Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

O ruchach hajdamackich

Posted by Marucha w dniu 2012-04-05 (czwartek)

Ten b. ciekawy tekst nadesłał p. PiotrX.
Zob. też: https://marucha.wordpress.com/2012/04/04/pierwowzorzbrodniounupazlat19181919/
Admin

W poszukiwaniu pierwowzorów barbarzyństwa OUN-UPA nalezałoby sie cofnąć jeszcze wczesniej, do ruchów Hajdamackich i Koliszczyzny w XVIII w oraz do niechlubnego udziału duchowieństwa prawosławnego w tamtych wydarzeniach – w tym w agitacji i sianiu nienawisci przeciwko katolikom i Polakom.

Franciszek Rawita-Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

Część 1.

(…)
Wszystkie te ujemne rysy posiadała Kozaczyzna, a spotężniały one i skoszlawiły się jeszcze bardziej w hajdamaczyźnie. Samodzielne, źródłowe badanie tego krwawego wypadku naszych polskoruskich stosunków, dało mi smutne przeświadczenie: że etniczne pierwiastki turańskie, tkwiące w krwi ukraińskiego społeczeństwa ruskiego, a wybuchające od czasu do czasu, były jedną z ważniejszych przyczyn, rzuających to społeczeństwo w objęcia bezbrzeżnej swawoli i czyniący z niego bardzo niepewny i mało przydatny materiał do pracy państwowej na długo jeszcze. Nie lękam się wypowiedzenia tego poglądu, bo go wysnułem jako ostateczny wniosek, badając nie tylko zjawisko samo hajdamaczyzny, lecz i moralny charakter tego zjawiska. Dla czytelnika nie jest rzeczą obojętną, jakie stanowisko zajmuje pisarz wobec zjawiska badanego. Fakty, składające się na nie, pozwalają je poznać dokładnie, a punkt, na którym pisarz stanął i na całość tego zjawiska patrzył, ułatwi i umożebni rozumienie go. Niektórzy szukali głównych motywów w nienawiści rasowej; inni upatrywali w zwykłej rozhukanej swawoli walkę klasową; byli tacy, którzy podsuwali ciemnym rozkiełznanym tłumom, nie posiadającym szczątków nawet tradycji państwowych, hasła walki o niezależność państwową; a i takich nie brak było, którzy wstrętną hajdamacką swawolę przyozdabiali sztandarem walki o zasadnicze dogmaty religijne. Każdy z tych punktów patrzenia ma swoją cząstkę racji bytu, bo niesłuszną byłoby rzeczą i nieprawdopodobną przypuścić, że brakło temu niedojrzałemu społeczeństwu nawet jednostek, wznoszących się ponad dzikość i pospolitość tłumu. W czasie półwiekowych przeszło walk hajdamackich nigdy i nigdzie żadne z powyższych haseł nie zostało sformułowane jasno i nie było sztandarem, koło którego walczące szeregi kupiły się. Nawet nienawiść szczepowa, wybuchająca z największą siłą, nie posiadała podkładu ani świadomego ani uzasadnionego, a główny jej motyw miał charakter zupełnie materialny.
(…)
Gdy na Wołyniu po zniknięciu wojsk moskiewskich, wszystko wracać poczęło powoli do względnej spokojności i porządku, rozpoczęły się coraz większe niepokoje w Kijowszczyźnie i Bracławszczyźnie pod protektoratem i prowodyrstwem rozbitków siczowych. Jednym z takich wypadków, który najbardziej może odsłonił udział Zaporożców w prawie hajdamaczenia, był napad zbrojny pod Targowicą na kijowskiego kupca Jakowa Zimowicza. Mieszkańcy Targowicy, łącznie z Zaporożcami, odegrali bardzo wybitną rolę. Ponieważ chodziło tu tylko o Zaporożców, na których nie można było i nie było na czym poszukiwać krzywdy, Zimowicz zwrócił się do sądów polskich. Sprawa cała prowadzona była w sądzie grodzkim winnickim. Przesłuchanie świadków i obwinionych pokazało, że Kozacy Gardu zaporoskiego, a właściwie bohogardowej pałanki, zwąchawszy się z mieszczanami targowickimi, napadli na karawanę Zimowicza i do szczętu ją zrabowali. Rabunek uważali widocznie za bardzo pomyślny dla siebie, gdyż Zaporożcy z Targowiczanami trzy dni potem hulali i pili wspólnie. Mieszczanie targowiccy nie tylko nie donieśli o tym władzy, ale przeciwnie, ukryli sprawę całą, część zdobyczy przepili wspólnie, a część jako ludzie nabożni, przechowali w cerkwi, być może dlatego, że jednym z tych, którzy rej wodzili w rabunku, był także targowicki popowicz. W ogóle typ hajdamaków z klasy popowiczów spotyka się w tym smutnym okresie bardzo często. Inicjatorem całej wyprawy był osadczy targowicki, Wołoszyn, który się wybrał na tę rycerską zabawę z trzema synami.

Sąd winnicki, upatrując w tej sprawie winę Targowiczan, skazał ich na karę cielesną i na zapłacenie Zimowiczowi dwóch tysięcy dwustu trzydziestu złotych.Przytoczyliśmy tę sprawę mniej więcej szczegółowo nie dlatego, ażeby ją można uważać za jedną z ważniejszych, ale dla tego że jest ona typowa i pozwala określić zarówno charakter ruchów, objętych nazwą hajdamaczyzny jak i poznać ludzi, którzy udział brali. Prowodyrami wojskowymi są Zaporożcy, mający broń i znający drogi i szlachy, a kierownikiem, że tak powiem, arystokracja wiejska: osadczy i popowicze, znający najlepiej ludzi i stosunki miejscowe. Splątane nici zbrodni i rabunku gubią się w cerkwi, która nie tylko łaskawie patrzy na tego rodzaju „hulanie” swoich parafian, ale umie nawet korzyść z nich ciągnąć dla siebie.
(…)
Z tych kilku dat widzimy, że warunki ekonomicznej zależności włościan w województwie ruskim były o wiele lżejsze od tego położenia, w jakim wkrótce po Sejmie Toruńskim znalazła się ludność Wielkopolski, a nawet część Małopolski, tym bardziej, jeśli zważymy różnicę żyzności ziem ruskich i w ogóle bogactwa przyrodzonego, które ułatwiały życie.
Teraz przejdźmy do naszkicowania kilkoma rysami położenia ludności wiejskiej w województwach podolskim, bracławskim i kijowskim w sto lat prawie po konstytucji toruńskiej, po pierwszych wichrach kozackich, uspokojonych nieco, a w przededniu prawie zawieruchy Chmielnickiego. Po uśmierzeniu buntów Nalewajki i Kosińskiego, po „komisyach” olszanieckiej (1616) między Żółkiewskim a Sahajdacznym, rastawickiej (1619) między Sahajdacznym a Koniecpolskim, hetmanem polnym, przyszła nareszcie kurukowska (1625) między Koniecpolskim a Kozakami, która ograniczyła rejestr do 6000 Kozaków, resztę zbrojnego a rozhulanego ludu spychając do pracy przy roli. Nic dziwnego że ludność ta, przywykła do tej swobody wojskowej, która ze swawolą graniczyła bardzo blisko, z istniejącego porządku rzeczy nie była zadowolona. Praca przy roli była dla nich „biedą”. Wówczas to powstało przysłowie: „wid Krakowa do Czakowa (Oczakowa) wsiudy bida odnakowa”.

Kozactwo, mieszczanie miast kresowych i całe zbiorowiska uzbrojonych ludzi, walcząc pod sztandarami Kozactwa, odzwyczajone od pracy i nie szukające jej wcale, zatrudnienie uważało jako nieszczęście dla siebie, szerzyło więc po całym kraju niezadowolenie i narzekanie na „biedę”, a podniecało drażniąco włóczęgowską żyłkę ludności miejscowej do bezustannego wyłamywania się spod jakiej bądź zależności i szukania idealnej siedziby, gdzie by można wiecznie kozakować i nic nie robić. „W osadach ukrainnych — powiada pisarz współczesny bardzo światły — lud ladajaki i gnuśny, z jednej się więc osady do drugiej przenosi za wolnością” stąd — „jedno miejsce osiadać będzie, drugie — pustorzeć”. Tak się też i działo. Można śmiało powiedzieć, że ludność stepowych powiatów bardziej zwiększała się dzięki niezwykłej sile rozrodczej niż osadnictwu z Wołynia, województwa ruskiego i lesistej części Podola.
(…)
Nie przywiązana przeto tradycjami do ziemi, ludność ruska, niecierpliwa, niespokojna, nie zasiedziała, zrywała się z osad przy lada sposobności, samym zrywaniem się bezustannym i włóczęgą wywołując nieporządki i niepokoje. Powyższe cechy moralne znane były doskonale kolonizatorom, a nawet wyzyskiwane dla celów osadnictwa. Zmuszały one z jednej strony nowych dziedziców do największych ustępstw, do najdłuższych „słobód”, z drugiej — do najłagodniejszego obchodzenia się, byle tylko tę ludność na miejscu utrzymać. Na nią mało liczono, więcej na pokolenia przyszłe. Takie zasadnicze poglądy legły w osnowę stosunku kolonizatorów do osadników, w ogóle do ludności miejscowej i takim charakterem odznaczały się stosunki zależności.
(…)
Rzućmy teraz okiem na stosunki ekonomiczne i stopień zależności ludu wiejskiego od właścicieli ziemi, ażeby potem przejść już wprost do położenia ludności w XVIII w. Na pograniczu kresowym ogólnoekonomiczne stosunki ludności wiejskiej na roli układały się w sposób odmienny, niż w rdzennie polskich województwach, a zbliżały się do stosunków województwa ruskiego. Wspomniałem już, że osadnictwo rozpoczęło się tam pod opieką zamków królewskich. Było to rzeczą zupełnie naturalną w kraju, narażonym na częste najazdy. Tego samego systemu trzymało się później osadnictwo prywatne, szlacheckie i pańskie. Ludność, posiadająca więcej skłonności do pracy rolniczej i umiejąca godzić zatrudnienia wiejskie z potrzebą bronienia szablą własnego ogniska, kupiła się, jak powiedziałem, koło zamków i dla większego bezpieczeństwa chętnie godziła się na twardsze warunki zależności, niżby je zdobyć mogła na „wolach” czyli „słobodach”. Stąd też, począwszy od końca XVI w., zobowiązania ludności rolnej na kresach były cięższe w królewszczyznach, niż w dobrach prywatnych.

Stan taki istniał prawie przez cały wiek XVII — a dopiero w drugiej połowie tego wieku wyrastać poczęło — pomimo klęski wewnętrznej — prywatne drobne osadnictwo. Do połowy XVI w. na Ukrainie i Podolu prawie nie było pańszczyzny ani gospodarstwa folwarcznego — daniny i czynsze od poddanych, jako też arendy z młynów, karczem, stawów itp. stanowiły dochody zarówno majętności prywatnych, jak i królewskich. Wprawdzie zasadniczo różniły się co do ekonomicznych stosunków i zależności włościan powiaty północne lesiste województwa kijowskiego, w ogóle północne pogranicze Wołynia od powiatów stepowych Ukrainy i Podola, ale jeszcze w drugiej połowie XVI w. chłop siedzący na roli, pomimo różnych powinności, był wolny, bo mógł, zapłaciwszy tylko 12 groszy „wychodu”, siąść na ziemi innego pana. W żytomierskim zamku (1545) mieszczanie zajęci uprawą roli, żadnych opłat na zamek nie dawali, obowiązani byli tylko kosić siano jeden dzień w roku, ale natomiast dawali podwody do Kijowa i stację. Obowiązek ten wydawał się im tak uciążliwy, że wprost nazywali go niewolą, i odgrażali się, że jeżeli zwyczaj ten trwać będzie dalej, „my wsi z lud’my naszymy procz powołoczemsia”.

W powiecie żytomierskim jeszcze ku końcowi XVI w. ziemia nie była wyniszczona. — Orano ile kto chciał i gdzie chciał. Gdy włościanom ze Słobodyszcz, majętności Tyszkiewiczów, oznajmiono, że mają siedzieć włókami, okrzyknęli wszyscy, że tego nie uczynią. „W niewoli być nie chcemy — mówiono — damy panu naszemu po groszy dwadzieścia
i wychodzimy, dokąd chcemy”. Tak samo gotowi byli zerwać się dla każdego innego powodu. Do zamku żytomierskiego należało pole ciągnące się na jedną milę wzdłuż, i pół mili wszerz; — pole to wolno było mieszczanom orać bez opłaty, ziemianie zaś i poddani ich płacili dziesięciny w snopie. W pięćdziesiąt lat potem (1616) we wsiach należących do starostwa żytomierskiego, chłopi „pociężni” już robią w zimie dzień jeden, a w lecie dwa tygodniowo. W północnych powiatach województwa kijowskiego system pańszczyźniany zaczyna brać górę: gdy jednak w r. 1619 znajdujemy uwagi lustratorów, „folwark jeden niewielki, do którego roboty żadnej nie masz”, lub „folwarczek jeden, z którego krescencya nie wielka, tedy się nie kładzie”, w r. 1622 już jest folwarków siedem, z których robią dwa dni tygodniowo w lecie, a dzień w zimie. Prywatne inwentarze żytomierskiego powiatu w roku 1636 — a więc na krótko przed wybuchem Chmielniczyzny — wykazują większe wzmożenie się pańszczyzny; spotykamy natomiast dwie kategorie włościan: uboższych i bogatszych, do których stosuje się odpowiednia skala robocizny. Bogatsi, oprócz czynszów i danin, robili w lecie po trzy dni tygodniowo, na wiosnę obowiązani byli orać, trzy dni „podparzyć”, a trzy dni „odwrócić”. Ubożsi odrabiali prawie trzecią część tego i w tym samym stosunku czynsz opłacali; ogółem odrabiali dzień jeden w tygodniu przez cały rok. Wkrótce potem nastąpiła zawierucha, która długowiekową pracę zmiotła ze szczętem, a wsie wyludniła zupełnie

W starostwie kijowskim, we wsiach „zamkowych”, już w połowie XVI. w. wprowadzono lekką pańszczyznę trzydniową i czterodniową orkę rocznie, oprócz danin i czynszów. Zupełnie inaczej układały się stosunki w starostwach i powiatach stepowych. W Białocerkiewszczyźnie jeszcze w r. 1616 „folwarku żadnego nie masz”. Mieszczanie podatków nie dają żadnych, prócz służby wojennej, zaś wsie zamkowe, wszystkie prawie „robót ani powinności nie odbywają żadnych względem „słobody”. W starostwie kaniowskim jeszcze „wsi żadnych nie masz, oprócz futorów” , w czerkaskim „powinności poddani nie oddają żadnych, względem słobody”. W dobrach prywatnych osiadli włościanie robili dzień jeden w zimie, a dwa w lecie tygodniowo.

W województwie bracławskim, w starostwie bracławskim jeszcze na początku XVII. w. (1616) nie ma ani jednego folwarku, w lityńskim trzy małe, w winnickim ani jednego. Gdzie nie było folwarków — nie było pańszczyzny.

Powinności poddanych ówcześnie były lekkie, niemal powszechnie: robocizny jakby żadnej prawie, a daniny i opłaty (czynsze) wcale nie uciążliwe. Na Podolu (według lustracji 1615) w dzierżawie smotryckiej, należącej do starostwa kamienieckiego, poddani robót żadnych nie sprawują, tylko w lecie dwa dni żąć i dwa dni kosić powinni, czynszu po dwa złote, owsa dawali po dwa trzecienniki (po 12 garnców), dziesięcinę pszczelną, dań z baranów i wieprzów, powołowczyznę. W tych granicach obracały się powinności. Gdzie miejscowość pozwalała, przybywała dań miodna, z polowania, rybołówstwa, z łowienia bobrów. Biorę stosunki, powinności i służebności najbardziej typowe, które mogą dawać przybliżoną miarę położenia ekonomicznego włościan w różnych dzielnicach Rzeczypospolitej w jednakim czasie.

Wojny Chmielnickiego, zatargi bezustanne i rozbójnictwo, przykryte pozorami władzy kozackiej, jakie staraliśmy się w głównych zarysach przedstawić poprzednio, przyczyniły się do zupełnego wyludnienia województw, szczególnie powiatów stepowych. Nie ucisk ekonomiczny, ale wichry kozackie i hajdamackie sprowadziły na kraj ten bogaty ruinę. Mnóstwo wsi stało pustką — jak to stwierdziły zarówno prywatne jak i urzędowe dokomenty. Ponowna, powolna kolonizacja rozpoczęła się dopiero w drugiej ćwierci XVIII, w. Nie będziemy zajmować się szczegółowo położoniem ekonomicznym włościan Wołynia, Polesia kijowskiego i lesistego Podola, gdyż nie piszemy ani historii włościan, ani też nie pragniemy objąć całości ekonomicznych stosunków w Rzeczypospolitej w jakimś stałym okresie; najbardziej interesują nas te punkty stepowej Ukrainy, w których ruch hajdamacki przybrał ostatecznie charakter znany już z dziejów jako też położenie ludności, w tych punktach lub też zbliżonych do nich, ażeby rozwiązać zagadkę czy ucisk ekonomiczny istniał, w jakim stopniu i w jakim stopniu miał wpływać na rozwój późniejszej Koliszczyzny? Nowe skolonizowanie stepów stało się dopiero możebne po ostatecznym zniknięciu Kozaczyzny i po wywołaniu z kraju przez Piotra i Skoropadskiego najniespokojniejszych żywiołów. Wprawdzie powrót Siczy na dawne siedliska wywołał na razie ponowny wybuch swawoli i dążeń niejednego Werłana i jego satelitów, ale nie było już bezustannego uganiania się po kraju najrozmaitszych kup rabowniczych. Osadnictwo zawrzało w całej pełni. „Wywoływanie słobód” odbywało się w różnych częściach kraju liczniej zaludnionego, po dalszych i bliższych miasteczkach, po odpustach, kiermaszach — wszędzie gdzie tylko gromadziły się większe masy ludności. (…)
(…)
Zaznaczywszy kilku słowy stanowisko Siczy — do czego jeszcze wrócimy — na podstawie raportów rządowych, przejdziemy teraz do drugiego ogniska hajdamaczyzny, leżącego poza granicami Rzeczypospolitej, Kijowa.

Posiadając drobne mieszczaństwo ruskie, proste, ciemne, leniwe, ze wszystkimi wadami typowymi owoczesnych nizin społecznych, leżące tuż nad granicą dwóch państw, Kijów przedstawiał pewne korzyści dla skupienia się tutaj ludności luźnej, próżniaczej i lubiącej bawić się grabieżą: znajdowała tu ona przytułek u swoich, wyrozumiałość i łatwość zbytu zrabowanych rzeczy. Oprócz tego Kijów miał jeszcze inne dogodności: dużo monasterów bądź w obrębie miasta, bądź też poza jego murami, a monastery te posiadały wsie własne, folwarki, lasy, sianożęcie, pasieki. Tak więc był monaster Sofijowski (św. Zofii), św. Michała — Michajłowski, PustynnoMikołajowski, Frołowski, Kiryłowski, Meżygorski, Kitajowski pustynny, PiotroPawłowski, wreszcie Ławra z niezliczoną mnogością próżnujących mnichów.

Duchowieństwo w dziejach i życiu każdego narodu odgrywa niezmiernie doniosłą rolę; stopień jego oświaty umysłowej i moralnej daje skalę porównawczą do ocenienia umysłowości i moralności całego społeczeństwa; nie o fizyczną, że tak powiem, moralność nam chodzi, lecz o publiczną. Stykając się ustawicznie z ludem, przelewa w niego te same myśli i uczucia, którymi jest ożywione, daje mu ten sam pokarm duchowy, jakim odżywia się samo. Nie możemyprzeto czynnika tego z uwagi spuścić przy zastanowieniu się i ocenieniu tak niezwykłego i smutnego zjawiska jakim była hajdamaczyzna.

Ciemnotę duchowieństwa ruskiego doskonale polskie społeczeństwo rozumiało, a wpływ jego oceniało. Umysły jaśniejsze, nie zarażone duchem nietolerancji, widziały, że dla prostoty ruskich plebanów, oba obrządki, zarówno rzymski jak i ruski, do wzgardy u pospólstwa przychodzą. Lud wiejski swoich plebanów ani się boi, ani szanuje i w cerkwiach na mszy nie bywa, nauk duchownych nie słucha, leżeniem i próżniactwem najczęściej się bawi. Koniski, biskup mohylowski, sam mocno podejrzanej sławy, żalił się na to, że kapłani ruscy ani nauki ani cnoty stanowi duchownemu należytej nie mają. Od Karpat aż po Dniepr, po rubieże moskiewskie, stan umysłowy i moralny księży ruskich był godny politowania i nie wiadomo było nieraz co więcej zasługuje na litość: ciemna, dzika, prostacza, nie mająca pojęcia o zadaniach i celach swego stanu, masa duchowieństwa ruskiego, czy też lud, który miał być uszlachetniany moralnie przez nią. Na Rusi podkarpackiej, w jednym tylko grodzie sanockim w ciągu niespełna pół wieku można naliczyć kilkadziesiąt wypadków, w których duchowieństwo brało dowiedziony udział w zbójnictwie, w namawianiu, w kradzieży bydła i koni, nie tylko księża wschodniego obrządku, ale ich rodziny. Pijaństwo, prostakowatość obyczajów, ciemnoty pełna, zaniedbywanie obowiązków — oto były cechy codzienne duchowieństwa ruskiego.

Na Ukrainie wcale nie działo się lepiej. Wychowaniec polityczny i uczeń biskupa białoruskiego znał chyba własne swoje duchowieństwo najlepiej, a o stronniczość posądzonym być nie może. W czasie wizyt monasterów ukraińskich, będących pod rządami Rzeczypospolitej, przekonał się on, że niezmierna moc mniemanych mnichów kryje się po lasach czehryńskich, czerkaskich i smilaskich, a przez rozpustne życie, gdyż mają przy sobie i mniszki, zgorszenie czynią. Sam tedy prosił o zalecenie gubernatorom ścigać ich, a których by monastery do siebie przyjąć nie chciały, zdjąwszy habit i ogoliwszy głowę, do robót publicznych używać radził. Między takimi włóczęgami najwięcej było z Wołoszczyzny i Grecji, a trafiali się także i Zaporożcy pod płaszczykiem habitu ukryci. Tenże sam Sadkowski pisał do dziekana Lewandy w Kijowie, znakomitego kaznodziei: „Radzę ci ani prośbom, ani łzom ukraińskiego duchowieństwa nie wierzyć; rzadko ja w nich widzę poczciwego człowieka”. W dalszej korespondencji uskarża się na zmartwienia doznawane „od naszych poczciwych popków” i żali się na całe zepsute tutejsze (pisał z Bohusławia) duchowieństwo. Nie lepsze bynajmniej było ono za Dnieprem. Nie to mnie wszakże interesuje, jakie ono było w głębi Rzeczypospolitej i Hetmańszczyznie, lecz jakie było w Kijowie. Każdy z owych licznych monasterów, otaczających Kijów, jako też w mieście samym rozrzuconych, — nie biorąc w rachubę licznych cerkwi — posiadał przywileje do szerzenia demoralizacji. Takim przywilejem było prawo wyszynku. Fakt ów, niemoralny ze stanowiska zadań i celów duchowieństwa, miał najfatalniejsze następstwa nie tylko dla ludności, lecz i dla nas. W szynkach do duchowieństwa wschodniego należących, pod jego opieką gromadziły się najgorsze i najrozpustniejsze żywioły; szynkownie stały się przytuliskiem włóczęgów, złoczyńców, złodziejów, a mnisi — namawiaczami i paserami. Koło klasztorów, w celach ich, na folwarkach skupiały się wszystkie szumowiny społeczne; tu wspólnie z mnichami odbywały się narady nad wyprawami do Polski, kupowano proch i kule, a przechowywano zrabowane rzeczy. Zamiast umoralniać ludność, mnisi prowadzili ze sobą formalne wojny, zajazdy i utarczki — o handel gorzałką.

Kończyły się one nieraz krwawo. Sprawy wytaczały się przez metropolitów, do generałgubernatorów i hetmana, jedną z krwawych wojen o prawo wyszynku wódki stoczył z magistrackimi władzami Kijowa ihumen PiotroPawłowskiego kijowskiego monasteru Antoniusz. Do strażników finansowych wyskoczył on na czele 40 ludzi sam we własnej osobie, a cała ta gromada uzbrojona w drągi i kamienie rzuciła się na nich. Szło tu nie o byle jaką rzecz: strażnicy zabrali cztery półkwartowe flaszki gorzałki! Obie strony aż w senacie oparły się, broniąc swego prawa — demoralizowania ludności.

Nie należy bynajmniej dziwić się, że się tak działo. Zobaczymy nieraz jak gorący udział w hajdamaczyźnie brali mnisi; teraz rzućmy okiem na to z jakich pierwiastków składał się monaster. Pokora i łagodność nie były wcale cnotami codziennymi mnichów kijowskich. Za przykładem ojców peczerskich, „postników” i całego synklitu monasterskiego, szli „posłusznicy”, ludzie służebni, noszący jednakże suknie zakonne i posiadający niższe święcenia, jako też odbywający nowicjaty. Wyprawę, niczym nie różniącą się od hajdamackich w najlepszym stylu, uczynił monaster meżyhorski na Ławrę Peczerską. Dostatecznego powodu sporu nie było — mnisi peczercy mieli niezaprzeczoną rację: posiadali oni kilka jezior dnieprowych, łowili tam rybę i do monasteru swego odwozili. Całą winą mnichów peczerskich było, że meżygorscy mieli za mało ryby. Jeromonach przeto Teodozjusz, z monachem Jakowem na kilku dubach, z których każdy po kilkunastu ludzi mógł mieścić, uzbrojeni w strzelby i drągi, pojechali na rybne jeziora peczerskie, „braci” rozpędzili, a rybę zabrali . Zapewne, można by taką junakierię łatwo wytłumaczyć, gdyby się ona nie powtarzałała się zawsze i wszędzie, gdyby nie nosiła charakteru swawoli, niczym nie różniącej się od hajdamackiej, gdyby nie świadczyła o ciemnocie, rozpasaniu, niemoralności tych, którzy mieli nieść światło i umoralnienie.

Nie będziemy i nie możemy zaglądać do celi licznych kijowskich monasterów i badać ich życie, skupimy tylko uwagę naszą na monasterze Peczerskim, owej słynnej niegdyś z bogobojności i czystości Ławrze. W r. 1742 „posłusznik” archimandryty Józefa okradł go do nitki, a przenocowawszy u porucznika Roskazowa, jego końmi z mnóstwem skradzionych rzeczy, odjechał do Priłuk; w r. 1744 w czerwcu uciekł zarządca „pustyni” w Hołosiejowie, do Ławry należącej, a w październiku tegoż roku, uciekł drugi mnich wraz z wędrującym dla zbierania jałmużny księdzem greckim; w r. 1745 umknął z Ławry jeromonach Atanazjusz; w r. 1750 zbiegł drzeworytnik Ławry Peczerskiej mnich Ireneusz; w r. 1760 kierownik chórów ławrskich, namówiwszy się z drugim, uciekli do Polski. Nie będę mnożył przykładów. Greckounickie duchowieństwo na Ukrainie niewiele było lepsze. Popi czyli parochowie — powiada człowiek współczesny — ledwie umieli czytać psałterz i mszał; ni teologii moralnej, ni zasad wiary bynajmniej nie znali; pełni zabobonności i przesądów, do szkół jezuickich nie chodzili, bo tam po rusku nie uczyli i mało ich było. Bazylianie musieli uczyć młodzież, powołaną do stanu duchownego, ale tego nie czynili. Między popami unickimi prawie nie było szlachty; rekrutowali się oni najczęściej z poddanych tych wsi, w których później parochami zostawali. Lepiej trochę było na Wołyniu. Na Ukrainie chłopi majętniejsi oddawali swe dzieci do perejasławskiego i kijowskich monasterów, gdzie się formowali popowicze rozmaici. Tam się nauczywszy czytać i śpiewać, służby i psałterzów, wyświęcali się w Perejasławiu lub w Kijowie albo na Wołoszczyźnie; potem, powróciwszy do domu, gromady prezentowały ich komisarzom na parochów do wsiów swoich, a komisarze, mając blankiety na prezentę, zapisywali one za opłaceniem się albo ojca albo gromady; dziekani i oficjałowie, od metropolity postanowieni, instalowali ich, nie zważając że w Kijowie, Perejasławiu lub Wołoszczyźnie edukowani i na księży wyświęcani byli. Między popem, dziekanem a chłopem w nauce religijnej i w obyczajach widomej różnicy nie było. Jeżeli znajdował się więcej oświecony, to tylko z oficjałów, którzy we Lwowie lub Poczajowie u bazylianów edukowali się.

Jakiż wpływ mogło mieć takie duchowieństwo na ludność wiejską — ciemną i dziką? Ujemny tylko. Toteż walki księży unickich z księżmi wschodniego obrządku działy się nie w imię religii i wpływu duchownego, lecz w imię chleba powszedniego. Duchowieństwo owe, niczym nie różniące się od ciemnego gminu, a obarczone rodziną, walczyło o parafie, które ich żywiły, i używało wszelkich sposobów do tego ażeby zjednać sobie lud wiejski, napełniający jego komorę palanicami, jajami, motkami lnu, pracujący na jego polu bezpłatnie. Jeżeli oficjał grekounicki umiał stanąć w obronie swoich podwładnych, parochowie stawiali się wobec zagranicznych duchownych ostro i wyzywająco; jeżeli był obojętny — opiekunowie z Perejasławia prowadzili agitację przeciwko łacinnikom, i podbudzali gromady włościan do walki z parochami. Rezultat takiego stanu rzeczy objawił się niezadługo przed wybuchem Koliszczyzny w tym udziale, jaki duchowieństwo greckie w hajdamaczyźnie wzięło.

Zobaczymy jaką rolę odegrali mnisi monasterów Michajłowskiego, a później Sofijowskiego, a osobliwie ojciec Damian w organizacji watah hajdamackich, gdy nam wypadnie zastanowić się nad bohaterskimi czynami Iwana Podolaki; teraz ograniczymy się tylko do zaznaczenia sympatii, jaka istniała między czerńcami greckich monasterów a hajdamakami — nie na punkcie, niestety, religii i moralności, ale zbójnictwa i rabunku. Nie były to wszakże wypadki pojedyncze. Nigdy i nigdzie w licznych stosunkach hajdamaków z duchowieństwem w ogóle, a z czerńcami w szczególności, nie ma mowy o religii, o ucisku, o potrzebie obrony, ale zawsze tylko o rabunku, o środkach jak najlepszego ukrycia śladów rabunku i zbrodni, jako też o współdziałaniu, mającym na celu zyski materialne i chciwość. Przypatrzmy się z bliska temu stosunkowi, wybierając z nieprzebranej ilości faktów, kilka bardziej charakterystycznych. W r. 1752 napadli hajdamacy na miasteczko Demidów, należące do szlachcica Marcina Żurawlewicza. Było ich tam kilkunastu na tej wyprawie. Śledztwo wykazało że Paweł Żurawel był „posłusznikiem” w klasztorze Kiryłowskim; Jakow Iwanow zeznał, że będąc robotnikiem w meżyhorskim monasterze, podmówił znajdujących się w tymże klasztorze pięciu „posłuszników”, dwóch zwerbował z Mikołajowskiego monasteru, a dobrawszy sobie kilku innych, poszli do Polski. „Pożywa” u Żurawlewicza była obfita; pieniądze, szaty, broń hajdamacy, szczęśliwie przeprawiwszy się tam i na powrót przez czujne straże forpostowe, zabrali ze sobą; wszystko to poszło pomiędzy mieszczan, szynkarzy i hołotę kijowską. Część tego dostała się do protektorów. Powróciwszy z wyprawy, pięciu z nich, z Jakowem Iwanowym na czele, poszli do Mikołajowskiego monasteru, do wsi Gwozdowa, gdzie gubernatorem był stary znajomy jerodiakon Mitrofan. Udali się wprost do gorzelni i posłali stamtąd służebnika aby przyprowadził do nich ojca Mitrofana i ojca Pachomiusza, szafarza. Zamiast uciekać ze strachu, nabożni czerńcy przyszli do nich, obawiając się — jak się tłumaczą z pokorą — ażeby im czego złego hajdamacy nie zrobili. W gorzelni zeszli się — okazało się, iż „posłusznicy” i parobcy znają się dobrze z czerńcami. Zażądali gorzałki — a czerńcy „z przestrachu” dali im jeszcze „chleba, masła, słoniny i miodu”. Uraczyli się wszyscy razem, a na odchodnem podarowali czerńcom na pamiątkę czerwony złoty. Ojciec Mitrofan pieniądze schował, ale tak się przestraszył hajdamaków, że zapomniał zawiadomić nawet swoją najbliższą władzę, że rabownicy tuż pod jego bokiem rozłożyli się obozowiskiem w lesie. W dzień potem znowu kupka hajdamaków zgromadziła się na pijatykę i jadło u ojca Mitrofana. Obaj czerńcy „pili i hulali” ze strachu przed hajdamakami; szafarz ojciec Pachomiusz ze strachu sprzedał im jedną rusznicę, a nahulawszy się do woli, dostawszy po czerwonemu złotemu od hajdamaków — wszyscy rozeszli się. Gdy hajdamacy powędrowali dalej, ojciec Mitrofan zawiadomił swoje „naczalstwo” że we wsi byli hajdamacy — zapomniał jednak napisać o tym, że hulali razem i dostawali upominki.
(…)
Najgorzej sobie postąpił jednak Melchizedek, ihumen monasteru motroneńskiego, człowiek niespokojny, ambitny i całą duszą oddany sprawie rozbudzenia religijnej i rasowej nienawiści między ludnością ruską a Polakami. Zobaczymy niezadługo, jaką rolę odegrał ten fanatyczny i ambitny mnich w historii ruchów hajdamackich, zakończonych Koliszczyzną. W maju 1768 r. poczęły się już skupiać najzuchwalsze zbójeckie żywioły koło motroneńskiego monasteru, otaczane protekcją ihumena, biskupa perejasławskiego i mnichów jako obrońców religii. Z bohaterskimi czynami tych ludzi zapoznamy się wkrótce. Otóż władza polska, jakkolwiek słaba i niedołężna, nie mogła patrzyć na to wszakże obojętnie. Wysłano podjazd polski 12 maja st.st. na rewizję monasteru,— co też i uczyniono. Melchizedek, udając że wie nie o co chodzi, podał skargę od monasteru, będącego w granicach Rzeczypospolitej, do sądu ziemskiego w Perejasławiu, utrzymując naiwnie, że byli to „zapewne zbójcy, przebrani w polskie ubranie”. Że przy tej okazji nie żałowano pobożnych mnichów — to kwestii nie ulega. Melchizedek „domyślał się” że to byli „polscy konfederaci” i w ten sposób utorował drogę do domysłów niektórym historykom dzisiejszej doby.

(..)

Komentarzy 8 to “O ruchach hajdamackich”

  1. Partia Polaków Ukrainy – Партія Поляків України (04.10.2011)

    Na stronie prowadzonej przez Хмельницький обласний осередок спілки поляків України czytamy, że Polacy wschodniej i zachodniej Ukrainy nareszcie się zjednoczyli:

    Поляки східної та західної України нарешті об’єдналися
    http://polonia.in.ua/?p=757

    O tym trzeba mówić.

  2. Piotrx said

    Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    Część 2.

    Stanowisko społeczeństwa kresowego wobec ruchów hajdamackich

    (…) Lud wiejski nie daremnie pierwszą połowę XVIII w. nazwał Ruiną; dla Ukrainy była ona rzeczywiście — ruiną, nie tylko dlatego że w tym okresie kozactwo upadło zupełnie, że ludność przemocą przesiedlano za Dniepr, lecz bezustanne szarpanie i niepokojenie ludności wiejskiej przez hajdamaków ze wszystkich stron, uniemożliwiały wszelką prawidłową i pożyteczną kolonizację, wszelką pracę rolną czyniły bezcelową. Nikt nie pracuje dziś na to, ażeby owoc jego pracy jutro poszedł z dymem, lub majętność przeszła w ręce rabusiów.

    Rozpatrywaliśmy dotychczas czynniki obce, które w ruinie bogatego kraju udział brały, o inne potrącaliśmy zaledwie. Nie zawsze jednak ciosy padały z obcego państwa, nie zawsze rozpasanie i swawola były udziałem warstw najmniej ukształconych i najmniej uświadomionych państwowo. Korzystając z braku siły państwowej i sprężystości Rzeczypospolitej, żywioł szlachecki porywał się także do broni nie w obronie kraju, lecz dla jego niszczenia. Brak dostatecznej i surowej kary dla rabowników i hajdamaków, niepewność jutra, oto-czenie morzem, na pozór spokojnym, ale skłonnym zawsze do fal i burzy, popychało jednych do samoobrony i do wy-mierzania sobie sprawiedliwości, a drugich, zdziczałych i zuchwalszych, przerzucało w szeregi najzaciętszych wrogów własnego kraju. Jednych wiodły do tych zbrodni, ledwie nie codziennych, próżniactwo, złe instynkty, chciwość, drugich
    — nieokiełznana samowola i brak poszanowania prawa. Swawola szlachecka, rzadko karana, łączyła się tutaj dla za-dania klęski krajowi z swawolą chłopską. Jedni lekceważyli prawo, drudzy tylko znali jedną jego potęgę — siłę karzącą. U jednych zuchwałość wypływała z bezkarności, u drugich
    — z mieszaniny fatalizmu i dzikości, skutkiem czego tylko używanie chwili dzisiejszej, w sposób najbardziej materialny rozumiane, było dla nich tym celem, dla którego życie wła-sne i cudze jednako lekceważyli. Szeregiem bezustannych niepokojów w całej Rzeczypos-politej, skutkiem wojen szwedzkich, przechodów wojsk rosyjskich, wichrów kozackich, wreszcie nieporządków, wynik-łych z powodu nieprawidłowej i nie kontrolowanej przez państwo kolonizacji, szlacheckie społeczeństwo było także wybite z równowagi i nie łatwo było do niej wrócić. Możni panowie — Lubomirscy, Radziwiłłowie, Sieniawscy, Potoccy, Sanguszkowie, w czasie długo trwającej zawieruchy opuścili kraj, zdając rządy obszernych włości w ręce rzadko prawych i rozumnych gubernatorów; na miejscu pozostała jednowioskowa szlachta, dawni słudzy i urzędnicy lub ich potomstwo, gubernatorowie, posesorowie, mnóstwo żywiołów awanturniczych, zbiegłych Bóg wie skąd, osiadłych na Ukrainie i kolonizujących pustki i stepy w sposób nieraz gwałtowny i zbójecki. Oto byli ci, którzy oko w oko stanąć musieli wobec hajdamackich zapędów, gotowych zawsze mienie ich z dymem puścić i zrabować. Uczciwi i bogatsi padali ofiarą nożów hajdamackich, zuchwalsi bronili się sami, przyjaźnili się z hajdamakami, dla ocalenia własnego mienia, lub nawet w ich szeregach stawali z bronią w ręku. Korzystając z bezus-tannej zawieruchy, która ich wybijała z karbów normalnego życia, prowadzili zbójeckie rzemiosło, rozbijając na drogach publicznych; inni napadali na wsie i rabowali je jak hajda-macy; niektórzy urządzali zajazdy na własną rękę, nie tylko wymierzając w ten sposób sprawiedliwość sobie, lecz pory-wając gwałtownie włościan i kolonizując nimi swoje grunta i osady. Nie brak było i takich śród szlachty, którzy stawali na czele watah hajdamackich i plądrowali wewnątrz kraju.

    (…)

    Józef Moszyński, mający w Skibińcach swój „dworek”, hajdamaczył jak zwykły watażka. Miał on stosunki ze znanym nam już pułkownikiem Polanko vel Polańskim, konsystującym w Humaniu i popierającym ruch Werłana. Zebrawszy watahę hajdamacką, na kilkanaście mil wokół rabował dwory i wsie, zasłaniając się „protekcyą” moskiewską i uznając władzę generał-gubernatora kijowskiego Weisbacha. Tłukł się on po nocach jak Marek po piekle, nie dając spokoju ani mieszkańcom, ani hajdamakom, podkomendnym swoim. „Se łycho ne Lach — skarżyli się między sobą — i sam ne spyt’ i nam ne daje”. Gdy kupę swoją na zbójecką wyprawę wysyłał, a sam pójść nie mógł, błogosławił słowami: „Boże was prowad’! Daj wam Boże put’ dobruju”. Szlachta woje-wództwa podolskiego skarżyła się na Jerzego Przesmyckiego „licenciosum, excessivum multorumque criminum patratorem”, który „modo tumultuario cum adscitis sibi cosacis” od wsi do wsi jeździł, rabował i mordował. Wymierzanie sobie sprawiedliwości za pomocą zajazdów było rzeczą powszednią. Franciszek Hołowiński z Kozakami nadwornymi i „cum vario armorum genere” najechał majęt-ność Tretiaka Stanisława, zboże w ziarnie i snopie, bydło, niegoraciznę zabrał. Antoni Dubrawski, podczaszy bracławski, uczynił zajazd w kilkadziesiąt koni na majętność Anto-niego Woynarowskiego, skarbnika bracławskiego, postawi-wszy na czele watahy jakiegoś hajdamakę Wasyla. Stosunki z hajdamakami szlachty były bardzo częste. Ile razy sposobność nadarzyła się, nie gardzono bynajmniej okru-chami, które wpadały w ręce. Jan Kaczyński, administrator wsi Hładkiewicz, chorążego kijowskiego Pawszy, Piotr Gałę-zowski, komisarz tegoż chorążego, złowiwszy hajdamaków, którzy zrabowali bogatego wójta w Machnowiczach, ode-brali od nich te pieniądze i zatrzymali przy sobie. Michał i Antoni Juchnowscy na współkę z hajdamakami napadali na wsie i rabowali mieszkańców. „Nobilis” Stanisław Po-tocki, z Czołkan na Pokuciu, syn Mikołaja, po bardzo burzli-wym życiu, zetknął się także z hajdamaką, diakiem Medyń-skim i różne z nim miewał konszachty. Tego rodzaju stosunki stawały się prawie nieuniknione tam gdzie kupy hajdamackie grasowały bezkarnie niemal i trzeba było szczęśliwego wypadku, ażeby się który z nich dostał do rąk sprawiedliwości. Można śmiało powiedzieć, że przez cały czas blisko trzydziestoletnich rządów Augusta III nie było na Ukrainie ani chwili spokoju, gdyż hajdamacy rabowali mienie szlachty i własnych współbraci, szlachta wal-czyła ze sobą i przemocą odbierała sobie osiadłych chłopów, pędząc ich z jednej wsi do drugiej. Mówiłem niejednokrotnie, że obrona kraju, znajdującego w tak nieprawidłowych stosunkach, była niedostateczna. Określenie to nie maluje jednak właściwego stanu rzeczy. Wszystkie zarządzenia bezsilnej, wobec bezsilności państwo-wej, szlachty, które miały służyć do obrony kraju, były albo niepożyteczne i nieczynne albo wprost szkodliwe. Rozpatrzmy się w systemie obrony, w jego charakterze, środkach i siłach, jak się on ku połowie XVIII w. przedsta-wiał. Śród wewnętrznych niepokojów, wywołanych huraganem hajdamaczyzny, wspieranej zręcznie lub tolerowanej skrycie, województwa kresowe znalazły się prawie bez obrony. Prze-de wszystkim uderzają nas dwa fakty: brak systematycznej i regularnej obrony, brak planu, jako też brak sprężystości. Odpowiedzmy najprzód na pytanie: ile się znajdowało woj-ska polskiego w województwach kresowych w chwili rozpo-częcia się ruchów hajdamackich na pograniczu. Kitowicz w swoich Pamiętnikach, powiada, że „wojska polskiego za Augusta III było bardzo szczupło; komput jego przez konstytucyę sejmową za Augusta II determinowany, wynosił 12 tysięcy koronnego i 6 tysięcy litewskiego. Suma zatem wszyst-kiego wojska była 18 tysięcy, ale — dodaje — nigdy tyle nie było, bo choć się wszystkie chorągwie likwidowały w Rado-miu i wszystkie regimenta, jednak w każdej chorągwi i w każdym regimencie wiele do kompletu brakowało. Zważywszy jednak, że wojna o tron pochłaniała prawie wszystkie siły wojskowe Rzeczypospolitej, że w czasie roz-ruchów hajdamackich mowa ciągle tylko o jednym regimentarzu — partii ukraińskiej, — a było prócz tego trzech jeszcze: partii sandomierskiej, małopolskiej i wielkopolskiej, nie bar-dzo się pomylę, przypuszczając, że w tych województwach kresowych było 1½ do 2 tysięcy żołnierzy różnej broni. Co do wojska litewskiego, było w nim faktycznie 2–3 tysięcy żołnierza tylko. Jeżeli dodamy do tego, że odrobina ta wojska rozrzucona była na przestrzeni 160 744 kilometrów kw., to znaczy, przyjmując najwyższą możebną liczbę żołnierza, wy-padał jeden żołnierz na 80 km². Nic też dziwnego, że hajdamacy przechadzali się po stepach, jak wiatr swobodnie. Regimentarzów, jak wiemy było czterech: jeden partii ukraińskiej, drugi sandomierskiej, trzeci małopolskiej, czwarty wielkopolskiej. Tych kreował według upodobania hetman wielki koronny bardziej dla pompy niż potrzeby, bo prawdę rzekłszy, wszyscy nie mieli nic do czynienia — z wyjątkiem chyba kresowych województw, gdzie rzadko i mało mieli do roboty. W litewskim wojsku nie było regimentarzy, bo nie było co działać, gdyż z 6 tysięcy wojska, które miało, ledwie się znajdowało w istocie dwa lub trzy tysiące pod bronią. Regimentarze byli to, ściśle mówiąc, namiestnicy hetmań-scy, pomagający mu dźwigać ciężar pracy, jakoby zbyt wielkiej na jedną głowę rządu wojskowego; gdy w samej rzeczy nie mieli nic do czynienia, jak odbierać raporta od chorągwi i regimentów sobie powierzonych i te przesyłać hetmanowi, a czasem wydać ordynans na asystencję jakiemu urzędniko-wi. Pułkownicy chorągwi husarskich i pancernych w Koronie byli tylko tytularnymi, gdyż aktualnych być nie mogło, bo i pułków takich nie było, a chorągiew miała konsystencję jedna od drugiej czasem o 100 mil odległości. Szarże wojskowe były kupne. Jeden pan mógł mieć dwa znaki czyli chorągwie: jedną husarską, drugą inną, pancerną; niektóry mógł mieć i trzy: dwie w Koronie, a jedną w Litwie (…)

    Położenie kościoła greko-wschodniego do połowy XVIII w.,tj. do zatargu z unitami

    WIDZIELIŚMY jaki był religijny nastrój społeczeństwa polskiego w przededniu prawie wybuchu Koliszczyzny, zarówno w tych warstwach, które odznaczały się obo-jętnością w rzeczach religii i państwa, jak i w szerokich ko-łach szlachty, nie mających stosunków z dworem i nie zasila-jącej się współczesną literaturą francuską. Chodzi nam przede wszystkim o owe masy, tworzące warstwy szlacheckie, gdyż fanatyzm śród nich rozbudzony nie pozostał bez wpływu zarówno na cały przebieg sprawy dysydenckiej, będącej na porządku dziennym od chwili wstąpienia na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego, jak i na przebieg jej w tym punk-cie, gdzie się zlokalizowała niejako walka unii z obrządkiem wschodnim, tj. na Ukrainie. Nastrój religijny służył podnietą do nienawiści plemiennych, a hasło obrony religii, podnie-sione przez konfederację barską, przeniosło się do walki dwóch obrządków o prawo do chleba powszedniego, zasło-niętej celami politycznymi. Zanim do skreślenia jej przyjdziemy, musimy poznać w krótkich zarysach położenie religii wschodniej w Rzeczypospolitej, ażeby tym łatwiej zrozumieć, że zarówno w walce ze sobą dwóch obrządków, jak i w dzikich gwałtach hajdamaków, fanatyzm religijny z obu stron odgrywał podrzędną rolę. Wszelkie usiłowania do nadania hajdamaczyźnie cechy wojny religijnej, prześladowanych przeciwko prześladowcom, nie zdołały zetrzeć z ruchu hajdamackiego cech rabownictwa i zbójectwa, wybujałych skutkiem bezsilności rządu pol-skiego i sprzyjających warunków geograficznych. Motyw zemsty osobistej lub bezgraniczna hulaszczość i tu, jak za czasów Chmielnickiego, w połączeniu z chęcią „pożywy”, staje się górującą ideą owej walki.

    Sprawa wrzekomego prześladowania obrządku wschod-niego stała się za Katarzyny II osią polityki rosyjskiej, środkiem do wywoływania niesnasków wewnątrz kraju, do jednania sobie ludzi, działając na szkodę Rzeczypospolitej, i do trzymania w ten sposób furtki otworem, przez którą moż-na by było zawsze wejść i wmieszać się w sprawy ościennego państwa. Dla zakrycia tego planu Rosja bardzo zręcznie spra-wę wrzekomego prześladowania obrządku greckiego połą-czyła z ogólną sprawą dysydentów. Krótko mówiąc, Prusy szukały za pomocą innowierców, a przeważnie protestantów, przyjaciół dla siebie wewnątrz Polski, a Rosja do tego samego celu dążyła przez opiekowanie się obrządkiem wschodnim. Protestanci, posiadający rozważnych przewodników i rozumiejący doniosłość obywatelstwa względem kraju, wstrzymali się dyskretnie od intryg i żądań gwałtownych; przywódcy zaś obrządku wschodniego przeszli całkowicie na służbę obcego rządu i skutkiem tego parli całą sprawę do ostateczności. Polska pod względem religii złożona była z dwóch wiel-kich połów: rzymskich katolików i wyznawców obrządku wschodniego, a od chwili połączenia się z Litwą otaczała ob-rządek wschodni tolerancją i opieką. Wchodziło to w zakres jej polityki wewnętrznej, stanowiło o jedności i sile państwa, a zadanie to ówcześni mężowie stanu doskonale rozumieli.

    Szlachta wyznania greckiego zajmowała najwyższe dosto-jeństwa w Rzeczypospolitej, nikt się temu bynajmniej nie dziwił, nikt nie przeciwił, a nawet nikt o wyznanie nie pytał. Baczono nie na religię, ale na stanowisko względem państwa każdego urzędnika i obywatela. Walka nie z religią ale z jednostkami rozpoczęła się dopiero wtedy, gdy oni stanęli w kolizji z interesami ogólno-państwowymi.
    W przywileju, przywracającym Ziemię Wołyńską do Królestwa Polskiego (1569 r.), zarówno obywatelom wyznania rzymskiego jak i greckiego zachowano dawne przywileje i porównano we wszystkich wolnościach i swobodach. Ściągało się to do województw bracławskiego i wołyńskiego. To samo, w tym samym czasie, miało miejsce względem księstwa kijowskiego. Obiecujemy — pisał przywilej — i powinni będziemy wszech obywatelów i potomków ich tak rzymskiego jak i greckiego zakonu będących, w ich starodawnej czci i dostojności zachować, na urzędy zamków, dzierżaw i dworów naszych przekładać i na ławice rad naszych przepuszczać. Zachowano nawet w stosunkach wewnętrznych pismo ruskie. Na sejmie kapturowym 1573 przyrzeczono beneficja kościołów greckich dawać tylko ludziom tejże wiary.

    Konstytucja sejmu w r. 1607 przyrzekła dostojeństwa i dobra duchowne rozdawać według fundacji i dawnego zwyczaju, tj. ludziom szlacheckim narodu ruskiego i religii greckiej, nie czyniąc praejudicium w sumieniu i prawie, nie przeszkadzając odprawowaniu nabożeństwa według dawnych obrządków. Wprowadzenie unii nie przeszkodziło w opiekowaniu się religią grecką. Zapobiegając kłótniom i sporom osobistym pod pozorem religii, które w pierwszych latach panowania Stanisława Augusta tyle nieszczęść na kraj sprowadziły, konstytucja r. 1609 warowała, ażeby ci przełożeni duchowni, którzy unię z Kościołem Rzymskim przyjęli, tym, którzy przestawać z nimi nie chcą i odwrotnie nie czynili sobie wzajemnie żadnych przykrości i ucisków. Uniwersał poborowy z r. 1629 obłożył podatkiem tylko metropolitów, władyków, archimandrytów, ihumenów i popów, zakonnicy wszakże i duchowieństwo soborne, wolne było od podatków. Troszcząc się o to „aby stan duchowny grecki in levipendium nie przychodził”, sejm z r. 1659 uwolnił duchowieństwo Korony i Litwy od wszelkiego poddaństwa, podatków, pańszczyzn, podwód, i robocizn. Konsty-tucje sejmowe uwolniły duchowieństwo greckie od pobo-rów, stacji, hybern.

    Unia, jako akt kościelny, nie wpływała na stanowisko państwowe Rzeczypospolitej względem kościoła greckiego, który był zależny w sprawach religii i wyznania dotyczących od patriarchy wschodniego. Trwała taka zależność bezwzględnie aż do r. 1595, tj. do unii, od owej chwili już tylko niewiel-ka część wyznawców kościoła wschodniego w tej zależności pozostała. W tym czasie wzmagać się i rozrastać się począł żywioł kozacki. Jakimi drogami i jak ten wzrost postępował, należy do historii Kozaczyzny, w tym miejscu przypomnieć tylko należy, że awantura osobista Chmielnickiego, znalazł-szy przyjazne do wszelkich awantur otoczenie, rozrosła się w wojnę domową. Rzeczywistej i poważnej przyczyny do tej wojny nie było. Nie chodziło na serio Kozakom o wolność, gdyż znalazłszy się wkrótce pod berłem cara wschodniego, utracili wolność, a nawet resztki wolności, posiadanej za czasów Rzeczypospolitej, a jednak, trzymani mocno, rzadko i niepomyślnie porywali się do broni. Oślepieni łatwymi i niespodziewanymi zwycięstwami nad wojskiem pol-skim, brnęli pod wpływem upojenia dalej, nie mogąc i nie umiejąc naznaczyć granic żądaniom. Rządzili się ostatecznościami i ulegali ostatecznościom jak narody pozbawione zmysłu państwowego i równowagi umysłowej. Jak w pięć-dziesiąt lat potem z pokorą i apatią wschodnią znosili jarzmo niewoli, tak za czasów Chmielnickiego ogarnął ich i porwał za sobą fanatyzm wolności.

    Wystąpili oni do walki bez haseł narodowych, prowadzili ją bez idei przewodniej; fanatyzm wolności miotał nimi od brzegu do brzegu, od Polski do Rosji i Turcji, aż nareszcie wystąpili gwałtownie z hasłem obrony religii, która, jak widzieliśmy, wcale prześladowana nie była ze stanowiska państwowego. To co starają się pod kategorią prześladowań podsunąć późniejsi i teraźniejsi historycy szkoły kijowskiej, było rezultatem zatargów osobistych bądź o synekury duchowne bądź o zwykły chleb powszedni. Nie myślę też bynajmniej tą stroną kwestii zajmować się.

    Pod sztandarem religijnym przyłączyła się cała Ukraina prawo- i lewobrzeżna do Rosji. W faktycznym jednak władaniu, a później w rzeczywistym została przy Moskwie tylko lewobrzeżna Ukraina z Kijowem i pewnym obrębem koło niego. Z ustąpieniem w roku 1667 Kijowa Moskwie nastąpił punkt zwrotny w stosunkach religijnych wschodniego obrządku Rzeczypospolitej. Macierz grodów ruskich powróciła bardzo rychło do „błahoczestija”, a wówczas rozpoczęło się ciążenie ludności wschodniego obrządku do Kijowa i wytwarzać się wpływ moralny szczególnie na duchowieństwo ruskie Ukrainy, zależne poniekąd od Kijowa i od patriarchy wschodniego w Carogrodzie. Ciążenie do obcych i dalekich centrów religijnych, położonych poza granicami Rzeczypospolitej, nie było wcale w interesie Polski. Usiłowała ona oderwać się od tej zależności tak samo, jak to uczynił Piotr Wielki dla Moskwy, tworząc u siebie najwyższą instytucję dla praw duchownych, naj-świętszy Synod. Ciągłe wyjazdy duchowieństwa za granicę, do państw wrogo dla Rzeczypospolitej usposobionych, budziły, jak się pokazało, słuszne obawy co do nawiązywania szkodliwych dla państwa stosunków. Konstytucją przeto na sejmie koronacyjnym w r. 1676 postanowioną, zabroniono świeckim i duchownym osobom religii greckiej wyjeżdżać do Carogrodu bez wiadomości i pozwolenia rządu . Nie poprawiło to o tyle ogólnego położenia, że gdy wkrótce potem Piotr Wielki zerwał także z patriarchatem carogrodzkim, duchowieństwo greckiego obrządku jeszcze więcej ciążyć poczęło do Kijowa jako miejsca gdzie kwitły najwyższe szkoły, kształcące duchowieństwo, gdzie się skupiali najwięksi luminarze religii wschodniej i gdzie trwały dotąd nienaruszona, prastare pamiątki, związane z pierwszą dobą przyjęcia religii chrześcijańskiej przez Ruś.

    W ten sposób począł się wytwarzać dziwny stosunek obywateli Rzeczypospolitej do obcego państwa, który musiał prędzej czy później do nieprzewidzianej, a raczej przewidzianej, katastrofy doprowadzić. Taki stan przejściowy trwał aż do wstąpienia na tron nieszczęsnego Stanisława Poniatowskiego, niegdyś kochanka Katarzyny II. Już w pierwszych latach panowania tego dziwnego króla zaostrzyła się sprawa dysydentów w ogóle, a sprawa „greko-oryentalnego wyznania” stanęła na ostrzu noża. Dojrzewała ona w cichości, promowana przez Koniskiego, biskupa mohylewskiego, który kwestię wrzekomego prześladowania obrządku wschodniego postawił na porządku dziennym i uczynił wspólnie z Rosją osią stosunku politycznego dwóch państw sąsiednich. On stworzył ognisko agitacyjne, wykształcił ludzi w duchu wrogim dla Polski, wmawiał we wszystkich swoich podwładnych istnienie prześladowania religijnego i biorąc wszelkie spory, nieporozumienia i zatargi osobiste, do których wmieszana była religia, za punkt wyjścia, rozdmuchiwał fanatyzm religijny nie tylko śród ciemnych i niewykształconych popów, lecz również śród ciemnej ludności. Pod pokrywką pokory chrześcijańskiej szerzył zachętę do buntu i oporu, tolerował zdradę państwową, a ludzi obcych i nieświadomych bałamucił istnieniem prześladowania. Był to jeden z tych, którzy poprzedzili Bobrowskich i Siemiaszków, sprzedając za urzędy i zaszczyty swoje i cudze sumienie. Stworzywszy zamęt w własnej diecezji, przerzucił głownię pożaru na Ukra-inę i tutaj rozbudził taką samą agitację, jaką prowadził u siebie. On przeto śmiało może być uważany wraz z uczniami swoimi Melchizedekiem, a później Sadkowskim, za ojca duchownego tego krwawego dramatu, który pod imieniem Koliszczyzny, krwią zalał i trupami zaścielił Ukrainę.

    Widzieliśmy jakie prawa posiadał w Rzeczypospolitej kościół greckiego obrządku, poznajmy teraz z kilku rysów jak z praw tych korzystali mistrze kształceni przez politykę ościenną i jak zachęcali do korzystania. Nauka szła od Koniskiego i przez Koniskiego. Jakkolwiek obywatel Rzeczypospolitej, posiadający w jej obrębie władzę i dobra ziemskie, występo-wał wobec niej jako tajemny zdrajca, który w państwie silnym i dobrze zorganizowanym powinien był być śmiercią karany. Praca jego na szkodę ojczyzny rozpoczęła się od r. 1757, tj. od chwili objęcia rządów katedry mohylewskiej. Znalazł duchowieństwo w stanie strasznej ciemnoty. „Niektórzy kapłani ani artykułów wiary chrześciańskiej ani mocy prawa Boskiego nie znali”, — rozpoczął tedy wykształcenie polskich poddanych, i pasterzy za pomocą „bukwaru i katechizmu” moskiewskiego, który apoteozował i uznawał inną niż w Polsce władzę duchową i świecką. Pragnąc bliższe nawiązać stosunki z dworem rosyjskim, udał się do Petersburga w r. 1765, a jaki duch nim kierował, widać najlepiej z mowy, mianej do Katarzyny II i następcy tronu Pawła. Już wówczas sprawa dysydentów w Polsce była na porządku polityki Rosji, biskup mohylewski podziękował przeto Jej Imperatorskiej Mości za staranie o cerkwi cierpiącej i za przyjęcie środków na jej obronę. Podziękowanie wydawało mu się jednak czymś niezmiernie małym wobec wspaniałomyślności carowej. „Czyż podziękowanie moje odpowiada takiej dobroczynności? — wołał z patosem obłudnika; takaż to cena cnoty twojej? — Podziękują ci najdzielniejsza protektorko ci sami którzy przez ciebie są protegowanymi, kiedy zamknięci w ciemnicach światło ujrzą, udręczeni ranami — odetchną, rozpierzchnięci do domów powrócą, matki dzieci przyjmą, owce pasterzów obaczą”. Nie sprawdziły się wszakże przepowiednie Koniskiego, „udręczeni” nie przychodzili nigdy sami dziękować carowej za opiekę, a w ich imieniu, chociaż bez ich wiedzy często, dziękowali archimandryci i metropolici, nie żałując ani hiperbol ani metafor poetyckich. W dalszym ciągu tej mowy zachęcał Koniski carowę do dokończenia rozpoczętej obrony. „Nie dopuszczaj cierpiących — wołał — żeby wypaść mieli z cierpliwości w konieczne wykorzenienie, uczyń sobie sławę nieśmiertelną Konstantyna na ziemi, strzeż pięknego tego wieńca apostolskiego, tobie, a nie komu innemu przygotowanego w niebie”.

    Pełną tego samego patosu, pochlebstwa i fałszywości była mowa miana do Pawła. Zręczny metropolita nie poprzestał na matce, lecz i synowi nie żałował kadzidła. Powracając do Polski, do swojej owczarni przez wilków (tj. Rzeczpospolitę) rozpraszanej, oddawał trzodę swoją, jednowierczą, z „najgłębszą swego poddaństwa uległością” pod dobroczynną opiekę następcy tronu obcego państwa. Puściwszy wodze pochlebstwu, rad był widzieć w nim drugiego Piotra i mało nie drugiego Pawła Apostoła. Pragnąc zjednać dla siebie jak największą chlubę apostolstwa, dawał swoim podkomendnym rady w jaki sposób mają się zachowywać ażeby jak najrychlej przyłączeni byli do kościoła wschodniego. Radził podawać do władz rządowych „supliki”, a w nich pisać, „że dziadowie i pradziadowie ich byli dawniej prawosławnej greko-rosyjskiej konfesyi i zostawali w dyecezyi Mohylowskiej; że gwałtownie do unii oderwani zostawali, a jeżeli wiadomo przez kogo i kiedy — nieopuścić tego; że oni i do unii przeniesieni, zawsze wiarę grecko-rosyjską utrzymywali i wielokrotnie skrytym sposobem uciekali się do cerkiew w prawosławności pozostałych, za co, gdy się odkryło, byli niemiłosiernie zawsze karani”.

    Istniało więc w Polsce biskupstwo dyzunickie, którego działalność była poza granicami wiadomości Rzeczypospolitej; granice zarówno diecezji mohylewskiej jak i kijowskiej nieznane były rządowi polskiemu, a duch biskupa i wszystkie jego czynności nacechowane zdradą państwową. W jaki sposób Koniski propagował poszanowanie i cześć dla Rosji, widać to najlepiej z tej roty przysięgi „ordynujących się kapłanów”, którą wyjął z katechizmu rosyjskiego i rozsyłał do wszystkich parochii w Królestwie polskim. W tej rocie nie tylko nic nie było o Rzeczypospolitej i obowiązkach względem niej — i być nie mogło, — lecz, co ważniejsza, nic nie było o Bogu, ale natomiast całe tyrady odnosiły się do panującego dworu rosyjskiego i carowej. „Przysięgam… iż chcę i powinienem Jej Imperatorskiemu Majestatowi mojej najmiłościwszej wielkiej Pani, Imperatorowej Katarzynie Aleksiejewnie, Samowładczyni Cało-rosyjskiej i Jej Imperatorskiej Mości Najukochańszemu synowi, panu Cesarzowiczowi i Wielkiemu Książęciu Pawłowi Piotrowiczowi, prawemu cało-rosyjskiego tronu następcy, wiernie i nieobłudnie służyć”… Tego nie dość. Nowo instalowany pop przysięgał, że „dla przywrócenia i złączenia się z cerkwią w Rosyi wszystkiemi środkami starać się będzie, a o niepoprawiających się i przy uporze swoim trwających, a innych od złączenia się z cerkwią odciągających pismem i słowem przekładać będzie”. Zamiast przeto ducha zgody, wprowadzał do kościoła i pań-stwa ducha szpiegostwa i zdrady.

    Takimi hasłami wykształcił on zastępcę sobie, którego promował najprzód na archimandrię słucką, a potem na ko-adiutorstwo kijowskie. Kiedy Gerwazjusz Lincewski, pod wpływem ambitnego Melchizedeka, ihumena motroneńskiego monasteru w Smilańszczyźnie, przeholował w zelozji religijnej i został usunięty z urzędu, Koniski miał już na jegomiejsce następcę w osobie Sadkowskiego, archimandryty słuckiego. Był to człowiek, który lepiej umiał ukrywać swoje zamiary, posiadał więcej od starca Lincewskiego przebiegłości i wytrwałości. Ukazem synodalnym Jej Imperatorskiej mości Samowładczyni Całorosyjskiej uznano za stosowne „dla pożytku prawosławnej cerkwi greko-rosyjskiej i dla łatwiejszego zasłaniania wyznających religię naszą prawowierną w Polsce” i postanowiono w Petersburgu ażeby był osobny biskup wikarialny z tytułem koadiutora metropolii kijowskiej. Miał nosić ów biskup tytuł perejasławskiego i boryspolskiego, lecz siedzibę dla niego wyznaczono w Święto-Trojeckim słuckim monasterze, do którego przywiązany był tytuł archimandryty. Nie dość tego, że Rosja nominowała w Polsce biskupa bez porozumienia się z rządem i naznaczyła jemu siedzibę, lecz uposażyła go także w pensję 5900 rubli rocznie. Sadkowski, przeznaczony na to biskupstwo, miał być wyświęcony w Kijowie. Oczywiście że nowy biskup, tak samo jak Koniski, zależny materialnie i kościelnie od obcego rządu i państwa, nie mógł być szczerym i wiernym synem własnej ojczyzny.

    Całą sprawą „błahoczestija” i obsadzenia stolicy biskupiej nowo utworzonej kierował skrycie a zręcznie Koniski, tak zręcznie, że cała rzecz wyjaśniła się dopiero wówczas, gdy Sadkowskiego, posądzonego o zdradę, chciano aresztować i papiery jego zabrano. Z tych papierów uderzyło nowe świa-tło: pokazało się wszystko, co się działo za plecami Rzeczypospolitej. Koniski, w uwagach przesłanych synodowi, uważał mieszkanie stałe nowego biskupa w Słucku za rzecz potrzebną. Miał już w tym punkcie doświadczenie. Przede wszystkim żądał, aby biskup nosił tytuł koadiutora kijowskiego, a to z tej racji, że „prawowierne” cerkwie i monastery w Polsce na mocy dawnych przywilejów, konstytucji sejmowych, jako też funduszów swoich należały do metropolitów kijowskich lub ich namiestników, którzy nimi rządzili. Ponieważ przedtem nieco, w czasie zatargów unii z „błahoczestijem”, kiedy Melchizedek jeździł ze skargami do Warszawy, ministrowie odpowiedzieli że nie znają biskupa perejasławskiego i jego władzy, a usłuchali dopiero wówczas, gdy Melchizedek oświadczył, że biskup ten jest równocześnie koadiutorem metropolii kijowskiej, — Koniski radził się tego trzymać. Dlatego też archimandryta słucki, otrzymawszy tytuł biskupa, zatrzymał także, a raczej przyjął — namiestnika metropolii kijowskiej.

    Koniski udzielał bardzo ciekawych rad temu nowemu dostojnikowi, zalecając w sprawach o krzywdy kościoła porozumiewać się „z respektem” z duchowieństwem rzymskim, unickim, z królem wreszcie, uciekać się pod protekcję pełnomocnego posła rosyjskiego, co jednak żadną miarą nie powinno mieć miejsca „bez wiado-mości Najświętszego rządzącego Synodu. Biskup mohylewski doskonale rozumiał politykę Rosji i duchem jej przejął się. Politykę uważał za sprężynę, religię — za bodziec. Broniąc z niezwykłą zelozją „błahoczestija”, któremu brak było na każdym miejscu uczciwych i wykształconych według swe-go obrządku popów, cichaczem radził archimandrycie słuckiemu, który przyjechał do niego dla wzmocnienia ducha, ażeby seminarium nie zakładał, albowiem w samym mieście Słucku utrzymują seminarium kalwini, bardzo dla cerkwi prawowiernej życzliwi, a więc za bardzo małą pensją mogą kształcić przyszłe duchowieństwo greckie.

    W kwestii nawracania unitów nie radził gorączkować, jak to czynili Melchizedek i Gerwazjusz, lecz znosić się „przyzwoicie” z posesorami, prorektorami takich cerkwi. I tu okazał się także duży zmysł polityczny. Największe posesje na Ukrainie należały do Czartoryskich, Poniatowskich, Potockich, Sanguszków i innych magnatów, których nie tyle obchodziło do jakiego wyznania należą „poddani” ich licznych włości, lecz to ażeby nie wywołać w kraju „buntów”, które odbijały się na ich intratach. Odezwanie się do takich potentatów mogło mieć ten skutek, że pozyskiwało się tanim kosztem protektorów przeciwko duchowieństwu rzymskiemu i unickiemu.Śród mnóstwa rad, pełnych przebiegłości i sprytu, znajduje się jedna, która dowodzi, że Koniski znał dobrze wartość swego duchowieństwa: ponieważ w monasterach „błahoczestywych”, unici byli skłonni do samowolności, doradzał przeto postępować z nimi ostro — po prostu rozpędzić tę hołotę i monastery raczej pustką zostawić. Wybrawszy tedy biskupa z grona poddanych i obywateli polskich, osadziwszy go w Polsce, dawszy pod jego jurysdykcję poddanych polskich, wykluczono go spod wszelkiej zależności i kontroli rządu polskiego. Nie dość tego, obrządek konsekracji odbył się także poza granicami Rzeczypospolitej. Dopiero po dokonaniu wszystkiego, osobnym reskryptem na imię swego posła poleciła carowa zawiadomić o tym rząd polski. Oświadczyła ona, że łożąc niestrudzone starania o utrzymanie w całości prawowiernego kościoła greckiego w państwach Rzeczypospolitej polskiej, upatrzyła i wyniosła na tę godność archimandrytę monasteru słuckiego i poleciła posłowi uwiadomić o tym Króla Jegomości i jego ministerium.

    Wybrany wolą obcej monarchini na krzesło biskupie, pominął Sadkowski zupełnie rząd i króla w Polsce, a do carowej napisał: „Ogłoszę owczarni swojej jako ty jedna, po Bogu, jej i moja obrona, protekcya i ucieczka; jako twoją mądrością średnia ściana, dzieląca cerkiew zachodnią od wschodniej, obali się i te obydwie będą jedno”. Stanisław August przyjął ten wyrok najdostojniejszej monarchini, skierowany przeciwko powadze państwowej Rzeczypospolitej, z pokorą i w milczeniu, jak gdyby lekceważenie nie dotykało ani jego ani Rzeczypospolitej. Osobnym imiennym reskryptem na imię Sadkowskiego ogłosił, że osądził za rzecz potrzebną i sprawiedliwą jednemu z prałatów wschodniego obrządku, w krajach Rzeczypospolitej substytencję swoją mającemu, rząd i zwierzchność nad duchowieństwem greckim i ludem świeckim powierzyć, oddać i poruczyć. Reskryptem powyższym nadał moc i siłę nowemu biskupowi, kreowanemu za granicą, działać i rozporządzać się w krajach Rzeczypospolitej — na jej szkodę. Że do tego dążyła polityka Rosji, to się zaprzeczyć nie da, a najlepszym dowodem jest przysięga konsekracyjna nowego biskupa, w której nie było ani słowa o Polsce, ale natomiast przyobiecane bezwzględne posłuszeństwo dla Rosji i obrona jej interesów. Sadkowski uroczyście zobowiązał się być posłusznym zawsze „najświętszemu rządzącemu cało-rosyjskiemu synodowi, jako legalnej zwierzchności”, zobowiązał się w razie zapozwania przez synod, stawić się bez względu nawet na to, gdyby to życzeniem było prawowitego monarchy i znalazło opór śród ludności. Zgodził się on administrować diecezję swoją według woli „najświętszego rządzącego rosyjskiego synodu” w państwie polskim i przyrzekł najuroczyściej „dopomagać do tego wszystkiego co się Jej Imperatorskiej Mości wiernej służby i awantażu krajowego we wszystkich przypadkach tykać może, o damnifikacyi zaś interesu Jej Imperatorskiej Mości, stracie i upadku, jak tylko o tem dowiem się, nie tylko wcześnie oznajmię lecz i wszystkiemi sposobami odwracać i nie dopuszczać starać się będę”.

  3. Piotrx said

    Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    Część 3
    .
    Melchizedek Znaczko-Jaworski i jego pierwsze występy

    Przytoczyliśmy kilka wybitnych rysów zachowania się i postępowania biskupa mohylewskiego i ucznia jego Sadkowskiego, które dostatecznie wyjaśniają o ile i w jakim stopniu obaj ci przedstawiciele „prawosławija” w Polsce zajęli wrogie stanowisko względem własnej ojczyzny. Korzystając z niesnasków i sporów osobistych, że tak powiem, między dwoma obrządkami, których, niestety, nie brak było w państwie słabym politycznie i wewnętrznie, prowadzili oni agitację antypaństwową i przyczyniali się do mącenia pokoju religijnego na korzyść i pożytek sąsiedniej potencji. Do połowy XVIII w. kresowe prowincje Rzeczypospolitej wolne były od zaczynu niezadowolenia religijnego, które fanatyzm i ciemnota, połączone z celami osobistymi, w ciągu kilku lat zdołały rozdmuchać w pożar społeczny. Wkrótce jednak potem wystąpił na widownię człowiek nadzwyczajnej ambicji i energii, który, zapatrzony w Koniskiego, po-zazdrościł mu laurów. Sam działał za setki. Czynny, sprę-żysty, chłodny, dziki i mściwy, pozbawiony najważniejszych cnót chrześcijańskich — pokory, miłości i prawdy, umiał za pomocą obłudy rozbudzić fanatyzm śród społeczeństwa zupełnie niezdolnego do fanatyzmu; umiał wmówić męczeństwo tam gdzie były karane przestępstwa; umiał ubrać w pozory prześladowania walki duchowieństwa dwu obrządków do prawa na chleb duchowny, a pochwyciwszy nić polityki rosyjskiej, której doniosłości i ważności nie rozumiał nawet, zdziałał na szkodę tego państwa, w którym mieszkał. Człowiekiem tym był mnich, ihumen motroneńskiego monasteru, Melchizedek Znaczko-Jaworski. Zanim o działalności jego mowa będzie, musimy kilka słów powiedzieć o dwóch monasterach: motroneńskim i mosznorskim, które w walce z unii z „błahoczestijem” wybitną rolę odegrały i o tym terenie, na którym zlokalizowała się najpierw walka religijna, a potem odbyły się saturnalia hajdamackie. Dziś miejscowość ta leży w gubernii kijowskiej i obejmuje dwa powiaty, dotykające Dniepru, czerkaski i czehryński. Tworzą one razem wzięte mało co więcej nad 600 kilometrów kwadratowych i należą do najmniej zalesionych. Z północy i zachodu graniczą z powiatami kaniowskim i zwinogrodzkim, a z południa gubernią chersońską. Od północy tej połaci niegdyś Rzeczypospolitej, mianowicie od Mosznów, przez ponizie Białego Jeziora ku Horodyszczom i Mlijowowi, ciągną tak zwane Błota Irdyńskie, dziś prawie zupełnie osuszone, uważane za dawne koryto Dniepru; wzdłuż Dniepru, na piaszczystych wzgórzach, ciągną się rzadkie lasy szpilkowe, a jeszcze rzadsze mieszane — w obu powiatach są tylko kępy leśne. Powiaty owe w pierwszej połowie XIX wieku były kolebką przemysłu cukrowniczego, nic przeto dziwnego, że cukier pożarł wszystkie lasy. W połowie XVIII w. kąt ten Rzeczypospolitej wyglądał zupełnie inaczej i znajdował się w odrębnych warunkach otoczenia. Na północy dotykał on prawie lasu rozgraniczającego obręb Kijowa od reszty Polski, od strony Dniepru łączył się z mało zalesioną, mało zaludnioną z powodu piaszczystej gleby, lecz natomiast gęsto porosłą łozami równiną, która dalej nieco na zachód w żyzny step przeobrażała się. Najniespokojniejsze było pogranicze południowe, od Kryłowa, wzdłuż Taśminy aż ku Targowicy. Ciągnął się tam dziki step, należący do Bohogardowej i Kodackiej Pałanki, nie zamieszkały, nie broniony, posiadający tylko tu i ówdzie, po jarach i dolinach Ingułów i dopływów, zimowiki, pasieki i schroniska niby zaporoskie, a częściej hajdamackie. Czarny Las, rozpoczynający się w kilku milach od Kudaku, wkraczał w granice Rzeczy-pospolitej i jeszcze w połowie XVIII w. wypełniał ogromną przestrzeń kraju, ciągnąc się od Targowicy do Smiły, Olszany i do wierzchowin Ingułu. Przestrzeń, objęta tymi granicami, wynosiła około 2500 km². Niektóre z tych lasów stanowiły odrębną całość i nosiły nazwy: Łebedyński, Motroneński, Mosznohorski i in., a cały kąt nazywał się Smilańszczyzną. Była to miejscowość historyczna w dziejach Kozaczyzny: tu leżały Borowica, Olszana, Kumejki, Subotów, wreszcie Czehryn i Czerkasy, a miały przybyć jeszcze ku wiecznej pamięci Moszny, Łebedyn, Motronin z monasterami.

    W ogóle znajdowało się w tym kąciku sześć monasterów obrządku wschodniego, które, z dala od świata i kontroli państwowej, prowadziły świątobliwy i pustelniczy żywot, rozciągając pieczę o zbawienie dusz gdzie można było. U współczesnych, nie tylko u Polaków, lecz, jak widzieliśmy, u zelatorów „prawosławija”, pozostała o ich moralności bardzo smutna sława. Tak więc: między Matusowem, Szpołą a Turią leżał monaster łebedyński; między Żabotynem a Medwedówką — motroneński; między Mosznami a Czerkasami — mosznohorski, potem szły: kaniowski, korsuński i in.

    Monaster motroneński, który tak smutną rolę odegrał w naszej historii, założony został w końcu XVII lub na po-czątku XVIII w. przez dobrą szlachecką rodzinę Szumlańskich. Utrzymują niektórzy, że wkrótce po założeniu zrujnowany został, prawdopodobnie jednak brakło mu czerńców, których burzliwe czasy na miejscu nie mogły zatrzymać. Jeden z Szumlańskich, „archijerej” perejesławski, Cyryl na imię, przypomniał sobie o nim i zapragnął fundację rodzinną znowu powołać do życia. W tym celu udał się do starosty czehryńskiego Jana Kajetana Jabłonowskiego, w którego dependencji był las Motroneński, i prosił go o pozwolenie odbudowania monasteru. Kiedy to się stało — na pewno nie wiadomo, dość, że monaster przez Cyryla Szumlańskiego z ruin odbudowany został na początku XVIII w., w pierwszym lub drugim dziesięcioleciu. Od owej chwili rozpoczyna się burzliwe życie monasteru. Tamtą stroną szedł wielki szlak hajdamacki, nie mogło przeto nie brać udziału w rozbójniczych najazdach duchowieństwo obrządku wschodniego, nie przewyższające moralnością hajdamaków. Monaster motroneński nie pozostał w tyle — stąd też spotkało go ze strony polskiej pierwsze prześladowanie. Podjazd polski, szukając rabowników, w r. 1726, wtargnął do monasteru i jak zwykle w takich razach dał folgę żołnierskiej swawoli. To dało powód późniejszemu ihumenowi tego monasteru Melchizedekowi do przypomnienia tego pierwszego prześladowania. Znieśli to nieszczęście pokorni mnisi z lekkim sercem, gdyż prawdopodobnie było ono tylko wielkie w oczach Melchizedeka, cierpiącego na manię prześladowczą. Do r. 1741 było cicho — o ile wiemy, a w tym roku dbali o chwałę Bożą czerńcy, znowu udali się z prośbą do księcia Jabłonowskiego o potwierdzenie prawa na restaurację monasteru, które w zawierusze r. 1726 zaginęło. Instancjonował o to mieszczanin miasteczka Medwedówki, Śpiwak, który jeździł we własnym pono interesie do Mariampola, gdzie miał siedzibę swoją Jabłonowski. W ogóle ks. Jabłonowski okazał się wielkim protektorem „błahoczestija”, ze względów zbyt osobistych, gdyż już w r. 1753 pozwolił czerńcom motroneńskim „mieć dependencyę od prawosławnego wschodniego archireja”, mającego siedzibę w Perejesławiu, wbrew prawom i konstytucjom koronnym. Pozyskawszy tak pobłażliwego i wyrozumiałego pro-tektora, trzymali się go oburącz zasłaniając się nim przy każdej sposobności, a nawet sztucznie tę sposobność wywołu-jąc. Toteż książę, ożywiony duchem tolerancji, we dwa lata potem (1755) potwierdził nie tylko to co mnisi nabyli „za prawami” jego, lecz i to, czego nie miał prawa udzielać. W r. 1763 dobra żabotyńskie przeszły z rąk Jabłonowskich do Lubomirskich, a więc i monaster Trojecki motroneński, leżący w granicach tych posiadłości. Lubomirski potwierdził oczywiście także wszystkie „przywileje” — tym bardziej, że ze strony Rzeczypospolitej nikt prawomocności ich nie kontrolował. Była to chwila, kiedy Melchizedek roztoczył swoją opiekę nad „prawosławijem” i rozpoczął się zatarg z unitami, grożący przytułkowi „błahoczestija” przejściem na unię. 15 marca 1765 komisarz Siczyński, przysłany przez archimandrytę owruckiego, oświadczył mnichom motroneńskim, że wkrótce przejdą na unię. O tych zatargach będziemy wszakże mówić później.

    Drugim monasterem, który stanął po stronie Melchizedeka, był mosznohorski Wozniesienski monaster, którego wiceihumen, jeromonach Sadof, zaprzyjaźniony był z Melchizedekiem, a za jego pośrednictwem i radami dobijał się także łaski carowej — nie dobił się jednak. Przed wybuchem Koliszczyzny monaster leżał w granicach dóbr Jana Korybuta Wiszniowieckiego i jak utrzymywał wspomniany już opiekun tego monasteru Sadof, fundowany był przez rodzinę Wiszniowieckich „zdawien” — kiedy wszakże, nie wiadomo. Książę Janusz był wielkim przyjacielem mosznohorskiego monasteru: w roku 1715 nadał mu przywilej zachowania „dawnych obyczajów i wolności”, w roku 1719 dla rozmnożenia chwały Bożej podarował dwa młyny obok monasteru leżące; w 1720 pozwolił — także wbrew konstytucji — w sprawach duchownych podlegać jurysdykcji biskupa perejasławskiego. Po śmierci Janusza Wiszniowieckiego dobra jego przeszły do zięcia Michała Radziwiłła, hetmana litewskiego, a potem do syna Karola, wojewody wileńskiego. W roku 1764 stały się one własnością siostry Karola Radziwiłła Teofili Morawskiej. Ów Siczyński, komisarz archimandryty owruckiego, w r. 1765 to samo powtórzył w mosznohorskim mo-nasterze co mówił Melchizedekowi. Do tego stopnia przestraszyło to obydwóch ihumenów, nie tyle dbałych o religię ile o dobra duchowne w ich władaniu będące i zarząd nimi bez żadnej kontroli, gdyż zniedołężniały starzec Gerwazjusz, biskup perejasławski, pozwalał ze sobą robić co się Melchizedekowi podobało, że porozumiawszy się, postanowili rozpocząć wspólną akcję. Że to było rzeczą układu, wątpliwości nie ulega, bo nawet „prośby” obydwóch, które posłużyły za podstawę skargi na ucisk do synodu petersburskiego, były prawie jednobrzmiące.

    Dwa powyższe monastery, fundowane przez rodziny polskie, utrzymywane łaską i opieką polskich magnatów posuwających hojność swoją do lekkomyślności obywatelskiej, ochraniających „błahoczestije” w imię egoizmu i obojętności religijnej, — stały się kuźnią i ogniskami niepokoju i zdrady państwowej. Widzieliśmy, że na pograniczu z Rosją, od chwili kiedy Dniepr przeciął po połowie Ukrainę, nie było pokoju; tam jak na wirach wodnych bezustannie wrzało w ciągu całego niemal XVIII w., charakter tylko wrzenia zmieniał się: do połowy XVIII w. kwitło tam zbójnictwo kresowe, zwane hajdamaczyzną, a od połowy zawrzała straszna walka, uporczywa, złośliwa, egoistyczna o to, jaką drogą lepiej prowadzić do nieba duszę ciemnego i dzikiego chłopa, który, wychowany na pograniczu tatarskim, karmiony kilkuwiekowymi wpływami islamizmu z pomieszaniem etnicznych pierwiastków, wyrobił w sobie obojętność religijną, zbliżoną do fatalizmu wschodniego.
    W łonie takiego społeczeństwa samowiedza religijna przy pomocy sztucznego fanatyzmu budziła się nie jako objaw potrzeby i siły duchowej człowieka, ale jako środek do walki dwóch światów, dwóch cywilizacyj — wschodu i zachodu. Fanatyzm religijny z jednej i z drugiej strony odgrywał drugo-rzędną rolę, a najmniej silny i najmniej świadomy był śród tych samych warstw, którym losy przeznaczyły odegranie krwawej roli. Ci, którzy jednego dnia rabowali własne cerkwie i obdzierali z szat swoich popów, nie mogli jutro przedzierzgnąć się w obrońców poniewieranej przez nich religii i duchowieństwa. Rzeczywistym i najściślejszym bodźcem do krwawego wybuchu był antagonizm rasowy i państwowy panujący na pograniczu Rosji i Polski, a objawiający się tam z większą wyrazistością i siłą, niż w innych, mniej dogodnych punktach.

    Dwa odrębne pierwiastki państwowe i cywilizacyjne, stojące na pograniczu przeciwko sobie oko w oko, nienawidziły się; ludzie stykający się ze sobą nie rozumieli się, świat duchowy, w którym się jedna i druga strona chowała, był dla każdej z nich najlepszy. Ile razy zbliżały się do siebie, i tam wszędzie gdzie zbliżały się, wybuchła nienawiść i możebność walki, a im strona stykająca się była ciemniej-sza, tym wybuch stawał się gwałtowniejszy. Trzeba było najmniejszej podniety do tego naturalnego usposobienia, ażeby starcie wywołać.Taką podnietę wytwarzać począł powoli wspomniany już kilkakrotnie Melchizedek, ihumen motroneńskiego monasteru. Sam, opętany bardzo interesownym fanatyzmem religijnym, miał niewątpliwie tylko „błahoczestije” na widoku, nie przypuszczając że za pomocą agitacji religijnej wywoła wybuch dzikości, nie dającej się ująć w prawidłowe karby państwowości do tego stopnia, że najluźniejsze węzły wydawały się jej ciężarem nie do zniesienia, a rzucającej się na oślep za każdą lekkomyślną obiecanką i nadzieją. Każdy obo-wiązek państwowy wydawał się czerni ukraińskiej zamachem na wolność, chociaż był tylko zamachem na ukrócenie swa-woli, gdyż wolności w znaczeniu państwowym nie rozumiano. Wśród takiego właśnie społeczeństwa rozpoczął agitację religijną ów smutnej pamięci ihumen motroneński.(…) Późniejsza droga walki, wybrana przez tego ambitnego mnicha, zdaje się wskazywać, że kierowała tym ruchem ręka Koniskiego, który już w roku 1762 uznał nad sobą stanowczo władzę petersburskiego synodu, występując ze skargami nie do polskiej lecz do obcej władzy na wrzekome prześladowania „prawosławija”. Musiało to już następstwem porozumienia jeżeli nie Gerwazjusza z Koniskim, to Melchizedeka, którego wkrótce potem już widzimy prowadzącego wspólną akcję przeciwko Rzeczypospolitej. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że w tym samym czasie Melchizedek prowadzi już systematyczną i obmyślaną „obronę” swoich owieczek, śród których bezustannie się kręci, a pod pozorem obrony odbywa się propaganda nawracania unitów. Lincewski takiej roboty prowadzić nie mógł — był to i starzec niedołężny fizycznie i zbyt oddalony od punktu, w którym agitację prowadzić należało. Ale doskonale do tego celu nadawał się Melchizedek — rzutki, obrotny, ambitny, bezwzględny. Działanie na własną rękę było wszakże niemożebne, ryzykowne i zbytnio zakreślone granicami monasteru. Snadź rozumiał to Melchizedek, bo już w roku 1761 uzyskał od słabego Gerwazjusza polecenie i zastępstwo wizytacji cerkwi „błahoczestywych”, jako też czuwanie nad nimi. Pokorny mnich używał z całą świadomością tego szerokiego pełnomocnictwa dla celów agitacyjnych. Do sprawowania tego urzędu przystąpił jednakże nie bez przygotowania; w sprawie obrony „błahoczestija” ćwiczyć się począł już wcześnie, prawie od początku ihumeństwa. Z początku pośredniczył w przesyłaniu „próśb” do Gerwazjusza o instalację tu lub ówdzie popa „nie kochającego się w pijaństwie”, stawiąc na tych prośbach liczne krzyże za nie umiejących pisać. Przekonał się wkrótce, że tego rodzaju „obrona błahoczestija” idzie za powoli, przeniósł się więc do unitów, którzy nagle poczęli okazywać według jego mniemania chęć powrotu do „błahoczestija”. Zetknięcie było tym łatwiejsze, że wówczas nie potrzebował porozumiewać się z prześladowanymi przez Polaków po rosyjsku, w języku nie-zrozumiałym dla nich, lecz po rusku. To wmieszanie się w sprawy unickie wplątało go w zatarg z władzą duchowieństwa unickiego i zaostrzyło antagonizmy osobiste.

    Ludność w Smilańszczyźnie należała nominalnie do unii, z wyjątkiem kilku monasterów i wsi okolicznych, ale faktycznie żadnego obrządku nie przestrzegano pilnie, skutkiem obojętności ludu na punkcie religii. Najwięcej żarliwości okazywało duchowieństwo unickie, które przewyższało ogólnym wykształceniem poziom włóczęgów wołoskich, pełniących rolę popów w cerkwiach prawosławnych. Otóż Melchizedek podjął zadanie nawracania unitów na „błahoczestije”. Nie ograniczał się on bynajmniej zbieraniem podpisów śród chłopów nie umiejących pisać, lecz jako ihumen motroneńskiego monasteru, mający za sobą wszystkich czerńców — do czasu wszakże — począł zaglądać do cerkwi unickich i pod pozorem ochronienia „błahoczestija” wkręcać się łącznie z „bracią klasztorną” w prawa i przywileje duchowne parochów. Za jego przykładem szedł monaster mosznohorski. Przyciągali oni ku sobie ludność okoliczną do spowiedzi paschalnej, dawali śluby małżeńskie — niekiedy bez dowodu wolności osób, a co ważniejsze poczęli głosić wobec ludu, że Sakramenta święte, administrowane przez parochów, są nieważne i niepożyteczne dla duszy; że ciała pogrzebione przez nich, w dzień zmartwychwstania na sąd ostateczny nie powstaną itp. Na tej wszakże krytym sztychem idącej agitacji Melchizedek nie poprzestał. Chciał on się wykazać gorliwością wobec swoich władz w nawracaniu, zakładał więc i poświęcał nowe cerkwie tam, gdzie pop, z powodu nielicznej gromady, nie mógł mieć dostatecznego materialnego utrzymania. Niezależnie od tego, prowadził agitację między parochami, zachęcając ich do przyjęcia „błahoczestija”, obiecując protekcję Rosji. Zaskarżył go o to do biskupa perejasławskiego surogat korsuński ks. Bazyli Lubiński, jako też czerńców obydwu monasterów (1765). Naturalnie Melchizedek do winy nie przyznał się, zaprzeczając w sposób stanowczy słowom instygatora w imieniu własnym i czerńców obydwu oskarżonych monasterów. Pomimo to jednak Gerwazjusz zabronił mu wtrącania się w sprawy unickie, a był już, jak obaczymy, pod naciskiem Repnina.

    Ale Melchizedeka niepodobna było powstrzymać. Parł go do tej okazji biskup mohylewski Koniski, który już w owym czasie nawiązał stałe i przyjazne stosunki z syno-dem petersburskim. Wkrótce po wstąpieniu na tron Stanisława Augusta, Koniski powziął zamiar otrzymania od no-wego króla potwierdzenia praw i przywilejów greckiej cerkwi w obrębie Rzeczypospolitej. Niewątpliwie między Koniskim, Gerwazjuszem, a Melchizedekiem nastąpiło w tej mierze porozumienie, gdyż w tym czasie kiedy biskup mohylewski wybierał się do Petersburga, prosili także Melchizedek i Sadof Gerwazjusza o pozwolenie wyjazdu do stolicy carów. Co święci ojcowie rozumieli pod potwierdzeniem praw i przywilejów, trudno odgadnąć, gdyż po potwierdzenie jechali nie do Warszawy lecz do „najświętszego synodu”. Ojciec Sadof, namiestnik mosznohorski, zrzekł się wyjazdu na korzyść przyjaciela Melchizedeka, który otrzymał pozwolenie i błogosławieństwo od pasterza swego.

    W Petersburgu zapomniał ihumen o potwiedzeniu praw i przywilejów, ale, po porozumieniu się z Koniskim, wypłynęła natomiast sprawa „obrony błahoczestija”. Duszą całej akcji był biskup mohylewski, którego z dużymi honorami przyjmowano. Skargi były słuchane bardzo pilnie. Chodziło o to, ażeby się one nie przerywały, ażeby do dworu petersburskiego kołatano bezustannie. Trzeba je było na gwałt fabrykować; wszystkie więc burdy, wszystkie zatargi osobiste popów i parochów o runo pasionych owieczek, na gwałt przerabiał na prześladowania religijne. Na Ukrainę pisał także o wiadomości: jeżeli po moim wyjeździe zaszły jakie prześladowania, nadzwyczajnie to do naszej sprawy potrzebne. Minister spraw wewnętrznych Nikita Panin przyjął ich bardzo przychylnie, a w Koniskim pokładał nadzieje wielkie; carowa podarowała do motroneńskiego monasteru księgi i „ryzy”, a biskup mohylewski otrzymał „hramotę” od carowej do króla polskiego.
    Nie trzeba było długo czekać na następstwa tego pobytu. Ledwie obaj obrońcy „błahoczestija” powrócili do domu (1765), kurier przywiózł do Warszawy Mikołajowi Repninowi reskrypt, polecający żądać od dworu polskiego powstrzymania prześladowania. W reskrypcie były powtórzone fakty znane już nam: o liście Siczyńskiego z dodaniem uwagi o odbieraniu cerkwi wschodniego obrządku i o mę-czeniu popów — co miejsca wcale nie miało; przeciwnie, przekonamy się niejednokrotnie, że ofiarą męczeństwa od rozhukanej i sfanatyzowanej czerni padali parochowie uniccy.

    Pospieszał Melchizedek na Ukrainę dla zebrania nowych dowodów prześladowania i zdania sprawy z pobytu swego w Petersburgu, a potem natychmiast ruszył do Warszawy, gdzie się miał zjechać z Koniskim i wspólnie z nim skargami swymi dopomagać Repninowi w jego dyplomatycznej robocie. 6 stycznia st.st. 1766 był już w Warszawie. Atak dyzunitów z dwóch stron, kierowany przez Repnina, pozbawił rząd polski stanowczości, równowagi i spokoju. Potwierdzono przywileje królewskie na monastery smoleńskie, prywatne odrzucono. Był to precedens niezupełnie pomyślny, co zaś do skarg, przedłożonych w imieniu rozmaitych cerkwi i monasterów, uchylono zastępstwo Melchizedeka, żądano wyjaśnień co do miejsca, czasu i osób pokrzywdzonych i odesłano do sądów koronnych. Ta ostatnia okoliczność zmartwiła gorliwego ihumena — właśnie dowodów posiadał za mało. Jął się więc tymczasem do notowania z pamięci owych krzywd i szczęśliwie zdołał naliczyć do 60-ciu. Rejestr ów, który nazywał „extraktem niektórych krzywd” przedłożył Stanisławowi Augustowi. Niektóre z tych „punktów” dowodziły, że istotnie były to najazdy na monastery i czerńców; — brakło tylko wyjaśnienia powodów, bo któraż się strona do winy przyznaje; inne były gołosłowne, w rodzaju tych: ksiądz Głuszyński Tymosza Kobzarenka bił; ksiądz Ławrenty popowi żabotyńskiemu brodę ostrzygł; pop Michał dostał 200 kijów za to że na unię nie przystał itp. Tego rodzaju skargi albo musiały być odrzucone, albo sprawdzone sądownie. Prawdopodobnie rząd polski miał taki zamiar, gdyż żale Melchizedeka odsyłał do sądów, — nie miał wszakże siły wykonania zamiaru.

    Stanisław August zmiękł pod naciskiem Repnina i nie wchodząc w słuszność skarg, pragnął tylko spełnić wolę carowej; polecił tedy podkanclerzemu Młodziejowskiemu, ażeby żądał zaprzestania wizytacji monasteru motroneńskiego leżącego w diecezji włodzimierskiej, a więc będącego pod jurysdykcją metropolity Wołodkowicza, „gdyż to się z polityką zgodzić nie może”. Z tych samych pobudek Stanisław August wydał memoriał (1766, 19 lutego) do metropolity i biskupów unickich z poleceniem zaprzestania prześladowania, powtarzając te same żale i motywy którymi wojował Melchizedek. W liście obu kanclerzów, koronnego i litewskiego do biskupów unickich, zarzuty sformułowane przez Koniskiego i Melchizedeka, zbyt jednostronne, o bezprawnym odbieraniu cerkwi, nie dozwalanej reperacji starych itp. zostały powtórzone. Nic przeto dziwnego, że obaj ci obrońcy kościoła wschodniego, zaopatrzywszy się w kopie przywilejów i listów, mogli zwycięsko powrócić do domu.

    Sprawa jednak prześladowania dyzunitów nie została bynajmniej wyjaśniona; ówcześni mężowie stanu nie rozumieli, że ją trzeba sądzić nie z punktu religijnego, lecz państwowego, wówczas prześladowania religijne znikły by zupełnie i dałyby się sprowadzić, jak to już powiedziałem kilkakrotnie, do walki o chleb powszedni dla duchowieństwa. Największym jednak nieszczęściem całej sprawy wschodniego kościoła było nieuregulowanie jego stosunku należności zarówno do kościoła panującego, jak i unickiego. Unici, zbliżeni do obrządku wschodniego więcej niż do katolicyzmu, który wszakże wszystkimi siłami starał się przyciągnąć ich do siebie, rościli sobie prawo do kontroli i władzy nad monasterami greckimi na Ukrainie; popi wschodniego obrządku od czasów Melchizedeka władzę tę odrzucali.

    Metropolita unicki Wołodkowicz patrzył na tę sprawę z innego stanowiska niż Repnin i Stanisław August; na listy więc i memoriały żadnej uwagi nie zwracał. Tam gdzie rząd rosyjski i idący śladami jego żądań Stanisław August widzieli ucisk i prześladowanie, unicka władza duchowna widziała tylko niekarność, wyłamywanie się spod prawa, wichrzenie pomiędzy ludem, a nawet, skutkiem zbliżenia swego do pola akcji agitacyjnej, dostrzegła to, czego rząd polski nie widział — nasiona przyszłego buntu pod sztandarami mnichów. Z tej też racji Wołodkowicz nie tylko nie zwrócił uwagi na prośby króla i polecenia memoriału, ale przedsięwziął kroki stanowcze, które, gdyby były poparte przez rząd polski, zapobiegły by wielu nieszczęściom.

    Ledwie Melchizedek powrócił z Warszawy do monasteru (w kwietniu 1766), unicki oficjał Mokrzycki zapozwał go przed sąd metropolitalny o nieposłuszeństwo władzy kościelnej i działanie na szkodę cerkwi unickiej. Trzeba pamiętać o tym, że nawracanie unitów na obrządek wschodni było prawnie zakazane; Wołodkiewicz przeto stał na stanowisku prawno-państwowym. Zapozwany był również ihumen monasteru mosznohorskiego. Melchizedek nie stawił się, gdyż uważał dla siebie w innej stronie forum competens. Mimo niestawienia się obwinionych przed sądem, sąd się odbył, świadkowie pod przysięgą przesłuchani, i wyrok z konsystorza metropolitalnego wydany. Melchizedek był oskarżony o gwałtowne odrywanie i namawianie unitów do „błahoczestija”, o budowanie cerkwi bez pozwolenia i potrzeby i obsadzenia ich włóczęgami wołoskimi, a od stron interesowanych pobierał po kilkadziesiąt rubli od gromady lub wsi. Niektóre zbuntowane gromady, olszańska i telepińska, skazane były na wysokie grzywny na korzyść domu misyjnego. Okólnik nakazywał oskarżonym stawić się pod karą w konsystorzu radomyskim, a nieposłusznych polecił przemocą dostawić. Ponieważ w protopopiach czehryńskiej, smilańskiej i moszneńskiej mnóstwo mnichów wraz z mniszkami, wrzekomo wschodniego obrządku, włóczyło się po wsiach i jarmarkach pijąc z chłopami i szerząc nierząd, zarząd konsystorialny postanowił dziesięciu instygatorów, których obowiązkiem było nieposłusznych i włóczęgów chwytać i sądzić, ażeby nierząd, panujący śród duchowieństwa greckiego, zniszczyć.

    Tymczasem Melchizedek prowadził dalej niezmiernie żywą agitację i przemyśliwał nad sposobami posunięcia rozpoczętej sprawy „obrony”, a właściwie zupełnego oderwania się od Rzeczypospolitej. Wszystkie one ściągały się do tego, ażeby rząd rosyjski zainteresować i zmusić niejako do wystąpienia. Kto wie, czy w ambitnej głowie czerńca nie powstała myśl o tiarze biskupiej, takiej samej jaką przyozdobił swoją głowę Koniski. Tak czy inaczej, dość że Melchizedek nie ustawał ani na chwilę, podróżował ustawicznie, włościan do oporu władzy duchownej unickiej potajemnie namawiał, nie przewidując może co się z tego urodzi; popów wyświęcał, cerkwie budował, — jednym słowem organizował zuchwale i bezkarnie opozycję państwową, a władza cywilna pozostawiła go zupełnie w spokoju. Za jego pośrednictwem utworzony został bez wiedzy Rzeczypospolitej w Czehrynie zarząd duchowny prawosławny, którym kierował, a z polecenia Gerwazjusza stanął na czele spraw duchowych cerkwi ukraińskich. Gdy więc był zajęty podróżami w celu wynajdywania lub wytwarzania krzywd „błahoczestiju” czynionych, echo bezustannej jego agitacji zaniepokoiło rząd i garstkę obywateli; skutkiem tego weszła na początku lipca 1766 r. w granice Smilańszczyzny część partii ukraińskiej pod dowództwem Ignacego Woronicza i stanęła obozem pod Olszaną, w centrum panującego wrzenia. Melchizedek nie omieszkał z tego skorzystać i wydał do ludności niezmiernie zręczny okólnik, zachęcając ją do spokojnego zachowania się i odpierając zarzuty fikcyjne jakoby wojsko polskie wkroczyło w Smilańszczyznę w celu prześladowania prawosławnych. Samo uspokajanie i podsuwanie pewnych myśli, stylem listów apo-stolskich pisane, już było iskrą, wywołującą niepokój i wrze-nie, zważywszy że ciemna masa ludowa zawsze bierze domysły i pragnienia za rzeczywistość. (…)

    Powrót Melchizedeka dodał mu tylko blasku męczeńskiego i zjednał na całej Ukrainie niezmierną popularność. Nawracanie na prawosławie i nawracanie się dobrowolne wzmogło się, a równocześnie wzmagał się niepokój między ludnością, drażnioną i podniecaną fanatyzmem religijnym z obu stron. Popi, którzy pragnęli utrzymać „błahoczestije” w swoich parafiach, wymyślali co mogli najgorszego na unitów; parochowie to samo robili względem popów. Ludność miejscowa, podniecana z jednej lub drugiej strony, brała w tych walkach udział, nie domyślając się nawet, że duchowieństwo obu obrządków walczy nie o ich dusze, lecz o chleb powszedni. Tymczasem zarówno lud, jak wszystkie inne warstwy miejscowego społeczeństwa, rozgoryczały się wzajemnie, nienawidziły się, obrzucały się obelgami, przenosząc zelozję religijną lub fanatyzm na pole nienawiści narodowościowej — co wcale trudne nie było tam. (…)

    W pierwszych dniach października roku 1766 miał się zebrać sejm w Warszawie, na który przygotowana już była do wniesienia sprawa drażliwa, obłudnie rozumiana i przebiegle prowadzona na szkodę Rzeczypospolitej — obrony dysydentów. Rdzeń jej tkwił w zaborczej polityce Rosji, a Koniski i Melchizedek przygotowali materiał do przekonania całego świata o istniejącym w Polsce prześladowaniu religijnym. Polityka istotna schowana była na dnie skrytki ubranej pozorami religii i wolności sumienia. Z dzisiejszego oddalenia historycznego takie hasła wydają się ironią, a jednak one były prawdziwe i służyły najpotężniejszym pretekstem do zasłonięcia przed światem zbrodni politycznych. Rozejrzyjmy się w ogólnych, wybitniejszych rysach przebiegu tej sprawy, związanej z ostatnim aktem wybuchu hajdamackiego, ażeby poznawszy przyczynę, poznać następstwa. Już od lat kilku, przed wstąpieniem na tron Stanisława Augusta, lichej, bezbarwnej i bezwłasnowolnej kreatury Katarzyny II, gabinet petersburski przypomniał sobie sprawę dysydencką, a właściwie sprawę obrządku greckiego, która niejednokrotnie oddała duże usługi polityce Rosji w stosunku do Polski. Wywołaniem niesnasków religijnych i drażnieniem uczuć obywatelskich zajmował się już od dawna Koninski, oddany czy zaprzedany Rosji i przygotawiał w ten sposób grunt dla nowego stronnictwa niezadowolonych.

    Na Ukrainie nie istniała jeszcze wówczas kwestia dyzunicka wcale. Trwał taki nastrój około lat dziesięciu aż do roku 1766, w którym i na Ukrainie sprawa innowierców dojrzała. Jak była postawiona, budzona i jak dojrzewała, — widzieliśmy. W r. 1766 Rosja uznała, że cała sprawa jest już gotowa. Pragnąc połowę obywateli Rzeczypospolitej mieć za sobą, poleciła Repninowi wnieść ją na sejmie w sposób stanowczy, żądając równouprawnienia katolików z dysydentami, a dążąc do tego, ażeby w łono sejmu wprowadzić jak najwięcej ludzi oddanych sobie, pod płaszczykiem wyznania greckiego. Już w przededniu sejmu Repnin wystąpił w sposób brutalny, żądając od króla przyrzeczenia, że ultimatum jego w tej sprawie przyjęte będzie, grożąc w razie nieprzyjęcia wkroczeniem w granice Rzeczypospolitej wojsk rosyjskich. Nie będę wchodził w szczegóły tej kontrowersji, która jest przedmiotem badań i rozstrząsania politycznej historii narodu polskiego, wspomnieć tylko muszę że król szczęśliwie oparł się naleganiom Repnina. I nie mógł nie oprzeć się. Widział że naród polski cały, z wyjątkiem nielicznej grupy jego przed-stawicieli sejmowych, jak to się nieraz zdarzało, jest przeciwny sprawie różnowierców, nie dlatego ażeby pobłażliwości religijnej nie posiadał w sobie, lecz wiedział do czego życzenia Moskwy zdążają; następnie napotkał opór ze strony nuncjusza papieskiego, który występując przeciwko zasadzie rozszerzania tolerancji religijnej, widział w tym jedynie drogę do coraz większych uroszczeń. Interes religii schodził się tutaj z interesem ochrony samobytu narodowego. Na tym stanowisku opozycyjnym król nie umiał ani utrzymać się z powagą, ani wytrwać. Napisał przeto nacechowany pokorą list do carowej, przedstawiając jej swoje położenie dwoiste między życzliwością dla niej i niemożebnością spełnienia groźnych życzeń Repnina i błagający o litość. List ten wywołał odpowiedź lekceważącą, a Repnin, za pomocą egzekucji w dobrach nieprzychylnych sobie posłów, zmuszał ich do powolności.
    Wszystko to się działo jako akt przygotowawczy. Właściwe arcydzieło miał zainscenizować dopiero Repnin i uczynił to na posłuchaniu 4 listopada. Z niezwykłą zuchwałością wystąpił z mową do króla, po rosyjsku, mieszając do zdawkowych komplementów, skierowanych do króla, żądanie carowej stanowczego załatwienia sprawy dysydentów. Deklaracja moskiewska, dotycząca dyzunitów, wyrażała dezyderaty swoje, które dadzą się ująć w następujące pozycje: zwrot nieprawnie zabranych cerkwi, budowa nowych i reparacje dozwolone, wolność odprawowania nabożeństwa i obrzędów bez przeszkód miejscowej jurysdykcji duchownej; aby księża katoliccy nie pobierali opłat dowolnych za chrzty, pogrzeby etc. innowierców; aby w Mohylewie założono seminarium greckie; biskupstwo białoruskie aby należało do dyzunitów; aby księża dyzuniccy nie byli pociągani do duchownych sądów katolickich; aby między różnowiercami nie zabraniano związków małżeńskich mieszanych. Oprócz tego domagała się carowa przywrócenia dawnych praw i swobód dyzunitom. Rezydenci angielski i duński poparli te żądania i w ten sposób sprawa dyzunitów została postawiona w sejmie. Sejm powierzył biskupom sformułowanie projektu o dysydentach. Król już nie mieszał się do niczego, pomimo naporu Repnina. Projekt ów brzmiał: „Chcąc jak najgruntowniej wiarę naszą świętą katolicką rzymską przeciwko dysydentom i dyzunitom ubezpieczyć, prawa wszystkie dawne, osobliwie annorum 1717, 1733, 1736, i ostatnie sejmu convocationis 1764 una cum poenis przeciwko wykraczającym cujus-cunque status et conditionis in toto et per omnia reasumujemy”. Uchwała powyższa była jedynie możebną po zuchwałym wystąpieniu Repnina i po ukazach pisemnych z Petersburga, a wskazywała niejako na przebudzenie się samodzielności państwowej.
    Repnin tak był pewny, że życzeniu carowej stanie się zadość, że kopie swoich żądań, które dopiero przyjęte zostały na sejmie z r. 1768 i weszły do traktatu jako Actus separatus primus, udzielił anticipando Koniskiemu i Melchizedekowi dla dyrektywy na przyszłoś2. To, czego zdołano uniknąć w r. 1766, dzięki żelaznej uporczywości Rosji i bezwłasnowolności zeczypospolitej, nastąpiło, jak obaczymy, w roku 1768.

    Po zasadniczym sformułowaniu projektu uregulowania wzajemnych stosunków religii panującej do dyzunitów i dysydentów, a zatem po odrzuceniu żądań prusko-moskiewskich, biskupi ułożyii regulamin dotyczący obrzędów religijnych dysydentów następujący: wolno wszędzie wykonywać obrzędy religijne gdzie są cerkwie lub zbory; co do dzierżenia cerkwi i zborów utrzymuje się status quo chwile obecnej; mieszkanie dla księży wolno budować; księża dyzuniccy podlegają ustawom królestwa; spory o fundusze rozstrzygają ustawy państwowe; duchowieństwo dyzunickie opłaca podatki według norm dawnych; dziedzice mają prawo prezentowa-nia parochów; dyzunitom wolno w swych parafiach chrzcić, śluby dawać etc. z zastrzeżeniem opłat jura stolae plebanom. Tak więc zamiast praw obywatelskich przyznano tylko tolerancję.

    Że Moskwie nie o tolerancję chodziło, a tym bardziej o równouprawnienie obywatelskie, o którym w owe czasy Rosja nawet pojęcia nie miała, to wątpliwości nie ulega. Znano dobrze miarę i wagę tej dziwnej co najmniej „obrony” uciśnionych dyzunitów, wiedząc doskonale że Moskwa u siebie gnębiła w imię jedności religijnej kilkanaście milionów starowierców. Prusy szerzyły w najlepsze protestantyzm, rabując jawnie kościoły i dochody duchowieństwa katolickiego na rzecz skarbu państwa. Anglia gospodarowała w katolickiej Irlandii po tatarsku, a prześladowania religijne we Francji i Hiszpanii znane były całemu światu.

    Nieprzewidziane i nieoczekiwane zachowanie się izby sejmowej wobec żądań carowej obraziły „szczerą przyjaciółkę” Moskwę i dotknęły do żywego. Trzymała ona w ręku swym lont zapalony, przyłożyła do działa i czekała skutku — lont spalił się, ale działo zwrócone ku kardynalnym prawom Rzeczypospolitej nie wystrzeliło. Próbowała ona jeszcze wzniecić pożar za pomocą zerwania sejmu, ale zgromadzeni przez nią dysydenci w Warszawie nie tylko nie byli posłuszni, lecz przeciwnie, naciskani przez Repnina do stanowczego wystąpienia, oświadczyli, z wyjątkiem dyzunitów, że będą czekać przyjaźniej szych okoliczności. Tak się zachowali obywatele kraju, poznawszy się na intrydze.

    Sprawa dysydentów odłożona została do sejmu extraordynaryjnego, który miał się odbyć w roku następnym 1767. Nie będę mówił o przygotowaniach do tego sejmu, o roli pośrednika, jaką przyjął na siebie król, o nacisku na niego i intrygach Repnina, o presji i gwałtach na obywatelach, którzy nie chcieli popierać planów carowej, widząc w nich zamach na całość i niepodległość Rzeczypospolitej. Przystąpię od razu do sejmu, na którym miała być znowu wniesiona sprawa innowierców i gwarancji. Pierwsza sesja odbyła się 5 października 1767, a charakter i przebieg pozwolił od razu wnioskować, że wszystko pójdzie nie po myśli Repnina. Zjawił się na nim nowy nuncjusz papieski Durini, przemówił do zgromadzonych, zachęcając do obrony wiary i wręczył breve Klemensa XIII do stanu rycerskiego, zachęcając do gorliwości bez względu na groźby i obietnice Rosji. Wywołał on zapał nadzwyczajny i przyrzeczenia stanowcze oparcia się intrydze i przemocy. Taki ogólny nastrój sejmu nie rokował wcale dobrego zakończenia. Repnin zmiarkował co się święci i wolał temporyzować, niż narażać się na nową odmowę. Wystąpił z mową ks. Karol Radziwiłł, która miała przyspo-sobić grunt do uplanowanej już akcji — limity sejmu. Chwaląc „szczerą i nieinteresowaną dla Rzeczypospolitej przyjaźń i łaskawą przychylność Carowej, a widząc jasno wielkie wspaniałości, dobroci i sprawiedliwości jej dowody”, martwił się, że Polacy sprawili jej „nieukontentowanie” dając na propozycje Repnina niepożądane odpowiedzi. Krótko mówiąc, ks. Radziwiłł uważał że carowa gniewa się na Rzeczpospolitę, że trzeba gniew jej ułagodzić, a w tym celu radził usunąć przyczynę gniewu. Rada ta oznaczała, że potrzeba najprzód czekać przybycia posłów, wysłanych przez konferencję do carowej, a następnie wybrać delegację do traktowania z Repninem, która by rezultaty pertraktacji przedłożyła sejmowi. Na to potrzeba było czasu. Łatwo było zrozumieć, do czego ten dziwnego rodzaju człowiek zdążał. Po jego przemówieniu wyszedł na środek izby Matuszewicz, sekretarz sejmowy, i akt limity odczytał. Chwaląc w napuszystym tonie dobre zamiary, a osobliwie bezinteresowne, „szczerej aliantki i przyjaciółki do poprawienia i wzmocnienia sąsiedniego państwa — niebywały w dziejach przykład bezinteresowności”, radził uczynić sprawiedliwość grekom nieunitom i dysydentom i w myśl przemówienia Radziwiłła wybrać pełnomocną delegację do traktowania z Repninem, sejmowe obrady zawiesiwszy. Wywiązały się na ten temat deliberacje — jaka ma być materia do traktowania, jaki zakres, jakie prawa na-dać delegacji. Soityk, biskup krakowski, radził wybrać komi-sję do rozpatrzenia spraw dysydenckich i do wysłuchania zażaleń, Wacław Sierakowski, lwowski, godził się na komisję, z tym jednak zastrzeżeniem, ażeby nie miała potestatem decisivam, lecz zajęła się tylko roztrząsaniem, układaniem, modyfikowaniem krzywd, słowem przysposobiła materiał do przyszłego sejmu. Poparł przemówienie Sierakowskiego Turski, biskup chełmski, godząc się na wysłuchanie przez komisję krzywd dowiedzionych in jure albo in factu, ale zachęcał, ażeby komisarze, zanim krzywd obustronnych nie wysłuchają, nie traktowali z posłem rosyjskim. Nic wszakże te zastrzeżenia i uwagi nie pomogły, gdyż plan postępowania aż do szczegółów był już przez króla, przyjaciół jego i Moskwę przyjęty. Okazało się to z czytania plenipetencji. Nadawała ona zupełną moc i władzę traktowania z Repninem lub z każdym innym przez carowę do tego upoważnionym, pozwalała w układy wchodzić, stanowić, konkludować i podpisywać to wszystko co będzie przez nich uznane za najużyteczniejsze, przyrzekając uznać i ratyfikować to wszyst-ko co oni uczynią i postanowią. Było to zbyt wiele, jak na czasy, kiedy przemoc i przekupstwo mogły każdy czyn, najszkodliwszy dla Rzeczypospolitej, uczynić prawem.

    Po czasie, przeznaczonym na zastanowienie się nad projektem limity i plenipotencji, głos zabrał ksiądz biskup kijowski Załuski, ostro występując przeciwko dysydentom, którzy postępują według zasady Machiavela: chcesz być niewinnym, bądź pierwej oskarżycielem; przypominając że takiej tolerancji, jakiej używają w Polsce, nie posiadają nigdzie, na żadne przeto większe ulgi nie radził pozwalać, z obawy ażeby następstwa nie zaszły zbyt daleko. Nie godził się ani na tenor plenipotencji, ani na akt limity. Po tym przemówieniu, które było zwiastunem niepożądanym, przemówił król, aby izbę uspokoić i do niespodzianki przysposobić. Mówił z górnego tonu — o pracy swojej, o zasługach, o przyszłości, o przychylnym dla niego sądzie potomnych, ale zakończył tym, że trzeba iść dalej obraną drogą. Cały kraj spoił się w konfederację, konfederacja wysłała posłów do carowej, dopraszając się posiłków i gwarancji tak w materii dysydentów, jako i formy rządów, zwołała sejm, wybrała swego marszałka, a zatem musi on sancita konfederacji pełnić i postępować obraną drogą. Ażeby uprzytomnić niedawne żądania i „obraną drogę”, polecił przeczytać credentiales posłów od konfederacji. Przeczytano ów akt, świadczący o błędzie politycznym tych którzy go układali, gdyż był on wyrokiem śmierci na własny kraj podpisanym. (…)

  4. Piotrx said

    Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    Część 4 .

    Bałamucenie się hajdamaków

    Rozpatrzyliśmy wszystkie bliższe i dalsze przyczyny, wpływające na stopniowy rozwój hajdamaczyzny aż do wybuchu Koliszczyzny; teraz w samym fakcie, który uwieńczył długoletnie machinacje rozpatrzyć się musimy. Przede wszystkim tedy zwrócić należy uwagę na bałamuce-nie się hajdamaków, a raczej watażków hajdamackich. Błędny w założeniu, nie był on bezpośrednio materiałem wybuchowym, ale przyczynił się bardzo do rozszerzenia pożaru społecznego, gdyż dał ruchom ludowym ukraińskim podstawę i rację niejako do wystąpienia; nie usprawiedliwiał wprawdzie wybuchu wobec Rzeczypospolitej, ale nadał mu pewną sankcję wobec szerokich mas ludności.

    Mam tu na myśli ukazy, wrzekomo Katarzyny II, którymi niektórzy watażkowie zasłaniali się. Niektórzy historycy wprost twierdzą, że żadnej gramoty nie było. Najodważniejszy z nich, Rewa, w zadzierzystej swojej broszurce, a właściwie w niby krytycznym wstępiedo przekładu pamiętniczka Krebsowej, bez ogródek powiada: w żadnym z zeznań hajdamackich, ani w jednym z doszłych do nas aktów nie ma nawet śladu bodaj wzmianki o istnieniu jakiejkolwiek gramoty. Zapalony admirator hajdamaczyzny, który w krwawych, pełnych dzikości, bez celu politycznego swawolnych wybrykach widział jedynie możebną formę protestu przeciwko zupełnemu „zagarnięciu w niewolę słabych przez silnych” — nie bardzo się snadź rozpatrywał w źródłach dziejowych, bo inaczej byłby niezawodnie ślady podburzenia ludności za pośrednictwem „ukazów” znalazł. Nie tylko wszyscy współcześni pisarze wspominają o tym, ale są dowody i w zeznaniach watażków. Musimy szczegółowo rozpatrzyć się w tych głosach, ażeby wyciągnąć z nich takie wnioski, jakie jedynie możebne. Zacznijmy od Lipomana, dlatego że jest najbliższym chwili dziejowej, która nas teraz zajmuje. Nie brał on wprawdzie w zawierusze hajdamackiej udziału bezpośredniego, z watahami i watażkami nie stykał się, ale znał ludzi, których świadectwo było, wiarogodne, między innymi Kwaśniewskiego, pułkownika smilańskiego. Według tych świadectw, Żeleźniak rozgłaszał, że poddaństwo zniesione, że Ukraina prawo-brzeżna samą tylko kozacką służbę odbywać będzie, a kraj cały zwać się Hetmańszczyzną. Na dowód tego miał on „pokazywać jakieś fałszywe na pergaminie ze złoconemi literami pismo. Pismo to dało powód że istniała „hramota”, którą „złotą” nazwano. Wskazówkę, że jakiś ukaz istniał i na niego powoływano się, znajdujemy u naocznego świadka rzezi humańskiej Tuczapskiego. Opowiada on, że na przyrzeczone i wyproszone bezpieczeństwo, kilku z watahy Żeleźniaka podjechało pod bramę z oświadczeniem, że „temu wojsku bronić się nie można, gdyż jest gwarantki kraju, imperatorowej Katarzyny”. Po tych słowach kazał Gonta, na przekonanie Mładanowicza, rozwinąć chorągwie, na których z jednej strony był wyszyty portret Imperatorowej, na drugiej wypisany ukaz polecający szukanie i rozpędzanie konfederatów. Pomimo bardzo niesympatycznego usposobienia dla Rzeczypospolitej ówczesnego kresowego społeczeństwa, już wówczas budziła się wątpliwość co do prawdziwości owego stosunku z armią rosyjską i prawdziwości ukazu. Lenart, jeden z obecnych owej rozmowie Mładanowicza z watażkami, którą streściliśmy wyżej, bez ogródki powiedział: „Strzelić do szelmy! łże i zwodzi, jak już zwiódł”. — Nie doszło jednak do tego.

    Rulhiere, bardzo bliski tej epoki, który nieraz przedstawiał fakty fałszywie, lecz nastrój współczesnej opinii publicznej malował dobrze, wprost obwinia Rosję o chęć wymordowania szlachty, która podpisała akt konfederacji barskiej. Powiada on że w tym celu carowa wydała ukaz (édit), w którym uskarżała się na prześladowanie religii greckiej, wtrącając tam i Żydów, ażeby i przeciwko nim zemstę wywołać. Ukaz ten miał być wydany dowódcy Zaporożców Żeleźniakowi, a watażkowie hajdamaccy w rabunku i morderstwie zasłaniali się owym ukazem przed ofiarami rosyjskimi. Istnienie ukazów, które większość ludu brała za rzeczywiste, pozostało we wspomnieniach starców. Jedno z takich opowiadań przywiązane jest do napadu hajdamaków na Czerkasy pod wodzą Maksyma Szyła. Watażka miał zawołać przed siebie gubernatora, a sam siedząc na koniu, „czytał mu ukaz Carowej, polecający wyrżnięcie wszystkich żydów i Lachów na Ukrainie — co do nogi”. Równie ciekawą wzmiankę o istnieniu złotej hramoty znajdujemy w opowiadaniu współczesnego świadka, spisanym przez Kulisza. Semen Neżywy, jeden z watażków Koliszczyzny, jeździł na Sicz i głosił że „otrzymał pozwolenie zbierania czaty (watahy, szajki, kupy), której ma zostać dowódcą i iść z nią do Polski na wyrżnięcie Lachów i Żydów”.

    W ten sposób przedstawiały się opowiadania współczesnych lub bardzo bliskich tej epoce ludzi o istnieniu ukazów i ich treści. Obaczmy teraz jak wygląda ten fakt według dokumentów. Głównym źródłem służą tutaj zeznania hajdamaków i watażków, działających często pod wpływem ukazu i zasłaniających się nim. Tak sobie postępował Sawa Saczek. Zbierał on w Bohusławiu w r. 1768 watahę, którą zaprowadził do Błoszczyniec do Szwaczki, a z nim wspólnie miał uderzyć na Białą Cerkiew. Zaszło tam jakieś nieporozumienie między watażkami, bo gdy do Błoszczyniec przybył, Szwaczka kazał go, jako nieposłusznego, rozstrzelać. Wyrok natychmiast wykonano. Saczek padł pod kulami hajdamackimi, ale że okazywał jeszcze znaki życia, kazano go więc wy-spowiadać, po czym kilka dni przeleżał u popa błoszczynieckiego, a wreszcie odwieziony został do wsi Rokitny, do krewnych. Dalsze jego losy już nas nie interesują, gdyż z widowni działalności hajdamackiej usunął się. Chodzi nam tylko o jego działalność jako werbownika watahy. Szczegóły o tym opowiada na zeznaniu Wasyl Żurba, będący „na posłuszaniu” w Kijowsko-Sofijskim monasterze. Poszedł on odwiedzić krewnych do Zaborza i w zaborskim lesie spotkał się z watahą, będącą pod dowództwem Sawy Saczka. Było to w jesieni 1768 r. — w „Pilipówkę” Saczek miał pod sobą stu hajdamaków i z nimi przekradał się koło posterunku w Motowidłówce do Polski dla rabunku, gdy się z Żurbą spotkał. Począł go namawiać aby z nim poszedł, mówiąc że „posiada ukaz, na mocy którego ma prawo Polaków i żydów wykorzeniać za co będą mieli nagrodę”. W tej kupie hajdamackiej był jakiś pisarz — włóczęga z Głuchowa, który prosił o pozwolenie przeczytania tego ukazu, a po przeczytaniu oświadczył Żurbie, że ów ukaz fałszywy. W tym czasie wpadł na nich podjazd polski, rozproszył i niektórych uwięził.

    Śród wybitniejszych watażków Koliszczyzny istnieniem „ukazu” zasłaniał się bezustannie Semen Nieżywy. Czytał on go wobec ludu w Segedyńcach i w Kaniowie, a nawet przed oficerami rosyjskimi mówił wyraźnie, że carowa życzy sobie ażeby wyrżnięto na Ukrainie Lachów i Żydów. Pogłoskami takimi był mocno zaniepokojony hr. Rumiancew, który znalazł się w drażliwej pozycji, nie wiedząc na pewno czy za jego plecami nie wysłano jakich tajemnych instrukcji i poleceń. W jednem z doniesień Katarzynie II pisał z akcentem żalu, że „nie wie czy niewydane zostały wojskom zaporożskim, będącym pod jego dependencyą, jakie osobne polecenia”. Rad był widzieć i posiadać ową złotą gramotę, o której tyle mówiono. Dlatego też, wysyłając dowódcę pułku karabinerów, Protasjewa, przeciwko Nieżywemu pod Kaniów, polecił mu wyłapać hajdamaków i żądać od nich tego ukazu, o którym mówili. Gdyby się znalazł rzeczywiście, Protasjew miał go sztafetą wysłać przy raporcie do Rumiancewa, hajdamaków zatrzymać, a gdyby ów ukaz okazał się wątpliwym lub fałszywym — przysłać ze wszystkimi jeńcami. Zaniepokojenie Rumiancewa, wynikające z obawy ażeby ruch hajdamacki nie poszedł za Dniepr i nie ogarnął posiadłości rosyjskich, było tak wielkie, że na odgłos rozbojów Nieżywego w Kaniowie, gdzie on zasłaniał się ukazem carowej, wprost pisał do atamana koszowego Kalniszewskiego (Kałnysza) zapytując, czy wataha powyższa wyszła samowol-nie czy też może było jakie pisemne rozporządzenie. Autor Krótkiego opisu rzezi w Humaniu utrzymuje, że Kozacy zapo-roscy „zmyślonemi ukazami” bałamucili ludność wiejską. Moszczeński opowiada również o czytaniu przez Żeleźniaka „ukazu niby to Katarzyny Imperatorowej”. Nieznany autor Pamiętnika panowania Stanisława Augusta pisze, że hajdamacy pokazywali oficerom rosyjskim „ukaz imperatorowej”, dodając że nie jest rzeczą pewną czy był fałszowany czy prawdziwy, „to tylko wątpliwości niepodpada że był okazywany”. Wobec tych faktów, któreśmy rozpatrzyli, nie da się zaprzeczyć, że jakiś dokument, noszący nazwę ukazu Katarzyny II, w ręku hajdamaków znajdował się, że w celu bałamucenia łatwowiernych bywał niejednokrotnie używany i że przyczyniał się w sposób nadzwyczajny do rozdmuchiwania zarzewia nienawiści i rozbojów, tym bardziej, że watażkowie umieli wmówić, jakoby to wszystko co robili było życzeniem carowej.

    Teraz nasuwa się pytanie: co to był za dokument i jakiej treści?
    Gramota, o której wspomnieliśmy niejednokrotnie, na którą powoływali się watażkowie, w oryginale lub opisie, nie doszła do nas — i nic dziwnego: ci, którzy nimi posługiwali się, przechowywali je i ukrywali, jako dokumenty wiarogodne mające im służyć niegdyś do usprawiedliwienia się. Co do jej treści, — na dwa punkty tylko musimy zwrócić uwagę, które wrzekomy ukaz obejmował:

    1. obronę religii grecko-wschodniego obrządku i
    2. potrzebę wyrżnięcia wszystkich Lachów i Żydów.

    Żadnych innych zasadniczych motywów i myśli w ukazie nie było.
    Tekst jego po raz pierwszy ukazał się w zbiorze państwowych dokumentów dotyczących Rzeczypospolitej w Paryżu, gdzie wszakże znajduje się oryginał, nie wiadomo. Ponieważ dokument ów wyszedł w przekładzie francuskim, a oryginału pod ręką nie posiadamy, nie możemy sprawdzić, o ile przekład jest dobrze zrobiony; umieszczamy zatem ów przekład w dosłownym brzmieniu:

    (…)

    Nie ulega żadnej wątpliwości, że ukaz powyższy jest fałszywy; nie potrzeba wcale wysilać się na dowody, aby pod-robienie zrozumieć. Człowiek, który go układał, nie znał ani form państwowych, ani tytułów urzędowych — widocznie nie miał z tym do czynienia, a najpewniej nie chodziło mu ani o formy, ani o tytuły. Ale to jest rzeczą niezawodną, że znał on doskonale, że tak powiem, psychologię tłumów dzikich i skłonnych do swawoli. Ludzie, dla których ten ukaz był przeznaczony, nie pytali o formy i tytuły — nazwisko i treść wystarczało im zupełnie. Owe wyrazy „ziemia Tymoszewska” (terre de Tymoszew), gdy w istocie był tylko kureń Tymoszewski do którego Żeleźniak należał; „ziemia niższego Zaporoża” (nos terres du Bas-Zaporogue), gdy używano tylko wyrazów Niż, albo Zaporoże — rażą niewątpliwie każdego niewłaściwością określenia, ale trzeba pamiętać o tym, że mamy do czynienia z przekładem tylko, nie wiadomo jak pod względem ścisłości dokonanym. Nie w tym zresztą rdzeń rzeczy spoczywa. Równie niestosowny jest podpis, a raczej kontrasygnacja koszowego atamana „ze świadkami” (avec les témoins) zamiast, jakby być mogło w skróceniu „z towarzystwem”. Jest jeszcze jeden wzgląd uboczny, wskazujący falsyfikację ukazu, tj. data wydania go — w tej samej prawie chwili kiedy dokonywała się rzeź w Humaniu, ale oczywiście zarzut ten waży tylko wobec innych poważniejszych dowo-dów falsyfikacji, gdyż faktyczne wykonywanie ukazu rozpo-częło się już w maju. Ponieważ tekst żadnego innego ukazu nie doszedł nas, a czytanie jego przed ludnością i kupami hajdamackimi jest faktem dowiedzionym, przeto ukaz, przytoczony przez nas w całości, można uważać jako ten właśnie, którym posługiwali się Żeleźniak, Nieżywy, Saczek i zapewne inni także, tym bardziej, że zawiera on zasadnicze żądania, sformułowane wyżej, a nie pomijane nigdy przez watażków hajdamackich. Jeżeli ukaz, przytoczony przez nas w całości jest fałszywy, nasuwa się pytanie: kto go sfałszował? komu na istnieniu jego najwięcej zależało? komu on był potrzebny?

    Wiadomo, że sprawa dyzunitów, podniesiona przez Rosję i ze względów politycznych tak wytrwale broniona, co do obrządku grecko-wschodniego, znalazła w ihumenie monasteru motroneńskiego Melchizedeku Znaczko-Jaworskim nader gorliwego, wytrwałego, bezwzględnego i fanatycznego obrońcę. Inspirowany przez Koniskiego, a z natury zdolny do intryg, zrozumiał doskonale zasadnicze motywy bieżącej polityki rosyjskiej i w myśl tej polityki działał. Jak to się często zdarza figurom drugorzędnym — w prowadzeniu akcji obrony swego obrządku, przesadzał. Widział on wszędzie prześladowanie, nawet tam gdzie śladów jego z punktu ani państwowego ani religijnego dopatrzyć nie można, a party ambicją odznaczenia się, przypodobania się, a niezawodnie także i wywyższenia się — gdyż miał przed oczyma doskonały przykład w Koniskim, nie posiadał przymiotu bardzo potrzebnego i pożądanego w takich razach — taktu i umiarkowania. Z tej też racji, w czynnościach swoich zarówno urzędowych jak i pozaurzędowych, przesadzał. Stąd też popieranie sprawy dyzunii na Ukrainie łączyło się u niego z drażnieniem wszystkich, z kim się tylko stykał. Nienawidzili go zarówno ci których bronił, jak i ci od których bronił. Zejście z drogi obranej, jako też zmiana sposobu postępowania nie leżały w jego mocy. Przedstawiwszy przeto raz wobec Repnina sprawę dyzunii na kresach południowo-wschod-nich jako rozpaczliwą, a zachęcony przez niego do zbierania faktów nadużyć i prześladowania, — oddał się tej pracy z gorliwością fanatyka, nie hamowanego ani względami, ani uczuciami etycznymi. Wszedłszy na tę drogę, znalazłszy po-parcie w rządzącym Synodzie w Petersburgu, jako też u Repnina w Warszawie, stał się do pewnego stopnia maniakiem idei. Chodziło mu już nie o religię grecko-wschodniego obrządku, której Katarzyna i Repnin bronili na drodze politycznej świetnie i korzystnie, lecz o to że ona jest na Ukrainie prześladowana, że ludność pod wpływem tego prześladowania gotowa jest na jakiś akt rozpaczliwej samoobrony. Zapatrzony w tę swoją ideę, wybryki swawoli hajdamackiej łączył w umyśle, skoślawionym moralnie, z ideą obrony religii, gdy w samej rzeczy lud na punkcie religii widzi i rozumie tylko formy obrządku — nawet dotychczas.

    Melchizedekowi zależało na tym, aby wykazać, że ludność ukraińska z powodu prześladowania religijnego porwała się do buntu, że nienawidzi Lachów i Żydów, jako wrzekomych swoich prześladowców, zawierucha więc w roku 1767 i 1768, popierana, jak widzieliśmy, nie tylko przez niego, jemu wszakże była najbardziej na rękę. Nie złagodzić ją, lecz rozdmuchać pragnął, byle dowieść Repninowi że wszystko to co pisał i mówił, było prawdą. Kto wie przeto, czy w mściwym a fanatycznym jego umyśle nie powstała myśl zwiększenia zawieruchy i nadania piętna religijnego za pomocą fałszywego ukazu. Opinia publiczna ludzi współczesnych obwiniała go o to. Jako dziecko ludu ukraińskiego, pod sukienką zakonną nie zmienił on ani charakteru, ani temperamentu, ani moralności — nawoływanie do zemsty, niemożność i niezdolność dopatrzenia się w hajdamaczyźnie wynaturze-nia pierwiastku moralnego i chęć dowiedzenia coûte que coûte słuszności swoich poglądów, mogły go popchnąć łatwo na drogę tajemnej zbrodni. Rozpatrzmy się w tym fakcie. Jest on zupełnie zgodny z opinią publiczną, obwiniającą Melchizedeka o napisanie owej „złotej hramoty”. Moszczeński pisze: „Ihumen perejesławski (Melchizedek mieszkał od r. 1767. w Perejesławiu, stąd też może błędnie ihumenem perejesławskim nazwany w powyższym okresie) przez zemstę na Polaków za siostrzeńca swego na pal wbitego, namówił Żeleźniaka i jego kompanię żeby oni wojnę religijną w Polsce zaczęli, ponieważ Polacy zrobili konfederacyą w Barze przeciwko ich wierze, i na wielkim arkuszu pergaminowym napisał ukaz do tego stosowny imieniem Imperatorowej, zmyśliwszy jej podpis i pieczęć na laku czerwonym rublem wycisnął, pisząc tytuły Imperatorowej złotemi literami — skąd zapewne i hramota owa złotą nazywała się”. To pismo miał dać Żeleźniakowi, który wymawiał się, że posiada za mało siły i tak wielkiego przedsięwzięcia wykonać nie może. Nabożny ihumen miał zwrócić jego uwagę na to że jest gotowych do rozpoczęcia roboty tysiąc Kozaków, którzy uciekli przed konfederatami, chcącymi ich w pień wyciąć, — ci pójdą zaraz. Byli to niezawodnie owi Kozacy zbiegi spod Białej Cerkwi, których prowadził Tymberski. Żeleźniak usłuchał ihumena, poszedł do owych Kozaków, gramotę pokazał — i zaczął rżnąć Żydów i Lachów, utworzywszy z nadwornych Kozaków pierwsze kadry wojsk hajdamackich.

    Lipoman, z opowiadań Kwaśniewskiego, utrzymywał że o „zrobienie tego pisma” mógł być podejrzany Melchizedek Znaczko Jaworski, trudniący się aptekarstwem, a apteczka przez niego założona istniała jeszcze w roku 1770. Z urządzeniem apteki przez Melchizedeka wiąże się jeszcze imię mnicha motroneńskiego monasteru Mołdowana, który w czasie ihumeństwa Jaworskiego pomagał mu w urządzeniu apteki a równocześnie był pisarzem „archijerejskim”. Maksymowicz „słyszał”, jakoby ów Mołdowan pisał złotą gramotę. To samo miał słyszeć chersoński „archijerej” Innocenty, w czasie wizytacji monasteru motroneńskiego. Nie chodzi tu wszakże bynajmniej o to, kto, że tak powiem, spełnił mechaniczną czynność, lecz kto był jej moralnym sprawcą. Za takiego możemy uznać Melchizedeka, dając wiarę nie tylko bliższym świadectwom, ale świadectwom ludzi, którzy bezpośrednio stykali się z hajdamaczyzną i z monasterem motroneńskim, tym bardziej, że udział w ułożeniu owej gramoty Melchizedeka da się poniekąd dowieść urzędownie. Skalkowski, który miał w ręku archiwum zaporoskie, utrzymuje, opierając się na dokumentach, że ową złotą gramotę przedłożył Melchizedek najprzód koszowemu atamanowi Piotrowi Kalniszewskiemu i że zawierała ona polecenie, ażeby wojsko zaporoskie wszelkimi środkami dopomagało do obrony prześladowanej cerkwi. Koszowy oddał ową gramotę do przeczytania pisarzowi wojskowemu Iwanowi Hłobie. Mądry Kozak przekonał się natychmiast, że jest to dokument fałszowany i doradzał jakoby koszowemu w tej całej sprawie udziału nie brać. Ihumenowi zaś odpowiedziano, że gdyby carowa w samej rzeczy żądała pomocy od Zaporożców, byłaby się niewątpliwie zwróciła do nich nie przez niego, ale przez osobnego posła — jak to bywało „od wieków”.

    Pamięć ludowa przechowała także wspomnienie o tym, że prawdziwym sprawcą fałszerstwa złotej gramoty był ihumen motroneński Melchizedek.
    Wobec tego zdaje się nie ulegać żadnej wątpliwości, że złota gramota, jako pomysł i wykonanie, była dziełem Melchizedeka. Odpowiadała ona w zupełności duchowi jego czynów i myśli.

    Wprawdzie niektórzy pisarze, pragnąc ihumena motroneńskiego oczyścić z tego czynu, utrzymywali naiwnie że nie mógł on wziąść tej hramoty od Katarzyny, gdyż był w Petersburgu w r. 1765 (Szulgin i Lebiedincew); inni fałszywości jej dowodzili datą wydania i rzezi humańskiej — ale fałszywość dat nie zmienia jej doniosłości i nie usuwa winy ani współudziału Melchizedeka. Zrobiła ona swoje — dała nóż do ręki dzikim hajdamackim tłumom, przyniosła sankcję morderstwa i wniosła niepokój do obcego państwa. Jako następstwo zakulisowej intrygi i roboty, zgodnej z duchem polityki Repnina, w ostatecznym rezultacie nie różniła się ona niczym od prawdziwego ukazu — gdyby taki istniał. Życzenia zawarte w niej spełnione zostały, oprócz jednego: wojska rosyjskie nie przyszły z pomocą hajdamakom, bo pożar był zbyt groźny. Gdy się pali, nikt nie pyta na razie, czyja ręka ogień podłożyła, ale najprzód gaszą ogień, aby nie zapalił się dom sąsiada.

    Taką akcję prowadziło wojsko rosyjskie. Współcześni byli z początku tego przekonania, że Rosja pomaga w dziele mordu. Było to wszakże nieprawdą. Rosja za pomocą agitacji przez urzędników swoich i osoby jej oddane, prowadzone świadomie lub nieświadomie w celu pozyskania jak największego wpływu na sprawy i rząd Rzeczypospolitej, przyczyniła się w wysokim stopniu do wywołania hajdamackiego wybuchu. Ani podniesienia ludności wiejskiej z nożem w ręku przeciwko szlachcie i państwu nie życzyła, ani przewidywała jak daleko agitacja Melchizedeka pójść może, bo to co się stało lub stać mogło, było zarówno groźne dla Rosji, jak i dla Polski. Wiemy już skądinąd, że w r. 1767 w całej Małorosji tj. tej części Ukrainy, która odeszła pod panowanie Moskwy, jako też w Siczy, rozpisane były wybory deputatów do komisji, mającej zająć się układem nowych praw. Cały przebieg tych wyborów, jako też treść podań, wniesionych w tej sprawie, dowodziły najlepiej o słusznym niezadowoleniu, panującym w lewobrzeżnej Ukrainie. Szlachta łubieńskiego pułku otwarcie oświadczyła, że ponieważ „Małorosya” w okresie przynależności swojej do Polski używała tych samych praw i przywilejów, jakich używała szlachta polska i Wielkiego Księstwa Litewskiego, żądała tych samych praw. Kozacy różnych pułków w podaniach swoich pisywali „o rzeczach zupełnie do nich nie należących”, a na Siczy, skąd podanie do komisji nie doszło do nas, mówiono głucho, że stosownie do zwyczaju miejscowego, Zaporożcy będą o potrzebach swoich i krzywdach radzić wspólnie i wyślą posła do Senatu. Ponieważ poprzednio już staraliśmy się scharakteryzować ogólne położenie ludności na Ukrainie lewobrzeżnej, przeto do tego przedmiotu wracać nie będziemy.

    Najgroźniejsza jednak była Sicz, posiadająca tradycje wojskowe i organizację, a nie zadowolona bynajmniej z panującego stanu rzeczy. W r. 1768 po dwakroć porywała się ona do broni przeciwko starszyźnie i koszowemu. Osobliwie niepopularny był ataman koszowy Piotr Kalniszewski, zarówno skutkiem swojej surowości względem Kozaków, jak i powolności względem Moskwy, a powolność ta wyrażała się powstrzymywaniem Zaporoża od zbyt daleko idących wybryków. Do tego okresu historii Siczy posiadamy w niewielkiej ilości materiałów i źródeł. Wiemy jednak, że były usiłowania zamordowania Kalniszewskiego (Kałnysza), postawienia na czele Zaporoża Filipa Fiodorowa, wymordowania garnizonu rosyjskiego i szukania „nowych panów”. Ilu było spiskowców i w jakim stopniu wojsko podzielało te przekonania, nie wiemy, to jednak wątpliwości nie ulega, że niezadowolenie było wielkie.

    Zamach wykryty został dzięki, jak zwykle, zdradzie. Jeden z mnichów monasteru w Medwedówce, Ambroży i Kozak jednego z kureni Grzegorz Krenicz, donieśli o tym. Rzecz działa się w pałance Protowczańskiej, w domu niegdyś wojskowego popa Cyryla Tarłowskiego. Kozacy Szczerbinowskiego kurenia, Klim, Cygan i Iwan Storożenko poczęli mówić: „Daj nam Boże tylko przedostać się wszystkim na tamtą stronę Dniepru i dojechać do Siczy a zaraz zwołamy Radę. Upatrzyliśmy już sobie od dawna koszowego Filipa (Fiodorowa), który porządek zrobi, nie taki jak u teraźniejszego Kałnysza. Wybrawszy nowego koszowego, teraźniejszego zamordujemy, bo do czegóż on? Nigdzie nie był, nic nie umie i źle panuje. Starszyznę wojskową, która z nim w zgodzie żyje, także wymordujemy i wybierzemy inną, a wydusiwszy wszystkich ponoć i o Moskalach nie zapomnimy”. Gdy Tarłowski zwrócił uwagę, że przecież przysięgano Moskwie, odpowiedziano mu że „znajdą sobie innych panów, a miejsce gotowe już mają”. Jednym słowem, na Siczy ruch był duży.

    Pułkownik Bohogardowej pałanki Mojsiej Hołowko donosił starszyźnie 15 maja 1768, że znad Ingułu przeszło 30 ludzi wyszło nie wiadomo dokąd, a na zapytanie dokąd idą, odpowiedzieli: „Dokąd Bóg da, tam i pójdziemy”. Pułkownik Prognoińskiej pałanki Fiodor Wielki zawiadamiał, że na drugiej stronie Prognojów (jezior słonych koło Kinburnu) rybałki (robotnicy przy połowie ryb), porzuciwszy swo-ich gospodarzy, przechodzą na turecką stronę za Boh, do Kiślakowej i Hordijowej bałki na tureckiej stronie, i tam gromadzą duże watahy (czaty). Ludzie ci grożą pułkownikowi i starszyźnie — która żąda od kosza pomocy. Niezadowolenie trwało ustawicznie i wybuchło już w grudniu 1768 r. Kozacy, tak zwani siromachy, otworzyli więzienia i napadli na starszyznę, która zdołała umknąć. Skończyło się na zrabowaniu ich majątków. Wrzenie to uspokoił rosyjski kapitan Markowicz. Kalniszewski, powrócony znowu do władzy, prosił rząd rosyjski o stałą załogę moskiewską w Siczy „dla bezpieczeństwa”. Rosja tak była zaniepokojona ciągłymi awanturami w Siczy, jako też możnością rozszerzenia się ruchu hajdamackiego za Dniepr, że powstał projekt przesiedlenia ludności rolnej z prawobrzeżnych pałanek do Małorosji, który do skutku nie doszedł. Położenie rzeczy zaczynało być groźne i te okoliczności skłoniły rząd rosyjski do przedsięwzięcia stanowczych kroków w celu ugaszenia pożaru, wznieconego przez hajdamaków. Ruch stawał się tym roźniejszy, że zasłaniano się fałszywymi ukazami carowej, nawołującymi niejako do ruchu.

    Oprócz przeto akcji wojskowej, z którą zapoznamy się w toku dalszego opowiadania, Katarzyna II wydała ukaz contra hajdamakom. Był to manifest, wydany 9 lipca 1768, kiedy Ukraina była w płomieniach, a 2000 hajdamaków stało pod Humaniem. Carowa ubolewała nad tym, że mieszkańcy Ukrainy po wywalczeniu dla nich praw równości i swobodnego wyznawania religii prawosławnej, zamiast spokojnego korzystania z tych praw, uciekają się do gwałtów. W Petersburgu już wiedziano o tym, że hajdamacy nadużywają imienia „wiernego” wojska zaporoskiego, że kursują fałszywe ukazy, manifest przeto carowej usiłuje sprostować błędne pogło-ski, szerzone po Ukrainie i poleca chwytać i karać hajdamaków. Manifest posiada charakter usprawiedliwiania się. Oświadcza on, że rząd rosyjski nikogo do Polski nie posyłał w celu zachęcania do buntów ludności prawosławnej przeciwko innym wyznaniom; że ci, którzy wydają siebie za oddział wojska zaporoskiego, są zwykłymi zbójami, będą zatem prześladowani i karani; że ci którzy im pomagają, tylko wówczas mogą liczyć na łaskę i miłosierdzie, jeżeli spo-kojnie powrócą do domów lub dopomogą do wyłapywania rozbójników. Manifest powyższy nie usunął podejrzenia współczesnych o współudziale Rosji w rzeziach hajdamackich, ale stał się punktem zwrotnym w ruchu hajdamackim, chwilą od której rozpoczęła się walka obcego państwa w obronie stanowiska państwowego Rzeczypospolitej wobec własnych poddanych.

  5. „UKRAIŃCY MIELI POWODY, BY NAS NIENAWIDZIĆ

    Rozmowa z prof. Adamem Wielomskim na temat „polityki historycznej”, czyli o manipulacji historią przez polityków

    (…) Niestety, polityka historyczna nie skłania do refleksji, a jedynie do bezwolnego powtarzania banałów. Czym częściej się je powtarza, tym szerzej są akceptowane. To jak z reklamami proszków do prania.

    – – Dlaczego bezkrytycznie je „kupujemy”?

    – Nie oczekujmy, że przeciętny człowiek będzie zajmował się badaniami źródłowymi, czy choćby lekturą fachowych opracowań, szczególnie że w zastraszającym tempie w Polsce zanika zdolność czytania ze zrozumieniem, co widać także wśród studentów! I na tym właśnie, na niechęci do czytania i braku rzetelnej wiedzy, wspiera się „polityka historyczna”.
    Poza wąską grupą naszych rodaków – specjalistów w jakichś dziedzinach – ogół społeczeństwa nie zna się na niczym, a jego postrzeganie świata kształtują media i szkoła. Powszechna niewiedza pozwala politykom skutecznie posługiwać się „pokolorowaną”, tendencyjną wersją naszych dziejów jako metodą budowania swej pozycji i legitymizowania dążenia do władzy, ponieważ przedstawiają się jako spadkobiercy wykreowanych sztucznie tradycji politycznych.
    (…)
    – – Ukraińcy też mają swoich „żołnierzy wyklętych” – kombatantów UPA. Czynione im honory słusznie oburzają Polaków?

    – Ukraińcy mieli powody, by nas nienawidzić i mieli swoje racje, aby dążyć do swego niezależnego państwa, jak myśmy dążyli do swojego…

    – – Jednak dominuje myślenie: żołnierz UPA – bandyta…

    – … a oni za takich mają naszych żołnierzy (choćby za akcję „Wisła”). Nie uważam aby takie stereotypy historyczne były czymś złym. Niechęć do „obcych” jest konieczna do kształtowania naszej tożsamości, rozumianej jako „nie-oni”. To jest zdrowe i konieczne, o ile nie przekracza cywilizowanych norm i nie przemienia się w złowieszczą nienawiść zachęcającą do nowych rzezi.
    Mało kto wie, że sławione w naszym hymnie Legiony Dąbrowskiego we włoskiej historiografii są przedstawiane jako formacja gwałcicieli i rabusiów. Każdy naród ma prawo do subiektywnego spojrzenie na własną historię. Uznajemy nasze prawo do tego, uznajmy prawo wszystkich innych.
    (…)
    – – W jaki sposób „polityka historyczna” przekłada się na życie społeczne?

    – Jeśli ośrodkowi władzy uda się uformować jedną „politykę historyczną”, to doprowadzi to do uspokojenia nastrojów, bo społeczeństwo będzie wyznawało wspólną wizję historii wiążącą się z pewnymi wartościami. Jeśli jednak – z czym mamy do czynienia dziś – jest kilka przeciwstawnych sobie „polityk”, to mamy do czynienia z „wojną na historię”, która stanowi przedłużenie totalnej wojny politycznej. Póki ta sterowana polaryzacja będzie skutecznym narzędziem pozyskiwania wyborców, póty wojna będzie trwała. Trumny i nagrobki są znakomitą amunicją polityczną.”

    Źródło: http://prawica.net/29437 (21.03.2012)

    * * *

    No cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że „trumny i nagrobki” w rękach p. Piotrax stanowią tylko osobliwe, lecz niegroźne hobby, a nie „amunicję polityczną” przeciwko dzisiejszym Ukraińcom i ukraińskiemu czy rosyjskiemu prawosławiu.

    Słowianie-chrześcijanie jednoczcie się!

  6. Piotrx said

    Re 5:

    „No cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że “trumny i nagrobki” w rękach p. Piotrax stanowią tylko osobliwe, lecz niegroźne hobby”

    „ruski blog.pl reaktywacja?”

    Motto:
    Prawda to wolność i przyszłość
    Oszustwo to zniewolenie i zagłada

    Co do tytułu „UKRAIŃCY MIELI POWODY, BY NAS NIENAWIDZIĆ”
    Stosując podobną „logikę” równie dobrze można by stwierdzić „Polacy też mieli powody by nienawidzić np. Tatarów”, ale czy prześladowali, wyrzynali i nienawidzili Tatarów polskich potem osiadłych i mieszkających u nas od wieków. Nie, bo ci mimo wcześniejszych swoich zbrodniczych działań wobec Polaków zostali z czasem lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. A tego o sporej części Ukraińców mieszkających na terenie dawnej i obecnej RP powiedzieć się niestety nie da.

    Ciekawiła by mnie także reakcja władz dzisiejszego państwa ukraińskiego, gdyby teraz Tatarzy krymscy zaczęli domagać się np. utworzenia własnego osobnego państwa na Krymie, Chcieli oderwać Krym od dzisiejszej Ukrainy , prowadzili działalność terrorystyczną i dywersyjną współpracując z wywiadami obcych państw, mordowali masowo przedstawicieli innych narodowości mieszkających na Krymie , przedstawicieli władz i urzędników państwowych , niszczyli aktami sabotażu infrastrukturę państwową itd.

    No cóż manipulator ruski.blog.pl staje się coraz bardziej agresywny i bezczelny , podobnie było ostatnio, teraz powrocił znowu stosujac te same metody co kiedyś , zanim zniknął na jakiś czas z Gajówki. Najpierw delikatnie w roznych innych tematach (Węgry) , a potem coraz bardziej zdecydowanie ujawnia swoje prawdziwe antypolskie oblicze. Zamiast merytorycznie ustosunkować się do tresci danego wpisu ( albo prawda albo fałsz, trzeciej możliwości nie ma) umieszcza jeden i ten sam artykuł w kilku rożnych wątkach mający chyba usprawiedliwiać ukraińskie rizuństwo, bo rzeczowych argumentów opartych faktach historycznych w nim jak na lekarstwo Wymowna też jego metoda „walki” z niemiłymi mu opiniami i jednoczesna „reakcja” jednym i tym samym tekstem w kilku wątkach na raz około godziny 4 rano ! ( w tym wielu nie odwiedzanych dawno), czyżby niewygodna prawda go zabolała?.

    Temat mniej lub bardziej uzasadnionych krzywd strony polskiej wobec ukraińskiej jest od wielu lat eksponowany w wielu mediach (począwszy od GW a skończywszy na ukraińskim , utrzymywanym przez polskiego podatnika antypolskim ukraińskim „Naszym Słowie”) natomiast bardzo mało albo prawie nic nie pisze się o krzywdach wyrządzanych przez drugą stronę i o jej winach. O zakłamywaniu w tych mediach stosunków polsko-ukraińskich już nie wspominając. Stad także te wpisy w Gajówce jako jedna z bardzo skromnych reakcji na owe działania.

    Dla mnie autorytetem w sprawach zbrodni i metod stosowanych przez OUN-UPA jest np. śp. prawosławny Ukrainiec dr Wiktor Poliszczuk. śp. prof. E.Prus czy p. Siemaszko a nie prof. Wielomski czy inni podobni „specjaliści” którzy akurat o tym temacie mają niewielkie pojecie.

    „akcję „Wisła””

    A tak na marginesie nie było „akcji” tylko „operacja Wisła”, a członkowie UPA nie byli żadnymi „żołnierzami” , także w świetle prawa międzynarodowego.
    A kpienie z polskich ofiar a szczególnie z ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA /“trumny i nagrobki” w rękach …../ , ktore jest także tematem „tabu” dla kolejnych „polskojezycznych rządow” i jego umniejszanie świadczy dobitnie o autorze. Niechaj więc sobie dalej wystawia świadectwo o sobie samym

  7. […] O ruchach hajdamackich […]

  8. Re 6

    Myślę, że to p. Piotrx (nie nazwę go tu w rewanżu „ruskim Piotremx”) daje w swojej wypowiedzi popis nie tylko manipulacji, ale i najzwyklejszej arogancji.

    Papier jest cierpliwy – powiadają – i przyjmie wszystko, ale to nie znaczy, że p. Piotrx cokolwiek udowodnił swoim brutalnym atakiem ad personam, oprócz własnej niezdolności do uczciwego prowadzenia dyskusji.

    Przede wszystkim fakt, że p. Piotrowix nie podoba się atakowany i obrażany przez niego dyskutant, nie świadczy bynajmniej, że ten dyskutant nie ma racji. Podobnie jest z prof. Wielomskim, albowiem to, że p. Piotrx nie uważa go za autorytet – nie przesądza w najmniejszym stopniu o tym, czy stanowisko Wielomskiego jest, czy nie jest słuszne.

    Pozostawiając więc na boku p. Piotrax i jego niezdrową skłonność do aroganckich ataków ad personam, zastanówmy się dlaczego powinniśmy dziś pilnować, by – jak pisze Wielomski – stereotypy historyczne i niechęć do „obcych” (w tym także do Ukraińców i duchownych prawosławnych) nie przemieniły się w „złowieszczą nienawiść zachęcającą do nowych rzezi”.

    Zasada jest prosta: jeżeli oba chrześcijańskie narody – polski i ukraiński (ale dotyczy to także Litwinów, Białorusinów i Rosjan) – będą stawiały na konfrontację swoich krzywd, na ciągłe rozdrapywanie nigdy nie zabliźnionych ran, na licytowanie się co do stopnia swoich win, na wskrzeszanie rewanżyzmu, na indoktrynowanie młodzieży w duchu nieprzyjaźni – to przecież nigdy nie wydobędziemy się z zaklętego kręgu wzajemnych uprzedzeń i nienawiści, co wcześniej czy później zaowocować może nowymi starciami i ofiarami, a przede wszystkim może uniemożliwić Polakom i Ukraińcom osiągnięcie tych korzyści, które są możliwe dzięki pojednaniu i braterskiej wpółpracy.

    Nie widzę na marucha.wordpress.com zbyt wielu przykładów przełamywania wzajemnych uprzedzeń i podejmowania autentycznej oddolnej współpracy polsko-ukraińskiej, natomiast widzę systematyczne powielanie antagonistycznych schematów przez publicystów takich, jak Piotrx.

    Uważam, że z punktu widzenia polityki PROPOLSKIEJ jest to poważny błąd, gdyż Polacy powinni zrobić wszystko, by ziemie ukraińskie stały się dla nich przyjaznym pomostem w kierunku Rosji, a nie zaporą terytorialną oddzielającą Polaków od Rosji.

    Każdy, kto antagonizuje Polaków i Ukraińców za pomocą historii, przyczynia się do wpychania Ukrainy w ręce Niemiec i zamieniania Polski w pomost dla niemieckiej ekspansji na Wschód – bo tymże właśnie będzie ewentualne przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by powiększać strefę niemieckich wpływów w Europie. Polityka PROPOLSKA w stosunku do Ukrainy powinna polegać na:
    a/ podtrzymywaniu jej niepodległości w obecnym kształcie
    lub
    b/ zachęcaniu Ukrainy do wejścia w skład postulowanej Konfederacji Słowiańskiej (za zgodą Rosji)
    lub
    c/ poparciu wejścia Ukrainy do Unii Euroazjatyckiej.

    W świetle powyższego można łatwo się domyślić, że wszelka propaganda antypolska po stronie ukraińskiej oraz propaganda antyukraińska po stronie polskiej jest na rękę wyłącznie Niemcom oraz Amerykanom, którzy w celu zniszczenia Rosji pragną oderwania Ukrainy od Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej budującej się putinowskiej Unii Euroazjatyckiej – filaru antyamerykańskiej grupy BRICS.

    Nas się z rozmysłem karmi martyrologicznymi, antyukraińskimi i antyrosyjskimi w swej wymowie, wspomnieniami, a tymczasem:

    „NIEMCY PRZEJMUJĄ INICJATYWĘ NA UKRAINIE

    Ukraina i Unia Europejska parafowały 30 marca w Brukseli negocjowaną od 2007 r. umowę stowarzyszeniową. Termin jej podpisania i następnie ratyfikowania przez Radę Najwyższą Ukrainy, Parlament Europejski i parlamenty 27 państw członkowskich UE nie jest znany. Unia, jak i wiele państw członkowskich, uzależnia to od sytuacji politycznej na Ukrainie, żąda zaprzestania umotywowanego politycznie prześladowania opozycji, uwolnienia więźniów politycznych, w tym Julii Tymoszenko i Jurija Łucenki, kontynuowania reform, a także przeprowadzenia uczciwych i przejrzystych wyborów parlamentarnych jesienią br.”

    http://mercurius.myslpolska.pl/2012/04/niemcy-przejmuja-inicjatywe-na-ukrainie/

    Oczywiście, można i z Niemcami „walczyć” przy pomocy argumentów historycznych i przypominać Polakom bez ustanku, ile to milionów naszych rodaków (od czasów Mieszka I począwszy) bezkarnie zamordowali i wynarodowili – ale znacznie lepiej (i efektywniej) będzie jednak szukać w Niemczech chętnych do porozumienia i współpracy (np. w ramach osi Berlin-Moskwa), a jeszcze lepiej znaleźć możliwość odebrania Niemcom możliwości zawierania antypolskich porozumień z Ukraińcami i Rosjanami.

    W tym celu trzeba zwalczyć u siebie bezpłodne, jątrzące tendencje „martyrologiczne” i konfrontacyjne (rusofobiczne) i żądając tego samego od drugiej strony – zacząć się porozumiewać.

    Prosimy zatem o więcej tekstów zdecydowanie sprzyjających takiemu porozumieniu, a tym samym ratowaniu Polski.

Sorry, the comment form is closed at this time.