Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Poronienie

Posted by Marucha w dniu 2012-05-31 (Czwartek)

Kiedy ktoś pyta nas ile mamy dzieci odpowiadam, że trójkę… czasami dodaję, że w sumie to piątkę, bo dwoje mamy w Niebie.

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym jak przeżywa poronienie kobieta lub mężczyzna, dopóki sam nie doświadczyłem bólu jaki powstaje w wyniku utraty nienarodzonego dziecka. Kiedy słyszałem, że jedna z sióstr ze wspólnoty w której jesteśmy razem z żoną informowała o kolejnej poronionej ciąży, czułem współczucie, ale nie zastanawiałem się nad tym głębiej – po prostu miało być dziecko, nie ma go… co poradzić.

Życie bierze początek z miłości… (LOVE)

Moja żona jeszcze jako młoda dziewczyna pragnęła mieć dużo dzieci, najlepiej siódemkę. Bała się jednak, że to raczej nie możliwe, bo nie widziała przykładów zdrowych rodzin wielodzietnych i posiadanie większej liczby dzieci wiązała głównie ze statusem materialnym jako czynnikiem decydującym. Ja w sumie pochodzę z rozbitej rodziny, wychowywałem się bez ojca i matki, a ich rolę przejęła moja babka i pełniła ją na miarę swoich możliwości do 19 roku życia. Również pragnąłem mieć rodzinę, ale w moim przypadku pomijając kompletny strach przed wchodzeniem w relacje damsko-męskie i brak wzorców, stoczyłem się na dno szukając akceptacji ulicy. Poznaliśmy się we wspólnocie Neokatechumenalnej. Z biegiem czasu Chrystus leczył rany, pomagał odbudować życie sakramentalne oparte także na uczeniu się słuchania Słowa i dodawał nam odwagi by stać się dla siebie darem i przypieczętować naszą miłość sakramentem małżeństwa. Pierwszy raz spotkaliśmy małżeństwa ze wspólnot, które bez lęku i z radością przyjmują kolejne dziecko pod swój dach i nie dzieje się nikomu krzywda, a jest odwrotnie…

W obliczu śmierci miłość przestaje być teorią… (DEATH)

Nasz pierworodny syn przyszedł na świat dziewięć miesięcy po ślubie kiedy jeszcze byliśmy na studiach, ale nie chcieliśmy odkładać poczęcia. Ciąża była zagrożona i wtedy też pierwszy raz zetknąłem się teoretycznie z możliwością poronienia. W pierwszym trymestrze moja żona miała plamienia krwią. Pamiętam jak odebrałem ją z ławki na miasteczku akademickim i pojechaliśmy do szpitala. Siedzieliśmy w poczekalni, żona zakrwawiona, ja przestraszony. Po badaniach stwierdzono, że prawdopodobnie doszło do poronienia. Byłem zmieszany i zdezorientowany, czułem, że przegrałem ale nie miałem przecież na to wpływu. Zadzwoniłem do jednego z braci który miał piątkę dzieci licząc, że da mi jakieś wskazówki i ogólnie potrzebowałem o tym komuś powiedzieć. Powiedział mi żebym nie spieszył się tak szybko z oceną sytuacji i pilnował by żona nie została zabrana zbyt wcześnie na łyżeczkowanie, bo to tylko przypuszczenia mogą być w przypadku plamienia.

Na szczęście pojawiła się sędziwa Pani doktor, która przyszła na dyżur i po zapoznaniu się z wynikami badań, wskazała palcem na zdjęcie USG i powiedziała – „tu jest dziecko”.  Żona musiała leżeć tydzień plackiem w szpitalu by nie dopuścić do odklejania się łożyska od macicy, a to było powodem plamienia… pod koniec ciąży  tuż przed porodem dostała krwawienia bardzo silengo i konieczna była cesarka. Jednak urodził się nam zdrowy, piękny, wymarzony syn… Franciszek.

Z każdym kolejnym dzieckiem nasza miłość rozkwitała jeszcze bardziej. Półtorej roku później przy pomocy cesarskiego cięcia przyszła na świat upragniona córka… Róża. Żona pragnęła mieć naturalny poród, ale nie było to możliwe. Pragnęliśmy mieć kolejne dziecko i czuliśmy że to dobry czas. Wiedzieliśmy, że będzie również cesarka. Urodził się syn… Jan Jakub. Trzecie dziecko kompletnie odmieniło nasze małżeństwo, nasz dom, relacje panujące w domu. Na prawdę wiele radości dla nas jako rodziców, ale i starszego rodzeństwa. Pojawiły się także kryzysy i napięcia, czasami nie wiedzieliśmy jak ogarnąć rzeczywistość. Jednak nie wyobrażaliśmy sobie byśmy coś stracili i nie tęskniliśmy do naszego poukładanego życia jakie mieliśmy z dwójką dzieci. Wiadomo każde dziecko to wszechświat i nie działają tu szablony, nakładki lub odgrzane patenty.

„Gdy my umieramy, wy otrzymujecie życie…” (LIFE)

Decyzję o kolejnym, czwartym dziecku podejmowaliśmy z drżeniem. Kiedy test ciążowy okazał się pozytywny czuliśmy, że zapaliła się kolejna gwiazda na niebie z której powstanie indywiduum na miarę wszechświata. Wydaje się, że wszystko już znasz. Wizyta u lekarza, badania, USG i oczekiwanie. Projektujesz i zaczynasz snuć plany. Lekarz który nas już zna od pierwszej ciąży oraz którego dażymy zaufaniem, nie wykazuje entuzjazmu, ale jest spokojny i umawia się z nami na kolejną wizytę – to dopiero pierwszy trymestr, około 7 – 8 tydzień. Modliliśmy się razem z dziećmi, wybieraliśmy jak zawsze imiona dla chłopca lub dziewczynki. Przychodzi jednak dzień w którym ciało żony zaczyna krzyczeć. Pojawia się krwawienie, bolesne skurcze. Żona wije się na łóżku walcząc z bólem, a ja do końca wierzę, że tak jak przy naszym pierwszym dziecku wyjdziemy wszyscy cało – nie miałem wiary i odwagi, by położyć się z nią na tym krzyżu i po prostu być z nią blisko i pogodzić się z tym, stałem z boku… dziś jest mi przykro i wstyd. Krzyż to nie jest teoria…

Żona trafia do szpitala… Na wejściu żona dostaje reprymendę, że jest nie przygotowana – jest w spodniach, a nie w spódnicy i ogólnie, że skoro to czwrta ciąża to powinna być bardziej świadoma jak się przygotować do szpitala. Wszystko zaczyna toczyć się szybko. Badania, lekarka masuje brzuch i wypływa tak zwane „TO”. Pielęgniarka nerwowo szuka odpwiedniego naczynia do którego może przelać „TO” co wypłynęło i decyduje się w końcu przy asyście drugiej koleżanki użyć gumowej rękawiczki jako pojemnika.(sic!) Jestem z dziećmi w domu, ale nie wytrzymuje i dzwonię.”Poroniłam”. Czuję żal i gniew, już nie mam złudzeń. Proszę żonę, by zaznaczyla, że chcemy mieć prawo do pochówku… Ona płacze. Jest rozbita i nie ma siły z nikim rozmawiać. Nie wytrzymuję, dzieci zostawiam pod opieką znajomych i jadę do szpitala by o tym powiedzieć. Zostaję skierowany do lekarza dyżurnego. Pani doktor mówi mi, że nie ma mowy o dziecku – sugerując przerost treści nad formą. „Tu nie ma dziecka, ono może być wszędzie… w ubikacji u nas w domu, na podpasce”. Informuje ją, że kibel i podpaska odpada, bo żona poinformowała mnie o sytuacji z masażem brzucha i wyplynięciem „TEGO” w gabinecie. Informuje także, że jako rodzice jesteśmy gotowi godnie pochować szczątki dziecka i bardzo tego pragniemy. Patrzy na mnie jak na akwizytora z lekkim zażenowaniem.

Pomiędzy etyką zawodową, przekonaniami, przepisami, ZUS-em i rodzicami którzy stracili dziecko...

Wróciłem do domu czując jeszcze większy gniew po tym co usłyszałem z relacji żony i po rozmowie z lekarką. Po godzinie otrzymałem telefon od żony. „Jest, znalazło się dziecko”. Do tej pory nie wiem co i jak, kto z kim, gdzie i kiedy ale chyba pani doktor odwiedziła gabinet o którym wspominałem i się znalazło jednak. Żona została poddana zabiegowi czyszczenia macicy i następnego dnia wróciła do domu. Zaczęły się piętrzyć formalności.

Płeć…

Stwierdzenie płci w pierwszym trymestrze jest jeszcze niemożliwe, ale dokumentacja wymaga tego. Szpital wystawia dokumenty o poronieniu, prawo gwarantuje że mamy prawo do pochówku, ale bez stwierdzenia płci nie można ruszyć dalej procedury związanej z otrzymaniem aktu urodzenia martwego dziecka, a bez tego dokumentu nie ma szans na otrzymanie zasiłku pogrzebowego, a z pogrzebem i całym tym interesem cmentarnianym wiążą się koszta.

I tu się zaczyna rodzić chaos i napięcie. Mnie nie interesuje nic po za tym, że chcę wejść w tą sytuacje godnie i uczciwie. Kiedyś podobno nie było z tym tak wielkiego problemu, bo pytano kobietę, co czuje… chłopiec czy dziewczynka. Moja żona jeszcze przed poronieniem miała sen w którym było dwóch bardzo chorych chłopców, takich maluchów rocznych i niestety wiedziała, że muszą umrzeć. No ale jaki to jest argument w trakcie dyskusji? Że miała sen? Żaden… i nie mam przecież o to pretensji. Na szczęście udało się nam dopełnić formalności i po tygodniu biegania od szpitala, do Urzędu Miasta otrzymałem w końcu dokument o urodzeniu się martwego dziecka płci męskiej. Nadaliśmy mu imię Anastazy.

Pogrzeb…

Zaznaczyliśmy w zakładzie pogrzebowym, że jako ojciec dziecka sam bedę niósł trumienkę i sam wejdę do grobu by ją tam położyć. Zaznaczyliśmy, również, że bardzo pragniemy aby nie zatrzymywać się na samym „pokropku” jak to jest w zwyczaju, ale że razem z naszą wspólnotą pragniemy odprawić Mszę w kaplicy, w naszej intencji jako rodziców oraz jako dziękczynienie za życie – nienarodzone, krótkie, ale życie… jak zmieżyć jego wartość? Naszą miłością? Oczekiwaniem? Czy tym kim mógłby być gdyby się narodził dla ziemi?.

Szukając informacji na temat liturgii pogrzebowych znalazłem czytania przewidziane przez Kościół na taką okoliczność. Byliśmy poruszeni i wymęczeni całą tą sytuacją, zmaganiem się, a nawet tłumaczeniem się z tego, że chcemy godnie pochować cząstkę naszej miłości w tym nienarodzonym dziecku mając nadzieje na życie wieczne dla niego i dla nas, ale pomimo przeciwności Eucharystia umocniła nas i jestem wdzięczny, braciom i naszemu prezbiterowi, że towarzyszyli nam  na cmentarzu.

Drugi chłopiec…

Cztery miesiące później. Zdecydowaliśmy się na kolejne poczęcie. Wierząc i mając nadzieję, że tym razem będzie wszystko ok. Z resztą nie było przeciwskazań, a decyzja należała wyłącznie do nas… Test ciążowy wykazał wynik pozytywny. Wizyta u lekarza, badania, USG, około 7-8 tydzień… pojawiło się plamienie krwią. Pojechaliśmy razem do szpitala. Badanie USG nie wykazało tym razem akcji bicia serca. Coś tam spisano i wypuszczono nas do domu. Żona wspomniała, że przed tą ciążą miała ten sam sen. Dwóch chłopców. Nie wiedzieliśmy co teraz? Czekać? Na co? Był piątek późnym wieczorem. W niedzielę od rana żona źle się czuła, czekaliśmy na rozwój sytuacji, pojawiły się silne bóle i skórcze. Położyłem się obok żony i mocno objąłem w ramiona. Czułem żal i łzy napływające mi do oczu.

Pytanie dlaczego znowu? Widziałem, że moja żona cierpi i jej ból jest także fizyczny w odróżnieniu od mojego, że umiera cząstka jej samej, w jej wnętrzu. Zadzwoniłem na pogotowie. Już podczas rozmowy dyspozytorka dziwiła się co robimy w domu, skoro w piątek byliśmy w szpitalu z martwą ciążą. Nikt nam nic w piątek nie mówił… Przyjazd pogotowia i wizyta pielęgniarzy to dziwne zjawisko. Jeden rozbawiony dopytuje się mojej zwijającej się na łóżku z bólu żony, czemu jest w domu a nie w szpitalu, kilku stoi i się rozgląda po mieszkaniu. Pytają która to ciąża, wyczuwam że swoje już wiedzą po spojrzeniach i tonie rozmowy; „patologia w domu, dzieci robią, … taka dzielnica”… W karetce już nie w mojej obecności jeden z nich zadaje żonie pytanie, czy „lekarz nie mówił, żeby nie zachodzić?”. W jednym szpitalu jej nie przyjęto, pojechali do drugiego, tam również kilka prywat na temat kolejnej ciąży tym razem od personelu medycznego. Koniec końców po podaniu kroplówki, moja żona w ubikacji przyjmuje na swoje dłonie szczątki martwego dziecka. Tym razem przyniesiono metalową nerkę zamiast gumowej rękawiczki i na liglinie żona położyła szczątki dziecka obok łóżka, na szpitalnej szafce.

DNA…

Tym razem formalności trwały miesiąc. Zlecono badania histopatologiczne w celu wyjaśnienia przyczyny poronienia. Nic w sumie z nich nie wynikło… po dwóch tygodniach czekania, musieliśmy wykonać również na własny koszt badania DNA w celu ustalenia płci dziecka. W ten sposób szpital umył ręce i nikt nie musiał mieć dylematu.

Jednak po dwóch tygodniach o których wspomniałem to co zakład histopatologii nam dał jako „materiał” do badań nie nadawało się do badań i kolejna karuzela zaczęła się kręcić. Musieliśmy pisać podanie o wydanie szczątek nadających się do wykonania badania, tłumaczono, że to co nas interesuje znajduje się w archiwum (?). Wydano nam je jednak i wcale nie zamierzaliśmy ich zwrócić, czuliśmy się okropnie motani. Po zleceniu badań minęło kolejne dwa tygodnie gdy dostaliśmy odpowiedź, że wynik wskazuje na płeć męską. Nadaliśmy mu imię Józef. Jako ciekawostkę podam, że ksiądz na parafii spytał się mnie, czy dziecko było ochrzczone (sic!) Jego szczątki godnie pochowaliśmy w grobie w którym wcześniej znalazł się Anastazy. Odprawiona została w kaplicy Msza za nas jako rodziców którzy stracili dziecko wraz z dziękczynieniem za dar bicia jego serca, które tak szybko zgasło.

Wierzymy, że ich pochówek miał sens. Dla nas jako kochających się małżonków, rodziców i Katolików miał… Wszystkim którzy stracili dziecko w wyniku poronienia, pragnę dodać odwagi, by nie bali się uzywać słowa „dziecko”, bez wzgledu na terminologię. By niebali się za nie modlić i mieli nadzieję, bo mamy ku temu solidne podstawy by wierzyć że Bóg będąc autorem życia przygotował w swoim Królestwie mieszkań wiele. Pragnę również powiedzieć, że Kościół przewidział dla Was rodziców liturgię i otacza Was opieką i modlitwą w tym trudnym czasie. Postaram się w kolejnym wpisie zamieścić informacje dotyczące kwestii prawnych, przepisów i kwestii liturgicznych.

PAX!

http://www.fronda.pl/

Sorry, the comment form is closed at this time.