Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Maverick o Ani dnia, ani godziny
    gd-ap o Co drugi odbiorca zasiłków w N…
    Krzysztof M o Co drugi odbiorca zasiłków w N…
    Krzysztof M o Evo Morales i «białe złoto»…
    Jack Ravenno o Wolne tematy (60 – …
    Wandaluzja.pl o Wolne tematy (60 – …
    Za_granicą_widać_Lep… o Ani dnia, ani godziny
    Ale dlaczego? o Wolne tematy (60 – …
    Archer o Ani dnia, ani godziny
    Piotr B. o Ani dnia, ani godziny
    Zerohero o Wolne tematy (60 – …
    Paulsi o Parlamentarna głupota ma się…
    Jacek o Ani dnia, ani godziny
    Ale dlaczego? o Z Rosją się rozmawia: polskie…
    ? o Wolne tematy (60 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 497 obserwujących.

O ruchach hajdamackich (2)

Posted by Marucha w dniu 2012-04-06 (Piątek)

Nadesłał p. PiotrX – po raz kolejny dziękujemy – admin.

Zob. część pierwszą:
https://marucha.wordpress.com/2012/04/05/o-ruchach-hajdamackich/

Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

Część 2.

Stanowisko społeczeństwa kresowego wobec ruchów hajdamackich

(…) Lud wiejski nie daremnie pierwszą połowę XVIII w. nazwał Ruiną; dla Ukrainy była ona rzeczywiście — ruiną, nie tylko dlatego że w tym okresie kozactwo upadło zupełnie, że ludność przemocą przesiedlano za Dniepr, lecz bezustanne szarpanie i niepokojenie ludności wiejskiej przez hajdamaków ze wszystkich stron, uniemożliwiały wszelką prawidłową i pożyteczną kolonizację, wszelką pracę rolną czyniły bezcelową. Nikt nie pracuje dziś na to, ażeby owoc jego pracy jutro poszedł z dymem, lub majętność przeszła w ręce rabusiów.

Rozpatrywaliśmy dotychczas czynniki obce, które w ruinie bogatego kraju udział brały, o inne potrącaliśmy zaledwie. Nie zawsze jednak ciosy padały z obcego państwa, nie zawsze rozpasanie i swawola były udziałem warstw najmniej ukształconych i najmniej uświadomionych państwowo. Korzystając z braku siły państwowej i sprężystości Rzeczypospolitej, żywioł szlachecki porywał się także do broni nie w obronie kraju, lecz dla jego niszczenia. Brak dostatecznej i surowej kary dla rabowników i hajdamaków, niepewność jutra, otoczenie morzem, na pozór spokojnym, ale skłonnym zawsze do fal i burzy, popychało jednych do samoobrony i do wymierzania sobie sprawiedliwości, a drugich, zdziczałych i zuchwalszych, przerzucało w szeregi najzaciętszych wrogów własnego kraju. Jednych wiodły do tych zbrodni, ledwie nie codziennych, próżniactwo, złe instynkty, chciwość, drugich
— nieokiełznana samowola i brak poszanowania prawa. Swawola szlachecka, rzadko karana, łączyła się tutaj dla zadania klęski krajowi z swawolą chłopską. Jedni lekceważyli prawo, drudzy tylko znali jedną jego potęgę — siłę karzącą. U jednych zuchwałość wypływała z bezkarności, u drugich
— z mieszaniny fatalizmu i dzikości, skutkiem czego tylko używanie chwili dzisiejszej, w sposób najbardziej materialny rozumiane, było dla nich tym celem, dla którego życie własne i cudze jednako lekceważyli.

Szeregiem bezustannych niepokojów w całej Rzeczypospolitej, skutkiem wojen szwedzkich, przechodów wojsk rosyjskich, wichrów kozackich, wreszcie nieporządków, wynikłych z powodu nieprawidłowej i nie kontrolowanej przez państwo kolonizacji, szlacheckie społeczeństwo było także wybite z równowagi i nie łatwo było do niej wrócić. Możni panowie — Lubomirscy, Radziwiłłowie, Sieniawscy, Potoccy, Sanguszkowie, w czasie długo trwającej zawieruchy opuścili kraj, zdając rządy obszernych włości w ręce rzadko prawych i rozumnych gubernatorów; na miejscu pozostała jednowioskowa szlachta, dawni słudzy i urzędnicy lub ich potomstwo, gubernatorowie, posesorowie, mnóstwo żywiołów awanturniczych, zbiegłych Bóg wie skąd, osiadłych na Ukrainie i kolonizujących pustki i stepy w sposób nieraz gwałtowny i zbójecki. Oto byli ci, którzy oko w oko stanąć musieli wobec hajdamackich zapędów, gotowych zawsze mienie ich z dymem puścić i zrabować. Uczciwi i bogatsi padali ofiarą nożów hajdamackich, zuchwalsi bronili się sami, przyjaźnili się z hajdamakami, dla ocalenia własnego mienia, lub nawet w ich szeregach stawali z bronią w ręku. Korzystając z bezustannej zawieruchy, która ich wybijała z karbów normalnego życia, prowadzili zbójeckie rzemiosło, rozbijając na drogach publicznych; inni napadali na wsie i rabowali je jak hajdamacy; niektórzy urządzali zajazdy na własną rękę, nie tylko wymierzając w ten sposób sprawiedliwość sobie, lecz porywając gwałtownie włościan i kolonizując nimi swoje grunta i osady. Nie brak było i takich śród szlachty, którzy stawali na czele watah hajdamackich i plądrowali wewnątrz kraju.

Obóz hajdamaków - rys. J. Kossak

(…)

Józef Moszyński, mający w Skibińcach swój „dworek”, hajdamaczył jak zwykły watażka. Miał on stosunki ze znanym nam już pułkownikiem Polanko vel Polańskim, konsystującym w Humaniu i popierającym ruch Werłana. Zebrawszy watahę hajdamacką, na kilkanaście mil wokół rabował dwory i wsie, zasłaniając się „protekcyą” moskiewską i uznając władzę generał-gubernatora kijowskiego Weisbacha. Tłukł się on po nocach jak Marek po piekle, nie dając spokoju ani mieszkańcom, ani hajdamakom, podkomendnym swoim. „Se łycho ne Lach — skarżyli się między sobą — i sam ne spyt’ i nam ne daje”. Gdy kupę swoją na zbójecką wyprawę wysyłał, a sam pójść nie mógł, błogosławił słowami: „Boże was prowad’! Daj wam Boże put’ dobruju”. Szlachta województwa podolskiego skarżyła się na Jerzego Przesmyckiego „licenciosum, excessivum multorumque criminum patratorem”, który „modo tumultuario cum adscitis sibi cosacis” od wsi do wsi jeździł, rabował i mordował. Wymierzanie sobie sprawiedliwości za pomocą zajazdów było rzeczą powszednią. Franciszek Hołowiński z Kozakami nadwornymi i „cum vario armorum genere” najechał majętność Tretiaka Stanisława, zboże w ziarnie i snopie, bydło, niegoraciznę zabrał. Antoni Dubrawski, podczaszy bracławski, uczynił zajazd w kilkadziesiąt koni na majętność Antoniego Woynarowskiego, skarbnika bracławskiego, postawiwszy na czele watahy jakiegoś hajdamakę Wasyla.

Stosunki z hajdamakami szlachty były bardzo częste. Ile razy sposobność nadarzyła się, nie gardzono bynajmniej okruchami, które wpadały w ręce. Jan Kaczyński, administrator wsi Hładkiewicz, chorążego kijowskiego Pawszy, Piotr Gałęzowski, komisarz tegoż chorążego, złowiwszy hajdamaków, którzy zrabowali bogatego wójta w Machnowiczach, odebrali od nich te pieniądze i zatrzymali przy sobie. Michał i Antoni Juchnowscy na współkę z hajdamakami napadali na wsie i rabowali mieszkańców. „Nobilis” Stanisław Potocki, z Czołkan na Pokuciu, syn Mikołaja, po bardzo burzliwym życiu, zetknął się także z hajdamaką, diakiem Medyńskim i różne z nim miewał konszachty. Tego rodzaju stosunki stawały się prawie nieuniknione tam gdzie kupy hajdamackie grasowały bezkarnie niemal i trzeba było szczęśliwego wypadku, ażeby się który z nich dostał do rąk sprawiedliwości. Można śmiało powiedzieć, że przez cały czas blisko trzydziestoletnich rządów Augusta III nie było na Ukrainie ani chwili spokoju, gdyż hajdamacy rabowali mienie szlachty i własnych współbraci, szlachta walczyła ze sobą i przemocą odbierała sobie osiadłych chłopów, pędząc ich z jednej wsi do drugiej. Mówiłem niejednokrotnie, że obrona kraju, znajdującego w tak nieprawidłowych stosunkach, była niedostateczna. Określenie to nie maluje jednak właściwego stanu rzeczy. Wszystkie zarządzenia bezsilnej, wobec bezsilności państwowej, szlachty, które miały służyć do obrony kraju, były albo niepożyteczne i nieczynne albo wprost szkodliwe.

Rozpatrzmy się w systemie obrony, w jego charakterze, środkach i siłach, jak się on ku połowie XVIII w. przedstawiał. Śród wewnętrznych niepokojów, wywołanych huraganem hajdamaczyzny, wspieranej zręcznie lub tolerowanej skrycie, województwa kresowe znalazły się prawie bez obrony. Przede wszystkim uderzają nas dwa fakty: brak systematycznej i regularnej obrony, brak planu, jako też brak sprężystości. Odpowiedzmy najprzód na pytanie: ile się znajdowało wojska polskiego w województwach kresowych w chwili rozpoczęcia się ruchów hajdamackich na pograniczu. Kitowicz w swoich Pamiętnikach, powiada, że „wojska polskiego za Augusta III było bardzo szczupło; komput jego przez konstytucyę sejmową za Augusta II determinowany, wynosił 12 tysięcy koronnego i 6 tysięcy litewskiego. Suma zatem wszystkiego wojska była 18 tysięcy, ale — dodaje — nigdy tyle nie było, bo choć się wszystkie chorągwie likwidowały w Radomiu i wszystkie regimenta, jednak w każdej chorągwi i w każdym regimencie wiele do kompletu brakowało. Zważywszy jednak, że wojna o tron pochłaniała prawie wszystkie siły wojskowe Rzeczypospolitej, że w czasie rozruchów hajdamackich mowa ciągle tylko o jednym regimentarzu — partii ukraińskiej, — a było prócz tego trzech jeszcze: partii sandomierskiej, małopolskiej i wielkopolskiej, nie bardzo się pomylę, przypuszczając, że w tych województwach kresowych było 1½ do 2 tysięcy żołnierzy różnej broni.

Co do wojska litewskiego, było w nim faktycznie 2–3 tysięcy żołnierza tylko. Jeżeli dodamy do tego, że odrobina ta wojska rozrzucona była na przestrzeni 160 744 kilometrów kw., to znaczy, przyjmując najwyższą możebną liczbę żołnierza, wypadał jeden żołnierz na 80 km². Nic też dziwnego, że hajdamacy przechadzali się po stepach, jak wiatr swobodnie. Regimentarzów, jak wiemy było czterech: jeden partii ukraińskiej, drugi sandomierskiej, trzeci małopolskiej, czwarty wielkopolskiej. Tych kreował według upodobania hetman wielki koronny bardziej dla pompy niż potrzeby, bo prawdę rzekłszy, wszyscy nie mieli nic do czynienia — z wyjątkiem chyba kresowych województw, gdzie rzadko i mało mieli do roboty. W litewskim wojsku nie było regimentarzy, bo nie było co działać, gdyż z 6 tysięcy wojska, które miało, ledwie się znajdowało w istocie dwa lub trzy tysiące pod bronią. Regimentarze byli to, ściśle mówiąc, namiestnicy hetmańscy, pomagający mu dźwigać ciężar pracy, jakoby zbyt wielkiej na jedną głowę rządu wojskowego; gdy w samej rzeczy nie mieli nic do czynienia, jak odbierać raporta od chorągwi i regimentów sobie powierzonych i te przesyłać hetmanowi, a czasem wydać ordynans na asystencję jakiemu urzędnikowi. Pułkownicy chorągwi husarskich i pancernych w Koronie byli tylko tytularnymi, gdyż aktualnych być nie mogło, bo i pułków takich nie było, a chorągiew miała konsystencję jedna od drugiej czasem o 100 mil odległości. Szarże wojskowe były kupne. Jeden pan mógł mieć dwa znaki czyli chorągwie: jedną husarską, drugą inną, pancerną; niektóry mógł mieć i trzy: dwie w Koronie, a jedną w Litwie (…)

Położenie kościoła grekowschodniego do połowy XVIII w.,tj. do zatargu z unitami

WIDZIELIŚMY jaki był religijny nastrój społeczeństwa polskiego w przededniu prawie wybuchu Koliszczyzny, zarówno w tych warstwach, które odznaczały się obojętnością w rzeczach religii i państwa, jak i w szerokich kołach szlachty, nie mających stosunków z dworem i nie zasilającej się współczesną literaturą francuską. Chodzi nam przede wszystkim o owe masy, tworzące warstwy szlacheckie, gdyż fanatyzm śród nich rozbudzony nie pozostał bez wpływu zarówno na cały przebieg sprawy dysydenckiej, będącej na porządku dziennym od chwili wstąpienia na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego, jak i na przebieg jej w tym punkcie, gdzie się zlokalizowała niejako walka unii z obrządkiem wschodnim, tj. na Ukrainie. Nastrój religijny służył podnietą do nienawiści plemiennych, a hasło obrony religii, podniesione przez konfederację barską, przeniosło się do walki dwóch obrządków o prawo do chleba powszedniego, zasłoniętej celami politycznymi. Zanim do skreślenia jej przyjdziemy, musimy poznać w krótkich zarysach położenie religii wschodniej w Rzeczypospolitej, ażeby tym łatwiej zrozumieć, że zarówno w walce ze sobą dwóch obrządków, jak i w dzikich gwałtach hajdamaków, fanatyzm religijny z obu stron odgrywał podrzędną rolę. Wszelkie usiłowania do nadania hajdamaczyźnie cechy wojny religijnej, prześladowanych przeciwko prześladowcom, nie zdołały zetrzeć z ruchu hajdamackiego cech rabownictwa i zbójectwa, wybujałych skutkiem bezsilności rządu polskiego i sprzyjających warunków geograficznych. Motyw zemsty osobistej lub bezgraniczna hulaszczość i tu, jak za czasów Chmielnickiego, w połączeniu z chęcią „pożywy”, staje się górującą ideą owej walki.

Sprawa wrzekomego prześladowania obrządku wschodniego stała się za Katarzyny II osią polityki rosyjskiej, środkiem do wywoływania niesnasków wewnątrz kraju, do jednania sobie ludzi, działając na szkodę Rzeczypospolitej, i do trzymania w ten sposób furtki otworem, przez którą można by było zawsze wejść i wmieszać się w sprawy ościennego państwa. Dla zakrycia tego planu Rosja bardzo zręcznie sprawę wrzekomego prześladowania obrządku greckiego połączyła z ogólną sprawą dysydentów. Krótko mówiąc, Prusy szukały za pomocą innowierców, a przeważnie protestantów, przyjaciół dla siebie wewnątrz Polski, a Rosja do tego samego celu dążyła przez opiekowanie się obrządkiem wschodnim. Protestanci, posiadający rozważnych przewodników i rozumiejący doniosłość obywatelstwa względem kraju, wstrzymali się dyskretnie od intryg i żądań gwałtownych; przywódcy zaś obrządku wschodniego przeszli całkowicie na służbę obcego rządu i skutkiem tego parli całą sprawę do ostateczności. Polska pod względem religii złożona była z dwóch wielkich połów: rzymskich katolików i wyznawców obrządku wschodniego, a od chwili połączenia się z Litwą otaczała obrządek wschodni tolerancją i opieką. Wchodziło to w zakres jej polityki wewnętrznej, stanowiło o jedności i sile państwa, a zadanie to ówcześni mężowie stanu doskonale rozumieli.

Szlachta wyznania greckiego zajmowała najwyższe dostojeństwa w Rzeczypospolitej, nikt się temu bynajmniej nie dziwił, nikt nie przeciwił, a nawet nikt o wyznanie nie pytał. Baczono nie na religię, ale na stanowisko względem państwa każdego urzędnika i obywatela. Walka nie z religią ale z jednostkami rozpoczęła się dopiero wtedy, gdy oni stanęli w kolizji z interesami ogólno-państwowymi.

W przywileju, przywracającym Ziemię Wołyńską do Królestwa Polskiego (1569 r.), zarówno obywatelom wyznania rzymskiego jak i greckiego zachowano dawne przywileje i porównano we wszystkich wolnościach i swobodach. Ściągało się to do województw bracławskiego i wołyńskiego. To samo, w tym samym czasie, miało miejsce względem księstwa kijowskiego. Obiecujemy — pisał przywilej — i powinni będziemy wszech obywatelów i potomków ich tak rzymskiego jak i greckiego zakonu będących, w ich starodawnej czci i dostojności zachować, na urzędy zamków, dzierżaw i dworów naszych przekładać i na ławice rad naszych przepuszczać. Zachowano nawet w stosunkach wewnętrznych pismo ruskie. Na sejmie kapturowym 1573 przyrzeczono beneficja kościołów greckich dawać tylko ludziom tejże wiary.

Konstytucja sejmu w r. 1607 przyrzekła dostojeństwa i dobra duchowne rozdawać według fundacji i dawnego zwyczaju, tj. ludziom szlacheckim narodu ruskiego i religii greckiej, nie czyniąc praejudicium w sumieniu i prawie, nie przeszkadzając odprawowaniu nabożeństwa według dawnych obrządków. Wprowadzenie unii nie przeszkodziło w opiekowaniu się religią grecką. Zapobiegając kłótniom i sporom osobistym pod pozorem religii, które w pierwszych latach panowania Stanisława Augusta tyle nieszczęść na kraj sprowadziły, konstytucja r. 1609 warowała, ażeby ci przełożeni duchowni, którzy unię z Kościołem Rzymskim przyjęli, tym, którzy przestawać z nimi nie chcą i odwrotnie nie czynili sobie wzajemnie żadnych przykrości i ucisków. Uniwersał poborowy z r. 1629 obłożył podatkiem tylko metropolitów, władyków, archimandrytów, ihumenów i popów, zakonnicy wszakże i duchowieństwo soborne, wolne było od podatków. Troszcząc się o to „aby stan duchowny grecki in levipendium nie przychodził”, sejm z r. 1659 uwolnił duchowieństwo Korony i Litwy od wszelkiego poddaństwa, podatków, pańszczyzn, podwód, i robocizn. Konstytucje sejmowe uwolniły duchowieństwo greckie od poborów, stacji, hybern.

Unia, jako akt kościelny, nie wpływała na stanowisko państwowe Rzeczypospolitej względem kościoła greckiego, który był zależny w sprawach religii i wyznania dotyczących od patriarchy wschodniego. Trwała taka zależność bezwzględnie aż do r. 1595, tj. do unii, od owej chwili już tylko niewielka część wyznawców kościoła wschodniego w tej zależności pozostała. W tym czasie wzmagać się i rozrastać się począł żywioł kozacki. Jakimi drogami i jak ten wzrost postępował, należy do historii Kozaczyzny, w tym miejscu przypomnieć tylko należy, że awantura osobista Chmielnickiego, znalazłszy przyjazne do wszelkich awantur otoczenie, rozrosła się w wojnę domową. Rzeczywistej i poważnej przyczyny do tej wojny nie było. Nie chodziło na serio Kozakom o wolność, gdyż znalazłszy się wkrótce pod berłem cara wschodniego, utracili wolność, a nawet resztki wolności, posiadanej za czasów Rzeczypospolitej, a jednak, trzymani mocno, rzadko i niepomyślnie porywali się do broni. Oślepieni łatwymi i niespodziewanymi zwycięstwami nad wojskiem polskim, brnęli pod wpływem upojenia dalej, nie mogąc i nie umiejąc naznaczyć granic żądaniom. Rządzili się ostatecznościami i ulegali ostatecznościom jak narody pozbawione zmysłu państwowego i równowagi umysłowej. Jak w pięćdziesiąt lat potem z pokorą i apatią wschodnią znosili jarzmo niewoli, tak za czasów Chmielnickiego ogarnął ich i porwał za sobą fanatyzm wolności.

Wystąpili oni do walki bez haseł narodowych, prowadzili ją bez idei przewodniej; fanatyzm wolności miotał nimi od brzegu do brzegu, od Polski do Rosji i Turcji, aż nareszcie wystąpili gwałtownie z hasłem obrony religii, która, jak widzieliśmy, wcale prześladowana nie była ze stanowiska państwowego. To co starają się pod kategorią prześladowań podsunąć późniejsi i teraźniejsi historycy szkoły kijowskiej, było rezultatem zatargów osobistych bądź o synekury duchowne bądź o zwykły chleb powszedni. Nie myślę też bynajmniej tą stroną kwestii zajmować się.

Pod sztandarem religijnym przyłączyła się cała Ukraina prawo- i lewobrzeżna do Rosji. W faktycznym jednak władaniu, a później w rzeczywistym została przy Moskwie tylko lewobrzeżna Ukraina z Kijowem i pewnym obrębem koło niego. Z ustąpieniem w roku 1667 Kijowa Moskwie nastąpił punkt zwrotny w stosunkach religijnych wschodniego obrządku Rzeczypospolitej. Macierz grodów ruskich powróciła bardzo rychło do „błahoczestija”, a wówczas rozpoczęło się ciążenie ludności wschodniego obrządku do Kijowa i wytwarzać się wpływ moralny szczególnie na duchowieństwo ruskie Ukrainy, zależne poniekąd od Kijowa i od patriarchy wschodniego w Carogrodzie. Ciążenie do obcych i dalekich centrów religijnych, położonych poza granicami Rzeczypospolitej, nie było wcale w interesie Polski. Usiłowała ona oderwać się od tej zależności tak samo, jak to uczynił Piotr Wielki dla Moskwy, tworząc u siebie najwyższą instytucję dla praw duchownych, najświętszy Synod. Ciągłe wyjazdy duchowieństwa za granicę, do państw wrogo dla Rzeczypospolitej usposobionych, budziły, jak się pokazało, słuszne obawy co do nawiązywania szkodliwych dla państwa stosunków. Konstytucją przeto na sejmie koronacyjnym w r. 1676 postanowioną, zabroniono świeckim i duchownym osobom religii greckiej wyjeżdżać do Carogrodu bez wiadomości i pozwolenia rządu . Nie poprawiło to o tyle ogólnego położenia, że gdy wkrótce potem Piotr Wielki zerwał także z patriarchatem carogrodzkim, duchowieństwo greckiego obrządku jeszcze więcej ciążyć poczęło do Kijowa jako miejsca gdzie kwitły najwyższe szkoły, kształcące duchowieństwo, gdzie się skupiali najwięksi luminarze religii wschodniej i gdzie trwały dotąd nienaruszona, prastare pamiątki, związane z pierwszą dobą przyjęcia religii chrześcijańskiej przez Ruś.

W ten sposób począł się wytwarzać dziwny stosunek obywateli Rzeczypospolitej do obcego państwa, który musiał prędzej czy później do nieprzewidzianej, a raczej przewidzianej, katastrofy doprowadzić. Taki stan przejściowy trwał aż do wstąpienia na tron nieszczęsnego Stanisława Poniatowskiego, niegdyś kochanka Katarzyny II. Już w pierwszych latach panowania tego dziwnego króla zaostrzyła się sprawa dysydentów w ogóle, a sprawa „greko-oryentalnego wyznania” stanęła na ostrzu noża. Dojrzewała ona w cichości, promowana przez Koniskiego, biskupa mohylewskiego, który kwestię wrzekomego prześladowania obrządku wschodniego postawił na porządku dziennym i uczynił wspólnie z Rosją osią stosunku politycznego dwóch państw sąsiednich. On stworzył ognisko agitacyjne, wykształcił ludzi w duchu wrogim dla Polski, wmawiał we wszystkich swoich podwładnych istnienie prześladowania religijnego i biorąc wszelkie spory, nieporozumienia i zatargi osobiste, do których wmieszana była religia, za punkt wyjścia, rozdmuchiwał fanatyzm religijny nie tylko śród ciemnych i niewykształconych popów, lecz również śród ciemnej ludności. Pod pokrywką pokory chrześcijańskiej szerzył zachętę do buntu i oporu, tolerował zdradę państwową, a ludzi obcych i nieświadomych bałamucił istnieniem prześladowania. Był to jeden z tych, którzy poprzedzili Bobrowskich i Siemiaszków, sprzedając za urzędy i zaszczyty swoje i cudze sumienie. Stworzywszy zamęt w własnej diecezji, przerzucił głownię pożaru na Ukrainę i tutaj rozbudził taką samą agitację, jaką prowadził u siebie. On przeto śmiało może być uważany wraz z uczniami swoimi Melchizedekiem, a później Sadkowskim, za ojca duchownego tego krwawego dramatu, który pod imieniem Koliszczyzny, krwią zalał i trupami zaścielił Ukrainę.

Widzieliśmy jakie prawa posiadał w Rzeczypospolitej kościół greckiego obrządku, poznajmy teraz z kilku rysów jak z praw tych korzystali mistrze kształceni przez politykę ościenną i jak zachęcali do korzystania. Nauka szła od Koniskiego i przez Koniskiego. Jakkolwiek obywatel Rzeczypospolitej, posiadający w jej obrębie władzę i dobra ziemskie, występo-wał wobec niej jako tajemny zdrajca, który w państwie silnym i dobrze zorganizowanym powinien był być śmiercią karany. Praca jego na szkodę ojczyzny rozpoczęła się od r. 1757, tj. od chwili objęcia rządów katedry mohylewskiej. Znalazł duchowieństwo w stanie strasznej ciemnoty. „Niektórzy kapłani ani artykułów wiary chrześciańskiej ani mocy prawa Boskiego nie znali”, — rozpoczął tedy wykształcenie polskich poddanych, i pasterzy za pomocą „bukwaru i katechizmu” moskiewskiego, który apoteozował i uznawał inną niż w Polsce władzę duchową i świecką. Pragnąc bliższe nawiązać stosunki z dworem rosyjskim, udał się do Petersburga w r. 1765, a jaki duch nim kierował, widać najlepiej z mowy, mianej do Katarzyny II i następcy tronu Pawła. Już wówczas sprawa dysydentów w Polsce była na porządku polityki Rosji, biskup mohylewski podziękował przeto Jej Imperatorskiej Mości za staranie o cerkwi cierpiącej i za przyjęcie środków na jej obronę. Podziękowanie wydawało mu się jednak czymś niezmiernie małym wobec wspaniałomyślności carowej. „Czyż podziękowanie moje odpowiada takiej dobroczynności? — wołał z patosem obłudnika; takaż to cena cnoty twojej? — Podziękują ci najdzielniejsza protektorko ci sami którzy przez ciebie są protegowanymi, kiedy zamknięci w ciemnicach światło ujrzą, udręczeni ranami — odetchną, rozpierzchnięci do domów powrócą, matki dzieci przyjmą, owce pasterzów obaczą”. Nie sprawdziły się wszakże przepowiednie Koniskiego, „udręczeni” nie przychodzili nigdy sami dziękować carowej za opiekę, a w ich imieniu, chociaż bez ich wiedzy często, dziękowali archimandryci i metropolici, nie żałując ani hiperbol ani metafor poetyckich. W dalszym ciągu tej mowy zachęcał Koniski carowę do dokończenia rozpoczętej obrony. „Nie dopuszczaj cierpiących — wołał — żeby wypaść mieli z cierpliwości w konieczne wykorzenienie, uczyń sobie sławę nieśmiertelną Konstantyna na ziemi, strzeż pięknego tego wieńca apostolskiego, tobie, a nie komu innemu przygotowanego w niebie”.

Pełną tego samego patosu, pochlebstwa i fałszywości była mowa miana do Pawła. Zręczny metropolita nie poprzestał na matce, lecz i synowi nie żałował kadzidła. Powracając do Polski, do swojej owczarni przez wilków (tj. Rzeczpospolitę) rozpraszanej, oddawał trzodę swoją, jednowierczą, z „najgłębszą swego poddaństwa uległością” pod dobroczynną opiekę następcy tronu obcego państwa. Puściwszy wodze pochlebstwu, rad był widzieć w nim drugiego Piotra i mało nie drugiego Pawła Apostoła. Pragnąc zjednać dla siebie jak największą chlubę apostolstwa, dawał swoim podkomendnym rady w jaki sposób mają się zachowywać ażeby jak najrychlej przyłączeni byli do kościoła wschodniego. Radził podawać do władz rządowych „supliki”, a w nich pisać, „że dziadowie i pradziadowie ich byli dawniej prawosławnej greko-rosyjskiej konfesyi i zostawali w dyecezyi Mohylowskiej; że gwałtownie do unii oderwani zostawali, a jeżeli wiadomo przez kogo i kiedy — nieopuścić tego; że oni i do unii przeniesieni, zawsze wiarę grecko-rosyjską utrzymywali i wielokrotnie skrytym sposobem uciekali się do cerkiew w prawosławności pozostałych, za co, gdy się odkryło, byli niemiłosiernie zawsze karani”.

Istniało więc w Polsce biskupstwo dyzunickie, którego działalność była poza granicami wiadomości Rzeczypospolitej; granice zarówno diecezji mohylewskiej jak i kijowskiej nieznane były rządowi polskiemu, a duch biskupa i wszystkie jego czynności nacechowane zdradą państwową. W jaki sposób Koniski propagował poszanowanie i cześć dla Rosji, widać to najlepiej z tej roty przysięgi „ordynujących się kapłanów”, którą wyjął z katechizmu rosyjskiego i rozsyłał do wszystkich parochii w Królestwie polskim. W tej rocie nie tylko nic nie było o Rzeczypospolitej i obowiązkach względem niej — i być nie mogło, — lecz, co ważniejsza, nic nie było o Bogu, ale natomiast całe tyrady odnosiły się do panującego dworu rosyjskiego i carowej. „Przysięgam… iż chcę i powinienem Jej Imperatorskiemu Majestatowi mojej najmiłościwszej wielkiej Pani, Imperatorowej Katarzynie Aleksiejewnie, Samowładczyni Całorosyjskiej i Jej Imperatorskiej Mości Najukochańszemu synowi, panu Cesarzowiczowi i Wielkiemu Książęciu Pawłowi Piotrowiczowi, prawemu całorosyjskiego tronu następcy, wiernie i nieobłudnie służyć”… Tego nie dość. Nowo instalowany pop przysięgał, że „dla przywrócenia i złączenia się z cerkwią w Rosyi wszystkiemi środkami starać się będzie, a o niepoprawiających się i przy uporze swoim trwających, a innych od złączenia się z cerkwią odciągających pismem i słowem przekładać będzie”. Zamiast przeto ducha zgody, wprowadzał do kościoła i państwa ducha szpiegostwa i zdrady.

Takimi hasłami wykształcił on zastępcę sobie, którego promował najprzód na archimandrię słucką, a potem na koadiutorstwo kijowskie. Kiedy Gerwazjusz Lincewski, pod wpływem ambitnego Melchizedeka, ihumena motroneńskiego monasteru w Smilańszczyźnie, przeholował w zelozji religijnej i został usunięty z urzędu, Koniski miał już na jegomiejsce następcę w osobie Sadkowskiego, archimandryty słuckiego. Był to człowiek, który lepiej umiał ukrywać swoje zamiary, posiadał więcej od starca Lincewskiego przebiegłości i wytrwałości. Ukazem synodalnym Jej Imperatorskiej mości Samowładczyni Całorosyjskiej uznano za stosowne „dla pożytku prawosławnej cerkwi greko-rosyjskiej i dla łatwiejszego zasłaniania wyznających religię naszą prawowierną w Polsce” i postanowiono w Petersburgu ażeby był osobny biskup wikarialny z tytułem koadiutora metropolii kijowskiej. Miał nosić ów biskup tytuł perejasławskiego i boryspolskiego, lecz siedzibę dla niego wyznaczono w Święto-Trojeckim słuckim monasterze, do którego przywiązany był tytuł archimandryty. Nie dość tego, że Rosja nominowała w Polsce biskupa bez porozumienia się z rządem i naznaczyła jemu siedzibę, lecz uposażyła go także w pensję 5900 rubli rocznie. Sadkowski, przeznaczony na to biskupstwo, miał być wyświęcony w Kijowie. Oczywiście że nowy biskup, tak samo jak Koniski, zależny materialnie i kościelnie od obcego rządu i państwa, nie mógł być szczerym i wiernym synem własnej ojczyzny.

Całą sprawą „błahoczestija” i obsadzenia stolicy biskupiej nowo utworzonej kierował skrycie a zręcznie Koniski, tak zręcznie, że cała rzecz wyjaśniła się dopiero wówczas, gdy Sadkowskiego, posądzonego o zdradę, chciano aresztować i papiery jego zabrano. Z tych papierów uderzyło nowe światło: pokazało się wszystko, co się działo za plecami Rzeczypospolitej. Koniski, w uwagach przesłanych synodowi, uważał mieszkanie stałe nowego biskupa w Słucku za rzecz potrzebną. Miał już w tym punkcie doświadczenie. Przede wszystkim żądał, aby biskup nosił tytuł koadiutora kijowskiego, a to z tej racji, że „prawowierne” cerkwie i monastery w Polsce na mocy dawnych przywilejów, konstytucji sejmowych, jako też funduszów swoich należały do metropolitów kijowskich lub ich namiestników, którzy nimi rządzili. Ponieważ przedtem nieco, w czasie zatargów unii z „błahoczestijem”, kiedy Melchizedek jeździł ze skargami do Warszawy, ministrowie odpowiedzieli że nie znają biskupa perejasławskiego i jego władzy, a usłuchali dopiero wówczas, gdy Melchizedek oświadczył, że biskup ten jest równocześnie koadiutorem metropolii kijowskiej, — Koniski radził się tego trzymać. Dlatego też archimandryta słucki, otrzymawszy tytuł biskupa, zatrzymał także, a raczej przyjął — namiestnika metropolii kijowskiej.

Koniski udzielał bardzo ciekawych rad temu nowemu dostojnikowi, zalecając w sprawach o krzywdy kościoła porozumiewać się „z respektem” z duchowieństwem rzymskim, unickim, z królem wreszcie, uciekać się pod protekcję pełnomocnego posła rosyjskiego, co jednak żadną miarą nie powinno mieć miejsca „bez wiadomości Najświętszego rządzącego Synodu. Biskup mohylewski doskonale rozumiał politykę Rosji i duchem jej przejął się. Politykę uważał za sprężynę, religię — za bodziec. Broniąc z niezwykłą zelozją „błahoczestija”, któremu brak było na każdym miejscu uczciwych i wykształconych według swego obrządku popów, cichaczem radził archimandrycie słuckiemu, który przyjechał do niego dla wzmocnienia ducha, ażeby seminarium nie zakładał, albowiem w samym mieście Słucku utrzymują seminarium kalwini, bardzo dla cerkwi prawowiernej życzliwi, a więc za bardzo małą pensją mogą kształcić przyszłe duchowieństwo greckie.

W kwestii nawracania unitów nie radził gorączkować, jak to czynili Melchizedek i Gerwazjusz, lecz znosić się „przyzwoicie” z posesorami, prorektorami takich cerkwi. I tu okazał się także duży zmysł polityczny. Największe posesje na Ukrainie należały do Czartoryskich, Poniatowskich, Potockich, Sanguszków i innych magnatów, których nie tyle obchodziło do jakiego wyznania należą „poddani” ich licznych włości, lecz to ażeby nie wywołać w kraju „buntów”, które odbijały się na ich intratach. Odezwanie się do takich potentatów mogło mieć ten skutek, że pozyskiwało się tanim kosztem protektorów przeciwko duchowieństwu rzymskiemu i unickiemu.Śród mnóstwa rad, pełnych przebiegłości i sprytu, znajduje się jedna, która dowodzi, że Koniski znał dobrze wartość swego duchowieństwa: ponieważ w monasterach „błahoczestywych”, unici byli skłonni do samowolności, doradzał przeto postępować z nimi ostro — po prostu rozpędzić tę hołotę i monastery raczej pustką zostawić. Wybrawszy tedy biskupa z grona poddanych i obywateli polskich, osadziwszy go w Polsce, dawszy pod jego jurysdykcję poddanych polskich, wykluczono go spod wszelkiej zależności i kontroli rządu polskiego. Nie dość tego, obrządek konsekracji odbył się także poza granicami Rzeczypospolitej. Dopiero po dokonaniu wszystkiego, osobnym reskryptem na imię swego posła poleciła carowa zawiadomić o tym rząd polski. Oświadczyła ona, że łożąc niestrudzone starania o utrzymanie w całości prawowiernego kościoła greckiego w państwach Rzeczypospolitej polskiej, upatrzyła i wyniosła na tę godność archimandrytę monasteru słuckiego i poleciła posłowi uwiadomić o tym Króla Jegomości i jego ministerium.

Wybrany wolą obcej monarchini na krzesło biskupie, pominął Sadkowski zupełnie rząd i króla w Polsce, a do carowej napisał: „Ogłoszę owczarni swojej jako ty jedna, po Bogu, jej i moja obrona, protekcya i ucieczka; jako twoją mądrością średnia ściana, dzieląca cerkiew zachodnią od wschodniej, obali się i te obydwie będą jedno”. Stanisław August przyjął ten wyrok najdostojniejszej monarchini, skierowany przeciwko powadze państwowej Rzeczypospolitej, z pokorą i w milczeniu, jak gdyby lekceważenie nie dotykało ani jego ani Rzeczypospolitej. Osobnym imiennym reskryptem na imię Sadkowskiego ogłosił, że osądził za rzecz potrzebną i sprawiedliwą jednemu z prałatów wschodniego obrządku, w krajach Rzeczypospolitej substytencję swoją mającemu, rząd i zwierzchność nad duchowieństwem greckim i ludem świeckim powierzyć, oddać i poruczyć. Reskryptem powyższym nadał moc i siłę nowemu biskupowi, kreowanemu za granicą, działać i rozporządzać się w krajach Rzeczypospolitej — na jej szkodę. Że do tego dążyła polityka Rosji, to się zaprzeczyć nie da, a najlepszym dowodem jest przysięga konsekracyjna nowego biskupa, w której nie było ani słowa o Polsce, ale natomiast przyobiecane bezwzględne posłuszeństwo dla Rosji i obrona jej interesów. Sadkowski uroczyście zobowiązał się być posłusznym zawsze „najświętszemu rządzącemu całorosyjskiemu synodowi, jako legalnej zwierzchności”, zobowiązał się w razie zapozwania przez synod, stawić się bez względu nawet na to, gdyby to życzeniem było prawowitego monarchy i znalazło opór śród ludności. Zgodził się on administrować diecezję swoją według woli „najświętszego rządzącego rosyjskiego synodu” w państwie polskim i przyrzekł najuroczyściej „dopomagać do tego wszystkiego co się Jej Imperatorskiej Mości wiernej służby i awantażu krajowego we wszystkich przypadkach tykać może, o damnifikacyi zaś interesu Jej Imperatorskiej Mości, stracie i upadku, jak tylko o tem dowiem się, nie tylko wcześnie oznajmię lecz i wszystkiemi sposobami odwracać i nie dopuszczać starać się będę”.

Komentarze 32 to “O ruchach hajdamackich (2)”

  1. dtzkyyy said

    C.d.n.?

  2. RomanK said

    Moze wystarczy przypomniec, dlaczego doszlo do Powstan Kozackich??? i pacyfikacji Ukrainy???
    Dla uwaznego obserwatora tzw przeksztalcen ustrojowych i wlasnosciowych w Pe Er Elu i Pe ER ELu bis///zjawisko Hajdamaczczyzny jest jakby bardzo bliskim,badz [owinno byc czyms batdzo swojskim i znanym:-)))
    Jeszcze nie wszyscy zapomnieli nazwiska rodzimych Hajdamakow..poslugujacych sie mniejszymi hajdamakami..jak Nikos, Dziad, Pershing, Kielbasa, Baranina.. strach dzis wymienic tych glownych Bagsikow , Gasiorowskich, Kulczykow, Bieleckich,Michnikow, Tokitow. Tuskow, Kaczynskich, Millerow Kwasniewskich . Plazynskch, Gronkiewiczow,Kolodkow Balerowiczow, Komorowskich etc etc … -bo sa otoczeni i majatkiem i slawa i politycznymi koneksjami i zwyklymi bandziorami ,,Kozakami tez zreszta:-)))i siedza w lawach Sejmu..albo kontroluja go z daleka:-)))
    Hajdacy to dosc powszechne zjawisko Bezholowia..w roznych reginach swiata.i procesow transformacji.ustrojowych….gdzie pierwszy milion nalezy ukrasc ! Czyli przeksztalcic z panstwowego, koscielnego, czy klasztornego na prywatne, czyli jednym slowem sprywatyzowac!
    W Cerkwi, jak i w Kosciele- co widac dzis jakoby bardziej wyraznie..tez jest zawsze wielu enterprenuers ze wspomne chocby sprzedaz z poswiecaniem samochodow zamiast clenia, Stelle Maris,czy tez inne…w ktorych nabozni bracia i ojcowie wykazywali sie wiekszym zmyslem kupieckim niz znajomoscia laciy…
    Wytrzasanie sie nad stanem swiadomosci duchownych prawoslawnych 18 wieku widzi sie w troszke innym swietle czytajac bylo nie bylo biskupa , ktory w utworze zwanym Monahomachia pisal:
    W miescie ktorego nazwiska nie pomne
    Nic sie to bowiem do rzeczy nie przyda
    Bylo trzy karczmy, bram cztery ulomli
    Klasztorow dziewiec i gdzie niegdzie domki….
    Tak to juz jakos jest, ze zamiast posprzatac swoja chalupe, latwiej rozpowiadac, ze u sasiada smierdzi:-)))
    To nie Hajdamacy byli powodem rozpadu POlski..ale to gnicie Rzeczypospolitej powodowalo Hajdamaczyzne…
    Zawsze w gnijacych miejscach pojawia sie robactwo…to pierwszy objaw gnicia…
    Gawronski pisal w 1913 roku…dzis po stu latach powtarzanie jego pokrzepien serc….mimo lepszej znajomosci historii ma tylko na celu jedno- usprawiedliwianie… niewybaczalnego.
    To chyba jeden z najgorszych sposobow edukacji…przez oglupianie:-)
    No- ale- jak to zreszta wsrod neoSarmatoff bywa -najwazniejszy bywa wolny wybor samopozucia L0((( !…

    :epiej sie czuc samozadowolonym..niz odpowiedzialnym:-))
    Rzeczywistosci mowimy twardo…Na pohybel!

  3. Piotrx said

    Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    Część 5 .

    Bałamucenie się hajdamaków

    Bezpośredni udział w Koliszczyźnie monasteru motroneńskiego
    i duchowieństwa

    Rozpatrywaliśmy szczegółowo udział duchowieństwa greckiego w awanturach i rozbojach hajdamackich i poznaliśmy ogniska agitacyjne, grupujące się w rozmai-tych monasterach kijowskich. Z chwilą wystąpienia na widownię dziejową Melchizedeka Jaworskiego, ihumena monasteru motroneńskiego, wytwarzać się poczęły ogniska agitacyjne w granicach Rzeczypospolitej. Utworzyły się one, jak i w granicach posiadłości Rosji, poza Siczą, koło monasterów, z których dwa — mosznohorski i motroneński — od-znaczały się bardzo gorliwą i energiczną antypaństwową działalnością. Zważywszy, że w tym kącie Rzeczypospolitej, w którym wybuchła później Koliszczyzna, były bezustanne wrzenia hajdamackie, a zatem grunt dla wszelkich wybryków i swawoli był dostatecznie przygotowany, że walki religijne dwóch obrządków, prowadzone z jednej strony przez Melchizedeka, z drugiej przez oficjała Mokrzyckiego, rozdrażnienie i gotowość do wybuchu podtrzymywały ustawicznie, — nie można się bynajmniej dziwić, że tutaj właśnie panowało największe rozjątrzenie. Do palnego materiału nagromadzonego skutkiem rozmaitych przyczyn, z których od-dalenie od centralnego rządu, a zatem trudna obserwacja rozhukanych żywiołów, mających po bałkach, stepach i uroczyskach schroniska, pograniczna Sicz dokładała także drze-wa niemało. Wszystko to składało się razem na stan ciągłego niezadowolenia, rozgoryczenia i wrzenia, podsycanego prześladowaniem religijnym, mającym charakter nie państwowy, lecz lokalny i dający się sprowadzić, jak to już wypowiedzieliśmy, o walkę nie o dogmaty lecz o chleb powszedni.

    Widzieliśmy, że walką tą kierował zręcznie i energicznie ihumen motroneński, który sam jeden z całego grona ówczesnego duchowieństwa greckiego, będącego pod dependencją biskupstwa perejasławskiego, nie wyłączając Gerwazjusza, rozumiał trochę polityczne znaczenie wywołanego za-targu — o tyle przynajmniej, że godził go z planami i zamiarami Repnina. On przeto miał cele własnej ambicji na widoku, a duchowieństwo, którym poruszał — tylko cele materialne. Rezultat jednak całej akcji był jednolity: wywoływał niechęć do rządu, Polaków i religii rzymskokatolickiej. Widzieliśmy, iż rząd polski i ludność miejscowa polskiego po-chodzenia posądzała niejednokrotnie monastery i mnichów Czehryńszczyzny i Smilańszczyzny o stosunki z hajdamakami, o przechowywanie ich i podmawianie ludności. Posądzenia te nie tak łatwo można było wykryć i wykazać ich istnienie, wobec niezmiernie prymitywnych środków poli-cyjnych w dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, — które wszakże wszędzie wówczas były niedostateczne. Zadanie wykrycia i karania zbrodniarzy i ich współdziałaczy było o tyle trudniejsze, że ludność miejscowa sympatyzowała z hajdamakami, stojąc w ogóle na stopniu moralności nie o wiele różnym od zbójeckich oczajduszów, nie mających pojęcia o poszanowaniu życia, mienia i spokoju bez względu na różnicę religii i narodowości. Rabunek byt ideałem hajdamackim, a „hroszi” tym środkiem, który im dostarczał gorzałki, jako jedynego niemal źródła wesołości. Gdzie i u kogo — u swoich czy u obcych znajdowano te „hroszi” — to dla nich było rzeczą obojętną. Nic dziwnego, że hajdamacy gromadzili się tam, gdzie znajdowali dla siebie zachętę, gdzie czuli się w swojej sferze, gdzie mogli być pewni tajemnicy i gdzie wreszcie mogli znaleść ludzi gotowych do przechowywania zrabowanych rzeczy. Widzieliśmy niejednokrotnie organizujące się w monasterach watahy hajdamackie w okolicach Kijowa. Skupienie się przeto takich samych kup rozbójniczych w monasterach Smilańszczyzny nie było bynajmniej ani rzeczą dziwną, ani nową, ani nadzwyczajną, tym bardziej, że ogólne warunki do takiego skupienia były tutaj daleko lepsze niż gdzie indziej. Zima i wczesna wiosna były najlepszą porą roku do gromadzenia się, zapoznawania się i obmyślania planów, a jak tylko trawa podrosła na tyle, że mogła dostarczyć pożywienia koniom — wyruszano ze swoich kryjówek.

    Geneza zorganizowania się watahy Żeleźniaka niczym się nie różni od powstawania innych oddziałów hajdamackich, tym chyba tylko, że przypadła na pomyślniejszą chwilę, większe niezadowolenie i bałamucenie się ludności miejscowej skutkiem greko-unickich zatargów, agitacji mnichów i zupełne ogołocenie kraju z wojska. Ponieważ wataha Żeleźniaka i on sam odegrali w ruchu Koliszczyzny pierwszorzędną rolę, stąd też i cały ruch współcześni nazywali niekiedy buntem Żeleźniaka. Według legendy ludowej przygoto-wanie się do tej walki trwać miało kilka lat; niektórzy z naszych pamiętnikarzy, szczególnie ci którzy w kilkanaście i więcej lat po rzezi humańskiej pisali, kiedy zdarzenie samo w oczach ludu przybrało kształty legendarne, przypuszczali także, że siły zbrojne hajdamackie skupiały się w ciągu lat kilku, zanim w r. 1768 wybuchły z gwałtownością. Według opowiadań tedy Lippomana, Żeleźniak znajdował się na pokucie dobrowolnej w monasterze medwedowskim (na posłuszaniu) z kilkoma Zaporożcami. Był to wszakże zwykły sposób przechowywania się i gromadzenia się hajdamaków, praktykowany już wcześniej. W ten sposób skupieni niby na pokutę Zaporożcy, jako zwykli robotnicy przechowywali się w klasztorze, oczekując pory stosownej do zwiększenia gromadki i do wystąpienia na rabunek. Gdy się rozpoczęły walki grekounickie, zatem między rokiem 1766 a 1768, miał on przyjść z gromadką towarzyszów, których już było 18, do lasu motroneńskiego, a więc stać by się to mogło chyba w jesieni roku 1767.
    (…)
    Że Żeleźniak zorganizował swoją watahę w lesie motroneńskim, na to zgadzają się prawie wszyscy współcześni pisa-rze, a potwierdzenie tego faktu znajdujemy zarówno w dokumentach, nie dających się zaprzeczyć, jak i w opowiadaniach
    ludzi, sięgających pamięcią czasów Koliszczyzny. Zanim się dostał do motroneńskiego lasu, miał Żeleźniak przemieszkiwać w Kijowo-Peczerskim monasterze, co ze względu na ustawiczne włóczenia się Zaporożców od monasteru do monasteru, mogło być prawdą. Jako wypróbowanego watażkę, który znał kryjówki różne i umiał szczęśliwie umykać przed sprawiedliwością, sprowadził go Melchizedek i namówił doprzyjęcia dowództwa. Tak mówi pamiętnikarz współczesny. I to mogło być rzeczą prawdopodobną. Melchizedek zbierał bardzo troskliwie i pilnie dowody niezadowolenia ludności przeciwko unii, mówił ustawicznie o prześladowaniu dyzunitów, Repnin o dowody go naglił, — czyż mógł dostarczyć lepszych dowodów jak utworzenie oddziału hajdamackiego, któremu można byłoby nadać charakter obrońców obrządku grecko-wschodniego? W czasie takiej akcji nie potrzebował wysuwać się na czoło, przeciwnie, w intere-sie polityki i własnym lepiej było, gdy działał jako ukryta sprężyna. Zapoznanie się z działalnością tego mnicha nie pozwala wątpić ani chwilę, że pokrywając się maską pokory, bogobojności, pod pozorami religijnymi rozdmuchiwał nienawiść. Wobec tego stanu rzeczy, zachęta Melchizedeka do samoobrony wydaje się rzeczą zupełnie możliwą i logicz-ną. Wejście nowych wojsk rosyjskich w granice Rzeczypo-spolitej wytłumaczył sobie obroną i opieką Rosji udzieloną innowiercom, akcja przeto Żeleźniaka wchodziła niejako w rdzeń jego myśli i planów. Nie mógł on nie sympatyzować i nie popierać tego co sam stworzył. Krebsowa twierdzi, że Żeleźniak otrzymał błogosławieństwo od ihumena łebedyńskiego monasteru. Moszczeński, doskonale poinformowany co do początków Koliszczyzny, utrzymuje również, że Melchizedek namówił Żeleźniaka do utworzenia watahy, a pragnąc jej nadać charakter pewnej wspólności akcji z wojskiem rosyjskim, sfabrykował gramotę, z którą już zapozna-liśmy się.

    To jednak wątpliwości nie ulega, że na szerokie pole swojej krwawej działalności Żeleźniak wyszedł z lasu motroneńskiego, gdyż oprócz świadectw naszych pamiętnikarzy, znaj-dziemy potwierdzenie ich w zeznaniach hajdamackich w tzw.Księdze Kodniańskiej, będącej własnością Włodzimierza An-tonowicza, wszakże nie ogłoszonej dotychczas drukiem. Użytkował z niej jeden z rosyjskich historyków publicystów, J. Szulgin. O bardzo bliskie stosunki z hajdamakami monaster motroneński i jego ihumena posądzały nie tylko władze polskie, lecz rosyjskie także, dla których ruch ludowy w granicach Rzeczypospolitej był bardzo groźny dla wewnętrznego spo-koju lewobrzeżnej Ukrainy. Rozumiał to doskonale Rumiancew, generał-gubernator małorosyjski i prezydent małorosyjskiego kolegium. Stał on po stronie Repnina, a w obronie działalności biskupa perejasławskiego i Melchizedeka Jaworskiego tak długo występował, aż dopóki osobiste zetknięcie się w Perejasławiu z nastrojem ludności nie przekonało go, że ruch hajdamacki, który wybuchnął w prawobrzeżnej Ukra-inie, łatwo mógł ogarnąć Hetmańszczyznę i Ukrainę słobodzką — nie wiadomo jakie byłyby następstwa tego ruchu. „Ja nie ręczę — pisał on do hr. Panina, kanclerza — i za ludność tutejszą”. Przypuszczał on, że niektórzy z mieszkań-ców lewobrzeżnych mogą wziąć udział w rozruchach hajdamackich, które wydają się im słuszne. W czasie pobytu w Perejasławiu na rewiach miał on się przekonać, że wielu bardzo mieszkańców, poddanych rosyjskich, zamierzają wzniecić także ruch hajdamacki u siebie.

    Wobec takiego położenia rzeczy, poczęto na agitację Lincewskiego patrzyć nie tak pobłażliwie jak poprzednio. Sam Repnin, który gorąco zachęcał motroneńskiego ihumena do zbierania dowodów prześladowania dyzunitów, nie mógł nie spostrzec zbyt wielkiej gorliwości Melchizedeka i w raporcie do kanclerza utrzymywał, że ihumen niesłusznie przyciąga do siebie wielu popów unickich. Skonstatowanie faktu tego było równocześnie wskazówką, że owo „przyciąganie” nie odbywało się bynajmniej drogą perswazji religijnej, lecz miało charakter agitacji pełnej fanatyzmu i nienawiści. Tym śmielej możemy to powiedzieć, że cechy powyższe objawiły się istotnie w całym ruchu Koliszczyzny z niezwykłą dzikością.

    Niebezpieczeństwo przeniesienia niepokoju na Ukrainę lewobrzeżną pobudziło także generał-gubernatora kijows-kiego Fiodora Matwiejewicza Wojejkowa do zwrócenia pilniejszej uwagi na monaster motroneński. „Doszła do mnie niezaprzeczona wiadomość — pisze Wojejkow do biskupa perejasławskiego — że zwiększona w guberniach Humańskiej, Smilańskiej, Czehryńskiej i Kaniowskiej zbójecka wataha, mianująca siebie kozakami zaporozkimi, zbierała się w lesie motroneńskim w pobliżu tegoż monasteru — o czem wcale nikogo przełożeństwo monasteru nie zawiadomiło, a opuściwszy swoje gniazdo rozbójnicze czyli kosz, rozpierz-chła się po całej okolicy, rabując, męcząc i mordując mieszkańców w sposób najbardziej barbarzyński, a rzeczy zrabowane, wysełając do kosza tj. do monasteru”. Wojejkow zawiadomił Gerwazjusza, że dla zniszczenia tego rozbójnicze-go gniazda wysłał z prowincji Jelizawietgradzkiej trzy szwadrony huzarów, a z Perejasławia, według polecenia hr. Piotra Rumiancewa, pułk moskiewskich karabinierów, zaś nie-zależnie od tego wysłał także komendy Kozaków kompanij-skich. Pragnąc jednak nie narażać się w niczym władzy duchownej i synodowi, prosił biskupa ażeby ze swej strony po-lecił czerńcom wpływać drogą kazań i pouczeń na ludność i nie dawać żadnego przytuliska kupiącym się koło monasteru hajdamakom.

    Biskup Lincewski przyjął tę wiadomość z udaną pokorą i posłuszeństwem, nie broniąc wcale faktu skupiania się hajdamaków, lecz usprawiedliwiał się że dał polecenie Melchizedekowi i jego zastępcy ażeby mnisi zachowywali się „według rozumnej rady” generał-gubernatora. Na dowód, że mnisi nie tylko w podburzaniu ludności i w protegowaniu hajdamaków udziału nie biorą, opowiedział znane nam już fakty rabunku monasteru, nic już nie mówiąc o tym, że to byli prawdopodobnie konfederaci. Istotnie, monaster motroneński padał kilkakrotnie ofiarą najazdów i rabunku hajdamaków, tak dalece, że ostrożni mnisi wszystkie kosztowności kościelne odwieźli do Perejasławia, ale było to już nieuniknione następstwo tego rozhukania się, które sami wywołali. Dawniejsi obrońcy ich poszli rabować w głąb Ukrainy, a nowe kupy hajdamackie, zwabione echem, że w koszu lasu motroneńskiego i w monasterze przechowują się skarby watażków, szły za tym echem i napadały na monaster. Było to po prostu rabowanie rabowników. Gdy Kreczetnikow wszedł na Ukrainę i rozeszła się pogłoska że będzie bronił uciśnionych, biskup perejasławski już się do Wojejkowa nie udawał, ale napisał natomiast żałośliwy list, stylem ojca Melchizedeka, prosząc generała „o obronę biednych za wiarę i świętą cerkiew cierpiących mnichów”. Suchą i krótką otrzymał wszakże na to odpowiedź: że po-nieważ ta sprawa należy do kompetencji pełnomocnego po-sła w Warszawie, — przeto w tamtą stronę udać się należy.

    Opowiadania ludzi współczesnych, pamiętających Koliszczyznę, zgodne są zupełnie z pamiętnikarskimi spominkami i zapisami, dotyczącego współudziału monasterów w hajdamaczyźnie. Jako świadectwa pochodzące bezpośrednio od naczelników, jako też ludzi bardzo blisko z nimi złączonych, posiadają one pierwszorzędne znaczenie i zawierają mnós-two szczegółów niedostępnych dla niewtajemniczonych. Według tych opowiadań, bezpośredni impuls do Koliszczyzny wyszedł także z monasterów. Najprzód przyjść miało do motroneńskiego monasteru tylko trzech Zaporożców z Siczy, niby na dobrowolne umartwianie i nabożeństwo. Udawali oni niedołęgów, ubierali się ubogo, jak nędzarze, chodzili zgarbiwszy się. Jeden z nich, nazywający się Damianem Gnidą, poszedł do monasteru łebedyńskiego, drugi — Łuskonogiem zwany — do moszeńskiego, czyli mosznohorskiego, a trzeci Szełest na dobrowolnej pokucie pozostał w monasterze motroneńskim. Przesiedział on tam dwa lata, gromadząc rozmaite zapasy: robił spisy, kupował żupany, szarawary, czapki, buty a wszystkim ciekawym, którzy go zapytywali po co to wszystko, — odpowiadał że wyśle to w podarunku do Siczy; wszystko tam drogo, ludność się mnoży, a nie ma gdzie się zaopatrzyć w odzież. Robiąc te zapasy, równocześnie skupiał ludzi, namawiając ażeby do hajdamaków „przystali”, — a ludzi do monasteru przychodziło dużo. Na miejscu otoczonym z trzech stron jarem porobili jeszcze zasieki, od strony przystępnej zbudowali coś podobnego do baszty i w ten sposób Sicz sobie założyli. W sąsiednim bajraku urządzili sklik. Tak się zwało miejsce, gdzie na wysokim dębie wisiał kazan (kociołek z lanego żelaza) a obok niego młot drewniany. Niedaleko tego miejsca było ogrodzenie, w którym pasły się konie hajdamackie. Gdy owej naprędce zbudowanej Siczy groziło jakie niebezpieczeństwo, pierwszy lepszy kto spos-trzegł, przychodził do owego kotła żelaznego i młotem weń walił — na ten znak trwogi zbiegali się hajdamacy do obrony. Od zagrody na konie, w trzech wiorstach może, po drodze do Żabotyna była wysoka mogiła, z której cały Żabotyn jak na dłoni widać było. Na szczycie tej mogiły urządzali sobie hajdamacy zabawy — zawsze tam ktoś był: rozmawiano, grano w warcaby i śpiewano. Trzy lata mieli w tym miej-scu mieszkać hajdamacy, bezustannie utrzymując stosunki z motroneńskim monasterem. Robili oni stąd wycieczki w okolicy dla rabunku — kupami po kilkunastu. Upatrzą sobie kogo, kto ma pieniądze lub odzież i w nocy zrabują go. Doszło do tego, że ludzie co nocy w step uciekali na nocleg, ale i to niewiele pomagało. Tak zwane „komendy” były, jak wiemy, bardzo nieliczne, a lasy tak gęste, że przystępu do nich nie było. Toteż położenie broniło hajdamaków i zapewniało do pewnego stopnia bezpieczeństwo. Coraz śmielej wyglądali oni ze swoich kryjówek, a zdarzało się nieraz w chwilach, szczególnie gdy do monasteru zgromadziło się wiele ludności, w kilkaset chłopa wychodzili na hulankę, dla zachęty innych i werbunku. Taka pijatyka i swawola odbywały się na dziedzińcu klasztornym, ale mnisi — powiada współczesny opowiadacz — „siedzą sobie spo-kojnie w celach, gdyż o wszystkiem dawno wiedzieli”. Gdy w każdym z trzech monasterów zebrało się już po trzystu hajdamaków, wówczas zjawić się miał w motroneńskim klasz-torze Żeleźniak i wszyscy razem wyruszyli w głąb Ukrainy.

    Wskazaliśmy, jako na fakt pierwszorzędnego znaczenia w rozwoju ruchów hajdamackich, na ciemnotę duchowieństwa greckiego obrządku. Fakt ten objawiał się przez cały przebieg hajdamaczyzny w różnorodnej formie i stosunkowi moralnych przewodników ludu z hajdamakami nadawał po-sępny i smutny charakter. Dzikość i ciemnota tego duchowieństwa nieraz stawała na przeszkodzie planom Repnina. Gdy się agitowała sprawa dysydencka na sejmach, nigdy może więcej nie chodziło oto posłowi pełnomocnemu, ażeby wynaleźć człowieka, mogącego reprezentować dyzunię w sejmie, — a jednak wynaleźć go nie mógł. Do kanclerza pisał: „Od dawna już rozsyłam ludzi na wszystkie strony i proszę ażeby do mnie skądkolwiek bądź przysłali człowieka zdatnego — szło o to, ażeby to był szlachcic i miał prawo zasiadania w sejmie — i nigdzie znaleźć nie mogę, gdyż wszyscy duchowni wschodniego obrządku nie posiadają żadnej oświaty i tylko zajmują się uprawą roli”. Szukanie owo nie odbywało się wyłącznie na Litwie, gdzie sprawa dysydencka, można powiedzieć, zaczęła się, ale na Ukrainie, w monasterach Hetmańszczyzny i Słobodzkiej Ukrainy. Wykazaliśmy to w innym miejscu, że ciemnota duchowieństwa równała się ciemnocie ludu i była jednym z największych powodów zbliżenia się do nich hajdamaków. Łatwo tam zbliżenie się następuje, gdzie nic nie dzieli ludzi. Niejednokrotnie chciwość kierowała nimi, a spólność sfery z ludem, z której wyszli i w której żyli, łączyła ich ze sobą. Niemałą zachętą do wspólnego działania z hajdamakami było bardzo pobłażliwe zachowanie się władz duchownych w wypadku gdy się stosunki wykryły. Rażącym przykładem takiej pobłażliwości był paroch wsi Prus w Smilańszczyźnie, Carikow, zwany także Carikowskim, obwiniony o współudział z hajdamakami. Znać sprawa jego nie była czysta, kiedy powołany raz do sądu duchownego umknął, — odnalazł się wszakże niedługo potem i został uwolniony. Powiedziano że Carikowski działał „z prostoty” — i pozwolono mu wrócić do opuszczonej parafii.

    Mamy dowody, że duchowieństwo odgrywało niekiedy rolę ajentów wybitniejszych watażków, werbując dla nich hajdamaków. W takiej roli wystąpił pop miasteczka Brusiłowa, biorący bardzo czynny udział w gromadzeniu ludzi do watah. Utrzymywał on, że Gonta ma już 12000 hajdamaków i że trzeba jeszcze zebrać jakie 5000, a później będzie posiłek od Gonty i od Rosji. Przyjaźnił się on i porozumiewał się z włóczęgami rozmaitymi, z którymi pił i hulał, a także dawał listy do innych popów, zachęcając ich do takiej samej akcji. Nie dość tego, że hajdamaków zbierał, ale zebranych przyprowadzał jeszcze do przysięgi według następującej roty: „Przysięgam Panu Bogu że w waszych teraz przedsięwziętych interesach zawsze wiernym i szczerym będę i nigdy was w tem niezdradzę; tak mi Boże dopomóż”.
    (…)

  4. dtzkyyy said

    Re. 3.

    O! Dziękuję, Panie Piotrxie!

    Pan Zbigniew KOZIOŁ nie chce więcej Polski z jej Polakami, a mnie jej brakuje.

  5. Zenon K. said

    Ks. Jędrzej Kitowicz w swoim dziele pt. „Opis obyczajów za panowania Augusta III” napisał, że hajdamacy we własnym gronie karali śmiercią za stosunki seksualne z kobietami. Powszechnie mieli za to dopuszczać się praktyk homoseksualnych i stosunków ze zwierzętami, tj.kobyłami i krowami.

  6. Piotrx said

    Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    Część 6 .

    Działalność watahy Maksyma Żeleźniaka
    do połączenia się z Gontą i rozboje innych watażków

    Prawdziwym i najgłośniejszym bohaterem Koliszczyzny stał się w krótkim czasie Maksym Żeleźniak, Kozak siczowy. Na Siczy wychował, się, młodość spędził i tam usposobił się do występów, które mu wielką sławę zjednały. Ojciec tego Żeleźniaka był niegdyś towarzyszem kurennym i asawułą pułkowym, a do roku 1755 siedział w zimowiskunad rzeką Surą w Kodackiej pałance. Należał więc do tej grupy Kozaków zaporoskich, którzy porzuciwszy rzemiosło wojskowe, osiadali na roli dla chleba, i zakładali własną ro-dzinę. Po roku 1755 przeniósł się z Kodackiej do Bohogardowej pałanki i osiadł nad rzeczką Hromoklejem. Młodszy z jego synów Maksym zastąpił ojca w służbie kozackiej i wpisał się do kurenia Medwedowskiego. Zaporożcy utrzy-mywali, że stary Żeleźniak na Sicz przybył z Polski i pochodził ze wsi Iwankowiec, co mogło być prawdą, zważywszy ciągłą emigrację niespokojnych żywiołów na Sicz. W Zaporożu Maksym pozostawił po sobie opinię Kozaka odważnego, sprytnego, umiejącego czytać i pisać. Służbę pełnił przy artylerii. Znali go tam wszyscy, a jednak w rejestrach pułko-wych od roku 1750 do 1770 nie ma jego nazwiska, — prawdopodobnie dlatego że wpisany został pod nazwiskiem przybranym lub imioniskiem nadanym w Siczy. Służba „puszkarska” nie smakowała mu jednak — opuszczał często kureń i argatował, czyli wynajmował się jako robotnik do rybołów-stwa na Niżu dnieprowym. Zaglądał także do Oczakowa, gdzie przysposabiał się do przyszłej walki, zajmując się sprzedażą gorzałki. Ale i to nie wystarczało mu. Często znikał bez wieści, a wówczas ludzie powiadali że puszczał się „w piechotę”, czyli mówiąc krótko — hajdamaczył po Krymie lub Polsce. Po raz ostatni widziano go na Zaporożu w roku 1767. W jaki sposób zeszli się ze sobą Żeleźniak i Melchizedek, dwaj ludzie, których nazwiska nierozłącznie związała ze sobą historia? Podanie ludowe twierdzi, że Melchizedek w roku 1767 odwiedził tajemnie Sicz — dlaczego? Szukał zapewne poparcia dla swoich planów, walki z Lachami. Wiadomo przecie skądinąd, jak gorąco pragnął dowieść, że unia jest źródłem niezadowolenia ludności. Repnin żądał od niego faktów. Melchizedek mógł dostarczyć faktów w czynach. Do czynów szukał ludzi wszędzie i gorąco do protestu zachęcał, — w tej przeto myśli i do Żeleźniaka udał się, tym bardziej, że Maksyma znano już jako oczajduszę. W Siczy mógł zasięgnąć jeszcze pewniejszych wiadomości; to go skłoniło że do zimowika nad Hromoklejem pojechał i wyprosił u starego Żeleźniaka pozwolenie dla syna udania się do Polski. Maksymowi obiecywał, że będzie watażką nad wielką kupą i potrafił zapalić umysł dość zapalny i bez tego. Prośbę swoją poparł pieniądzmi, za które Żeleźniak zgromadził kupę z 50-ciu konnych i pieszych i z tą gromadą do monasteru pod Łebedynem wyruszył. Trudno dziś sprawdzić dowo-dami to, co było przeznaczone do ukrycia, a od tajemnicy zależało powodzenie. Z przygotowaniami do wystąpienia zapoznaliśmy się nieco w poprzednim rozdziale, wracać przeto do nich nie będziemy, a przejdziemy natomiast do chwili, kiedy Żeleźniak wystąpił jawnie.

    Wyszedł on ze swoją watahą z lasu motroneńskiego w końcu kwietnia 1768 r. Odwiedziny jego w Medwedówce znamy już. Stamtąd wataha Żeleźniaka wyruszyła na Żabotyn do Smiły. To posunięcie się na połnocno-wschód było po prostu zbliżeniem się do zwykłej drogi hajdamackiej, wiodącej w głąb zaludnionej Ukrainy. Piaszczyste i nie skolonizowane pobrzeża Dniepru między Kryłowem a Czerkasami nie przedstawiały dla nich godnego do popisu pola. Przede wszystkim należało się wycofać z lasów. Kryłów, jako miasto pograniczne, osadzone garnizonem rosyjskim, nie nęcił wcale hajdamaków, na razie przynajmniej, wobec niepewności jak będzie zachowywać się straż pograniczna. Hajdamacy skierowali przeto siły swoje do dwóch najbliższych miasteczek, Smiły i Czerkas. Watahy powiększały się po drodze. Do hajdamaków przyłączali się z sąsiednich wsi hultaje, robotnicy pracujący przy gorzelniach i co najniespokojniejsze żywioły z łona ludności wiejskiej. Mała tylko ich część była uzbrojona — reszta szła, mając za całe uzbrojenie drągi osmalone na końcu, ufna w to, że znajdzie w czasie pochodu odzież, pożywienie i broń. Do Smiły przyszło ich już około trzystu.

    Cała ta hałastra, nieuzbrojona i nieregularna, rzucała do rabunku i morderstwa, nie przebierając wcale w wyborze między panami, popami, Żydami i mieszczanami. Kto miał pieniądze i jaki taki pożytek domowy, ten był wrogiem i na tego rzucano się najsamprzód. Tak padła pierwsza pod ciosami nożów hajdamackich Smiła. Zwycięstwo nie było trudne — gdyż z jednej strony przestrach otwierał wszystkim drogę do ucieczki, a z drugiej wiadomo było, że bronić nie ma komu. Na całą Smilańszczyznę padło przerażenie. Łatwe zwycięstwo w Smile upoiło Żeleźniaka. Mając już 300 hołoty pod sobą, zdecydowanej na wszystko, wyruszył do Czerkas. Tłuszcza upojona krwią i powodzeniem rozszalała, zbliżyła się do miasteczka. Był tam zameczek na górze, ale nie było za-łogi. Żeleźniak najmniej się o to troszczył, gdyż celem jego nie było wcale zdobywanie zamków. On przez ludzi „bywałych” wywiadywał się, kto w okolicy do najbogatszych należy — i do tego udawano się najprzód. Gdy już hajdamacy podhulali dobrze, wówczas rozpoczynało się plądrowanie ogólne. Watażka zbliżał się do Czerkas od Białozierskiej rogatki. Jechał na czele konnej kupy, za którą ciągnęli się uzbrojeni w koły hultaje. Żeleźniak, siedział na bułanym koniu, miał na sobie czerwony żupan, czapkę siwą, buty safianowe, pas szalowy, za pasem pistolety i szablę. Współcześni mówią że był to człowiek nie stary jeszcze: mógł mieć około lat czter-dziestu, może trochę więcej, o pełnej, okrągłej twarzy, niewielkiego wzrostu, ale barczysty, z jasnymi niewielkimi wąsami. „Osełedec” miał założony za ucho.Wjechał z całą watahą do miasta bez żadnej przeszkody. Dokoła niego gapiło się trochę ciekawej młodzieży i dzieci; starsi pouciekali. Przedefilowawszy śród takiego otoczenia, podążył wprost do zamku. I tu przeszkody nie napotkał żad-nej. Gdy na podwórzu zamkowym stanęli, Żeleźniak krzyknął: z koni! Zsiedli z koni i przywiązali je przy stajniach, do drążków, a watażka z dziesięciu kolegami poszedł na pokoje zamku. Tu na spotkanie jego przyszedł jakiś ataman Buśko w otoczeniu kilku ciekawych widzów, przywitali się, jak przy-jaciele i poszli do opuszczonych niedawno pokojów zamkowych. Czerń hajdamacka ruszyła tymczasem na plądrowanie zamku (…) Po tych wybrykach hajdamackich rozpoczęto mord i rabunek.

    W tych samych Czerkasach zrabowano jakiegoś Drygę, bogatego mieszczanina, zamordowano gubernatora Rakowskiego. Zdaje się, że nim tam przyszedł Żeleźniak we własnej osobie, posłał przodem zagon amatorów pod komendą jakiegoś Maksyma Szyły. Gdy Szyło począł rabować dwór mieszczanina Szrama, gubernator pojechał go bronić — i przy-płacił to własnym życiem. Jeden z hajdamaków ujrzał go przez okno w karczmie, strzelił z samopału i na miejscu położył. Ludność zgromadzona na miejscu hulanki hajdamackiej nie przyjęła tego czynu spokojnie. „Ach, wraży synu! — poczęli wołać — zamordowałeś dobrego pana!” Przy tych sło-wach rzucili się na zabójcę i trupem go położyli. W gromadzie gapiących się znalazł się także Czerkaszanin Omelko Sudijenko, który składał się kilka razy do watażki Szyły, ale ile razy przyłożył się aby strzelić do niego, koń głową kiwnął i cel usuwał się mu z pod oka. Byłby go może zastrzelił, gdyby nie nadbiegł pułkownik zbiegłych Kozaków nadwornych Franciszek Acyna, który mu przeszkodził. „Bój się Boga, nie strzelaj Omelku! Pójdziemy pierwej zobaczymy co się stało”. Omelko uchodził za najlepszego w Smilańszczyźnie strzelca. Maksym Szyło spostrzegł, że coś niedobrego dzieje się, dowiedział się że w tłumie niezadowolonych jest Omelko i stracił buńczuczność. Ktoś mu dawniej jeszcze przepowiedział, aby się wystrzegał Sudijenka, bo ten go zgładzi; obudziła się więc w przesądnym watażce bojaźń. Tymczasem ludność rzuciła się na hajdamaków i Szyłę, grożąc że ich wszystkich wykolą. „Cóż będzie z tego, panowie gromada, że wy nas wymordujecie, naszych więcej — będą i was mordować — bronił się Szyło. — A zresztą, ja nie z własnej woli przyjechałem — mnie posłano, a posłanego nie biją”. Pogróżki te uspokoiły ludność.
    (…)
    Gdy już zagony Żeleźniaka zniszczyły Czerkasy i okolicę, ruszył watażka na Lachów do Korsunia. Planu nie miał żadnego, jak widać z tego kręcenia się między Medwedówką, Żabotynem, Smiłą a Czerkasami. Rabunek i morderstwo były jego jedynym celem. Żadnych śladów organizowania się, żadnych widoków jasno wytkniętej działalności. Po spędzo-nym we krwi dniu dzisiejszym, nie wiedział co jutro rozpocznie i gdzie się uda. Szedł najczęściej tam, gdzie bogatego żniwa z rabunku mógł się spodziewać. Nagłe nawrócenie z Czerkas do Korsunia naprowadza na myśl, że miał chęć udania się bądź do Białej Cerkwi, bądź do Humania. Jest to wszakże domysł tylko, gdyż z Korsunia dzieliły się drogi w dwóch kierunkach, do dwóch wielkich w owe czasy i ludnych miast: Białej Cerkwi i Humania. Żeleźniak, jak się zdaje, wybrał Humań nie dlatego bynajmniej, że już miał dość wielką watahę i na takie miasto, uchodzące za mocną fortecę mógł uderzyć, ale że od Korsunia poczynała się gęściejsza ludność, — miał przeto większą możność wzmocnienia się liczebnie i bogatszego żniwa. Tak czy inaczej, dość że do Korsunia ruszył. Tu czyny jego i dzieje stają się głośniejsze i lepiej znane, dzięki zeznaniom uczestników wyprawy i związanym z nimi awanturom.
    (…)
    Jeżeli może być mowa na serio o planie i organizacji w hajdamaczyźnie, to wyrażała się ona przede wszystkim w umiejętności zakrywania śladów rabunku, w wyszukiwaniu dróg zbytu i przechowywaniu zrabowanych rzeczy. Taki plan miał i Żeleźniak i wykonywał go ściśle. Z watahą jego jeździł kupiec, które wszystkie skradzione rzeczy oceniał, płacił za nie gotówką, a rzeczy odsyłał do jemu tylko znanych kryjówek. Przypadkowo, doszłe przez księgę kodniańską zeznania Gradowskiego wyświetliły to wszystko. W watasze Żeleźniaka był tego rodzaju kupiec, jakiś Taran, który wszystko przyniesione do niego, nie wyłączając nawet drobiazgów, kupował. Gorzałkę, jeżeli w pewnym miejscu znaleźli za dużo, a wypić nie mogli, sprzedawali komu się trafiło. Ostrożny Taran gorzałki nie kupował, bo była towarem zbyt ponętnym i nie nadawała się do ukrycia. Dwa dni tylko bawił Żeleźniak w Bohusławiu, bo na dwa dni starczyło rabunku, trzeciego wyruszył na Humań. Do Białej Cerkwi która była bliżej, nie pokusił się iść. Wiedział że jest to forteca, na owe czasy, pierwszorzędna, obawiał się przeto porywać się na nią, ma-jąc ze sobą mało co więcej nad 400 hultajów, źle uzbrojo-nych, niesfornych i rozpijaczonych. Zresztą nie da się wyklu-czyć i to przypuszczenie, że mógł już do Gonty posyłać tajemnie posłów i odebrać przychylną odpowiedź. Pohulawszy przeto w Bohusławiu, obóz hajdamacki wy-ruszył przez Szajki, Kamienny Bród, Medwin i Łysiankę na Humań. W tym kierunku już dążył wyraźnie. Nie strategiczne położenie Humania nęciło Żeleźniaka, ale szeroko rozbiegające się po kraju pogłoski, że wszystka szlachta i najbogatsi Żydzi z Smilańszczyzny, Czehryńszczyzny i Humania.
    (…)
    Widzieliśmy próbkę hajdamackiej swawoli, na którą w ciągu tego opowiadania niejednokrotnie patrzyliśmy i patrzyć będziemy. Ofiarą okrucieństwa i dzikości padali nie tylko Lachowie, Żydzi i ludzie w ogóle posiadający cośkolwiek do zabrania, ale nawet ci, których całym majątkiem była para koni i trochę uczciwości podtrzymującej ich od przykładania ręki do morderstwa i grabieży. Ludność wiejska i podmiejska, zarówno jak Polacy bezbronna, szukała także schronienia po rozmaitych kryjówkach na jeden odgłos wołania: hajdamacy idą . Włościanin Kowalenko, któremu wataha Żeleźniaka parę koni zabrała, wędrował za nią uporczywie z Orłowca, skąd był rodem, aż do Bohusławia, prosząc i błagając o zwrot koni, bez których niepodobna było prowadzić gospodarstwa. Tym jednak, którzy chłopom sprzedawali cudzą gorzałkę, a Taranowi zrabowane skarby, nie chodziło o dobro chłopskie, tak samo jak i pańskie. Zamiast zapłacić za wzięte konie bodaj zrabowanymi pieniędzmi, zbili Kowalenka tak że ledwie wrócił do Orłowca, a wkrótce umarł z pobicia. To samo stało się z innym chłopem, któremu również Żeleźniakowa wataha wzięła parę koni w Kamionce. Spotkał się z Kowalenką i wędrowali razem, prosząc o zwrot koni. Obaczywszy jednak, jaki los spotkał jego kolegę, dał za wygraną.
    (…)
    Upojony zwycięstwami, zwiększywszy watahę swoją pijacką czernią, obryzgany krwią, zdążał Żeleźniak do Łysianki. Miasteczko to należało do ks. Jabłonowskiego, starosty czehryńskiego, i posiadało zameczek murowany ze skrzydłami w czworokąt spłaszczony zbudowany, mający w środku dwa piętra, jedną bramę i dwa bastiony po rogach wyniosłe, mogące osłaniać z hakownic żelaznych wszystkie ściany owe-go zamku, sięgając dosyć daleko swojemi strzałami. Cały zamek był w dodatku obwiedziony dębową palisadą i posiadał drugą bramę drewnianą, także obronną. Do bronienia się wewnątrz zamek miał znaczną liczbę pieszych Kozaków i dostatek amunicji. W takim stanie mógłby się bronić czas dłuższy. W chwili gdy do murów jego zbliżał się Żeleźniak, w zamku znajdował się komisarz Kuczewski, który przyjechał był z Wołynia dla rewizji włości łysiańskiej, składającej się z kilkudziesięciu wiosek i do 30000 ludności. Komisarz miał właśnie zamiar zebrania intraty i odwiezienia na Wołyń. Zamek nie przedstawiał się łatwym do zdobycia, chociaż bardzo był ponętny dla hajdamaków, gdyż skupiło się w nim kilkaset osób, szlachty i Żydów, szukających opieki i schro-nienia pod ochroną zameczku. Nie mogąc go zdobyć przemocą, udali się do pośrednictwa włościan. Poszła tedy deputacja znaczniejszych gospodarzy do komisarza, przedkładając mu że nie należy oporem dręczyć hajdamaków i narażać na ruinę całą majętność; trzeba raczej oddać zamek dobro-wolnie w ręce hajdamaków, ratując w ten sposób życie i majątek. Zdaje się, że tutaj zasłaniano się jakimś ukazem, gdyż komisarzowi dano do zrozumienia, że kraj cały przechodzi pod panowanie Rosji. Kuczewski poddał się namowom i kazał otworzyć bramy przed hajdamakami. Strach i rozpacz złymi są doradcami. Chwila otworzenia bram stała się chwilą rozpoczęcia morderstw. Najprzód padł ofiarą Kuczewski. Włożono na niego siodło, a hajdamacy siadali nań kolejką i jeździli. Kiedy jedni używali godnej Tatarów przejażdżki, inni kłuli go spisami, przynaglając do pośpiechu. Gdy zmęczony i zraniony upadł na ziemię — na śmierć go zakłuto. Zgromadzona ludność rozproszyła się na wszystkie strony, szukając ratunku; część schroniła się na dachy zamku, inni szukali ucieczki w piwnicach. Tych, którzy byli na dachu strącono na dół, a hajdamacy podstawiali spisy — więc na spisach życie kończyli; schowanych w skrytkach dosięgał nóż poświęcony przez zbójów. Zamkniętych po komnatach zamku zdobywali i mordowali co do jednego. Trwała taka uczta hajdamacka dzień cały, dopiero w nocy zdołało kilkunastu niedobitków poranionych i leżących między trupami, korzystając ze snu i popicia się zwycięzców, umknąć w przebraniu i schronić się do sąsiedniej wsi Sydorówki, gdzie wieśniacy chętnie przytułek im dali. Nie trzeba dodawać, że kasa została zrabowana, a zamek i miasteczko splądrowane. Rozpasanie się zbójeckie hajdamaków w Łysiance było prawdziwie wściekłe i już można było mieć przedsmak tego, jakie zwycięstwa będą święcić dalej.

    W Łysiance był kościółek drewniany księży franciszkanów. Po zrabowaniu go hajdamacy powiesili na belce razem księdza, Żyda i psa z napisem następującym: „Lach, żyd i sobaka, wse wira odnaka”. W taki sposób mieszańce Hunów i Tatarów manifestowali swoją prawowierność religijną.

    Potem już tylko rzeź humańska mogła nastąpić. W tamtą też stronę podążył Żeleźniak. Zuchwałe wystąpienie Żeleźniaka, łatwe skupienie się koło niego żywiołów bądź od dawna już czynnych w hajdamaczyźnie lub zachęconych brakiem wszelkiego oporu, działało odurzająco na innych. Watażkowie wyrastali jak grzyby po deszczu i rozbiegali się za „dobrem” po różnych kątach nieszczęsnego kraju. Działalność ich bynajmniej nie była jednolita: każdy z nich najczęściej w miejscu swoim rodzinnym rozpoczynał i kończył karierę — hulał, pił, mordował bez pamięci. Byli to po największej części oczajdusze siczowi, ludzie bywali, których łowienie ryby na gardach lub na Prognojach nie zadowalało wcale. Do takiej kategorii bohaterów należał Semen Nieżywy. Pochodził on z Czehryńszczyzny, spod monasteru motro-neńskiego, patrzył na wszystko co się tam działo, a więc był poniekąd uczniem Melchizedeka. Pochodził ze wsi Mielniki, leżącej w trójkącie między Żabotynem, Medwedówką a Subotowem i był z rzemiosła garncarzem, nie właścicielem warstatu, lecz robotnikiem najemnym jakiegoś Artema.
    (…)
    Po kłótni z Hajdaszem, znalazł się Nieżywy w Kaniowie. Tu Kozacy dworscy przystąpili do niego. Skupieni w mieście mieszkańcy zamknęli się w zameczku. Hajdamacy, nie mogąc ich zdobyć, podpalili domy dokoła, od których zapaliły się budynki zamkowe i w ten sposób zmusili oblężonych wyjść stamtąd. Na wyszłych napadli hajdamacy, łącznie z Kozakami rzucili się na bezbronnych i rzeź śród nich sprawili. Część niedobitków zdołała uciec przez Dniepr do posiadłości rosyjskich; tam także znalazł się gubernator kaniowski Nowicki. Spędziwszy czas niedługi w Mosznach i Kaniowie, Nieżywy, pominąwszy Czerkasy, niejednokrotnie już odwiedzane przez hajdamaków, przeniósł się ze swoją watahą w miejsca rodzinne. Tu pozostawały z większych miast Czehryn i Kryłów, nie splądrowane jeszcze. Nieżywego nęcił Kryłów, gdzie schroniło się na rosyjską stronę dużo Polaków. W polskim mieście nie zastał nikogo, ale nabiwszy sobie głowę gramotą Melchizedeka, był tego przeświadczenia, że działa z polecenia carowej. W Medwedówce przeto jeszcze siedząc, po pierwszym zetknięciu się z podjazdami nadwornej milicji, upojony zwycięstwem, pisał do Fedora Czorby, dowódcy pułku huzarów, że walczył pomyślnie z „konfederatami”, a teraz oczekuje na dalsze rozkazy — co robić? Wiara jego w prawdziwość ukazów była tak wielka, a chęć dopomagania do niszczenia Lachów i Żydów tak gorąca, że przyszedłszy do Kryłowa, gdzie spodziewał się znaleźć dużo lackiego i żydowskiego „dobra”, gdy się dowiedział, że wszyscy schronili się na stronę rosyjską, tak się tym obraził, że niezwłocznie wysłał do komendanta Horwata bardzo ostry list. Dziwił się w owym liście watażka hajdamacki, w jaki sposób komendant rosyjskiego posterunku może dawać „niewiernym” nieprzyjaciołom Jej Cesarskiej Mości schronienie i przypuszczał jakkolwiek według Szulgina posiadał duże „czucie moralne” — że chyba oni musieli wykupić się od nożów hajdamackich kubanami. Żądał przeto, ażeby cały majątek zbiegłych był wydany hajdamakom, a ludzie „chociażby nawet śpiący”. Wszystko się miało dziać nie dla jakichś celów osobistych, lecz dla tego jedynie, ażeby „wiara chrześciańska nie była profanowaną”. Ów dziwnym „czuciem moralnem” obdarzony watażka chciał koniecznie porozumieć się z komendantem Kryłowa i dlatego wywołał go dla widzenia się na „połowę grobli”. Horwat osobiście nie przyjechał, ale wysłał porucznika Manwełowa. Nieżywy, pamiętając o ukazie, w którym carowa wrzekomo polecała wyrżnąć wszystkich Żydów i Lachów „co do nogi”, żądał wydania zbiegów, a porucznik, nie mając żadnego polecenia ani uderzenia na zbiegów, ani nawet aresztowania watażki, usiłował mu wytłumaczyć, że oni są „pod opieką” rządu rosyjskiego. W krótkim czasie po owym widzeniu się, kiedy ani Czorba ani Horwat nie umieli sobie stanowczo poradzić, ten sam Czorba zachował się inaczej. Otrzymawszy wyraźne dyspozycje od rządu działania przeciwko hajdamakom, zwabił watażkę do wsi Gałaganówki i tam go aresztował.

    W ten sposób padł ofiarą „zdrady” watażka, obdarzony według Szulgina „czuciem moralnym” i powodujący się w działaniach swoich „ideą” obrony religii i narodowości ruskiej. Wataha jego, składająca się ze stu mniej więcej hajdamaków, wcześniej, jak się zdaje, została rozbita przez porucznika Wuicza. Pięćdziesięciu jednak zdołało umknąć, w tej liczbie i Nieżywy. Zdołał go jednak wkrótce ująć podpułkownik Czorba. Działo się to na początku lipca w r. 1768.

    O innym watażce Jakubie Szwaczce, którego imię oprawił w krwawe ramy Seweryn Goszczyński, nic prawie do niedawna nie wiedzieliśmy. Snop światła na jego działalność rzucają dopiero zeznania innych współtowarzyszy walk i przygód, których los zaprowadził przed sąd kodniański. Z polskich pamiętnikarzy wspomniał jego nazwisko zaledwie Lippoman w głuchej uwadze, że watażkowie hajdamaccy już na początku kłócić się ze sobą poczęli i w tym swarze Szyło zabił Szwaczkę. Więcej o nim nic nie zapisano. Musiał to być inny Szwaczka niewątpliwie. Jakub Szwaczka był Kozakiem siczowym, z Żeleźniakiem znał się i zapewne odbywali jakieś narady — co można wnosić ze słów własnych powiedzianych przy zeznaniach, jakoby jego i Nieżywego wy-słał pułkownik siczowy Żeleźniak dla wyniszczenia Polaków i Żydów. Rozwijał on swoją działalność w czworoboku między Fastowem, Wasylkowem, Wołodarką i Bohusławiem, w ten sposób, że miał zawsze Białą Cerkiew po środku. Poza te granice wychylał się niedaleko. Z jakiego punktu zaczął hajdamaczyć — nie da się stwierdzić stanowczo i zresztą nie przedstawiało by to żadnego dużego interesu ogólnego, gdyż wszędzie gdzie był, jednako znaczył drogę swoją krwią i morderstwem. Opowiedzmy jego dzieje według księgi kodniańskiej. Zdaje się że hajdamaczenie Szwaczki rozpoczęło się pod Wasylkowem, gdyż najdalszym punktem do jakiego on do-tarł na wschodzie był Trypol nad Dnieprem; cofanie się spod Fastowa i Wołodarki pod Trypol byłoby zbyt ryzykowne i dalekie, a nie miałoby celu praktycznego. Jakie były czyny tego watażki w Wasylkowie, nie wiemy dobrze, wiadomo tylko, że zamordowano tam gubernatora Staszewskiego i jego służącego Stangryłę. W Trypolu połów był obfitszy. Widocznie pojechali tam na upatrzonego. Tamtędy szła droga handlowa na Kijów.
    (…)
    Po tym niefortunnym starciu się stała przed nim tylko droga powrotu; na północ przed sobą miał Kijów, na południu Kaniów. Do Kijowa nie miał po co iść, a w Kanio-wie już byli inni. Cofnął się tedy na Wasylków, zwiększając watahę i dopiero ucztę krwawą wyprawił sobie w Hrebinkach, pod Białą Cerkwią. W osadzie tej wymordowali wszystką szlachtę, z której utkwiły w pamięci towarzyszom Szwaczki tylko nazwisko Siemiaszki i Kondrackich. Stąd powędrowali do Fastowa i tu dopiero rozhulali się wesoło. Dzięki temu że w całej okolicy nie było wojska, a z Białej Cerkwi nikt nie śmiał głowy wychylić, Szwaczka założył sobie bezkarnie główną kwaterę w Fastowie. Tu wataha jego tak się zwiększyła, że miał już około 1000 hajdamaków — jak po-wiadano — pod swoją wodzą, a gospodarował tak namiętnie, że w krótkim bardzo czasie zamordował przeszło 700 ludzi. Nie zadowalniał się on bynajmniej tymi, których w miasteczku bezbronnym zastał i napadł, ale kazał sobie sprowadzać z całej okolicy szlachtę i Żydów i płacił pogłówne — ile mógł i czym mógł. Tak, stróż nocny wsi Skryłówki, Ołeksa Koczubej przyprowadził do watażki Olszewskich, męża i żonę z czworgiem dzieci i zięcia ich Rusieckiego, za to Koczubej i jego wspólnicy otrzymali po 7 (siedem) kopijek od głowy. Szwaczka kazał wymordować całą rodzinę z wyjątkiem dwojga dziewczątek, którym darował życie z litości, ale — kazał przechrzcić na „prawosławie”. Semen Kucopał ze wsi Pałaniczyniec także przyprowadził do Szwaczki jakiegoś „pana” i jako zapłatę otrzymał konia i wołu, które do tego pana należały. Przyprowadzane do niego ofiary Szwaczka najprzód sam uderzał w łeb obuszkiem, a gdy to nie wystarczało jeszcze do odebrania twardego życia, ofiary pozbawione przytomności, wpadały w ręce innych oprawców, z których rąk już z życiem nie wychodziły. Osobliwym faworytem jego był chłopiec do usług Wiśniowski, do którego najczęściej dostawały się takie ofiary, a on je strzelał lub dobijał. Niezależnie od tego miał watażka przy sobie całą armię maruderów i dziadów, która żyła okruszynami, pozostałymi po hajdamakach. Osobliwą dzikością odznaczali się dziady, — żebracy (torbysznyki), którzy zajmowali się obdzieraniem trupów z resztek odzieży i tak obdartych do naga wyrzucali za obręb miasta psom na pożarcie.

    Z Fastowa zrobił wyprawę na Trylisy, a wójtowi Mielnikowi wydał rozkaz przyprowadzania i łowienia wszystkich Polaków. Działo się i tutaj to samo co w Fastowie: przyprowadzonych mordował, a niektórych chrzcił. Dalej wszakże za Trylisy nie poszedł, a powrócił do Fastowa. Mając już tysiąc hajdamaków pod swymi rozkazami, Szwaczka pomimo to nie odważył się uderzyć na Białą Cerkiew, ale widocznie postanowił wzmocnić jeszcze watahę za pomocą działania w kilku punktach i zbierania ochotników. W tym celu podzielił on kupę swoją na dwie części: połowa miała na czele watażkę Żurbę a drugą połową miał dowodzić sam Szwaczka. Z takim zamiarem obydwaj wyruszyli ku Błoszczyńcom. Założywszy sobie główną kwaterę w Fastowie, zrobił stamtąd wycieczkę do Brusiłowa, gdzie był klasztor ojców trynitarzy, z których jeden pozostawił nam smutny opis rzezi i wypadków zaszłych w tem miasteczku. „Pierwszy zajął to miasto hajdamaka Szwaczyszynem zwany (Szwaczka) — mówi pamiętnikarz — bo matka jego szyła koszule podobnym łotrom”. Zdaje się że Szwaczka pochodził także z niedalekiej okolicy. Napad ten miał miejsce 14 czerwca 1768. Zakończył się on zupełną ruiną klasztoru. Hajdamacy wyłamali drzwi przemocą, kościół i klasztor zrabowali doszczętnie, a obrazy i posągi powrzucali do wody. Niektóre posągi wstawili pod koła młyńskie, tak że dla gawiedzi urządzili w ten sposób wesołe widowisko. Mnichów pozabijali i rozpędzili. Czterech z nich zdołało schronić się do Kijowa.
    (…)
    W grudniu r. 1768, gdy już trwogi hajdamackie uciszyły się niby, wypadek zgromadził w miasteczku Borszczajówce pod Kijowem, w zajeździe monasterskim kilku Kijowianów. Między nimi był także miejscowy mnich Łopuciński. Nie wiadomo z jakiego powodu, dość że rozpoczęła się pijatyka na dobre, w której i pokorny mnich udział przyjął niepośledni. Gdy wszyscy podpili, zaczęto dla fantazji strzelać z pistoletów i samopałów. Gorzałka, która kurzyła się im w głowie, i zapach prochu obudziły rycerskie wspomnienia i rozmowy. Śród pijatyki i strzelania przypomnieli sobie że w święto Poczęcia Panny Maryi w pobliskim polskim miasteczku Ihnatówce będzie wielki jarmark, i że byłoby dobrze urządzić tam rabunek. Mnich Łopuciński zachęcał pijanych hultajów, utrzymując, że jest to rzecz łatwa i warto rzeczywiście wyrżnąć tam Żydów i Lachów. Niedługo trwały narady, zwiększono jeszcze towarzystwo swoje ochotnikami i na furmankach w asystencji mnicha wyruszono w drogę. Pod Białogródką był posterunek rosyjski. Tu zatrzymali się wszyscy na odpoczynek w majętności monasterskiej i u mnicha-ekonoma wypili jeszcze „do należytości”. Przyłączył się do nich i młody pop z Białogródki. Wyjechał wszakże wcześniej przed hajdamakami i wcześniej na jarmarku się zjawił. Wiedział on o całej wyprawie. Świerzbiał go język wygadać się, ale nie wygadał się. Odezwał się tylko wobec znajomych Żydów: „Cośbym wam powiedział, ale nie mogę; obaczycie sami”. Niedługo na to czekali. Hajdamacy musieli wszakże przejechać przez granicę. Posterunkiem dowodził porucznik Larski, znany powszechnie z tego, że nigdy się nie przetrzeźwiał, z tej też racji garnizon w Białogródce był bardzo wyrozumiały dla hajdamaków. Gdy się przed rogatkami zjawiła kupa z przeszło dwudziestu, z mni-chem na czele, pół pijanych, podoficer zamiast uderzyć na nich, doniósł Larskiemu że hajdamacy idą. Porucznik leżał w łóżku pijany. Na tę wiadomość nie podniósł się nawet z łoża, skinął tylko ręką i powiedział: Niech idą! Żołnierze, widząc dokąd pójdzie ta wyprawa, nie tylko w niczym nie przeszkadzali, lecz wypożyczyli im nawet swoje spisy i strzelby. Tak tedy, uzbrojeni w broń rosyjską, wesoło wyruszyli do Ihnatówki. Tu spotkali się znowu z popem białogrodzkim, który hajdamakom, idącym na rzeź i rabunek, dał swoje błogosławieństwo. Łatwo można sobie wyobrazić, co się stało na jarmarku, gdy uzbrojeni pijani hajdamacy wjechali na rynek. Kto tylko żył, począł uciekać. Hajdamacy oświadczyli jednak, że oni nie chcą grzeszyć i „prawosławnego narodu” rżnąć nie będą. Czynność swoją rozpoczęli od przeczytania ukazu, pozwalającego rznąć szlachtę i Żydów. Wręczono ów ukaz jakiemuś diakowi, który go śród rynku zgromadzonemu prawosławnemu ludowi na głos przeczytał. Potem dopiero rozpoczął się rabunek i morderstwa. Przede wszystkim rzucono się do piwnic, wytoczono beczki z gorzałką i zaczęli pić kto tylko chciał i ile chciał i dopiero pijani hajdamacy z pijanymi jarmarcznymi hultajami rozpoczęli mordownię. Gdy w Ihnatówce wyrżnięto wszystkich, hajdamacy kolejką odwiedzali wsie sąsiednie: Horenicze, Łuczankę, Petrasze, Nekrasze i i in., gdzie rzeź i rabunek sprawiali. Rozbestwione hajdamactwo pastwiło się w sposób ohydny i przekraczający granice uczuć ludzkich. Jakiś Nestor, parobek klucznika cerkwi w Białogródce, polanem zabił leżące pod karczmą żydowskie dziecię w powiciu. Przedtem już zamordowano matkę tego dziecka. Ów Nestor tym samym polanem, którym dziecko zamordował, począł bić zimnego już trupa matki. Inne sceny, równe tylko co opisanej grozą, powtarzały się bardzo często i opisywać je byłoby to krew do krwi dodawać. Bohaterem tych rzezi i pijaków, pobłogosławionych na rzeź, był jakiś Zając, który się nazwał Szwaczką. Ponieważ imię to było głośne w Fastowie i okolicy, w ten sposób oszukańczy usiłowano stworzyć koło renomowanego watażki większą partię. Prawdziwy Szwaczka, jak wiemy, był knutowany i z Kijowa wysłany. Cały napad na Ihnatówkę i świadome podsunięcie Zającowi nazwiska Szwaczki były już dawno ukartowane. Na trzy tygodnie przed rzezią ekonom monasterski i horodniczy białogrodzki w jednej osobie przygotawiał grunt do udania się zamiaru. Rozgłaszał on o tym, że carowa kazała Szwaczkę wypuścić z „pod karaułu”, obdarzyła go tytułem pułkownika i dała mu władzę rżnąć Lachów i Żydów. Na dowód swej łaski odebrała od generał-gubernatora kijowskiego, który knutował Szwaczkę i rwał mu uszy i nozdrza, dwa ordery, a oddała je Szwaczce. Ten sam mnich bogobojny namówił Zająca — jak się domyślać można, posiadającego także rwane nozdrza i uszy — do przyjęcia na siebie nazwiska Szwaczki i do wycieczki na jarmark ihnatowiecki.
    (…)
    Z Byszowa Bondarenko nie poszedł na południe, na Fastów, gdyż tam gospodarował Szwaczka, ale cofnął się na północ i pociągnął na Andrijówkę do Różowa. W Andrijówce zamordowali jakąś szlachciankę, którą nieznany chłop przywiózł do watażki, ale nim padła pod nożami hajdamackimi, dwa dni ją trzymali przy sobie. Stąd już podążyli do Różowa. Mieli jednakże drogę wytkniętą dalej na północ przez Makarów i Dymir w głąb lasów poleskich. W Makarowie zatrzymał się dłużej. Tu czuł się bezpieczny, bo nie było żadnej obrony. Na wieść o zbliżeniu się hajdamaków do Makarowa, wszyscy uciekać poczęli. Na samym wjeździe jednak spotkali się z rodziną żydowską, która nie zdołała uciec. Składała się ona z ojca, matki i trojga dzieci — chłopców. Nawrócono ich do miasta. Oni też padli pierwsi ofiarą. Na grobli zamordowali Żyda i dwóch synów, a z matką i jednym synem podążyli dalej. Żydek błagał o litość. Obiecano mu darować życie, z warunkiem, że zastrzeli własną matkę. Żydek nie wahał się długo — zastrzelił. Czyn ten tak się podobał Bondarence, że odważnego Żydka obiecał ochrzcić i wziąć do usług do swojej osoby. W Makarowie wymordowano wszystkich Żydów i siedmiu szlachciców. Gdy zabrakło na miejscu ofiar, rozesłano za nimi chłopów po okolicy. gromadzonych oddawano pod noże hajdamackie w Makarowie, innych posyłano do Szwaczki do Fastowa, który za szlachciców, a osobliwie za szlachcianki, płacił. Z tej też może racji chłopi niechętnie Bondarence oddawali swoje ofiary, a woleli prowadzić je do Szwaczki. Tak odprowadzano do niego z Makarowa trzy panny Strutyńskie i jakąś wdowę. Jaki los je spotkał — nie wiadomo. W Makarowie siedząc, nawiązał Bondarenko stosunek przyjazny z popem dymirskim, a skutkiem tego stosunku było to, że watażka do Dymiru się udał. Pop odwiedzał Bondarenkę w Makarowie, używając diaka swego za furmana. Narady bywały długie i częste, ale pozostawały w tajemnicy dla diaka.
    (…)
    Najgłośniejszą sławę zjednali sobie czterej watażkowie, których działalność hajdamacką rozpatrzyliśmy pokrótce, zatrzymawszy się z Żeleźniakiem razem na drodze z Łysianki do Humania, ażeby ten okres, od połączenia się z Gontą, rozpatrzeć oddzielnie. Wypada nam jeszcze zastanowić się pokrótce nad zagonami hajdamackimi pomniejszych watażków. Wspomniałem już niejednokrotnie, że więksi watażkowie rozsyłali na strony niewielkie oddziały, z kilku, kilkunastu, rzadko więcej ludzi złożone. Tego sposobu prowadzenia wojny nauczyli się Kozacy i ich następcy hajdamacy od Tatarów. Około dwóch trzecich pozostaje przy głównym tabo-rze, a jedna trzecia, dzieląc się na małe hufce, rozlatuje się na 8 do 10 mil w około po wsiach i miasteczkach, otacza je i zabiera mieszkańców — kobiety, dzieci, bydło, konie, owce, sprzęty rozmaite, zabijać tych tylko, którzy się bronią. Hajdamacy o tyle byli gorsi od Tatarów, że zabijali bezbronnych. Można wszakże o nich to samo powiedzieć co Beauplan mówił o Tatarach: nie wychodzą by się bić, lecz by pustoszyć i łupić. Tacy zwykli łupieżcy bądź odrywali się od większych watah, bądź własne watahy niewielkie tworzyli, rabując i mordując bez miłosierdzia. W domu trudnili się najpodlejszym rzemiosłem, a wziąwszy nóż hajdamacki w ręce, hulali i stroili się tylko za zrabowane pieniądze, rozumiejąc pańskość i wolność w bezbrzeżnej swawoli. Wyliczymy tu kilku znaczniejszych watażków, których nazwiska zapisane postały w księgach sądowych lub w pamięci ludzkiej. W okolicy Kozackiej Doliny i Łysianki gospodarował jakiś Nos, rabując wsie sąsiednie. Iwan Czorny był atamanem watahy Żeleźniaka, miał zaledwie ośmiu ludzi pod swoją komendą i z nimi pustoszył Smilańszczyznę (…) Iwan Romanczenko grasował w Czerkaszczyźnie. Spólnicy jego wypraw zeznawali, że zajmowali się przeważnie rabunkiem bydła włościańskiego i włościan — co sami włościanie zeznali. Remeza przywędrował spod Międzyrzecza do wsi Werbowca i tu sfor-mował sobie niewielką watahę z tym „jeżeli się nie uda”, można będzie przesiedlić się do Hetmańszczyzny i wstąpić do pułku „pikinierów”. Gdy się wszakże kupa zwiększyła, a nie było jej czym karmić, zrabował przede wszystkim Werbowiec, a stamtąd ruszył pod Papużyńce. Tu zaatakowany został przez nadwornych Kozaków humańskich i w potyczce życie poło-żył. Jeremi Łupuł rabował w Humańszczyźnie zarówno szlachtę i Żydów jak włościan, a życie swoje bohaterskie zakończył w więzieniu w Kodni. Bohun i Dżurdża, znęceni pożarem ukraińskim, przywędrowali aż z Hetmańszczyzny i bawili się rabunkiem w okolicy Łysianki. Wasyl Szełest kręcił się w Smilańszczyźnie. Podanie ludowe wiąże nazwisko jego z początkiem Koliszczyzny. Wybitnej roli jednak w ruchu hajdamackim nie odegrał. Miał on przyjść z Siczy z dwoma przyjaciółmi, Gnidą i Łuskonogiem. Gnida został w łebedyńskim monasterze, Łuskonoh poszedł do moszeńskiego, a Szełest został „posłusznikiem” w motroneńskim monasterze. Tu robił zapasy broni i odzieży dla hajdamaków. (…) Dużym rozgłosem odznaczył się watażka Mykita Moskal, dzięki nie wielkości swojej watahy, lecz awanturze osobistej. Wiadomość o nim przechowała tylko Kodniańska. Rozpo-czął on działalność swoją zdała od centrów ruchu hajdamackiego, na własną rękę. Szczegółów o nim, jak i o większości równych jemu awanturników, braknie zupełnie. Zjawia się on nagle we wsi Malinkach, niedaleko Pohrebyszcz. Majęt-ność ta, należąca do rodziny Krzyżanowskich, była w dzierżawie u jakiegoś Grabowskiego. Gdy doszedł do niego słuch o rabunkach i rzeziach hajdamackich, zamyślał zapewne umknąć i w tym celu popakował do skrzyń wszystko, co miał najlepszego. Okoliczność ta zwróciła uwagę „gromady”, krzywym okiem patrzącej na dzierżawcę i zażądała od popa miejscowego, który był skłonny owe skrzynie biednego dzierżawcy przechować u siebie, ażeby tego nie robił. Taki wrogi nastrój gromady nie zapowiadał nic dobrego. Gdy pop od-mówił usługi, Grabowski zawiózł rzeczy do lasu i tam zako-pał. Był jednak ktoś ciekawy, który to wszystko widział. Ów Mykita Moskal dowiedział się o wszystkim od włościan malinkowskich, z którymi porozumiewał się. Malinki wówczas były głuchą, bezbronną wsią. Watażka wyczekał do chwili, gdy Grabowskiego w domu nie było, a na gospodarstwie pozostała młodziutka jego bratanica ze starą ciotką. Na bezbronny dwór napadł Mykita, a piękna siostrzenica Grabowskiego od razu wpadła mu w oko. Zatrzymał ją przeto w areszcie, a furmanki folwarczne wysłał do lasu po rzeczy. W gromadzie miał chętnych pomocników. Ochotnicy pojechali i w krótkim czasie przywieźli z lasu skrzynie. Watażka rozgospodarował się w domu, co się zowie. Kazał porozbijać skrzynie, wyjął stamtąd ubranie męskie i kobiece i rozpatrując się w tych skarbach, powziął zamiar — godny hajdamaki. Niedługo myśląc, oświadczył spłakanej i przestraszonej dziewczynie, że się z nią ożeni. Ubrał się sam w najpiękniejszy kontusz i kazał ubrać pannę młodą. Ale — była przeszkoda. Trzeba było przechrzcić najprzód pannę młodą na „prawosławije”. Robił sobie, co chciał, nikt mu nie przeszkadzał. Gromada, prowadzona zarówno sympatią jak i obawą, ażeby watażka przez zemstę, w razie oporu, nie splądrował i z ogniem nie puścił wsi, witała Mykitę chlebem i solą. Oczywiście obrządku dokonał pop miejscowy Hryhor Pilipowicz. Watażka nie zadowalniał się wcale przechrzczeniem panny młodej, ale pragnął jeszcze dokonać tego obrządku i na staruszce ciotce. Kobiety stawiły opór. Trzeba było trzymać je przemocą. Starą ciotkę trzymali przeto Prokop Hołowka ze starą popadią, a pannę — jeden z hajdamaków i młoda popadia. W ten sposób dokonano chrztu i sakramentu małżeństwa. Po czym dopiero rozpoczęła się uczta poślubna. Gorzałki było pod dostatkiem zarówno w piwnicy arendarza jak i posesora. Hajdamacy hulali z malinkowskimi chłopami. Piwnica Grabowskiego była także zaopatrzona w wina. Na smakach Imć pan Mykita niedobrze się znał, ale próbował wszystkie gatunki: butelki z winem, które mu nie smakowało, rozbijał. W czasie takiej uczty watażka wystąpił z mową: „Pańszczyzny — mówił — już robić nie będziecie; żyto i wszelkie zboże zbierajcie na własną korzyść, siano koście tylko dla siebie; świnie pańskie możecie kłóć i jeść, wiele chcecie”. Gromada ogromnie cieszyła się z tego że posiada już „inszych paniw”.
    (…)
    Jakiś Maksym, Zaporożec, grasował na Polesiu z Płyhanenką i Saczkiem. Stefan Głowacki rabował włościan w Szpole i Bohusławiu. Klim Szczerbina robił wycieczkę z Ki-jowa do Motowidłówki i brał udział w rabunku Trylisów. Wyliczać wszystkich było by to stratą czasu. Ponieważ jednak do tych drobnych watażków nie wrócimy, należy podnieść rys jeden wspólny im wszystkim, to jest bezbrzeżną lekkomyślność i rozhukanie ich, dające się pohamować tylko siłą. Owo pragnienie Nieżywego pozostania „panem” bodaj przez dzień jeden jest rysem moralnym wszystkich watażków, a dodać należy, że „państwo” rozumieli tylko w znaczeniu wyuzdanej swawoli. O ile można zorientować się w planie ruchów hajdamackich, miał on na celu podniesienie całej ludności ukraińskiej przeciwko „panom i Żydom”. Byłby to powrót do tradycji Chmielnickiego, z tą różnicą, że jako oparcia dla tych zamiarów nie było już wojska kozackiego. Trzeba je było stworzyć z tłumu czerni. Ażeby zaś czerń pociągnąć za sobą, należało rzucić takie hasło, które by instynktom tłumów najbardziej odpowiadało. Nie mogło wystarczyć samo wezwanie nieznanych zupełnie ludzi do rżnięcia Lachów i Żydów, trzeba było tym tłumom dać jeszcze jakieś realne zadowolenie. Takim był bezkarny rabunek i bezkarna swawola. Dzięki słabości państwa polskiego i intrygom politycznym stało się to możliwe.
    Watahy hajdamackie, które rozpoczęły swoją działalność na wiosnę roku 1768, z kotła czehryńskiego rozbiegły się w różne strony, zwiększając się po drodze żywiołem miejscowym. Żeleźniak tedy udał się na Humań, Nieżywy na Kaniów, Szwaczka na Fastów. Inne watahy wyruszyły w kierunku Bohu w województwo bracławskie i na północ Kijowszczyzny. Szły one zupełnie tatarską metodą: główny oddzialik postępował linią wytkniętą, a małe zagonki, nieraz z kilku hajdamaków złożone, rabowały i mordowały na skrzydłach. Walka była o tyle trudniejsza, że z każdym zagonem trzeba było osobną staczać bitwę, lub gdy jeden zagon rozpraszał się, na drugi tylko przypadek mógł naprowadzić. Każdy watażka, dowodzący zagonem, działał niejako samodzielnie, stąd popłoch szerzył się po całym kraju.
    (…)

  7. RomanK said

    Tak jest panie Zenonie…i to wlasnie bezposrednim skutkiem Koliwszczyzny i Ukrainnej Pederastii Zoophallicznej – jest Ruch Palikowta z Biedroniem. ta druga babachopem- czyli skutkiem experymentow sexualnych z bykami i reszta inwentarza i cala reszta oswiecona hajdamczczyzna:-)))
    Jedno mnie tylko zastanawia , dlaczego to raczej w Polsce sie odbija ,,,,a nie na Ukrainie:-))

  8. Piotrx said

    Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

    Część 7 .

    Rzeź humańska

    W jednym z poprzednich rozdziałów mówiliśmy o Humańszczyźnie w ogóle i o tych warunkach istnienia fortecy w Humaniu, jakie stworzyła dla niej wola Potockiego. Teraz musimy jeszcze słówko powiedzieć o topografii ówczesnego Humania. Miasto, jak i dziś, leżało na lewym brzegu rzeczki Humenki, zwanej także Humanką albo Umanką, która, pomiędzy Pieniążkowem a Berestowcem początek wziąwszy, płynęła do Humania, a otaczając przedmieścia i wzgórza miastowe linią wężowatą, wpadała do Jatrania, dopływu Sinej Na wiosnę krwawego roku 1768 Humań przedstawiał się jako punkt dostatecznie obronny i posiadał garnizon piechoty z 600 żołnierzy złożony, którym dowodził porucznik Lenart, jako też milicją z Kozaków, składającą się z piechoty i konnicy, pod dowództwem dwóch pułkowników, Obucha i Magnuszewskiego. Milicja była przeznaczona do uganiania się za włóczęgami i rabusiami stepowymi, a garnizon pod wodzą Lenarta trzymał straże na bramach i w więzieniu, które zawsze było przepełnione hajdamakami. Oprócz otoczenia forteczki wysokimi palisadami, posia-dała ona wewnątrz miasta jeszcze jeden umocniony posterunek: był to dwór gubernatorski. Otoczony on był również palisadą i posiadał cztery wielkie narożne baszty. W jednej z tych baszt na górnym piętrze miał swoją pracownię inży-nier Szafrański, przysłany przez wojewodę do zrobienia po-miarów, gdyż właśnie Potocki, na życzenie ks. biskupa Ryłły księży unickich. Był to człowiek już nie pierwszej młodości, żołnierz z profesji, który służbę swoją odbył w wojsku Fryderyka II. W obrębia forteczki nie było studni, a co dziwniejsze, nikt nie pomyślał wcześniej o tym, ażeby się w wodę na wypadek potrzeby zaopatrzyć. Na wiosnę dopiero roku 1768 poczęto ją na gwałt kopać, wybrawszy do tego miejsce koło Ratusza — nadaremnie jednak kopano: natrafiono na grunt kamienisty, ale źródła nie było. Wspominam o tym fakcie dlatego, że stał się on później dla oblężonych jeżeli nie przyczyną, to przyspieszeniem klęski.

    Gdy się z wczesną wiosną rozniosły echa o tym, że jakiś Żeleźniak, otrzymawszy błogosławieństwo od ihumena motroneńskiego, począł grasować w Smilańszczyźnie, w majętnościach ks. Jana Lubomirskiego, równie obszernych jak Humańszczyzna. Mładanowicz przywołał pułk kozacki znad Siniuchy do Humania i w pobliżu rozłożył go obozem, razem z piechotą. Tymczasem przez Żydów przychodziły niepokojące wieści i odbijały się o uszy Ciesielskiego, który siedział jeszcze w Humaniu po załatwieniu sporu między Mładanowiczem a Gontą — jako pełnomocnik Potockiego. Mówiono, że Gonta miewa porozumienie z hajdamakami i że już nad Siniuchą leżącego, próbowano go zjednać dla Żeleźniaka. Wówczas sprzeciwił się temu starszy setnik Duśko, człowiek roztropny, który do tego ręki przykładać nie chciał. A na szczęście cieszył się mirem u Kozaków. Gdy mu plan połączenia się z Żeleźniakiem przedłożono, wręcz odpowiedział że: „siedem niedziel byłoby waszego panowania, a sie-dem lat będzie wieszania i ćwiartowania”. Duśko wszakże umarł na stepie. Ciesielski, przelękniony, wysłał gońca z żądaniem powrotu Gonty. Posłuszny setnik przyjechał. Przybyłego kazał Ciesielski okuć w kajdany i nazajutrz wypro-wadzić pod szubienicę w zamiarze powieszenia. Tu się w całą sprawę wmieszała kobieta — pani pułkownikowa Obu-chowa. Poczęła upewniać Ciesielskiego co do wierności Gon-ty, tak zaręczać, tak przekonywać, że jest niewinny, że darowano mu życie. Ten dowód przyjaźni zapamiętał sobie Gonta. Należał on do tych, którzy bodaj litość w krytycznej chwili wzbudzić w sobie mogą. Piękny trzydziestokilkuletni mężczyzna, gładki z damami, wykształcony, jak się zdaje, w polskich szkołach, nie ustępował żadnemu szlachcicowi.
    Gdy pochód Żeleźniaka już się objawił wyraźnym kierunkiem, powołani Kozacy obozowali pod Humaniem. Podejrzenia co do Gonty musiały być słuszne, gdyż i w obozie stojąc, także miewał konszachty z jakimiś ludźmi, przyjeżdżającymi „z zagranicy”. Widocznie obawiał się, ażeby go nie przyłapano, gdyż nocną porą wymykał się do swoich wio-sek, gdzie odbywały się jakieś narady. Obuch oskarżył go przed Mładanowiczem. Gubernator nie okazał ani przenikliwości, ani stanowczości charakteru w stosunku swoim do Gonty. Nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które wisiało nad Humaniem. Byli tacy, którzy już wówczas doma-gali się kary i usunięcia setnika, ale Mładanowicz wręcz oświadczył, że nieprzekonanego o zdradę karać nie może. Rozciągnięto tedy nad podejrzanym ścisłą kontrolę, tak dalece, że śledzono wszystkich, którzy zbliżali się do niego. Okazało się wkrótce, że Obuch miał słuszność: w obozie Gonty zjawili się popi-wysłańcy z Kijowa z listami. W listach nic nie było nadzwyczajnego: narzekania na unię, żale z powodu zakazu odwiedzania pieczar kijowskich i — polecenia się przy-jaźni. Aresztowano popów, ale nic przy nich nie znalezio-no, a listy wydawały się Mładanowiczowi pozbawione znaczenia. Oczywiście, były one tylko pozorem i mogły nabrać doniosłości jedynie pod wpływem żywych poleceń lub rozmów. Nie badano wszakże nikogo. Gonta pozostał wolny. Ażeby zachęcić do wierności popularnego setnika, Mładanowicz dopuścił się szeregu czynów, które zdradziły nie tylko jego małoduszność, ale i tchórzostwo
    (…)
    Około dziesiątej rano dnia 17 czerwca w poniedziałek przed św. Janem pikieta dała znać, że zbliża się jakieś wojsko. Szafrański wybiegł na swoją basztę i począł przez lunetę przypatrywać się. Zdało mu się, że Gonta z pułkiem wraca. Na tę radosną wiadomość tumult zrobił się w mieście. Radość wszakże trwała niedługo. Szafrański obserwował ciągle zbliżające się wojsko. Po kilku minutach przyglądania się dostrzegł inną jeszcze kupę, nie mającą charakteru regularnego wojska, przybraną w różnobarwne stroje. Tu już nasu-wały się podejrzenia, które wkrótce wyjaśniły się zupełnie, gdy Szafrański dostrzegł przyjacielskie zachowanie się Gonty z jakimś — jak się zdawało — dowódcą widzianej kupy. Owym towarzyszem Gonty był Żeleźniak. Wszelkie nadzieje rozwiały się. Zawiadomiony o tym Mładanowicz kazał alarm uderzyć i stanąć pod bronią. Stanęły regiment, Kozacy i milicja zielona. Gubernator jeszcze nie wierzył w zdradę Gonty, bo go nie dostrzegł. Tymczasem kupy hajdamackie zbliżały się do miasta od strony Grekowego Lasku i Nowego Miasta. Przejście było dość wąskie między szpitalem a jarem prowadzącym do Humenki i wałami fortecznymi, a jednak tym przejściem sunęły się do bramy kupy hajdamaków. Mładanowicz kazał dać ognia, ale strzały poszły górą i szkody żadnej nikomu nie uczyniły. Zdaje się że i puszkarze byli w porozumieniu z hajdamakami. Wówczas Mładanowicz sam stanął przy harmacie, wymierzył działo i dał ognia, — przejście całe zasłał trupami. Kilka wystrzałów oczyściło zupełnie drogę przed miastem. Hajdamacy cofnęli się za wały. Kanonada szła dalej nie dla obrony bynajmniej od hajdamaków, bo ukrytym za wałami kartacze nie szkodziły wcale, ale dla-tego tylko, ażeby sygnalizować pułkownikom czas uderzenia z tyłu, stosownie do planu powziętego. Było to ostatnie złudzenie Mładanowicza. Około godziny piątej przed wieczorem przekonał się dopiero, że z Żeleźniakiem jest i Gonta. Ujrzawszy go i domyśliwszy się z przyjacielskiego zachowa-nia się z watażką że zdradził, tak się czynem własnej łatwo-wierności przeraził, że zbladł i mowę stracił. Oparłszy się o bramę milczał, — nie był zdolny wydać żadnego rozkazu. Lenart wziął na siebie obronę miasta, przejętego strachem panicznym.

    Rzeź pod Grekowym Laskiem, gdzie zbiegła się z różnych kątów ludność taborem się rozłożyła, już się rozpoczęła — a liczono tam około 8 tys. ludzi. W mieście zaczęli się byli wszyscy zbroić. Rozdawano broń każdemu, Żydom nawet rozdawano samopały i pałasze, a ci, którym palnej lub siecznej broni zabrakło, do długich drągów przymocowywali sobie kosy. Na wspomnienie klęski łysiańskiej męstwo przez chwilkę opanowało wszystkich. Rej wodzili Lenart i Szafrański. Szczególnie ten ostatni rozwinął nadzwyczajną energię i był jednym z tych, którzy tylko w obronie i stanowczości widzieli ratunek. Stanął z Mładanowiczem przy bramie od Nowego Miasta, gdy Lenart armatą w bramie od Humenki kierował. Oprócz tego na wałach stały działka, a przy studniach ulokowali się Kozacy, szlachta, mieszczanie, Żydzi i studenci ze szkoły bazyliańskiej. Gdy już wszyscy naocznie przekonali się o zdradzie Gonty, kobiety przestraszone rzuciły się do modlitwy i do kościołów. Ksiądz Kostecki z proboszczem miejscowym chodzili z procesją po mieście, błagając Boga o miłosierdzie i zmiłowanie. Obnoszono uroczyście posąg Matki Boskiej, ks. Kostecki, rektor, zapowiedział gotowanie się na śmierć.

    Pierwszego dnia hajdamacy nie atakowali miasta — zajęci byli rabunkiem taboru i rzezią. Nastąpiła noc ciężka dla wszystkich, pełna przestrachu i trwogi — noc bez księżyca, ciemna, głucha. Skorzystano z tej ciemności i piechota wszystka, milicja zielona, dragoni, a nawet garnizon z włościan złożony i służba dworska kozacka przeszli gromadnie do obozu hajdamackiego. W ten sposób miasto zostało zupełnie bez regularnej obrony. Ci, którzy nie mogli wyjść przez bramy, przeskakiwali przez palisady i uciekali do Gonty. W Humaniu pozostali tylko szlachta i Żydzi. Ranek (osiem-nastego czerwca) był smutną zapowiedzią końca: w mieście nie było żołnierza, broni i wody. Z braku wody wiśniakiem, miodem, piwem gaszono pragnienie — jakie to skutki po-ciągnąć mogło za sobą, łatwo było przewidzieć. Ci, którzy zostali zamknięci w fortecy, potracili głowy zupełnie i niezdolni byli ani do armaty ani do ręcznej broni. Trunki różne jednych pozbawiły przytomności, drudzy ogarnięci rezygna-cją wobec nieuniknionej śmierci, szli do kościołów i synagogi szukać moralnej pociechy. Nic dziwnego że noc ta była nocą niepokoju i rozpaczy. Hajdamacy, zająwszy obóz szlachty i Żydów pod Grekowym, sami się w nim rozłożyli, ucztując i hulając po hajdamacku. Czuli się zupełnie bezpieczni. Starszyzna i Kozacy bankietowali, a gorzałki miodów i wina mieli ze sobą pod dostatkiem, bankietowali z całym bezpieczeństwem oczaj-duszów, którym dzień dzisiejszy wystarcza za całe życie. Konie pasły się przed obozem. Lenart, dowiedziawszy się przez szpiegów, po chłopsku przebranych, że spojeni Żeleź-niak i Gonta w pobliskim folwarku nocują, spróbował jesz-cze raz szczęścia. Prosił Mładanowicza, aby pozwolił zrobić wycieczkę zapewniając że mu się uda wyrżnąć pijanych hajdamaków, jako też Gontę, Żeleźniaka i wszystkich „naczałów” zbuntowanego chłopstwa. Mładanowicz nie przyjął tej propozycji. Nie tracił nadziei, że zdoła jeszcze błaganiem i przekupstwem złagodzić zdradę. Rano tedy zwołał kahał Żydów, kazał im naładować na bryki atłasu, adamaszku sztukami, sukien cienkich, płócien i zawieźć w prezencie dla Żeleźniaka i Gonty, prosząc o miłosierdzie. Watażkowie przyjęli to wszystko, co im nie przeszkodziło wszakże zaata-kować miasto ze wszech stron. Gonta wydał rozkaz sprowa-dzenia z najbliższych okolic Humania chłopów ze wsi z sie-kierami i kazał im podrębywać palisady. W tym samym czasie czerń hajdamacka jak szarańcza oblegała miasto, strzelając z samopałów, a Gonta sam we własnej osobie jeździł dokoła miasta, krzycząc: Poddawajcie się, nic wam nie będzie. Na znak przebaczenia i pokoju uwiązał do dzidy białą chust-kę i tak jeździł. Mładanowicza zachęcał również do pod-dania się, grożąc w przeciwnym razie okropną zemstą.

    Sprawą obrony kierowali Szafrański i Lenart. W ostatniej chwili Szafrański doniósł Mładanowiczowi że zabrakło kartaczów. Teraz trzeba się było już ratować układami. Zdaje się że Gonta wiedział o tym, że oblężonym braknie kartaczów. Mładanowicz pod wpływem takiej ostateczności zde-cydował się znowu na pertraktacje z Gontą. W tej to zapew-ne smutnej i beznadziejnej chwili oblężeni postanowili ode-grać przed setnikiem ostatni akt przebiegłości wojskowej. Mładanowicz zażądał widzenia się z Gontą. Postanowio-no, gdy Gonta się zjawi, udawać że się chce do niego strze-lać. Tej roli miał się podjąć Szafrański. Gdy zwycięski setnik przybliżył się do bramy w kilka koni od strony Nowego Mia-sta, Szafrański ujął w rękę zapalony lont i udawał że chce strzelić. Zgromadzona przy nim szlachta i Mładanowicz nie pozwalali mu. Taką sztuczną lojalnością chciano ratować sytuację. Inaczej niepodobna sobie wytłumaczyć zachowa-nia się Mładanowicza — łatwowiernego, wahającego się, trwo-żliwego, pełnego lekkomyślnej nadziei aż do ostatka i pozba-wionego stanowczości. Było to w jego duchu. Nie mogąc ratować miasta siłą, pragnął je ratować fortelem.
    (…)
    Gonta przedkładał gubernatorowi, że ma przed sobą woj-sko gwarantki kraju, Katarzyny imperatorowej, — ulec mu przeto musi. Może i sam w to wierzył. Wiara we własne szczęście oślepiała go. Zdawało mu się że pod nowym sztan-darem — carowej — dosłuży się większych zaszczytów niż w milicji nadwornej. Żeleźniak go bałamucił fałszywymi uka-zami. Przedkładał też rzecz całą tak, jak sam rozumiał. Na dowód, że ruch hajdamacki popiera sama carowa, kazał przed Mładanowiczem rozwinąć chorągwie, na których z jednej strony był wyszyty portret imperatorowej, na drugiej ukaz szukania i rozpędzania konfederatów. Na zapytanie Lenarta co myślą z nimi robić, Gonta odpowiedział: „W ręku jestem wojska Imperatorowej”. Lenart, znać już poprzednio porozumiawszy się z Mładanowiczem, zawołał: „Poddajmy się; na chleb i na sól prośmy”. Rogaszewski nalegał jeszcze, aby strzelić do Gonty, upatrując w tym wszystkim co mówił set-nik, nową próbę oszukania oblężonych. Mładanowicz nie pozwolił, opierając się na przyrzeczeniu, którego pragnął do-chować; położył się na armacie, ale i tą powolnością nie uratował siebie i miasta. Wywołało to oburzenie przeciwko niemu. Mładanowicz zrezygnowany, podniósł się z armaty i powiedziawszy: „Radźcie sobie; ja idę do kościoła i oddaję się Bogu, bo tylko Bóg naszym ratunkiem” — odszedł. Takie zachowanie się jego odebrało wszystkim ducha i chęć do obrony. Z tej chwili zamieszania skorzystał także Lenart i zdołał umknąć z miasta. Co się z nim stało, jako też z Szafrańskim, którzy stali na stanowisku do ostatniej chwili — nie wiadomo.
    Gdy działa przestały strzelać, bramy były wolne od osta-tnich obrońców, ludność w przerażeniu rzuciła się, jedni do kościołów, a drudzy do synagogi — hajdamacy wtargnęli bezkarnie do miasta.

    Zanim przejdziemy do skreślenia tych strasznych i cięż-kich chwil, jakich zgromadzeni w fortecy i mieście doznali, musimy zastanowić się nad pytaniem: jaką siłę zdołali zgro-madzić hajdamacy pod Humaniem i jakimi siłami rozporzą-dzali oblężeni? Rozmaite krążyły pod tym względem wiadomości, a często sprzeczne. Lippoman utrzymywał według świadectwa Kwaśniewskiego — które podzielali inni — że pod Humaniem było przeszło cztery tysiące zbrojnych i ma-jących działa hajdamaków, a drugie tyle, rozproszonych po zagonach w najbliższej okolicy, bądź rozbiegło się bądź nie stanęło do taboru. Moszczyński pisał o 30000 hajdamaków. Są to liczby stanowczo przesadne. Strach ma wielkie oczy. Ci, którzy patrzyli z wałów miasta na tabor kozacki i na włóczących się pod miastem hajdamaków, nie zdawali sobie sprawy z tego, kto należy do watahy Żeleźniaka, a kto do tych, których Gonta spędził z całej okolicy do podrębywania palisady. Spróbujemy na podstawie posiadanych materiałów obliczyć najprzód żołnierza broniącego Huma-nia. Krebsowa i Paweł Mładanowicz powiadają zgodnie, że w mieście był garnizon składający się z 600 ludzi, którymi dowodził Lenart. W tej liczbie było 300 dragonii. Oprócz tego była tzw. milicja nadworna dla obrony kraju od hajdamaków, na czele której stał Obuch, jako pułkownik, i tzw. milicja zielona, wybrana z ludności wiejskiej i przeznaczona dla konfederatów. Jak wielka mogła być milicja nadworna? Krebsowa powiada, że w Humańszczyźnie było do 2000 Kozaków. Ale zważywszy, że Humańszczyznę składało pięć guberni, z których targowicka i mohylewska (nad Dnie-prem) były największe i potrzebowały dużej obrony, może-my liczyć bez błędu, że miały milicję po 300 Kozaków, razem zatem 600; dwie mniejsze po 200 — czyli 400, co czyniło łącznie 1000 Kozaków. Na Humań mogło przypaść około 1000, — zważywszy że było dwóch pułkowników i czterech setników. Paweł Mładanowicz w pamiętniku swym powiada, że Bendziński, komisarz jeneralny dóbr radziwiłłowskich, przyjechał ze Spiczyniec z żoną, siostrą Mładanowicza, i do forteczki humańskiej 500 Kozaków przyprowadził . Zatem liczba Kozaków nadwornych zbliżała się do podanej przez Krebsową. Ponieważ żaden z pamiętnikarzy nie wspomniał o tym, ażeby do Humania przychodziły milicje z innych guberni, a do Krystynopola szło corocznie 300 Kozaków, wynika z tego, że Obuch nie mógł mieć więcej pod swoją dyspozycją nad 800. Wiedząc, że do taboru hajdamackiego uciekła piechota, milicja zielona jako też służba wewnętrz-na i Kozacy radziwiłłowscy, możemy teraz obliczyć ilość wojska jaką rozporządzał Żeleźniak pod Humaniem — za-tem miał: 500 milicji nadwornej, 600 piechoty, około 200 milicji zielonej i 500 Kozaków radziwiłłowskich, czyli razem około 1900 żołnierzy. Własne jego siły były znacznie mniej-sze. Z Medwedowskiego lasu wyszedł mając tylko 30 hajdamaków przy sobie, był w Bohusławiu, Czerkasach, Orłowcu, Łysiance, skąd Kozacy nadworni przychodzili do niego; licząc że z każdego z tych miasteczek wyszło tylko po 100, wypadnie 400; przybyło dobrowolnie około 200 i tyleż było w zagonach — co czyni razem około 800. Połączywszy wszystkie siły przeto, mógł mieć około 2600–2700 żołnierzy pod swoim i Gonty dowództwem. Liczba ta zgadza się ze wskazówkami, podanymi przez współczesnych Zaporożców. W tym duchu dał relację na zeznaniach w Kuszu Zaporoskim Kozak Ławryn Kontarzej, będący pod Humaniem w chwili, gdy Żeleźniak już po połączeniu się z Gontą tam obozował. Od tego samego świadka wiemy, że watażka posiadał 30 cho-rągwi, 15 dział, a chwalił się przed nim, że „generał rosyjski Kreczetnikow dziękował mu pisemnie za to, że Humań zrujnował, a żydów i Lachów w pień wyciął”.

    Teraz możemy przejść do samego aktu rzezi Humania, aktu, któremu równych pod względem barbarzyństwa nie-wiele naliczyć można.
    Gdy Mładanowicz, zrozpaczony i bez nadziei odszedł od bramy po rozmowie z Gontą, udał się do kościoła farnego, gdzie już cała rodzina była zgromadzona, mianowicie: ma-tka jego, żona, siostra, córka Weronika, syn Paweł i drugi młodszy Adam, przy piersi mamki. Był tu także nauczyciel domowy Pawła, Chmielewicz. Mładanowicz wszedłszy, po-wiedział że się widział z Gontą, że nie ma nadziei na ratu-nek — trzeba umrzeć. Nic innego przeto nie pozostaje, jak polecić się opiece Boga. Gdy ostatni obrońcy odbiegli od ar-mat lub zrezygnowani odeszli, a więc wszelka obrona ustała, hajdamacy rzucili się ze wszech stron na miasto. Kto żył, tłoczył się do kościoła, dokąd wpadła zgraja Kozaków, ale kościół był tak pełny że wcisnąć się nie mogli. Wówczas jeden z nich, stanąwszy na progu, wyciągnął jołom i krzyk-nął: „Wspomahajte!” Kto tylko co miał przy sobie dawał — dawano worki ze złotem, bransolety złote, sztuki złote i sre-brne, różne ozdoby kobiece, słowem, co kto drogiego miał, oddawał. Wtem przed drzwiami kościoła stanął Gonta. Kozak zbierający jałmużnę, odwrócił się do setnika i rzekł: „Pięknie wypraszają się Lachówki; trzeba im przebaczyć”. — „A cóż z tobą będzie, jeżeli im przebaczysz?” — odpo-wiedział setnik. Tymczasem z kościoła zdołali wyciągnąć Kozacy całą ro-dzinę Mładanowicza i ustawili przed progiem. Gubernator próbował jeszcze przemówić do rozsądku i obowiązków Gon-ty, przypominając mu dowody łaskawości już odebrane i te które_ mógłby odebrać gdyby obronił majętności wojewody.
    (…)
    Wtem Gonta krzyknął, ażeby wyprowadzono z kościoła resztę rodziny gubernatora. Mładanowicz, wrzuciwszy do kieszeni Weroniki woreczek, w którym było kilkaset dukatów, pozostał jeszcze na progu koś-cioła, ażeby się pomodlić. Nikt nie chciał wyjść pierwszy. Poczęto ofiary gwałtem wyciągać. Chwytano je pojedynczo i ustawiano przed kościołem. Weronikę Mładanowiczównę, gdy iść nie chciała, pchnął jakiś Kozak w bok spisą, — upa-dła i byłaby może nie wstała wcale, gdyby spisa ześlignąwszy się po żelazie sznurówki, nie zadała jej tylko głębokiej rany. Leżącą na ziemi porwał hajdamaka za włosy i na dziedziniec wyciągnął. Gonta przypatrujący się tej scenie oświadczył że tylko czte-ry rodziny ocaleją: Mładanowicza, Rogaszewskiego, Markow-skiego i Obucha. Pierwszym wyciągnięto Rogaszewskiego. Obietnice Gonty były tylko łudzeniem nieszczęśliwych. Sam go własnoręcznie natychmiast zamordował, wymawiając, że nie pozwalał na zasiedlanie wsi. Gdy nareszcie oderwali od modlitwy Mładanowicza i stawili go przed Gontę, setnik ode-zwał się, ażeby wszyscy z jego rodziny przy nim stawali, gdyż daruje im życie. Gubernator prawie nieprzytomny zapytał Chmielewicza, czy są wszyscy? Brakło matki Mładanowicza, staruszki która niezadługo przed rzezią ze Spiczyniec przy-jechała. Mładanowiczowa wróciła do kościoła po matkę, ale tam już rzeź sprawili hajdamacy, — zastała ją zamordowa-ną, leżącą u stóp ołtarza. Wyszła tedy z kościoła, lecz na dziedzińcu natknęła się na szalejących hajdamaków; jeden z nich pchnął ją nożem i trupem położył. Widząc to panie towarzyszące jej, uciekać poczęły i schroniły się do zamku, niegdyś mieszkania gubernatora. Dwadzieścia wschodów prowadziło do zamku. Tu zmęczone i przelęknione kobiety usiadły na chwilę. Zamek już był splądrowany. Mładanowicza z synem Pawlusiem kazał Gonta zapro-wadzić do mieszkania zamożnego mieszczanina Bohatego, u którego sam stanął kwaterą. Gubernator wyprosił sobie do asystencji Kozaka, który by go przed łotrującymi hajdamakami bronił. Jakoż szedł przed nim Kozak krzycząc do spotykanych: „Nie zaczepiaj”. Tak doszli do domu Bohatego, gdzie Mładanowicz usiadł na zydelku i prosił Gontę, aby mu kazał żonę przyprowadzić, na co otrzymał wiado-mość z ust jego, że już nie żyje. Droga, którą szedł Mładanowicz była wysłana trupami. Trupy były obdarte ze wszyst-kiego, tak dalece, że na niektórych nawet koszuli nie było. Hajdamacy przelatywali z końca w koniec. Krzyk, hałas, płacz, ogólne pomieszanie i trwoga dodawały barw temu strasznemu obrazowi. Dzieci, wybiegające na ulice, hajdamacy brali na spisy i z dzikimi okrzykami podnosili do góry. Mieszkańców, którzy się w domu zamknęli, wypędzano, a wypędzanych chwytano na spisy. Rannych i nieżywych tra-towały konie, potrącali hajdamacy. Widok ten niemym uczynił Mładanowicza. Gonta zwrócił się do niego z wesołą twarzą i rzekł: „Patrz, panie podstoli, jak hulają!” Hajdamacy poczęli się cisnąć na dziedziniec, a dowie-dziawszy się kogo mają przed sobą, obelgami i żartami obsy-pywać go poczęli. Gonta widząc to, kazał wszystkich zapro-wadzić do alkierza, w którym blisko 30 osób skupiło się, mó-wiąc że tu będzie bezpieczniej. Około godziny drugiej po po-łudniu przyszedł Kozak i, otworzywszy drzwi alkierzyka, wy-wołał Mładanowicza na nowo do Gonty. Wyszedł z nim tak-że syn Pawluś. Na dziedzińcu przy przyzbie stał koń Gonty, ubrany w pistolety, nakrycia adamaszkowe, aksamitne, atła-sowe, złotem haftowane, na których błyszczały naszycia srebrne, złote i brylantowe. Po jednej stronie stali Kozacy, po drugiej Żeleźniak i Gonta. Mładanowicz usiadł na przyzbie. Do siedzącego zbliżył się Gonta z zapytaniem: „Gdzie scho-wałeś pieniądze?” Gubernator odpowiedział że nie chował wcale, z obawy aby go nie męczyli — na co mu donośnym głosem a gniewnie krzyknął setnik, ażeby się rozbierał. Mładanowicz wstał z przyzby blady, oparł nogę o Gontowego konia i podał Kozakowi but do zdjęcia. Miał na sobie żupan peruwianowy na białym tle z zielonymi kwiatami, kontusz su-kienny popielaty, pas turecki w karpią łuskę haftowany, białą aksamitną konfederatkę drobnym krymskim barankiem sut bramowaną. Kozak, zdjąwszy but, zerwał konfederatkę z gło-wy Mładanowicza, na swoją włożył, a własny kapszukowaty jołom wcisnął na głowę gubernatora. Gonta gniewnym gło-sem znowu powtórzył pytanie o „hroszi”. Pawluś, przeczu-wając czym się to zakończyć może, rzucił się do nóg Gonty w milczeniu. Gonta zrozumiał o co chodzi i kazał odprowadzić jego w inną stronę, ażeby na męczenie i śmierć ojca nie pa-trzył. Dał mu do obrony Kozaka imieniem Szyło, który go zaprowadził do ratusza i tam siedzieć kazał w tym miejscu, gdzie składano zrabowane rzeczy. Na jednej kupie leżały ży-dowskie spódnice, na drugiej złoto i srebro, na innej ogromne stosy miedzi. Jedni przynosili zrabowane rzeczy, inni wdzie-wali na siebie po pięć i sześć kontuszów, kilkoma robronami konie nakrywali. Gdy jedni znosili rzeczy i ubierali się, inni odbywali polowanie na ludzi, strzelając do nich z pistole-tów, biorąc na spisy lub zarzynając nożami. Ten i ów przyskakiwał do Pawlusia, aby go zamordować, ale rozkaz Gonty powtarzany przez Szyłę, powstrzymywał ich. Do wtóru tym wszystkim scenom, na które patrzył, odzywały się działa. Pawluś, przestraszony, prosić zaczął aby go zaprowadzono skąd przyszedł. Gdy wrócił przelękniony, Szyło pocieszał go, że będzie żyć sam i jeszcze jeden z obecnych — ten, kogo sobie wybierze. Gdy to usłyszano wszyscy poczęli wyciągać do Pawlusia ręce z wołaniem, ażeby ich wyprosił od śmierci. Pawluś wybrał Chmielewicza, profesora swego. Szyło zaraz obydwóch poprowadził do cerkwi, ażeby ochrzcić, tłumacząc że inaczej żyć nie mogą. Trzeba było przejść przez rynek zawalony trupami. Okna w domach były wybite, książki, pier-naty powyrzucane, a pierze z rozprutych piernatów pokry-wało trupy. Szli potrącając o nie lub przestępując, a kiedy się wzdrygali, przewodnik zachęcał ich tym że to „soromnyi tiła, ne prawosławnoj wiry”. Tu spotkał się z siostrą Weroniką. Chrzest ów miał się odbyć w cerkwi św. Michała przed zamkiem.

    Gonta pragnął ochrzcić całą rodzinę Mładanowicza, pozostałą jeszcze przy życiu. Rodzina ta zgromadzona była we dworze. Posłał po nich pan setnik z poleceniem przy-prowadzenia do tej samej cerkwi dla dokonania obrzędu pra-wosławnego chrztu. W gronie tych kobiet znajdowała się Konstancja Jankiewiczówna, siostra rodzona pierwszej żony Mładanowicza, Joanna Mładanowiczówna siostra jego, 16-letnia panienka, Dorota z Mładanowiczów Bendzińska, Wero-nika Mładanowiczówna, córka gubernatora 18 lat mająca, późniejsza Krebsowa, i wiele innych. Gdy je pędzono do cer-kwi, Konstancja Jankiewiczówna opierała się. Kozak asystu-jący jej powiedział, że trzeba „perechrestytysia na naszuju wiru”. Słowa te obudziły w niej żywą wiarę i zachęciły do męczeń-skiego oporu. „Raz jestem chrzczoną — odpowiedziała — dwa razy chrzczona być nie mogę”. Hajdamaka nie bawił się w dogmaty; na dowód że ma rację, uderzył ją w twarz kilka razy. „Bij — rzekła — zasłużyłam za grzechy moje”. Opór Jankiewiczówny podniósł zapał religijny innych. Hajdamaka poleciał do Gonty i oświadczył mu, że jest jedna Lachówka, która wszystkich buntuje. Gonta wzburzony cały przypędził do zamku. Zastał ją modlącą się głośno: „Boże! Pozwól mi umrzeć w tej wierze, w jakiej urodziłam się!” Zbliżył się do niej gniewny i w łeb uderzył obuszkiem żelaznym. „Gińcie, zawołała, razem ze mną! Nie ma piękniejszej śmierci, jak umrzeć za wiarę!” Gonta drugi raz ją obuszkiem uderzył i skrwawił mocno. Padła twarzą ku ziemi; Gonta pogruchotał jej głowę własnoręcznie, a inny hajdamaka przybiegłszy roz-ciął jej głowę toporem na dwoje. Przykład męczeńskiej pra-wie wytrwałości zachęcił do oporu inne, które wolały śmierć raczej niż profanowanie na sobie sakramentu chrztu. Zginęły równocześnie: Joanna Mładanowiczówna, Dorota Bendzińska i w. in. Do cerkwi powleczono tylko na pół żywą Wero-nikę Mładanowiczównę, pokrwawioną i pokaleczoną, gdzie zeszła się z bratem Pawlusiem i Chmielewiczem. Przed cer-kwią czekał na ten dziwny orszak pop starzec siwy; stał na progu i łzy padały mu z oczu. Hajdamacy krzyknęli na niego, aby obrzędu chrztu dokonał. Przelękły zapytał: a gdzież kumowie? Kumami będą Gonta i Żeleźniak — odpowiedziano. Nie mógł się opierać; pokropił tylko przytomnych święconą wodą, odmówił modlitwy — i na tym poprzestał. Chrzest innych odbywano z większą uroczystością: kładziono nagich do wanny, ustrzygano włosy i kazano wyklinać „lackuju wiru”. Po tym wszystkim kazano nowoochrzczonych odprowadzić do kordegardy — tej samej, z której zbóje uciekli do Żeleź-niaka. Stamtąd nazajutrz kazał Gonta przyprowadzić wszyst-kich do domu Bohatego, a po kolei przed sobą i Żeleźniakiem stawać. Przyszła najpierwsza pani Obuchowa i otrzymała odpowiedź: „Budesz żyty”; potem Weronika Mładanowiczów-na — „Budesz żyty”; następnie Pawluś — i ten usłyszał tę samą pocieszającą odpowiedź. Żeleźniak, głaskając go, dodał: „Moja wże detyna”. Na ostatku przyszła kolej na Chmielewicza; ten równie krótki, ale inny posłyszał wyrok: „Ne budesz żyty”. Wszyscy przytomni poczęli prosić, ale obydwaj boha-terowie chwili byli niewzruszeni. Wdała się z prośby Obu-chowa — i zdołała uzyskać ułaskawienie; w ogóle piękny setnik humański tak był zawsze dla niej miękki, że to wszyst-kich uwagę na siebie zwracało. Gonta, wzruszony prośbami pułkownikowej, odpowiedział: „Będziesz żyć Chmielewiczu, ale zostaniesz diakiem w cerkwi Preczystej”. Gdy z taką zimną krwią rozdawał śmierć i życie tym, z których łaski niedawno jeszcze korzystał, wyszedł z izby, na-gle zbladł i stanął. Opodal, w kilka szeregów ułożone na ziemi, leżały malutkie dzieci, było ich może sześćdziesiąt — mówi naoczny świadek tej sceny. Wszystkie pomordowane i odepchnięte ze wzgardą, gdy prosiły o życie dla siebie lub dla rodziców. Czyjaś ręka, litościwa czy zbrodnicza, ściągnęła je razem i długie szeregi ułożyła. W zwierzęciu obudził się człowiek. Dzieci kazał uprzątnąć, a trupy w mieście pozbie-rać — ale trudno było rychło wypełnić ten rozkaz. Pawluś miał zawsze do obrony Kozaka Szyłę. Gdy Gon-ta, poruszony rzezią niewiniątek, odjechał z Żeleźniakiem, Pawluś z przydanym sobie Kozakiem poszedł na miasto. Niepokój go pędził z miejsca na miejsce. Gdy przez rynek przebiegał z Kozakiem, natrafił na trup ojca — i poznał go. Leżał odarty ze wszystkiego, w koszuli tylko, z głową całą i odkrytą; na gardle widać było cięcie noża jak gdyby kto nitką pociągnął. Gdy chciał przypatrzyć się do ojca, Szyło popchnął go i krzyknął ażeby się cofnął. Odstąpił i poszedł ku ratuszowi. Tam Turcy, których hajdamacy oszczędzali, z litości dawali mu po garści orzechów, fig, migdałów — tym się tylko żywił. Zasłonięty opieką Szyły chodził po mieście i do dworu przyszedł; tu go odnalazł Chmielewicz i jęli się razem do przyglądania papierów. Wybrali co ważniejsze listy; chociaż się Szyło zżymał, ale hajdamacy odebrali je po dro-dze i do pieca, w którym chleb się wypieka, wrzucili.

    Równocześnie z tymi męczarniami, jakie przebyła rodzi-na Mładanowiczów, odbywały się saturnalia hajdamackie w całym mieście. Gdy rodziną gubernatora i najbliższym jego otoczeniem zajęli się sami hersztowie, nad innymi znę-cali się setnicy i czerń. Z równym barbarzyństwem i dzikoś-cią, jakich widzieliśmy przykłady, mordowano duchowień-stwo i Żydów. Z osobliwą zajadłością uderzono na ducho-wieństwo katolickie i unickie. Gdy tylko hajdamacy wpadli do miasta, Żeleźniak natychmiast kazał otoczyć strażą koś-ciół farny, kaplicę bazyliańską i szkołę żydowską, do której tłumy tłoczyły się. Piękna cerkiew przy kolegium bazyliańskim także nie uszła zbrodniczej ręki. Do kościoła wpadł w czasie mszy jakiś hajdamaka, wstąpił na ambonę, począł lżyć wszystkich obecnych i wyśmiewać obrzędy religijne. Jednych obdzierano do naga — powiada współczesny pisarz — dru-gich siekierami rozcinano, trzecich rozstrzelano, innym no-żami, dzidami, drągami śmierć zadawano, włóczono za wło-sy sędziwych starców, kobiety publicznie gwałcono, niemo-wlęta rozdzierano.

    xxxxxxxxxxxxxxxxxxx

    Trudno opisać dzikość, rozbudzoną chciwością, podnie-caną ciemnotą religijną i wyuzdanie swawoli, nie krępowa-nej żadnym jasnym dążeniem politycznym. Przy takim rozpasaniu się namiętności wychodziła na jaw nie tylko zupełna niedojrzałość historyczna tłumów hajdamackich, żądnych krwi i złota, ale uderzało raczej upośledzenie moralne, gdy te tłumy nie zdołały wysunąć na czoło ani jednego rozum-nego i świadomego celu przewodnika. Opamiętanie przy-chodziło za późno i miało charakter otrzeźwienia. Jaki chaos panował w tych głowach, można powziąć pojęcie z tego co się wyrywało przez pijane usta. Jedni włócząc się po ulicach i mordując krzyczeli: „Ne choczymo szoby buła laszyna”, a drudzy odpowiadali „Nie masz laszyny, są tylko dziewczęta na żony”. Tak samo jak mordowali innych, mordowali się i lżyli siebie wzajemnie. Dzikie były, jak całe to społeczeń-stwo, sposoby poznawania „laszyny”. Kto nie umiał pacierza cerkiewnego, nie umiał żegnać się po grecku, nie mógł chłeptać gorzałki ciepłej z miodem, nalanej do miski, kto nie posiadał śniadej cery, czyli „prawosławnoho tiła”, uważa-ny był za Lacha — i ginął.
    Nie tylko szlachta, która się schroniła do Humania, księ-ża, dzieci, kobiety, młodzież szkolna również padła ofiarą hajdamackiego barbarzyństwa. W szkołach bazyliańskich i innych było w Humaniu na on czas przeszło 400 młodzieży uczącej się48. Gdy wszyscy, kto mógł, uciekać poczęli z połu-dniowo-wschodniej części Kijowszczyzny i chronić się do tej nieszczęsnej forteczki kresowej, młodzieży pozwolono roz-jechać się do domu; przeszło 200 jednakże zostało w mieś-cie, którzy z rozmaitych powodów nie mogli odjechać. Syn Gonty w wigilię dopiero podstąpienia pod Humań hajdamaków odjechał do domu. Ci wszyscy bądź zginęli marnie, bądź rozproszyli się po wsiach okolicznych, ratując życie. Trady-cja miejscowa pokazuje dotąd studnię na rynku, tę samą z której wody wydobyć nie mogli, jako grób owej młodzieży bazyliańskiej. Ci, którzy uciekli, rzadko wracali do domu. Włócząc się po lasach i żywiąc się dzikimi jagodami i czere-śniami, sami przychodzili do chłopów i pozostawali u nich jako pastuchy i parobcy, lękając się powrotu do domu, a może przekładając nędzne życie nad śmierć. Długo jeszcze po owej strasznej rzezi rodzice poszukiwali swoich dzieci a dzieci rodziców — nadaremnie.
    Żydzi największą może ponieśli klęskę, bo dla nich żadnej litości nie miano. Była to walka w całym tego słowa znacze-niu rasowa, gdzie jedna rasa starała się drugą zniszczyć i wytępić doszczętnie. Takie zabarwienie miały rzezie Żydów. Z ust wszystkich mieszkańców miasta — mówi współczesny pamiętnikarz żydowski — słychać tylko jęki i łkania. Takiego strasznego i smutnego płaczu nikt nie słyszał od stworzenia świata. Tysiące Żydów zamordowano, a malutkie ich dzieci wiązano razem i rzucano na ulice pod kopyta końskie.

    Trzy dni strasznych i trzy nocy trwała krwawa uczta haj-damacka; przez trzy dni wytaczano krew z ludzi, a gorzałkę i miody z piwnic — i upijano się nimi. Potem dopiero nastą-piła chwila może rozwagi i uspokojenia, może przestrachu przed własnymi czynami, — dość że gwałty zmniejszyły się.
    (…)
    Nastąpiły hulanki w obozie, na które watażkowie zapraszali niedobitków rodziny Mładanowicza. Kto tylko ocalał spoza rodziny, szedł na podarunki dla Moskalów, Zaporożców i za-pewne Turków, których hajdamacy, jako związanych przy-mierzem z Rosją, oszczędzali. W ten sposób dostały się do rąk Moskali cztery siostry Lenartowicza, o którym bliższych wiadomości nie posiadamy, i cztery Żydówki; innych zabie-rali Zaporożcy. W Humaniu pozostali tyko jakaś pani Rze-wuska, Obuchowa, Pawluś, Weronika i Chmielewicz, wszy-scy mieszkali na przedmieściu Rakowce. Tu schroniła się tak-że mamka z najmłodszym synem Mładanowicza Adasiem przy piersi. Rozbitki byli w ciągłej trwodze i niepewności życia, tylko jedna pani Obuchowa żyła zawsze na oczach wszyst-kich i „okazale” — jak mówi współczesny pamiętnikarz. Hajdamacy rozłożyli się obozem na równinie, niedaleko Grekowego Lasku, sprowadzili tam niedopite kufy miodu, wina i gorzałki i z całą lekkomyślnością barbarzyńców, nie dbających o jutro, rozpoczęli hulać. Co dzień wieczorem obo-wiązani byli wszyscy ocaleni być w obozie i tańcować. Do tego tańca przygrywała muzyka na trzech teorbanach, a Gon-ta z samą tylko panią Obuchową tańcował. Dzikie te asamble i tańce — mówi uczestnik — odbywały się o głodzie. Furaże dla żywienia zgrai hajdamackiej dostarczano z całej okolicy, a niezależnie od tego co wzięto w Humaniu, przy-wieziono 150 beczek wina, miodu i gorzałki. Było przy czym bale hajdamackie wyprawiać.

    Większa część trupów pozostała w mieście nie pogrzebionych — jedni nie mieli czasu grzebać, drudzy uważali że zamordowani są niegodni spoczywania w ziemi. Co się dało, wrzucono do owej studni, o której już kilkakrotnie wspomi-naliśmy, reszta z tego co nie rozwlekły psy i zwierzęta, gniła na ulicach, zarażając powietrze. Już kilka dni trwała taka hajdamacka uczta w obozie, po której niedobitki z rodziny Mładanowiczów wracały do domu, w__ _niepewności co jutro będzie. Los ich miał się jednak wkrótce rozstrzygnąć. Pewnego dnia wszedł ktoś do izby w której mieszkali, i oświadczył że Gonta kazał wyprowadzić „dzieci komisarskie”. Na dziedzińcu ujrzano obu watażków na ko-niach, a dwóch starych włościan, schylało się do nóg jednego lub drugiego i całowali je. Była to gromada ositniańska i inne, które przyszły prosić Gontę o oddanie jej w opiekę dzieci Mładanowicza. Gonta zwrócił się do proszących z za-pytaniem: „Czy chcecie mieć panów?” Odpowiedzieli mu na to, że komisarz traktował ich jak dzieci chcą jego dzieci wziąć za swoje. Gonta wobec tego faktu szlachetności, czuł się poniekąd upokorzony. „Ja nie odbieram — rzekł — od nich wsi ojcowskich, ale wy nie wykręcicie się od roboty na nich”. Zgodził się oddać włościanom w opiekę dzieci Mładanowicza, ale pierwej kazał napisać „ukaz”, mocą którego, oddając dzieci gromadzie w opiekę, czynił ją odpowiedzialną za najmniejszą krzywdę, wyrządzoną sierotom, grożąc łamaniem rąk i nóg, paleniem chałup i wsi całych wraz z ludźmi, którzy w nich będą. Przeczytano ten drakoński „ukaz”, gro-mada zaś ositniańska, a za nią inne, zgodziły się na to. „Bie-rzcie ich do licha!” — zawołał niecierpliwie Gonta.
    Na drugi dzień zajechały podwody z Ositnej, a na nich Pawluś, Weronika i mamka z Adasiem odjechały. W Ositnej przebrano ich w chłopskie suknie, w nocy przechowywa-no w komyszach. Nad bezpieczeństwem ich czuwały także gromady kuźminogrobelska, szuszkowska, ositniańska i sienicka, powtarzając dzieciom że wszystkie te wsie są ich własnością, gdyż ojciec zapłacił już za nie połowę wartości, a drugą połowę oni sami zapłacić gotowi. Rozbitki z pogromu humańskiego spędzili tu dwa tygod-nie. W kilka dni wszakże po przyjeździe ich do Ositnej, zdo-łał przemknąć się do nich w przebraniu Chmielewicz, który był także rodzajem rządcy w powyższych włościach i przy-niósł im pocieszającą wiadomość o pogromie hajdamaków przez Kreczetnikowa.

    Po usadowieniu się hajdamaków w obozie i balach przy teorbanach, rozpoczęto podział i sprzedaż zrabowanych rze-czy. Hajdamacy — powiada współczesny pamiętnikarz — na beczkach w Humaniu triumf odprawowali. W obozie, z sukien bławatów, futer, różnego odzienia i wszelkich innych sprzętów, kilkanaście dużych mogił ułożono, prócz pienię-dzy i zegarków, których niemała była liczba. Srebra połama-nego było sześć skrzyń. Żeleźniak, prócz innych drogich rze-czy, dostał trzy skrzynie ze srebrem, które, chociaż o wiele więcej były warte, sprzedał jakiemuś kupcowi do Kijowa za 10 tys. rubli. Resztę srebra i drogiej dobyczy dostał Gonta. Wszystko inne rozebrali między siebie łupieżcy. Złoto i sre-bro dzielili półmiskami i miednicą. Jedwabne materie rwali w kawały. Koni spędzono stada; powozy sprzedawano po rublu, szable i pałasze żołnierskie kupcy zagraniczni płacili po kilkadziesiąt groszy. W obozie kręciło się mnóstwo kup-ców moskiewskich, którzy kupowali wszystko za bezcen.
    Śród takich hulanek i dzielenia się skrwawionymi szatami rozpoczęło się coś podobnego do organizacji. Z chaosu bez-prawia i gwałtu poczęły się wynurzać jakieś pragnienia, będą-ce następstwem niespodziewanego zwycięstwa i wzrostu po-tęgi hajdamackiej, skutkiem przyłączenia się Gonty. Już zwy-cięstwa Żeleźniaka, a raczej rzezie bezbronnych, nasuwały mu jakieś myśli, które można by uważać za tradycje Chmiel-nickiego. Idąc do Humania, już może po złączeniu się z Gontą, hajdamacy odgrażali się że całą Ukrainę odbiorą od Polski i wezmą Wołyń i Podole. Gdy się przeto krwawe orgie humańskie zakończyły, gdy już nie było nikogo do mordowania, hajdamacy zatoczyli tabor. Tu przy częstych i gęstych salwach armatnich i z rusznic obwołano hetmanem Maksyma Żeleźniaka, a pułkownikiem Gontę, obu zaś książętami. Żeleźniak dostał tytuł książęcia smilańskiego; Kozak Ułasenko usta-nowiony rządcą Humańszczyzny. Niedługo wszakże rządził, bo zabrawszy pieniędze na Wołoszczyznę umknął.
    Gromadzenie się pod sztandarem Żeleźniaka licznych, niezdolnych do niczego, oprócz rozboju i próżniactwa kup, stało się poniekąd ciężarem. Powtórzyło się teraz to samo co już za Chmielnickiego uniemożebniło prawidłową walkę i układy o jakiekolwiek prawa polityczne. Czerń rozhukana na swawoli i rabunku nie dawała się ująć w prawidłowe i dyscyplinarne kadry, gdyż wielu z nich nie umiało nawet uży-wać broni. Dziś taka sama czerń, niesforna i hulaszcza, za-ciążyła nad zwycięstwem watażków. Wszyscy próżniacy i zbóje, zbiegli poddani, gwałtem chcieli być zaliczeni do Ko-zaków. Główną władzę dzierżył nad „wojskiem” Żeleźniak, on też rozpoczął wydzielanie Kozaków od czerni chłopskiej. Część, którą przeważną ilość stanowili do niedawna Kozacy nadworni, nazwał wojskiem zaporoskim, a drugą część ode-słał do domów. Ponieważ po wsiach nie było już „panów”, kazał im robić pańszczyznę na siebie, na wojsko, a dla pil-nowania ustanowił osobnych komendantów, których obo-wiązkiem było gospodarstwo prowadzić, intraty zbierać a pro-wianty i furaże do wojska dostarczać. Gdy wieść o zwycię-stwach bez bitew i wzmożeniu „wojska” rozchodziła się po kraju, z różnych najbliższych okolic Humania poczęli przy-chodzić przedstawiciele gromad z żądaniem „naczalstwa”, bo Lachów już nie było. Zeleźniak posyłał swoich ludzi i dawał im surowe „prikazy” jak się mają zachowywać i w jakich stosunkach być z nową władzą.

    Po wypiciu wszystkich trunków zamierzano dopiero w dalszą podróż wyruszyć — na Wołyń i Polesie, znanymi drogami, bo stamtąd sam Gonta pochodził. Gwałtowność Żeleźniaka i zapalczywość nie znały umiarkowania; on był zwykłym watażką hajdamackim, który nabrał dopiero zna-czenia po połączeniu się z Gontą. Coś mu może świtało w głowie, ale dzikość i chęć rabunku brały górę nad rozsądkiem. Inaczej działo się z Gontą. Wychowany w polskiej szkole woj-skowej, obznajomiony trochę z maszyną państwową i jej roz-maitymi sprężynami, dał się wprawdzie unieść zapałowi triumfów hajdamackich, ale zmierzywszy głębię przepaści, zrozumiał niebezpieczeństwo i odgadł, że wyjść z niego nie-łatwo. Upojenie jego trwało niedługo. Popuściwszy wodze fantazji kozackiej, zahulawszy się do niepamięci, wytrzeźwiał nagle. Trwała ta szczęśliwość hajdamacka od św. Jana do Spasa. Przekonawszy się że nie z wojskiem zaporoskim ma do czynienia, ale tylko z włóczęgami zaporoskimi, pragnął wymknąć się i ratować własne życie, ale nie mógł. Spostrzegł, że był pilnowany. Ile razy wyszedł z namiotu, o północy czy przede dniem, towarzysze wychodzili także, i gdziekolwiek tylko obrócił się — szli za nim.
    Wszystko to zapowiadało bardzo smutny i bliski koniec. Hajdamacy już nie ufali sami sobie. Jakoż istotnie cios na nich zbliżał się z tej właśnie strony, z której najmniej go się spodziewali.

  9. Ad Piotrx: https://marucha.wordpress.com/2012/04/05/o-ruchach-hajdamackich/#comment-155556

    Myślę, że to p. Piotrx (nie nazwę go tu w rewanżu „ruskim Piotremx”) daje w swojej wypowiedzi popis nie tylko manipulacji, ale i najzwyklejszej arogancji.

    Papier jest cierpliwy – powiadają – i przyjmie wszystko, ale to nie znaczy, że p. Piotrx cokolwiek udowodnił swoim brutalnym atakiem ad personam, oprócz własnej niezdolności do uczciwego prowadzenia dyskusji.

    Przede wszystkim fakt, że p. Piotrowix nie podoba się atakowany i obrażany przez niego dyskutant, nie świadczy bynajmniej, że ten dyskutant nie ma racji. Podobnie jest z prof. Wielomskim, albowiem to, że p. Piotrx nie uważa go za autorytet – nie przesądza w najmniejszym stopniu o tym, czy stanowisko Wielomskiego jest, czy nie jest słuszne.

    Pozostawiając więc na boku p. Piotrax i jego niezdrową skłonność do aroganckich ataków ad personam, zastanówmy się dlaczego powinniśmy dziś pilnować, by – jak pisze Wielomski – stereotypy historyczne i niechęć do „obcych” (w tym także do Ukraińców i duchownych prawosławnych) nie przemieniły się w „złowieszczą nienawiść zachęcającą do nowych rzezi”.

    Zasada jest prosta: jeżeli oba chrześcijańskie narody – polski i ukraiński (ale dotyczy to także Litwinów, Białorusinów i Rosjan) – będą stawiały na konfrontację swoich krzywd, na ciągłe rozdrapywanie nigdy nie zabliźnionych ran, na licytowanie się co do stopnia swoich win, na wskrzeszanie rewanżyzmu, na indoktrynowanie młodzieży w duchu nieprzyjaźni – to przecież nigdy nie wydobędziemy się z zaklętego kręgu wzajemnych uprzedzeń i nienawiści, co wcześniej czy później zaowocować może nowymi starciami i ofiarami, a przede wszystkim może uniemożliwić Polakom i Ukraińcom osiągnięcie tych korzyści, które są możliwe dzięki pojednaniu i braterskiej wpółpracy.

    Nie widzę na marucha.wordpress.com zbyt wielu przykładów przełamywania wzajemnych uprzedzeń i podejmowania autentycznej oddolnej współpracy polsko-ukraińskiej, natomiast widzę systematyczne powielanie antagonistycznych schematów przez publicystów takich, jak Piotrx.

    Uważam, że z punktu widzenia polityki PROPOLSKIEJ jest to poważny błąd, gdyż Polacy powinni zrobić wszystko, by ziemie ukraińskie stały się dla nich przyjaznym pomostem w kierunku Rosji, a nie zaporą terytorialną oddzielającą Polaków od Rosji.

    Każdy, kto antagonizuje Polaków i Ukraińców za pomocą historii, przyczynia się do wpychania Ukrainy w ręce Niemiec i zamieniania Polski w pomost dla niemieckiej ekspansji na Wschód – bo tymże właśnie będzie ewentualne przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by powiększać strefę niemieckich wpływów w Europie. Polityka PROPOLSKA w stosunku do Ukrainy powinna polegać na:
    a/ podtrzymywaniu jej niepodległości w obecnym kształcie
    lub
    b/ zachęcaniu Ukrainy do wejścia w skład postulowanej Konfederacji Słowiańskiej (za zgodą Rosji)
    lub
    c/ poparciu wejścia Ukrainy do Unii Euroazjatyckiej.

    W świetle powyższego można łatwo się domyślić, że wszelka propaganda antypolska po stronie ukraińskiej oraz propaganda antyukraińska po stronie polskiej jest na rękę wyłącznie Niemcom oraz Amerykanom, którzy w celu zniszczenia Rosji pragną oderwania Ukrainy od Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej budującej się putinowskiej Unii Euroazjatyckiej – filaru antyamerykańskiej grupy BRICS.

    Nas się z rozmysłem karmi martyrologicznymi, antyukraińskimi i antyrosyjskimi w swej wymowie, wspomnieniami, a tymczasem:

    „NIEMCY PRZEJMUJĄ INICJATYWĘ NA UKRAINIE

    Ukraina i Unia Europejska parafowały 30 marca w Brukseli negocjowaną od 2007 r. umowę stowarzyszeniową. Termin jej podpisania i następnie ratyfikowania przez Radę Najwyższą Ukrainy, Parlament Europejski i parlamenty 27 państw członkowskich UE nie jest znany. Unia, jak i wiele państw członkowskich, uzależnia to od sytuacji politycznej na Ukrainie, żąda zaprzestania umotywowanego politycznie prześladowania opozycji, uwolnienia więźniów politycznych, w tym Julii Tymoszenko i Jurija Łucenki, kontynuowania reform, a także przeprowadzenia uczciwych i przejrzystych wyborów parlamentarnych jesienią br.”

    http://mercurius.myslpolska.pl/2012/04/niemcy-przejmuja-inicjatywe-na-ukrainie/

    Oczywiście, można i z Niemcami „walczyć” przy pomocy argumentów historycznych i przypominać Polakom bez ustanku, ile to milionów naszych rodaków (od czasów Mieszka I począwszy) bezkarnie zamordowali i wynarodowili – ale znacznie lepiej (i efektywniej) będzie jednak szukać w Niemczech chętnych do porozumienia i współpracy (np. w ramach osi Berlin-Moskwa), a jeszcze lepiej znaleźć możliwość odebrania Niemcom możliwości zawierania antypolskich porozumień z Ukraińcami i Rosjanami.

    W tym celu trzeba zwalczyć u siebie bezpłodne, jątrzące tendencje „martyrologiczne” i konfrontacyjne (rusofobiczne) i żądając tego samego od drugiej strony – zacząć się porozumiewać.

    Prosimy zatem o więcej tekstów zdecydowanie sprzyjających takiemu porozumieniu, a tym samym ratowaniu Polski (to prośba do gospodarza Gajówki.)

  10. Marucha said

    Re 9:
    Szanowny Panie,
    Ukraińcy nie spełnili i nie mają zamiaru spełnić najbardziej podstawowych warunków koniecznych do pojednania, za którym stoi wybaczenie.
    Nie widać u nich ani żalu, ani postanowienia poprawy. Przeciwnie, widać pochwałę „bohaterstwa” degeneratów spod znaku OUN-UPA i pielęgnowanie rezuńskich tradycji.

    Gdyby zależało to ode mnie, zlikwidowałbym państwo Ukraina, a jego ziemie rozdzielił międy Rosję, Polskę i Słowację. Nie uroniłbym po nim jednej łzy.

  11. RomanK said

    Diecezja białoruska w latach 1697-1772 http://kamunikat.fontel.net/www/czasopisy/bzh/19/19art_mironowicz.htm Antoni Mironowicz (Białystok) W końcu XVII w. na terenie Rzeczypospolitej pozostało sześć diecezji prawosławnych: lwowska, łucka, mścisławsko-witebsko-orszańska (białoruska), przemyska oraz części biskupstw: kijowskiego i czernihowskiego. Administrator metropolii kijowskiej Atanazy Szumlański w 1680 r. nieoficjalnie przystąpił do unii. W ślad za nim oficjalnie wszedł pod obediencję papieską w 1692 r. biskup przemyski Innocenty Winnicki (1679-1691), a w 1700 r. biskup lwowski Józef Szumlański (1676-1708). Ostatni władyka prawosławny na ziemiach koronnych, łucki — Dionizy Żabokrycki (1695-1711) przeszedł do Kościoła unickiego w 1702 r. Po przejściu wymienionych biskupów na unię Kościołowi prawosławnemu w Rzeczypospolitej pozostało tylko jedno władyctwo — białoruskie. Biskupowi białoruskiemu podlegały jednak tylko parafie w obrębie dawnej diecezji połockiej. Nad pozostałymi terenami Rzeczypospolitej jurysdykcję sprawował rezydujący poza granicami państwa metropolita kijowski. Południowo-wschodnie krańce diecezji metropolitalnej pozostały pod zarządem koadiutora metropolity kijowskiego, biskupa perejasławskiego1. W wyniku konwersji biskupów: przemyskiego, lwowskiego i łuckiego Kościół prawosławny utracił ponad 3 000 parafii. Diecezja przemyska przed oficjalnym przejściem na unię liczyła 31 dekanatów z 1 120 parafiami, z których dwie trzecie pozostawały przy prawosławiu. Przed przystąpieniem do unii biskupstwo lwowskie liczyło 35 dekanatów z 1 286 parafiami prawosławnymi2. Biskupstwo łucko-ostrogskie obejmowało obszar Wołynia. Na terenie diecezji łucko-ostrogskiej funkcjonowało w 1664 r. tysiąc parafii prawosławnych3. Ich liczba w 1702 r. nie zmniejszyła się, kiedy władyctwo łuckie przyjęło unię. Istotne zmiany w polityce wobec Kościoła prawosławnego w Rzeczypospolitej nastąpiły po śmierci Jana III Sobieskiego (1674-1696). August II Sas (1687-1732) na początku swego panowania potwierdził prawa dysydentom religijnym oraz przywileje licznych monasterów i cerkwi prawosławnych4. Diecezja białoruska po śmierci biskupa Teodozego Wasilewicza (1669-1678) formalnie pozostawała nie obsadzona5. Obsada na katedrze białoruskiej nastąpiła dopiero po interwencji rezydenta rosyjskiego w Warszawie Aleksego Nikitina u króla polskiego. Aleksy Nikitin, z polecenia cara Piotra I i na prośbę mieszkańców Mohylewa, domagał się od króla Augusta II Sasa zapewnienia praw ludności prawosławnej. Monarcha, pod presją Rosji, rozwiązał sprawę obsady diecezji białoruskiej. Na godność władyki mohylewskiego został wybrany Serapion Polchowski (1697-1704), archimandryta słucki, zatwierdzony przywilejem królewskim 30 września 1697 r. Uroczysta konsekracja nowego biskupa odbyła się 14 września 1698 r. w monasterze kijowsko-pieczerskim. Sakramentu święceń Serapionowi Polchowskiemu udzielił metropolita Barlaam Jasiński w asyście Dymitra Tuptałły (późniejszego św. Dymitra, biskupa rostowskiego)6. W akcie nominacyjnym biskup Serapion otrzymał eparchię białoruską z Mohylewem, Mścisławiem i Orszą, łącznie ze wszystkimi dobrami, katedralnym monasterem św. Spasa w Mohylewie i wsiami do niego należącymi. Przywilej gwarantował również swobodę działalności władyki w granicach jego diecezji „bez żadnej tak unitów Ritus Graeci, jako i ludu polskiego przeszkody”7. Na mocy tego przywileju władyka Serapion objął katedrę mohylewską w grudniu 1699 r. Unormowanie spraw związanych z obsadą biskupstwa białoruskiego nie zahamowało rozszerzenia unii. Na sejmie warszawskim 1699 r. uchwalono konstytucję, która zobowiązywała króla do zwołania synodu unitów i prawosławnych, aby tych ostatnich podporządkować jurysdykcji papieża. Na sejmie tym zabroniono prawosławnym zamieszkiwania w Kamieńcu Podolskim8. Zwierzchność biskupa unickiego uznało w 1702 r. stauropigialne bractwo lwowskie. Zmiana wyznania przez ordynariuszy diecezji przemyskiej, łuckiej i lwowskiej spowodowała przejście na unię większości klasztorów prawosławnych. Do unii przystąpiły ośrodki zakonne w Biesiadach (1700), Bilczu (1700), Czortkowie (1700), Dobrzanach (1700), Dubiszczach (1695), Gródku (1700), Hołowczyńcach (1700), Hołubicach (1700), Horodyszczu (1702), Hoszczy (1700), Hoszowie (1700), Jasnogrodzie (1720), Jazienicach (1700), Jusyptyczach (1700), Kamieńcu Litewskim (1700), Kaniowie (1722), Kołodeżnie (1702), Kołomyi (1700), Kosowie (1700), Krasnopuszczy (1700), Krechowie (1721), Krzemieńcu (1725), Ladawie (1700), Lebedynie (1739), Lewkowiczach (1714), Lubarze (1702), Lwowie (św. Jerzego, św. Onufrego, św. Jan Ewangelisty — 1700, Zaśnięcia NMP — 1708), Łucku (św. Jana Ewangelisty — 1702, św. Krzyża — 1720), Łukomli (1714), Mielcu (1707), Milczy (1702), Prehińsku (Narodzenia NMP, św. Onufrego — 1700), Podhorcach (1700), Podgrodziu (1700), Podhorodyszczu (1700), Pietryczu (1700), Poczajowie (1712), Pohodni (1700), Satanowie (1707), Smolnicy (1691), Sokolcu (1700), Strakłowie (1702), Suszycy Wielkiej (1691), Sinkowie (1700), Trembowli (1700), Tarnopolu (1700), Topolnicach (1691), Tryhorach (1723), Turkowicach (1703), Uhornikach (1710), Uhrynowie (1700), Uliczu (1691), Ułaszkowcach (1700), Uniowie (1700), Zahajcach (1721), Zahorowie (1703), Zawałowie (1700), Zbarażu (1700), Żyznomierzu (1700), Żółkwi (1700) i wielu innych miejscowościach9. Na całym obszarze dawnych diecezji łuckiej, przemyskiej i lwowskiej przy prawosławiu pozostał jedynie monaster Skit Maniawski na Pokuciu10. Zanim biskup Serapion objął diecezję mohylewską często pod presją przeszły na unię następujące parafie prawosławne w województwie mścisławskim: św. Eliasza w Mścisławiu, Chosławiczach, Szamowie, Kożuchowiczach, Krasnej Słobódce, Chodosowiczach, Chwastowie, Kołodzieży, Połkowiczach, Szumiaczu, Dołhowiczach, Hniwisku, Lubawiczach, Koleśnikach, Mazykach, Kamiance, Juszkowiczach, Dniesinie, Zasielu, Zalewkach, Karniłowie, Założu, Werbiżach, Starym Siele; w powiecie orszańskim: św. Mikołaja w Lubawiczach, Wniebowzięcia NMP w Lubowiczach, Szyłowie, Bibinowiczach, Zaczerneczach, Pohostyszczach, Mieżewie; w ekomomii mohylewskiej: Hladkach, Błahowiczach, Hołowczynie, Czerykowie, Moszonakach, Kamionce, Gródku, Chocietowie, Dołhym Mchu, Niczyporowiczach, Nowym Bychowie, Tajmanowie, Zimnicy, Bachani, św. Spasa w Hołowczynie, w tymże miasteczku św. Trójcy i św. Mikołaja, Wodawie, Kudzinie, Kniażycach „i na drugich miejscach w województwie mścisławskim i powiecie orszańskim pokazuje się cerkiew więcej odebranych”; w województwie witebskim: w Rudni dwie, Mikulinie, Wierzchowcach; w województwie połockim: św. Eliasza w Bieszenkowiczach, Suszowie, Świeczy, Szatiłowie; „w Newelszczyźnie i Siebieszczyźnie cerkwi kilkanaście odebrano”; w powiecie rzeczyckim i „na drugich miejscach w tym powiecie wiele cerkwi odebrano”; „w województwie mińskim i powiecie mozyrskim także cerkiew odebrano”; w powiecie orszańskim w Niadzeli; w województwie nowogródzkim: w Kajdanowie, Stanowie, Ruczycy, Starosielu, Zaziewiu, Wołmiensku, Kryłowie, Cielakowie, Lubeczu, Lebiedziewie, Jaczonce; „od cerkwi w tymże województwie i księstwie słuckim będącym parafie do unii przyłączono przez wiele różne Ich Mości duchownego i świeckiego stanu ludzie”11. Wymienione źródło wskazuje na szeroką skalę zjawiska przechodzenia parafii prawosławnych na unię na terenie diecezji białoruskiej. Od początku swego samodzielnego panowania Piotr I (1682-1725) starał się ingerować w sprawy wewnętrzne Rzeczypospolitej. Do takiej interwencji dawał mu podstawę traktat Grzymułtowskiego. Artykuł IX wspomnianego traktatu upoważniał cara do opieki nad prawosławiem na terenie całej dawnej metropolii kijowskiej. Już posłowie carscy, którzy przybyli do Polski w 1690 r., aby podpisać ten układ, rozdawali w napotkanych po drodze cerkwiach i monasterach odpisy tekstu porozumienia. Przedłużająca się ratyfikacja traktatu w polskim sejmie wzbudziła niezadowolenie cara. W liście do swego rezydenta w Warszawie z 18 lipca 1690 r. Piotr I pisał, że „sprawa wiary jest najbardziej doniosła i ważna, i drugiej bardziej ważnej sprawy nie ma”12. Ratyfikacja tego traktatu przez sejm polski nastąpiła dopiero w 1710 r., kiedy Piotr I uzyskał zdecydowaną przewagę w wojnie północnej. Ratyfikacja nastąpiła nie w wyniku zmiany polityki państwa do Kościoła prawosławnego, ale z powodu osłabienia pozycji Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej i ingerencji sąsiadów w jej wewnętrzne sprawy. Nadając moc konstytucyjną artykułowi IX traktatu nie czyniono wielkiego ryzyka, albowiem wszystkie diecezje prawosławne, z wyjątkiem białoruskiej, pozostawały w rękach unitów. Również to ostatnie biskupstwo nie było obsadzone, albowiem po śmierci jego ordynariusza Serapiona Polchowskiego w 1704 r. nie wybrano nowego władyki13. Do tekstu traktatu dodano w konstytucji charakterystyczny ustęp, który miał zabezpieczać interesy Kościoła katolickiego. „Niezależnie od wszystkich powyższych ustaleń zastrzega się nienaruszalność wiary rzymskokatolickiej łącznie z jej obydwoma obrządkami łacińskim i greckim zgodnie z teraźniejszym stanem posiadania”14. Pod presją Rosji i sytuacji międzynarodowej August II Sas 14 listopada 1705 r. wydał uniwersał, w którym potwierdzał prawa i wolności „wszystkich obywatelow y kapłanow Ritus Graeci w błagoczestiwey wierze extra Unionem cum Ecclesia Romana w Koronie Polskiey y Wielkim Księstwie Litewskim będących”15. Okazja do obsady biskupstwa białoruskiego nadarzyła już w 1707 r. W zajętym przez wojska rosyjskie Mohylewie na tamtejszej katedrze Piotr Wielki osadził nowo wyświęconego biskupa Sylwestra Czetwertyńskiego (1707-1729), stryjecznego brata metropolity kijowskiego Gedeona Czetwertyńskiego (1685-1690). Sakrę biskupią Czetwertyński otrzymał z rąk metropolity Barlaama Jasińskiego (1690-1707), który powierzył mu kierowanie diecezją białoruską. Sylwester Czetwertyński przyjął tytuł „biskupa całej Białej Rusi, mścisławskiego, orszańskiego, mohylewskiego, i namiestnika metropolity w Wielkim Księstwie Litewskim”16. Używana przez władykę białoruskiego tytulatura bardziej odpowiadała ambicjom biskupa, aniżeli stanowiła wyraz faktycznej władzy. Czetwertyńskiemu podlegały jedynie parafie diecezji mohylewsko-mścisławskiej, natomiast nad pozostałymi terenami władzę sprawował metropolita kijowski. Ponadto egzarcha patriarchy moskiewskiego, metropolita riazański Stefan Jaworowski 3 marca 1710 r. nakazał wszystkim prawosławnym monasterom białoruskim we wszystkich sprawach zwracać się bezpośrednio do metropolity kijowskiego Joasafa Krokowskiego (1707-1718)17. Władyki białoruskiego nie uznawały władze polskie, twierdząc, że jego nominacja nie uzyskała przywileju królewskiego. Biskup Sylwester Czetwertyński, dwa lata po objęciu diecezji białoruskiej, usiłował rozciągnąć swoją władzę na całość Wielkiego Księstwa Litewskiego. Podporządkował sobie archimandrię słucką z monasterem Św. Trójcy i bractwem stauropigialnym. Metropolita Joasaf Krokowski zabronił używania przez biskupa tytułu namiestnika generalnego w Wielkim Księstwie Litewskim, jako niezgodnego z tytułem otrzymanym podczas chirotonii i potwierdził administrowanie prawosławnymi ośrodkami w Słucku i Kopylu archimandrycie Joasafowi Lapińskiemu18. Ażeby wykonać owe postanowienia metropolita Krokowski zwrócił się o pomoc do księcia Grzegorza Fiodorowicza Dołgorukiego, ambasadora cara Piotra I w Warszawie, bowiem biskup Czetwertyński ponownie w 1716 r. zajął archimandrię słucką. Prośba ta odniosła natychmiastowy skutek, gdyż ówczesny właściciel dóbr słuckich Karol Filip, palatyn reński, nakazał, aby wierni i duchowni podlegali jurysdykcji metropolity kijowskiego19. Ostatecznie biskup białoruski zachował swoje uprawnienia jedynie na obszarze zarządzanej diecezji. W stosunku do pozostałych terenów zarząd sprawowali rezydujący poza granicami kraju metropolici kijowscy lub ich pełnomocnicy — władycy perejasławscy. Pełnomocnikiem metropolity kijowskiego został w 1715 r. archimandryta słucki Teodor Wołkowski20. Konflikt między metropolitą a władyką białoruskim nie wpłynął pozytywnie na położenie społeczności prawosławnej w Rzeczypospolitej. Spór ten pokazuje, że w sprawach należących do kompetencji królów polskich w czasach Piotra I rozstrzygające decyzje zapadały za wschodnią granicą. Ponadto sytuacja biskupa Czetwertyńskiego nie była prawnie uregulowana, albowiem nadal nie posiadał on przywileju królewskiego. Także wojna północna i zniszczenie Mohylewa przez Szwedów nie sprzyjały rozwiązaniu problemów tej diecezji. Z tego powodu pierwsze sześć lat swego urzędowania władyka spędził w rodzinnej Czetwertni. Dopiero w 1713 r. biskup Czetwertyński otrzymał przywilej królewski na biskupstwo białoruskie, co umożliwiło mu przeniesienie swej rezydencji do Mohylewa. Wydanie przywileju królewskiego nastąpiło pod wyraźną presją Piotra I. Tymczasem pojawił się problem całkowitej likwidacji prawosławia. Na sejm 1717 r. wpłynął projekt „zniszczenia Rusi”. Projekt zakładał wyniszczenie „zabobonnych obrządków greckich”, a na ich miejsce wprowadzenie obrządku łacińskiego. Według autorów projektu Rzeczpospolita mogła być silna tylko wówczas, kiedy w kraju będzie dominowało jedno wyznanie. Z tego powodu należało zlikwidować nie tylko prawosławie, ale również obrządek unicki. Obowiązkiem każdego Polaka było zniszczenie wszystkiego, co było niezgodne z tradycją łacińską21. Aby nie prowokować księcia Dołgorukiego, projekt nie został wprowadzony na obrady sejmowe. Część posłów traktowało takie pomysły jako prowokację antypolską. Zważywszy na kontekst polityczny i warunki obrad sejmu niemego możliwości takiej nie należy wykluczyć. Książę Grzegorz Dołgoruki, arbiter w sporze między konfederatami a królem, pozornie godząc się na ograniczenia innowierców, stworzył możliwość występowania w ich obronie. Jedną z takich interwencji były listy księcia do metropolity unickiego Leona Kiszki (1714-1728) z żądaniem zaprzestania prześladowania prawosławnych mnichów z monasteru św. Szymona Słupnika w Brześciu22. W polityce Rosji względem Rzeczypospolitej pomagała konstytucja z 1717 r., zabraniająca dysydentom publicznego odprawiania nabożeństw i wznoszenia nowych świątyń. Konstytucja sejmowa pchała prawosławnych i protestantów w ręce zagranicznych protektorów. Nie zwracano przy tym uwagi na to, że prawne ograniczenia uchwalone przez sejm były sprzeczne z postanowieniami traktatu Grzymułtowskiego, przez tenże sejm ratyfikowany. W obronie praw innowierców występowała już nie tyko Rosja, ale i Prusy. Tym sposobem od początku XVIII w. sprawy wyznaniowe przestaną być problemem wewnętrznym kraju, lecz staną się elementem polityki zagranicznej. Polska szlachta, wykazująca coraz większą gorliwość religijną i ograniczająca prawa innowierców, ściągała na państwo interwencje sąsiadów. To jej polityka doprowadziła do tego, że część społeczeństwa stała się podatna na hasła płynące z Petersburga i Berlina. Ratyfikowany przez sejm traktat Grzymułtowskiego dawał społeczności prawosławnej prawne podstawy w dochodzeniu swoich praw. Z tego powodu w 1718 r. do Piotra I wpłynęła skarga przełożonych klasztorów litewsko-białoruskich na działalność władz polskich wobec ludności prawosławnej. W skardze proszono o interwencję cara u króla polskiego, ażeby nie dopuścić do całkowitego zniszczenia Cerkwi prawosławnej. W imieniu ihumenów skargę podpisał namiestnik klasztoru kuteińskiego Melecjusz Czajkowski23. Władyka Czetwertyński od dawna zamierzał uregulować swój status prawny w państwie. Wykorzystując postanowienia traktatu Grzymułtowskiego biskup 1 kwietnia 1720 r. prosił cara o pomoc w uzyskaniu gwarancji na stałe funkcjonowanie biskupstwa białoruskiego, zapewnieniu prawosławnym swobodnego odprawiania nabożeństw i dostępu prawosławnych mieszczan do stanowisk w magistracie, zwróceniu prawosławnym zabranych po roku 1700 świątyń i klasztorów, uchwaleniu ustawy zezwalającej na konwersję katolików i unitów na prawosławie, ukaraniu osób przeszkadzających wykonywaniu praktyk religijnych oraz dopuszczeniu biskupów prawosławnych do senatu24. Na odpowiedź cara nie trzeba było długo czekać. Piotr I przekazał królowi memoriał o prześladowaniu ludności prawosławnej w Rzeczypospolitej i polecił księciu Dołgorukiemu, aby ten interweniował na dworze Augusta II. Car, korzystając z osłabienia Rzeczypospolitej, 28 listopada 1720 r. wymógł na królu Auguście II przywilej potwierdzający prawo władyki Czetwertyńskiego do katedry mohylewskiej25. W ten sposób oficjalnie zostało reaktywowane prawosławne biskupstwo mohylewskie (białoruskie), formalnie wakujące od 1704 r. We wstępie przywileju monarcha potwierdził wydane od najdawniejszych czasów dyplomy królewskie i konstytucje sejmowe dotyczące nienaruszalności praw „ecclesiarum ritus graeci”. W przywileju zagwarantowano również nietykalność majątków monasterów, bractw i cerkwi parafialnych. Przywilejem tym August II przywrócił swobody wyznaniowe ludności prawosławnej na całym obszarze Wielkiego Księstwa Litewskiego26. Dokument ten posiada istotne znaczenie w poznaniu stanu posiadania Kościoła prawosławnego na terenie Rzeczypospolitej w pierwszej ćwierci XVIII w. Na jego podstawie wiemy, że w skład diecezji mścisławsko-orszańsko-mohylewskiej wchodziły dwie świątynie katedralne: Św. Trójcy w Mścisławiu i Przemienienia Pańskiego w Mohylewie. Biskupstwo białoruskie, chociaż stanowiło element struktury organizacyjnej Kościoła prawosławnego, to jego granice obejmowały wyłącznie terytorium unickiej archidiecezji połockiej. Nad pozostałymi monasterami i parafiami, znajdującymi się w obrębie unickich diecezji: metropolitalnej, pińskiej i włodzimiersko-brzeskiej, zarząd sprawował rezydujący w granicach państwa rosyjskiego metropolita kijowski i jego koadiutor z tytułem biskupa perejasławskiego27. Fakt ten stał się przyczyną licznych konfliktów między władykami białoruskimi a metropolitą kijowskim. Wydanie przywileju w praktyce nie było jednoznaczne z zapewnieniem swobód wyznaniowych. Nadal występowały liczne przypadki odbierania prawosławnym obiektów sakralnych i ograniczenia w swobodnym odprawianiu praktyk wyznaniowych28. We wzmocnieniu pozycji wyznania unickiego duże znaczenie miał synod zamojski w 1720 r., na którym podjęto liczne reformy zbliżające unitów do Kościoła rzymskokatolickiego. Równocześnie ogłoszono Kościół unicki za jedyny prawowity Kościół obrządku greckiego. Aleksander Jabłonowski, podkreślając znaczenie tego faktu, napisał: „Odtąd szerzenie unii wezbrało, jakby jedna potężna fala porywająca za sobą wszystko niemal, co jeszcze stawiało jakiś opór”29. Piotr I nie pozostał bierny na te wydarzenia. W pismach do Augusta II car wielokrotnie zwracał się z prośbą, aby ten, w myśl zawartego układu, spowodował zaprzestanie prześladowania prawosławnych. Car zobowiązał swego ambasadora Grzegorza Dołgorukiego do osobistego wstawiennictwa u króla w obronie praw Kościoła prawosławnego. Równocześnie tłumacz ambasadora, Ignacy Rudakowski, otrzymał polecenie objechania ziem białoruskich i litewskich w celu znalezienia dowodów świadczących o prześladowaniu prawosławnych. Materiały te miały być wykorzystane przez komisję sejmową powołaną przez króla w tej sprawie. Opracowany raport ambasadora rosyjskiego i listy biskupa Czetwertyńskiego spowodowały, że Piotr Wielki ponownie wystąpił w obronie prawosławia 2 maja 1722 r., grożąc interwencją zbrojną. Car zarzucał królowi polskiemu bierność wobec łamania praw prawosławnych przez stronę unicko-katolicką. W liście carskim jako przykład podane zostało zajęcie przez unickiego biskupa turowsko-pińskiego Teofila Godebskiego monasterów w Pińsku i Nowodworze wraz z 20 tysiącami wiernych30. W odpowiedzi August II zapewnił cara, że Rzeczpospolita dotrzyma warunków traktatów międzynarodowych i polecił hetmanowi litewskiemu Ludwikowi Konstantemu Pociejowi (1709-1730) dopilnować, by nigdzie nie wyrządzano krzywd ludności prawosławnej31. Car niezadowolony z odpowiedzi króla polskiego interweniował w Rzymie. Piotr I polecił swemu kanclerzowi Gawryle Gołowkinowi napisać do kardynała Mikołaja Spinoli memoriał o prześladowaniach prawosławnych ze strony katolików. Odpowiedzią na posłanie Gołowkina był apel nuncjusza apostolskiego w Rzeczypospolitej Wicentego Santiniego (1722-1728), wzywający duchowieństwo unickie i rzymskokatolickie do zaprzestania nawracania siłą prawosławnych na unię32. Równocześnie 7 listopada 1722 r. August II Sas aprobował przywileje dane biskupstwu białoruskiemu, monasterom, duchowieństwu i bractwom cerkiewnym. Dokument ten ma istotne znaczenie, albowiem wymienia liczne znajdujące się w rękach prawosławnych monastery. W dokumencie ukazane zostały następujące archimandrie: wileńska Św. Ducha i słucka Św. Trójcy z monasterami męskimi: hrozowskimi (św. Mikołaja i św. Jana Teologa), zabłudowskim, starczyckim, morockim, kopyskim, kuteińskim, orszańskim, mohylewskim, markowskim, witebskim, bujnickim, tupiczewskim, mścisławskim, połockim, mińskim, krońskim, surdegskim, sieleckim, nowodworskim, kupiatyckim, hołdowskim, jewiejskim, kiejdańskim, przyłuckim, drujskim, pińskim, sołomereckim, szkłowskim, horockim, słuckim, dzięciołowickim, brzeskim, jabłeczyńskim, borysowskim, dziesneńskim, newelskim, jakubowo-kryżborskim, wochorskim, tereszkowskim. Oprócz wymienionych wspomina się monastery żeńskie: wileński, miński, kuteiński, orszański, borkułabowski, mohylewskie (bracki i św. Mikołaja), mazałowski, szkłowski, newelski, kościukowski33. Wykaz nie obejmuje wszystkich prawosławnych monasterów znajdujących się na całym obszarze Wielkiego Księstwa Litewskiego i ziemiach ruskich Korony. Przy prawosławiu pozostały jeszcze ośrodki zakonne w Bolożynowie (św. Jana Teologa), Bołochowie (św. Michała), Darewie (Zaśnięcia NMP), Domaszowie (św. Mikołaja), Dorohowie (Zmartwychwstania Pańskiego), Grabowie (św. Michała), Horodence (św. Mikołaja), Jagolnicy, Kołodzienku (św. Onufrego), Krasnopuszczy (Narodzenia św. Jana Chrzciciela), Krzywem (Opieki NMP), Łabszynie (św. Mikołaja), Lesnikach (Wniebowstąpienia Pańskiego), Lasku, Litwinowie (św. Onufrego), Pacykowie (Zaśnięcia NMP), Piatniczanach (Zaśnięcia NMP), Rakowcu (św. Dymitra), Rohatynie, Ropiance, Rudnikach (Św. Trójcy), Rukomyślu (św. Onufrego), Skalacie (Przemienienia Pańskiego), Sokalu, Wyspie (Podwyższenia św. Krzyża), Zagwoździu (Narodzenia św. Jana Chrzciciela), Złoczowie i Zwiniaczu (św. Paraskiewy)34. Ostatecznie zabiegi Rosji w obronie praw Kościoła prawosławnego nie przyniosły istotnych zmian w stosunkach religijnych. Polityka Augusta II wobec prawosławnych uległa po śmierci Piotra I wyraźnemu usztywnieniu. Metropolita unicki Atanazy Szeptycki (1729-1746) stał się głównym rzecznikiem likwidacji jedynej diecezji prawosławnej. Politykę króla i metropolity potwierdzają bezowocne starania środowisk prawosławnych o obsadzenie władyctwa białoruskiego po śmierci ordynariusza diecezji Sylwestra Czetwertyńskiego (1728). Na katedrę mścisławsko-orszańską synod mianował biskupa Arseniusza (Andrzeja Berło —1728-1733). Na wieść o tym Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej polecił nuncjuszowi Wincentemu Santiniemu, aby król przekazał biskupstwo białoruskie połockiemu władyce unickiemu celem „doprowadzenia do świętej unii diecezji mohylewskiej, która jest w całym Polskim Królestwie jedyną diecezją splamioną błędem schizmy”35. List z prośbą o nieudzielanie przywileju kandydatowi prawosławnemu na biskupstwo mohylewskie napisał do króla w 1728 r. papież Benedykt XIII (1724-1730)36. W wyniku interwencji papieża, nuncjusza i metropolity unickiego August II Sas nie udzielił Arseniuszowi Berle nominacji na godność władyki białoruskiego37. Rosja, przeżywająca wewnętrzny kryzys władzy, nie była w stanie skutecznie interweniować w Rzeczypospolitej. Problem biskupstwa białoruskiego nie został ostatecznie rozwiązany. Nowy nuncjusz w Rzeczypospolitej Kamil Merlini (1728-1738) poinformował Kongregację Propagandy Wiary, że postara się nakłonić króla do przekazania dóbr prawosławnego biskupa mohylewskiego unickiemu arcybiskupowi połockiemu po wypędzeniu władyki Arseniusza38. Nuncjusz doprowadził do realizacji swych zamierzeń w 1731 r. W tym roku unici odebrali siłą uposażenie władyki mohylewskiego, włącznie z jego drugą rezydencją w Pieczersku. W tej sytuacji, po trzyletnim administrowaniu diecezją białoruską, Arseniusz Berło opuścił Mohylew. Świątobliwy Synod Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego powierzył mu w 1733 r. administrowanie usamodzielnioną diecezją perejasławską. Godność tę władyka Arseniusz pełnił wraz ze stanowiskiem koadiutora metropolity kijowskiego aż do śmierci (1744)39. Społeczność prawosławna pozostała w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego podjęła starania o elekcję nowego kandydata na katedrę mohylewską. W tym celu ihumen Gedeon Szyszko 10 lipca 1732 r. zwołał w Mohylewie zjazd przedstawicieli duchowieństwa i świeckiej społeczności prawosławnej. Wbrew zakazom królewskim, sobór lokalny w cerkwi Przemienienia Pańskiego dokonał elekcji na godność biskupa białoruskiego archimandrytę kijowskiego klasztoru pustynnego Józefa Wołczańskiego. Ustalenia elekcji zostały podpisane przez jej uczestników, a prośbę o nominację na biskupa Józefa Wołczańskiego skierowano do Petersburga i króla. August II zapewnił ambasadora rosyjskiego o swojej akceptacji dla wybranego kandydata, ale przywileju na katedrę Wołczańskiemu nie wydał40. Po śmierci Augusta II Sasa zebrana 27 kwietnia 1733 r. w Warszawie Konfederacja Generalna uchwaliła, że w Rzeczypospolitej powinno istnieć tylko jedno rzymskokatolickie wyznanie. Pozostałe wyznania, z wyjątkiem unickiego, nie miały prawa do egzystencji i „prawnie w kraju chronione nie mogą być”41. Wychodząc z takiego założenia sejm przyjął konstytucję, która zakazywała niekatolikom dostępu do sejmu, trybunału, urzędów centralnych i lokalnych42. Nowy król August III Sas (1733-1763), który Rosji i Prusom zawdzięczał objęcie tronu, 30 grudnia 1735 r. zatwierdził nominację Józefa Wołczańskiego (1735-1743) na białoruską katedrę biskupią. Święcenia elekt otrzymał w Kijowie już w 1734 r., ale faktycznie Wołczański objął katedrę w maju 1737 r.43 Józef Wołczański zasłynął jako obrońca stanu posiadania Kościoła prawosławnego na terenie podległej mu diecezji. Kilkakrotnie zwracał się o pomoc materialną do Świątobliwego Synodu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, informując o stanie świątyń i monasterów. Prośby władyki białoruskiego nie zawsze znajdowały zrozumienie wśród hierarchii rosyjskiej44. Biskup Józef Wołczański rozpoczął odbudowę spalonej w 1708 r. cerkwi katedralnej św. Spasa. Prace, rozpoczęte w 1740 r., były kontynuowane przez jego następcę, albowiem władyka Józef został w 1742 r. przez Świątobliwy Synod odesłany do Moskwy. Tam, w nagrodę za zasługi poniesione dla Cerkwi prawosławnej, został podniesiony do godności arcybiskupa moskiewskiego45. Po wyjeździe biskupa Józefa, władyką białoruskim został jego rodzony brat, archimandryta monasteru Św. Ducha w Wilnie Hieronim (1745-1754). Hieronim Wołczański sakrę biskupią otrzymał w Moskwie 2 października 1744 r. Władyka szybko otrzymał nominację królewską, co pozwoliło mu 27 stycznia 1745 r. objąć katedrę mohylewską. Nowy ordynariusz diecezji rozpoczął u króla starania o odzyskanie zajętych przez unitów 124 cerkwi. Biskup białoruski przedłożył specjalny raport Specyfika monasterów i Cerkwi Grecko-ruskich różnemi czasy na unię gwałtownie pozabieranych ab 1734 ad anno 1743. Dokument ten informuje o okolicznościach, w jakich dokonano przejęcia prawosławnych cerkwi i monasterów. Oto kilka przykładów: „Anno 1743, 22 Marty, monaster nowodworski na unię zajechał IMść ksiądz Alexy Kondratowicz starszy W.W.O.O. Bazylianów Ceperskich. (…) Monaster panieński w Czerkowiczach zajechał na unię Pan Janowski i zakonnice powypędzał. (…) Anno 1740, die 16 aprilis, Cerkiew w Daszkowie w dobrach J. W. Pana Sapiehy, łowczego W. Ks. Lit., z wyraźnego rozkazu jego zajechano na unię przy asystencji komenderowanych z zamku bychowskiego”. W sumie wymieniono w dokumencie 124 przypadki odebrania świątyń prawosławnych na terenie diecezji białoruskiej46. Sprawą miał zająć się sejm grodzieński, ale wobec faktu jego zerwania rada senatu, pod presją rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, wyznaczyła specjalną komisję do rozpatrzenia skarg wyznawców Kościoła prawosławnego. Działalność tej komisji miała odebrać Rosji pretekst do interwencji w sprawy wyznaniowe Rzeczypospolitej. W jej skład weszli: Antoni Sebastian Dombrowski – biskup płocki, Hieronim Wacław Sierakowski – biskup przemyski, Józef Stanisław Sapieha – koadiutor diecezji wileńskiej, August Czartoryski – wojewoda i generał ziem ruskich, Kazimierz Niesiołkowski – kasztelan smoleński, Józef Nakwaski – kasztelan rawski i Stefan Turkowski – kasztelan brzeski. „Komisja ta z woli króla jest wydana, aby dawne skargi stron żalących się uspokoiła i nowym gdyby miały się wszczynać uspokoiła (…), aby cerkwie religii rusko-greckiej nie były odbierane, aby skarg wysłuchali, traktaty, sojusze z sąsiedzkimi ruskimi państwami przejrzeli, prawa koronne i litewskie zrewidowali, i jeśli nie rozstrzygną wypytali się świadków wiarygodnych jakiejkolwiek religii będących (…), a jeżeli dowiedziono, że niektóre cerkwie i zrujnowane gwałtem są odebrane, wtedy zdajcie nam relację i rewindykacje dawnym posesorom uczynili”47. Przypadki odbierania świątyń ludności prawosławnej nie należały do rzadkości. Głośna była sprawa odebrania prawosławnym w 1744 r. cerkwi w starostwie krzyczewskim przez Karola Stanisława Radziwiłła48, czy najazd bazylianów z Białej na monaster św. Onufrego w Jabłecznej w 1753 r.49 Dodatkowo działania antyprawosławne były wspierane przez część szlachty. Szlachta podlaska na sejmiku w 1748 r. domagała się, aby cerkwie odebrane dyzunitom i które do unii przystąpiły dobrowolnie na zawsze pozostawały unickimi50. W pierwszej połowie XVIII w. unię przyjęły niemal wszystkie parafie prawosławne w części województwa kijowskiego i bracławskiego, które znajdowały się w granicach Rzeczypospolitej. Unia w pełni dominowała w dawnych diecezjach: przemyskiej, lwowskiej, włodzimierskiej i chełmskiej. Sprzyjały temu procesowi wspomniane wyżej dwie ustawy sejmowe z 1717 i 1733 r. Wykorzystując wymienione akty prawne, unici dążyli do całkowitej likwidacji Kościoła prawosławnego. Podobna była też postawa króla Augusta III Sasa, który odrzucał wszelkie skargi ludności prawosławnej i interwencje Rosji w tej sprawie. Nadal trwał proces rozszerzania wyznania unickiego. Pozyskiwaniem prawosławnych do unii zajęli się głównie bazylianie, którym ufundowano nowe ośrodki zakonne51. Największa liczba wyznawców prawosławia pozostawała na obszarze Wielkiego Księstwa Litewskiego, głównie na terenie byłej diecezji pińskiej, połockiej, mohylewskiej i północnej części władyctwa metropolitalnego. Prawosławni zamieszkiwali głównie tereny województwa witebskiego, mścisławskiego, nowogródzkiego, brzesko-litewskiego, kijowskiego i bracławskiego. Przy prawosławiu pozostawały 42 monastery skupione w kilku grupach: litewskiej, słuckiej, podlaskiej, poleskiej, kijowskiej, perejasławskiej i białoruskiej52. Ośrodki zakonne znajdowały się w ciężkiej sytuacji materialnej i zmuszone były stale do prawnych wystąpień w obronie stanu posiadania. Ihumen Ignacy z motrenińskiego monasteru Św. Trójcy pisał w 1753 r. do księcia Jana Kajetana Jabłonowskiego, aby jako ktitor klasztoru zapewnił wolność w przestrzeganiu wiary prawosławnej. Mnisi prosili kolatora o pomoc, „aby nie czynione były na gruntach motrenińskiego monasteru żadne krzywdy i zbrodnie”. W odpowiedzi na prośby zakonników książę trzy lata później potwierdził wszystkie uposażenia i przywileje nadane monasterowi53. Z powyższego faktu wynika, że niektórzy przedstawiciele magnaterii, pozostający pod wpływem haseł oświeceniowych, formalnie prowadzili politykę tolerancyjną wobec prawosławnych ośrodków zakonnych. W praktyce jednak magnateria, przeważnie innowiercza, nie wspierała materialnie monasterów otoczonych przez parafie unickie i pozbawionych opieki hierarchii cerkiewnej. Bardziej o ich funkcjonowaniu decydowały interwencje ambasadora rosyjskiego w Warszawie u króla polskiego i pomoc materialna zza wschodniej granicy54. W 1755 r., po śmierci władyki mohylewskiego Hieronima Wołczańskiego, papież zażądał od Augusta III zniesienia biskupstwa prawosławnego. Cesarzowa Elżbieta (1741-1762) złożyła wówczas protest i wymogła na królu nominację na tę katedrę rektora Akademii Kijowskiej Jerzego Konisskiego (1755-1785). Jerzy Konisski rozpoczął szeroką działalność polityczną, zwracając równocześnie uwagę na podniesienie poziomu intelektualnego duchowieństwa w swojej diecezji. W oparciu o sprowadzonych do Mohylewa w 1755 r. dwóch absolwentów Akademii Kijowskiej, biskup białoruski zapoczątkował powołanie mohylewskiego seminarium duchownego. Synod zatwierdził decyzję biskupa Konisskiego w 1758 r., a w roku następnym wzmocnione kadrowo seminarium rozpoczęło swoją działalność. W 1768 r. na przedmieściach Mohylewa przy cerkwi św. Mikołaja powstały nowe budynki seminaryjne i drukarnia. Władyka Konisski dokończył również odbudowę katedralnej cerkwi św. Spasa. Cesarzowa Elżbieta wspierała finansowo jego przedsięwzięcia. Monarchini pomogła również wybudować dwupiętrową rezydencję biskupów białoruskich oraz cerkiew św. Jerzego w Peczersku55. Za biskupstwa Jerzego Konisskiego postępowało zjawisko podporządkowywania się diecezji białoruskiej rosyjskiemu Kościołowi prawosławnemu oraz wzrastały wpływy Rosji na postawy i położenie ludności prawosławnej w Rzeczypospolitej. Zdecydowana interwencja Rosji w sprawy Kościoła prawosławnego nastąpiła dopiero za panowania Katarzyny II (1762-1796). Cesarzowa, sama indyferentna religijnie, wykorzystała brak równouprawnienia ludności prawosławnej do interwencji w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej. Interwencje te znalazły pełne poparcie biskupa białoruskiego Jerzego Konisskiego, całkowicie oddanego interesom Rosji56. Początkowo Katarzyna II dążyła do zapewnienia podstawowych praw wyznaniowych ludności prawosławnej. Po śmierci Augusta III Sasa i zawarciu przymierza z Prusami projekty cesarzowej uległy rozszerzeniu i jej ostatecznym celem stało się całkowite równouprawnienie prawosławnych z możliwością dostępu do wszystkich stanowisk. W sytuacji niewielkiej liczby szlachty wyznania prawosławnego i znikomej aktywności politycznej mieszczaństwa ruskiego głównym celem dążeń politycznych Katarzyny II było zapewnienie w Rzeczypospolitej swobód wyznaniowych i równouprawnienia niekatolików. W tej kwestii Rosja i Prusy podjęły wspólną akcję w obronie innowierców na sejmie konwokacyjnym w 1764 r. Postulaty posłów rosyjskich, dotyczące równouprawnienia prawosławnych i dopuszczenia ich do stanowisk, wywołały protesty szlachty polskiej. Szlachta oskarżyła Rosję o naruszenie suwerenności Rzeczypospolitej, a społeczność prawosławną o współdziałanie z obcym państwem. Zmian w prawnym położeniu Cerkwi prawosławnej jej wierni oczekiwali wraz ze wstąpieniem na tron nowego panującego. Naciski Rosji na władze polskie w sprawie równouprawnienia ludności prawosławnej wzmogły się po objęciu tronu przez Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764-1795). Kwestia wyznaniowa w okresie jego panowania stała się istotnym elementem sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej państwa. Warto tu przywołać pogląd Szymona Askenazego, że „jednym z gwoździ do trumny Rzeczypospolitej była sprawa dysydencka”57. Problem wyznaniowy pojawił się już na sejmie elekcyjnym 1764 r., kiedy ambasador rosyjski w Warszawie poruszył problem ustanowienia hierarchii prawosławnej. Propozycja ta została przez posłów odrzucona, a anonimowy autor Uwag politycznych do prawideł religii i zdrowej filozofii domagał się miejsca w senacie biskupom unickim58.W 1765 r. biskup Jerzy Konisski, w porozumieniu z ambasadorem rosyjskim Mikołajem Repninem (1734-1801), złożył rządowi polskiemu obszerny memoriał, w którym uskarżał się na prześladowanie ludności prawosławnej i domagał się jej równouprawnienia w sprawach religijnych i publicznych59. O prześladowaniach zakonników prawosławnych przez duchownych unickich pisali przełożeni klasztorów do biskupów perejasławskich60. Ambasador Repnin w liście do Katarzyny II pisał, że owe wystąpienia nie przyniosły spodziewanych rezultatów, a podjęte przez komisarzy królewskich dochodzenia zostały przerwane na wniosek samego władyki białoruskiego. Ponownie Katarzyna II zainterweniowała w sprawach Kościoła prawosławnego na sejmie warszawskim 1766 r. Ambasadorowie rosyjski i pruski zażądali wówczas zniesienia ustawy z 1733 r., która zabraniała niekatolikom pełnienia urzędów i stanowisk państwowych. Sejm odrzucił postulaty ambasadorów. Poczynił jednak drobne ustępstwa na rzecz Cerkwi prawosławnej. Potwierdzono prawosławnym prawo odprawiania nabożeństw w istniejących cerkwiach i restaurowania świątyń, które budowano przed 1717 r.61 Sejm, pod presją biskupów łacińskich i nuncjusza Eugeniusza Viscontiego (1760-1767), sprzeciwił się jednak politycznemu równouprawnieniu innowierców. Równocześnie metropolita unicki Filip Wołodkowicz (1756-1778) nawoływał do walki ze „skrytymi i tajnymi wrogami wiary”. Posłanie hierarchy unickiego było skierowane przeciwko mnichom prawosławnym62. W istocie również Rosji nie zależało na nadaniu równych praw ludności prawosławnej. O rzeczywistych intencjach Petersburga świadczy treść listu kanclerza Katarzyny II Nikity Panina (1718-1783) do ambasadora Repnina z 14 (25) sierpnia 1767 r. Problem interesów Cerkwi prawosławnej Panin traktował nie jako cel sam w sobie, ale jako środek do poszerzenia wpływów Rosji w Rzeczypospolitej. „Sprawę dysydencką należy przeprowadzić nie w celu rozkrzewienia w Polsce naszej i protestanckiej religii, ale dla stworzenia z naszych jedinowierców i protestantów na zawsze pewnego i silnego stronnictwa”. Kanclerz cesarzowej przyznawał, że równouprawnienie prawosławnych byłoby Rosji niekorzystne, albowiem związałoby ich bardziej z Rzeczpospolitą63. Wykorzystując niechęć posłów do równouprawnienia innowierców, Rosja i Prusy zbrojnie poparły konfederację protestancko-prawosławną w Słucku i protestancką w Toruniu. Uregulowania spraw innowierców domagała się również część szlachty katolickiej. Na konfederacji generalnej 3 czerwca 1767 r. w Wilnie w jednym z punktów szlachta domagała się równouprawnienia prawosławnych i protestantów. „Co się tyczy Greków dyzunitów i dysydentów, tak stanu szlacheckiego jako i niższej kondycji ludzi, kupców, rzemieślników i rolników trudno ich uciemiężliwości zamilczeć. Człek każdego stanu i kondycji w jakimkolwiek na świecie kraju pod jednakową praw zasłoną zaszczyca się. Obywatelem ciż dopiero w naszej ojczyźnie, gdzie w każdym stanie prawa i ustawy nasze na fundamencie równości stanowione być zwykły. A jakiż szlachcic może być szlachcicem, gdy praw stanowi swemu przyzwoitych nie jest uczestnikiem. Jak mieszczanin mieszczaninem, gdy równy tylko drugiemu tylko w ciężarów ponoszeniu, a nie używaniu dobrodziejstw. Jak na ostatek chłop chłopem, gdy robić musi, a roli i chałupy mieć nie będzie. Ojczyzna nasza jako matka, dobra matka, sprawiedliwa, równo wszystkich dzieci swoich kochać powinna, bez względu na ułomność ludzką przyzwoitą każdemu. Nie jest uszczerbkiem wiary świętej katolickiej dotrzymać praw i prerogatyw tym, co tak jak my nie wierzą. Stan wiary jest inny, stan cywilny jest inny. Pierwszy do duszy, drugi do kraju należy. Pierwszy wyrokom boskim, drugi ustawom ojczyzny jest podległy. Siła Rzeczpospolitych zginęło, że równość na małej garstce ludu łamać zaczęli. Podobno i na naszej na ten koniec przyszło, gdybyśmy prawo równości, równość najmniej nadzielić mieli”64. Pod wpływem interwencji Petersburga i Berlina sterroryzowany przez wojsko rosyjskie sejm 1767-1768 r. w ramach ogólnej uchwały w sprawach dysydentów podjął szereg ustępstw na rzecz prawosławnych. Prawosławni uzyskali potwierdzenie prawa do biskupstwa białoruskiego, wolności kultu i druku, odprawiania nabożeństw i budowy nowych cerkwi. Uchwała sejmu gwarantowała wyznawcom prawosławia prawo do diecezji białoruskiej ze „wszystkimi należącymi cerkwiami, monasterami i ich funduszami”. Postanowiono też, że władyka białoruski „konsekrowany wiecznie będzie przy religii greckiej orientalnej nie unickiej (…) i w swojej diecezji ma używać jurysdykcji swej równie, jak biskupi rzymscy w swoich diecezjach używają, bez żadnej od nikogo przeszkody”. O losach cerkwi i monasterów bezprawnie odebranych prawosławnym miały zadecydować specjalne sądy mieszane, składające się z osób pochodzących z nominacji królewskiej. Wszystkie świątynie i monastery bezprawnie odebrane prawosławnym miały być im zwrócone wraz z uposażeniem. Prawosławni uzyskali ponadto dostęp do urzędów, godności i stanowisk. Odmienność religijna nie mogła być przeszkodą w uzyskaniu pełnych praw obywatelskich i szlachectwa. Po raz pierwszy przyznano, że prawosławni są lojalnymi obywatelami państwa i nie można ich obraźliwie tytułować „dyzunitami” lub „odszczepieńcami”. Równocześnie konstytucja sejmowa jednoznacznie stwierdzała, że religią panującą w Rzeczypospolitej jest wiara katolicka i wszelką konwersję z niej traktowano jako przestępstwo65. Względna stabilizacja wyznaniowa powstała w 1768 r. została gwałtownie naruszona działalnością konfederacji barskiej. Konfederacja miała charakter antyrosyjski i występowała z hasłami obrony wiary katolickiej oraz ograniczeniem praw innowierców. Petersburg wykorzystał ogłoszenie konfederacji barskiej jako pretekst do wywołania powstania hajdamaków. Agitowani przez duchowieństwo prawosławne hajdamacy i lud ukraiński wystąpili w obronie swej wiary66. Wojsko rosyjskie początkowo biernie przyglądało się tym wystąpieniom, a nawet sprzyjało odbieraniu unitom cerkwi. Dopiero, gdy Rosja uzyskała od króla deklarację ustępstw politycznych, wysłała swe wojska do pacyfikacji wystąpień ludowych. W związku z utworzeniem konfederacji barskiej Jerzy Konisski opuścił Mohylew i udał się do Smoleńska. Władzę nad duchowieństwem diecezji mohylewskiej Konisski powierzył rektorowi tamtejszego seminarium Wiktorowi Sadkowskiemu. Sadkowski praktycznie kierował diecezją białoruską do powrotu władyki Jerzego Konisskiego do Mohylewa w 1775 r.67 Diecezja białoruska przed pierwszym rozbiorem Rzeczypospolitej liczyła 267 parafii, w województwach mścisławskim – 115, witebskim – 109, połockim – 42 oraz mińskim – 1. Głównymi ośrodkami cerkiewnymi były miasta położone na terenie diecezji: Mohylew, Słuck, Witebsk, Dubrowna, Homel, Orsza, Kopyś i Szkłów. Miejscowości te liczyły od trzech do dziewięciu parafii68. Główne centra życia religijnego diecezji przed 1772 r. tworzyły się wokół ubogich ośrodków zakonnych. W sytuacji braku cerkwi parafialnych ich funkcję przejmowały monastery. Jurysdykcji biskupów mścisławsko-orszańsko-mohylewskich podlegały przed 1772 r. monastery: newelskie, połockie, mścisławskie, tupiczewski, kuteińskie, szkłowskie, dzisneński, bujnicki, orszański, mohylewskie, witebski, mozołowski i borkułabowski69. Pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej spowodował, że połowa ludności prawosławnej, z biskupstwem białoruskim, znalazła się w granicach Rosji. Według szacunkowych ustaleń od Rzeczypospolitej odpadł obszar zamieszkały przez 100 000 wyznawców Kościoła rzymskokatolickiego, 300 000 prawosławnego i 800 000 unitów70. Biskupstwo białoruskie weszło w skład Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Znamienne, że po 1772 r. zmniejszyła się liczba parafii znajdujących się na terenie diecezji mohylewskiej. W 1777 r. w granicach białoruskiej eparchii znajdowało się dziesięć monasterów i 124 cerkwi parafialnych71. Zmniejszenie się liczby parafii była rezultatem zmiany granic diecezji i polityki Katarzyny II likwidującej małe jednostki parafialne i zubożałe monastery. W traktacie porozbiorowym polsko-rosyjskim z 7 (18) września 1773 r. zapewniono katolikom i unitom wolność wyznaniową na obszarach włączonych do Rosji. Petersburg zagwarantował sobie prawo przestrzegania porządku i sprawowania opieki nad ludnością prawosławną w Rzeczypospolitej. Szczegółowego uregulowania spraw ludności prawosławnej miano dokonać w specjalnym traktacie dwustronnym. W polityce Rosji wobec ludności prawosławnej na terenie ziem białoruskich nadal dominowały interesy własnego państwa aniżeli rzeczywista chęć zmiany statusu Cerkwi w Rzeczypospolitej72. Змест На пачатку XVIII ст. з ліку шасці праваслаўных епархій у Рэчы Паспалітай толькі беларуская епархія (мсціслаўска-віцебска-аршанская) засталася пры сваім веравызнанні. Епіскапы астатніх — львоўскай, луцкай, пярэмышльскай, кіеўскай і чарнігаўскай — перайшлі ва Уніяцкую царкву. Змена палітычнага становішча ва ўсходняй Еўропе пасля Паўночнай вайны спрычынілася да таго, што беларускія епіскапы ў Магілёве станавіліся даверанымі рускага цара. Працэс стрымоўвання наступу каталіцкіх канфесій пачаўся з назначэннем на беларускую епархію ў 1707 г. Сільвестра Чацвярцінскага. Калі ў 1717 г. на сейме з’явіўся праект „ліквідацыі забабонных грэчаскіх абрадаў”, некаторыя ўспрынялі яго як правакацыю, якая давала падставы для пашырэння расійскіх уплываў у Рэчы Паспалітай. Пётр І абвінавачваў польскага караля ў пасіўнасці адносна правапарушэнняў каталіцкага боку і праследу праваслаўных. Залежны ад цара кароль Аўгуст ІІ адобрыў дадзеныя раней беларускай епархіі прывілеі, што на практыцы абазначала аднаўленне ўплываў праваслаўя. У 1773 г. сейм прыняў закон, які забараняў некатолікам быць дзяржаўнымі чыноўнікамі і дэпутатамі сейма і трыбунала. Уступіўшы на трон у гэтым жа годзе Аўгуст ІІІ прымаў меры па захаванні пры праваслаўных статус-кво. У 1735 г. кароль даў дабро на назначэнне беларускім епіскапам Іосіфа Валчанскага і пацвердзіў існуючую арганізацыйную структуру Царквы. Аднак кароль не рэагаваў на частыя напады уніятаў на праваслаўныя цэрквы і манастыры. У 1755 г. пры падтрымцы царыцы Елізаветы ІІ магілёўскім епіскапам стаў Георгій Каніскі. Пры ім пачалося вяртанне страчаных праваслаўем у мінулых стагоддзях пазіцый. 1 L. Bieńkowski, Organizacja Kościoła wschodniego w Polsce, [w:] Kościół w Polsce, pod red. J. Kłoczowskiego, t. II, cz. 2, Kraków 1969, s. 859; I. Szaraniewicz, Patryjarchat wschodni wobec Kościoła ruskiego i Rzeczypospolitej Polskiej, „Rozprawy i Sprawozdania z posiedzeń Wydziału Historyczno-Filozoficznego Akademii Umiejętności”, t. X, Kraków 1879, s. 131-134. 2 Monumenta Ucrainae Historica, ed. A. Septyckyj, vol. IV (1671-1701) Romae 1967, s. 293-332; A. Mironowicz, Kościół prawosławny w dawnej Rzeczypospolitej, Białystok 2001, s. 234-236. 3 A. Mironowicz, Kościół prawosławny i unicki w połowie XVII wieku, „Acta Polono-Ruthenica”, t. II, pod red. B. Białokozowicza, Olsztyn 1997, s. 71-79. 4 Dokumenta praw y wolności Obywatelom Korony Polskiey y W. X. Lit. Religii Greckiey Orientalney wyznawcom służące…, Warszawa 1767, k. 75. 5 O poprzednich losach diecezji białoruskiej por.: A. Mironowicz, Teodozy Wasilewicz, archimandryta słucki, biskup białoruski, Białystok 1997; tenże, Metropolita Józef Nielubowicz Tukalski, Białystok 1998; tenże, Sylwester Kossow, władyka białoruski, metropolita kijowski, Białystok 1999. 6 F. I. Titow, Russkaja prawosławnaja Cerkow’ w Polsko-Litowskom Gosudarstwie w XVII-XVIII w., t. II, cz. 2, Kijew 1905, s. 386-387; A. Deruga, Piotr Wielki a unici i unia kościelna 1700-1711, Wilno 1936, s. 46; S. T. Gołubiew, Gedeon Odorskij, „Trudy Kijewskoj Duchownoj Akadiemii”, Kijów 1900, s. 183. 7 A. Deruga, Piotr Wielki a unici…, s. 43-44. 8 Volumina Legum, t. VI, s. 35. 9 M. Wawryk, Narys rozwytku i stanu Wasylijanśkoho Czyna XVII-XX st. st., „Analecta Ordinis S. Basili Magni”, seria II, vol. X, Romae 1979, s. 189-209. 10 M. Drahan, Rozwytok i zanepad Skytu Manjawśkoho 1606-1786, [w:] Skyt Manjawśkyj i Bohorodczenśkyj Ikonostas, Żowkwa 1926, s. 8. W 1724 r. w Skicie Maniawskim przebywało ponad trzydziestu mnichów. J. Celewicz, Istorija Skitu Maniawskogo, Lwow 1887, s. 112. 11 Archiwum Petersburskiego Oddziału Instytutu Historii Akademii Nauk Rosji (dalej: APOIH AN Rosji), Petersburg, kol. P. Dobrochotowa, kol. 52, op. 2, kart. 15, nr 4/1, k.1-1v. 12 A. Deruga, Piotr Wielki a unici…, s. 31. 13 M. Bendza, Z dziejów prawosławnej diecezji białoruskiej (1700-1720), „ΈΛΠΙΣ. Czasopismo Teologiczne Katedry Teologii Prawosławnej Uniwersytetu w Białymstoku”, R. I (XII), z. 1 (14), Białystok 1999, s. 132. 14 Volumina Legum, t. VI, s. 73. 15 APOIH AN Rosji, kol. 52, op. 2, kart. 14, nr 3, k. 1-2; Szerzej por. A. Mironowicz, Polityka Piotra I wobec Kościoła prawosławnego w Rosji i w Rzeczypospolitej, [w:] Cywilizacja Rosji Imperialnej, pod red. P. Kraszewskiego, Poznań 2002, s. 277-294. 16 Archiw Jugo-Zapadnoj Rossii (dalej: AJZR), cz. I, t. IV, Kijew 1871, s. 387. 17 A. Deruga, Piotr Wielki a unici…, s. 13. 18 AJZR, cz. I, t. IV, s. 384-386. 19 Tamże, s. 387-389. 20 Tamże, s. 388-389. 21 M. Andrusiak, Projekt znesennia naszoho obradu, „Zapysky Czyna Światoho Wasyla Wełykoho”, t. III, z. 3-4, Lwiw 1930, s. 574; M. Bendza, Z dziejów prawosławnej diecezji białoruskiej, s. 135. 22 Tamże, s. 136. 23 Archieograficzeskij sbornik dokumientow otnosiaszczichsia k istorii Siewiero-Zapadnoj Rusi (dalej: ASD), t. V, Wilno 1871, s. 84. 24 Sbornik dokumientow ujasniajuszczich otnoszenija łatino-polskoj propagandy k ruskoj wierie i narodnosti, wyp. 2, Wilno 1867, s. 116-120. 25 August II (…) episkopią Biało-Ruską, Mścisławską, Orszańską, Mohylewską z dwiema katedrami w Mścisławie Św. Trójcy i w Mohylowie S. Spasa, i wszystkimi cerkwiami w całym Xięstwie Litewskim do niej przynależnymi, osobliwie zaś monastery stauropigialne i partykularne według funduszów, praw i przywilejów im nadanych: za instancją pp. Rad naszych przy boku naszym rezydujących, approbujemy, ratyfikujemy et in perpetuum za nienaruszone od nas następców naszych i każdego w państwach naszych zostającego mieć chcemy, oraz wszelkie ich prerogatywy, libertacje, ceremonie, konserwujemy”. ASD, t. XI, Wilno 1980, s. 62. 26 Tamże, t. XI, s. 62-63; A. Mironowicz, Kościół prawosławny w dawnej Rzeczypospolitej, s. 239-240. 27 F. I. Titow, Russkaja prawosławnaja Cerkow’…, t. III, cz. 1, Kijew 1916, s. 82-89. 28 N. N. Bantysz-Kamienskij, Istoriczeskoje izwiestije o woznikszej w Polsze unii, Moskwa 1805, s. 193-194. 29 A. Jabłonowski, Historia Rusi Południowej po upadku Rzeczypospolitej, Kraków 1912, s. 350. 30 ASD, t. XI, s. 64-65. 31 St. Ptaszycki, Stosunek dawnych władz polskich do Cerkwi ruskiej, [w:] Księga pamiątkowa ku czci W. Abrahama, Warszawa 1930, s. 463-464; A. Deruga, Piotr Wielki a unici…, s. 42-44; A. Mironowicz, Cerkiew prawosławna na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego w latach 1772-1795, [w:] Ziemie Północne Rzeczypospolitej Polsko-Litewskiej w dobie rozbiorowej 1772-1815, pod red. M. Biskupa, Warszawa — Toruń 1996, s. 81-94. 32 N. N. Bantysz-Kamienskij, Istoriczeskoje izwiestije…, s. 204-211; E. Likowski, Dzieje Kościoła unickiego na Litwie i Rusi w XVIII i XIX wieku, Warszawa 1906, s. 36. 33 Centralnaja Naucznaja Bibliotieka Akadiemii Nauk Ukrainy, Kijów, f. VIII, nr 47m/95, k. 102v-104; Dokumenta praw y wolności Obywatelom Korony Polskiey y W. X. Lit. Religii Greckiey Orientalney wyznawcom służące…, Warszawa 1767, k. 76-77. 34 M. Hruszewśkyj, Duchowna Ukrajina, Kyjiw 1994, s. 322. 35 Litterae S. C. de Propaganda Fide Ecclesiam catholicam Ucrainae et Bielarusjae spectantes. Collegit… P. Athanasius G. Welykyj OSBM, vol. II (1710-1730), Romae 1956, s. 309-310. 36 Tamże, vol. II, s. 311-312. 37 M. Bendza, Z dziejów prawosławnej diecezji białoruskiej, s. 142-146. 38 Documenta Pontificium Romanorum Historia Ucrainae Illustrantia, vol.II (1729-1773) Romae 1968, s. 30-31. 39 ASD, t. V, s. 222. 40 F. I. Titow, Russkaja prawosławnaja Cerkow’…, t. I, cz. II, s. 95-97, 100-101. Józef Wołczański uczył się w Kijowie, a od roku 1721 był prefektem Akademii Mohylańskiej. W 1727 r. został przełożonym monasteru św. Mikołaja i rektorem Akademii. Por. E. Likowski, Dzieje Kościoła unickiego…, s. 62. 41 Volumina Legum, t. VI, s. 286-287. 42 J. Woliński, Polska i Kościół prawosławny. Zarys historyczny, Lwów 1936, s. 114-115. 43 F. I. Titow, Russkaja prawosławnaja Cerkow’…, t. I, cz. II, s. 105; M. Bendza, Z dziejów prawosławnej diecezji białoruskiej, s. 146. 44 E. Likowski, Dzieje Kościoła unickiego…, s. 62-63. 45 ASD, t. II, s. LXVI. 46 APOIH AN Rosji, kol. 52, op. 2, kart. 14, nr 3/1, k. 6-8v. 47 AWAK, t. III, s. 189-190. 48 N. Bantysz-Kamienskij, Istoriczeskoje izwiestije o woznikszej w Polsze unii, Wilno 1886, s. 309-321. 49 A. Mironowicz, Życie monastyczne na Podlasiu, Białystok 1998, s. 48; tenże, Monaster św. Onufrego w Jabłecznej, „Białoruskie Zeszyty Historyczne”, nr 9, Białystok 1998, s. 37. 50 F. Gryciuk, Prawosławie na Podlasiu, [w:] Z nieznanej przeszłości Białej i Podlasia, pod red. T. Wasilewskiego i T. Krawczaka, Biała Podlaska 1990, s. 142. 51 A. Kossowski, Blaski i cienie unii kościelnej w Polsce w XVII-XVIII wieku w świetle źródeł archiwalnych, [w:] Księga pamiątkowa ku czci J. E. X. Biskupa Macieja Leona Fulmana, Lublin 1939, s. 103-117. 52 Rozmieszczenie monasterów wskazuje na usytuowanie głównych skupisk wyznawców prawosławia. W skład grupy monasterów a) litewskich wchodziły klasztory: wileńskie (Św. Ducha i Zwiastowania NMP), mińskie (bracki i św. św. Piotra i Pawła), kroński, kiejdański, surdegski, drujski, hrozowski (św. Jana Teologa), jewiejski; b) słuckich: słuckie (Św. Trójcy, Przemienienia Pańskiego i św. Eliasza), zabłudowski, starczycki, hrozowski (św. Mikołaja), morocki; c) podlaskich: brzeskie (św. Szymona i Narodzenia Chrystusa), jabłeczyński, drohickie (Przemienienia Pańskiego i Św. Trójcy) i bielski; d) poleskich: piński i dzięciołowski; e) kijowskich: łebedyńskie (św. Jerzego i św. Mikołaja), medwedowski, pleskaczyński, żabotyński i czehryński; f) perejasławskich: moterniński, moszeński, irdyński-winohracki, korsuński, kaniowski, łysiański, trechtemirowski, bohusławski, rzyszczewski, berszadzki i niemirowski. Osobną grupę stanowią monastery podległe jurysdykcji biskupów białoruskich (witebsko-orszańsko-mścisławskich). W jej skład weszły monastery: newelskie, kuteińskie, szkłowskie, dziśnieński, bujnicki, mścisławski, orszański, mohylewski, mozołowski i barkułabowski, por. E. Sakowicz, Kościół prawosławny w Polsce w epoce Sejmu Wielkiego, Warszawa 1935, s. 9-10; W. Kołbuk, Kościoły wschodnie w Rzeczypospolitej około 1772 roku, Lublin 1998, s. 354-356; A. Mironowicz, Ośrodki zakonne od XIII do XIX wieku, [w:] Kościół prawosławny w Polsce. Dawniej i dziś, pod red. L. Adamczuka i A. Mironowicza, Warszawa 1993, s. 103-105; tenże, Życie monastyczne w dawnej Rzeczypospolitej, [w:] Życie monastyczne w Rzeczypospolitej, pod red. A. Mironowicza, U. Pawluczuk i P. Chomika, Białystok 2001, s. 43-44. 53 AJZR, t. II, cz. I, s. 109-115. 54 Taką sytuację potwierdzają dzieje monasterów podlaskich. Por.: A. Mironowicz, Życie monastyczne na Podlasiu, Białystok 1998; tenże, Podlaskie ośrodki i organizacje prawosławne w XVI i XVII wieku, Białystok 1991. 55 ASD, t. II, s. LXIX; W. A. Serczyk, Konisski Gieorgij (Jerzy), [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. XIII, Wrocław — Warszawa 1967-1968, s. 535. 56 W. A. Serczyk, Konisski Gieorgij…, s. 534-536. 57 J. Łubieńska, Sprawa dysydencka 1764-1766, Kraków 1911, Wstęp, s. VII. 58 W. Kalinka, Sejm Czteroletni, t. II, Lwów 1884, s. 407. 59 E. Likowski, Dzieje Kościoła unickiego…, s. 92-94. 60 AJZR, t. II, cz. 1, s. 115; t. III, cz. 1, s. 310-311. 61 Volumina Legum, t. VII, Petersburg 1860, s. 436; E. Likowski, Dzieje Kościoła unickiego…, s. 101-102; W. A. Serczyk, Konisski Gieorgij…, s. 535. 62 A. Mironowicz, Życie monastyczne, s. 48; tenże, Monaster św. Onufrego w Jabłecznej, s. 36-37. 63 J. Woliński, Polska i Kościół prawosławny…, s. 120. 64 Akta Konfederacji Generalnej Wielkiego Księstwa Litewskiego spisanej w Wilnie, Państwowa Publiczna Biblioteka w Petersburgu, Dział Rękopisów, Awt. P. Dubrawskiego, nr 150, k. 108. 65 Volumina Legum, t. VII, s. 256, 262, 492. Artykuł XII Konstytucji z 1768 r. głosił: „Dysydentom y nie Unitom Grekom Orientalnym obywatelom Rzeczypospolitej, kondycyi szlacheckiey, pierwszym aktom osobnym w swoim mieyscu przyznana podobna równość y teyże religii opisaney wolność, w pełney mocy swoiey na zawsze zachowane będą”, tamże, s. 598. 66 Hajdamakami nazywano potomków Kozaków zaporoskich pozostających po 1654 r. w granicach Rosji. W drugiej połowie XVIII w. Katarzyna II wykorzystała ich do wywołania buntu ludowego pod hasłami obrony religii prawosławnej, por.: W. A. Serczyk, Hajdamacy, Kraków 1972; W. Tomkiewicz, Cerkiew dyzunicka w dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, „Przegląd Powszechny”, t. CC, 1921-1922, s. 210-211. Szerzej na ten temat: A. Mironowicz, Cerkiew prawosławna na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego w latach 1772-1795, s. 81-84. 67 E. Sakowicz, Kościół prawosławny w Polsce w epoce Sejmu Wielkiego, Warszawa 1935, s. 35. Szerzej o działalności Wiktora Sadkowskiego por.: A. Mironowicz, Ihumen Sawa Palmowski, Białystok 2001. 68 L. Bieńkowski, Organizacja Kościoła wschodniego w Polsce, s. 936-938; W. Kołbuk, Kościoły wschodnie w Rzeczypospolitej około 1772 roku, Lublin 1998, s. 331-336; 354-356. 69 E. Sakowicz, Kościół prawosławny…, s. 9-10; A. Mironowicz, Życie monastyczne w dawnej Rzeczypospolitej, s. 42-43. 70 M. Iljaszewicz, Rasiejskaja palityka na ziemlach byłaha Biełaruska-Litoűskaho haspadarstwa za panawannia Kaciaryny II i Pauły I
  12. Marucha said

    Re 4:
    To niezwykłe, że Panu brakuje Polski…
    Ale może i nie takie dziwne. Mnie na przykład od dawna – od kiedy stałem się myślący – brakowało chrześcijańskiej Rosji. Może dlatego takie nadzieje pokładam w Putinie. Może te nadzieje są przesadne. Ale jak wiadomo nadzieja umiera ostatnia.

    A co do Polski… mimo swoich wad miała w sobie przedziwną moc przyciągającą (czego niestety nie umieli wykorzystać nasi importowani królowie). Rodziny, które tu zamieszkały, bardzo szybko ulegały polonizacji. Ba, stawały się patriotyczne!
    Ileż u nas wciąż niemieckich, włoskich, francuskich czy szwedzkich nazwisk…

  13. RomanK said

    Hajdamaczczyzna XX wieku…po przejciu „demokratycznych rzadzow przez Hajdamactfo”
    akt niezykle cywlizujacy i przynoszacy dume kazdemu oglu[piajacemu!
    Burzenie cerkwi prawoslawnych w II Rzeczypospolitej i nawracanie ochrzczonych:-)

    http://www.cerkiew1938.pl/rozniecki.html

  14. Ad. 10

    „Gdyby zależało to ode mnie, zlikwidowałbym państwo Ukraina, a jego ziemie rozdzielił międy Rosję, Polskę i Słowację. Nie uroniłbym po nim jednej łzy.”

    – Kto wie? Może tak się stanie? Ukraina powstała dlatego, że komuś była potrzebna. Jak nie będzie potrzebna – przepadnie.

  15. RomanK said

    Ukraina tworzyla sie w niezwykle bolesnym i tragicznym wielowiekowym procesie! I jako narod i jako panstwowosc!
    I stala sie faktem! I czy sie komus to podoba czy nie….takim juz pozostanie! Na zawsze!!!!!
    Radze sie do tego przyzwyczaic im szybciej tym lepiej!
    Nie dalo sie mieszkac razem.z roznych wzgledow…..trzeba bylo sie wyprowadzic i rozdzielic…teraz mozna zostac dobrym krewnym ..badz zajadlym wrogiem! Wybor nalezy do nas samych ..Polakow ,Ukraincow i Rosjan. Im szybciej postawimy nasze wsplne stosunki na twardych braterskich zasadach, na wspolpracy i uczciwej pomocy i kooperacji bazujac na naszej wspolnej krwi i tragicznej hostorii z ktorej wycigniemy wlasciwe wnioski..tym lepiej dla nas WSZYSTKICH! Czasu nei ma zbyt wiele!!!!!!!
    Tak dzieje sie w rodzinach..ktore dziela sie, rozwodza i nawet rozpadaja zrywajac kontakty na zawsze stajc sie najwiekszymi wrogami……tak dzieje sie ze szczepami , plemionami i Narodami! Narod z wlasna tozsamoscia jest ostateczna forma oddzielenia sie od wczesniejszej wspolnoty.
    Taka jest rzeczywistosc.A wybor zalezy tylko od nas wszystkich!
    Mozna zatem zyczyc krewnym wszystkiego najlepszego, badz najgorszego…Chrakter zyczen swiadczy jednak o zyczacym :-)))) i zazwyczaj wraca spotegowana sila zyczenia do nas samych…..

  16. Marucha said

    Re 15:
    Pojednamy się Ukraińcami, gdy 200 tysięcy ich mężczyzn, kobiet i dzieci zginie tak okrutną śmiercią, jak ich dawni polscy sąsiedzi.
    Mogą zacząć od przybijania się nawzajem do podłogi gwoździami przez oczy.

  17. Piotrx said

    Re 4:

    Panie Władymirze
    tak dla informacji dodatkowej – cała książka liczy 560 stron , nie sposób wiec w kilku zacytowanych fragmentach oddać wszystkie wątki w niej poruszane. Autor dość szeroko rozważa przyczyny i opisuje przebieg ruchów hajdamackich – oczywiscie w oparciu o zrodła jakimi dysponował kiedy pisał tą książkę. Ja tylko wybrałem kilka fragmentów w kontekscie niedawnego tematu:

    Protest przeciw gloryfikacji UPA
    https://marucha.wordpress.com/2012/04/03/protest-przeciw-gloryfikacji-upa/

    A więc chodziło o wskazanie pewnych podobieństw w metodach „rizuństwa”, pogardzie dla Lachów przez OUN-UPA i dawne ruchy hajdamackie , jak też wskazanie na niechlubną rolę jaką odegrala duża czesci duchownych grekokatolickich /a w czasach hajdamackich prawosławnych/ w podburzaniu i inspirowaniu zbrodni przeciwko Polakom i katolikom.

    Zresztą członkowie OUN-UPA potem nieraz z dumą powoływali się na Hajdamaków i ich krwawe metody – choćby swięcenie noży „na Lachów” w cerkwiach, czy wieszanie obok siebie księdza katolickiego, żyda i psa z napisem – „Lach, żyd, sobaka wira odynaka” czy wreszcie stosowanie podobnych wymyślnych tortur by nie tylko zabić ale jeszcze do tego jak najbardziej umęczyć ofiarę – typowe azjatyckie podejscie /turańszczyzna/. Takiego zdziczenia nie znano chyba nigdzie indziej w XX wieku w Europie. Czesto też przyjmowali pseudonimy czy nazwy oddziałów od imion niektórych hajdamaków i watażków.

  18. Krzysztof E Wojciechowicz said

    Zgadzam się z panem Maruchą. Ukraina jako państwo nigdy nie istniała i nie może, a nawet sama nie chce, powoływać się na tradycję Rusi Kijowskiej. Sama nazwa państwa wskazuje na nieprawe pochodzenie, gdyż słowo Ukraina wywodzi się z
    określenia terenów nazywanych ‚Kresami’. Znikomy to powód do dumy państwowej, podobny do szczycenia się krwią szlachetną przez bękartów – nieprawych potomków angielskich rodów królewskich. Z nich wywodzą się arystokraci o nazwiskach
    FitzClarence, FitzRoy, FitzJames, FitzRichard, FitzGeorge, etc.

  19. RomanK said

    Nie watpie panie Gajowy, ze i na Ukrainie znajdzie pan wielu chetnych do takiego godzenia sie.
    Mysle, ze warto sie nad tym zastanowic zwlaszcza dzis w Wielki Piatek… poprawic troche Chrzescijanstwo przybijajac do krzyzy przynajmiej ze dwa miliony potomkow Pilata i kohorty krzyzujacej..oraz ze szesc milonow tych co wolali ukrzyzuj Go…
    Udajac oczywiscie, ze nikt nie slyszal….co wolal na krzyzu Jezus Chrystus….
    Metoda oko za oko- zab za zab…prowadzi do zgody w momencie- jak juz zostana tylko wszyscy slepi …i bezzebni”=__

  20. Polacy – ludzie o wielu policzkach…

  21. RomanK said

    Panie Krzysztofie W… Ameryki pan nie odkrywa:-))
    przeciez wiadomo ze Ukraina nigdy nie istniala, jako panstwo….ale zaistniala..i jest Faktem!
    Czy sie panu to podoba- czy nie! Czy sie pan z tym zgadza czy nie!!! Jest ..i bedzie!
    Rus Kijowska jest Wspolna i wspolna Historia…. i Rosji i Ukrainy i czesci Polski i BIalorusi….jest tym samym czym Rzeczypospolita Korony I wielkiego Ksiestwa Litewskiego dla Litwinow Bialorusinow, Ukraincow i Polakow….
    Co do tzw „szlachetnej krwi”….to najwiecej jej dzis plynie w kurduplach:-))))… dzieki swoim szlachetnym przodkom wlasnie nimi sa:-)))_
    Jak pan pamieta to wlasnie Hajdamacy zaczeli sie nazywac Szlachetne urozonymy Kozakamy:-)))
    No wlasnei ktos ta szlachetnosc musi zaczac:-)) w jakim punkcie zycia..najczesciej robia to w okresach tzw tranzycji ustrojowej i przeksztalcen wlasnosciowych… Ostatni przybylo nam np herbowych chalatwych za gruba forse:-)))zakladajcych wlasne towarzystwa szlachetnie urodzionych parchatkoff:-)))

  22. RomanK said

    Panei Krzysztofie M..myli pan policzki z posladkami????
    W przypadku strusi latwo sie pomylic:-))))

  23. Re 10

    Na przekór oczekiwaniom zachodnich planistów, my, Polacy, nie powinniśmy się kierować wyłącznie emocjami. Znając sposób wykorzystania rocznic zbrodni katyńskiej do nastawiania Polaków przeciwko dzisiejszej Rosji i narodowi rosyjskiemu, możemy śmiało się spodziewać, że prozachodni propagandyści nie przepuszczą okazji i cynicznie wykorzystają przypadającą w roku 2013 okrągłą 70. rocznicę rzezi wołyńskiej do utrwalania naszej niechęci do Ukraińców i Ukrainy.

    Kandydaci na antyukraińskich Katonów muszą jednak pamiętać, że:

    1. Polacy mają świadomość, iż we własnym interesie muszą skończyć z polityką wschodnią zaprojektowaną przez Giedroycia. Jej istota daje się streścić następująco: Polska musi współpracować przeciwko Rosji z Ukrainą, Litwą i Białorusią i wspólnie z tymi państwami umacniać swe związki z Zachodem.

    Jest dziś oczywiste, że współpracować ze wschodnimi (i południowymi) sąsiadami, czy nawet zawiązywać z nimi Konfederację Słowiańską powinniśmy po to, by wspólnie występować jako słowiańska strona sojuszu i współpracy z Rosją. Powinniśmy próbować stworzyć (za zgodą Rosji i Niemiec) trzeci człon polityki euroazjatyckiej – porozumienie suwerennych państw Europy środkowo-wschodniej.

    Alternatywą jest bowiem:
    a/ to, co jest (Polska w UE),
    b/ Wielkie Niemcy i Wielka Rosja, nie daj Boże z granicą na Wiśle,
    c/ federacja proamerykańska od Bałtyku do Morza Czarnego (minister Sikorski już zapowiedział powitanie stałych wojsk amerykańskich w Polsce „chlebem i solą”).

    Nie są to rozwiązania dobre dla Polski i polskości, dlatego należy zrealizować testament polityczny Dmowskiego i nawiązać współpracę ze światem słowiańskim, a przede wszystkim z Rosją. To zaś nie wymaga bynajmniej dzielenia i rozszarpywania Ukrainy, lecz zwycięstwa tendencji prosłowiańskich w Polsce i na Ukrainie.

    2. Przywoływany tutaj wielokrotnie w charakterze autorytetu, red. Jan Engelgard pisał w „Polityce Narodowej” nr 11/2011:

    „Dmowski dokonał wręcz rewolucyjnej zmiany w polskim myśleniu o Rosji, uznając na początku XX wieku, że musimy na nią patrzeć „normalnie” a nie emocjonalnie. Nie można bowiem prowadzić polityki narodowej, polityki wielkiego narodu, jakim jest naród polski – kierując się wyłącznie sentymentami, fobiami, poczuciem krzywdy i martyrologizmem. (…)

    (W 1917) zamiast „normalnej” Rosji powstała Rosja bolszewicka. Mimo to Dmowski i wtedy był zdecydowany, żeby to nowe państwo traktować w sensie geopolitycznym jako „państwo rosyjskie”. Ba, już pod koniec życia jasno stwierdzał, że ułożenie przyszłych stosunków Polski z Rosją będzie „najważniejszym zadaniem polityki polskiej”. I to właśnie wydaje mi się najbardziej znaczące w jego myśli wobec Rosji – to jest dla mnie owo „prawdziwe dziedzictwo” Narodowej Demokracji.
    (…)
    (Po 1989) W imię martwej od ponad dwóch wieków idei jagiellońskiej zafundowano nam jej karykaturę, co musiało zakończyć się tak, jak się zakończyło. Na Litwie Polacy są powszechnie uznawani za wroga nr 1, na Ukrainie Zachodniej dominują siły wprost odwołujące się do tradycji banderowskiej, skrajnie antypolskiej, na Białorusi rozbiliśmy polską społeczność w imię „walki o demokrację”. Poszukiwania sojuszników w walce o zepchnięcie Rosji w granice Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, połączone z jakimś nieprawdopodobnymi resentymentami i marzeniami o nowej Wielkiej Rzeczypospolitej, która odzyska straconą bezpowrotnie w wieku XVII pozycję na Wschodzie – zakończyły się nie tylko groteskowymi posunięciami w stylu wyprawa prezydenta RP do Tbilisi, ale zakończyły się też symbolicznie tragedią na lotnisku pod Smoleńskiem. Polityka nie oparta na realiach, motywowana obsesyjną rusofobią i megalomanią – musiała się tak skończyć. W pewnym momencie w Europie zaczęto nas postrzegać jako zagrożenie dla stabilności i pokoju. Dodatkowo te szaleństwa polityki wschodniej nie były, tak jak np. w przypadku Piłsudskiego, rezultatem rodzimych tylko koncepcji, lecz realizowane były przy czynnym wsparciu i inspiracji Wielkiego Brata zza Oceanu, a mówiąc precyzyjniej tzw. neokonserwatystów amerykańskich, których koncepcje są wyjątkowo dla Polski niebezpieczne. (…)

    Obecnie, po upadku rządu PiS i śmierci Lecha Kaczyńskiego – odnotowujemy korektę polityki polskiej. Jest to korekta – jestem o tym przekonany – raczej słuszna. Minister Radosław Sikorski określił ją nawet powrotem do „koncepcji piastowskiej”, dając do zrozumienia, że bliższa jest mu tradycja endecka a nie jagiellońska. (…)Polityka rządu Donalda Tuska jest na pewno bardziej „europejska” niż „amerykańska”, nie jest jednak – jak to określają jego przeciwnicy – „prorosyjska”. Ona jest raczej dostosowaniem się do polityki Niemiec i Francji, a nie jest rezultatem suwerennej decyzji naszego państwa, które uznało, że dotychczasowa polityka była szkodliwa. Ośrodek polityczny Donalda Tuska jest uformowany na tych samych „naukach” i ideach, co obóz Jarosława Kaczyńskiego. Jest jednak bardziej ‘oportunistyczny” i w tym sensie „realistyczny”. To nie jest natomiast polityka nawiązująca do tradycji Narodowej Demokracji. (…)

    Co jest dla nas obecnie priorytetem? Na pewno nie budowanie zamków na piasku, czyli jakiegoś nowego mocarstwa, jesteśmy na to za słabi. To byłaby niepotrzebna utrata energii. Ekonomia jest dzisiaj najważniejsza. A kto jest obecnie naszym największym partnerem gospodarczym? Niemcy i Rosja. Polska od wieków leży między tymi państwami i będzie leżeć. To one są dla nas najważniejsze, a nie Ukraina, Gruzja czy Litwa. Wymiana gospodarcza z USA jest na tle tych obu państw śladowa. To mówi wiele. Jestem zdania, że Polska musi znaleźć swoje miejsce w trójkącie: Paryż-Berlin-Moskwa. To z tym państwami powinniśmy uzgadniać najważniejsze posunięcia. Np. na Wschodzie to Rosja musi być naszym głównym partnerem, a nie – tak jak dotychczas – głównym wrogiem czy przeciwnikiem. Musimy dążyć do tego, żeby Rosja zaczęła nas traktować jako partnera a nie chłopca na posyłki neokonserwatywnej frakcji w USA. Takie sygnały z Rosji płynęły – macie swoje interesy na dawnych obszarach Rzeczypospolitej, rozumiemy to, możemy je uwzględniać, ale na zasadzie wzajemności, tzn., że Polska uzna, że i Rosja ma tych terenach swoje interesy. To byłby prawdziwy przełom, Polska jako samodzielny podmiot w polityce wschodniej. Polityka nie przeciw Rosji, ale w dialogu z Rosją.”

    Zob.: Musimy skoczyć z megalomanią w polityce wschodniej
    http://www.konserwatyzm.pl/artykul/1556/jan-engelgard-dla-polityki-narodowej-musimy-skoczyc-z-megalo

    3. Wynika stąd wniosek, że nie można widzieć wroga w dzisiejszej Ukrainie i w dzisiejszym narodzie ukraińskim, skoro – jak twierdził Dmowski – naszym wrogiem nie był niegdyś nawet popchnięty do walki z nami naród bolszewickiej Rosji.

    Również sami zwolennicy wymuszenia ukraińskiej ekspiacji i zadośćuczynienia przyznają, że „sprawa pojednania narodów Polski i Ukrainy nie istnieje, gdyż między (naszymi) narodami nie było i nie ma sporu, nigdy nie utożsamialiśmy OUN-UPA z Narodem Ukraińskim.” (M. Śladewska, Zawiedzione nadzieje „pojednania”, „Myśl Polska” nr 9-10/2012).

    Wydaje się to podejściem rozsądnym, tym bardziej, że dzisiejszy naród ukraiński też miał niewiele do powiedzenia po upadku Związku Radzieckiego, padając ofiarą pieriestrojki i sorosowej pomarańczowej rewolucji. Natomiast władze niepodległej Ukrainy w osobie prezydenta Krawczuka zaproponowały podczas rewizyty Wałęsy na Ukrainie w dniach 24-26.05.1993 r. powołanie struktury współpracy państw postkomunistycznych Europy Środkowo-Wschodniej oraz Austrii, przypominającej zgłoszoną rok wcześniej przez Wałęsę propozycję NATO-bis. Polska odrzuciła plan Krawczuka, który mógł przynieść normalizację wzajemnych stosunków i załatwienie kwestii historycznych, a potem podjęła integrację z Zachodem i wdrażanie antyrosyjskiej, proamerykańskiej „polityki wschodniej”, której fiasko tak podsumował prof. Wielomski:

    „Polityka międzynarodowa Prawa i Sprawiedliwości kompletnie zbankrutowała. Nie ma sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi; nie ma sojuszu z Ukrainą; nie mamy poważania nawet na Litwie. Międzymorze w roku 2010 jest taką samą mrzonką, jaką była idea federacyjna Józefa Piłsudskiego w roku 1920 i jak powstańcza idea restytucji przedrozbiorowych granic polskich w roku 1863. Dlaczego idea ta zbankrutowała? Dlatego, że prawa geopolityki są niezmienne, gdyż Polska leży dziś tak samo pomiędzy Niemcami i Rosją jak leżała w roku 1863 czy 1920. Realistyczne sojusze Polska może zawierać tylko z tymi dwoma mocarstwami, szukając w jednym z nich ochrony przed drugim. Nasza sytuacja jest – w stosunku do stanu w jakim byliśmy przez ostatnie 200 lat – i tak fantastyczna. Oto możemy dziś sami wybrać pomiędzy sojuszem z Rosją, a sojuszem z Niemcami. Dawno nie mieliśmy takiej możliwości!”

    Zob.: Koniec tragicznego lotu i tragicznej polityki
    http://www.bibula.com/?p=21213

    4. Kluczem do naprawienia stosunków polsko-ukraińskich jest zatem porozumienie i przyjazna współpraca zarówno Polski, jak i Ukrainy z Rosją. Pozostawanie Polski lub Ukrainy w orbicie antyrosyjskiej „polityki wschodniej” Zachodu, to kontynuacja nieporozumień pomiędzy naszymi narodami, natomiast tworzenie przez Polskę i Ukrainę wspólnego antyrosyjskiego sojuszu nie ma w dzisiejszej rzeczywistości żadnego sensu.

  24. Krótko.

    Facet, który piłuje kobiety piłą, a dzieci… itd. nie jest Europejczykiem. To jest dziki Azjata, to jest barbarzyńca. I każdy, kto szanuje tego barbarzyńcę, także jest barbarzyńcą.

    Jeśli siadam do stołu rokowań, to chcę wiedzieć, kto siedzi po drugiej stronie: barbarzyńca? czy ktoś cywilizowany? Z człowiekiem cywilizowanym można nawiązywać kontakty gospodarcze i kulturalne. Z barbarzyńcą wyłącznie gospodarcze.

    Nie ma mieszanek cywilizacyjnych. (To znaczy są. Ale prędko giną.)

  25. Piotrx said

    Re 9:

    No cóż cos bardzo krotka pamięc – bo atak to zacząl na moją osobę pierwszy ruski.blog i to w kilku wątkach na raz tym samym wpisem:

    cytuję „No cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że “trumny i nagrobki” w rękach p. Piotrax stanowią tylko osobliwe, lecz niegroźne hobby, a nie “amunicję polityczną” przeciwko dzisiejszym Ukraińcom i ukraińskiemu czy rosyjskiemu prawosławiu.”

    a okreslenie „ruski” wobec bloga wynika tylko i wylacznie ze skrajnie tendencyjnego przedstawiania przez niego wielu spraw w Gajówce, wlasnie w duchu „ruskim” , czego przyklad mamy też wyżej.

    „Myślę, że to p. Piotrx (nie nazwę go tu w rewanżu „ruskim Piotremx”) daje w swojej wypowiedzi popis nie tylko manipulacji, ale i najzwyklejszej arogancji. ”

    A nazywaj sobie Pan jak chcesz mało mnie to interesuje. Proszę gdzie konkretne przykłady manipulacji i arogancji? Znana metoda zarzucania drugiemu to co sam uprawia w Gajówce.

    „Papier jest cierpliwy – powiadają – i przyjmie wszystko, ale to nie znaczy, że p. Piotrx cokolwiek udowodnił swoim brutalnym atakiem ad personam, oprócz własnej niezdolności do uczciwego prowadzenia dyskusji.”

    Znowu dużo bełkotu, a żadnych konkretów i to wszystko mozna odniesc także do pisaniny „ruskiego.bloga”

    „Przede wszystkim fakt, że p. Piotrowix nie podoba się atakowany i obrażany przez niego dyskutant, nie świadczy bynajmniej, że ten dyskutant nie ma racji. Podobnie jest z prof. Wielomskim, albowiem to, że p. Piotrx nie uważa go za autorytet – nie przesądza w najmniejszym stopniu o tym, czy stanowisko Wielomskiego jest, czy nie jest słuszne. ”

    Sam obraża i zarzuca to innym. I znowu to samo – manipulacja. Nie napisałem ze nie podoba mi sie dyskutant ale nie podoba mi się to co wypisuje

    ponadto nie napisałem nigdzie ,że nie podoba mi się prof Wielomski ani ze nie uwazam go za autorytet w ogóle tylko cytuję :

    „Dla mnie autorytetem w sprawach zbrodni i metod stosowanych przez OUN-UPA jest np. śp. prawosławny Ukrainiec dr Wiktor Poliszczuk. śp. prof. E.Prus czy p. Siemaszko a nie prof. Wielomski czy inni podobni „specjaliści” którzy akurat o tym temacie mają niewielkie pojecie.”

    A więc prof Wielomski nie jest autorytetem w tych konkretnych sprawach, bo tych spraw naukowo nie badał i ich dogłębnie nie zna. Przynajmniej ja nie znam jego dorobku naukowego w tym temacie – jesli napisał jakies prace temu poswiecone prosze podać tytuły.

    „Pozostawiając więc na boku p. Piotrax i jego niezdrową skłonność do aroganckich ataków ad personam, zastanówmy się dlaczego powinniśmy dziś pilnować, by – jak pisze Wielomski – stereotypy historyczne i niechęć do “obcych” (w tym także do Ukraińców i duchownych prawosławnych) nie przemieniły się w „złowieszczą nienawiść zachęcającą do nowych rzezi”.

    Znowu bełkot, brak odniesienia do konkretów i te wieczne „stereotypy” oraz „niechęć do obcych” jakbym czytał GW. Ci „obcy” juz dawno wlezli nam na głowy. A jedną z przyczyn jest brak uswiadomienia zagrozen wsród Polaków.

    ********************************************

    Mnie nie interesują „stereotypy” ale interesuje mnie prawda i polski interes narodowy a nie umizgi do naszych wrogów . Niestety u wielu dzisiejszych Ukraińców i władz lokalnych tzw Zachodniej Ukrainy nie widać zadnej skruchy czy odciecia się od zbrodniczych ideologii , dalej hołubią riznuństwo OUN-UPA , czy hajdamaków, I dotyczy to także dużej czesci duchowieństwa grekokatolickiego.

    Mało tego ciągle zarzucają wszystkie winy tylko i wyłącznie stronie polskiej a nie dostrzegają wcale swoich – np „operacja Wisła” widziana tylko jako krzywda a nie wyjasniają jej przyczyn. Swój punkt widzenie narzucają Polakom, przy wtórze polskojezycznych mediów, a kolejne „polskojęzyczne rządy” milczą w tej sprawie i robią ciągle umizgi do postbanderowców. Wystarczy poczytac sobie sponsorowane przez polskiego podatnika ukraińskie „Nasze Słowo”.

    A bazuje czesto na niewiedzy historycznej Polaków stąd chocby przypominanie takich wydarzen jak „ruchy hajdamackie”.

    Mało tego zakłamują historię, zacierają slady polskości i ukrainizują niemal wszystko na dzisiejszej Ukrainie. Bądąc we Lwowie miałem okazje sie o tym naocznie przekonać.

    Mało tego wchodzą do władz lokalnych, sejmu, senatu, archiwów, IPN, uczelni (np KUL w Lublinie) w Polsce i dzialają w nacjonalistycznym duchu ukraińskim. Np dzialalnosc posła PIS, potem PJN, Pawla.K., usunięcie pomnika ofiar OUN-UPA w Przemyślu – wiceprezydent Dariusz I., wicewojewoda podkarpacki Malgorzata Ch.
    czy zabiegi posła PiS Marka.K. (wczesniej protegowany Unii Wolności) przy pochówku członków OUN-UPA z Birczy na ukraińskim cmentarzu wojskowym w Pikulicach pod Przemyślem. Wczesniej jako wicewojewoda podkarpacki odmówił udziałowi przedstawicieli WP podczas uroczystości w Birczy – upamietnienie jej obrony przez zołnierzy polskich przed atakami OUN-UPA.

    Mało tego dzisiejsze ukraińskie srodowiska nacjonalistyczne nadal stoją na stanowisku że obecna Polska (a także Białoruś, Rosja, Słowacja, Ruminia) jest nadal „okupantem części ziem etnicznie ukraińskich” i że o te ziemie oni się w odpowiednim momencie jeszcze upomną.

    http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/problem.html

    Nie widzę więc powodu by milczeć w tych sprawach i udawać że nic się nie dzieje.

    Zainteresowanych poszerzeniem wiedzy w tym temacie odsyłam np. do bardzo wielu rzetelnych prac prawosławnego Ukraińca śp. Wiktora Poliszczuka np.

    Dowody zbrodni OUN i UPA
    http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_37.html

    O wszystkich tych zagrożeniach dla państwa polskiego byli wielokrotnie informowani przez różne organizacje kresowe i kombatanckie, jak też przedstawicieli polskich środowisk patriotycznych i przez samego Wiktora Poliszczuka zarówno prezydenci i premierzy Polski jak również przedstawiciele parlamentu. Niestety wszystko to pozostało praktycznie beż żadnego odzewu.

    http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/osad/listy.html

    To dziwne milczenie krajowych „elit” wynika chyba z faktu, że niektóre cele nacjonalizmu ukraińskiego, jak choćby osłabianie i rozbicie państwa i narodu polskiego, są całkowicie zbieżne z dążeniami innych wrogów Polski. O tym, że cele te były i są konsekwentnie realizowane w Polsce może świadczyć Uchwała Krajowego Prowidu OUN z 22 czerwca 1990 r. /niżej/

    FRAGMENTY UCHWAŁY KRAJOWEGO PROWIDU ORGANIZACJI UKRAIŃSKICH NACJONALISTÓW (OUN) podjętej 22.VI.1990.

    http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/osad/uchwala.html

  26. Piotrx said

    Wiktor Poliszczuk, Ph.D.

    Brampton, 9 grudnia 1996 r.

    Pan Prezydent RP

    Aleksander Kwaśniewski

    Warszawa

    Jako obywatel RP, jako Ukrainiec i wieloletni badacz nacjonalizmu ukraińskiego, zwracam uwagę Pana Prezydenta na następującą sprawę:

    W maju i czerwcu 1996 roku przebywałem w Polsce, usiłując między innymi uzyskać audiencję u Pana Prezydenta, aby wyłożyć Mu mój punkt widzenia na faszystowską istotę nacjonalizmu ukraińskiego, którego celem strategicznym jest zbudowanie nacjonalistycznego państwa ukraińskiego, obejmującego, między innymi, południowo-wschodnie obszary RP. Od tego zamiaru nacjonalizm ukraiński nigdy nie odstąpił. Obecnie nastąpiły zaszłości, które nie mogą być obojętne ani dla Pana, jako Prezydenta RP, ani dla narodu polskiego i ukraińskiego, ani dla mnie, dla którego dążenie do poszerzenia granic Ukrainy oznacza nową wojnę. Proszę zwrócić uwagę na następujące fakty:

    l. Z oświadczenia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji melnykowskiej wynika, że nadal, na stan z listopada 1996 roku, stoi ona na stanowisku odebrania od sąsiadów Ukrainy terytoriów, wchodzących w skład, między innymi, Polski (informacja w załączeniu). Ta frakcja OUN wyrosła z pierwotnej, powstałej w 1929 roku OUN, która wzięła na swe ideologiczne uzbrojenie faszystowską doktrynę Dmytra Doncowa, która już wówczas określiła cel strategiczny nacjonalizmu ukraińskiego -zbudowanie nacjonalistycznego państwa ukraińskiego na wszystkich, arbitralnie przez ten ruch określonych, ukraińskich terytoriach etnograficznych, a więc też na obszarze Podlasia, Chełmszczyzny, Zamojszczyzny, Nadsania i Łemkowszczyzny. Po rozłamie w OUN ta frakcja była organizatorem finansowanego przez Abwehrę Ukraińskiego Centralnego Komitetu, była organizatorem dywizji SS-Galizien, do końca wojny stała ona boku Niemiec hitlerowskich. Do dnia dzisiejszego ta frakcja OUN nie odseparowała się od faszystowskiej ideologii, nie odeszła o swego celu strategicznego, sformułowanego w uchwałach] programowych.

    2. Przewodniczącego tej frakcji OUN w dniu 29 listopada 1996 r. Prezydent Ukrainy Leonid Kuczma udekorował orderem “Za zasługi”.

    3. Światowy Kongres Ukraińców z siedzibą w Toronto zorganizowany i całkowicie opanowany przez frakcje OUN, z którym oficjalne władze Ukrainy utrzymują stałe kontakty, wydał apel, w pierwszym zdaniu którego sformułowane jest twierdzenie iż Polska jest okupantem ziem ukraińskich. Sekretarza generalnego ŚKU, Jarosława Sokołyka, przyjmują ministrowie, posłowie na Sejm, senatorowie RP, prowadzą z nim rozmowy na temat żądań SKU w zakresie odszkodowania dla wysiedlonych w ramach operacji “Wisła” Ukraińców, przeproszenia ich itd.

    Przedstawiając powyższe Panu Prezydentowi spełniam obowiązek obywatela RP, Ukraińca oraz humanisty. Jako badać problemu nacjonalizmu ukraińskiego będę wdzięczny za potwierdzenie przez Kancelarię Pana Prezydenta otrzymania tego pisma, za reakcję na nie w odpowiednim kierunku – utrzymywaniu przyjaznych stosunków z Ukrainą z wyeliminowaniem z nich wpływów ukraińskich struktur nacjonalistycznych.

    Kopie nin. pisma przesyłam zainteresowanym: Min. Sprał Zagr., oraz Sejmowej Komisji Spraw Zagr.

    Pozostaję z szacunkiem

    Wiktor Poliszczuk

    LIST 2.

    list do prezydenta RP z 22.04.1997, na który również nie było odpowiedzi.

    /W.Poliszczuk -”Zginęli z rąk ukraińskich ?” – Toronto 1997. str. 113-115/

    Wiktor Poliszczuk, Ph.D.

    120Timberlane Dr.

    Brampton, Ont.

    L6Y 4V7

    Tel: 905-453-2987

    Brampton, 24.04.1997

    Pilne! Urgent! Pilne! Urgent!

    Pan Prezydent RP

    Aleksander Kwaśniewski

    Warszawa

    Szanowny Panie Prezydencie,

    Mimo, iż nie otrzymałem od Pana Prezydenta odpowiedzi na poprzednie moje pisma, niniejszym pragnę przestrzec Pana przed popełnieniem poważnej politycznej pomyłki. Z uzyskanych ze środków masowego przekazu informacji wynika, iż ma Pan zamiar podpisać z Prezydentem Leonidem Krawczukiem deklarację, w której potępiona byłaby również tzw. Akcja “Wisła”. Załączam przeto swoje opracowanie pt. Akcja “Wisła” – próba oceny, w którym przytaczam twierdzenie ukraińskiego nacjonalistycznego historyka i zarazem wysokiej rangi członka OUN frakcji Bandery, jak też “komandyra” UPA, Lewa Szankowśkiego, iż bez przesiedlenia ludności ukraińskiej z południowo-wschodnich terenów Polski w latach 1945-1947 nie byłoby możliwe pokonanie UPA. Takie kroki (przesiedlenia) podjąłby każdy, nie tylko komunistyczny, rząd państwa, będącego podmiotem prawa międzynarodowego.

    Między innymi na tej podstawie przeprowadzam wywód, iż zarządzenie akcji “Wisła” nie stanowiło odpowiedzialności zbiorowej wobec ludności ukraińskiej, akcja “Wisła” stanowiła działanie wywołane stanem wyższej konieczności, którego przyczyną były akcje OUN-UPA, mające na celu oderwanie (po wybuchu III wojny światowej, na którą te struktury czekały) od Polski jej południowo-wschodnich terenów.

    Akcja “Wisła” przeprowadzona została na terenie Państwa Polskiego w stosunku do jego obywateli, stąd też akcja “Wisła” stanowi stricte wewnętrzną sprawę Polski i jako taka nie może być przedmiotem deklaracji Prezydentów sąsiadujących ze sobą państw.

    Natomiast działania OUN-UPA, w wyniku których zamordowano około 100.000 polskiej ludności cywilnej, przeprowadzone były na terytorium pozostającym w status quo ante bellum Państwa Polskiego oraz przeciwko obywatelom polskim. Wobec tego, że tej ludobójczej akcji dopuściły się siły mieniące się siłami ukraińskimi, ludobójstwo OUN-UPA winno być wyraźnie potępione w mającej być podpisanej deklaracji.

    Jestem Ukraińcem i obywatelem RP, nie jestem komunistą ani nacjonalistą. Pragnę szczerego pojednania narodów polskiego i ukraińskiego. Jako wieloletni badacz nacjonalizmu ukraińskiego, właśnie w nim upatruję główną przyczynę konfliktów polsko-ukraińskich od wczesnych lat 1920-ch do dnia dzisiejszego, co udowadniam w szeregu moich prac naukowych i publicystycznych. Moje badania prowadzą do wniosku, że Ukraińcy w Polsce w swej masie nie pragną powrotu na ziemie, z których zostali przesiedleni, burzę wokół tego powrotu wywołują jedynie koła Ukraińców w Polsce, będące eksponentami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

    Wobec tego, że akcja “Wisła” stanowiła działanie w stanie wyższej konieczności, a więc dobro mniejszej wartości (naruszenie wolności osobistej ludności ukraińskiej w Polsce) zostało poświęcone celem ratowania dobra większej wartości (zachowanie całości terytorialnej Państwa Polskiego) – wobec Ukraińców w Polsce ze strony Państwa Polskiego należy wyrazić ubolewanie z powodu akcji, których przyczyną byty działania OUN-UPA.

    Pismo niniejsze jest wyrazem troski o zachowanie spokoju i pokoju w Polsce, na Ukrainie i w Europie, troski o usunięcie przeszkód, stojących na drodze rzetelnego pojednania polsko-ukraińskiego. Jedyną przeszkodą na tej drodze są działania ukraińskich struktur nacjonalistycznych, które nie są wyrazicielami większości Ukraińców w Polsce, ani też na Ukrainie.

    Pozostaję w nadziei, iż mój głos, głos prawosławnego

    Ukraińca, nie pozostanie głosem wołającego na puszczy.

    Z wyrazami szacunku

    Wiktor Poliszczuk

    Jak informuje dalej autor listu:

    “Na oba te listy pręzydent A. Kwaśniewski nie odpowiedział, ale za to w jego imieniu min. Siwiec udzielił odpowiedzi najważniejszemu banderowcowi w Stanach Zjednoczonych, Askoldowi Łozynśkiemu, na jego list do prezydenta w sprawie potępienia akcji “Wisła”. W imieniu prezydenta oświadczył on, że Prezydent solidaryzuje się z uchwałą Senatu RP z 1990 roku, potępiającą akcję “Wisła”. To już nie są imponderabilia, to są rzeczy namacalne, realne, taka jest polityka rządu RP

  27. JO said

    ad.19. Pan Gajowy nie sugeruje godzenia sie metoda „oko za oko” a o to By Na Ukrainie Ludzie osadzili tych co kontynuuja Upowska Ideologie.

    Godzic sie mozna tylko Na Prawdzie
    Godzic sie mozana tylko po Rachunku Sumienia, Odkupieniu Krzywd

    Ukraina Musi Pasc Na kolana i Blagac o Wybaczenie, Zadoscuczynic – powrocic do polskosci z „ery” Ukrainizmu-tamudyzmu – Wowczas Bedzie Zgoda

    ———————-

    inne myslenie o zgodzie jest nonsensem, bo bedzie zawsze prowadzic do Depopulacji Polakow i Eliminacji Polskosci na rzecz Ukrainizmu-talmudyzmu i Talmudzistow…

  28. Re 25

    Poliszczuk kierował swe listy do prezydenta A. Kwaśniewskiego – sojusznika Stanów Zjednoczonych AP:

    „26 lutego 1999 Aleksander Kwaśniewski ratyfikował akcesję Polski do Paktu Północnoatlantyckiego (NATO) w trakcie wspólnej ceremonii z prezydentem Czech Václavem Havlem. 17 marca 2003 na wniosek premiera Leszka Millera wydał postanowienie o użyciu Polskiego Kontyngentu Wojskowego w sile do 200 żołnierzy w składzie sił koalicji międzynarodowej (…) Na mocy postanowienia Prezydenta RP wydanego na wniosek premiera od 3 września 2003 na terenie Iraku stacjonował Polski Kontyngent Wojskowy w sile od 1000 do 2000 żołnierzy. Jego misja została zakończona 30 października 2008 z inicjatywy premiera Donalda Tuska.” (Wikipedia).

    A co sojusznik Stanów Zjednoczonych miał odpowiedzieć Poliszczukowi, skoro Stany Zjednoczone robiły tak:

    „Stany Zjednoczone i kat Polaków Mykoła Łebed
    (…)
    Upowska propaganda za pieniądze USA

    Poczynając od 1953 roku w ramach operacji AERODYNAMIC zaczęto działać poprzez ukraińską grupę studencką pod przywództwem Łebeda, funkcjonującą w Nowym Jorku pod auspicjami CIA, która zgromadziła ukraińską literaturę i historię oraz zajęła się produkcją ukraińskich gazet nacjonalistycznych, biuletynów, programów radiowych i książek przeznaczonych do dystrybucji na Ukrainie. W 1956 roku grupie tej nadano formalnie osobowość prawną jako stowarzyszeniu non-profit pod nazwą Prolog Research and Publishing Association. To pozwoliło CIA na gromadzenie jej funduszy, jako pochodzących z pozornych darowizn prywatnych, nie podlegających opodatkowaniu. Aby uniknąć wścibskich oczu urzędników stanu Nowy Jork, CIA przekształcił Prolog w przedsiębiorstwo nastawione na zysk pod nazwą Prolog Research Corporation, które pozornie działało na podstawie umów z osobami prywatnymi. Prolog, pod kierunkiem Hryniocha, prowadził biuro w Monachium nazwane Ukrainische Gesellschaft für Auslandsstudien, EV. Większość publikacji była przygotowywana właśnie tam. Grupa Hryniocha-Łebeda ciągle istniała, ale cała jej działalność odbywała się za pośrednictwem Prologu.

    Prolog werbował i płacił ukraińskim pisarzom emigracyjnym, którzy generalnie byli nieświadomi, że uczestniczą w przedsięwzięciu kontrolowanym przez CIA. Tylko sześciu czołowych członków ZP/UHWR było świadomymi agentami. Poczynając od 1955 roku nad Ukrainą rozrzucano drogą powietrzną ulotki, a w Atenach rozpoczęło emisję swych audycji radio Nova Ukraina przeznaczone dla odbiorców na Ukrainie. Te działania zapoczątkowały również systematyczne akcje wysyłkowe na Ukrainę poprzez ukraińskie kontakty w Polsce i emigracyjne w Argentynie, Australii, Kanadzie, Hiszpanii, Szwecji i gdzie indziej. Gazeta „Suczasna Ukraina” (Współczesna Ukraina), biuletyny informacyjne, ukraińskojęzyczny periodyk dla intelektualistów zatytułowany „Suczasnist” (Współczesność) i inne publikacje były wysłane do bibliotek, instytucji kulturalnych, biur administracyjnych i osób prywatnych na Ukrainie. Działalność ta zdopingowała ukraiński nacjonalizm, wzmocniła ukraiński opór, nadto, dawała informacyjną alternatywę w stosunku do sowieckich mediów.

    W samym tylko 1957 roku, ze wsparciem CIA, Prolog przeprowadził transmisję 1.200 programów radiowych, co dawało 70 godzin emisji na miesiąc, i rozprowadził 200.000 gazet i 5.000 broszur. W kolejnych latach Prolog rozprowadzał książki autorstwa nacjonalistycznych ukraińskich pisarzy i poetów. Jeden z analityków CIA stwierdził, że, „w pewnej formie uczucia nacjonalistyczne wciąż egzystują na Ukrainie i … mamy obowiązek wspierać je jako broń zimnej wojny”. Dystrybucja literatury na radzieckiej Ukrainie trwała do końca zimnej wojny.

    Prolog zbierał też dane wywiadowcze, po tym jak radzieckie ograniczenia dotyczące podróżowania zostały nieco złagodzone w późnych latach 50. Skutkowało to możliwością spotkań ukraińskich naukowców i studentów – emigrantów z mieszkańcami Sowieckiej Ukrainy podczas konferencji akademickich, międzynarodowych festiwali młodzieży, przedstawień muzycznych i tanecznych, igrzysk olimpijskich w Rzymie itp., gdzie zdobywali wiedzę o warunkach życia tam, jak również o stosunku Ukraińców do reżimu sowieckiego. Szefowie Prologu i agenci wysłuchiwali później sprawozdań podróżnych po ich powrocie po czym dzielili się informacjami z CIA. W samym tylko 1966 roku personel Prologu miał kontakty z 227 obywatelami radzieckimi. W początkach 1960 roku Prolog zatrudnił wyszkolonego przez CIA ukraińskiego wywiadowcę Anatola Kamińskiego. Stworzył on sieć informatorów w Europie i Stanach Zjednoczonych złożoną z ukraińskich emigrantów i innych Europejczyków podróżujących na Ukrainę, którzy rozmawiali z radzieckimi Ukraińcami w ZSRR albo z radzieckimi Ukraińcami podróżującymi po krajach zachodnich. W 1966 Kamińskij został szefem operacji Prologu, podczas gdy Łebed sprawował nadal ogólne kierownictwo.

    W ten sposób AERODYNAMIC stała się jedną z najskuteczniejszych operacji CIA obejmując swymi wpływami niezadowolonych obywateli radzieckich. W latach sześćdziesiątych szefowie Prologu dostarczali raporty na temat ukraińskiej polityki, ukraińskich poetów dysydentów, osób mających kontakty z KGB, jak również tożsamości oficerów KGB, na temat radzieckich rakiet i samolotów na zachodniej Ukrainie i w wielu innych sprawach. Oficjalne radzieckie ataki na ZP/UHWR[*] jako na banderowców, niemieckich kolaborantów, amerykańskich agentów, itp. były dowodem skuteczności Prologu, tak jak były nimi radzieckie interwencje w sprawie ukraińskich pisarzy i innych dysydentów w połowie i w późnych latach sześćdziesiątych. W tym czasie Prolog objął swym wpływem nowe pokolenie Ukraińców. Od 1969 roku Ukraińcy wyjeżdżający z ZSRR byli instruowani przez dysydentów, aby materiały informacyjne o radzieckich represjach na Ukrainie przekazywać wyłącznie pracownikom ZP/UHWR. Podróżujący na Ukrainę relacjonowali, że widzieli nawet literaturę spod znaku ZP/UHWR w prywatnych domach. Prolog stał się, według słów jednego z wyższych urzędników CIA, jedyną „siłą napędową operacji CIA dotyczących Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i [jej] czterdziestu milionów ukraińskich obywateli”.
    (…)
    Fragment książki Richarda Breitmana i Normana J.W. Goda pt. „Cień Hitlera. Nazistowscy zbrodniarze wojenni, wywiad amerykański i Zimna Wojna”.

    Całość tłumaczył: Adam Śmiech”

    Źródło: https://marucha.wordpress.com/2011/01/30/stany-zjednoczone-i-kat-polakow-mykola-lebed/

    [*] – UHWR, Ukraińska Główna Rada Wyzwoleńcza – organizacja politycznego kierownictwa walką narodowowyzwoleńczą Ukraińców, utworzona w Dystrykcie Galicja w lipcu 1944 r. z inicjatywy kierownictwa OUN-B i UPA.

    * * *

    Jeszcze jakieś pretensje pod adresem Ukrainy i narodu ukraińskiego?

  29. Piotrx said

    Re 28: Typowa ucieczka przed dalszą merytoryczną dyskusją – zabrakło argumentów?

  30. Piotrx said

    Re 28: „Jeszcze jakieś pretensje pod adresem Ukrainy i narodu ukraińskiego?”

    Na kolejną manipulację i kolejne wykręty odpowiedzią niech będzie motto:

    „Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary”

    W Lublinie wydano list otwarty do miast na Ukrainie 14-03-2012, 10:34
    http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=121&pkid=126&nid=5848

    Tekst Piotra Szelągowskiego.

    Większość radnych Lublina podpisało list w którym domagają się jasnego stanowiska rad miejskich miast ukraińskich w sprawie Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Polakach Przewodniczący Rady Miasta, Piotr Kowalczyk, szef zarządu miejskiego PiS w Lublinie nie podpisał listu.

    Lubelski PIS pokazuje swoje prawdziwe oblicze

    Do władz Lublina wystosowano list otwarty wzywający Lwów, Łuck i Stanisławów do potępienia zbrodni ludobójstwa dokonanego przez OUN/UPA, wśród osób, które nie złożyły swojego podpisu projektem – jest przewodniczący Rady Miasta, Piotr Kowalczyk, szef zarządu miejskiego PiS w Lublinie.

    Treść projektu skierowanego na marcową sesję Rady Miasta.

    „W trosce o pamięć historyczną i wzajemną współpracę między naszymi narodami – Rada Miasta Lublin zwraca się z apelem do samorządów miast partnerskich Lublina: Łucka, Lwowa i Iwano-Frankowska o potępienie zbrodni ludobójstwa dokonanych w latach 1943-1944 przez oddziały OUN-UPA oraz SS Galizien na ludności narodowości polskiej a także ukraińskiej, żydowskiej, ormiańskiej i czeskiej.

    Wzajemne partnerstwo, współpraca i przyjaźń, na które od wielu lat pracujemy, nie mogą opierać się na braku jednoznacznego, krytycznego stanowiska wobec zbrodni i bestialstwa popełnionych na bezbronnej ludności cywilnej. Szacunek wobec naszej wspólnej, niekiedy bardzo trudnej, historii jak również hołd oddany naszym pomordowanym rodakom, to jeden z fundamentów dalszych owocnych relacji między naszymi miastami i narodami. Wszelka forma gloryfikowania twórców zbrodni, jaką była rzeź niewinnej ludności Wołynia i sprzyjanie kultywowania tych wydarzeń – bezwzględnie muszą zostać potępione przez naszych ukraińskich partnerów.

    Biorąc pod uwagę powyższe, Rada Miasta Lublin, przyjmując za priorytetowy cel budowanie dalszej wzajemnej współpracy i szacunku między Lublinem a naszymi wschodnimi miastami partnerskimi, apeluje o zajęcie jednoznacznego stanowiska potępiającego zbrodnie ludobójstwa wołyńskiego, tudzież jej wszystkich sprawców” …

    Wypowiedź Kaczyńskiego, który był obecny w Lublinie na temat Ludobójstwa:

    „Każda sprawa ma swój „tajming” – (błysnął neologizmem prezes PiS) – Kiedy ja byłem premierem, a mój brat prezydentem to nie był dobry czas, żeby zwracać Ukraińcom uwagę, bo oni myśleli jak trafić na Zachód. Ale ponieważ teraz przeważa u nich opcja wschodnia, to już można mówić o ludobójstwie! – stwierdził lider Prawa i Sprawiedliwości.”

    I to jest właśnie to, co dyskwalifikuje Prezesa Kaczyńskiego jako przedstawiciela wszystkich patriotycznych ugrupowań w Polsce.

    Jeżeli ma on „taiming” na Ludobójstwo, to ma też i na inne ważne problemy i tematy. A więc wybiórczo realizuje politykę, która dla wielu Polaków jest sednem. Jest „taiming” na Kresy, i na inne cele.

    My jednak nabrać się nie damy. Co oczywiście nie znaczy, że kochamy Tuska. Wiemy na co go stać i wiemy też że w naszej walce o Prawdę on również nie jest naszym żadnym przyjacielem na równi z Kaczyńskim. Warto to w końcu zrozumieć.

    Nie jest tak, że nie dysponujemy wyjściem. Za wszelką cenę przed wyborami udowadniano wszystkim, że nie mamy tego wyjścia i musimy koniecznie iść głosować na PIS. Wręcz to usłyszałam: „Macie inne wyjście?”

    Nie chodzi tutaj o dzielenie sił. Chodzi o zdrową i prawdziwą reprezentację wszystkich Polaków myślących kategoriami Prawdy i Sprawiedliwości. Prawo nie bywa równoznaczne z Prawdą.

    Pamiętajmy o tym. Błędy popełnione przez Kaczyńskiego w tym temacie; spot z Juszczenką w tle i inne „potknięcia” będą zapamiętane.

    Nawrócenie jest możliwe: warunek zupełnie inna polityka wschodnia, nie proamerykańska. Zdecydowane działania zmuszające do wyplenienia nacjonalizmu i faszyzmu. Równe traktowanie zbrodni katyńskiej i zbrodni Ludobójstwa na Kresach dokonanej przez OUN-UPA.

    Ale już na pewno nie realizowane przez Kaczyńskiego i jego ekipę. Im już nie uwierzymy. Wybiórczy patriotyzm (tylko Katyń jest ważny, bo tam zginęła elita (a może należałoby czytać: mój brat), nie jest żadnym patriotyzmem.

    To co się stało pod Smoleńskiem jest olbrzymią tragedią, nie można jednak patrzeć tylko przez jej pryzmat. Rozumiem nawet punkt widzenia prezesa Kaczyńskiego, ma możliwości działania takie, że może sobie pozwolić kłaść nacisk na to wydarzenie. Ale przez to traci się szersze pole widzenia… i krzywdzi inne grupy. Patriotów, a czasem nawet zwykłych Polaków którzy umieją patrzeć i myśleć.

    A takie widzenie spraw wschodnich było jeszcze udziałem również i jego brata. Brak obecności na Skwerze Wołyńskim w rocznicę 11 lipca. Mam zaproszenie do dziś w szufladzie. Zaproszenie z kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego nie było tam gdzie mnie zapraszał. A więc nie można mówić o braku celowości działań. Tym bardziej, że było wiele rozmów i impulsów ze strony kresowian, które próbowały to zmienić.

    Wiem o nich.

    Odnośnie Smoleńska:

    Ponadto nie wierzę, aby udało się dowiedzieć prawdy w najbliższym 50-leciu…. Możemy próbować. I powinniśmy. Czy jednak tylko to jest ważne? Może zastanówmy się nad skalą działań.

    Nie możemy się tylko na tym koncentrować. Ludzie tracą pracę i głodują w tym kraju. Chce się wprowadzić porozumienie, które ogranicza swobody demokratyczne; ACTA, i wiele jeszcze innych problemów…

    Ukraina chce pomocy.

    Pomocy oczekują od nas w działaniu przeciw nacjonalistom przede wszystkim sami Ukraińcy, którzy nie mogą dać sobie rady ze wzrastającymi szowinizmami, nacjonalizmem reprezentowanym przez Partię „Swoboda” i tych, którzy ją zawsze wspierali: Juszczenkę, Timoszenko… Stawanie po ich stronie jest krótko mówiąc niewłaściwe.

    A przede wszystkim źle wygląda. W gronach ludzi PIS-u słyszałem w rozmowach kuluarowych wypowiedzi: „tak wiemy kim jest Timoszenko, po czyjej stronie stoi, co mówiła na temat Polski i Polaków, ale przecież ona reprezentuje wrogów Rosji. To się liczy, to jest najważniejsze.”

    Krótkowzroczność?

    Czy Wróg twojego wroga jest twoim przyjacielem?

    W tym przypadku na pewno nie. Nie stać nas na złych przyjaciół. Złych bo nie będących prawdziwymi przyjaciółmi. Będących zagrożeniem dla naszej suwerenności. „Swoboda” od dawna domaga się tzw. Zakurzonia. Są to żądania rewizjonistyczne; terytorialne.

    Tymczasem nasze działania kulturalne, które propagują pamięć o Kresach, pamięć o ofiarach Ludobójstwa, gdzie nie ma słowa o jakichkolwiek rewizjonizmach próbuje się przekręcić, odczytywać zupełnie odwrotnie.

    Osobiście zwalczam myślenie kategoriami rewizjonistycznymi.

    Chociażby nawiązując do myśli nieżyjącego już profesora Wieczorkiewicza, który porównywał połączenie Niemiec do ewentualnego zajęcia terenów na wschód przez Polskę (co stanowczo odradzał, między innymi używając właśnie tego porównania), wskazał że najbogatsze państwo Europy prawie padło pod obciążeniem ekonomiczno, gospodarczym tej fuzji.

    A NRD było przecież wizytówką Układu Warszawskiego… Byłem zresztą nie raz w NRD i w pełni potwierdzam ten stan, tam mimo wszystko czuć było zachód…

    Byłem też na wschodzie. Pustka i bieda. Jeżeli Polska wschodnia nazywana jest mianem Polski „B”, to gdyby (nie daj Boże!) kiedykolwiek doszło do przejęcia chociażby kawałka dawnej Rzeczpospolitej po drugiej stronie Bugu, to byłaby to Polska „Z” chyba, o ile w ogóle nie zabrakłoby klasyfikacji dla określenia zacofania. Tam nie ma nic. Infrastruktury, dróg, ludzi. Pola, najżyźniejsze pola Europy stoją nieuprawiane. Jak sami Ukraińcy (niektórzy) mówią: I po co nam to było; te czystki, te mordy. Wybiliśmy inne narody (bo przecież nie tylko Polaków) i mamy to co chcieliśmy; biedę. Nic na lepsze się nie zmieniło, oszukali nas nasi przywódcy, Bandera i inni…, a ilu naszych zginęło? tych którzy nie chcieli maczać rąk w krwi bratniej….- i UPA ich zamordowało…”

    Ponadto gospodarczo nasz kraj by tego nie wytrzymał. Parafrazując sytuację z Niemcami. A nie jesteśmy ekonomicznie tak silni…

    Zamykając temat rewizjonizmu; stoję na twardym stanowisku pozostawienia granic w spokoju. Nie tędy droga. Z kolei jestem za SPRAWIEDLIWĄ i sensowną współpracą gospodarczo-ekonomiczną po wyplenieniu wszystkich nacjonalizmów i zburzeniu pomników zbrodniarzy: Bandery i Szuchewycza. Ewentualnie innych, ich nacjonalistycznych watażków. Potępieniu zbrodniczej formacji UPA. Potępieniu Ludobójstwa przez władze Ukrainy. I nie jest to mieszanie się w wewnętrzne sprawy Ukrainy. Czy ktoś w Europie zgodziłby się na to, gdyby chciano postawić pomnik Hitlerowi, czy innym oficjelom lub żołnierzom stojącym za III Rzeszą. Trzeba zrozumieć jedno; gloryfikacja zła rodzi zło.

    Po tych działaniach można podjąć szeroką współpracę. Nie widzę innej drogi.

    Wszyscy Ukraińcy z którymi rozmawiałem dziwili się jakim cudem tak mało robimy w tej sprawie. Już w 1996 roku Duma ukraińska (Parlament Ukrainy) jej 95 deputowanych ogłosiło list otwarty, w którym dramatycznie informują o wzroście nacjonalizmu na Ukrainie. List był skierowany min. do parlamentarzystów i rządów Polski, czy Izraela. Ponieważ policja ukraińska odegrała swoją rolę w eksterminacji Żydów. Czy ktoś wtedy słyszał o tym w jakimś wydaniu dziennika TVP czy innej stacji, z sierpnia 1996 roku?

    I to jest następny powód. Nasze władze powinny zupełnie inaczej reagować. W dobrze pojętym interesie ogólnonarodowym. Niestety, kierują się zupełnie innymi priorytetami.

    Zarzucanie współpracy z Rosjanami tez wydaje się mi bez sensu. Ponieważ akurat Rosjanie najbardziej byliby za tym aby prowadzić taką politykę. Do 1960 roku walczyli z UPA. Gdyby istniała taka współpraca obecnie rządzący w Polsce działaliby raczej nagłaśniając kwestie zbrodni, a tym samym osiągając doskonałą płaszczyznę do działań w kontekście współpracy z Rosją.

    A tak się nie dzieje…

    W Polsce brak spójności w wielu tematach

    Ogólnie nie widzę dobrej reprezentacji politycznej w kraju dla narodu mieszkającego między Odrą a Bugiem. Bardzo niewielu dba tutaj o dobrą kondycję gospodarczą, ekonomiczna czy polityczną państwa, a przede wszystkim jego obywateli.

    I to jest nasza obecna największa tragedia. Zostaje nam albo emigracja, albo szaleństwo życia w totalnym bałaganie, nieładzie, niemocy sprawczej i … biedzie. Coraz większej biedzie, coraz większej liczby naszych rodaków. Dlatego żadna siła polityczna która obecnie ma poparcie powyżej 5 procentowe w sejmie nie powinna zostać wybrana podczas przyszłych wyborów.

    Tym bardziej patrzę z nadzieją na to, co dzieje się w sprawie ACTA. Może ten błąd Premiera Tuska obudzi w młodzieży poczucie obowiązku wyborczego i myślenie. Wybór na osoby, które chcą coś zrobić i zlikwidować STARE UKŁADY POLITYCZNE. Wyeliminować okrzepniętych liderów, pozbyć się „starych wiarusów” ze sceny politycznej. Śmieliśmy się swego czasu z Breżniewa uczepionego władzy. Czas pośmiać się z naszych „breżniewów”…

    To jest jedyny ratunek dla państwa. Tak aby można było żyć w swoim kraju i ZARABIAĆ, nie musząc uciekać z rodzinami do Anglii, Włoch, czy Niemiec, jak wielu moich kolegów to uczyniło. Żeby nie być wyrobnikami korporacji. Nie biedować. Żeby była przyszłość dla młodzieży.

    Aby jednak tak się stało, należy wybrać inne niż dotychczas siły. I nie dać się oszukać zmianami, „nawróceniami” polityków przechodzących z partii do partii pod wpływem „konstruktywnej krytyki”.

    Tak jak sprawa Kresowa jest probierzem dla prawdziwego patriotyzmu nie opierającego się na podziały na: „lepsze” i „gorsze” martyrologie, tak obserwacja działań polityków dla dobra obywateli (nie ich gadania, czego to nie zrobili), może być dobrą metodą oddzielenia ziarna od plew.

    Piotr Szelągowski

  31. aga said

    Panie Piotrze X

    bardzo dziękuję za bardzo ciekawy tekst,którego nie znałam.

  32. aga said

    ad.13
    Panu Romanowi K przypominam,że marrani czy tez framkiści tez byli ochrzczeni ale czy napewno nawróceni….

Sorry, the comment form is closed at this time.