Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Legenda i cud Polskiej Szkoły Matematycznej

Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (Wtorek)

E. Kählerowi
Stanisławowi Michalskiemu
i Zygmuntowi Janiszewskiemu

W niniejszym artykule zastanawiam się nad istotą matematyki i opisuję dziwnie późne, bo dopiero w XIX wieku, pojawienie się szkół matematycznych (a przecież szkoły filozoficzne istniały już w klasycznej starożytności!). Próbuję uprzytomnić i uzmysłowić to cudowne zjawisko, jakim były narodziny Polskiej Szkoły Matematycznej (PSM) i jej życie we Lwowie i Warszawie. Nasza epoka straciła zmysł cudu, organ percypowania cudu jest w atrofii. Powiada się: „cudów nie ma – bo ich być nie może”, panuje lęk przed cudownością. Powstały całe filozofie i nauki starające się eliminować wydarzenia cudowne: historycyzm, socjologizm, psychologizm, ekonomizm. Cud – to pojawienie się i życie czegoś zupełnie nowego, nieoczekiwanego – i czymś takim było pojawienie się PSM.

Jedną z mych tez jest, że ów cud był przejawem większego cudownego procesu, jakim był renesans narodu, obudzenie się jego sił twórczych, zrozumienie i wiara w naukę (i sztukę) pielęgnowaną tu i teraz. Przejawem tego był niezwykły pęd do samouctwa, a owocem – niespotykane dotąd w świecie, bezprecedensowe wydawnictwo: Poradnik dla Samouków, dziecko Stanisława Michalskiego (I wyd. 1907, II – 1913/14). Najciekawszym jego tomem była Matematyka, redagowana i w dużej mierze napisana przez młodziutkiego, genialnego Zygmunta Janiszewskiego – ojca PSM. Nieprzypadkowa to koincydencja. Zapewne prace nad Poradnikiem nasunęły Janiszewskiemu ideę nowego nurtu w matematyce, nazwanego później – PSM. Ale PSM to nie tylko grupka młodych, genialnych ludzi, to także nowy styl życia i „pracy” matematycznej: atmosfera i aromat beztroskiej twórczej zabawy – radość tworzenia bez myśli o karierze naukowej i publikowaniu. Siedzibą i centralą owego życia była kawiarnia Szkocka we Lwowie.

Legenda PSM musiała powstać. Legenda to nie tylko baśniowy opis dokonań dawnych bohaterów – czy będą to mnisi buddyjscy, czy apostołowie i święci wschodniego Kościoła – to nie kronika życia mistyków suffijskich, czy cadyków chasydzkich, przygód „rycerzy okrągłego stołu” króla Artusa – poszukiwaczy świętego Graala. W legendzie żyje wielki impuls, który powodował owych bohaterów do czynów niezwykłych, ważnych dla całej ludzkości. Dlatego legenda chce być opowiadana i czytana. Zapomnienie o owych dokonaniach i cierpieniach to bardzo poważna choroba – amnezja. Ulegają jej nie tylko poszczególni ludzie, lecz całe narody. Praca niniejsza jest także próbą przeciwdziałania owej amnezji.

Czym jest matematyka?

Istnieje szereg bardzo poważnych trudności ujęcia istoty matematyki (m.), a oto najpoważniejsze z nich:
1. M. współczesna jest niemal niedostępna dla nie-matematyka i to głównie z powodu niesłychanego bogactwa pojęć – są ich tysiące! Nawet specjaliście jakiegoś działu m. trudno porozumieć się z kolegą pracującym w innym dziale. M. była i jest wiedzą ezoteryczną.
2. Panuje – nie tylko wśród „profanów” – zupełnie fałszywe wyobrażenie o m., np. że komputery usuną potrzebę uczenia się jej.
3. Powyższe punkty pokazują dobitnie, że jest niemal niemożliwe – w krótkim artykule, przeznaczonym przecież dla szerszego kręgu odbiorców – dać wyobrażenie o naturze szkoły matematycznej.
4. W szerokich kręgach naszego społeczeństwa panuje „legenda PSM”, która, niestety zupełnie odbiega od istoty i historii PSM.

Mimo powyższych trudności, obiekcji i niebezpieczeństwa „szargania świętości” podaję następującą charakterystykę: M. jest: a) językiem i b) pismem, c) sztuką, d) życiem idei i, oczywiście, e) nauką f) logosem fizyki.

M. jest bardzo bogatym językiem w pojęciu, jakie wypracowała współczesna hermeneutyka, zbliżonym do prastarej, symboliczno-mistycznej teorii języka. Dopiero język tworzy rzeczywistość, bez języka nie ma rzeczywistości. Na pytanie: kto mówi językiem, Heidegger odpowiada: „mowa (język) mówi”. Innymi słowy Logos (mowa) kształtuje rzeczywistość, przez człowieka mówi Logos. Mało tego: Logos jest potęgą, która jednak potrzebuje „współpracowników” w nieprzerwanym tworzeniu rzeczywistości (creatio continua). Świat idei nie jest gotowy, jest raczej nie uformowaną potężną energią, zespołem kiełków idei ( logoi spermatikoi – logosy nasienne), które do swego pełnego ukształtowania potrzebują ludzkości. Jeszcze inaczej: owe kiełki idei „chcą” być poznawane i kształtowane, „chcą” się rozwijać, „poszukują” gleby i szansy rozwoju. Jest nią ludzkość, przede wszystkim potencjalni twórcy: poeci, artyści, filozofowie, uczeni. W przypadku dziwnego logosu, jakim jest m. – potrzebują i poszukują ludzi zwanych matematykami. Ale, podobnie jak inne języki (np. j. polski, czy muzyka), do przekazywania twórczej energii konieczni są także „zwyczajni ludzie” (rodzice przekazujący dziecku mowę ojczystą, nauczyciele muzyki, matematyki). Przecież nawet największy matematyk potrzebował nauczyciela „szkolnej matematyki”.
Ale nie każdy język dysponuje pismem! M. nie da się pomyśleć bez niezwykle bogatego pisma, nie ma m. bez tysięcy znaków ( często zwanych „symbolami matematycznymi” ). Jak podkreślał Kähler – matematyka jest pismem.

Skoro m. jest życiem idei – rozwijających się, zapładniających nawzajem, umierających, rodzących się na nowo w nowej postaci – to zrozumiałe staje się jej wielkie znaczenie dla filozofii. Platonicy zdawali sobie zawsze sprawę, że najlepszym – o ile nie jedynym – dostępem do świata idei (kosmos, noetos), propedeutyką filozofii jest matematyka. Legendarny napis przy wejściu do „akademii platońskiej” głosił: „- Niech nie wkracza tu nikt, kto nie zna geometrii (matematyki)”. Może teraz nie wyda się zaskakująca piękna wypowiedź Kählera (z r. 1939):

M. jest organem poznania i niesłychanym usubtelnieniem języka potocznego. Wznosi się z języka potocznego i świata wyobrażeń jak roślina z gleby, a jej korzeniami, są liczby i proste wyobrażenia przestrzenne. Nie wiemy jeszcze jaka to treść domaga się języka matematyki. Nie możemy nawet przeczuwać, w jakie dole i głębie pozwoli spojrzeć ludziom to duchowe oko, jakim jest matematyka.

Udział człowieka w życiu idei nazywa się poznawaniem. Największy ma tematyk XX stulecia, Hermann Weyl, podkreślał zawsze jedność matematyki. i fizyki (był on także wybitnym fizykiem i interesującym filozofem!). Jedność ta, dla dawnych pokoleń była tak oczywista, że fizyków do niedawna jeszcze nazywano „geometrami” lub „matematykami”. Dla wielu matematyków, a także fizyków wieku (w tym, niestety, dla PSM), jedność ta przestała być oczywista. Stąd częste zdziwienie i zachwyt dla „niezrozumiałej adekwatności matematyki i fizyki” (E. Wigner). Ostatnia znów wybitni matematycy i fizycy są świadomi jeśli nie jedności, to zapładniającej roli owych „dwóch różnych nauk”. Interesująca jest w tym względzie ewolucja spojrzenia wielkiego Einsteina na matematyk. Młody Einstein miał do matematyki stosunek niechętny (słabo ją znał), później zaś uważał (fałszywie!), że „w fizyce naprawdę twórczym elementem jest matematyka”.

Czym jest Szkoła matematyczna?

Zasadniczą cechą wszelkiej szkoły jest relacja nauczyciel – uczeń, czy też mistrz – uczeń. Nie wszystkim było dane mieć prawdziwego nauczyciela mistrza). Trzeba sobie uprzytomnić, że każdy człowiek ma dwojakiego rodzaju rodziców i przodków: biologicznych oraz duchowych – właśnie nauczycieli. Ta druga, „pionowa” (w odróżnieniu od pierwszej „poziomej”) relacja nazywa się filiacją. To, co powiedziane było o życiu idei i roli ludzi w owym procesie czyni pojęcie filiacji niemal oczywistym. W życiu idei matematycznych musimy rozszerzyć pojęcie nauczyciela – mistrza, duchowego ojca” także na ludzi nie spotkanych bezpośrednio. Dla wielu matematyków dużo ważniejsze były publikacje nieżyjących już badaczy (interesująca jest analogia z podstawową ideą ezoteryki żydowskiej „Szkoły – objawienia Proroka Eliasza”), niż ich kontakt z żyjącymi, nie zapładniającymi ich duchowo nauczycielami uniwersyteckimi. Tradycja matematyczna jest zatem filiacją. A więc dla twórczości matematycznej nie jest konieczna „szkoła matematyczna”, która – jak wspomnieliśmy – jest rzadkim zjawiskiem w życiu m., trwającym ponad 2590 lat.

Każda ze szkół ma swych ojców, ma swą tematykę badań, styl pracy. Na czym polegał cud powstania, specyficzność PSM? Wielkie, płodne idee, ważne inspiracje potrzebują przygotowanego gruntu, są to właśnie kiełki, nasiona, które chcą wzejść w umysłach i sercach ludzi. Często rolę ich pełnią outsiderzy, nie należący da żadnego „establishmentu”, a więc nie wyżsi urzędnicy ani też członkowie hierarchii wyższych uczelni. Mocne, sztywne struktury akademickie – aczkolwiek pożyteczne, a nawet konieczne – bardzo silnie kształtują swych członków i często patrzą podejrzliwie na zupełnie nowe koncepcje, czy idee. Przykładów jest legion: kościoły i sekty, medycyna uniwersytecka patrząca niechętnie na „ medycyny alternatywne” (np. homeopatię, akupunkturę), historia psychoanalizy. czy jungowskiej psychologii głębi, przemysł farmaceutyczny bojkotujący różnego rodzaju preparaty ziołowe, homeopatyczne itp. Tak zapewne było zawsze, tak jest i „być musi”. Nowe jest zupełnie obce i niedoskonałe, pozornie słabe, ale żyje w nim niezwykła duchowa siła. Wczesne chrześcijaństwo zwalczane było przez ówczesny establishment – synagogę. Gdy okrzepło i stało się potężną instytucją, zwalczało bezwzględnie wszelkie nowe ruchy, nazywając je herezjami. Młody chasydyzm zwalczany był zajadle przez rabinat, który nie cofał się nawet przed fałszywymi donosami do władz carskich.

Życie i działalność Stanisława Michalskiego

jest przejmującą ilustracją powyższych ogólnych rozważań. Młody inżynier, absolwent politechniki moskiewskiej, Wołyniak – organizuje jeszcze w Moskwie bibliotekę Związku Młodzieży Akademickiej. Biblioteka mieściła się w sali rysunkowej Politechniki, a „bibliotekarz miał dużo kłopotu z doborem książek i lektury dla kolegów”. Jeszcze bardziej odczuwał potrzebę wskazówek, gdy przybył w roku 1890 do Warszawy, gdzie jako mody inżynier pracował w fabryce Rudzkiego. Później, gdy przeniósł się na „Kolej Wiedeńską”, zaczął sprawować nieoficjalną funkcję „kolejowego ministra oświecenia publicznego”. Jeszcze wcześniej zajął się legalną pracą oświatową, którą właściwie rozwinął i pozostawił na należytym poziomie. Był duszą i, przez dziesiątki lat, sekretarzem Towarzystwa Dobroczynności w Warszawie – instytucji założonej przez J.T. Lubomirskiego w roku 1861. „Wszystkie prace, do których wchodził młody inżynier, nabierały mocy i barwy i stawały się ważnymi placówkami kulturalnymi. Michalski umiał w nie wlać energię, wolę wytrwałą pracę” (podkr. K. M.). Czytelnie stały się szybko ośrodkiem pracy dziesiątków i setek ludzi dobrej woli, którzy niezależnie od przekonań, prowadzili wspólną pracy oświatową.

Trzeba uprzytomnić sobie atmosferę tamtych czasów w Kongresówce. Warszawa i całe Królestwo żyło niezwykle intensywnym życiem podziemnym. Świetne ujęcie problemów i atmosferę tamtych czasów zawdzięczamy klasycznej dziś już monografii Bogdana Cywińskiego Rodowody Niepokornych. (Pamiętam, jak na kilka lat przed napisaniem owej słynnej książki, przyszedł do mnie jej Autor, proponując mi współpracę nad nią. Musiałem mu wtedy odmówić – nie byłem kompetentny, a nadto zajęty pisaniem monografii i podręczników matematycznych, pracą nad budową nowej katedry. Częściowo spłacam ów „dług” niniejszym artykułem.) Wystarczy wspomnieć w tym miejscu „Latający Uniwersytet” (dokładniej: „Kursy Lotne Naukowe”). Te tajne wykłady na poziomie uniwersyteckim były osobliwością Królestwa i trwały do roku 1905. (Idea odżyła w czasie okupacji hitlerowskiej, nigdy młodzież nasza nie uczyła się z takim zapałem i oddaniem, z dosłownym narażeniem życia. Dane mi było – jako studentowi – brać udział w tym niezwykłym wydarzeniu!)
Pamiętajmy, był to okres polskiego „pozytywizmu”, „organicznej pracy od podstaw”, samouctwa. Zdawano sobie jasno sprawę, że „nauka to potęga”, że nie będzie Polski bez polskiej kultury i nauki.

Ofiarność i bezinteresowność owej epoki jest niemal nie do pojęcia dziś, gdy panoszy się malkontenctwo, jałowa zawiść i „prywata”. Na tamten grunt padały nasiana rzucane i pielęgnowane przez Michalskiego i jego współpracowników. Kiełkowała w nim idea Poradnika dla Samouków, pracowała w jego podświadomości i długo go męczyła. „Michalski od najwcześniejszej młodości miał aspiracje naukowe, jakąś romantyczną tęsknotę do nauki. Zajmował się w szkole wyższej gruntownie matematyką, a później tęsknił za psychologią i pedagogiką. Początki idei Poradnika zrodziły się w 1897 r. Pomógł mu Aleksander Hefllich, prokurent bankowy i ideowy pracownik czytelni bezpłatnych, obejmując techniczną organizację wydawnictwa. Obaj stworzyli bezinteresowną spółkę wydawniczą, której celem miało być wydanie Poradnika, obliczonego na 3-4 tomy. Mimo że idea Poradnika leżała niemal na ulicy, to jednak zrozumienie zasad przyszłego wydawnictwa spotykało się z dużym oporem specjalistów. Poradnik od razu stał się ośrodkiem impulsów, tętniącym nowym życiem. Mieszkanie Michalskiego przy ulicy Nowogrodzkiej przekształciło się w istną siedzibę naukową. Schodzili się tam wszyscy, proszeni i nieproszeni, uczeni i dyletanci, młodzież szukająca wiedzy i pomagająca w pracy. Wydawnictwa nabrało rozgłosu, zwłaszcza po wydaniu – z pomocą Kasy Mianowskiego – I tomu. Książka, wydana w 2,5 tys. egzemplarzy, rozeszła się w ciągu 1-2 miesięcy, wywołując powszechny entuzjazm i niecierpliwe wyczekiwanie reszty tomów.

Dla nas niezwykle cenne jest porównanie pierwszego wydania Poradnika z drugim. Pierwsze jest jeszcze bardzo skromne, stosunkowo mało ambitne, bardzo elementarne, zwracające się do szerokiej rzeszy czytelników, mających jedynie podstawowe przygotowanie. Wydanie drugie jest dziełem zupełnie nowym, przede wszystkim zaś tom poświęcony matematyce. Dopiero to dzieło zadowoliło Michalskiego w zupełności. Nie byłoby ono jednak do pomyślenia bez niezwykłej, twórczej inicjatywy młodziutkiego Zygmunta Janiszewskiego.

Narodziny Polskiej Szkoły Matematycznej

Niedługo po zakończeniu II wojny światowej zaczął działać, oficjalnie już, Uniwersytet Warszawski. Było nas około 30 studentów sekcji matematyczne-fizycznej wydziału „matematyczno-przyrodniczego”, bez podziału na lata studiów. Pamiętam niewiele wykładów kursowych i monograficznych oraz dwa seminaria (w tym jedno na bardzo elementarnym poziomie). Na wykłady z matematyki i fizyki uczęszczali wspólnie studenci chcący poświęcić się matematyce bądź fizyce. Seminarium Matematyczne gnieździło się w trzech maleńkich pomieszczeniach odstąpionych gościnnie przez Instytut Fizyki Doświadczalnej. Jeden pokój zajmowała biblioteka z księgozbiorem Samuela Dicksteina, przeniesiona z Pałacu Staszica, drugi służył wykładom monograficznym i seminariom, trzeci był wspólnym gabinetem naszych wybitnych nauczycieli: Sierpińskiego, Kuratowskiego, Borsuka, później Nikliborca i Mazura.

W tym czasie dane mi było spotkać się z niezwykłym człowiekiem, przyjacielem Janiszewskiego i Micha1skiego, wielkim badaczem lodów, geologiem, Stanisławem Bronisławem Dobrowolskim. Człowiek ten był ucieleśnieniem niezwykłej epoki, w której powstał m.in. Poradnik dla Samouków i rodziła się Polska Szkoła Matematyczna. Ów starszy już wówczas człowiek promieniował pogodną, pozytywistyczną wiarą w naukę, która stanowiła dla niego prawdziwą religię. Gdy Dobrowolski dowiedział się, że chcę poświęcić się matematyce, opowiedział mi o swym spotkaniu z Janiszewskim, kiedy był świadkiem bólów porodowych PSM. Postaram się wiernie oddać słowa Dobrowolskiego, bo nie chciałbym, by zeszły ze mną do grobu:

Było to na kilka lat przed wybuchem I wojny. Lato spędzałem w zaprzyjaźnionym dworze. Było tam sporo młodych ludzi, pogodna atmosfera. Młodzi flirtowali, chodzili na wspólne spacery; wieczorami grali w karty, tańczyli. Pojawia się tam któregoś dnia miody matematyk, Zygmunt Janiszewski. Byłem jedynym, które chciał go wysłuchać, »rozmawiać z nim«. Tygodniami chodziliśmy po dworskim parku, polach, lesie, a Janiszewski mówił do mnie. Wylewały się z niego matematyczne pomysły, idee. Niewiele z tego rozumiałem, ale zdawałem sobie sprawę, że muszę go słuchać, towarzyszyć mu w jego deliberacjach, bo inaczej on oszalałby. Dziś, po przeszło czterdziestu latach widzę, że byłem przy narodzinach Polskiej Szkoły Matematycznej.

Opowiadanie to uprzytamnia niemal dotykalnie działanie idei, tutaj: matematyki. Jej przemożne parcie przypominało stan opętania wielkiego twórcy. Możemy sobie wyobrazić, jak szczęśliwe chwile przeżywał Stanisław Michalski mówiąc Janiszewskiemu o idei Poradnika i widząc, że iskra zapala się wielkim płomieniem, że przyświecająca mu idea nabiera kształtów i siły, o której nawet w najśmielszych swych marzeniach nie śnił.

Dar bogów

Powróćmy na koniec do charakterystyki matematyki, by podkreślić jej jedność jako organicznej całości życia idei. Matematyka jest całością wzajemnie powiązanych i oddziałujących na siebie organów, którymi są poszczególni matematycy, ich ugrupowania, szkoły. Tak tłumaczy się fakt, że: 1) konstrukcja lub odkrycie matematyczne dokonane przez jednego matematyka, czy ośrodek badawczy, niemal jednocześnie zostaje dokonane przez innych, mimo braku zewnętrznych kontaktów; 2) gdy jakaś teoria matematyczna dojrzeje, rozwinie się, pojawiają się nieznane dotąd i nieoczekiwane powiązania z odległymi dotychczas działami matematyki; 3) ale jedność ta nie jest czymś gotowym i nie zagrożonym. Musi być ustawicznie odnawiana, przekazywana, przeżywana. Na skutek swego ogromu współczesna matematyka jest stale zagrożona rozpadem, dezintegracją, utratą wspólnego języka. Interesujące, że pomocna w integracji jest i dziś fizyka – jej teoretyczne-magmatyczne problemy.

Ciągłość i trwałość matematyki jest gwarantowana w dużym stopniu tym, że matematyka jest także pismem. Jak już wspomniałem, ezoteryczność współczesnej matematyki związana jest z setkami (tysiącami?) znaków matematycznych, które nie wtajemniczonemu nic nie mówią, jak hieroglify, czy nuty. Rzeczywiście, owe „symbole” przypominają nieraz pismo obrazkowe, hieroglify, czy pismo chińskie, które, studiowane przez długie lata, zaczynają coraz pełniej przemawiać do badacza, pozwalają mu mówić owym językiem, zwanym matematyką, a w szczególnych przypadkach utalentowanych matematyków rozwijać ten język i pismo.
Zawsze, we wszystkich religiach i ich mitach wiedziano, że język i pismo są darami bogów. Może najpiękniej przedstawia to mitologia Greków. Sztuki, kunszty, nauka są darem Muz (stąd musiké); poeta, matematyk, jest tylko organem Muzy: poprzez niego śpiewa ona, sławiąc boski twór Kosmosu (jeszcze wielki Kepler wiedział, że „matematyka jest archetypem piękna świata”). Wielce wymowne jest, że muzy są dziećmi Zeusa i tytanki Mnemosyne (pamięci, przypomnienia). Przewodnikiem Muz – musagetem – jest Apollo, one zaś są jego organami i wysłanniczkami (angeloi). Z początku było ich trzy: Mneme (pamięć, wspomnienie), Melete (ćwiczenie – praxis), Aoide (pieśń, śpiew). I tak matematykę tworzy człowiek entusiasmowany (czyli napełniony bogami), dzięki Pamięci-Wspomnieniu (Mneme), ustawicznym ćwiczeniom – Praxis (Melete) i śpiewaniu czyli sztuce-kunsztowi-poezji (Aoide), tj. pracom-publikacjom, wykładom będącym pismem-literaturą, nieraz kunsztem-sztuką, dającą wzruszenie nie tylko estetyczne. Dziś zapomnieliśmy, że matematyka jest darem-podarkiem, wymagającym pamięci i ustawicznego ćwiczenia-przypominania – anamnezją, tradycją, która „nie jest konduktem pogrzebowym, lecz ciągiem zmartwychwstań – rodzenia się w nowej postaci”.

Na zakończenie przytaczam piękną formułę, nad którą pracowały przez 150 lat – począwszy od Riemanna – pokolenia największych matematyków. Nosi on mianu wzoru Wolperta.

Krzysztof Maurin
Krzysztof Maurin (ur. 1923) jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Był twórcą i kierownikiem Katedry Metod Matematycznych Fizyki U.W. Jego najważniejsze prace to monografia Metody przestrzeni Hilberta (1959), Analiza, Methods of Hilbert’s Spaces (1967), General Eigenfunction Expensions and Unitary Representations of Topological Groups (1968). W 1981 wydał tom drugi z serii Offene Systeme.

http://gnosis.art.pl

Komentarzy 31 do “Legenda i cud Polskiej Szkoły Matematycznej”

  1. krzysztof1942 said

    Matematyka jest SZTUKĄ, sztuką logiki. Jest doskonałym narzędziem szuki poznania – fizyki.

  2. RomanK said

    Oto doskonaly cytat oddajacy w pelni sens oczywistej prawdy:

    Jedną z mych tez jest, że ów cud był przejawem większego cudownego procesu, jakim był renesans narodu, obudzenie się jego sił twórczych, zrozumienie i wiara w naukę (i sztukę) pielęgnowaną tu i teraz. Przejawem tego był niezwykły pęd do samouctwa, a owocem – niespotykane dotąd w świecie, bezprecedensowe
    wydawnictwo: Poradnik dla Samouków, dziecko Stanisława Michalskiego (I wyd. 1907, II – 1913/14). Najciekawszym jego tomem była Matematyka, redagowana i w dużej mierze napisana przez młodziutkiego, genialnego Zygmunta Janiszewskiego – ojca PSM.

    Tak Odrodzenie Polski ktore trwalo zaledwie 20 lat..1919-1939…ile dokonalo sie w Polsce??? ktora dzwigaka se z zapasci i z poziomu XVIII wiecznej zacofanej prowincji wchodzila w Europe XX wieku wnoszac swoj wielki wklad na najwyzszym poziomie…
    I porownajcie dzis….kraj w zapasci, likwidujacy przemysl , rolnictwo a przedewszysytkim nauke..w tym to co bylo najcenniejsze Szkioly Matemtyczne…
    Porowajcie te dwa okresy 1919-39 i 1982- 2012////jaksze odmienne dwudziestolecia…Dwudziestolecie Odrodzenia…i Dwudziestolecie Upadku…

    Z Niczego zbudowano Piekny Kraj…i Piekny Kraj obrocono w ruine i pustynie intelektualna….dzieki ci klaso polityczna Polski….
    O czesc wam panowie Thuskowie
    za dzieci w bandosy zmieniane
    O czesc wam Kaczynscy, Sikorscy , Walesy
    za kraj nasz doszczetnie sprzedany…

  3. 25godzina said

    Problem polega na tym, że laik tego nie zrozumie. Tak jak np laik nie zrozumie dlaczego urbanista krytykował lokalizację i inicjatywę budowy cerkwi na Polach Mokotowskich.

    Państwo zainicjowało a teraz państwo niszczy. Jaki z tego wniosek? Że bezpieczniej by było, gdyby uczelnie nie były państwowe, bo teraz jeden wajchowy w randze ministra decyduje o losach spraw o których najczęściej nie ma pojęcia lub zwyczajnie ma zadanie je zniszczyć.

    „Z góry” polskiego państwa nie da się odbudować, tylko „z dołu” w oparciu o autorytety i prawdziwych liderów.

  4. Józef Marcinkiewicz – geniusz wydarty Polsce. Jeden z najgenialniejszych matematyków nie tylko na skale Polski, ale i swiata. Jego prace do dzis inspiruja matematyków.

    Mimo zaledwie sześcioletniego okresu działalności naukowej ogłosił ponad 50 prac na temat teorii funkcji zmiennej rzeczywistej, szeregów trygonometrycznych, interpolacji funkcji wielomianami trygonometrycznymi, operacji funkcyjnych, układów ortogonalnych, funkcji zmiennej zespolonej i rachunku prawdopodobieństwa.

    Prace Marcinkiewicza oprócz oryginalnych i ważnych wyników zawierają wiele pomysłów, do dzisiaj nie do końca wykorzystanych, które wciąż inspirują matematyków.

    Wilno, Uniwersytet Stefana Batorego, lata 30. XX w. Na seminarium Antoniego Zygmunda (nauczyciela moich nauczycieli), pewnego dnia powstaje problem, czy pewne twierdzenie jest prawdziwe. Nikt nie potrafi znaleźć jego dowodu, nikt też nie potrafi podać kontrprzykładu. Co zrobić? Zygmund zarządza… głosowanie. Wynik demokratycznego głosowania: „twierdzenie jest fałszywe”. Aż tu po 3 tygodniach, zjawia się na seminarium młody matematyk – Józef Marcinkiewicz – z dowodem poprawności twierdzenia.
    Zygmund pointuje:
    – Oto do czego prowadzi demokracja!
    (usłyszane od Stanisława Balcerzyka)

    I coś o Banachu:

    To co najlepsze w polskiej matematyce, kojarzy się z postacią Stefana Banacha – twórcy analizy funkcjonalnej.

    Banach znany był ze swej niechęci do formalnych procedur akademickich. Przyszedł taki moment, że był sławny na całym świecie ze swoich osiągnięć naukowych, a nie miał doktoratu. Żeby uzyskać doktorat należało złożyć pracę doktorską oraz zdać egzamin przed specjalną komisją. Z tym pierwszym nie było problemu – wystarczyło zebrać jego prace naukowe. Poważnym problemem był ów egzamin, bowiem Banachowi absolutnie nie chciało się go zdawać. Jego koledzy wymyślili fortel. Banach był entuzjastą dyskusji naukowych (zajmował się nauką raczej dyskutując z innymi, a nie ślęcząc po bibliotekach). Koledzy poinformowali go, że jest grupa osób, która chce przedyskutować z nim szereg problemów. Banach się zapalił, przybył na spotkanie z tą grupą i z zapałem odpowiadał na pytania. Jakież było jego zdziwienie, gdy następnego dnia dowiedział się, że znakomicie zdał egzamin doktorski.

    (usłyszane od Krzysztofa Ciesielskiego)

    W czasie swojej wizyty we Lwowie, niedługo przed wybuchem II wojny światowej, John von Neumann nakłaniał Banacha do emigracji do USA, by (podobnie jak w przypadku Stanisława Ulama) wykorzystać jego talenty matematyczne do prac dla potrzeb militarnych. Otóż von Neumann miał czek, podpisany przez Norberta Wienera, na którym tenże postawił tylko jedną cyfrę: „1”. Banach miał dopisać za tą „1” tyle zer, ile tylko zechce. I co zrobił Banach? Odpowiedział spokojnie, że nie zna liczby zer, które by mu zrekompensowały Polskę, Lwów i Kawiarnię Szkocką. Podobno był to jeden z rzadkich momentów, gdy von Neumann nie mógł z siebie wydusić słowa.

    (opowiedziane przez S. Ulama)

    J.M. Hoene-Wroński (1776-1853)

    Słał listy do władców Europy instruując ich jak powinni sprawować rządy. Listy te zawierały dokładne wzory matematyczne jak rządzić. Oto przykład wzoru z Epitre Secrete a son Altesse le Prince Louis-Napoléon, Dépôt des Ouvrages Messianiques, Metz 1851.

    Niech a będzie stopniem anarchii, d – stopniem despotyzmu. Wówczas

    a = ((m + n)/m . (m + n)/n) p – r . (m/n) p + r,

    d = ((m + n)/m . (m + n)/n) r – p . (n/m) p + r,

    gdzie m = numeryczny wpływ partii liberalnej,

    p = standardowe odchylenie filozofii partii liberalnej od prawdziwej religii, n = wpływ partii religijnej,

    r = odchylenie religii od prawdziwej filozofii.

    (usłyszane od A. Lascoux)

    Honoriusz Balzac określił Wrońskiego „najtęższym umysłem ówczesnej Europy” i uczynił go jednym z bohaterów Komedii ludzkiej. Podobnie wysokie zdanie miał o nim Cyprian Kamil Norwid.

    Więcej: http://www.wsp.krakow.pl/konspekt/28/index.php?i=027

  5. 25godzina said

  6. RomanK said

    Ma pan oczywiscie racje panie 2 godzina…ale doly sie przestaly rodzic….nie ma Przyszlosci….nie rodzi sie…nie ma!!! Pustka…NIC!

    Panie Krzystofie..ilu mamy naprawde madrych ludzi…ktorych zobaczy an w TiVi ja juz sie nie wybrzydzam w ktorej TiVI..ile razy slyszal pan tych ludzi autentycznie madrych polemizujacych z namaszczonymi autorytetami..
    Czy kiedykolwiek widzial pan Geremka dyskutujacego na zywo w TiVi np z Ojcem Krapcem????Innego sapchlonego autoryteta z rzeczywiscie poslkim katolickim intelektualista????
    Pana Kuntza dyskutujacego z panem Ryszardem Filipskim???
    Wajde z panem Poreba???
    Wdzi pan- wtedy nie mogliby sie wytrzasac Lisy , Materny, Kuntze i inne szmuntze… jak glupi sa Polacy…bo to- mogliby zobaczyc wszyscy na ekranie…ale tego pan nie zobaczy ani na Starym, ani na Nowym Ekranie…z tego samego powodu!
    BO widzicie Panstwo problem nie lezy w tym, ze my Polacy nie mamy madrych ludzi wsrod siebie..problem jest -ze tych ludzi odsuwa sie w niebyt, marginalizuje i eliminuje z przestrzeni publicznej..z przestrzeni medialnej!!!
    Kidys mialem nadzieje, ze to uzupelni , wypelni Medium Radia Maryja…ale to niestety nie nastapilo,,,nigdy! To co zapraszali jak naprawde rzadko Ojca Krapca bylo tylko kwiatuszkiem do kozucha..usprawiedliwieniem dla biednych sponsorow Mediow Torunskich! To samo czyni Kosciol Chierarchiczny w Polsce….
    Tu lezy glwny powod….Dlatego nalezy powiedziec zdecydowne NIE!
    Ale do tego trzeba miec jaja…nie w koszyczku wielkanocnym…ale na wlasciwym miejscu!
    Dosc zezwolenia na wypychanie Polakow z kazdej dziedziny publicznej zycia w Polsce….

  7. Ad. 6

    „Czy kiedykolwiek widzial pan Geremka dyskutujacego na zywo w TiVi np z Ojcem Krapcem????”

    – Dawno się tak nie ubawiłem… :-)))))) Żydzi nie popełniają harakiri… :-))))))

  8. Miet said

    Dzięki p. Gajowemu za zamieszczenie tego wpisu – dzięki też p. Krzysztofowi M. za piękny wpis pod # 4.
    Mogę się pochwalić, że znam bardzo dobrze Krzysztofa Ciesielskiego, to świetny matematyk pracujący w West Virginia.
    Spotykaliśmy się wiele razy na konferencjach, a i miałem też zaszczyt goszczenia go u siebie w domu w Michigan.

    Muszę się też pochwalić, że moim nauczycielem matematyki na Uniwersytecie Łódzkim był asystent Banacha, Zygmunt Zahorski.
    Od niego my studenci mieliśmy możność usłyszenia całej plejady anegdot jak i historyjek z życia Banacha.
    Gdy się poprosiło Zahorskiego aby opowiedział coś o Banachu, on wtedy wpadał w trans, zapominał o czasie i nie raz trzeba było go sprowadzać do rzeczywistości, bo potrafił zapomnieć o następnym wykładzie i czekających na niego innych studentach.

  9. Miet said

    Ad3.
    I od nowa to samo – wiara, że prywatne szkolnictwo wszystko rozwiąże.
    Nie rozwiąże, gdyż „wajchowi” z tego niby-rządu, czy niby-sejmu tak ustalą przepisy i struktury szkolnictwa, że prywatne szkoły będą musiały podporządkować się temu wszystkiemu co durna p. ministra wraz ze swoją świtą im zgotuje.
    Szkolnictwo wyższe w Polsce wymaga całkowitej przebudowy.
    Zauważcie, że struktury tegoż nie zmieniły się od stalinowskich czasów, kiedy nad wszystkim musiała panować władza centralna i wszystkie uczelnie musiały być „równe”.
    W tamtych czasach większość studentów nie zdobywała wiedzy a tylko dyplomy i tak to pozostało. Dyplom z WSI w Pcimiu Dolnym miał taką samą wartość jak ten z Politechniki Warszawskiej.
    Teraz jedyna różnica jest w tym,że już nie ma WUMLu i mam nadzieję, że nie nadaje się tytułów magistra kacykom z partii będących u władzy (chociaż Bartoszewskiemu nadano:-)))).

    W Polsce powinno się utrzymać najważniejsze uniwersytety i politechniki, które od dawna miały ustaloną renomę a całą resztę tych niby-wyższych szkół i szkółek przemianować na dwu-trzy letnie koledże.
    Należałoby też przeprowadzić dalekoidące przegrupowania w kadrach naukowych. Zatrudnianie na stanowiska naukowe odbywa się niby poprzez konkurs ale wiem od moich kolegów z Polski, że to wielka lipa – zatrudnia się i tak już ustalonego od samego początku kandydata.
    Najgorsze jest jednak to, że moi koledzy w Polsce ani myślą aby ten bajzel w całym szkolnictwie zmienić. Im ministrowie i dyrektorki departamentów nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie, szczególnie, jeżeli ma się u nich tzw. chody.
    Czyli tak jak drzewiej bywało i tak chyba pozostanie po wsze czasy.:-)))

  10. Marucha said

    Re 9:
    Ależ panie Mietku, Pan nie docenia wspaniałego poziomu polskich prywatnych uczelni, ani ich wyśmienitej kadry, dorabiającej na sześciu etatach jednocześnie.
    Niech Pan spojrzy, ile niezwykłych odkryć i ile przełomowych prac naukowych powstało w Prywatnych Akademiach Marketingu albo na Uniwersytetach Handlu Nieruchomościami.
    To prawda, że wśród prywatnych uczelni nie ma żadnych uczelni technicznych, nie ma uczelni zajmujących się naukami ścisłymi… ale za to ileż z nich poświęca się o wiele ważniejszym zagadnieniom Prawa Unijnego, Teorii Integracji Europejskiej czy Zagadnieniom Lobbingu Polityczno-Gospodarczego.
    W tym leży przyszłość!
    Bogactwo bierze się z handlu akcjami, nie z pracy.

  11. Rysio said

    Naprawdę, bardzo lubię Gajowego – i naprawdę nie chcę być złośliwy – ale czy może Gajowy podać nazwiska ludzi którzy dorobili się z pracy własnych rąk?

    Bo mnie jakoś żadne nie przychodzi na myśl.

    😦

    Podobno p. Rysio jest dość bogaty, tak się przynajmniej chwalił. Czyżby tego, co ma, dorobił się złodziejstwem albo oszustwem? – admin

  12. Kapsel said

    A tutaj zamiana Liceum Medycznego ,które kształciło pielegniarki na:

    Wyższa Szkoła Rozwoju Lokalnego w
    Żyrardowie

    Wyższa Szkoła Rozwoju Lokalnego w Żyrardowie – niepubliczna szkoła wyższa z siedzibą główną w Żyrardowie powołana decyzją Ministra Edukacji Narodowej i wpisana 29 sierpnia 1997 r. pod nr 133 do rejestru szkół niepaństwowych[1]. Założycielem uczelni jest Mazowieckie Towarzystwo Naukowe z siedzibą w Warszawie
    Od początku swojego funkcjonowania uczelnia kształci studentów na kierunku ekonomia ze szczególnym uwzględnieniem tematyki dotyczącej samorządu terytorialnego i gospodarki lokalnej. Pod pojęciem tym kryje się jednak bardzo szeroka problematyka, ….

    http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:WSRL.jpg&filetimestamp=20111124214022

    Problematyka rzeczywiście jest tak bardzo szeroka jak sama UE i NWO !

  13. Miet said

    Ad12.
    No cóż w Polsce satyra sama się pisze. Nie potrzeba nic tworzyć czy wymyślać.
    Zastanawia mnie kto i jaka instytucja nadaje takim nowotworom rangę wyższej uczelni?
    Nazwa też porażająca – może już lepiej by było Wyższa Szkoła Kształcenia Kadry Darmozjadów Państwowych Szczebla Lokalnego?:-)))

  14. Kapsel said

    Re 13
    No cóż w Polsce satyra sama się pisze

    Wcale się nie zdziwię jak któregoś razu zobaczę i takie :Wyższa Szkoła Kolorowych Jarmarków,Wyższa Szkoła Pierzastych Kogucików,Wyższa Szkoła Baloników na Drucikach,Wyższa Szkoła Cukrowej Waty itd…itp.
    Bo w UE społeczeństwo ma być wykształcone ! …. to przyszłe kadry dla NWO!

  15. Marucha said

    Re 13:
    Panie Mietku, jest w Polsce jakaś niewielka liczba uczelni prywatnych, które jakoś tam starają się o poziom. Należą do wyjątków. Cała reszta to fabryki dyplomów za pieniądze i chałtury dla kadry naukowej.
    Czy gdzieś powstała prywatna uczelnia inżynieryjna? Uniwersytet kształcący w naukach ścisłych?
    Nie. Tylko same szkoły ekonomiczne, markertingowe, pijarowskie, itp. znajdujące się na pograniczu pseudonauki.
    Czy z jakiejś prywatnej uczelni wypłynęła w świat bodaj jedna wartościowa praca naukowa, cytowana za granicą?

  16. Marucha said

    RE 14:
    No, przesadził Pan.
    Najpiwerw muszą powstać takie potrzebne instytucje, jak Akademia Handlu Odzieżą Używaną, Uniwersytet Sprzedaży Bazarowej, Instytut Badań nad Oscypkami, Szkoła Wyższa Uzyskiwania Dotacji Unijnych, Instytut Przebudowy Społeczeństwa, Akademia Oszczędzania Światła itd.

  17. Kapsel said

    Re 16
    No, przesadził Pan.

    A to dlatego Panie Gajowy że ja widzę już
    produkt finalny.

    A mnie niepokoi jeszcze i to że na dzień dzisiejszy nie znajduję śladu po ks.Piotrze.Sprawdzałem na Yuo Tube.Gloria tv i na stronie telewizji internetowej Chrystus wincit….chciałem posłuchać co powiedział w rocznicę Katastrofy pod Smolńskiem.Zawsze o tej porze jego kazania już można było posłuchać a dzisiaj cisza do tej pory.Nie ukrywam że mnie to zmartwiło.

  18. Rysio said

    re 11. Ależ skąd Panie Gajowy – u mnie bieda aż piszczy.

    😦

  19. Marucha said

    Re 18:
    Niech Rysio sobie zapamięta raz na zawsze, że bogactwo pochodzi wyłącznie z tego, czym Bóg nas obdarzył w postaci zasobów naturalnych oraz z pracy ludzkiej – a nie z handlu akcjami i papierami wartościowymi.

    Natomiast zamożność poszczególnych jednostek, rodzin czy grup może pochodzić również z przejmowania (często w sposób formalnie legalny) dorobku innych ludzi, co gajowy nazywa kradzieżą bez względu na to, w jaki sposób talmudyczne prawo się do niej odnosi.

    Czy Rysiowi imponuje właśnie ten drugi sposób zdobywania bogactwa i uważa go za zgodny z etyką katolika?

  20. revers said

    ad10, o tak to nie jest ze matematycy lub fizycy nie umia robic pieniedzy ( money maker ) , to oni najczesciej pisza ekonomistom programy komputerowe na robienie zwrotow, a zalozone przez nich firmy dla sektora finansowego w USA, swietnie potrafia zlozone rownania nieliniowe rozniczkowe dopasowac do tamtejszego rynku kapitalowego, uzyskujc wysokie zwroty.

    Czesto bywam na spotkaniach z matematykiem po Sorbonie Gressrem, ktory prowadzi Instytut Gressera, ma wlasne opracowane systemy automatycznego handlu akcjami. To do niego bakstersi zapisuja sie za nie male pieniadze na kursy
    handlowania akcjami, nie odwrotnie.

    Z Eurokolchozu uciekl z pomyslami na robienie kasy do Lichensteinu i Dubaju gdzie ma swoje biura, w UE wykonczyli by go podatkami.

  21. Rysio said

    re 19. „…Myślę sobie o cholera – ale na mnie wrażenie wywiera – proza Arkadego Fiedlera…”.

    Zgadzam się całkowicie.

    I wiem już dlaczego tak lubię Gajowego.
    Gajowy pisze (…czasami…) jota w jotę identycznie jak moje ulubione żydzisko Mises.

    🙂

  22. Rysio said

    „…Natomiast zamożność poszczególnych jednostek, rodzin czy grup może pochodzić również z przejmowania (często w sposób formalnie legalny) dorobku innych ludzi, co gajowy nazywa kradzieżą bez względu na to, w jaki sposób talmudyczne prawo się do niej odnosi…”.

    Wprost przepiękna definicja złodziejskiego socjalizmu.
    Brawo Panie Gajowy – jestem pełen uznania.

  23. Miet said

    Re15.
    Pełna zgoda Panie Mirosławie.
    Dodam do tego jeszcze parę uwag. Otóż wielu dyskutantów, którym zawsze wydaje się, że prywatne musi być lepsze niż nieprywatne (specjalnie użyłem tutaj tego słowa w zastempstwie państwowe), po prostu nie rozumie na czym polega prywatność szkół.
    Oni myślą, że to jest tak jak z właścicielem warsztatu samochodowego – on świadczy usługi za ktore pobiera pieniądze i to tak aby mieć jak największe zyski, ktore z kolei inwestuje albo przejada.
    Trzeba przyznać, że polskie szkolnictwo prywatne w dużej większości tak działa bo jest organizowane często przez paru nie za bogatych dorobkiewiczów, którzy chcą się na nim zbogacić.

    Przyjrzyjmy się jak funkcjonują uczelnie w USA.
    Wszystkie one dzielą się na publiczne i prywatne.
    Różnica pomiędzy tymi typami szkół jest tylko jedna, że publiczne są dotowane w sporej części przez rządy stanowe a prywatne muszą utrzymywać się same.
    Wszystko inne jest takie samo w obydwu tych typach.
    Wszystkie znaczące uniwersytety zarówno publiczne jak i prywatne są tzw. „non profit org.” i zarządzane są nie przez jednego właściciela ale przez administracje i kontrolowane przez rady regencyjne.
    Nazwa uniwersytet prywatny jest używana dlatego, że kiedys ufundował go jakiś bardzo bogaty człowiek.
    Np. Uniwersytet Stanforda byl od a do zet wybudowany i wyposażony właśnie przez tego multi-milionera dla upamiętnienia jego zmarłego syna.

    Stanford nie ufundował tej szkoły dla zysków.
    Podobnie jest z wieloma uniwersytetami ufundowanymi przez członków kościołow, czy grup narodowościowych.

    Uniwersytety publiczne zostały wybudowane z pieniędzy podatników w poszczególnych stanach – campusy były często lokowane na terenach stanowych – nadania ziemskie.
    Wszystkie szkoły wyższe tutaj mają bardzo dużą autonomię. Rządy stanowe ograniczają się jedynie do dotowania szkół publicznych (wg. ustalonych prawem kryteriów), do organizowania okresowych kontroli akredytacyjnych.
    Kontrole te nie organizuje żadne ministerstwo – nie ma tutaj ministerstw szkolnictwa wyższego, organizuje je gubernator poprzez powołanie komisji z pracowników naukowych różnych uczelni.
    Rząd nie wtrąca się do badań naukowych – no bo jak urzędas może znać się na takich badaniach?

    I jeszcze jedno – wszystkie uczelnie tutaj bardzo zabiegają o dotacje od osób prywatnych. Niekiedy takie darowizny są potężne.
    Np. jeden milioner ze Szwajcarii dla upamiętnienia swego syna, który zginął w wypadku samochodowym, i który studiował na University of Michigan, podarował na tę szkołę – bagatela – $30 mil.
    Było to na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy mój syn studiowal na tym uniwersytecie.

    W zasadzie takie prywatne szkoły wyższe jakie pojawiają się w Polsce, tutaj nie istnieją.
    Natomiast można wszędzie napotkać rozmaite szkółki i szkoły prywatne nastawione na zysk na ogół dla dzieci ale nie tylko, jak np. szkółki muzyczne, najrozmaitsze sportowe – w każdej dyscyplinie sportu, itp.

    Czy jeast ktoś, kto potrafiłby wytłumaczyć tympolskim sprzedawczykom, że nie wszystko da się skopiować z Ameryki?

  24. Ad. 19

    Panie Gajowy… 🙂 Rysio doskonale wie, skąd się bierze bogactwo. Rysio wie,że to praca jest źródłem bogactwa. Jednak Rysio woli korzystać z pracy innych, niż samemu pracować. Temu służą przecież giełdy, banki i inne wynalazki.

  25. Zbigniew Kozioł said

    Czytam oczywiście powoli. Bo tej ilości postów tutaj – trudno przetrawić. Przecie muszę zajmować się innymi rzeczami, by przeżyć.

    Sam artykuł: „Krzysztof Maurin”. Aż zaniemówiłem. A nie mogłem sobie przypomnieć dokładnie jego imienia i nazwiska. Chciałem, o tym napisać, a nie mogłem przypomnieć sobie jego nazwiska.

    Krzysztof Maurin propagował coś takiego, co i pozostaje między nami stamtąd. To odnosi się do pojmowania absolutu. Gdyby nie było Boga, to nie miałaby sensu dwoistość między TAK albo NIE. Między złem albo dobrem.

    Ja być może coś przeinaczam. Sens jednak jest bliski powyższemu.

    Nie znałem sam jego i znać nie mogłem. Ale słyszałem. Od studentów wtedy, „warszawiocy” wiedzieli więcej.

    Moim głównym podręcznikiem z analizy matematycznej była właśnie jego ciężka książka. Taka cegła. I to po angielsku. A to był 1980.

    Marucha wspomniał jakże wspaniałomyślnie o Meisnerze, moim koledze ze studiów (to już mój wstręt megalomancki iż posługuję sie nim, ale bez znaczenia w istocie). Meissner wyrósł obok Wróblewskiego. Obok, nie ściśle. Wróblewski, Andrzej Kajetan Wróblewski był wielkim uczonym i jest nim nadal. Był jakiś czas rektorem UW (z fizyki było w historii UW więcej rektorów, też za mnie, moich profesorów). Cała szkoła – bo chyba można aż tak mówić – szkoła myślenia, z której i ja wyrosłem, ona opiera się o w istocie niewiele ludzi. Ale ludzi z umysłem. I opiera się na historii.

  26. Marucha said

    Re 25:
    Krzysztof Maurin to była legenda. Żył w czasach, kiedy – według niektórych znaffcuf – nie było już w Polsce wybitnych matematyków.
    Jego słynną książkę do analizy matematycznej (mam ją w domu) nazywano nawet „analizą maurinowską”, w tak odmienny, nowatorski sposób ujął w niej znaną przecież tematykę.

  27. Marucha said

    Re 26:
    Tak sobie pomyślałem, że właściwie skąd Polak ma cokolwiek wiedzieć o matematyce,a już tym bardziej o wybitnych polskich matematykach. O Banachu czy Sierpińskim coś tam słyszał – i myśli, że od tamtej pory już żadni nowi się nie pojawili.
    A pojawili się.
    Tylko, że to taki bezproduktywny zawód.
    Dlaczego taki Rysiu miałby na nich płacić swe podatki?
    Matematyk ze swymi odkryciami nie znajdzie się w czołówkach gazet, ani w telewizorze. To jest zarezerwowane dla chazarskich aktorzyn, dla „polityków” których miejsce jest w kolejce po zasiłek, dla malwersantów grających rolę ministrów, dla jakichś „celebrytów”, dla paniuś od mody itd.
    Matematyk nie zrobi też przewałki na 50 milionów.

  28. Ad. 27

    „Matematyk nie zrobi też przewałki na 50 milionów.”

    – Na południu Polski w grach, czy innych zakładach, jakieś wyścigi, czy rozgrywki, stale padaly najwyższe wygrane. Właściciele interesu zaczęli szukać. I znaleźli studentów matematyki (chyba), którzy stosując wiedzę prognozowali wyniki. Prognozowali ze znakomitymi skutkami. Zgarniali miliony. Oczywiście „procederowi” położono kres… 🙂 Więc jednak można.

  29. Zbigniew Kozioł said

    Panie Marucha

    Ja bym nie wiem sam co oddał za książke Murina. To takie zboczenie.

    Miałem w życiu całe ściany wyłożone książkami.

    A potem tylko … spałem na ulicy. Przez .. wiele lat. I nadal nie wiem, gdzie jestem.

    Kropka.

  30. Zbigniew Kozioł said

    Bardzo nie lubię Rysia. A Krzysztofa M. też jakoś bardzo nie bardzo. Ot, takie sobie dupki umne, przeumne. Nikt nigdy niczego ciekawego poważnie od nich nie nauczył się.

    Tylko gdy pan im da kopa, to zjawią sią sie pod innym nikiem.

    Czy Pan nie pomylił Krzysztofa M. z kimś innym? Mnie się jego poglądy, oprócz tych na karę śmierci, podobają. – admin

  31. Ad. 30

    Jak pan będzie w Polsce, to może się pan przekonać pod iloma postaciami występuję. 🙂 Wystarczy mail.

    A pisać ku pańskiej uciesze nie zamierzam. 🙂

Sorry, the comment form is closed at this time.