Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Emilian58 o Atak serca ze strachu przed… a…
    Yagiel o Wolne tematy (82 – …
    semperparatus o Tajemnicze zjawisko ostateczne…
    Mietek o Aktualność geopolityki!?
    Greg o Tajemnicze zjawisko ostateczne…
    NC o BlackRock: 2 biliony dolarów…
    Greg o Tajemnicze zjawisko ostateczne…
    Mietek o Aktualność geopolityki!?
    kontra o Wolne tematy (82 – …
    kontra o Wolne tematy (82 – …
    Antares o Atak serca ze strachu przed… a…
    Mietek o BlackRock: 2 biliony dolarów…
    semperparatus o Tajemnicze zjawisko ostateczne…
    veri o Atak serca ze strachu przed… a…
    Peryskop o Wolne tematy (82 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 625 obserwujących.

O micie „ciemnego” średniowiecza i „światłej” nowożytności polemicznie

Posted by Marucha w dniu 2012-07-13 (Piątek)

Niejeden historyk, śledzący rozwój ludzkiej świadomości i wiedzy na przestrzeni wieków, skłonny jest przyjąć tezę, że nie mające wiele wspólnego z obiektywną prawdą fikcje i mity, mają często o wiele trwalszy żywot niż prawda historyczna.

Do tego poglądu przychyli się zapewne wielu mediewistów ex professo zajmujących się szeroko rozumianą kulturą średniowiecza, obejmującą zarówno naukę i sztukę, jak również moralność i religię tej epoki. Mimo już dwieście lat trwających, bardzo poważnych i zwieńczonych olbrzymią ilością naukowych ustaleń na temat wielkiego znaczenia osiągnięć ludzi średniowiecza dla rozwoju nowożytnej nauki, cywilizacji technicznej, sztuki itd., mit o ciemnym, przepełnionym zabobonami, fanatyzmem religijnym i niewyobrażalnym okrucieństwem średniowieczu, nadal jest żywy w świadomości bardzo wielu ludzi i nadal jest rozpowszechniany przez niezliczone media, przez wielu nauczycieli wykładających w najróżniejszych szkołach, aż, nawet przez polityków i parlamentarzystów, którzy z lubością kwalifikują zwalczanych przez siebie adwersarzy do „ciemnego” średniowiecza, siebie kreując przy tym na niezłomnych nosicieli i obrońców postępu, wyrażającego się na przykład w swobodzie dokonywania aborcji, eutanazji itp.

Roman de la Rose – Ogród.

Po ukazaniu się tysięcy doskonałych, opartych na rzetelnie zbadanych źródłach; publikacji, które z pełnym krytycyzmem oddają wielkość tej epoki, jaką było średniowiecze, wydawałoby się, że dalsze dowodzenie jej olbrzymiego znaczenia dla współczesnej kultury byłoby wyważaniem dawno już otwartych drzwi.

Tymczasem jest inaczej. Codzienne doświadczenie dowodzi, że drzwi te są jeszcze mocno zaryglowane. Kontakt z większością studentów pierwszych lat, rozpoczynających studia humanistyczne (!) w uniwersytecie, dowodzi na przykład, że mają oni spaczony obraz epoki średniowiecza, i że taki obraz ukształtowała w nich szkoła, a więc instytucja powołana do przekazywania rzetelnej wiedzy, w tym także wiedzy historycznej. Dowodzi to niewłaściwego przygotowania naukowego wielu nauczycieli. Trudno jednak szczególnie negatywnie oceniać poziom wiedzy nauczycieli, skoro zmuszeni byli do posługiwania się przez dziesiątki lat tendencyjnymi, fałszującymi prawdę historyczną, podręcznikami. Dopiero od kilku ostatnich lat historii średniowiecznej literatury naucza się w szkołach średnich z niezłych już podręczników. Przez wiele lat młodzież gimnazjalna uczyła się z podręcznika literatury polskiej, w którym tysiącletnią epokę średniowiecznej nauki scharakteryzowano w sposób następujący:

Nauka w okresie średniowiecza pozostawała pod pełną kontrolą Kościoła i dostosowana była do potrzeb religii. Przede wszystkim opierała się na autorytecie Biblii w interpretacji nakazanej przez Kościół rzymski, co oznaczało, że nie można było głosić żadnego poglądu z nią niezgodnego. Wszystkie inne poglądy były traktowane jako herezje i odpowiednio tępione. Przeznaczeniem i głównym celem nauki było rozumowe uzasadnienie prawd religijnych. Toteż rozwijały się tylko pewne nauki, np. teologia, filozofia, natomiast inne, jak medycyna, przyrodoznawstwo, miały niewielkie możliwości rozwoju. Nauka średniowieczna przejęła pewne poglądy filozoficzne i metody dowodzenia greckiego filozofa Arystotelesa i przekształcając je odpowiednio, aby były zgodne z religią – zastosowała do własnych badań. W oparciu o naukę Arystotelesa została wykształcona specjalna metoda naukowa zwana scholastyką, polegająca na rozumowym dowodzeniu wcześniej przyjętych twierdzeń. Stosowano scholastykę nie tylko w teologii i filozofii, gdzie przedmiotem rozważań były prawdy wiary doświadczalnie niemożliwe do stwierdzenia, ale i w innych naukach, np. w medycynie, a więc tam, gdzie doświadczenie wiele by wyjaśniało. Nauka średniowiecza jednak zdecydowanie odrzuciła doświadczenie jako metodę badawczą.

Średniowieczny zamek w Trokach

Uniwersytetowi Krakowskiemu natomiast autor omawianego podręcznika (nazwiska nie przytaczamy zgodnie z zasadą „Nomina odiosa Bunt” a „Sapienti sat”) poświęcił „aż” 20 wierszy, w których podał tylko datę założenia uczelni, informację na temat wydziałów, które posiadała, i jedno zdanie (całkiem zresztą sprzeczne z tym, co mówił przedtem na temat nauki średniowiecznej) stwierdzające, że Uniwersytet Krakowski był jedną z najświetniejszych uczelni europejskich, na którym roz­kwitały różne nauki, a szczególnie matematyka i astronomia.

Nawiasem mówiąc – nawet to zdanie nie jest do końca prawdziwe, bo piętnastowieczni uczeni krakowscy mieli osiągnięcia na światowym poziomie nie tylko w zakresie matematyki i astronomii, lecz także w zakresie innych nauk, jak np. filozofia przyrody (burydanizm z jego teorią impetu), logika, teologia (koncyliaryzm, devotio moderna), prawo międzynarodowe (teoria ius genoum, teoria wojny sprawiedliwej), historia, filologia.

Nie jest zamierzeniem tego opracowania apologetyczna obrona średniowiecza per fas et nefas. Nie chodzi bowiem o to, by cofać się do średniowiecza jako do utraconej, szczęśliwej krainy, do owego legendarnego, minionego „złotego wieku”, o powrocie którego marzyli ludzie wszystkich czasów, bo epoka ta nie była szczęśliwsza niż inne epoki, bo podobnie jak inne epoki naznaczona była wojnami, głodem, cierpieniem, ludzką słabością i zbrodnią. Chodzi wyłącznie o prawdę historyczną. Chodzi o to, aby pokazać, że myli się ten, kto twierdzi, iż właśnie wtedy nastąpiła wyjątkowa koncentracja zła, okrucieństwa, ciemnoty i fanatyzmu. Tak jak inne epoki, średniowiecze ma nie tylko same cienie, lecz także swoje blaski, które w niejednym przypadku są jaśniejsze niż blaski epoki renesansu, oświecenia, a także naszych czasów.

Skoro tak jest i skoro można to udowodnić, rodzi się pytanie: kto jest odpowiedzialny za tę fatalną opinię, jaką od kilku wieków do dziś ma średniowiecze u przeciętnie wykształconego człowieka? Historycy dość zgodnie odpowiadają, że dobre imię epoce wieków średnich zepsuli ludzie odrodzenia. Zgodnie z tezą Z. Freuda (+ 1939), że „synowie z nienawiścią odnoszą się do epoki ojców, a uwielbiają epokę dziadów”, ludzie odrodzenia potępiali wszystko, co wiązało się ze średniowieczem i za wszelką cenę usiłowali wrócić do antyku, programowo rezygnując z własnej oryginalności, w przekonaniu, że starożytność przyniosła szczytowe osiągnięcia ludzkiego umysłu, które wystarczy przywołać i zaadoptować do współczesnej im rzeczywistości. Myśleli podobnie, jak wybitny średniowieczny filozof arabski Awerroes (+ 1198), który był przekonany, że Arystoteles osiągnął już wszystko, co możliwe jest do osiągnięcia dla ludzkiego ducha, stąd bez sensu jest szukanie nowych rozwiązań, pisanie nowych dzieł, wystarczy bowiem zrozumieć i skomentować dzieła Stagiryty. Nie bez powodu średniowiecze nadało Awerroesowi powszechnie przyjęty przydomek „Komentator”.

Madonna z Krużlowej (ok. 1400)

W swoim zupełnie nieracjonalnym odrzucaniu wartości, które wytworzono w średniowieczu, ludzie renesansu potępiali nawet sztukę tej epoki. Średniowieczne malarstwo i architekturę, którymi zachwyca się współczesny człowiek, owe cudowne, strzeliste katedry średniowieczne, ludzie odrodzenia nazwali pogardliwym mianem sztuki „gotyckiej”, tzn. barbarzyńskiej, będącej produktem nieokrzesanych Gotów. Z biegiem lat słowo „gotycki” straciło całkowicie swój pejoratywny charakter i nabrało całkiem innej treści. Ten proces nie nastąpił jednak, chociaż powinien był, w odniesieniu do średniowiecznej religijności, moralności i nauki, identyfikowanej zresztą z nadal pejoratywnie rozumianym pojęciem scholastyki, tzw. barbarzyńskiej scholastyki – jak głosili ludzie renesansu: Pod wpływem takich przekonań w Anglii ukuto określenie the dark ages (wieki ciemne), a we Francji epokę średniowiecza identyfikowano z ograniczającym ludzką wolność feudalizmem.

O tym, jak mocne i paraliżujące racjonalne, obiektywne myślenie jest oddziaływanie pewnych mitów, świadczy fakt, że nawet uczeni historycy o tak wysokiej klasie, jak E. Gibbon (+ 1794) czy prawie współczesny nam J. Bury (+ 1927), ulegli skrajnie błędnym opiniom o średniowieczu. Gibbon w swoich publikacjach nazywa wieki średnie „tryumfem barbarzyństwa i religii”, Bury natomiast określa je mianem „epoki uwięzionego rozumu”. Sama nazwa zresztą – „wieki średnie” – ukuta przez humanistów, miała od początku charakter pejoratywny, nawiązywała bowiem do nazwy łaciny używanej w średniowieczu – media Latinitas, uważanej za zbarbaryzowaną i skażoną. Średniowiecze rozumiano więc jako wieki skażone, jako coś pośredniego między dwiema naprawdę ważnymi dla historii ludzkości epokami. Nazwę tę spopularyzował Christoph Cellarius – Keller (+ 1707), profesor uniwersytetu w Halle, używając jej w wydanym przez siebie w 1688 r. podręczniku historii powszechnej zatytułowanym „Historia medii aevi a temporibus Constan­tini Magni ac Constantinopolim a Turcis captam deductam”. Za daty gra­niczne owych wieków średnich Cellarius przyjął wstąpienie na tron Konstantyna Wielkiego (306) i zdobycie Konstantynopola przez Tur­ków (1453).

Graniczne terminy Cellariusa dla epoki średniowiecza nie zostały jednak przez wszystkich zaakceptowane. Wielu historyków za początek epoki średniowiecznej uważa upadek zachodniego cesarstwa rzymskiego (476). Nie ma też powszechnej zgody na datę końca średniowiecza. Tu rozbieżność wśród specjalistów jest jeszcze większa. Niektórzy za kres średniowiecza przyjmują datę odkrycia Ameryki przez Kolumba (1492), inni rok wystąpienia Lutra (1517), a jeszcze inni zakończenie Soboru Trydenckiego (1563).

Przednia strona średniowiecznego astrolabium

Jest jeszcze jeden powód, dla którego do dziś utrzymuje się tak zdecydowanie nieprzyjazna opinia o średniowieczu. Był to bowiem czas, kiedy idea christianitatis stanowiła motyw przewodni dla całej kultury, a Kościół katolicki odgrywał doniosłą rolę we wszystkich sferach życia narodów europejskich. Już w XV w. zaczęto w związku z tym kulturę średniowieczną, we wszystkich jej dziedzinach, identyfikować z Kościołem katolickim. I niemal każdy, kto z sobie wiadomych względów czuł się wrogiem Kościoła katolickiego, stawał się także, niemal automatycznie, wrogiem kultury średniowiecznej. Dowodem na to jest chociażby niezrozumiała wprost zaciekłość, z jaką innowiercy, którzy oderwali się od Kościoła katolickiego, niszczyli biblioteki, bez względu na to, co zawierały. Tak postępowali w pierwszej połowie XV w. husyci, którzy spalili wiele bibliotek na zajętych przez siebie terenach, m.in. na Śląsku, nie inaczej traktowali szacowne księgozbiory średniowieczne protestanci w XVI w.

Żywa nienawiść do Kościoła katolickiego inteligencji protestanckiej przeniosła się na całą epokę średniowieczną ze wszystkim, co ona reprezentowała, i ciągle podsycana, przekazywana była z pokolenia na pokolenie. Wiele mówiącym przykładem może tu być postawa Tomasza Hobbesa (+ 1679), który w swoim słynnym „Lewiatanie” stawia w jednym rzędzie magów, czarownice i katolików, życząc sobie przy tym, żeby wszyscy wymienieni zostali spaleni żywcem na stosie. Libertyni osiemnastowieczni skwapliwie przejęli ten sposób myślenia o Kościele katolickim jako ostoi ciemnoty i zabobonu, jako przeszkodzie na drodze ludzkości do postępu i jako ciemiężycielu narodów spragnionych wolności. Niektórzy z nich (nawiązując przy tym je­szcze do agresywnie misyjnej antyreligijnej retoryki Lucrecjusza, + 55 przed Chr.) odnieśli wypracowane przez pokolenia wrogów Kościoła katolickiego zarzuty do religii w ogóle, identyfikując średniowiecze z wiekiem religii i głosząc, jak to było w przypadku P. Bayle (+ 1706), La Mettrie (+ 1751), Holbacha (+ 1789), Diderota (+ 1784) i Helvetiusa (+ 1771), że właśnie religia odpowiedzialna jest za najróżniejsze nieszczęścia, które spotykają ludzkość, i że w związku z tym należy ją bezwzględnie zwalczać, dążąc konsekwentnie do zbudowania społeczeństwa idealnego, składającego się wyłącznie z ateistów.

Zbroja średniowiecznego rycerza

Jakby w swoistej sztafecie nienawiści do Kościoła katolickiego, identyfikowanego z kulturą średniowieczną, ów cały sztafaż antykatolickiej i jednocześnie antyśredniowiecznej retoryki przejęli pozytywiści, scjentyści i różnego rodzaju materialiści od Feuerbacha (+ 1872) poczynając, a na Marksie (+ 1883), Engelsie (+ 1895) i ich krwawych następ­cach kończąc. Nic więc dziwnego, że tam, gdzie przez kilkadziesiąt lat urzędową, „jedynie słuszną” i „jedynie naukową” ideologią był marksizm-leninizm, stare, wyświechtane już w ciągu wieków hasła antykatolickie i antyśredniowieczne łączono ze sobą oraz podawano „do wierzenia” na uniwersytetach, w szkołach i w całej totalitarnej propagandzie komunistycznej. Przykładem kuriozalnego wprost braku obiektywizmu w wyborze i interpretacji źródeł historycznych oraz literatury przedmiotu – dotyczących epoki średniowiecza, identyfikowanego z Kościołem katolickim – była wydawana kilkakrotnie w Polsce praca J. Putka (komunistycznego ludowca i posła do KRN) „Mroki średniowiecza”, w której ignorancja naukowa i żywa nienawiść do Kościoła katolickiego walczą ze sobą o lepsze. Do książki tej, która w krzywym zwierciadle maluje historię Polski od średniowiecza aż do XX wieku, przez całe lata odwoływali się różnego rodzaju (zawodowi i niezawodowi) specjaliści od „naukowego światopoglądu” i budowniczowie „świetlanej” komunistycznej przyszłości, wolnej od „zabobonu religijnego”.

Tymczasem wbrew wszelkiego rodzaju zarzutom i kalumniom średniowiecze to nie poczekalnia między dwoma różnymi światami, to nie ciemna luka w historii ludzkości, lecz to okres tworzący nowy świat, ten sam, z którego się wywodzimy z całą naszą kulturą i do którego w sposób nieunikniony ciągle musimy wracać.

Jak powiedziano, poczynając od odrodzenia, twierdzi się autorytatywnie, że średniowiecze to obskurancka, ogłupiająca scholastyka, która tworzyła w nieskończoność swoje sztywne definicje i podziały i która nie potrafiła wyjść poza autorytet Biblii i Arystotelesa. Jest to krzywdzące uproszczenie. Najlepiej na ten zarzut odpowiedzą słowa M. D. Chenu, który w swoim „Wstępie do studiów nad Tomaszem z Akwinu” stwierdza; że „myślenie jest rzemiosłem, którego prawidła muszą być drobiazgowo ustalone”. Zasługą scholastyki jest to, że nauczyła europejskich uczonych owych prawideł rozumowania, bez których niemożliwy byłby jakikolwiek postęp w nauce, również dzisiaj. Faktem jest, że scholastyka to metoda, w której ogromną rolę odgrywało powoływanie się na autorytet. Był to autorytet opierający się na dorobku chrystianizmu i myśli starożytnej, wzbogaconej przez uczonych arabskich. Scholastyka nie posługiwała się nim ślepo i bezkrytycznie, potrzebowała go przede wszystkim jako fundamentu dla swoich dokonań. Słynny uczony ze Szkoły w Chartres – Bernard z Chartres (+ 1130) powiedział: „Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów. W ten sposób widzimy więcej i dalej niż oni, ale nie dlatego, ażeby wzrok nasz był bystrzejszy lub wzrost słuszniejszy, ale dlatego, iż to oni dźwigają nas w górę i podnoszą o całą swoją gigantyczną wysokość”. Gilbert z Tournai (+ 1288) zaś stwierdził: „Nie znajdziemy prawdy, jeśli zadowolimy się tym, co już znalezione […] Ci, którzy pisali przed nami, nie są dla nas panami, lecz przewodnikami”.

Scholastycy dodają po prostu nowe piętra do tej budowli, którą stworzyli starożytni. Czasy nowożytne uczyniły zresztą to samo w stosunku do średniowiecza. Tak samo oparły się o dokonania ludzi średniowiecza, choć najczęściej nie chcą się do tego przyznać. A. N. Whitehead (+ 1947), wybitny filozof i matematyk współczesny, który patrzył na średniowiecze wyłącznie z pozycji ciekawego obserwatora, stwierdza, że mentalność nowożytna europejska otrzymała od średniowiecznej scholastyki podstawową zaprawę w myśleniu racjonalnym, od którego zależały wszystkie jej późniejsze osiągnięcia. Voltaire (+ 1778) natomiast, którego naprawdę trudno posądzać o sympatię dla chrześcijaństwa i średniowiecza, mówi o wieku trzynastym – szczytowym okresie scholastyki – że był to jeden z nielicznych okresów w dziejach świata, które dowodzą wielkości ducha ludzkiego (por. J. Le Goff. Inteligencja w wiekach średnich, Warszawa 1966 s. 124).

Scholastyka nauczyła Europę myśleć. To średniowiecze ukuło niesłychanie ważne pojęcia, bez których nie może się obejść żaden nowożytny kierunek filozoficzny, takie jak: natura, substancja, przyczynowość, realność, finalność, uniwersalność, indywidualność, rozum, intelekt, dusza, duch, świat, Bóg, prawo natury, istota państwa itd. Więzy F, Bacona (+ 1626), Kopernika (+ 1543), Szekspira (+ 1616), Kartezju­sza (+ 1650), Spinozy (+ 1677), Hobbesa (+ 1679), Locke’a (+ 1704), Leibniza (+ 1716), Wolffa (+ 1754) czy Kanta (+ 1804) ze średniowieczem są niezmiernie silne, silniejsze niż owi filozofowie i uczeni sami sobie to uświadamiali, i które dopiero potomni, mający szerszą perspektywę historii myśli ludzkiej, są w stanie dokładnie zidentyfikować. E. Gilson (+ 1978) powiada, że „niepodobna zrozumieć kartezjanizmu, nie konfrontując go stale ze scholastyką, którą on gardzi, lecz w której łonie się sadowi i którą przyswaja sobie tak, iż można powiedzieć, że się nią karmi”. Na poparcie tezy o daleko idącej zależności myślicieli nowożytnych od dorobku średniowiecza można przytoczyć wiele dowodów. Gdy czytamy słynny opis wieku „złotego” i „żelaznego” Jana de Meung (lub: Jean de Meun, Jean Clopinel, + 1315), z pewną konsternacją stwierdzamy, że jest w nim wszystko, co na temat genezy ustroju społecznego pisali Hobbes i Rousseau (+ 1778). Szesnastowieczna krytyka średniowiecza postawiła sztuczną barierę pomiędzy umysłowością europejską a średniowieczną kulturą, uniemożliwiając przez długie wieki właściwą ocenę tej ostatniej.

Posądza się scholastykę o werbalizm. Jest oczywiste, że czasem mu ulegała, zwłaszcza w swoim ostatnim okresie, ale gdyby ktoś sądził, że współczesna nauka jest od niego wolna – byłby w wielkim błędzie. Liczba publikacji we współczesnym świecie rośnie w postępie geometrycznym, ale tylko znikomy procent tych publikacji wnosi coś do nauki. Scholastycy dążyli uparcie i konsekwentnie do najściślejszego określenia związków między nazwą, jej treścią oraz bytem. Oni naprawdę chcieli dokładnie wiedzieć, o czym mówią. Cały sławny i przez wieki ciągnący się spór między realistami a nominalistami na temat powszechników, spór, którego apogeum przypada na czasy scholastyków, jest tego najlepszym dowodem. To właśnie scholastycy rozwinęli dialektykę, tj. zespół metod postępowania, które z przedmiotu wiedzy czynią problem, które go wykładają, definiują, wyjaśniają, bronią przed atakami, rozwiązują i przekonują słuchacza lub czytelnika. Stworzono w ten sposób narzędzie badawcze, którym posługuje się każdy nowożytny uczony, chociaż, trzeba to przyznać, nie ustrzeżono się niekiedy przed rozumowaniem w próżni, bowiem – jak mówił Jan z Salisbury (+ 1180) – „logika sama w sobie jest bezkrwista i jałowa, jeśli nie jest ustawicznie zapładniana z zewnątrz, aktualnymi i ważkimi problemami, stawianymi do rozwiązania”. Niemniej i w takich sytuacjach należy zachować ostrożność w ocenie. Zanim wyda się negatywny wyrok na temat metod uprawiania nauki średniowiecznej, trzeba najpierw spróbować wejść w mentalność ludzi tamtej epoki, a także zapoznać się ze stosowanymi przez nich technikami badawczymi i sposobem przeprowadzania wykładu naukowego.

Średniowieczny Kraków

Obiegowym przykładem, mającym całkowicie deprecjonować średniowieczne dysputy naukowe, jest zachowana do dziś kwestia, zaczynająca się od bulwersującego pytania: „Ile diabłów mieści się na końcu szpilki?” Na pozór temat, podjęty przez średniowiecznego uczonego, wydaje się całkiem niepoważny. Ale czy jest tak rzeczywiście? Podstawową formą uprawiania nauki w średniowieczu było komentowanie ściśle określonych dla danej dziedziny nauki dzieł. Średniowieczny wykład uniwersytecki miał postać komentarza, który składał się z następujących części: najpierw przytaczano fragment komentowanego dzieła, potem następowała tzw. divisio, w ramach której za pomocą definicji pojęć, najrozmaitszych rozróżnień, eksplikacji i podziałów systematyzowano i objaśniano jego treść; wreszcie tzw. expositio, tj. wykład tekstu mający na celu wydobycie z niego najgłębszej treści.

W związku z expositio pojawiały się różne problemy i pytania, mniej lub bardziej związane z treścią wykładu. Przybierały one postać kwestii, które podawano zaraz po expositio. Divisio i expositio razem wzięte zwano lectio, a zagadnienia opracowane w związku z expositio ­ quaestio. W ramach quaestio można było roztrząsać te problemy, na które nie było miejsca w lectio. Dysputa, której zapisem jest quaestio, odbywała się według ściśle ustalonych reguł. Była jakby odtworzeniem procesu sądowego. Uwidocznił się w niej również prastary pęd człowieka do turniejów, zawodów i pojedynków – w tym wypadku za pomocą słów i intelektu. Jak każdy pojedynek, dysputa miała swoje fazy: najpierw powolne i stopniowe rozwijanie problemu, następnie atak w postaci zarzutów, zaraz potem obrona za pomocą najróżniejszych argumentów, pytania, odpowiedzi, rozróżnienia, negacje, sofizmaty, pułapki itd. Wszystko to sprawiało, że dysputa średniowieczna zmuszała do precyzji, ćwiczyła ostrość myślenia i wyrażania się, uczyła błyskotliwości w słowach i natychmiastowej repliki, a następnie łatwości formułowania myśli i zdolności oddzielania prawdy od fałszu. Było kilka rodzajów dysput średniowiecznych. Znane są szczególnie tzw. disputationes ordinariae (zwyczajne, które mistrz przeprowadzał ze swoimi studentami co tydzień) oraz disputationes quodlibetales (uroczyste, publiczne, prowadzone przez najlepszych mistrzów dwa razy do roku, w trakcie których można było zadawać prowadzącym je uczonym pytania ze wszystkich dziedzin wiedzy).

Materiał z dysput, uporządkowany i spisany, stanowiły quaestiones, jeden z najbardziej popularnych gatunków średniowiecznej literatury naukowej. Oprócz wyżej wspomnianych dysput, mistrzowie średniowieczni prowadzili ze swoimi studentami różne dysputy ćwiczebne, kształcące i sprawdzające wiedzę oraz poprawność rozumowania słuchaczy. Należały do nich tzw. disputationes tentativae, sophisticae, scrupulosae, insidiosae i szereg innych. Dla sprawdzenia, czy student umie myśleć logicznie, formułować i odpierać zarzuty, wyciągać wnioski i odróżniać prawdę od fałszu – mistrzowie wymyślali najróżniejsze tematy do dyskusji, nie zawsze mające podstawę w komentowanym tekście. Postępowali podobnie, jak współcześni nauczyciele matematyki czy fizyki, którzy także opracowują zadania o dowolnej treści, dbając jedynie o to, aby kształciły dobrze od strony formalnej umysły uczniów.

Wracając do ośmieszanego od wieków przykładu o diabłach na szpilce, należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że i od strony merytorycznej nie jest on bynajmniej pozbawiony sensu, świadczy bowiem o bardzo interesującym zamiarze autora wspomnianej kwestii, który za pomocą tak postawionego pytania podjął próbę ilościowego ujęcia rzeczywistości duchowej i jakościowej. Historycy nauki wiedzą o tym, że Arystoteles, genialny metafizyk, logik, zoolog itd., w zakresie filozofii przyrody popełnił poważny błąd. Oto odrzucił ilościową fizykę, wypra­cowaną przez pitagorejczyków i przyjętą przez Platona, a w to miejsce opracował fizykę jakościową, w której ważne było tylko dochodzenie do istoty i natury rzeczy, ważna była jedynie forma rzeczy stanowiąca nośnik jej cech jakościowych. Był to fałszywy trop w przyrodoznawstwie. Olbrzymi autorytet Arystotelesa sprawił, że ludzkość poszła za tym tropem na 1500 lat. Hamowało to bardzo skutecznie późniejszy rozwój nauk przyrodniczych.

Poważniejszy przełom nastąpił dopiero w XIV w. Wtedy to zaczęto stopniowo porzucać jakościową fizykę Arystotelesa na korzyść ilościowego, matematycznego traktowania przyrody. Rzecz dziwna, bodźcem w tym kierunku były ogłaszane w XIII w. przez niektórych biskupów z miast uniwersyteckich, a zwłaszcza z Paryża, zakazy czytania pism Arystotelesa, którego poglądy Europa łacińska poznała najpierw w niezgodnej z doktryną chrześcijańską interpretacji Aleksandra z Afrodyzji (+ 211) i Awerroesa (+ 1198). Wielu europejskich uczonych zwróciło się wówczas do matematycznej koncepcji rzeczywistości, koncentrując się na ilościowym ujmowaniu zjawisk przyrodniczych. Wymienić w tym kontekście należy nazwiska takich zwłaszcza uczonych z Merton College w Oxfordzie, jak Tomasz Brad­wardine (+ 1349), Ryszard Swineshead (+ ok. 1350), Wilhelm Heytesbury (+ 1370) i inni. Ich wpływ na europejskie ośrodki naukowe był wyjątkowo wielki, a ich pisma studiowano we Włoszech, Francji, Niemczech, Czechach i w Polsce przez cały XV wiek. Szczególnie waż­ne były ściśle teologiczne dyskusje; prowadzone przez wymienionych wyżej calculatores z Merton College, w trakcie których zastanawiano się nad problemem ilościowego zwiększania w człowieku cnót teologicz­nych. Innymi słowy – usiłowano ująć ilościowo, a nawet geometrycznie, co dane jest jakościowo. Rzecz znamienna, owe dyskusje stanowiły początek nowożytnego przyrodoznawstwa, bowiem metodę angielskich calculatores bardzo szybko przyswoili sobie uczeni zajmujący się badaniem przyrody.

Krzywdzące, bo niezgodne z prawdą historyczną, jest nonszalanckie i aroganckie określanie mianem obskurantów uczonych średniowiecznych i przeciwstawianie im, jako swoistej antytezy, oświeconych humanistów. Jeśli za kryterium naukowości i duchowego oświecenia, przeciwnego obskurantyzmowi, przyjmiemy posługiwanie się w pracy rozumem, to scholastyka będzie zawsze górą nad humanizmem. Zdobyczą scholastyki jest bowiem, nawet na terenie teologii, nie mówiąc już o innych dyscyplinach wiedzy, ciągłe i konsekwentne odwoływanie się do rozumu. To scholastyka rozwija zachętę zawartą implicite w Piśmie św., która nakłania wierzącego, aby uzasadnił swoją wiarę: „Bądźcie zawsze gotowi, ktokolwiek was zapyta, podać racje waszej wiary i nadziei” (1 P 3,15). To scholastycy odpowiadają na apel św. Pawła (dziś – autora Listu do Hebrajczyków), dla którego wiara jest przekonującym dowodem rzeczy niewidzialnych („argumentum non apparentium” – Hbr 11,1). To scholastycy wreszcie są twórcami haseł, które stały się zasadami i wytycznymi dla ówczesnych badaczy, a które brzmiały: Ratio fide illustrata (Rozum oświecony wiarą), Intellige ut credas, crede ut intelligas (Wiedz – abyś wierzył, wierz – abyś wiedział) św. Augustyna (+ 430) i Fides quaerens intellectum (Wiara poszukująca zrozumienia) św. Anzelma z Canterbury (+ 1109). Hasła powyższe wyjaśnia w pełni św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), formułując swoją słynną zasadę: Gratia non tollit naturam, sed perficit (Łaska nie niszczy natury, lecz ją udoskonala), a jeden z wybitniejszych pisarzy dwunastowiecznych – Honoriusz z Autun (lub: Honorius Augustodunensis, + ok. 1155) powiedział: „Wygnaniem człowieka jest ciemnota, jego ojczyzną jest wiedza”, zaś w innym miejscu: „Nie ma innego autorytetu jak prawda dowiedziona rozumem; to, co autorytet podaje do wierzenia; to rozum umacnia w nas swoimi dowodami”.

Średniowieczny kościół w Tarczku

Trudno o coś mniej obskuranckiego jak scholastyka. A wracając do owego niekorzystnego dla scholastyki porównania z humanizmem, trzeba dodać, że w gruncie rzeczy to właśnie nie średniowieczny scholastyk, lecz szesnastowieczny humanista jest głęboko antyintelektualny. To on jest bardziej literatem kierującym się emocjami niż uczonym, bardziej fideistą niż racjonalistą. Dialektyce i scholastyce średniowiecznej humanista będzie przeciwstawiał filologię i retorykę. Charakterystyczną rzeczą jest, że w okresie odrodzenia do łask wraca Platon i zyskuje sławę największego filozofa, i to nie ze względu na swoje poglądy filozoficzne, ale ze względu na piękny język, którym się posługiwał w swoich dziełach. Charakterystyczne dla humanizmu i czasów późniejszych jest także niesłychane wprost zainteresowanie na wpół magiczną literaturą hermetyczną, wywodzoną od mitologicznego uczonego i kapłana egipskiego Hermesa Trismegistosa (Potrzykroćwielkiego), a następnie różnymi misteriami, mającymi swoje źródło we wschodnich wierzeniach orfickich, oraz w sposób szczególny kabałą. Wystarczy zapoznać się bliżej z zainteresowaniami i twórczością wybitnych uczonych, skupionych w Akademii Florenckiej, jak np. Marsiglio Ficino (+ 1499) czy Pico della Mirandola (+ 1494), aby pozbyć się w tym względzie wątpliwości.

Od wieków funkcjonuje mit, że Giordano Bruno i Galileusz to czołowi reprezentanci rozumu, męczennicy za naukę i ofiary obskurantyzmu średniowiecznego. Najnowsze badania wykazały tymczasem, że – o paradoksie – uczeni ci, nie ujmując im nic z zasług dla nauki, wyżej niż rozum stawiali magię. Giordano Bruno w swoim dziele „La cena delle ceneri” (1584) opowiada się na przykład za teoriami Kopernika, ale na poparcie swojego stanowiska nie przytacza, jak należałoby się spodziewać, dowodów empirycznych czy matematycznych, lecz dowody zgoła innej natury. Stwierdza mianowicie po prostu, że opowiada się za heliocentryzmem, ponieważ ten wskazuje na bliski powrót religii „egipskiej”, czyli magicznej, a „słońce kopernikańskie zwiastuje zwycięskie odrodzenie się prawdziwej filozofii”. Zdaniem Franciszki A. Yates (współczesna uczona z Instytutu Warburga w Londynie) filozofia Bruno „jest nową interpretacją hermetyczną bóstwa wszechświata, jest po prostu rozwiniętą gnozą”. Kościół tamtych czasów tymczasem akceptował teorię Kopernika jako hipotezę naukową, ale broniąc rozumu i doświadczenia, uważał wywody Bruna za brednie, które spowodowały podejrzenia co do samej teorii heliocentryzmu.

O skłonności do magii i astrologii (zdecydowanie odrzucanych przez chrześcijańskich uczonych średniowiecznych, zwłaszcza teologów) luminarzy nauki oświeceniowej świadczy także wiele innych faktów. Na wystawie, którą w dniach 12 XII 1991 – 8 I 1992 zorganizował w Paryżu Instytut Francuski, eksponowano bardzo interesujący dokument. Jest to sprawozdanie z zebrania, na którym powołano do życia Akademię Lincei, pierwszą akademię naukową nowoczesnego świata, której najwybitniejszym przedstawicielem był Galileusz. Zebranie, o którym mówi dokument, odbyło się w pałacu rzymskim Fryderyka Cesiego, na ulicy Maschera d’Oro 25 IX 1603 r. o godz. 9.50. Sprawozdanie wyjaśnia, że dzień i godzinę wybrano celowo, by „zdobyć przychylny wpływ gwiazd, zwłaszcza Merkurego”, a tekst, zredagowany przez głowę akademii – Cesiego, jest opisem magicznej operacji prowadzonej według kanonów hermetyzmu i astrologii. Sam Galileusz także był bardzo zainteresowany astrologią. Oni, pierwsi członkowie Akademii Lincei uważają się – jak czytamy w sporządzonym projekcie (Proponimento Linceo) – za „najbieglejszych badaczy nauk tajemnych” oraz za „miłośników nauk i badaczy sztuk spargicznych (alchemicznych)”.

Uznając olbrzymie zasługi dla nauki, a zwłaszcza dla sztuki, uczonych odrodzeniowych, nie podobna jednak zgodzić się z tezą, że byli oni racjonalistami i przyrodnikami. Wszystkie wielkie nazwiska tej epoki zanurzone są – jak pisze Socci – w magmie hermetyzmu, astrologii i magii. Poczynając od Kopernika, który powołuje się na Hermesa Trismegistosa, a na Keplerze (+ 1630), twierdzącym, że studiuje astronomię „w sposób hermetyczny”, kończąc. F. A. Yates wykazuje, że także F. Bacon (+ 1626) wychodzi z tradycji hermetycznej, z magii i kabały odrodzenia, którą łączy z odziedziczoną nauką średniowieczną. Co więcej podobnie jak P. Bayle (+ 1706), Grocjusz (+ 1645), Kartezjusz (+ 1650), Kalwin (+ 1564) i wielu innych wielkich tej epoki, F. Bacon był gorącym orędownikiem polowania na czarownice i palenia ich na stosie, a jego „Nowa Atlantyda” wykazuje zdumiewające podobieństwo do „Sławy Bractwa” (Fama Fraternitatis) różokrzyżowców. F. Yates w swoich rzetelnych publikacjach wykazuje także różokrzyżowcowe pochodzenie Royal Society, wielkiej akademii naukowej w Anglii, która powstała pod sztandarem F. Bacona i z woli króla w 1662 r., wyraźnie na wzór Akademii Lincei.

Całe ówczesne środowisko naukowe, związane z Royal Society, żyje w tej epoce w świecie sugestii ezoterycznych i w ścisłych związkach z tajemniczym Bractwem Różokrzyżowców, z którego – jak stwierdza Tomasz De Quincey – wyłoniła się angielska masoneria. Humanizm poza tym wyrządził kulturze europejskiej wielką szkodę, pozbawiając ją łaciny – jedynego języka międzynarodowego, jakim rozporządzała. W okresie średniowiecza łacina była językiem żywym. Wprawdzie był to już inny język niż ten, którym posługiwali się Cycero czy Tacyt, o wiele bardziej uproszczony, pełen zapożyczeń z języka arabskiego i z języków narodowych (tego, co humaniści nazwali barbaryzmami), ale przez to łatwy w użyciu dla wszystkich, bardzo precyzyjny w swojej prostocie, świadomie rezygnujący z walorów formalnych na rzecz treści, wyrażający łatwo wszystko to, co w średniowieczu było nowe w stosunku do antyku. Łacina średniowieczna, jeśli chciała być językiem żywym, musiała wprowadzać zapożyczenia. Musiała na przykład znaleźć jakieś określenie dla podkowy, której Rzymianie nie znali, i wzięła je z języka tureckiego – babatum.- Tak było w wielu innych przypadkach. Przez to łacina stała się językiem żywym, językiem, który mógł z powodzeniem towarzyszyć przez wieki narodowym kulturom europejskim.

Humaniści w swoim przesadnym kulcie dla antyku, a co za tym idzie – również w dążeniu do przywrócenia łaciny klasycznej, przekreślili łacinę średniowieczną. Wracając niejako na siłę da łaciny klasycznej, uczynili z niej język definitywnie martwy, niezdolny do wyrażenia współczesnych treści. Widać to wyraźnie na przykładzie renesansowych tłumaczeń dzieł Arystotelesa i innych filozofów, które są wprawdzie o wiele piękniejsze językowo od tłumaczeń dokonanych przez średniowiecznych tłumaczy, takich np. jak Wilhelm z Moerbecke (+ ok. 1286), Henryk Arystyp (+ 1162), Gerard z Cremony (+ 1187), Burgundiusz z Pizy (+ 1193) czy Robert Grosseteste (+ 1253), lecz treściowo są niedokładne, nieprecyzyjne, a nawet fałszywe; są raczej parafrazami tłumaczonych dzieł, a nie ich właściwymi tłumaczeniami. Wyraził to dokładnie kard. Alonso Garcia de Cartagena (+ 1456), biskup Burgos i profesor Uniwersytetu w Salamance, polemizując na temat tłumaczeń z Leonardem Bruni (+ 1444), autorem nowego tłumaczenia „Etyki nikomachejskiej” Arystotelesa.

Ja powiadam – pisze Alonso Garcia – że Leonardo, o ile wykazał się dostateczną wymową, dał dowody małego wykształcenia filozoficznego. Dawny tłumacz nie tylko tłumaczył księgi Arystotelesa z greki na łacinę, lecz także interpretował je z największą możliwą wiernością i nie zabra­kłoby mu ani wielkiej wytworności, ani najpiękniejszych ozdób, gdyby chciał się był nimi posłużyć […] Ale dawny tłumacz, który więcej dbał o prawdę filozoficzną, nie życzył sobie nadmiaru ozdób, gdyż chciał uniknąć błędów, w które Leonido popadł. Widział przecież doskonale, iż język łaciński nie może rościć sobie pretensji do takiego samego bogactwa wyra­żeń jak grecki.

W podobny sposób wypowiadał się Jan Gerson (+ 1429) i wielu innych autorów. Mając na uwadze wszystkie zasługi humanizmu, nie można zapominać także o tym, że w zasadzie propagował wiedzę tylko dla wybranych i wtajemniczonych. Był elitarny. Humanista to w jakimś sensie arystokrata. Jego środowiskiem jest wąskie, grono intelektualistów, a nie, jak to było w średniowieczu, tysiące żądnych wiedzy studentów z różnych stanów. Terenem działania uczonego-humanisty nie jest już uniwersytet, lecz zamknięte grona, np. Kolegium Lektorów Królewskich (przyszłe College de France), medycejska Akademia Florencka lub dwór królewski. Humanista to przede wszystkim dworzanin, czego w żadnym wypadku nie można powiedzieć o przeciętnym uczonym średniowiecznym. Humanistów otacza opieka możnych, stają się przez to bardzo od nich zależni, stają się ich sługami i Piewcami ich czynów. Uczony śred­niowieczny żył najczęściej ze składek tych, których uczył. Miał dzięki temu nieporównanie większą swobodę działania, a czym jest wolność dla rozwoju nauki, nikogo nie trzeba przekonywać.

Humanizm zaniedbał jedno z naczelnych haseł intelektualisty – wiedza dla wszystkich. Stało się tak, bo stracił kontakt z „masami”, zerwał więź między wiedzą a nauczaniem. Dopiero reformacja i kontrreformacja sprawiły, że uczeni znów poczuli się, zmuszeni wyjść do ludu. Nawet ikonografia odrodzeniowa i średniowieczna wskazują wyraźnie na różnice między uczonym scholastykiem a uczonym humanistą. O ile ten pierwszy przedstawiany jest na różnych malowidłach i rycinach jako profesor pochłonięty działalnością dydaktyczną, otoczony studentami, żywo dyskutujący i rozprawiający – to uczony humanista przedstawiany jest najczęściej jako samotnik w pięknej, cichej, ustronnej i bogatej pracowni, zapatrzony w piękny krajobraz i zatopiony w medytacjach.

Należy także zauważyć, że to przecież nie w okresie odrodzenia, lecz właśnie w średniowieczu powołano do istnienia niezliczone szkoły i ok. czterdziestu pierwszych uniwersytetów. To średniowiecze stworzyło szkolnictwo dostępne dla wszystkich stanów. Na synodzie w Voison (529) zdecydowano, że każdy kapłan miejskiej parafii powinien zatrudnić u siebie lektora, który będzie nauczał młodzież. Ta słynna uchwała traktowana jest jako akt powołam do życia szkolnictwa powszechnego. Szkolnictwo powszechne, tworzone i utrzymywane przez Kościół, wspierał także Karol Wielki (+ 814), który wydał w roku 797 nakaz, na mocy którego zarządził otwarcie przy każdym kościele szkoły, w której mieli się kształcić chłopcy pragnący podjąć naukę. W tym samym duchu wypowiadają się wielokrotnie liczne synody z tej epoki, a więc: akwizgrański (789), bawarski (798), w Chalons i Moguncji (813), w Aix (816), w Attigny (822 i 829), w Paryżu (824), w Valen­ce (855) oraz w Savannieres (859). Powszechne nauczanie wspierają również papieże z tego czasu. Papież Eugeniusz II (+ 827) wydaje w roku 826 rozporządzenie o następującej treści: „W każdej stolicy bisku­piej i innych miejscach należy mianować magistrów i doktorów dla nauczania młodzieży gramatyki i sztuk wyzwolonych”: Prawie 30 lat później, w roku 853, Leon IV (+ 855) zarządził, że szkoły powinny istnieć przy wszystkich parafiach. Za Grzegorza VII (+ 1085) zarządzenia te powtórzył V synod rzymski.

Wbrew powyższym faktom stawia się pod adresem średniowiecza zarzut, że nie rozwijało nauki, że zajmowało się magią, czarami i paleniem heretyków na stosie. Rzecz jasna, że to wszystko da się w epoce średniowiecza odnaleźć, ale pewnie w mniejszym zakresie niż w oświeconym XX wieku. Współczesny świat ma także swoich heretyków, swoje czarownice i swoje stosy. Ma setki tysięcy wróżek i astrologów w największych stolicach świata, zabobonną wiarę w horoskopy, satanistyczne obrzędy i ofiary; ma też swoich inkwizytorów bez porównania – okrutniejszych od tych w średniowieczu. Czy ludzie XX w., wieku obłędnego rasizmu hitlerowskiego i nie mniej obłędnego komunizmu z jego irracjonalną wizją społeczeństwa i surrealistyczną gospodarką, mają prawo posądzać o ciemnotę i brak rozumu ludzi średniowiecza, tych samych, którzy racjonalnie i realistycznie traktowali słabą ludzką naturę i nie szukali bynajmniej raju na ziemi, lecz w niebie, gdzie jest jego miejsce?
Czy ludzie XX w., w którym, w imię zbrodniczych mrzonek różnych wodzów i magów, wymordowano okrutnie co najmniej sto milionów ludzi, niszcząc przy tym całe narody, a inne poddając bezwzględnemu terrorowi, szalejącemu przez całe dziesięciolecia, mają prawo do załamywania rąk nad nie stojącymi w żadnej proporcji do współczesnych nam zbrodni, występkami ludzi średniowiecza?

Postarajmy się o odrobinę obiektywizmu. Człowieka XX w., wieku niesłychanego rozwoju intelektualnego i cywilizacyjnego, powinno być stać na trochę mniej dzikie postępowanie niż biednego, przełamującego dopiero z wielkim mozołem tajemnice przyrody człowieka średniowiecza. A jednak było inaczej. Wiek XX był najdzikszy w całej historii naszej cywilizacji: Co więcej – nie widać żadnych symptomów poprawy na przyszłość. Miejmy jednak nadzieję, że kiedyś, po latach, przyszłe pokolenia nie będą go identyfikowały wyłącznie z hitleryzmem, komunizmem, łagrami, obozami koncentracyjnymi i zdziczeniem moralnym, lecz także, a może zwłaszcza, z odkryciami takich uczonych, jak Skłodowska czy Einstein, i z takimi zdarzeniami, jak lądowanie człowieka na Księżycu. Tak samo średniowiecza nie powinniśmy identyfikować wyłącznie z inkwizycją i polowaniami na czarownice. Zło ma to do siebie, że widać je z daleka. Odpowiednio wykształcony historyk wie dobrze, że nie zawsze nawet najbardziej kompletne archiwum daje obiektywny, prawdziwy obraz instytucji czy osoby, której dotyczy. Dokumenty mówią najczęściej o tym, co było złe. O przeciętnej, zwyczajnej dobroci i uczciwości rzadko kto wspomina, stąd jeśli badacz tego nie uwzględni, to obraz, jaki stworzy jedynie na podstawie zebranych dokumentów, może być niepełny, a czasami fałszywy i krzywdzący.

Bądźmy jednak wielkoduszni i oceniając średniowieczną inkwizycję, poprzestańmy na archiwach, tym bardziej że od Soboru Watykańskiego II mogą z nich bez większych przeszkód korzystać historycy i inni uczeni. W ostatnich latach, oprócz wspomnianych już prac Franciszki Yates, ukazały się książki innych historyków, będące rezultatem ich długoletnich badań przeprowadzonych w archiwum watykańskim, a dotyczących inkwizycji średniowiecznej. Chodzi tu o prace profesora historii na uniwersytecie w Neapołu Giovanni Romeo, autora książki „Inquisitori, esorcisti e straghe nell’Italia della Controriforma”, oraz duńskiego historyka Gustawa Henningsena, autora wydanej po angielsku, a także po włosku i hiszpańsku pracy pt. „The witches’ advocate”. Tezy, do jakich doszli ci uczeni (podobnie jak L. Biały, autor cennej pracy pt. „Dzieje inkwizycji hiszpańskiej”), obiektywnie i bez uprzedzeń badający sprawę inkwizycji, są całkiem odmienne od ustalonej „czarnej legendy”. Z badań Romeo i Henningsena wynika bowiem, że za fanatyzm religijny, jaki nawiedził szesnastowieczną Europę, w małej tylko mierze odpowiedzialny jest katolicyzm. Ich zdaniem gros odpowiedzialności w tym względzie spada na niekatolickich, fanatycznych szermierzy nietolerancji religijnej. Zdaniem wspomnianych autorów od ponad dwustu lat utrwaliła się w Europie „czarna legenda” wokół inkwizycji skupiającej w sobie jakoby kwintesencję rozwścieczonych, fanatycznych i ciemnych mnichów, morderców z powołania. Daniel Defoe (+ 1731) w znanej książce „Robinsón Crusoe”, oddającej doskonale poglądy burżuazji angielskiej XVIII w., pisze m.in.: „Wolałem zostać wydany dzikusom i zjedzony żywcem niż wpaść w niemiłosierne szpony klechów i być zaciągnięty przed trybunał inkwizycji”.

Ta sama burżuazja, która doznawała uczucia grozy, gdy w jej wyrafinowanych salonach wspomniał ktoś o Świętym Oficjum, i która nie znajdowała wprost słów dla wyrażenia swojego wstrętu wobec „przeklętych papistów” i całego Kościoła katolickiego, w tym samym czasie, dla zwyczajnego zysku, prowadziła bezwzględne wojny kolonialne, w trakcie których mordowała liczne plemiona na podbitych ziemiach – poczynając od Indii przez Afrykę aż po Amerykę, zagarniając ich własność, a z tych, którzy pozostali przy życiu, czyniąc niewolników. Obraz inkwizycji, który dostrzegamy np. u Defoe, tkwi do dziś w świadomości bardzo wielu ludzi. Nawet Umberto Eco, który w znanej powieści „Imię róży” ze znawstwem i talentem oddał wiele realiów epoki średniowiecza, przedstawia historyczną postać inkwizytora Bernarda Gui jako psychopatycznego, posępnego i krwiożerczego mnicha, fałszując w ten sposób rzeczywistość historyczną. Jeden z najwybitniejszych współczesnych mediewistów, J. Le Goff, którego prace charakteryzują się doskonałą znajomością epoki i naukową bezstronnością, poddał druzgocącej krytyce nakreślony przez Eco wizerunek Bernarda Gui. W swojej polemice profesor Le Goff przytoczył fragment z napisanego przez Gui w XVI w. podręcznika inkwizycyjnego, który jednoznacznie świadczy o tak wielkiej mądrości prawniczej autora, a także o jego humanitaryzmie, że wielu współczesnym sądom można by go postawić za wzór.

G. Romeo we wstępie do. wspomnianej pracy stwierdza: „XX wiek zdaje się powoli zostawiać trzeciemu Tysiącleciu niespodziewanie nowy obraz trybunałów inkwizycji, tradycyjnie umieszczonych przez naszą zbiorową wyobraźnię pośród okropności fanatyzmu klerykalnego”. A wybitny historyk włoski Luiggi Firpo, który wiele czasu spędził na ba­daniach naukowych w archiwum „Świętego Oficjum”, powiedział: „Przed trybunałem inkwizycyjnym stawali o wiele częściej pospolici przestępcy i osoby winne czynów, za które byłyby skazane również według nowoczesnego prawa, niż osoby walczące o wolność myśli”. Najbardziej kompletny, jak dotychczas, obraz inkwizycji wyłania się z publikacji najbardziej chyba zaawansowanego w badaniach źródłowych na jej temat uczonego – Duńczyka Gustawa Henningsena. Przedstawiając – we wspomnianej pracy – postać hiszpańskiego inkwizytora Alonso de Salazar Frias, Henningsen wypowiada swoją naukową opinię, że chrześcijańskie średniowiecze nie było bynajmniej skażone kryminalnym szałem polowania na czarownice. Przez okres ponad 1000 lat, we wszystkich tzw. wiekach ciemnych nie istnieją ani polowania na czarownice, ani stosy. Oficjalne stanowisko Kościoła w tej materii zawiera tzw. Canon episcopi przypisywany synodowi w Ancyrze,. (314), który to kanon obowiązywał przez całe średniowiecze, a według którego należało rozgrzeszać różne praktyki (z czarami włącznie), jakie tkwiły jeszcze w pogańskiej tradycji ludów europejskich. Canon zaleca nie tylko daleko idącą tolerancję, ale wyraża jednocześnie przekonanie, że praktyki, o których mowa, nie stanowią poważnego zagrożenia dla wiary chrześcijańskiej. Jeżeli mowa o krwawej obsesji polowań na czarownice, to fenomen ten, zrodzony u schyłku średniowiecza, charakterystyczny jest przede wszystkim dla epoki renesansu i rozwijał się przez dwa wieki, z większą intensywnością zresztą na ziemiach rządzonych przez protestantów niż w krajach katolickich.

Bezwzględność Kalwina i kalwinistów na przykład w krwawych prześladowaniach „nieprawowiernych” była tak wielka, że na ziemiach polskich, które miały do czynienia z przemarszami wojsk wyznających kalwinizm, słowo „kalwin” weszło do języka ludowego jako synonim szczególnego okrucieństwa, co autor tego opracowania sam może potwierdzić, bowiem słyszał je używane w takim znaczeniu (Lubelszczyzna). Cały świat wie (i słusznie!) z niezliczonych podręczników i opracowań o męczeństwie spalonego na stosie za swoje poglądy, przez katolików, Giordano Bruno (1600), ale informacja o tym, że z rozkazu Kalwina (+ 1564) spalony został 27 X 1553 r. na stosie, po uprzednich niesłychanie okrutnych torturach, doktor Ser­vet (Miguel de Vilanova), wielki uczony (odkrywca krążenia krwi) i teolog hiszpański, ta informacja udostępniana była opinii publicznej z dużo większą wstrzemięźliwością. Protestanccy fanatycy byli także autorami ostatniego tragicznego epizodu z, zakresu polowań na czarownice, jakim było wydarzenie z roku 1692 w Salem (Nowa Anglia), gdzie sfanatyzowany tłum, pod przywództwem pastora Cottona Mathera, spalił 19 domniemanych czarownic, a torturom poddał 150 osób. Pastor Mather wydał w roku 1693 książkę „The Wonders of the Invisible World” (Cuda niewidzialnego świata), która poświęcona jest rozważaniom na temat działalności diabłów.

G. Romeo (autor niniejszego opracowania także!) nie chce usprawiedliwiać fanatyków katolickich, którzy mieli na swoim sumieniu również zbrodnie, ale wykazuje, że dokonano ich najwięcej w epoce renesansu i że przyczyniła się do nich w znaczącym stopniu reformacja ze swoją niesłychanie ponurą wizją kompletnie zniszczonej przez grzech pierworodny natury ludzkiej, ze swoją nauką o przeznaczeniu większości ludzi na potępienie i ze swoją autentyczną obsesją na punkcie szatana. Romeo pisze, że:

„władze inkwizycji katolickiej starały się unikać prześladowań czarownic nie tylko dlatego, że nie były do końca przekonane o istnieniu sekty czarownic i ich zbrodni, ale głównie dlatego; że w, drugiej połowie XVI w. umiano już korzystać z bardzo mądrze obmyślonego systemu obrony […] Zakłopotanie i wstrzemięźliwość w ściganiu herezji, okazywana przez różne osobistości w łonie Kościoła Katolickiego i inkwizycji rzymskiej z końca XVI w., nie znalazły żadnego oddźwięku w postawie wspólnot protestanckich tamtego czasu. Wewnątrz tych wspólnot przeważała niestety; rozniecana dodatkowo przez charakterystyczny dla nich fundamentalizm biblijny, nieprzejednana swoista żarliwość religijna, wyrażająca się także w prastarej, a w tym czasie niejako odradzającej się skłonności do składania krwawych ofiar, które miały mieć walor oczyszczający wspólnotę i skazańca. Zniszczenie obronnego systemu przed czarami, wypracowanego przez tradycyjne chrześcijaństwo, być może przyczyniło się w zasadniczy sposób do ujawnienia w całej pełni manii prześladowczej”.

Cytując słowa Romeo wspomnieć należy także o tym, że w XVI i XVII w. protestanci bardzo ostro oskarżali Święte Oficjum z powodu zbytniej powściągliwości, którą notabene uważali za dowód współpracy Kościoła rzymskokatolickiego z czarownicami (O inkwizycji inacze, „Znaki Czasu” 18:1990 s. 317). Przytaczanie historycznych informacji na temat udziału protestantów w trwającej dwa wieki akcji podpalania stosów z czarownicami, nie ma na celu spychania odpowiedzialności za popełnione zbrodnie na innych, czy też usprawiedliwiania okrutnych czynów popełnionych też przez katolików. Chodzi wyłącznie o próbę podfałszowania rozpowszechnionego szeroko przekonania, łączącego prześladowania religijne i płonące stosy wyłącznie z Kościołem katolickim. Uczciwość naukowa bowiem domaga się całej prawdy o tych strasznych zdarzeniach, domaga się oddania „każdemu, co mu się należy” – Suum cuique. Nikogo natomiast nie można tu usprawiedliwić. Zarówno katolicy jak i protestanci uważali się za wyznawców nauki Chrystusa i znali dobrze Jego przykazanie miłości, które z góry wyklucza taki modus operandi w stosunku do błądzących bliźnich. Choćby się zdarzył jeden tylko fakt zbrodni dokonanej przez chrześcijanina w imię Chrystusa, to wystarczyłoby, żeby prosić o wybaczenie Boga i ludzkość. Zbrodnia popełniona w imię Chrystusa jest bowiem zawsze największą zbrodnią przeciw Chrystusowi.

Jest rzeczą niesłychanie przygnębiającą, że chrześcijanie XV, XVI czy XVII w., skazujący swoich bliźnich na płonący stos, zrównali się w zbrodni z pogańskimi, rzymskimi prześladowcami, skazującymi na taką właśnie męczarnię starożytnych wyznawców Chrystusa. Znana badaczka historii starożytnej Ewa Wipszycka w swojej książce „O starożytności polemicznie” podaje następującą informację: „Ukrzyżowanie, stosowane szczególnie wobec niewolników, w prześladowaniach chrześcijan pojawia się raczej rzadko. Częściej palono ich na stosie. Skazanego po rozebraniu z szat przywiązywano (lub przybijano) do słupa i obkładano szczapami drewna, które następnie zapalano pochodniami. Była to tradycyjna kara wobec podpalaczy, stosowano ją jednak i przy innych przestępstwach”.

Zajmując taką, a nie inną postawę wobec zbrodni popełnianych przez fanatyków religijnych, historyk zobowiązany jest jednak do podjęcia próby pokazania „kulis” faktów, które miały miejsce, do odpowiedzi na zadane przez słynnego historyka niemieckiego – L. Rankego (+1886) pytanie: „Wie es eigentlich geworden?”

Bez wątpienia polowanie na czarownice, płonące stosy, tortury ­wszystko to było czymś w rodzaju zbiorowej obsesji, która boleśnie zraniła całą Europę i ugodziła dotkliwie w chrześcijaństwo, będące przecież w istocie swojej religią miłości. Była to odrażająca masakra, za którą ponoszą odpowiedzialność chrześcijanie różnych wyznań, a przy tym (i to należy w tym właśnie opracowaniu szczególnie mocno podkreślić) przede wszystkim ludzie epoki nowożytnej, a nie średniowiecza. Jest rzeczą naprawdę trudną przyznanie się do tego, że ową zbrodniczą obsesję z przekonaniem podniecali nie tyle przedstawiciele „ciemnego i fanatycznego tłumu”, ale przede wszystkim ludzie należący do elity intelektualnej tamtej epoki tacy np. jak wybitny prawnik i polityk angielski E. Coke (+ 1634), znany filozof i mąż stanu F. Bacon (+1626), uczony fizyk i chemik R: Boyle (+ 1691), prawnik, dyplomata i filozof Hugo Grotius (+ 1645), jeden z prekursorów nowożytnego materializmu T. Hobbes (+ 1679), czy uważany powszechnie za wybitnego politycznego myśliciela i twórcę idei nowoczesnego państwa Jean Bodin (+ 1596), który napisał m.in. podręcznik dla prawników Demonomanie (1580), będący swojego rodzaju instruktażem torturowania i mordowania czarownic. Zacytujmy w tym miejscu słowa wielkiego mediewisty J. Huizingi:

Wiek XV można nazwać stuleciem prześladowania czarownic. Ten sam okres, który dla nas oznacza koniec średniowiecza i zwiastuje radosną perspektywę rozkwitającego humanizmu, ten sam okres przypieczętowuje przez bullę Summis desiderantes z r. 1484 i dzieło teologów niemieckich J. Sprengera oraz H. Institorisa pt. Malleus maleficarum („Młot na czarownice”, 1487), systematyczne opracowanie rytuałów polowań na czarownice […] Ani humanizm, ani reformacja nie oparły się temu szaleństwu; czyż to nie humanista Jean Bodin jeszcze w 2. połowie XVI w. dostarczał w swojej Demonomanie najobfitszej i najuczeńszej strawy dla szału prześladowań? Nowa epoka i nowa nauka nie odepchnęły od siebie potworności związanych z prześladowaniem czarownic. Tymczasem już w w. XV pojawiły się znacznie bardziej umiarkowane poglądy na temat czarów, niż te które pod koniec XVI w. głosił lekarz Jan Wier.

Trudno jest dziś określić liczbę osób, które w ciągu kilku wieków skazano na stos za heretyckie poglądy, czary czy też za zwyczajne kryminalne zbrodnie. Niektórzy publicyści, zaangażowani w propagandę antykatolicką bądź w ogóle antyreligijną, szacowali liczbę skazanych nawet na kilka milionów. Jest to liczba absurdalnie zawyżona i nie mająca żadnego oparcia w źródłach historycznych. Rzetelne badania współczesnych historyków wykazują, że ofiar skazanych na stos nie było więcej niż sto tysięcy. Nie można poza tym zapominać o tym, że sama instytucja inkwizycji katolickiej powstała w specyficznych warunkach religijnych i społecznych. Była ona, próbą obrony, którą w XII w. zastosował zarówno Kościół, jak też ówczesne państwo przeciwko albigensom, inaczej – katarom. Doktryna sekty katarów opierała się na manichejskiej, dualistycznej teorii dobra, identyfikowanego z duchem, i zła, personifikowanego przez materię. Między dobrem i złem toczy się odwieczna walka. Szczególnie widoczna jest ona w rozdzieranym przez dwie moce człowieku. Kto chce się opowiedzieć za dobrem, musi odrzucić materię i wszystko, co się z nią wiąże. Taka postawa, konsekwentnie realizowana, prowadziła do kompletnej pogardy dla ciała ludzkiego, życia, małżeństwa, rodziny oraz wszelkich urządzeń społecznych i politycznych.

Zasięg ruchu katarów (od gr. katharós – czysty) był bardzo wielki i praktycznie ogarnął prawie całą zachodnią Europę. Po­czątkowo usiłowali ich nawracać i polemizować z nimi wybitni teologowie tamtych czasów, jak np. Piotr Czcigodny (+ 1156), Bernard z Clair­vaux (+ 1153) czy Alanus z Lille (ok. 1203). Wobec zupełnej nieskuteczności metod perswazyjnych, zaczęto sięgać stopniowo po przymus, zarówno kościelny jak i świecki. W pierwszej fazie wprowadzania owego przymusu biskupi zdecydowanie sprzeciwiali się karze śmierci i torturom dla heretyków. Dopiero na synodzie w Tours (1163) ustalono określoną procedurę śledztwa kościelnego. Katarowie uznani za heretyków mieli być oddawani władzom świeckim (brachium saeculare), te zaś miały karać ich więzieniem i konfiskatą mienia. Karę śmierci przez spalenie na stosie historycy wiążą z dekretem Piotra Aragońskiego z roku 1197.

Coraz większe sukcesy katarów spowodowały zorganizowanie przeciw nim, przez papiestwo, instytucji inkwizycji. Na mocy dekretu Lucjusza III (+ 1185) biskupi mieli obowiązek: wykrywania heretyków i przekazywania ich do ukarania władzy świeckiej. Rodzaj tej kary ­ spalenie na stosie – określony został przez cesarza Fryderyka II w 1224 r., choć w praktyce stosowano ją już nieco wcześniej. Papież Grzegorz IX (+ 1241) włączył procedurę inkwizytorską do prawa kanonicznego. Stopniowo zorganizowane specjalnie krucjaty, wspomagane przez inkwizycję, wykorzeniły kataryzm z Europy Zachodniej, chociaż ideowe odrzucenie poglądów z nim związanych nastąpiło przede wszystkim dzięki pokojowej, systematycznej i akcentującej powrót do wartości ewangelicznych pracy zakonów żebraczych.

Należy zaznaczyć, że inkwizycja, która początkowo miała uzupełniać sądownictwo kościelne, wkrótce całkowicie wyparła sąd biskupi w odniesieniu do spraw katarów. Proces przebiegał według ściśle określonych reguł. Najpierw zachęcano do przyznania się oskarżonego o herezję do winy, a w konsekwencji do wyrzeczenia się błędnych poglądów. Jeśli oskarżony nie potrafił wykazać swojej niewinności, a jednocześnie nie przyznawał się do winy, poddawany był przesłuchaniu określanemu „wnikliwym”. Jeśli w wyniku takiego przesłuchania przyznał się do herezji, wyznaczano lżejszą lub cięższą karę. Najcięższą karą, jaką mógł wyznaczyć inkwizytor, było skazanie na dożywotnie uwięzienie, ukaranie tzw. carcere perpetuo.

Od razu należy zaznaczyć, że nazwa „dożywotnie więzienie” jest w tym wypadku myląca, oznaczała bowiem skazanie na kilka z reguły lat więzienia, a nawet na krótki pobyt w domu krewnych czy w danym mieście. Formalne skazywanie na dożywocie jest dopiero wynalazkiem rewolucji francuskiej i zapisane zostało w wydanym w roku 1795 Code des delits et des peines. Historycznych dowodów na to, że tak właśnie w średniowieczu rozumiano ad carcerem perpetuum conicere jest wiele. Kilkoma latami pobytu w Zamku Anioła skończyło się np. dożywocie Jana Falkenberga, skazanego na carcerem perpetuum w 1417 r. przez Dominikańską Kapitułę Generalną za Satyrę napisaną z poduszczenia krzyżaków przeciw Polakom, a wzywającą chrześcijańskich władców do wytępienia polskiego narodu. Papież Marcin V (+ 1431) zatwierdził wyrok. W roku 1424, po odwołaniu swoich błędów, Falkenberg był już wolny. Podobnie rzecz miała się z niejakim Henrykiem Czechem, który w roku 1429 otrzymał także (przy wielkiej pomocy merytorycznej dla krakowskiego sądu, wybitnego i bardzo światłego prawnika Stanisława ze Skarbimierza, (+ 1431) wyrok ad carcerem perpetuum za praktyki satanistyczne i szerzenie husytyzmu, a po kilku latach procesował się już, jako wolny, człowiek, z Janem Popowskim, o czym świadczą akta sądu krakowskiego.

Niestety, nie zawsze tak łagodnie kończyły się procesy inkwizycyjne. Dla jawnych heretyków, jeśli odmówili wyrzeczenia się błędnej nauki, albo dla tych, którzy po wyrzeczeniu się herezji byli wypuszczeni na wolność i raz jeszcze w nią popadli, władze świeckie stosowały karę spalenia na stosie.

Prawdą jest, że inkwizycja stosowała niekorzystną dla oskarżonego procedurę. Oskarżyciele pozostawali anonimowi, a oskarżony sam musiał dowodzić swojej niewinności, zgodnie ze stosowaną przez inkwizytorów zasadą, że „jesteś winien, dopóki wie udowodnisz, że jest inaczej”. Prawdą jest także, że oskarżyciele mogli być materialnie zainteresowani w donoszeniu na bliźnich, bowiem w razie ich skazania partycypowali w pozostawionym przez ofiary majątku.

Prawdą jest również to, że jeśli oskarżony wypowiedział sakramentalne mea culpa i wyrzekł się przed inkwizycyjnym trybunałem swoich błędów, był natychmiast wolny. Czy możemy sobie wyobrazić taką sytuację w odniesieniu do totalitarnych dwudziestowiecznych trybunałów?

Mimo dezaprobaty, jaką odczuwamy na myśl o inkwizycji, ścigającej ludzi za wyznawane poglądy, musimy się zgodzić z opinią, że stoi ona nieporównanie wyżej od tych trybunałów, które stosowały inkwizycyjną regułę: „Jesteś winien, dopóki nie udowodnisz, że jest inaczej”, ale w odróżnieniu od inkwizycji nie uwalniały, lecz okrutnie karały oskarżonego, nawet jeśli się przyznał do prawdziwej czy rzekomej winy i żałował zarzucanych mu czynów lub poglądów.

Inkwizytorzy poza tym, bez względu na to, jak ich dziś ocenialibyśmy, skazywali ludzi za coś, co jawiło się im jako największe zło, które nie tylko godzi w doktrynę chrześcijańską, lecz także niszczy kompletnie struktury społeczne, gdy tymczasem inkwizytorzy XX w. skazywali na okrutną śmierć bądź więzienie ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się Żydami, Cyganami czy Polakami. Czy na tym ma polegać przewaga nowożytności nad „ciemnym” średniowieczem? Inkwizycja poza tym – jak stwierdzają to cytowani wcześniej historycy – ścigała bardzo często zwyczajnych kryminalistów, a także tych, którzy z racji swojej przynależności do określonych związków kultowych, popełniali kryminalne występki i zbrodnie. Tak było w przypadku zwolenników różnych kultów satanistycznych.

Jeżeli we współczesnych Stanach Zjednoczonych (i nie tylko tam) policja odnotowuje kilkadziesiąt tysięcy rocznie kryminalnych przestępstw, w tym wiele zbrodni, porwań, wymuszeń, zranień i okaleczeń, popełnianych w związku ze sprawowanymi tajemnymi obrządkami satanistycznymi i innymi kultami w rodzaju „Dzieci Boga”, to nie należy sądzić, że średniowiecze było wolne od takich przestępstw. Przeciwnie. Mentalność ludzi tamtych czasów była o wiele bardziej skłonna do takich praktyk. Dziś nikt się nie dziwi, że kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych postawiono przed sądem i skazano grupę satanistów, która dokonała rytualnej zbrodni na niemowlęciu, przeznaczonym zresztą przez matkę satanistkę na krwawą ofiarę. Nie należy, więc dziwić się, że trybunały inkwizycyjne również ścigały podobne zbrodnie i surowo je karały. Była to po prostu obrona społeczeństwa przed poważnymi zagrożeniami.

W wielu wypadkach inkwizytorzy byli, ludźmi bardzo rozumnymi i oferując nawet wyroki skazujące czynili to w ostateczności i z ogromną niechęcią. Oceniając ich czyny nie wolno tracić z oczu perspektywy historycznej. Ci ludzie myśleli innymi kategoriami niż my. W przeciwieństwie do wielu współczesnych chrześcijan, oni brali dosłownie ostre słowa Chrystusa, który powiada: „Jeśli tedy twoje oko gorszy cię, to je wyłup… A jeśli twoja ręka cię gorszy, odetnij ją… albowiem lepiej jest dla ciebie, aby zginął jeden z twoich członków, niżliby miało całe twoje ciało iść do piekła” (Mt 5,29 in.). Ludzie średniowiecza uważali, że zgodnie z chrześcijańską hierarchią wartości ważne jest przede wszystkim zbawienie duszy: Ciało jest mniej ważne. Rozumowali mianowicie w następujący sposób: Być może straszna śmierć, jaką skazany heretyk lub zatwardziały zbrodniarz musi przyjąć, wyjedna mu u Boga to, co naprawdę się liczy, tzn. zbawienie wieczne. Może go uchroni przed czymś, co jest naprawdę najstraszniejsze – przed ogniem wiecznym, przed potwornym cierpieniem, które trwać będzie nie kilka minut, ale wiecznie. J. Huizinga w swojej książce „Jesień średniowiecza” przytacza słowa typowego przedstawiciela średniowiecznego sposobu myślenia, jakim był żyjący na przełomie XIV/XV w. znany teolog Dionizy Rickel, zwany Kartuzem, który we wstrząsający sposób maluje obraz mąk piekielnych, jakie cierpieć muszą potępieńcy: oto nagi człowiek – powiada Kartuz – umieszczony zostaje w rozżarzonym do białości piecu. Straszliwie, niewyobrażalnie cierpi, krzyczy, wyje i nie może umrzeć. Nie może przestać cierpieć. Musi tak żyć i tak cierpieć, bez przerwy, na wieki, i ma ciągle ostrą świadomość, że ta potworna kara, ten nie do wyobrażenia ból, nie skończy się nigdy. Taki obraz piekła miał przed swoimi oczyma przeciętny średniowieczny inkwizytor. I mocno weń wierzył. Ludzi niewierzących w tej epoce, poza naprawdę niesłychanie rzadkimi przypadkami, nie było.

Człowiek niewierzący był w średniowieczu traktowany jak kaleka psychiczny, jak ktoś, kto nie uznaje oczywistości. Tak więc inkwizytor wierzył bez zastrzeżeń w takie piekło, jakie namalował Dionizy Kartuz. Wierzył też w to, że niepoprawnemu heretykowi, skazanemu z góry na to straszliwe potępienie, może pomóc, jeśli da mu szansę odpokutowania jego winy przez wielkie, ale w gruncie rzeczy bardzo krótkie cierpienie. Myślał – być może Pan Bóg, widząc tę straszliwą mękę grzesznika, zlituje się nad nim, a jego cierpienie przyjmie jako pokutę za popełnione zło.

I jeszcze jeden wzgląd sprawiał, że inkwizytor skazywał, bywało z bólem serca, ale konsekwentnie, przestępcę lub heretyka, a mianowicie wzgląd społeczny. Tomasz z Akwinu prezentuje swoje stanowisko na temat traktowania heretyków w sposób następujący:

Sługa Boży winien być uprzejmy, z łagodnością strofujący tych, co prawdzie się sprzeciwiają, w nadziei, że kiedyś da im Bóg pokutę do poznania prawdy (…) Jeśli nie będzie się tolerowało heretyków, ale śmiercią karało, odbierze się im możność pokuty (…) Na heretyków trzeba patrzeć z dwóch stron: pierwsze, ze strony ich samych; drugie, ze strony Kościoła. Ze strony heretyków: popełniają oni grzech, którym zasłużyli sobie nie tylko na to, by zostali karą ekskomuniki wykluczeni z Kościoła, lecz takie usunięci ze świata karą śmierci. O wiele bowiem cięższą zbrodnią jest psuć wiarę, która daje życie dla duszy, niż fałszować pieniądze, które służą życiu doczesnemu. Skoro więc władcy świeccy od razu karzą fałszerzy pieniędzy i innych złoczyńców karą śmierci, tym bardziej heretyków można od razu, skoro tylko udowodni się im winę herezji, nie tylko ukarać klątwą, ale także sprawiedliwie uśmiercić. Ze strony zaś Kościoła jest miłosierdzie troszczące się o nawrócenie błądzących; stosownie do nauki Apostoła, nie potępia ich od razu, lecz dopiero po pierwszym i drugim napomnieniu, po tym zaś, skoro heretyk nadal trwa w uporze, straciwszy nadzieję w jego nawrócenie, a mając na uwadze zbawienie innych, Kościół karą klątwy wyklucza go ze swojego łona i następnie zostawia sądownictwu świeckiemu, by przezeń był usunięty ze świata karą śmierci. Mówi przecież Hieronim: Trzeba odciąć zgangrenowane członki i usunąć z trzody parszywą owcę, aby nie zaraziło się całe ciało, nie zginęła cała trzoda.

Wspominany Stanisław ze Skarbimierza, który przygotował Consilia dla procesu Henryka Czecha, powołuje się na cytowane słowa św. Tomasza i z pełnym przekonaniem je akceptuje, stwierdzając, że grzech należy potraktować łagodnie, jeżeli nie wiąże się ze zgorszeniem innych ludzi, ale gdy taki grzech zagraża zbawieniu i dobru wielu, jeśli stanowi niebezpieczeństwo dla wiary, jeśli wreszcie powoduje rozłam w państwie i niszczy pokój społeczny (wyraźna aluzja do husytyzmu), to wówczas należy zastosować ostre środki, wykluczając sprawcę tego zła ze społeczeństwa.

W świetle tych rozważań widać, że inkwizycja jest fenomenem bardzo złożonym i trudnym do jednoznacznej oceny, choć niezależnie od najrozmaitszych uwarunkowań, które ją wywołały i które jej towarzyszyły, stanowi plamę na historii chrześcijaństwa, winnego się zawsze kierować ponadczasowym, obowiązującym w każdej epoce i każdego człowieka wierzącego w Chrystusa, przykazaniem miłości, zawsze i w każdych okolicznościach przebaczającej. W żadnym jednak wypadku inkwizycja nie może być argumentem służącym do degradowania średniowiecza przez współczesnego człowieka, żyjącego przecież w epoce, która ma na sumieniu miliony razy większe zbrodnie.

Faktem jest, że średniowiecze to czas głodu i nędzy. Literatura tego okresu obsesyjnie marzy o jedzeniu i piciu. Ten motyw znajdujemy w każdej baśni, w legendach, żywotach świętych itp. Nawet kości ludzi średniowiecza mówią o tym, że ludzie ci byli wątli, słabi i chorowici. Średniowiecze to czas nieurodzajów, zdarzających się co 3-4 lata, czas strasznych chorób, takich jak gruźlica, trąd, gangreny, wrzody, guzy, egzemy, róża, jaglica i inne; czas kalectw, chorób nerwowych, a wreszcie zaraz dziesiątkujących Europę. Złe odżywianie, nieporadność medycyny i wielka umieralność niemowląt sprawiały, że przeciętna życia ludzkiego wynosiła wówczas 30 lat. Czterdziestoletniego człowieka dokumenty określają – „w podeszłym wieku”, a pięćdziesięcioletniego ­”w wieku sędziwym”.

Kobieta zepchnięta jest na plan dalszy, szczególnie jednak dziecko. Dziecko w średniowieczu jakby nie istniało. Nie widać go wyraźnie ani w literaturze, ani w ikonografii z tego czasu. Dodajmy do tego ustawiczne wojny, napady, grabieże, morderstwa dokonywane przez różnych – obcych i rodzimych zbójców, od których roiły się lasy i drogi europejskie, a będziemy mieli pełny obraz tej epoki. Nic więc dziwnego, że człowiek średniowiecza, jak żaden inny, marzy o śmierci i o niebie. Życie doczesne było bowiem dla niego najczęściej prawdziwą drogą po cierniach. Nic dziwnego, że literatura średniowieczna tak wiele mówi o śmierci, eschatologii i znikomości ludzkiego ciała, o które nie warto zbytnio zabiegać, skoro jest takie nietrwałe i przemieni się wkrótce w odrażającą zgniliznę. Najlepiej, choć w szokujący sposób, ten stosunek do doczesności i ludzkiego ciała wyraża makabryczna poezja tej epoki. Filip Aries w swojej książce „Człowiek i śmierć” cytuje wśród wielu innych przykładów fragment poezji Pierre’a de Nesson (+ ok. 1440), przedstawiający w ponurych barwach kres ludzkiego ciała:

Leży w tym brudzie, otoczony
zgnilizną, kałem z każdej strony,
w smrodzie, plwocinach, nieczystości.
Miejże na wszystko to baczenie…
Spójrz, jak z wewnętrznych dróg, kanałów,
Mazie cuchnące się pomału
Na zewnątrz ciała wydostają.

J. Huizinga natomiast w „Jesieni średniowiecza” cytuje słowa Odona z Cluny (XI w.), który medytując nad znikomością i zewnętrznością piękna ludzkiego ciała stwierdza:

„Piękno ciała tkwi wyłącznie w skórze. Gdyby bowiem ludzie mogli zobaczyć, co się znajduje pod skórą, gdyby tak mogli ujrzeć wnętrze, jak to się opowiada o pewnym ostrowidzu z Boecji, zmierziłoby ich spoglądanie na kobiety. Ich powab składa się z flegmy i krwi, z wilgoci i żółci. Gdyby ktokolwiek zastanowił się, co ukrywa się w dziurkach od nosa, w gardle i w brzuchu, doszedłby do wniosku, że są tam tylko nieczystości. A jeżeli nie możemy nawet czubkiem palca dotknąć flegmy czy kału, jak przeto możemy pragnąć obejmować worek łajna”.

Myśl o śmierci i pogarda wobec doczesnego, tak bardzo nietrwałego i godnego politowania świata, jest stałym refrenem wielu traktatów średniowiecznych, zwłaszcza ascetycznych, ale często także filozoficznych, skoro wielu myślicieli traktuje wówczas filozofię jako ars moriendi (sztukę umierania), wychodząc z założenia, że myśl o śmierci najlepiej uczy właściwego życia. Przykładem tego typu traktatów ascetycznych może być dzieło De contemptu mundi (O wzgardzeniu światem) Innocentego III (+ 1216), o którym Huizinga powiada, że był najszczęśliwszym z polityków na Stolicy Piotrowej, uwikłanym z konieczności w całe morze doczesnych spraw, co nie przeszkodziło mu widzieć je i oceniać w skrajnie pesymistyczny sposób: „Któż kiedykolwiek chociażby jeden cały dzień spędził przyjemnie […] by nie zraniło go przy tym spojrzenie, dźwięk albo jakiś cios”? – pyta Innocenty. A zastanawiając się nad losem kobiety-matki, powiada: „Poczyna kobieta w nieczystości i smrodzie, rodzi w smutku i bólu, karmi z udręką i trudem, strzeże z obawą i strachem”.

Pesymizm wielu autorów średniowiecznych w ocenie życia doczesnego, niechęć do ludzkiej miłości i przekonanie o znikomości ciała ludzkiego nie były jednak tak dominujące w mentalności ludzi tej epoki, jak to próbują w nas wmówić różni jej krytycy. Średniowiecze to czasy skrajności. Żyją wówczas asceci praktykujący tzw. dziką ascezę, biczownicy, pokutnicy, pustelnicy, ale także weseli, aż ponad miarę, goliardzi, trubadurzy sławiący ziemską miłość i rozpowszechniający poezję miłosną. To wtedy – jak przedstawiła to w swoim interesującym artykule H. Sawecka – działają tzw. trybunały miłosne i prowadzone są najróżniejsze gry miłosne. To przecież średniowiecze wytwarza wiele nieśmiertelnych historii miłosnych, z opowieścią o Tristanie i Izoldzie na czele. To wtedy, obok poezji makabrycznej, pojawia się piękna poezja miłosna, jak np. znany i czytany powszechnie przez inteligencję średniowieczną „Romans o róży” Jana z Meun (+ 1280). Tak więc w epoce tej splata się śmierć z życiem, pesymizm z radością, heroiczne cnoty z nikczemną zbrodnią, szlachetność z podłością, najwyższej klasy osiągnięcia intelektualne z kompletną głupotą, ekstaza duchowa z uwielbieniem fizyczności, przepych z niewyobrażalnym ubóstwem, wysublimowana pobożność ze sprośnymi obyczajami i bluźnierstwem, wstręt do ciała z przekonaniem o jego godności, skoro jest „mikrokosmosem” i skoro zmartwychwstanie, programowe niechlujstwo i brud ascetów z wyjątkowo wielką troską o higienę ciała (większą nieporównanie niż w czasie renesansu), wielka cześć dla duchownych z żywiołową nienawiścią skierowaną przeciw nim.

Święci średniowieczni – jak stwierdza Le Goff w swym dziele „Kultu­ra średniowiecznej Europy” – mają nie tylko siedem darów duszy (przyjaźń, mądrość, zgoda, honor, potęga, bezpieczeństwo i radość), lecz także siedem darów ciała (uroda, zręczność, siła, swoboda, zdrowie, odczuwanie rozkoszy, długowieczność).

Czy owe skrajności są właściwe tylko dla epoki średniowiecza? Należy w to wątpić. Dostrzec je można bardzo łatwo w każdej innej epoce, łącznie z naszą.

Prawdą jest, że w średniowieczu Kościół miał wielki wpływ na społeczne i polityczne życie narodów europejskich. Zadecydowały o tym różne czynniki ideowe, jak np. określona koncepcja zwierzchnictwa władzy duchownej nad świecką, ale także ten prozaiczny fakt, że tylko Kościół był wówczas dobrze zorganizowaną instytucją i jako taki jedynie on mógł stabilizować życie społeczne i mógł pomagać w rządzeniu państwami, dysponując zastępami stosunkowo karnych i najlepiej w tej epoce wykształconych ludzi. To wszystko sprawiało, że w wielu dziedzinach życia średniowiecznej Europy Kościół był wprost zmuszony do przejmowania tych funkcji, które par excellance są domeną nowożytnego państwa. Zajmował się więc dyplomacją. Organizował szkoły i uniwersytety. Potrafił zachować, rozwinąć i przekazać społeczeństwom europejskim skarby kultury i nauki antycznej. Nauczał ludzi nie tylko wiary i moralności chrześcijańskiej, lecz także różnych rzemiosł, uprawy roli, hodowli bydła, sadownictwa, budowy domów, dróg, mostów, młynów itd., itd. W tych trudnych czasach zajmował miejsce państwa także jako organizator miłosierdzia i opieki zdrowotnej. Miał swoje listy biedaków, którym regularnie udzielał pomocy. Budował i utrzy­mywał szpitale, sierocińce, domy starców i hospicja dla podróżnych. Łagodził jak mógł obyczaje, zakazując pod karą ekskomuniki pojedynków, prowadzenia wojen w pewnych okresach roku kościelnego, napadania przez szlachtę na ludzi niższych stanów z bronią w ręku, tratowania pól chłopskich podczas polowań itp. Jedynie Kościół wybija się na tle tych wieków jako ostoja, zarówno materialna jak i duchowa ludzkości.

To Kościół opiekuje się różnego rodzaju potrzebującymi, wyzwala niewolników, wykupuje jeńców wojennych. Jedynie on przejmuje się biednymi, chorymi, sierotami i starcami. Kościół średniowieczny nawet na moment nie zapomina o tym, że jego królestwo nie jest z tego świata, ale sytuacja zmusza go do tego, żeby zajął się także doczesnością. Pamięta o tym, że Chrystusa należy odnajdywać w głodnych, spragnionych, uwięzionych, potrzebujących wsparcia i pomocy. W wiekach chaosu przejmuje niejako na siebie misję porządkowania i formowania świata. Będąc jedynym świadomym dziedzicem kultury rzymskiej, z konieczności staje się monopolistą nauki i sztuki. Dzięki Kościołowi przede wszystkim powstają w chrześcijańskiej, średniowiecznej Europie dzieła wielkie, które nie tylko równoważą, lecz znacznie przewyższają cienie średniowiecza, o których mówi się nieustannie od kilku wieków. Powstają wspaniałe dzieła malarstwa, architektury i muzyki. Rozwijają się szkoły i uniwersytety, o których znaczeniu dla kultury europejskiej nie ma przecież sensu mówić, bo byłoby to banalne. Rozpowszechnia się odciążające ludzkie siły wynalazki, takie np: jak młyn wodny, udoskonalony pług, wiatrak, podkowę i chomonto – które rewolucjonizuje transport, bo zwierzę może teraz ciągnąć ciężary piersią, a nie szyją. Upowszechnia się trójpolówkę, zastosowanie młynów wodnych do folusznictwa, urządzeń browarskich, kamieni szlifierskich, młotów do zgniatania kory dębowej. Rozpowszechnia się używanie taczek, kołowrotka i pięciu ogniw kinematycznych, tzn: śruby, koła, zapadki, koła zębatego, bloku oraz korby. Rozwija się produkcję szkła i papieru. Wprowadzenie weksla rewolucjonizuje finanse. Wprowadzenie cyfr wynalezionych przez Hindusów (Aryabhata ur. ok. 476, Brahmagupta + ok. 660, Bhaskara + ok. 1185), a przejętych przez Europę od Arabów (stąd nazwa „cyfry arabskie”), szczególnie zaś zera – rewolucjonizuje matematykę.

Stawiany jest zarzut, że średniowiecze, a ściślej – średniowieczny Kościół niszczył nauki przyrodnicze, że już św. Augustyn mówi o nauce jako próżnej ciekawości odrywającej umysł od prawdziwych jego zadań, które polegają nie na liczeniu gwiazd i szukaniu ukrytych praw natury, lecz na poznaniu i miłości Boga; że to mnisi chrześcijańscy zamordowali znaną filozofkę aleksandryjską Hypatię (+ 415); że to cesarz Justynian, z pobudek chrześcijańskich, zamknął w roku 529 Akademię Platońską w Atenach, po prawie tysiącu lat jej istnienia. Ale nie dodaje się, że nauka, o której w ten sposób mówi św. Augustyn, to astrologia, która w swoich założeniach jest nie do przyjęcia zarówno przez wiarę chrześcijańską, jak i prawdziwą naukę; nie wspomina się tego, co myśliciel ten pisał w swoim bardzo ważnym traktacie „De doctrina Christiana” na temat ogromnej użyteczności nauk świeckich (wiedzy naturalnej, matematyki, muzyki, dialektyki, retoryki i innych), które porównał do bogactw, jakie Żydzi zabrali Egipcjanom, by zrobić z nich lepszy użytek.

Nie mówi się, że Akademia Ateńska, mimo prawdziwej czci Justyniana dla nauki helleńskiej, była w jego czasach na wskroś przesiąknięta magią i okultyzmem, które miały wybitnie destrukcyjny wpływ na rozwój nauki. Zapomina się, że zdarzenie z Hypatią miało mniej więcej tyle wspólnego z jej wiedzą naukową, co wygnanie Einsteina z Niemiec z teorią względności.

Uczeni średniowieczni tymczasem byli nieporównanie wolniejsi niż wielu uczonych współczesnych. Przekraczali granice, kiedy chcieli i bez żadnych paszportów. Wędrowali po całej Europie, aby słuchać wykładów i dyskutować we wspólnym dla całej ówczesnej inteligencji języku. Mimo nieporównanie trudniejszych możliwości komunikowania wymieniali szybko swoje dzieła, naukowe poglądy i idee. Świadczą o tym ich biblioteki, zachowane jeszcze w różnych miastach europejskich. To przecież średniowieczny papież Innocenty III (+ 1216) na pytanie, czy jakiś wierzący, który na podstawie lepszego rozeznania rzeczy nie chce się zgodzić z rozkazem przełożonego, winien być za to ukara­ny, odpowiedział: „Wszystko, co nie dzieje się z przekonania, jest grzechem; i to, co przeciwko sumieniu się dzieje, zasługuje na piekło. Nie wolno przeciw Bogu słuchać sędziego, lecz raczej trzeba się w takim razie poddać ekskomunice niż ustąpić”. Powyższa wypowiedź jest wyraźnym usankcjonowaniem subiektywnego sumienia, za którego głosem człowiek ma obowiązek iść. Jeżeli mimo takich deklaracji władzy kościelnej człowiek średniowieczny nie czynił zbyt wielkiego użytku ze swojej wolności, jeżeli przyjmował z góry pewne założenia teologiczne, to nie dlatego, że oddziaływał na niego przymus zewnętrzny, lecz dlatego, że podstawowe prawdy religijne uważał za rzecz tak oczywistą, jak fakt istnienia własnego bądź fakt istnienia otaczającego go świata.

Każda epoka ma swoje światopoglądy i w każdej z nich ludzie uwzględniali, świadomie lub nieświadomie, ideologiczne uwarunkowania swoich czasów. Również współczesny filozof jest dzieckiem swojego wieku, uwzględniającym cały jego ideowy bagaż. Godny uwagi i ubolewania zarazem jest fakt, że to nie tyle w średniowieczu, ile właśnie w późniejszych epokach (poczynając od renesansu) chlubiących się wolnością, prześladowano uczonych za ich poglądy. To przecież w epoce i renesansu spalono na- stosie – jak już o tym była mowa – Serveta i Giordano Bruno, a Galileusza i Campanellę (+ 1639) prześladowano w wieku XVII, szczycącym się słusznie racjonalizmem kartezjańskim, spinozjańskim itp. Nazwisko Galileusza, wielokrotnie już wspominanego w tym opracowaniu, stało się przy tym swojego rodzaju symbolem „uciśnionej” przez Kościół nauki. Jak stwierdza Walter Brandmuller w swojej książce „Galilei und die Kirche oder Das Recht auf Irrtum”, przez kilka ostatnich wieków rozpowszechnia się ciągle tezę o rzekomym konflikcie, jaki występuje między wolnością badań naukowych, i w ogóle nauką, z jednej strony – a wiarą religijną i Kościołem katolickim z drugiej strony. Przy czym Galileusz Traktowany jest jako personifikacja wolności, postępu i nowoczesności, Kościół natomiast jako personifikacja skostniałego dogmatyzmu, skrępowanego myślenia i obskurantyzmu.

Sprawa Galileusza wróciła niejako na scenę publiczną w ostatnich latach w związku z jego rehabilitacją, dokonaną przez Ojca św. Jana Pawła II 30 października 1992 r. Można stwierdzić z całym przekonaniem, że sprawa Galileusza nigdy nie upoważniała do wygłaszania tezy, którą przytacza W. Brandmuller. Nigdy nie było, i nie ma teraz, sprzeczności między nauką a religią chrześcijańską. Nikomu nie udało się takiej sprzeczności wykazać. Jeśli istniały konflikty między nauką a religią, to zawsze następowały one wskutek tego, że któraś z nich w nieuprawniony sposób wkraczała na obszar drugiej. Biblia jest dla chrześcijan autorytetem jedynie w sprawach wiary religijnej i moralności, nie zaś w sprawach zoologii, matematyki czy medycyny. Jeśli ktoś zwalczał naukowe poglądy Galileusza, odwołując się do wiedzy astronomicznej zawartej w Biblii, to czynił to w sposób nieuprawniony, i dlatego Jan Paweł II, rehabilitował Galileusza. Papież stwierdził, że Galileusz wyprzedził swoją epokę i niejako wyznaczył kierunek rozwoju biblistyki. Sam był człowiekiem głęboko wierzącym, a do Benedetto Castellego napisał znamienne słowa: „Choć Pismo św. nie może się mylić – może się mylić i ta na wiele sposobów ten, kto je interpretuje”.

Nie bądźmy jednak zbyt surowi dla tych, którzy nie mogli zrozumieć Galileusza. Po prostu byli ludźmi swojej epoki. Historyk doskonale to rozumie. Nawiasem mówiąc – ludzie oświeceni z XVII w., jak np. kardynał Bellarinin (+ 1621) i papież Urban VIII (+ 1644), nie mieli żadnych uprzedzeń do teorii kopernikańskiej . Owszem, popierali badania naukowe. Kościół zwracał się z prośbą do Galileusza, by ten trzymał się postawy naukowej i nie przekształcał hipotez naukowych w dogmaty religijne. Tak naprawdę to Kościół w czasach Bellarmina i Galileusza, mając świadomość, że najgorszym zagrożeniem, zarówno dla chrześcijaństwa jak i samego człowieka, jest idealizm, który dla wymyślonych przez siebie fikcji poświęca konkretną ludzką jednostkę, ten Kościół bronił przede wszystkim arystotelizmu jako najbardziej racjonalnego i realistycznego ujęcia rzeczywistości.

Trzeba mocno podkreślić, że rodząca się wiedza galileuszowska nie miała w swoim wyraźnym programie wojny z dogmatami wiary i z doktryną katolicką, lecz cały impet swojej niechęci kierowała na arystotelizm, czerpiąc jej uzasadnienie ze starożytnej mitologii hermetycznej i okultystycznej oraz z magii i alchemii odrodzeniowej. To, że mimo takiej genezy nauka Galileusza przyniosła rozwój dyscyplin matematyczno-przyrodniczych, bierze się z odrzucenia przez niego arystotelesowskiej fizyki jakościowej, która ­ jak była już o tym mowa – stanowiła fałszywy trop w nauce. Wracając do genezy konfliktu: Galileusz – Kościół, należy stwierdzić, że groźba nieuprawnionego wkraczania religii katolickiej w sferę nauki już od dawna nie istnieje. Dobrze by było, gdyby także poszczególne nauki nie próbowały zastępować religii i wyciągać wniosków, do których nie są uprawnione, zastępować religii przedmiotem, jakim się zajmują, ani też metodami badawczymi, którymi się posługują: Takie metodologiczne błędy popełniane były przez wielu uczonych z całkiem świeżych czasów. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest tak bogata, że dla ogarnięcia jej i zrozumienia nie wystarcza pozytywistyczny model nauki, odpowiadającej na pytanie: „Jak jest?”, lecz konieczny wydaje się być powrót do starych antycznych, naukotwórczych pytań: „Dlaczego?” i „Po co?” Należy chyba zadawać w dzisiejszych badaniach naukowych te właśnie pytania, aby zamiast dobra nie przyniosły one współczesnemu człowie­kowi zagłady.

Nie istnieje światopogląd naukowy sensu stricto. To była jedna z wielu fikcji marksistowskich. Każdy człowiek czerpie odpowiedź na podstawowe, dręczące go egzystencjalne pytania z wielu źródeł, na pewno nie z samej tylko nauki. W bardzo wielu przypadkach ­ także z religii, której dziś potrzebuje tak samo jak w średniowieczu. I nie chodzi tu tylko o ludzi niewykształconych. W jednym z numerów „Spraw Nauki” zamieszczono interesującą anegdotę, której autorem miał być E. von Bruecke. Jego zdaniem „teologia to taka dama, bez której współczesny biolog nie może żyć, ale z którą wstydzi się publicznie pokazać”. W średniowieczu był on roztropniejszy i szczerszy, po prostu się jej nie wstydził.

Wydaje się, że właściwym zakończeniem dla rozważań na temat: jakie naprawdę było średniowiecze? – będą słowa L. Genicota, który rekapituluje ciągnące się od lat polemiki w sposób następujący: „Okresy historyczne następują jeden po drugim, lecz nie unicestwiają się. Każdy z nich dziedziczy coś po tych, co go poprzedziły, a żaden nie burzy wszystkich osiągnięć poprzedników. Czasy nowożytne zajęły miejsce średniowiecza, lecz nie zepchnęły go w nicość. Między tymi epokami nie było przerwy w łączności. Można raczej mówić o zmianie perspektywy, o odwróceniu skali wartości, same jednak składniki niewiele się zmieniają. Te same są mniej więcej granice polityczne, języki narodowe, te same absolutyzmy władców, tu i ówdzie mniej lub więcej złagodzone – wskutek oporu poddanych. Nie zmienia się gospodarka, handel. Te same rodzaje literackie, ta sama technika malarstwa olejnego, uniwersytety, kierownicza rola papiestwa, pomocnicza zakonów, chrystianizm. Dzieła, sztuka, pojęcia, idee, społeczności – wykute i stworzone w średniowieczu, przetrwały do dziś i nic nie zapowiada ich zmierzchu”.

Ks. Stanisław Wielgus
http://arkapana.republika.pl

Komentarzy 9 do “O micie „ciemnego” średniowiecza i „światłej” nowożytności polemicznie”

  1. Kapsel said

    W Starym Testamencie pożyczek na procent surowo zakazywała Księga Wyjścia (22, 25), Kapłańska (23, 35-37), Powtórzonego Prawa (23, 19-25). W III Księdze Mojżeszowej czytamy: “Nie bierz od niego odsetek ani lichwy, aby Twój brat mógł żyć obok ciebie”. W Księdze Ezechiela Stwórca oburza się: “Bierzesz odsetki i dopłatę i krzywdzisz gwałtem swego bliźniego, a mnie zapomniałeś”. W kolejnych stuleciach podobne było stanowisko ojców Kościoła. Święty Tomasz z Akwinu w “Summie Teologicznej” powiedział wprost, że wszelka interesowna pożyczka, mająca na celu zysk, jest lichwą, a więc grzechem, i to nie tylko wierzyciela, ale też dłużnika; nawet grzechem śmiertelnym.

    Dekret papieża Gracjana z XII w. wyjaśnia wyraźnie, że lichwa to żądanie zwrócenia większej kwoty niż pożyczona. Przeciwko pożyczkom na procent występowali św. Hieronim i św. Ambroży z Mediolanu. Drugi Sobór Laterański z 1139 r. odmówił nieżałującym za grzechy lichwiarzom pochówku w poświęconej ziemi i pozbawił ich świętych sakramentów. Pożyczek na procent zakazywał też Karol Wielki.

    Na czym właściwie polegał grzech lichwy? Była kradzieżą dokonaną na Bogu, bankier kradł bowiem czas należący do Stwórcy. Inne pojawiają się i znikają, lichwą grzeszy się nieustannie, nawet kiedy się śpi. Przywarą bankiera jest lenistwo – nie chce mu się godziwie pracować, więc pracują za niego jego pieniądze. Jakub z Vitry powiadał, że Bóg stworzył chłopów do pracy, rycerzy do obrony, a księży do modlitwy, lichwiarze zaś są dziełem szatana. Ilość odsetek, jakie zgromadzili w ciągu życia, odpowiada ilości drewna, które posłuży do ich spalenia w piekle.

    Lichwę potępiał Kodeks Prawa Kanonicznego z 1140 r., a sobór ekumeniczny w Vienne (1311-1312) zalecał traktować pożyczających na procent jak heretyków. Kaznodzieje powiadali, że lichwiarze już na ziemi żyją w towarzystwie diabłów. Grzeszy nie tylko lichwiarz i jego dłużnik, ale też ten, kto lichwę toleruje. Sobór trydencki w 1563 r. zabronił pieniądzom, aby się same rozmnażały. Cóż miał więc zrobić bankier? Porzucić swoją profesję i pokutować – zalecał eksbankier Pandolfo Ruccelai (zm. 1497 r.), który został dominikaninem. W średniowieczu spotykamy się – wprawdzie rzadko – ze zwrotami procentów w zapisach testamentowych. Słynny bankier Jakob Fugger zasięgał nawet rady teologów w sprawie szkodliwości oprocentowania. W 1577 r. genueński bankier Lazaro Doria wycofał się z interesów, dręczony wyrzutami sumienia. Według średniowiecznych penitencjałów, jedyny sposób pokuty to zwrot “zagrabionych” procentów. Starano się też godzić wymogi gospodarki z religią, więc na przykład Republika Genueńska zwracała się skutecznie w 1631 r. do papieża Urbana VIII o uznanie ricorsa – formy pożyczki długoterminowej.

    Papież Benedykt XIV jeszcze w 1745 r. potwierdził dawne ograniczenia dotyczące pożyczek oprocentowanych. Do argumentacji religijnej sięgnięto w pewnej sprawie sądowej we Francji w 1769 r., gdzie roszczenia banku w stosunku do dłużników zostały oddalone pod pretekstem, że bank pożyczał na procent.

    Kwestia przeklętych odsetek nie ominęła też protestantów. W Zjednoczonych Prowincjach dopiero w 1658 r. uznano, że oprocentowane pożyczki podlegają jedynie władzy świeckiej. Jan Kalwin w 1545 r. podzielił odsetki na dozwolone (do 5 proc.) oraz sprzeczne z zasadami miłosierdzia. Sam uważał zresztą, że bycie bankierem jest niegodne chrześcijanina i człowieka uczciwego. O Marcinie Lutrze nie warto nawet wspominać – do bankierów ział nienawiścią: “Każdy lichwiarz wart jest szubienicy”.

    Wrogość do procentu jest jednak starsza od Kościoła. Już Arystoteles, Platon, Plutarch, Cyceron i Tacyt występowali przeciwko odsetkom. Arystoteles, na którego chętnie powoływał się później Kościół, przeciwstawiał się “osiąganiu zysku z samego pieniądza”, który w tym momencie mija się ze swym przeznaczeniem, stworzony został bowiem do wymiany, a nie po to, aby się samodzielnie rozmnażać. Państwa antyczne wykazywały pewną dozę rozsądku, ograniczając jedynie wysokość dozwolonych odsetek. Zakaz lichwy występował również w wielu pozaeuropejskich kulturach.

    https://marucha.wordpress.com/2011/02/22/az-13-mln-polakow-moze-dotyczyc-problem-biedy/#comment-79109

  2. aga said

    Kto zna dokładniej kierownicze czynniki twórczego rozwoju państwa i historii cywilizacji chrześcijańskiego średniowiecza, ten snadnie dojrzy, iż był czas, gdy życie publiczne usiłowano – przynajmniej w przybliżeniu – urządzić podług nauki Kościoła. Założony przez Chrystusa Kościół, rozlewając się szeroką falą po całej Europie i wywierając swój wpływ wychowawczy na ówczesne jej ludy, stopniowo nadawał coraz większe znaczenie tej prawdzie, że Chrystus na mocy suwerennego, królewskiego swego prawa, włada wszystkimi państwami. Pierwszą, wielką koncepcją urządzenia państwa według myśli Bożej była monarchia frankońska Karola Wielkiego, której oddanie pod berło Chrystusa odbyło się w uroczystość Bożego Narodzenia 800 roku, gdy Leon III w bazylice świętego Piotra namaścił Karola Wielkiego na chrześcijańskiego, rzymskiego cesarza. Z tą chwilą w dziejach ludzkości począł się nowy okres kulturalny: epoka chrześcijańsko-germańskiej kultury, w której, jak powiedział Leon XIII, mądrość ewangeliczna rządziła państwami. Najbardziej chyba znamiennym tego przykładem może być panowanie świętego Ludwika, który talentem nie dorównuje wprawdzie innym genialnym, samolubnym zdobywcom, ale był kochającym ojcem swych poddanych i na kształt dobroczyńcy społeczeństwa urzeczywistnił cel państwa: dobrobyt i wewnętrzny porządek społeczny. Toteż słusznie pisze o nim Wallon, że Francja stanęła wtedy na takiej wyżynie społecznego rozwoju, jaki rzadko kiedy osiągnęła i, mimo szczególnych nieszczęść, w polityce zewnętrznej i wewnętrznej takiego szczęścia i poważania doznawała, jak może nigdy ani przedtem, ani potem.

    Uniwersytet paryski właśnie za jego panowania wysunął się na czoło całego, współczesnego świata naukowego; wraz ze swym spowiednikiem rzucił podwaliny Sorbony; architektura za jego czasów osiągnęła punkt szczytowy swego rozkwitu; instytucja rycerska za jego panowania wzniosła się ostatecznie do niedosiężnych już potem wyżyn; bez światoburczych planów zapewnił bezpieczeństwo krajowi. Podobnym był inny święty koronowany, święty Henryk cesarz, którego rządy były dla jego poddanych źródłem prawdziwego szczęścia, albo odnoszący świetne nad Maurami zwycięstwo święty Ferdynand, który był równie wielkim prawodawcą, jak dbałym o rozwój kraju opiekunem.

    Ale w tych średnich wiekach ogólnie też panowało przekonanie, że szczęście w życiu publicznym osiąga się tylko przez wytrwałe posłuszeństwo ustawom Chrystusowym. Póki władcy uważali sobie za zaszczyt patrzeć na siebie, według słów św. Bernarda (Ep. 92), jako na lenników Bożych, póty znaczenie głowy państwa jaśniało blaskiem religijnej świętości, a posłuch dla jego rozkazów uważano za służbę samemu Bogu. Toteż średniowieczny poeta mógł śpiewać panującemu: „Cierniową koronę nosił cierpiący za nas Jezus… tronem był Mu krzyż… Cesarzu, schyl czoło przed Nim, który tak ciebie wywyższył. Chrześcijańską nosisz koronę, lecz w dobrobycie nie zapominaj nigdy o Najwyższym Panu, Bogu twoim” (Hagen, Minnesinger II, k. 229).

    Wtedy również na wzrost władzy papieskiej spoglądano jako na wynik społecznej władzy Chrystusa, gdy idea chrześcijańskiego, rzymskiego cesarstwa wykluła się z tego katolickiego zapatrywania, żeby obok papieża, jako przedstawiciela władzy duchowej, i z nim w wewnętrznej harmonii cesarz kierował ziemskim dobrobytem ludzkiej społeczności i wzajemnym sojuszem związanych ludów – obaj w zależności od wspólnego źródła – autorytetu: zwierzchności prawnej Chrystusa. Nie chciano przez to w erze chrześcijańskiej stwarzać teokratycznej formy państwa, jaką miało w Starym Testamencie królestwo ludu wybranego; ani nie żywiono pragnienia, by świecką władzę podporządkować zupełnie papiestwu, lub też ją bezpośrednio i wprost wywodzić od Chrystusa w tym znaczeniu, jak i papiestwo; chciano po prostu wprowadzić w życie narodów to słuszne i na prawdzie wsparte przekonanie, że Chrystus jest Królem Najwyższym; że Jego prawo musi przeniknąć wszelkie przejawy życia ziemskiego, więc nie tylko życie religijne, lecz i świecką kulturę, zatem ustrój państwowy i prawny, ustawodawstwo i wymiar sprawiedliwości.

    Znamy błędy średniowiecza; wiemy, że często ze wzniosłością teorii nie szła w parze praktyka; lecz niechby nowoczesna historiografia sprawiedliwszym i przedmiotowszym sądem darzyła wielkie dzieła tych znakomitych władców, niechby spostrzegła też jasne strony średniowiecza i nie podług kryterium nowoczesnej doktryny państwowej, według powodzeń nie uznającej moralności dyplomacji, czy też według prawa pięści dzieliła palmę historii.
    Proces życiowych przemian, zapoczątkowany przez renesans, a pogłębiony przez reformację, śmiało postępował ciągle naprzód. Rewolucja francuska już okrzyknęła detronizację Boga, a od tej chwili nie tylko prawnicy tworzyli niezależne od Boga i Chrystusa teorie państwowe, lecz i socjalizm powstały w ślad za gospodarczymi przemianami czasów nowożytnych, stanął od razu na gruncie niewiary i przeczenia praw i zasad Chrystusa. Wszakże pełen wabnego pochlebstwa frazes, któremu na imię: „majestat ludu” był niczym innym, jak tylko zasadniczym wszczęciem buntu przeciw Chrystusowi-Królowi, był fałszywym przywłaszczeniem praw należnych władcy przez krnąbrnego poddanego, który wieścił teraz o sobie samym, że „dana mu jest wszelka władza”.

    Czasy zatem nowożytne: od renesansu aż do dnia dzisiejszego, pod wpływem wybujałych, nowoczesnych idej, nadały zwrot życiu publicznemu: stworzyły bezwyznaniowe w swej istocie państwo, które już nie wykonywało Bożego, co do świata, planu, ani też nie zapewniało swym obywatelom ziemskiego, na moralnych zasadach wspartego dobrobytu, lecz stało się niezależnym od wszelkiej, wyższej władzy, samolubnym Molochem, otwierającym paszczę, wiecznie chciwą żeru. Na takich błędnych podstawach i majaczeniach pragnęły czasy nowożytne zbudować bez Chrystusa przyszły ustrój społeczny.

    Pomieszały prawo z przemocą, a oboje wyzuły z więzów moralności. By zaś jej czujny a natrętny stróż nie naprzykrzał im się w przyszłości, coraz się bardziej od Kościoła oddalały.

    Ale ten rozłam pomiędzy państwem a Kościołem, rozłam, który jaskrawo wystąpił w jawnym zerwaniu z Chrystusowymi prawami rzymskiego Kościoła i w samym rozdziale Kościoła od państwa, w końcowym wyniku wyzwolił z pęt takie siły, które ruszyły z posad ten kamień węgielny, na którym się wspierał światowy porządek społeczny. Małżeństwo zeświecczało i zostało wyrwane z kręgu praw należnych do ustawodawstwa Chrystusa, przez to zaś rozluźniły się węzły rodzinne i obyczajność zdziczała. Stanowiło to po prostu naturalny skutek protestantyzmu, który, zaprzeczywszy małżeństwu sakramentalnego, przez Chrystusa ustanowionego charakteru i odmówiwszy mu nadto nierozerwalności, zbuntował tym samym przeciw zwierzchności prawnej Chrystusa społeczność najdawniejszą, najsilniejszą, najdoskonalszą i najpiękniejszą ze wszystkich, będącą tym „świętym warsztatem, w którym od góry do dołu cały porządek społeczny wypracowuje się i kształci, utrzymuje i naprawia”.

    Papieże widzą moralne bankructwo europejskiego życia społecznego i pochylnię rewolucji socjalnej, po której stacza się w przepaść oderwany od Chrystusa świat nowoczesny. Już na dziesiątki lat przed wybuchem wielkiego przesilenia społeczno-gospodarczego, Leon XIII, papież socjalny, przestrzegał świat, że tylko przez uznanie praw i ustaw Chrystusowych zdoła ludzkość przebić te czarne chmury, za którymi niepewna jej przyszłość się kryje. Czyż było to czym innym, jak tylko proroczym ostrzeżeniem, podobnym do tej przestrogi mesjańskiego psalmu, w którym właśnie królestwo Chrystusowe jest tak wzniośle odmalowane: „Stanęli wespół królowie, i książęta zeszli się gromadnie przeciw Panu i przeciw Chrystusowi jego; potargajmy związki ich i zrzućmy z siebie ich jarzmo”.

    Ale bunt przeciw Chrystusowi-Królowi w ostatecznym wyniku skończy się przegraną wrogów. Pan ich pokruszy (Psalm 2). Nie mówi, że On sam będzie ich karał. Zresztą to nie jest konieczne. Zdruzgoczą ich własne spory, niezgody i waśnie. Finałem bowiem akcji zapoczątkowanej przez renesans i protestantyzm będzie zmurszenie Europy i obrócenie jej się w kupę gruzu.

    Bo oto współczesna, niewierząca, kulturalna ludzkość uchyla się spod jarzma Chrystusa, kanonizuje samolubstwo, a w imię postępu ogłasza egoizm. A przecież społeczeństwo, które samolubstwem się karmi, kopie pod sobą własny swój grób. Egoizm bowiem działa, jak dynamit: rozsadza społeczność ludzką i zabija wszelki dobrobyt obywatelski. Rozkłada poszczególnych członków społeczeństwa na okrutnych samolubów, wszczyna zaciekłe walki klasowe, wywołuje masowe rzezie i niszczy wszelką kulturę. Daremnie rewolucja socjalna zarzuca ustrojowi kapitalistycznemu tłumny mord ludzi w wojnie światowej i daremnie znów ustrój kapitalistyczny wskazuje na okrucieństwa bolszewizmu i jeszcze straszliwsze jego rzezie masowe – oboje ożywiał ten sam duch. Społeczeństwo bowiem od Chrystusa oderwane, bez względu na system i ustrój, w jakim się znajdzie, będzie zawsze przepojone do głębi egoizmem.

    Były i są jeszcze takie ograniczone umysły, które oskarżają chrześcijaństwo, że ono jest przyczyną upadku, jeśli zaś nie składają odpowiedzialności na karb chrześcijaństwa, to szydzą z jego nieudolności, że ono, jako religia miłości, nie zdołało przeszkodzić okropnościom wojny. Ci krótkowzroczni apostołowie nowej doby nie spostrzegają, że wszystkie swe publiczne, społeczne i międzynarodowe nieszczęścia Europa zawdzięcza właśnie temu, że przez czterysta lat pracowała usilnie w tym kierunku, by zdetronizować Chrystusa na całej linii społecznego życia.

    Toteż Chrystus jest dzisiaj Królem-Prześladowanym. Jest Królem-Wygnańcem z parlamentów, z międzynarodowych konferencyj, ze stosunków dyplomatycznych. Nic więc dziwnego, że prowadzona bez Niego polityka światowa i walka o reformy społeczne skończyła się jedna i druga walną, ogólną przegraną. Wszakże to w tym czasie ludzkość stanęła w płomieniach wojny światowej, gdy w roku 1914 już nie było ani jednego państwa na kuli ziemskiej, w którym by podług zasad katolickich, podług ustaw Chrystusa, regulowano życie publiczne. Kapitalizm i imperializm, wodzące na pasku szare masy, zarówno jak i socjalizm, wszystkie te kierunki w wewnętrznej swej istocie wyznawały poganizm i były urągowiskiem nauk Chrystusowych. We wszystkich dziedzinach życia publicznego nie znano świadomie praw Chrystusowych, lub też po prostu przeciw nim powstawano, lub wreszcie Mu ich zaprzeczano. Prasa w 95% była w liberalnych, socjalistycznych, wolnomularskich, materialistycznych rękach żydowskich. Szkolnictwo w większości państw zaledwie tolerowało katolicyzm, albo już nawet zgoła nie tolerowało, a w każdym razie ograniczało wszędzie prawa Kościoła i paraliżowało jego zbawcze wpływy, powierzając katedry liberalnym, niewierzącym nauczycielom i profesorom. W fabrykach, warsztatach, bankach i w ogóle w życiu gospodarczym już dawno nie znano ustawy Chrystusowej: „Oddaj Bogu, co jest Bożego, a człowiekowi, co jest człowieczego”. Ogniskami współczesnego, społecznego życia i jego prądów duchowych są stolice. Gdyby zestawić o nich dane statystyczne, wyszłoby na jaw, że wielkie środowiska miejskie, a nie tylko stołeczne, żyły bez Boga. Niedziela dla tłumów ludności oznaczała dzień wolny od pracy, tj. dzień rozrywki. Ale po co wyszczególniamy przyczynki ogromnego przestępstwa, kiedy to da się streścić krótko w jednym zdaniu: Europa zdetronizowała Chrystusa w życiu publicznym. Najjaskrawszym i urzędowym zerwaniem z Chrystusem był rozdział Kościoła od państwa. Ta „defectio gentium” już stała się w wielu wypadkach faktem, albo dąży ku niemu. Tutaj więc bezwarunkowo musiał się spełnić 9 wiersz proroczego psalmu: „Jak naczynie z gliny pokruszysz je”.

    Po tych ogromnych wstrząsach, jakie przeszedł świat w czasach ostatnich, wytężono wszystkie siły, by drogą najróżniejszych kombinacyj politycznych utrwalić na świecie pokój powszechny z usilnym wyłączeniem Chrystusa-Króla i dopominającej się o Jego prawa dyplomacji watykańskiej. Ale również i ten eksperyment pokojowy skończy się jego twórców przegraną. Dominus irridebit eos. „Pan szydzić z nich będzie” (Ps. 2, 4). I oto już oderwane od Chrystusa narody, rządy i społeczeństwa, przyklaskujące zasadzie „majestatu ludu”, po tych rozlicznych międzynarodowych sojuszach i konferencjach pokojowych, boleśnie wykrzykują: Non est pax! Nie masz pokoju! Jak gdyby dosłownie spełniała się przestroga Jeremiasza: „I leczyli ranę córki ludu mego z lekkością, mówiąc: «Pokój, pokój!» a nie było pokoju!” (Jer. 6, 14).

    A jak tego pokoju wszyscy potrzebują! Nie tylko jednostka, ale cała społeczność – utyskuje na smutne następstwa szerzącego się zła. Nie tylko jednostka, lecz rodzina – a więc podstawa społeczeństwa potrzebuje ratunku. I ni jedna, ni druga nie znajdzie dla się lekarstwa, jak tylko u swego twórcy i słońca, u swej mocy i życia, u Boga.

    Na tym potężnym heliopolskim obelisku, który u zarania dynastii Chrystusowej widział Piotra umierającego na krzyżu za państwo Wielkiego Króla i był świadkiem płonących krwawo żywych pochodni w cyrku Nerona, tam już od wieków spoczywa talizman szczęścia narodów zaklęty w napisie ze złotych liter, że: Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat! Tak! tam, w płonącym sercu Romy tkwi punkt Archimedesa pokoju światowego. Ale tylko wtedy, gdy zbuntowane, zrewoltowane, nowoczesne pogaństwo skapituluje przed Chrystusem Królem i zegnie kolana na ten punkt Archimedesa. Pokój: ale tylko Chrystusowy pokój; on zaś nie wykwitnie indziej, jak tylko w Chrystusowym królestwie. (1)

    http://fides-et-ratio.pl/index.php/2011/04/chrystus-krol-spoleczenstw/

  3. aga said

    „Osławione ciemności wieków średnich! Tysiącletnia noc, rozbrzmiewająca krzykiem wojennych hord barbarzyńskich, jękiem gnębionego ludu, ponurym śpiewem laudenzów i biczowników. Tak mniemano w czasie, kiedy sądy o przeszłości wydawał wiek oświecenia, tak i dziś mniemać może, kto nie dotarł gdzie piękno i wielkość tych wieków się kryje”
    Edward Porębowicz

  4. Boryna said

    Wieki srednie nie znały takiego ucisku fiskalnego człowieka jakie stworzyły „postępowe” czasy współczesne, którego szczytem jest reżim Tuska.

  5. Piotrx said

    Zachęcam zainteresowanych do zapoznania sie z bardzo ciekawą pracą księdza Jose Maria Moralesa, przedstawiającą w sposób niemal encyklopedyczny ogromny wkład ludzi Koscioła Katolickiego w rozwój nauki na przestrzeni wieków

    Jose Maria Riaza Morales SJ, Kościół i nauka – konflikt czy współpraca?, przeł. Szymon Jędrusiak, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003.

    fragmenty spisu tresci pokazujące na jak wielu polach nauki i oświaty działał Kosciół katolicki wbrew wrogiej mu propagandzie lansującej mit ciemnoty i zacofania średniowiecza

    CZĘŚĆ I
    HISTORYCZNA PANORAMA
    UDZIAŁU KOŚCIOŁA W ROZWOJU NAUKI
    WSTĘP: NAUKA I TECHNIKA……………………………………………………. 15

    Rozdział 1
    UDZIAŁ KOŚCIOŁA W ZACHOWANIU
    STAROŻYTNEJ SPUŚCIZNY NAUKOWEJ……………………………… 17
    1. NAUKA GRECKA………………………………………………………………….. 17
    Matematyka……………………………………………………………………………. 17
    Astronomia…………………………………………………………………………….. 22
    Fizyka……………………………………………………………………………………. 23
    Nauki przyrodnicze…………………………………………………………………. 24
    Anatomia i fizjologia……………………………………………………………….. 26
    2. NAUKA RZYMSKA……………………………………………………………….. 27
    3. KOŚCIÓŁ I STAROŻYTNA WIEDZA
    WE WCZESNYM ŚREDNIOWIECZU…………………………………………. 30
    Konsekwencje upadku Imperium Rzymskiego……………………………. 30
    Zbawienny trud mnichów…………………………………………………………. 32
    Od Kasjodora do Hrabana Maura………………………………………………. 35

    Rozdział 2
    ROLA KOŚCIOŁA W ROZPOWSZECHNIANIU
    WIEDZY ARABSKIEJ NA ZACHODZIE…………………………………. 39
    1. NAUKA ARABSKA………………………………………………………………… 39
    Przyswajanie tradycji nauki starożytnej……………………………………… 40
    Postępy nauki arabskiej……………………………………………………………. 41
    Al-Andalus…………………………………………………………………………….. 44
    2. KOŚCIÓŁ PIONIEREM ZAZNAJAMIANIA ZACHODU Z NAUKĄ ARABSKĄ……… 46
    Gerbert z Aurillac……………………………………………………………………. 46
    Szkoła tłumaczy z Toledo…………………………………………………………. 47
    Drogi hiszpańskie i sycylijskie………………………………………………….. 51

    Rozdział 3
    ROLA KOŚCIOŁA W NARODZINACH UNIWERSYTETÓW …. 53
    1. OD SZKÓŁ KLASZTORNYCH I BISKUPICH
    DO UNIWERSYTETÓW…………………………………………………………….. 53
    Szkoły klasztorne i biskupie……………………………………………………… 53
    Studium Generale i Uniwersytet………………………………………………… 54
    Pierwsze uniwersytety……………………………………………………………… 56
    Uniwersytety hiszpańskie…………………………………………………………. 59
    2. LUDZIE KOŚCIOŁA WPROWADZAJĄ NAUKĘ
    DO AULI UNIWERSYTECKICH………………………………………………… 60
    Franciszkanie w Oksfordzie……………………………………………………… 61
    Dominikanie w Paryżu…………………………………………………………….. 65
    Inni duchowni ze świata nauki w XIII wieku………………………………. 68

    Rozdział 4
    ROLA KOŚCIOŁA W PRZYGOTOWANIU
    I ROZWOJU NAUKOWEGO RENESANSU……………………………… 71
    1. UDZIAŁ KOŚCIOŁA W PRZYGOTOWANIU
    NAUKOWEGO RENESANSU…………………………………………………….. 71
    Bezpośrednie tłumaczenia z greckiego……………………………………….. 71
    Druk………………………………………………………………………………………. 73
    Przedrenesansowi uczeni Kościoła……………………………………………. 74
    Przygotowania do naukowego odrodzenia………………………………….. 78
    2. WKŁAD KOŚCIOŁA
    W NOWATORSKIE DOKONANIA RENESANSU………………………… 81
    Mikołaj z Kuzy……………………………………………………………………….. 82
    Matematycy i astronomowie……………………………………………………… 84
    Jose de Acosta………………………………………………………………………… 87

    Rozdział 5
    EWANGELIZACYJNA EKSPANSJA KOŚCIOŁA
    W EPOCE WIELKICH ODKRYĆ GEOGRAFICZNYCH…………. 89
    1. KONTYNENT AMERYKAŃSKI……………………………………………… 89
    Tworzenie nowych Hiszpanii……………………………………………………. 89
    Ewangelizacja…………………………………………………………………………. 91
    Redukcje………………………………………………………………………………… 94
    2. FILIPINY……………………………………………………………………………….. 97
    3. CHINY…………………………………………………………………………………… 98
    SPIS TREŚCI 393
    MatteoRicci…………………………………………………………………………… 99
    Trybunał Astronomiczny i Obserwatorium Cesarskie…………………… 100
    Inne dokonania uczonych misjonarzy………………………………………… 102

    Rozdział 6
    GREGORIAŃSKA REFORMA KALENDARZA……………………….. 105
    1. KALENDARZ…………………………………………………………………………. 105
    Jednostki………………………………………………………………………………… 105
    Kalendarz juliański………………………………………………………………….. 106
    2. REFORMA……………………………………………………………………………… 108
    Użyteczność reformy……………………………………………………………….. 108
    Komisja papieska…………………………………………………………………….. 110
    Treść reformy………………………………………………………………………….. 112
    Akceptacja……………………………………………………………………………… 113
    3. PROJEKTY NOWYCH REFORM ……………………………………………. 114
    Projekty kalendarza uniwersalnego albo stałego………………………….. 115
    Ustabilizowanie daty Wielkanocy……………………………………………… 116

    Rozdział 7
    OBSERWATORIA…………………………………………………………………….. 119
    1. OBSERWATORIA STOLICY ASPOSTOLSKIEJ……………………….. 119
    Obserwatorium w Collegio Romano………………………………………….. 119
    La Specola Pontificia Vaticana i Obserwatorium „La Sapienza”……. 123
    Nowy etap Obserwatorium w Collegio Romano………………………….. 124
    Obserwatorium Watykańskie…………………………………………………….. 126
    Obserwatorium w Castel Gandolfo……………………………………………. 128
    Obserwatorium Watykańskie w Stanach Zjednoczonych………………. 129
    2. OBSERWATORIA I ASTRONOMOWIE KOŚCIOŁA………………… 130
    Rola Towarzystwa Jezusowego…………………………………………………. 130
    Grono astronomów nie-jezuitów……………………………………………….. 133
    Pijarzy z Obserwatorium Ximeniano…………………………………………. 135
    Obserwatoria XIX i XX wieku………………………………………………….. 136
    Hiszpania i Hispanoameryka…………………………………………………….. 137
    Filipiny, Chiny, Madagaskar……………………………………………………… 139
    Ameryka Północna………………………………………………………………….. 141
    Anglia, Węgry………………………………………………………………………… 142

    Rozdział 8
    UNIWERSYTETY…………………………………………………………………….. 145
    1. UNIWERSYTETY KOŚCIOŁA………………………………………………… 145
    Kolegia jezuickie…………………………………………………………………….. 145
    Profesorowie Collegio Romano (Uniwersytetu Gregoriańskiego)….. 148
    Instytuty religijne w oświacie……………………………………………………. 153
    Ośrodki nauczania akademickiego…………………………………………….. 154
    Wyższa szkoła matematyki……………………………………………………….. 156
    2. UNIWERSYTETY KATOLICKIE…………………………………………….. 159
    Uniwersytet Katolicki………………………………………………………………. 160
    Uniwersytety katolickie w Europie……………………………………………. 161
    W Ameryce Północnej……………………………………………………………… 163
    W Ameryce Łacińskiej…………………………………………………………….. 165
    Na Filipinach, w Chinach, w Japonii…………………………………………. 166
    Gałęzie nauki………………………………………………………………………….. 169
    Sławni wykładowcy duchowni………………………………………………….. 170

    Rozdział 9
    AKADEMIE I TOWARZYSTWA NAUKOWE…………………………… 177
    1. AKADEMIE……………………………………………………………………………. 177
    Pierwsze akademie………………………………………………………………….. 177
    Papieska Akademia Nauk…………………………………………………………. 178
    Mersenne i francuska Akademia Nauk……………………………………….. 181
    Akademia Brukselska………………………………………………………………. 182
    2. TOWARZYSTWA NAUKOWE………………………………………………… 183

    Rozdział 10
    LUDZIE KOŚCIOŁA W POSTRENESANSOWYM
    ROZWOJU NAUK…………………………………………………………………….. 185
    1. EPOKA NOWOŻYTNA (XVII-XVIII WIEK)……………………………. 185
    Matematyka……………………………………………………………………………. 185
    Astronomia. Fizyka…………………………………………………………………. 191
    Chemia…………………………………………………………………………………… 198
    Nauki przyrodnicze…………………………………………………………………. 199
    2. CZASY WSPÓŁCZESNE (XIX-XX WIEK)………………………………. 205
    Nauki matematyczne i fizyczne…………………………………………………. 205
    Nauki przyrodnicze…………………………………………………………………. 207

    CZĘŚĆ II
    NA STYKU NAUKI
    WYBRANE PROBLEMY

    Rozdział 11
    BIBLIA I NAUKA……………………………………………………………………… 215

    1. UJĘCIE TEMATÓW NAUKOWYCH NA KARTACH BIBLII…….. 215
    2. STAROŻYTNA KOSMOLOGIA HEBRAJSKA I TEKSTY STAREGO TESTAMENTU………………………………………………………….. 217
    Pierwsze rozdziały Genesis. Hexameron…………………………………….. 219
    3. STWORZENIE I WIEK CZŁOWIEKA……………………………………… 222
    Narodziny ludzkości………………………………………………………………… 222
    Wiek człowieka………………………………………………………………………. 223
    4. POTOP…………………………………………………………………………………… 225
    Skala wydarzenia…………………………………………………………………….. 226
    5. INNE TAJEMNICZE USTĘPY…………………………………………………. 227

    Rozdział 12
    SPRAWA GALILEUSZA…………………………………………………………… 233
    1. SYSTEMY KOSMICZNE………………………………………………………… 233
    Greckie systemy geocentryczne…………………………………………………. 233
    Grecki system heliocentryczny………………………………………………….. 236
    Oresme, Kuzańczyk i Kopernik………………………………………………… 237
    System Tychona de Brahe………………………………………………………… 239
    2. GALILEO GALILEI, KOPERNIK…………………………………………….. 240
    Rozpowszechnianie się dzieła Kopernika…………………………………… 240
    Galileusz – obrońca kopernikańskiej wizji kosmosu……………………. 241
    3. KONFLIKT Z KOŚCIOŁEM……………………………………………………. 245
    Przeciwnicy Galileusza…………………………………………………………….. 246
    Doniesienie do Rzymu…………………………………………………………….. 247
    Interwencja kongregacji rzymskich……………………………………………. 249
    Ostatnie papieskie ostrzeżenie dla Galileusza……………………………… 251
    4. PROCES…………………………………………………………………………………. 252
    Nowe publikacje Galileusza……………………………………………………… 252
    Proces……………………………………………………………………………………. 254
    Wyrok……………………………………………………………………………………. 255
    5. ANALIZA „SPRAWY GALILEUSZA”……………………………………… 257
    Czy Galileusz dowiódł prawdziwości systemu kopernikańskiego? … 257
    Czynniki, które wpłynęły na surowy wyrok………………………………… 260
    Charakter wielkiego uczonego………………………………………………….. 261
    Problem protestantyzmu…………………………………………………………… 262
    Cień Giordana Bruno………………………………………………………………. 263
    6. REHABILITACJA GALILEUSZA…………………………………………….. 265
    Drugi Sobór Watykański i papież Jan Paweł II……………………………. 265
    Uznanie racji oskarżonego i błędu sędziów………………………………… 266

    (….)

  6. Piotrx said

    I jeszcze z konieczności jedynie kilka wyrywkowych fragmentów ze wspomnianej książki: Jose Maria Riaza Morales SJ, Kościół i nauka – konflikt czy współpraca?, przeł. Szymon Jędrusiak, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003. „Inwazje barbarzyńców zatrzymały ewolucję kultury Zacho-du i pchnęły ją wstecz… Wojenne pożogi położyły kres wszelkiej naukowej twórczości oraz istnieniu wielu struktur społecz-nych, które zapewniały jej ciągłość”. „Upadek Zachodniego Imperium oznacza także ruinę kultury klasycznej. Ośrodki na-ukowe upadają, na głucho zamykane są instytucje kulturalne i pe-dagogiczne; nastaje czas chaosu i barbarzyństwa. Nauka zamie-ra, albo może lepiej – zostaje porzucona”. W podobnych barwach to, co się stało, odmalowuje Beaujeu: „Nauka starożytna, w chwili gdy zadawano jej i całemu Impe-rium Zachodniemu ostateczny cios, była głęboko – być może już nieodwracalnie – upośledzona. I jeśli materialne i moralne wa-runki stworzone przez pierwszych Lagidów dały silny impuls do rozwoju nauki hellenistycznej, tak zniszczenia dokonane przez germańskich najeźdźców i ich późniejsze panowanie unicestwi-ły moralne i materialne możliwości rozwijania nauki czy prowa-dzenia jakichkolwiek badań”. Zbawienny trud mnichów Znaczenie Kościoła po rozpadzie Imperium, trafnie oddają sło-wa Ducasse’ego: „W ciągu kilku stuleci ucywilizowane nie-gdyś przez Rzym ludy znalazły się na poziomie kulturowo-spo-łecznym znacznie niższym niż w starożytności, nawet tej przedhelleńskiej… Klęska była tak wielka, cierpienia tak długotrwa-łe i dotkliwe, że zmusiło to ludzi do ponownego rozbudzenia myśli technicznej i wyniesienia jej z ówczesnego nędznego sta-nu na wyższy poziom. Tak w skrócie można by określić gigan-tyczne dzieło średniowiecza. Podejmowali je czasami przywód-cy polityczni, jednak najczęściej siłą sprawczą był Kościół. Przemienna uprawa pól, udoskonalana technika karczunku, lep-sza orka – gdziekolwiek by spojrzeć, wszędzie impuls wycho-dził od Kościoła, a zwłaszcza od zakonów monastycznych… System uprawy roli i prawidła gospodarki rolnej trzeba było budować niemal od początku”. „Nie ma się więc co dziwić legendarnej popularności owych pionierskich mnichów, osiadłych w lasach i na pustkowiach… Od VI do X wieku jeszcze na niewielką skalę, potem, zwłaszcza od IX do XIII wieku, rolnicza kolonizacja i przygotowywanie no-wych ziem pod uprawę prowadzone były przez zakony meto-dycznie”. Z drugiej strony nastąpił wtedy „rozwój rzemiosł, któ-re Kościół wspierał reorganizując swoje warsztaty i szkoląc rze-mieślników różnych specjalności”. A oto, co napisał Hull: „panowała tak duża niepewność jutra (w okresie 500-1000 r. n.e.), że postęp intelektualny był prak-tycznie niemożliwy. Stąd dług, jaki ma Europa wobec Kościoła jest trudny do przeszacowania. Wpływ Kościoła w tych mrocz-nych wiekach, cywilizacyjny i unifikujący, miał ogromne zna-czenie dla kształtowania się Europy”. W okresie od V do VIII wieku „wszelka działalność kulturo-wa odbywa się pod osłoną murów benedyktyńskich klasztorów i bardzo powoli przenika do szkół katedralnych, klasztornych i pa-łacowych. Kościół stał się depozytariuszem i protektorem kultu-ry starożytnej w owym czasie kulturowego zaćmienia”. „Wszy-scy historycy oddają sprawiedliwość wielkiemu dziełu zakonni-ków, którzy pozwolili Europie przetrwać nieuchronne wstrząsy towarzyszące jej narodzinom… Do życia kulturalnego należało także czuwanie nad ogniem wiedzy i nauki, w epoce, gdy inte-lektualne zajęcia straciły dla większości sens”. Mnisi przyjęli rolę orędowników starożytnej wiedzy. Rzymianin Magnus Aurelius Cassiodorus (ok. 490-583) w sę-dziwym wieku wycofuje się z życia świeckiego i w Sauillace na południu Włoch zakłada klasztor w Vivarium, którym kieruje i gdzie dokonuje żywota. Zakonnicy wspólnoty spędzają czas na przepisywaniu prac dawnych mistrzów, które Kasjodor cierpli-wie wyszukuje. Jest to bodaj pierwsza tego typu wspólnota. To, co zapoczątkował Kasjodor, będzie kontynuowane w następnych wiekach w klasztorach średniowiecznych, zwłaszcza benedyk-tyńskich. Tradycja monastyczna zrodziła się w Egipcie. Przyjęła się najpierw na wybrzeżach Prowansji wraz z założeniem klasztorów w Lerins i Saint-Victor de Marseille (w latach 410 i 418), potem w Irlandii za sprawą św. Patryka i jego uczniów (około 452). Mnisi irlandzcy trafiają do wszystkich krajów celtyckich, Szkocji, północnej Anglii i Armoryki. U schyłku VI wieku Szko-ci przeniknęli do królestwa frankońskiego i do plemion germań-skich, zakładając klasztory w Luxeuil (610) i St. Gallen (612) we Francji oraz Bobbio w Italii. Potężnym impulsem dla mo-nastycyzmu stało się ogłoszenie około 525 r. przez św. Bene-dykta słynnej reguły. Klasztor w Monte Cassino przekształcił się w opactwo-matkę benedyktynów, których klasztory, pełnią-ce także rolę ośrodków kultury, pojawiają się na znacznym ob-szarze Europy. Mianem skryptorium określano pomieszczenie istniejące przy każdym dużym klasztorze, gdzie mnisi – skryptorzy kopiowali manuskrypty, w całkowitej ciszy oddając się swej żmudnej pra-cy. Posługiwali się minuskułą karolińską, pismem lombardzkim albo wizygockim. Bardzo często klasztory wymieniały między sobą kodeksy, by uzupełnić własne zbiory biblioteczne; ocaliło to przed zgubą wiele starożytnych pism. Beaujeu stwierdza: „Bez Kasjodora i jego mnichów, i wszystkich, którzy przez te wszyst-kie wieki niezmordowanie kopiowali rękopisy, cały dorobek li-teracki i naukowy minionych epok zostałby zaprzepaszczony w tej strasznej dziejowej katastrofie… i zapewne nigdy ludzkość nie dojrzałaby do Odrodzenia”. „Okres pomiędzy V a X wiekiem możemy nazwać epoką medycyny klasztornej. Mnisi z zapałem poświęcają się zacho-waniu wiedzy klasycznej ocalałej po barbarzyńskiej nawale… Spuścizna kulturowa zawarta w ich bibliotekach, wzbogacanych powoli acz systematycznie dzięki pracy kopistów, przekształciła klasztory w ośrodki intelektualne i naukowe o pierwszorzędnym znaczeniu”24. „W wieku VI benedyktyni rozpoczęli studiowanie niektórych dzieł Hipokratesa i Galena i stopniowo upowszechniali te pisma na Zachodzie”. „To właśnie klasztorom benedyktyńskim przy-pisać należy wielką zasługę powołania do życia w owych trud-nych czasach pierwszych szpitali. Mnisi zakładali i otaczali troskliwą opieką małe ogrody botaniczne; prowadzili też skromne biblioteki medyczne, w których znaleźć można było prace Pli-niusza, Celiusa Aurelianusa, Celsusa, streszczenia i wypisy z Corpus hipocraticum, z dzieł Galena i Dioskuridesa, a nawet pew-nych śladów Pawła z Eginy i Aleksandra z Tralles”. Rdzeń naukowej literatury medycznej miał rodowód „kościel-ny, jak widać na przykładzie Commentarium Medicinale Bene-dykta Crispo, arcybiskupa Mediolanu (681)… czy późniejszego traktatu medycznego o chorobach i środkach zaradczych pióra opata Monte Cassino, Bertaria (857-884), w IX wieku” . Od Kasjodora do Hrabana Maura Choć wieki średnie ogarnął naukowy i kulturowy mrok, na jego tle niczym gwiazdy jaśniało kilka wielkich indywidualności. „Mimo wszystko, pewna część ludzi światłych zaczyna odczu-wać ciężar odpowiedzialności, jaki spoczął na ich barkach, a mia-nowicie: „ocalić i przekazać następnym pokoleniom spuściznę starożytności”. Ci ludzie, jak podkreśla Carreras Artau, to du-chowni. „Nauka przestaje mieć znaczenie; jedynie kilka wybit-nych postaci wywodzących się z Kościoła, świadomych, iż wie-dza gromadzona wysiłkiem tylu pokoleń może bezpowrotnie zgi-nąć, pospieszyło pisać encyklopedie. Usiłowali w nich zebrać dla potomnych przynajmniej jakąś część starożytnej wiedzy”. Wymienia się przy tej okazji zazwyczaj kilka nazwisk: Wło-cha Kasjodora, Hiszpana św. Izydora (560-636), Anglików: św. Bede (ok. 673-735) i Alkuina (735-804) oraz Niemca Hrabana Maura (ok. 780-856). Kasjodor, oprócz poświęcenia się dziełu przepisywania ma-nuskryptów, sam pisze. Jego twórczość podporządkowana jest celom dydaktycznym. Najważniejsze jego dzieło, pisane z my-ślą o podległych mu mnichach, nosi tytuł Institutiones. Jest to rodzaj encyklopedii w dwóch tomach, swoisty bibliograficzny przewodnik po świecie nauki. Autor utrwala w nim między in-nymi podział sztuk wyzwolonych na trivium (gramatyka, retoryka, dialektyka) i quadrivium (arytmetyka, geometria, astronomia i muzyka). Ale Institutiones to tylko przedsmak tego, co znajdziemy w twórczości św. Izydora, biskupa Sewilli. Dziełem, które przy-sporzyło mu największej sławy, w którym wykłada w sposób kompendialny całą dostępną mu wiedzę, jest encyklopedia Etymologiarum libri XX seu Origines {Dwadzieścia ksiąg pochodzeń, czyli etymologii). Pierwsze księgi poświęca Izydor sied-miu sztukom wyzwolonym (trivium i quadrivium). Ograniczmy się tylko do zagadnień naukowych. I tak w księdze III otrzymu-jemy wykład z arytmetyki, geometrii, astronomii i muzyki (ele-menty quadrivium); część IV zajmuje się medycyną; księga XI to wykład z anatomii człowieka; w księdze XII Izydor przecho-dzi do świata zwierząt, w XIII zaś wiele rozdziałów poświęca zjawiskom atmosferycznym. Księga XVI zawiera wiadomości o szlachetnych kamieniach, metalach, minerałach, księga XVII w całości dotyczy rolnictwa. Św. Izydor pozostawił także po sobie dwa ważne dla nas, bo tyczące nauki, traktaty. Pierwszy De natura rerum {O istocie rze-czy) dotyczy astronomii, kosmografii i meteorologii, drugi – De ordine creaturarum (O porządku stworzeń) – można by uznać za uzupełnienie poprzedniego. Z kolei w trzecim rozdziale innego jeszcze dzieła De officiis (O urzędach) porusza temat górnictwa. Wpływ Izydora z Sewilli sięgał daleko poza granice Półwy-spu Pirenejskiego. Jego pisma szybko przedostały się najpierw do Francji, Italii i Irlandii, a potem rozprzestrzeniły się na całą chrześcijańską Europę. W tamtych czasach Etymologie stanowi-ły obowiązkową pozycję każdej poważnej biblioteki klasztornej. Szacuje się, że w średniowieczu krążyło około 10 000 kopii tego niezwykłego dzieła. Omawiając dorobek wybitnego uczonego Kościoła Hiszpanii wizygockiej, Beaujouan stwierdza: „podobnego dzieła, «ocalenia dla potomnych», podejmuje się w Anglii Beda Venerabilis (Czcigodny)”. Ten kapłan i zakonnik benedyktyński nazywany był „angielskim Izydorem”. Znał zresztą doskonale dorobek słyn-nego Hiszpana, podobnie jak on wczytywał się w dzieła starożytnych autorów i przetwarzał swą rozległą, encyklopedyczną wiedzę na liczne pisma i traktaty dotykające najróżniejszych dzie-dzin poznania. Podobnie jak Izydor, stał się Beda przez swą twór-czość jednym z wielkich mentorów średniowiecza. W obszarze naszego zainteresowania znajduje się jego De natura rerum, kompendium wiedzy z kosmologii, oraz De temporum ratione – traktat z chronologii. W sposób istotny wpłynął na rozwój nauk przyrodniczych. „Zajmował się astronomią pro-ponując reformę kalendarza podobną do gregoriańskiej; wpro-wadził też zwyczaj datowania wydarzeń w odniesieniu do naro-dzin Jezusa, czyli ery chrześcijańskiej”. Beda Venerabilis wy-kazuje takie zamiłowanie do nauk czystych, że można by go uznać za specjalistę od rachunków i arytmetyki. Osobiście obserwo-wał zależność pływów morza od ruchów Księżyca, wiatry, prze-silenia czy nierówności dnia i nocy; zaobserwował nawet ich zmianę w zależności od szerokości geograficznej” Wedle Beaujeu, Posydoniusz, filozof i uczony grecki, doko-nał w traktacie O oceanie najpełniejszej w starożytności analizy zjawiska pływów zaobserwowanego przez niego w Kadyksie. Od tamtego czasu „w teorii przypływów i odpływów nie zanotowa-no postępów aż do XVI wieku. Niemniej pewien uczony wie-ków średnich dokonał korekty analizy Posydoniusza: Beda Czci-godny, który w VII wieku osobiście dokonywał obserwacji u wy-brzeży Anglii”. Spadkobiercą naukowej tradycji Bedy był angielski diakon Alkuin z Yorku; wykształcony w szkole w Yorku upowszechnia we Francji kulturę i naukę Anglosasów. W Akwizgranie zakłada słynną Szkołę Pałacową i staje się obok Karola Wielkiego głów-nym promotorem kulturowego odrodzenia epoki Karolingów. Później jako opat kieruje klasztorem Św. Marcina w Tours. Wzbo-gaca bibliotekę o kopie manuskryptów przenoszonych z bogatej biblioteki w Yorku, przykłada wagę do ulepszenia metody ich kopiowania i czyni z podległego mu skryptorium jedno z najbar-dziej sławnych. Wprowadza bardzo ambitny program nauczania do wszystkich wielkich szkół klasztornych w królestwie Fran-ków. Ten uczony o niesłychanej erudycji był niezwykle płodny jako pisarz, w jego twórczości bowiem znajdują się między in-nymi traktaty z matematyki i muzyki. Zdarza się także, iż wprost przepisuje z Kasjodora, Izydora z Sewilli, Bedy… Z kręgu uczniów Alkuina wywodzą się najznamienitsze po-stacie nauki i kultury, filary renesansu karolińskiego. Jednym z nich jest Hraban Maur, niemiecki benedyktyn, opat klasztoru w Fuldzie i arcybiskup Moguncji. Za swą niezwykle obszerną twórczość pisarską i pracę dydaktyczną w szkole klasztornej uhonorowany został tytułem primus praeceptor Germaniae (pierwszy nauczyciel Niemiec). Wzorując się na izydoriańskich Etymologiach, pisze jedno ze swych najważniejszych dzieł -De universo, encyklopedię w 22 księgach; inne jego dzieło, De computo, traktuje o kalendarzu. Hraban Maur jest ostatnim z wielkich uczonych VI-IX w., którzy gromadzili rozproszone i stopniowo zapominane elemen-ty tradycji starożytnej po rozpadzie instytucji i struktur Impe-rium Rzymskiego. (….) LUDZIE KOŚCIOŁA WPROWADZAJĄ NAUKĘ DO AULI UNIWERSYTECKICH Niezwykle ważną rolę w rozkwicie powstałych uniwersytetów odgrywają nowe zakony religijne, które pojawiają się na począt-ku XIII wieku. Zakony medytacyjne dominikanów i franciszka-nów stanowią od połowy stulecia istotny czynnik rozwoju nauki zarówno na uniwersytecie w Paryżu, jak i w Oksfordzie. W murach prestiżowej uczelni paryskiej „zadomawiają się” najpierw dominikanie –w 1217r.,a w dwa lata później francisz-kanie, w latach 1229-31 przedstawiciele tych zakonów stają się już trwałym elementem kadry nauczającej. W Oksfordzie grupa franciszkanów osiada na stałe w 1225 r. „Uniwersytet oksfordzki. który walczył o palmę pierwszeństwa z uczelnią paryską, ucho-dził w 2. połowie XIII wieku za drugi pod względem kategorii pośród wszystkich istniejących podówczas ośrodków uniwersy-teckich. Zakony medytacyjne swymi wpływami nadały tej uczelni europejską rangę… W Paryżu prym dzierżyli dominikanie, w Okslordzie – franciszkanie”. Franciszkanie w Oksfordzie Oksfordzkich franciszkanów cechuje zamiłowanie do nauk mate-matycznych i empirycznych. Widzimy ich tym samym w roli spad-kobierców kierunku, który w poprzednim stuleciu przydał takiego splendoru szkole w Chartres. „Oksford zasłużył na miano pionie-ra nowożytnej nauki eksperymentalnej”. Za twórcę tzw. szkoły oksfordzkiej uważany jest Anglik Ro-bert Grosseteste (ok. 1175-1253), kanclerz Oksfordu około 1221 r. i później, od 1235 r. do śmierci biskup diecezji Lincoln, do której należało miasto. Uchodził za znawcę greki, sam zresztą parał się i tumaczeniami. Szczególnym uznaniem darzył pracę translatorską franciszkanina Adama Marscha; to dzięki niemu w kulturze zachodniej poczęło krążyć wiele pism naukowych i filozoficznych tłumaczonych na łacinę z greki i arabskiego. Ten matematyk, astro-nom i fizyk dużą wagę przykłada do uprawiania nauk z ąuadrivium, wykazuje przydatność metod matematycznych do badania zjawisk przyrodniczych i dąży, nie szczędząc wysiłku, do osadze-nia filozofii na gruncie wiedzy naukowej. Jego prace i pisma dotyczą najróżniejszych zagadnień z dzie-dziny m.in. astronomii, meteorologii, kosmogonii, optyki, fizy-ki, np.: O liniach, kątach i figurach, O świetle i powstawaniu form, O refrakcji i refleksji promieni, O tęczy, O kolorach, O po-wstawaniu dźwięków, O cieple słonecznym, O kometach, O ru-chu ciał i światła, O granicach ruchu i czasu, itd. Całą spuściznę po Grosseteste przejął jego słynny i oddany mu uczeń, angielski franciszkanin Roger Bacon (ok. 1214-1292). Ten wszechstronny umysł „opracował teorię szkieł wypukłych, napisał instrukcję budowy luster parabolicznych, poznał za-sadę camera obscura, badał mechanizm wzroku….”. „Przy-puszczalnie jako jeden z pierwszych ludzi na Zachodzie po-znał proch strzelniczy; nie wiemy, czy wynalazł okulary, z pew-nością jednak, badając układy soczewek i luster, przyczynił się do wynalezienia mikroskopu i teleskopu”. „Udowodnił, że tęcza nie może powstać, gdy Słońce znajduje się wyżej niż 42 stopnie nad horyzontem”. „Przewiduje możliwość wytwo-rzenia maszyn latających, łodzi bez wioseł, wozów samojezd-nych, urządzeń do schodzenia na dno morza, mostów wiszą-cych oraz aparatów do czytania na dużą odległość””. Zapo-wiada wynalazki, które dużo później urzeczywistnią się w po-staci maszyn parowych, samochodów, samolotów, łodzi pod-wodnych itd. „Matematyka była dla Bacona kluczem i początkiem wszyst-kich nauk”. Mocno podkreśla, iż rozwój astronomii wymaga silnego wsparcia ze strony matematyki. Ta, zastosowana do ob-serwacji, jest jedyną drogą do poznania natury. Wzywa do roz-wijania nauki na fundamencie eksperymentu, sam z zapałem od-daje się nauce doświadczalnej. W jego mniemaniu połączenie metody matematycznej z eksperymentalną otwiera uczonemu drogę do zdobycia wszelkiej wiedzy. Doceniono jego niezwykłą intuicję w dostrzeżeniu roli, jaką dedukcja w połączeniu z induk-cją odgrywa w rozwoju nauki. Copleston, stawiając obok siebie Rogera Bacona i później-szego o kilka wieków, choć równie sławnego, Anglika Francisa Bacona, tak pisze: „Jak zauważył profesor Adamson, «można zaryzykować twierdzenie, że kiedy mówimy o reformie nauki Bacona, winniśmy przywołać na myśl raczej zapomnianego mni-cha z XIII niż błyskotliwego i sławnego kanclerza z XVII wieku». Bridges zauważa, iż o ile Francis Bacon był nieporówny-walnie lepszym pisarzem, Roger Bacon cieszył się znacznie więk-szą estymą i wykazywał dużo głębsze zrozumienie dla owego zespolenia naukowej dedukcji i indukcji, które cechuje prawdzi-wego uczonego”. Angielski franciszkanin John Peckham (ok. 1220-1292) prze-bywał w Paryżu i Oxfordzie, a potem piastował godność arcybi-skupa Canterbury. Napisał między innymi wysoko cenioną pracę z optyki Perspectiva communis. Jego dzieła „wydawano jeszcze w XVI wieku, kiedy szeroko znane już były prace Keplera i Galileusza”. Inny angielski franciszkanin, uczeń Roberta Grosseteste współczesny Peckhamowi, Bartłomiej Anglik, pisze dziewiętnastotomową encyklopedię zatytułowaną Posiadacz wszyst-kich rzeczy, w której porusza zagadnienia z wielu nauk przyrod-niczych. Przełożona z łaciny na języki włoski, francuski, hisz-pański szybko zdobyła sobie w średniowieczu wielkie uznanie i popularność. Wśród wymienianych tu franciszkanów nie może zabraknąć Irancuza Pierre’a Olieu ( Olivi ok. 1248-1298), choć nie nale-żał on do grupy oksfordzkiej. „Zasługą Oliviego jest duży wkład w rozwój dynamiki, a zwłaszcza jednej z jej podstawowych za-sad: bezwładności”. Ogłasza teorię, w myśl której motor wpra-wia pocisk w ruch przekazując mu impuls; pod wpływem owe-go impulsu, nawet po jego ustaniu, ciało porusza się dalej, póki nie zatrzyma się na skutek siły oporu powietrza lub innej siły. XIV-wieczni fizycy łacińskim określeniem impetus nazywać będą ów impuls czy energię, która sprawia, iż rzucony kamień po opuszczeniu ręki leci dalej, aż zatrzyma go opór powietrza i siła grawitacji. Z pewnością do oksfordzkiej grupy franciszkanów zaliczyć należy Anglika Wilhelma Ockhama (ok. 1300-1349), który „sta-wiał na doświadczenie i rozumowanie; określił też zasadę akcji i reakcji”. Jego empirystyczne nastawienie oraz śmiałe koncep-cje filozoficzne przyczyniły się do ożywienia badań naukowych. Często w swych rozważaniach stosował zasadę ekonomiki my-ślenia, znaną później jako „brzytwa Ockhama”, która głosi, że „bytów nie należy mnożyć bez potrzeby”. Warto przypomnieć, że to słynne średniowieczne hasło bliskie jest „zasadzie prosto-ty” stosowanej we współczesnych teoriach naukowych. W tym samym roku co Ockham umiera angielski duchowny Tomasz Bradwardine (ok. 1290-1349), wprawdzie nie franciszkanin, ale wykładowca w Oksfordzie. Ten arcybiskup Canterbury to typowy przedstawiciel matematycznej tradycji oksfordzkiej uczelni. „Napisał między innymi traktat o continuum, Tractatus de continuo, gdzie odnaleźć możemy ustępy jakby wyjęte z najnowszej teorii o zbiorach”. „Dochodzi do wniosków, które wywarły wpływ na późniejszy rozwój rachunku nieskończenie małych liczb”. Rozróżnia dwa rodzaje nieskończoności – poten-cjalną i nieosiągalną. Matematykę wzbogacił ponadto dwoma dziełami: Arytmetyka teoretyczna {Arithmetica speculativa) i Geo-metria teoretyczna {Geometria speculativa), w których położył fundamenty pod teorię wielokątów gwiaździstych. W Traktacie o proporcjach bada matematyczne zależności pomiędzy prędko-ścią, siłą poruszającą i oporem. Do tego szacownego grona dodać jeszcze wypada hiszpań-skiego franciszkanina, urodzonego w Palma de Mallorca, Raj-munda Llulla (Raimundo Lulio, ok. 1232-1316), męczennika i błogosławionego. Ten prawdziwie uniwersalny umysł posia-da rozległą wiedzę w wielu dziedzinach, a na jego zróżnicowa-ny dorobek składa się co najmniej 250 tytułów. Nie brak wśród nich dzieł poświęconych astronomii, geometrii, nawigacji, lo-gice, itd. Pisze po łacinie, katalońsku i arabsku; na podkreśle-nie zasługuje zwłaszcza jego wkład w kształtowanie się nauko-wego języka katalońskiego. Przede wszystkim jednak jest au-torem genialnej Ars magna albo Ars generalis, uniwersalnego, opartego na matematyce opracowania systemu logicznego dla wszelkich nauk. Jego Ars polega na mechanicznym ogarnięciu za pomocą symboli liczbowych, tabel i odsyłaczy wszystkich prawd i koncepcji naukowych. Konstruuje tablicę, której uży-cie wedle ściśle określonych reguł, przynosi logiczno-matematyczne rozwiązanie każdego rozważanego problemu. Ars ma-gna jest przykładem „pierwszej próby wyrażenia myśli ludz-kiej more geometrico, stając się tym samym zapowiedzią Ars combinatoria Leibniza oraz współczesnej logiki symbolicznej czy matematycznej”. Dominikanie w Paryżu Pozostawimy teraz franciszkanów, by zająć się dominikanami. W tym celu musimy opuścić Oksford i przenieść się na początek do Paryża. Jako pierwszemu przyjrzyjmy się Francuzowi Vicenle de Beauvais (ok. 1190-1264). Ten dominikanin o wielkiej eru-dycji streszcza w swym monumentalnym dziele – encyklopedii Speculum maius – całą ówczesną wiedzę; wiele miejsca poświę-ca zagadnieniom z fizyki i nauk przyrodniczych, ze szczególnym uwypukleniem alchemii. Z kolei o Belgu, profesorze paryskiej uczelni, pisze Beaujouan: „Dominikanin Tomasz z Cantimpre (ok. 1201-1270) zasługuje… na honorowe miejsce w historii zoo-logii”. W swej 20-tomowej encyklopedii De natura rerum gro-madzi najróżniejsze dane o zwierzętach, roślinach, kamieniach i metalach. Św. Albert Wielki (ok. 1193-1280), niemiecki dominikanin, biskup Ratyzbony, wykładowca uczelni w Paryżu i Kolonii, któ-remu słusznie jego współcześni nadali znaczący tytuł doktora powszechnego {doctor universalis), ogarniał swym naukowym spojrzeniem cały wszechświat, od kamieni po gwiazdy. Jego sła-wa erudyty jest w pełni zasłużona. Pozostawił dla potomności prace nie tylko z teologii i filozofii, ale również z matematyki, astronomii, meteorologii, fizyki, chemii, mineralogii, geologii, rolnictwa, zoologii, botaniki, medycyny… Wydanie jego dzieł przedsięwzięcie A. Borgneta – obejmuje 38 opasłych tomów w formacie in auarto. M. de Wulf powiedział o nim, że rozbu-dzał w swej epoce pragnienie, by wiedzieć wszystko. „Jako czło-wiek nauki jest jednym z prekursorów nauki doświadczalnej… Albert, podobnie jak Roger Bacon, głośno i często mówi o ko-nieczności obserwacji, doświadczenia i dochodzenia do prawdy na drodze rozumowania, ucząc tym samym swych współczesnych kierować wzrok w stronę natury”. „Największy uczony swej epoki”, jak pisze o nim Singer, „za-licza się do wąskiego grona ludzi średniowiecza, którzy poświę-cili się osobistej obserwacji przyrody”. Polegał na eksperymen-cie i obserwacji niemal bezgranicznie, dając impuls do bezpośredniej eksploracji przyrody we wszelkich jej przejawach. Gło-sił, że im więcej przeprowadzi się doświadczeń, tym przydatniejsze stają się do analizy badanych zjawisk i tym łatwiej wy-eliminować przypadkowość i błędy. „Przyzwyczajony do podró-żowania, odbywania długich spacerów wśród pól, podglądania pracy alchemików, rybaków, górników, umiał łączyć nieprzebra-ną wiedzę z upodobaniem do konkretów i – przede wszystkim -ze zdrowym rozsądkiem”. „Mimo uniwersalności swych zainte-resowań, Albert Wielki jawi się nam jako największy przyrodnik epoki średniowiecza”. W swych pracach – O roślinach czy O zwierzętach – obok wiedzy zaczerpniętej od innych autorów zamieszcza wyniki wła-snych badań. „Skalą i jakością obserwacji przyrody zasłużył so-bie na miano najlepszego botanika i zoologa epoki średniowie-cza. Jeden z kastylijskich infantów, brat Alfonsa Mądrego, udał się nawet do Paryża, by bezpośrednio od Alberta czerpać wiedzę w tych dziedzinach… Trzeba podkreślić, że dzięki potężnemu impulsowi idącemu od św. Alberta nauka w chrześcijańskich państwach Zachodu ruszyła z miejsca”. „Carlos Jessen nazywa go «błyskotliwym chorążym nauk przyrodniczych na Zachodzie»…, który jako pierwszy w arty-styczny sposób opisał przyrodę Niemiec…, jako pierwszy, i je-dyny, wyjaśnił historię naturalną we wszystkich jej aspektach”. H.J. Stadler twierdzi: „Gdyby nauki przyrodnicze rozwijały się drogą obraną przez św. Alberta, zaoszczędzono by im gdzieś ze trzy stulecia”. G. Fraile pisał: „Franz Strunck uważa, iż wiedza św. Alberta na temat niemieckiej flory jest wprost niebywała. Jego traktat De animalibus, wydany przez H.J. Stadlera, stanowi nadzwyczaj kompletny opis europejskiej fauny, pełny osobistych obserwa-cji”. Jak przypomniał nam Garcia Figar: „Doktor Meyer pisał w 1836 roku: «Przed Albertem nie znajdziemy nikogo, kto mógłby się z nim równać, może poza Teofrastem, którego Albert nie znał. Po nim z kolei nie ma nikogo, kto tak żywo rozumiałby naturę roślin, nikogo, kto z taką uwagą by je badał, aż do czasów Conrado Gessnera i Cesalpiniego”. Do szkoły św. Alberta Wielkiego należy Dietrich von Freiberg (Theodoricus Teutonicus de Yriberg, ok. 1250-1313), także nie-miecki dominikanin, i także wykładowca paryskiej uczelni. „Jako pierwszy we właściwy sposób wyjaśnił nam zjawisko tęczy, tłu-macząc rolę kropelek wody zawieszonych w powietrzu”. Podkreśla duże znaczenie doświadczenia dla nauki. Jest, jak mówi Beaujouan, jednym z największych eksperymentatorów swej epoki. „Prawdziwym arcydziełem z dziedziny nauki do-świadczalnej średniowiecza jest bez wątpienia De iride {O tę-czy), praca napisana pomiędzy 1300 a 1310 r. przez Dietricha von Freiberga (Theodoricus Teutonicus). Aby wyjaśnić zjawi-sko tęczy w miejsce kropel, użył szklanych kul, które wypełnił wodą. Tym sposobem wykazał, dlaczego łuk wtórny ma promień zewnętrzny o 11 stopni większy niż łuk główny i odwróconą ko-lejność barw”. W dziele tym rozwija teorię, która ma wyjaśnić to zjawisko za pomocą eksperymentu, który kilka stuleci później zostanie powtórzony przez Kartezjusza. O Jordanusie Nemorariusie tak pisał Colerus: „Nie będzie-my wchodzić w szczegóły obszernego dorobku tego dominika-nina, mimo wielkiego pod każdym względem wpływu, jaki wywarł na swą epokę… W jego dziełach napotykamy definicje, które równie dobrze mogłyby zostać sformułowane w XIX wie-ku przez Bolzano czy Dedekinda… Definicje w takim stylu u za-rania XIII stulecia budzą zdumienie, dowodzą bowiem, iż ra-chunek całkowy, ze wszystkimi jego trudnościami i sprzeczno-ściami, już torował sobie drogę”. „Mówią, że (Jordanus) wy-kładał na uniwersytecie w Paryżu”. „Matematyk, dominika-nin Jordanus Nemorarius (i jego szkoła) odkrył prawo dźwigni i sposób określania siły ciężkości działającej na ciało na równi pochyłej za pomocą doświadczenia, które później przeprowa-dzili Stevinus i Galileusz”. Podobno dominikanin Jordanus Nemorarius „pierwszy użył oznaczeń literowych w miejsce konkretnych liczb. Jego traktat o planisferii jest najstarszym, który omawia, w ogólnej jeszcze formie, własności rzutu stereograficznego”. Napisał wiele prac o astronomii Ptolemeusza, z geometrii (między innymi De triangulis, gdzie rozważa problem podwojenia sześcianu i trysekcji kąta) oraz dzieło Deponderibus, w którym porusza temat spraw-ności maszyn prostych”. Na zakończenie tej krótkiej informa-cji biograficznej, warto zapamiętać, iż nie należy raczej łączyć Jordanusa Nemorariusa z Jordanem z Saksonii (1190-1237). Inni duchowni ze świata nauki w XIII wieku Wielkie uznanie jako profesor matematyki i astronomii na Uni-wersytecie Paryskim zyskał szkocki norbertanin, wykształcony w Oksfordzie, Jan z Holywood (ok. 1195-1256). Cytując go uży-wano powszechnie nazwiska Jan z Sacrobosco, mając na wzglę-dzie łaciński odpowiednik Holywood. Jego praca O algorytmie zajmuje się obliczeniami arytmetycznymi, inna z prac mówi O ka-lendarzu kościelnym, ale w dziejach nauki zapisał się głównie za sprawą dzieła O sferach, które wywarło ogromny wpływ w całej Europie. Stało się ono podręcznikiem astronomii, z którego uczo-no się przez cztery wieki, począwszy od połowy XIII, aż niemal do końca XVII wieku. Zanim tekst ukazał się w formie drukowa-nej w 1472 r., po świecie krążyły już tysiące jego ręcznych kopii. Z łaciny przełożono go na języki: francuski, angielski, włoski, hiszpański, niemiecki, hebrajski… W XIII wieku podziw wzbudza postać Erazma Witelona (E. Vitelo, ok. 1220-1285), również norbertanina. „Głównym dziełem tego polskiego matematyka i fizyka, najsławniejszego bez wątpienia w całych Wiekach Średnich, jest traktat o optyce Perspectiva”‚, oparty na aksjomatach, twierdzeniach i hipotezach matematyków greckich oraz arabskiego uczonego Al-Hazena. „Dzieło zawiera nowe spojrzenie na zjawisko refrakcji oraz ory-ginalne rozważania o naturze światła i psychofizjologii widze-nia”. Kilka wieków później niektóre idee polskiego uczonego rozwinie w jednym z swych dzieł Kepler. Witelon jako badacz „konstruował lustra paraboliczne, a pewnym przyrządem własne-go pomysłu zdołał dokonać pomiaru kąta refrakcji różnych kolo-rów w odmiennych środowiskach”. Kapłan Giovanni Campano z Novary (ok. 1215-1296), uro-dzony w Italii, matematyk i astronom, uważany za jednego z dwóch największych matematyków XIII wieku, przygotowuje łacińskie tłumaczenie i obszerne komentarze do Elementów Eu-klidesa. Praca będzie powszechnie używana w średniowieczu i szybko zaliczać się będzie do dzieł klasycznych. W swym naj-słynniejszym dziele z zakresu astronomii, Teorii planet, opisuje budowę przyrządu astronomicznego, nazwanego później aeauatorium. W Traktacie o sferze zarysowuje kształt hipotezy wy-suniętej w przyszłości przez Tycho Brahe. Jego i tak już wysoki prestiż wzmacnia się po opublikowaniu świetnego studium na temat kalendarza: De computo maiori. Lizbończyk Piotr Julian (ok. 1210-1277) przeszedł do histo-rii nauki jako Piotr Hiszpan, arcybiskup, kardynał, papież (Jan XXI), matematyk, myśliciel i filozof; wykładał na uniwersyte-cie w Sienie, pisał komentarze do Hipokratesa, Galena, Ary-stotelesa (m.in. jego Historii zwierząt). Jest autorem traktatu zatytułowanego O oczach, czym zasłużył sobie na poczesne miejsce wśród sław okulistyki, oraz słynnej encyklopedii me-dycznej – Skarbiec ubogich. (….) Przedrenesansowi uczeni Kościoła Gdy bliżej przyjrzeć się ostatniemu okresowi średniowiecza, szyb-ko daje się zauważyć, że historycy raczej zgodni są w określaniu go jako późnego średniowiecza, trudniej natomiast jest już z usta-leniem czasu jego trwania. Beaujouan zamyka go w okresie od połowy XIV do połowy XV wieku (1350-1450). L. Suarez, dla którego epoka ta zaczyna się znacznie wcześniej, pisze: „Przyję-ło się określać mianem prerenesansu cały wiek XIV i pierwszą połowę XV”. Do epoki tej należy włoski augustianin Grzegorz z Rimini, urodzony w 2. połowie XIII wieku i zmarły w 1358 r., przełożo-ny generalny zakonu i wykładowca paryskiej uczelni. Pisał Duhem, iż kiedy już zapoznamy się nawet z niewielką częścią jego twórczości, wtedy warto przeczytać „pierwsze strony Teorii zbio-rów Georga Cantora. Uderza zbieżność myśli tych dwóch wiel-kich logików, choć dzieli ich ponad pięć długich stuleci”. „Grze-gorz z Rimini przewidywał możliwość istnienia systemu, ujęte-go później przez Cantora; sądził, że obok matematyki liczb skoń-czonych, wielkości skończonych, jest miejsce na matematykę mnogości nieskończonych, wielkości nieskończonych”6. Francuz Jean Buridan (ok. 1290-1360), duchowny z diecezji Arras, profesor i dwukrotny rektor Uniwersytetu Paryskiego, uprawia takie dziedziny nauki, jak fizyka, logika i psychologia. W fizyce sformułował sławną hipotezę, w myśl której ruch można wytłumaczyć przy założeniu, że motor, wprawiając w ruch ciało, przekazuje mu pewną energię albo impet (impetus), pro-porcjonalny do prędkości początkowej i „ciężaru właściwego” poruszanego ciała, i zachowywany przez to ciało w trakcie ru-chu. Teoria tłumaczyć miała nie tylko swobodne spadanie ciał, ale również ruch ciał niebieskich. Niemiec Albert z Saksonii (ok. 1316-1390), profesor i rektor Uniwersytetu Paryskiego, pierwszy rektor uniwersytetu w Wied-niu, biskup Halberstadt, zasłynął przede wszystkim jako fizyk i matematyk. Przyjął poglądy Buridana wyrażone w jego teorii impetu. Bada przyspieszony ruch spadającego ciała i odkrywa zależność pomiędzy czasem, pokonywaną przestrzenią i prędko-ścią. Podejmuje próby zdefiniowania tego, co rozumiemy pod pojęciem „ciążenia” i czyni rozróżnienie pomiędzy środkiem cięż-kości a środkiem objętości ciała. Jego traktaty z zakresu mate-matyki przygotowały grunt pod teorię continuum. Francuz Mikołaj z Oresme (ok. 1320-1382), profesor uniwer-sytetu w Paryżu i biskup Lisieux, matematyk, fizyk, astronom, jest dla Rey Pastora i Babiniego „najważniejszym bez wątpienia matematykiem swego stulecia”, a dla Kistnera – „całego średnio-wiecza”. W opinii Beaujouan sięga matematycznych „wyżyn: suma nieskończonych szeregów, graficzne przedstawianie funk-cji… i pierwsze kroki w kierunku geometrii analitycznej, zasto-sowanie wykładników ułamkowych”. „W swym Tractatus de latitudinibusformarum {Traktat o sze-rokości form) wprowadza po raz pierwszy pojęcie graficznego obrazowania funkcji albo inaczej – zjawisk zjedna zmienną”. „Równie oryginalna jest inna jego praca: Algorismus proportionum, gdzie przedstawia teorię operacji z wykładnikami ułamko-wymi”. „Oresme bada sumę nieskończonego szeregu, co stawia go wśród zachodnich prekursorów rachunku całkowego”. Jak pisze Colerus: „Jego Traktat o szerokości form został gorąco przy-jęty przez ówczesne kręgi naukowe. Rozchodził się najpierw w formie manuskryptu, potem, już po wynalazku Gutenberga, w postaci drukowanej, osiągając aż cztery wydania. W rzeczy-wistości owe «szerokości» to nic innego, jak obraz z pierwszego układu współrzędnych”. Oresme „dał początek prawdziwej geo-metrii analitycznej”. Ponadto jako matematyk Oresme „stoso-wał już wykładniki ułamkowe, rozumiejąc ich znaczenie”. Jak uważa Bourbaki, pojawia się u niego „po raz pierwszy pojęcie wykładnika ułamkowego większego od zera, o znaczeniu zbliżo-nym do dzisiejszego, a także pewne reguły działań (zapowiedziane w ogólnej formie) odnoszące się do podnoszenia do potęgi o do-datnich wykładnikach ułamkowych”. Podobnie jak Albert z Saksonii, Oresme szuka potwierdzenia dla fizycznej teorii impetu w doświadczeniu. Bada zjawisko im-petu podczas spadania ciał i wyrzucania pocisków. Carreras Artau dodaje: Oresme, „idąc za rozumowaniem Alberta z Saksonii, ogłosił prawo ciążenia, które odpowiedzialne jest za spadanie ciał”‚. Odkrył jednocześnie, że „czas, w którym ciało w ruchu jednostaj-nie przyspieszonym pokonuje określoną przestrzeń, jest równy czasowi, w którym ciało pokonałoby tę samą przestrzeń, porusza-jąc się z prędkością równą połowie prędkości końcowej”. Ruch obrotowy Ziemi to jedno z tych zagadnień, które szcze-gólnie frapowały Mikołaja z Oresme. W jednym ze swych naj-sławniejszych dzieł, Le livre du ciel et du monde, utrzymuje, iż bezpośrednia obserwacja nie przynosi nam dowodów na to, by Ziemia trwała nieruchoma, niebo zaś pozostawało w dobowym ruchu. Dochodzi do wniosku, że „żadnym sposobem nie można wykazać, by niebo znajdowało się w ruchu dobowym, a Ziemia w nim nie pozostawała”. Ponadto, zakładając obrót Ziemi, znacz-nie łatwiej „zachować pozory” niż przy odwrotnej hipotezie, ponieważ jeśli zaneguje się ruch obrotowy Ziemi, założyć trzeba cały ciąg innych ruchów, by wyjaśnić dane empiryczne”. „Wydaje się dość oczywiste – komentuje Copleston – że mimo jego ewentualnej akceptacji powszechnie [wówczas] wyznawa-nej teorii, uważał on, że hipoteza o dobowym obrocie Ziemi wokół swojej osi bardziej odpowiadała wymogom naukowym niż hipoteza odwrotna”. „To rzeczywiście najgenialniejszy filozof przy-rody XIV wieku”. Mikołaj z Oresme pisał część swych dzieł w języku ojczy-stym, tłumaczył też nań Arystotelesa i O sferach Sacrobosco, stając się tym samym jednym z twórców francuskiego języka na-ukowego. Marsyliusz z Inghen (1330-1396), holenderski duchowny, rek-tor Uniwersytetu Paryskiego, pierwszy rektor uniwersytetu w Hei-delbergu, w sposób szczególny popiera teorię impetu. Profesor matematyki i astronomii w Merton College na uniwersytecie oksfordzkim, cysters brytyjski Richard Swineshead, nazywany Rachmistrzem (Calculator), wyróżnia się w gronie XIV-wiecznych calculatores za sprawą wielokrotnie wznawianej Księgi kalkulacji {Liber calculationum), od której wziął nazwę charak-terystyczny dla XIV-wiecznego Oksfordu ruch naukowy. „Ce-chą wyróżniającą owych «calculatores [oksfordzkich]» było ana-lizowanie problemów, które wymagały ustalenia przedziałów dla zmiennych fizycznych (to jest maksimów i minimów, momentu początkowego i końcowego jakiegoś procesu), jak również ma-tematycznych zależności pomiędzy dwoma parametrami (pręd-kość i opór stawiany ruchowi)”. Francuz Piotr z Ailly (ok. 1350-1422), profesor Uniwersytetu Paryskiego, biskup i kardynał, porusza w swych pismach kwe-stie z dziedziny astronomii, fizyki, kosmologii. Opowiada się za sferycznym kształtem Ziemi i jej rotacją wokół osi, a co za tym idzie – możliwością podróżowania na Daleki Wschód drogą morską. Jeden egzemplarz jego książki Imago mundi trafił do rąk Krzysztofa Kolumba. Jan Fusoris (1355-1436), kanonik z paryskiej Notre Dame, zajmuje się konstruowaniem przyrządów astronomicznych i pi-sze instrukcje ich wykorzystywania. Opracowuje tablice trygo-nometryczne, tablice cięciw, buduje astrolabia, udoskonala ekwatorium i konstruuje zegar astronomiczny dla katedry w Bourges. Swe dokonania naukowe uzupełnia publikacjami: Traite de cosmographie i Practiąue de l’astrolabe (….) Mikołaj z Kuzy W XV wieku dwaj geniusze – Mikołaj z Kuzy (1401-1464) i Le-onardo da Vinci (1452-1519) rozświetlają drogą od średnio-wiecza do epoki nowożytnej. Niemiec Nicolaus Krebs albo Chrypffs (Mikołaj z Kuzy), biskup Brixen i kardynał, „jest świadkiem jesieni średniowiecza, a także wiosny czasów no-wożytnych”. „Może uchodzić równocześnie za człowieka śre-dniowiecza i człowieka renesansu…”. Wiele jest powodów, „aby w Mikołaju z Kuzy widzieć myśliciela epoki przejścio-wej i postać renesansową”. Jego bogaty dorobek obejmuje szereg prac matematycznych. Przeprowadza „pierwsze w średniowieczu wnikliwe badania nad długością okrągu. Najważniejszym jego dokonaniem jest poda-nie wzoru na przybliżoną rektyfikacją okrągu, ważnego dla roz-woju geometrii opisowej”. Colerus pisze: „Wystarczy podkre-ślić, że Kuzańczyk – i to zapewne jako pierwszy – w sposób jasny i oryginalny przedstawił okrąg jako wielokąt o nieskończo-nej liczbie boków”. Nieco dalej dodaje, że „nowoczesna geome-tria, ze swymi punktami i prostymi do nieskończoności, ani na jotą – przy zachowaniu odpowiednich proporcji – nie odchodzi od koncepcji Kuzańczyka i jej, rzecz jasna, nie przeczy”. Wedle słów Perroya: „W Niemczech narodził sią jeden z naj-prężniejszych umysłów tamtych czasów, Mikołaj z Kuzy”. „Kon-tynuując prace XIV-wiecznych uczonych odrzuca geocentryzm, na faktach opiera obserwacją, a na obliczeniach – nowożytną astronomią, w której wkrótce zasłynie jego uczeń Regiomontanus”. „Matematyka miała według niego być opoką wszelkiej na-uki, metodą opisywania świata, którego jedność głosił”. „Podą-żając jego śladami, niemiecki humanizm przybrał charakter bar-dziej naukowy niż w innych częściach Europy”. Mikołaj z Kuzy utrzymuje, że Ziemia nie jest środkiem wszechświata; jest mniejsza od Słońca i większa od Księżyca, jak możemy się przekonać obserwując zaćmienia Słońca. Słoń-ce, Ziemia i pozostałe ciała niebieskie znajdują się w ruchu i róż-nią się prędkością poruszania. Obserwator na naszej planecie może sądzić, że ta pozostaje nieruchoma, a inne ciała niebieskie są w ruchu, ale gdyby znalazł się na Słońcu, na Księżycu czy na Marsie, to wówczas te planety uznałby za nieruchome. Ziemia „przede wszystkim wykonuje w ciągu dwudziestu czterech go-dzin ruch obrotowy dookoła własnej osi”. „Mikołaj z Kuzy jest prekursorem Kopernika, a jego mate-matyczne metody obliczania, pomiarów i myślenia, które wpro-wadza do nauk przyrodniczych, zwiastują nadejście ery Keple-ra”. „Propagował mierzenie pulsu zegarem oraz badanie za po-mocą wagi wydzielin ludzi chorych i zdrowych; zwracał także uwagę na ciężar właściwy metali”. „Pracował dużo z wagą, którą stosował do najróżniejszych pomiarów w fizyce, meteorologii i medycynie. Wiele z jego pomysłów zostało wprowadzonych w życie w czasach Galileusza”. „Mówił o gęstości powietrza, wynalazł barometr i pomysłową sondę, która pozwala w krótkim czasie oszacować głębokość rzeki lub jeziora”. Kepler często cytuje go w swych pracach. Te cytaty odnoszą się zarówno do astronomicznych hipotez biegłego w tej dziedzi-nie kardynała, jak i do jego teorii geometrycznych oraz matema-tycznych rozważań dotyczących nieskończoności. „Mikołaj z Ku-zy wywarł niewątpliwie silny wpływ na Leonarda da Vinci, Giordana Bruna, Kopernika i Keplera; jego potwierdzenie absolutnej wartości zasady continuum w matematyce i formalne uznanie okręgu za wielokąt o nieskończonej liczbie boków stanowią fun-dament Stereometria doliorum vinariorum Keplera, początek geometrii niepodzielnych w XVII wieku”. „Leonardo swą mate-matyczną wiedzę zawdzięcza w dużej mierze Luce Paciolemu -przeczytał jego Summa, gdy tylko się ukazała, a później zaprzy-jaźnił się z nim. Znał także Alberta z Saksonii, Jordanusa Nemorariusa oraz Mikołaja z Kuzy, który wywarł na niego niewątpli-wy wpływ między innymi poprzez De transmutationibus geometricis”. Dynamika Leonarda da Vinci oparta jest na teorii impetu, a konkretna forma, jaką jej nadał, zdradza wpływy Al-berta z Saksonii i Mikołaja z Kuzy. O Leonardzie da Vinci tak pisał Perroy: „Wiele czerpał z Kuzańczyka, ale korzenie jego nauki sięgają jeszcze głębiej, aż do XIV wieku”. Matematycy i astronomowie Mikołaj z Kuzy to nie jedyna znakomitość tamtych czasów. Fran-ciszkanin Luca Pacioli (ok. 1445-1517), urodzony we Włoszech, wykłada matematykę na różnych uczelniach w swym kraju. W kręgu jego zainteresowań leżą logarytmy, rachunek prawdo-podobieństwa oraz sporadycznie systemy numeryczne, w których podstawą jest cyfra 2. Zyskuje rozgłos publikując w 1494 r. Sum-ma di arithmetica, geometria, proportione et proportionalita -encyklopedię, zawierającą ogół wiedzy matematycznej tamtej epoki oraz matematyczne podstawy buchalterii, w tym zasady podwójnej księgowości. W późniejszym dziele, zatytułowanym Divina proportione, bada zasadę złotego podziału w geometrii oraz budowę wielokątów regularnych i gwiazdowych. W opinii Wieleitnera „najpełniejsze studia na Zachodzie [na temat krzywych stożkowych] przeprowadził ksiądz z Norymber-gii Johannes Werner (1468-1528), przedstawiając 22 twierdze-nia o parabolach i hiperbolach”. Niemiecki duchowny „opubli-kował przed rokiem 1528 dzieło z trygonometrii wpięciu to-mach”51. Jego metoda liczenia, która pozwala zastępować mno-żenie dodawaniem i odejmowaniem, oddawała rachmistrzom ta-kie same usługi, jak dzisiaj tablice logarytmiczne. Jako pierw-szy opracował też metodę określania długości geograficznych na podstawie kątowej odległości pomiędzy Księżycem i niektóry-mi gwiazdami. Inny Niemiec, kartuz Grzegorz Reisch (ok. 1467-1525), wydał w 1503 r. słynną encyklopedię Margaritaphilosophica, wielokrot-nie wznawianą w XVI stuleciu. Traktuje w niej między innymi o arytmetyce, geometrii (teoretycznej i praktycznej), astronomii, fizyce, historii naturalnej i fizjologii. Pojawiają się tu idee, które legną u podstaw systemu Galla opisującego funkcje mózgu. Alek-sander von Humboldt stwierdził, że dzieło to było niezwykle uży-teczne jako zestawienie, łatwe i szybkie do przekazania w najod-leglejsze zakątki Świata, naukowego dorobku odrodzenia. Pacioli w swej Summie mianem księcia matematyki swych czasów ochrzcił Pawła z Middelburga (ok. 1455-1534), Holendra, biskupa Fossombrone, profesora matematyki i astronomii w Padwie. Jego dzieło O właściwym obchodzeniu Wielkanocy (1513) to wartościowa praca, ważny krok ku gregoriańskiej re-formie kalendarza. „Gdyby jedno tylko wydarzenie symbolizować miało zmia-ny, jakie przyniosło nauce odrodzenie, wybór padłby bez wąt-pienia na dzieło polskiego kanonika Mikołaja Kopernika (1473-1543)”. Kopernik (Copernicus) to zlatynizowana forma jego nazwiska, które oryginalnie brzmiało Koppernigk. „To typowy renesansowy uczony”. Praktykował medycynę, ale z największą pasją oddawał się astronomii. Równocześnie z pisaniem swego najważniejszego dzieła z astronomii, które przysporzyło mu tyle sławy, pracował nad ambitnym projektem opracowania modeli matematycznych do badań medycznych. Wieże w Lidzbarku Warmińskim, Olsztynie i Fromborku służyć mu będą za kolejne obserwatoria astronomiczne. Dzieło, któremu poświęca wiele lat swego życia i które uczyniło go nieśmiertelnym, O obrotach sfer niebieskich {De revolutionibus orbium coelestium), ukazuje się drukiem dopiero zimą 1542-1543 r., choć ukończone zostało znacznie wcześniej. Dla zwykłego śmiertelnika w tamtych czasach musiało wy-dawać się oczywiste, że Słońce i planety przemieszczają się wo-kół Ziemi. XIV- i XV-wieczni uczeni próbują wyjaśnić ów po-zorny ruch hipotezą o obrocie naszej planety wokół swojej osi. Kopernik dowodzi nie tylko tego ruchu, ale także poruszania się Ziemi dookoła Słońca (heliocentryzm). Oto system kopernikański. Ziemia obraca się wokół swej osi w kierunku z zachodu na wschód, z czego bierze się pozorny dobowy ruch ciał niebieskich w kierunku przeciwnym. Kula ziem-ska obiega Słońce z zachodu na wschód. Planety również okrą-żają Słońce, podobnie jak Księżyc Ziemię. Brak ruchu Ziemi dookoła swojej osi sprawiłby, że ciała niebieskie poruszałyby się każdego dnia wokół nas z zawrotną szybkością. Umieszczając Słońce w centrum, łatwiej można było zinterpretować widoczny na nieboskłonie ruch planet i Słońca w ciągu roku. Fazy Księży-ca znajdowały wyjaśnienie poprzez jego ruch dookoła ziemskiego globu. Tak samo ruch Ziemi tłumaczony miał być przez „pre-cesję równonocy”. „W wybitnych dziełach Mikołaja Kopernika… znajduje peł-ne zastosowanie trygonometria”. „Matematyczna strona syste-mu Kopernika stawia go w szeregu największych astronomów przeszłości”. Jego dzieło O obrotach „wyznacza jeden z najważ-niejszych przełomów w dziejach myśli: można by wymienić za-ledwie dwie albo trzy prace o podobnej sile oddziaływania na ludzką umysłowość. Wraz z nim nastają czasy nowożytne…”. „Zbyteczne jest podkreślanie walorów naukowych dzieła Koper-nika”. „Kopernik utkał kanwę, na której kładzie się wzorem całe nowożytne myślenie człowieka”. „Dokonał jednej z najbardziej transcendentnych rewolucji w historii ludzkiej myśli”. „Przez następców ochrzczony został mianem «odnowiciela astronomii» i «Ptolemeusza swej epoki»”. Jak powiedział o nim Tycho Brahe: „Nie wydała Ziemia człowieka równego mu geniuszem przez wiele stuleci”. Do wzbogacenia naukowego dorobku odrodzenia przyczyniło się w istotny sposób dwóch hiszpańskich dominikanów: Juan de Ortega (ok. 1480-1568) i Domingo de Soto (1495-1560). Ortega, matematyk, publikuje w 1537 r. pracę Reglas y modos de contar. W swym najważniejszym dziele Tratado subtilisimo d’aritmetica y geometria opracowuje nową metodę obliczania pierwiastków kwadratowych. Soto „w 1545 r. … jasno wykazał, że swobodne spadanie ciał odbywa siew ruchu jednostajnie przyspieszonym”. „Rozwijając kinematykę Oresme i Heytesbury’ego daleko poza obszar zbadany przez obydwóch poprzedników, sformułował -torując drogę Galileuszowi – prawo swobodnego spadania”. Potwierdzająte spostrzeżenia słowa L. Villena: „Domingo de Soto… poza uściśleniem dość niejasnych poglądów, jakie panowały na temat bezwładności, uprzedza Galileusza w sformułowaniu pra-wa spadania ciał. Odkrywa w tym zjawisku ruch jednostajnie zmienny i wykorzystuje jego średnią prędkość do pomiaru prze-bytej drogi”. Najważniejsi matematycy Italii odwoływali się do włoskiego duchownego Francesco Maurolico (1494-1575), wykładowcy na uniwersytecie w Mesynie, wymienianego pośród największych geometrów XV wieku. „Był jednym z najpłodniejszych umysłów swej epoki. Matematyk, inżynier, optyk i historyk zostawił po so-bie imponujący dorobek naukowy”. „W Arytmetyce [ 1575] znala-zło się systematyczne zastosowanie symboli literowych w miejsce liczbowych oraz jeden z pierwszych przykładów modelu rozumo-wania, nazywanego później indukcją matematyczną”. Należał do rodziny wywodzącej się z Konstantynopola, zna-komicie znał język grecki i dbał o wydawanie tłumaczeń matema-tyków klasycznych. Ma na swoim koncie kilka wielkich odkryć, jak na przykład nową metodę badania przekrojów stożkowych, sposobu wyznaczania środka ciężkości piramidy lub konoidy pa-rabolicznej, ujęcie siecznych w rachunkach trygonometrycznych. Maurolico jest autorem traktatu z gnomoniki (1553), której nadaje prawdziwie naukowy kierunek, kontynuowany później przez innych badaczy. Opublikował również Kosmografię (1543) i pra-cę poświęconą budowie instrumentów astronomicznych (1546). „Około 1550 r. F. Maurolico rozpoczął na Sycylii badania nad pryzmatami, lustrami sferycznymi i mechanizmem widzenia. Pra-ce te… stanowią zapowiedź osiągnięć Keplera”. Zrobił krok w kie-runku teorii powierzchni kaustycznych, którą sformułował póź-niej Tschirnhaus. Porównał także „soczewkę oka z soczewką szkla-ną”. „Znajdujemy tu trafną interpretację efektu, jaki dają okula-ry”64. „Soczewka oka – stwierdził Maurolico – zachowuje się jak szklana soczewka dwuwypukła”. W ostatnich dekadach XVI wieku sławę zyskują trzej mate-matycy i astronomowie, o których powiemy w następnych roz-działach: Danti, Clavius i Ricci. Wraz z końcem wieku dokonuje żywota inny wybitny uczony: przyrodnik Jose de Acosta (ok. 1539-1600). Jose de Acosta Ten hiszpański jezuita po latach pracy misyjnej na kontynencie amerykańskim opublikował w 1590 r. monumentalne i nadzwyczaj rzetelne dzieło Historia natural y morał de las Indias, bar-dzo szybko przełożone na wiele języków europejskich. Składa się ono z siedmiu ksiąg: pierwsze trzy dotyczą kosmografii i geo-grafii fizycznej Ameryki, czwarta – minerałów, roślin i zwierząt. Jose de Acosta, pionier w dziedzinie geofizyki, bada zjawisko magnetyzmu ziemskiego, mechanizmy powstawiania pasatów, prądów morskich; ustala związek pomiędzy przypływami morza a fazami Księżyca, bada wzajemne oddziaływanie wulkanów i trzęsień ziemi… Ma na swym koncie odkrycie związków po-między różnymi zjawiskami przyrodniczymi, nawet, w niektó-rych przypadkach, z pozoru ze sobą nie związanych. Gromadzi olbrzymią ilość danych na temat flory i fauny Nowego Świata, porównuje je z przyrodą europejską i wskazuje na występujące różnice, które stara się wyjaśnić metodami naukowymi. Z powodu formułowanych przez Acostę hipotez w odniesie-niu do zjawisk fizjologicznych zachodzących na dużych wyso-kościach w Andach, niektórzy widzieli w nim pioniera medycy-ny kosmicznej. A. von Humboldt wychwalał i często cytował Acostę. Rey Pastor napisał o hiszpańskim uczonym: „Ta samot-na postać na polu nauk fizycznych, przyrodniczych, a nawet moralnych, słusznie nazywana jest «Pliniuszem Nowego Świata»”. Jak powiedział Humboldt: „Fundamenty tego, co dzisiaj nazywamy fizyką Ziemi, pomijając kwestie matematyczne, za-warte zostały w dziele jezuity Jose de Acosty, zatytułowanym Historia natural y morał de las Indias, a także w pracach Gonzaleo Fernandeza de Oviedo”. (….) Kontynent amerykański (…) W założeniach Kolumba kryły się dwa błędy: przyszły ad-mirał przewidywał, iż kontynent azjatycki sięga dalej na wschód, niż dzieje się to w rzeczywistości, na dodatek źle ocenił dłu-gość promienia Ziemi -jako znacznie mniejszą od rzeczywi-stej. W rezultacie ujęta w planach odległość, dzieląca go od wschodnich wybrzeży Azji, była znacznie zaniżona. I tak, kie-dy 12 października 1492 r. wylądował na jednej z wysp Morza Karaibskiego, sądził, że dotarł do upragnionego celu, do Indii. Napotkanych tubylców uznał więc za mieszkańców Indii i na-zwał „Indianami” . Dopiero kilka lat później, w trakcie następnych ekspedycji, wychodzi na jaw prawdziwy stan rzeczy. Nowe ziemie zaczyna się już określać mianem „Indii Zachodnich” dla odróżnienia od prawdziwych Indii, należących do kontynentu azjatyckiego. Tak oto poszukiwania zachodniego szlaku morskiego z Europy do Indii zostały nieoczekiwanie uwieńczone odkryciem ogromne-go, dotąd nieznanego kontynentu: Ameryki. Warto zwrócić uwagę również na inną stronę zagadnienia -postawę hiszpańskich monarchów, która sprawiła, że amerykań-ski sen mógł się ziścić. E. Rivera zauważa: „słowo colonia poja-wia się w hiszpańskiej Ameryce dopiero pod koniec XVIII wie-ku, jako preludium secesji. Rzecz w tym, iż w świadomości kró-lów Hiszpanii i w świetle prawa Ameryka to nie kolonie, które trzeba eksploatować, lecz prowincje i królestwa, o które należy zadbać\'”. Belg R Charles tak pisał: „Hiszpanie wszędzie poja-wiają się jako budowniczowie: stawiają kościoły, katedry, klasz-tory, szpitale, pałace gubematorskie oraz warownie, by stały na straży tego wszystkiego. Tworzą nie tylko kantory wymiany czy faktorie, ale trwałe miasta… Od chwili postawienia stopy na ame-rykańskim kontynencie przyświeca im jedna idea: pozyskać cały obszar dla Kościoła katolickiego. Filipiny i hiszpańska Ameryka dowodzą, że osiągnęli coś, co nie udało się nikomu innemu”. Powołują do życia nowe Hiszpanie, ustanawiają królestwa, z któ-rych ukształtują się prawdziwe państwa. Z drugiej strony, Lapomarda zwraca uwagę, że „znaczny od-setek potomków amerykańskich krajowców wśród obywateli dzisiejszej Gwatemali, Meksyku, Peru i innych krajów Ameryki stanowi dowód na humanitarne traktowanie w owych czasach rdzennych mieszkańców przez Hiszpanów”. Ponad połowa Gwatemalczyków to Indianie, potomkowie dawnych Majów. Ewangelizacja Członkowie zakonów religijnych często jako pierwsi zapuszcza-li się w głąb nowych ziem, jeszcze przed żołnierzami cywilami; stąd też wielu z nich znalazło się w gronie największych odkryw-ców, badaczy, założycieli osad i kartografów. Indianie czuli, że misjonarze podchodzą do nich inaczej niż inni biali, i że stawali w ich obronie, gdy dochodziło do nadużyć. W 1864 r. Kongres Federalny Stanów Zjednoczonych posta-nawia stworzyć Galerię Sławnych Ludzi Unii i upoważnia każ-dy stan do wybrania dwóch przedstawicieli. W 1895 r. stan Wisconsin wybiera do National Statuary Hall Collection w Waszyng-tonie jezuitę Jacques’a Marquette’a. Pomnik franciszkanina bra-ta Junipero Serry trafia do tejże Galerii za sprawą stanu Kalifor-nia w 1931 r.” Takie samo zaszczytne wyróżnienie spotyka inne-go jezuitę, Eusebio Francesco Chini. Francuz Jacques Marquette (1637-1675) prowadził działalność misyjną wśród Algonkinów na terytorium Nowej Francji, obszaru rozciągającego się na dużej części Stanów Zjednoczonych i Kana-dy. Z zamiarem krzewienia wiary pośród indiańskich plemion prze-mierza wraz z sześcioma towarzyszami na kruchych pirogach rze-kę Wisconsin, wpływa w potężną i nieznaną rzekę, Missisipi, i do-ciera nią aż do ujścia rzeki Arkansas. Marquette, odkrywca Missi-sipi w 1673 r., umiera wkrótce potem, w wieku 39 lat. Włoch Eusebio Francesco Chini (1645-1711), w Ameryce Ła-cińskiej ze względów fonetycznych nazywany Kino, posiadał roz-ległą wiedzę z matematyki, astronomii, architektury, geografii, kartografii, agronomii, hodowli i budownictwa. Studiował języki Indian, napisał słownik, budował stacje misyjne i kościoły… Na północnym zachodzie Nowej Hiszpanii, wzdłuż granicy Sonora-Arizona oraz rzek San Ignacio, Sonoita i Santa Cruz, wykuwa ko-lejne ogniwa łańcucha jezuickich misji ciągnącego się równolegle do Sierra Madre. Odbywa ponad 50 podróży badawczych, prze-mierzając wszerz i wzdłuż terytorium Pimów. Niezmordowany badacz i kartograf, wykreśla sporo nie wydanych nigdy map, które miały uzupełniać jego naukowe opisy. W 1700 r. odkrywa, że Dol-na Kalifornia nie jest wyspą, jak sądziło się od półtora wieku, ale półwyspem, złączonym od północy z kontynentem. Hiszpan Miguel Jose Serra (Junipero Serra, 1713-1784) uro-dził się na Majorce, dwa lata po śmierci Kino. Gdy miał już za sobą wiele lat pracy misyjnej w Nowej Hiszpanii, został wyzna-czony do kierowania grupą franciszkanów, którzy mieli przejąć ośrodki misyjne założone w Kalifornii przez wypędzonych wła-śnie z Ameryki jezuitów (1767-68). Błogosławiony Junipero Serra rusza potem dalej na północ z zadaniem rozciągnięcia łańcucha misji wzdłuż wybrzeża. W ciągu kilkunastu lat intensywnej pra-cy (1769-82) zakłada kolejne osiedla: San Fernando, San Diego, San Carlos de Monterrey, San Antonio, San Gabriel, San Luis, San Francisco, San Juan de Capistrano, Santa Clara, San Buena-ventura. Skromne osady powstające wokół tych misji stały się zalążkiem potężnych aglomeracji miejskich, jak San Francisco w Kalifornii czy Los Angeles. Jeszcze wielu franciszkanów i jezuitów, których z konieczno-ści musimy tutaj pominąć, zapisało się dziejach Ameryki dzięki swej działalności na obszarze Nowej Hiszpanii, Kalifornii, Teksa-su i Florydy. Dominikanin Tomas Martinez (Tomas de Berlanga) odkrywa Wyspy Galapagos. Dominikanie i jezuici kreślą pierw-sze mapy obszarów dzisiejszego Ekwadoru. Jezuita Jose Gumilla penetruje dorzecze Orinoko, gromadząc przy tym bogaty materiał naukowy. Dominikanin Gaspar de Carvajal opisuje wyprawę Francisca de Orellany, a jezuita Cristobal de Acurla i franciszkanin Lau-reano de la Cruz – odkrycie Amazonki. Jezuita Raimundo de San-ta Cruz zbadał dorzecza rzek Maranón i Pastaza. Włoski jezuita Nicolas Mascardi, misjonarz, bada Chile, jego wybrzeża i sąsiednie wyspy i araukańskie Andy; jako pierwszy przemierza Patagonię i dociera do cieśniny Magellana; ginie z rąk Indian; jego imieniem nazwane zostało jedno z jezior w słynnym parku Nahuel-Huapi. Imię Anglika Thomasa Falknera, anglikanina nawróconego na katolicyzm w Argentynie, potem jezuity i ewangelizatora Patagończyków, nosi wzgórze i jezioro w Pata-gonii. Falkner publikuje geograficzną i etnologiczną charaktery-stykę Patagonii w głośnej w Europie książce. Portugalski jezuita Manuel de Nobrega (1519-1570) związa-ny jest z założeniem miast Bahia, Pernambuco, Sao Paulo i Rio de Janeiro; z kolei nazwisko hiszpańskiego jezuity urodzonego na Teneryfie, błogosławionego Jose de Anchieta (1533-1597), wymieniane jest przy okazji początków Sao Paulo, Rio de Jane-iro i Anchieta. Kolumbowi podczas słynnej wyprawy uwieńczonej odkryciem kontynentu towarzyszył mnich z zakonu mercedariuszy. Inny mercedariusz oraz pewien franciszkanin biorą udział w drugiej wyprawie (1493). Jednak w większej liczbie franciszkanie za-czynają przybywać do Ameryki w 1502 r., a dominikanie zado-mawiają się tam w 1510 r.; mercedariusze osiedlają się w Ame-ryce ostatecznie w 1514 r. Augustianie, dołączywszy do nich w 1533 r., stanowią czwarty zakon misjonarski, który wiąże swe plany z Nowym Światem. Trzy pierwsze zakony rozpoczynają proces zakładania misji od Espanoli (Santo Domingo), skąd póź-niej rozprzestrzenia się na cały kontynent, augustianie zaś od Nowej Hiszpanii (1533). W chwili odkrycia Ameryki, w 1492 r., nie istniało jeszcze Towarzystwo Jezusowe. Jego przyszły założyciel, Ignacy Loyola, dopiero się urodził (1491). Zakon powstanie w 1540 r. Św. Franciszek Ksawery rusza na Wschód (do Indii i Japonii) na proś-bę monarchy portugalskiego (1540), a Ignacy Loyola wysyła w 1549 r. do Brazylii, czyli portugalskiej części Ameryki, pierw-szych sześciu jezuitów. (…) Filipiny Na Filipiny Kościół dociera w XVI wieku (….) Ewangelizacja rusza tam pełną parą po przybyciu w 1668 roku jezuitów. Na ich czele stoi błogosławiony Diego Luis de San Vitores, hiszpański jezuita, który na cześć królowej Hiszpa-nii, Marii Anny z Domu Austriackiego, nazywa je Marianami (Islas Marianas). W 1671 r. Francisco de Miedes, kolejny jezuita hiszpański, wysyła do Europy katalog z opisem ponad 80 wysepek archipe-lagu Wysp Karolińskich. Jezuita Juan Antonio Cantova jako pierwszy naniósł na mapę inną grupę wysp, stanowiących dziś państwo Palau (Islas Palaos), w najbardziej na zachód wysunię-tej części archipelagu Wysp Karolińskich. Pełna poświęcenia praca misjonarska w Ameryce i na Filipi-nach, oprócz wymiaru ewangelizacyjnego skupiona na krzewie-niu wśród tubylców najnowszych osiągnięć w rolnictwie, hodow-li, rzemiośle i inżynierii, przywodzi na myśl dobroczynny wpływ, jaki w swoim czasie wywierali na średniowieczne społeczeństwo mnisi, pionierzy nauki. W miarę jak Kościół w swej misjonarskiej ekspansji penetro-wał nowe obszary Azji, Oceanii czy Afryki, członkowie zako-nów religijnych powielali, w bardziej zacofanych regionach, spo-sób pracy średniowiecznych mnichów. To prawda, że wkład Kościoła ogranicza się tu w wielu przypadkach do spraw tech-nicznych. Ale nie zawsze. „Jezuici ufali, iż zdobędą Wschód dzięki europejskiej wiedzy naukowej i technicznej”. „Odegrali znakomitą rolę w upowszech-nianiu wielu traktatów naukowych zachodniego świata”. Podjęli próbę „odgórnej chrystianizacji, a ich głównym argumentem była wiedza”. CHINY W XVI wieku „na Dalekim Wschodzie, głównie za sprawą jezuickich misjonarzy, zaczyna być z
  7. RomanK said

    Skad w becczce miodu lyzka dziegciu w postaci takiego oto fragmentu:

    Prawdą jest, że inkwizycja stosowała niekorzystną dla oskarżonego procedurę. Oskarżyciele pozostawali anonimowi, a oskarżony sam musiał dowodzić swojej niewinności, zgodnie ze stosowaną przez inkwizytorów zasadą, że “jesteś winien, dopóki wie udowodnisz, że jest inaczej”. Prawdą jest także, że oskarżyciele mogli być materialnie zainteresowani w donoszeniu na bliźnich, bowiem w razie ich skazania partycypowali w pozostawionym przez ofiary majątku.
    Inkwizycja
    Inkwizycja przeciw karom
    Z dekretu Grzegorza IX wynika, że trybunały inkwizycyjne były powołane m.in. do tego, aby nie dopuścić do karania za herezję osób niewinnych. Związane to było z tym, że przedtem sprawy o herezje, wytaczane przez sądy świeckie, powodowały potworny chaos, tortury i kary śmierci.

    Powód powołania
    Inkwizycja Kościelna była instytucją powołaną dla zatrzymania działalności katarów i albigensów. Były to bardzo destrukcyjne ruchy, dopuszczające się morderstw przez zamurowanie w celi głodowej. Świat był doskonałym dziełem diabła. Wg nich najlepsze było niedopuszczanie do narodzin dzieci – aborcja w każdej postaci.

    Inkwizycja pomysł cesarza
    Instytucję inkwizycji świeckiej powołał cesarz Justynian I (527-565) w Bizancjum. Nakazywał on ścigać innowierców i konfiskować majątki, a powrót do pogaństwa karać śmiercią.. Potępiony został przez biskupów i papieży (np. papież Wigiliusz)

    Inkwizycja a rewolucja
    Inkwizycja Hiszpańska w ciągu 400 lat uśmierciła min. 2-krotnie mniej osób niż rewolucja francuska w ciągu kilku pierwszych lat. Było to max. 30.000 (75 rocznie). Rewolucja francuska w latach 1792-1794 36.000 w tym 12.000 bez sądu (18.000 rocznie). W Hiszpanii w latach 1936-39 zgładzono ponad 60.000 za takie zbrodnie, jak arystokratyczne urodzenie, zbyt duży majątek, zbyt wysokie wykształcenie, bądź śluby zakonne. Liczba 30.000 jest jednak grubo przesadzona. Wg. najnowszych badań historycznych w latach 1560-1700 spalono … 500 osób. Wg niektórych źródeł liczba ofiar Rewolucji była znacznie większa „…liczba ofiar śmiertelnych wyniosła co najmniej 300 tysięcy.” (Nowy porządek świata. – William T. Still, wyd. Wers, Poznań 1995, str. 97.) „…w czasie wojny domowej w Wandei padło 200 tysięcy ofiar…pisząc (ks. Poradowski) o ponad 400 tysiącach poległych.” Kościół a rewolucja francuska. – (J. R. Nowak, Fundacja Nasza Przyszłość, Szczecinek 1999, str. 70.) (nad. Radosław Zieleziński)

    Inkwizycja w Ameryce
    W Meksyku pomiędzy rokiem 1574 a 1715 odbyło się… 39 egzekucji

    Humanitaryzm Inkwizycji
    Inkwizycja była pierwszą instytucją, która wprowadziła obrońcę z urzędu dla każdego. Kary były generalnie łagodniejsze od kar wydawanych przez sądy cywilne. Kara śmierci zawsze była humanitarna, w przeciwieństwie do śmierci w męczarniach stosowanych przez wszystkie ówczesne sądy. Wprowadzono też wiele innowacji prawnych, przyjętych w sądownictwie dopiero w XX wieku.

    Humanitaryzm Inkwizycji
    Mało kto zna procedurę sądów inkwizycyjnych. Po przybyciu ogłaszano czas łaski dla ujawnienia się heretyków. Potem powoływano ławników – cieszących się zaufaniem społecznym. Oskarżony sporządzał listę swoich wrogów i ci nie mogli być świadkami. Miał prawo, a nawet obowiązek, korzystania z obrońcy. Do więzienia trafiał gdy nie stawił się na przesłuchanie. Przez cały czas próbowano z nim rozmawiać i nawracać. Korzystano z najlepszych teologów, księży i zaufanych ludzi. Cel był jeden – poznanie prawdy choć oczywiście zdarzały się nadużycia.

    Tortury – rzadko
    Wbrew opinii tortury stosowane przez Inkwizycję były bardzo rzadko. W każdym razie rzadziej niż w ówczesnych sądach. Często kończyło się na podpisie pod oświadczeniem lub zeznaniu świadka. (prof. Adriano Prosperi „Tribunali della coscienza”)

    Tortury-łagodniej
    Tortury uznawano jako metodę śledczą w całym świecie. Inkwizycja wprowadza dwa zastrzeżenia. Nie mogły prowadzić do okaleczeń i uszkodzenia zdrowia, a zeznania musiały być powtórzone dobrowolnie. Zeznania na torturach nie były brane pod uwagę. Z tych powodów były rzadko stosowane.

    Chorych nie sądzono
    To inkwizycja wprowadziła zasadę, że nie wolno sądzić ani karać osób chorych psychicznie.

    Uniewinnienie na stosie
    Nawet już na stosie, gdy skazany publicznie się ukorzył, unikał śmierci.

    Więzienie Inkwizycyjne
    Często jako więzienia wykorzystywano cele klasztorne. Dopiero w razie złego zachowania lub niesubordynacji stosowano specjalne więzienie. Inkwizycja stosowała skrócenie kary za dobre sprawowanie oraz zwolnienie przez zaświadczenie proboszcza. Całkowicie nie do pomyślenia w ówczesnych sądach.(prof. Adriano Prosperi „Tribunali della coscienza”)

    Protest uznany
    Znany jest (nie jeden) przypadek więźnia który protestował strajkiem głodowym przeciw złym warunkom. Był wypuszczony na wolność i złożył pisemne podziękowanie.(prof. Adriano Prosperi „Tribunali della coscienza”)

    Śmierć też humanitarnie
    Często przy wykonywaniu kary stosu stosowano wcześniejsze szybkie pozbawienie życia, aby skazaniec nie męczył się. Taki sposób w sądownictwie świeckim przyjął się dopiero w XX wieku. W owym czasie sądy znały 21 rodzajów śmierci w torturach.

    Śmierć z ręki prawa
    Np. w Strasbourgu w październiku 1582 skazano na stos 134 czarownice

    2 % skazanych
    Inkwizycja skazywała na śmierć. O tym wiedzą wszyscy, ale nie wszyscy słyszeli, że było to 2% wyroków. Ponadto liczne z tych wyroków papieże odwoływali. Niestety, do owych odwołań nie stosowali się królowie, którzy te kary jednak wymierzali – mimo woli Kościoła. (prof. Adriano Prosperi „Tribunali della coscienza”)

    20 stosów na 106 lat
    W najgorętszym okręgu Bajadoz w Hiszpanii w ciągu 106 lat (1493-1599) na stos skazano 20 osób.

    Czy Bernard Gui był okrutny
    Ulubiony filmowy inkwizytor Tuluzy Bernard Gui w latach 1307-1323 na 100 wyroków wydawał średnio 1 skazujący na … przekazanie sądom świeckim – które na ogół jednak skazywały na śmierć. Działo się to w środku nieformalnego państwa Albigensów. Hmmm… fanatyk, okrutnik, a może bestia ?

    Śmierć dzięki sądom świeckim
    Te sprawy, które wykraczały przeciw państwu, były przekazywane pod sądownictwo świeckie. Kary śmierci były przez nich bardzo często ferowane. Podobnie jak stosowanie tortur. Prawie wszyscy papieże protestowali przeciw okrutności sądów świeckich stosujących się do prawa Saksońskiego, ogłoszonego przez cesarza Fryderyka I. Należy przypomnieć że Inkwizycja stosowała przede wszystkim kary moralne.

    Za co skazano Galileusza
    Opublikował nie udowodnioną teorię jako PEWNIK, nie potrafił jej udowodnić i, co więcej, napisał w sposób zakrawający na herezje. Jedynym dowodem jaki przedstawił, były odpływy i przypływy (co jak wiadomo jest spowodowane przez księżyc, a nie obroty ziemi dookoła słońca. Zostało to dopiero potwierdzone w 1748). Karą dla Galileusza było: Raz w tygodniu odmówić SIEDEM psalmów. Kara wygasła po trzech latach. Galileusz, jako że uważał się za wierzącego, „karę” kontynuował.

    Sąd boży
    We wczesnym średniowieczu stosowano tzw. sąd boży, w którym Bóg miał wydać wyrok na skazańca. Był to np. Próba gorącej wody – zanurzanie we wrzątku bez śladu oparzeń, próba ognia – przechodzenie przez ogień, próba krzyża, gdzie oskarżony i oskarżyciel musieli stać ze skrzyżowanymi na piersiach rękami tak długo aż jeden z nich upadnie. Istniała też, opisywana w Biblii próba czystości gdzie niewiasta podejrzana o cudzołóstwo miała pić wodę zmieszaną z pyłem z posadzki tabernakulum. Jeśli „zgniło jej łono” okazywała się winną. Próbę tą wspomagały z pewnością choroby weneryczne; Sądy boże zostały zakazane przez sobór laterański w 1215 r.

    Polowanie na czarownice
    Akty tzw. „Sądów Bożych” (zakazanych przez Sobór laterański w 1215), palenie na stosie, procesy tylko po denuncjacji wystąpiły dzięki działaniom dwóch inkwizytorów świeckich, Henryka Institora w północnych Niemczech i Jakuba Sprengera w Nadrenii. Po śmierci papieża Innocentego VIII który bardzo przejął się sprawą czarów wydali oni komentarz – podręcznik dla inkwizytorów. Komentarz potępił wyraźnie papież Aleksander VI i niejednokrotnie uchylał wyroki w procesach o czary.

    Polowanie na czarownice
    Szaleństwo jakie ogarnęło Europę w związku z czarami spowodowało wiele stosów. Spalono ok. 300.000 tys. kobiet. 2/3 tych stosów płonęło jednak w protestanckich Niemczech. 70.000 płonęło w Anglii – oderwanej od Kościoła. Spośród pozostałych wiele było wykorzystywanych przez władzę świecką. Inkwizycja traktowana z ulgą zapewniała przynajmniej sprawę sądową – która rzadko kończyła się śmiercią, podczas gdy np. Kalwin skazywał na śmierć bez procesu.

    Luter o Koperniku
    „Ludzie słuchają improwizowanego astrologa, który za wszelka cenę chce udowodnić, że to nie niebo się kreci, lecz ziemia. Aby wystawić na pokaz inteligencję, wystarczy coś wymyślić i podać to jako pewnik. Ów Kopernik, w swojej głupocie, chce zburzyć wszystkie zasady astronomii” (za V. Messori Czarne karty kościoła)

    Protestanci o teorii kopernikańskiej
    Kepler za nauczanie teorii kopernikańskiej został usunięty z protestanckiego kolegium teologicznego w Tybindze. Za nauczanie teorii sprzecznej z Biblią. (za V. Messori Czarne karty kościoła)

    Protestanci o innowiercach
    Należy przypomnieć, jaką nienawiścią pałał Luter i inni do Żydów. Twierdził, że należy dokonać eksterminacji tego narodu i wypędzić go z Europy. Miał poza tym prawdziwą obsesję na punkcie czarownic.

    Błędy Inkwizycji
    Inkwizycja nie była instytucją scentralizowaną. Odpowiedzialność ponosili głównie ówcześni inkwizytorzy – dobierani bardzo staranni jako ludzie oświeceni i moralnie nieskazitelni. Mimo to zdarzały się (nieliczne !) przypadki złych inkwizytorów, którzy jednak byli odwoływani i skazywani, jak np. Robert le Bourge (XIII w.), który po kilku latach działalności został osadzony w więzieniu.

    Przeprosiny
    Pomimo wiedzy o znacznych różnicach (in plus) inkwizycji i sądownictwa oraz braku wpływu na niektóre świeckie wyroki inkwizycyjne, papież Jan Paweł II przeprosił za błędy. Do tej pory nie uczyniła to ani jedna władza świecka, ani jeden rząd, król, cesarz czy parlament.

  8. Piotrx said

    przepraszam ale ucięło koncowkę tekstu z mojego porzedniego wpisu

    CHINY
    W XVI wieku „na Dalekim Wschodzie, głównie za sprawą jezuickich misjonarzy, zaczyna być znana zachodnia matematyka” – pisali Rey Pastor i Babini, biorąc pod uwagę tylko jedną z dzie-dzin wiedzy. Chesneaux i Needham patrzą nieco szerzej: „Od chwili przybycia do Chin w 1583 r. astronoma i matematyka, je-zuity Matteo Ricciego, nowożytne nauki, zrodzone na Zacho-dzie, zaczęły przenikać do Chin i Japonii”. „Udział jezuitów w tym procesie jest imponujący”.

    Matteo Ricci
    Włoch z urodzenia, Matteo Ricci (1552-1610) uzyskuje w 1583 roku zgodę na osiedlenie się w granicach imperium chińskiego, gdzie stopniowo zyskuje sławę jako uczony. W Nankin (1599) naucza matematyki, astronomii, geografii, filozofii. Był autorem pierwszej w Chinach mapy świata, słynnej „mapy dziesięciu ty-sięcy królestw”, dzięki której dowiedziano się w Chinach o ist-nieniu wielu nowych i dalekich krajów, niewiele wcześniej od-krytych, i która doprowadziła do przemian w tradycyjnej kosmo-grafii chińskiej. Ostatecznie osiada w Pekinie (1600-01) przy dworze, gdzie szuka możliwości dotarcia do samego cesarza. W jednym z podań o audiencję pisze: „Wasz uniżony sługa zna doskonale sferę niebieską, geometrię, geografię i matematykę. Za pomocą instrumentów obserwuje ciała niebieskie i wykorzy-stuje gnomon. Jego metody są całkowicie zgodne z tymi, jakie stosowali starożytni Chińczycy”.

    Przekłada na chiński sześć pierwszych ksiąg Elementów Euklidesa, wydanych przez Claviusa. Konstruuje kwadrant słonecz-ny, sfery, zegary. Publikuje szereg dzieł, wśród nich Komentarze z Chin w pięciu księgach, zawierających wszystko, co mogło zainteresować Europę o tym wówczas nieznanym i tajemniczym kraju: obraz jego potęgi, położenie, florę, faunę, bogactwa mine-ralne i naturalne, poziom rzemiosła i sztuk, naukę, język, itd. Ten sławny na całym świecie misjonarz przybliżył Zachód Chinom, ale także Chiny Zachodowi.

    Inni jezuiccy misjonarze przejmują jego metodę ewangelizacji, polegającą na propagowaniu wiary pośród klas najlepiej wykształconych i wpływowych w cesarstwie poprzez wykazanie naukowej i technicznej wyższości chrześcijan*. Do najbliższych jego współpracowników należał Włoch Nicolas Longobardi, któ-ry, jeszcze długo po śmierci Ricciego, przebywa w Państwie Środ-ka; z polecenia chińskiego ministra zajmuje się balistyką, obser-wacją trzęsień ziemi i innymi zagadnieniami naukowymi.

    W 1618 r. przybywają nowe siły: Szwajcar Johann Schreck (o. Terencjusz), Włoch Giacomo Rho, Niemiec Johann Adam Schall… O. Terencjusz, lekarz, członek rzymskiej Akademii Ry-siów, znawca historii naturalnej, przywozi ze sobą skarbiec wie-dzy w postaci 7000 woluminów oraz teleskop – pierwszy, jaki dotarł do tego wielkiego państwa azjatyckiego – o którym pisze traktat naukowy w języku chińskim.

    Trybunał Astronomiczny i Obserwatorium Cesarskie
    Chińczycy mieli swoją Narodową Radę Uczonych, Trybunał Ma-tematyczny oraz Trybunał Astronomiczny; jednym z ważniejszych zadań tych instytucji było coroczne przygotowywanie kalendarza. W 1629 r. cesarz mianuje Longobardiego i Terencjusza członkami komisji odpowiedzialnej za kalendarz, a w 1631 r., w zastępstwie zmarłego rok wcześniej Terencjusza, wyznacza jeszcze Giacomo Rho’a i Johanna Adama Schalla. Schall (1592-1666) pracuje w Chinach jako misjonarz przez 47 lat, a w okresie 1630-66 prze-bywa na pekińskim dworze. Prowadzi kurs astronomii dla 200 członków Trybunału Astronomicznego; awansuje potem na prze-wodniczącego Trybunału i dyrektora Obserwatorium Cesarskie-go, konstruuje przyrządy astronomiczne i tłumaczy albo pisze wiele dzieł w języku chińskim.

    W 1660 r. przybywa do Pekinu Belg Ferdynand Verbiest, by wspomóc chorego i starego już Schalla. Przez pięć miesięcy objaśnia cesarzowi najnowsze osiągnięcia zachodniej astronomii i matematyki. W 1669 r. bierze się energicznie do unowocześnie-nia obserwatorium, którego zostaje dyrektorem w miejsce Schalla. (cztery lata poświęca na budowę instrumentów astronomicznych na wzór używanych wówczas w Europie, a następnie w 16 to-mach przedstawia ich budowę i sposób posługiwania się nimi. Zostaje mianowany przewodniczącym Trybunału Astronomicz-nego, przeprowadza reformę chińskiego kalendarza, a nawet pi-sze traktat o hutnictwie i użyciu dział artyleryjskich.

    Od czasów Verbiesta – do końca XVII wieku, przez cały XVIII i w pierwszych latach XIX – stanowisko przewodniczącego Try-bunału Astronomicznego piastują misjonarze jezuiccy: belgijski astronom A. Thomas, Włoch F. Grimaldi, Niemcy C. Kastner, K Stumpf, I. Kogler i A. von Hallerstein. Po śmierci tego ostat-niego, w 1774 r., do 1805 r. miejsce przewodniczącego zajmo-wali Portugalczycy: F. de Rocha, J. de Espinha, A. Rodrigues i J. B. de Almeida.
    Kogler, przewodniczący Trybunału przez ponad 25 lat, pozo-stawił po swym urzędowaniu pamiątkę w postaci dziesięciu to-mów opublikowanych tablic astronomicznych, które zawierały prace sławnych astronomów, takich jak J. Flamsteed i G. D. Caslini. Zaobserwowaną przez Koglera w 1737 r. kometę skojarzo-no niedawno z kometą Swift-Tuttle, która powróciła w 1993 r.
    W Obserwatorium i nad reformą kalendarza pracują, oprócz już wcześniej wymienionych, także inni jezuici różnych narodo-wości. I tak Włoch L. Buglio bierze udział razem z Verbiestem w opracowaniu kalendarza, a Niemiec Antonio Gogeisl przejmuje w połowie XVIII wieku obowiązki dyrektora Obserwatorium. I rancuz A. Gaubil prowadzi, a następnie publikuje szereg obser-wacji z dziedziny astronomii i fizyki. Włoch G. Aleni pisze, między innymi, dzieła O kosmografii królestw całego świata oraz traktat z geometrii elementarnej w czterech tomach.

    W 1688 r., w dziesięć dni po śmierci Verbiesta, zakończyła w Pekinie misję ekspedycja złożona z sześciu jezuitów, tzw. „Ma-tematyków króla”, wspieranych przez króla Francji Ludwika XIV. W jej skład wchodzili: Jean de Fontaney, Jean-Francois Gerbil lon, Joachim Bouvet, Louis Le Comte, Claude Visdelou i Guy Tachard.

    Jean-Francois Gerbillon napisze traktat z geometrii w języku tatarskim i chińskim, oprócz tego dzieło z astronomii o obliczaniu zaćmień słońca oraz wspomnienia z podróży do Wielkiej Tatarii. Joachim Bouvet, wraz z innymi misjonarzami, podejmie się dzie-ła nakreślenia mapy całego cesarstwa chińskiego. Jeden i drugi nauczali w Pekinie matematyki i innych nauk. Nieco później, w la-tach czterdziestych XVIII wieku wyróżnia się Austriak G. X. La-imbeckhoven, wybitny matematyk, doradca Trybunału Matema-tycznego, który dzieli się swą wiedzą z trzema różnymi dworami: w Chinach, Kochinchina i w królestwie Wielkiego Mogoła.

    Inne dokonania uczonych misjonarzy
    O dokonaniach na polu geodezji i kartografii pisali Chesneaux i Needham: „Grupa kartografów jezuickich przemierzyła za pa-nowania cesarza K’ang Si Tatarie i całe Chiny zostały pokryte siecią triangulacyjną w latach 1708-17. Ojciec Antoine Thomas dokonuje w 1702 r. w Chinach pomiaru długości południka ziem-skiego, a w 1718 r. opublikowana została mapa w postaci 35 stro-nic wykonanych techniką drzeworytu. Za czasów panowania Kien-lunga sześciu kartografów jezuickich opracowało w 1769 r., wielką mapę Azji Środkowej na 104 stronicach, która do XIX wieku przewyższała analogiczne przedsięwzięcia europejskie”. Ukazywały się różne mapy, między innymi autorstwa Gulia Aleniego i Polaka Michała Boyma; Włoch Martin Martini wydał Novus Atlas Sinensis (1655), zawierający 17 map i obszerny komentarz. Na początku XVIII wieku cesarz K’ang Si zlecił Fran-cuzowi Jean-Baptiste Regisowi przygotowanie mapy całego kra-ju. W 1718 r. przedstawił on cesarzowi gotowe dzieło wraz ze wskazówkami w języku chińskim. To, co osiągnęli na polu kar-tografii Regis i Thomas, opracowanie mapy tak rozległego kra-ju, zostało uznane przez słynnego geografa i geologa F.G. von Richthofena za „pomnik nauki XVIII wieku”. W pracy nad tym dziełem uczestniczyli także inni uczeni misjonarze, wśród nich Francuzi: J. Bouvet, Dominiąue Parrenin i Pierre Jartoux.

    Astronom i architekt, Michel Benoist, również Francuz, które-mu cesarz Kienlung nadał w 1744 r. tytuł nadwornego matematy-ka, miał duży udział w powstaniu 104-stronicowej mapy Chin wykonanej z miedzianych matryc (1769). Kreśli ponadto mapę świata bogatą w astronomiczne i geograficzne detale. Obdarowu-je cesarza wielkim teleskopem zwierciadlanym i maszyną pneu-matyczną, ucząc go jednocześnie ich używania. Kieruje też budo-wą dla cesarskich ogrodów ogromnego zegara wodnego, wodotry-sków i fontann; projektuje też przemyślne systemy wodne.

    Dokonawszy podsumowania roli Towarzystwa Jezusowego w rozwoju chińskiej astronomii i matematyki, Chesneaux i Ne-edham piszą: „Jezuici byli nie mniej aktywni w pozostałych dzie-dzinach nauki… Terencjusz (Schreck) napisał w 1625 r. Kom-pendium ciała ludzkiego, a Parrenin, na początku XVIII wieku opublikował tablice Anatomii manchu… Misjonarze założyli w pałacu K’ang Si laboratorium farmaceutyczne”. „Przetłuma-czyli albo skompilowali traktaty o perspektywie (1626), o trzę-sieniach ziemi (1626 i 1679), o świetle i dźwiękach (1682), o mechanice cieczy (1612) i o różnych typach urządzeń (1617); tą drogą poznano w Chinach między innymi śrubę Archimedesa, nieznaną tam do tej pory”. Warto również wspomnieć o pracy traktującej o chińskim sys-temie miar i wag oraz na temat obserwacji meteorologicznych prowadzonych w Pekinie pióra Francuza Josepha Marii Amiota, a także o dziele Flora Chin (1656) i Medyk chiński (1686) autorstwa Michała Boyma….
    * W powstaniu tej mapy udział wzięli także dwaj inni jezuici, mianowicie: Augustin von Hallerstein i Felix de Rocha (por. Hartmut Walravens, China il-lustrata. Das Europdische China Verstandnis im Spiegel des 16. bis 18. Jahr-hunderts, Acta Humaniora, VCH, Weinheim 1987, s. 122).

  9. Piotrx said

    I jeszcze o kilku jezuitach dzialajacych na polu nauki i oświaty

    O. Felicjan Paluszkiewicz SJ
    fragment opracowania „Święty Andrzej Bobola (1591-1657)”

    Środowisko wileńskie

    Najdłuższy okres życia w Towarzystwie Jezusowym, dwadzieścia jeden na czterdzieści sześć lat, spędził Bobola w Wilnie, wówczas najprężniejszym ośrodku życia umysłowego Rzeczypospolitej. Batorowy Uniwersytet, Alma Mater Vilnensis, był w pełni rozkwitu. W czasie pobytu Andrzeja Boboli w Wilnie działali tam sławni jezuici, których drogi krzyżowały się z jego drogami. Niektórzy z nich zyskali sławę europejską.

    Marcin Śmiglecki, najwybitniejszy logik i najlepszy pisarz filozoficzny dawnej Polski, autor monumentalnego dzieła Logica, które w Oxfordzie służyło jako podręcznik uniwersytecki. Śmiglecki napisał również ceniony traktat ekonomiczno-etyczny O lichwie (kilkanaście wydań) oraz wiele rozpraw teologicznych: O Bóstwie przedwiecznym Syna Bożego, Absurda synodu toruńskiego, Dysputacja wileńska, O jednej widomej Głowie Kościoła i in. Był inicjatorem nurtu metafizyki neoscholastycznej, którą przejęli Gottfred Leibniz i Christian Wolff.

    Zygmunt Lauxmin profesor Akademii, w 1645 r. brał udział w “Colloquium charitativum” w Toruniu. Opracował nową i oryginalną, poglądową metodę nauczania retoryki, uwzględniającą naturę dykcji, w podręczniku: Praxis oratoria, który został wysoko oceniony przez znawców zarówno katolickich, jak ewangelickich, nie tylko w Polsce, ale również poza krajem. Wydawano go wielokrotnie w Monachium, Frankfurcie, Kolonii, Würzburgu, Pradze i Wiedniu. Tępił makaronizm, zachęcał do studiowania filozofów, podkreślając, że zasadniczym znamieniem sztuki oratorskiej jest mądrość. Nauczał w bursie muzyków czego owocem była ogłoszona drukiem Ars et praxis musicae. Znał doskonale lud i jego problemy. Chłopi litewscy oblegali jego konfesjonał i nazywali go: “tvas limanas” (wesoły ojciec).

    Adam Adamandy Kochański, najwybitniejszy umysł polski XVII stulecia, uczony o szerokim wachlarzu specjalności: matematyka, fizyka, chemia, mechanika. Przemyśliwał nad budową maszyny liczącej, łodzi podwodnej i samolotu. Zajmował się tworzeniem języka uniwersalnego, statyką, zagadnieniami magnetyzmu Ziemi, ujednoliceniem miar, rektyfikacją okręgu… Z dużym nakładem pracy i pomysłowości opracował tablice matematyczne sinusów i tangensów. Interesował się konstrukcją zegarów i wprowadził w ich mechanizmach szereg istotnych ulepszeń: wahadło zastąpił sprężyną, co umożliwiło konstrukcję zegarka kieszonkowego. Zajmował się też zastosowaniem wahadła do pomiaru długości geograficznej na morzu. Napisał pierwszą pracę teoretyczną o konstrukcji zegarów. Swoje nowatorskie zdobycze publikował w lipskim Acta Eruditorum. Utrzymywał korespondencję naukową z czołowymi intelektualistami epoki, m.in. z G. Leibnizem, Atanazym Kircherem i Janem Heweliuszem.

    Jan Jachnowicz, kaznodzieja litewski, przełożył Ewangelie polskie i litewskie, tak niedzielne, jako i wszystkich świąt, które miały kilkadziesiąt wydań. Napisał kilka książek i broszur oraz z języka litewskiego na polski przetłumaczył Konstantego Szyrwida Punkty do kazań na Wielki Post. Rozwinął działalność misyjną na Żmudzi. Otworzył szpital i wiele czasu poświęcał pracy charytatywnej, do której okazję dawały częste wojny i towarzysząca im zaraza.

    Mateusz Bembus, profesor teologii, wybitny mówca patriotyczny, kaznodzieja królewski po ustąpieniu Piotra Skargi, rozwijał równocześnie działalność pisarską. Wydał podręcznik dla dowódców wojskowych: Bellator christianus. W 1629 r. brał udział w synodzie unickim we Lwowie i w akcji unijnej Kościoła ormiańskiego. Trwałym śladem tej pracy są dwie publikacje: Wzywanie do jedności katolickiej oraz Ormiańskie nabożeństwo.

    Konstanty Szyrwid, profesor-biblista oraz kaznodzieja w języku polskim i litewskim. Opublikował pionierską pracę, słownik łacińsko-polsko-litewski, gramatykę litewską oraz Punkty kazań od Adwentu aż do Postu, litewskim językiem z wytłumaczeniem na polskie, w których poruszał sprawy społeczne. Położył wielkie zasługi dla rozwoju literackiego i teologicznego języka litewskiego.

    Oswald Krüger, profesor matematyki, specjalista inżynierii wojskowej skonstruował nowy celownik artyleryjski. Poza tym opublikował szereg innych rozpraw z zakresu praktycznych zastosowań matematyki, astronomii i optyki W 1655 r. Jan Kazimierz, przewidując wojnę z Moskwą, powołał go na stanowisko inżyniera królewskiego, powierzając odlewanie armat według opracowanej przez Krügera metody pozwalającej na zmniejszenie ich masy przy zachowaniu nośności działa i siły rażenia. Niektórzy historycy stawiają hipotezę, że dzięki armatom Krügera była możliwa wiktoria wiedeńska. Lekkie działo mogło przez górzysty teren przenieść kilku żołnierzy. Natomiast ciężkie działa niemieckie ciągnięte przez woły utkwiły w czasie przeprawy przez Kalemberg. Turcy nie brali pod uwagę ostrzału artyleryjskiego od strony wzgórza. Ów niespodziewany ogień artyleryjski wywołał panikę wojsku Karola Mustafy.

    Wojciech Kojałowicz Wijuk, biblista i patrolog, wśród współczesnych uchodził za najlepszego kaznodzieję Litwy. Wielostronnie uzdolniony, publikował przeważnie popularne dziełka religijne i historyczne. Pozostawił po sobie trzydzieści cztery prace polemiczne.

    Jan Chądzyński, uczył retoryki, teologii moralnej, filozofii i języka hebrajskiego. Autor Discursu kapłana jednego polskiego, stanął w obronie chłopów. Z własnym wstępem wydał Dissertatio de praestantia Łęczyckiego oraz kilka drobnych druków.

    Do innego rzędu wielkości należeli Jerzy Giedroyć, potomek starożytnej rodziny książąt litewskich oraz złotnik, br. Jan Sędkowicz. Pierwszy w czasie praktyki pedagogicznej w Połocku, swoim darem przekonywania pozyskał dla Kościoła wielu prawosławnych. Zostawszy kapłanem, z zapałem pracował jako misjonarz ludowy, nie bacząc na trudy wynikające z tego rodzaju pracy. Od świtu do godzin wieczornych słuchał spowiedzi, bez przerwy nawet na posiłek. Szczególną troską otaczał ubogich, niosąc im pociechę duchową i pomoc materialną. W czasie epidemii, która nawiedziła Wilno, poświęcił się posłudze zakaźnie chorym i zarażony od nich zmarł 12 lipca 1653 r. Współcześni nazywali go świętym.

    Brat Sędkowicz, mistrz w wykonywanym zawodzie, zdobił wiele kościołów Towarzystwa Jezusowego w całej Polsce. W kościele jezuickim w Poznaniu (zabytek klasy zerowej, obecnie fara), pozostało po nim tabernakulum z miedzi zdobione szlachetnymi kamieniami. W Wilnie pracował nad wystrojem kościoła św. Kazimierza.

    W naszych kolejnych spotkaniach poznajemy bliskich Andrzejowi jezuitów, którzy swoimi osiągnięciami mobilizowali do tego, aby nie poprzestawać na przeciętności lecz dążyć do ignacjańskiego MAGIS.

    Sławni rówieśnicy

    Otoczenie, w którym następował ciągły wzrost duchowy Boboli to nie tylko intelektualny klimat Wilna. Akademickie środowisko wileńskie nie było oazą na pustkowiu. Pozostały teren Rzeczypospolitej zamieszkiwali jezuici, z którymi przypuszczalnie Andrzej nigdy nie spotkał się, ale byli znani w Polsce i poza jej granicami. Niewątpliwie wpływali oni wszyscy na intelektualny rozwój pozostałych placówek Towarzystwa Jezusowego.

    Czternaście miesięcy po wstąpieniu Andrzeja Boboli, do jezuickiego nowicjatu, 27 września 1612 r., umarł w Krakowie Piotr Skarga. Mowę nad trumną królewskiego kaznodziei wygłosił dominikanin, Fabian Birkowski. Podsumował w niej osiągnięcia kapłana zatroskanego o dobro ojczyzny. W tym samym roku, i w latach następnych, ukazało się drukiem kilka wydań tego kazania. Nieprawdopodobne, aby magister nowicjatu zaniechał dogodnej okazji ukazania szukającym ideału ludziom rozpoczynającym życie zakonne, wzoru osobowości jezuity, który jest chlubą nie tylko własnego zakonu, ale również Kościoła w Polsce.

    Piotr Skarga, już jako kapłan, w 1568 r. wyjechał do Rzymu, gdzie w rok później wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. W 1579 r. został pierwszym rektorem Akademii Wileńskiej, następnie z polecenia Stefana Batorego organizował kolegia jezuickie w Połocku, Rydze i Dorpacie. Wielki społecznik założył kilka instytucji dobroczynnych: Bractwo Miłosierdzia, Bractwo św. Łazarza, Bank Pobożny i Skrzynkę św. Mikołaja. Od 1588 r. był kaznodzieją nadwornym Zygmunta III. Zwolniony z obowiązków kaznodziei w 1612 r., zamieszkał w Krakowie. Zmarł w opinii świętości. Gorący patriota, wywierał olbrzymi wpływ na życie polityczne i społeczne kraju. Został po nim imponujący dorobek pisarski, m.in: O jedności Kościoła Bożego, Żywoty świętych, Siedem filarów, na których stoi katolicka nauka o Przenajświętszym Sakramencie Ołtarza, Kazania na niedziele i święta całego roku, Kazania przygodne Kazania sejmowe, Synod Brzeski, Kazania o siedmiu sakramentach Kościoła katolickiego, Wzywanie do pokuty obywatelów Korony Polskiej i W. X. Litewskiego; przełożył na język polski Cezarego Baroniusza Roczne dzieje kościelne, opracował modlitewnik dla wojska Żołnierskie nabożeństwo. Dzięki dziełom pisanym pięknym językiem polskim miał duży wpływ na rozwój polszczyzny XVI w.

    Dalej, kierując się kolejnością wstępowania do Zakonu, należy wymienić Grzegorza Knapa, który wstąpił do jezuitów bez mała pół wieku przed Bobolą, ale efekt jego mrówczej pracy ukazywał się w czasie, gdy Andrzej święcił pierwociny swojego kapłaństwa. Najpierw Knap był nauczycielem w szkołach jezuickich, później zwolniono go z pracy dydaktycznej, aby miał dostatecznie dużo czasu na opracowanie słownika polko-łacińsko-greckiego. Owoc trudu Kapa, Thesaurus polono-latino-graecus (t. 1-3: 1621-32) jest najlepszym dziełem leksykograficznym Polski przedrozbiorowej. Poza słownikiem pisał jeszcze dramaty dla sceny szkolnej.

    Karol Malapert przybył do Polski w 1613 r. z Hiszpanii. Profesor filozofii w Pont-ŕ-Mousson, w Kaliszu wykładał matematykę. Wespół ze swoimi słuchaczami Aleksandrem Sylviusem i Szymonem Peroviusem przeprowadzał obserwacje astronomiczne plam słonecznych za pomocą lunety w Polsce zastosowanej po raz pierwszy. W 1617 opuścił Polskę i został dziekanem filozofii w Douai oraz tamże profesorem matematyki. W 1629 r. wyjechał do Hiszpanii powołany przez Filipa IV na katedrę matematyki w Madrycie.

    Szymon Perovius w czasie studiów filozoficznych w Kaliszu brał czynny udział w badaniach astronomicznych Malaperta. Po jego powrocie do Belgii, objął w Kaliszu obserwatorium astronomiczne i kontynuował badania plam słonecznych, które Malapert w 1633 r. opublikował w Austriaca sidera. Po ukończeniu studiów został profesorem matematyki w Kaliszu. Poza tym wykładał w jezuickich kolegiach w Krakowie, Lwowie i Sandomierzu. Znaczną część życia spędził na pracy duszpasterskiej będąc misjonarzem w Brześciu n. Bugiem, w Perejesławiu.

    Kacper Drużbicki jeden z bardziej wybitnych jezuitów polskich XVII wieku, w pełni urzeczywistnił ignacjański ideał sharmonizowania życia zjednoczonego z Bogiem z intensywną działalnością apostolską. Asceza, jaką uprawiał i propagował, miała charakter wolitywny. Kładł nacisk na wyrobienie wewnętrzne. Jego pobożność, wybitnie chrystocentryczna, bazowała na Eucharystii i kulcie Jezusowego Serca. Doznawał daru modlitwy mistycznej. Przeżycia wewnętrzne miały wpływ na jego postawę zewnętrzną: m.in. brał w obronę chłopa pracującego na roli. Chociaż mówcą był świetnym, nie przyjął zaproponowanej przez Jana Kazimierza funkcji kaznodziei królewskiego. Zostawił w rękopisie dwadzieścia cztery tomy kazań. Niestety, nie wydrukował ich. Strzępy, tego co napisał, później wydali jego uczniowie. Z ocalałych fragmentów widać, że był wybitnie utalentowany. Po śmierci Drużbickiego rozwinął się jego kult, ale niepokoje polityczne uniemożliwiły wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Ponowne zainteresowanie Drużbickim rozbudziło się w okresie przedmilenijnym.

    Adrian Pikarski w latach wykładał filozofię i teologię w Akademii Poznańskiej i kolegium w Kaliszu, następnie został kapelanem obozowym Stefana Czarnieckiego. Brał udział w wojnach szwedzkiej, duńskiej i moskiewskiej. Wspomina o nim w Pamiętnikach Jan Chryzostom Pasek. Od 1661 r. pełnił rolę kaznodziei królewskiego kolejno trzech monarchów: Michała Korybuta Wiśniowieckiego, Jana Kazimierza i Jana III Sobieskiego. Pozostawił w rękopisie diariusz wyprawy przeciw księciu siedmiogrodzkiemu, Jerzemu II Rakoczemu.

    Bartłomiej Nataniel Wąsowski uczył w Toruniu, Bydgoszczy i Gdańsku. W latach 1550-56 jeździł po Europie Zachodniej, a doświadczenia z podróży spisał w obszernym diariuszu zatytułowanym Europea Peregrinatio. W 1673 r., założył w Jarosławiu studium matematyczne i zabiegał o otwarcie szkoły rycerskiej; w 1678 r. postarał się u Jana III Sobieskiego o nadanie kolegium w Poznaniu godności akademii. Był też wybitnym architektem. Opublikował Callitectonicum seu de pulchro architecturae. Teolog praktyk, autor książki teologicznej Apparatus sacerdotum oraz ascetycznej Podniety nabożeństwa zakonnego.

    Wojciech Tylkowski uczył retoryki, matematyki i teologii we Wrocławiu, Nysie, Braniewie i Warszawie. W latach 1669-73 pełnił w Rzymie obowiązki penitencjarza dla Polaków. Po powrocie wykładał matematykę w Akademii Wileńskiej, a od 1684 r. teologię w kolegium warszawskim. Władał biegle językami: łacińskim, greckim, hebrajskim, francuskim, hiszpańskim, litewskim, niemieckim i włoskim. Napisał ponad pięćdziesiąt wartościowych książek z różnych dziedzin, ale najwięcej (złej!) sławy przysporzyły mu Uczone rozmowy. Jest to rodzaj encyklopedii, w której Tylkowski bezkrytycznie zamieścił mnóstwo obiegowych wiadomości, sensacyjnych, ale nieprawdziwych. Wrogim Zakonowi krytykom posłużyło to do złośliwego ośmieszenia autora, którego doceniła dopiero historiografia współczesna.

    Wpływu ogólnego klimatu, w jakim przychodzi człowiekowi wcielać swoje posłannictwo życiowe, nie da się przecenić ponieważ do ciągłej drogi wzwyż mobilizują człowieka inni.

    Współcześni misjonarze

    Od zarania Towarzystwa jezuici podjęli Chrystusowe posłannictwo: “Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. Już pierwszy z sześciu przyjaciół Ignacego Loyoli, św. Franciszek Ksawery, w 1541 r. popłynął do Indii, Japonii, i planował dotarcie do Chin. Chrystusowe polecenie pilnie wypełniali również jezuici polscy. Jedni szli katechizować Żmudzinów, Łatgarów lub zaniedbanych religijnie Poleszuków, inni udawali się do krain zamorskich, wszędzie tam, gdzie tylko docierały statki kupieckie. Na azjatyckich szlakach wśród jezuitów współczesnych Boboli najbardziej wsławili się Wojciech Męciński, Andrzej Rudomina, Piotr Michał Boym, Jan Mikołaj Smogulecki, Tomasz Młodzianowski i Stanisław Solski.

    Pierwszym wybitnym misjonarzem pokolenia Andrzeja Boboli był Męciński. Zapragnął palmy męczeńskiej, zgłosił się więc na misję do Japonii, gdzie zazwyczaj prędko uśmiercano chrześcijan.

    Wszystko sprzeciwiało się jego staraniom dotarcia do wymarzonego celu. Najpierw został zawrócony z drogi przez generała Zakonu Mutiusa Vitelleschiego, aby przed Trybunałem w Piotrkowie poświadczyć, że swoje dobra usytuowane w widłach Wisły i Wieprza, dobrowolnie oddał krakowskiemu kolegium jezuitów. Przy okazji stwierdził marnotrawstwo w zarządzaniu jego ojcowizną. Z goryczą napisał do generała, prosząc o interwencję i zmianę rektora kolegium. Następnie, w czasie dramatycznej żeglugi, wiatr dwakroć spychał ich okręt z powrotem do Lizbony. Za trzecim razem, w okolicy Makao, które było etapem jego podróży, statek dostał się w niewolę Holendrów. Uwięziony Męciński znalazł się w nieludzkich warunkach. Wśród pojmanych Portugalczyków zaczęły się szerzyć rozmaite choroby. Potrzebującym opieki lekarskiej służył swoją wiedzą medyczną, zdobytą na Uniwersytecie Jagiellońskim przed wstąpieniem Zakonu. W końcu udało się mu uciec i schronić w najbliższej placówce jezuickiej.

    Zginął w Nagasaki, 1646 r. Przywiązany za nogi, powieszony na drągu głową w dół, spuszczony do lochu ciemnego, tylko lewą rękę miał wolną dla dania znaku, jeśliby chciał odstąpić od wiary. Wisiał tak siedem dni. Kilkadziesiąt biografii, niemal we wszystkich językach europejskich, rozsławiło jego męczeńską śmierć.

    W 1618 r., po powrocie z Pułtuska do Wilna, zastał Bobola odbywającego tam nowicjat Rudominę, który w dzień planowanego związku małżeńskiego, zmienił decyzję i wstąpił do jezuitów. Już w czasie studiów w Lowanium okazał zamiłowanie do pióra i przetłumaczył na język polski książkę Jana Chokiera de Surlet O odmianie państw. W 1627 r. wyruszył w kierunku Chin. Pierwszy etap podróży zakończył w Indiach, w Goa. W czasie postoju poświęcił się posłudze charytatywnej wśród biednych i niewolników. Dalej popłynął do Makao i Kiatingu, gdzie Europejczycy uczyli się języka chińskiego. Szybko przyswoił sobie język i napisał po chińsku dwie popularne broszury ascetyczne: Theu che pa fou sin tou [Osiemnaście obrazów serca] oraz Che fou kin tai tou [Dziesięć obrazów człowieka pracowitego i leniwca]. Następnie apostołował w Makao, Kiatingu, Fukien i Fuczou. Został wtedy współautorem dziełka Keu to je tchao [Odpowiedzi na różne pytania], traktującego o zagadnieniach wiary i nauk przyrodniczych.

    Do Fukien skierowano Rudominę W 1628 r. Coraz bardziej zapadał jednak na zdrowiu i w 1631 r. umarł, mając zaledwie 35 lat. Jeden z misjonarzy napisał, że Chińczycy mają go za świętego; w trudnych chwilach ucisku lub grożących niebezpieczeństwach nawiedzają jego grób.

    Boym po odbyciu formacji zakonnej w Polsce wyjechał do Rzymu, stamtąd do Lizbony, aby z końcem 1643 r. popłynąć do Makao. Z drogi przysłał jezuicie Grzegorzowi Ciślakowi list będący najstarszym reportażem o Mozambiku. Swoją relację ozdobił rysunkami miejscowej fauny i flory. Ucząc w kolegium jezuickim w Makao zapoznawał się z językiem, kulturą i medycyną chińską. Tutaj prawdopodobnie powstał jego słynny Atlas Chin ozdobiony miniaturkami przedstawiającymi sylwetki Chińczyków oraz sceny z ich życia.

    W 1651 r. odpłynął do Europy, jako wysłannik nowo nawróconej cesarzowej Heleny do papieża Innocentego X. Misja ta przysporzyła Boymowi mnóstwo kłopotów. Papież uznał to poselstwo za samozwańcze. Czekając cztery lata na audiencję, Boym owocnie wykorzystał przymusową bezczynność. Przygotował do druku kilka swoich prac, m.in. dzieło Flora Sinensis oraz dzieła medyczne: Specimen medicinae Sinicae (o pulsie i sposobach diagnozy na podstawie badania tętna, co otworzyło nowe drogi europejskiej sztuce lekarskiej) oraz Clavis medica, bezskutecznie zabiegając o ich wydanie. W 1656 r. podążył znowu do Państwa Środka. Z prac Boyma za życia Boyma ukazała się drukiem jedynie Flora sinensis. Inne rękopisy poginęły rozproszone po archiwach i zbiorach prywatnych. Niektóre z nich wykorzystali nieuczciwi plagiatorzy, publikując pod swoimi nazwiskami. Po powrocie z Rzymu równolegle z pracą misjonarską prowadził dalsze badania, które uczyniły z niego pierwszego polskiego sinologa. Zmarł w sierpniu 1659 r.

    Smogulecki, jako piętnastolatek wydał traktat astronomiczny Sol illustratus ac impugnatus, ceniony przez współczesnych astronomów, cytowany nawet przez Heweliusza i Kepplera. W 1638 r. Smogulecki wstąpił do jezuitów. Po święceniach kapłańskich wyjechał na misje do Chin. Europę opuścił w 1644 r. Gdy dotarł do Chin najechali je Tatarzy. W zawierusze wojennej nieszczęśliwie stracił przywieziony ze sobą sprzęt astronomiczny. Ponieważ z powodu utraty przyrządów astronomicznych, nie miał okazji kontaktu z uczonymi, poświęcił czas katechizacji prostego ludu. Mimo niesprzyjające sytuacji ochrzcił wielu pogan. Później, dzięki wiedzy matematycznej, trafił do elity intelektualnej. Zapoznał Chińczyków z logarytmami. Cesarz usłyszawszy o uczonym Polaku, zaprosił go na swój dwór. W trakcie rozmowy z cesarzem Smogulecki przedstawił swój plan ewangelizacji Mandżurii. Cesarz zgodził się na projekt, przestrzegł jednak przed trudnościami. Otrzymawszy list polecający, Smogulecki wyruszył na obszar Chin, na którym nie stanęły jeszcze stopy misjonarzy. W czasie podróży apostolskich 17 września 1656 r. w Tschao-king-fou zapadł nagle na jakąś nieznaną chorobę, która pozbawiła go życia.

    Młodzianowski, jeden z najwybitniejszych jezuitów XVII w., do Towarzystwa wstąpił w 1637 r. Wielostronny działacz, misjonarz w Persji, filozof, teolog, kapelan obozowy, kaznodzieja trybunalski w Lublinie, zajmował się także reformą pisowni polskiej. Rozgłos zdobył dzięki rozległej aktywności oraz bogatej, liczącej tysiące stronic, spuściźnie pisarskiej: ascetycznej, kaznodziejskiej, filozoficznej i teologicznej. Pod koniec 1653 r, otrzymał zezwolenie generała Zakonu, Goswina Nickela, na wyjazd do Persji. W 1654 r. popłynął z Marsylii do Sudanu. Po wielu trudach i przeszkodach, dotarł do Isfahanu, który miał być głównym terenem jego działalności. By móc pracować wśród tubylców najpierw podjął naukę języka perskiego. Z czasem przekonał się o braku widoków na owocność wysiłków misjonarskich. W 1657 r. wyruszył w drogę powrotną, która zajęła mu niemal rok. Wróciwszy do Polski dowiedział się o straszliwych rzeziach dokonywanych przez Kozaków i o męczeństwie Andrzeja Boboli. Skierowano Młodzianowskiego do Poznania na profesora teologii. Zostawszy rektorem kolegium, w 1678 r. postarał się o podniesienie jezuickiej szkoły do godności Akademii. W Poznaniu napisał i przygotował do druku większość swoich dzieł, m.in. Integer cursus theologicus et philosophicus, Kazania i homilie na niedziele doroczne, także święta uroczyste, Rozmyślania albo lekcja duchowna oraz Akty przygotowania się na śmierć.

    W 1654 r., a więc na trzy lata przed męczeństwem św. Andrzeja, wyruszył do Konstantynopola Solski. Wyuczywszy się języka tureckiego, pracował jako misjonarz, zyskując równocześnie sławę matematyka i architekta. Wskutek niesprzyjających okoliczności musiał powrócić do Polski. Od 1666 r. był kapelanem obozowym hetmana Jana Sobieskiego, a po jego objęciu tronu matematykiem królewskim i geometrą. Opublikował dwa dzieła: Architekt polski, pierwszy polski podręcznik traktujący o zastosowaniu mechaniki w budownictwie, oraz Geometra polski – przystępny wykład geometrii stosowanej. Poza tym był autorem licznych drobnych publikacji matematycznych.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: