Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

O ruchach hajdamackich (4)

Posted by Marucha w dniu 2012-04-09 (Poniedziałek)

Nadesłał p. PiotrX.

Poprzednie części:
https://marucha.wordpress.com/2012/04/05/o-ruchach-hajdamackich/
https://marucha.wordpress.com/2012/04/06/o-ruchach-hajdamackich-2/
https://marucha.wordpress.com/2012/04/07/o-ruchach-hajdamackich-3/

Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

Część 5 .
Bezpośredni udział w Koliszczyźnie monasteru motroneńskiego i duchowieństwa

Rozpatrywaliśmy szczegółowo udział duchowieństwa greckiego w awanturach i rozbojach hajdamackich i poznaliśmy ogniska agitacyjne, grupujące się w rozmaitych monasterach kijowskich. Z chwilą wystąpienia na widownię dziejową Melchizedeka Jaworskiego, ihumena monasteru motroneńskiego, wytwarzać się poczęły ogniska agitacyjne w granicach Rzeczypospolitej. Utworzyły się one, jak i w granicach posiadłości Rosji, poza Siczą, koło monasterów, z których dwa — mosznohorski i motroneński — odznaczały się bardzo gorliwą i energiczną antypaństwową działalnością. Zważywszy, że w tym kącie Rzeczypospolitej, w którym wybuchła później Koliszczyzna, były bezustanne wrzenia hajdamackie, a zatem grunt dla wszelkich wybryków i swawoli był dostatecznie przygotowany, że walki religijne dwóch obrządków, prowadzone z jednej strony przez Melchizedeka, z drugiej przez oficjała Mokrzyckiego, rozdrażnienie i gotowość do wybuchu podtrzymywały ustawicznie, — nie można się bynajmniej dziwić, że tutaj właśnie panowało największe rozjątrzenie. Do palnego materiału nagromadzonego skutkiem rozmaitych przyczyn, z których oddalenie od centralnego rządu, a zatem trudna obserwacja rozhukanych żywiołów, mających po bałkach, stepach i uroczyskach schroniska, pograniczna Sicz dokładała także drzewa niemało. Wszystko to składało się razem na stan ciągłego niezadowolenia, rozgoryczenia i wrzenia, podsycanego prześladowaniem religijnym, mającym charakter nie państwowy, lecz lokalny i dający się sprowadzić, jak to już wypowiedzieliśmy, o walkę nie o dogmaty lecz o chleb powszedni.

Widzieliśmy, że walką tą kierował zręcznie i energicznie ihumen motroneński, który sam jeden z całego grona ówczesnego duchowieństwa greckiego, będącego pod dependencją biskupstwa perejasławskiego, nie wyłączając Gerwazjusza, rozumiał trochę polityczne znaczenie wywołanego zatargu — o tyle przynajmniej, że godził go z planami i zamiarami Repnina. On przeto miał cele własnej ambicji na widoku, a duchowieństwo, którym poruszał — tylko cele materialne. Rezultat jednak całej akcji był jednolity: wywoływał niechęć do rządu, Polaków i religii rzymskokatolickiej. Widzieliśmy, iż rząd polski i ludność miejscowa polskiego pochodzenia posądzała niejednokrotnie monastery i mnichów Czehryńszczyzny i Smilańszczyzny o stosunki z hajdamakami, o przechowywanie ich i podmawianie ludności. Posądzenia te nie tak łatwo można było wykryć i wykazać ich istnienie, wobec niezmiernie prymitywnych środków policyjnych w dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, — które wszakże wszędzie wówczas były niedostateczne. Zadanie wykrycia i karania zbrodniarzy i ich współdziałaczy było o tyle trudniejsze, że ludność miejscowa sympatyzowała z hajdamakami, stojąc w ogóle na stopniu moralności nie o wiele różnym od zbójeckich oczajduszów, nie mających pojęcia o poszanowaniu życia, mienia i spokoju bez względu na różnicę religii i narodowości.

Rabunek byt ideałem hajdamackim, a „hroszi” tym środkiem, który im dostarczał gorzałki, jako jedynego niemal źródła wesołości. Gdzie i u kogo — u swoich czy u obcych znajdowano te „hroszi” — to dla nich było rzeczą obojętną. Nic dziwnego, że hajdamacy gromadzili się tam, gdzie znajdowali dla siebie zachętę, gdzie czuli się w swojej sferze, gdzie mogli być pewni tajemnicy i gdzie wreszcie mogli znaleść ludzi gotowych do przechowywania zrabowanych rzeczy. Widzieliśmy niejednokrotnie organizujące się w monasterach watahy hajdamackie w okolicach Kijowa. Skupienie się przeto takich samych kup rozbójniczych w monasterach Smilańszczyzny nie było bynajmniej ani rzeczą dziwną, ani nową, ani nadzwyczajną, tym bardziej, że ogólne warunki do takiego skupienia były tutaj daleko lepsze niż gdzie indziej. Zima i wczesna wiosna były najlepszą porą roku do gromadzenia się, zapoznawania się i obmyślania planów, a jak tylko trawa podrosła na tyle, że mogła dostarczyć pożywienia koniom — wyruszano ze swoich kryjówek.

Geneza zorganizowania się watahy Żeleźniaka niczym się nie różni od powstawania innych oddziałów hajdamackich, tym chyba tylko, że przypadła na pomyślniejszą chwilę, większe niezadowolenie i bałamucenie się ludności miejscowej skutkiem grekounickich zatargów, agitacji mnichów i zupełne ogołocenie kraju z wojska. Ponieważ wataha Żeleźniaka i on sam odegrali w ruchu Koliszczyzny pierwszorzędną rolę, stąd też i cały ruch współcześni nazywali niekiedy buntem Żeleźniaka. Według legendy ludowej przygotowanie się do tej walki trwać miało kilka lat; niektórzy z naszych pamiętnikarzy, szczególnie ci którzy w kilkanaście i więcej lat po rzezi humańskiej pisali, kiedy zdarzenie samo w oczach ludu przybrało kształty legendarne, przypuszczali także, że siły zbrojne hajdamackie skupiały się w ciągu lat kilku, zanim w r. 1768 wybuchły z gwałtownością. Według opowiadań tedy Lippomana, Żeleźniak znajdował się na pokucie dobrowolnej w monasterze medwedowskim (na posłuszaniu) z kilkoma Zaporożcami. Był to wszakże zwykły sposób przechowywania się i gromadzenia się hajdamaków, praktykowany już wcześniej. W ten sposób skupieni niby na pokutę Zaporożcy, jako zwykli robotnicy przechowywali się w klasztorze, oczekując pory stosownej do zwiększenia gromadki i do wystąpienia na rabunek. Gdy się rozpoczęły walki grekounickie, zatem między rokiem 1766 a 1768, miał on przyjść z gromadką towarzyszów, których już było 18, do lasu motroneńskiego, a więc stać by się to mogło chyba w jesieni roku 1767.
(…)
Że Żeleźniak zorganizował swoją watahę w lesie motroneńskim, na to zgadzają się prawie wszyscy współcześni pisarze, a potwierdzenie tego faktu znajdujemy zarówno w dokumentach, nie dających się zaprzeczyć, jak i w opowiadaniach ludzi, sięgających pamięcią czasów Koliszczyzny. Zanim się dostał do motroneńskiego lasu, miał Żeleźniak przemieszkiwać w Kijowo-Peczerskim monasterze, co ze względu na ustawiczne włóczenia się Zaporożców od monasteru do monasteru, mogło być prawdą. Jako wypróbowanego watażkę, który znał kryjówki różne i umiał szczęśliwie umykać przed sprawiedliwością, sprowadził go Melchizedek i namówił doprzyjęcia dowództwa. Tak mówi pamiętnikarz współczesny. I to mogło być rzeczą prawdopodobną. Melchizedek zbierał bardzo troskliwie i pilnie dowody niezadowolenia ludności przeciwko unii, mówił ustawicznie o prześladowaniu dyzunitów, Repnin o dowody go naglił — czyż mógł dostarczyć lepszych dowodów jak utworzenie oddziału hajdamackiego, któremu można byłoby nadać charakter obrońców obrządku grecko-wschodniego? W czasie takiej akcji nie potrzebował wysuwać się na czoło, przeciwnie, w interesie polityki i własnym lepiej było, gdy działał jako ukryta sprężyna.

Zapoznanie się z działalnością tego mnicha nie pozwala wątpić ani chwilę, że pokrywając się maską pokory, bogobojności, pod pozorami religijnymi rozdmuchiwał nienawiść. Wobec tego stanu rzeczy, zachęta Melchizedeka do samoobrony wydaje się rzeczą zupełnie możliwą i logiczną. Wejście nowych wojsk rosyjskich w granice Rzeczypospolitej wytłumaczył sobie obroną i opieką Rosji udzieloną innowiercom, akcja przeto Żeleźniaka wchodziła niejako w rdzeń jego myśli i planów. Nie mógł on nie sympatyzować i nie popierać tego co sam stworzył. Krebsowa twierdzi, że Żeleźniak otrzymał błogosławieństwo od ihumena łebedyńskiego monasteru. Moszczeński, doskonale poinformowany co do początków Koliszczyzny, utrzymuje również, że Melchizedek namówił Żeleźniaka do utworzenia watahy, a pragnąc jej nadać charakter pewnej wspólności akcji z wojskiem rosyjskim, sfabrykował gramotę, z którą już zapoznaliśmy się.

To jednak wątpliwości nie ulega, że na szerokie pole swojej krwawej działalności Żeleźniak wyszedł z lasu motroneńskiego, gdyż oprócz świadectw naszych pamiętnikarzy, znajdziemy potwierdzenie ich w zeznaniach hajdamackich w tzw.Księdze Kodniańskiej, będącej własnością Włodzimierza Antonowicza, wszakże nie ogłoszonej dotychczas drukiem. Użytkował z niej jeden z rosyjskich historyków publicystów, J. Szulgin. O bardzo bliskie stosunki z hajdamakami monaster motroneński i jego ihumena posądzały nie tylko władze polskie, lecz rosyjskie także, dla których ruch ludowy w granicach Rzeczypospolitej był bardzo groźny dla wewnętrznego spokoju lewobrzeżnej Ukrainy. Rozumiał to doskonale Rumiancew, generał-gubernator małorosyjski i prezydent małorosyjskiego kolegium. Stał on po stronie Repnina, a w obronie działalności biskupa perejasławskiego i Melchizedeka Jaworskiego tak długo występował, aż dopóki osobiste zetknięcie się w Perejasławiu z nastrojem ludności nie przekonało go, że ruch hajdamacki, który wybuchnął w prawobrzeżnej Ukrainie, łatwo mógł ogarnąć Hetmańszczyznę i Ukrainę słobodzką — nie wiadomo jakie byłyby następstwa tego ruchu. „Ja nie ręczę — pisał on do hr. Panina, kanclerza — i za ludność tutejszą”. Przypuszczał on, że niektórzy z mieszkańców lewobrzeżnych mogą wziąć udział w rozruchach hajdamackich, które wydają się im słuszne. W czasie pobytu w Perejasławiu na rewiach miał on się przekonać, że wielu bardzo mieszkańców, poddanych rosyjskich, zamierzają wzniecić także ruch hajdamacki u siebie.

Wobec takiego położenia rzeczy, poczęto na agitację Lincewskiego patrzyć nie tak pobłażliwie jak poprzednio. Sam Repnin, który gorąco zachęcał motroneńskiego ihumena do zbierania dowodów prześladowania dyzunitów, nie mógł nie spostrzec zbyt wielkiej gorliwości Melchizedeka i w raporcie do kanclerza utrzymywał, że ihumen niesłusznie przyciąga do siebie wielu popów unickich. Skonstatowanie faktu tego było równocześnie wskazówką, że owo „przyciąganie” nie odbywało się bynajmniej drogą perswazji religijnej, lecz miało charakter agitacji pełnej fanatyzmu i nienawiści. Tym śmielej możemy to powiedzieć, że cechy powyższe objawiły się istotnie w całym ruchu Koliszczyzny z niezwykłą dzikością.

Niebezpieczeństwo przeniesienia niepokoju na Ukrainę lewobrzeżną pobudziło także generał-gubernatora kijowskiego Fiodora Matwiejewicza Wojejkowa do zwrócenia pilniejszej uwagi na monaster motroneński. „Doszła do mnie niezaprzeczona wiadomość — pisze Wojejkow do biskupa perejasławskiego — że zwiększona w guberniach Humańskiej, Smilańskiej, Czehryńskiej i Kaniowskiej zbójecka wataha, mianująca siebie kozakami zaporozkimi, zbierała się w lesie motroneńskim w pobliżu tegoż monasteru — o czem wcale nikogo przełożeństwo monasteru nie zawiadomiło, a opuściwszy swoje gniazdo rozbójnicze czyli kosz, rozpierzchła się po całej okolicy, rabując, męcząc i mordując mieszkańców w sposób najbardziej barbarzyński, a rzeczy zrabowane, wysełając do kosza tj. do monasteru”. Wojejkow zawiadomił Gerwazjusza, że dla zniszczenia tego rozbójniczego gniazda wysłał z prowincji Jelizawietgradzkiej trzy szwadrony huzarów, a z Perejasławia, według polecenia hr. Piotra Rumiancewa, pułk moskiewskich karabinierów, zaś niezależnie od tego wysłał także komendy Kozaków kompanijskich. Pragnąc jednak nie narażać się w niczym władzy duchownej i synodowi, prosił biskupa ażeby ze swej strony polecił czerńcom wpływać drogą kazań i pouczeń na ludność i nie dawać żadnego przytuliska kupiącym się koło monasteru hajdamakom.

Biskup Lincewski przyjął tę wiadomość z udaną pokorą i posłuszeństwem, nie broniąc wcale faktu skupiania się hajdamaków, lecz usprawiedliwiał się że dał polecenie Melchizedekowi i jego zastępcy ażeby mnisi zachowywali się „według rozumnej rady” generał-gubernatora. Na dowód, że mnisi nie tylko w podburzaniu ludności i w protegowaniu hajdamaków udziału nie biorą, opowiedział znane nam już fakty rabunku monasteru, nic już nie mówiąc o tym, że to byli prawdopodobnie konfederaci. Istotnie, monaster motroneński padał kilkakrotnie ofiarą najazdów i rabunku hajdamaków, tak dalece, że ostrożni mnisi wszystkie kosztowności kościelne odwieźli do Perejasławia, ale było to już nieuniknione następstwo tego rozhukania się, które sami wywołali. Dawniejsi obrońcy ich poszli rabować w głąb Ukrainy, a nowe kupy hajdamackie, zwabione echem, że w koszu lasu motroneńskiego i w monasterze przechowują się skarby watażków, szły za tym echem i napadały na monaster. Było to po prostu rabowanie rabowników. Gdy Kreczetnikow wszedł na Ukrainę i rozeszła się pogłoska że będzie bronił uciśnionych, biskup perejasławski już się do Wojejkowa nie udawał, ale napisał natomiast żałośliwy list, stylem ojca Melchizedeka, prosząc generała „o obronę biednych za wiarę i świętą cerkiew cierpiących mnichów”. Suchą i krótką otrzymał wszakże na to odpowiedź: że ponieważ ta sprawa należy do kompetencji pełnomocnego posła w Warszawie, — przeto w tamtą stronę udać się należy.

Opowiadania ludzi współczesnych, pamiętających Koliszczyznę, zgodne są zupełnie z pamiętnikarskimi spominkami i zapisami, dotyczącego współudziału monasterów w hajdamaczyźnie. Jako świadectwa pochodzące bezpośrednio od naczelników, jako też ludzi bardzo blisko z nimi złączonych, posiadają one pierwszorzędne znaczenie i zawierają mnóstwo szczegółów niedostępnych dla niewtajemniczonych. Według tych opowiadań, bezpośredni impuls do Koliszczyzny wyszedł także z monasterów. Najprzód przyjść miało do motroneńskiego monasteru tylko trzech Zaporożców z Siczy, niby na dobrowolne umartwianie i nabożeństwo. Udawali oni niedołęgów, ubierali się ubogo, jak nędzarze, chodzili zgarbiwszy się. Jeden z nich, nazywający się Damianem Gnidą, poszedł do monasteru łebedyńskiego, drugi — Łuskonogiem zwany — do moszeńskiego, czyli mosznohorskiego, a trzeci Szełest na dobrowolnej pokucie pozostał w monasterze motroneńskim. Przesiedział on tam dwa lata, gromadząc rozmaite zapasy: robił spisy, kupował żupany, szarawary, czapki, buty a wszystkim ciekawym, którzy go zapytywali po co to wszystko, — odpowiadał że wyśle to w podarunku do Siczy; wszystko tam drogo, ludność się mnoży, a nie ma gdzie się zaopatrzyć w odzież. Robiąc te zapasy, równocześnie skupiał ludzi, namawiając ażeby do hajdamaków „przystali”, — a ludzi do monasteru przychodziło dużo. Na miejscu otoczonym z trzech stron jarem porobili jeszcze zasieki, od strony przystępnej zbudowali coś podobnego do baszty i w ten sposób Sicz sobie założyli. W sąsiednim bajraku urządzili sklik. Tak się zwało miejsce, gdzie na wysokim dębie wisiał kazan (kociołek z lanego żelaza) a obok niego młot drewniany.

Niedaleko tego miejsca było ogrodzenie, w którym pasły się konie hajdamackie. Gdy owej naprędce zbudowanej Siczy groziło jakie niebezpieczeństwo, pierwszy lepszy kto spostrzegł, przychodził do owego kotła żelaznego i młotem weń walił — na ten znak trwogi zbiegali się hajdamacy do obrony. Od zagrody na konie, w trzech wiorstach może, po drodze do Żabotyna była wysoka mogiła, z której cały Żabotyn jak na dłoni widać było. Na szczycie tej mogiły urządzali sobie hajdamacy zabawy — zawsze tam ktoś był: rozmawiano, grano w warcaby i śpiewano. Trzy lata mieli w tym miejscu mieszkać hajdamacy, bezustannie utrzymując stosunki z motroneńskim monasterem. Robili oni stąd wycieczki w okolicy dla rabunku — kupami po kilkunastu. Upatrzą sobie kogo, kto ma pieniądze lub odzież i w nocy zrabują go. Doszło do tego, że ludzie co nocy w step uciekali na nocleg, ale i to niewiele pomagało. Tak zwane „komendy” były, jak wiemy, bardzo nieliczne, a lasy tak gęste, że przystępu do nich nie było. Toteż położenie broniło hajdamaków i zapewniało do pewnego stopnia bezpieczeństwo. Coraz śmielej wyglądali oni ze swoich kryjówek, a zdarzało się nieraz w chwilach, szczególnie gdy do monasteru zgromadziło się wiele ludności, w kilkaset chłopa wychodzili na hulankę, dla zachęty innych i werbunku. Taka pijatyka i swawola odbywały się na dziedzińcu klasztornym, ale mnisi — powiada współczesny opowiadacz — „siedzą sobie spokojnie w celach, gdyż o wszystkiem dawno wiedzieli”. Gdy w każdym z trzech monasterów zebrało się już po trzystu hajdamaków, wówczas zjawić się miał w motroneńskim klasztorze Żeleźniak i wszyscy razem wyruszyli w głąb Ukrainy.

Wskazaliśmy, jako na fakt pierwszorzędnego znaczenia w rozwoju ruchów hajdamackich, na ciemnotę duchowieństwa greckiego obrządku. Fakt ten objawiał się przez cały przebieg hajdamaczyzny w różnorodnej formie i stosunkowi moralnych przewodników ludu z hajdamakami nadawał posępny i smutny charakter. Dzikość i ciemnota tego duchowieństwa nieraz stawała na przeszkodzie planom Repnina. Gdy się agitowała sprawa dysydencka na sejmach, nigdy może więcej nie chodziło oto posłowi pełnomocnemu, ażeby wynaleźć człowieka, mogącego reprezentować dyzunię w sejmie, — a jednak wynaleźć go nie mógł. Do kanclerza pisał: „Od dawna już rozsyłam ludzi na wszystkie strony i proszę ażeby do mnie skądkolwiek bądź przysłali człowieka zdatnego — szło o to, ażeby to był szlachcic i miał prawo zasiadania w sejmie — i nigdzie znaleźć nie mogę, gdyż wszyscy duchowni wschodniego obrządku nie posiadają żadnej oświaty i tylko zajmują się uprawą roli”. Szukanie owo nie odbywało się wyłącznie na Litwie, gdzie sprawa dysydencka, można powiedzieć, zaczęła się, ale na Ukrainie, w monasterach Hetmańszczyzny i Słobodzkiej Ukrainy.

Wykazaliśmy to w innym miejscu, że ciemnota duchowieństwa równała się ciemnocie ludu i była jednym z największych powodów zbliżenia się do nich hajdamaków. Łatwo tam zbliżenie się następuje, gdzie nic nie dzieli ludzi. Niejednokrotnie chciwość kierowała nimi, a spólność sfery z ludem, z której wyszli i w której żyli, łączyła ich ze sobą. Niemałą zachętą do wspólnego działania z hajdamakami było bardzo pobłażliwe zachowanie się władz duchownych w wypadku gdy się stosunki wykryły. Rażącym przykładem takiej pobłażliwości był paroch wsi Prus w Smilańszczyźnie, Carikow, zwany także Carikowskim, obwiniony o współudział z hajdamakami. Znać sprawa jego nie była czysta, kiedy powołany raz do sądu duchownego umknął, — odnalazł się wszakże niedługo potem i został uwolniony. Powiedziano że Carikowski działał „z prostoty” — i pozwolono mu wrócić do opuszczonej parafii.

Mamy dowody, że duchowieństwo odgrywało niekiedy rolę ajentów wybitniejszych watażków, werbując dla nich hajdamaków. W takiej roli wystąpił pop miasteczka Brusiłowa, biorący bardzo czynny udział w gromadzeniu ludzi do watah. Utrzymywał on, że Gonta ma już 12000 hajdamaków i że trzeba jeszcze zebrać jakie 5000, a później będzie posiłek od Gonty i od Rosji. Przyjaźnił się on i porozumiewał się z włóczęgami rozmaitymi, z którymi pił i hulał, a także dawał listy do innych popów, zachęcając ich do takiej samej akcji. Nie dość tego, że hajdamaków zbierał, ale zebranych przyprowadzał jeszcze do przysięgi według następującej roty: „Przysięgam Panu Bogu że w waszych teraz przedsięwziętych interesach zawsze wiernym i szczerym będę i nigdy was w tem niezdradzę; tak mi Boże dopomóż”.
(…)

Komentarzy 10 to “O ruchach hajdamackich (4)”

  1. Miała i Polska swoich „hajdamaków” (hajdamaka, z tureckiego hajdmak – rabować, grabić, ścigać, pędzić), których puszczała na chrześcijańskie kraje Europy, by zabijali, rabowali i puszczali z dymem wsie i miasta.

    Lisowczycy grasujący w l. 1609-1635 po Rosji, Polsce i szeregu innych krajów europejskich („od Renu po Morze Białe”) zostali obłożeni klątwą kościelną, a w końcu potępieni przez polski polski sejm i rozwiązani na mocy jego uchwały.

    W Wikipedii czytamy, że aż do czasów wojen napoleońskich matki niemieckie straszyły swe dzieci polskimi kozakami, a pokazem ich okrucieństwa i bezkarności było np. spalenie własnego polskiego miasta Radomsko w 1624 roku, czy zwyczaj zabijania każdego przypadkowego świadka ich zbrodni i rabunków.

    Nic dziwnego zatem, że gwałt powodowany w Europie przez Polaków odcisnął się potem gwałtem zadanym Polakom (bunt Chmielnickiego, wojna z Rosją, Potop szwedzki). Trzeba to chyba wręcz rozpatrywać w kategoriach kary Boskiej, i to tym bardziej, że wiek XVI i XVII, to pasmo błędów Polaków wobec ruskiej ludności Rzeczypospolitej i krajów sąsiednich – błędów topionych we krwi sprzeciwiających się im mieszkańców ziem moskiewskich czy ukrainnych.

    Czy dawne polskie niesprawiedliwości i zbrodnie dokonane na ludności cywilnej Europy można pomijać milczeniem, a eksponować tylko własne krzywdy i straty? Czy, dajmy na to, ofiary Lisowczyków miały mniejsze prawo do życia, niż ofiary zagonów Chowańskiego? Czy Polacy mieli prawo wyrzynać ludność cywilną w czasie powstań kozackich, albo traktować słowiańską Ruś niczym kraj podbity, a braci-Słowian niczym niewolników?

    Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie – mówi stare przysłowie.

    Jak nie teraz, to za sto lat.

    Polska mądrość MUSI polegać na zmianie złej tradycji, a nie na licytowaniu się z Rosjanami, Białorusinami i Ukraińcami na krzywdy.

    I dlatego najpierw trzeba zawrzeć pokój między naszymi narodami i ustanowić zasady wzajemnie korzystnych relacji, owocnej współpracy, a dopiero potem – korzystając z możliwości jakie otwiera wspólna wola polityczna – przedstawiać konkretne postulaty dotyczące prawdy historycznej, pamięci o ofiarach i sposobów jej kultywowania, także wśród młodzieży.

    Pamięć o polskich ofiarach Chmielnickiego i o ruskich ofiarach Wiśniowieckiego nie może nam dziś przeszkodzić w porozumieniu i jednoczeniu się Słowian!

    Pamięć o wszystkich XVI-XX-wiecznych ofiarach – jak groźne memento – powinna nas motywować i podniecać wyłącznie do wzmożenia wysiłków na rzecz polsko-ukraińskiego i polsko-rosyjskiego pojednania.

  2. Piotrx said

    Re 1:

    „Błędów Polaków wobec ruskie….” – oczywiscie jak rozumiem zdaniem bloga żadnych „ruskich” błedów i win wobec polskiej strony nigdy nie było….

    „o ruskich ofiarach Wiśniowieckiego” – przeciez to był też Rusin

    „Czy Polacy mieli prawo wyrzynać ludność cywilną w czasie powstań kozackich, albo traktować słowiańską Ruś niczym kraj podbity, a braci-Słowian niczym niewolników?”

    bez banderowskiej demagogii – Polacy tez bywali kozakami a wyrzynali kozaków także Rusini i Moskale. A oprócz panów polskich byli tez i ruscy , a polska drobna szlachta sie np. też ruszczyła przez cerkiew.

    A gdzie była ta „słowiańska Ruś” – proszę okreslić granice

    A czy wielu prawosławnych panów fundowało koscioły katolickie np w Ksiestwie Moskiewskim lub na Rusi?

    A prosze wymienić biskupów katolickich urzędujących w Księstwie Moskiewskim , czy carowie fundowali koscioły katolickie w swoim państwie?

    Jaki prawa mieli prawosławni w RP a jakie katolicy w Księstwie Moskiewskim i pozniejszej Rosji

    i podobnych pytan mozna by mnozyc

    Nikt rozsądny nie wypiera sie określonych polskich błędów czy win wobec innych ale ciągłe obwinianie tylko i wyłącznie Polaków i katolików za niemal wszystko, a jednoczesne rozgrzeszanie ze wszystkiego innych – Rusinów, prawosławnych czy dzisiejszych Ukraińców pachnie w licznych wpisach bloga conajmniej polonofobią jesli nie antypolonizmem .

    *************************

    Ja jestem narodowości polskiej i wyznania rzymskokatolickiego, mam na imię Piotr.

    A Pan/Pani/Państwo? „blogerzy” jakiej jest/jesteście narodowości i jakiego wyznania?

    Brak publicznej odpowiedzi na to pytanie oraz metody stosowane przez bloga oraz „linia” i skrajnie tendencyjny wybór tresci w Gajówce oraz na na:
    http://polski.blog.ru/

    utwierdzą mnie w jeszcze większej podejrzliwości co do intencji kierujących jego wpisami.

    Bowiem osoba/osoby ukrywające lub wstydzące się swojej narodowości i wyznania budzą u mnie podejrzenia i pytania w czyim tak naprawdę interesie i imieniu działają.

    Każdy ma prawo do własnego zdania czy rzeczowej krytyki ale niech to robi na własny osobisty rachunek a nie chowając sie za plecami Polaków i katolików

  3. Piotrx said

    Dla zainteresowanych – jeszcze nieco bardziej syntetycznie na temat ruchów hajdamackich

    **************************

    Sicz i hajdamacy cz 1

    Edward Prus – „Hulajpole- burzliwe dzieje kresów ukrainnych” – 2003
    /fragmenty książki/

    W KWIETNIU 1709 r. wyruszyły z Kijowa łodziami dnieprowymi trzy rosyjskie pułki pod dowództwem Piotra Jakowlewa z rozkazem carskim zdobycia i zrównania z ziemią Siczy. Po drodze rozprawiały się one z kozackimi załogami stojącymi w grodkach przydnieprowych. Następnie podpłynęły pod Sicz, która w tym czasie znajdowała się na Czertomliku. Na Siczy wówczas nie było atamana koszowego Piotra Soroczyńskiego, nie nadciągnęła też pomoc tatarska, po którą właśnie udał się na Krym koszo-wy. Dowództwo obrony Siczy wziął w swoje ręce Jakub Bohusz. Nakazał on wykopać dookoła Siczy rowy, a ponieważ był to czas wiosennych powodzi, to zostały one błyskawicznie napełnione wodą. Jakowlew zmiarkował, że sprawa nie jest łatwa, więc zainicjował pertraktacje, a gdy Kozacy uchylili się od nich, rozpoczął ostrzał artyleryjski Siczy – z niewielkim jednak skutkiem. Łodzie rosyjskie podpły-nęły z zamiarem dokonania desantu, ale zostały odparte. Rzeka pochłonęła 300 sołdatów. Sytuacja stała się patowa – i wtedy właśnie pojawił się płk Hnat Hałahan (Gałagan), „człowiek bez honoru, który niedawno jeszcze służył Mazepie i zdradził hetmana”. On właśnie rozpoczął rozmowy z Niżowcami, obiecując im „carską łaskę”, a jednocześnie przywiódł sołdatów pod samą Sicz. Gdy Zaporożcy złożyli broń, sołdaty rzucili się na nich i rozpoczęli masakrę. Działo się to 25 maja 1709 r. Dokonawszy dzieła zbrodni, Rosjanie rzeczywiście zrównali Sicz z ziemią. Czegoś podobnego jeszcze mołojcy nie przeżyli. Owszem, sami potrafili rżnąć jeszcze lepiej, ale nigdy nie byli dotąd w sytuacji ofiary rżniętej, i to na tak wielką skalę. Części Kozaków udało się uniknąć masakry, uciekała na swych rączych czaj-kach, „gdzie oczy poniosą”: na Krym, na stronę turecką, polską, w niedostępne dopływy dnieprowe. Do niewoli dostało się 26 atamanów korzennych i 250 Kozaków szeregowych; 156 z nich ścięto na miejscu, resztę pognano na Sybir. Sicz Czertomlicka przestała istnieć. Ci Zaporożcy, którzy przeżyli pogrom, powędrowali z biegiem rzeki i niemal u ujścia Dniepru założyli kolejną Sicz, bez której prze-cież nie mogli żyć. Najpierw na rzece Kamionce, a następnie w Oleszkach, skąd już widać było Morze Czarne – już po stronie tureckiej. Tu jednak, pod okiem padyszacha, nie czuli się dobrze. Dramat kozacki o reperkusjach międzynarodowych rozegrał się pod Połtawą w okresie od 27 czerwca do 8 lipca 1709 r. Tu bowiem starły się główne siły szwedzko-rosyjskie. Po stronie tych drugich walczyło sześć pułków kozackich. Wśród dowódców był także Semen Palij.

    W dniu rozstrzygającej bitwy pod Połtawą [czytamy u Lepkiego] i Karol XII, i Mazepa byli chorzy. Bitwę wygrał car, Mazepa skrył się na terytorium tureckie i tutaj śmierć położyła kres jego akcji. Próbował ją prowadzić dalej hetman (Filip) Orłyk, ale nie sprostał Piotrowi [B. Lepki, dz. cyt.].

    Tenże znów nałożył kontrybucje na miasta, które opowiedziały się przy Mazepie, w razie odmowy miały podzielić los Baturyna. To poskutkowało.
    Postawa Mazepy ma tylu zwolenników, co przeciwników. Polacy mają doń sentyment, bo sprzyjał Stanisławowi Leszczyńskiemu. Bohdan Lepki napisał o nim trylogię, Juliusz Słowacki dramat, Aleksan-der Puszkin poemat. Później ocenił go jeszcze Taras Szewczenko. Miał powiedzieć:

    Grzechem Mazepy było przede wszystkim to, że zbytnio się troszczył o interesy starszyzny, a nie brał pod uwagę słusznych żądań dołów kozackich. Gdyby się umiał złączyć z Palijem, sprawa przybrałaby zupełnie inny obrót. Palij znowu grzeszył łatwowiernością w stosunkach z caratem. I też przegrał. A razem z nimi obydwoma przegrała Ukraina […] [cyt. za: J. Jędrzejewicz, Ukraińskie noce…].

    Hetman Filip Orłyk bardzo się starał, nie była to wprawdzie postać formatu Mazepy, ale także nietu-zinkowa. Udało mu się uzyskać poparcie Turcji, przy której pomocy, wraz z wiernymi sobie Kozakami, w roku 1710 udał się na Ukrainę Prawobrzeżną. Przyłączyli się doń, bo jakże mogłoby być inaczej, Kozacy z Siczy Oleszkowskiej. Dotarł z nimi pod Białą Cerkiew, co wyglądało na dziwactwo, bo prze-cież to nie Rzeczpospolita była teraz głównym wrogiem Kozaków i Turcji, lecz potężniejąca coraz bardziej Rosja. Być może Orłyk tu właśnie chciał utworzyć ośrodek walki o całą Ukrainę – tylko że zyskiwał sobie niepotrzebnie dodatkowego wroga. Walka na dwa fronty niewielu się dotąd udawała. W rozległych pismach dyplomatycznych, słanych do władców Szwecji, Francji, Prus, Polski i Turcji, podkreślał znaczenie powołania do życia niezależnej Ukrainy jako ważnego czynnika europejskiej rów-nowagi. Poza mianem zdrajcy nie zyskał niczego. Jego syn Grzegorz został hrabią i generałem francu-skim. A co z Palijem? Skończył w klasztorze zwanym Meżyhorskim Spasem.
    (…)
    Palij ostatni watażka marzył o niepodległej Ukrainie […] o księstwie ruskim, w którym być nie miało ani oświaty, ani szlachty, ani prawa. Z Palijem skończyło się wszystko. Jedna Ruś została z wielkimi wspomnieniami, ale ciemna, bez myśli politycznej i przyszłości. Nie mając co lepszego robić, nie wiedząc, do czego się wziąć, bo step do Krymu rozciągający się zaludniał się pod wpływem Moskwy, a Tatarzy przestali już napadać na Polskę i pochowali się gdzieś daleko za Perekopem, Ruś posyłała drobne oddziały swoje na łupież do prowincyj polskich. Ruś wobec Rzplitej zastąpiła Tatarów. Nie tyle straszna co tamci, rzucała częstszy postrach na kraj podolski i wołyński, bo jako bliska, mogła o każdej porze, na wiosnę i na jesień, odbywać swoje wyprawy. Wyraz hajdamaka w tym czasie dopiero nabył historycznego znaczenia; wprzód może był pospolitym, odtąd stał się technicznym. Hajdamactwo rozwijało się tylko na Ukrainie w pierwszej połowie XVIII wieku. Losy Ukrainy były rozstrzygnięte na długo. Car Piotr jednych terroryzował, drugich demoralizo-wał i chociaż hetmanatu nie skasował, to jednak hetman był teraz zupełnie od Moskwy zależnym [B. Lepki, dz. cyt.].

    W ugodzie zawartej z Turcją car wyrzekał się zwierzchnictwa nad Siczą Zaporoską oraz nad Kozakami mieszkającymi na Prawobrzeżu. Zaraz potem, we wrześniu 1711 r., car, który zaczął się tytułować impe-ratorem Wszechrosji, wydał ukaz, na mocy którego wszyscy Kozacy z Prawobrzeża mieli się przenieść na lewy brzeg Dniepru. Hetman Skoropadski z wyjątkową gorliwością dopilnowywał wypełnienia rozka-zu cara. Z tą chwilą problem kozacki stał się wewnętrzną sprawą Moskwy. Rozpoczęła się prawdziwa „wędrówka ludu”, której słaba Polska nie była w stanie się przeciwstawić. Ci, dotąd wolni Kozacy, zosta-li przekształceni w pańszczyźnianych chłopów, zależnych od swojej starszyzny. Taką to zyskali wolność! Umierając w 1722 r., hetman Skoropadski chciał chyba po raz pierwszy być sprytniejszym od Piotra I i postawić go przed faktem dokonanym. Był naiwny, bo sprawa z Piotrem to nie z Hryciem. Hetman bowiem był pewny, że po jego śmierci car nie mianuje już nikogo hetmanem kozackim, dlatego chciał go zaskoczyć wyznaczeniem na swoje miejsce następcy. Został nim pułkownik czehryński Paweł Połubudek jako „tymczasowy hetman nakaźny”. Kozacy powiadomili o tym cara i poprosili o łaskawe zezwolenie na wybór hetmana, oczywiście Połubudka. On sam zresztą zaczął już przejawiać dużą aktywność bez konsultacji z imperatorem. Bóg wie, na co liczył, Piotr był nie tylko świetnym politykiem, ale też człowie-kiem wyjątkowo nieufnym i podejrzliwym, a nadto okrutnikiem równym Iwanowi Groźnemu. Car po-stanowił sprawę zbadać na miejscu, posłał więc na Ukrainę członków tzw. Kolegium Małoruskiego, które w rzeczywistości miało rządzić Kozakami, choć teoretycznie wspólnie z hetmanem nakaźnym. Gdy Połubudek wraz ze starszyzną, po zorientowaniu się w prawdziwej grze Moskwy, ośmielił się zapro-testować w jakiejś sprawie w obecności szefa kolegium Wielaminowa, ten zareagował tak, jak powinien. Oświadczył ze złością: „Jestem tu prezydentem, a wy (starszyzna kozacka) niczym! Złożę was, a wasze wolności skasuję”. Znieważony Połubudek w 1723 r. skierował na ręce cara pisemną skargę. Piotr na nią odpowiedział, że wszyscy hetmani, począwszy od Mazepy, to zdrajcy, i on, Połubudek, jest takim samym zdrajcą, skoro przeciwstawia się jego woli. Za „karę” car kazał zwiększyć podatki. Na kolejny protest naiwnego hetmana Piotr zareagował gniewem, rozkazując mu, wraz ze starszyzną stawić się przed jego imperatorskie oblicze. Jadąc do Petersburga, minęli się z kniaziem Golicynem, mianowanym zwierzch-nikiem kozackim. W Petersburgu car rozkazał Połubudka zamknąć w Twierdzy Pietropawłowskiej, a towarzyszącą mu starszyznę po prostu pościnać. Piotr I miał dziwne kaprysy i humory – i chyba na ich karb należy zapisać fakt odwiedzenia przez niego uwięzionego Połubudka – aż do śmierci zakutego w łańcuchy na nogach i rękach. Podobno podniósł wysoko te łańcuchy i rzekł: „Nie boję się ani kajdanów, ani więzienia. Lepiej mi umrzeć najgorszą śmiercią, niż patrzyć na likwidację kozactwa”. Car miał wtedy prosić starca o przebaczenie za ostre słowa, a hetman mu odrzekł: „Za niewinne cierpienie moje i moich druhów będziemy się sądzić przed Obliczem wspólnego, sprawiedliwego sędziego, Boga nasze-go. Gdy staniemy przed Nim, wtedy On rozsądzi Piotra z Pawłem”.

    Słowa te spełniły się o tyle, że Połubudek pomarł 30 grudnia 1724 r., car – 9 lutego 1725 r. Nim jednak to się stało, car za „grzech” Połubudka sześciokrotnie zwiększył podatki na ludność Ukrainy. Była to niezła metoda! Stanowiła też ona poważne ostrzeżenie dla nowego hetmana nakaźnego, sędzi-wego już (73 lata) płk. miżhorodzkiego Daniela Apostoła. Byli jeszcze Kozacy, którzy nie mogli pogo-dzić się ze swoim nowym statusem, dlatego jesienią 1734 r. założyli oni Nową Sicz w rejonie rzeki Podpolnej, ale wtedy panowała już caryca Anna. Monarchini ta dała zgodę na powrót Kozaków i na założenie przez nich „Nowej Siczy”. Nie odegrała już ona jednak większej roli wojskowej. Zaporoże było już zupełnie uzależnione od Rosji i tylko wspominało „stare dobre czasy pod Polską”. Dusiło się, bo nie mogło napadać, grabić, palić, mordować. Zaporożcy brali tylko udział jako wojsko pomocnicze w wojnach z Turcją w latach 1735-1739 i 1768-1773. W roku 1734 zmarł Daniel Apostoł, a Petersburg nie wyraził zgody na wybór nowego hetmana. Nie było go do 1750 r. Za panowania carycy Elżbiety, tej, która na swoim dworze zaprowadziła stroje polskie i polski język jako urzędowy, Kozacy na radzie w Głuchowie wybrali sobie hetmana Lewobrzeża. Został nim brat faworyta (faktycznie męża) monar-chini Cyryl Rozumowski, miał wtedy lat 22.

    Warto zwrócić uwagę na tę niebywałą karierę braci Rozumowskich. Zadecydował przypadek. W 1731 r. wojażował po Ukrainie płk Wiszniewski i wyszukiwał uzdolnionych chłopaków z pięknym głosem do carskiego chóru. We wsi Łemesz na Kijowszczyźnie, będąc w cerkwi, usłyszał, jak pięknie śpiewa młodzian Ołeksa Rozum. Przywiózł tego chłopca do Petersburga i przedstawił Elżbiecie, córce Piotra I. Spodobał się jej przystojny junak, więc postanowiła nauczyć go ogłady i dać minimum ko-niecznej wiedzy o świecie. Wkrótce, w 1742 r. Elżbieta została carycą i wzięła sobie za męża owego śpiewaka, ale już jako grafa Rozumowskiego. I w taki oto sposób wiejski chłopak (istny kopciuszek rodzaju męskiego) stał się mężem imperatorowej. Nie przewróciło mu się w głowie i o rodzinie nie zapomniał, a przede wszystkim o młodszym bracie Cyrylu, którego imperatorowa także mianowała grafem i wysłała za granicę do uzupełnienia edukacji. Po powrocie zza granicy miał 18 lat i stał się najmłodszym w historii prezydentem Akademii Nauk w Petersburgu. Był nim krótko, bo oto w licznych petycjach, a zwłaszcza podczas podróży Elżbiety po Ukrainie, Kozacy błagali o hetmana – i to w osobie grafa Rozumowskiego. Wybrali go, a caryca wybór zatwierdziła w lutym 1750 r. Na temat obu braci pisał B. Lepki:

    Sytuacja poprawiła się pod panowaniem córki Piotra, Elżbiety, która poślubiła Kozaka Rozuma (Rozumowskiego) i obdarowała hetmańską buławą jego młodszego brata Cyryla. Wykształcony za granicą, przesiąknięty ideałami oświeconego absolutyzmu, odegrał Rozumowski na Ukrainie podobną rolę, jak Stanisław August w Polsce. Zbudował wspaniałą rezydencję w Baturynie, założył tam uniwersytet świecki, uśmierzał walkę stronników; ale przyszła caryca Katarzyna i Rozumowski skończył jako hetman na emeryturze [B. Lepki, dz. cyt.].

    Decyzja carycy została sprowokowana, bo Rozumowski chciał swój urząd hetmański przekształcić w stanowisko dziedziczne. Nie spodobało się to Petersburgowi, który szybko zniósł urząd hetmański w 1764 r. Tym samym Cyryl Rozumowski był ostatnim hetmanem kozackim. Mieszkał potem w Peters-burgu, dopiero przed śmiercią powrócił do Baturyna i tu zmarł, w tym samym roku co ataman Kalnyszewski, mając zaledwie 75 lat. A tymczasem:

    Kalnyszewski, ataman koszowy, wykształcony szlachcic podolski, zaczął był Sicz przetwarzać z obozu w państwo. Na rozległych ziemiach siczowych podnosił uprawę roli, rozwijał przemysł, zaprowadzał dobrą administrację. To stało się powodem upadku Siczy. Zdobyto ją podstępem na Zielone Święta 1775 r. [szerzej będzie o tym mowa później – E.E]. Kalnysz umarł w Sołowskach, mając lat 112. Przesiedział żywcem zamurowany lat 28. Takim okrutnym finałem zakończyła się krwawa epopeja, hetmanat skasowano, zaprowadzono rosyjski ustrój wojskowy i poddaństwo na wzór rosyjskiego. Ukraińskim panom i starszyźnie kozackiej nadano rosyjskie tytuły, rangi, obdarowano ich majętnościami i przywilejami i ci poczęli się zgadzać ze swoim nowym losem.

    Smutne to, ale prawdziwe. W dobie saskiej Rzeczpospolita przez kilkadziesiąt lat zażywała pokoju, co umożliwiło jej zagospodarowanie ziem ukrainnych, zniszczonych przez wojny kozackie i szwedzkie. Step szeroki pochłonął dawne sadyby ludzkie i zielenił się pustkowiem. Teraz znów zaczął się zaludniać, zabudowywać i ożywać gospodarczo. Pierwszym, który zaczął zagospodarowywać pustkowia, był woje-woda kijowski Franciszek Salezy Potocki, pan na Krystynopolu. To on na nie znaną dotąd skalę rozpo-czął kolejną kolonizację, sprowadzając tu ludność z dóbr Rusi Czerwonej i z tych dzielnic Rzeczypospo-litej, które ludność rolniczą posiadały w nadmiarze. Za jego przykładem poszli inni magnaci zaludniając swoje włości w podobny sposób. Te dobre przykłady zaraziły także drobną szlachtę, która w nadziei na polepszenie własnego bytu także ciągnęła w te strony, uważane za ziemię mlekiem i miodem płynącą. Propaganda kolonizacyjna musiała być silna i atrakcyjna, skoro do zasiedlania stepów zgłaszali się także ludzie z Serbii, Mołdawii i Krymu, a także uciekinierzy z „moskiewskiego raju”, który obiecywał czerni Chmielnicki. Jednym słowem przy końcu panowania Augusta III postrzegamy kresy ukrainne jako ob-szar na nowo zaludniony i zagospodarowany, a także zamożny jak nigdy dotąd. Dodać należy, że ogół tej ludności przyznawał się do unii kościelnej, albowiem pochodził z Rusi Czerwonej lub z centralnych rejonów Polski. Chodzi o Polaków-łacinników, którzy nie znajdując w nowych siedliskach kościołów swojego obrządku, wtapiali się stopniowo w obrządek ruski, stając się z czasem Rusinami. Z tej okazji pamiętnikarz ubolewa:

    Magnaci polscy, którzy obszerne na Ukrainie wówczas mieli posiadłości, bardzo zawiedli wobec Ojczyzny i Kościoła, że licznym kolonistom polskim obrządku łacińskiego pozwolili się zniszczyć, nie starając się w swych dobrach o fundacje kościołów łacińskich. Gdyby byli nieco grosza poświęcili na zakładanie plebanii łacińskich, byliby całą napływową ludność na Ukrainie dla polskości i Kościoła ocalili, a w dalszym następstwie od prawosławia obronili [Pamiętnik Adama Moszczyńskiego, Poznań 1863].

    Na Prawobrzeżu rozpoczęła się kolejna kolonizacja wyludnionych ziem. Ruszyli się włościanie i drob-na szlachta ze wszystkich spokojnych dotąd zakątków Rzeczypospolitej – i nie tylko z niej. Szlachta zamożna protestowała i przeszkadzała, ale piętnastoletnia wolnizna była silniejszym magnesem od „próśb i gróźb”. Kolonizacja ta pierwotnie szła słabo, wciąż było bowiem niebezpiecznie usadawiać się blisko Siczy Zaporoskiej. Ruszyła ona jednak pełną parą już przy końcu panowania Augusta III. Spo-wodowała to cisza, jaka zalegała stepy.

    Grom Chmielnickiego już dawno przycichł w oddaleniu, wreszcie całkiem skonał. Kraj nowe miał zacząć życie; strasznych wysileń było potrzeba, żeby wreszcie zrozumiał dobro swoje i przylgnął z miłością do matki ojczyzny. Przed epoką buntów był tu lud jeszcze prawie w udzielnym kraju ruski, w dobrach ruskich kniaziów, teraz był polski, napłynął z serca Rzplitej, ostatni miejscowych Ukraińców pociągnął ku sobie, a chociaż po rusku mówił, miał już tchnąć sercem polskim; na nowych siedzibach w tej chwili osiadał, kiedy i dla samej Rzeczpospolitej następowały czasy wielkiego prawodawczego przesilenia, które się skończyły dniem 3 maja. Lud ten, wieku nie było potrzeba, a przelałby się był w bryłę czystego złota polskiego [J. Bartosiewicz, dz. cyt.].

    Jednak stało się inaczej i nie tak, jak to sobie wymarzył J. Bartoszewicz. Magnaci polscy bowiem zbyt mocno dbali o własną kieszeń, a mniej lub zupełnie o sprawy publiczne. Nie było wówczas męża, który by potrafił patrzeć perspektywicznie i myśleć przyszłościową polską racją stanu. Chodziło o to, że nie uważali oni za rzecz potrzebną utrzymanie i umacnianie polskości jako droższej od ruskości. Należało zatem owych osadników polskich spisać na straty – i nie tylko zresztą polskich.

    Zaczęła się więc ze wszech stron kupić, do ziemi mlekiem i miodem płynącej, ludność różnorodna, nawet zza Dniepru, bo u nas było swobodniej niż pod Moskwą, z Serbii, z Multan, z Wołynia, od stepów i od Krymu. Mozaika dziwnych wiar, wychowania, języka, obyczajów [tamże].

    I teraz, gdy temu konglomeratowi dano kapłana polskiego, wtedy, być może, mieszanka ta stopiłaby się w polskim, katolickim tyglu, w złoto polskiej narodowości. Stało się jednak inaczej, i to właśnie przez ową przeklętą pazerność! Magnaci wysyłają tam Rusina, bazylianina, o. Kosteckiego, który „rzu-cał garściami światło” na tę ludność. Ale nie było to światło polskie, łacińskie, lecz ruskie, greckie -chociaż przez unię katolickie. A było nad czym pracować.

    Bywało tam, że mężowie mieli po kilka żon i odwrotnie, żony po kilku mężów; bywało, że mężowie żony swoje sprzedawali za towar, złodziejstwa i zabójstwa zdarzały się co dzień. Lud był w niektórych okolicach ciemny, bez pierwszych pojęć o życiu społecznym. Ks. Kostecki lud ten ciemny zrobił chrześcijański (i ruski), tępił w nim nienawiść do Żydów, wskazywał na braterstwo obrządków ruskiego z łacińskim […]

    Nie próżnowali też bazylianie, którzy mieli tu monopol i oparcie w 1900 parafiach unickich (1764 r.) przy zaledwie 20 prawosławnych. Bazylianie rozwinęli wielką misję przede wszystkim na rzecz odnowy moralnej tej różnojęzycznej mozaiki. W latach 1764-1768 powstały ich ośrodki misyjne w Humaniu, Targowicy, Ładyżynie, Śmile, Żabotynie, Czehryniu, Sokołówce, Mańkówce i w kilku jeszcze innych miejscowościach.
    (…)
    Jednocześnie rozwijał się ruch hajdamacki zapładniany przez Sicz. Wobec tego zjawiska ataman ko-szowy okazał się zupełnie bezradny. Próba powstrzymania hajdamaczyzny spowodowała w 1761 r. bunt biedoty (hołoty) kozackiej, który krwawo stłumiły wspólnie władze kosza zaporoskiego i wojsk rosyj-skich. Rok później przywódcą kosza został Piotr Kalnyszewski (Kalnysz). Wysunęła go na to stanowi-sko starszyzna ze względu na jego powszechnie znane prorosyjskie nastawienie. Był on jednym z tych, którzy przyczynili się do katorgi, chłosty i piętnowania dziesiątków Kozaków wywodzących się z czerni. Zapamiętano mu to. Jak wybuchła wojna rosyjsko-turecka w 1768 r., czerń ponownie rzuciła się w Si-czy na domy starszyzny, grabiąc je do cna i mordując tych, co chcieli jej w tym przeszkodzić. Chciano dopaść Kalnyszewskiego, ale ten zwiał, przebrawszy się za mnicha, i schronił w stojącym w pobliżu garnizonie rosyjskim. Czerń wybrała sobie nowego atamana, będącego w jej ręku marionetką, Filipa Fiodorowa. Kalnysz nie rezygnował, intrygami doprowadził do poróżnienia buntowników, aby wresz-cie przy pomocy dwóch pułków wiernych sobie rozbić ich zupełnie. Jednak nie Kalnyszewski uratował Sicz przed kompletnym rozprzężeniem, wreszcie przed likwidacją zaplanowaną przez carycę Katarzy-nę II, lecz właśnie owa wojna rosyjsko-turecka. Wziął w niej udział Kalnyszewski, za którym pociągnęła prawie cała Sicz. Sytuację wykorzystali Tatarzy, napadając na bezbronne Zaporoże, zabierając jasyr, konie i bydło. Kureń korsuński zareagował w grudniu 1769 r. buntem, który zakończył się klęską i ze-słaniem prowodyrów na Sybir. Niespokojnie było także w Rzeczypospolitej, sprawcami zamieszania byli, przywołani już, hajdamacy. Najczęściej termin ten jest ograniczany do czasów koliszczyzny, ale niesłusznie, bo zarówno nazwa ta, jak i ruch pod nią się kryjący znane były już wcześniej.
    (…)
    Jednak tak naprawdę to po raz pierwszy hajdamacy dali znać o sobie w 1734 r. w czasie walki o tron polski po śmierci Augusta II. W tym roku bowiem zbuntował się sotnik nadwornych Kozaków ks. Jerzego Lubomirskiego Werłan. Działał on w porozumieniu z dowódcą garnizonu rosyjskiego stacjo-nującego w Humaniu, który miał mu przekazać, rzekomo, tajny ukaz carski nadający watażce stopień „pułkownika nakaźnego ochotniczego wojska”. Do samozwańczego pułkownika przyłączyła się pewna liczba chłopów i Kozaków humańskich, będących w służbie Potockiego. Nie zabrakło też Zaporożców z Garbu Bohowego. Siła, jaką zaczął rozporządzać „pułkownik carowej Anny”, pozwoliła mu w miarę swobodnie hulać po Bracławszczyźnie i częściowo Wołyniu. Wprawdzie pod Krzemieńcem poniósł klęskę, ale z resztkami opanował i złupił Brody, spalił Załoźce, a nawet groził, że zajmie Stanisławów. Nie był w stanie, w 1734 r. naciskany przez wojska koronne uciekł na Lewobrzeże, a tam już na niego czekały bratnie watahy rebelianckie, m.in. Sawy Czałego. Ciekawa to postać: najpierw służył on u Werłana, ale się z nim posprzeczał, więc udał się na Zadnie-prze i tu założył własną kohortę hajdamacką. Później był na prawym brzegu Dniestru, złapano go tam i osadzono w więzieniu, skąd uciekł do Turcji. Tu zaofiarował swoje usługi hetmanowi Orłykowi. Przeku-piony przez szlachtę, zaczął znów skutecznie zwalczać hajdamaków. W 1741 r. zamordował go Kozak Ihnat Hołuj – wysłannik starszyzny zaporoskiej.Jeszcze raz podniosła głowę hajdamaczyzna w 1750 r. – i to zarówno w Polsce, jak i w Rosji. Jednak i tym razem przegrała po obu stronach Dniepru. Rezultatem tej działalności rozbójniczej było zniszczenie na Bracławszczyźnie 27 miast i 111 wsi. To, co tu zostało powiedziane, stanowi długą uwerturę do rzeczywistej koliszczyzny, w której zasłynęli hajdamacy – więcej – zasłużyli na poemat Tarasa Szewczenki pod takim właśnie tytułem.

  4. Piotrx said

    Sicz i hajdamacy cz 2

    Edward Prus – „Hulajpole- burzliwe dzieje kresów ukrainnych” – 2003
    /fragmenty książki/

    Koliszczyzna antypolska i antykatolicka rabacja kozacko-chłopska to dzieło carycy Katarzyny II, na które zareagowali konfederaci barscy, a na reakcję konfederatów odpowiedzieli znów hajdamacy. Do dzieła pchnął ich bezpośrednio ihumen monasteru motrońskiego Melchizedek Znaczno-Jaworski, a dla zachęty poświęcił noże, narzędzia zbrodni. Ten rytuał przyjmą później kapelani UPA. Na prowo-dyra rizunów ihumen wybrał zakonnego posłusznika, analfabetę o nazwisku Żeleźniak, który był pod-danym rosyjskim. Do monasteru:

    […] przyszedł pewnej nocy Maksym Żeleźniak i postrzygł się w czeńce. Był przez długi czas posłusznikiem, czyli nowicjuszem i ściągnął wielu innych mołojców, którzy tak samo przychodzili i wstępowali do zakonu. I zebrała się ich cała wataha. I znowu pewnej nocy zjawił się u bramy ślepy kobziarz, zwany Wołochem, i zaczął brząkać na bandurze. Obudzili się zuchy, zebrali w cerkwi poświęcone noże i poszli Czarnym Szlakiem – wojować Lachów [J. Jędrzejewicz, dz. cyt.].

    W lasku pod monasterem czekało na nich jeszcze pół setki zbirów, w tym też Zaporożców gotowych do „świętego dzieła”, jak nazywano rzeź „poświęconymi nożami”. Zaporoże już dawno nie pławiło się we krwi, to było wbrew prawu hulajpola, teraz więc nadarzała się okazja. Stało się to w maju AD 1768. Inspiracja moskiewska, której zaprzeczyć się nie da, trafiła na grunt podminowany, miny wspólnie podkładali Petersburg i polscy oligarchowie ukrainni, których żadne wstrząsy społeczne niczego nie nauczyły. Sądzili, że pokój na stepach hulajpola będzie już trwał wiecznie, więc postępowali bezmyślnie i głupio. Ich majęt-nościami zarządzali pełnomocnicy, którzy musieli „zarobić” dla siebie i dla pryncypała. Byli wśród nich i tacy, jak już wiemy, co nawet cerkwie wydzierżawiali Żydom, a biedni chłopi musieli się im opłacać. Mówi o tym ówczesna pieśń zaczynająca się od słów: „Jedzie, jedzie Zelman, jedzie, jedzie jego brat”. Owi pełnomocnicy, czy komisarze, z pełną świadomością czynu i za wiedzą swoich patronów, dla oszczędności kosz-tów, o czym także już wiemy, nie chcieli budować kościołów i w ten sposób przeważający tu wówczas polski żywioł skazali na wynarodowienie. Żydzi byli utożsamiani z polskimi porządkami – i to także było zarze-wiem niechęci do Polaków, które Moskwa w sposób mistrzowski potrafiła rozdmuchiwać i do własnych celów wykorzystywać. Uwidoczniło się to zwłaszcza po ogłoszeniu konfederacji w Barze. Naiwni konfederaci stanęli w obronie zagrożonego, w ich pojęciu, katolicyzmu, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że ściągają na ojczyznę, którą kochali, wielkie nieszczęście. Moskwa zdawała się tylko czyhać na podobne „potknię-cia”, miała sposób na Rusinów, aby ich podnieść do zbrojnego wystąpienia przeciwko Rzeczypospolitej. Pod ręką byli władyka Kuniski – autor ogłupiającej Istoriji Russów iii Małej Rosiji, pop Sadkowski, później-szy jepiskop, a przede wszystkim, już nam znany mnich Melchizedek.

    Długo jeszcze cisnąć się będzie uparte pytanie: jak mogło dojść do tej potwornej tragedii, która, jak po buncie Chmielnickiego, znowu na długie lata miała zatruć krew pobratymczą? Żaden z badaczy polskich nie odrzuca prawdy o inspiracji moskiewskiej i bez wahania wskazuje na Petersburg i świątobliwy Synod Prawosławny. Właśnie ów synod narzędziem swojej i carskiej polityki uczynił w Rzeczypospolitej biskupów dyzunickich – już nam znanego Jerzego Koniskiego i Wiktora Sadkowskiego, a także jepiskopa perejasławskiego Gerwazego Lincewskiego (1757-1769). Ten ostatni przywłaszczył sobie jurysdykcję nad dyzunickimi cerkwiami i monasterami Ukrainy – oczywiście w porozumieniu z jepiskopem mohylewskim i za zgodą Petersburga, ale z zupełnym pominięciem króla. Być może także Petersburg wskazał mu monaster motroneński w starostwie czehryńskim na oparcie w jego dyzunickiej agitacji, a w którym rezydował już agent carskiej ochrany, ihumen Melchizedech (Melchizedek) Jaworski. Tego właśnie wyświęcił na popa w Perejasławiu w 1760 r. władyka Gerwazy, a książę Jabłonowski, wojewoda bracławski i właściciel starostwa czehryńskiego, być może nieświadomy niczego, zgodził się na godność opata w klasztorze motroneńskim dla
    tego osobnika, który tylko przez przypadek uniknął stryczka. Patent na owo opactwo wyjednał dla Melchi-zedeka komisarz starostwa czehryńskiego o nazwisku Potocki. Niezwykły fałszerz był z tego Melchizedeka. Ciemnych chłopów przekonywał, że polscy księża bierzmują nie olejem, lecz gęsim sadłem – omastą żydów, że chrzest u nich nieważny, a gdy duchowny-unita ciało zmarłego pogrzebie, to już po wiek wieków. Albowiem dusza tego nieboszczyka nigdy już nie wstanie – nawet na Sąd Ostateczny. Nie ważne są też śluby katolickie, a katolickie błogosławieństwo jest przekleństwem. Katolicki kapłan bowiem nie błogosławi, lecz przeklina. Ciemny lud ruski, który z popami pił gorzałkę w żydowskiej karczmie, w wielu wypadkach wierzył szalbierzowi, jak dziś niejeden współczesny wierzy „misjonarzom” różnych sekt. Właśnie to ciemne chłop-stwo coraz częściej zaglądać zaczęło do monasteru motroneńskiego, wreszcie szły tu całe pielgrzymki, aby słuchać „prawdy” batiuszki Melchizedeka.

    Uradowany takim powodzeniem w najbliższej klasztoru swego okolicy próbował Melchizedek po niejakim czasie i na Smilatynszczyznę, dobra księcia Lubomirskiego, propagandę rozszerzać. Lecz tu komisarz majętności książęcej, Jerzy Dobrzański, podczaszy brzeski i kijowski, mąż o Unię św. dbały, wcześnie zamysłom Melchizedeka drogę zagrodził, wsparłszy ramieniem i protekcją swoje duchowieństwo unickie przeciw jego wysłańcom [E. Likowski, dz. cyt.].

    Melchizedek był cierpliwy, rzeź hajdamacką przygotowywał precyzyjnie. Doczekał się śmierci komisarza Dobrzańskiego w 1763 r., a z jego następcą, Erazmem Dobrzańskim, poradził sobie bez większego trudu. Inteligentny intrygant omotał komisarza pochebstwami, lekarstwami z apteki klasztornej, alkoholem do tego stopnia, że ten zezwolił opatowi dyzunickiemu i jego wysłannikom na wszystko, i nim się pan Erazm zorientował, już dwie wsie – Ositnica i Telepie odstąpiły od unii. Trzymając komisarza w szachu, Melchizedek bez zezwolenia władz wybudował dwie nowe cerkwie prawosławne i sam je poświęcił – bez zgody miejscowego biskupa. Wreszcie sprawił, że ludność ruska tych wsi na piśmie przyrzekła wierność jepisko-powi perejasławskiemu, rezydującemu poza granicami Rzeczypospolitej. Gdy to się udało, wtedy Melchi-zedek sprowadził na Ukrainę tegoż jepiskopa, aby „zwizytował” jego monaster – oczywiście bez zgody i wiedzy władz polskich – ale znów za wiedzą komisarza starostwa czehryńskiego i Smilatyńszczyzny. Mó-wi się, że sprawiły to pieniądze, które komisarz miał przegrać w karty z opatem. W każdym razie chciwość czy głupota szlachcica miały jemu samemu wkrótce wyjść bokiem, bo o jego względem dyzunii „zasługach” kolije jakoś nie chcieli pamiętać. Gerwazemu urządzono monarsze powitanie na ziemi Rzeczypospolitej, a później huczne przyjęcie. Kozacy grodowi wychodzili mu naprzeciw, bramy triumfalne po drodze stawia-li, spędzony przez nich lud prowadził jepiskopa wśród chorągwi cerkiewnych, szli więc także z samej cieka-wości: jak też wygląda ten jepiskop? Albowiem dotychczas nigdy biskupa na oczy nie widzieli. Katolicy Rusini i Polacy nie zdawali sobie sprawy, z jakim groźnym i upartym osobnikiem mają do czynienia.

    Melchizedek okazał się nie tylko wyjątkowo sprytnym, ale także wyjątkowo inteligentnym przeciwnikiem. Nim się w jego grze połapano, było już za późno. Nie tylko unia zaczęła przegrywać, miała przegrać Rzeczpospolita, a w konsekwencji także Ukraina. W misternej grze Melchizedeka zorientowano się po tym, jak w sposób zupełnie niespodziewany do dyzunii przystała ludność Telepina. Dziekanat śmilatyński postanowił zwołać kapłanów unickich do Telepina w celu naradzenia się, jak zapobiegać nieszczęściu. Melchizedek dowiedziawszy się o tym, podburzył chłopstwo starostwa czerkaskiego i z góry rozgrzeszył każdego, kto zabije duchownego unickiego. Gdy zatem 29 grudnia 1765 r. niektórzy z księży unickich zbliżyli się do Telepina, idąc na wspomnianą naradę, wtedy usłyszeli dzwon na trwogę, jakby miał nastąpić najazd Tatarów. Na ten zew grupa chłopów uzbrojonych w samopały, spisy, cepy, widły, żerdzie zagrodziła księ-żom drogę. Najpierw obsypano ich wyzwiskami, później w ruch poszły pięści. Po wygnaniu duchownych czerń zawołała „sława!” jak po odniesieniu jakiegoś historycznego zwycięstwa. Wieść o awanturze telepińskiej rozeszła się po całej okolicy, bunt i anarchia zawsze odpowiada czerni, więc ta i w swoich wioskach zaczęła „robić porządek” pod prowodyrstwem monachów motroneńskich. Ci poodbierali klucze od cerkwi wystraszonym parochom, zaczęli odmieniać ołtarze na wzór prawosławny, powyrzucali z nich cyboria, Sanctissimum w wielu miejscach nogami podeptali. Taki był początek złego, a samo zło miało nadejść wkrótce. Chyba zrozumiano to w Warszawie, bo na Ukrainie pojawił się oddział wojsk pod komendą regimentarza Woronicza. Woronicz w pierwszym rzędzie aresztował (w sierpniu 1766 r.) Melchizedeka. Argumenty, których użył Woronicz, musiały być przekonywujące, skoro butny Jaworski przyznał się, że działał z polecenia jepiskopa Gerwazego, a ten przecież wchodzi w skład świątobliwego synodu petersburskiego. Być może, że właśnie ta wieść sprawiła, że nie zawisł on jako zdrajca, lecz został tylko „więźniem” klasztoru dermańskiego – stąd zresztą umknął, i to wprost pod skrzydła jepiskopa Koniskiego. Czując się bezpieczny, „sypał” swoich wspólników, wyznał, że robotę na rzecz prawosławia ułatwiali mu komisarze starostw: czehryńskie-go, korsuńskiego i śmilatyńskiego – za sumę 100 i 200 rubli. Także sotnik Charko z Żabotyna brał pieniądze na gorzałkę, a za to podburzał lud do wypędzania duchownych unickich, w czym wyróżniał się niejaki Danyło. Obaj więc dla przykładu zostali na gardle ukarani. Na wieść o tym odezwał się zza kordonu archirej perejasławski, któremu dostarczono głowę Danyły. Ten, uznając ową głowę za „relikwię”, wysłał na Ukrainę w marcu 1767 r. „list pasterski”, w którym już bez ogródek oświadczył, że „macierzyńska Rosja” o swoich prawosławnych w Rzeczypospolitej pamięta. Oskarżył przy tym unitów, iż się „chrześcijanami mienią, a są rozbójnikami, grabieżcami i katami”. Dodać należy, że istniały tu też nastroje wojen kozackich z czasów Chmielnickiego, podsycali je, oprócz wędrownych monachów, także Zaporożcy, którzy nawie-dzali Ukrainę dla łupów i mordów, bez których przecież Sicz obejść się nie mogła. Sytuacja była napięta, podniecenie czerni sięgało zenitu, wystarczył jeden impuls, jedna iskra, aby spowodować krwawy pożar wojny domowej. Właśnie do tego dążyli Koniski i Melchizedek, i jeszcze kilku innych – wreszcie dopięli celu. Zapisało się to krwawymi zgłoskami w historii XVIII wieku.

    Hajdamacczyzna, koliszczyzna – o niej bowiem mowa – poczęła się w zasadzie zimą 1768 r., ale sama rzeź sroga w okresie od maja do lipca tego roku. Właśnie w mroźną noc kresowej zamieci śnież-nej przybył do monasteru mortoneńskiego kowal Maksym – zwany Zalizniakiem (Żeleźniakiem), dawniej brat posługujący w tymże klasztorze, potem ataman siczowy – z kilku innymi Kozakami, aby w monasterze za swoje grzechy czynić pokutę. Był to stary zwyczaj zaporoski. Melchizedek uznał to za zrządzenie losu i zdawał się na Kozaków czekać, a może rzeczywiście czekał. To drugie stwierdzenie wydaje się bliższe prawdy. Być może opat listownie wezwał Żeleźniaka, kreśląc przed nim jakieś atrakcyjne miraże, które różniły się od monotonii życia na Siczy. Świadczyć o tym może napływ do klasztoru coraz większej liczby Kozaków, tak że przed Wielkanocą było ich już około 150. Oni to na wiosnę 1768 r. zbudowali w obrębie monasteru dwie szopy, z których każda mogła pomieścić 1000 koni. Taki był początek dzieła, do którego przez lata całe cierpliwie zmierzał Melchizedek. Czekał tylko na odpowiedni moment. Za taki właśnie sprytny mnich uznał zawiązanie konfederacji barskiej, która głosiła, że jej celem jest obrona wiary katolickiej i Kościoła przeciw uchwałom sejmu (1768 r.), dającym równouprawnienie polityczne i religijne dyzunitom i katolikom. Zatem opat dyzunicki, wszczynając bunt, zdawał się stawać w obronie postanowień sejmowych. Niewiele z tego i tak czerń hajdamacka rozumiała, jej wy-starczyło nośne hasło: „rizaty Lachiw i Zydiw” i z takim hasłem wła-śnie Melchizedek wystąpił, a na wodza pospólstwa wybrał właśnie Maksyma Żeleźniaka, przekonawszy go, że nie tylko dobro cer-kiewne wymaga krwawej rozprawy z Lachami, unitami i Żydami, ale że taka jest wola „najjaśniejszej imperatorowej”, którą zakonnik-hipokryta zwał „najcnotliwszą kobietą”, jaką zna historia ludzkości. Wydaje się, że Żeleźniak mimo takiej zachęty i nadziei na łaskę „najcnotliwszej” długo się wahał, słusznie obawiając się, że chłopska rabacja nie gwarantuje ostatecznego zwycięstwa – a wtedy czeka go zaostrzony pal. Melchizedek przekonywał, że buntow-ników weźmie w obronę caryca Katarzyna II, i aby ostatecznie go skaptować, zawiózł go do Perejasławia, do władyki Gerwazego, aby ten swoją archirejską powagą ułożone plany buntu potwierdził i jako jepiskop im pobłogosławił. Była też groźba klątwy. Być może, że to jeszcze podejrzliwemu Kozakowi nie wystarczało, wtedy obaj spiskowcy i fałszerze – Gerwazy i Melchizedek – użyli argumentu ostatecznego, pokazali mu dokument, rzekomy ukaz carycy, dla większej wiarygodności złotymi zgłoskami pisany i opatrzony pieczęcią imperatorowej wyciśniętą w wosku, a wzywający „lud prawosławny” do rzezi Lachów, unitów i Żydów. Nadto opat głosił, że zgodnie z wolą monarchini zostanie odtworzony hetmanat, ale pod warunkiem, że Ukraina spłynie krwią polską, unicką i żydowską. Wszystko, co złote, miało pochodzić od monarchy, złote litery nie mogły nie przekonać prostego ludu, a że były fałszywe, to o tym wiedzieli wtedy tylko fałszerze. Długo po tym fakcie wielu przyjmowało, iż rzeczywiście Katarzyna II wydała oną złotą hramotę, wielu przyjmowało to za pewnik.

    Dziś wiemy, że autorem fałszywki był sam Melchizedek, uczynił to za wiedzą swojego jepiskopa. Co do tego, że Melchizedek napisał ukaz, nie miano wątpliwości za jego życia. Cała ówczesna Ukra-ina głośno jemu to autorstwo przypisywała, a Kozacy po rzezi pojmani na Melchizedeka i jego mnichów jako na głównych sprawców hajdamacczyzny wskazywali. Nawet kniaź Repnin na wieść o buncie hajdamackim w liście do Nikity Panina na Melchizedeka i Gerwazego wskazywał jako na inspiratorów rzezi, z których postępowania miała być nawet Katarzyna II niezadowolona. Jednak to na Rosję spada odpowiedzialność za bunt o tyle, że to Petersburg agitował przeciw unii, a bunt był tych agitacji antyunijnych następstwem. Czy rzekomy ukaz carski złotymi zgłoskami napisany rzeczywiście przekonał ostatecznie Żeleźniaka? Być może, że tak, ale mimo to miał zastrzeżenia i wątpliwości: skąd weźmie dostateczną liczbę wyszkolonego wojska na takie przedsięwzięcie? Czerń jest dobra do rzezi i rabunku, ale nie do walki z regularnym wojskiem. Wątpliwości rozwiali inspiratorzy, twierdząc, że przy rogatkach granicz-nych czeka na niego 1000 Kozaków zbiegłych ze Smilatyńszczyzny, którzy uszli przed wojskami konfederackimi. Z tymi Kozakami, mówiono mu, przekroczy granicę i wejdzie do Rzeczypospolitej i tu zacznie rzeź w czambuł – zgodnie z wolą imperatorowej. Mówili prawdę, chorągiew kozacka rzeczywiście na niego czekała, teraz już bez żadnych wahań Żeleźniak stanął na jej czele pod malinowym sztandarem. Skąd się faktycznie owi Kozacy wzięli na podorędziu? Rzecz ma się zgoła prosto i dla tamtych czasów i obszarów typowa. Oto w administracji majętności śmiletyńskich, należących, jak już wiemy, do księcia Lubomirskiego, zaistniało pewne nieporozumienie. Dwaj nowo mianowani komisarze, nie mogąc jakoś wejść w posiadanie swoich urzędów przez upór dotychczasowych komisarzy, postanowili sprawę załatwić w sposób zbrojny. Aby osiągnąć cel i rozstrzygnąć spór na swoją korzyść, zwerbowali pewną liczbę Kozaków, pojąc ich gorzałką. Jednocześnie łudzili ich zapewnieniem, że jeżeli ich wesprą, to oni w zamian będą popierać dyzunię przeciw unii. Kozacy chętnie na to przystali, ale gdy się spostrzegli, że mają walczyć ze swoimi braćmi Kozakami stojącymi po stronie dotychczasowych komisarzy, od takiej walki się uchylili. Rozeźliło to nowych komisarzy, którzy zagrozili tym Kozakom wojskiem konfederatów, a wojsko to, według nich, „w pień ich wytnie, a krew ich psy chlipać będą”. Przypadek sprawił, że właśnie w tym czasie pojawiły się w okolicy cztery chorągwie pancerne, które pojmały przyłapanych na rozbojach kilku ich towarzyszy i powiesiły. Widząc to Kozacy, nabrali pewności, że to początek spełnienia groźby komisarzy, przeto pospiesznie opuścili ziemie Rzeczypospolitej – oni to stali się pierwszym zagonem hajdamackim Żeleźniaka.

    W lesie czehryńskim, w tzw. Chłodnym Jarze zaczęli zbierać się hajdamacy pod przewodem Maksyma Zalizniaka. W nocy 14 sierpnia 1768 r. w święto „Makawejów” ihumen monasteru motrońskiego Melchizedek Jaworski poświęcił noże hajdamakom, którzy rozgromili pijanych (sic!) barskich konfederatów, zaczęli rżnąć Polaków i Żydów, a ihumen Jaworski wzywał ich do bicia także unitów, to jest Ukraińców-katolików. Zginęło wtedy około trzystu ukraińskich katolickich duchownych, przeważnie bazylianów [K. Panas, dz. cyt.].

    Przekroczywszy Dniepr, ataman ruszył w głąb kraju z kilkoma oddziałami. Sam szedł ku Humaniowi, jego podkomendny, ataman Nieżywy posuwał się ku Kaniowowi, ataman Szwaczka kroczył na Chwastów, znów ataman Chwost przez Tetyjów gnał na Prawobrzeże. Po drodze przyłączyli się do rebeliantów krewcy pa-robkowie chętni do mordu, gwałtu i rabunku, wreszcie watahy zbuntowanego chłopstwa w nadziei na obfite łupy. Uzbrojeni byli w owe poświęcone noże, w piki, a często w zwyczajne drągi zaostrzone u szczytu. Mnisi dyzuniccy wiedli ich z okrzykiem: na pohybel Lachom, uniatam i Żydam. Żeleźniak miał już w tym czasie pod sobą ok. 30 tys. zbuntowanego ludu – ochotników i tych, którzy w obawie przed utratą życia z rąk pobratymców przystali do buntu pod przymusem.

    Kupy pijanego i rozbestwionego chłopstwa szły, jak kara Boża, paląc wsie i miasta, zabijając starców, kobiety i niemowlęta; łupiąc dwory, kościoły, hostie i świętości biorąc na spisy. Aż włosy na głowie powstają na wspomnienie tych okropności: ludzi wkopywano w ziemię, a potem głowy jak trawę koszono, jak darto pasy, jak niewiastom rozpruwano żywoty i wnętrzności włóczono, a dziećmi małymi w mieście Kumaniu trzy studnie napełniono. Przy wszystkich gościńcach widać było szubienice, gdzie obok szlachcica wisiał ksiądz i Żyd i pies z takim napisem: „Polak, Żyd i pies jedna wiara” [L. Siemiański, Wieczory pod lipą, Kraków 1863].

    Hajdamacy szybko opanowali Żabotyń, Czerkasy, Smiłę, Zwinogródkę, Lisionkę i Korsuń, gdzie wyrżnęli wszystkich Polaków i Żydów. Gdy tylko kwaśny odór rozszedł się po Ukrainie, wnet płomień buntu rozprzestrzenił się na całe prawie Naddnieprze. Szlachta i Żydzi opuszczali swe siedliska i chronili się do miejsc warownych. Jednym z takich miejsc był Humań – dziedzictwo Potockich – gdzie zebrało się 15-20 tys. wygnańców. Uciekinierzy byli pewni swojego bezpieczeństwa pod opieką pułku Kozaków grodowych, opłacanych przez F. Salezego Potockiego. Wśród tych Kozaków był sotnik Iwan Honta (Gonta). Ten potrafił zjednać sobie zaufanie pułkownika Rafała Despota Młodanowicza. Jak tylko krwawy Żeleźniak zbliżył się pod Humań, Młodanowicz wysłał milicję kozacką z Gonta na czele do rozeznania sytuacji, czy nawet do walki z buntownikami. Tymczasem Goncie też zapachniała krew polska, żydowska i rusko-unicka, przyłączył się więc do Żeleźniaka i obaj teraz wspólnie ruszyli „Lachów wojować”. Stanąwszy przed Humaniem, Gonta poprosił swojego łatwowiernego dowódcę o otwarcie bram miasta. Młodanowicz ufając podko-mendnemu, wpuścił go do miasta, nie przypuszczając, że wleje się do środka rzeka ukrytego hajdamactwa. Ponieważ wojsk regularnych na Ukrainie prawie nie było w tym czasie, rebelianci mieli ułatwione zadanie i sprawę z przelęknionymi i bezbronnymi. Wprawdzie stało tu kwaterą wojsko rosyjskie, ale do „polskich spraw” się nie mieszało i wobec rebeliantów zachowywało się z „aktywną neutralnością”. Hajdamacy prze-to uznawali je za sojuszników, wierzyli bowiem w prawdziwość ukazu imperatorowej. Przez tę sołdacką obojętność

    […] zanurzyło się we krwi całe Pobereże między Dnieprem a Bohem. Nie szczędzono starców, dzieci ani niewiast. Widziano powieszoną matkę z czworgiem dzieci na jednym drzewie; widziano kobiety z zaszytymi we wnętrznościach kotami; widziano nieszczęśliwe ofiary, jedne odarte ze skóry, inne gwoździami przybite do belek, dziatwą jak głownią rzucano na rozpalone węgle. […] Hajdamacy wiedli ze sobą własne dzieci, aby je do morderstwa przyzwyczajać. Dość powiedzieć, że na przestrzeni 60 mil wzdłuż i 40 wszerz od Dniepru w głąb Ukrainy nie przepuszczono żadnemu prawie mieszkańcowi, który ucieczką się nie ratował; bo nie oszczędzano nawet chłopów, którzy coś mieli, a do buntu się nie przyłączyli. Rżnięto ich jako „lackie dusze”. W perzynę poszły: Żabotyń, Tetejów, Łysianka, Sawrań, pięćdziesiąt włości, tysiące rozrzuconych po stepach domostw [ks. E. Likowski, dz. cyt.].

    Pod nóż szli duchowni łacińscy i uniccy, a cerkwie unickie i kościoły, jeżeli nie były palone, to bezczeszczone i plądrowane. Kapłanów unickich, którzy nie zdążyli uciec, rżnięto nożami. Zdarzało się jednak, że pojma-nych księży gromadnie pędzono do Perejasławia, aby tam przed jepiskopem wyrzekli się unii, a gdy to się stało w obawie przed utratą życia, wtedy jepiskop chrzcił ich na nowo. Temu niesłychanemu od czasu buntu Chmielą barbarzyństwu położono kres dopiero po rzezi humańskiej, która nie tylko przeszła wszelkie ludzkie wyobrażenia, ale wstrząsnęła nawet sumieniem bezwzględnej Katarzyny II. Teraz niechaj przemó-wi autor, który rzecz opisał według relacji naocznych świadków:

    Zaraz zaczęła się rzeź okropna, na której wspomnienie dotąd zgroza przejmuje serca. Rozjuszone pospólstwo mordowało wszystkich bez litości, nie przepuszczając kobietom, starcom i dzieciom. Trudno opisać całą zgrozę tych okropnych zbrodni. Hajdamacy wpadali do kościołów, mordowali księży, bezcześcili święte hostie i krzyże. Małe dzieci rzucali w powietrze, a potem chwytali na piki. A cóż dopiero rzec o ich postępowaniu z niewiastami? […] Nie tylko zabijali, ale męczyli okropnie nieszczęsne ofiary. Małą garstkę młodzieży, a szczególnie dziewic ocalili, ale kazali je ochrzcić drugi raz podług obrządku schizmatyckiego (prawosławnego), po czym prości chłopi brali sobie takie panny za żony […] Wszelką własność rabowano […] Ze czterystu uczniów w szkołach o.o. bazylianów żaden nie ocalał. Trupy wrzucano do studni głębokiej, większa część jednak zabitych, z szat obnażona, zalegała ulice, wystawiona psom na pożarcie. Padło w Humaniu pod nożami morderców 20 000 ofiar, a w całej Ukrainie 100 000. Taką klęskę zgotowała Polsce Katarzyna, carowa moskiewska […] [Zarys dziejów Polski porozbiorowej, Poznań 1890],

    To prawda, bo hajdamacy rżnęli z imieniem carycy na ustach, co potwierdziło zgodnie 16 osób, tylko 16, bo tyle ocalało z pogromu. Gonta był tak zaślepiony nienawiścią do unii i katolicyzmu w ogóle, że własnoręcz-nie pozarzynał swoje dzieci – tylko dlatego, iż były one ochrzczone w unickim obrządku. Rzecz całą opisał Taras Szewczenko w poemacie Hajdamacy. Ocalał tylko najstarszy piętnastoletni syn, którego wujek zdołał ukryć, a następnie wysłać do Mołdawii. Zaraz po tej rzezi czerń obwołała Żeleźniaka hetmanem, a Gontę pułkownikiem humańskim. Bunt się rozszerzał, a jego rozmach zaczął zagrażać także spokojowi Rosji, a także w jego wyniku cierpiała powaga imperatorowej. Już w świecie głoszono, iż okrutnej rzezi dokonują chłopi prawosławni w imię prawosławnej imperatorowej, która mordercom sprzyja. Wobec tych faktów rabacja musiała być zlikwidowana, zresztą już swoje zadanie spełniła: osłabiła Rzeczpospolitą i przyczyniła się do klęski konfederatów. Teraz zacznie się rosyjskie polowanie na konfederatów i hajdamaków, jednych i drugich spotka ten sam wspólny los w syberyjskich minach. Bywało, że do jednej taczki byli przykuci hajdafnaka i konfederat. Rabacja zatem została zlikwidowana wspólnymi siłami polsko-rosyjskimi.

    Sami Moskale przelękli się wielkich rozmiarów buntu, dlatego aby powściągnąć hordy hajdamackie, a zarazem oczyścić się z zarzutu, że za ich sprawą koliszczyzna [wyraz ruski, oznaczający rzeź, bunt] wybuchnęła, wystąpili zbrojnie przeciwko hajdamakom. Pochwycili Gontę i Żeleźniaka [w nocy z 6 na 7 lipca w Humaniu – E.P], a morderców powiązali. Gonta [jako królewski poddany – E.R] został ukarany okropną śmiercią, a Żeleźniak, jako poddany rosyjski, do Rosji odesłany gdzie żył spokojnie [tamże].

    Ten fakt też potwierdza dowodnie, że za sprawą rabacji stała jednak Moskwa, a obaj atamani mogli się przekonać, że owa złota hramota była zwykłą fałszywką. A zatem: jak tylko wieść o rzezi Humania dotarła nad Newę, caryca postanowiła zrzucić z siebie odium inspiratorki ludobójstwa i dalszej rzezi położyć kres. 20 czerwca w tej kwestii pisała, ale nie złotymi literami:

    „Dowiadujemy się ze smutkiem, że nasi współwyznawcy zamiast dziękować Bogu za udzielone im naszym staraniem równouprawnienie, sami do nieporządków się przyczyniają, a zapomniawszy posłuszeństwa zwierzchności i panom swoim, popełnili niektóre mordy i gwałty. Wiemy, że poszli za zgubnym przykładem konfederacji barskiej, buntującej się przeciw władzy, a oprócz tego stali się ofiarami oszukaństwa bandy, która, nazywając się zuchwale częścią wiernych naszych wojsk zaporoskich, pokrywaniem fałszywych, w naszym niby imieniu wydanych, ukazów nęciła do siebie.”

    Po odebraniu tego manifestu, po tym jak już ok. 300 tys. dusz padło pod nożami hajdamaków, dowództwo wojsk rosyjskich postanowiło także (na rozkaz carycy) przystąpić do akcji zbrojnej wespół z wojskiem polskim. Użyto broni kolijów, tj. podstępu. Gen. I. Gusiew zaprosił atamanów koliszczyzny na bankiet i tu ich znienacka aresztował. Rozbrojonych zakuto w przygotowanych wcześniej dybach i z wielką skru-pulatnością oddzielono rosyjskich poddanych od polskich. Ostatnich, wraz z Gonta, odesłał gen. M. Kreczatnikow hetmanowi F.K. Branickiemu, który od czerwca przebywał z wojskiem na Ukrainie, walcząc przeciwko konfederatom barskim. Branicki rozesłał ich po fortecach, zatrzymawszy tylko do własnej dyspozycji Gontę. Rosjanie zaś wzięli swoich w liczbie ok. 1500 osób i wcielili do swoich pułków sołdackich na 25 lat, starych zesłali pod biegun. Tylko Żeleźniak i Melchizedek poszli na Sybir, ale stąd szybko powrócili. Melchizedek otrzymał bogate opactwo w Rosji, a Żeleźniaka nagrodzono sporym szmatem ziemi i obdarzono szlachectwem. Bezlitośnie natomiast los obszedł się z szeregowymi hajdamakami, starszymi wiekiem, których przeznaczono do dożywotniego rycia w kopalniach rtęci na Sybirze. Tu, jak się rzekło, los ich zetknął z konfederatami barskimi, a jedni i drudzy znów spotkali tu Polaków wcześniej zesłanych, w tym potomków tych, których porwano z Polski jeszcze za czasów Piotra I.

    Wyprowadziło wtenczas żołdactwo cara Piotra z Polski młodzieży moc niezliczoną, a brało w dodatku konie i woły[…] Nie dosyć na tern, uwoził car w głąb Moskwy, na Sybir Polaków, już nie tylko szlachtę, ale i senatorów […] Wszystko było jego, czego się tylko dotknął, co mu stało na drodze. Po Ukrainie zadnieprzańskiej kolej przyszła na Polskę dźwigać kajdany moskiewskie. I poszli na pustynie Sybiru Zieliński, arcybiskup lwowski, Wiśniowiecki, hetman, i Siennicki, miecznik litewski. Cóż mówić o drobniejszych gniewu carskiego ofiarach? Kośćmi polskimi wybrukowane są mogiły Sybiru. Konfederaci barscy spotykali tam już potomków, wnuków swojej braci, szlachty polskiej [Julian Bartoszewicz, dz. cyt.].

    Tymczasem po fortach Rzeczypospolitej, we Lwowie, Winnicy, Brodach, Załoźcach, wieszano dziennie po kilkunastu pojmanych hajdamaków, darto też z nich pasy i wbijano na pal. Gontę stracono w Serbach pod Mohylowem, zadawszy mu okropne męki. Doznał przedsmaku piekła. Zmarł w trakcie zdzierania z niego żywcem skóry i ćwiartowania. (…)

  5. Wandaluzja said

    W archiwum Wojewódzkim we Wrocławiu znaleziono dokument NSDAP z roku 1938 o CAŁKOWITEJ LIKWIDACJI POLSZCZYZNY NA UKRAINIE. W 1963 r. kolega dał mi 20 odbitek tego dokumentu dla rozesłania znajomym. – KOMU TO BYŁO POTRZEBNE?

  6. Ad 2

    Zob.: https://marucha.wordpress.com/2012/04/05/o-ruchach-hajdamackich/#comment-155628
    Powtórzę: „Papier jest cierpliwy – powiadają – i przyjmie wszystko, ale to nie znaczy, że p. Piotrx cokolwiek udowodnił swoim brutalnym atakiem ad personam, oprócz własnej niezdolności do uczciwego prowadzenia dyskusji.”

  7. Piotrx said

    Re 6:

    Moje pytanie o narodowość i wyznanie blog nazywa „brutalnym atakiem” toż to prawdziwa hucpa – skoro blog tak chętnie „doradza” w roznych sprawach Polakom to niech robi to odtąd na własny rachunek i nie zasłania się Polakami i katolikami ani nie podszywa się pod nich.

    Wobec zatajenia przez bloga jego/ich prawdziwej narodowosci i wyznania przyjmuję że nie jest on narodowosci polskiej (ani też wyznania rzymskokatolickiego) , odtąd będę określał bloga jako „nie-polski blog.ru”.

    ******************************************************************
    Moje pytanie z wpisu 2 było następujące:

    Ja jestem narodowości polskiej i wyznania rzymskokatolickiego, mam na imię Piotr.

    A Pan/Pani/Państwo? “blogerzy” jakiej jest/jesteście narodowości i jakiego wyznania?

    Brak publicznej odpowiedzi na to pytanie oraz metody stosowane przez bloga oraz “linia” i skrajnie tendencyjny wybór tresci w Gajówce oraz na na:
    http://polski.blog.ru/

    utwierdzą mnie w jeszcze większej podejrzliwości co do intencji kierujących jego wpisami.

    Bowiem osoba/osoby ukrywające lub wstydzące się swojej narodowości i wyznania budzą u mnie podejrzenia i pytania w czyim tak naprawdę interesie i imieniu działają.

    Każdy ma prawo do własnego zdania czy rzeczowej krytyki ale niech to robi na własny osobisty rachunek a nie chowając sie za plecami Polaków i katolików

  8. JO said

    ad.5. Prosze o wklejenie tresci posiadanej przezd Pana odbitki na Forum Gajowki.
    ad. 6. Jakiej jest Pan Narodowosci i Wyznania?

  9. JO said

    ad.1. „I dlatego najpierw trzeba zawrzeć pokój między naszymi narodami i ustanowić zasady wzajemnie korzystnych relacji, owocnej współpracy, a dopiero potem – korzystając z możliwości jakie otwiera wspólna wola polityczna – przedstawiać konkretne postulaty dotyczące prawdy historycznej, pamięci o ofiarach i sposobów jej kultywowania, także wśród młodzieży.” – Polski Blog

    Pokoj (miedzy Narodami?) nie zawiera sie „najpierw” a jest wynikiem Sakramentu Pokuty Panie Blogu
    Reszta Pana wpisu jest Antypolska.
    Polska ma jedna pamiec historyczna oparta na Prawdzie. Poszukiwanie kompromisu z Falszem jest NIEDOPUSZCZALNE a wlasnie to Pan proponuje.

    Nie Ma Narodow Dwoch – Polskiego i Ukrainskiego – Jest Tylko JEDEN NAROD POLSKI i wiele Rodow lub etnicznosci

    NIE ma Narodu Ukrainskiego

    Pan przemyca w niby dobrej intencji CHORE TRESCI

    Pana Poglady sa NIEpolskie

  10. Re 9
    Myli się Pan/-i/ – moje poglądy są nie tylko polskie, ale przede wszystkim PROPOLSKIE. Czego i Panu/-i/ życzę.

    PROF. ANNA RAŹNY USIŁUJE NAWRÓCIĆ POLAKÓW NA POLITYKĘ PROPOLSKĄ

    I. Prof. Anna Raźny w 2010 roku:

    „USA i Rosja” – film przedstawia fragment prelekcji pt. „Polska między Rosją i Niemcami”, wygłoszonej 27.03.2010 roku, czyli w tydzień po nagłym usunięciu prof. Raźny ze stanowiska Przewodniczącej Rady Politycznej LPR przez lobby proamerykańskie w Polsce. Usunięcie poprzedziła seria wystąpień prof. Raźny na przełomie 2009/2010 r. na rzecz weryfikacji stosunków z Zachodem i ustanowienia partnerskiej współpracy z Rosją i rosyjskim prawosławiem:

    — apel do prezydenta Kaczyńskiego i list do premiera Tuska w sprawie zmiany polityki wobec Rosji z „konfrontacyjnej” na „geopolitycznego partnerstwa”:

    „Apel o zmianę polityki wschodniej

    Zarząd Główny Ligi Polskich Rodzin apeluje do władz Polski – prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rządu Donalda Tuska – o zmianę polskiej polityki wschodniej, obejmującej Rosję, Ukrainę i Białoruś. Od 1989 roku jest ona kreowana przez amerykańskie lobby w Polsce, mające swych przedstawicieli w polskim parlamencie, wszystkich partiach politycznych – z wyjątkiem narodowych – w środowiskach opiniotwórczych i mediach. Jest to polityka transatlantyckiej konfrontacji z Rosją, którą należy zastąpić polityką geopolitycznego partnerstwa. Zmiana ta nie oznacza utworzenia rosyjskiego lobby w miejsce amerykańskiego. Oznacza jedynie ukierunkowanie polskiej polityki zagranicznej, a w jej ramach polityki wschodniej, na polskie interesy, które mogą być realizowane wyłącznie na gruncie partnerstwa i dobrego sąsiedztwa z Rosją. Polityka konfrontacji, której przejawem było m. in. uczestnictwo Polski w tzw. kolorowych rewolucjach w państwach postsowieckich, obliczona była na ich oderwanie od Moskwy i otwarcie na wpływy amerykańskie.

    Wbrew swoim interesom narodowym Polska wzięła znaczący udział w walce Stanów Zjednoczonych o wpływy w Europie Wschodniej i na obszarze Kaukazu. W konsekwencji nasze relacje z Rosją pogorszyły się, zaś polska gospodarka poniosła wymierne straty oraz uległa, podobnie jak polskie społeczeństwo, uzależnieniu od posunięć dwóch wielkich graczy politycznych na arenie międzynarodowej. Jest to wysoce nieodpowiedzialna postawa w sytuacji uzależnienia polskiego państwa od rosyjskich nośników energii. Działanie odwetowe Moskwy objęło bowiem nie tylko sferę polityki, ale również dostawy ropy i gazu do Polski. Uległy one poważnemu ograniczeniu, które zapowiadać może nagłe ich powstrzymanie przez stronę rosyjską, powołującą się na zasady wolnorynkowe w tranzycie i sprzedaży. Strona polska natomiast w handlu z Rosją ucieka od tych zasad w sferę wielkiej polityki, w której – paradoksalnie – nie odgrywa żadnej samodzielnej roli. Równie niepokojące jest to, że władze oraz media nie przekazują polskiemu społeczeństwu rzetelnej informacji na temat dostaw gazu rosyjskiego i ropy. Manipulują świadomością Polaków poprzez zatajanie faktów, unieważnianie praw wolnego rynku, nagłaśnianie tematów zastępczych. W rezultacie Polacy skazani zostali przez polskie władze na domysły bądź całkowitą niewiedzę w sprawach, które dotyczą bezpośrednio ich życia codziennego i ich gospodarki. (…)

    Tymczasem Stany Zjednoczone, których antyrosyjskę politykę Polska realizuje, nie tylko nie angażują się w zapewnienie naszego bezpieczeństwa energetycznego, lecz je wręcz uniemożliwiają. Natomiast stanowisko unijne w tej kwestii jest solidarnością jedynie na papierze. W tej sytuacji konieczne jest samodzielne działanie polskich władz, które w obecnej chwili – zanim Polska zdywersyfikuje swe zaopatrzenie w nośniki energii – wymaga zamiany polityki konfrontacji na politykę partnerstwa z Rosją.” (lpr.pl, 10.01.2010);

    — artykuł „Ruch narodowy w Polsce w nowej sytuacji politycznej i gospodarczej”:

    „Wbrew polskiemu interesowi narodowemu

    Niestety, prawda o Traktacie Lizbońskim, poddana jawnej manipulacji przez lewicowo-liberalne oraz tzw. prawicowe partie polityczne, środowiska opiniotwórcze i nade wszystko media, nie dotarła do świadomości wszystkich Polaków. Wielu z nich żyje w euforii, wywołanej możliwościami uzyskania dotacji unijnych, które nie są konfrontowane z naszymi składkami członkowskimi, ani tym bardziej z katastrofalnymi skutkami bezwolnego i bezmyślnego dostosowania polskiej gospodarki do wymogów Brukseli. Społeczeństwo polskie zostało bowiem potraktowane przez zwolenników bezwarunkowego wejścia do Unii Europejskiej i przekształcenia jej w superpaństwo z najwyższą arogancją i taką wyższością, która rodzi się z poczucia bezkarności. Poczucie to będzie silne tak długo, jak długo nie przedrze się do świadomości polskiego społeczeństwa idea odpowiedzialności za przyjęcie przez Polskę Traktatu Lizbońskiego. Odpowiedzialność ta spoczywa w równej mierze na prezydencie Lechu Kaczyńskim, który go podpisał, jak i na parlamencie, który go zaakceptował. Nade wszystko jednak na tych partiach, które zdominowały polską scenę polityczną jako partie prawicowe i patriotyczne – PO i PiS. Wbrew podkreślanym przez ich liderów różnicom, łączy je strategia globalistycznych działań nie tylko prounijnych, ale również proamerykańskich. Dowodem tych ostatnich była jednomyślność w sprawie Iraku i udział Polski w tzw. prewencyjnej wojnie Stanów Zjednoczonych z tym suwerennym państwem, podobnie jak udział w takiej samej wojnie z Afganistanem. Przeczy on polskiemu interesowi narodowemu, polskiej tradycji historycznej i polskiemu etosowi.

    Stanowi więc weryfikację partii pragnących uchodzić za prawicowe i patriotyczne, ukazuje zakłamanie głoszonych poglądów i manifestowanych postaw. Weryfikacja ta obejmuje nie tylko PO oraz PiS, ale również Prawicę Rzeczypospolitej Marka Jurka. Przywódca tej partii agitował z mównicy sejmowej za udziałem Polski w tych wojnach i swego poparcia dla nich nie zmienił. Zasłynął tezą, iż wynika ono z naszego długu moralnego wobec Stanów Zjednoczonych. Teza ta jest tak samo nieuzasadniona jak wprowadzenie przez niego jako marszałka Sejmu święta Chanuki do polskiego parlamentu. Nie powinno więc dziwić, że jego partia nie odwołuje się do tradycji narodowej. Nie ma też programu obrony narodowego interesu Polski. Chce jedynie, podobnie jak PO i PiS, zagospodarować narodowy elektorat, rozbity po wyborach 2007 roku.” („Aspekt Polski” nr 146/2009, aspektpolski.pl, 28.12.2009);

    — artykuł „Czy możliwe jest partnerstwo Polski z Rosją?”:

    „(…) Wydarzenia ostatnich lat pokazały, że opcja transatlantycka nie obejmuje interesów polskiego społeczeństwa i polskiej racji stanu, a wręcz im przeczy. Swe zwycięstwo u nas zawdzięcza bardzo silnemu i bardzo aktywnemu lobby amerykańskiemu, które ma swych przedstawicieli w polskim parlamencie, we wszystkich – z wyjątkiem narodowych – partiach politycznych, polskiej nauce i kulturze, a nade wszystko we wszystkich środkach masowego przekazu. Ci ludzie mają za sobą dłuższe lub krótsze, często wielokrotne, pobyty w Stanach Zjednoczonych na stypendiach, stażach, szkoleniach, kursach, wykładach, które odbywali na koszt państwa amerykańskiego, różnych jego instytucji, fundacji, organizacji, koncernów, czy wreszcie wpływowych lobby. Strona amerykańska jako finansująca ich pobyt, w mniej lub bardzie subtelny sposób narzucała i narzuca im priorytetowe dla niej koncepcje polityczne, społeczne, kulturowe, gospodarcze. Polscy klienci amerykańskich instytucji w przeważającej większości przejmowali te koncepcje, nawet wówczas, gdy mieli za sobą przeszłość komunistyczną.

    (…) W związku z tym rodzi się wiele pytań (…) również co do naszej roli w relacjach Unii z Rosją. Odpowiedź, iż jesteśmy czarnym koniem Stanów Zjednoczonych jest niewystarczająca. Nie tylko dlatego, że jest zbyt prosta, ale nade wszystko dlatego, że potwierdzałaby naszą niezdolność do partnerstwa na trzech osiach: Warszawa – Moskwa, Warszawa – Bruksela i Warszawa – Waszyngton. Decydujące o tych relacjach lobby amerykańskie w Polsce jest bowiem niezdolne do własnego partnerstwa ze Stanami Zjednoczonymi, wobec których nie posiada żadnej autonomii i podmiotowości.” („Aspekt Polski” nr 147/2010, aspektpolski.pl, 23.01.2010);

    — artykuł „Czy Rosja będzie z nami bronić krzyża?”:

    „Sejm RP, godząc się na Traktat, a Prezydent Lech Kaczyński, podpisując go, wzięli na siebie polityczną i moralną odpowiedzialność za sankcjonowanie walki z chrześcijaństwem i kształtowanie odciętej od przeszłości Europy. Podjęta w Unii walka z krzyżem stanowi wyzwanie nie tylko dla każdego katolika, ale również chrześcijanina. W obronie krzyża nie powinno nas nic dzielić – ani różnice konfesyjne, dogmatyczne i eklezjologiczne, ani narodowościowe. Europa potrzebuje naszej chrześcijańskiej jedności w obronie krzyża, a więc również jedności polskich katolików i rosyjskich prawosławnych. Wspólna obrona krzyża jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna. Ona też może stanowić najważniejszy krok w kierunku pojednania naszych narodów. Jest to zadanie, które powinniśmy podjąć. Nasz rzekomo największy sojusznik – Stany Zjednoczone – nie jest zainteresowany umocnieniem Europy i jej odrodzeniem religijnym. Przeciwnie, łatwiej mu będzie nadal nad dominować nad nią rozbitą duchowo, pozbawioną silnego fundamentu aksjologicznego, cofającą się przed napierającym islamem. To supermocarstwo światowe, wykorzystujące dla swego globalizmu ideę demokratyzacji świata oraz ideę obrony praw człowieka jest głuche, gdy są one łamane w odniesieniu do chrześcijan, gdy ich tysiące są każdego roku zabijane z powodu nienawiści religijnej.

    Stany Zjednoczone, niezależnie od tego czy rządzą nimi demokraci, czy konserwatyści nie są sojusznikami chrześcijaństwa ani w Europie, ani w świecie. Sojusznikiem może być Rosja, która przestała być stolicą światowego ateizmu i powróciła do prawosławia oraz jego wartości.
    (…)
    Przygotowanie świadomości polskiego i rosyjskiego społeczeństwa mogą utrudniać nie tylko politycy, ale również środowiska opiniotwórcze i media – w ogromnej mierze podlegające politycznej poprawności, nie zainteresowane przyszłością cywilizacyjną i duchową Europy, popierające zachodzące w niej negatywne procesy. W Polsce wspólną z rosyjskimi prawosławnymi obronę zwalczanego w Europie krzyża utrudniać będą nie tylko fanatyczni zwolennicy obecnego kształtu Unii Europejskiej oraz jej ustawy zasadniczej – Traktatu Lizbońskiego – ale również silne lobby amerykańskie, które kreuje naszą politykę wobec Rosji. Politykę transatlantycką, antyrosyjską. Taki charakter będzie ona miała tak długo, jak długo będą się z nim zgadzali polscy katolicy. Stanęli bowiem przed następującą alternatywą: albo będą nadal godzić się na dyktat Brukseli i Waszyngtonu w sprawach religii, albo pójdą za Ojcem Świętym i głosem sumienia, które podpowiada wspólną z Rosją obronę krzyża w Europie i świecie.” („Aspekt Polski” nr 148/2010, aspektpolski.pl, 24.02.2010);

    — oficjalne stanowisko LPR w sprawie sprowadzania wojsk amerykańskich do Polski:

    „Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało, że rząd polski i rząd amerykański uzgodniły miejsce stacjonowania amerykańskich rakiet „Patriot” na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

    To ważne uzgodnienie międzypaństwowe dokonało się w najgłębszej tajemnicy przed Polakami, bez przeprowadzenia w tej sprawie debaty parlamentarnej, ani debaty publicznej. Rozlokowanie na terytorium Polski obcych wojsk i uzbrojenia stawia Państwo Polskie w sprzecznej z Konstytucją sytuacji zakwestionowania suwerenności wojskowej Państwa, taka forma niesuwerenności miała już miejsce w historii Polski i została odrzucona przez Naród.

    Lokalizacja na terenie Państwa Polskiego amerykańskich systemów rakietowych bliskiego zasięgu musi wywołać niepokój wśród naszych sąsiadów, a to jest sprzeczne z elementarnym interesem narodowym Polaków. (…)

    Ukrywanie przed Narodem decyzji, które w swoich skutkach mogą zagrozić bezpieczeństwu Polski, jest kontynuacją polityki awanturnictwa wojennego, która stała się naganną praktyką polskich władz.

    Witold Bałażak, prof. Anna Raźny, Mirosław Orzechowski” (lpr.pl, 10.02.2010).

    * * *

    DOPIERO W TYM MOMENCIE MAMY WŁAŚCIWĄ PODSTAWĘ DO ROZPOCZĘCIA DYSKUSJI NA TEMAT UKRAINY I ROSJI. Pani profesor Raźny mówi nam wprost, że dotychczasowa polityka szukania na Ukrainie chętnych do występowania razem z Polską przeciwko Rosji i traktowania Ukrainy jako zapory przeciwko Rosji – poniosła druzgocącą klęskę i przyniosła Polakom wielką szkodę.

    II. Prof. Anna Raźny w 2012 roku:

    — artykuł „Rosja Anno Domini 2012 (1)”:

    „(…) W kształtowaniu obecnych i przyszłych stosunków z Moskwą nie możemy pominąć żadnego z nich [tragicznych doświadczeń]. Musimy być czujni i z tym większą uwagą śledzić zachodzące w Rosji współczesnej procesy, że zaznacza się w nich wyraźny powrót do polityki imperialnej. Naszej czujności powinna towarzyszyć odpowiednia dla naszej suwerenności i naszych interesów polityka wobec Rosji.

    Zgodnie z formułą Romana Dmowskiego – jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie – powinna to być polska polityka, nie zaś unijna w osiemdziesięciu procentach i amerykańska w dwudziestu, jak to ma miejsce obecnie. W realizowanej dotychczas przez polskie władze opcji unijno-amerykańskiej wobec naszych wschodnich sąsiadów, głównie wobec Rosji, wykorzystana została koncepcja Jerzego Giedroycia, zgodnie z którą priorytetem dla nas winna być BUDOWA WIELKIEJ UKRAINY (JAKO RZEKOMEJ ZAPORY PRZED MOSKWĄ) kosztem Polski.

    Nieudana w tym postradzieckim państwie pomarańczowa rewolucja, w której przyjęliśmy rolę jej awangardy, zdyskredytowała doszczętnie zarówno koncepcję Giedroycia, jak i całkowicie rozbieżną z naszymi interesami unijno-amerykańską politykę wobec Rosji. Wymownym świadectwem tej rozbieżności jest z jednej strony uporczywe pomijanie przez kolejne ekipy rządzące Polską problemu ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich w czasie II wojny światowej; z drugiej natomiast – upokarzający brak symbolicznego choćby zainteresowania Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych problemami zbrodni katyńskiej. Ci rzekomo strategiczni sojusznicy Polski (czterech prezydentów Polski – Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski zadeklarowało, iż również Izrael jest taki sojusznikiem) od początku naszej walki o prawdę na jej temat, a następnie o jej rozliczenie, milczą wymownie”. („Aspekt Polski” nr 172/2012, aspektpolski.pl, 02.03.2012).

    Czas na praktyczne wnioski.

Sorry, the comment form is closed at this time.