Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Patriotyzm z rozkroku

Posted by Marucha w dniu 2012-04-17 (Wtorek)

Artykuł z 15 listopada 2009 roku, rzucający nieco światła na stosunek Stanisława Michalkiewicza do marszałka Piłsudskiego – nadesłał(a) p. Canada.

„Listopad – niebezpieczna dla Polaków pora”. Przede wszystkim z powodu rocznic. Żyją jeszcze ludzie pamiętający obchody rocznicy rewolucji październikowej, kiedy to na okolicznościowych akademiach biedne dzieci w szkole wychwalały nie tylko rewolucję, jako „parowóz dziejów”, ale również jej „maszynistów”, przede wszystkim w osobie żyjącego wiecznie Lenina, a sezonowo – również różnych jego pomocników. W ten oto sposób partia próbowała kształtować patriotyzm nowego typu, który – w pewnym oczywiście uproszczeniu – polegał na tym, że co jest dobre dla Związku Radzieckiego, to jest dobre i dla Polski. Gdyby więc, dajmy na to, któregoś dnia Związek Radziecki postanowił Polskę zlikwidować, to partia wytłumaczyłaby dokumentnie, że tak będzie dla nas najlepiej.

Teraz, w dwudziestym roku od sławnej transformacji ustrojowej, co to zaczęła się 6 lutego od telewizyjnego widowiska pod tytułem „okrągły stół”, gdzie uczestnicy przedstawiali, jak to reprezentanci zaproszonej przez generała Czesława Kiszczaka „strony społecznej” strasznie osaczają komucha, po „kontraktowych wyborach” 4 czerwca 1989 roku i po ukonstytuowaniu się rządu „pierwszego niekomunistycznego premiera” w osobie Tadeusza Mazowieckiego, nawiązujemy do całkiem innych rocznic. Ale i one mają różną rangę, bo na przykład 20 rocznica pamiętnego nabożeństwa w Krzyżowej na Dolnym Śląsku, kiedy to pierwszy niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki utonął w żelaznym uścisku „kanclerza zjednoczenia” Helmuta Kohla, co miało symbolizować niemiecko-polskie pojednanie, utonęła bez echa w zgiełku wywołanym obchodami 20 rocznicy „obalenia muru berlińskiego”. Murzyn zrobił swoje, to znaczy się „pojednał”, więc Niemcy, podobnie jak i inne poważne państwa, już żadnego interesu do niego nie mają, jeśli oczywiście nie liczyć perspektywicznych projektów politycznego i ekonomicznego zagospodarowania regionu Europy Środkowej, które w odpowiednim momencie zostaną nam przez starszych i mądrzejszych objawione – ma się rozumieć – dla naszego dobra, bo jakże by inaczej?

Więc na obchody 20 rocznicy obalenia muru berlińskiego zjechały się osobistości, którym, podobnie jak licznie zgromadzonej publiczności, no i oczywiście – telewizjom, zaprezentowany został program rozrywkowy z udziałem byłego prezydenta naszego państwa Lecha Wałęsy, któremu reżyser powierzył rolę obliczoną na możliwości wykonawcy. Były prezydent naszego państwa przewrócił pierwszą kostkę domina, która przewróciła następne, symbolizujące wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Było to niby wspomnienie przeszłości, ale równie dobrze może być symbolem najbliższej przyszłości – tego, co stanie się z państwami Europy Środkowo-Wschodniej w Unii Europejskiej pod dyrekcją zjednoczonych Niemiec. Za możliwością również i takiej interpretacji przemawia znak, jakiego doświadczył były prezydent naszego państwa Lech Wałęsa. Oto w szczytowym momencie triumfu został boleśnie potrącony przez niemieckiego kamerzystę, od czego jeszcze po dwóch dniach od incydentu bolała go głowa i noga. Nie jest to dobra wróżba dla byłego prezydenta naszego państwa, bo wyraźnie widać, że ze strony mediów niczego dobrego spodziewać się nie może i w razie konfrontacji będzie musiał leczyć się nie tylko na nogi, ale również i na głowę.

Ale to wszystko jeszcze nic w porównaniu z 91 rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości w dniu 11 listopada. Nawiasem mówiąc, przyczyny ustanowienia akurat tego dnia w charakterze rocznicy odzyskania niepodległości nie są do końca jasne. Tego dnia bowiem do Warszawy przybył wypuszczony przez Niemców z magdeburskiego więzienia Józef Piłsudski, któremu Rada Regencyjna przekazała władzę nad Wojskiem Polskim – a on ją przyjął. Wynika z tego, że Wojsko Polskie już istniało, podobnie jak władza – a więc aparat państwowy, skarbowy, policja, tajniacy, broń, amunicja, magazyny itp. Skąd się to wszystko wzięło? Ano, zostało zorganizowane przez wspomnianą Radę Regencyjną, w osobach księcia Lubomirskiego, Stanisława kardynała Kakowskiego i hrabiego Ostrowskiego – dzisiaj już całkowicie zapomnianych. A przecież to właśnie oni 7 października 1918 roku proklamowali niepodległość Polski, 12 października przejęli władzę nad wojskiem, co 21 października uznał warszawski generał-gubernator Hans Beseler, zrzekając się stanowiska naczelnego dowódcy wojska polskiego. Tego samego dnia Rada Regencyjna powołała na stanowisko Szefa Sztabu Wojska Polskiego generała Tadeusza Rozwadowskiego. Ale w 1937 roku zdecydowano, że odzyskanie niepodległości nastąpiło 11 listopada i do tego nawiązała III Rzeczpospolita.

Dlaczego jednak Rada Regencyjna przekazała władzę świeżo wypuszczonemu z więzienia Józefowi Piłsudskiemu? Pewne światło na to rzuca odnotowana w pamiętnikach Hipolita Korwin-Milewskiego rozmowa hrabiego Ksawerego Orłowskiego z baronem Maurycym de Rotshildem. „Kilka dni po zawieszeniu broni 11 listopada 1918 roku odwiedził Orłowskiego baron Maurycy de Rotschild, ambitny członek parlamentu światowo mu znany i nie bez pewnej uroczystości mu oświadczył, że udaje się do niego jako wybitnego członka Kolonii polskiej z ostrzeżeniem, które może mieć dla jego, Orłowskiego ojczyzny duże znaczenie. Osobiście p. Rotschild, pamiętając, że aż do końca XVIII wieku Polska była najbardziej w Europie tolerancyjnym dla Żydów państwem, życzyłby sobie, żeby kwestia żydowska zupełnie nie była na Kongresie (wersalskim – SM) poruszana lecz pozostawiona układom w samej Warszawie między obywatelami obu wyznań, mojżeszowego i chrześcijańskiego, które potrafią dojść do zgody. Ale ten pogląd nie jest wśród Izraela ogólnie przyjęty. Między chrześcijanami panuje przekonanie, że całe żydostwo na całym świecie jest absolutnie solidarne i w kwestiach politycznych maszeruje jak jeden człowiek. To jest wielki błąd, bo istnieje cały szereg zagadnień, co do których panuje między samymi Żydami wielka rozbieżność, np. w kwestiach socjalnych i ekonomicznych, on, Rotschild Żyd i p. Lejba Trocki, także Żyd , idą w zupełnie przeciwnych kierunkach.

Lecz jest jeden punkt, na którym rzeczywiście cały naród Izraela jest do ostatniego człowieka absolutnie solidarny, mianowicie kiedy idzie o   h o n o r    I z r a e l a. (…) Jeśli na Kongresie oficjalnym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej będzie (nie wymieniając nazwiska) ten „były od miasta Warszawy członek Dumy Państwowej Rosyjskiej”, który zyskał wszechświatowy rozgłos jako zajadły antysemita, to cały Izrael i p. Rotschild sam będą uważali taka nominację za policzek wymierzony w twarz całego ich narodu i stosownie do tego postąpią. Hrabia Orłowski powinien wiedzieć, że wpływy żydowskie na postanowienia Kongresu pokojowego są bardzo wielkie. Niechaj wie z góry i uprzedzi kogo należy, że kiedy Polska będzie oficjalnie reprezentowana przez tego pana, to Izrael zastąpi jej drogę ku wszystkim jej celom, a są one nam znane. „Wy nas znajdziecie na drodze do Gdańska, na drodze do Śląska pruskiego i do Cieszyńskiego, na drodze do Lwowa, na drodze do Wilna i na drodze do wszystkich waszych projektów finansowych. Niech pan hrabia to wie i stosownie do tego postąpi.” Otóż „ten pan” to oczywiście Roman Dmowski, przywódca Narodowej Demokracji, będącej podówczas chyba najsilniejszym stronnictwem politycznym w Polsce.

Ale mniejsza o te historyczne przyczynki, nawet jeśli ponownie nabierają one dzisiaj niepokojącej aktualności, bo zmierzam do podstawowego wątku przemówienia pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jakie wygłosił on podczas głównej uroczystości rocznicowej na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Pan prezydent, nawiązując do wejścia w życie traktatu lizbońskiego, co jak wiadomo, nastąpi już 1 grudnia, wskazał na potrzebę „nowego patriotyzmu”. Ten nowy patriotyzm z pewnością różni się od patriotyzmu starego, tzn. – tradycyjnego, głoszącego, że patriota powinien kierować się dobrem własnego narodu i własnego państwa. Czym się powinien kierować patriota nowego typu? Tego dokładnie jeszcze nie wiemy, ale tego i owego możemy się domyślić. Otóż pan prezydent powiedział m.in., że Unia Europejska, która zostanie proklamowana 1 grudnia, może stać się „molochem”, ale może się też nim nie stać – a to czy stanie się tak, czy odwrotnie – zależy od… odpowiedniej interpretacji traktatu lizbońskiego. Dobra interpretacja to taka, według której – powiedział pan prezydent – Unia Europejska jest związkiem niepodległych państw.

Problem jednak polega nie tylko na tym, że z traktatu lizbońskiego wcale to nie wynika, raczej przeciwnie – że proklamowanie Unii Europejskiej oznacza zmianę formuły europejskiej współpracy z konfederacji, czyli związku państw, na federację, czyli państwo związkowe, ale również w tym, że zgodnie z prawem wspólnotowym, OBOWIĄZUJĄCEJ (podkr. SM) wykładni aktów prawnych dokonuje Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu. W tej sytuacji patriotyzm nowego typu może natrafić na kłopoty, wśród których walczyć o prymat będą: dysonans poznawczy i rozterki moralne – chyba, żeby w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości umieścić samych patriotów i to do tego – polskich i to raczej starego, tradycyjnego typu. A to wydaje się zadaniem przekraczającym możliwości pana prezydenta, który tymi iluzjami chyba sam siebie uspokajał i pocieszał w ten smutny, dżdżysty, listopadowy dzień.

Stanisław Michalkiewicz
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1021

Komentarzy 28 do “Patriotyzm z rozkroku”

  1. jacki22 said

    Ktoś ma niezły ubaw z Polaków. Najpierw mianował na NPP (Największego Polskiego Patriotę) Józefa Piłsudskiego, a potem Lecha Kaczyńskiego. Jeden wart drugiego. Najdelikatniejsze określenie: nieodpowiedzialni szkodnicy. A może jednak – odpowiedzialni? Przecież nigdy nie zawiedli swoich mocodawców.

  2. ad. 1 Wprost przerażająca lojalność i obowiązkowość obu tych gentelmen’ów. Trafniej bym tego nie ujął. Najsmutniejsze jest to, że obaj mają wielu sympatyków na zasadzie li tylko zakłamanej historii, której dla bezpieczeństwa chcą pozbawić wogóle młode pokolenie. Kto robił kolaudację do „Bitwy Warszawskiej” bo o twórcy nie warto nawet wspominać.

  3. Reblogged this on ZYGFRYD GDECZYK.

  4. p.e.1984 said

    Artykuł z 15 listopada 2009 roku, rzucający nieco światła na stosunek Stanisława Michalkiewicza do marszałka Piłsudskiego – nadesłał(a) p. Canada.
    No jasne, felieton Michalkiewicza jak zwykle napisano tak – że „rzuca nieco światła”. I już każdy mądry (inaczej?) czytelnik twórczości wie, co „poeta” myśli o marszałku. Niestety – po przeczytaniu każdego z felietonów pana Michalkiewicza czytelnik wie o tym, o czym pan Michalkiewicz pisze dokładnie tyle, co po przeczytaniu tego powyżej o Piłsudskim.

    Dla odmiany (wiadomo, że wikipedia to marne źródło, ale na punkt startu badań jakiegoś zagadnienia – w sam raz, wytłuszczam parę ciekawszych fragmentów):
    http://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82odzimierz_Zag%C3%B3rski_%28genera%C5%82%29

    W 1900 rozpoczął służbę wojskową w Cesarskiej i Królewskiej Armii. 18 sierpnia 1902 awansowany na podporucznika artylerii. W 1910 ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Wiedniu i został szefem sztabu VIII Brygady Piechoty w Krakowie, wtedy Krakau. Po roku przeniesiony został do K.u.k. Evidenzbureau, prowadzącego wywiad wojskowy. Służył w komórce organizacyjnej ukierunkowanej na – rosyjskie siły zbrojne oraz polskie organizacje paramilitarne w C.K. Austro-Węgier, nakierowane na walkę nieregularną na terenie Kraju Przywiślańskiego Imperium Rosyjskiego. Władający wieloma językami Zagórski, był ważnym żołnierzem II Oddziału Sztabu Generalnego (Evidenzbureau) w Wiedniu. Podlegały mu odpowiednie wysunięte ekspozytury wywiadowcze (Hauptkundschaftstellen) w Krakowie, Przemyślu oraz Lwowie, które z kolei zatrudniały sieć OZI (Osobowe źródło informacji), w tym samego Józefa Piłsudskiego, którego zwerbował, obywatela Imperium Rosyjskiego, będącego w tym czasie agentem wywiadu K.u.k. Evidenzbureau. Wielokrotnie kontaktował się z J. Piłsudskim, który składał mu systematycznie meldunki o sytuacji w Przywiślańskim Kraju. W zamian otrzymywał OZI J. Piłsudski środki finansowe i instrukcje wywiadu wojskowego Austro-Węgier ważne dla prowadzenia działalności wojskowej w Galicji[1].

    Od sierpnia 1914 do czerwca 1916 roku kapitan W. Zagórski został przydzielony przez swego przełożonego do formowanych z udziałem Evidenzbureau Legionów Polskich w randze kapitana Sztabu Generalnego – mianowanie to napotkało sprzeciw J. Piłsudskiego i oddanej jemu kadry i stała się zarzewiem stałego antagonizmu. Kapitan Zagórski został Szefem Sztabu Komendy Legionów Polskich. Ostro skonfliktowany ze wszystkimi odpowiedzialnymi za Legiony, tak z Naczelną Komendą Austriacką (wątpliwe), jak i z J. Piłsudskim i Sikorskim. W czasie gdy komendantem Legionów był gen. Karol Durski-Trzaska, Zagórski stał się faktycznym decydentem w sprawach Legionów, uzależniając sędziwego generała od swoich decyzji. Działania kapitana Evidenzbureau W. Zagórowskiego były podporządkowane działaniom operacyjnym Evidenzbureau. Słowem; Zagórski był lojalny wobec Cesarza.

    Wówczas pogłębiła się wzajemna nienawiść służbisty Zagórskiego z jego tajnym współpracownikiem J. Piłsudskim, gdyż kapitan wywiadu Zagórski dokładnie wiedział, kto i w zamian za co finansował i uzbrajał Związek Strzelecki „Strzelec” w Galicji. Rozpoczął się ostry spór o władzę osobowego źródła informacji z jego żołnierzem prowadzącym o władzę nad Legionami (mającymi w czasie wojny austriacko-rosyjskiej realizować walkę partyzancką na rzecz Austro-Węgier, a nie na rzecz powstania państwa Polaków! Celem J. Piłsudskiego była jak się zresztą stało przyszła Rzeczpospolita Polska, która była całkowicie sprzeczna z interesami C.K. Austro-Węgier (co do celów Piłsudskiego polecam: Ponura prawda o Józefie Piłsudskim – Henryk Pająk)! Znaczne terytorium Austrii przestałoby być integralną częścią Cesarstwa Austriackiego), którą w taki sposób opisuje Władysław Studnicki, jeden ze współpracowników przyszłego Marszałka Polski Piłsudskiego w tamtym czasie: Przy nieudolnych generałach Legiony znalazłyby się w fatalnej pozycji, gdyby nie Zagórski, którego szkalowanie weszło w modę, istniał bowiem pewien antagonizm między Zagórskim, a Piłsudskim, była to walka o władzę dwóch wybitnych indywidualności[2]. Podobnie uważał Jan Dąbski: kpt. Zagórski był właściwym i rzeczywistym Komendantem Legionów. W Legionach działo się wszystko wedle jego woli. Sam fakt stworzenia Komendy Legionów postawił go od razu w antagonizmie z Piłsudskim. Ich wzajemna nieufność przerodziła się w nienawiść. Zagórski chciał zagarnąć pod siebie Piłsudskiego i osłabić jego siłę. Zagórskiego jako zawodowego wojskowego drażniło warcholstwo Piłsudskiego, drażniło go lekceważenie rozkazów Komendy Legionów i coraz większe rozluźnienie stosunków między grupą Piłsudskiego, a grupą Legionów[3] W 1916 major i dowódca batalionu. Od czerwca 1916 do lipca 1917 Zagórski był dowódcą 3 pułku piechoty II Brygady Legionów. Od lipca 1917 – lutego 1918 dowódca pułku artylerii Polskiego Korpusu Posiłkowego[4]. Po przebiciu się II Brygady pod Rarańczą – usunięty z Legionów za intrygi i działanie na szkodę armii austriackiej i internowany w Huście, później oddany pod sąd wojskowy. Skorzystał z cesarskiego aktu abolicji. Wedle zdania wielu osobistości powiązanych z Legionami, był jednak bardziej lojalny wobec monarchii austro-węgierskiej, niż własnych towarzyszy broni („oficer bardziej austriacki niż polski”). Wydaje się jednak, że dotyczyło to głównie I Brygady Legionów, grupy oficerów, z którymi znalazł się w konflikcie. Doprowadził nawet do aresztowania kilku spośród nich. Można stwierdzić, że realizował swoje daleko idące plany, nie licząc się z opinią legionistów[5].
    [edytuj] Służba w Wojsku Polskim
    Legitymacja oficerska gen. Zagórskiego z 1925 roku

    W czasie formowania Wojska Polskiego, 23 października 1918 roku, dowództwo nad armią i najwyższymi władzami wojskowymi objął gen. Tadeusz Rozwadowski, Zagórski został Zastępcą Szefa formującego się Sztabu Generalnego. Dwa dni później Rada Regencyjna wydała dekret o powołaniu urzędu Szefa Sztabu Wojska Polskiego i 28 października na stanowisko to powołano oficjalnie Rozwadowskiego. Wydarzenia owe przebiegały w atmosferze wielkiego entuzjazmu. Nowy szef sztabu wraz ze swymi współpracownikami przystąpił do intensywnych prac nad organizacją centralnych instytucji wojskowych oraz nowych oddziałów Wojska Polskiego. Podstawą tych działań były projekty opracowane przez płk. Zagórskiego. Równocześnie powstało Ministerstwo Spraw Wojskowych. Stanowisko ministra zarezerwowano dla więzionego w Magdeburgu J. Piłsudskiego.

    Po 10 listopada 1918 Zagórski został zmuszony do opuszczenia służby. Wrócił po rozpoczęciu wojny polsko-bolszewickiej. Był szefem sztabu Frontu Północnego (dowódca gen. J. Haller)[6]. Brał udział w bitwie warszawskiej.

    Pełniący obowiązki dowódcy (25 IX – 23 XI 1920) i dowódca 4 Dywizji Piechoty (do kwietnia 1921). 9 kwietnia 1921, na własną prośbę, przeniesiony został do Rezerwy armii[7]. Zajął się działalnością gospodarczą. Współzałożyciel i czasowo członek zarządu Spółki Akcyjnej „Francopol” zajmującej się dostawami sprzętu lotniczego dla armii. W marcu 1923 ówczesny Minister Spraw Wojskowych, gen. dyw. Kazimierz Sosnkowski powołał go do służby czynnej i mianował szefem Wydziału Przemysłu Wojennego Szefostwa Administracji Armii[8]. Wkrótce mianowany został szefem Departamentu Przemysłu Wojennego M.S.Wojsk. Z dniem 1 listopada 1923 mianowany został oficerem zawodowym w stopniu pułkownika Sztabu Generalnego ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 i 6,5. lokatą w korpusie oficerów artylerii[9].

    Posiadał pokwitowania podpisane przez płatnych agentów austriackich. Jego OZI poza Józefem Piłsudskim był Walery Sławek. Niektóre z tych dokumentów pokazywał politykom antypiłsudczykowskim.

    31 marca 1924 Prezydent RP Stanisław Wojciechowski na wniosek Ministra Spraw Wojskowych, gen. dyw. Władysława Sikorskiego awansował go na stopień wojskowy generała brygady ze starszeństwem z 1 lipca 1923 i 9 lokatą w korpusie generałów[10].

    Od 17 sierpnia 1924 do 18 marca 1926 był szefem Departamentu IV Żeglugi Powietrznej M.S.Wojsk. Forsował wtedy kontrowersyjny plan szerokiej rozbudowy polskiego lotnictwa w oparciu o zakupy maszyn we Francji. Właściwym twórcą tego planu był jeszcze oficer francuski François-Lèon Leveque, do grudnia 1922 dowódca lotnictwa w Polsce, który planował rozbudować je do 50 eskadr. Polska uzyskała wtedy dużą francuską pomoc finansową na zakup samolotów. Posunięcia te były wtedy bardzo krytykowane przez piłsudczyków jako hamujące rozwój rodzimych konstrukcji lotniczych.[potrzebne źródło] Bliskim współpracownikiem Zagórskiego był gen. Władysław Sikorski.

    Latem 1925 roku dowodził eskadrą 6 samolotów (Potez XV i Breguet 19) lecących rajdem o charakterze sportowym i propagandowym, trasą blisko 5 tys. km do Hiszpanii i Portugalii, na zaproszenie tamtejszych sztabów i organizacji lotniczych[11][12].

    Czynione z wielkim rozmachem zakupy samolotów sprawiły, że około 1925 lotnictwo polskie było, jeśli chodzi o liczbę posiadanego sprzętu, jednym z najsilniejszych w Europie. O ile jednak niektóre z zakupionych maszyn były na dobrym poziomie konstrukcyjnym (np. Breguet XIX czy Potez XXV), to inne miały niewłaściwą konstrukcję (np. znany z licznych wypadków, w tym 31 śmiertelnych,SPAD 61), lub słabe osiągi (Farman F-68 Goliath). Do dziś kontrowersyjne jest, czy masowy zakup tych maszyn nie opóźnił rozwoju rodzimego przemysłu lotniczego. Ponadto wysokie stany sprzętowe kontrastowały z niskim stanem osobowym, stąd większość polskich eskadr lotniczych nie miała zdolności bojowej, a nawet ćwiczebnej. Stąd można głosić tezę, że siła polskiego lotnictwa, opierająca się na dużej liczbie samolotów, na których nie miał kto latać, była w istocie iluzoryczna. Od początku 1926 osoby z otoczenia Piłsudskiego (gen.Lucjan Żeligowski, gen. Daniel Konarzewski) były źródłem oskarżeń, że generał był zamieszany w aferę korupcyjną w armii, związaną z firmą Francopol i kapitałem francuskim. W następstwie odwołany w kwietniu 1926 i poddany śledztwu. Prowadzona wówczas była głośna kampania prasowa dotycząca udziału Zagórskiego w rzekomej aferze Francopolu, nie znaleziono jednak dowodów, które mogłyby potwierdzić, że Zagórski dokonywał jakichkolwiek przestępstw.[potrzebne źródło] Zagórski od 1921 był akcjonariuszem Francopolu[13], aczkolwiek na zakup od tej firmy partii 100 silników lotniczych i 100 myśliwców Spad 61 uzyskał zezwolenie Prokuratorii Generalnej.[potrzebne źródło] Francopol nie podjął produkcji samolotów w Polsce. Natomiast samoloty (m. in. 256 samolotów SPAD 61) zakupione u producenta francuskiego długo niszczały pod gołym niebem we Francji, bo nie załatwiono transportu lub hangarów[13]. Zagórski, 18 marca 1926 odwołany ze stanowiska i poddany śledztwu. Wrócił do służby po kolejnym objęciu stanowiska premiera przez W. Witosa

    Zwolennicy Zagórskiego uważają, że był jedną z osób, która rozumiała rolę nowoczesnego uzbrojenia, a w szczególności lotnictwa, dla prowadzenia wojny.[potrzebne źródło] Możliwy jest jednak także pogląd odmienny, mianowicie, że nadmierne zakupy sprzętu, którego nie były w stanie wchłonąć istniejące eskadry, spowodowały zapóźnienie techniczne w następnych latach (np. samoloty Potez XXV wprowadzano do użytku w lotnictwie jeszcze w latach trzydziestych jako całkowicie nieużywane, zaś nowe samoloty PWS – 10 wyposażano w przestarzałe silniki zakupione przez Zagórskiego we Francji, ponieważ dysponowano ich nadmiarem). Posiadano bowiem dużą liczbę przestarzałego, a w ogóle nie użytego jeszcze sprzętu, zakupionego za kredyt francuski. Rozpoczęcie jego spłaty utrudniało zaś wymianę sprzętu na nowszy, produkowany przez polskie wytwórnie, bowiem wywołało chroniczne zadłużenie lotnictwa wojskowego.

    Jedyny egzemplarz samolotu Martinsyde F.4 Buzzard, jaki użytkowano w Polsce, był samolotem dyspozycyjnym Zagórskiego, pomalowanym w całości w charakterystyczne biało-czerwone pasy.
    [edytuj] Przewrót majowy i uwięzienie

    W przewrocie majowym Włodzimierz Zagórski opowiedział się po stronie legalnego rządu Wincentego Witosa. 12 maja z rozkazu gen. T. Rozwadowskiego objął dowództwo grupy lotniczej w Warszawie, w miejsce płk. Ludomiła Rayskiego z zadaniem rozproszenia zdążających na Warszawę sił podporządkowanych J. Piłsudskiemu. Jako dowódca lotnictwa, bardzo szybko opanował sytuację na warszawskim lotnisku wojskowym. W dodatku dokonał zarekwirowania kilku samolotów cywilnych i wykonując rozkazy zwierzchników kierował lekkimi, wręcz symbolicznymi bombardowaniami wojsk Piłsudskiego. A jednak w wyniku tych bombardowań padli zabici i ranni, podobnie, jak w wyniku ostrzeliwania lotniska przez wojska Marszałka padli zabici i ranni po stronie rządowej.

    Oskarżony o osobiste bombardowanie lotnicze wojsk marszałka, Zagórski został internowany 15 maja 1926 w Wilanowie, przewieziony do Wilna i uwięziony wraz z gen. Tadeuszem Rozwadowskim i trzema innymi generałami w Wojskowym Więzieniu Śledczym nr III na Antokolu na ponad rok. Warunki w więzieniu były ciężkie, cele nieogrzewane, reżim więzienny surowy jak to uzasadniano w interesie śledztwa. Kiedy w październiku 1926 roku Wojskowy Sąd Okręgowy nr 1 w Wilnie wydał orzeczenie w sprawie gen. Rozwadowskiego, że powinien on zostać natychmiast zwolniony, prokurator wojskowy przedłużył areszt śledczy dla wszystkich pięciu generałów z powodów „interesów wojska pierwszorzędnej wagi”.

    Zagórski rzeczywiście wydawał rozkazy lotnictwu, ale wykonywał w tym zakresie rozkazy swoich zwierzchników generałów Rozwadowskiego i Malczewskiego. Wbrew rozpuszczanych o nim plotkom, sam nigdy nie pilotował żadnego z bombardujących wojska Piłsudskiego samolotów. Postawiono mu też szereg zarzutów natury kryminalnej w związku z niedopełnieniem obowiązków w sprawie Francopolu, ale nie sformułowano ostatecznie żadnego aktu oskarżenia.[potrzebne źródło] Dopiero w kwietniu 1927 roku, kiedy profesor Uniwersytetu w Wilnie i sympatyk Piłsudskiego Marian Zdziechowski opublikował broszurę w obronie uwięzionych generałów – „Sprawa sumienia polskiego”, nacisk opinii publicznej spowodował zmianę stanowiska władz wojskowych i w konsekwencji uwolnienie generałów.[potrzebne źródło]
    [edytuj] Zaginięcie Zagórskiego
    List gończy za gen. Zagórskim, ogłoszony tuż po jego zaginięciu (został on oskarżony o dezercję)

    6 sierpnia 1927, w rocznicę wymarszu 1 Kompanii Kadrowej, obchodzoną przez legionistów na zjeździe w Szczypiornie, został zwolniony z więzienia. Tego dnia rano o godz. 8.20, w dostarczonym mu ubraniu cywilnym w towarzystwie kpt. Lucjana Miładowskiego, wyjechał pociągiem osobowym nr 714 z Wilna do Warszawy. W stolicy miał stawić się do raportu u Marszałka Polski J. Piłsudskiego. W tym też czasie rzekomo sporządzono akt oskarżenia, ale Zagórski jak mówiono miał odpowiadać z wolnej stopy[14]. Po przyjeździe do Warszawy zaginął[14]. Śledztwo prowadzono długo, lansowana była teza o dezercji. W Roczniku Oficerskim z 1928 był wykazany w korpusie generałów jako zaginiony.

    Zagórski w czasie pobytu w więzieniu pisał pamiętniki, w których krytykował działalność Marszałka Polski. Jako oficer sekcji wywiadowczej armii austriackiej znał doskonale kontakty Piłsudskiego z Evidenzbureau HK-Stelle. Niewątpliwie naraził się także wielu środowiskom w armii, zwłaszcza zwolennikom budowy własnego niezależnego od Francji przemysłu lotniczego, a także ludziom powiązanym z aferą korupcyjną w firmie Francopol. Zagórski jako były oficer wywiadu mógł wyreżyserować własne zniknięcie (teza ta była później lansowana przez historyków związanych ze środowiskiem piłsudczyków). Jako przeciwwaga powstała też teza, jakoby został zamordowany z rozkazu Józefa Piłsudskiego; nie została ona dotąd udowodniona. Opisał ją m.in. Witos (zob. jego pamiętniki), jest powtarzana (na podstawie poszlak, mimo braku jednoznacznych dowodów) do dziś przez historyków związanych z endecją[15], ale odrzucona przez zwolenników Marszałka Polski.[16]. Być może uciekł do Francji (co tam do Francji, do Mandżurii ani chybi – p.e.1984)… Los generała Zagórskiego do dziś jest tajemnicą i źródłem kontrowersji.

    DARIUSZ RATAJCZAK

    O szlachtowaniu gen. Zagórskiego pisał ś.p. D.Ratajczak: http://www.bibula.com/?p=23033 – z resztą- jak widać z podpisu tekstu – był on na gajówce.

  5. Marucha said

    Re 4:
    Co właściwie Pan chce udowodnić?
    Absurdalną tezę, iż red. St. Michalkiewicz jest zwolennikiem Piłsudskiego, którego wielkie zasługi chyba tu wszyscy znają?

  6. p.e.1984 said

    Ad 5.
    Że cytowany felieton jest marnym źródłem wiedzy o poglądach Michalkiewicza na temat Piłsudskiego.

  7. TomUSAA+ said

    Przeciez artykul nie jest o Pilsudzkim, tylko o tym, jak juz wtedy Zydzi wplywali na decyzje „niezaleznych wyborcow”. W Wersalu wszyscy byli pewni, ze Dmowski zostanie wybrany, a ten z telegramu z Warszawy dowiedzial sie o nominacji Pilsudzkiego.

  8. Romir said

    Ważna teza od 43:35.

    Co nas czeka ?

  9. Rysio said

    re 1. Zawsze myślałem, że nam Bolka wsadzą na Wawel.
    A tu popatrzcie ubiegł go jeden z Kaczyńskich, którzy na Wałęsę działali jak czerwona płachta na byka.

    🙂

  10. Canada said

    re:6

    Czy wyłożone tutaj czytelnym testem poglądy S.M. na temat Piłsudskiego wg pana nadal należy traktować jako kolejne matactwa autora?
    *******************************
    Na przykład legenda głosi, że autorem zwycięstwa w bitwie warszawskiej w roku 1920 jest Józef Piłsudski i nawet na stojącym obok Belwederu pomniku umieszczono napis: „Warszawa swemu obrońcy”. Tymczasem inna wersja głosi, że 12 sierpnia 1929 r. Józef Piłsudski złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa, której premier W. Witos ze zrozumiałych wtedy powodów nie ogłosił, a następnie wyjechał był do majątku Bobowa. W takiej sytuacji „obrońcą Warszawy” być nie mógł, ponieważ operacją faktycznie dowodził generał Tadeusz Rozwadowski, po zamachu majowym w 1926 roku uwięziony, a później zmarły w zagadkowych okolicznościach. Skłania to do podejrzeń, że w okresie przedwojennym determinacja twórców legend mogła być znacznie większa, niż dzisiaj.

    ********************
    Stanisław Michalkiewicz: Legendy i sprośne błędy

    Od połowy sierpnia zaczyna się u nas sezon na legendy. Legendy to nic innego, jak fałszywe wersje wydarzeń historycznych, spreparowane dla osiągnięcia jakichś, przeważnie łajdackich, ale niekiedy sprawiających wrażenie szlachetnych, celów politycznych. Na przykład legenda głosi, że autorem zwycięstwa w bitwie warszawskiej w roku 1920 jest Józef Piłsudski i nawet na stojącym obok Belwederu pomniku umieszczono napis: „Warszawa swemu obrońcy”. Tymczasem inna wersja głosi, że 12 sierpnia 1929 r. Józef Piłsudski złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa, której premier W. Witos ze zrozumiałych wtedy powodów nie ogłosił, a następnie wyjechał był do majątku Bobowa. W takiej sytuacji „obrońcą Warszawy” być nie mógł, ponieważ operacją faktycznie dowodził generał Tadeusz Rozwadowski, po zamachu majowym w 1926 roku uwięziony, a później zmarły w zagadkowych okolicznościach. Skłania to do podejrzeń, że w okresie przedwojennym determinacja twórców legend mogła być znacznie większa, niż dzisiaj. Dzisiaj na przykład całe tabuny autorytetów moralnych próbują utrwalić do wierzenia „legendę Lecha Wałęsy” – że niby skoczył przez płot i w ten sposób obalił komunizm – ale nikogo jeszcze z tego powodu nie zamordowano, przynajmniej na razie.

    Tymczasem, kiedy mówimy o zwycięstwie nad bolszewikami, które w 1920 roku rzeczywiście miało miejsce, to warto z wdzięcznością przypomnieć rzecz mało znaną, a mianowicie – węgierską pomoc, bez której zwycięstwo to nie byłoby możliwe. Chodzi o amunicję karabinową i artyleryjską w ilości co najmniej 22 mln sztuk, która okrężną drogą przez Rumunię, w 80 wagonach 12 sierpnia dotarła na stację kolejową w Skierniewicach i bezpośrednio z pociągów dostarczana była na pierwszą linię. Już 8 lipca rząd węgierski nakazał fabryce amunicji Manfreda Weissa na wyspie Csepel wszystkie zapasy przeznaczyć dla Polski i całą produkcję kierować na jej potrzeby. Problemem była jednak blokada transportów do Polski przez Czechosłowację, a od 30 lipca 1920 roku – również przez inne kraje, z uwagi na bojkot ogłoszony przez Międzynarodówkę Socjalistyczną.

    Warto o tym pamiętać również dlatego, że piersi do orderów zaczynają nadstawiać również polityczni spadkobiercy partii komunistycznej, najwyraźniej licząc na zanik historycznej pamięci (- Panie doktorze, tracę pamięć. – Od kiedy? – A co od kiedy?). Wymownym tego przykładem jest pani Joanna Senyszyn, obecnie posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia SLD, do którego trafiła po długoletnim – bo od 1970 roku aż do sławnego „rozwiązania” – pobycie w PZPR. Pani Senyszyn dość często przekracza granice śmieszności, z różnych, również wzbudzających litość powodów, ale ostatnio rozdokazywała się tak bardzo, że chyba przekroczyła cienką, czerwoną linię. Zaczęło się od tego, że piosenkarka Doda, najwyraźniej lansowana („a potem lansował mnie przez dwie godziny”) na autorytet moralny, wygłosiła błyskotliwą recenzję Biblii. Zwierzyła się mianowicie, że trudno jest jej wierzyć w książkę napisaną przez faceta naprutego winem, który w dodatku palił jakieś zioła. Jestem przekonany, że opinię o stanie umysłowym „autora Biblii” Doda formułuje na podstawie własnych doświadczeń pisarskich. Żeby nabrać takich podejrzeń wystarczy przeczytać utwór „Znak pokoju”, który przyniósł jej sławę: „Boisz się uwierzyć, że istnieje jeszcze taki ktoś, kto powie że pomoże, a nóż wepchnie ci gdy nagle odwrócisz wzrok. Ja też tak mam i każdy ma. Już dosyć, świat nie jest zły lecz warto wiedzieć że są łzy bo źli jesteśmy my?” – i tak dalej. Warto zwrócić uwagę, że Doda ma podobno bardzo wysoki iloraz inteligencji. Kto go zmierzył i którędy, to inna sprawa, ale skoro tak, to cóż muszą myśleć pozostałe gwiazdy estrady? Częściowo naszą ciekawość w tym zakresie zaspokaja dziennik „Dziennik” zapytując różne gwiazdy o to, czy o tamto. Lektura tych wynurzeń z pewnością utwierdza w przekonaniu o słuszności nie tylko poglądu, że idioci są szczerzy, ale również – że szczerość bywa ryzykowna.

    Przypuszczam, że formułując tę opinię o Biblii, Doda pragnęła chociaż trochę zbliżyć się do pani Marii Ludwiki Weroniki Ciccone, która wśród entuzjastów ma opinię sawantki głównie dzięki drażnieniu katolików. Jak wiadomo, każdy, kto drażni katolików, nawet we własnych oczach uchodzi za filozofa i to w dodatku – szalenie postępowego. I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby Doda nie zapomniała, że Biblia jest świętą księgą nie tylko dla katolików i w ogóle – chrześcijan, ale również – a może przede wszystkim – dla Żydów. Biblia jest źródłem religii mojżeszowej, a w tej sytuacji opowieści, jakoby napisał ją facet napruty winem, który w dodatku palił jakieś zioła, mogą zniweczyć nawet znacznie lepiej zapowiadającą się karierę. Taki np. Marlon Brando był jeszcze bardziej sławny, niż Doda, bo – co tu ukrywać – jest ona popularna tylko w skali prowincjonalnej, a przecież i on się pokajał i to po wypowiedziach znacznie łagodniejszych.

    To, że o takich uwarunkowaniach zapomina Doda, można jeszcze zrozumieć, ale żeby antykatolickie zacietrzewienie (czyżby jakiś duchowny kiedyś ją ofuknął?) doprowadziło do stanu takiego onieprzytomnienia, do takiego zaniku instynktu samozachowawczego, również posłankę Joannę Senyszyn, która jest nawet profesorem ekonomii? A właśnie to się stało; posłanka Senyszyn przyznała Dodzie rację, posuwając się w swojej przymilności nawet do stwierdzenia, że piosenkarka Biblię w gruncie rzeczy pochwaliła. Ciekaw jestem kiedy odezwie się rabin Michael Schuldrich, bo chyba nie zgadza się z poglądem, jakoby autorem Biblii, a więc również Starego Testamentu, był facet napruty winem, który w dodatku palił jakieś zioła? Zresztą co tam rabin Michael Schuldrich; dlaczego milczą organizacje pozarządowe kolaborujące z wiedeńską Agencją Praw Podstawowych, która szpieguje narody Europy, czy przypadkiem nie popadają w ksenofobię, antysemityzm i homofobię? No i sama Agencja – czyżby nie zauważyła tego słonia w menażerii? Gdyby chodziło tylko o wykpiwanie źródeł chrześcijaństwa, to wiadomo – to w Europie nie tylko wolno, ale nawet wypada. Tu jednak mamy do czynienia z bezprzykładnym atakiem na fundament judaizmu, atakiem wspartym przez posłankę do Europarlamentu z ramienia SLD Joannę Senyszyn. Chyba, że socjalistom wolno?

    Stanisław Michalkiewicz
    http://www.michalkiewicz.pl

  11. P.W. said

    Ad. 4,
    Panie P.e. 1984

    Niechże Pan nie będzie żałosny!
    Masz Pan alergię na Michalkiewicza!

    Alergia to specyficzna dolegliwość, bardzo trudno znaleźć na nią lekarstwo.

    Zamilcz Pan wreszcie, nie pisz negatywnie o nim, gdy nie masz Pan nic ciekawego do powiedzenia!

    Czy jesteś Pan tak zadufany w sobie, że do Pana wciąż nie dotarło, że nie tylko „P.e. 1984” może pisać i publikować, są jeszcze inni, może lepsi publicyści?

  12. Mila said

    # 11
    Panie PW, nie mam alergii ani aspiracji publicystycznych. Czasami czytuje sm i mam podobne zdanie do p.e. 1984 i wielu innych czytelnikow – czyli ze pisze ladnie, czesto, obficie i o niczym. Takie rozrywkowe dykteryjki i niektorzy je lubia.
    Powaznych ludzi to nudzi, szczegolnie kiedy oczekuja konkretne wyjasnienie i poznac stanowisko publicysty w danej sprawie. Pan stasio siedzi nie na dwoch, ale na wszystkich mozliwych stolkach jednoczesnie co widac w kazdym niemalze felietonie. Stad krytyczne opinie, bynajmniej nie spowodowane ani sezonowa wysypka ani alergia.

  13. Mila said

    #11
    Sugeruje tez zmaine nicka na W.P. – jak wojsko polskie.
    Wtedy bedzie pan wydawal rozkazy i musztrowal innych kto ma prawo mowic a kto ma milczec : -)

  14. Guła said

    Z lizbonką, to jak dziś widać; jako by kto na dłoni wypisał, Śp Lech Kaczyński miał rację. Boć nie wiadomo, na ten przykład, jaki ukaz właśnie maja na tapecie i od jutra zacznie obowiązywać. No i że będą dwa PE to Śp prezydent L. Kaczyński też nie raczył wspomnieć (nieprawdaż panie inż. Józefie), a Guła twierdzi, że niewykluczony jest i trzeci PE.
    Pozostaje tylko masmediom wyjaśnić ze wszystko to, dzieje się, „dla naszego dobra”.

    Co do Rady Regencyjnej, rada nie rada, to wypada, chociażby dla rozgoryczonego żołnierza, który napisał niżej zaprezentowany tekst – prezentacja w formie śpiewanej – a nie dla faktu tego, że marszałek i gen Sosnowski w niej się nie urodzili tylko ich tam Prusaki zamknęli po kryzysie przysięgowym. Po pięcioletniej walce Pierwszej Brygady.
    Ze wschodu mogło być to samo. Próba była. Nie wyszło.

  15. Guła said

    Generał Kazimierz Sosnkowski.

  16. RR said

    Michalkiewicz pisze takie artykuły, bo za takie artykuły mu płacą. Wyobraźcie sobie, że pan Stanisław również wcale nie rzadko daje wykłady na różne tematy, słuchając których można poznać jego poglądy. Pan Stanisław również pisze książki. Jeśli przeszkadza wam taka forma pisania artykułów to nie musicie ich czytać, ale krytykowanie Michalkiewicza za formę pisania jest… mało zrozumiałe.
    Znając styl pisania Michalkiewicza doskonale widać jakie ma poglądy, a styl pisania jest bardzo ciekawy i wręcz wskazany w dzisiejszych czasach, tak się piszę publicystykę. Wystarczy, że pan Stanisław wraz z pisaniem o teraźniejszości wspomni trochę niewygodnej historii w sposób mało krzykliwy i niedopowiedziany, zamiast walić prosto z mostu. Do wielu ludzi taka forma przekazywania treści jest łatwiej przyswajalna niż rzucanie prawdą w twarz, gdyż konfrontując nagie fakty ze swoją wiedzą, fakty często będą zbyt drastyczne i zostaną zanegowane przez potencjalnego czytelnika.

  17. p.e.1984 said

    Ad .16
    Czyli potencjalny czytelnik Michalkiewicza musi mieć „drastyczne fakty” w niedopowiedzeniu, bo jakby te fakty dostał na talerzu, to by im zaprzeczył. Czy to oznacza, że czytelnik Michalkiewicza po dopowiedzeniu sobie niedopowiedzianych „drastycznych faktów” ich nie zaneguje, czy że ich sobie nie dopowie? Jeśli to pierwsze, to zaczynam rozumieć problemy w dotarciu do poniektórych z „fanklubu”.

    Tak więc fani Michalkiewicza, Pan Stasio pisze felietony które są do niedopowiedzenia.

    Czy teraz już wszystko jasne?

  18. z sieci said

    Re:17
    „Czy teraz już wszystko jasne?” Nic nie jest jasne, bo na ten przyklad Pan Stasio M. pluje na Loze Kopernik
    w „Naszym Dzienniku” z 25 lutego 2012
    a przeciez jako wysoki Mason w Lozy Winsdor nie powinien pluc. Co to sie porobilo?

    O nieistnieniu

    Kiedy tylko JE abp Józef Michalik w liście pasterskim napisał, że Kościół jest atakowany m.in. przez masonów, zaraz przodująca w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym red. Katarzyna Wiśniewska z „Gazety Wyborczej” poszła do prof. Tadeusza Cegielskiego, Wielkiego Mistrza Wielkiej Loży Narodowej w nadziei, że profesor da Ekscelencji stosowny odpór. No a profesor – jak to profesor – nie tylko dał stosowny odpór Ekscelencji, ale w dodatku udzielił instrukcji czytelnikom „Gazety Wyborczej”. Instrukcja odwołuje się do ich snobizmu, co przynosi zaszczyt spostrzegawczości i umiejętnościom socjotechnicznym profesora Cegielskiego. Bo trzeba nam wiedzieć, że znakomitą większość czytelników „GW” stanowią półinteligenci, będący zresztą plagą współczesnego świata, a naszego nieszczęśliwego kraju – w szczególności. Są to ludzie inteligentni i spostrzegawczy w każdym razie na tyle, by zdawać sobie sprawę, że są półinteligentami – czego bardzo się wstydzą i za wszelką cenę pragną to ukryć.

    Najlepszą metodą jest unikanie prezentowania własnych poglądów, których zresztą półinteligent przezornie nie posiada, tylko – identyfikowanie się z poglądami stadnymi. Na tym fundamencie zasadza się pozycja red. Michnika oraz innych autorytetów moralnych, pełniących w naszym nieszczęśliwym kraju obowiązki Józefa Stalina. Podobnie jak Stalin partyjniakom, red. Michnik oznajmia półinteligentom, co myślą. No i oni zaraz nie tylko skwapliwie to właśnie myślą, ale nawzajem sobie to komunikują i w ten sposób tworzy się opinia publiczna. Tedy prof. Cegielski dał red. Wiśniewskiej do zrozumienia, że masonów „nie ma”, zaś przekonanie o ich istnieniu dowodzi hołdowania teorii spiskowej, zaś hołdowanie teorii spiskowej jest znakiem rozpoznawczym półinteligenta. Jestem pewien, że wobec tak poważnej zastawki ze strony prof. Cegielskiego, żaden czytelnik „GW” nie odważy się przyznać do wiary w teorię spiskową – chyba, że red. Michnik ogłosi czasową dyspensę, jak podczas słynnego nieporozumienia w klubie gangsterów nazwanego „Afera Rywina”. Wtedy nie tylko było można, ale nawet powinno się gorąco wierzyć w straszliwy spisek przeciwko „Agorze” – ale normalnie spisków „nie ma”.

    W ten sposób lista rzeczy nieistniejących wydłużyła się o jeszcze jedną pozycję. Jak pamiętamy, w początkach lat 90-tych red. Michnik twierdził, że w Polsce „nie ma” Żydów. Możemy sobie tylko wyobrazić, co by się działo, gdyby „byli”. W 1992 roku okazało się, że „nie ma” też konfidentów – a tylko „ofiary systemu” z generałem Jaruzelskim na czele. Spisków to w ogóle nigdy nie było, więc szkoda każdego słowa tym bardziej, że od 2006 roku „nie ma” też Wojskowych Służb Informacyjnych, które wraz z „lewicą laicką” przygotowały, przeprowadziły i nadzorowały transformację ustrojową, w której chodzi o to, by dokonać takich zmian, aby wszystko albo prawie wszystko zostało po staremu. No a teraz okazuje się, że „nie ma” również masonów. To bardzo ciekawe, bo w początkach lat 90-tych było u nas około 600 masonów, co skłania do podejrzeń, iż do masonerii wstąpić mógł nawet cały batalion Służby Bezpieczeństwa.

    Masoni twierdzą, że uprawiają „sztukę królewską”. O co tu chodzi? Kiedyś chodziło o sztukę architektoniczną – ale dzisiaj tej sztuki naucza się całkiem jawnie na wszystkich politechnikach świata. Czym zatem jest „sztuka królewska” dzisiaj. Snop światła na tę sprawę rzuca operacja „czyste ręce” we Włoszech, podczas której przy każdej aferze korupcyjnej trafiano na masońską lożę Propaganda Due. Wygląda na to, że owa „sztuka” oznacza dzisiaj umiejętność skrytego manipulowania wielkimi masami ludzi – no i korumpowania się przy okazji, bo właściwie – dlaczego nie? Jest to tym łatwiejsze, że Wielki Wschód utajnia członkostwo. Czego się wstydzą? Przecież chyba nie otchłannych egzegez, z wyciąganiem pierwiastka kwadratowego z wymiarów świątyni Salomona? To może być zresztą świetny kamuflaż dla penetracji wywiadowczej – ale to już ociera się o teorię spiskową, a półinteligentom w takie rzeczy prof. Tadeusz Cegielski właśnie zabronił wierzyć. Kiedyś prof. Tadeusz Kotarbiński twierdził, że „nieistnienie jest atrybutem zaszczytnym”. Być może – ale również – jakże wygodnym!

    Stanisław Michalkiewicz

  19. p.e.1984 said

    Ad. 8
    Pozwoliłem sobie popełnić następujący tekst:

    Jedwabne oszczerstwo i haniebne przeprosiny (http://myslnarodowa.wordpress.com/2012/04/17/jedwabne-oszczerstwo-i-haniebne-przeprosiny/)

    Sprawa Jedwabnego nie jest zwyczajnym oszczerstwem. Nie chodzi w niej o to, że kilka osób mając nieuzasadniony żal do swoich polskich sąsiadów bądź Polaków w ogóle oczernia ich. Nie chodzi o to, by pan Gross zarobił na antypolskich resentymentach diaspory żydowskiej, sprzedając im swoją książkę. Być może również szkalowanie Polaków na forum międzynarodowym nie jest tu celem. Całe to działanie jest najprawdopodobniej elementem zaplanowanej i szeroko zakrojonej akcji socjotechnicznej, mającej za cel wpędzić Polaków w poczucie winy wobec narodu żydowskiego. Po co miałoby to być robione? Chodzi o to, że osoba, która ma poczucie winy wobec kogoś jest mniej skłonna bronić swoich racji w sporze z kimś, komu (w swojej opinii) wyrządziła krzywdę. O jaki spór może chodzić? Zdaniem profesora Pogonowskiego (http://www.youtube.com/watch?v=7xG_Qdq8vvk) przedmiotem sporu jest kwestia zwrotu majątków domniemanym spadkobiercom (osobom fizycznym i instytucjom) żydowskim (patrz też Uwłaszczać na majątku narodowym aż kamień na kamieniu nie zostanie).
    Niezależnie od sytuacji w Polsce – opisywana socjotechnika jest stosowana również wobec narodów innych niż Polski. Mówi o tym David Duke w filmie “How Zionists Divide and Conquer” (od 11:58).
    Wróćmy jednak do problemu Jedwabnego. Poniższy zbiór tekstów jest kluczowy dla zrozumienia kto i w jaki sposób mordu w Jedwabnem dokonał oraz kto i dlaczego sprawcą (sensu largo, kierowniczym bądź dobrowolnym współsprawcą) tego mordu nie mógł być. Mord w Jedwabnem niekiedy bywa uzasadniany jako „słuszny odwet” polskiej ludności, która pamiętała zachowanie „sąsiadów” po 17.IX.1939 (polecam publikację prof. Krzysztofa Jasiewicza “Rzeczywistość sowiecka 1939-1941 w świadectwach polskich Żydów”). To bardzo poważny błąd. Jaki sens dla poznania prawdy o tym zdarzeniu ma usprawiedliwianie potencjalnych motywów kogoś, kto zbrodni się nie dopuścił – a mając okazję – dopuścić się nie chciał (i był raczej – ofiarą – raz przemocy okupanta, drugi raz – stalinowskiego aparatu represji (i istnieje duża szansa, że dochodzenie i proces miały podtekst nienawiści na tle etnicznym, ale skierowanym w niespodziewaną dla Grossa i polskich tumanów stronę), a trzeci raz – współcześnie – jest ofiarą kampanii oszczerstw, zdradzoną przez osobę pełniącą funkcje prezydenta III RP)?
    Czytaj dalej >>>>

  20. p.e.1984 said

    Panie Gajowy, zablokowało mi post, w którym nie szkaluję S. Michalkiewicza (powyżej, nr 19.). Z góry dziękuję za odblokowanie.

    Robię to zawsze – chyba, że chodzi o osobę definitywnie zablokowaną – admin

  21. wet3 said

    @ 19
    Dlaczego powoluje sie pan na zrodla mowiace o zbiciu 700 zydow? Przeciez bylo to fizycznie niemozliwe. Stodola mogla ponoc pomiescic nieco ponad 200 osob …

  22. p.e.1984 said

    Ad. 19
    Proszę się wczytać w tekst, to Pan zrozumie o co chodzi. Pan cytuje cytat z aktu oskarżenia. To co – autor miał poprawić w cytacie z materiału źródłowego to 700? Prawdziwa bomba jest dalej. A w zasadzie to cały skład bomb.

    ____________________________________________
    Humorystycznie o kwestii Jedwabnego (pewnie już było, ale niech tam: http://lubczasopismo.salon24.pl/debiut/post/339251,tato-czy-beda-nas-wieszac )

    TATO, CZY BĘDĄ NAS WIESZAĆ?

    Raport Europejskiej Komisji do Walki z Rasizmem i Nietolerancją przy Radzie Europy to jakiś ponury żart. Zamiast postawić pod ścianą tych obrzydliwych, ksenofobicznych Polaczków i przynajmniej część znich przykładnie rozstrzelać, opowiada się jakieś bajędy.

    A przecież wszyscy doskonale wiedzą, że Polaczki, to nacja wredna i plugawa, która antysemityzm, czyli nienawiść, do nas, ludzi lepszych i szlachetnych, wysali z mlekiem swoich prostackich matek.

    Jak kto nie wierzy, to niech spyta Eliega Barbura. Ten ma podręczne archiwum wraz z tabelką pokazującą spożycie tego antysemickiego mleka i dzieny udój.

    My tu sobie jednak gadu gadu, a w międzyczasie polskie czarne sotnie właśnie namalowały kolejne JUDE RAUS czy iną wiszącą na szubienicy Gwiazdkę Dawida.

    Tak dalej być nie może!

    Zwłaszcza, że połowę tych napisów wymalowują tzw. biali, heteroseksualni mężczyźni, na codzień przykładni ojcowie rodzin i ludzie sympatyczni, których nikt by nie był w stanie posądzić o takie rzeczy. A jednak. W każdy szabas coś wnich wstępuje i idą wmiasto malując po murach, albo plugawiąc Jedwabne.

    Wiemy doskonale i nie trzeba nam tego przypominać, że trochę z tym Jedwabnem nakłamaliśmy. I przeszacowaliśmy liczbę ofiar o 1200 szt. Bo wiadomo jak jest- nikogo nie rusza śmierć 200 ludzi. W tym cholernym samolocie zginęła setka i psa z kulawą nogą to nie obchodzi. Rozumiemy też, że trochę się Polaczki wściekły, że winą za to Jedwabne obarczamy właśnie ich. A kogo niby? Niemcy bulą nam szmal bez szemrania, a tu, w Polsce, jest te 60 miliardów do szarpnięcia, więc trzeba teren najpierw zmiękczyć.

    Odeszliśmy jednak od meritum, czyli od znanego na świecie polskiego antysemityzmu!

    Który należy napiętnować, Polaków wyśmiać i wyszydzić, wdeptać w ziemię i zniszczyc ich poczucie własnej wartości. Tylko tak można sprawić, by przerobić ten dumny niegdyś naród w posłusznych rabów, którymi będziemy mogli do woli pomiatać.

    Pozostaje jeszcze wymiar ludzki.

    Nie mogę zapomnieć, jak wraz z synem, gdy braliśmy udział w paradzie równości, zobaczył on plakat „zakaz pedałowania” i spytał:

    – Tato, czy nas będą wieszać?

    – W życiu, synku- odpowiedziałem- To my im będziemy strzelać w łeb w brzozowym lasku! Zapomniałeś o rodzinych tradycjach?

  23. Wandaluzja said

    CUDY GOSPODARCZE BYŁY TYLKO TAM, GDZIE RZĄDZILI PATRIOCI, co było możliwe, gdy II wojna światowa zdezorganizowała masonerię czyli kościół korupcji. POTĘPIENIE PATRIOTYZMU, dyskrtyminowanie go i próba eksterminacji jest w racji Kapitału Kryminalnego, z którym – jak stwierdzili to Wolter, Goethe, Fichte i Staszic – można walczyć skutecznie TYLKO przy pomocy ANTYSEMITYZMU.
    Przykładem Polityki Kryminalnej jest JEDWABNE, gdzie Abwehra prowadziła śledztwo w/s złamania przez Goldę Meir i Menachema Begina Planu Barbarossa. W trakcie tego śledztwa znaleziono w Białymstoku Kartę Atlantycją, którą opublikował Leszek Bubel w Tylko Polska. Na mapie tej Folwark Żydowski rozciąga się od Renu do Morza Arabskiego i Pacyfiku Japońskiego, czym Niemcy ZMUSILI Japończyków do zaatakowania Amerykanów.
    Za Jedwabne Stalin dał Goldzie Meir 500 miliardów $ wyznaczając na płatnika Polskę z komisariatem Józefa Cyrankiewicza i Władysława Gomułki, którzy uiścili należność co do grosza.

  24. 166 bojkot TVN said

    http://jerzyprzystawa.salon24.pl/404387,plan-dla-polski-jednomandatowe-okregi-wyborcze
    (….)
    Deregulacja zawodu polityka: kto to jest polityk?

    Najprostsza i najbardziej właściwa odpowiedź na to pytanie jest taka:

    polityk, to ten, kto dzieli publiczne pieniądze

    Z tej definicji polityka wynika od razu najważniejsza rola Sejmu w strukturze władzy państwowej: to w Sejmie dzielone są publiczne pieniądze, to tam uchwala się Budżet Państwa, to tam muszą być uwzględnione wszystkie słuszne oczekiwania różnych grup społecznych i zawodów. Rząd i jego struktury, administracja państwowa, mają jedynie sprawnie wykonywać wolę Sejmu.

    Komu normalni ludzie powierzają swoje pieniądze? Jakim kryteriom muszą odpowiadać ci, którym przyznamy prawo dysponowania naszymi pieniędzmi?

    Oczywiste jest, że muszą to być ludzie, do których mamy zaufanie. Żaden normalny człowiek nie powierzy swoich pieniędzy komuś, kogo nie zna, albo komu nie ufa. Z tego wynika, że aby komuś zaufać trzeba go najpierw znać.

    Jak wygląda Sejm Rzeczypospolitej, jeśli popatrzymy nań przez lupę takiego kryterium? Jacy ludzie w nim zasiadają?

    Zadałem sobie trud przejrzenia poparcia, jakiego udzielili wyborcy posłom obecnej Kadencji Sejmowej. Na 460 zasiadających w tej Izbie posłów 297, a więc 65%, nie uzyskało poparcia nawet 2% wyborców w ich okręgach wyborczych, a więc nie uzyskało nawet poparcia 1 na 50 wyborców! 85 z nich, a więc prawie 20% całej Izby nie przekroczyło poparcia 1%, a więc 1 na 100 wyborców! Np. wicemarszałek Sejmu, p. Wanda Nowicka, uzyskała w wyborach zaledwie 7065 głosów, a więc znacznie poniżej 1% wyborców. Nie wiele więcej uzyskał inny wicemarszałek, p. Grzeszczak, bo aż 9648, czyli 1,3% . Natomiast zaledwie 6 posłów (dosłownie: sześciu!) może się pochwalić poparciem przekraczającym 10% wyborców w ich okręgach wyborczych. Wśród tych 6 nie ma nawet liderów partii politycznych, które od roku 1989 nieprzerwanie zasiadają w Sejmie i sprawujących urzędy premierów: Waldemar Pawlak uzyskał zaledwie 3,2%, a Leszek Miller jeszcze mniej, bo tylko 2,4% głosów wyborców.
    (….)

  25. Niezdziwiony said

    Hipolit Korwin-Milewski: Siedemdziesiąt lat wspomnień : (1855-1925) wyd.1930 r.
    http://kpbc.umk.pl/dlibra/docmetadata?id=32188&from=the%20PIONIER%20DLF

    WPŁYWY ŻYDOWSKIE na konferencji w Wersalu
    fragm. XIII rozdz.

    … Jeszcze przed zawieszeniem broni p. hr. Alfred Tyszkiewicz w przewidywaniu, że Niemcy będą musieli kraj opuścić, a Rosjanie go nie zajmą, opracował projekt współżycia czterech głównych nasz kraj zamieszkujących elementów: polskiego,białoruskiego, litewskiego i żydowskiego. Zakomunikowawszy swój elaborat kilku przedstawicielom każdej z trzech chrześcjańskich grup, udał się także do pewnego rabina,uchodzącego za bardzo wpływowego pośród wileńskiego żydostwa, którego nazwiska w tej chwili sobie nie przypominam (przypis: bodaj póżniejszy senator Rubinsztein choć nie ręczę). Mędrzec Izraela, któremu odczytał cały swój memoriał, gdy skończył czytanie,powiedział mu z tą zewnętrzną powagą, którą kiedyś tak wyśmienicie sobie przyswajał sławny aktor Żułkowski w sztuce „Żydzi”, mniej więcej dosłownie: „Wszystko, co pan graf mi przeczytał, może być interesującem z punktu widzenia teoretycznego; ale z praktycznego ja sądzę, że to żadnego skutku mieć nie może. Kiedy pan graf pofatygował się wniknąć w rozmaite fazy tej wielkiej wojny, w jej przebieg i w jej rezultaty, to mógł się już przekonać, że walczyły między sobą i wzajemnie się wyniszczały rozmaite narody i państwa chrześcijańskie, ale prawdziwymi t r i u m f a t o r a m i będziemy bez wątpienia My. I my także pomyśleliśmy o przedmiocie, który pana grafa interesuje, i mamy nasz własny plan. Ale on się od pańskiego bardzo różni”.

    ……………………………………………………………………………………………………………………………

    … Jak wiadomo, Traktat a raczej traktaty były podpisane na uroczystem posiedzeniu w Wersalu 29 czerwca 1919r. Z tych traktatów jeden, główny, poświęcony zakończeniu wojny między Aljantami a byłem cesarstwem niemieckim jest dość znanym, abym o nim wspominał. Drugi zaś, specjalnie między państwami niby sprzymierzonymi, mianowicie Ententą z jednej strony a Polską, Rumunią itd. z drugiej, był pod kilku względami dla nas Polaków n i e k o r z y s t n y a pod jednym nawet u p a k a r z a j ą c y, bo przyznawał t. zw. mniejszościm narodowym, właściwie żydom, cały szereg przywilejów, któreby wszelkie w rzeczywistości niepodległe państwa odrzuciły z oburzeniem, co też zrobiła Rumunia; gdyby bowiem był ściśle zastosowany w praktyce ( na szczęście tak nie jest), to wszystkie polskie sądy i urzędy powinnyby zachować szabas, posiadać język hebrajski, a raczej żargon żydowski narówni z polskim. I tu się mieści jeden szczegół, na którym się zatrzymam, bo zdaje się nigdy jeszcze nie był ogłoszony, a może mieć nie małe znaczenie dla historyków (p r a w d z i w y c h) powstania Polskiego Państwa i zabójczego wpływu wywartego na nasze losy przez wszechświatowe żydostwo. Będąc już na wyjeżdzie, koło 1 lipca zaprosiłem na pożegnalne śniadanie panów Krzyżanowskiego, księcia Wł. Lubomirskiego i Ksawerego Orłowskiego. Mowa była prawie wyłącznie o dopiero co podpisanym Traktacie Wersalskim, o jego ciężkich dla Polski warunkach i o niepojętej dla wszystkich, szczególnie w porównaniu ze stanowczością rumuńskiego premjera p. Braliano, ustępliwości naszych pełnomocników.
    Wówczas Orłowski wystąpił z opowieścią, ktorej prawie każdy wyraz dosłownie się wraził w moją pamięć, bo rzeczywiście była arcyciekawą. Kilka dni po zawieszeniu broni 11 listopada 1918 roku odwiedził Orłowskiego baron Maurycy de Rothschild, ambitny członek parlamentu światowo mu znany, i nie bez pewnej uroczystości mu oświadczył, że udaje się do niego jako do wybitnego członka K o l o n j i polskiej z ostrzeżeniem, ktore może mieć dla jego, Orłowskiego, ojczyzny, duże znaczenie. Osobiście p. Rothschild, pamiętając, że aż do końca XVIII wieku Polska była najbardziej w Europie tolerancyjnym dla Żydów państwem, życzyłby sobie , żeby kwestia żydowska zupełnie nie była na Kongresie poruszana, lecz pozostawiona układom w samej Warszawie między obywatelami obu wyznań, mojżeszowego i chrześcijańskiego, które potrafią dojść zgody. Ale ten pogląd nie jest wśród Izraela ogólnie przyjęty. Między chrześcijanami panuje przekonanie, że całe żydostwo na całym świecie jest absolutnie solidarne i w kwestiach politycznych maszeruje jak jeden człowiek: To jest wielki błąd : bo istnieje cały szereg zagadnień, co do których panuje między samymi Żydami wielka rozbieżność; np. w kwestiach socjalnych i ekonomicznych, on Rothschild Żyd, i p. Lejba Trocki także Żyd, idą w zupełnie przeciwnych kierunkach. Lecz jeden punkt, na którym rzeczywiście cały naród Izraela jest do ostatniego człowieka absolutnie s o l i d a r n y, mianowicie kiedy idzie o honor Izraela. Np. w historycznej sprawie D r e y f u s a bardzo mało Żydów dbało o to, czy jakiś p. Alfred Dreyfus będzie czy nie będzie gnił dożywotnie na „Wyspie Djabła”. – Ale żaden Żyd na całym świecie nie mógł dopuścić, aby było sądownie przyznanem i stwierdzonem, że oficer Żyd może być zdrajcą swego munduru. Dlatego wówczas Izrael wystąpił rzeczywiście jak jeden człowiek i zwyciężył.
    Otóż teraz występuje c a s u s zupełnie analogiczny. Jeśli na Kongresie oficjalnym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej będzie (nie wymieniając nazwiska) ten „były od miasta Warszawy członek Dumy Państwowej Rosyjskiej”, który zyskał wszechświatowy rozgłos jako zajadły antysemita, to cały Izrael i p. Rothschild sam będą uważali taką nominację za policzek wymierzony w twarz całego ich narodu i stosownie do tego postąpią. Hrabia Orłowski powinien wiedzieć, że wpływy żydowskie na postanowienia Kongresu pokojowego są bardz wielkie. Niechaj wie zgóry i uprzedzi, kogo należy, że kiedy Polska będzie oficjalnie reprezentowana przez tego pana, to Izrael zastąpi jej drogę ku wszystkim jej celom, a one są nam znane. „Wy nas znjdziecie na drodze do Gdańska, na drodze do Śląska pruskiego i do Cieszyńskiego, na drodze do Lwowa, na drodze do Wilna i na drodze wszelkich waszych projektów finansowych. Niech pan hrabia to wie i stosownie do tego postąpi”.
    Nazajutrz po podpisaniu Wersalskiego Traktatu zdarzyło się, że Orłowski spotkał się z tymże baronem Maurycym de Rothschild^em w towarzystwie p. Filipa Berthelot^a, wówczas dyrektora a dziś sekretarza generalnego przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych francuskich, u jakichś wspólnych przyjaciół i p. Rothschild prosto z mostu: „Hrabio Orłowski, czy pamięta pan naszą rozmowę w przeszłym listopadzie?” — „Pamiętam”.
    – „Otóż pan byłeś uprzedzony i nie możesz się skarżyć, że się stało to, co panu przepowiadałem: „ca y est”. Nieprawdaż, Berthelot?” — Ale pan Berthelot się wykręcił tem, że tą częścią traktatu się nie zajmował.
    Gdy Orłowski skończył swoją opowieść, zapytałem go: „A cóż, czy powtórzyłeś tę całą rozmowę z Rothschildem p. Romanowi Dmowskiemu?” — ” Nie, bo to było bardzo drażliwe, ale uprzedziłem jego bliskiego przyjaciela Jana Żółtowskiego”.
    –O ile znam zacnego ale do przesady delikatnego p.Jana Żółtowskiego, to musiał on tego polecenia nie spełnić. Zresztą pytanie, czy nawet uprzedzony i gotów do osobistego poświęcenia p. Dmowski mógłby z licznych innych względów usunąć się bez znacznej szkody dla sprawy, Tylko prawdopodobnie miałby się na ostrożności i uniknąłby pewnych antysemickich manifestacyj, które żydów i ich Kongresowych szabesgojów jeszcze bardziej rozjątrzyły. — „W każdym razie uprzedzam ciebie Ksawery, że ponieważ żadnego zastrzeżenia o poufnym charakterze swojej opowieści nie zrobiłeś, to ja jej przyznaję takie znaczenie historyczne, że zachowuję sobie prawo ją przy okoliczności rozgłosić”. — „A rozgłaszaj sobie, kiedy chcesz!”
    Otóż rozgłaszam.

  26. Canada said

    Re:25
    Widać S.M. też ma takie zadanie. Rozgłaszać prawdę.
    ********************************
    Ale to wszystko jeszcze nic w porównaniu z 91 rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości w dniu 11 listopada. Nawiasem mówiąc, przyczyny ustanowienia akurat tego dnia w charakterze rocznicy odzyskania niepodległości nie są do końca jasne. Tego dnia bowiem do Warszawy przybył wypuszczony przez Niemców z magdeburskiego więzienia Józef Piłsudski, któremu Rada Regencyjna przekazała władzę nad Wojskiem Polskim – a on ją przyjął. Wynika z tego, że Wojsko Polskie już istniało, podobnie jak władza – a więc aparat państwowy, skarbowy, policja, tajniacy, broń, amunicja, magazyny itp. Skąd się to wszystko wzięło? Ano, zostało zorganizowane przez wspomnianą Radę Regencyjną, w osobach księcia Lubomirskiego, Stanisława kardynała Kakowskiego i hrabiego Ostrowskiego – dzisiaj już całkowicie zapomnianych. A przecież to właśnie oni 7 października 1918 roku proklamowali niepodległość Polski, 12 października przejęli władzę nad wojskiem, co 21 października uznał warszawski generał-gubernator Hans Beseler, zrzekając się stanowiska naczelnego dowódcy wojska polskiego. Tego samego dnia Rada Regencyjna powołała na stanowisko Szefa Sztabu Wojska Polskiego generała Tadeusza Rozwadowskiego. Ale w 1937 roku zdecydowano, że odzyskanie niepodległości nastąpiło 11 listopada i do tego nawiązała III Rzeczpospolita.

    Dlaczego jednak Rada Regencyjna przekazała władzę świeżo wypuszczonemu z więzienia Józefowi Piłsudskiemu? Pewne światło na to rzuca odnotowana w pamiętnikach Hipolita Korwin-Milewskiego rozmowa hrabiego Ksawerego Orłowskiego z baronem Maurycym de Rotshildem. „Kilka dni po zawieszeniu broni 11 listopada 1918 roku odwiedził Orłowskiego baron Maurycy de Rotschild, ambitny członek parlamentu światowo mu znany i nie bez pewnej uroczystości mu oświadczył, że udaje się do niego jako wybitnego członka Kolonii polskiej z ostrzeżeniem, które może mieć dla jego, Orłowskiego ojczyzny duże znaczenie. Osobiście p. Rotschild, pamiętając, że aż do końca XVIII wieku Polska była najbardziej w Europie tolerancyjnym dla Żydów państwem, życzyłby sobie, żeby kwestia żydowska zupełnie nie była na Kongresie (wersalskim – SM) poruszana lecz pozostawiona układom w samej Warszawie między obywatelami obu wyznań, mojżeszowego i chrześcijańskiego, które potrafią dojść do zgody. Ale ten pogląd nie jest wśród Izraela ogólnie przyjęty. Między chrześcijanami panuje przekonanie, że całe żydostwo na całym świecie jest absolutnie solidarne i w kwestiach politycznych maszeruje jak jeden człowiek. To jest wielki błąd, bo istnieje cały szereg zagadnień, co do których panuje między samymi Żydami wielka rozbieżność, np. w kwestiach socjalnych i ekonomicznych, on, Rotschild Żyd i p. Lejba Trocki, także Żyd , idą w zupełnie przeciwnych kierunkach.

    Lecz jest jeden punkt, na którym rzeczywiście cały naród Izraela jest do ostatniego człowieka absolutnie solidarny, mianowicie kiedy idzie o h o n o r I z r a e l a. (…) Jeśli na Kongresie oficjalnym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej będzie (nie wymieniając nazwiska) ten „były od miasta Warszawy członek Dumy Państwowej Rosyjskiej”, który zyskał wszechświatowy rozgłos jako zajadły antysemita, to cały Izrael i p. Rotschild sam będą uważali taka nominację za policzek wymierzony w twarz całego ich narodu i stosownie do tego postąpią. Hrabia Orłowski powinien wiedzieć, że wpływy żydowskie na postanowienia Kongresu pokojowego są bardzo wielkie. Niechaj wie z góry i uprzedzi kogo należy, że kiedy Polska będzie oficjalnie reprezentowana przez tego pana, to Izrael zastąpi jej drogę ku wszystkim jej celom, a są one nam znane. „Wy nas znajdziecie na drodze do Gdańska, na drodze do Śląska pruskiego i do Cieszyńskiego, na drodze do Lwowa, na drodze do Wilna i na drodze do wszystkich waszych projektów finansowych. Niech pan hrabia to wie i stosownie do tego postąpi.” Otóż „ten pan” to oczywiście Roman Dmowski, przywódca Narodowej Demokracji, będącej podówczas chyba najsilniejszym stronnictwem politycznym w Polsce.

    Ale mniejsza o te historyczne przyczynki, nawet jeśli ponownie nabierają one dzisiaj niepokojącej aktualności, bo zmierzam do podstawowego wątku przemówienia pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jakie wygłosił on podczas głównej uroczystości rocznicowej na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Pan prezydent, nawiązując do wejścia w życie traktatu lizbońskiego, co jak wiadomo, nastąpi już 1 grudnia, wskazał na potrzebę „nowego patriotyzmu”. Ten nowy patriotyzm z pewnością różni się od patriotyzmu starego, tzn. – tradycyjnego, głoszącego, że patriota powinien kierować się dobrem własnego narodu i własnego państwa. Czym się powinien kierować patriota nowego typu? Tego dokładnie jeszcze nie wiemy, ale tego i owego możemy się domyślić.

  27. Canada said

    przepraszam zapomniałem dopisać że to cytat z S.M.

  28. Niezdziwiony said

    re.28;

    Zacytowałem dosłownie fragm. z H. Korwin-Milewskiego po to by wykazać by nie pytać o coś, co nie istnieje. Kaczyński mówił o jakimś „nowym patriotyżmie”, SM wspomina o „tradycyjnym patriotyżmie” i dobrze, że go określa, tylko po co ta nowomowa „przymiotnikowa” patriotyzmu. Patriotyzm to cnota najwyższej p r ó b y narodu w zorganizowanym przez siebie państwie (nie narodowości). I tak to rozumieli politycy wspominani przez Korwin-Milewskiego i wiedzieli czym jest kompromitacja, zdrada itd., i nie trzeba było się tego „domyślać” jak to sugeruje SM. I też posłużyłem się tym fragm. by wykazać — ludy koczownicze nie rozumieją pojęcia patriotyzmu, tak, rzeczywiście potrafią solidarnie się zachować względem siebie, gdy chodzi o niezasłużoną korzyść, nawet wtedy gdy inne nacje przelewały krew w słusznej dla siebie sprawie. – „Prawdziwymi triumfatorami będziemy bez wątpienia My”, tak to zawyrokował mędrzec Izraela z Wilna wobec hr. Alfreda Tyszkiewicza.

    — proszę przeczytać całość, nie stanowi to jednak całości cytatu SM.

    PS
    Nowomowa, kamuflaż, mąciwoda, poprawność polityczna – to ichnie niezawodne narzędzia pracy. (N)naród głupi wszystko kupi jak to mówi Jacek Kurski (pis…lec).

    Oj, jak ja dziękuję Panu Bogu za witrynę pana Gajowego. Modlę się za niego. Za Stalina słuchałem RWE, a teraz… sama radość i to z powodu Gajowego i szanownych ludzi tu goszczących. – małe litery, bo Pan Bóg jest tylko Wielki.

Sorry, the comment form is closed at this time.