenia tylko pięć dokumentów, nim będą mogli przejść do drugiej teczki. Każdy z nich znajdował się w osobnej zapieczętowanej kopercie z adnotacją: „Personalissimo e Confidenzialissimo”. Spośród tych pięciu kopert cztery – przeznaczone dla rodziny – nie przedstawiały żadnej wartości, prócz tego, że kardynał nie mógł przeboleć, że nie pozna ich zawartości. Ostatnia opatrzona była dodatkową adnotacją: „Dla Naszego Następcy na Stolicy Piotrowej”. Słowa te, napisane bez wątpienia ręką starego papieża, nadawały dokumentom przechowywanym w kopercie status papierów przeznaczonych tylko dla oczu nowo wybranego młodego słowiańskiego papieża. Dzień powstania zapiski – 3 lipca 1975 – pozostał w pamięci kardynała jako wyjątkowo beztroski w jego stale napiętych relacjach z Jego Świątobliwością.

Nagle jednak uwagę jego eminencji przykuł inny szczegół: nie tyle prawdopodobny, co niewątpliwy fakt, że koperta była otwierana. To niewiarygodne, ale koperta naprawdę została przecięta u góry i otwarta. Było więc jasne, że ktoś zapoznał się z treścią dokumentow. Równie oczywiste było to, że koperta została następnie sklejona skoczem. Nowa pieczęć papieska i podpis zostały złożone przez następcę starego papieża. Przez tego papieża, który tak nagle umarł, a którego papiery wciąż jeszcze czekały na przegląd.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo oto druga notatka, napisana mniej znanym charakterem pisma młodszego papieża, głosiła: „Dotyczy stanu Świętej Matki Kościoła po 29 czerwca 1963”.

Kardynał Vincennes na chwilę zapominał o swych dwóch towarzyszach przy owalnym stole. Cały świat skurczył się nagle do drobnych wymiarów koperty, którą obracał w ręce. Zgroza i dezorientacja na widok tej daty sparaliżowały jego umysł do tego stopnia, że zabrało mi chwilę, nim odczytał datę drugiego zapisu papieskiego: 28 września 1978. Pamiętny dzień śmierci tego drugiego papieża.

Kardynał zaniemówił, obmacując kopertę, jakby po jej grubości spodziewał się odgadnąć treść lub jak by się spodziewał, że koperta podszepnie mu rozwiązanie zagadki, w jaki sposób zniknęła z jego biurka i w jaki sposób do niego powróciła. Nie zwracając uwagi na księdza Cerneseccę – co nie było rzeczą trudną – w milczeniu podsunął kopertę Aureatiniemu.

Kiedy arcybiskup podniósł znad koperty nos w kształcie ostro zatemperowanego ołówka, kardynał ujrzał w jego oczach własną zgrozę i pomieszanie. Wyglądało to tak, jakby ci dwaj mężczyźnie nie patrzyli na siebie nawzajem, lecz wpatrywali się w jakąś wspólną pamięć, co do której byli przekonani, że jest tajna. Pamięć o początkowej chwili zwycięstwa. Pamięć o wydarzeniu w Bazylice św. Pawła za Murami. Pamięć o dniu, gdy zgromadzili się wraz z wielu innymi członkami falangi, by wznieść prastare inwokacje. Pamięć o tym pruskim delegacie czytającym ustawę instrukcyjną; kciukach nakłuwanych złotą pincetą; pieczętowaniu własną krwią ustawy autoryzacyjnej.

– Ależ, eminencjo… – wyrwało się Aureatiniemu, który pierwszy odzyskał głos, lecz nie zdolność myślenia. – W jaki sposób, do diabła, on mógł to…

– Tego nawet sam diabeł nie wie.

Nadludzkim wysiłkiem woli kardynał próbował zebrać myśli. Stanowczym ruchem ujął kopertę i trzasnął nią o stół, nie przejmując się zupełnie tym, co sobie pomyślą jego towarzysze. Wobec tak wielu niewiadomych musiał sobie odpowiedzieć na pytania kłębiące się w jego głowie.

W jaki sposób „trzydziestotrzydniowy papież” położył łapę na papierach swego poprzednika? Zdrada ze strony któregoś z jego własnych sekretarzy? Jego Eminencja mimo woli spojrzał na księdza Carneseccę. W jego umyśle ten zawodowy podwładny w czarnej sutannie reprezentował całą niższą klasę wyrobników watykańskiej administracji. Oczywiście, technicznie rzecz biorąc, papież miał prawo wglądu w każdy dokument sekretariatu stanu, lecz wszak nie okazał wobec Vincennesa żadnego zainteresowania w tej materii. A druga kwestia: co papież naprawdę widział? Czy miał w rękach całe dossier starego papieża i przeczytał wszystko? Czy tylko tę jedną kopertę z kluczową datą 29 czerwca 1963 roku, wypisaną na kopercie jego ręką? Jeśli to ostatnie było prawdą, w jaki sposób koperta wróciła do dossier? I, niezależnie od wersji wydarzeń – kto doprowadził wszystko do poprzedniego stanu w biurku kardynała? Kiedy ktoś mógł tego dokonać, nie zwracając na siebie uwagi?

Rzucił jeszcze raz wzrokiem na drugą datę wypisaną na kopercie: 28 września. Nagle wstał od stołu, podszedł do swojego biurka, wyjął dziennik i odnalazł żądaną datę. Tak, miał wtedy rutynową poranną odprawę u Ojca Świętego, w notatkach nie było jednak niczego podejrzanego. Po południu miał spotkanie z głównymi inspektorami Banku Watykańskiego; w tym punkcie też nie było niczego interesującego. Uwagę jego przyciągnęła jednak inna notatka. Był na obiedzie w ambasadzie kubańskiej wydanym na cześć jego przyjaciela i kolegi – odchodzącego ambasadora. Po obiedzie został na pogawędkę.

Kardynał podniósł słuchawkę interkomu i kazał sekretarzowi sprawdzić w grafiku, kto miał w tym dniu dyżur w recepcji sekretariatu stanu. Po chwili nadeszła odpowiedź. Wtedy wbił tępy wzrok w owalny stół. W tej chwili ksiądz Aldo Carnesecca stał się dla jego eminencji czymś o wiele więcej niż tylko symbolem watykańskiej kasty podwładnych. W tym krótkim czasie, jakiego potrzebował, by odłożyć słuchawkę interkomu i wrócić na swoje miejsce przy stole, w jego umysł wsączyło się zimne światło. Światło, w którym ujrzał swoją przeszłość i swoją przyszłość. W jakimś sensie się nawet uspokoił, kiedy skojarzył wszystkie fakty. Jego długa nieobecność w sekretariacie 28 września. Carnesecca samotnie dyżurujący w porze sjesty. Vincennes widział wszystko jasno jak na dłoni. Wzięto go fortelem, został przechytrzony przez lisa o szczerej twarzy. Jego gra była skończona. Najlepsze, co mógł teraz zrobić, to zadbać o to, by ta podwójnie pieczętowana papieska koperta nigdy nie dotarła do rąk słowiańskiego papieża.

– Skończy pracę! – powiedział, spoglądając na Aureatiniego o wciąż poszarzałej twarzy i na nieporuszonego Carneseccę.

Miał teraz jasny umysł i odzyskał koncentrację. Suchym tonem, jakiego zawsze używał w stosunku do podwładnych, przekazał szereg decyzji kończących przegląd papieskich papierów. Carnesecca miał się zająć dostarczeniem adresatom czterech kopert adresowanych do krewnych. Resztę papierów Aureatini odniesie do watykańskich archiwów, gdzie pokryje je kurz zapomnienia. On sam zaś zajmie się podwójnie pieczętowaną kopertą.

Teraz eminencja szybko dokończył przeglądu stosunkowo nielicznych papierów, jakie drugi papież zdołał zgromadzić w ciągu swoich krótkich rządów. Spokojny, że najważniejszy dokument tego papieża leży przed nim, przejrzał pobieżnie pozostałą zawartość teczki. Po kwadransie podsunął teczkę Aureatiniemu, który miał ją umieścić w archiwach.

Stojąc samotnie w jednym z podłużnych okien swego gabinetu, Vincennes ujrzał księdza Carneseccę, jak wyszedłszy z sekretariatu skierował kroki na dziedziniec św. Damazego. Śledził wątłą figurkę duchownego kierującego się przez Plac św. Piotra do Świętego Oficjum, gdzie ten kapłan spędzał większość dnia pracy. Przez dobre dziesięć minut obserwował niespieszny, lecz zawsze pewny i świadom celu krok duchownego. Doszedł do wniosku, że jeśli jest ktoś, kto jak najszybciej powinien spocząć w zbiorowej mogile, to jest nim Aldo Carnesecca. I nie musi tego nawet notować w dzienniku dla pamięci.

W końcu kardynał sekretarz stanu odwrócił się od okna i podszedł do biurka. Musiał wreszcie coś zrobić z tą podwójnie zapieczętowaną kopertą.

W historii papiestwa znane są przypadki, że ktoś upoważniony do tego miał wgląd nawet do dokumentów z adnotacją „Personalissimo e Confidentialissimo, nim całość papierów zmarłego papieża trafiała do archiwów. W tym wypadku jednak adnotacje nie jednego, ale aż dwóch papieży zdawały się wykluczać inne oczy, jak tylko papieskie. Były rzeczy, przed którymi cofał się nawet ktoś taki, jak Vincennes. Zresztą tak czy inaczej był pewien, że wie, czego dotyczą tajne papiery.

Z drugiej strony – dumał Jego Eminencja – można w różny sposób interpretować biblijną przestrogę: „Niechaj umarli grzebią swoich umarłych”. Bez popdniecenia, ale i bez litowania się nad sobą – choć doskonale świadom czekającego go losu – podniósł jedną ręką słuchawkę, drugą ujmując kopertę.

Kiedy zgłosił się arcybiskup Aureatini, Vincennes wydał ostatnie polecenie dotyczące przeglądu:

– Zapomniał ekscelencja jednego dokumentu dla archiwisty. Proszę po niego przyjść. Ja sam porozmawiam o tym z archiwistą.

Niewczesna śmierć jego eminencji sekretarza stanu, kardynała Jeana-Claude’a de Vincennesa nastąpiła w wyniku niefortunnego wypadku samochodowego, który wydarzył się 19 marca 1979 roku w pobliżu miejscowości Mablon w południowej Francji – miejsca urodzenia kardynała. Niewątpliwie najbardziej sucha ze wszystkich notatek mówiącej światu o tej tragedii była ta umieszczona w Roczniku Papieskim z roku 1980. W tym opasłym informatorze, zawierającym dane osobowe i inne praktyczne informacje, na liście ostatnio zmarłych książąt Kościoła pojawiło się tylko nazwisko kardynała, bez jakiegokolwiek komentarza.

Komentarzy 37 to “Malachi Martin – Dom smagany wiatrem (2)”

  1. meno said

    Pacyfikacja Huty Batory? Ochroniarze w drodze

    W czwartek wcześnie rano pod chorzowską Hutę Batory przyjedzie kilkudziesięciu ochroniarzy wynajętych przez właściciela zakładu. Mają wyprowadzić strajkujących tu od poniedziałku pracowników – dowiedziała się “Gazeta”

    – Obawiamy się, że dojdzie do zamieszek. Hutnicy są zdesperowani, mogą ich wesprzeć kibice – mówi osoba znająca kulisy sprawy. W mieście już powołano sztab kryzysowy, policja zwiększyła liczbę patroli wokół Huty Batory, Chorzów odwiedzili też specjaliści ds. prewencji komendy wojewódzkiej.

    Strajk w hucie trwa od poniedziałku. Bierze w nim udział 350 osób. W środę wieczorem w ich intencji odprawiono mszę przy bramie zakładu. Hutnicy chcą, by zarząd spółki wycofał się ze zwolnień grupowych, nie chcą przechodzić też na tzw. umowy śmieciowe do firm zewnętrznych.

  2. Zbigniew Kozioł said

    Przepraszam, Pani J.

    Maruche to nie wiem.. ale też, na wszelki słuczaj. Gajowego tolerancja ma zapewne granice.

    Jednak Guła miał rację. Nawet kupienie klawiatury jest dla mnie problemem. Tylko że to nie jest cała prawda o życiu w Rosji.

    A w Rosji.. to ja chyba zakochałem się. Na śmierć.

  3. Zbigniew Kozioł said

    @1 miało iść do innego wątku.

    Tutaj jest seminarium nasze, z obrazkami. Moją buzie też można zobaczyć: http://www.ostu.ru/units/ltd/regional/4/

    Zaś genialną moją prezentację której nikt nie zrozumiał można zobaczyć z tego linka:
    http://www.ostu.ru/units/ltd/regional/4/lectures/nextnano.pdf

  4. mocniejszy said

    Jak głęboko kult zła wszedł do Kościoła Rzymsko-Katolickiego? Czy tak głęboko, jak wskazują Malachi Martin i Piotr Natanek, czy jeszcze głębiej?

    Jeśli chce się oczyścić KRK ze zła, trzeba odkryć, gdzie się ono znajduje. Ale to wymaga wielkiej odwagi.

    Założenie, że przed soborem watykańskim drugim wszystko było w KRK w najlepszym ładzie, wydaje się nazbyt optymistyczne i nie liczące się ze smutną rzeczywistością. Obrona wszystkiego sprzed tegoż soboru – dla tradycji – może się okazać też obroną i tego zła sprzed soboru.

    Aby odkryć, gdzie zło ma swoje wpływy w Kościele Rzymsko-Katolickim trzeba przynajmniej odpowiedzieć na pytania:

    Jak to się stało, że posłani z dobrą nowiną stali się kapłanami?

    Jak w chrześcijaństwie symbolika ryby została zastąpiona krzyżem i krucyfiksem?

    Na czym polega spór o mszę między zwolennikami „łamania chleba” a zwolennikami powtarzania ofiary z Jezusa?

    Co z chrześcijaństwem uczynił Konstantyn Wielki i następni cesarze rzymscy?

  5. Kapsel said

    …..Mimo gargantuicznych wysiłków, wynik październikowego konklawe był dla niego równie katastrofalny, co sierpniowego. Uparci elektorzy i tym razem wybrali człowieka niemiłego pod każdym możliwym względem. Gdyby okoliczności na to pozwalały, Jego Eminencja z pewnością poświęciłby czas wyświetleniu zagadki, co poszło nie tak w obu konklawe…..

    w linkach do fragmentów materiałów nadesłanych przez Panią Agę i Pana Piotrax w artykule

    https://marucha.wordpress.com/2012/04/01/martini-wstrzasnal-namieszal/

    znalazłem i taką wypowiedź czy też radę bądź nawet przestrogę.Malachi Martin mówi wprost

    ……Innymi słowy, konieczna jest
    autorytatywna interpretacja oficjalnych dokumentów II Soboru
    Watykańskiego…….

    najbliższe konklawe może być jeszcze bardziej narażone zwłaszcza że słychać co mówią i widać jak się ubierają nawet ci którzy będą kiedyś wybierać nowego Papieża.O takiej interpretacji mówił też św.p. ks. Michał Poradowski i wielu,wielu innych.

    Nie czytałem wymienianych tutaj książek w całości ale już nadesłane do Gajówki materiały pozwalają mi na to aby mieć zaufanie do Malachi Martina jako wiarygodnego autora.

  6. Zdziwiony said

    Niezwykłe dzieło „Iota Unum” Romano Amerio
    oto fragment:
    Ameiro pisze ze na temat Synodu rzymskiego praktycznie nie ma
    dokumentow. W jezyku polskim znalazlem tylko ten tekst w artykule nt ks
    Czajkowskiego, ktory mial powiedziec:
    „Pamiętaliśmy niedawny Synod Rzymski, na którym dyskutowano o kształcie
    butów i kapeluszy dla księży”.
    Oto rozdzial 31 z ksiazki Iota Unum – moze to kogos zainteresuje….???
    [Iota Unum]31. Jeszcze o paradoksalnym zakończeniu Soboru: Synod Rzymski.
    O „paradoksalnym” zakończeniu Soboru – między innymi, jak już
    wyjaśniłem, w zestawieniu z tym, co charakteryzowało jego fazę
    przygotowawczą – świadczą nie tylko dokumenty końcowe, lecz również
    następujące, istotne fakty:
    – chybione prognozy papieża oraz tych, którzy zajmowali się
    przygotowaniami do Soboru;
    nieskuteczność pierwszego Synodu Rzymskiego zwołanego przez Jana XXIII,
    a który był wstępem do Soboru;
    – niemal natychmiastowe zniweczenie Konstytucji Apostolskiej Veterum
    sapientia określającej, jak powinno wyglądać oblicze kulturowe Kościoła
    i Soboru.
    Papież Jan XXIII, który wyobrażał sobie Sobór jako wielki akt odnowy
    Kościoła oraz szansę na jego usprawnienie funkcjonalne, sądził, że
    dołożył wszelkich starań, by tak się istotnie stało i miał nadzieję, że
    uda mu się doprowadzić do zakończenia Soboru w ciągu kilku miesięcy48 –
    mniej więcej tak, jak było w przypadku pierwszego Soboru Laterańskiego w
    1123 r. (za Kaliksta II), gdy trzystu biskupów zakończyło obrady po
    dziewiętnastu dniach, czy w przypadku drugiego Soboru Laterańskiego w
    1139 r. (za Innocentego II) z udziałem tysiąca biskupów, który trwał
    siedemnaście dni.
    Tymczasem Sobór Watykański II rozpoczął się 11 października 1962 r., a
    zakończył 8 grudnia 1965 r. – co oznacza, że trwał nieprzerwanie trzy
    lata. Niespełnienie się owych przewidywań wynikało z fiaska Soboru,
    który został przygotowany: w jego miejsce powstał Sobór różny od
    pierwszego. Powstał niejako „samorodnie”, autogenicznie, jak
    powiedzieliby starożytni Grecy.
    Pierwszy Synod Rzymski był pomyślany i zwołany przez Jana XXIII jako
    uroczysty akt przedwstępny, prefiguracja tego, co miało wydarzyć się na
    Soborze generalnym. Dosłownie tak to określił on sam w swoim
    przemówieniu do duchowieństwa i wiernych z 29 czerwca 1960 r. Wszyscy
    zdawali sobie wówczas sprawę, że znaczenie tego Synodu wykracza daleko
    poza granice diecezji rzymskiej. Przyrównywano go do synodów zwołanych
    przez Karola Boromeusza przed Soborem Trydenckim. Była to zarazem okazja
    do „odkurzenia” starego powiedzenia, że cały świat katolicki jest
    wzorowany na partykularnym kościele rzymskim. O tym, że w zamyśle
    papieża Synod Rzymski miał stanowić przykład ukazujący drogę tym, którzy
    wezmą udział w Soborze, świadczy również fakt, że Jan XXIII polecił
    bezzwłocznie przetłumaczyć łacińskie dokumenty Synodu na język włoski i
    na inne najważniejsze języki.
    Dokumenty Synodu Rzymskiego, zatwierdzone w dniach 25, 26 i 27 stycznia
    1960 r., stanowiły wyraźny powrót do tego, co jest samą istotą Kościoła.
    Nie mam w tym przypadku na myśli jego istoty nadprzyrodzonej, której tak
    czy inaczej żadna siła nie jest w stanie naruszyć, lecz jego istotę
    historyczną. By posłużyć się językiem Machiavelliego, chodzi o „powrót
    instytucji do jej zasad”. Synod proponował radykalną restaurację we
    wszystkich wymiarach życia Kościoła. Propozycje dotyczące dyscypliny
    duchowieństwa były oparte na tradycyjnych wzorcach wypracowanych podczas
    Soboru Trydenckiego, a w szczególności na dwóch zasadach: pierwsza z
    nich dotyczy szczególnej natury osoby konsekrowanej, która otrzymuje
    nadprzyrodzony charyzmat pełnienia dzieł Chrystusa. Tym samym jest ona
    wyraźnie wyodrębniona z laikatu („sacrato” oznacza oddzielony). Druga
    zasada, wynikająca z pierwszej, to zasada ascetycznego wychowania oraz
    ducha ofiary -co odróżnia duchowieństwo od laikatu jako zbiorowość, choć
    indywidualnie także osoby świeckie mogą wieść życie ascetyczne. Przeto
    Synod zalecał osobom duchownym styl życia wyraźnie odróżniający się od
    stylu laikatu. A wymaga on m.in. noszenia stroju duchownego,
    umiarkowania w jedzeniu, powstrzymywania się od brania udziału w
    publicznych widowiskach, stronienie od zajęć świeckich. Tym samym
    została ponownie podkreślona specyfika całej „formacji” osób duchownych,
    co rok później papież jeszcze raz uroczyście potwierdził w Konstytucji
    Weterum sapientia. Polecił on też ponowne wydanie Katechizmu Soboru
    Trydenckiego, co niestety nie zostało wykonane. Dopiero w 1981 r. ukazał
    się jego przekład we Włoszech, notabene z inicjatywy prywatnej (OR z 5-6
    lipca 1982).
    Nie mniej istotne wydają się regulacje Synodu dotyczące liturgii.
    Potwierdzono uroczyście obowiązkowy charakter łaciny, potępiono wszelką
    kreatywność celebransa, mogącą powodować zdegradowanie czynności
    liturgicznych, a więc czynności sprawowanych wobec ludu Bożego z
    ramienia Kościoła, do rangi nabożeństw prywatnych. Podkreślono obowiązek
    bezzwłocznego („quamprimum”) chrzczenia nowonarodzonych dzieci.
    Przypomniano o zalecanym, tradycyjnym kształcie i usytuowaniu
    tabernakulum. Zalecono kultywowanie śpiewu gregoriańskiego oraz
    postanowiono, że nowe pieśni kościelne tworzone przez lud wymagają
    zatwierdzenia przez biskupa ordynariusza. W myśl dokumentów Synodu
    należy wyeliminować z kościołów wszelkie elementy świeckie. W związku z
    tym nie powinny się tam odbywać widowiska i koncerty; powinno się też w
    nich zakazać sprzedaży druków i obrazów, robienia zdjęć i zapalania
    świec przez wiernych, którą to czynność należy pozostawić kapłanom.
    Dawne rygory dotyczące sposobu obchodzenia się ze sferą sacrum powinny
    objąć też -jak podkreślono – miejsca konsekrowane, wobec czego należy
    przywrócić zakaz przebywania kobiet w prezbiterium. Wreszcie ołtarz
    usytuowany w taki sposób, że kapłan stoi twarzą do wiernych, jest
    dopuszczalny jedynie w drodze wyjątku: udzielenie takiej dyspensy leży w
    gestii biskupa diecezjalnego.
    Któż by nie widział tego, że owe radykalne wskazania Synodu na rzecz
    powrotu do dyscypliny zostały rychło przekreślone przez Sobór, i to
    nieomal punkt po punkcie. W ten oto sposób Synod Rzymski, który miał być
    poniekąd prefiguracją i „szablonem” dla Soboru, popadł w ciągu zaledwie
    kilku lat w całkowite zapomnienie, czy też raczej został świadomie
    wymazany z pamięci49. Powyższą konstatację zilustruję czymś, co mnie
    samemu się przytrafiło: otóż szukałem w bibliotekach Kurii i w archiwach
    diecezjalnych jakichkolwiek dokumentów Synodu Rzymskiego. Na próżno!
    Musiałem w końcu wypożyczać je ze świeckich bibliotek publicznych50.
    _____________________________________
    48 Wynika to z positio, czyli tezy figurującej w materiałach fazy
    wstępnej procesu beatyfikacyjnego Jana XXIII, o której dowiedział się
    dziennikarz F. d’Andrea wskutek czyjejś niedyskrecji (por. Il Giornale
    Nuovo z 3 stycznia 1979). Ale wynika to również ze słów samego papieża
    wypowiedzianych na audiencji generalnej z 13 października 1962 r.:
    wyraził on wówczas nadzieję, że Sobór będzie mógł się zakończyć przed
    Bożym Narodzeniem.
    49 W OR z 4 czerwca 1981 r. ukazał się artykuł utrzymany w duchu
    „loąuimini nobis placentia”. Napisano w nim, że dzieło odnowy Kościoła
    zostało zapoczątkowane przez Jana XXIII. Droga do tej odnowy wiodła
    przez Synod rzymski i przez Sobór, przy czym „oba ostatecznie stopiły
    się w jedno”. Owszem – pod warunkiem, że „stopienie się” oznacza
    „unicestwienie”. Trzeba tu podkreślić, że w dokumentach soborowych nie
    pojawia się ani jedna, choćby najmniejsza
    wzmianka o Synodzie.
    50 Prima Romana Synodus, A.D. MDCCCCLX, Typ. Polyglotta Vaticana, 1960.

    Wykład Marcina Dybowskiego
    „Iota Unum. Romano Amerio – prorok naszej ery. O zmianach w Kościele XX wieku”:
    http://www.traditia.fora.pl/kosciol-ogolnie-i-na-swiecie,2/iota-unum-romano-amerio-wyklad-do-odsluchania,3419.html

  7. Kapsel said

    Chciałbym Wszystkim przypomnieć i zachęcić do zakupu:

    Książka „Śladami Ewangeli” w opini wielu biskupów i księży, którzy zetknęli się z tą książką powinna znaleźć się w każdym polskim, katolickim domu, powinien ją mieć każdy kapłan, a jako lektura szkolna może być pomocna w pracy katechetycznej, w rozważaniach nauczania religii w gimnazjach i liceach.

    Do każdego egzemplarza dołączona jest płyta CD z nagraną przez poetkę i Ryszarda Filipskiego – Drogą Krzyżową, słuchowisko wzbogacone poruszajacą muzyką Wojciecha Zielińskiego. Nagranie swoistą temperaturą i zaangazowaniem, może dostarczyć słuchaczowi dodatkowych przeżyć duchowych.

    http://sanctus.com.pl/szczegoly/2396/sladami_ewangelii_droga_krzyzowa

    Tutaj można wysłuchać fragmentów Via Crucis autorstwa Pani Lusi Ogińskiej:

    http://www.lusiaoginska.pl/flash/audio/intro_4/index.html

  8. Zbigniew Kozioł said

    Ja tak wogóle. Jako człowiek. Zwykły. Mocno zagubiony. Ale i rozumiejący nieco. Dlaczego ja boję się pisać? Choćby z Rosji? Kanadyjczyk boi się pisać z Rosji?

    Coś tu jest nie tak.

  9. Re 4

    Czytając historię chrześcijaństwa, można spostrzec, że wielokrotnie dzieliło się ono i walczyło z samym sobą na skutek „dzielenia włosa na czworo” – na skutek sporów toczonych przez umiejących czytać i pisać interpretatorów.

    Spory te były również wykorzystywane politycznie, a udział państwa w tych sporach pogłębiał je i wydłużał.

    Sytuację ratował fakt, że przygniatająca większość wyznawców chrześcijaństwa była niepiśmienna i w tych sporach nie mogła aktywnie uczestniczyć.

    Dzisiaj jest, niestety, inaczej – nauczono pisać i czytać wszystkich ludzi, co przełożyło się na zalew publikacji przeróżnych „watykanistów”, „teologów” i „biblistów” (książki takiego na przykład Malachiasza Martina liczy się już – podobnie jak dzieła Lenina – na metry bieżące!), którzy robią szum informacyjny i wielki zamęt w głowach chrześcijan, występując zarówno „z lewa”, jak i „z prawa” (z pozycji proliberalnych/”oświeceniowych”, czyli proamerykańskich, albo z pozycji antyliberalnych, czyli antyamerykańskich).

    Tragizm tej sytuacji zwielokrotnia fakt, że dopuszczono do głosu kobiety: najpierw, sto lat temu, do życia politycznego, a potem do rozstrząsania spraw teologicznych i kościelnych. Siłą rzeczy musiało się to przyczynić do radykalnego obniżenia poziomu dyskursu.

    Jak się wydaje, powstał nawet cały dział literatury pisanej specjalnie pod kątem zdolności percepcyjnych tyleż bogobojnych, co naiwnych parafianek. Literatury, nazwijmy ją, religijno-politycznej.

    Dokąd to nas doprowadzi?

    „Ciekawe, że jezuita z sekcji niemieckiej Radia Watykańskiego Eberhard von Gemminger kilka lat temu w wywiadzie dla włoskiego dziennika rozmarzył się, iż może za kilkanaście lat Kościół dojrzeje do kolegium kardynalskiego złożonego w połowie z kobiet. Czemu nie? Przecież przed wiekami kardynałem mógł zostać każdy ochrzczony mężczyzna, niekoniecznie ksiądz. Tradycja, że papieża wybierają spośród siebie kardynałowie, jest młodsza niż Kościół: datuje się na wiek XIV. A papieżowi (ewentualnie papieżycy) kobiety służyłyby zapewne nie gorszą (może nawet lepszą, bardziej empatyczną) radą niż mężczyźni.”

    Zob.: Biorą birety
    http://www.polityka.pl/swiat/analizy/1524307,1,kardynalowie-watykanu—kto-nowym-papiezem-po-benedykcie-xvi.read

    Pamiętajmy, że religia, filozofia i państwo to sprawy męskie.

  10. Zbigniew Kozioł said

    no.. polski.blog.ru wkluczilsia.

    „polski” idioda.

    Jemu się zdaje, że coś ponimajet.

    Nienawidzę ludzi ze spec-służb.

  11. mocniejszy said

    Pamiętajmy, że religia, filozofia i państwo to sprawy męskie.

    Proszę to powiedzieć królowej angielskiej, ciekawe czy potwierdzi…

  12. Marucha said

    Re 11:
    No i pięknie wygląda Kościół, którego królowa jest glową.
    W państwie to ona za wiele do gadania formalnie nie ma.
    A co do filozofii – to nie słyszałem o jakichś osiągnięciach HM The Queen 🙂

    Na poważnie: wyjątki się zdarzają. I wyjątkami pozostają.

  13. Re 11
    Mam na myśli naszą cywilizację, łacińsko-personalistyczną. Cóż mnie obchodzi królestwo Wielkiej Brytanii (w którym zresztą ostatnio miała coś do powiedzenia królowa Aleksandryna Wiktoria i to tylko, o ile dobrze pamiętam, do przedwczesnej śmierci swego męża)?

    Poza tym przykłady władczyń/szefów rządów są mylące: są to kobiety wchodzące w wielką politykę w sposób wyjątkowy – przez zbieg okoliczności dynastycznych (jak św. Jadwiga) lub przez dominację genów męskich po ojcu (co podejrzewano w przypadku premier Tatcher).

    Wśród delegatów z 50-u krajów, którzy podpisali 26.VI.1945 r. Kartę Narodów Zjednoczonych były tylko 4 kobiety: Virginia Gildersleeve (Stany Zjednoczone), Bertha Lutz (Brazylia), Wu Yi-fang (Chiny) i Minerva Bernardino (Dominikana).

    Dzisiaj byłoby to może nawet 50% (parytet płciowy) – ale to nie dotyczy naszej cywilizacji, lecz sztucznych konstrukcji antycywilizacyjnych socjalizmu liberalnego i socjalizmu komunistycznego.

    W naszej kulturze kobiety mieszające się do polityki kojarzą się raczej negatywnie: Bona, Ludwika Maria Gonzaga, Marysieńka Sobieska. Także Esterka.

  14. mocniejszy said

    Jeszcze o królowej angielskiej. Jest również królową brytyjską, kanadyjską, australijską i innych malowniczych zakątków. A w sprawach władzy – dzięki ogromnemu bogactwu, znajomościom i tajnym stowarzyszeniom ma włdzę większą od brytyjskiego premiera. Może go łatwo zakulisowo usunąć, jeśli tylko tak zdecyduje. Monarchia brytyjska nie jest słaba, ale sprytna odgrywając przekonująco teatr parlamentaryzmu , a nawet udając demokrację (monarchia demokratyczna, chachacha).

  15. P.W. said

    ad. 8

    Panie Zbigniewie,

    Sapienti sat, mądremu dość.
    Zawsze tak było, że wiedza była i jest tylko dla wybranych. Spośród chaosu wiadomości (danych), inteligentny człowiek wyłuska te najważniejsze, opisujące właściwie to, co się we świecie dzieje.

    Pan to robi dobrze, ale… niech Pan się nie spodziewa, ze większość społeczeństwa myśli podobnie.
    Większość jest zagubiona, niedokształcona, ciemna, gdyż totalna propaganda działa w ten sposób, aby ludzie nie rozumieli, co się wkoło dzieje.

    Gdyby natomiast Pan (lub ktoś inny) nadmiernie się wychylał i uświadamiał otoczenie, gromadził wyznawców „prawdy”, to mu władza zafunduje mały wypadek, wizytę w szpitalu ze „skutkiem śmiertelnym”, skandalik, aby go ośmieszyć, czy inne metody eliminacji, jak tysiącom dotychczasowych opozycjonistów, vide casus św.p. Andrzeja Leppera.

    Pan jako nieliczny gość Gajówki podaje swoje pełne dane. To bardzo ryzykowne.
    Co było, już się nie odwróci, ale może czas, aby Pan stał się anonimowy?
    Jakiś Nick, np.: „Fizyczny”?
    Czytelnicy Gajówki i tak Pana poznają, gdyż pisze Pan w sposób specyficzny, od razu widać, ze to Pan!
    Jednak dla wszelakiej swołoczy UB, SB, innych specsłużb, nie byłoby to takie proste, aby Pana zidentyfikować, nie wierze, ze oni są aż tak wykształceni i sprytni.

    Życzę Panu siły przetrwania na obczyźnie i wiary, ze na dłuższą metę „prawda”, czyli „dobro” zwycięży, jako i my wierzymy.

  16. j said

    Ad.2- Zbigniew Koziol

    No co Pan, Panie Zbyszku? Za co Pan chce mnie przepraszac? Wiele razy to Panu pisalam ale widze, ze znowu musze 🙂
    Otoz ma Pan w moim sercu takie cieple i stale miejsce i kropka. Podejrzewam, ze niepredko sie to zmieni.
    Laczy nas tyle spraw… A milosc do Rosjan tez ma tu swoja niebagatelna wage. No i na te zupe szczi w Moskwie musimy sie wybrac 🙂

    Natomiast w innych sprawach w 100% zgadzam sie z madrym Panem P.W. spod numeru 15.
    A nick moze „Ryzyk-fizyk”, co? 🙂
    Bo „fizyczny” to juz tu chyba ktos mial.

    Niech Dobry Bog Pana dalej prowadzi

  17. j said

    W 1978 kard. Wyszyński odmówił wyboru na papieża

    PAP
    Podczas konklawe 16 października 1978 r. „grupa kardynałów” pytała prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego, czy przyjąłby wybór na papieża. Kardynał odmówił. Podał cztery powody swojej decyzji. Dodał jednak, że gdyby wybór padł na kardynała Karola Wojtyłę, ten miałby obowiązek go przyjąć – pisze „Rzeczpospolita”.

    „Rzeczpospolita” powołuje się na dziennik prymasa Wyszyńskiego. Jego fragmenty drukuje w najnowszej książce „1978. Wybór papieża Jana Pawła II” historyk Peter Raina, który jako jeden z nielicznych ma do nich dostęp.

    Według Raina, Wyszyński uważał, iż biskupem Rzymu powinien być Włoch, człowiek młodszy od niego (Wyszyński miał wówczas 77 lat) i wszechstronnie do tej roli przygotowany. Wskazał też, że jego życiowym zadaniem – jako prymasa Polski – jest obrona Kościoła na Wschodzie.

    – Gdyby wybór padł na kardynała Wojtyłę, uważam, że miałby obowiązek wybór przyjąć, gdyż jego zadania w Polsce są inne – powiedział Wyszyński kardynałom.

    Według Rainy, który rozmawiał z kardynałami uczestniczącymi w konklawe w październiku 1978 r., na prymasa Wyszyńskiego oddano głosy w trzecim głosowaniu. Natomiast w czwartym głosowaniu, na czwartym miejscu pojawiło się nazwisko Wojtyły.
    PAP

  18. aga said

    Naprawdę nie wydaje się Panu Marusze dziwna ta stronka http://www.proroctwa... gdzie admin homilie nazywa przemówieniami 😉
    I w ogóle tak jakoś agnostycyzmem wieje.

  19. j said

    „…ostoją katolicyzmu w Europie, stanowiącego jedyną siłę zdolną powstrzymać ekspansję komunizmu (czyt. lucyferianizmu – przyp.moj), jest właśnie Polska…..”

    To kardynał Wyszyński wybrał Karola Wojtyłę

    http://www.polskatimes.pl/artykul/100744,to-kardynal-wyszynski-wybral-karola-wojtyle,id,t.html?cookie=1#czytaj_dalej

  20. błysk said

    Jak zwykle dyskutanci gaworzą o koszałkach opałkach ,zamiast o przedmiocie wpisu.Zatem ,stawiam pytanie ,kto wybrał biskupa Vinncennesa na stanowisko? Chyba zmarły papież Pius XII ? Zaprawdę rację ma chyba ks. Czesław Bartnik ,który stwierdził,że nominacje biskupów z ostatnich 300 lat nie odpowiadają potrzebom .Jak temu zaradzić?

  21. A jeśli tak jest wszędzie? said

    11/03/2012

    Fałszowanie homilii Papieża

    Króluj nam Chryste
    __________________

    wtorek, 14 czerwca 2011 Benedykt XVI przypomina definicję Kościoła

    Kilka słów z papieskiej homilii na uroczystość Zesłania Ducha Świętego

    Kościół jest katolicki od samego początku, a jego katolickość (powszechność) nie jest owocem procesu włączania do niego różnych wspólnot. W rzeczywistości od pierwszej chwili Duch Święty stworzył go jako Kościół wszystkich ludzi, rozciągający się na cały świat, pozostający ponad granicami ras, klas i narodów, likwidujący przeszkody i jednoczący ludzi w wyznawaniu Boga w Trójcy Jedynego. Od samego początku Kościół jest jeden, katolicki i apostolski – jest to jego prawdziwa istota i tak należy go rozumieć. Jest święty nie dzięki przymiotom swych członków, ale dzięki temu, że sam Bóg mocą swojego Ducha nieustannie go stwarza, oczyszcza i uświęca.
    Czy akukumeniści słyszeli?

    Aktualizacja: 15.06.2011 godz. 17:02

    Nasi czytelnicy zauważyli, że na stronach Radia Watykańskiego, Opoki, Tygodnika Niedziela i w wielu jeszcze innych miejscach w internecie wisi przekłamana wersja papieskiej homilii, mianowicie w brzmieniu:

    Kościół jest katolicki od samego początku, a ta jego powszechność jest owocem postępującego włączania różnych wspólnot – mówił Benedykt XVI

    Tymczasem wystarczy zajrzeć na serwis watykańskiego biura prasowego czy oficjalny serwis Stolicy Apostolskiej z tekstem papieskiej homilii, aby się przekonać, że stoi tam:

    …la sua universalità non è il frutto dell’inclusione successiva di diverse comunità…
    …jego powszechność nie jest owocem włączania do niego różnych wspólnot…

    Czy redaktorzy sekcji polskiej Radia Watykańskiego znają język włoski?

    Aktualizacja: 20.06.2011 godz. 9:05

    Widać, że nasz blog ma ogromną siłę oddziaływania, gdyż zarówno Radio Watykańskie, Opoka jak i Tygodnik Niedziela poprawiły zauważony przez nas błąd.

    Dowody na istnienie błędnych wersji jeszcze przez kilka dni będzie można znaleźć w zasobie kopii wykonanych przez Google – odpowiednio: Radio Watykańskie, Opoka, Tygodnik Niedziela.

    Napisał Dextimus dnia 14.6.11

  22. Niedaleko said

    “…ostoją katolicyzmu w Europie, stanowiącego jedyną siłę zdolną powstrzymać ekspansję komunizmu (czyt. lucyferianizmu – przyp.moj), jest właśnie Polska…..”

    Jakoś mi trudno połknąć ta cały czas powtarzana bajkę o Polskiej roli. No Tak, jesteśmy tym bohaterskim narodem, bo miedzy czasie Polska okazuje się wygodna by ją okraść z innej kieszeni.

    20-ty wiek to nie 19-ty i wcześniejsze. Nie było jak już w 20-tym wieku ukrywać „problemy” związane z celibatem co na pewno było bardzo proste w wcześniejszych wiekach. Ludzie teraz byli coraz to bardziej dobrze edukowani i mieli coraz to większy dostęp do informacji. Poza tym, informacja przekraczalna granice szybkościom światła. Tak ze to co powinno było być zreformowane w II Soborze nie było. Moje przekonanie jest ze Lucyfer to celibat i problemy związane z tym nie naturalny stanem ludzkim. Watykan i JP mogli zareagować na ten problem ale nic nie robili. Ciekawe tylko czy Ratzinger go pogorszył czy ustabilizował, bo nie myślę by go rozwiązał.

    Ta książka świetnie to opisuje – „Our Fathers: The Secret Life of the Catholic Church in an Age of Scandal” autor David France

  23. Zbigniew Kozioł said

    @16

    Ta pani J.

    No przecie każdy łasy na dobre słowa. Zguba moja. Dziękuje Pani.

    No właśnie, oczywiście, że czytują ten blog. I w Polsce, i nie tylko.

  24. P.W. said

    Ad. 20.

    X. Cz. Barnik powiedział raczej: w Polsce, za okres panowania JP2 nikt, kto był goim nie został biskupem.
    A jak na Świecie? Pewnie podobnie, za wyjątkiem Azji, Afryki, gdzie dopuszcza się gojów, ale uległych, albo ze skłonnościami sodomitów, czy innych popaprańców?

    Jak temu zaradzić?
    Nie wiem, pokazywać ichnie korzenie, aby się obecni decydenci w Watykanie zreflektowali i nawet dla pozoru awansowali normalnych na te wyższe stopnie hierarchii w Kościele?
    Stad się biorą te menory zapalane w kościołach, dni judaizmu, czytanie i homilie, wybór pieśni, tylko ze starego Testamentu, albo protestanckich, gloryfikujące Izrael i „lud wybrany” – zauważcie to nawet u x. Rydzyka, on sam tez dryfuje w stronę judaizmu.

  25. tralala said

    ad 22
    „Jakoś mi trudno połknąć ta cały czas powtarzana bajkę o Polskiej roli. No Tak, jesteśmy tym bohaterskim narodem, …”
    Mnie to tez przeszkadzalo, az popatrzylam na to nie od strony ludzi, ale od strony Boga.
    Taka lamiglowka jak u ks. Chrostowskiego roznica miedzy „narodem wybranym”, a „narodem boskiego wyboru”.
    Polska nie ma „korzystac” z charakteru (jezeli taki istnieje oczywiscie) swojej misyjnosci, ale sie do tejzesz roli przylozyc, wykonac ja jak najlepiej, najowocniej. To jest (mialoby byc) wyzwanie, a nie przywilej.

  26. tralala said

    ad 24
    „…zauważcie to nawet u x. Rydzyka, on sam tez dryfuje w stronę judaizmu.”
    Tez zauwazylam i …Jezeli bedzie kontynuowal, to straci poparcie ludu.:))

  27. Peryskop said

    Może będzie przydatna ta lista postaci powieści Malachi Martin ?

    http://www.greenspun.com/bboard/q-and-a-fetch-msg.tcl?msg_id=00CZfv

    In regards to Windswept House, I found this list of „Who’s who” in the novel. Thought, it might be interesting to some:

    1. Jean-Claude Cardinal de Vincennes – Jean Cardinal Villot (deceased) 2. Cosimo Cardinal Mastroianni – Agostino Cardinal Casaroli (deceased) 3. Silvio Cardinal Aureatini – Achille Cardinal Silvestrini, Cong. Oriental Church 4. Leo Cardinal Pensabene – Pio Cardinal Laghi, Congregation of Christian Education 5. Cardinal Moradian – Gregoire Pierre Cardinal Agagainian (deceased) 6. Cardinal Karmel – Jean-Marie Cardinal Lustiger, Paris 7. Leonard Cardinal Boff – Basil Cardinal Hume, Westminster (deceased) 8. Aviola -Silvano Cardinal Piovanelli, Florence 9. Cardinal Sturz – Franz Cardianl Koenig, Vienna (retired) 10. Cardinal Leonardine – Bernardin (cf. also Card. of Century City and Archpriest in South Carolina) 11. German Jesuit Cardinal – Augustin Cardinal Bea, S.J. (deceased) 12. Bp. „Leo” James Russeton – Bp. John Russell (deceased 1993) 13. Otto Sekuler – real person/name not disclosed, a member of the KGB 14. Frater Medico – Agnes’ father, an M.D. (deceased) 15. Aldo Carnesecca – real person/name not disclosed (deceased) 16. Msgr. Daniel Sadowski – Msgr. Stanislao Dziewicz 17. Msgr. Taco Manuguerra – Msgr. Agosto Bueno 18. Jean Cardinal de Bourgogne – John Cardinal Cody 19. Fr. Damian Slattery, O.P. – composite of Michael Cardinal Browne, O.P., and a living former U.S. Dominican, perhaps Fr. Fiore 20. Fr. Christian Thomas Gladstone – composite of 3 priests 21. Mrs. Francesca Gladstone – elderly woman, still living 22. Windswept House – Galveston Island, Texas 23. Cyrus Benthoek – Bill Morrell (deceased) 24. J.J. Cardinal O’Cleary – John Cardinal O’Connor, New York (deceased) 25. Piet Cardinal Svensen – Leo Cardinal Suenens, Belgium 26. Local Chapel/SSPX „Danbury” – Dickinson, TX, chapel of the SSPX 27. Fr. Angelo Gutmacher – P. Schmidt, Cardinal Bea’s secretary 28. Giacomo Cardinal Graziani – Angelo Cardinal Sodano, Vatican Secretary of State 29. Noah Cardinal Palombo – Virgilio Cardinal Noe, Vatican (retired) 30. Michael Continho, S.J. – Carlos Cardinal Martini, S.J., Milan 31. Victor Venable, OFM – Fr. Vaughan 32. Serozha Gafin (Moscow) – A. Golovin 33. Gibson Appleyard (U.S.A.) – composite of J. Hale, State Department, and William Colby, C.I.A. 34. Rev. Herbert Tartley, Church of England – former Archbishop of Canterbury 35. Nicholas Clatterbuck – real person, still living 36. Dr. Ralph Channing – real person, still living 37. Cliffview House – 304? Riverside Drive, New York 38. Jacques Deneuve (banker) – K. Schwab, World Trade Organization 39. Gynneth Blashford (publisher) – Bertelsmann 40. Brad Gerstein-Snell (communications) – Ted Turner 41. Sir Jimmie Blackburn (South Africa, diamonds) – James Goldsmith 42. Kyun Kia Moi (Korea) – real person, still living 43. Bp. Novacy – Abp. Pavel Hnilica 44. Maldonado (I.R.A.) – Sig. Alberico Novelli 45. Card. Amedeo Sanstefano (I.R.A.) – Silvio Cardinal Oddi (deceased) 46. Bp. Ievin Rahilly (CT) – Abp. John Whealon, Hartford (deceased) 47. Bp. Primas Rochefort (NY) – Bp. Matthew Clark, Rochester 48. Bp. Bruce Longbottham (MI) – Bp. Kenneth Untener, Saginaw 49. Abp. Cuthbert Delish (WI) – Abp. Rembert Weakland, Milwaukee (retired) 50. Bp. Manley Motherhubbe (NY) – Bp. Howard Hubbard, Albany 51. Bp. Raymond Luckenbill (MN) – Bp. Raymond Lucker, New Ulm 52. Bp. Ralph Goodenough (IL) – composite of Chicago auxiliaries 53. Sr. Fran Fedora (Seattle) – Fran Ferder 54. Sr. Helen Hammentick (New Orleans) – ? 55. Sr. Cherisa Blaine (Kansas City) – Sr. Theresa Kane 56. „Capstone” – real person, still living 57. Card. Schuyteneer (Belgium) – Godfried Danneels, Belgium 58. Card. Azande (Gold Coast) – Francis Arinze, Congregation of Saints 59. Card. Reinvernunft – Joseph Cardinal Ratzinger, Congregation for the Doctrine of the Faith 60. Abp. Canizio Buttafuoco – Abp. Gianni Danzi, Office of Secretary of State 61. Holy Angels House – Dominican House of Studies, River Forest, IL 62. Fr. George Haneberry – Fr. Donald Goergen, O.P., former provincial of Chicago Dominicans, author of „Sexual Celibate, now at an ashram in Kenosha, Wisconsin 63. Fr. Avonodor (Chicago Chancery) – Msgr. John Roche, Archdiocese of Chicago, friend of Joseph Louis Cardinal Bernardin; now works for Helene Curtiss Cosmetics, Chicago 64. Fr. Lotzinger (Willowship) – Fr. Robert Lutz, St. Norbert’s Church, Northbrook, IL 65. Sr. Angela – Alice Halpin, Lutz’s school principal, former nun 66. Fr. Tomkins (Roantree) – fictitious name 67. Fr. Keraly (Harding) – fictitious name, or perhaps Fr. Kealy 68. Fr. Goerge Hotelet, O.P. – Fr. Georges Cottier, O.P., Rome, a papal theologian 69. Dr. Carlo Fiesole Marraci – Giovanni Baptista Marini-Bettolo Marcioni

  28. ad.15 Wspaniała i w pełni uzasadniona troska, natomiast rada jest FATALNA. Nie ma żadnej możliwości technicznej ani nawet teoretycznej pozostać anonimowo w Internecie dłużej niż kilkanaście i to skromnych minut. Natomiast wobec nas pozostałych anonimowośćumożliwiniezauważalne „odejście” z tego padołu.

  29. Jozef said

    Pamięci ks. Malachi Martina
    http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/230

    We wtorek 27 lipca 1999 r., w wieku 78 lat, wskutek następstw udaru mózgu zmarł w Nowym Jorku Malachi Martin, ksiądz katolicki, ex-jezuita, teolog, egzorcysta, wybitny znawca kulis polityki Watykanu, autor 16 bestsellerów. Popularność jego książek, nekrologi, jakie ukazały się we wszystkich dużych gazetach amerykańskich, wreszcie grono jego bliskich przyjaciół, do których należeli m.in. Michael Davies, ks. Charles Fiore, William Marra, ks. Alfred Kunz, Jerry Matatics czy Rama Coomaraswamy świadczą dobitnie, że ks. Martin był z pewnością postacią nietuzinkową i zasłużoną dla Tradycji katolickiej. Ale… czy ks. Martin od samego początku opowiedział się po stronie Tradycji w jej śmiertelnych zapasach z modernizmem? Niestety, nie brak świadectw niechlubnej roli, jaką ks. Martin miał rzekomo odegrać w czasie przygotowań i obrad Soboru Watykańskiego II; niektóre z nich sugerują nawet, że był on… głównym architektem deklaracji Nostra aetate, o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, w tym do Żydów.

    Kim był ks. Malachi Martin? Tradycyjnym katolickim kapłanem, czcicielem Matki Boskiej z Gwadelupy, przerażonym obecnym stanem kryzysowym w Kościele (o którym, jako Vatican insider, wiedział więcej niż ktokolwiek inny), jak chcą jedni, czy też cynicznym „Judaszem XX w.” na służbie B’nai B’rith, jak twierdzą inni? A może współczesnym św. Pawłem, który – oślepiony okropieństwami, które widział z tak bliska – postanowił bronić Jednego i Świętego Kościoła?

    Jezuita

    Malachi Brendan Martin urodził się 23 lipca 1921 r. w Kerry, w Irlandii. W 1939 r. wstąpił do zakonu jezuitów; został wyświęcony na księdza w święto Wniebowstąpienia, 15 sierpnia 1954 r. W międzyczasie wiele studiował, uzyskując magisterium z filologii semickich i historii orientalnej w National University, równolegle poznając asyriologię w Trinity College. Następnie studiował na uniwersytecie w Louvain, w Belgii, gdzie również uzyskał dyplom z filozofii, teologii, języków semickich, archeologii i historii orientalnej. Zdobywał także wiedzę z zakresu psychologii eksperymentalnej i antropologii. Jeszcze później – równolegle na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i na uniwersytecie w Oxford – specjalizował się w studiach nad rękopisami hebrajskimi i arabskimi z okresu przedchrześcijańskiego. Napisał jedną z pierwszych prac nt. zwojów znad Morza Martwego, a ponadto wiele naukowych artykułów o paleografii semickiej. Jego pierwszą książką było dwutomowe dzieło Kronikarski charakter zapisu zwojów znad Morza Martwego.

    Od 1958 do 1964 r. ks. Martin przebywał w Rzymie jako sekretarz Agostino kard. Bei i bliski współpracownik papieża Jana XXIII, wypełniając na ich zlecenie wiele dyskretnych misji. Był również profesorem Papieskiego Instytutu Biblijnego, gdzie wykładał język hebrajski i aramejski, paleografię i biblistykę. W 1964 r. wystąpił z Towarzystwa Jezusowego; w następnym roku uzyskał zwolnienie ze ślubów posłuszeństwa i ubóstwa (nie prosił o dyspensę ze ślubu czystości). Sam ks. Martin twierdził, że Paweł VI zezwolił mu na prywatne odprawianie Mszy św. W pisanym przed śmiercią liście do przyjaciela wspomniał, że odprawiał ją codziennie – codziennie też odmawiał brewiarz.

    Pisarz

    Po wystąpieniu z zakonu ks. Martin z Rzymu – przez Paryż i Irlandię – wyjechał do Nowego Jorku. Początkowo, wciąż jako ksiądz, pracował tam jako taksówkarz i pomywacz (sic!)1. Później kardynał Cooke przydzielił mu obowiązki w archidiecezji nowojorskiej; dostojnik nalegał także, aby ks. Martin dla swego własnego bezpieczeństwa zamieszkał u poleconej przezeń rodziny. Ks. Martin, który początkowo chciał mieszkać sam, zgodził się i wprowadził się na Manhattan, do domu Kakii Livanos. Rodzina, chociaż nie katolicka, okazała się troskliwa i opiekuńcza, a Kakia Livanos stała się oddaną gospodynią. Niestety, w czasie jego choroby nadużyła okazywanego sobie zaufania – ale tę sprawę, dotyczącą dwóch stron internetowych ks. Malachi Martina, opiszemy później.

    Nadal wypełniając obowiązki kapłańskie, ks. Martin wkrótce poważniej zajął się pisarstwem. Liczne artykuły i książki szybko zdobyły mu nie tylko wiele znajomości w literackim światku Nowego Jorku, ale i zasłużoną sławę erudyty i świetnego znawcy tajemnic Watykanu. Już pierwsza powieść, The Encounter, okazała się znaczącym sukcesem, zdobywając tytuł jednej z „Trzydziestu Najlepszych Książek 1969 Roku”, przyznawany przez „Library Journal”. Później przyszły następne książki i następne sukcesy; umiejętnie łącząc obszerną wiedzę teologiczną i historyczną z błyskotliwym stylem pisarskim, wykorzystując wieloletnie obserwacje poczynione na najwyższych szczytach kościelnej władzy w Rzymie (znał osobiście trzech papieży!) ks. Martin co kilka lat zaskakiwał czytelników kolejnymi świetnymi pozycjami. I zarazem proroczymi.

    W 1970 r. ks. Martin uzyskał obywatelstwo amerykańskie. W 1972 r. ukazała się powieść Three Popes and the cardinal. Ks. Martin przedstawił w niej wizję niedalekiej przyszłości („na długo przed rokiem 2000”), w której zabraknie instytucji, którą znaliśmy do tej pory jako Kościół Rzymski, Katolicki i Apostolski. Jego wydawca omal nie dostał apopleksji po przeczytaniu rękopisu… W 1973 r. książka Jesus now przyniosła szokującą prawdę o ciężkiej chorobie papieża Pawła VI; chorobie, którą Watykan przez długie lata starał się utrzymać w tajemnicy, a która ostatecznie wyszła na światło dzienne (Paweł VI cierpiał na białaczkę). Rok 1976 r. przyniósł super-bestseller Zakładnicy diabła, długo nie schodzący z list przebojów książkowych: pięć autentycznych historii opętanych Amerykanów. Zakładnicy doczekali się wielu wydań i entuzjastycznych recenzji wśród osób zajmujących się problemem opętania i egzorcyzmów; bez przesady można powiedzieć, że ta książka weszła na stałe do kanonu literatury przedmiotu.

    W 1978 r. ukazało się The Final Conclave, książka odsłaniająca wiele ściśle strzeżonych tajemnic Watykanu: polityczne intrygi i cyniczne alianse najwyższych dostojników. Ks. Malachi Martin był jedyną osobą, która nie tylko publicznie przewidziała, że w przeciągu roku odbędzie się konklawe, ale także kto zostanie wybrany papieżem! Ta przepowiednia był tak nieprawdopodobna, że tylko jedna gazeta zdecydowała się ją opublikować przed śmiercią Pawła VI i wyborem jego następcy…

    Rok 1987 r. to rok ukazania się Jezuitów (tylko ta książka oraz Zakładnicy diabła zostały wydane w Polsce2), w ocenie „World Economic Review” „najbardziej przerażającego i kontrowersyjnego portretu Towarzystwa Jezusowego w ciągu ostatnich 300 lat”; portretu przedstawiającego członków szacownego zakonu jako grupę stawiającą sobie za cel propagowanie ideologii marksistowskiej. Liczne głosy jezuitów z całego świata, którym ks. Martin dał do przeczytania rękopis, były zgodne – o. John Hardon SI wyraził to mówiąc: „Jezuici są w 100% prawdziwi”.

    Rok 1990 przyniósł kolejną obszerną powieść (ponad 700 stron): The Keys of This Blood. Tytuł nawiązuje do wydarzeń z 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra; podtytuł jest jeszcze bardziej wymowny: „Papież Jan Paweł II kontra Rosja i Zachód [w walce] o kontrolę nad Nowym Porządkiem Świata”. Książka przynosi dogłębną analizę obecnej sytuacji geopolitycznej oraz opis wydarzeń, które do niej doprowadziły. Ks. Malachi Martin daje się tu niespodziewanie poznać jako wyborny znawca historii krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a zwłaszcza Rosji i Polski (w indeksie znajdujemy wiele polskich nazwisk oraz kilka terminów, których Autor używał w oryginale, nie tłumacząc na angielski, m.in. „Rzeczpospolita” oraz „racja stanu”!). Co dla nas, Polaków, szczególnie istotne, ks. Martin pisze o historii Polski z największą sympatią i szacunkiem.

    Vatican insider

    Ostatnia książka ks. Martina, Windswept House (1996), jest bodaj najważniejsza w całej jego działalności pisarskiej. Jest też chyba najbardziej szokująca: zaczyna się realistycznym opisem satanistycznego rytuału intronizacji Księcia Piekła, Lucyfera, który miał mieć miejsce w… kaplicy św. Pawła w Watykanie, 29 czerwca 1963 r., zaledwie tydzień po koronacji Pawła VI!3. W licznych wywiadach ks. Martin z całą mocą powtarzał: „Tak, to prawda. Te rzeczy miały miejsce. Znam nazwiska, i wiele osób z Watykanu również je zna”. Po takich rewelacjach, choć podanych w formie beletrystycznej, trudno się właściwie dziwić, że Windswept House był przyjmowany z niedowierzaniem, a w USA, chociaż wydany przez znaną oficynę „Doubleday”, pominięty milczeniem przez oficjalne media. Ks. Fiore, pisząc dla „Catholic Family News” w czerwcu 1996 r. recenzję tej książki, wyraził się, że jest to „powieść, w której rzeczywiste osoby i wydarzenia są zamaskowane w postaci fikcji literackiej”.

    Nawet niezwiązani z Kościołem krytycy zarzucali ks. Martinowi niekatolicki, czy wręcz antykatolicki wydźwięk jego powieści, zaludnionej cynicznymi dostojnikami, zupełnie nie po chrześcijańsku walczącymi o władzę, tajnymi lożami masońskimi, biskupami kontaktującymi się z mafią i wywiadami, kręgami satanistów i pedofilów otaczającymi Papieża. Odpowiadając na te zarzuty, w jednej z audycji radiowych Malachi Martin odparł: „Z teologicznego punktu widzenia (…), przybyliśmy do miejsca, kiedy musimy nazwać czarne czarnym, nawet jeśli jest to zgodne z opiniami, które zawsze wyrażali nasi krytycy i wrogowie”. Jego zamiarem było, aby Windswept House stał się orężem w rękach konserwatywnych katolików.

    Czy ks. Martina poniosła tym razem literacka fantazja? Przecież od ponad 20 lat mieszkał poza Wiecznym Miastem, skąd więc mógł wiedzieć, co się tam dzieje, i to w dodatku nie na forum publicznym, ale za kulisami Kurii? On sam, jakby wychodząc naprzeciw podobnym wątpliwościom, w wywiadzie udzielonym stacji NWO 18 kwietnia 1996 r. powiedział:

    Opuściłem Rzym i wyjechałem do USA, ale zostawiłem tam przyjaciół, nawiasem mówiąc wrogów też, tak więc miałem dobre kontakty z mnóstwem ludzi w Rzymie. (..) Co jakiś czas jeżdżę tam i utrzymuję bardzo bliski kontakt.

    Rewelacje o praktykach satanistycznych w Watykanie zostały potwierdzone w grudniu 1996 r. na Międzynarodowym Kongresie na rzecz Światowego Pokoju „Fatima 2000” przez abp. Emmanuela Milingo, watykańskiego Specjalnego Delegata Komisji Pontyfikalnej ds. Opieki Duszpasterskiej nad Emigrantami i Uciekinierami. Abp. Milingo, ongiś arcybiskup Lusaki i przewodniczący Episkopatu Zambii4, został oskarżony przez tamtejszych biskupów o czarnoksięstwo i w 1982 r. odwołany do Rzymu. Poddany upokarzającym przesłuchaniom i testom psychologicznym pozostał wierny Kościołowi i swemu powołaniu5. Dodajmy też, że abp Milingo, podobnie jak ks. Martin, jest praktykującym egzorcystą6.

    Ciekawą, ale i kontrowersyjną sprawą jest przedstawienie osoby Jana Pawła II w Windswept House. Występuje on tam jako Slavic Pope – Słowiański Papież. Ks. Martin odmalowuje go jako postać tragiczną, w pełni świadomą nadejścia biblijnej „godziny i władzy ciemności”. Opuszczony przez hierarchię, otoczony przez ludzi pozbawionych wiary, zdecydowany jest walczyć z całych sił, aby opóźnić nadejście Zła. Bo Zło, zdaniem ks. Martina, musi nadejść. Wielokrotnie, w artykułach i wywiadach radiowych dawał on wyraz swemu przekonaniu, że żyjemy obecnie w czasach ostatecznych, opisanych w Apokalipsie św. Jana. I jednocześnie oznajmiał wprost, bez niedomówień, że zna treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej, co sprawiało, że jego wizje upadku Rzymu stawały się jeszcze bardziej złowieszcze.

    Czy można mu wierzyć? Nawet najzagorzalsi przeciwnicy ks. Martina nie podważają jego opinii eksperta w sprawach dotyczących najściślej strzeżonych tajemnic Watykanu. Najrozsądniej będzie zatem odpowiedzieć na to pytanie tak: można mu nie wierzyć, ale nie można po prostu zbywać ani bagatelizować jego twierdzeń. Pozostaje otwartą natomiast inna kwestia – osobistego udziału ks. Malachi Martina w zakulisowym wyścigu o władzę i zdradzie Tradycji.

    Periti

    Przez kilka lat ks. Martin był, jak już wspomnieliśmy, sekretarzem kard. Bei. Zaiste, tajemnicza to postać i warto poświęcić jej kilka zdań. Jezuita, długoletni spowiednik Piusa XII i rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego, jako Prezydent Sekretariatu Jedności Chrześcijan na II Soborze Watykańskim stał się jednym z nieformalnych przywódców opcji liberalno-modernistycznej pośród Ojców Soboru. Niektórzy przypisywali mu żydowskie pochodzenie7; pozostaje faktem, że odegrał ważną rolę w dialogu katolicko-żydowskim (por.: ks. K. Stehlin, Zdrada Jezusa Chrystusa, Zawsze wierni nr 29, lipiec-sierpień 1999). Gazety nowojorskie opublikowały informację, że tuż przed rozpoczęciem obrad Soboru złożył wizytę w tamtejszej siedzibie żydowskiej organizacji B’nai B’rith8. Zapytawszy ich, czego oczekują od Soboru, uzyskał odpowiedź: „Wolności religijnej!”. Kard. Bea istotnie przygotował wówczas projekt dokumentu o wolności religijnej, powołujący się na rewolucję we Francji oraz na Deklarację Praw Człowieka; dokument ten został następnie przeciwstawiony innemu, całkowicie tradycyjnemu, o „tolerancji religijnej”, autorstwa kard. Ottavianiego. Starcie wokół tych dwóch opcji na Głównej Soborowej Komisji Przygotowawczej było zarazem pierwszą większą potyczką Tradycji i moderny9.

    Czy Malachi Martin wiedział o rozmowach kard. Bei z masońską lożą B’nai B’rith? Odpowiedź jest prosta: jako jego sekretarz i bliski współpracownik nie mógł nie wiedzieć. Co więcej, w walce z Tradycją miał także swój własny udział: w wywiadzie, udzielonym Benjaminowi Kaufmanowi („Cincinnati Enquirer”, 22 grudnia 1973) przyznał, że celem jego przyjazdu do Rzymu było zbieranie informacji, które będą mogły posłużyć do szantażowania konserwatywnych kardynałów, aby zmusić ich do popierania opcji przyjętej przez Jana XXIII i kard. Beę10. Natomiast Joseph Roddy, redaktor cieszącego się ongiś bardzo dużą popularnością pisma „Look” opublikował w styczniu 1966 r. artykuł, w którym twierdził, że choć osobą, która spowodowała, iż Sobór ugiął się pod żądaniami B’nai B’rith był Jules Isaac, współpracujący z „piątą kolumną” pośród Ojców Soboru, to jednak ostateczny sukces dążeń żydowskich został osiągnięty dzięki działaniom tajemniczego „szpiega w sutannie”, który nieustannie kursował pomiędzy Watykanem a nowojorską siedzibą B’nai B’rith, przewożąc instrukcje i – prawdopodobnie – duże sumy pieniędzy. Roddy nie podał nazwiska owego „szpiega”, podał natomiast szereg wskazówek, mogących pomóc w jego identyfikacji. Na ich podstawie inny dziennikarz amerykański, Lawrence Patterson, wydawca miesięcznika „Criminal Politics”, zidentyfikował tego szpiega jako Malachi Martina11.

    Znowu powraca zadane przez nas pytanie, tym razem w jakże odmiennym kontekście: czy można ufać tym relacjom? Czy ks. Martin istotnie odegrał tak niechlubną rolę w poddaniu Soboru dyktatowi wrogich katolicyzmowi żydowskich lóż masońskich? W 1964 r., już po śmierci Jana XXIII, Malachi Martin pod pseudonimem Michaela Serafiana wydał książkę The Pilgrim, opisującą wysiłki zmierzające do nieprzyjęcia deklaracji Nostra aetate. Jak twierdzi niechętny ks. Martinowi Michael A. Hoffman II, historyk i rewizjonista o jednoznacznie antysyjonistycznych inklinacjach12, książka ta zaalarmowała „masońskich infiltratorów Kościoła”, którzy – ostrzeżeni – mogli ponowić wysiłki w walce z konserwatywnymi kardynałami.

    To twierdzenie aż razi swoją naiwnością: czy „szpieg w sutannie” musiałby istotnie pisać książkę, aby poinformować swoich mocodawców o grożącym ich planom niebezpieczeństwie? Przecież wystarczyłaby jedna dyskretna rozmowa… I dalej: dlaczego zwykły jezuita miałby wiedzieć więcej niż wpływowy kard. Bea? Chyba Hoffman w swojej niechęci do ks. Martina posunął się tu ciut za daleko.

    Wydaje się, że to, co ks. Martin widział i w czym uczestniczył jako sekretarz kard. Bei stało się bezpośrednią przyczyną decyzji o wystąpieniu z zakonu i wyjeździe z Rzymu. Być może właśnie pisana pod pseudonimem książka – wspomniany The Pilgrim – była pierwszym krokiem na długiej drodze walki z siłami, które niszczyły Kościół? Aż sama narzuca się hipoteza, że jedna z głównych postaci Windswept House, młody ksiądz Christian Gladstone, który przybywa z USA do Wiecznego Miasta, by pracować dla watykańskiego Sekretarza Stanu i podczas swojej pracy odkrywa z przerażeniem niewyobrażalną korupcję, dotykającą dosłownie wszystkie amerykańskie diecezje – to literackie alter ego autora. W powieści ks. Gladstone postanawia działać jako podwójny agent na rzecz Tradycji; czy takim „podwójnym agentem” był sam ks. Malachi Martin? Jeśli tak, to krótko; po r. 1964 określił się zdecydowanie po jednej ze stron konfliktu.

    Tradycjonalista

    Malachi Martin był bardzo ważną postacią w ruchu Tradycji. Akceptował jako swoje własne słynne Wyznanie wiary z Campos. Utrzymywał bliskie kontakty z wieloma księżmi i działaczami organizacji tradycjonalistycznych. Przez pewien czas był redaktorem religijnym konserwatywnego „National Review” Williama Buckleya. W latach 80-tych i wczesnych 90-tych miał stałą kolumnę w „The Remnant”, znanym piśmie katolickiej Tradycji. W 1997 r. założył stronę internetową i wydawał comiesięczny newsletter, rozsyłany pocztą elektroniczną, przynoszący zarówno najnowsze wiadomości prosto z Watykanu, jak i religijne rozważania, często w duchu Maryjnym.

    Na jednej ze swych stron internetowych ks. Martin zamieścił odpowiedzi na najczęściej zadawane mu pytania. Jego krótkie i treściwe odpowiedzi jednym mogą wydawać się zbyt łagodne, innym – zbyt konserwatywne; wybierzmy kilka przykładów.

    Czy Novus Ordo jest ważnym rytem?

    Novus Ordo może być sprawowany w sposób, który ważnie oddaje Ofiarę Chrystusa na Kalwarii13.

    Co sądzi Ojciec o ruchu sedewakantystycznym?

    Żeby osądzić, czy Tron Piotra jest pusty, trzeba mieć autorytet. Ja takiego autorytetu nie posiadam.

    Czy katolik może należeć do loży masońskiej? Jeśli nie, dlaczego?

    Katolik nie może należeć do masonerii, gdyż jest to organizacja, która stawia sobie za cel zniszczenie chrześcijaństwa.

    Czy to prawda, że Rosja nie została poświęcona Niepokalanemu Sercu NMP?

    Tak, to prawda.

    Czy pisze Ojciec kolejną część Windswept House?

    Tak, ale nie będzie to beletrystyka. Będzie to podręcznik dla tych, którzy przeżyją”.

    Zacytujmy jeszcze dwa pytania i dwie odpowiedzi ks. Martina:

    Należę do parafii Bractwa Św. Piusa X. Słyszałem, jak mówił Ojciec o „podziemnym Kościele” i zastanawiałem się, czy miał Ojciec na myśli FSSPX. Jestem pewien, że zna Ojciec sprawę oraz oskarżenia wysuwane pod adresem Bractwa. Co może Ojciec na ten temat powiedzieć?

    Uczestnictwo we Mszach św. w kaplicach FSSPX spełnia wszystkie obowiązki katolickie. Analogicznie, sakramenty udzielane przez kapłanów Bractwa są ważne.

    Jak Ojciec sądzi, dlaczego papież Jan Paweł II ekskomunikował świątobliwego arcybiskupa Marcela Lefebvre, a nie robi nic w sprawie biskupów takich jak Weakland, Gumbleton, Mahoney, Bernardin, Clark?

    W duchowej rzeczywistości Kościoła ani Marcel Lefebvre, ani jego biskupi i księża, ani wierni uczęszczający do kaplic Bractwa nie byli, ani nie są ekskomunikowani. Historia pokaże, że próba rzucenia takiej ekskomuniki była nieważna i nielegalna14.

    Strona internetowa

    Mniej więcej na rok przed śmiercią ks. Martin doznał pierwszego udaru mózgu. Wykorzystując ten fakt i powołując się na zalecenia lekarzy pracująca dla niego wolontariuszka, Denise Zuppe, wspólnie z Kakią Livanos najpierw odcięła go od kontaktu z przyjaciółmi (odłączyła telefon i faks), a następnie wysłała – rzekomo w imieniu ks. Martina – polecenie do teksaskiej firmy Star Harbor, aby ta usunęła z jego strony wszystkie odsyłacze do Unity Publishing, kalifornijskiej organizacji zajmującej się m.in. zwalczaniem „oszustwa Medjugorje”. Kiedy pracownicy Star Harbor odmówili, rozpoczęły się anonimowe telefony i emaile z pogróżkami. Równolegle powstała druga, „autentyczna” strona Malachi Martina, nota bene zawierająca przez długi czas tylko zdjęcie ks. Martina i informację, że zostanie otwarta „po powiadomieniu”. Tymczasem strona na serwerze Star Harbor została zamknięta, co jeszcze bardziej pogłębiło zamieszanie. Odsunięty od kontaktu z przyjaciółmi, ks. Martin nie miał żadnego wpływu na tę żenującą sprawę.

    Całe to zamieszanie najwidoczniej miało swój związek z rzekomymi objawieniami w Medjugorje. W licznych rozmowach z przyjaciółmi i współpracownikami ks. Martin dosłownie twierdził, że tamtejsze wydarzenia są „od samego początku dziełem Szatana”15. Dziękował Unity Publishing za ich walkę z „oszustwem Medjugorje”, dodając, że on sam prowadził ją od piętnastu lat. Nie przeszkodziło to jednak Tedowi i Maureen Flynnom twierdzić czegoś wręcz przeciwnego: że ks. Malachi Martin aprobował posłanie z Medjugorje i napisał przedmowę do ich książki (The Thunder of Justice), w której jest ono uznane za prawdziwe słowa Matki Boskiej.

    Śmierć

    Niejako ukoronowaniem pełnego tajemnic życia ks. Martina była jego tajemnicza śmierć. Wedle oficjalnych danych zmarł na skutek następstw udaru mózgu, który powstał w wyniku upadku i uderzenia się w głowę. Był to, jak już wspominaliśmy, drugi taki udar w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Stojąc w obliczu śmierci, ks. Martin wyjawił bliskiemu przyjacielowi, że czuł, iż został popchnięty: „Poczułem, że coś mnie popycha, ale… nikogo tam nie było”. Zwidy? Cóż, trzeba przyznać, że sam ks. Martin wierzył, iż ktoś czyha na jego życie; tym kimś miał być… diabeł. Od pewnego czasu ks. Martin obawiał się, że padnie ofiarą maleficium. Wiele wskazuje na to, że nieszczęśliwy upadek miał miejsce, kiedy śpieszył zorganizować kolejną sesję egzorcyzmów.

    O swych podejrzeniach mówił tylko prywatnie najbliższym przyjaciołom; publicznie wyjawił jednak, że widział diabła w swojej bibliotece. W audycji Art Bell, nagrywanej 4 kwietnia 1997 r., powiedział:

    Stałem na krześle w swoim pokoju, sięgając po książkę, i zobaczyłem go. Kucał na podłodze, patrząc na mnie. Jego ciało było muskularne jak u pitbullteriera, ale twarz dawała się rozpoznać jako ludzka. To była twarz Diabła. Rozpoznałem oczy. To były oczy najzimniejszej, najbardziej śmiertelnej nienawiści. Kiedy skoczył w moim kierunku, spadłem z krzesła i złamałem rękę, ale miałem szczęście. Widziałem Szatana i przeżyłem.

    Starcze halucynacje? Niewykluczone. Ale kiedy doświadczony egzorcysta miewa takie halucynacje, to sceptycyzm zbywający wszystko protekcjonalnym machnięciem ręki wydaje się być jeszcze bardziej naiwny niż najbardziej nawet bezkrytyczna wiara.

    Śmierć zaskoczyła ks. Malachi Martina w trakcie przygotowywania kolejnej, siedemnastej już książki; miała ona przedstawiać polityczny krajobraz Watykanu u progu nowego tysiąclecia i nowego pontyfikatu oraz analizować zmiany, jakie zaszły od czasów Soboru w rozumieniu roli papiestwa i Stolicy Apostolskiej. Pozostały obfite notatki, ale – jak pisze jego długoletni przyjaciel, ks. Charles Fiore – nikt już nie napisze tej książki, bo nikt nie jest tak unikalnym i natchnionym wizjonerem, jakim był ks. Malachi Martin. Ω

    Requiescat In Pace!

    Przypisy:
    Ten i wiele innych szczegółów z życia ks. Martina zawdzięczamy relacji jego wieloletniego przyjaciela, ks. Charlesa Fiore z Bractwa Św. Piotra.
    Wydała je gdańska oficyna Exter.
    Pierwsza wzmianka o tych praktykach ukazała się jednak już w The Keys of This Blood, New York 1990, s. 632.
    Jego bezpośrednim poprzednikiem był przez dziesięć lat abp Adam Kozłowiecki SI, od zeszłego roku kardynał.
    John Cornwell, Moce ciemności, moce światła. Warszawa: 1998.
    Określenie „praktykujący egzorcysta” jest tautologią, której używam celowo, aby podkreślić praktyczny aspekt wiedzy ks. Martina i abp. Milingo; nie wszyscy wiedzą, że np. najbardziej znany współczesny demonolog włoski, bp Balducci, nigdy egzorcyzmów nie odprawiał.
    Wspomina o tym choćby Józef Mackiewicz w książce W cieniu krzyża.
    Abp M. Lefebvre, Oni Jego zdetronizowali, Warszawa 1997, s. 68-69.
    Abp M. Lefebvre, Kościół przesiąknięty modernizmem, Chorzów-Poznań 1995, s. 52-53.
    The Siri Thesis, zestawione przez dr. Williama G. von Petersa na podstawie badań Gary’ego Giuffré.
    Revilo P. Oliver, How They Stole The Church, „Liberty Bell”, sierpień 1991.
    Autor licznych książek, prowadzi „Kampanię Na Rzecz Radykalnej Prawdy w Historii” oraz tworzy w Idaho pierwsze na świecie „Muzeum Żydowsko-Komunistycznego Holokaustu Przeciwko Narodom Wschodniej Europy” oraz „Muzeum Izraelskiego Holokaustu Przeciwko Palestyńczykom”.
    Podkreślmy, że chodzi tu o sakramentalną ważność Novus Ordo, nie zaś o jego godność. Ks. Martin codziennie odprawiał w swojej domowej kaplicy Mszę św. w klasycznym rycie rzymskim („trydencką”).
    „In the spiritual reality of the Church, neither Marcel Lefebvre, nor his bishops and priests, nor the people who frequent the SSPX chapels suffered or suffer excommunication. History will record that the intent to impose such an excommunication was invalid and illicit”.
    To samo twierdził też o mniej znanych „objawieniach” z Bayside.

  30. Jozef said

    I kwietnia Ksiądz Natanek przeczytał urywek książki ,,Dom Smagany Wiatrem” ks. Malachi Martina dotyczący intronizacji Lucyfera w bazylice św. Pawła za murami w Watykanie . Kazanie umieszczone na glorii TV natychmiast znikło. Na tym portalu jest zaciekła dyskusja zwolenników, przeciwników ks. Natanka oraz katolików kochających Tradycję Kościoła.

  31. hjk said

    ad. 22
    „Moje przekonanie jest ze Lucyfer to celibat i problemy związane z tym nienaturalnym stanem ludzkim.”

    Lucyfer to pedofilia i homosex, bo to jest wbrew naturze. Celibat nie jest tak naprawdę stanem nienaturalnym zważywszy na to, ilu singli obecnie żyje, to tez przecież rodzaj celibatu. Nie realizuje się tylko naturalnej skłonności do posiadania potomstwa. Z racji powołania stan ten jest czy powinien być pozanaturalny i są słowa Chrystusa w Ewangelii na ten temat, że ci co się oddali służbie królestwa uczynili się sami bezżennymi. W każdym razie celibat to dość późne zarządzenie w kościele, moze kiedyś rozważą jego zniesienie, albo połowicznie jak w prawosławiu.

    Ad. 24
    trzeba by zweryfikować, czy x. Bartnik rzeczywiście to powiedzał (moze to jakaś wrzytka czy fałszywka) i faktycznie kto to są ci biskupi – wymagałoby to znalezienia swiadków dzieciństwa, grzebania w księgach parafialnych moze czy w jakichś zasobach MSWiA… By choc kilku zweryfikować może i uprawdopodobnić tę opinię – bo tak sobie palnąć to każdy moze, a trzeba miec dowody, a nie pomówienia…

  32. hjk said

    ad. 30
    Z tą pseudo-”intronizacją” diabła to jest to faktycznie dość niepokojące, ale nie należy przesadzać z tą całą demonicznością – ludzie ci podlegaja szatańskiemu zwiedzeniu i złudzeniu, i wydaje im się, ze przez ich działania stanie się coś wielkiego czy przełomowego, przy pomocy tych ich żałosnych obrzędów.

    A tak naprawdę to pewnie pooddawali juz dawno dusze diabłu, bo każdy źle czyniac jakoś sie “brata z diabłem”, a potem nawracamy się do Boga i “wy(od-)rzucamy diabła”. Oczywiście mozna mu sie bardziej oddać, podobnie do tego, jak np. zakonnicy oddają się Bogu.

    Dla diabła, podobnie jak dla Boga, liczą się właśnie takie realne zwroty w naszej duszy. Wszelkie natomiast tego typu rytuały nie maja znaczenia, moze o tyle, ze jakos zwiekszają zaangażowanie psychiki człowieka. Natomiast jedyne znaczące “rytuały” to sakramenty, o ile wykonywane są czy przyjmowane swiadomie, aczkolwiek jak wiadomo Bog działa na zasadzie “ex opere operato” czy wręcz obiecał działac na zasadzie samego wykonania czynności, a to żeby zabezpieczyć przed fluktuacjami nastrojów czy intencji u sprawujących obrzedy. Ale “moc” czynności tak naprawdę nie bierze się z czynności, a z wszechmocy Boga. Diabeł w sferze duchowej nie ma żadnej mocy, najsłabszy anioł czy chociażby człowiek pokonuje go dzięki mocy Boga. Gdy natomiast mu się oddaje, diabeł panuje nad dusza takiego człowieka.

    No ale to pokazuje stopień zaprzaństwa i perwersji, chęci zniszczenia Kościoła “od wewnątrz”… I dlatego jest niepokojące.

  33. Zbigniew Kozioł said

    „Moje przekonanie jest ze Lucyfer to celibat”

    A co z Panną Świętą?

    Niektórzy wprawdzie mają język w gębie, ale sterują niem neurony.

  34. Walka z demonami said

    Ks. Francesco Bamonte :

    …..Opiszę pokrótce zjawisko, które możemy nazwać „niezamierzonymi” bądź „mimowolnymi” pouczeniami demona. Podane przykłady dotyczą przypadków prawdziwego opętania. Niektóre z tych wypowiedzi powtarzają się dość często i w sposób bezpośredni lub pośredni potwierdzają prawdy wiary chrześcijańskiej. Na przykład, demon potwierdza jednoznacznie, że jego główna działalność wśród ludzi to nie tyle opętanie, lecz kuszenie.
    Kiedyś, podczas egzorcyzmu, kiedy wypowiedziane zostały słowa Rytuału Rzymskiego „malorum radix, fomes vitiorum, seductor hominum, proditor gentium” (korzeniu zła, zwodzicielu ludzi, zarzewie cierpień”) – podsumował swe działanie w sposób bardzo kategoryczny: „naszym obowiązkiem jest kusić. Zawsze, każdego bez wyjątku, wszędzie i bez względu na wszystko. Ktoś zawsze wpadnie w nasze sidła. Niektórzy wpadną na zawsze!”
    Podczas innego egzorcyzmu stwierdził, mówiąc o Bogu: „On chce, żeby dusze były wolne i święte, ja chcę, żeby były zniewolone”. Jeśli chodzi o potęgę modlitwy, kiedy padły słowa „Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus Deus Sabaoth” (Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów) z drugiego egzorcyzmu Rytuału Rzymskiego, powiedział: „Gdybyście padli przed nim na kolana i wielbili go, tak jak to czynią aniołowie, nie mielibyśmy nad wami takiej władzy. Sami nam ją dajecie”.

    Pewnego dnia powiedział: „Moja pycha jest moją mocą i moim przekleństwem”. Bardzo często przejawia się jego pragnienie odbierania czci, tak jakby był Bogiem. Nie chce pogodzić się z tym, że jest tylko stworzeniem. Żyje złudzeniem, że sam jest Bogiem i domaga się, by ludzie oddawali mu cześć należną tylko Bogu. Zdarza się, że podczas egzorcyzmów mówi: „Oddawajcie mi cześć! Ja jestem bogiem! Klękajcie na dźwięk mego imienia! Ja jestem wszechmogący! Wzywajcie mnie!”. Kiedy padają tego typu słowa, jak sugeruje punkt 20 Normae observandae circa exorcizandos a demonio z Rytuału Rzymskiego, można odpowiedzieć cytując Pismo Święte, na przykład słowa Pana Jezusa wypowiedziane podczas kuszenia na pustyni: „Idź precz, szatanie! Jest napisane: Panu, Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu będziesz służył!” Albo słowa świętego Pawła:, „Aby na Imię Jezusa zgięło się każde kolano, istot niebieskich, ziemskich i podziemnych, i aby każdy język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca” (Flp 1,10-11). Niektórzy egzorcyści posługują się słowami modlitwy spontanicznej w rodzaju: „Tylko Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty odbiera cześć i chwałę. Nie ma innego Boga. Ukorz się przed Nim i oddaj Mu pokłon!”.

    Kiedy mówi się o czci należnej jedynemu prawdziwemu Bogu, odpowiedź demona jest zawsze gwałtowna, pełna wściekłości, pychy i zarozumiałości: „Nigdy, przenigdy! To ja jestem bogiem! Rozejrzyj się dokoła, popatrz jak wszyscy idą za mną! Jak wszyscy szukają tego, co chcę im dać!”. Innym razem, kiedy powiedziałem mu: „Nie ma innego Boga! Jest tylko Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty… Mój Bóg jest także twoim Bogiem” – odparł: „moim bogiem jest władza, którą mam nad ludźmi”. Praktycznie rzecz biorąc, wyznał, że uważa się za boga ludzi, którzy są daleko od prawdziwego Boga i żyją w grzechu.
    Innym razem, kiedy egzorcysta powiedział: „Oddaj cześć twemu Bogu, który cię stworzył, pokłoń się mu!” – demon zaprotestował: „Stał się człowiekiem (mowa tutaj o Jezusie Chrystusie). Wcielenie to najbardziej obrzydliwa i upokarzająca rzecz, jaką mógł zrobić! Tylko my wiemy, jaką odrazą nas napełnił, kiedy przyjął na siebie to wasze wstrętne ludzkie ciało!”

    Zdumiewające jest to, co zaczyna się dziać, kiedy egzorcysta powtarza modlitwę, którą anioł przekazał pastuszkom w Fatimie. Zanim Matka Boża objawiła się Franciszkowi, Hiacyncie i Łucji, mniej więcej rok przedtem, trzykrotnie ukazał się im anioł. Przychodząc do pastuszków po raz trzeci trzymał w ręku kielich, a nad nim Hostię, z której spływały krople krwi. Kielich i Hostia zostały jakby zawieszone w powietrzu, anioł zaś ukląkł pochylając się twarzą do ziemi i trzykrotnie powtórzył modlitwę: „Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty! W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Ci Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecne na ołtarzach całego świata, jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi On jest obrażany. Przez nieskończone zasługi jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi proszę Cię o nawrócenie biednych grzeszników”. Kiedy egzorcysta zaczyna odmawiać tę modlitwę, diabeł reaguje bardzo gwałtownie. Reakcja nasila się przy słowach, „jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi On jest obrażany” a także przy ostatnich słowach „proszę cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Innym typowym zachowaniem demona podczas egzorcyzmów są groźby. Wyszydza wszystko, co piękne, dobre, zdrowe, harmonijne. Grozi, że wszystkich zabije. Nie ukrywa swych zamiarów zniszczenia. „Niemało ludzi jest na naszych usługach. Dajemy im najwyższe stanowiska, skąd mogą dominować i niszczyć”. Nienawidzi zwłaszcza sakramentu małżeństwa i życia rodzinnego. Gwałtownie reaguje podczas błogosławieństwa małżonków lub w chwili, gdy małżonkowie odnawiają obietnice małżeńskie. Kiedyś zdradził swą nienawiść do rodziny mniej więcej takimi słowami: „Nadal nie jestem zadowolony z tego, jak się ubierają kobiety. Muszą być coraz bardziej rozebrane, żeby seks był coraz ważniejszy. Wtedy będę mógł niszczyć więcej rodzin!”. Innym razem określił organy płciowe używając metafory „centrum świata” (środek świata). Wściekłe reakcje zdarzają się także w sytuacji, gdy egzorcysta błogosławi narzeczonych, którzy postanawiają przeżywać swe narzeczeństwo w czystości. Ich wybór nazywa świństwem.

    Uderzająca jest czysta nienawiść, jaka przejawia się w jego satysfakcji, kiedy dzieje się coś złego. Kiedyś powiedział do egzorcysty: „Weź tę obrzydliwą Apokalipsę. Tam jest napisane o niewieście, która rodzi. A ja zawsze próbuję pożerać te Jej dzieci. Wiesz jak?” I tu, w sposób mrożący krew w żyłach, opisał zabijanie dzieci w łonie matki (aborcja) oraz przemoc seksualną i gwałty cielesne popełniane na dzieciach. Do tych odrażających opisów dodawał za każdym okrzyk:, „ale ubaw!” Tak samo Wyraził się mówiąc o młodych ludziach, którzy przez narkotyki doprowadzają się do ruiny. Innym razem, podczas egzorcyzmów, ponownie wspomniał o aborcji, zaczął się perfidnie śmiać i powiedział: „Nawet ustawowe pozwolenie od was dostałem!”.

    Uderzający jest również sposób, w jaki odwraca do góry nogami całą rzeczywistość i podstawowe zasady moralne, uważając dobro za zło, a zło za dobro. Przykładowo, na widok relikwii krzyczał:, „Ale smród! Tak cuchną ci, którzy wybrali Jego!” (Te słowa odnoszą się do Jezusa Chrystusa, demon przez nienawiść i pogardę prawie nigdy nie wypowiada Jego imienia). Na widok różańca powiedział: „Ten przeklęty łańcuch z Krzyżem na końcu”. Kiedy ksiądz używał wody święconej, demon zaprotestował: „Nie chcę, żeby mnie myli w tej wodzie, która śmierdzi gnojem i mnie parzy”. Na słowa „Pobłogosław Panie Boże naszego brata!” Odparował: „Niech będzie przeklęty, zabiorę go ze sobą do piekła!”. Na słowa Ewangelii: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię” (Mt 11, 28), natychmiast odpowiedział: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy wesoło sobie żyjecie, przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście zepsuci i przewrotni, a ja was pokrzepię wieczną męką w jeziorze ognia”.

    Innym razem, kiedy egzorcysta wymawiał słowa Rytuału Rzymskiego „inimice fidei, hostis generis umani, mortis adductor” (nieprzyjacielu rodzaju ludzkiego, sprawco śmierci) diabeł taką oto metaforą wyraził nieodpartą chęć czynienia zła dla samego zła: „Tego dnia, kiedy odeszliśmy od Niego (wielka bitwa na niebie – walka woli i rozumu), powiedzieliśmy Mu: moc grzechu będzie naszym ołtarzem, na którym będziemy składać w ofierze dusze twych przeklętych dzieci. Po tym ołtarzu będzie spływać krew twoich przeklętych dzieci. Istnieje bóg dla tych, którzy nienawidzą i to właśnie on jest moim bogiem”.
    W wyzwiskach, które wykrzykuje, widać również, że demon nieustannie próbuje skłócić ludzi i podżega jednych przeciwko drugim. Lubi podkreślać, że podoba mu się nienawiść pomiędzy ludźmi. Łaknie ludzkiej złości i przewrotności, ponieważ, jak sam wielokrotnie wyznał: „to jest pokarm, który mnie pokrzepia i dodaje mi sił”. „My szatani chcemy niezgody, chcemy nienawiści i wojny. Nie ważne gdzie i z jakiego powodu”. „Wiesz ilu naszych „potępieńców” krąży po świecie?”

    Innym razem, w momencie, w którym Rytuał Rzymski przewiduje zadawanie pytań demonowi, na pytanie jak się nazywa, odpowiedział, że nazywa się Sahaar i przychodzi z pustymi. Kazano mu wrócić na pustynię, skąd przyszedł. Wtedy egzorcysta usłyszał w odpowiedzi: „Ja noszę pustynię przy sobie!”. [Te słowa można przetłumaczyć także: Przynoszę pustynię ze sobą]. Podczas kolejnych egzorcyzmów stało się jasne, że chciał w ten sposób wyrazić swe dążenie do wzniecania nienawiści, z której rodzi się oschłość, rozpacz i śmierć w relacjach ludzkich. A także pokazać, że cieszy go bezpłodność i pustka – zarówno fizyczna jak i duchowa.
    W niektórych przypadkach jego wypowiedzi bywają dowcipne, pół żartem pół serio, jak na przykład sytuacja, kiedy egzorcysta usłyszał pod swoim adresem: „Każdy klecha (ksiądz) przynosi nam pecha, zwłaszcza, taki, który robi, co do niego należy. Bo przez takiego nic nam się nie udaje!”.

    Szczególną nadzieją napawa Maryjne doświadczenie płynące z egzorcyzmów. Kiedy mówi się o Matce Bożej, demony reagują atakami furii i szału. Nienawidzą Matki Bożej, nigdy nie odważą się wypowiedzieć Jej imienia. Mówią „ona”, albo „tamta”. Pada cały stek najgorszych bluźnierstw pod adresem Matki Bożej. Uskarżają się, że niszczy ich plany. Demon reaguje gwałtownie na wspomnienie Niepokalanego Serca Maryi. Wykrzykuje, „że ten… taki nie taki (i tu mówi o papieżu Janie Pawle II słowami, których nie da się powtórzyć) poświęcił świat temu Niepokalanemu Sercu i że ten akt pokrzyżował piekłu pewne plany na skalę światową”.

    Jeśli chodzi o Różaniec Święty, kiedyś założono koronkę Różańca na szyję osoby egzorcyzmowanej. Demon zaczął krzyczeć: „przygniata mnie, jaki to nieznośny ciężar! Zabierzcie ten łańcuch z Krzyżem na końcu!”. Egzorcysta powiedział: „Od dziś nasza siostra będzie codziennie odmawiała Różaniec”. A diabeł natychmiast odparł: „I co z tego? I tak jest was niewielu! To nic nie znaczy, w porównaniu z całym światem! (mówił o osobach odmawiających Różaniec) W to mi graj! Przeszkadza mi, kiedy ją wzywacie, to mi przypomina jego życie” (ma na myśli życie Pana Jezusa, które rozważamy w Różańcu). Innym razem egzorcysta wyjął z kieszeni koronkę różańca. Demon natychmiast zaczął krzyczeć: „zabierz ten łańcuch, zabierz ten łańcuch!”. „Jaki łańcuch?” „Ten z krzyżem na końcu. Ona nas biczuje tym swoim łańcuchem!”. Z pewnością chodzi tu o swoistą metaforę, jednak pozwala ona zrozumieć, i to w sposób bardzo konkretny, jak wielka jest moc Różańca i jak bardzo demon się go lęka.

    Innym razem, ku wielkiemu zaskoczeniu egzorcysty, kiedy podczas modlitwy odczytywane były wezwania do Matki Bożej, demon zaczął krzyczeć „Tylko Ona jest wszędzie. Ona mnie zabija. Zawsze mnie zabijała. Wszystko przewraca do góry nogami. Ten jej przeklęty płaszcz mnie dusi, za każdym razem. Żaden z nas tego nie wytrzyma”. Wtedy egzorcysta zawołał: „Dziękuję Ci Matko, dziękuję Twemu Niepokalanemu Sercu!” Demon odpowiedział: „Zostaw to Serce w spokoju. Przebiliśmy je mieczem – a ono nie umarło. Ukrzyżowaliśmy Jej Syna, a ona nie umarła, dostała więcej dzieci!” Podczas innego egzorcyzmu, kiedy egzorcysta oddawał cześć Niepokalanemu Sercu Maryi, demon powiedział: „Jej Serce sprawia nam ból. Im bardziej przebijaliśmy to Serce, tym mocniej biło. Im bardziej miażdżyliśmy to Serce, tym bardziej Ona miażdżyła nas. Im bardziej cierpiała, tym bardziej cierpieliśmy i my. Chcieliśmy zrobić jej na złość, a Ona zabijała nas swoim płaczem. Jej łzy są ogniem, który nas zabija”. Innym razem ten sam egzorcysta wzywał wstawiennictwa Niepokalanego Serca Maryi, a demon zaczął mówić o kolcach, które tkwią w tym Sercu (są one symbolem grzechów ludzkości) oraz o ludziach, którzy chcą ofiarować Maryi swe zadośćuczynienie. Powiedział wtedy: „Ludzie pomogli mi wbić w to Serce mnóstwo kolców, tysiące miliardów. Sami żeście mi pomogli wbić te wszystkie kolce. Właśnie wy! Ale im więcej kolców, tym większą ma siłę! Im więcej krwi, tym więcej mocy! Im więcej cierpienia, tym więcej chwały! Wasze grzechy zamieniły się w chwałę, bo wiele dusz poświęciło się Jej, żeby zadośćuczynić za zniewagi. Każda dusza, która jej się poświęca wyciąga kolec z Jej serca. A każdy taki wyciągnięty kolec jest jak ognisty pal, który przebija nasz mózg. My ich bijemy, pokonujemy ich, palimy, drapiemy, rozszarpujemy ich na kawały, a oni padają na kolana i się modlą. My im ubliżamy, szkalujemy ich, znieważamy – a oni padają na kolana i się modlą. Ta tortura nigdy się nie skończy! Ta tortura nigdy się nie skończy! Jest ich za dużo! Za dużo! Tylu głupców się Jej poświęca. Tylko na to czekają, żeby umrzeć dla tej… i dla jej Syna!”

    Podczas innego egzorcyzmu, demon chełpił się, że zadał cierpienie niewinnym ludziom. Egzorcysta zaczął modlić się tymi słowami: „Panie Jezu Chryste, wydawało się, że zostałeś pokonany na Krzyżu – wydawało się, że moce ciemności zwyciężyły, a w rzeczywistości Ty odniosłeś decydujące zwycięstwo”. Diabeł odparł: „To wszystko przez Nią! (mówił tutaj o Matce Bożej) Wszystko z winy Jego Matki! Uczyłem tę idiotkę (mówił o osobie dręczonej) nienawiści do Niej, a Tamta i tak wygrała. Ona (tzn. Matka Boża) nieustannie się modli. Nawet przez chwilę nie siedzi cicho. I ciągle nas biczuje tymi swymi modlitwami”. Z pewnością znaczy to, że Maryja wstawiała się u Boga za tą dręczoną osobą. Chodzi także o to, że ta kobieta coraz bardziej kochała Maryję.
    Podczas innego egzorcyzmu demon powiedział: „Za każdym razem, kiedy schodzi tu na ziemię, pogrążamy się coraz niżej. Każda Jej łza to dziura w naszej skórze. Każde Jej spojrzenie szarpie nasz mózg na kawałki. Każdy Jej krok to nasz koniec. Usiłujemy Ją powstrzymać, ale nie możemy, bo Ona jest silniejsza on nas. Zły nie ma nad Nią żadnej władzy”.

    Innym razem miał miejsce szczególnie wstrząsający epizod. Pewnego dnia, zwracając się w stronę wizerunku Matki Bożej znajdującego się w pomieszczeniu, gdzie sprawowany był egzorcyzm, demon zaczął krzyczeć:, „Czemu wszystko ofiarowałaś temu? Dlaczegoooooo! Po cooooooo!” Egzorcysta zapytał:, „Co ofiarowała?” A demon odrzekł: „Pod Krzyżem Tamtego! Ona cierpiała!” Niewątpliwie odnosi się to ofiary cierpienia, którą Maryja złożyła Ojcu Przedwiecznemu w imieniu własnym i w imieniu Syna podczas ukrzyżowania. Wtedy egzorcysta powiedział: „Pamiętaj, że Maryja, u stóp Krzyża, ofiarowała Bogu Ojcu Jezusa i siebie samą wraz z Nim. Za nas ofiarowała to cierpienie, ponieważ jesteśmy Jej dziećmi”. W tym momencie zaczęły się wrzaski nie do opisania. Nie mogąc znieść siły płynącej z ofiary Chrystusa i Maryi złożonej na Kalwarii, powiedział: „Dosyć! Dosyć tego! Nie przypominaj mi tego! Basta! Pali mnie to żywym ogniem!”.
    W Wielki Piątek 2006 roku, kiedy egzorcysta odczytywał fragment Ewangelii Świętego Jana, przy słowach, które Pan Jezus skierował do Maryi i świętego Jana: „Niewiasto, oto syn Twój”; „Oto Matka twoja!”, demon nie wytrzymał i powiedział: „W jednej chwili umiłowała wszystkie swe dzieci. Przez wszystkie pokolenia. I znowu powiedziała „tak”. Aniołowi powiedziała „tak”, a pod krzyżem znowu powiedziała „tak” swemu Synowi. Po to, żebyście stali się Jej dziećmi”. Egzorcysta zrozumiał, że demon wbrew swojej woli musiał wyznać coś, czego nigdy nie chciałby powiedzieć. Czytał dalej: „Od tej chwili uczeń wziął Ją do siebie”.
    Diabeł, okazując wielką odrazę, która przejawiała się w tonie głosu i w całej postawie, dodał: „Czyste dusze przyjmują do serca Matkę Boga. Wasze ciało i wasz duch to dom Pański i do tego domu Ją przyjmujecie. Wszystkie dzieci Boże powinny wziąć Maryję do siebie. Tego was uczyła swoim życiem. W Maryi macie wielką pomoc, powinniście częściej z niej korzystać. Módlcie się, módlcie się do niej więcej. Weźcie ją do siebie. Ona towarzyszy każdemu z was”.

    Egzorcysta, wiedząc, że Wielki Piątek jest dniem szczególnej łaski przypomniał wtedy ofiarę Pana Jezusa na Krzyżu poniesioną z miłości do nas, Jego rany, Jego krew i cierpienie, jego upokorzenie i ofiarę złożoną Bogu Ojcu, łzy i cierpienie Maryi u stóp krzyża i ofiarę, którą złożyła Bogu Ojcu łącząc się z ofiarą Syna. Kiedy modlił się wspominając te wielkie wydarzenia, demon stwierdził, ku wielkiemu zdumieniu egzorcysty: „My demony też staliśmy pod krzyżem. Podburzaliśmy niektórych przeciwko Niemu. Żeby Mu ubliżali, żeby go obrażali, żeby rzucali Mu wyzwania. Innych kusiliśmy wzbudzając w nich wątpliwości. Wmawialiśmy im, że to nie może być prawdziwy Mesjasz. Niektórzy poszli tam, żeby zobaczyć jakiś cud i przekonać się na własne oczy, że to On jest Mesjaszem. Co za durnie! Przepędziliśmy stamtąd mnóstwo ludzi. Przestali w niego wierzyć, przerazili się widząc jak umiera. Zostało paru niedobitków. Oni z kolei doszli do przekonania, kiedy już umarł, że to wszystko nieprawda. Bo skoro umarł, to już po wszystkim. Nic się już nie da zrobić. Kiedy zdejmowali ciało krzyża, kusiliśmy nawet Jana. Wmawialiśmy mu: „Zobacz, jak skończył ten wasz Mesjasz! Zobacz, jak skończył ten twój Mesjasz!”. Kusiliśmy nawet jego Matkę. Miała rozdarte serce. Ale jednocześnie w tym sercu panował nieopisany pokój. Wszystkim przebaczała. Kochała i cierpiała. Jej przebaczenie było całkowite. Jej miłość była całkowita. Jej ofiara była całkowita. I to nas pokonałoooooo! Bezskutecznie podkopywaliśmy Jej wiarę. Ona nie przestawała się modlić. Tylko ona Jedna wierzyła w Zmartwychwstanie. Jej serce już wszystko wiedziało. I tamtego dnia o świcie, w dzień po szabacie, On przyszedł najpierw do Niej. Nie wiemy, co do siebie mówili. Widzieliśmy ich. Widzieliśmy tylko, że to spotkanie promieniowało pokojem i nieskończoną miłością. Ale nie mogliśmy nic usłyszeć. Ich rozmowa była poza naszym zasięgiem. A potem zobaczyliśmy Magdalenę idącą do grobu”.

    Innym razem, kiedy podczas sprawowania swej posługi egzorcysta powiedział, że odprawi Mszę Świętą w intencji tej osoby, demon nie miał już sił, żeby zareagować, zbliżał się moment uwolnienia. Ale powiedział: „Nie mam pojęcia, co mu strzeliło do głowy. Skąd mu to przyszło, żeby się za was poświęcić. Za was, którzy nie jesteście niczym więcej, tylko cuchnącymi śmieciami i kupą gnoju. Jak on to zrobił! Jak On mógł! Poświęcić się za takie marne, paskudne, nic nie warte kreatury, które nic nie rozumieją. Nie wiecie jak bardzo On was kochał i jak was kocha, bo Go bez przerwy obrażacie. Jemu Msza jest niepotrzebna. On ma wszystko. Tylko dla was ją wymyślił. Tylko dla was. Żeby was do Siebie zbliżyć. Żebyście mogli Go mieć na co dzień. A wy, głupcy, plujecie na to. A wy nie przyjmujecie tego. Wy, którzy naprawdę moglibyście być tacy jak On. On chce was mieć przy sobie (te słowa demon wypowiedział z wielkim trudem). I każdego dnia daje wam to Swoje Ciało i Krew. Dla nas to coś obrzydliwego, ale dla was to wszystko. To jedyny środek zbawienia, żebyście nie poszli na zatracenie, tak jak my. A do was to nie trafia! Jak można nie zrozumieć? A wy nie rozumiecie. On tam jest i mówi do was: „Oto jestem! Weźcie mnie do siebie! Pójdźcie za mną”. Do mnie powiedział: „Vade retro” (Idź precz!) A do was mówi: „Oto jestem, przyjdźcie do Mnie”.
    Innym razem, podczas gwałtownej walki, egzorcysta zrozumiał, że demon nie chce powtórzyć czegoś, co Chrystus rozkazał mu powiedzieć. W pewnym momencie, zupełnie pokonany mocą Bożą, krzyknął: „On mi kazał powiedzieć: nie lękajcie się, wyjdźcie na spotkanie waszego Boga. Zostawcie wszystko, co was wiąże ze złem. Wypełnijcie swoje życie Bogiem. Niech w waszym miejscu będzie miejsce tylko dla Jezusa Chrystusa. Idźcie za nim w radości i w cierpieniu. Uwielbiajcie Go zawsze. On jest waszym zbawieniem”. A potem demon zaczął przeraźliwie wyć.
    Ks.. Francesco Bamonte

  35. Walka z demonami said

    Całość tutaj:

    http://www.pmk-sa.com/dokumenty/egzorc1.htm
    Ks. Francesco Bamonte
    Ks. Egzorcysta Pellegrino Eretti

  36. Zbigniew Kozioł said

    Ulica to bardzo dziwne i traumatyczne doświadczenie. Byłem na ulicy przez około miesiąca. Kanada mi to zaserwowała. I moja żona Marta. I wogóle. Ona potem i żałowała. To wogóle rozciąga się. Jak guma. Do żucia. Ja tu w Rosji robię sputniki. lasery. A oni tam w Kanadzie drapią się dup*. Taka degeneracja.

  37. Leszek said

    Na miejscu Maruchy zbanowałbym Mocniejszego, który powyżej wypisuje jakieś głupoty o Konstantynie i złym Kościele przedsobororwym. Powstali z inspiracji NWO protestanci i świadkowie jehowy boją się powrotu Katolicyzmu sprzed Vaticanum II, dlatego wciskają ludziom kit, że Kościół Rzymskokatolicki powstał w VI wieku a prędzej był idealny Kościół na wzór dzisiejszych sekst protestanckich! Zbanować Mocniejszego!

Sorry, the comment form is closed at this time.