Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archive for Kwiecień 10th, 2012

Austria: młodzi socjaliści podpalili własny lokal, winę zrzucili na „prawicowych ekstremistów”

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Młodzi socjaliści z Jusos, socjaldemokratycznej młodzieżówki, donieśli w ostatnich dniach prasie oraz prokuraturze o podpaleniu ich lokalu w Innsbrucku oraz zdemolowaniu jego wnętrza przez „prawicowych ekstremistów”. Włamywacze mieli się dostać do lokalu przez okno, zniszczyć sprzęty, podpalić wiszące plakaty na ścianach, a także narysować na nich szereg swastyk. Całe zajście miało rzekomo miejsce w nocy, kiedy dwoje członków socjalistycznej młodzieżówki (18 i 17 lat) spało w lokalu.

Winą młodzi socjaliści obarczyli bliżej niesprecyzowanych „prawicowych ekstremistów”, co z miejsca zostało podchwycone przez żądnych sensacji dziennikarzy, a temat pojawił się na pierwszych stronach dzienników oraz portali. Marko Miloradović, kandydat w najbliższych wyborach stwierdził nawet, że cała sytuacja to „usiłowanie zabójstwa”.

Tymczasem jak się okazało, podpalaczem-prowokatorem był wspomniany 17-letni członek socjalistycznej młodzieżówki. Przyznał się do podpalenia i narysowania swastyk podczas przesłuchania na posterunku policji. Jak zeznał, celem prowokacji miało być wywołanie nagonki prasowej na miejscową prawicę.

Ponieważ prawodawstwo austriackie jest bardzo czułe na punkcie promocji nazizmu, kwalifikacja czynu została młodemu prowokatorowi zmieniona na poważniejszą, mianowicie „próbę reaktywacji ustroju narodowo-socjalistycznego”. Wszystko przez swastyki narysowane w bezkresnej głupocie na ścianach lokalu własnej organizacji.

Za: tt.com
http://autonom.pl/

Posted in Polityka | 13 Komentarzy »

Legenda i cud Polskiej Szkoły Matematycznej

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

E. Kählerowi
Stanisławowi Michalskiemu
i Zygmuntowi Janiszewskiemu

W niniejszym artykule zastanawiam się nad istotą matematyki i opisuję dziwnie późne, bo dopiero w XIX wieku, pojawienie się szkół matematycznych (a przecież szkoły filozoficzne istniały już w klasycznej starożytności!). Próbuję uprzytomnić i uzmysłowić to cudowne zjawisko, jakim były narodziny Polskiej Szkoły Matematycznej (PSM) i jej życie we Lwowie i Warszawie. Nasza epoka straciła zmysł cudu, organ percypowania cudu jest w atrofii. Powiada się: „cudów nie ma – bo ich być nie może”, panuje lęk przed cudownością. Powstały całe filozofie i nauki starające się eliminować wydarzenia cudowne: historycyzm, socjologizm, psychologizm, ekonomizm. Cud – to pojawienie się i życie czegoś zupełnie nowego, nieoczekiwanego – i czymś takim było pojawienie się PSM.

Jedną z mych tez jest, że ów cud był przejawem większego cudownego procesu, jakim był renesans narodu, obudzenie się jego sił twórczych, zrozumienie i wiara w naukę (i sztukę) pielęgnowaną tu i teraz. Przejawem tego był niezwykły pęd do samouctwa, a owocem – niespotykane dotąd w świecie, bezprecedensowe wydawnictwo: Poradnik dla Samouków, dziecko Stanisława Michalskiego (I wyd. 1907, II – 1913/14). Najciekawszym jego tomem była Matematyka, redagowana i w dużej mierze napisana przez młodziutkiego, genialnego Zygmunta Janiszewskiego – ojca PSM. Nieprzypadkowa to koincydencja. Zapewne prace nad Poradnikiem nasunęły Janiszewskiemu ideę nowego nurtu w matematyce, nazwanego później – PSM. Ale PSM to nie tylko grupka młodych, genialnych ludzi, to także nowy styl życia i „pracy” matematycznej: atmosfera i aromat beztroskiej twórczej zabawy – radość tworzenia bez myśli o karierze naukowej i publikowaniu. Siedzibą i centralą owego życia była kawiarnia Szkocka we Lwowie.

Legenda PSM musiała powstać. Legenda to nie tylko baśniowy opis dokonań dawnych bohaterów – czy będą to mnisi buddyjscy, czy apostołowie i święci wschodniego Kościoła – to nie kronika życia mistyków suffijskich, czy cadyków chasydzkich, przygód „rycerzy okrągłego stołu” króla Artusa – poszukiwaczy świętego Graala. W legendzie żyje wielki impuls, który powodował owych bohaterów do czynów niezwykłych, ważnych dla całej ludzkości. Dlatego legenda chce być opowiadana i czytana. Zapomnienie o owych dokonaniach i cierpieniach to bardzo poważna choroba – amnezja. Ulegają jej nie tylko poszczególni ludzie, lecz całe narody. Praca niniejsza jest także próbą przeciwdziałania owej amnezji.

Czytaj resztę wpisu »

Posted in Różne | 31 Komentarzy »

Wydłużenie wieku emerytalnego niekonstytucyjne?

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Zdaniem niektórych prawników propozycja rządu dotycząca podniesienia wieku emerytalnego jest sprzeczna z Konstytucją. Związkowcy rozważają złożenie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego.

Związkowcy nie rezygnują z walki z propozycją rządu dotyczącą podniesienia wieku emerytalnego. Domagają się oni konsultacji projektu, który ma trafić pod obrady Sejmu. Jeżeli do tego nie dojdzie, deklarują protesty na ulicach Warszawy.

Tymczasem pojawiają się wątpliwości czy planowana ustawa jest zgodna z Konstytucją. O swoich obawach mówi Krzysztof Pater, były minister polityki społecznej i współtwórca poprzedniej reformy emerytalnej. – Wątpliwości konstytucyjne wzbudza pomysł wprowadzenia emerytur cząstkowych, choć bez poznania szczegółów trudno odnieść się do tych kwestii – dodaje Pater.

Zdaniem Patera tylko orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego może rozwiać wątpliwości. Związkowcy rozważają więc złożenie wniosku o rozpatrzenie rządowej propozycji.

Źródło: niezależna.pl
ged
http://www.pch24.pl

O ile znamy się na życiu, to już z góry wiemy, jak Trybunał rozstrzygnie tę sprawę. – admin

Posted in Polityka | 11 Komentarzy »

Przedsiębiorca pozbawiony wolności za koszty sądowe, które wcześniej spłacił

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Fundacja LEX NOSTRA złożyła do Ministra Sprawiedliwości wniosek o zbadanie skandalicznej sprawy pozbawienia wolności przedsiębiorcy Ryszarda Sidorowicza przez Sąd Rejonowy w Goleniowie na wniosek Norberta Korzeniowskiego – komornika sądowego przy Sądzie Rejonowym w Goleniowie. Jest to skandaliczny przypadek bezkarności urzędniczej, która może spotkać każdego z nas. Jest to przykład jak administracyjnie można nie tylko zniszczyć przedsiębiorcę, ale też – ”prewencyjnie” – obciążyć go olbrzymimi kosztami sądowymi, a gdy to “nie pomoże” – wsadzić do więzienia. A jak będzie dochodził swoich praw – to zasądzić kolejne 2.760,00 zł za jeden termin rozprawy.

Opis sprawy:

Zdaniem p. Ryszarda Sidorowicza geneza jego obecnych kłopotów to rok 2002 i wybory na Burmistrza Goleniowa, w których brał udział jako jeden z kandydatów. W wyborach uzyskał duże poparcie mieszkańców, jednak Burmistrzem został Andrzej Wojciechowski.

Po przegranych wyborach – zdaniem p. Sidorowicza – uruchomiona została przeciwko jego żonie nagonka administracyjna zmierzająca do wypowiedzenia dzierżawy “Restauracji u Żaka” znajdującej się w dzierżawionym od gminy budynku. W jej efekcie p. Sidorowiczowie otworzyli 10 km od Goleniowa zajazd “GOŚCINIEC POMORSKI” w Babigoszczy.

Gdy p. Sidorowicz dowiedział się, że Burmistrz Goleniowa p. Andrzej Wojciechowski jednoosobowo obniżył nowym dzierżawcom “Restauracji u Żaka” stawkę dzierżawną, p. Sidorowiczowi “puściły nerwy” i wystosował do niego List Otwarty, w którym nazwał go pasożytem, łobuzem. W wyniku Listu Otwartego został pozwany przez Burmistrza Andrzeja Wojciechowskiego do Sądu Karnego w Goleniowie i Sądu Cywilnego w Szczecinie.

Pierwszym procesem był proces w Rejonowym Sądzie Karnym w Goleniowie, gdzie składowi przewodniczył SSR Grzegorz Kołakowski. Jak twierdzi p. Sidorowicz – został on w tym procesie “zlinczowany”. Sąd orzekł o kosztach sądowych, które zobowiązany był pokryć p.
Sidorowicz.

W międzyczasie p. Sidorowiczowie zostali zmuszeni – kolejnymi decyzjami administracyjnymi – do zamknięcia zajazdu “Gościniec Pomorski” w Babigoszczy. Żona p. Ryszarda również została uwikłana w osobny cywilny proces sądowy.

Ponieważ p. Ryszard Sidorowicz cały czas się odwoływał i dążył do uchylenia wyroku, Sąd Rejonowy w Goleniowie uruchomił przeciwko p. Ryszardowi postępowania egzekucyjne, do których włączył się goleniowski komornik Norbert Korzeniowski.

Czytaj resztę wpisu »

Posted in Polityka | 9 Komentarzy »

Białoruś: czy będzie zwrot w polityce zagranicznej?

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Pogorszenie stosunków z Rosją i polepszenie z Unią Europejską – taki ma być, zdaniem obserwatorów, scenariusz polityki Mińska w najbliższych tygodniach.

Jeszcze w tym tygodniu może dojść do dwóch znaczących wydarzeń na Białorusi. Do Mińska mogą powrócić ambasadorowie Unii Europejskiej i Polski, którzy opuścili kraj rządzony przez Aleksandra Łukaszenkę na polecenie tamtejszych władz. Równocześnie zwolnieni mają zostać więźniowie polityczni. Jest to podstawowe żądanie Brukseli.

Łukaszenko celuje w poprawę stosunków z Unią Europejską, a nie bez znaczeniu jest tu fakt, że jego relacje z Rosją ulegają ochłodzeniu. Dowodem na pogorszenie stosunków białorusko – rosyjskich jest dziwna „wojna lotnicza”. Najpierw strona rosyjska niespodziewanie zakazała białoruskim samolotom lotów do Moskwy. W odpowiedzi Białoruś zabroniła wszystkim rosyjskim liniom latania do Mińska.

Kiedy rosyjskie władze wydały zgodę na loty białoruskich samolotów do Moskwy, zakazały z kolei lotów do wszystkich innych miast Rosji. Eksperci twierdzą, że w rosyjsko – białoruskiej batalii lotniczej chodzi o zniechęcenie Łukaszenki do poprawy stosunków z UE.

Wiele wskazuje jednak na to, że Łukaszenko jest zdecydowany by przerwać dyplomatyczną wojnę z Brukselą. – Sam Łukaszenko w swoim wystąpieniu 5 kwietnia, choć w dość specyficzny sposób, zaproponował Unii Europejskiej pokój – mówi białoruski politolog Walery Karbalewicz. Ambasadorowie UE mieliby wrócić do Mińska pod warunkiem zwolnienia więźniów politycznych.

Zwolnieni jednak mają być tylko dwie osoby. Władze Białorusi tłumaczą to tym, że tylko tylu uwięzionych poprosiło o łaskę. Wśród nich jest były kandydat na prezydenta Andriej Sannikau.

Nie wszyscy jednak są takimi optymistami w sprawie relacji UE – Białoruś.

– Łukaszenko i jego ekipa, a więc Uładzimir Makiej i szef resortu spraw zagranicznych Siarhiej Martynau, przekazali Zachodowi szczególne przesłanie, że powinien uznać Białoruś taką, jaka jest – mówi politologi Uładzimir Podgoł – Zgodnie z tym scenariuszem najpierw powinni wrócić ambasadorowie krajów UE, a dopiero potem może zostać nawiązany dialog – podkreślił. Jak wskazał, władze białoruskie usiłują w skierowanej do wewnątrz propagandzie rozdzielić sprawę więźniów politycznych i sankcji UE. – Te sankcje zostały przecież wprowadzone właśnie po to, by doprowadzić do zwolnienia uwięzionych. A Martynau mówił niedawno, że sankcje to nieuzasadniony, zewnętrzny nacisk, podczas gdy więźniowie to wewnętrzna sprawa Białorusi, wynikająca wyłącznie z naszego prawa karnego – dodał.

Źródło: rp.pl
ged
http://www.pch24.pl

Posted in Polityka | 5 Komentarzy »

Rosja: „nie” dla pederastii

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Fot. PHOTOPQR/LA DEPECHE DU MIDI /FORUM

W Petersburgu zatrzymano dwóch aktywistów, wznoszących hasła promujące pederastie. Skonfiskowano też transparenty z podobnymi treściami. Grozi im grzywna. To pierwsza taka kara będąca efektem wprowadzonej ustawy zakazującej tego typu propagandy.

Zatrzymani mogą być obciążeni karą pieniężną w wysokości do 5 tysięcy rubli, czyli około 500 złotych. W Petersburgu obowiązuje bowiem zakaz promowania pederastii pod karą grzywny. Wprowadzając ustawę, tamtejsze władze miały na uwadze przede wszystkim dobro młodych obywateli. Słusznie uznano bowiem, że zboczeńcy mają na nich negatywny wpływ.

Przeciwni takiemu rozwiązaniu są oczywiście sami pederaści, którzy w wielu krajach świata terroryzują większość domagając się coraz większych ustępstw na rzecz swoich chorych i zboczonych upodobań. Do takich prowokacyjnych zachowań środowisk homoseksualnych w Petersburgu dochodzi prawie codziennie.

Pomysł takiego zakazu podoba się deputowanym Dumy. Szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow uzasadniał funkcjonowanie tego prawa dobrem całego społeczeństwa. – Staramy się ochronić nasze społeczeństwo przed homoseksualną propagandą.

Rosyjskie władze pragnące odbudować potęgę swego kraju w duchu imperializmu pomieszanego z resentymentami bolszewickimi słusznie doszły do wniosku, że by tego dokonać trzeba zacząć od odbudowy sił społecznych narodu. Nic tak nie osłabia narodu jak efekty rewolucji homoseksualnej. Wyniszczająca zdrowie Rosjan plaga alkoholizmu, demoralizacja skutkująca masową ilością zachorowań na choroby będące efektem rozwiązłości, aborcja, która eliminuje kolejne pokolenia to wszystko degeneruje naród rosyjski. Władze doszły do wniosku, że spróbują zawalczyć o przyszłość narodu z wpływowym lobby homosekulanym.

Źródło: spiegel.de
luk
http://www.pch24.pl

Od rusofobów oczekujemy ataków na Putina, który prześladuje opozycję i tłumi demokrację. – admin.

Posted in Kultura | 20 Komentarzy »

Jak Goldman Sachs wywołał globalny głód w latach 2006-2008

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Pod koniec 2006 r., ceny żywności na całym świecie zaczęły tajemniczo rosnąć. W ciągu roku, cena pszenicy wzrosła o 80%, kukurydzy o 90%, a cena ryżu o 320%. Nagle około 200 milionów ludzi na całym świecie – w większości dzieci – zaczęło głodować. A później, w 2008 r., równie nagle ceny wróciły do swoich poprzednich poziomów. Jean Ziegler, specjalista ONZ ds. Prawa do żywności, nazwał to „cichym ludobójstwem”.

Większość proponowany w tamtym czasie wytłumaczeń okazała się fałszywa. Ceny nie wzrosły dlatego, że obniżyła się podaż. Międzynarodowa Rada Nasiennictwa stwierdziła, że globalna produkcja przenicy faktycznie wzrosła w omawianym okresie. Nie stało się tak również z powodu większego popytu, który spadł o 3%. Mówiono o innych czynnikach, takich jak wzrost zapotrzebowania na biopaliwa, czy wzrost cen ropy. Na pewno miały one pewien wpływ, jednak nie mogły wytłumaczyć tak gwałtownej zmiany.

Prawdziwe przyczyny były zupełnie inne. Od ponad stulecia, rolnicy w bogatych krajach mieli do dyspozycji pewne instrumenty, które chroniły ich przed ryzykiem. Np. rolnik może w styczniu podpisać umowę na sprzedaż plonów w sierpniu po określonej cenie. Jeśli plony obrodzą, straci trochę pieniędzy, ale jeśli plony się nie udadzą, lub globalne ceny bardzo spadną, dzięki umowie nie straci zbyt wiele pieniędzy. Gdy podobne umowy były ściśle uregulowane i stronami mogły być tylko firmy bezpośrednio handlujące żywnością, system działał dobrze.

W latach 90’tych, Goldman Sachs i inne banki lobbowały za zniesieniem regulacji. Podobne kontrakty zostały zamienione na „instrumenty pochodne”, które mogły być przedmiotem obrotu maklerów, którzy nie zajmowali się w ogóle rolnictwem. W ten sposób narodziła się spekulacja żywnościowa. Od tego momentu, kontrakt na sprzedaż plonu w przyszłości mógł być odsprzedawany przez banki kolejnym bankom, po coraz wyższej cenie. Cena żywności nie była już ustalana na podstawie popytu i podaży (co samo w sobie i tak było bardziej niż niedoskonałe, gdyż pozostawiało miliard ludzi bez dostępu do wystarczającej ilości żywności). Od czasu deregulacji, cenę ustalały spekulacje na rynku instrumentów pochodnych, które windowały ceny.

W 2006 r. spekulanci, tacy jak Goldman Sachs, przesunęli środki z załamującego się rynku nieruchomości na rynek żywności. Liczyli na to, że ceny żywności pozostaną na stałym poziomie, pomimo zapaści reszty gospodarki. Za nimi, ruszyli pozostali inwestorzy. Tak więc, choć popyt i podaż na żywność pozostały na tym samym poziomie, popyt i podaż na instrumenty pochodne oparte na kontraktach na dostawy żywności wzrósł ogromnie – zwiększając ceny. W ten sposób doszło do wybuchu głodu. W 2008 r. ta bańka również pękła, gdy sytuacja w USA pogorszyła się do tego stopnia, że spekulanci musieli zmniejszyć inwestycje, by pokryć swoje straty na rodzimym rynku.

Merrill Lynch ani Deutsche Bank, pytane o spowodowanie masowego głodu, odmówiły komentarza. Goldman Sachs twierdził, że nic podobnego nie miało miejsca. Skąd wiemy, że to nieprawda? Gdyż niektóre plony nie są objęte instrumentami pochodnymi, np. ziemniaki, proso, maniok. Ich ceny nie wzrosły zbytnio w omawianym okresie.

Za: http://www.independent.co.uk/
http://cia.media.pl/

Posted in Gospodarka, Polityka | 2 Komentarze »

SOPA powraca. Czy może być coś gorszego od ACTA?

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

W sprawie SOPA (Stop Online Piracy Act) – kontrowersyjnego projektu ustawy antyamerykańskiej, który powstał w Stanach Zjednoczonych – cisza. Ale to cisza przed kolejną burzą, bo chmury już się zbierają za Oceanem.

Biały Dom zorientował się, że z protestującymi internautami nie wygra, i zdecydował się nie popierać SOPA. Jednak szef MPAA (Motion Picture Association of America), Christopher Dodd, twierdzi, że debata na temat SOPA nie jest jeszcze skończona. Jego zdaniem właściciele praw autorskich muszą w końcu dojść do porozumienia ze światem technologii. Dodd na wszelki wypadek nie odpowiedział jasno na pytanie, czy rozmowy w sprawie SOPA są obecnie prowadzone. Z jego wypowiedzi można jednak wysnuć wniosek, że tak, co oznacza, że debata z politykami jest prowadzona za zamkniętymi drzwiami i bez kamer. Naprawdę nie można inaczej?

Przy tej okazji przypomnę jeszcze o TPP (Trans Pacific Partnership) – międzynarodowej umowie podobnej do ACTA. Według analityków porozumienie to może być groźniejsze, niż ACTA, gdyż narzuca ono rozwiązania prawne tam, gdzie ACTA jeszcze pozostawia pewną dowolność. Niestety analiza TPP opierała się na propozycjach Stanów Zjednoczonych związanych z TPP, gdyż dokument i negocjacje są tajne. Wiadomo natomiast, że TPP narzuci państwom, które podpiszą porozumienie, prawne „zachęcanie” dostawców usług do współpracy z posiadaczami praw autorskich. I tak, w miejscu, gdzie ACTA zaledwie dopuszcza przekazanie danych osobowych domniemanego „pirata” wytwórni filmowej, TPP to działanie zwyczajnie narzuci. Informacje na temat tego aktu można znaleźć na InfoJustice, który przeprowadził analizę. Tymczasem Stany Zjednoczone znów starają się negocjować po cichu.

Regulacje w kwestii własności intelektualnej są potrzebne, ale nie tędy droga. W takiej debacie nie tylko politycy i wytwornie są stronami, wciąż zapomina się o zwykłych użytkownikach Internetu. Wciąż mam wrażenie, że ktoś (MMPA?) próbuje podzielić internautów (a nawet całe kraje!) na robiących legalne zakupy w sieci i bezwstydnych piratów. A Internet to nie supermarket, gdzie można coś kupić lub ukraść – to przede wszystkim medium komunikacyjne obejmujące cały świat i zacierające wiele granic. Poza tym, nie wyobrażam sobie, jak można przekonać obywateli do ustawy, jeśli przy każdej okazji odmawia się udzielania im informacji na jej temat. Takie działania zniechęcą ludzi nawet do sprawiedliwego i uczciwego aktu.

Autor: Anna Rymsza (Xyrcon)
Źródło: http://www.dobreprogramy.pl/

Za http://newworldorder.com.pl

Posted in Me(r)dia | Możliwość komentowania SOPA powraca. Czy może być coś gorszego od ACTA? została wyłączona

50 powodów do opuszczenia UE

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Poniższe wypunktowane powody do opuszczenia UE zostały napisane z perspektywy brytyjskiej. Są niezwykle ciekawe. Pomysł warto zrealizować także w wersji polskiej, odnośnie „polskich korzyści” jakie dostarcza nam UE i je w podobny sposób wypunktować. Zachęcamy do działania drogich czytelników i czytelniczki. Kto zechce, niechaj dołoży swoją cegiełkę. Praca zostanie opublikowana, ku potomnym, na Stop Syjonizmowi i Polsce Walczącej.

Tłumaczenie Jerzy Ulicki-Rek
Źródło: http://douktris.wordpress.com/

Wstąpiliśmy do EU (EEC) w 1972 roku. Po 38 latach przynależności wiemy co następuje:

1. Sześć europejskich traktatów konstytucyjnych doprowadziło do powstania trzy-warstwowej dyktatury nowego Polibiura

2. UE ma prawa państwa policyjnego – które są coraz częściej egzekwowane.

3. 120,000 regulacji UE przyniesie nam radziecką gospodarkę w stylu nakazowym i skrajne ubóstwo.

4. Narzuceni dyktatorzy UE będą kontrolować bron jądrowa byłych narodów Wielkiej Brytanii i Francji.

5. Sześć nielegalnych traktatów EU zmusi nas do oddania wszystkich naszych sił zbrojnych pod kontrole EU.

6. Nasze siły zbrojne i policja zostały poinformowane, ze będą przysięgać na wierność EU lub zostaną zwolnione.

7. 120,000 regulacje UE będą ściśle kontrolować nasze życie osobiste – więcej niż jakikolwiek naród w historii.

8. Przepisy UE kosztują nas teraz 100 mld funtów rocznie (“Komisja Lepszych Regulaminów”- raport roczny 2005).

9. Wprowadzone w życie te nielegalne przepisy zniszczą większość z naszych 4,5 milionów małych firm.

Czytaj resztę wpisu »

Posted in Polityka | 7 Komentarzy »

Michalkiewicz: Są przesłanki aby sądzić, że Tusk po cichu zwraca tzw. “mienie żydowskie”

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

O roszczeniach środowisk żydowskich oraz stosunku do nich Donalda Tuska, ze STANISŁAWEM MICHALKIEWICZEM rozmawia Rafał Pazio.

NCZAS: Napisał Pan, że w czerwcu ubiegłego roku premier Donald Tusk skierował do wojewodów tajne rozporządzenie, aby w trybie administracyjnym oddawali „mienie żydowskie” zgłaszającym się „spadkobiercom”, którzy nie mają dokumentów umożliwiających przeprowadzenie postępowania sądowego. Czy mógłby Pan uzupełnić tę informację?

MICHALKIEWICZ: Informacja, którą uzyskałem, pochodziła od osoby, której tożsamości tutaj podać nie mogę. To bardzo poważny człowiek z tytułem profesorskim. W korespondencji ze mną zapytał, czy wiem o tym, że w czerwcu ubiegłego roku premier Tusk skierował do wojewodów tajne zarządzenie dotyczące tzw. mienia żydowskiego. Rozumiem, że sprawdzić tego u źródła, czyli w kancelarii pana premiera, nie mogę. Jeżeli zarządzenie jest tajne, to zostanę odprawiony z kwitkiem albo w najlepszym razie okłamany. Nikt się do tajnego zarządzenia nie przyzna, tym bardziej do tajnego zarządzenia takiej treści.

Więc co uprawdopodabnia tę wiadomość?

Wiadomość może być bardzo prawdopodobna ze względu na następującą sekwencję wydarzeń. Na początku ubiegłego roku nastąpiła istotna zmiana w stanowisku Izraela, jeśli chodzi o mienie żydowskie. Do tej pory Izrael dystansował się od tej całej kampanii, którą prowadziły organizacje przemysłu holokaustu, głównie amerykańskie, przeciwko Polsce. Izrael formalnie nie miał z tym nic wspólnego, chociaż wiadomo było, że merytorycznie to popiera. Od stycznia ubiegłego roku Izrael stanął na czele tej operacji. Wespół z Agencją Żydowską utworzył specjalny zespół, którego celem jest przeprowadzenie operacji odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej. Media polskie o tym specjalnie nie informowały, tak jakby miały jakieś zalecenia. Wiadomo, że cenzury nie ma, ale media głównego nurtu, w których jest, jak sądzę, mnóstwo konfidentów poprzebieranych za dziennikarzy, zawsze skądś wiedzą, o czym można mówić, pisać i pokazywać, a o czym nie wolno. Skąd to wiedzą, tego nie wiem – być może od swoich oficerów prowadzących.

Czytaj resztę wpisu »

Posted in Polityka | 10 Komentarzy »

W Lublinie wydano list otwarty do miast na Ukrainie

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Większość radnych Lublina podpisało list w którym domagają się jasnego stanowiska rad miejskich miast ukraińskich w sprawie Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Polakach Przewodniczący Rady Miasta, Piotr Kowalczyk, szef zarządu miejskiego PiS w Lublinie nie podpisał listu.

Lubelski PIS pokazuje swoje prawdziwe oblicze

Do władz Lublina wystosowano list otwarty wzywający Lwów, Łuck i Stanisławów do potępienia zbrodni ludobójstwa dokonanego przez OUN/UPA, wśród osób, które nie złożyły swojego podpisu projektem – jest przewodniczący Rady Miasta, Piotr Kowalczyk, szef zarządu miejskiego PiS w Lublinie.

Treść projektu skierowanego na marcową sesję Rady Miasta.

„W trosce o pamięć historyczną i wzajemną współpracę między naszymi narodami – Rada Miasta Lublin zwraca się z apelem do samorządów miast partnerskich Lublina: Łucka, Lwowa i Iwano-Frankowska o potępienie zbrodni ludobójstwa dokonanych w latach 1943-1944 przez oddziały OUN-UPA oraz SS Galizien na ludności narodowości polskiej a także ukraińskiej, żydowskiej, ormiańskiej i czeskiej.

Wzajemne partnerstwo, współpraca i przyjaźń, na które od wielu lat pracujemy, nie mogą opierać się na braku jednoznacznego, krytycznego stanowiska wobec zbrodni i bestialstwa popełnionych na bezbronnej ludności cywilnej. Szacunek wobec naszej wspólnej, niekiedy bardzo trudnej, historii jak również hołd oddany naszym pomordowanym rodakom, to jeden z fundamentów dalszych owocnych relacji między naszymi miastami i narodami. Wszelka forma gloryfikowania twórców zbrodni, jaką była rzeź niewinnej ludności Wołynia i sprzyjanie kultywowania tych wydarzeń – bezwzględnie muszą zostać potępione przez naszych ukraińskich partnerów.

Biorąc pod uwagę powyższe, Rada Miasta Lublin, przyjmując za priorytetowy cel budowanie dalszej wzajemnej współpracy i szacunku między Lublinem a naszymi wschodnimi miastami partnerskimi, apeluje o zajęcie jednoznacznego stanowiska potępiającego zbrodnie ludobójstwa wołyńskiego, tudzież jej wszystkich sprawców” …

Wypowiedź Kaczyńskiego, który był obecny w Lublinie na temat Ludobójstwa:

„Każda sprawa ma swój „tajming” – (błysnął neologizmem prezes PiS) – Kiedy ja byłem premierem, a mój brat prezydentem to nie był dobry czas, żeby zwracać Ukraińcom uwagę, bo oni myśleli jak trafić na Zachód. Ale ponieważ teraz przeważa u nich opcja wschodnia, to już można mówić o ludobójstwie! – stwierdził lider Prawa i Sprawiedliwości.”

I to jest właśnie to, co dyskwalifikuje Prezesa Kaczyńskiego jako przedstawiciela wszystkich patriotycznych ugrupowań w Polsce.

Jeżeli ma on „tajming” na Ludobójstwo, to ma też i na inne ważne problemy i tematy. A więc wybiórczo realizuje politykę, która dla wielu Polaków jest sednem. Jest „tajming” na Kresy, i na inne cele.

Czytaj resztę wpisu »

Posted in Polityka | 14 Komentarzy »

O ruchach hajdamackich (5)

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

Nadesłał p. PiotrX.

Poprzednie części:
https://marucha.wordpress.com/2012/04/05/o-ruchach-hajdamackich/
https://marucha.wordpress.com/2012/04/06/o-ruchach-hajdamackich-2/
https://marucha.wordpress.com/2012/04/07/o-ruchach-hajdamackich-3/
https://marucha.wordpress.com/2012/04/09/o-ruchach-hajdamackich-4/

Franciszek Rawita Gawroński “Historia ruchów hajdamackich” – 1913 r.

Część 7
Rzeź humańska

W jednym z poprzednich rozdziałów mówiliśmy o Humańszczyźnie w ogóle i o tych warunkach istnienia fortecy w Humaniu, jakie stworzyła dla niej wola Potockiego. Teraz musimy jeszcze słówko powiedzieć o topografii ówczesnego Humania. Miasto, jak i dziś, leżało na lewym brzegu rzeczki Humenki, zwanej także Humanką albo Umanką, która, pomiędzy Pieniążkowem a Berestowcem początek wziąwszy, płynęła do Humania, a otaczając przedmieścia i wzgórza miastowe linią wężowatą, wpadała do Jatrania, dopływu Sinej Na wiosnę krwawego roku 1768 Humań przedstawiał się jako punkt dostatecznie obronny i posiadał garnizon piechoty z 600 żołnierzy złożony, którym dowodził porucznik Lenart, jako też milicją z Kozaków, składającą się z piechoty i konnicy, pod dowództwem dwóch pułkowników, Obucha i Magnuszewskiego. Milicja była przeznaczona do uganiania się za włóczęgami i rabusiami stepowymi, a garnizon pod wodzą Lenarta trzymał straże na bramach i w więzieniu, które zawsze było przepełnione hajdamakami. Oprócz otoczenia forteczki wysokimi palisadami, posiadała ona wewnątrz miasta jeszcze jeden umocniony posterunek: był to dwór gubernatorski. Otoczony on był również palisadą i posiadał cztery wielkie narożne baszty. W jednej z tych baszt na górnym piętrze miał swoją pracownię inżynier Szafrański, przysłany przez wojewodę do zrobienia pomiarów, gdyż właśnie Potocki, na życzenie ks. biskupa Ryłły księży unickich. Był to człowiek już nie pierwszej młodości, żołnierz z profesji, który służbę swoją odbył w wojsku Fryderyka II. W obrębia forteczki nie było studni, a co dziwniejsze, nikt nie pomyślał wcześniej o tym, ażeby się w wodę na wypadek potrzeby zaopatrzyć. Na wiosnę dopiero roku 1768 poczęto ją na gwałt kopać, wybrawszy do tego miejsce koło Ratusza — nadaremnie jednak kopano: natrafiono na grunt kamienisty, ale źródła nie było. Wspominam o tym fakcie dlatego, że stał się on później dla oblężonych jeżeli nie przyczyną, to przyspieszeniem klęski.

Litografia Teofila Mielcarzewicza „Rzeź humańska”

Gdy się z wczesną wiosną rozniosły echa o tym, że jakiś Żeleźniak, otrzymawszy błogosławieństwo od ihumena motroneńskiego, począł grasować w Smilańszczyźnie, w majętnościach ks. Jana Lubomirskiego, równie obszernych jak Humańszczyzna. Mładanowicz przywołał pułk kozacki znad Siniuchy do Humania i w pobliżu rozłożył go obozem, razem z piechotą. Tymczasem przez Żydów przychodziły niepokojące wieści i odbijały się o uszy Ciesielskiego, który siedział jeszcze w Humaniu po załatwieniu sporu między Mładanowiczem a Gontą — jako pełnomocnik Potockiego. Mówiono, że Gonta miewa porozumienie z hajdamakami i że już nad Siniuchą leżącego, próbowano go zjednać dla Żeleźniaka. Wówczas sprzeciwił się temu starszy setnik Duśko, człowiek roztropny, który do tego ręki przykładać nie chciał. A na szczęście cieszył się mirem u Kozaków. Gdy mu plan połączenia się z Żeleźniakiem przedłożono, wręcz odpowiedział że: „siedem niedziel byłoby waszego panowania, a siedem lat będzie wieszania i ćwiartowania”. Duśko wszakże umarł na stepie. Ciesielski, przelękniony, wysłał gońca z żądaniem powrotu Gonty. Posłuszny setnik przyjechał. Przybyłego kazał Ciesielski okuć w kajdany i nazajutrz wyprowadzić pod szubienicę w zamiarze powieszenia. Tu się w całą sprawę wmieszała kobieta — pani pułkownikowa Obuchowa. Poczęła upewniać Ciesielskiego co do wierności Gonty, tak zaręczać, tak przekonywać, że jest niewinny, że darowano mu życie. Ten dowód przyjaźni zapamiętał sobie Gonta. Należał on do tych, którzy bodaj litość w krytycznej chwili wzbudzić w sobie mogą. Piękny trzydziestokilkuletni mężczyzna, gładki z damami, wykształcony, jak się zdaje, w polskich szkołach, nie ustępował żadnemu szlachcicowi.

Gdy pochód Żeleźniaka już się objawił wyraźnym kierunkiem, powołani Kozacy obozowali pod Humaniem. Podejrzenia co do Gonty musiały być słuszne, gdyż i w obozie stojąc, także miewał konszachty z jakimiś ludźmi, przyjeżdżającymi „z zagranicy”. Widocznie obawiał się, ażeby go nie przyłapano, gdyż nocną porą wymykał się do swoich wiosek, gdzie odbywały się jakieś narady. Obuch oskarżył go przed Mładanowiczem. Gubernator nie okazał ani przenikliwości, ani stanowczości charakteru w stosunku swoim do Gonty. Nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które wisiało nad Humaniem. Byli tacy, którzy już wówczas domagali się kary i usunięcia setnika, ale Mładanowicz wręcz oświadczył, że nieprzekonanego o zdradę karać nie może. Rozciągnięto tedy nad podejrzanym ścisłą kontrolę, tak dalece, że śledzono wszystkich, którzy zbliżali się do niego. Okazało się wkrótce, że Obuch miał słuszność: w obozie Gonty zjawili się popiwysłańcy z Kijowa z listami. W listach nic nie było nadzwyczajnego: narzekania na unię, żale z powodu zakazu odwiedzania pieczar kijowskich i — polecenia się przyjaźni. Aresztowano popów, ale nic przy nich nie znaleziono, a listy wydawały się Mładanowiczowi pozbawione znaczenia. Oczywiście, były one tylko pozorem i mogły nabrać doniosłości jedynie pod wpływem żywych poleceń lub rozmów. Nie badano wszakże nikogo. Gonta pozostał wolny. Ażeby zachęcić do wierności popularnego setnika, Mładanowicz dopuścił się szeregu czynów, które zdradziły nie tylko jego małoduszność, ale i tchórzostwo
(…)
Około dziesiątej rano dnia 17 czerwca w poniedziałek przed św. Janem pikieta dała znać, że zbliża się jakieś wojsko. Szafrański wybiegł na swoją basztę i począł przez lunetę przypatrywać się. Zdało mu się, że Gonta z pułkiem wraca. Na tę radosną wiadomość tumult zrobił się w mieście. Radość wszakże trwała niedługo. Szafrański obserwował ciągle zbliżające się wojsko. Po kilku minutach przyglądania się dostrzegł inną jeszcze kupę, nie mającą charakteru regularnego wojska, przybraną w różnobarwne stroje. Tu już nasuwały się podejrzenia, które wkrótce wyjaśniły się zupełnie, gdy Szafrański dostrzegł przyjacielskie zachowanie się Gonty z jakimś — jak się zdawało — dowódcą widzianej kupy. Owym towarzyszem Gonty był Żeleźniak. Wszelkie nadzieje rozwiały się. Zawiadomiony o tym Mładanowicz kazał alarm uderzyć i stanąć pod bronią. Stanęły regiment, Kozacy i milicja zielona. Gubernator jeszcze nie wierzył w zdradę Gonty, bo go nie dostrzegł. Tymczasem kupy hajdamackie zbliżały się do miasta od strony Grekowego Lasku i Nowego Miasta. Przejście było dość wąskie między szpitalem a jarem prowadzącym do Humenki i wałami fortecznymi, a jednak tym przejściem sunęły się do bramy kupy hajdamaków. Mładanowicz kazał dać ognia, ale strzały poszły górą i szkody żadnej nikomu nie uczyniły. Zdaje się że i puszkarze byli w porozumieniu z hajdamakami. Wówczas Mładanowicz sam stanął przy harmacie, wymierzył działo i dał ognia, — przejście całe zasłał trupami. Kilka wystrzałów oczyściło zupełnie drogę przed miastem. Hajdamacy cofnęli się za wały. Kanonada szła dalej nie dla obrony bynajmniej od hajdamaków, bo ukrytym za wałami kartacze nie szkodziły wcale, ale dlatego tylko, ażeby sygnalizować pułkownikom czas uderzenia z tyłu, stosownie do planu powziętego. Było to ostatnie złudzenie Mładanowicza. Około godziny piątej przed wieczorem przekonał się dopiero, że z Żeleźniakiem jest i Gonta. Ujrzawszy go i domyśliwszy się z przyjacielskiego zachowania się z watażką że zdradził, tak się czynem własnej łatwowierności przeraził, że zbladł i mowę stracił. Oparłszy się o bramę milczał, — nie był zdolny wydać żadnego rozkazu. Lenart wziął na siebie obronę miasta, przejętego strachem panicznym.

Rzeź pod Grekowym Laskiem, gdzie zbiegła się z różnych kątów ludność taborem się rozłożyła, już się rozpoczęła — a liczono tam około 8 tys. ludzi. W mieście zaczęli się byli wszyscy zbroić. Rozdawano broń każdemu, Żydom nawet rozdawano samopały i pałasze, a ci, którym palnej lub siecznej broni zabrakło, do długich drągów przymocowywali sobie kosy. Na wspomnienie klęski łysiańskiej męstwo przez chwilkę opanowało wszystkich. Rej wodzili Lenart i Szafrański. Szczególnie ten ostatni rozwinął nadzwyczajną energię i był jednym z tych, którzy tylko w obronie i stanowczości widzieli ratunek. Stanął z Mładanowiczem przy bramie od Nowego Miasta, gdy Lenart armatą w bramie od Humenki kierował. Oprócz tego na wałach stały działka, a przy studniach ulokowali się Kozacy, szlachta, mieszczanie, Żydzi i studenci ze szkoły bazyliańskiej. Gdy już wszyscy naocznie przekonali się o zdradzie Gonty, kobiety przestraszone rzuciły się do modlitwy i do kościołów. Ksiądz Kostecki z proboszczem miejscowym chodzili z procesją po mieście, błagając Boga o miłosierdzie i zmiłowanie. Obnoszono uroczyście posąg Matki Boskiej, ks. Kostecki, rektor, zapowiedział gotowanie się na śmierć.

Pierwszego dnia hajdamacy nie atakowali miasta — zajęci byli rabunkiem taboru i rzezią. Nastąpiła noc ciężka dla wszystkich, pełna przestrachu i trwogi — noc bez księżyca, ciemna, głucha. Skorzystano z tej ciemności i piechota wszystka, milicja zielona, dragoni, a nawet garnizon z włościan złożony i służba dworska kozacka przeszli gromadnie do obozu hajdamackiego. W ten sposób miasto zostało zupełnie bez regularnej obrony. Ci, którzy nie mogli wyjść przez bramy, przeskakiwali przez palisady i uciekali do Gonty. W Humaniu pozostali tylko szlachta i Żydzi. Ranek (osiemnastego czerwca) był smutną zapowiedzią końca: w mieście nie było żołnierza, broni i wody. Z braku wody wiśniakiem, miodem, piwem gaszono pragnienie — jakie to skutki pociągnąć mogło za sobą, łatwo było przewidzieć. Ci, którzy zostali zamknięci w fortecy, potracili głowy zupełnie i niezdolni byli ani do armaty ani do ręcznej broni. Trunki różne jednych pozbawiły przytomności, drudzy ogarnięci rezygnacją wobec nieuniknionej śmierci, szli do kościołów i synagogi szukać moralnej pociechy. Nic dziwnego że noc ta była nocą niepokoju i rozpaczy. Hajdamacy, zająwszy obóz szlachty i Żydów pod Grekowym, sami się w nim rozłożyli, ucztując i hulając po hajdamacku. Czuli się zupełnie bezpieczni. Starszyzna i Kozacy bankietowali, a gorzałki miodów i wina mieli ze sobą pod dostatkiem, bankietowali z całym bezpieczeństwem oczajduszów, którym dzień dzisiejszy wystarcza za całe życie. Konie pasły się przed obozem. Lenart, dowiedziawszy się przez szpiegów, po chłopsku przebranych, że spojeni Żeleźniak i Gonta w pobliskim folwarku nocują, spróbował jeszcze raz szczęścia. Prosił Mładanowicza, aby pozwolił zrobić wycieczkę zapewniając że mu się uda wyrżnąć pijanych hajdamaków, jako też Gontę, Żeleźniaka i wszystkich „naczałów” zbuntowanego chłopstwa. Mładanowicz nie przyjął tej propozycji. Nie tracił nadziei, że zdoła jeszcze błaganiem i przekupstwem złagodzić zdradę.

Rano tedy zwołał kahał Żydów, kazał im naładować na bryki atłasu, adamaszku sztukami, sukien cienkich, płócien i zawieźć w prezencie dla Żeleźniaka i Gonty, prosząc o miłosierdzie. Watażkowie przyjęli to wszystko, co im nie przeszkodziło wszakże zaatakować miasto ze wszech stron. Gonta wydał rozkaz sprowadzenia z najbliższych okolic Humania chłopów ze wsi z siekierami i kazał im podrębywać palisady. W tym samym czasie czerń hajdamacka jak szarańcza oblegała miasto, strzelając z samopałów, a Gonta sam we własnej osobie jeździł dokoła miasta, krzycząc: Poddawajcie się, nic wam nie będzie. Na znak przebaczenia i pokoju uwiązał do dzidy białą chustkę i tak jeździł. Mładanowicza zachęcał również do poddania się, grożąc w przeciwnym razie okropną zemstą.

Sprawą obrony kierowali Szafrański i Lenart. W ostatniej chwili Szafrański doniósł Mładanowiczowi że zabrakło kartaczów. Teraz trzeba się było już ratować układami. Zdaje się że Gonta wiedział o tym, że oblężonym braknie kartaczów. Mładanowicz pod wpływem takiej ostateczności zdecydował się znowu na pertraktacje z Gontą. W tej to zapewne smutnej i beznadziejnej chwili oblężeni postanowili odegrać przed setnikiem ostatni akt przebiegłości wojskowej. Mładanowicz zażądał widzenia się z Gontą. Postanowiono, gdy Gonta się zjawi, udawać że się chce do niego strzelać. Tej roli miał się podjąć Szafrański. Gdy zwycięski setnik przybliżył się do bramy w kilka koni od strony Nowego Miasta, Szafrański ujął w rękę zapalony lont i udawał że chce strzelić. Zgromadzona przy nim szlachta i Mładanowicz nie pozwalali mu. Taką sztuczną lojalnością chciano ratować sytuację. Inaczej niepodobna sobie wytłumaczyć zachowania się Mładanowicza — łatwowiernego, wahającego się, trwożliwego, pełnego lekkomyślnej nadziei aż do ostatka i pozbawionego stanowczości. Było to w jego duchu. Nie mogąc ratować miasta siłą, pragnął je ratować fortelem.
(…)
Gonta przedkładał gubernatorowi, że ma przed sobą wojsko gwarantki kraju, Katarzyny imperatorowej, — ulec mu przeto musi. Może i sam w to wierzył. Wiara we własne szczęście oślepiała go. Zdawało mu się że pod nowym sztandarem — carowej — dosłuży się większych zaszczytów niż w milicji nadwornej. Żeleźniak go bałamucił fałszywymi ukazami. Przedkładał też rzecz całą tak, jak sam rozumiał. Na dowód, że ruch hajdamacki popiera sama carowa, kazał przed Mładanowiczem rozwinąć chorągwie, na których z jednej strony był wyszyty portret imperatorowej, na drugiej ukaz szukania i rozpędzania konfederatów. Na zapytanie Lenarta co myślą z nimi robić, Gonta odpowiedział: „W ręku jestem wojska Imperatorowej”. Lenart, znać już poprzednio porozumiawszy się z Mładanowiczem, zawołał: „Poddajmy się; na chleb i na sól prośmy”. Rogaszewski nalegał jeszcze, aby strzelić do Gonty, upatrując w tym wszystkim co mówił setnik, nową próbę oszukania oblężonych. Mładanowicz nie pozwolił, opierając się na przyrzeczeniu, którego pragnął dochować; położył się na armacie, ale i tą powolnością nie uratował siebie i miasta. Wywołało to oburzenie przeciwko niemu. Mładanowicz zrezygnowany, podniósł się z armaty i powiedziawszy: „Radźcie sobie; ja idę do kościoła i oddaję się Bogu, bo tylko Bóg naszym ratunkiem” — odszedł. Takie zachowanie się jego odebrało wszystkim ducha i chęć do obrony. Z tej chwili zamieszania skorzystał także Lenart i zdołał umknąć z miasta. Co się z nim stało, jako też z Szafrańskim, którzy stali na stanowisku do ostatniej chwili — nie wiadomo.
Gdy działa przestały strzelać, bramy były wolne od ostatnich obrońców, ludność w przerażeniu rzuciła się, jedni do kościołów, a drudzy do synagogi — hajdamacy wtargnęli bezkarnie do miasta.

Zanim przejdziemy do skreślenia tych strasznych i ciężkich chwil, jakich zgromadzeni w fortecy i mieście doznali, musimy zastanowić się nad pytaniem: jaką siłę zdołali zgromadzić hajdamacy pod Humaniem i jakimi siłami rozporządzali oblężeni? Rozmaite krążyły pod tym względem wiadomości, a często sprzeczne. Lippoman utrzymywał według świadectwa Kwaśniewskiego — które podzielali inni — że pod Humaniem było przeszło cztery tysiące zbrojnych i mających działa hajdamaków, a drugie tyle, rozproszonych po zagonach w najbliższej okolicy, bądź rozbiegło się bądź nie stanęło do taboru. Moszczyński pisał o 30000 hajdamaków. Są to liczby stanowczo przesadne. Strach ma wielkie oczy. Ci, którzy patrzyli z wałów miasta na tabor kozacki i na włóczących się pod miastem hajdamaków, nie zdawali sobie sprawy z tego, kto należy do watahy Żeleźniaka, a kto do tych, których Gonta spędził z całej okolicy do podrębywania palisady. Spróbujemy na podstawie posiadanych materiałów obliczyć najprzód żołnierza broniącego Humania. Krebsowa i Paweł Mładanowicz powiadają zgodnie, że w mieście był garnizon składający się z 600 ludzi, którymi dowodził Lenart. W tej liczbie było 300 dragonii. Oprócz tego była tzw. milicja nadworna dla obrony kraju od hajdamaków, na czele której stał Obuch, jako pułkownik, i tzw. milicja zielona, wybrana z ludności wiejskiej i przeznaczona dla konfederatów. Jak wielka mogła być milicja nadworna? Krebsowa powiada, że w Humańszczyźnie było do 2000 Kozaków. Ale zważywszy, że Humańszczyznę składało pięć guberni, z których targowicka i mohylewska (nad Dnieprem) były największe i potrzebowały dużej obrony, możemy liczyć bez błędu, że miały milicję po 300 Kozaków, razem zatem 600; dwie mniejsze po 200 — czyli 400, co czyniło łącznie 1000 Kozaków. Na Humań mogło przypaść około 1000, — zważywszy że było dwóch pułkowników i czterech setników. Paweł Mładanowicz w pamiętniku swym powiada, że Bendziński, komisarz jeneralny dóbr radziwiłłowskich, przyjechał ze Spiczyniec z żoną, siostrą Mładanowicza, i do forteczki humańskiej 500 Kozaków przyprowadził . Zatem liczba Kozaków nadwornych zbliżała się do podanej przez Krebsową.

Ponieważ żaden z pamiętnikarzy nie wspomniał o tym, ażeby do Humania przychodziły milicje z innych guberni, a do Krystynopola szło corocznie 300 Kozaków, wynika z tego, że Obuch nie mógł mieć więcej pod swoją dyspozycją nad 800. Wiedząc, że do taboru hajdamackiego uciekła piechota, milicja zielona jako też służba wewnętrzna i Kozacy radziwiłłowscy, możemy teraz obliczyć ilość wojska jaką rozporządzał Żeleźniak pod Humaniem — zatem miał: 500 milicji nadwornej, 600 piechoty, około 200 milicji zielonej i 500 Kozaków radziwiłłowskich, czyli razem około 1900 żołnierzy. Własne jego siły były znacznie mniejsze. Z Medwedowskiego lasu wyszedł mając tylko 30 hajdamaków przy sobie, był w Bohusławiu, Czerkasach, Orłowcu, Łysiance, skąd Kozacy nadworni przychodzili do niego; licząc że z każdego z tych miasteczek wyszło tylko po 100, wypadnie 400; przybyło dobrowolnie około 200 i tyleż było w zagonach — co czyni razem około 800. Połączywszy wszystkie siły przeto, mógł mieć około 2600–2700 żołnierzy pod swoim i Gonty dowództwem. Liczba ta zgadza się ze wskazówkami, podanymi przez współczesnych Zaporożców. W tym duchu dał relację na zeznaniach w Kuszu Zaporoskim Kozak Ławryn Kontarzej, będący pod Humaniem w chwili, gdy Żeleźniak już po połączeniu się z Gontą tam obozował. Od tego samego świadka wiemy, że watażka posiadał 30 chorągwi, 15 dział, a chwalił się przed nim, że „generał rosyjski Kreczetnikow dziękował mu pisemnie za to, że Humań zrujnował, a żydów i Lachów w pień wyciął”.

Teraz możemy przejść do samego aktu rzezi Humania, aktu, któremu równych pod względem barbarzyństwa niewiele naliczyć można.

Gdy Mładanowicz, zrozpaczony i bez nadziei odszedł od bramy po rozmowie z Gontą, udał się do kościoła farnego, gdzie już cała rodzina była zgromadzona, mianowicie: matka jego, żona, siostra, córka Weronika, syn Paweł i drugi młodszy Adam, przy piersi mamki. Był tu także nauczyciel domowy Pawła, Chmielewicz. Mładanowicz wszedłszy, powiedział że się widział z Gontą, że nie ma nadziei na ratunek — trzeba umrzeć. Nic innego przeto nie pozostaje, jak polecić się opiece Boga. Gdy ostatni obrońcy odbiegli od armat lub zrezygnowani odeszli, a więc wszelka obrona ustała, hajdamacy rzucili się ze wszech stron na miasto. Kto żył, tłoczył się do kościoła, dokąd wpadła zgraja Kozaków, ale kościół był tak pełny że wcisnąć się nie mogli. Wówczas jeden z nich, stanąwszy na progu, wyciągnął jołom i krzyknął: „Wspomahajte!” Kto tylko co miał przy sobie dawał — dawano worki ze złotem, bransolety złote, sztuki złote i srebrne, różne ozdoby kobiece, słowem, co kto drogiego miał, oddawał. Wtem przed drzwiami kościoła stanął Gonta. Kozak zbierający jałmużnę, odwrócił się do setnika i rzekł: „Pięknie wypraszają się Lachówki; trzeba im przebaczyć”. — „A cóż z tobą będzie, jeżeli im przebaczysz?” — odpowiedział setnik. Tymczasem z kościoła zdołali wyciągnąć Kozacy całą rodzinę Mładanowicza i ustawili przed progiem. Gubernator próbował jeszcze przemówić do rozsądku i obowiązków Gonty, przypominając mu dowody łaskawości już odebrane i te które_ mógłby odebrać gdyby obronił majętności wojewody.
(…)
Wtem Gonta krzyknął, ażeby wyprowadzono z kościoła resztę rodziny gubernatora. Mładanowicz, wrzuciwszy do kieszeni Weroniki woreczek, w którym było kilkaset dukatów, pozostał jeszcze na progu kościoła, ażeby się pomodlić. Nikt nie chciał wyjść pierwszy. Poczęto ofiary gwałtem wyciągać. Chwytano je pojedynczo i ustawiano przed kościołem. Weronikę Mładanowiczównę, gdy iść nie chciała, pchnął jakiś Kozak w bok spisą, — upadła i byłaby może nie wstała wcale, gdyby spisa ześlignąwszy się po żelazie sznurówki, nie zadała jej tylko głębokiej rany. Leżącą na ziemi porwał hajdamaka za włosy i na dziedziniec wyciągnął. Gonta przypatrujący się tej scenie oświadczył że tylko cztery rodziny ocaleją: Mładanowicza, Rogaszewskiego, Markowskiego i Obucha. Pierwszym wyciągnięto Rogaszewskiego.

Obietnice Gonty były tylko łudzeniem nieszczęśliwych. Sam go własnoręcznie natychmiast zamordował, wymawiając, że nie pozwalał na zasiedlanie wsi. Gdy nareszcie oderwali od modlitwy Mładanowicza i stawili go przed Gontę, setnik odezwał się, ażeby wszyscy z jego rodziny przy nim stawali, gdyż daruje im życie. Gubernator prawie nieprzytomny zapytał Chmielewicza, czy są wszyscy? Brakło matki Mładanowicza, staruszki która niezadługo przed rzezią ze Spiczyniec przyjechała. Mładanowiczowa wróciła do kościoła po matkę, ale tam już rzeź sprawili hajdamacy, — zastała ją zamordowaną, leżącą u stóp ołtarza. Wyszła tedy z kościoła, lecz na dziedzińcu natknęła się na szalejących hajdamaków; jeden z nich pchnął ją nożem i trupem położył. Widząc to panie towarzyszące jej, uciekać poczęły i schroniły się do zamku, niegdyś mieszkania gubernatora. Dwadzieścia wschodów prowadziło do zamku. Tu zmęczone i przelęknione kobiety usiadły na chwilę. Zamek już był splądrowany.

Mładanowicza z synem Pawlusiem kazał Gonta zaprowadzić do mieszkania zamożnego mieszczanina Bohatego, u którego sam stanął kwaterą. Gubernator wyprosił sobie do asystencji Kozaka, który by go przed łotrującymi hajdamakami bronił. Jakoż szedł przed nim Kozak krzycząc do spotykanych: „Nie zaczepiaj”. Tak doszli do domu Bohatego, gdzie Mładanowicz usiadł na zydelku i prosił Gontę, aby mu kazał żonę przyprowadzić, na co otrzymał wiadomość z ust jego, że już nie żyje. Droga, którą szedł Mładanowicz była wysłana trupami. Trupy były obdarte ze wszystkiego, tak dalece, że na niektórych nawet koszuli nie było. Hajdamacy przelatywali z końca w koniec. Krzyk, hałas, płacz, ogólne pomieszanie i trwoga dodawały barw temu strasznemu obrazowi. Dzieci, wybiegające na ulice, hajdamacy brali na spisy i z dzikimi okrzykami podnosili do góry. Mieszkańców, którzy się w domu zamknęli, wypędzano, a wypędzanych chwytano na spisy. Rannych i nieżywych tratowały konie, potrącali hajdamacy. Widok ten niemym uczynił Mładanowicza. Gonta zwrócił się do niego z wesołą twarzą i rzekł: „Patrz, panie podstoli, jak hulają!” Hajdamacy poczęli się cisnąć na dziedziniec, a dowiedziawszy się kogo mają przed sobą, obelgami i żartami obsypywać go poczęli. Gonta widząc to, kazał wszystkich zaprowadzić do alkierza, w którym blisko 30 osób skupiło się, mówiąc że tu będzie bezpieczniej. Około godziny drugiej po południu przyszedł Kozak i, otworzywszy drzwi alkierzyka, wywołał Mładanowicza na nowo do Gonty. Wyszedł z nim także syn Pawluś. Na dziedzińcu przy przyzbie stał koń Gonty, ubrany w pistolety, nakrycia adamaszkowe, aksamitne, atłasowe, złotem haftowane, na których błyszczały naszycia srebrne, złote i brylantowe. Po jednej stronie stali Kozacy, po drugiej Żeleźniak i Gonta.

Mładanowicz usiadł na przyzbie. Do siedzącego zbliżył się Gonta z zapytaniem: „Gdzie schowałeś pieniądze?” Gubernator odpowiedział że nie chował wcale, z obawy aby go nie męczyli — na co mu donośnym głosem a gniewnie krzyknął setnik, ażeby się rozbierał. Mładanowicz wstał z przyzby blady, oparł nogę o Gontowego konia i podał Kozakowi but do zdjęcia. Miał na sobie żupan peruwianowy na białym tle z zielonymi kwiatami, kontusz sukienny popielaty, pas turecki w karpią łuskę haftowany, białą aksamitną konfederatkę drobnym krymskim barankiem sut bramowaną. Kozak, zdjąwszy but, zerwał konfederatkę z głowy Mładanowicza, na swoją włożył, a własny kapszukowaty jołom wcisnął na głowę gubernatora. Gonta gniewnym głosem znowu powtórzył pytanie o „hroszi”. Pawluś, przeczuwając czym się to zakończyć może, rzucił się do nóg Gonty w milczeniu. Gonta zrozumiał o co chodzi i kazał odprowadzić jego w inną stronę, ażeby na męczenie i śmierć ojca nie patrzył. Dał mu do obrony Kozaka imieniem Szyło, który go zaprowadził do ratusza i tam siedzieć kazał w tym miejscu, gdzie składano zrabowane rzeczy. Na jednej kupie leżały żydowskie spódnice, na drugiej złoto i srebro, na innej ogromne stosy miedzi. Jedni przynosili zrabowane rzeczy, inni wdziewali na siebie po pięć i sześć kontuszów, kilkoma robronami konie nakrywali. Gdy jedni znosili rzeczy i ubierali się, inni odbywali polowanie na ludzi, strzelając do nich z pistoletów, biorąc na spisy lub zarzynając nożami. Ten i ów przyskakiwał do Pawlusia, aby go zamordować, ale rozkaz Gonty powtarzany przez Szyłę, powstrzymywał ich. Do wtóru tym wszystkim scenom, na które patrzył, odzywały się działa.

Pawluś, przestraszony, prosić zaczął aby go zaprowadzono skąd przyszedł. Gdy wrócił przelękniony, Szyło pocieszał go, że będzie żyć sam i jeszcze jeden z obecnych — ten, kogo sobie wybierze. Gdy to usłyszano wszyscy poczęli wyciągać do Pawlusia ręce z wołaniem, ażeby ich wyprosił od śmierci. Pawluś wybrał Chmielewicza, profesora swego. Szyło zaraz obydwóch poprowadził do cerkwi, ażeby ochrzcić, tłumacząc że inaczej żyć nie mogą. Trzeba było przejść przez rynek zawalony trupami. Okna w domach były wybite, książki, piernaty powyrzucane, a pierze z rozprutych piernatów pokrywało trupy. Szli potrącając o nie lub przestępując, a kiedy się wzdrygali, przewodnik zachęcał ich tym że to „soromnyi tiła, ne prawosławnoj wiry”. Tu spotkał się z siostrą Weroniką. Chrzest ów miał się odbyć w cerkwi św. Michała przed zamkiem.

Gonta pragnął ochrzcić całą rodzinę Mładanowicza, pozostałą jeszcze przy życiu. Rodzina ta zgromadzona była we dworze. Posłał po nich pan setnik z poleceniem przyprowadzenia do tej samej cerkwi dla dokonania obrzędu prawosławnego chrztu. W gronie tych kobiet znajdowała się Konstancja Jankiewiczówna, siostra rodzona pierwszej żony Mładanowicza, Joanna Mładanowiczówna siostra jego, 16-letnia panienka, Dorota z Mładanowiczów Bendzińska, Weronika Mładanowiczówna, córka gubernatora 18 lat mająca, późniejsza Krebsowa, i wiele innych.

Gdy je pędzono do cerkwi, Konstancja Jankiewiczówna opierała się. Kozak asystujący jej powiedział, że trzeba „perechrestytysia na naszuju wiru”. Słowa te obudziły w niej żywą wiarę i zachęciły do męczeńskiego oporu. „Raz jestem chrzczoną — odpowiedziała — dwa razy chrzczona być nie mogę”. Hajdamaka nie bawił się w dogmaty; na dowód że ma rację, uderzył ją w twarz kilka razy. „Bij — rzekła — zasłużyłam za grzechy moje”. Opór Jankiewiczówny podniósł zapał religijny innych. Hajdamaka poleciał do Gonty i oświadczył mu, że jest jedna Lachówka, która wszystkich buntuje. Gonta wzburzony cały przypędził do zamku. Zastał ją modlącą się głośno: „Boże! Pozwól mi umrzeć w tej wierze, w jakiej urodziłam się!” Zbliżył się do niej gniewny i w łeb uderzył obuszkiem żelaznym. „Gińcie, zawołała, razem ze mną! Nie ma piękniejszej śmierci, jak umrzeć za wiarę!” Gonta drugi raz ją obuszkiem uderzył i skrwawił mocno. Padła twarzą ku ziemi; Gonta pogruchotał jej głowę własnoręcznie, a inny hajdamaka przybiegłszy rozciął jej głowę toporem na dwoje.

Przykład męczeńskiej prawie wytrwałości zachęcił do oporu inne, które wolały śmierć raczej niż profanowanie na sobie sakramentu chrztu. Zginęły równocześnie: Joanna Mładanowiczówna, Dorota Bendzińska i w. in. Do cerkwi powleczono tylko na pół żywą Weronikę Mładanowiczównę, pokrwawioną i pokaleczoną, gdzie zeszła się z bratem Pawlusiem i Chmielewiczem. Przed cerkwią czekał na ten dziwny orszak pop starzec siwy; stał na progu i łzy padały mu z oczu. Hajdamacy krzyknęli na niego, aby obrzędu chrztu dokonał. Przelękły zapytał: a gdzież kumowie? Kumami będą Gonta i Żeleźniak — odpowiedziano. Nie mógł się opierać; pokropił tylko przytomnych święconą wodą, odmówił modlitwy — i na tym poprzestał.

Chrzest innych odbywano z większą uroczystością: kładziono nagich do wanny, ustrzygano włosy i kazano wyklinać „lackuju wiru”. Po tym wszystkim kazano nowoochrzczonych odprowadzić do kordegardy — tej samej, z której zbóje uciekli do Żeleźniaka. Stamtąd nazajutrz kazał Gonta przyprowadzić wszystkich do domu Bohatego, a po kolei przed sobą i Żeleźniakiem stawać. Przyszła najpierwsza pani Obuchowa i otrzymała odpowiedź: „Budesz żyty”; potem Weronika Mładanowiczówna — „Budesz żyty”; następnie Pawluś — i ten usłyszał tę samą pocieszającą odpowiedź. Żeleźniak, głaskając go, dodał: „Moja wże detyna”. Na ostatku przyszła kolej na Chmielewicza; ten równie krótki, ale inny posłyszał wyrok: „Ne budesz żyty”. Wszyscy przytomni poczęli prosić, ale obydwaj bohaterowie chwili byli niewzruszeni. Wdała się z prośby Obuchowa — i zdołała uzyskać ułaskawienie; w ogóle piękny setnik humański tak był zawsze dla niej miękki, że to wszystkich uwagę na siebie zwracało. Gonta, wzruszony prośbami pułkownikowej, odpowiedział: „Będziesz żyć Chmielewiczu, ale zostaniesz diakiem w cerkwi Preczystej”.

Gdy z taką zimną krwią rozdawał śmierć i życie tym, z których łaski niedawno jeszcze korzystał, wyszedł z izby, nagle zbladł i stanął. Opodal, w kilka szeregów ułożone na ziemi, leżały malutkie dzieci, było ich może sześćdziesiąt — mówi naoczny świadek tej sceny. Wszystkie pomordowane i odepchnięte ze wzgardą, gdy prosiły o życie dla siebie lub dla rodziców. Czyjaś ręka, litościwa czy zbrodnicza, ściągnęła je razem i długie szeregi ułożyła. W zwierzęciu obudził się człowiek. Dzieci kazał uprzątnąć, a trupy w mieście pozbierać — ale trudno było rychło wypełnić ten rozkaz. Pawluś miał zawsze do obrony Kozaka Szyłę. Gdy Gonta, poruszony rzezią niewiniątek, odjechał z Żeleźniakiem, Pawluś z przydanym sobie Kozakiem poszedł na miasto. Niepokój go pędził z miejsca na miejsce. Gdy przez rynek przebiegał z Kozakiem, natrafił na trup ojca — i poznał go. Leżał odarty ze wszystkiego, w koszuli tylko, z głową całą i odkrytą; na gardle widać było cięcie noża jak gdyby kto nitką pociągnął. Gdy chciał przypatrzyć się do ojca, Szyło popchnął go i krzyknął ażeby się cofnął. Odstąpił i poszedł ku ratuszowi. Tam Turcy, których hajdamacy oszczędzali, z litości dawali mu po garści orzechów, fig, migdałów — tym się tylko żywił. Zasłonięty opieką Szyły chodził po mieście i do dworu przyszedł; tu go odnalazł Chmielewicz i jęli się razem do przyglądania papierów. Wybrali co ważniejsze listy; chociaż się Szyło zżymał, ale hajdamacy odebrali je po drodze i do pieca, w którym chleb się wypieka, wrzucili.

Równocześnie z tymi męczarniami, jakie przebyła rodzina Mładanowiczów, odbywały się saturnalia hajdamackie w całym mieście. Gdy rodziną gubernatora i najbliższym jego otoczeniem zajęli się sami hersztowie, nad innymi znęcali się setnicy i czerń. Z równym barbarzyństwem i dzikością, jakich widzieliśmy przykłady, mordowano duchowieństwo i Żydów. Z osobliwą zajadłością uderzono na duchowieństwo katolickie i unickie. Gdy tylko hajdamacy wpadli do miasta, Żeleźniak natychmiast kazał otoczyć strażą kościół farny, kaplicę bazyliańską i szkołę żydowską, do której tłumy tłoczyły się. Piękna cerkiew przy kolegium bazyliańskim także nie uszła zbrodniczej ręki. Do kościoła wpadł w czasie mszy jakiś hajdamaka, wstąpił na ambonę, począł lżyć wszystkich obecnych i wyśmiewać obrzędy religijne. Jednych obdzierano do naga — powiada współczesny pisarz — drugich siekierami rozcinano, trzecich rozstrzelano, innym nożami, dzidami, drągami śmierć zadawano, włóczono za włosy sędziwych starców, kobiety publicznie gwałcono, niemowlęta rozdzierano.

*                  *                   *

Trudno opisać dzikość, rozbudzoną chciwością, podniecaną ciemnotą religijną i wyuzdanie swawoli, nie krępowanej żadnym jasnym dążeniem politycznym. Przy takim rozpasaniu się namiętności wychodziła na jaw nie tylko zupełna niedojrzałość historyczna tłumów hajdamackich, żądnych krwi i złota, ale uderzało raczej upośledzenie moralne, gdy te tłumy nie zdołały wysunąć na czoło ani jednego rozumnego i świadomego celu przewodnika.

Opamiętanie przychodziło za późno i miało charakter otrzeźwienia. Jaki chaos panował w tych głowach, można powziąć pojęcie z tego co się wyrywało przez pijane usta. Jedni włócząc się po ulicach i mordując krzyczeli: „Ne choczymo szoby buła laszyna”, a drudzy odpowiadali „Nie masz laszyny, są tylko dziewczęta na żony”. Tak samo jak mordowali innych, mordowali się i lżyli siebie wzajemnie. Dzikie były, jak całe to społeczeństwo, sposoby poznawania „laszyny”. Kto nie umiał pacierza cerkiewnego, nie umiał żegnać się po grecku, nie mógł chłeptać gorzałki ciepłej z miodem, nalanej do miski, kto nie posiadał śniadej cery, czyli „prawosławnoho tiła”, uważany był za Lacha — i ginął.

Nie tylko szlachta, która się schroniła do Humania, księża, dzieci, kobiety, młodzież szkolna również padła ofiarą hajdamackiego barbarzyństwa. W szkołach bazyliańskich i innych było w Humaniu na on czas przeszło 400 młodzieży uczącej się. Gdy wszyscy, kto mógł, uciekać poczęli z południowo-wschodniej części Kijowszczyzny i chronić się do tej nieszczęsnej forteczki kresowej, młodzieży pozwolono rozjechać się do domu; przeszło 200 jednakże zostało w mieście, którzy z rozmaitych powodów nie mogli odjechać. Syn Gonty w wigilię dopiero podstąpienia pod Humań hajdamaków odjechał do domu. Ci wszyscy bądź zginęli marnie, bądź rozproszyli się po wsiach okolicznych, ratując życie. Tradycja miejscowa pokazuje dotąd studnię na rynku, tę samą z której wody wydobyć nie mogli, jako grób owej młodzieży bazyliańskiej. Ci, którzy uciekli, rzadko wracali do domu. Włócząc się po lasach i żywiąc się dzikimi jagodami i czereśniami, sami przychodzili do chłopów i pozostawali u nich jako pastuchy i parobcy, lękając się powrotu do domu, a może przekładając nędzne życie nad śmierć. Długo jeszcze po owej strasznej rzezi rodzice poszukiwali swoich dzieci a dzieci rodziców — nadaremnie.

Żydzi największą może ponieśli klęskę, bo dla nich żadnej litości nie miano. Była to walka w całym tego słowa znaczeniu rasowa, gdzie jedna rasa starała się drugą zniszczyć i wytępić doszczętnie. Takie zabarwienie miały rzezie Żydów. Z ust wszystkich mieszkańców miasta — mówi współczesny pamiętnikarz żydowski — słychać tylko jęki i łkania. Takiego strasznego i smutnego płaczu nikt nie słyszał od stworzenia świata. Tysiące Żydów zamordowano, a malutkie ich dzieci wiązano razem i rzucano na ulice pod kopyta końskie.

Trzy dni strasznych i trzy nocy trwała krwawa uczta hajdamacka; przez trzy dni wytaczano krew z ludzi, a gorzałkę i miody z piwnic — i upijano się nimi. Potem dopiero nastąpiła chwila może rozwagi i uspokojenia, może przestrachu przed własnymi czynami, — dość że gwałty zmniejszyły się.
(…)
Nastąpiły hulanki w obozie, na które watażkowie zapraszali niedobitków rodziny Mładanowicza. Kto tylko ocalał spoza rodziny, szedł na podarunki dla Moskalów, Zaporożców i zapewne Turków, których hajdamacy, jako związanych przymierzem z Rosją, oszczędzali. W ten sposób dostały się do rąk Moskali cztery siostry Lenartowicza, o którym bliższych wiadomości nie posiadamy, i cztery Żydówki; innych zabierali Zaporożcy. W Humaniu pozostali tyko jakaś pani Rzewuska, Obuchowa, Pawluś, Weronika i Chmielewicz, wszyscy mieszkali na przedmieściu Rakowce. Tu schroniła się także mamka z najmłodszym synem Mładanowicza Adasiem przy piersi. Rozbitki byli w ciągłej trwodze i niepewności życia, tylko jedna pani Obuchowa żyła zawsze na oczach wszystkich i „okazale” — jak mówi współczesny pamiętnikarz. Hajdamacy rozłożyli się obozem na równinie, niedaleko Grekowego Lasku, sprowadzili tam niedopite kufy miodu, wina i gorzałki i z całą lekkomyślnością barbarzyńców, nie dbających o jutro, rozpoczęli hulać. Co dzień wieczorem obowiązani byli wszyscy ocaleni być w obozie i tańcować. Do tego tańca przygrywała muzyka na trzech teorbanach, a Gonta z samą tylko panią Obuchową tańcował. Dzikie te asamble i tańce — mówi uczestnik — odbywały się o głodzie. Furaże dla żywienia zgrai hajdamackiej dostarczano z całej okolicy, a niezależnie od tego co wzięto w Humaniu, przywieziono 150 beczek wina, miodu i gorzałki. Było przy czym bale hajdamackie wyprawiać.

Większa część trupów pozostała w mieście nie pogrzebionych — jedni nie mieli czasu grzebać, drudzy uważali że zamordowani są niegodni spoczywania w ziemi. Co się dało, wrzucono do owej studni, o której już kilkakrotnie wspominaliśmy, reszta z tego co nie rozwlekły psy i zwierzęta, gniła na ulicach, zarażając powietrze. Już kilka dni trwała taka hajdamacka uczta w obozie, po której niedobitki z rodziny Mładanowiczów wracały do domu, w__ _niepewności co jutro będzie. Los ich miał się jednak wkrótce rozstrzygnąć. Pewnego dnia wszedł ktoś do izby w której mieszkali, i oświadczył że Gonta kazał wyprowadzić „dzieci komisarskie”. Na dziedzińcu ujrzano obu watażków na koniach, a dwóch starych włościan, schylało się do nóg jednego lub drugiego i całowali je. Była to gromada ositniańska i inne, które przyszły prosić Gontę o oddanie jej w opiekę dzieci Mładanowicza. Gonta zwrócił się do proszących z zapytaniem: „Czy chcecie mieć panów?” Odpowiedzieli mu na to, że komisarz traktował ich jak dzieci chcą jego dzieci wziąć za swoje. Gonta wobec tego faktu szlachetności, czuł się poniekąd upokorzony. „Ja nie odbieram — rzekł — od nich wsi ojcowskich, ale wy nie wykręcicie się od roboty na nich”. Zgodził się oddać włościanom w opiekę dzieci Mładanowicza, ale pierwej kazał napisać „ukaz”, mocą którego, oddając dzieci gromadzie w opiekę, czynił ją odpowiedzialną za najmniejszą krzywdę, wyrządzoną sierotom, grożąc łamaniem rąk i nóg, paleniem chałup i wsi całych wraz z ludźmi, którzy w nich będą. Przeczytano ten drakoński „ukaz”, gromada zaś ositniańska, a za nią inne, zgodziły się na to. „Bierzcie ich do licha!” — zawołał niecierpliwie Gonta.

Na drugi dzień zajechały podwody z Ositnej, a na nich Pawluś, Weronika i mamka z Adasiem odjechały. W Ositnej przebrano ich w chłopskie suknie, w nocy przechowywano w komyszach. Nad bezpieczeństwem ich czuwały także gromady kuźminogrobelska, szuszkowska, ositniańska i sienicka, powtarzając dzieciom że wszystkie te wsie są ich własnością, gdyż ojciec zapłacił już za nie połowę wartości, a drugą połowę oni sami zapłacić gotowi. Rozbitki z pogromu humańskiego spędzili tu dwa tygodnie. W kilka dni wszakże po przyjeździe ich do Ositnej, zdołał przemknąć się do nich w przebraniu Chmielewicz, który był także rodzajem rządcy w powyższych włościach i przyniósł im pocieszającą wiadomość o pogromie hajdamaków przez Kreczetnikowa.

Po usadowieniu się hajdamaków w obozie i balach przy teorbanach, rozpoczęto podział i sprzedaż zrabowanych rzeczy. Hajdamacy — powiada współczesny pamiętnikarz — na beczkach w Humaniu triumf odprawowali. W obozie, z sukien bławatów, futer, różnego odzienia i wszelkich innych sprzętów, kilkanaście dużych mogił ułożono, prócz pieniędzy i zegarków, których niemała była liczba. Srebra połamanego było sześć skrzyń. Żeleźniak, prócz innych drogich rzeczy, dostał trzy skrzynie ze srebrem, które, chociaż o wiele więcej były warte, sprzedał jakiemuś kupcowi do Kijowa za 10 tys. rubli. Resztę srebra i drogiej dobyczy dostał Gonta. Wszystko inne rozebrali między siebie łupieżcy. Złoto i srebro dzielili półmiskami i miednicą. Jedwabne materie rwali w kawały. Koni spędzono stada; powozy sprzedawano po rublu, szable i pałasze żołnierskie kupcy zagraniczni płacili po kilkadziesiąt groszy. W obozie kręciło się mnóstwo kupców moskiewskich, którzy kupowali wszystko za bezcen.

Śród takich hulanek i dzielenia się skrwawionymi szatami rozpoczęło się coś podobnego do organizacji. Z chaosu bezprawia i gwałtu poczęły się wynurzać jakieś pragnienia, będące następstwem niespodziewanego zwycięstwa i wzrostu potęgi hajdamackiej, skutkiem przyłączenia się Gonty. Już zwycięstwa Żeleźniaka, a raczej rzezie bezbronnych, nasuwały mu jakieś myśli, które można by uważać za tradycje Chmielnickiego. Idąc do Humania, już może po złączeniu się z Gontą, hajdamacy odgrażali się że całą Ukrainę odbiorą od Polski i wezmą Wołyń i Podole. Gdy się przeto krwawe orgie humańskie zakończyły, gdy już nie było nikogo do mordowania, hajdamacy zatoczyli tabor. Tu przy częstych i gęstych salwach armatnich i z rusznic obwołano hetmanem Maksyma Żeleźniaka, a pułkownikiem Gontę, obu zaś książętami. Żeleźniak dostał tytuł książęcia smilańskiego; Kozak Ułasenko ustanowiony rządcą Humańszczyzny. Niedługo wszakże rządził, bo zabrawszy pieniędze na Wołoszczyznę umknął.

Gromadzenie się pod sztandarem Żeleźniaka licznych, niezdolnych do niczego, oprócz rozboju i próżniactwa kup, stało się poniekąd ciężarem. Powtórzyło się teraz to samo co już za Chmielnickiego uniemożebniło prawidłową walkę i układy o jakiekolwiek prawa polityczne. Czerń rozhukana na swawoli i rabunku nie dawała się ująć w prawidłowe i dyscyplinarne kadry, gdyż wielu z nich nie umiało nawet używać broni. Dziś taka sama czerń, niesforna i hulaszcza, zaciążyła nad zwycięstwem watażków. Wszyscy próżniacy i zbóje, zbiegli poddani, gwałtem chcieli być zaliczeni do Kozaków. Główną władzę dzierżył nad „wojskiem” Żeleźniak, on też rozpoczął wydzielanie Kozaków od czerni chłopskiej. Część, którą przeważną ilość stanowili do niedawna Kozacy nadworni, nazwał wojskiem zaporoskim, a drugą część odesłał do domów. Ponieważ po wsiach nie było już „panów”, kazał im robić pańszczyznę na siebie, na wojsko, a dla pilnowania ustanowił osobnych komendantów, których obowiązkiem było gospodarstwo prowadzić, intraty zbierać a prowianty i furaże do wojska dostarczać. Gdy wieść o zwycięstwach bez bitew i wzmożeniu „wojska” rozchodziła się po kraju, z różnych najbliższych okolic Humania poczęli przychodzić przedstawiciele gromad z żądaniem „naczalstwa”, bo Lachów już nie było. Zeleźniak posyłał swoich ludzi i dawał im surowe „prikazy” jak się mają zachowywać i w jakich stosunkach być z nową władzą.

Po wypiciu wszystkich trunków zamierzano dopiero w dalszą podróż wyruszyć — na Wołyń i Polesie, znanymi drogami, bo stamtąd sam Gonta pochodził. Gwałtowność Żeleźniaka i zapalczywość nie znały umiarkowania; on był zwykłym watażką hajdamackim, który nabrał dopiero znaczenia po połączeniu się z Gontą. Coś mu może świtało w głowie, ale dzikość i chęć rabunku brały górę nad rozsądkiem. Inaczej działo się z Gontą. Wychowany w polskiej szkole wojskowej, obznajomiony trochę z maszyną państwową i jej rozmaitymi sprężynami, dał się wprawdzie unieść zapałowi triumfów hajdamackich, ale zmierzywszy głębię przepaści, zrozumiał niebezpieczeństwo i odgadł, że wyjść z niego niełatwo. Upojenie jego trwało niedługo. Popuściwszy wodze fantazji kozackiej, zahulawszy się do niepamięci, wytrzeźwiał nagle. Trwała ta szczęśliwość hajdamacka od św. Jana do Spasa. Przekonawszy się że nie z wojskiem zaporoskim ma do czynienia, ale tylko z włóczęgami zaporoskimi, pragnął wymknąć się i ratować własne życie, ale nie mógł. Spostrzegł, że był pilnowany. Ile razy wyszedł z namiotu, o północy czy przede dniem, towarzysze wychodzili także, i gdziekolwiek tylko obrócił się — szli za nim.

Wszystko to zapowiadało bardzo smutny i bliski koniec. Hajdamacy już nie ufali sami sobie. Jakoż istotnie cios na nich zbliżał się z tej właśnie strony, z której najmniej go się spodziewali.

Posted in Historia | 5 Komentarzy »

Modlitwa (hymn)

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

"Polak miłujący Boga i Ojczyznę powstanie z każdego poniżenia,bo zwykł klękać tylko przed Bogiem." - ks. Jerzy Popiełuszko

Modlitwa… Który to już raz?…
Święte Misterium… Święty Czas…
Minęło znowu tyle lat,
Czy z tego coś zrozumiał świat?…

Które z przykazań zechciał wziąć?
Nie kłam… Nie kradnij…
Wiernym bądź…
Czcij ojca swego… Matkę swą…
I nie zabijaj… To największe zło…

Obudź się, Polsko ma!
Niech opadnie kłamstwa mgła…
Powstań z kolan, Polsko!
Daj nam sprawiedliwość…
Bóg, Ojczyzna, Honor, Wiara –
W sercach naszych…
Na sztandarach…
Powstańcie!
Dzwon Zygmunta wzywa!

„Mieć albo być?” – pytania dwa…
Chciwość też swoją cenę ma…
Spytają dzieci kiedyś nas,
Kto ukradł im najlepszy czas.

Kto sprzedał pamięć dawnych lat?
Na poniewierkę wygnał w świat…
I kto zatracił prawdę tą:
Tu jest Ojczyzna… Tu nasz Dom…

Obudź się, Polsko ma!
Niech opadnie kłamstwa mgła…
Powstań z kolan, Polsko!
Daj nam sprawiedliwość…
Bądź nam zawsze
naszym Domem,
Wytęsknionym, wymarzonym…
Obudź się, Polsko! Biją dzwony!
Kraju mój!
Polsko ma!
Ojczyzno ma!

Lech Makowiecki
http://naszdziennik.pl/

Posted in Różne | 5 Komentarzy »