Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Wstęp do historii Słowian

Posted by Marucha w dniu 2012-04-19 (Czwartek)

P. PiotrX, pracowity dostarczyciel ciekawych tekstów historycznych, tym razem zajął się historią Słowian – admin.

Jan Czekanowski – „Wstęp do historii Słowian” – 1957.

Lechici

Gałąź lechicką tworzyły dwa odrębne składniki: połabski i polski. Pomorzanie stanowili zaś łączące ogniwo pośrednie. Połabianie byli zorganizowani w dwie odrębne jednostki polityczne: Obodrytów na północnym zachodzie i Luciców, zwanych też Weletami (Wielotami) lub Wilkami, na wschodzie. Weleci mają najstarszą metrykę ze wszystkich plemion słowiańskich, gdyż zostali wymienieni przez Ptolemeusza. (….)

Polacy

Słowianami najpóźniej występującymi na widownię dziejową są Polacy. Z tego powodu o ich przeszłości, sięgającej poza X wiek wstecz, nie posiadamy prawie żadnych wiadomości opartych na źródłach historycznych. Jest to niewątpliwie skutkiem tego, że przetrwali w swoich odwiecznych siedzibach. Te zajmowały jedną z najmniej atrakcyjnych części europejskiego kontynentu, a bardzo odległą od ówczesnych ośrodków życia cywilizowanego, które to pozostawia ślady, jeśli nie w postaci dokumentów, to przynajmniej o charakterze drobnych wzmianek kronikarskich.

Siedziby szczepów polskich znajdowały się niewątpliwie na obszarze pierwotnej praojczyzny Słowian, a zapewne dopiero później ogarnęły ją w całości. Należy bowiem zwrócić uwagę na fakt godny zastanowienia, że wszystkie inne ludy słowiańskie występowały na widownię^ dziejową dopiero w fazie swej ekspansji, w znacznej odległości od dawniej zajmowanych siedzib. Przecież nawet i samo zróżnicowanie Słowian zachodnich jest zapewne skutkiem sięgnięcia poza granice dawniej zajmowanego obszaru. Polacy natomiast, przypuszczalnie wskutek pozostawania na terenach dawniej zajmowanych przez słowiańskich pobratymców, pod względem językowym zachowali pozycję centralną, nawet i w stosunku do szczepów zachodnio-słowiańskich, co tym się tłumaczy, że granice polskiego obszaru językowego, w porównaniu z zasięgami innych ludów słowiańskich, ulegały stosunkowo niewielkim przeobrażeniom, a po katastrofie ostatniej wojny niewiele się różnią od tych, o które walczono przed lat tysiącem.

Skutkiem rozwoju na tym samym terytorium, rozwoju nie zakłóconego głębiej sięgającymi oddziaływaniami obcymi, jest niewątpliwie to, że jedynie Polacy zachowali świadomość dawnej przynależności szczepowej, mimo bardzo słabego zresztą zróżnicowania.

Przecież mamy tu do czynienia z tymi samymi jednostkami szczepowymi, które występują na zaraniu polskiego życia historycznego. Żyją one dotychczas w świadomości ludu i nawiązywanie ich wstecz nie nastręcza trudności, zwłaszcza że odzwierciedlają się też i w zróżnicowaniu dialektologicznym polskiego obszaru językowego. Fakt wyłonienia się z pomroki dziejowej w drugiej połowie X wieku, na obszarze zamieszkanym przez szczepy polskie, potężnego państwa, o organizacji opartej na wzorach organizacji frankońskiej czy też saskiej, a nie wykazującego śladów dawniejszej zależności politycznej od Niemców i w dodatku zdolnego do skutecznego przeciwstawienia się najpotężniejszemu podówczas państwu — cesarstwu rzymsko-niemieckiemu, wznowionemu przez utalentowaną dynastię saską — pozwala przypuszczać, że mamy tu do czynienia z rodzimym wytworem pracy organizacyjnej, która musiała pochłonąć dużo energii w ciągu wielu generacji, a nie mogła stanowić wyniku spontanicznego wybuchu czy też genialnej improwizacji. Tylko przy tradycyjnie ustalonych podstawach organizacyjnych, opartych na zróżnicowaniu społecznym, nie paraliżowanym przez pozostałości już przemożnej organizacji rodowej, był możliwy potężny rozmach państwa Bolesława Chrobrego, które sięgało, co prawda tylko przejściowo, daleko poza granice polskiego obszaru etnograficznego.

Największym osiągnięciem dynastii piastowskiej, o tradycji sięgającej zaledwie w głąb IX wieku, było skonsolidowanie kontynentalnych szczepów lechickich w oparciu o szczep Polan. Nazwa państwa, stworzonego przez Piastów, jest pochodną nazwy szczepu Polan i stanowi najlepsze świadectwo roli odegranej przez ten szczep. Bardzo znamienne jest przy tym posiadanie władzy absolutnej przez panującego, i to stanowi największą zagadkę. Niewątpliwie świadczy to, że państwo piastowskie powstało wskutek podboju innych szczepów polskich przez Polan. Istota zagadki polega zatem na osiągnięciu przez ten szczep takiego poziomu organizacji, który by umożliwiał tego rodzaju realizacje. W ramach organizacji rodowej nie byłoby to możliwie.

Geneza państwa o panującym wyposażonym we władzę absolutną tłumaczy się najprościej przypuszczeniem, że stanowi ono rezultat podboju. Polska nie posiada jednak śladu tradycji obcego najazdu, poza strofą napisu na grobowcu Bolesława Chrobrego, która brzmi: Regnum Sclavorum Gothorum sive Polonorum. Wyczerpujące badania Ryszarda Gansinca (1951, ss. 359—537) wykazały jednak, że napis powstał dopiero około połowy XIV wieku i został skomponowany przez wykształconego człowieka, a zatem nie może być uważany za echo żywej tradycji ludowej. (…)

Zagadnienie lechickie

Bez porównania mniej wiadomości, niż o pierwszych wiekach n. e., posiadamy co do okresu zapoczątkowanego najazdem Hunów, który spowodował katastrofę Gotów na obszarze nadczarnomorskim i widocznie zerwał łączność ziem polskich ze światem cywilizowanym. Nie tylko źródła pisane podają o tym okresie bardzo mało i w dodatku niezbyt pewnych wiadomości. Również i archeologowie nie rozporządzają dotychczas znaleziskami, które by pozwalały na zorientowanie się co do przesunięć ludów wspominanych w źródłach pisanych, zaś antropologom brak znalezisk kostnych uniemożliwia odróżnianie autochtonów od przybyszów.

Przy rozpatrywaniu okresu zapoczątkowanego „wędrówkami ludów” uwaga badaczy ześrodkowuje się na południowej rubieży polskiego obszaru etnograficznego, a mianowicie na szlaku podkarpackim. Nim odpływała niewątpliwie ludność uchodząca ze swoich siedzib, wypłoszona przez najazdy Hunów i Awarów lub wypierana z nich przez dalsze reperkusje tych najazdów. Zapewne tym szlakiem przybyli ze wschodu przodkowie czeskich i słoweńskich Dudlebów, co też i Labuda (1949, ss. 183—184) uważa za możliwe, gdyż zaznacza, „że fakt wędrówki plemion słowiańskich właśnie po takim szlaku nie jest odosobniony”. Uważa, iż tym szlakiem posuwali się Awarzy w latach 562 i 567/8 w swoich wyprawach, w których „dotarli lub zamierzali zaatakować kraje położone na zachód od Renu”. O obszarach leżących na północ od tego wielkiego szlaku nie posiadamy natomiast żadnych wiadomości. Można jedynie przypuszczać, że istniała tam organizacja polityczna, która zdołała je uchronić przed najazdami azjatyckich rabusiów, albo też że zawdzięczały swoje bezpieczeństwo warunkom geograficznym, które wiązały najazdy ludów konnych ze strefą niezalesionych podkarpackich i podsudeckich lessów, zaś najazdy Skandynawów z arteriami wodnymi.

O mocy dowodowej i właściwościach przekazów źródeł historycznych, dotyczących wczesnego średniowiecza, najlepiej świadczy przebieg dyskusji nad wiarogodnością przekazu cesarza Konstantyna Porfirogenety, że Serbowie i Chorwaci dopiero na wezwanie cesarza Herakliusza (610—641) przybyli do swoich późniejszych siedzib z północy, z połabskiej Białej Serbii i zakarpackiej Białej Chorwacji. Dopiero po sporach, trwających wiele dziesiątków lat a wymagających wykazania się niesłychaną uczonością, zaniechano kwestionowania faktu, że Serbowie przywędrowali z Łużyc. Mimo to Labuda kwestionuje istnienie zakarpackiej Białej Chorwacji i uważa, że Chorwaci przybyli z Czech (północno-wschodnich) a szczep Zachlumian z Małopolski. Natomiast Dvornik ujmuje jako Białą Chorwację obszar małopolsko-śląski. Okres wędrówki Serbów i Chorwatów na Półwysep Bałkański ustala Labuda na lata 622—627, a więc na czasy, w których powstało państwo Samona (623—658) na Morawach. Kwestią sporną pozostaje istnienie Białej Chorwacji i pierwotna przynależność etniczna Serbów i Chorwatów. Natomiast zdaje się nie
ulegać wątpliwości, że obydwa te szczepy mówiły wschodnio-słowiańskimi narzeczami. Inaczej nie sposób wyjaśnić zupełnie zagadkowych, ogólne prawidłowości naruszających, nawiązań wschodnio-słowiańskich do języka górno-łużyckiego i czeskiego, a więc obszarów opanowanych przez Serbów i Chorwatów po przesunięciu się szlakiem podkarpackim na zachód.

Zresztą już A. A. Szachmatow przypuszczał, że Chorwaci Karpat wschodnich mówili narzeczem wschodnio-słowiańskim. Skoro istnieli Chorwaci, mówiący wschodnio-słowiańskim narzeczem nie tylko na wschodnim Podkarpaciu, lecz też i w Czechach, to musieli również w pewnym okresie zajmować też i Podkarpacie polskie, a zatem musiała istnieć Biała Chrobacja wspomniana przez Porfirogenetę. Przedmiotem sporu może być tylko — kiedy istnieć przestała. Natomiast przypuszczenie co do pierwotnie alańskiego pochodzenia Serbów uzasadnia wzmianka al-Masudiego o irańskim, a w każdym razie stepowym rytuał pogrzebowym, obejmującym też i konia, co prawda palonego, tak samo jak jego pana.

(…)
Jeśli dopuszczalne jest mówienie „o tysiącletniej tradycji państwowej, licząc co najmniej od doby Ptolemeusza (który wymienia Wieletów) do upadku i ostatecznej germanizacji Wieletów w XII wieku po Chr jak to czyni Zygmunt Wojciechowski (1951, s. 141), to co najmniej równie uzasadnione jest liczenie się z jakąś ponadplemienną integracją Lechitów (Lenchów, Lachów), czyli mówienie o państwie lechickim. Nie można przecież przejść do porządku dziennego ponad faktem, że nowsza nazwa Polaków nie wyparła dotychczas jeszcze innej nazwy, niewątpliwie dawniejszej, która występuje u ludów sąsiadujących z Polakami na północnym wschodzie, na wschodzie i na południu. Litwini oznaczają Polskę Lenkija a Polaków Lenkas, u ludu zaś ruskiego, obok starej, powszechnej, obecnie obraźliwej nazwy Ljach występuje nowa – Mazur, przenoszona też i na Małopolan, która świadczy o zetknięciu z kolonizacją mazowiecką, poprzedzającą małopolską.

Nazwa Lechów musiała być żywotna jeszcze w X wieku, skoro Węgrzy używają nazwy Lengiel, która jest jej pochodną. Turcy natomiast do swego oznaczania Polski mianem Lechistanu doszli niewątpliwie za pośrednictwem Bizancjum. Bizantyjczyk Kinamos (1118—1179) używa formy Lechoi. Nazwa Lechitów nie jest zatem wymysłem Wincentego Kadłubka, jakkolwiek została przez niego użyta przed r. 1177. Zresztą tak bardzo krytyczny Gerard Labuda (1949, s. 213) uważa, iż dokonana przez H. Gregoirea poprawka tekstu Konstantyna Porfirogenety, skażonego przez wydawcę Meursiusa, rozstrzyga ostatecznie jedną z bardzo ważnych kwestyj spornych. Uzasadnia ona wyjaśnienie P. Skoka, iż Wisłę zwaną Dicyke należy czytać Licyke, „co z kolei może oznaczać tylko „Wisłę lechicką”. Ponadto dodaje Labuda: „Wisła pozostaje Wisłą, a Zachlumianie wywodzą się z plemienia których już teraz bez wszelkich zastrzeżeń możemy zidentyfikować z Nestora Ljachami, a zapewne także Widukinda Licicaviki, których wbrew swym dotychczasowym poglądom jestem obecnie skłonny uważać nie za jakieś plemię nadodrzańskie (Lubuszanie?), ale za ogólne określenie wszystkich plemion północno(?)-polskich”. Ograniczenie przez Labudę nazwy Lechitów-Licicavików do plemion północno-polskich wymaga wyjaśnienia, zwłaszcza że całą południową rubież polskiego obszaru etnograficznego, od kotliny sandeckiej aż po górną część dorzecza Odry, na Morawach, zajmuje i teraz jeszcze szczep Lachów.

Najprostsze wyjaśnienie będzie tu polegało na przypuszczeniu, że zajęcie Podkarpacia przez Lachów stanowi rezultat ekspansji lechickiej, która tam wytworzyła zamęt odzwierciedlający się w komentarzu Kunika. Można zatem przypuszczać, że posuwający się od północy Lechici-Lasi podbili podkarpackich Chorwatów, co spowodowało odpłynięcie ich części do Czech i dalej na południe, przy czym tymi ruchami został porwany też i jeden ze szczepów polskich, zapewne lechickich — Zachlumianie — i dowędrował aż do Adriatyku. Przez wzgląd na te powiązania osiągnięcie Podkarpacia przez Lechitów (Lachów) należy datować na przełom VI i VII wieku, a momentem ułatwiającym ich ekspansję w kierunku południowym byłby zapewne najazd Awarów, którzy musieli przełamać opór Chorwatów na szlaku swoich wypraw posuwających się szlakiem podkarpackim i podsudeckim. Chorwaci, przez przejście do Czech, usunęli się im z drogi. Ekspansja Lechitów, jak można przypuszczać, przyczyniła się w ten sposób do powstania państwa Samona i do utworzenia się państw Serbów. i Chorwatów na południu. Można ponadto przypuszczać, że uderrzenie szczepów lechickich objęło nieco wcześniej Podsudecie, skoro Serbowie, występujący na południu razem z Chorwatami, przybyli tam dopiero po nieudanej próbie usadowienia się w głębi Półwyspu Bałkańskiego

W łączności z przypuszczeniami, dotyczącymi ekspansji lechickiej należy zwrócić uwagę na to, że w Latopisie kijowskim nazwa Ljachów stanowi termin ogólny, obejmujący łącznie Polan, Mazowszan, Luciców, Pomorzan, Radymiczów i Wiatyczów, a więc nie tylko północne szczepy zachodnio-słowiańskie, lecz i dwa niewątpliwie wschodnio-słowiańskie, które moim zdaniem, tak poważnie popartym przez wyniki badań Franciszka Bujaka (1948), pierwotnie zamieszkiwały Podlasie, łącznie z przyległym obszarem, leżącym na północ od Wisły. Zespolenie zaś szczepów tak różnego pochodzenia w nową całość, objętą ogólną nazwą, przemawia na korzyść przypuszczenia, że mamy tu do czynienia z uzewnętrznieniem się organizacji państwowej (lechickiej), być może opartej na podstawach federatywnych, skoro Radymicze i Wiatycze zdołali zachować swoją odrębność etniczną. Przypuszczenie ich przynależności politycznej do państwa lechickiego tłumaczyłoby w najprostszy sposób, czemu Latopis kijowski uważa te szczepy za pochodzące od Ljachów. Można by ponadto przypuszczać, że szczepy wyliczone przez Latopis stanowiły dawniejszy trzon państwa lechickiego, zaś Ślęzanie i Małopolanie (Wiślanie) zostali do niego wcieleni dopiero przez ekspansję, sięgającą po Sudety i Karpaty. Znamienne jest przy tym, że do tego pierwotnego zespołu należeli Lucice (Wieleci), wspominani przez Ptolemeusza. Zapewne należeli do niego również i Lendzaninoi Porfirogenety, zamieszkujący tyć może nie tylko Sandoimierskie, lecz też i Grody Czerwieńskie, skoro zostali wyliczeni łącznie ze szczepami ruskimi.

Jakkolwiek istnienie państwa lechickiego nie zostało stwierdzone przez źródła historyczne, nie miało ono bowiem swojego Fredegara, to jednak ściślejsza łączność języków lechickich, lechicki charakter antropologiczny ludności pierwotnego ośrodka państwowości czeskiej Przemyślidów, zachowanie się szczepu Lachów na południowej rubieży polskiego obszaru etnograficznego, a zwłaszcza oznaczanie tą nazwą Polaków przez sąsiadów nie tylko na południu, oraz wzmianka źródeł historycznych o Lachach-Licicavikach stanowią zespół poszlaki uprawniających do wnioskowania, że istniało przed Piastami państwo lechickie (…)

Lechici a Piastowie

Załamanie się hipotetycznego państwa lechickiego nastąpiło zapewne dopiero na przełomie VIII i IX wieku, przypuszczalnie jako konsekwencja uderzenia Karola Wielkiego na Słowian. Wskazywałby na to ciekawy zbieg okoliczności, iż wtedy następuje włączenie Podkarpacia i Podsudecia do państwa wielkomorawskiego. Jest ono zapewne skutkiem podówczas zaszłych zmian.

Do czasów ekspansji państwa wielkomorawskiego na południowych rubieżach obszaru lechickiego cofa nas również początek tradycji dynastycznej Piastów, jeśli uwzględnimy „trzech poprzedników Mieszka I, wymienionych w kronice Galla, których mamy prawo uważać za postacie historyczne”, jak to podkreśla Konrad Jażdżewski (1949, s. 122). Prawdopodobieństwo dochowania się do początku wieku XII dokładnej tradycji, dotyczącej pierwszych władców panującej dynastii, jest bardzo duże. (…)

Za przypuszczeniem, że podbój Podkarpacia i Podsudecia przez państwo wielkomorawskie łączył się z katastrofą państwa lechickiego, przemawia to, że późniejsza piastowska rewindykacja X wieku nie objęła całego obszaru zajmowanego przez szczep Lachów. Poza granicami ówczesnego państwa „polskiego” pozostało Moravske Laśsko stopniowo teraz wchłaniane przez obszar językowy czeski. Zachowanie się szczepu Lachów na najdalszej peryferii południowej obszaru polskiego i odcięcie jego zachodniej peryferii przez granicę etnograficzną świadczy, że Moravske Laśsko jest reliktem z czasów poprzedzających nie tylko rewindykację piastowską, lecz też i ekspansję wielkomorawskich Mojmirydów.

Komentarzy 37 to “Wstęp do historii Słowian”

  1. jj said

    „Słowianami najpóźniej występującymi na widownię dziejową są Polacy. Z tego powodu o ich przeszłości, sięgającej poza X wiek wstecz, nie posiadamy prawie żadnych wiadomości opartych na źródłach historycznych. Jest to niewątpliwie skutkiem tego, że przetrwali w swoich odwiecznych siedzibach. Te zajmowały jedną z najmniej atrakcyjnych części europejskiego kontynentu, a bardzo odległą od ówczesnych ośrodków życia cywilizowanego, które to pozostawia ślady, jeśli nie w postaci dokumentów, to przynajmniej o charakterze drobnych wzmianek kronikarskich.”

    Taka była wiedza nie tylko historyczna, po zlikwidowaniu większości inteligencji polskiej w czasie działań II WŚ

    Jeżeliby ten PT Pan zapoznał się z podręcznikami wydawanymi w czasie zaborów to wiedziałby, że np. podręczniki niemieckie podawały dane o początkach państwa polskiego od 550r. n e notując kolejnych władców i czas ich rządów . A początki rzekome od Mieszka to odpowiedź genseka Gomułki na 1000 lecie Chrztu Mieszkowego.

    Gdyby poczytał sobie np. prof.X Kalinkę do wiedzialby z dokumentów np. Krzyżackich, że wykupywali zamki od tubylców.
    No ale siedzenie w bibliotekach, to kurz, brak słońca itp. A za to przecież nie płacą.
    drJ.Jaśkowski
    Muzeum Sybir pro Memento

  2. Wosiu said

    Coś w uzupełnieniu, mój tekst z innego miejsca;

    „Tak w zasadzie [ co do genezy Słowian] wszystko już się wyjaśniło, dzięki najpierw analizom językoznawczym, a później najnowszym (takim nawet z jesieni 2009) odkryciom genetyki.

    Niestety prawda nie jest rozpowszechniana, wręcz przeciwnie, jest w Polsce skrzętnie ukrywana. W mediach i na większości uczelni rządzą siły które dotąd wmawiają ludziom, że Polacy i Słowianie w ogólności, to takie prostackie bydło które przybyło nie wiadomo skąd na „prastare ziemie germańskie” i nabrało dopiero kultury od Niemców i Bizancjum. Polacy, to według tej doktryny, takie szczególne przybłędy, którzy nawet swojego języka właściwie nie mieli, gdyż według np. dużej ilości „polskich” (jak się przyjrzeć, to dziwnym trafem prawie sami Żydzi, Niemcy i Ukraińcy z pochodzenia i/lub byli agenci SB) językoznawców, co drugie słowo w języku polskim jest pochodzenia czeskiego, niemieckiego, rosyjskiego, węgierskiego itp.itd.itp. Taki np. pseudojęzykoznawca Miodek, były agent SB zresztą, obecnie wysługujący się na różne sposoby Niemcom, napisał jakiś czas temu w niemieckiej gazecie „Dziennik Bałtycki”, że polski wyraz „chleb” pochodzi z języka niemieckiego. Niedługo pewnie Miodek […] napisze, że polski wyraz „matka” pochodzi od niemieckiego „mutter”!!! I to piszą tak na bezczelnego, pomijając fakt wspólnoty języków indoeuropejskich…

    Tymczasem prawda jest odwrotna.

    A więc w skrócie-

    Języki słowiańskie, są dużo bliższe staroindyjskiemu sanskrytowi niż języki germańskie czy romańskie!

    I nie trzeba do tego żadnych specjalnych testów, analiz itp. To się daje zauważyć nawet przeciętnej osobie o dobrej znajomości języka polskiego i rozumieniu słowiańskich rdzeni znaczeniowych, która ma jakiś tekst z sanskrytu w transkrypcji łacińskiej i wie jak czytać w tej transkrypcji. Ja mam np. Jogasutry Patandżalego, gdzie obok tłumaczenia jest tekst oryginalny w transkrypcji, i rozumiem co któreś słowo, mimo iż nie uczyłem się sanskrytu!!!

    Zatem języki słowiańskie, jako bliższe sanskrytowi od języków germańskich i romańskich, są starszymi od nich językami indoeuropejskimi albo przynajmniej bliższymi pierwotnego źródła!!!

    Wszelkie zapożyczenia istniały, owszem, ale szły w drugą stronę, od języków słowiańskich do germańskich i romańskich, oraz niektórych innych jak np. węgierskiego, który nawet nie jest językiem indoeuropejskim. Dotyczy to nie tylko kwestii językowych, ale też wielu szczegółowych kwestii kulturowych i technicznych. Np. Niemcy od Polaków i Czechów zapożyczyli zwyczaj używania chmielu przy ważeniu piwa, Finowie swoją saunę zapożyczyli od słowiańskiej bani (o której jest u Ibrahima Ibn Jakuba w opisie państwa Mieszka) itp.itd.

    Co do zamieszkiwania na danym terenie Słowian, a zwłaszcza Polaków, trafna okazała się teoria autochtoniczna stworzona przez polskich XIX-wiecznych historyków i archeologów. Na terenie współczesnej Polski, i zresztą na zachód od niej, aż do Łaby, do ok. XI wieku na stałe zamieszkiwali tylko przodkowie Polaków i pokrewne plemiona zachodniosłowiańskie. Żadnych plemion germańskich nigdy na terenie Polski nie było! Jedynie przez pewien okres, niejako „przejazdem” ze Skandynawii nad Morze Czarne, zamieszkiwali tu Goci, tyle, że zamieszkiwali to terytorium obok ludności słowiańskiej, a nie zamiast! Po prostu zaludnienie było tak małe, że ludność gocka i słowiańska mogła zamieszkiwać to samo terytorium bez konfliktu, gdyż Goci osiedlali się głównie na terenach nadrzecznych, niezamieszkanych przez Słowian.

    Aryjskie geny Polaków.

    Niedawno wyodrębniono genetyczną haplogrupę R1A1, tzw. aryjską. Aryjską przez skojarzenie ze starożytnymi Ariami, białym, wysokozaawansowanym ludem, który w zamierzchłej przeszłości podbił subkontynent indyjski zamieszkany przez czarnoskórą ludność drawidyjską, i stworzył klasyczną kulturę starożytnych Indii.

    Zaczęto badać współczesne rozmieszczenie haplogrupy R1A1 i cóż się okazało! Szok!
    Z małymi wyjątkami o których za chwilę, okazało się, że Polacy są najbardziej aryjskim narodem! Wśród dużych narodów, największy procent haplogrupy R1A1 jest w Polsce i niektórych miejscach zachodniej Ukrainy zamieszkanych wcześniej głównie przez ludność Polską a jeszcze wcześniej przez tzw.Polan Naddnieprzańskich – 56%!. Większy jest tylko u Serbo-Łużyczan na Łużycach, ok 63%, wśród Tadżyków (zamieszkują Tadżykistan, także pewien mały rejon w zachodnich Chinach, oraz północny Afganistan i południowy Uzbekistan) – 64%, a podobny lub większy w północnych Indiach wśród najwyższej kasty braminów 48-73%.
    Miejsca o wysokim procencie haplogrupy R1A1 w Szwecji, Norwegii i Szkocji wiąże się głównie z wpływem tzw. słowiańskich wikingów, co potwierdzają też archeologiczne zabytki osadnictwa słowiańskiego pośród osadnictwa germańskiego w tamtych rejonach.

    Pretendujący do roli czystych Aryjczyków w czasie III Rzeszy Niemcy, okazali się zawierać bardzo mały procent R1A1, co więcej, nie są nawet czystymi Germanami! Niemcy to germańsko-słowiańsko-jeszczejacyś mieszańcy. Hitlerowcy mogą się teraz spokojnie przewracać w grobach.

    Polacy to więc „czyści Aryjczycy”, a przynajmniej potomkowie Aryjczyków w prostej linii.

    Wg Underhilla i innych, pewne szczegółowe analizy występowania haplogrupy R1A1 wykazały, że ta haplogrupa występowała na ziemiach polskich już ok. 10.000 lat temu.

    Poprzez skojarzenie tego faktu z pracami archeologów odnośnie tzw. cywilizacji rydwanów i innych rzeczy, można wysnuć wniosek, że prasłowianie, tożsami z Aryjczykami, dysponujący już prawdopodobnie wysoką kulturą i cywilizacją, kilka tysięcy lat temu- prawdopodobnie 4000-5000 lat pne, wyruszyli z rodzimych siedzib położonych na terytorium obecnej Polski, Białorusi i zachodniej Ukrainy na wschód, gdzie stworzyli stepową i opartą na koniach cywilizację na obszarze od obecnej Ukrainy do Uralu, potem przekroczyli Ural i dotarli aż do gór Ałtaju. Potem skierowali się na południe przez obszar dzisiejszego Tadżykistanu (stąd R1A1 wśród Tadżyków) i Afganistanu, by rozdzielić się na dwie strony i stworzyć dwie starożytne cywilizacje: Indii i Persji. Część być może dotarła też na pogranicze z Chinami (patrz: mumie wysokich, jasnowłosych ludzi w zachodniochińskiej prowincji Sinkiang (Xingjiang), w dolinie Tarim, na stanowiskach szacowanych na wiek 2000-3000 lat pne).

    Jesteśmy prawdopodobnie potomkami wielkiej, starożytnej cywilizacji!!!

    Jestem pewien, że nastąpią jeszcze potwierdzające to znaczące odkrycia archeologiczne.

    Niektóre ze źródeł:

    http://www.tropie.tarnow.opoka.org.pl/polacy.htm#5

    http://www.gralakhen.republika.pl/etnogen-slowian.html
    (tutaj krócej, prosto i z pewnymi ciekawostkami)”

  3. Przecław said

    Badania genetyczne ostatnich kilku lat potwierdzają teorię autochtoniczną, a całkowicie odrzucają allochtoniczną /prusacko-niemiecką/ wg której Słowianie przybyli na ziemie polskie w 6 wieku. Ludność słowiańska przebywa na terenie Polski od minimum 12 tysięcy lat i należy do najstarszych w Europie.
    Na ironię zakrawa fakt, że antypolska, zdyskredytowana teoria allochtoniczna jest nadal kontynuowana w mediach „mainstreemowych”.

    Wnikliwa analiza ww.tekstu Czekanowskiego nie wykazuje sprzeczności z teorią autochtoniczną, natomiast wskazuje na istnienie zorganizowanego wielkiego państwa lechickiego na ziemiach polskich już dwa tysiące lat temu, lub dawniej.

  4. 166 bojkot TVN said

    3/Przecław
    Jako Słowianie mamy „pecha”, że na naszych terenach rosło dużo drzew, z których łatwo można było wybudować wszystko. Konstrukcje kamienne na Malcie – tam drzewo to cud, bo wyspa jest kamienna, we Włoszech, Francji – stoją do dziś, bo komu by się chciało je burzyć.
    Słowiańskie budowle nie miały szansy przetrwać tyle co kamienne. Gnicie i ogień zrobiły swoje.
    Te oceny kultury słowiańskiej przypominają pomiary kultury i inteligencji murzynów, którzy niczego stałego nie muszą budować, bo najlepiej w tropikalnym klimacie sprawdzają się sprytnie skonstruowane lepianki. Ale jakby mądralę od pomiarów IQ pozostawić w buszu na tydzień samego, to nawet IQ200 nie uchroniłoby go od śmierci. A każdy Murzyn może się tylko śmiać z jego wielkiej inteligencji.

    Poza tym jakby tak poszukać, to moze się okazać, że nasi wrogowie bardzo dbali o burzenie tego co nasze i stawianie tego co ich jak organ Stalina PKiN w Warszawie, albo Auschwitz z Treblinką do pary

  5. dumny Polak said

    Ad.2
    Ten Ibahim ibn Jakub, to zdaje się tak naprawdę Abraham ben Jakub, żydowski handlarz niewolnikami.

  6. Wosiu said

    Re4/166 Bojkot TVN
    „Jako Słowianie mamy “pecha”, że na naszych terenach rosło dużo drzew […] Słowiańskie budowle nie miały szansy przetrwać tyle co kamienne. Gnicie i ogień zrobiły swoje.”

    Dokładnie, na tej samej zasadzie nie przetrwało piśmiennictwo słowiańskimi runami na korze brzozowej. Nieliczne próbki słowiańskich run przetrwały tylko na figurkach przylwickich czy kamieniach mikorzyńskich.

  7. słowianie said

    Drogi Panie Bojkot
    To fikcja co Pan pisze. Te kamienne zamki to własnie zamki słowiańskie. Jak ok 13 wieku, po najazdach mongolskich przyśli Niemcy [ wskutek wyludnienia terenu, np. w czasie jednego najazdu mongoły uprowadzały nawet 100 000 kobiet w niewolę] to rozpoczęto budownictwo ceglane.

    Z ok. 50 zamków na terenie Warmii i Mazur może kilka jest „krzyżackich” a reszta to kamienne budowle znacznie wczesniejsze a tylko reperowane tj uzupełnione cegłą . Zaden rozsądny człowiek nie powie, że kilkunastu krzyżaków w ciągu 50 lat zbudowało 50 zamków. Tym bardziej , że krzyżacy w swojej korespondencji wyraźnie to piszą.
    J.Jaśkowski

  8. Re 3 – Teoria allochtoniczna nie jest „prusko-krzyżacka”, lecz polska (opowiadali sią za nią poważni polscy badacze) i nie jest wcale antypolska, lecz propolska, gdyż:

    a/ podważa tezę niemieckiej propagandy, że Niemcy przyszli na ziemie między Odrą i Wisłą, by spełnić wobec siedzących w lasach Polaków „misję cywilizacyjną”; przeciwnie – to Polacy (Słowianie) przyszli na te tereny, zamieszkałe przez ludność różną, także germańską, podbili tą ludność i ucywilizowali, a potem ochrzcili i stworzyli z niej naród,

    b/ pokazuje, że Polacy są częścią wielkiej rodziny słowiańskiej, która miała swój bezpośredni i niejednorazowy udział (Słowianie wschodni) w powstaniu ośrodków polskiej władzy państwowej (nie tylko w Wielkopolsce), obronieniu ich i podjęciu przez nie ekspansji.

    Poza tym, nie wiemy dokładnie, co działo się w zamierzchłej przeszłości: czy jest, na przykład, niemożliwe, by fale Słowian (ludzi posiadających słowiański genotyp) docierały nad Wisłę w odstępach czasu liczonych nie setkach, ale w tysiącach lat? Czy jest niemożliwe, że nie napływali oni w ten sposób po raz pierwszy, lecz powracali do swej pierwotnej ojczyzny (trzeba przypomnieć, że podczas ostatniego zlodowacenia lądolód posuwał się na południe i osiągnął maksymalny zasięg na linii od Zielonej Góry przez Leszno, Wrześnię, Konin, Płock, Niedzicę i dalej na wschód – ustąpił ostatecznie ok. 13,8 tys. lat temu, a ludność zaczęła stopniowo wracać – SKĄD?).

    Dlatego teoria allochtoniczna wcale nie jest dla mnie skompromitowana, a biorąc pod uwagę całkiem niedawne zlodowacenie, lądolód i wody polodowcowe – teoria autochtoniczna jest w zasadzie niemożliwa (w rozumieniu: „siedzimy tu od zawsze”), chyba że… powróciliśmy „na stare śmieci”, co by było zgodne z teorią allochtoniczną. A tu jeszcze Jóźwiak (patrz niżej) pisze, że być może „ludy mówiące językami indoeuropejskimi skolonizowały Step idąc OD ZACHODU (wg Renfrewa z Bałkanów lub z dorzecza górnej Wisły)”. Poszli (uciekając przed lodowcem), skolonizowali i powrócili.

    * * *

    LUBOMIR CZUPKIEWICZ

    Najdawniejsze siedziby Słowian

    Tekst oraz ilustracje pochodzą z czasopisma „Problemy” nr 2, 1989 r. strony: 35-36, 45-46.

    Zagadnienie pierwotnych siedzib Słowian i kierunków ich ekspansji na obszary, które zajmują od okresu wczesnego średniowiecza, od dawna budzi wśród historyków spory i kontrowersje. Istnieje obecnie kilka teorii dotyczących tego tematu, opartych na interpretacji wyników dotychczasowych badań naukowych.

    Oto one:

    – teoria środkowoeuropejska, uznająca za praojczyznę Słowian przestrzeń między środkową Łabą a Bugiem (J. Kostrzewski, L. Kozłowski, J. Czekanowski, M. Rudniecki);

    – teoria dnieprzańska, upatrująca centrum praojczyzny Słowian w dorzeczu Dniepru (J. Rostafiński, M. Vasmer, L. Niederle, H. Ułaszyn);

    – teoria azjatycko – dnieprzańska, szukająca obszaru wyjściowego dla Słowian w Azji, na północnym pograniczu wielkiego stepu, skąd na kilkaset lat p.n.e. mieli przybyć na obszary między Bugiem a Dnieprem (K. Moszyński).

    Pierwsza teoria, tzw. autochtoniczna, w świetle nowoczesnych badań naukowych nie wytrzymała próby czasu. Opierała się ona na przeważnie błędnych założeniach metodologicznych i słabych podstawach naukowych, wyzyskując na swój użytek, w sposób niekiedy chybiony, źródła archeologiczne, językowe, pisane oraz antropologiczne, wskutek czego nie mogła w syntezie dojść do ustaleń zgodnych z rzeczywistością historyczną.

    Druga teoria, wyznaczająca miejsce pierwotnych siedzib Słowian w dorzeczu Dniepru, opiera się w głównej mierze na słowiańskim nazewnictwie rzek wykazującym cechy dość archaiczne. Jak jednak wykazały ostatnie badania, słowiańskie nazwy rzek dorzecza górnego Dniepru datują się dopiero na VI – VII w. Na obszarze tym nie stwierdzono ponadto występowania form ceramiki, które można by uznać za odpowiedniki lub prototypy charakterystycznej dla Słowian ceramiki tzw. typu praskiego. […] Jeżeli chodzi o środkowe dorzecze Dniepru, odkryto tu w wykopaliskach (na południe od Prypeci) słowiańską ceramikę typu praskiego, pochodzącą z połowy V w., a więc najstarszą spośród wszystkich znalezisk tego typu na terenie Słowiańszczyzny. Świadczy to o tym, że spośród wszystkich ziem słowiańskich ten właśnie obszar był przez Słowian zasiedlony najwcześniej, bo już w połowie V stulecia. Gdy zaś chodzi o tereny nad dolnym Dnieprem, nie mogą wchodzić one w ogóle w zakres rozważań, bowiem przyczarnomorskie obszary stepowe były od dawna terenem przemarszów koczowniczych ludów scytyjskich, sarmackich, mongolskich i innych i z tego względu żadna większa grupa etniczna nie mogła tu osiąść na stałe, a te, które tego próbowały, po stu czy dwustu latach ulegały rozbiciu i rozproszeniu.

    Trzecia teoria, azjatycko-dnieprzańska, jest najbardziej przekonująca w części dotyczącej koncepcji azjatyckiego obszaru wyjściowego Słowian. Koncepcja ta oparta jest głównie na przesłankach lingwistycznych, mianowicie na podobieństwie niektórych słów, występujących w językach słowiańskich i językach turko-tatarskich, co wykazywałoby na bliskie w przeszłości sąsiedztwo Słowian z tymi ludami. Ponadto K. Moszyński wskazywał na niektóre związki kultury duchowej i społecznej Słowian z kulturą ludów stepowych środkowej Azji, a także na takie elementy orientalne u dawnych Słowian, jak wschodni sposób strzelania z łuku czy używanie krytych wozów stepowych („wieża”). Elementy te są dostrzegalne m. in. Również w tradycji wojennej i sposobie prowadzenia walki (por. powiedzenie: „Już to Polak ma w naturze bić się w polu, a nie w murze”). Wskazywałoby to na północne stepy środkowej Azji jako praojczyznę Słowian. Wspomnieć należy, że właśnie Azję środkową przyjmuje się na kolebkę wszystkich ludów indoeuropejskich, do których należą też Słowianie.
    (…)
    http://www.staff.amu.edu.pl/~hjp/teksty/czupk1.htm

    Czupkiewicz jest autorem książek:

    POCHODZENIE I RASA SŁOWIAN
    Drugie, poprawione i rozszerzone wydanie na temat pochodzenia i rasy Słowian uzupełnia dotkliwą lukę na rynku wydawniczym w tej dziedzinie. Praca Lubomira Czupkiewicza przynosi nowe informacje na temat tego interesującego zakresu wiedzy o człowieku. Wiedza na temat pochodzenia i rasy Słowian, stanowi jeden z elementów zakorzenienia kulturowego narodu polskiego i jego odrębności, narodu, który od ponad tysiąca lat, uczestniczy aktywnie w rozwoju kultury i cywilizacji Europy.

    POLANIE ZACHODNI I ICH PAŃSTWO
    Autor przedstawia obraz ziem polskich przed przybyciem Słowian, dzieje Polan od czasów najdawniejszych do panowania Bolesława Chrobrego oraz słowiański zwyczaj rozsyłania wici wojennych. Cenna pozycja na rynku księgarskim. Przy prawie całkowitym braku publikacji na ten temat, uzupełnia dotkliwą lukę w tej dziedzinie. Autor o sto lat wcześniej datuje początki państwa polskiego niż się powszechnie uważa.

    wydanych przez Wydawnictwo NORTOM z Wrocławia.

    * * *

    kwiecień 2002

    Wojciech Jóźwiak, Warianty pochodzenia Słowian

    1. Wariant zwany autochtonistycznym

    (Oczywiście tylko z polskiego punktu widzenia, może i ukraińskiego. Dla Czechów, Chorwatów, Rosjan i in. wariant zdecydowanie allochtonistyczny!) W myśl tej koncepcji Słowianie w starożytności rzymskiej oraz wcześniej, czyli pewnie… „od niepamiętnych czasów” zamieszkiwali dorzecze Odry i Wisły (co do tego zgadzają się chyba wszyscy autorzy z tej grupy), ewentualnie ponadto Wołyń/Podole (wariant rozszerzony).

    Słowianie okresu rzymskiego są utożsamiani z Wenedami i/lub Lugiami autorów starożytnych (Tacyt, Ptolemeusz), oraz z kulturami archeologicznymi: Przeworską, niekiedy także Wielbarską. Z okresu wcześniejszego (przed rzymskim) za słowiańską uważana bywa(ła) kultura Łużycka.

    Słabe punkty:
    Brak słowiańskich imion w źródłach rzymskich -czyli widocznie nie docierali do Państwa Rzymskiego i nie byli znani nawet nad Dunajem, 200 km od ich postulowanych siedzib.
    Jest pewne, że kulturę Wielbarską pozostawili (germańscy) Goci; wysokie prawdopodobieństwo, że ludność tworząca kulturę Przeworską i znana pod nazwą Lugiów później występuje pod nazwą Wandalów i mówi językiem germańskim, przynajmniej u schyłku Zachodniego Państwa Rzymskiego, czyli w 4-5-6 wieku. Z tego wynika germański charakter ludności/kultur dorzecza Odry/Wisły w okresie rzymskim.
    Dane archeologiczne i pisane mówią o daleko posuniętym wyludnieniu dorzecza Odry/Wisły w okresie wędrówek ludów. (Co autochtoniści tłumaczą tym, że Słowianie wtedy w większości z tych ziem wywędrowali kolonizując inne. – Argument wysoce nielogiczny i nie kontynuuję go.)
    Dane archeologiczne świadczą, że mieszkańcy dorzeczy Odry/Wisły zaczynali gospodarowanie od około 500 roku OD POCZĄTKU, bez związku z poprzednim osadnictwem i z niższego punktu startowego – słynne garnki praskie lepione bez koła.
    Brak starych zapożyczeń łacińskich (a także niepewne co do swej starożytności zapożyczenia germańskie) w słowiańskim. Istniejące zapożyczenia wystarczająco tłumaczy kontakt z językami germańskimi od ok. 300 r ne, czyli od migracji Gotów na Ukrainę, i z romańskimi od ok. 500. (Polegam tu na Bańkowskim, „Etymologiczny Słownik…”)

    Mocne punkty:
    Tłumaczy skąd się wzięła ta masa Słowian, która skolonizowała najpóźniej w 6 wieku Połabie, Czechy i Bałkany – dorzecze Odry i Wisły stanowi wystarczającą bazę dla dużej liczby ludzi, w tamtych czasach rzędu miliona.
    Tłumaczy brak germańskiej przesuwki w starych (przed-słowiańskich) nazwach rzek w „Odrowiślu”, która wystąpiłaby, gdyby Słowianie przejmowali te ziemie wraz z nazwami od/po Germanach. (Na odpowiedzialność prof. Mańczaka, u którego to przeczytałem i który nie podał przykładów.)
    Ale tu kontra:
    Sprzeczny z tym poglądem jest fakt, że nazwy rzek w Odrowiślu (prócz paru późnych) w ogóle nie są słowiańskie: nie ma słowiańskiej etymologii dla nazw: Wisła, Odra, Warta, Noteć, San, Bug, Narew, Bzura, Widawka, Barycz, Nida i chyba setki innych.

    Teraz pójdą warianty allochtonistyczne.
    2. Wariant Godłowskiego

    Słowianie przed swoją wielką ekspansją około 500 r ne mieszkali w środkowej części dorzecza Dniepru, mniej więcej między Kijowem a Mohylowem. (Gdzie wcześniej: Kazimierz Godłowski nie wypowiada się.) Tacyt i Ptolemeusz pisząc o „Wened(t)ach” ich właśnie mają na myśli, chociaż nie mają dobrych wyobrażeń o lokalizacji ich siedzib, odległościach w Europie Wschodniej itd. Pierwszym terytorium, które stamtąd skolonizowali, były Wołyń i Podole, gdzie są najstarsze siedziby identyfikowane przez niego jako słowiańskie, z lat 300-nych i 400-nych.

    Słabe punkty:
    Niepewne jest, czy ta naddnieprzańska „Pra-Sławia” – jak ją widzi Godłowski – mogła stanowić wystarczającą bazę dla tak wielkiej (jak? Nie znam liczbowych szacunków) masy ludzi, którzy w latach 500-nych pojawili się na Bałkanach i gdzie indziej.
    Stare nazwy rzek w środkowym/górnym dorzeczu Dniepru są identyfikowane jako bałtyjskie, nie słowiańskie. Z punktu widzenia topomastyki wręcz brakuje tam miejsca dla Słowian: nazwy rzek na Białorusi są bałtyjskie, na Ukrainie trackie bądź irańskie. Słowiańskich nie ma!
    Niepewna jest identyfikacja Wened(t)owie=Słowianie i równie dobrze może świadczyć na korzyć autochtonistów.
    Pozostaje nie rozwiązany problem, gdzie byli Słowianie PRZED mniej więcej 200 rokiem ne.

    Mocne punkty:
    Tłumaczy nie-słowiańskość nazw rzek Odrowiśla.
    Tłumaczy nieobecność Słowian w pobliżu granic rzymskich.
    Tłumaczy wszelkie objawy nieciągłości osadniczej i kulturowej w Odrowiślu około 500 r ne.
    Tłumaczy ogólną prymitywizację kultury materialnej po 500 r ne. (Słowianie przestawiwszy się na wędrowanie musieli zrezygnować z wielu luksusów, jak np. koło garncarskie, wytapianie szklanych paciorków i in.)
    Za tym wariantem przemawia fakt, że nazwy plemion słowiańskich z Wołynia i Podola (czyli blisko punktu ich wyjścia) powtarzają się nad Łabą, w Czechach, w Polsce, na Bałkanach. (Chorwaci, Dulebowie, Drewlanie/Drzewianie, Wołynianie/Wolinianie).

    3. Wariant Czupkiewicza

    Po 400 r ne identyczny z wariantem G.

    Czupkiewicz dopisuje Słowianom wcześniejszą historię: ziemie nad Dnieprem były tylko miejscem postoju Słowian, którzy tu zatrzymali się na ok. 100 lat. Wcześniej mieszkali między Wołgą a Uralem (górami), obecna Baszkiria i Tatarstan. Cz. dedukuje to głównie z pojedynczej wzmianki Ptolemeusza o jakichś „Suobenoi” (Suowenoi?) żyjącymi nad Rha czyli Wołgą.

    Słabe punkty:
    (Pra)historia Słowian jest tu najwyraźniej wzorowana na (dobrze udokumentowanej) wędrówce Węgrów w latach 700-900 spod Uralu nad Dunaj. Różnica taka, że Madziarowie byli ludem stepowym/pasterskim/koczowniczym, inaczej Słowianie: byli rolnikami. (Ale Bańkowski zaprzecza temu!) Wątpliwa jest wykonalność tak dalekiej wędrówki tak dużej masy ludzi (Cz. szacuje ówczesnych Słowian na 200 tys. Ludzi) i to konsekwentnie przez tak długi czas (100 lat? 200 lat?) przez strefę lasu nie sprzyjającą wędrówkom (inaczej niż step).
    Przerzucenie (się) 200 tys. ludzi w poprzek Europy Wschodniej sugeruje istnienie u nich centralnego zarządzania i posłuchu jakimś władcom, a więc organizacji państwowej lub przynajmniej wodzowskiej. (I musiałaby to być władza, która nie rozproszyła się przez 100 lub 200 lat przemarszów!) Ale takiej organizacji Słowianie nie mieli ani wówczas, ani przez następne kilkaset lat. (Polacy aż do Mieszka!) (Ale mieli taką organizację Madziarowie.)
    ‚Suobenoi’ Ptolomeusza wcale nie musi się odnosić do Słowian. Np. Bańkowski objaśnia tę nazwę jako greckie „chodzący za świniami”. Wątpliwe też jest, że nazwa ‚Słowianie’ jest A. aż tak stara, B. własna słowiańska.
    Mocne punkty te same co u Godłowskiego, ponadto:
    Tłumaczy brak starych słowianskich nazw wodnych, które świadczyłyby o dłuższym tam pobycie Słowian, na całym sprawdzownym obszarze Europy aż do Oki. Czy ktokolwiek szukał śladów słowiańskich w nazwach rzek pod Uralem, nic nie wiem.

    4. Skrajnie allochtonistyczny wariant Bańkowskiego

    Słowianie aż do ok. 350 r ne żyli nad Jeziorem Aralskim, skąd zmuszeni pogłębiającą się suszą (skąd o tej suszy wiadomo?) wywędrowali w liczbie 1-2 milionów (sic!), a ich południowa grupa przekraczając Don dała się poznać autorom starożytnym jako Hunowie (łac. Hunni, co Bańkowski różnie tłumaczy po słowiańsku, jako „chętni” albo „hakownicy”, bo hakami-wędami ściągali z koni stawiających opór Gotów.) Do Europy nie-stepowej weszli wzdłuż Dunaju. Przed słowiańskim pochodem Goci uciekli za Dunaj w granice Państwa Rzymskiego, a później Sasi za morze do Anglii.

    Mocne punkty:
    W słowiańskim inny jest paradygmat odmiany i gramatyczny status liczebników 2,3 i 4, a inny 5,6,7,8,9,10, co Bańkowski objaśnia tym, że Słowianie w przeciwieństwie do innych ludów indoeuropejskich używali do liczenia palców JEDNEJ dłoni, a nie dwóch, bo zawsze drugą ręką trzymali wodze końskie. Co wg niego oznacza, że Słowianie znacznie dłużej niż inni Indoeuropejczycy pozostawali ludem konnym.
    W słowiańskim istnieje słowo ‚płacha’ oznaczające w różnych kontekstach i dialektach różne rodzaje kawałków drewna, etymologicznie zaś znaczy „coś pływającego”, co oznacza, że Słowianie żyli kiedyś w okolicach, gdzie drewno nie rosło (w lesie), a przypływało (rzekami).
    Wariant Bańkowskiego tłumaczy też wszystko to, co warianty Godłowskiego i Czupkiewicza.

    Słabe punkty:
    W najwyższym stopniu wątpliwe jest, że Hunnowie byli Słowianami. Chyba żaden autor starożytny nie łączy tych dwóch grup etnicznych. (Chociaż wg Priskosa Hunnowie używali słowiańskiego (dla nas!) słowa ‚medos’=miód.
    Słowianie odkąd pojawiają się pod swoją nazwą (u np. Prokopiusza) NIE są nigdzie opisywani jako lud typu stepowego, pasterski i jeżdżący i walczący konno. Podkreślany jest za to ich związek z wodą i z rzekami. (Co im zostało na zawsze: wszędzie osiedlali się w dolinach rzek.) Tam gdzie się osiedlają na Bałkanach, biorą się za gospodarkę rolną, nie wypas zwierząt (inaczej niż Madziarowie). Omijają okolice stepowe, jak niziny nad Dunajem i Cisą. Można to podsumować, że Słowianie wbrew Bańkowskiemu NIE BYLI ludem stepowym.
    Siedziba Słowian przed 300 r ne, okolice Jeziora Aralskiego leżały – i to od przynajmniej 500 r pne – w (rzec tak można) pełnym świetle historii. Od circa 350 pne było to sąsiedztwo albo wręcz terytorium greckich państw po-aleksandryjskich. Nic nie wiem o jakimkolwiek etnosie, który by w czymkolwiek przypominał Słowian i zasiedlał wtedy obecny Uzbekistan.
    Gdyby Słowianie przyszli stamtąd, ich język byłby przesycony zapożyczeniami z wyższej miejskiej cywilizacji Iranu w takim stopniu jak teraz jest przesycony łaciną. Tych zapożyczeń najwyraźniej nie ma, i może dlatego prof. Bańkowski wręcz alergicznie reaguje na możliwość kontaktów słowiańsko-irańskich. (W swoim Słowniku podaje chyba jedno tylko irańskie zapożyczenie: „chomik”.) Kultura Słowian byłaby prowincjonalną kopią irańskiej, a może i greckiej (bo Greków znaliby przez 250 lat co najmniej!). Byłyby obszerne kulturowe cytaty z zaratusztrianizmu (świątynie ognia i rzucanie zmarłych sępom), manicheizmu, buddyzmu. A tego nie ma.
    W ogóle koncepcja prof. Bańkowskiego sprawia wrażenie baśni, tak nikłe ma oparcie w faktach.

    Warianty Czupkiewicza, a tym bardziej Bańkowskiego, zasadzają się na wizji ludów indoeuropejskich (i Słowian jako ich części) jako pochodzących ze stepowej Azji i przesuwających się na zachód do Europy; w myśl tej wizji Słowianie byliby ich ostatnią falą. Ale koncepcja pochodzenia Indoeuropejczyków ze stepów jest wielce wątpliwa – patrz książka Renfrewa „Archeologia i język”. Jeśli ludy mówiące językami indoeuropejskimi skolonizowały Step idąc OD ZACHODU (wg Renfrewa z Bałkanów lub z dorzecza górnej Wisły) to obie koncepcje, Cz. i G., tracą podstawę.

    Dalsze (sub)warianty.
    5. Ślad sarmacki

    Przedstawiony w książce Sulimirskiego „Sarmaci” (1970, nie wiem czy później ktokolwiek tym się zajmował; temat sarmacki w Polsce w ogóle chyba nie jest podejmowany, prócz spekulacji takich jak moje lub Czupkiewicza). Nazwy ‚Antowie’, ‚Serbowie’ i ‚Chorwaci’ są starsze od Słowian (takich jacy są znani od czasów ich ekspansji ok. 500 r ne), najpierw pojawiają się na stepach nad Uralem, Wołgą, Donem i w Państwie Bosporańskim na Krymie/Tamaniu, mogą być zidentyfikowane jako plemienne nazwy sarmackie. To, że później nazw tych używają jako własnych różne grupy Słowian, znaczy, że w okresie Wędrówek Ludów pewne grupy Sarmatów uległy slawizacji, a więc dołączyły do Słowian.

    Kusi taka wizja: grupy plemienne sarmackich Antów, Serbów i Chorwatów dołączyły do Słowian, zapewne uchodząc ze Stepu przed Hunnami, przyjęły stopniowo ich język, a w stosunku do Słowian-tubylców przyjęli role taka jak w Afryce Fulbe wobec Hausa: tzn. utworzyli mieszaną kulturę, gdzie pierwsi byli konnymi pasterzami i zarazem „ochroniarzami” i proto-szlachtą, a drudzy rolnikami, w razie wojny – piechotą. (Renfrew pisze, że konni pasterze MUSZĄ uzupełniać się o rolników, bo z samej gospodarki/diety pasterskiej nie da się wyżyć. Więc jeśli nie mają „swoich” rolników, z którymi handlują lub pobierają daniny w zamian za ochronę, to muszą rabować cudzych lub wolnych.)

    Mocne punkty:
    Tłumaczy obecność zagadkowych i nie-słowiańskich nazw: Antowie, Chorwaci, Serbowie. (Dla „Serba” proponowano etymologie słowiańskie.)
    Tłumaczy zagadkowe nazwy osobowe i herbowe u polskiej szlachty (Chamiec, Roch, Mora, Doliwa, Jaksa), sarmackie tamgi w herbach, irańskie nazwy miejscowe na Podolu, w Polsce, Łużycach i gdzie indziej.
    Tłumaczy słowiańskie imiona dwuczłonowe-życzeniowe. Dwuczłonowe imiona występują u wszystkich niemal Indoeuropejczyków prócz Rzymian, ale tylko u Słowian miały tak rygorystyczna formę (to temat rzeka, więc nie rozwijam). Niektóre wyglądają jak wierne tłumaczenia z irańskich (więcej pisze o tym Gieysztor, „Mitologia Słowian”), Imiona te i zasada ich tworzenia przyszłyby wraz z Sarmatami, a że Sarmaci utworzyli w mieszanej społeczności sarmacko-słowiańskiej warstwę wyższą, więc cieszyły się wysoką estymą i przez to rozpowszechniły się. (Ale nie do końca. Rażącym odstępstwem od reguły jest tu nasz Mieszko=’ślepak’ wg Bańkowskiego. Sic!)
    Jest punktem wyjścia do wyjaśnienia ekspansji Słowian ok. 500 r, niebywałej u ludu rolniczego i osiadłego – byłaby ona inspirowana przez „szlachtę” sarmacką, mającą nieporównanie szersze horyzonty geograficzne, a wędrowanie „we krwi”. Osadnictwo Słowian byłoby w jakiś sposób kierowane przez Sarmatów. (Do czasu. Mogło to trwać tylko do podboju południowych Słowian przez Awarów, osobna sprawa, nie kontynuuję.)

    Słabe punkty:
    Dotkliwy brak źródeł. Dotkliwy brak badań – po Sulimirskim nikt o tym nie myślał. Nie wiem, czy są prowadzone jakieś prace na ten temat w Rosji i na Ukrainie, gdzie ich miejsce byłoby naturalniejsze niż w Polsce. „Sprawa sarmacka” cały czas sąsiaduje z bajką.
    Możliwość tłumaczenia wymienionych wyżej faktów bez powoływania się na Sarmatów. (Np. nazwy miasteczek Tłumacz i Żydaczów w Rusi Czerwonej Sulimirski uważa za sarmackie, tymczasem mogą być czysto słowiańskie, i to chyba jest bardziej prawdopodobne. [Podobnie rzekomo germański Kobryń.])

    Uwaga: Sulimirski był autochtonistą, więc co chwila wychodzą u niego sprzeczności między tym, że Słowianie siedzą w lasach nad Wisłą i Odrą, a ich sarmaccy partnerzy hasają gdzieś na stepach nad morzem Czarnym. Brak terytorialnego styku między jednymi a drugimi najwyraźniej Sulimirskiemu przeszkadzał, tymczasem koncepcja Godłowskiego rozwiązuje tę zagadkę.

    6. Ślad bałtyjski

    Brak (rozpoznanych) Słowian przed 400 r ne (a niemal na pewno przed 300 r ne) oznacza, że byli oni wtedy (ich przodkowie) jedną z grup bałtyjskich, zapewne skrajnie południową. (Tzn. zachodni Bałtowie to późniejsi Prusowie/Jaćwingowie, resztka środkowo-północnych dawniej mieszkających aż do Dniepru – to Litwa i Łotwa, z południowych wyrośli Słowianie, wschodni Bałtowie znad Oki zanikli. Stoi za tym wizja dorzecza Dniepru w starożytności zamieszkałego przez zróżnicowane grupy mówiące językami bałtyjskimi (którym wtedy raczej przysługiwałaby nazwa ‚dnieprzańskich’, a etnos można by nazwać ‚Borystenidami’. [Borystenes – grecka nazwa Dniepru.]). Ich południowa peryferia zostałaby ok. 300-400 zmieszana z Sarmatami (?) i uformowała się w nowy ekspansywny etnos znany jako Słowianie.

    Mocne punkty:
    Tłumaczy brak Słowian i pozostałości po nich w starożytności – w przeciwieństwie do obserwowanej stabilności kultur i osadnictwa, które można zidentyfikować jako przodków Bałtów. (Tłumaczy zagadkowe „rozpływanie się” Słowian wśród kultur bałtyjskich w miarę cofania się w czasie; przynajmniej ja takie wrażenie odniosłem.)
    Być może całą te grupę ludów nazywano w starożytności „Wened(t)ami”, za czym świadczy Windawa/Ventspils, „miasto Wenetów” na Łotwie.
    Wpisuje się w ogólny model autochtonizmu ludów mówiących językami indoeuropejskimi w Europie, jaki podaje Renfrew. Na tle jego koncepcji Bałtowie (wraz z przodkami Słowian) byliby skrajną wschodnią flanką ludów indoeuropejskich zasiedlających strefę leśną Europy i żyjących z rolnictwa.

    Słabe punkty:
    Prawdopodobny jest brak (starych) pokrewieństw językowych między bałtyjskimi a słowiańskim, a podobieństwa mogą być późne, wtórne i mieć charakter ligi, a nie rodziny, bazować na zapożyczeniach i upodobnieniach, a nie na bliższym pokrewieństwie. (Wg Bańkowskiego – a chyba i innych autorów – słowiański jest bliższy genetycznie germańskim niż bałtyjskim.)
    Słowiański w żadnym razie nie jest „Mischsprache” co miałoby miejsce, gdyby powstał późno (dopiero ok. 300-400 ne) i w wyniku indukcji irańskiego (sarmackiego) na substrat bałtyjski.
    Brak badań i danych chyba jeszcze dotkliwszy niż w przypadku Sarmatów.

    Podsumowując: bardzo mało wiemy o pochodzeniu Słowian. [!!!!!!!!!]

    Wojciech Jóźwiak

    Trochę bibliografii

    Kazimierz Godłowski. Pierwotne siedziby Słowian. Kraków 2000
    Gerard Labuda. Słowiańszczyzna starożytna i średniowieczna. Poznań 1999
    Lech A. Tyszkiewicz. Słowianie w historiografii wczesnego średniowiecza. Wrocław 1994
    Lubomir Czupkiewicz. Pochodzenie i rasa Słowian. Wrocław 1996
    Lubomir Czupkiewicz. Polanie Zachodni i ich państwo. Wrocław 1998
    Aleksander Gieysztor, Mitologia Słowian. Warszawa 1986
    Jerzy Gąssowski. Dzieje i kultura dawnych Słowian. W-wa 1964
    Jerzy Głosik. Zanim nastali Słowianie. W-wa 2001
    Zdenĕk Váňa. Świat dawnych Słowian. W-wa 1985
    Aleksiej Smirnow. Scytowie. Warszawa 1974
    Tadeusz Sulimirski. Sarmaci. Warszawa 1979
    Łucja Okulicz-Kozaryn. Dzieje Prusów. Wrocław 1997
    Magdalena Mączyńska. Wędrówki ludów. Warszawa-Kraków 1996
    Jerzy Strzelczyk. Goci – rzeczywistość i legenda. Warszawa 1984
    Jerzy Strzelczyk. Wandalowie i ich afrykańskie państwo. W-wa 1992
    Andrzej Kokowski. Archeologia Gotów. Lublin 1999
    Colin Renfrew. Archeologia i język. W-wa-Poznań 1999
    Jared Diamond. Trzeci szympans. Warszawa 1998 (rozdział o językach indoeuropejskich)
    (pr. zbior.) Języki indoeuropejskie. Tom 1, 2. Warszawa 1986-8. (Zwł. rozdziały o starożytnych językach Bałkanów, o rumuńskim i o bałtyjskich. Dla naszych potrzeb rozdział „Języki słowiańskie”, pisany przez ś.p. prof. Franciszka – nomen omen! – Sławskiego, jest bezwartościowy.)
    Andrzej Bańkowski. Etymologiczny słownik języka polskiego. Tomy A-K i L-P. Warszawa 2000. (Patrz zwł. „Wstęp autorski”.)

    W internecie:

    Andrzej Bańkowski. Mit o Hunnach
    Witold Mańczak. Zachodnia praojczyzna Słowian. (Sąsiednie linki dotyczą tego samego tematu.)
    Zdzisław Skrok. Archeologia niezgody. (O autochtonistyczno-nacjonalistycznym nurcie w polskiej archeologii.)
    Wojciech Jóźwiak. Słowianie. Alternatywna historia. (6 artykułów.)

    http://www.taraka.pl/warislow

  9. Sław. said

    2.Panie Wosiu Dziękuję. 7.Słowianie, Bojkot to kobieta- jak zawsze zażydza.

  10. Nap said

    # 4
    Zydowka Bojkot zawsze znajdzie okazje by podsycac niechec do Rosji (organ Stalina PKiN) bez zaznaczenia ze to wybudowala parszywa zydokomuna i jeszce dorzuci na dodatek „Auschwitz z Treblinką do pary”. Tu chyba chodzi jej o laznie w ktorych gazowano para pod cisnieniem jak niesie wiesc zydowskiej gminy : -)

    Czy widział Pan metrykę owej żydówki? Jakie było rodowe nazwisko matki? – admin

  11. Wandaluzja said

    LECHIADA: Gdy królowa Ostrogotów Amalasunta pozwoliła Belezariuszowi korzystać z portów Sycylii to Wandalowie Afrykańscy ewakuowali się do Dalmacji, gdzie po zwycięstwie pod Bihaczem zdobyli Singidunum, który nazwali BELGRADEM. Król Wandalów MOSKWA wysłał straszych synów, Lecha i Czecha na Śląsk a sam popłynął na podbój Anglii, aby z Wandalami Śląskimi zaatakować i zdobyć Największy Skarbiec na Świecie w Toperos-Atos. Skarbiec był jednak głęboko pod ziemią więc nic nie znaleźli. Potem Moskwa z najmłodszym synem Rusem obległ Konstantynopol, który został uwolniony przez sprowadzonych przez dyplomację bizantyjską z Mongolii Awarów.
    Gdy Lech i Czech dowiedzili się, że Awarowie i Bizantyjczycy idą na Belgrad to przewieźli skarby wandalskie do Posonium, które nazwano od nich BRATYSŁAWĄ. Zamek bratysławski nie został jednak zbudowany przez Posejdona z Poznania, gdyż jest starszym dziełem męża Ateny HEFAJSTOSA. Taki zamek wybudowano na zamku Królewskim w Płocku (Zoo) a potem w głównym ośrodku metalurgicznym Hiszpanii Toledo, gdyż Atlantyda Platona była amerykańskim władztwem Tartessu-Tngeru na konwencjach STALOWNICZYCH z Wrocławiem i Krakowem Ikultura olmecka). Miałem aferę z mapą Polski Lecha Moskwiczana z ROKIEM 565, która miała być wydana w r. 2000 we Frankfurcie nad Menem, ale nie zgodzili się Niemcy.

  12. I zaczęło się ściemnianie… Jak już nie da się uniknąć tematu Słowian, to przynajmniej trzeba ten temat ponaginać. Przeciętny człek nie ma szans zorientowania się, co jest w tym gąszczu fałszem, co nieporozumieniem a co prawdą.

  13. Marucha said

    Re 12:
    Właściwie to esencją tematu są fakty, że Słowianie zamieszkują swoje ziemie od tysiącleci, że Państwo Polskie jest dużo starsze niż 1000 lat, że to od nas się uczono kultury a nie my od nich.

  14. 166 bojkot TVN said

    Tu ciekawostka – pierwszy dziennik ustaw w Polsce przed odzyskaniem niepodległości w 1918 roku
    http://dziennikustaw.gov.pl/DU/1918
    Inne z tego okresu historycznego tu http://dziennikustaw.gov.pl/DU/1918

  15. 166 bojkot TVN said

    Tu zaś ciekawostka z tego samego zbioru: Dekret o powołaniu Milicji Ludowej przez J.Piłsudskiego http://dziennikustaw.gov.pl/DU/1918/s/19/53

  16. Piotrx said

    Re 1:

    „Taka była wiedza nie tylko historyczna, po zlikwidowaniu większości inteligencji polskiej w czasie działań II WŚ

    Jeżeliby ten PT Pan zapoznał się z podręcznikami wydawanymi w czasie zaborów to wiedziałby, że np. podręczniki niemieckie podawały dane o początkach państwa polskiego od 550r. n e notując kolejnych władców i czas ich rządów . A początki rzekome od Mieszka to odpowiedź genseka Gomułki na 1000 lecie Chrztu Mieszkowego.

    Gdyby poczytał sobie np. prof.X Kalinkę do wiedzialby z dokumentów np. Krzyżackich, że wykupywali zamki od tubylców.
    No ale siedzenie w bibliotekach, to kurz, brak słońca itp. A za to przecież nie płacą.”

    ************************************

    Taka jest własnie wiedza wielu dzisiejszych osób jak autor wpisu nr 1, który „odkrywa Amerykę” jakby to polscy kronikarze jak choćby Długosz czy Bielski czy inni już o wiele wczesniej nie notowali polskich władców z tego okresu. No ale siedzenie przed komputerem to też cyt: „kurz, brak słońca itp.”

    Kazdego mozna krytykować i nie ma obowiązku się z wszystkimi jego tezami zgadzać ale, jesli chce sie to czynić uczciwie i rzetelnie trzeba zapoznać się najpierw z całoscia jego pracy a nie na podstawie jednego wyrwanego z kontekstu zdania z innego wiekszego fragmentu budowć swoje nieuzasadnione domysły . A przynajmniej wypadałoby sie najpierw zapoznac sie z postacią Autora , wybitnego polskiego uczonego, i wiedzieć że urodził sie jeszcze w XIX wieku i zdobywał wiedze i wykształcenie grubo przez II WS.

    Jan Czekanowski (1882-1965), polski podróżnik, wybitny antropolog, etnolog, statystyk, demograf, profesor uniwersytetów we Lwowie, Lublinie, Poznaniu, członek PAN. Wykształcenie etnografa i antropologa zdobył w Zurychu i Berlinie. Jako asystent Muzeum Etnograficznego w Berlinie uczestniczył w wyprawie do Afryki Równikowej. . Po powrocie usystematyzował zebrane materiały antropologiczne i etnograficzne, które zostały wydane w pięciu tomach. W 1910 r. przeniósł się do Muzeum Antropologii i Etnografii w Petersburgu. W 1913 został kierownikiem Zakładu Antropologicznego na Uniwersytecie we Lwowie, gdzie stworzył lwowską szkołę antropologiczną. W latach 1934-1936 był rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wprowadził nowatorską zasadę statystyki matematycznej. Mieszkał i pracował we Lwowie w latach 1913-1945 Po II wojnie światowej przeprowadził badania dynamiki rozwoju ludności w okresie 1937-46 i strat ludnościowych Polski. itd itd.

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Czekanowski

    Praca Jana Czekanowskiego „Wstęp do historii Słowian” liczy grubo ponad 500 stron , ma podtytuł „Perspektywy antropologiczne , etnograficzne , archeologiczne i językowe” i z tych wszystkich kierunków bardzo wszechstronnie omawia ten temat.
    A ten niewielki fragment z jego pracy został przywołany w innym wątku własnie jako (z koniecznosci bardzo wybiórcza) ilustracja tego że Polska posiada bardzo długie tradycje państwowe jeszcze przed okresem oficjalnego chrztu w 966 r. A scislej ukazuje państwowotwórczą i narodowotwórczą rolę przedpiastowskiego państwa lechickiego. Mielismy bowiem własną dynastię narodową na dlugo przed Piastami. Państwo lechickie było jednym z czynników państwowo-twórczych decydujących o powstaniu Państwa i Narodu Polskiego.

    Nazwa „Polska/Polacy” w wersji łacińskiej występuje dopiero (o ile dobrze pamiętam?) od XI-XII w. – czyli dopiero wtedy nazwa ta „występują na widownię dziejową” .Wcześniej występowała nazwa Lechia i inne pochodne od niej. Nazwy te zostały nadane ludności polskiej z zewnątrz, przez sąsiadów. Jedna z tych nazw została adoptowana i przyjęta za rodzimą językowo. Była to nazwa Lech (Polak), w liczbie mnogiej Lesi (Polacy), podobnie jak nazwa Czech w liczbie mnogiej Czesi. Nazwa ta wywodzi się z rdzenia Lech; jak podają jedni badacze jest pochodzenia celtyckiego, a inni. greckiego. Nazwa znana jest od II w w formie Lech (Leh), od IX w. ta forma występuje w Arabii, Bizancjum, Bośni, Bułgarii, Dalmacji, Iranie, Kroacji, Turcji i Turkmenii. W zmienionej formie od X w. jako Ledian w Serbii, a Lendizi w Bawarii, Lengiel na Węgrzech, Lenkas na Litwie i Łotwie oraz Lach w Albanii, Słowacji i Rusi . Modyfikacja tej nazwy nastąpiła w XIII w. przez jej latynizację z formy Lech w formę Lechita. a w liczbie mnogiej Lechici. Nazwy te nadawane przez sąsiadów Polakom, najlepiej oddają wielkość terytorialną imperium.

  17. Ad. 13

    Tak. To prawda. Jednak efektem będzie mnożenie wyssanych z palca teorii, a na koniec poddanie wszystkiego w wątpliwość. Bo jeśli wiele teorii jest w takim samym stopniu prawdopodobnych, to nie ma jakiejś jednej wiodącej. I temat się rozmydla. Po czym można to propagandowo zbagatelizować, a potem wyśmiać, gdy ktoś będzie przywiązany do jednej z tych teorii bardziej, niż do innych. Słowianie pozbawieni będą w ten sposób dumy z własnych korzeni.

  18. Marucha said

    Re 17:
    Dlatego musimy trzymać się faktów sprawdzalnych, weryfikowalnych. Niezależnie od wyznawanych teorii, pewne fakty się zgadzają.

  19. j said

    Ad.4-166 bojkot TVN

    Za Chiny Ludowe nie potrafie ani zgadnac ani zrozumiec w jakim punkcie ta rozsadna wypowiedz Pana Bojkota mogla kogokolwiek w jakikolwiek sposob kolnac. No za Chiny Ludowe… 🙂
    _______________________________

    „Jako Słowianie mamy “pecha”, że na naszych terenach rosło dużo drzew, z których łatwo można było wybudować wszystko. Konstrukcje kamienne na Malcie – tam drzewo to cud, bo wyspa jest kamienna, we Włoszech, Francji – stoją do dziś, bo komu by się chciało je burzyć.
    Słowiańskie budowle nie miały szansy przetrwać tyle co kamienne. Gnicie i ogień zrobiły swoje.
    Te oceny kultury słowiańskiej przypominają pomiary kultury i inteligencji murzynów, którzy niczego stałego nie muszą budować, bo najlepiej w tropikalnym klimacie sprawdzają się sprytnie skonstruowane lepianki. Ale jakby mądralę od pomiarów IQ pozostawić w buszu na tydzień samego, to nawet IQ200 nie uchroniłoby go od śmierci. A każdy Murzyn może się tylko śmiać z jego wielkiej inteligencji.

    Poza tym jakby tak poszukać, to moze się okazać, że nasi wrogowie bardzo dbali o burzenie tego co nasze i stawianie tego co ich jak organ Stalina PKiN w Warszawie, albo Auschwitz z Treblinką do pary”

  20. Przecław said

    Uważam, że nie ma powodu aby wstydzić sie PKiN. Darczyńcy zaproponowali do wyboru osiedle mieszkaniowe, pałac, lub metro. Z pewością metro było by najlepszym rozwiązaniem, ale to nie wina Rosjan że w Warszawie wybrano pałac. N.b. ciekawe kto faktycznie dokonał wyboru ?
    W porównaniu do budynków Manhatanu PKiN jest naprawdę piękny, ma też autentycznie polskie ornamenty odwzorowane z kamieniczek Kazimierza nad Wisłą.
    A teraz co najważniejsze, proszę wskazać jaki inny naród co nam kiedykolwiek podarowal ??? Myślę, ze bez przesady to był autentyczny dar narodu rosyjskiego dla Polaków, tym bardziej cenny, że w tym czasie naród rosyjski cierpiał nieprawdopodobną nędzę i poniewierkę.

    Znamienne, ze obecnych szmatławców tenże pałac kole w oko i starają się go zasłonić, co im jednak zupełnie nie wychodzi, oszpecają coraz bbardziej centrum Warszawy, nie przepuścili nawet historycznego gmachu Teatru Wielkiego dolepiając do niego cholerne pudło ze szkła, co jest przestępstwem kryminalnym

  21. Wandaluzja said

    16. Piotrx powiedział/a – 2012-04-19 (czwartek) @ 17:27:44

    “Taka była wiedza nie tylko historyczna, po zlikwidowaniu większości inteligencji polskiej w czasie działań II WŚ

    Jeżeliby ten PT Pan zapoznał się z podręcznikami wydawanymi w czasie zaborów to wiedziałby, że np. podręczniki niemieckie podawały dane o początkach państwa polskiego od 550r. n e notując kolejnych władców i czas ich rządów . A początki rzekome od Mieszka to odpowiedź genseka Gomułki na 1000 lecie Chrztu Mieszkowego.

    Gdyby poczytał sobie np. prof.X Kalinkę do wiedzialby z dokumentów np. Krzyżackich, że wykupywali zamki od tubylców.
    ***
    Rok 550 to wg zaginionej w czasie Potopu Kroniki Wielkiej PRZYBYCIE LECHA I CZECHA Z naddunajskiej CHORWACJI NA ŚLĄSK, a z „z wykupionych przez Krzyżaków od Tubylców zamków” najgłośniejsza jest sprawa Kwidzynia, wykupionego od Stańków w 1293 r. Krzyżacy dobudowali tam tylko słynny wiadukt.
    Francuskim marszałkiem Krzyżackiego Gotyku Nadwiślańskiego był nałożnik Hitlera Bronisław Geremek. Kochanek Hitlera Francoise Mitterrand walczył Francuską Bombą Atomową z konwencją STALOWNICZĄ Tartessu-Tangeru z Krakowem, efektem czego były metalurgie kaszubska i powiślańska, z której to racji starożytny port w Pucku był KILKAKROTNIE większy od średniowiecznego portu w Gdańsku.

  22. 25godzina said

  23. Przecław said

    Pismo słowiańskie.
    Na terenie Polski uzywano tabliczek drewnianych z pismem i rachunkami, pisze o tym Jasienica. Ale w Nowwogrodzie tabliczki z kory brzozowej zachowały się do tej pory.

    Winicjusz Kossakowski odczytał runy etruskie identyfikując je jako słowiańskie. Nie zapominajmy, że wlaśnie Etruskowie są wynalazcami alfabetu łacińskiego. Jest znacznie więcej dowodów na związki Etrusków ze Słowiańszczyzną, m,in. sowiańskie hydronimy i toponimy z doliny Padu we Wloszech, znaleziska etruskie na Pomorzu Gdańskim.
    Slowa „pisać” i „czytać” są wspólne dla języków słowiańskich i pochodzą sprzed rozpadu wspolnego języka słowiańskiego, jeżeli pismo przyszło by z zewnątrz, to również i nazwa tej czynności. Następnym dowodem na istnienie pisma słowiańskiego jest „bukwa” na oznaczenie litery pisanej na korze lub tabliczkach z drzewa bukowego.

    Koejny doód to sprawozdanie Thietmara,który opisuje świątynię slowiańską z drewnianymi posągami bogów z ich imionami wyrytymi na tabliczkach.

  24. 166 bojkot TVN said

    20/Przecław
    A o koniu trojańskim, to Przecław nigdy nie słyszał? Wierzyć się nie chce …
    To był prawdziwie historyczny dar, całkiem podobny do PKiN

  25. Marucha said

    Re 24:
    Może 166 nam wyjaśni, w jaki sposób budynek Pałacu Kultury pełni(ł) rolę „konia trojańskiego”.
    To się już robi komiczne…

  26. Przecław said

    ad.8.1.

    Nazwy hydronimóww Odrowiślu nie są slowiańskie ? Prosze się nie kompromitować. Wyjaśnił to szczegółowo dr.Zbigniew Gołąb, lingwista, w sporego rozmiaru pracy, a właściwie temu tematowi poświęcił większość swojego życia.
    Nida nie jest slowiańska ? toż nawet jełop przyzna, że chodzi o rzekę płynąca po nizinie. Tu muszę powiedzieć są dwie sporej wielkości rzeki o nazwie „Nidda” na terenie zachodnich Niemiec, wraz z innymi hydronimami świadczące o slowiańskości tych ziem aż do rzeki Ren. Także rzeka Mein płynąca przez Frankfurt jest slowiańską nazwa „Mienia”, którą spotykamy także w Mińsku Białoruskim.

    Niech teraz Polski.blog.ru wyjaśni dlaczego na terenie całej Polski oraz NRD z przyległościami na zachód nie ma ani jednej germańskiej nazwy datowanej sprzed kolonizacji krzyżackiej ?

  27. Stanisław said

    Ludzie, opanujcie się.Jeszcze trochę i dowiemy się, że Polacy dali początek wszelkiej cywilizacji.Jeden „naród wybrany” wystarczy.
    Co do ostatniego wpisu to autor wybrał niefortunny przykład. Nida – mogłoby być z niem. nieder (czytaj nida) oznacza „na dole” Niederung -nizina.

  28. 166 bojkot TVN said

    25/Marucha
    Nie pełni roli. 166 napisało precyzyjnie: całkiem podobny – dla mnie całkiem podobny we wszystkich aspektach, Różnią się jedynie geometrycznym kształtem i użytymi materiałami. No i epoką.

  29. Rysio said

    re 25. „…Może 166 nam wyjaśni, w jaki sposób budynek Pałacu Kultury pełni(ł) rolę “konia trojańskiego”…”

    Jak to w jaki?
    W scianach Pałacu Kultury siedzą zamurowani żołnierze spetsnatzu.
    jak nadejdzie właściwa pora to wylezą i zaatakują uśpioną Warszawę.

    🙂

  30. Przecław said

    Od rzeki Mienia pochodzą nazwy zarówno Mińska Mazowieckiego jak i Litewskiego, z koleji nazwa tych rzek od słowa mienić, lśnić. Dokładnie to samo dotyczy rzeki przepływającej przez Frankfurt nad Menem.

    Stanisław z #27 już martwi się o nasze wybraństwo, gdy uwiąd z powodu podsycanego zewsząd kompleksu niższości jest widoczny na każdym kroku.

  31. Wandaluzja said

    Ad. 23 i 25 Przecław: W pierwszy poniedziałek Stanu Wojennego udałem się do Kozy Miejskiej, żeby rewindykować Mieszka Bolesławowica jako historycznego Hamleta z Płocka. Zapytałem profesora Leciejewicza, czy prawda jest, że Odra jest nazwą iliryjską? na co odpowiedział, że to ŚLĄSKA wODRA. Wcześniej nazywała się SŁAWĄ.
    Żydzi byli beneficjentami konwencji Pelopsa z Poznania z hyksoskim wezyrem Egiptu Józefem na dostawy żelaza i stali do Egiptu, które Żydzi rozprowzdzali za wagę złota w pasie zwrotnikowym do Peru, wracając na MONTOWANYCH na Marananie z Chawin de Huantar okrętach Amazonką i Atlantykiem, gdyż DRYFOWA żegluga pacyficzna znana było do 40 tysięcy lat.
    GENIUSZ Billa Gatesa Michał Woźnica deklarując, że NIEMCY NIE MAJĄ KAPITAŁU HISTORYCZNEGO trzymał się Lwowsko-Wrocławskiej Szkoły Archeologicznej i Historyczno-Architektonicznej, która została WYTRUTA. Ja oskarżałem o to w prokuraturze mistarza masońskiego, funkcjonariusza sowieckich służb specjalnych i komisarza Satelitarnej Detekcji Złota Profesora Małachowicza. Teraz Kanclerz Merkel kontruje to pokazywaniem Odbytnicy: LEPSZY ROSJANIN NA BRZUCHU NIŻ AMERYKANIN NAD GŁOWĄ.

  32. Marucha said

    Re 27, 30:
    Pan Stanisław to z tych, co się zamartwiają na zapas.
    A na razie to więcej się uczymy o starożytnej Grecji i Rzymie, niż o nas samych z tamtych czasów. Komuś przeszkadza nasza historia. Może tym, którzy utrzymują, że Polskę założyli Żydzi?

  33. Przecław said

    Załgane szwabstwo wymyśla różne cuda na wytłumaczenie nazwy rzeki „Main”, ale przez gardło nie przechodzi im prawda, że jest to stara słowiańska, nasza swojska, rzeka Mienia/Mień.

    Szwabstwo dobrze wie, że nie jest to nazwa germańska, wobec tego podaje że to rzekomo celtycki „Maoin”, zastanawia się czy to nie nazwa litewska lub łotewska, itp. farmazony, byle tylko nie straszna /dla szwabstwa/ prawda.
    To wszystko można znależć w niemieckiej wersji hasla rzeka Men w wikipedii.

  34. Piotrx said

    Ciekawe informacje na temat Słowiańszczyzny Zachodniej można znalezc też w pracy Józefa Kisielewskiego pt. „Ziemia gromadzi prochy” która ukazała się w 1939 roku w Poznaniu nakładem Księgarni św. Wojciecha. Jak wspominał Gerard Labuda: „zaraz po wybuchu wojny, podczas lat hitlerowskiej okupacji, każdy, u kogo podczas rewizji znaleziono jej egzemplarz, musiał się liczyć co najmniej z wysłaniem do obozu koncentracyjnego. Natomiast wszystkich tych, których sam Autor wymienił we wstępie jako swoich współpracowników, spotkał zaszczyt dostania się na listę ściganych przez tajną policję niemiecką (Gestapo). I ja też doświadczyłem tego losu …” **************************************************** Fragmenty książki http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_116.html NA ZACHÓD OD FRANKFURTU (…) Towarzystwo Polsko-Niemieckie mieści się w kamienicy przy Schillstrasse 8. Jest to dom wybrany na siedzibę takiego towarzystwa jak najtrafniej. Może został nawet specjalnie wyszukany? Mieszkają w nim trzy rodziny o nazwiskach polskich: zdaje się Kurnikowie, Skrzypczakowie i ktoś jeszcze. Wchodząc do bramy, wkracza się od razu we właściwą atmosferę. Nie odczuwa się obcości, a zarazem podziwiać trzeba subtelny takt naszych berlińskich przyjaciół w tych drugorzędnych nawet szczegółach. Każdy podróżnik szuka różnic i podobieństw. Jeździmy po Niemczech przez wiele tygodni i znajdujemy podobieństwa (o różnicach będzie mowa później, i to niejednokrotnie).Na wielkiej kolejowej karcie Berlina wystylizowana jest w pewnym miejscu duża nazwa podmiejskiej miejscowości z okresu osadzania tu przez Fryderyka Czechów: „Nowawes”. W sierpniu r. 1937 jeszcze ta nazwa widniała na planach, była jeszcze we wrześniu, dopiero w październiku zmieniono ją na „Neudorf”. Między sierpniem a październikiem odbywały się uroczystości z okazji 700-lecia istnienia Berlina; jubilatom składa się podarki, które sprawiają przyjemność. Jednym z podarków ofiarowanych Berlinowi było owo wymazanie słowiańskiej nazwy przedmieścia, aby samo istnienie takiej nazwy nie pokusiło kogoś do zbyt drobiazgowego analizowania owych jubileuszowych siedmiu stuleci. Lecz, mój Boże, to jeszcze pytanie, która nazwa piękniej i trafniej brzmi, zwłaszcza że „Neudorfów” jest w Niemczech na setki, a „Nowawes” była tylko jedna. Ot, taki rezerwat dawnej obfitości, a czy godzi się niszczyć rezerwaty?Za to pod Dreznem pozostała jeszcze nazwa „Marzana”. Niemieckie usta wymawiają taką nazwę nieprawidłowo „Marcana” i na pewno nie odgadują nawet, jaki ładunek groźnego romantycznego uroku kryje to imię, na które wysiliła się twórczość ludowa całej Słowiańszczyzny:”Marzana powiewem cię uciszy, Przyjdzie ci mir…” (…) PRAWEM WEYSSENHOFFA W jednym z niedawnych numerów wspaniałego miesięcznika pod nazwą „Das Bollwerk, Zeitschrift fur die Pommersche Heimat”, wychodzącego w Szczecinie, znalazłem recenzję niemieckiego przekładu powieści Józefa Weyssenhoffa „Soból i panna”. Autor omówienia streścił utwór, podniósł jego wartość artystyczną, a w obszernym zakończeniu zajął się wytłumaczeniem nazwiska pisarza. Kto by sądził, że Weyssenhoff jest pisarzem rdzennie polskim, ten byłby w zupełnym błędzie. Autor „Sobola i panny” pisał wprawdzie po polsku, ale przecież samo nazwisko wskazuje, że pisarz jest pochodzenia germańskiego. To logiczne rozumowanie nie zostało podane w artykule dosłownie; spomiędzy wierszy jednak wynikało niezbicie:Weyssenhoff pisze pięknie i ciekawie, ale Weyssenhoff pochodzi z Niemców.Przypominam sobie okoliczności, w jakich przeglądałem ten numer „Bollwerku”. Było to już w Szczecinie. W pięknej, gustownie urządzonej sali bibliotecznej, do której przez otwarte okno wpadało jesienne słońce i różnorodny gwar portowego życia, owiany nieodgadłym zapachem wielkiej wody. Do biblioteki poszedłem natychmiast po przyjeździe. Szczecin, stolica Pomorza Zachodniego, Szczecin, miasto bogate w biblioteki, zbiory, gabinety rycin! Czegóż się tam nie znajdzie! A przyjeżdżałem do tego miasta nie byle skąd. Z drogi, która posiadała marszrutę: Hamburg, Lubeka, Travemunde, Wismar, Butzow, Gustrow, Rostock, Stralsund, Gryfia, Anklam, Pasewalk-Szczecin. A więc sam nadmorski pas ziemi. Co druga wieś, co drugie mijane miasto stroiło się w nazwę zakończoną na „ow” albo na „itz”. Całej drodze towarzyszyło wrażenie, że ci nadmorscy Niemcy rozkochali się po prostu w nazwach na takie słowiańskie zakończenia.I oto przejechało się taką drogę, przejechało, przemierzyło, przemieszkało, aby u jej końca, nad Odrą, w szczecińskiej bibliotece wyczytać, że Weyssenhoff był pochodzenia niemieckiego, i natknąćsię na uczoną sugestię, że z tego coś wynika. Trzeba bowiem wiedzieć, że „Bollwerk” to nie zwykłe pismo z obrazkami dla uciechy oczu i nudnych godzin. „Bollwerk” wykłada się na polskie: „Zapora” albo „Bastion”. Pismo poświęcone jest obronie i dowodowi. Do jego zadań należy utwierdzać dusze niemieckie na tych ziemiach. To, co w „Bollwerku” jest wydrukowane, uważać trzeba za wskazówkę, za drogowskaz, z którego wywodzą się prawa. Z recenzji o Weyssenhoffa „Sobolu i pannie” też się prawo wywodzi-powinno ono nosić nazwę „prawa Weyssenhoffa”. Teraz już jest wszystko jasne. Z Hamburga do Szczecina jechało się po to, aby u końca tej drogi poznać „prawo Weyssenhoffa”. I taka zdobycz coś warta. Bo nie posługując się niczym więcej, tylko tym właśnie prawem wydrukowanym w oficjalnym, reprezentacyjnym „Bollwerku”, dokonujemy targu: za jednego Weyssenhoffa całą Słowiańszczyznę Połabską i Przyodrzańską! Cały szeroki brzeg morza od Elbemunde aż do Żarnowca. Przecież mniej więcej 75% wszystkich napotkanych po drodze nazw posiada rodowód słowiański. Już nie tylko końcówki na „ow” i „itz”, które z Warnowa zrobiły Warnow, z Karłowa – Carlow, z Pniowa – Pinnow, a z Kamienicy i Gliwic – Chemnitz i Gleiwitz, ale setki i tysiące innych:i Zarrentin, i Kraak, i Gnissau, Curau, Warin, Cramon, Molln, Kogel, Kropelin, Dabel i jakże się one tam wszystkie nazywają. Aby zaś ktokolwiek nie sądził, że w takich aneksjach tkwi choć źdźbło literackiego zmyślenia, na kartach tego rozdziału znajdą się autentyczne fotografie z niemieckiego „Auto-Atlas von Deutschland”, wydanego przez firmę Stritzke i Rothe, Berlin C. 25. Świadcząc się niemiecką mapą nie spełniam, niestety, gestu oryginalnego. Zastosował go pierwszy jeden z wybitnych uczonych polskich, dr Józef Czekalski, w okolicznościach następujących:Przed kilku laty odbywał się kolejny, wielki, międzynarodowy zjazd geografów. Na zjeździe wiele mówiło się o nazwach, błotach, lasach, depresjach i izotermach, słowem, o tym, o czym zawsze geografowie zwykli są mówić, gdy znajdują tylko chętnych słuchaczy. Wśród delegatów było wielu uczonych polskich z prof. Stanisławem Pawłowskim na czele. W jednym z odczytów padło twierdzenie, że całe środkowe i wschodnie Niemcy posługują się nazwami słowiańskimi. Po referacie znad skłębionego mrowia zjazdowego wystrzelił las wyciągniętych rąk: tak wielu zapisywało się do głosu. Między innymi zapisał się do dyskusji dr Czekalski oraz jeden z najznakomitszych geografów niemieckich, uczony wielkiej miary i równie wielkiej sumienności.Polak był w kolei przed Niemcem. W przeciwieństwie do innych dyskutantów nie rozwodził się szeroko, nie udowadniał, nie sypał kunsztownymi argumentami i ekwilibrystyką dowodów: wyjął z teki plik map. Nie byle jakich. Najdokładniejszych map niemieckiego sztabu generalnego. Przez pół godziny czytał równym, wytrwałym głosem: nazwy. Później puścił w ruch między uczestników same dowody rzeczowe: rezultaty prac niemieckiego sztabu generalnego.Z przeglądniętych kart wynikało nie tylko to, że Niemcy posługują się nazwami słowiańskimi, ale że połowa terenu niemieckiego, zwłaszcza zaś ziemie nad morzem leżące, aż podminowane są słowiańskością. Zapanowała konsternacja. Tym większa, że autorytet geograficzny nauki niemieckiej podniósł oczy krótkowidza znad dostarczonych kart, potem wstał i w głębokiej ciszy oświadczył: – Herr Kollege, ich bitte mich von der Liste der Diskussions-teilnehmer zu streichen! Zakołysała się na jedną chwilę w obszernej sali zjazdowej wizja wielkiej, szerokiej Słowiańszczyzny, na której zachodnich ziemiach rozsiadł się żywioł obcy, żywioł najezdniczy. Oczywiście , nieraz chciało się te kompromitujące ślady zatrzeć i wykorzenić. W ciągu wieków zabiegano, próbowano. Idą próby i obecnie. Ale nie tak łatwo zamordować – słowo! (…) Ścieżki polne szły swoją drogą, a ścieżki gasnącego nieba chodziły – swoją. Jedna nawracała uporczywie ku minionemu Hanowerowi. W miejsce, gdzie do słowiańskiej rzeki Łaby, z niemiecka Elbą przezwanej, wpada rzeka Jasna, obecnie nazywająca się Jeetze . Tam to w tych stronach, w okręgu luneburskim, w powiecie luchowskim i gartowskim, koło Dannenbergu leży – Wendland, czyli kraj Wendów, Wenedów. Niemcy za pisarzami starożytnymi mówili na Słowian „Wendowie”. Jest to najstarsza nazwa, jaką dla Słowiańszczyzny znamy. Nie wiadomo, czy tak nazywali ją tylko obcy, czy i sami Słowianie tej nazwy używali. Wiadomo tylko, że Słowianie a Wenedowie to jedno. W obrębie nazwy były nawet liczne odcienie i odmiany. Mieszkańcy Skandynawii mówili Vani, ludy łacińskie Wenetowie, Grecy – Enetowie i Henetowie, a plemię Czudów do dziś nazywa Rosjan Wenne. Do dziś również Niemcy mówią na Słowian historycznych Wenden, przy czym dla Słowińców koło jeziora Łeby nazwę trochę zmieniają – z Wenden na Winden.Takich „Wendlandów” (czyli rezerwatów Słowiańszczyzny), jak pod Hanowerem, jest na terenie Niemiec więcej, ale najsławniejszy, bo najbardziej na zachód posunięty jest Wendland hanowerski. Zawiera on resztki dawnego słowiańskiego szczepu Drzewian.Gdy myślę o tych wyspach słowiańskich na ziemi dziś niemieckiej, zjawia się stale ten sam obraz: wielkiej, płaskiej przestrzeni zalanej wodą. Sponad tej wody wystają wyższe wzniesienia. Zalew niemczyzny, choć gwałtowny, nie musiał być głęboki: wysp słowiańskich jest wiele. A żywioł słowiański, choć tak rzekomo słaby, rozlazły i nic nie wart, musiał być niesłychanie odporny: Wendland koło Hanoweru i drugi bardziej ku północy obok Hamburga mówił po słowiańsku jeszcze w XVIII wieku. Że o tym wiemy, sprawił szczęśliwy przypadek. Tu sprawił, w innych okolicznościach szczęśliwego przypadku nie było.A sprawa miała się tak: w owym osiemnastym wieku, wieku rozbudzony ambicyj badawczych, pod wpływem nie wiadomo już jakich bodźców u ludzi zauważyło gwałtowne zanikanie zwyczajów i mowy miejscowej. Wśród tych zapaleńców jeden był tylko tubylec, szewc, zdaje się, inni przybyli z innych stron, nauczyciele i urzędnicy. Szewc nazywał się Jan Parum Szulc. On to wespół z przybyszami zebrał zabytki ginącej mowy, sporządził słownik i pozwolił nam dziś z całą pewnością wiedzieć o tym, że Słowianie połabscy mówili językiem zbliżonym do polskiego.Warto uświadomić sobie: koło Hanoweru mówiono po słowiańsku za ostatniego króla polskiego, mówiono w roku wiedeńskiego kongresu i być może w chwili listopadowego powstania. Dziś już nie mówi nikt! Ale ślad został. Mieszkaniec dzisiejszego Wendlandu przemawia nie tylko odmiennym akcentem, lecz inaczej składa zdania, w słownictwie używa wielu stów przekręconych ze słowiańskich języków. Nie tylko zresztą to, sposób budowania chat i rozmieszczania wsi jest tam dotąd zupełnie słowiański, a zwyczaje ludowe różnią się od zwyczajów i dalszego terenu. Gdy się wspomni,że rezerwaty te utraciły wszelką niepodległość jeszcze przed czasami Mieszka I – miara trwałości ukaże się w skali z górą, Wielka miara!Czytelnikowi należy się pewne objaśnienie. Obrazu i metaforynie może pisarz rzucać beż żadnej odpowiedzialności. Podobieństwo z płaszczyzną, którą zalała woda obcego żywiołu, posiada swoją logikę i swoje znaczenie. Zalew szedł od zachodu , ściśle mówiącod rzeki Renu. Od tej granicy aż do granicy dzisiejszych Kaszub opanowywał teren stopniowo. Dlatego też w śledzeniu resztek słowiańskich napotykamy na trzy odrębne tereny,Pierwszy idzie ten, który leży między Renem a Łabą. Najdawniej opanowany. W czasach Karola Wielkiego, albo jeszcze przed nim. Tu ślady są bardzo nikłe, zatarte, wgniecone w ziemię. Aleprzecież są. Wendland hanowerski jest tego świadectwem. Mowa słowiańska musiała zniknąć z powszechnego użycia gdzieś koło wieku XIV, a ostatki jej zamilkły na początku stulecia dziewiętnastego. Drugim z kolei terenem jest przestrzeń pomiędzy Łabą a Odrą. Jest on świeższy, później zdobyty i później wynarodowiony.Niepodległość tych terenów kończy się na początku XII stulecia, a mowa słowiańska przycicha gdzieś w pięć, sześć wieków później, przy czym jest rzeczą pewną, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu znalazłoby się w jakimś zakątku tego terenu ludzi mówiących po słowiańsku. Najpóźniej zniemczony został teren między Odrą a jeziorem Łeba. Te obszary długo, aż do końca średniowiecza i później, jeszcze w szesnastym wieku utrzymywały związek z Polską i do tego czasu po polsku mówiły powszechnie.Ich gwałtownemu, ale nierównomiernemu zniemczeniu przysłużył się Fryderyk Wielki, który szczególnie na te strony zawziął się i zamierzył. Ale mimo całej jego gwałtowności do dziś jeszcze w niektórych okolicach mówią ludzie tutejsi po polsku. Takie zastrzeżenie było konieczne. Bo kto w Polsce pamięta te sprawy? Kto jest świadom tego, że wymawiając nazwy: Hanower, Kassel, Eisenach, nazwy rzek: Łaba, Solawa, Werra, Fulda, Wezera,Men i Ren – potrąca o popioły swoich praojców drzemiące pod płytką powierzchnią ziemi! Gdy pod Eisenach zwiedzaliśmy wielkie zamczysko Wartburg opromienione życiem i legendą św. Elżbiety – była niczym nie zamącona pewność, że mamy do czynienia z najczystszą emanacją niemczyzny. O Wartburgu śpiewają pieśni niemieccy minnesingerzy i składa opery Wagner, na Wartburgu odbywały się turnieje rycerskie i mieszkali raubritterzy; snuł się tam epos wielkiego mitu germańskiego. I oto naraz przy Wartburgu – Słowiańszczyzna. Choćby z tej prawdy nic innego nie wynikało, w każdym razie całe nasze pojęcie o źródłach, o podstawach kultury i cywilizacji niemieckiej doznaje gwałtownego przetasowania. Pada jakieś nagłe, ukośne spojrzenie na całą rycerską epopeję niemiecką: czy jej zręby nie budowały się na powalonym olbrzymie słowiańskim? I czy nie z niego przepłynęły wszystkie ożywcze soki?Bo pod tym właśnie Wartburgiem, w okolicach Eisenach uczony niemiecki znalazł osady „Grosz” i „Wenigen” Lupitz. Tych słowiańskich nazw jest tu wiele. Wystarczy zajrzeć do którejkolwiek monografii specjalnej, aby stanąć wobec takiej mnogości, że niefachowcowi nawet ogarnąć ją trudno. A pracowity kanonik winnogórski ks. Stanisław Kozierowski drukuje a drukuje swoje atlasy nazw geograficznych Słowiańszczyzny Zachodniej. Część trzecia atlasu przyniesie okolicę Hamburga z nazwą na nazwie słowiańskiego pochodzenia. Święty biskup Bonifacy (ósme stulecie naszej ery) pisze do Rzymu epistoły z wezwaniem o wsparcie misji wśród Słowian zamieszkujących Hesję. Tyle ich tam jest, że dotychczasowa misjonarska obsługa podołać nie może. Więc Hesja, więc Turyngia. A okolice Harcu, który Ptolomeusz nazywa Milibokusem? Do dziś dnia są tam nazwy, na których dnie dźwięczą zniekształcone słowiańskie słowa. A we wsi Windehausen stoi stara, święta figura. Figura wyobraża Matkę Bożą Bolejącą, która trzyma umęczone ciało Syna swego. Lud okoliczny otacza rzeźbę wielką czcią, a od dawien dawna zwykł ją nazywać „Pommai-bog”. Wspominki słowiańskie splatają niekiedy zabawne skojarzenia. Opodal Merseburga (tego samego Merseburga, do którego Bolesław Chrobry przyjeżdżał jako gość cesarzów rzymskich) znajduje się miasteczko, które nosi nazwę Eisleben. Miasteczko posiada przedmieście Siebenhitze. Pamiętne jest tym, że tu właśnie urodził się Marcin Luter. Siebenhitze, dosłownie siedem upałów, zdawałoby się nie ma nic wspólnego ze Słowiańszczyzną. Wszakże ma. Dawniej nazywała się ta miejscowość Sebenica, czyli szubienica. Jest w tym szczególe osobliwy smak: Marcin Luter urodził się w słowiańskiej wsi i akurat w Szubienicy! Zresztą za czasów Lutra mówiono tu wszędzie po słowiańsku, co zaznaczono wyraźnie w pismach mistrza Marcina.Nazwy, wspomnienia, pamiątki. Nazwy nie tylko te, w których tkwi pierwiastek słowiański, ale wszystkie, w których występuje określenie „wenden”, „schwenden”, „windischen”, „wunschen” i „winde”. Zaścielają gęsto ziemię tutejszą, występują we wschodnim Holsztynie, w którym mieszkających Słowian nazywał kronikarz „potężnymi na lądzie i morzu”, w Jutlandii, w Danii. Jedna z wysp duńskich do dziś dnia nosi nazwę „Grossbrode” – Wielki Bród.Świadectwo dochowały nie tylko nazwy, dochował je również szczątkowy obyczaj. A przede wszystkim budownictwo. Niemiecki sposób budowania przyjmował linię prostą, wzdłuż której osadzały się budowle. Przeciwnie budował Słowianin. Jego wieś miała formę skupioną dokoła placu. W tym budowniczym rysie przebijał pradawny słowiański obyczaj i forma współżycia gromadnego, łącznego: wszystkie sprawy wsi były załatwiane wspólnie na zebraniu ojców rodzin. Jeśli kto dobrze prześledzi rozplanowanie wielu wsi na linii Łaby, spostrzeże oczywiste metody słowiańskiego budownictwa. Dr Sieniawski, autor książki „Pogląd na dzieje Słowian”, pisze:”W kraju Chauków starożytnych dokopano się śladów prastarej kultury, a mianowicie odnaleziono w głębokości kilku stóp pod powierzchnią drogi bite, dalej ślady domostw z ogrodem, gdzie poznać jeszcze, że drzewa sadzono w rzędach regularnych”. O takich znaleziskach, które budzą czujność, można pozbierać notatek wiele. Lecz któż je dokładnie zanalizuje, zbada i sprawiedliwie osądzi? Można tylko opierać się na przypadkowych odkryciach, na nikłych śladach, jak ten ślad dzikiego bzu pod Hennebergiem między Werrą a Fuldą. Spostrzeżono tam mianowicie, że w bardziej odludnych okolicach rosną całe gaje dzikiego bzu. Wiadomo zaś z dawnych kronik, że Słowianie połabscy mieli w szczególnej czci krzewy bzu. Wsie ich były otaczane gęstym bukietem tego drzewa. Wsie słowiańskie zamarły, ale bez pozostał; zdziczał, ale stanowi ślad i wskazówkę.Na fryzyjskiej wyspie Amrum ojca nazywa się „aati”, na wyspie Fohr – „oti”, na pobliskim zaś lądzie stałym „tate”. Nad Renem w pewnych okolicach na małe dziecko mówią wieśniacy „kleine dietzke”, „kładź się” brzmi „klatsch dich”, oraz rozpowszechnione jest słowo „pritsch” – precz. W Westfalii zaś na chłopów mówią „klopleute”. Aleksander Bruckner przypomina Niemcom, że nie mogą oni jednego sensownego zdania skleić bez użycia słów pożyczonych z obcych języków, przede wszystkim zaś z języka łacińskiego. Nasuwa się pytanie, czy innego jeszcze przypomnienia nie należy postawić również na wielu terenach niemieckich, na których kiedyś słowiańska kwitła mowa. Co do pochodzenia wielu słów z języków słowiańskich, znalazłoby się pewnie dużo słownych rodowodów, ale w większym jeszcze stopniu można by rozwiązać zagadkę wielu dialektów niemieckich, na przykład, tego z okolic Hanoweru. Oto trochę znaków i śladów. Z pierwszego, najdalszego, najbardziej przysypanego zapomnieniem terenu. czy docierają tu echa i pogłosy „Prawa Weyssenhoffa”? (…) NAD SŁOWIAŃSKIM MORZEM Specjalną satysfakcję sprawia odczytywanie historii słowiańskiego państwa Obotrytów. A zwłaszcza pewnego drobnego szczegółu z tej niedługiej, niestety, historii.Aby należycie rozsmakować się w tych przekazach historycznych, potrzebne jest krótkie wyjaśnienie dotyczące książąt saskich. Saksonia owych czasów, końca pierwszego tysiąca lat ery chrześcijańskiej, nie ma nic wspólnego z dzisiejszym Dreznem i jego okolicami. Prawdziwa, historyczna Saksonia rozciągała się właśnie nad morzem, po lewej stronie rzeki Łaby, a Saksoni dawnych średniowiecznych map byli tymi samymi Saksończykami, którzy podejmowali wyprawy do Brytanii i dostali się do oficjalnej nazwy Anglosasów jako jej druga składowa część. Sposób zawędrowania nazwy znad morza aż w okolice Drezna jest jednym z tych onomatycznych żartów, jakie tak często lubi płatać historia. W ciągu wieków przesunęła się nazwa z jednego terenu etnograficznego na drugi. Stało się coś podobnego, jak z Prusami, gdzie nazwa przeszła z ludu bałtyckiego na lud germański i powędrowała kilkaset kilometrów na zachód.Otóż jest pewna chwila w historii, kiedy ci Saksończycy, jeden z najkrwawszych, najbezwzględniej szych i najbardziej pozbawionych sumienia ludów germańskich – skarżą się płaczliwymi słowami na bitność słowiańskich Obotrytów. Skarżą się swoim biskupom, piszą skargi do Rzymu, rozwlekają płaczliwe lamenty wobec całej Europy. Oni, oprawcy i zbóje, jakich mało zna historia, bezwzględni i pozbawieni skrupułów, dla których wyrżnięcie całego plemienia jest nie wartą wzmianki drobnostką – oni właśnie nie mogą sobie dać ze Słowianami rady! Co prawda, sytuacja jest paradoksalna: skarży się oprawca, że ofiara nie chce potulnie kłaść łba pod topór. Ale i nie o ten paradoks chodzi.Chodzi właśnie o to, że przecież raz za całą mękę i wszystką krew nad rzeką Łabą wylaną – Słowianie porzucili swoją marzycielską dobrotliwość i dali Niemcom łupnia jak się patrzy. Więc jednak, gdy się chce, można przełamać „przeznaczenie”?Obotryci byli ludem najbardziej z całej Słowiańszczyzny na zachód wysuniętym. Oni nad Bałtykiem, Serbowie łużyccy trochę niżej, na południu. Takie dwa przedmurza słowiańskie na Zachodzie. Ponieważ zaś Obotryci opierali się jedną swoją granicą o Łabę, noszą nazwę Słowian połabskich.Oni pierwsi, licząc od zachodu, „in fronte totius Slaviae”. Państwo Obotrytów składało się z czterech spojonych ze sobą szczepów:Wągrów, Połabian, Warnów i Obotrytów właściwych. Dopiero po nich szli Weleci, a na końcu Pomorzanie. Taki szeroki słowiański pas wzdłuż brzegu: Obotryci, Weletowie, Pomorzanie. Pas tak bardzo słowiański i tak ugruntowany, że począwszy od IX wieku aż w późne średniowiecze nazwa morza brzmiała: nie żadne „Ostsee”, nie żaden Bałtyk, ale właśnie Morze Słowiańskie, „Mare Svevicum”. Na starych mapach nazwa wymalowana w całej okazałości, wyraźnie, poglądowo. Gdy się tak ten nadmorski pas rozważa, nie trzeba sądzić, że były na nim tylko te trzy ludy. Nie, szczepów słowiańskich było bez liku; różnych, o dźwięcznych i melodyjnych nazwach: Doleńców, Smolan, Wielunian, Byteńców, Linian, Wołynian, Wkrzanów, Stodoran, czyli Hobolan i innych. Że się akurat wspomina Obotrytów, Weletów i Pomorzan, to dlatego, że te trzy szczepy okazały najwięcej aktywności, ujęły pobratymców silną dłonią i stworzyły organizmy państwowe. Odegrały one w alchemii historycznej rolę magnesów, ku którym zbiegały się – czasem dobrowolnie, czasem zaciągane siłą – drobne opiłki szczepowe. Dokumenty pisane znają Obotrytów dawno, w głębi VIII stulecia, a nawet jeszcze dawniej. Zrazu kronikarze niemieccy nie mówią o nich nic złego. Obotryci są spokojni, pracowici, układni. Zajmują się kupiectwem, rolnictwem i połowem ryb. Znane są w ich kraju wielkie porty morskie i bogate miasta z ludnymi dzielnicami targowymi. Aż od pewnej chwili opinia się zmienia. Spokojni obywatele państwa obotryckiego awansują w kronikach na rozbijaczy najwyższego stopnia. Cóż to wpłynęło na tak radykalną zmianę spokojnego charakteru? Wpłynął pociągający przykład. A miało się tak: Sasi byli chrześcijanami, Obotryci tonęli w pogaństwie. Istniała wówczas, w okresie wypraw misyjnych, umowna zasada, że ziemia pogańska jest niczyja, terra nemini. Że jest tego, kto ją zdobędzie i doprowadzi do światła prawdziwej wiary. Rzym był daleko, któż mógł badać, jakimi sposobami odbywać się będzie to „doprowadzanie”! A zresztą w owych czasach inne panowały pojęcia o wielu sprawach życia. Dość, że książęta i margrabiowie sascy wywiesili transparent: żołnierze wiary, milites ecclesiae. To było na wierzchu, pod spodem zaś było co innego: łakomstwo cudzej ziemi.W jednym miejscu swego wspaniałego polemicznego listu do historyka niemieckiego Teodora Mommsena napisał Oswald Balzer takie słowa, wspominając prawdopodobnie i czyny Saksończyków: „Dla znacznej części plemion niemieckich interesy kultury łączyły się zawsze z interesem państwowym, i to tak, że interes państwowy stal na pierwszym miejscu. Oni nieśli cywilizację na słowiański wschód, ażeby przysporzyć sobie korzyści politycznych, a nie wahali się porzucać jej sprawy wtedy, kiedy ich własne, samolubne cele polityczne wymagały jakiegoś poświęcenia. W wyższym stopniu politycy i germanizatorowie aniżeli cywilizatorowie, utożsamiali pojecie kultury z pojęciem swego państwa i narodowości; rozumieli i chcieli wmówić w świat, chcieli nawet, aby świat w to uwierzył, że droga do cywilizacji prowadzi tylko przez Niemcy i że nie ma większego szczęścia dla innych ludów, jak dostać się tą drogą do wyższej doskonałości.” Jakżeż bo to zmieniają się poglądy i punkty widzenia zależnie od egoistycznych potrzeb! Janusz Stępowski, któregośmy podczas podróży spotkali, twierdzi, że jeżeli świat nie ma być nazwany domem wariatów, powinna w nim panować jakaś konsekwencja. Ziemia pogańska jest ziemią niczyją. To w takim razie, czyją jest dzisiejsza ziemia niemiecka, którą ogłasza się za neopogańską? Czy Reichsleiter Alfred Rosenberg mógłby dać na to zupełnie szczerą odpowiedź?Sytuacja Obotrytów nie była łatwa. Wzięci zostali w dwa, jeśli nie w trzy potrzaski: z jednej strony Dania, która późno przyjęła chrześcijaństwo, kilkakrotnie wracając do barbarzyństwa, ale oficjalnie w tych czasach była już chrześcijańska, z drugiej strony Sasi, a jeszcze osobno Frankowie, którzy za czasów Karola Wielkiego dalekie w głąb Słowiańszczyzny zapuszczali zagony. Jakże w tej sytuacji mógł ostać się niewielki twór polityczny, nie przekraczający powierzchnią połowy dzisiejszej Małopolski? Zrazu wydawał się możliwy tylko jeden sposób: przymierza. Przymierza z Frankami przeciw Duńczykom, – później, gdy ta kombinacja polityczna nie bardzo się powiodła, z Duńczykami przeciw Frankom.Państwo obotryckie miało charakter monarchiczny, w przeciwieństwie do Weletów, którzy byli demokratycznego ducha. Często czyta się w kromkach imiona książąt obotryckich; jeden książę nazywał się Dróżko, inny Sławomir, Mściwej, Gotszalk, Henryk, Kruto i wielu innych. Dzielni to byli ludzie, umieli prowadzić politykę i wiązać się sojuszami. Ale już rychło wszyscy oni zmiarkowali, że żadne sojusze nie pomogą, gdy nie będą dbali o siebie sami. I oto zachodzi fakt, który w dziejach niewiele ma sobie równych: małe księstewko, obstawione z kilku stron potężnym a drapieżnym nieprzyjacielem, wytwarza na dwa stulecia taką prężność na swoim małym terenie, że nikt nie jest w stanie złamać tej siły.Słowianie stają się wielką potęgą morską (niebawem i sąsiedni Weleci, a zwłaszcza Ranowie z Rugii zaprezentują się równie dobrze w tej roli – w roli narodów morskich!). Rzemiosła morskiego mieli się czas i okazję nauczyć. Brzeg morza w tamtych stronach jest bardzo urozmaicony, wiele na nim zatok, zalewów, przesmyków, półwyspów, rozgałęzień. Sposobności było więc mnogo, żeby się fachu rybackiego i żeglugi przybrzeżnej nauczyć. (…) Wiem z własnego doświadczenia, że ku mapie tych okolic rzadko kto w Polsce spogląda. Ile przy całym wykształceniu, maturach i dyplomach znalazłoby się luk w wiedzy współczesnego człowieka? Również w wiedzy geograficznej: dużo jest w atlasie map takich, które się zwykło często przeglądać, ale jest również sporo takich, które przedstawiają grząskie dziury w wiedzy geograficznej współczesnego człowieka. Podobny on jest w tej swojej niekonsekwencji do średniowiecznego rysownika map: gdy ten nie znał jakiejś okolicy albo znał bardzo mgliście, na rysowanej przez siebie mapie pisał – terra ubi leones. To znaczy miejsca, gdzie znajdują się lwy. A skoro na tych miejscach znajdują się lwy, więc rysownik nie może wiedzieć, co się tam dzieje. Przykro bowiem spotkać się z lwem. Dla wielu Polaków ziemia od Hamburga po jezioro Łeba jest również terenem „ubi leones”, terenem najmniej znanym ze wszystkich okolic całej Europy! Historia postawiła tam jednego lwa, symbolicznego – Henryka Lwa. Ale Polacy odznaczali się zawsze dzielnością. Czyżby duch rycerski tylko w stosunku do tego terenu zawodził? Więc łamiemy przyjęty zwyczaj i schylamy głowę nad kartą północnych Niemiec, na której znajdują się trzy niemieckie regencje, czyli województwa: „Hannover”, „Mecklenburg” i „Pommern”. W pewnym miejscu tego terenu wpada do morza rzeka Warna, obok zaś znajduje się miasto Rostock, dawna słowiańska Roztoka (tak jak niedalekie miasto Wismar nazywało się po słowiańsku Wyszomir). To miejsce jest ważne, bowiem rzeka Warna stanowiła granicę pomiędzy państwem Obotrytów a państwem Weletów, czyli Lutyków, które u wielu historyków zwie się „związkiem weleckim”. Zwie się zaś dlatego, że i tu wiązały się w jedno cztery szczepy, quattuor populi:Redarów, Dołężan, Czrezpienian i Chyżan, nie licząc innych, jak Wkrzan i Stodoran, którzy ku temu związkowi się skłaniali. Ów związek czterech szczepów był tworem republikańskim, którego spójni nie tworzyła władza książęca, ale wspólny kult religijny boga Swarożyca, mieszkającego we wspaniałej, bogatej świątyni w Radgoszczy. Świątynia znajdowała się w kraju Redarów, Redrami z niemiecka później zwanych, ale nazwę państwu nadał inny szczep, szczep dzielny i wojowniczy, Weleci, którego nazwa najrozmaitsze przechodziła zmiany: Wilków, Lutyków, Vilzów, Wilczków i Wuczków (jedna ze skandynawskich sag, Wilkinasaga, wspomina Wilkinland, miasto Wilkinaborg i króla Wilkinusa; nazwa z łacińska brzmi Weletabi). Wiele było tłumaczeń nazwy: jedni wyprowadzali ją od słowa wilk, na oznaczenie dzielności plemienia, inni od przymiotnika „welci”, czyli wielcy. I ci pewnie mają rację.Właściwa w każdym razie była to nazwa. Plemię Weletów uchodziło za wielkie, mężne i roztropne. Bronili swej niezależności przed niemiecką inwazją tak uparcie, że – jak pisze historyk – „u samych Niemców budził (ten naród) respekt dla siebie”. Trzeba tu trochę bliżej zarysować charakterystykę: Obotryci byli mężni męstwem rozpaczy, stawiani bywali w nieustanne, zewsząd czyhające niebezpieczeństwo, więc też ten twór polityczny, jaki stanowili, posiadał coś z partyzantki, coś z dorywczości. Weleci natomiast posiadali więcej znamion trwałych, ich państwo było tworem politycznie zorganizowanym, silnym, mocno w granicach osiadłym, prowadzącym normalne życie gospodarcze, polityczne, obyczajowe i religijne. To był organizm, który przy trochę tylko bardziej sprzyjających okolicznościach mógł stworzyć byt samodzielny na zawsze.Weleci posiadali swoją armię, flotę, miasta, grody, cały system władz i obowiązujących praw. Mieli przemysł: bartnictwo i pszczelnictwo, ogrodnictwo, sadownictwo, chmielarstwo, winiarstwo, mielnictwo, piwowarstwo i miodowarstwo, zaczątki górnictwa i wiele innych gałęzi przemysłu i rękodzieła. Choć w zasadzie i w istocie swej byli ludem pastersko-rolniczym, cywilizacja materialna stała tu bardzo wysoko, na co nie bez decydującego wpływu musiało być bliskie morze i ożywiony morski handel. Dość powiedzieć, że w porównaniu z ówczesną Polską, która akurat wtenczas wchodziła na arenę dziejową, Weleci są krajem o wiele bardziej cywilizowanym, bardziej zamożnym i w ogólnym postępie wyżej postawionym.Byli demokratami. „Związek welecki” stanowił republikę teokratyczną. Słowianie zawsze odznaczali się rysem tolerancji i demokratyzmu, ale Wilkowie ten wrodzony rys narodowy najbardziej ze wszystkich ku skrajności posunęli. Byli niezmiernie ciekawym przykładem. Można przypuszczać, że do pewnego czasu posiadali ustrój monarchiczny. Ale przyszedł jakiś okres kataklizmów, kiedy w cale plemię wstąpiła odraza do rządów książęcych. Postanowiono rządzić się republikańsko. Ta nienawiść do monarchii była tak silna, że wystąpili przeciw Polsce i zawarli przymierze ze znienawidzonym Niemcem tylko z bo jaźni przed władzą książęcą, idącą od polskich stron.Demokratyzm był to zresztą osobliwego rodzaju. Tak samo osobliwego, jak i monarchizm Obotrytów. Owa osobliwość u jednych i drugich tkwiła w cechach charakteryzujących życie zespołowe wszystkich plemion słowiańskich, tkwiła w zasadzie, którą można uważać za jedną z najważniejszych granic pomiędzy Słowianami i Germanami. U Germanów życie społeczne opierało się zawsze na zasadzie przewodnictwa jednego nad drugimi, na zasadzie wodzostwa:drogą wyboru wojskowego, a najczęściej drogą samozwańczej siły wysuwał się na plan pierwszy j eden Człowiek i ten rządził samowładnie całą grupą społeczną. Wręcz przeciwnie u Słowian. Tu podstawą jest ustrój rodowy. Grupę społeczną stanowi zespół rodów, nie zespół jednostek. Charakter rodowy wysuwa się zawsze ponad charakter wojskowy. Władza wyprowadza się z ustroju rodowego i dosięga jednostkę poprzez ród. Między władzą a człowiekiem stoi czynnik pośredni – przywódca rodu. Ród, składający się z ludzi jednej krwi, wybiera sobie władykę, który sprawuje rządy nad całością, ale nie samowładne – mocno ograniczone i obwarowane nieprzekraczalnym obyczajem. (…) POLSKA POWSTAŁA KU ODRZE Szczegół historyczny jest lekceważony. Przesłaniają go wielkie, gromkie wydarzenia. Ale szczegół jest ważny. Na przykład ten, który jest odpowiedzią na pytanie: jaki był pierwszy, historycznie zanotowany fakt z historii Polski? Liczne prace uczonych, którzy posługiwali się zarówno dokumentem jak i dedukcją, przedstawiły postać pierwszego historycznego władcy polskiego w pełnej, wszechstronnej potędze. Chrzest w roku 966 jest wspaniałym czynem pierwszego Piasta: ten czyn wprowadził Polskę na arenę wielkiej historii, ale przyćmił trochę samego Mieszka, jego ludzką, mniej hieratyczną, mniej uroczystą naturę. Naturę człowieka z krwi i ciała, który miał swoje kłopoty, zmartwienia i ambicje. Gestem, na którym historia przyłapuje po raz pierwszy Mieszka, jest sprawa nie mająca nic wspólnego z uroczystym splendorem. W roku 963, na trzy lata przed chrztem Polski, kronikarz Widukind notuje, że Mieszko, książę polski, zostaje pokonany na Pomorzu Zachodnim przez Lutyków (Weletów), na których czele stał banita i obieżyświat niemiecki graf Wichman. Pierwszy historyczny gest powstającej Polski zwrócony jest w stronę Bałtyku, do ujść rzeki Odry.To wyszukiwanie pierwszego gestu może jest dla kogoś drobiazgiem, może wydać się manią zbierania osobliwości i ciekawostek, ale ten drobiazg i ta osobliwość posiada swoje bardzo wymowne znaczenie. Pomiędzy wielkimi a małymi motywami w historii jest ta tylko różnica, że wielkie zostały wyzyskane, rozwinęły się wspaniale, a małe – uschły. Ale istniał czas, kiedy wszystkie były sobie równe, we wszystkich drzemały takie same możliwości. Jedne się rozwinęły, drugie zwarzyły. podobnie -jak jedne ziarna się przyjmują, drugie usychają. Pierwszy historyczny gest Mieszka jest dla wielu ludzi współczesnych takim ziarnem uschniętym, o którym nie wie się nawet, że było i gdzie jest obecnie zakopane. Ale swego czasu, w chwili stawania się Polski miał ten gest pełną i jakże dramatyczną treść, przerastającą wiele spraw innych. Notatka kronikarska z roku 963 świadczy o tym, że władca Polski chciał zdobyć Pomorze, zwłaszcza tę jego część, która leży u ujścia Odry, ponieważ wschodnią cześć Pomorza razem z Gdańskiem Mieszko I był już posiadł poprzednio. Odnosi się wrażenie, że to sięgnięcie po Szczecin i Wołyń było kończeniem jakiejś zaczętej roboty. Na taką myśl naprowadzają okoliczności kronikarskiej notatki. Ta notatka, tych parę skromnych słów posiada ostrość miecza: przecina na dwie połowy pewne wielkie procesy. Wszystko, co było przed tą pierwszą datą, wydaje się ciemne, zamazane i niedocieczone. Poza nią jest już światło i jasność. Ktoś zrobił takie trywialne, ale plastyczne porównanie o początkach państwa polskiego: przedhistoryczne dzieje Polski przypominają wielki skórzany wór, w którym zamknięto wiele małych, lokalnych sił. Człowiek obserwujący ten wór z zewnątrz widzi tylko powierzchnię, pod którą kłębi się jakaś zziajana sarabanda rozlicznych mocy, jakiś żywy ukrop. O jego istocie nie wiemy nic, z wyjątkiem tego, że w całości jest to ukrop słowiański. W pewnej chwili do tego skórzanego bukłaka podchodzi człowiek imieniem Widukind i wór przecina. Z wnętrza wysypuje się rezultat skłębionych zmagań. Rezultat taki:jedna z sił wzięła za łeb wszystkie inne sobie pokrewne; zdołała połączyć w swoich dłoniach wiele terenów: Polan, Ślęzan, Lubuszan, Wiślan, Kujawian i wschodnich Pomorzan; osobno tylko leży jeszcze Pomorze Zachodnie. Ale gdyby ktoś dobrze popatrzył na zawartość wora w chwili jego otwarcia, dostrzegłby, że siła zwycięska, czyli właśnie Mieszko I akurat zabiera się do opanowania i tego ostatniego terenu. Częściowo płynie, częściowo idzie linią Warty, Noteci i Odry, aby dobić do Szczecina i tym samym gestem ujęcia w ramiona wcielić go do gotowej już formy. (…) Po klęsce na Pomorzu Mieszko wrócił do domu. Zaraz potem doprowadził do pomyślnego zakończenia pertraktacje z Czechami, ochrzcił się, ożenił i otrzymał posiłki swego teścia, czeskiego Bolesława. Cztery lata zajęły mu te ważne i niełatwe sprawy. Gdy je pozałatwiał, nie mitrężył ani dnia dłużej ponad konieczną potrzebę, nie siedział w Krakowie, nie popasał w Poznaniu, ani w Gnieźnie, ani we Wrocławiu, lecz tą samą drogą – Wartą, Notecią i Odrą poszedł na Pomorze, ku Szczecinowi. Stał nad światem rok 967. Wichman był grasantem i hazardzistą,Mieszko konsekwentnym politykiem. Mógł polityk raz doznać porażki, ale na dłuższej przestrzeni musiał odnieść zwycięstwo: polityk pobił grasanta. Złączone wojska Wilków (Lutyków, czyli Weletów) i Wołynian pod dowództwem Wichmana zostały ciężko pobite. Sam zaś wódz poległ. Klęska spotkała nie tylko Wichmana, nie tylko Lutyków, dotknęła kogoś, kto stał w kulisach: książąt saskich, którzy knuli intrygę i szczepy słowiańskie judzili przeciw innym słowiańskim szczepom.Ciekawe to sprawy. Wichman był banitą cesarskim, ale w jego narzuceniu się na wodza Słowian nadodrzańskich maczali swe ręce Niemcy. Trzeba dodać, że Niemcy-chrześcijanie, na każdym kroku podkreślający swoje oddanie sprawom krzyża. W interesie Kościoła leżało niewątpliwie, aby Pomorzanie, a także Wilkowie-Lutycy przyłączyli się do wielkiej grupy szczepów słowiańskich, jaką stanowiła nawracająca się Polska, i razem z nią przyjęli chrzest. U książąt saskich, kulturtragerów i prononsowanych apostołów, raz jeszcze zwyciężył interes osobisty nad dobrem religii chrześcijańskiej: woleli, aby Lutycy i Pomorzanie na kilka dalszych wieków brnęli w pogaństwie, aniżeli, żeby Polska miała się zająć ich nawróceniem. Podszczuli przeciw sobie dwa bratnie szczepy. To szczucie weszło teraz do stałego repertuaru niemieckiej polityki i trwało kilka wieków, do tej mianowicie chwili, kiedy Niemcy, uporawszy się z Obotrytami i zachodnimi Lutykami – byli już przygotowani do zajęcia Pomorza Zachodniego. Przez całe panowanie Mieszka I, następnie Bolesława Wielkiego, aż po czasy Krzywoustego Lutycy północni (nadbałtyccy) i południowi (na południowy-zachód od Szczecina) byli zawziętymi wrogami Polski. Dawali się namawiać na chwilowy sojusz Niemcom i Czechom. Zwłaszcza ci pierwsi w mistrzowski sposób umieli wyzyskiwać swarliwość szczepów słowiańskich, aby małych Lutyków i większych Czechów użyć za narzędzie swej przeciwpolskiej, a w dalszej konsekwencji i przeciwsłowiańskiej polityki. Jeśli chodzi o Czechów, ta swarliwość nie odstąpiła ich na całe tysiąc lat. W roku 1938 wpadają w sidła, które na nowo po traktacie wersalskim zaczęli na siebie motać.Nic się tam nie zmieniło przez tysiąc lat. W roku 965 Ibrahim Ibn Jakub wypisał pewną sentencję i ta sentencja jest tak żywa, jakby ją napisano wczoraj: „I w ogóle Słowianie są to ludzie odważni i zaczepni. Gdyby nie było wśród nich rozdwojenia wskutek wielu rozgałęzień ich pokoleń (plemion) i rozdrobnienia ich plemion, żaden lud na ziemi nie mógłby się potęgą z nimi mierzyć.” (…) Poznań jest sercem Polski. Wokół tego centrum rozchodzą się promieniami miasta peryferyjne: na południu Kraków, na wschodzie Kruszwica, Giecz, Włocławek, Gniezno, na północy Gdańsk, Kołobrzeg, Kamień, Wołyń i Szczecin, na zachodzie zaś Lubusz, Krosno, Santok, Głogów, Wrocław, Niemcza. Wrocław, leżący dziś kilkadziesiąt kilometrów od granicy polskiej, w owych czasach był grodem kresowym, ale nie granicznym; jeszcze cały szmat przestrzeni miał przed sobą. Warto przecież pamiętać, że jest taka chwila po śmierci Krzywoustego, kiedy Piastowie śląscy, Henryk Brodaty i Pobożny, a szczególnie Henryk Probus (Prawy) sięga po polską koronę królewską i bynajmniej nie myśli o Krakowie jako o swojej siedzibie. Takie były możliwości: że serce Polski przesunie się jeszcze bardziej na zachód, że Polska będzie jeszcze bardziej państwem zachodnim.Kto uświadomi sobie ten fakt, zrozumie, dlaczego pierwsi Piastowie tak wielką rolę przypisywali Odrze, dlaczego kronikarz utrwalił pierwszy gest pierwszego władcy Polski na tle owej rzeki. Ściśle rzecz biorąc, nad tą właśnie rzeką zawiązywał się początek państwa. Odra jest rzeką politycznej koncepcji Polski Piastowskiej. Znaczenie rzeki polega nie tylko na jej samym strumieniu; polega na tym, co ten strumień razem z dopływami ogarnia. Nie jest przesadą mówić, że rzeka wiąże ziemię, związuje pewien obszar w jedną całość. Można kartę geograficzną podzielić właśnie na takie dorzeczne wielkie bloki ziemne. Wewnątrz każdego bloku biegnie jego nerw centralny i spajający: rzeka.Wiąże taki blok przestrzenny również i Odra. We władaniu pierwszych Piastów była ziemia górnej Odry: Śląsk; była ziemia środkowej Odry: Łużyce i Ziemia Lubuska. Kto nie chciał stracić tych dwóch terenów, musiał mieć jeszcze dolny bieg rzeki. Tę oczywistą prawdę potwierdza dalsza historia: Polska traciła te trzy części w kolejności przeciwnej, jak je zdobywała: naprzód Pomorze, później Lubusz, a na końcu Śląsk. Ale już w chwili utraty Pomorza Zachodniego mogła być pewna: straci całą rzekę.Łączył się z tym wszystkim jeszcze jeden czynnik: po prostu komunikacyjny. Najlepszymi drogami w owe czasy były rzeki: dość powiedzieć, że wszystkie grody na zachodzie Polski powstały przy brodach na Odrze i jej dopływach. Szczególnie ważna była ta właśnie sprawa w Polsce Piastowskiej: tak się złożyło, że w pośrodku państwa, między jego wschodem i zachodem, między południem jego i północą położyły się wielkie bagna i moczary Noteci, zaległy olbrzymie, nieprzebyte puszcze. Odra była w tych warunkach kwestią życia dla państwa, które chciało być państwem morskim.Profesor Zygmunt Wojciechowski w swoich doskonałych studiach o najdawniejszej Polsce przyjmuje dwa pojęcia: pojęcie „ziem macierzystych Polski” i pojęcie Polski Piastowskiej. Przy tym pojęcie pierwsze jest węższe, pojęcie drugie szersze, pokrywa się bowiem z wielką koncepcją Chrobrego, aby granicami państwa objąć wszystkich Słowian zachodnich.Polska Mieszka I składała się z następujących szczepów: Polan, Mazowszan, Wiślan, Ślęzan, Lubuszan i Pomorzan. Kryterium odróżniania tych szczepów jest natury językowej. Językoznawcy stwierdzają, że wyliczone wyżej szczepy były sobie najbliżej pokrewne i tworzyły tzw. „grupę polską”. Ta właśnie grupa polska, biorąc rzecz w wymiarach geograficznych, tworzyła terytorium „ziem macierzystych polskich”.Natychmiast trzeba jednak zaznaczyć, że „grupa polska” była tylko jedną częścią szerszej grupy językowej, mianowicie „grupy lechickiej”, do której należeli jeszcze Weleci i Obotryci, Łużyczanie, Serbowie, to znaczy cała północno-zachodnia Słowiańszczyzna, szeroko rozpostarta w samym centrum Europy.I tu rodzi się wielkie zagadnienie: czy rozróżnienie grupy lechickiej i grupy polskiej nie jest sprawą wtórną; czy fakt, że właśnie tereny grupy polskiej utrzymały się jako ziemie macierzyste państwa polskiego, nie spowodował tego, że ten podział w ogóle wypłynął; czy w wieku X podział posiadał odpowiednik w terenie, to znaczy, czy byłyzasadnicze różnice językowe między Weletami a Polanami? Odpowiedź językoznawców jest negatywna. Nie, różnic nie było. Jest rzeczą więcej niż prawdopodobną, że wyodrębnienie grupy polskiej nastąpiło dopiero później; w czasach pierwszych dwóch Piastów język Słowian między Łabą i Wisłą był, z wyjątkiem odchyleń lokalnych, niemal identyczny. W każdym razie posiadał mniej różnic, niż dziś nawet jeszcze posiadają ich pomiędzy sobą poszczególne dialekty niemieckie.Tylko w tym świetle staje się zrozumiały plan Chrobrego: nie zadowala się granicami wytyczonymi przez Mieszka, ale buduje plan większy. Chce mieć w granicach swego państwa nie tylko to, co później nazwano grupą polską, ale oprócz tego wszystkich Weletów, Obotrytów. Łużyczan i Serbów, nie mówiąc już o zamiarach w stosunku do Czech i Słowaczyzny. Chęć posiadania Czech i Moraw wypłynęła z kalkulacji politycznej i szerokiego lotu fantazji, ale poprzednie zamiary były na pewno nie kalkulacją, tylko procesem naturalnym. (…) W obfitującym zdarzeniami roku 1937 zdarzył się w Polsce wypadek, który uszedł powszechnej uwadze. Wypadek ważny i doniosły: nimiej ni więcej, tylko zburzył do szczętu, od razu, bezapelacyjnie poglądy, z którymi nie można sobie było poradzić przez kilka stuleci.Na terenach leżących opodal katedry gnieźnieńskiej ukończona została pierwsza część wykopalisk prehistorycznych, prowadzonych rzeź Instytut Prehistoryczny Uniwersytetu Poznańskiego. Po długich poszukiwaniach udało się odszukać miejsce, na którym stał dawny rod gnieźnieński. Już pierwsze rozkopania wykazały, że miejsce to, położone na wzgórzu, nosiło na sobie nie jeden gród, i nie w jednym tylko czasie, ale że tych grodów następujących po sobie było kilka. Najmłodszy znajdował się najpłyciej i pochodzi z okresu Mieszka I albo Chrobrego. Pod nim, w niższych warstwach znaleźli prehistorycy resztki innych budowli grodowych.Taki prehistoryk przewraca warstwy ziemi, jak karty książki. Im głębsza warstwa, tym starsze znaleziska. W ten sposób w Gnieźnie,po ustaleniu ośmiu warstw, dostano się do najniższej: odpowiada ona końcowi wieku VII po Chrystusie. Warstwy są różne, ale istnieje między nimi ścisła, chronologiczna łączność. Każda wykazuje, że w tym miejscu stał gród. Gród ważny, najpewniej książęcy, co zresztą potwierdzone zostaje już i przez historię.Mieszkał w tym grodzie książę (pierwsi władcy Polski nie mieli stałych siedzib, przenosili się z dzielnicy do dzielnicy), książę rządzący albo jeden z jego podwładnych, w każdym razie zawsze człowiek ważny, jeden z tych, którzy byli założycielami nowego państwa.W poszczególnych warstwach ziemi znajduje się przy rozkopywaniu nie tylko zmurszałe belki i głazy kamienne; w wielkiej ilości zalegają te ziemne pokłady również i przedmioty, które służyły do życia codziennego mieszkańcom grodu. Przedmiotów takich znaleziono tysiące. Różnych. I takich, których nikt nie oczekiwał. Któż bowiemmyślał, że w pokładach z X stulecia znajdą się kompletne przybory toaletowe oraz kosmetyczne, i to nie przywiezione ze wschodu czy południa, tylko już przez własny, krajowy przemysł wykonane. Nie o kreślenie wszakże obrazu obyczajowego na podstawie niespodzianych znalezisk chodzi. Ważność odkryć gnieźnieńskich polega na tym, że wśród setek i tysięcy przedmiotów używanych przez naszych przodków od wieku VII do XI nie ma zupełnie przedmiotów pochodzenia nordycznego, wikińskiego, germańskiego. Ani jednego przedmiotu!Nie wiem, czy wszyscy zdają sobie sprawę, co to znaczy. Nauka niemiecka do dzisiaj twierdzi, że państwo polskie zostało zorganizowane przez rycerzy germańskich. Jest to tzw. „teoria najazdu”, głoszona, niestety, również przez dawniejszych polskich historyków: Szajnochę, Piekosińskiego, Krotoskiego. Według tej teorii dynastia pierwszych książąt polskich pochodzi od rycerzy germańskich, którzy ziemie lechickie najechali i postąpili z nimi, jak później z Rusią. Wynaleziono zresztą nawet malowniczą nazwę dla Mieszka, który miał być rzekomo skandynawskim rycerzem Dagonem.Zawiązki państwa polskiego poczynały się w dzisiejszej Wielkopolsce. Punkt ciężkości nie stal w jednym miejscu. Przesuwał się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, między Poznaniem, Gnieznem i Kruszwicą. W pewnym okresie czasu związany byt z Gnieznem, w innym z Kruszwicą. Skoro więc w jednym z tych punktów, pomimonajskrupulatniejszych poszukiwań, nic udaje się znaleźć przedmiotów pochodzenia skandynawskiego, „teoria najazdów”, stworzona (dziś to już wiadomo z całą pewnością) jako argument polityczny przez Niemców, a polskim historykom zręcznie podrzucona – musi upaść ostatecznie i raz na zawsze. Założyciele państwa polskiego nie byli pochodzenia germańskiego. Ale kim byli? Odpowiedź jest jedna, logiczna: byli oni krwią krwi i kością kości tych, którzy tutaj od prawieków mieszkali: wojewodami wybieranymi na czas wojny, sędziami na czas pokoju. Rzecz oczywista, musieli mieć przodków. Z kamienia się nie poczęli. Nie było tylko ludzi, którzy by nam imiona poprzedników przekazali. Wiadomo jedynie z późniejszych nieco źródeł, że w czasach przedhistorycznych rywalizowały ze sobą dwa przodujące rody. Popielidów i Piastów. Starszy ród, usadowiony w Kruszwicy (vetus regia), skutkiem niepopularności i wad (których liczne odbicia znajdują się w podaniach lechickich) ustąpił rodowi młodszemu, energicznemu, zdobywczemu, który w stosunku do starego był rodem dorobkiewiczów. Ale młodość zawsze dystansuje wyczerpującą się sędziwość. Rzecz zresztą możliwa, że Piastowie byli majordomusami na dworze Popiołów, majordomusami, czyli piastunami. Stąd nazwa.Udało się historykom wywieść poprzedników pierwszego władcy polskiego, a nawet zakreślić im ramy czasowe! Ale mimo wszystko są to tylko przypuszczenia i pewności zupełnej dać nie mogą. Ta przypuszczalna tablica protagonistów przedstawia się następująco: Popielidzi. Ziemowit Piast (861-892). Leszek (892-913). Ziemomysł (913-960). Mieszko I (960-983). Ziemomysł miał trzech synów: Mieszka, którego zwano później w źródłach „królem północy”, Czcibora i trzeciego, którego nawet z imienia nie zna historia. (…) NA 700 LECIE BERLINA Na słupach ogłoszeniowych, w biurach podróży, w hallach dworców, w tramwajach, w restauracjach, na murach domów – wielkie afisze: „700 Jahre Berlin”, Siedemsetlecie Berlina. „Wielkie, wspaniałe uroczystości. Przyjeżdżajcie! Każdy Niemiec powinien wziąć udział w tym narodowym święcie!” Afisze ozdobiono różnymi rysunkami:na jednych puszył się nad napisem zakuty w żelazo rycerz, na innych ciągnął między literami wezwania korowód pochodu, w którym na pierwszym planie zjawiały się piękne kobiety jadące konno pod osłoną wielkich, fantazyjnych kapeluszy z kitami wspaniałych piór (…) To, że w sierpniu owego roku zboczyliśmy z trasy i zrobili wypad do Berlina – sprawiły właśnie owe barwne afisze. Jakżeż można być w obcym kraju, w chwili gdy ten kraj obchodzi jubileusz swego stołecznego miasta, i nie zajrzeć na te uroczystości? Pociągała sama ciekawość, ale również trochę i skrywana w sercu złośliwość. 700 lat! Ładny okres czasu, tylko jak na stolicę państwa, jak na dumne odwoływanie się do przeszłości – czy nie trochę jednak za ryzykowny?Pomysł urządzenia jubileuszu miasta Berlina był pomysłem nagłym i nowym. Na postawienie go w porządek dzienny wpłynęło kilka względów: namiętna, zawzięta pasja poszukiwania wciąż nowych pretekstów do uroczystości i świąt ludowych, ale i chęć wiązania niciz przeszłością. Należy wyznać z całym możliwym obiektywizmem, że spomiędzy pomysłów dążących do ewokowania wielkiej pragermańskiej przeszłości ten pomysł berliński był najmniej szczęśliwy. Bo, aby mógł zyskać walor propagandowy, trzeba było w urządzeniu obchodu bardzo wiele pozmyślać, sztukować i kłamać – a zmyślenie umieszczone w trzynastym stuleciu jest bądź co bądź rzeczą niebezpieczną; są to przecież czasy doskonale historii znane i widne.Trudności wyłoniły się już choćby w zakresie kostiumowo-dekoracyjnym.Szlachetny przykład Anglii i Francji, a także przykład miast południowo-niemieckich – stawia pewną normę, jak się powinno jubileusze miast obchodzić. Powinno się obchodzić wywoływaniem przeszłości. Przed oczyma współczesnych gapiów powinny się przetoczyćkawalkady imitujące do złudzenia dawne życie: kostiumy, rekwizyty, urządzenia, cechy, chorągwie, wojska, a więc wszystko to, co było naprawdę, co tworzyło bogactwo i rdzeń ówczesnego życia. Gdyby się trzymać uczciwie tej recepty, uroczystości Berlina powinny wyglądać tak: nad brzegiem rzeki Sprewy odbudowanoby niewielką wioskę rybacką, w której tkwi kilkudziesięciu słowiańskich rybaków zaszytych w głąb puszczy. Dla zaostrzenia smaku można by jeszcze rozmieścić po okolicznych krzakach po dwóch, trzech rycerzy-obieżyświatów, którzy zachłannym wzrokiem przyglądają się spokojnemu życiu rybaków ostrząc jednocześnie klingi magdeburskich mieczy. Tak wyreżyserowane widowisko byłoby jednak z wielu względów nieodpowiednie, choć pokrywałoby się z prawdą. Należało więc odwołać się do twórczej rekonstrukcji i działać przez analogię. Wzorów dostarczyć mogły w wielkiej obfitości miasta południowo- i zachodnio-niemieckie, które w owym trzynastym wieku, w owym feralnym roku 1237 już istniały i kwitły. Któż może zabronić takich pożyczek historycznych, któż może sprawdzać i kontrolować? W każdym razie nie uczestnicy pociągów popularnych, zjeżdżających tu z całych Niemiec. (…) Natomiast sama uroczystość udała się naprawdę. Szaleli dekoratorzy, ogrodnicy, pirotechnicy, szalał tłum historyków. Na uroczystość siedemsetlecia Berlina wydano niesłychaną ilość książek (…) I jeszcze nigdy w jednym roku nie napisano (…) tylu bredni i potwornych kłamstw od razu, od jednego zamachu, ile ich napisały katedry historyczne uniwersytetów niemieckich w roku Pańskim 1937. Bo pomijając już wszystko inne, wszystko, każdy szczegół uboczny i dodatkowy, ta sprawa zostaje najważniejsza: pod datą roku 1237 w dokumentach historycznych nazwa stolicy dzisiejszych Niemiec nie była zanotowana. (…) PO DRODZE Miasta na Pomorzu Zachodnim porozrzucane są rzadziej niż w innych krajach Rzeszy, i wszystkie, trzeba to obiektywnie stwierdzić, mają charakter niemiecki. W zewnętrznym wyglądzie. W architekturze, która jest ciężka, przygniatająca, pruska. A raczej lepiej powiedzieć – krzyżacka. Bo o ile wsie posiadają do dziś wiele charakteru polskiego, o tyle miasta ten charakter zatraciły, a stratę zawdzięczają właśnie Krzyżakom. Nie bardzo na to jeszcze w nauce zwracano uwagę, zaledwie napomknienia rzucając, ale pogląd ten będzie musiał być zbadany i rozpatrzony: że miasta pomorskie rozbudowywane były przez Niemców według pewnego systemu komunikacyjnego. Mianowicie tak były dobierane, aby dzielił je pomiędzy sobą zawsze jeden dzień drogi konnej. Z Frankonii do Prus Wschodnich właśnie przez Pomorze Zachodnie i Gdańskie biegł trakt krzyżacko-pocztowy i na tym szlaku osadzały się miasta. Dokładniej: miasta, które na tym szlaku się znajdowały i do niego pasowały, mogły liczyć na rozbudowę, zwiększenie, inne malały. Bo przecież wiadomo, że nowych miast pomorskich Niemcy założyli niewiele; to, co oni nazywają założeniem, było tylko rozbudowaniem; na słowiańskich grodach.Warto wymienić, wskazując na mapę, takie nazwy: Bytów (Billow), Lębork (Lauenburg), Słupsk (Stolp), Sławno (Schlawe), Derłów (Rugenwalde), Białogard (Belgard), Kołobrzeg (Kolberg), Trzebiatów (Treptow), a zbaczając na południe: Miastko (Rummeisburg) i Szczecinek (Neustettin). We wszystkich tych miastach spotkać można charakterystyczne budownictwo, bliźniaczo podobne do budownictwa krzyżackiego. Przy wjeździe do miasta – wysoka turma z czerwonej cegły, w kościołach gotyk, tzw. „gotyk wiślany”. Gdy się tak te rzeczy ze sobą zestawia i kojarzy, wówczas i pewne zaułki historii stają się jaśniejsze, odpada wiele historycznych złudzeń.A w każdym z tych miast, w owych starych czerwonych budowlach znajdują się nieprzebrane bogactwem archiwa, w których drzemią dokumenty historyczne. Wiele z tych archiwalnych bogactw zostałojuż przetrzebionych, wiele wywieziono do Szczecina i Berlina, ale dość dużo jeszcze jest. To, co pozostało, dzieli się na dwie części: jedna, która dotyczy spraw niemieckich, jest wystawiona na widok publiczny; drugą, dotyczącą spraw polskich, skrzętnie zamyka się przed niepowołanymi. Zupełnie tak samo, jak z archiwami w Gdańsku.Takie „nieprzenikliwe” archiwum posiada każde tutejsze miasteczko. W Kołobrzegu jest na przykład obszerne, kilkuizbowe archiwum ze zbiorami dokumentów polskich, które stało się dla świata nauki zupełnie niedostępne. Gdy się wspomni o gościnności, jakiej doznają Niemcy w polskich archiwach, o swobodzie, jaką się tu cieszą, a gdy się równocześnie ma w pamięci owe zaryglowane zbiory pomorskie – ogarnia człowieka gorycz. Nie jestem mściwy, nie znam uczucia podjudzania, ale przecież trochę sprawiedliwości by się przydało: przecież to gorzko pomyśleć, że w Polsce nie posiadamy ani jednej monografii Pomorza Zachodniego z powodu braku źródeł, że w społeczeństwie polskim skutkiem tego zginęła świadomość polskości Pomorza Zachodniego. Znikła, rozwiała się, jak mało która strata.Gościnnie rozwarte archiwa w Polsce i zaryglowane w Niemczech. Jedyna pociecha i jedyne tłumaczenie: że my nie mamy czego ukrywać, Niemcy ryglami ukrywają polskość niemieckiego Pomorza.W przeciwieństwie do miast, wsie posiadają charakter polski w budownictwie, w zwyczaju, w sposobie zabudowania. Nic dziwnego. Dziś wieśniacy pomorscy mówią już po niemiecku, ale kilkadziesiąt, ale sto lat temu iluż naprawdę umiało ten język?! W pamiętnikach szlachty pomorskiej z ubiegłego wieku można czytać takie zwierzenia:ojciec kształcił syna w prawie, w rzemiośle wojskowym, w administracji i w mowie polskiej. Brał guwernera Polaka. Inaczej syn, który miał się dobijać urzędu krajowego, nie byłby zrobił żadnej kariery. Nie umiałby się rozmówić z przychodzącymi do urzędu.A w Szczecinie, w wielkim, wcześnie zniemczonym Szczecinie niektóre księgi parafialne jeszcze w połowie zeszłego wieku były prowadzone po polsku. Bowiem góra była niemiecka albo zniemczona, ale lud był polski. Ostateczna germanizacja dokonała się po roku 1850, w związku z uderzeniem germanizmu na Wielkopolskę. Wielkopolska się obroniła, ale padła polskość Pomorza Szczecińskiego, ogarnięta na peryferiach językowych uczuciem beznadziejności.Inny rozdział to pamiątki tkwiące głębiej pod powierzchnią. Nawiązujące do czasów dawniejszych. Nie wspominam o nazwach. Jeśli Meklemburgia posiada ponad 50% nazw pochodzenia słowiańskiego, to Pomorze ma ich procent znacznie wyższy, bez mała podwójny. Likwiduje się nazwy z zajadłością, ale mimo to zostaje ich jeszcze dość na świadectwo prawdzie.Chodzi o pamiątki innego rodzaju. O ruiny dawnych grodów słowiańskich, oraz o resztki kaplic, kościołów, dworów i pałaców polskich. Wiele tego jeszcze zostało. Pod Szczecinem w Przylepie (Schadenleben), Lelbehn (Streihofer Alpen), Kolbaczewie (Colbitzow), Starkowie (Storkow), Pniewie (Pinnow); dalej, w pewnej odległości za Bysinem (Boissin), koło Szczecinka (Neustettin) w Parsędzku (Persanzig), koło Makowic (Mackfitz). Za Naugardem, ponad jeziorem Waświn (Wothschwiensee), w miejscowości Ruckwerder znajdują się wały słowiańskie, podobnie na zachód od Kalisza (Kallies), w miejscowości Faikenburg. Na zachód od Schivelbein znajduje się wzniesienie zwane „Polacken-Berg”, koło Draumburga znajduje się miejscowość „Starosten-Burg”, słowiańskie pamiątki znajdują się koło Juchowa i koło Altmuhl. Szczególnie wymienić należałoby stare cmentarzysko słowiańskie na północ od Szczecinka, koło miejscowości Wurchtow. Pod Anklam i Słupskiem znajdują się ruiny klasztorów św. Wojciecha, znak, że kult świętego z Gniezna głęboko tkwił kiedyś na Pomorzu.Tych pamiątek, tych wykopalisk jest tak wiele i tak na każdym miejscu, że aż ów nadmiar stał się powodem kapitalnego pomysłu. Oto w pierwszych latach po wojnie wszystkie muzea polskie i ludzie pracujący naukowo otrzymali od pewnego „uczonego” niemieckiego z terenu Pomorza Zachodniego list i katalog. W liście było napisane, że „uczony” dostarcza do muzeów wszelkie okazy wykopalisk, w katalogu podane zostały ceny. Łopatka brązowa tyle, ułamek urny tyle, żelazna ostroga tyle. Według gustu, upodobania i miejsca w gablotce. Szeroki handel fałszu historycznego. Takie to pomysły rodzi plenne w wykopaliska słowiańskie Pomorze Zachodnie. Osobny rozdział poświęcić trzeba kościołom. Jeszcze w kilku miejscach znajdują się stare, piękne kościoły drewniane. Dwa lata temu spalił się w Piasznie jeden z tych kościołów, przepiękny modrzewiowy barok.A kazalnica w Radaczu (Raddatz) Jest to historia tak osobliwa, że należy ją opowiedzieć dokładniej. (…)
  35. Piotrx said

    I jeszcze o niektórych nazwach miejscowych .

    Zagadnienie najdawniejszej granicy między Polską a Rusią należy do kwestii spornych i od dawna dyskutowanych . Niniejszy tekst rozważa te sprawy od strony toponomastyki, czyli nauki będącej działem językoznawstwa , zajmującej się badaniem nazw geograficznych (gr. topos-miejsce, onyma-imię) . Zasadniczo opiera się on na wybranych fragmentach i skrótach artykułu „Prapolski bastion toponimiczny w Bramie Przemyskiej i Lędzanie” prof. Jerzego Nalepy. – Piotrx

    Prapolski bastion toponimiczny w Bramie Przemyskiej i Lędzanie
    prof. Jerzy Nalepa
    /skrot artykulu/

    W wielu opracowaniach historycznych i w należących do nich ujęciach kartograficznych podaje się ,że najdawniejsza granica między Polską a Rusią biegła mniej więcej wzdłuż Wieprza i Wisłoka , ogólnie biorąc na zachód od górnego Sanu. Za tą linią opowiadają się różni , także polscy historycy , często w najbardziej oficjalnych wydawnictwach ostatnich dziesięcioleci np. „Historia Polski” pod redakcją H.Łowmiańskiego – mapa pt. „Słowiańszczyzna zachodnia w IX wieku” lub „Wielka Encyklopedia Powszechna PWN ” – mapa ” Polska za Bolesława Chrobrego”. W „Atlasie historycznym Polski” na mapie pt. „Slowiańszczyzna zachodnia w latach około 800-950” granica wschodnia „polskiej grupy językowej” poprowadzona jest linią Wieprz – Wisłok ze znacznymi odchyleniami na zachód – np. aż po średni Liwiec na Mazowszu i Poprad w Karpatach (!) . W ten sposób beztrosko przeniesiono stan w przybliżeniu z połowy XIX wieku o tysiąc lat wstecz. W „Dziejach Polski ” pod redakcją J.Topolskiego na barwnej mapie pt. „Granice państwa Piastów” obszar między Wieprzem -Wisłokiem a Bugiem i górnym Dniestrem (z wyłączeniem okolic Lwowa pokrętną , nie wiadomo czym uzasadnioną linią) określony jest jako „zdobycze Bolesława Chrobrego – stan 1018 r.” . Tą samą barwą jak Morawy i Słowacja , co sugeruje , że monarcha również na wschodzie zajął ziemie niepolskie.

    Analogiczny stan rzeczy znajduje się na mapie „Poland c. 963-1034” reprezentacyjnego kompendium przeznaczonego dla obcokrajowców pt. „History of Poland”, gdzie wspomniane wyżej ziemie zostały zaliczone jako „Conquests of Bolesław the Great”. Jednak na przekór opiniom wielu historyków utrzymujących, że brak jest językoznawczych dowodów na pobyt na tych ziemiach elementu zachodniosłowiańskiego (polskiego) można stwierdzić ,że dowody takie istnieją w postaci archaicznych nazw miejscowych. Wstępny przegląd nazewnictwa geograficznego ziem dorzecza Sanu, Bugu i górnego Dniestru pozwolił ujawnić kilkanaście archaicznych hydronimów (nazw rzek) i toponimów (nazw miejscowości) należących do kompleksu zachodniosłowiańskiego, a tym samym prapolskiego.

    Są to nazwy takie jak, jak znane od dawna jako dowód pierwotnej polskości górnego Pobuża: Bełz, Bełżec, Bełzec, a poza tym Stobnica (prawy dopływ Wisłoka), Baryczka (dawniej Barycz lewy dopływ Sanu), Sopotnik, Krakowiec, Strwiąż, wieś Barycz nad Strwiążem, Sopot Wielki i Sopot Mały koło Lubaczowa, Sopot nad Stryjem na południe od Borysławia, a poza tym hydronimy (nazwy rzek ) w dorzeczu górnego Dniestru – Tyśmienica i Kłodnica. Spośród tych nazw największą wartość przedstawia zwarty bastion zachodniosłowiańskich (prapolskich) nazw Stubno-Barycz-Nakło na wschód od Sanu, a na północny wschód od Przemyśla.

    W odległości ok. 15 km. Od Przemyśla znajduje się skupisko trzech miejscowości , których nazwy wskazują na przynależność do ziem zachodniosłowiańskich ( prapolskich) . Są to Barycz ,Nakło, Stubno, Stubienko. Zdrobniała forma Stubienko pochodzi zapewne od podstawowej – Stubno . Niewątpliwie jest to miejscowość filialna wobec Stubna. Dzisiejsza forma tej nazwy – Stubno – jest wtórna . Pierwotna jest poświadczona w dokumencie króla Kazimierza Wielkiego z roku 1358, w którym jest ona wymieniona dwukrotnie jako Stobno z wzmianką – „ab antiquo” z czego może wynikać ,że już wtedy Stobno było uważane za wieś starą ( znajduje się tu małe grodzisko co też potwierdza starożytność tej wsi ). Kiedy forma Stobno została wyparta przez Stubno nie udało się jak na razie ustalić. Nazwa Stobno (dziś Stubno) zawiera w sobie wymarły już dawno w językach słowiańskich rdzeń ‚stob-‚ , którego odpowiednikiem zachodniobałtyckim (pruskim i jaćwięskim) jest rdzeń ‚stab-‚ ze znaczeniem ‚kamień’. Etymologię tą potwierdza nazwa wsi Stobno leżącej około 10 km na południe od Kalisza, w której znajduje się wielki głaz eratyczny oraz inne dane pochodzące przykładowo z terenu Suwalszczyzny.

    Równie stara jak Stobno jest nazwa Barycz. Na przykład rzeka Barycz płynąca pograniczem Wielkopolski i Śląska i uchodząca do Odry ma od dawna ustaloną etymologię ( ‚bara-‚ prasłowo urobione jak ‚gorycz’ , ‚słodycz’ oznacza ‚bagna’ – rzeka ta wypływa z bagnistych łąk i płynie szeroką zabagnioną doliną) . Nazwy od rdzeni ‚stob-‚ i ‚bar-‚ nie są południowo-wschodniej Polsce czymś wyjątkowym i nie ograniczają się tylko do wspomnianego kompleksu Stobno-Barycz-Nakło . Na południe od Rzeszowa płynie rzeka Stobnica uchodząca do Wisłoka pod Strzyżowem i Baryczka (dawniej Barycz – czego dowodzi chociażby nazwa leżącej nad nią wsi) wpływająca do Sanu pod Dynowem. Nazwa Barycz występuje także na prawym brzegu rzeki Strwiąż , pierwszego znaczniejszego dopływu górnego Dniestru , w odległości około 10 km na zachód od miasta Sambor. Nazwa ta ma oparcie w rozległych bagniskach ciągnących się od dolnego Strwiąża wzdłuż Dniestru aż poza okolice ujścia Tyśmienicy.

    Nazwa Nakło ma także bardzo starą metrykę. Jej wariant męskiego rodzaju Nakel (dzsiaj byłby Nakiel) poświadczonym jest na pograniczu Wielkopolski i Pomorza w kronice Galla Anonima z początku XII wieku. Nakło jest to pierwotnie chyba głównie piaszczyste namulisko na zakrętach rzecznych w postaci ‚kła’ , to znaczy klinowatego półwyspu powstającego na skutek podmywania i obrywania brzegu rzeki i powstawania ‚nakła’ przy brzegu przeciwnym. Oprócz archaizmów w rejonie bastionu Stobno-Barycz- Nakło w dorzeczu najbardziej górnego Dniestru znajduje się jeszcze jedna bardzo stara nazwa , całkowicie obca wschodniosłowiańskim ziemiom, a mianowicie Sopot , prawoboczny dopływ rzeki Stryj i wieś o tej nazwie ok. 25 km na południe od Drohobycza. Nazwy od tej osnowy mamy również dalej na zachód: Sopotnik, potok i wieś pod Przemyślem (były powiat dobromilski), Sopot Mały i Sopot Duży pod Lubaczowem (były powiat Rawa Ruska) .

    Nazwy te są pochodzenia dźwiękonaśladowczego i oznaczały najprawdopodobniej głównie wodospady w rzekach i potokach. Interesującą pozycję stanowi Krakowiec (były powiat jaworowski) . Jest to miasteczko przy drodze ze Lwowa do Jarosławia nad rzeką Szkło (Krakówką). Również nazwy od rdzenia ‘krak-‘ występują tylko u Słowian zachodnich i południowych, natomiast brak ich zupełnie u Słowian wschodnich. Rdzeń ten między innymi oznaczał ‘rozkraki’ czyli odnogi, odgałęzienia rzeczne – w miejscu , w którym znajduje się Krakowiec zbiega się kilka rzek. Zasięg nazw prapolskich obejmuje nie tylko najbardziej górny odcinek Dniestru ,ale także obszar leżący dalej na wschód niemal po dolinę rzeki Stryj. Rzeka Tyśmienica ,będąca prawym dopływem Dniestru , płynie począwszy od Drohobycza w terenie bagnistym, a poniżej Wróblewic wchodzi w obszar wielkich moczarów naddniestrzańskich. Również Tyśmienica – prawy dopływ Wieprza na Lubelszczyżnie – też wypływa z wielkich błot. Jeśli nazwa Tyśmienica jest starszą formą nazwy Tymienica , a jak podawał A.Bruckner ‚tymiano’ oznaczało tyle co ‚błoto’ , przy czym wyraz ten występował tylko w nazwach łąk ,błot i rzek np: ‚tymieńska łąka’ , ‚ struga Tymianka’ , ‚osada Tymieniec’ , to teza o zachodniosłowiańskim rodowodzie tej nazwy doznaje dodatkowego wzmocnienia.

    Warto przypomnieć także inne ustalenie tegoż A.Brucknera ,że nazwa starożytnego grodu, ongiś stolicy księstwa i wojewódzkiego – Bełz (około 43 km na wschód od Tomaszowa Lubelskiego) jest nie ruska , lecz niewątpliwie polska. Z rozważań językoznawców wynika ,że ruska postać tej nazwy powinna brzmieć ‚Bołz’ ale postać taka nie jest potwierdzona ani w źródłach historycznych ani w miejscowych gwarach ludowych . Natomiast forma ‚Bełz’ udokumentowana jest już we wczesnym średniowieczu . Nazwa ta dotyczy nie tylko miasta , ale także rzeki nad którą Bełz leży. Dziś rzeka na nosi nazwę Sołokija , ale w dawnych źródłach występuje jako Bełz (Jan Długosz ) lub Bełza (źródło z XVI w) . Poza tym znane są dwa potoki o nazwie Bełzec w dorzeczu górnego Bugu oraz miejscowość Bełżec.

    Osobną grupę stanowią tak zwane nazwy jenieckie. Przykładem tego może być miejscowość Pomorzany w leżąca w odległości 18 km. na południe od Złoczowa oraz druga miejscowość o tej samej nawie leżąca w byłym powiecie zborowskim. Są to najprawdopodobniej wsie jenieckie. Ponieważ książęta ruscy z wyprawami na Pomorze nie docierali więc należy przyjąć ,że w tej strefie osadzili Pomorzan monarchowie polscy.

    Jeśli chodzi o rejon samego Przemyśla , to potwierdzenie jego prapolskości znajdujemy w źródłach pisanych i to na dodatek ruskich. Mianowicie w latopisie tzw. Nestora czyli „Powieści lat doczesnych” pod rokiem 981 zapisano: „W roku 981 poszedł Włodzimierz ku Lachom i zajął grody ich: Przemyśl , Czerwień i inne grody…”. Ze zdania tego niedwuznacznie wynika ,że Przemyśl i Czerwień były grodami lędzkimi czyli polskimi. Przyjmuje się ,że Przemyśl , podobnie jak grody Czerwieńskie przyłączył ponownie do Polski Bolesław Chrobry w 1018 roku , w roku 1031 zaś powtórnie zagarnęła je Ruś, czego dowód znajdujemy znowu u Nestora: „W roku 1031 Jarosław i Mścisław zebrali wojów mnogich , poszli na Lachów i zajęli Grody Czerwieńskie znowu i spustoszyli ziemię lacką , i mnóstwo Lachów przywiedli , i rozdzielili ich. Jarosław osadził swoich nad Rosią , i są do dziś dnia „.

    W roku 1069 odzyskał je dla Polski Bolesław Szczodry , ale w 1092 Ruś zabrała je ponownie. Prapolskość Przemyśla poświadczona jest więc przez wybitnego ruskiego kronikarza zwanego Nestorem. Skoro tak to należy przyjąć ,że do dziedzin Prapolaków należało związane z Przemyślem terytorium tj. kraj Lachów-Lędzan rozpostarty w górnych częściach dorzeczy Sanu, Bugu i Dniestru. Zasięg ten poświadczają archaiczne prapolskie hydro- i toponimy. Warto podkreślić , że wnioski te są także zgodne z ustaleniami prof. G.Labudy , które zresztą zostały oparte na odmiennym materiale badawczym.

    Okazuje się więc ,że opisy i przedstawienia kartograficzne najdawniejszej granicy między Słowianami zachodnimi a Słowianami wschodnimi w tym regionie , określane w przybliżeniu biegiem Wieprza i Wisłoka , są błędne. Jest to nie mająca żadnego uzasadnienia projekcja stanu głównie z XIII wieku , kiedy ziemie te znalazły się pod politycznym władaniem Rusi. Ludność prapolska uległa tu w znacznym stopniu rutenizacji , czy też wyparciu. Element polski uległ tu osłabieniu także wskutek deportacji , np. pod Kijów nad rzekę Roś już w początku XI wieku (Nestor – zapiska z roku 1031). Świadczy też chyba o tym przeniesienie nazw takich jak Sanok i Wisłok z dorzecza Wisły w dorzecze Worskli , lewobrzeżnego dopływu Dniepru. Faktem jest też to ,że nazwa Przemyśla powtarza się na Wołyniu (nad górnym Horyniem – jako Peremyszel, Peremysl) i w pobliżu Oki (jako Peremysl). Występuje też nazwa Przemysłów w byłym powiecie sokalskim i Przemysłowo w byłym powiecie wołkowyskim. Jednak chyba trudno byłoby wprost udowodnić ,że nazwa Peremysl w dorzeczu górnego Horynia i Oki została przeniesiona znad Sanu. Ale decydujące znaczenie w osłabieniu elementu polskiego miało prawdopodobnie narzucenie prawosławia miejscowej ludności i zruszczenie jej przez cerkiew.

    Mapki z naniesionymi nazwami miejscowymi mozna znalezc tytaj:
    http://www.kki.pl/pioinf/przemysl/dzieje/bastion/bastion.html

  36. JO said

    ad.1 . Jestem w Posiadaniu ksiezki z 1831 roku, ktora wylicza Wladcow Lechickich od VI wieku po narodzeniu Pana Jezusa. Od Lecha, po Leszka do Mieczyslawa I czyli Mieszka I i dalej. Miedzyczasie byl Krak i Wanda….

  37. Wandaluzja said

    Ad. 36: To są prohibity; czy chcesz Pan, żeby Amerykanie Pana otruli? jak Lwowsko-Wrocławską Szkołę Archeologiczną i Architektoniczno-Historyczną, że zostałem tylko ja, choć na mnie było chyba więcej zamachów niż na Korfantego.
    Dlatego Niemcy obiecali milion ton złota z sateliatrnej detekcji POLKOM za tuskowanie Funkcjonalnej Chronologii Architektury Niemieckiej. Wygląda, że te milion ton złota Amerykanie znaleźli na Syberii w trakcie szukania tam amerykańskich guzików mundurowych z wojny wietnamskiej? co chciał drukować Leszek Bubel. Może pochodzi ono od cywilizacji Syberyjskich Miast Pod Lodem sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat?
    Musiał być jakiś POWÓD, że Amerykanie w/s Amerykańskiego Katynia wzięli wodę w usta? więc może zapłacili sobie Polskim Bobrem Kasztelańskim.

Sorry, the comment form is closed at this time.