Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Bezpartyjna o Wolne tematy (10 – …
    Boydar o Wolne tematy (10 – …
    Bezpartyjna o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Boydar o Wolne tematy (10 – …
    Enya o Wolne tematy (10 – …
    Listwa o Wolne tematy (10 – …
    Yagiel o Wolne tematy (10 – …
    Liwiusz o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Bezpartyjna o Wolne tematy (10 – …
    Yagiel o Wolne tematy (10 – …
    Bezpartyjna o Wolne tematy (10 – …
    Peryskop o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Krystian Szeliga o Szymowski prześwietla premiera
    Sceptyk o Upadek cywilizacyjny Polski
    Carlos o Prof. Mearsheimer: „To Zachód…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

Wiktor Poliszczuk – Operacja „Wisła”

Posted by Marucha w dniu 2012-07-25 (Środa)

Fragmenty książki „Gorzka prawda – cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa” autorstwa Wiktora Poliszczuka, wyd. 2006, nadesłał p. PiotrX

Dokonując analizy przyczyn zarządzenia operacji „Wisła”, należy mieć na uwadze dwie zasadnicze okoliczności: po pierwsze – dążenie OUN-UPA do oderwania terytorium tzw. Zacurzonia od państwa polskiego, po drugie – terror stosowany przez OUN wobec ludności ukraińskiej. Inną rzeczą byłoby, gdyby UPA stanowiła formację ochotniczą i gdyby jej zaopatrzenie sprowadzało się do dobrowolnego działania ludności ukraińskiej, a inną – postawienie ludności ukraińskiej w sytuacji bez prawa wyboru: kto nie pomaga OUN-UPA, ten jest wrogiem narodu ukraińskiego, a taki podlega likwidacji.

W wytworzonej, w oczekiwaniu na wybuch trzeciej wojny światowej przez OUN-UPA, sytuacji, kiedy ludność ukraińska była terroryzowana, kiedy nie pozostawiono jej prawa nawet do neutralności, władze uznanego przez prawo międzynarodowe państwa polskiego miały prawo i obowiązek podjęcia działań zmierzających do zaprowadzenia ładu i porządku na terytorium państwa, do zapobieżenia oderwania od niego części terytorium.

Najlepiej sformułowaną oceną przyczyny przeprowadzenia operacji „Wisła”, polegającej na przesiedleniu ukraińskiej i łemkowskiej ludności na tereny północne i zachodnie Polski powojennej, jest opinia działacza OUN Bandery i jednocześnie uczestnika działań OUN-UPA w Przemyskiem, po wojnie ukraińskiego nacjonalistycznego historyka w Stanach Zjednoczonych – Lewa Szankowśkiego, który napisał:

„Zbrojna walka UPA oraz podziemia OUN w Przemyskiem, jak też na całej Zacurzońskiej Ukrainie, została powstrzymana nie dlatego, że była taka lub inna przewaga sił zbrojnych wroga. Została ona powstrzymana dlatego, że zabrakło szerokich mas, które tę walkę popierały i w ten lub inny sposób brały w niej udział. Gdy wysiedlono z Zacurzonia prawie wszystkich Ukraińców, jednych do ZSRR, innych na północne i zachodnie ziemie Polski, oddziały UPA oraz podziemie OUN nie mogły nadal egzystować, musiały one porzucić to terytorium”.

W nauce na Zachodzie szeroko stosowana jest metoda porównawcza (komparystyka) – badanie analogicznych faktów, motywów itp. W Polsce powojennej, prócz ukraińskiej, istniała też pokaźna białoruska mniejszość narodowa. Wobec niej władze polskie nie podjęły działań analogicznych do operacji „Wisła”, albowiem w ramach tej mniejszości nie działał terrorystyczny ruch zbrojny skierowany na oderwanie od państwa polskiego określonych terenów.

Władze polskie nie stosowały wobec Białorusinów przymusu w trakcie wymiany ludności z Białoruską SRR, nie dokonały przesiedleń Białorusinów z ich miejsc zamieszkania.

Ergo: gdyby nie istnienie i działania OUN-UPA, nie byłoby przymusu w trakcie wymiany ludności i nie byłoby operacji „Wisła”.

Stąd należy sformułować wniosek, że nie w samym istnieniu ukraińskiej mniejszości narodowej w Polsce powojennej leżały przyczyny stosowania przymusu w trakcie wymiany ludności, nie w chęci pozbycia się skupisk ukraińskich w Polsce tkwiły przyczyny podjętych przez władze polskie kroków w postaci operacji „Wisła”, a jedyną ich przyczyną było istnienie i działanie struktur Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Bandery, dążącej do oderwania od państwa polskiego jej południowo-wschodnich terytoriów.

Trzeba pamiętać, że struktury OUN-UPA-SKW składały się z obywateli państwa polskiego. Stąd też legalność ich zwalczania, stąd też zasadność umieszczania podejrzanych o udział lub współdziałanie z OUN-UPA w obozie w Jaworznie. Rzeczą odrębną jest traktowanie osadzonych w tym obozie, ale ono nie niweczy zasadności zwalczania osób podejrzanych o działalność antypaństwową, nawet kilkunastoletniej młodzieży, często angażowanej do współdziałania z OUN-UPA.

Jak wynika z dziennika „Burłaki”, po przeprowadzeniu operacji „Wisła” wygłodniałe, schorowane, obdarte niedobitki OUN-UPA pozbawione zostały oparcia w ludności ukraińskiej, w następstwie czego miały miejsce częste dezercje. W tym stanie resztki oddziałów podjęły dramatyczną przeprawę przez Czechosłowację do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Przedostawały się przez teren Polski i Czechosłowacji, po drodze dokonując rabunków. Do celu doszło tylko 300 upowców.

Łew Szankowśkyj dokonał prawidłowej oceny sytuacji: to nie stosunek sił zbrojnych OUN-UPA oraz Polski zadecydował o zaprzestaniu działań UPA na tzw. Zacurzoniu. O zaprzestaniu tej działalności zadecydowała opercja „Wisła”. Oznacza to, że polityczna decyzja władz Polski była prawidłowa i przyniosła spodziewany skutek.

Operacja „Wisła” podjęta została w stanie wyższej konieczności. Winę za przymus w przesiedlaniu ludności ukraińskiej na Ukrainę oraz za podjęcie decyzji o wykonaniu operacji „Wisła”, w konsekwencji za pozbawienie ludności ukraińskiej zwartych skupisk jej zamieszkania i postępującej asymilacji mniejszości ukraińskiej w Polsce, ponosi OUN Bandery, do której ukraińska mniejszość narodowa w Polsce winna kierować swoje ewentualne pretensje.

Nie do przyjęcia jest twierdzenie ukraińskich nacjonalistycznych działaczy w Polsce, w tym historyków, że operacja „Wisła” miała na celu zlikwidowanie mniejszości ukraińskiej drogą asymilacji, czemu sprzyjać miało jej rozproszenie na ziemiach zachodnich i północnych. Po pierwsze – państwo nie dysponowało enklawą do osiedlenia 150 000 ludności z zapewnieniem dla niej mieszkań i miejsc pracy; po drugie zaś – teoretyczne osiedlenie przesiedlonych na jednym obszarze nie rozwiązałoby problemu OUN-UPA, której oddziały przekoczowałyby w ślad za przesiedloną ludnością i nadal terroryzowałyby ją walcząc przeciwko państwu polskiemu. Rozproszenie przesiedlonych było jedynym wyjściem wykluczającym metodę osadzenia ludności ukraińskiej w obozach.

W związku z powyższym należy również pamiętać, że takie wzory demokracji zachodniej, jak Stany Zjednoczone i Kanada, po przystąpieniu Japonii do drugiej wojny światowej po stronie koalicji hitlerowskiej, dokonały osadzenia wszystkich Japończyków w obozach odosobnienia i pozbawiły ich majątku, w tym nieruchomości, których nigdy japońskim obywatelom Kanady i Stanów Zjednoczonych nie zwrócono. Znów więc w ocenie zaszłości w Polsce należałoby porównać je z działaniami państw demokratycznych (komparystyka).

Działalność struktur OUN Bandery na południowo-wschodnich terenach powojennego państwa polskiego stanowiła nieudany etap realizacji celu sformułowanego przez I Kongres OUN polegającego na stworzeniu ukraińskiego państwa nacjonalistycznego typu faszystowskiego, na wszystkich, według arbitralnych ocen OUN, ukraińskich terytoriach etnograficznych, a więc na oderwaniu od uznanego przez prawo międzynarodowe państwa części jego terytorium. Działania te, podjęte przez obywateli państwa polskiego, należy kwalifikować jako zbrodnię przeciwko państwu, a nie jako działania przeciwko „komunizmowi”.

Tej prostej prawdy nie potrafi zrozumieć historyk Grzegorz Motyka, nie rozumie tego kierownictwo IPN, nie rozumiał tego Senat RP, nie rozumie prezydent Aleksander Kwaśniewski. OUN-UPA podjęłaby analogiczne kroki również przeciwko polskiemu państwu demokratycznemu, gdyby takie po zakończeniu wojny powstało.

Wskazać przy tym należy, że mimo operacji „Wisła”, banderowcy operowali na terenie Polski do 1953 r. Resztki „Służby Bezpeky” OUN nadal dokonywały egzekucji podejrzanych o zdradę, a wywiad brytyjski do 1953 r. dokonywał desantu z powietrza i z morza banderowców na teren Polski z zadaniem prowadzenia dywersji.

http://www.kki.pl/pioinf

Komentarzy 13 do “Wiktor Poliszczuk – Operacja „Wisła””

  1. Walerian Dąbrowski said

    Niejednej rodzinie ukraińskiej akcja „Wisła” ocaliła życie z rąk rodzimych siepaczy.

  2. wi42 said

    Poniwaz operacja Wisla zostala wykonana przez PRL powieksza spis zbrodni komunistycznych IPN. I nie ma na to rady…

  3. ponury said

    Nie nazywajmy „zbrodnią” wywiezienie żebraków z ziemianek i ,na ziemiach odzyskanych ,rozdanie im poniemieckich gospodarstw.

  4. Inkwizytor said

    Re: 2

    Operacja Wisła uratowała życie tysiącom Polaków i Ukraińców. A o zbrodni komunistycznej może pisać tylko agitator dUPA lub pospolity nieuk

  5. Sław. said

    Re.4: Pełna RACJA.

  6. Piotrx said

    Ukraiński badacz nacjonalizmu ukraińskiego Wiktor Poliszczuk stwierdzał także:

    „Istnieje… instytucja stanu wyższej konieczności, polegająca na tym, że nie popełnia przestępstwa ten, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru społecznemu lub jakiemukolwiek dobru jednostki, jeżeli niebezpieczeństwa nie można uniknąć inaczej, a dobro poświęcone nie przedstawia wartości oczywiście większej, niż dobro ratowane. Nie ulega wątpliwości, że działania OUN-UPA na terenie „Zacurzonia” stanowiły bezpośrednie niebezpieczeństwo nie tylko wobec osób sprzeciwiających się tej działalności, ale też dla całości granic Państwa Polskiego, będącego podmiotem prawa międzynarodowego i które w 1947 roku miało już ustalone w drodze umów międzynarodowych południo-we i wschodnie granice. Stąd przesiedlenie wciągniętej w orbitę działań OUN-UPA ludności ukraińskiej „Zacurzonia” podyktowane było stanem wyższej konieczności jako dobro poświęcone mniejszej wartości, niż dobro chronione w postaci życia nieokreślonej ilości ludzi oraz zachowania całości terytorium Państwa Polskiego”.

  7. JO said

    To taki Krzyk Zyda, ze bija a to w czasie, gdy Zyd jest Bijacym…TALMUD

  8. Piotrx said

    prof. Edward Prus – Operacja „Wisła”- Wrocław 2006.
    /fragmenty/

    Przesiedleń, dokonywał Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR) i do niego należała troska o przesiedleńców. Troska ta wyrażała się przykładowo w zakresie aprowizacji: „Na punkcie Olszanica: 1 kg chleba na osobę (ostatni transport z 3 maja otrzymał po 2 kg), pół śledzia, 1/8 puszki konserwy… Na pozostałych punktach przesiedleni otrzymują w chwili załadowania pociągu po 2 kg chleba oraz kilkadziesiąt gramów śledzia lub konserwy. Przed załadowaniem do transportu przesiedleni żywią się we własnym zakresie. Zależnie od zaradności komendanta, wyżywienie to jest lepiej lub gorzej zorganizowane (np. na punkcie Kulaszne indywidualny wypiek chleba, a na punkcie Olszanica zbiorowe gotowanie zupy” (Sprawozdanie z akcji inspekcyjnej punktów załadowania w czasie od 28 IV do 3 V 1947). 136 900 przesiedlonych wiosną 1947 roku Ukraińców i Rusinów, przewieziono w 431 transportach kolejowych, liczących przeciętnie po 3035 wagonów każdy. Należy zatem przyjąć, że w jednym wagonie znajdowało się średnio po 9-11 osób. Tym transportom starano się zapewnić „zieloną drogę”, przeto większość z nich dotarło do miejsc przeznaczenia już po 2-3 dniach.

    Dla porównania: wypędzonym z Kresów południowo-wschodnich podstawiano wagony otwarte (węglarki) lub towarowe, przeciętnie jeden na 10 rodzin. Najpierw zezwalano im na zabranie ze sobą jednego zwierzęcia, później i tego zabroniono. Każdy mógł zabrać tyle, ile był w stanie udźwignąć, zaś sama po-dróż, bez żadnej troski i opieki ze strony władz sowieckich i polskich, trwała przeciętnie 2 tygodnie.

    (…)

    Przesiedleńcy tymczasem przeżywali oszołomienie, zupełnie nie spodziewali się, że taka spotka ich „kara”.

    „Trudno dziś uwierzyć -pisze jeden z przesiedleńców, obecnie mieszkaniec Kaławy koło Międzyrzecza Wlkp. ale byli pośród nas tacy, co niszczyli elektryczność (w otrzymanych domach) i zapalali przywiezione z sobą naftowe lampy. Elektryczność ich przerażała. Niektórzy znów zrywali podłogi w domach, nosili glinę, mieszali ją z plewami lub sieczką i ubijali klepisko. Podłoga wydała się im być nazbyt pańska. To był prawdziwy szok, ten przeskok z bieszczadzkiego średniowiecza w poniemiecki dwudziesty wiek. Szczęściem najwyższym znów był kierat poruszany za pomocą koni, każdy kto go miał, obnosił się z tym po sąsiadach dumnie niby paw…”.

    „Mówią dziś o odszkodowaniach za mienie pozostawione w górach, ja bym tej kwestii nie tykał, bo może się zdarzyć, że to nie nam państwo, lecz my państwu będziemy płacić odszkodowanie za dobro, jakim nas obdarzyło ono zabierając z tej mizeroty łemkowskiej w inny, bogatszy świat” – przestrzega znów inny przesiedleniec, mieszkający w Starym Łomie, dawne woj. legnickie.

    Zdzisław Konieczny, przesiedlenie ludności ukraińsko-ruskiej, a zwłaszcza znalezienie się jej w nowym miejscu zamieszkania, nazwał „szokiem cywilizacyjnym” – i słusznie. Zamiana kurnych chatynek na murowane, wysokie i wielopokojowe „pałace” musiała być dla niejednego Łemka szokiem. Spodziewali się kary, surowych represji – zwłaszcza ci, co mieli wiele na sumieniu i krewniaków w UPA, a tymczasem spotkała ich nieoczekiwana nagroda. Całą ogromną propagandę banderowską, o polskiej odpłacie diabli wzięli. „Przesiedlenie ludności ukraińskiej – pisze Konieczny – było dla niej szokiem cywilizacyjnym z uwagi na oderwanie ich od wiosek, które zamieszkiwali dotychczas, uzyskanie znacznie lepszych zabudowań mieszkalnych i gospodarczych, nawet gdy były one częściowo zniszczone oraz większych nadziałów ziemi od posiadanych dotychczas…” I nieco wcześniej: „Przesiedlona na Ziemie Zachodnie i Północne w ramach operacji >Wisła< ludność ukraińska, rodziny mieszane i Polacy uzyskali lepsze od dotychczasowych gospodarstwa rolne. W latach 1957-1959, państwo udzieliło przesiedleńcom kredytów na łączną sumę 170 min złotych, co jak na ówczesne czasy było kwotą ogromną. Znaczna część tych kredytów była bezzwrotna lub częściowo umorzona w latach następnych". (Na Rubieży, nr 81,2005).

    (…)
    Po październikowym przełomie w 1956 roku Ukraińcy zorganizowali się w Ukraińskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym, które rozpoczęło agitację na rzecz powrotu Rusinów i Łemków na „ziemie przodków"; akcja jednak nie powiodła się. Tylko nieliczne rodziny chłopskie decydowały się na powrót do stron rodzinnych. Reimigracja objęła także Łemków pochodzących z bardziej rozwiniętych wsi górskich, z dużych gospodarstw, najczęściej ludzi starszych wiekiem, którym trudniej, niż młodym, było się dostosować do nowych warunków bytowania. Wtedy między innymi powróciło do Komańczy 226 osób, do Szczawnego – 305 osób. Niektórzy wracali jeszcze później, choć nie mieli do czego, bo jak wiadomo, ich obejścia zaraz po opuszczeniu zostały przez UPA spalone. Nie przejmowali się tym, na nowych miejscach zdołali się wzbogacić, a sprzedane gospodarstwa poniemieckie pozwoliły im na wybudowanie w rodzinnych wsiach domów tak okazałych, że budziły ogólną zazdrość, a dziś wiele z nich służy jako prywatne pensjonaty turystyczne.

    Powroty Łemków i Bojków w strony rodzinne, to także wynik agitacji ukraińskich nacjonalistów. Dotarli oni także do wsi Stary Łom (woj. dolnośląskie) i tu agitowali – obiecując, że jak przynajmniej połowa przesiedleńców powróci, to jest szansa na utworzenie w „Zacurzonii" ponownie zalążka „samostijnej Ukrainy". Ci agitatorzy określali się jako nowi „wyzwoliciele".

    Niektórzy nowobogaccy Ukraińcy reagowali gwałtownie przeciwko idei „Nowej Siczy" w Bieszczadach, nazywając podżegaczy „przeklętymi wyzwolicielami".

    „Przeklęci wyzwoliciele, chcą nas pozbawić wieloletniego dorobku, cywilizacji, kultury i wepchnąć z powrotem do bieszczadzkich wertepów, do błota, chaty kurnej i naftowej lampy". – To fragment listu jednego mieszkańca Starego Łomu wysłanego w tej sprawie do Urzędu Wojewódzkiego (Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej) w Legnicy.

    Gdy to się udało zaczęto sprawę stawiać inaczej, mianowicie żądano z jednej strony stanowczego potępienia operacji „Wisła" i uznania jej sprawców za „zbrodniarzy wojennych", a z drugiej – przyznanie osobom przesiedlonym odszkodowań pieniężnych. Pierwsza sprawa – to cyniczne dzieło ukraińskich nacjonalistów odwracające uwagę od zbrodni UPA i przenoszące winę z kata na ofiarę; a z drugiej – o wyłudzenie od Państwa Polskiego pieniędzy. Przecież nie chodzi tu o uczciwe rozliczenie, bo wtedy to przesiedleńcy musieliby płacić państwu spore sumy – a nie odwrotnie. Tego właśnie obawiali się ustabilizowani przesiedleńcy i dlatego wołali aby nacjonalistyczni agitatorzy – „przeklęci wyzwoliciele" – zaprzestali agitacji, która może obrócić się przeciwko przesiedleńcom. Bo nie ulega wątpliwości, że na przesiedleniu ludność rusko-ukraińska zyskała, a nie straciła.

    „Przeklętym wyzwolicielom" udało się tylko jedno, mianowicie to, że Senat RP potępił operację „Wisła". Zatem ukraińskim nacjonalistom udało się dotąd więcej, niż można się było spodziewać. Stało się to dnia 3 sierpnia 1990 roku na wniosek senatora, który dopiero wówczas, jak nim przestał być, przyznał się, iż jest Ukraińcem.

    [dr Włodzimierz Mokry , który dostał się do Sejmu RP z rekomendacji Komitetu Obywatelskiego Solidarność” – Piotrx]

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Włodzimierz_Mokry

    Nie powiedział natomiast, że inspiracja potępienia „Wisły" wyszła z szeregów zoologicznie antypolskiej OUN.

    Oto w jaki sposób, dzięki samym Polakom, kat stał się ofiarą, a ofiara katem. Beztroskę Senatu wykorzystali ukraińscy nacjonaliści i odpowiednio rozreklamowali ją w świecie, który niewiele dotąd od Polaków słyszał o zbrodni ludobójstwa UPA, ale teraz usłyszał o polskiej „czystce etnicznej", o polskich „zbrodniach" popełnionych na „spokojnej ludności ukraińskiej". Niektórzy senatorowie głosujący za potępieniem, liczyli naiwnie na „ukraińską wzajemność", że zaraz po potępieniu akcji „Wisła" przez stronę polską, strona ukraińska uczyni to samo – potępiając uroczyście zbrodnie OUN-UPA popełnione na Narodzie Polskim. Liczyli na taki właśnie hołd oddany pamięci ofiar ludobójstwa przekraczających pół miliona. Jakże się zawiedli i rozczarowali!

    Będąc pod wrażeniem tej niebywałej, zdumiewającej, a w konsekwencji antynarodowej uchwały, pisałem: „Świat w dobie ostatniej wojny wiele wiedział o zbrodniach tzw. UPA, których ofiarą padło pół miliona polskiej ludności cywilnej. Od tamtego czasu sporo wody upłynęło w Dniestrze i w Zbruczu, »zim-na wojna« i zmagania ze światowym komunizmem, zatarły w ludzkiej pamięci krwawe dramaty rozegrane na rubieżach Rzeczypospolitej. Wyrosło nowe pokolenie, które o UPA nie wie prawie nic. Na tej niewiedzy postanowili żerować ukraińscy nacjonaliści – i to dzięki nim owo pokolenie dowiedziało się o czymś zupełnie innym, że istniała »bohaterska« UPA walcząca z komuną i z wysługującymi się jej Polakami, którzy ponadto dokonali na spokojnych Ukraińcach »zbrodni«. Ta »zbrodnia« uzyskała kryptonim »Wisła«. Potępił ją Senat RP w sierpniu 1990 roku – nie wspominając ani słowem o UPA, która totalnie niszczyła żywioł polski i żydowski oraz wszystko, co było polskie i żydowskie.

    Nacjonaliści ukraińscy, zrzeszeni w OUN na inicjatywę swojego szalbierstwa przeznaczyli ok. 20 tys. dolarów, a na rozpropagowanie w świecie, w różnych językach, kilkaset tys. dolarów" („Szczerbiec", maj 1993). Trzecie tysiąclecie banderowski Związek Ukraińców w Polsce rozpoczął od nowej akcji zachęty do powrotu przesiedlonych Ukraińców i Łemków w strony rodzinne. Liczy przy tym na duże odszkodowanie państwa za „akcję Wisła", które pozwoli na „odtworzenie ukraińskiego charakteru Zacurzonii". Akcję tę rozpoczęło po raz kolejny „Nasze Słowo" głównie piórami Tymy i Huka. Wspiera ich z łam „Gazety Wyborczej" Smoleński, a z „Tygodnika Powszechnego" Jan Turnau. „Nasze Słowo" rzecz ujmuje także poglądowo wskazując strzałkami kierunki powrotu z zachodu i północy na południowy wschód. Paweł Smoleński i Jan Turnau sądzili, że znajdą potwierdzenie efektów działań agitacyjnych Związku Ukraińców u bp. Mariana Gołębiewskiego – ordynariusza diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, w której granicach znajduje się sporo Ukraińców.

    Ten odrzekł: „…gdy pytam, czy po tylu latach wróciliby w strony ojczyste w Bieszczady, w Beskidy, na Pogórze Przemyskie, znaczna część odpowiada, że nie. Dziś tutaj jest ich ojczyzna,zwłaszcza dla młodego pokolenia, tu mają domy, prace, zdobyli jakieś urzędy, tworzą wspólnotę, są solidarni, dobrze zorganizowani, obecnie w samorządach" („Gazeta Wyborcza" 13-14IV 2002).

    I to właśnie wszystko, tak entuzjastycznie chwalone przez, życzliwą przecież Ukraińcom "Gazetę Wyborczą", chcieliby potargać "przeklęci wyzwoliciele". Już raz ich przodkowie spod znaku OUN-UPA tego właśnie dokonali, rwąc więzi regionalne i sąsiedzkie między Ukraińcami i Polakami najpierw na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a później na obszarze "Polski pojałtańskiej", jak obecną Rzeczpospolitą nazywają postupowcy.

    Do 1990 roku postupowcy działali niejako podskórnie na rzecz „odnowienia ukraińskiego charakteru Zacurzonii", jak o tym głosi jedno z opracowań OUN. Ustala ono „znaki rozpoznawcze". Aktywista OUN w rozmowie z osobą mogącą być Ukraińcem, miał „zabawiać się" zgadywanką skrótów: PKP, PKWN, SOK, PPR, UPA i obserwować reakcję rozmówcy. Później, dla większej wiarygodności miał zniżać rękę pod krawędź stołu tak, żeby wystawały tylko trzy palce symbolizujące „tryzub".

    W 1990 roku, podjęta została przez prowid OUN stosowna uchwała obligująca wszystkich postupowców do wszelakich działań – i to nie tylko natury propagandowej, do nadania obszarom, na których dokonywała zbrodni UPA, charakteru ukraińskiego. Stąd płynie ich oferta kierowana w stronę młodzieży ukraińskiej, aby powracała do krainy ich ojców i dziadów. Nie byłoby w tym niczego zdrożnego, każdego ciągnie do miejsca, skąd wyrastają jego korzenie; także przestępcę ciągnie do miejsca zbrodni, ale w tych poczynaniach jest pewne szalbierstwo.

    Polega ono na tym, że ta antypolska w sumie akcja ma się odbyć na koszt polskiego podatnika – jako rzekoma rekompensata "za doznane krzywdy".

    Otrzymane mienie poniemieckie za nędzne bieszczadzkie lepianki się nie liczy, jakby nie istniało. Otrzymane w darze od państwa domy należy sprzedać Polakom, Niemcom, Holendrom i to bez wahania, bez sentymentów, a uzyskane tą drogą środki zużyć na ulepszenie swoich gospodarstw wybudowanych za pieniądze Rzeczypospolitej. Ponieważ jest to rzecz delikatna, aczkolwiek szyta grubymi nićmi, należy ją maksymalnie zakamuflować i w żadnym wypadku nie rozgłaszać, że ostatecznym celem tej „ukraińskiej akcji Wisła" jest oderwanie „Zacurzonii" od Polski i przyłączenie jej do Ukrainy albo do Hałyczyny, po przewidzianym jej odłączeniu od Kijowa.

    Z podszeptu „wyzwolicieli" ostatnio odezwali się Łemkowie, oczywiście ci, co chcą być Ukraińcami, nie zaś ci Łemkowie, którzy pragną zachować własną tożsamość etniczną i z ukrainizmem nie chcą mieć nic wspólnego. Ci ostatni są w sposób dosłowny prześladowani przez postupowców – nawet brutalnie.

    Znane jest postępowanie Włodzimierza Mokrego, pracownika dydaktycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, który grozi zwolnieniem z pracy tym podległym jego pracownikom, którzy będą upierać się przy swoim rutenizmie, a nie zadeklarują jawnie przynależności do nacji ukraińskiej. Takich przykładów jest więcej.

    W sumie na całym obszarze RP, a nie tylko w Bieszczadach czy w Górach Nowosądeckich, mieszka zaledwie 5,9 tys. osób należących do łemkowskiej grupy etnicznej. Taką liczbę prezentuje ostatni spis powszechny z 2003 roku. Przypuśćmy, że połowa z tego mieszka na „Zacurzonii" wtopiona w „morze ludności polskiej", a do tego jeszcze niejako zwarta wyspa, lecz jako poszczególne rodziny w polskich wioskach. Czy w takiej sytuacji można mówić o „łemkowskiej autonomii terytorialnej"? Taką właśnie nierealną, głupią myśl, podsuwają ukrainizującym Łemkom postupowcy.

    Oczywiście, gdy przypatrzyć się temu oszustwu dokładnie, to widać, iż nie chodzi o Łemków, lecz o zrealizowanie zasygnalizowanej już uchwały prowodu OUN z 1990 roku.

    Uchwała OUN
    http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/osad/uchwala.html

    Niewątpliwie spis powszechny z 2003 roku był szokiem dla ukraińskich faszystów w Polsce. Włodzimierz Mokry swego czasu wołał do Polaków: czego się obawiacie, przecież nas w Polsce jest zaledwie 500 tysięcy.

    (…)

    To prawda, do której należy dodać jeszcze niektóre fakty, o których w liście do autora pisze Ukrainiec „spod Giżycka". "Ludzie się obawiają, że na skutek zabiegów „wyzwolicieli”, władze polskie pod przymusem zechcą ich rugować z dotychczasowych gospodarstw i wywozić" w Bieszczady. Byłaby to jakaś „antyakcja Wisła”… Ukraińska ludność, którą przesiedlono w 1947 roku, materialnie nie poniosła strat. Domy, które pozostawiła w bieszczadzkich wertepach były drewniane. W 80% jednoizbowe, w 90% nie miały podłogi z desek tylko było gliniane klepisko. Kominy w tych budynkach były z desek, wylepione wewnątrz gliną. Na Ziemiach Północnych i Zachodnich otrzymali dobre murowane zabudowania i duże gospodarstwa rolne. Czy to wszystko mają dziś pozostawić i wrócić do swoich kurnych chat w Bieszczadach… W swojej książce pt. Banderowcy defekt historii napisał Pan świętą prawdę: „Nasi ojcowie jedli cierpkie winogrona, a nam synom zęby ścierpły".

    Pani E. Lenko, Ukrainka z Toronto, dawna mieszkanka „Zacurzonii", nie ukrywa prawdy o jej mieszkańcach. Należy jej słowom wierzyć i wreszcie zrozumieć, jaki awans cywilizacyjny spotkał „lud górski" po jego przesiedleniu. „Byli to ludzie – pisze E. Lenko – najbiedniejsi w całej przedwojennej Polsce, ze znaczną liczbą analfabetów i przeważnie narodowo nieuświadomieni. Do tych należeli Łemkowie, najwięcej przywiązani do ziemi swych ojców, do skalistych gór i kurnych chat… Ale czy kto miał ochotę tam się przesiedlić do tego ubogie-go, choć pięknego kąta, raczej ciągnęło Podole lub Wołyń!" („Gazeta", Toronto 8.04.1997). To wcale nie znaczy, że nie było tu Polaków – byli i żyli spokojnie w sąsiedzkiej zgodzie z Rusinami (…)

  9. Jestem chyba jedyną osobą, który czyta kartotekę „akcji W”. W kartotece brak jest duplikatów ekspedycyjnych około 10 tys osób. Mój wniosek i mam dowód na to, ze akcja ta miała dodatkowy ukryty cel. Tym celem wg mnie było wywiezienie z rejonu Lubelszczyzny, Podkarpacia i Małopolski potomków dawnych osadników, niemieckich, tzn żydowskich. Nie bez przyczyny hitlerowski krakowski OST instytut badał kwestie osadników. Tak się składa, ze osady które badali Niemcy to przeważane te same, które zajmowała ludność żydowsko – upowska. Trzeba wiedzieć, ze koderami UPA były takie osoby jak stryj Onyszkiewicza czy ojciec Pawła Śpiewaka

  10. JO said

    ad.9. To wazny Trop Panie Zbigniewie. Do tej pory nikt nie badal dokladnie pochodzenia Tych wywiezinych ..wszystkich ludzi…

    A czy ktos badal Ile ludnosci pochodzenia „polskiego”, utozsamiajacej sie z Polska z Tamdad Wywieziono? A ile Polakow opuscilo tamte strony raz na zawsze?

  11. Piotrx said

    Re 9: To bardzo ciekawe, a może opublikowłby Pan swój autorski artykuł poruszający te tematy? Chętnie dowiedziałbym się czegoś nowego.

    Czy na temat pochodzenia „Oresta” Onyszkewycza posiada Pan jakieś konkretne informacje na temat jego pochodzenia – jeśli tak prosiłbym o ich ujawnienie
    Jaką rolę pełnił ojciec P.Spiewaka?

  12. Zdziwiony said

    Re.11

    Panie PiotrzeX,

    podzielę się się z Panem z tym tekstem możliwe, że jest Panu znany (sic), choć z pewnością jest subiektywny (cytowany Szczypiorski, „Akcja”(?), niektóre żródła), ale niektóre fakty są interesujące. Niektórzy moi znajomi rodzinnie są z tą historią miejsca i czasu powiązani. Pozdrawiam.

    O Ukraińskiej Powstańczej Armii w Bieszczadach
    z rozmów z mieszkańcami Bereżnicy Wyżnej, Rybnego i Polańczyka

    Wstęp

    Praca niniejsza nie ma na celu przedstawienia historii Ukraińskiej Powstańczej
    Armii na terenie Bieszczadów; nie jest moim zamiarem również oskarżanie lub
    obrona którejkolwiek ze stron ówczesnego konfliktu. Praca ta powstała z potrzeby
    rozmowy z naocznymi świadkami zajść i jako taka mogłaby pretendować do miana
    świadectwa historycznego. Niestety, sposobowi prowadzenia przeze mnie badań
    można wiele zarzucić: dla zachowania nieformalnej atmosfery wypowiedzi nie
    zostały nagrane; rozmówcy moi nie odpowiadali na te same pytania, pozwoliłem
    im opowiadać ile i o czym chcieli, nakierowując ich tylko od czasu do czasu na
    interesujący mnie temat, więc przytoczone niżej ich świadectwa mogą być
    pozbawione kontekstu w jakim je wypowiedziano. Wreszcie wiele rzeczy mogło
    zostać opacznie przeze mnie zrozumianych, czemu niekoniecznie zapobiegły
    stawiane przeze mnie na końcu szczegółowe pytania. Będąc zatem świadom
    możliwych błędów, podkreślam iż praca ta jest jedynie próbą zmierzenia się z tym
    tematem – moim sygnalnym pojawieniem się wśród tych ludzi. Mam nadzieję, że
    starczy im czasu, sił i zaufania, by opowiedzieć wszystko raz jeszcze – najlepiej
    przed kamerą. Aby pozostawić po sobie świadectwo tamtych zdarzeń.
    Konflikt polsko-ukraiński w Bieszczadach doczekał się wielu opracowań. Nie
    mam prawa oceniać ich fachowości, części z nich jednak zarzuca się
    stronniczość, wobec niektórych toczą się spory – powoływanie się więc na nie w
    tekscie jest już więc niejako stanięciem po jakiejś stronie, a tego właśnie pragnę
    zaniechać. Choć wiem, że całkiem się tego ominąć nie da i przedstawiając wpierw
    bohaterkę tej pracy – Ukraińską Armię Powstańczą (UPA) muszę bazować na tym,
    co napisali inni; Ale najbardziej zależy mi na osobistym zebraniu relacji, które
    stanowić będą tej pracy część właściwą i już nie wtórną. Jadę w Bieszczady, by
    spotkać tam żyjących jeszcze świadków zdarzeń. Mam pełną świadomość, że ich
    wybór będzie arbitralny, a ich świadectwa mogą być zafałszowane minionym
    czasem, czy też nawet ich wolą. Niemniej jednak chcę być tam, słyszeć to
    wszystko samemu, móc porozmawiać i zadać dręczące mnie pytania ludziom,
    którzy zdają się być predestynowani do odpowiedzenia na nie. Podróż tę traktuję
    jak przygodę, moją przygodę z historią, jej świadectwami i objawieniami,
    różnorodnością jej interpretacji. Nie szukam prawdy, bo wiem, że jej nie jestem w
    stanie znaleźć; jedyne, z czym mam do czynienia to prawdziwość. Prawdziwość
    relacji, prawdziwość uczuć, prawdziwość, czyli po prostu człowieczeństwo moich
    rozmówców; i tych, o których będzie mowa. Dlatego też nadaję śródtytuły w
    brzmieniu tytułów powieści Andrzeja Szczypiorskiego, który chociaż nie o tym
    konflikcie, ale przecież o tej wojnie, wojnie w ogóle i przede wszystkim właśnie o
    człowieczeństwie ofiar i oprawców pisze.

    Czas przeszły

    Paulinka ma dziesięć lat; całe życie mieszka w Bieszczadach, ale Ukraińca
    spotkała dopiero niedawno. Dla starszych mieszkańców wsi bieszczadzkich ruscy
    rówieśnicy byli nieodłącznym elementem życia społecznego. Tak zresztą, jak i
    żydowscy, nawet cygańscy. Dziś mogą ich sobie tylko przypomnieć w
    najgłębszym wspomnieniu przeszłości – dzieciństwa czy wczesnej młodości.
    Dorastanie obok przedstawicieli innych nacji, czy – przede wszystkim –
    innowierców nie było, jeśli można wierzyć słowom moich rozmówców,
    nacechowane ksenofobią, niechęcią czy choćby poczuciem obcości. Nie tutaj. Tę
    gęsto wprawdzie wówczas zaludnioną, ale prowincję ominęły narodowościowe
    waśnie sanacyjnej Polski. Nikt Bieszczadów nie polonizował na siłę, napływ
    urzędników z głębi kraju nie miał tak kolonizatorskiego charakteru, jak na innych
    ruskich ziemiach. Na Wołyniu dla odmiany – osadzono wielu polskich urzędników z
    rodzinami, przeciw którym przede wszystkim – jako elementowi polskiego
    imperializmu skierował się późniejszy ukraiński ruch narodowy. Powstałej na
    Wołyniu Ukraińskiej Armii Powstańczej należy przyporządkować jeden główny cel
    działania – przede wszystkim chciała się pozbyć ze swoich ziem polskich
    osadników, to znaczy tych, których polskie władze osiedliły tam w latach
    międzywojnia. Jej stosunek do etnicznie polskiej ludności miejscowej był już nieco
    inny. Wobec tych, nawet jeśli się ich również nie chciało na ruskiej ziemi,
    postępowano znacznie delikatniej – przecież byli to odwieczni sąsiedzi.
    Tak jak nowoprzybyli Polscy urzędnicy pozbawieni byli wszelkich sentymentów
    wobec Ukraińców, tak ci bojownicy o niepodległość Ukrainy, którzy pochodzili
    spoza II RP pozbawieni ich byli nawet wobec rdzennie wołyńskich Polaków.
    Wydaje się, że tym dwóm grupom napływowym: polskim urzędnikom i
    wschodnioukraińskim prowydnikom zawdzięczamy aż tak nieludzki przebieg 4
    konfliktu na Wołyniu; trzecią taką siłą byłaby sowiecka partyzantka, której cele nie
    zawsze zbiegały się z polskimi czy ukraińskimi. Po wojnie dopiero UPA przeniosła
    się w Bieszczady, zaszczuta po wschodniej stronie Sanu działaniami NKWD. Tu w
    mało zrozumiałych okolicznościach dane jej było dokonać żywota. Mało
    zrozumiałych, bo budzących wiele wątpliwości – był to ruch narodowy, dążący do
    powołania państwa Ukraińców (te tereny nazwane były Zakierzońskim Krajem),
    podczas gdy szanse powstania takiego państwa zdławił już ostatecznie Związek
    Sowiecki. Można przypuszczać, że NKWD zapędziło na ten teren ‚groźny
    element’, by go tam z czasem – najlepiej polskimi rękoma – się pozbyć
    (przypomina się bohaterska, acz beznadziejna walka warszawskich Powstańców).
    Rola NKWD nie jest tu zresztą znikoma – jak twierdzi bowiem historyk PTTK w
    Sanoku, pan Orłowski – cała bieszczadzka UPA to była prowokacja NKWD – jej to
    bowiem agenci mieliby kierować poczynaniami Armii tak, by ta z jak największymi
    stratami ludzkimi przestała wreszcie istnieć. Hipoteza to śmiała i przewrotna,
    dlatego całkiem prawdopodobna, zważywszy wypróbowany na innych nacjach
    geniusz Stalina. Tak czy owak działalność bieszczadzkiej UPA pozostawia do dziś
    wiele niedomówień, których praca niniejsza na pewno nie może wyjaśnić.
    Nie interesuje mnie, kto kogo zabił pierwszy; pierwszy, ile razy i jak. Nawet nie
    tak bardzo, dlaczego. Mówią moi rozmówcy, że wcześniej żadnych problemów
    między różnymi nacjami i innowiercami nie było. W jakiś sposób jednak rozegrało
    się wśród tych samych ludzi wiele ludzkich tragedii i nie sposób twierdzić, że
    całkiem bez ich winy. Nienawiść, gdziekolwiek zaistnieje, padnie na grunt podatny,
    tak i tu się stało. Przyczyn tego nie sposób jednak zgłębić w tej pracy, dlatego też
    stanowi ona jedynie zbiór – naocznych przeważnie – świadectw. Nic więcej, ale też
    nie mniej – a z biegiem czasu już samo zebranie takich świadectw jest coraz
    trudniejsze.
    Paulinka ma dziesięć lat; całe życie mieszka w Bieszczadach, ale Ukraińca
    spotkała dopiero niedawno. Ukraińcem tym jest zarabiający w gospodarstwie
    „pana Mariana” Wasyl. Przyjechał tu z Ukrainy, ale gdyby pewne wydarzenia
    przebiegły inaczej, jego rodziców być może nie wysiedlono by stąd i mieszkałby –
    jak Paulinka – w Bieszczadach od urodzenia.

    dzień pierwszy: BEREŻNICA WYŻNA

    Marian, przyjaciel, u którego po raz kolejny goszczę, obiecał mnie przedstawić
    kilku świadkom powojennych zajść; pierwszego dnia ma jednak wiele pracy,
    muszę więc na razie zdać się na pomoc Paulinki. Paulinka pamięta mnie sprzed
    prawie dwóch lat, nie jestem jej więc obcy i łatwo się przy mnie wyluzowuje; jak
    jednak potraktują mnie mieszkańcy Bereżnicy, dla większości których jestem
    jednak obcy…

    Bereżnica Wyżna jest dziś jedną z tych zapomnianych wsi bieszczadzkich,
    które wprawdzie jeszcze istnieją, ale nie w świadomości turysty. Położona w
    pobliżu popularnych miejscowości, jest zarazem jedną z nielicznych tu już oaz
    spokoju; od owczarni po pomnik snuje się aleja zwykłych domostw, których przed
    wojną było z pół setki. Nie podzieliła losu w pełni wysiedlonej i zarośniętej dziś
    całkowicie Bereżnicy Niżnej, z czego mogę skorzystać, szukając pierwotnych jej
    mieszkańców.

    Mama powiedziała Paulince, do kogo najlepiej mnie zaprowadzić. Idziemy w
    górę wsi, gdzie mieszka jeszcze wielu starych ludzi. Pierwszym z nich jest pan
    Winnicki. Rodzina nie jest zmieszana moim niezapowiedzianym najściem, jemu
    samemu zdaje się być to nawet na rękę – przez najbliższą godzinę jest młody, i ja
    widzę go młodym. Musze go takim widzieć, by zrozumieć ogrom nieszczęścia,
    jakim dla niego musiała być wojna. Wychodzimy na zewnątrz i siadamy na
    schodkach; ruch to dość śmiały dla osiemdziesięcioczteroletniego człowieka –
    mimo że to lipiec, chmury wiszą nad nami gęste, jakby chciały udzielić nam
    mrocznej atmosfery czasów, które przywołujemy. Pan Winnicki zapala pierwszego
    papierosa i opowiada; gdy kończy ostatniego (zdaję się że to już po całej paczce)
    wiem już co nieco, ale o interesującym mnie temacie niewiele; pan Winnicki
    wysiedlony został bowiem tuż po wojnie i powrócił w spokojnym już okresie, więc
    nic o UPA nie może mi powiedzieć.
    Idziemy dalej do pana Michałko; to zdrobnienie od imienia Michał, którego
    używa wobec niego żona (nb. Mychajło jest czwartym co do częstości
    występowania męskim imieniem karpackich Rusinów). Michałko zdaje się mieć
    całkiem niezłą pamięć, tak twierdzi matka Paulinki, przeszkodą jednak nie do 6
    przebycia staje się jego syn: nad wyraz podejrzliwy, niechętnie odnosi się do
    mojego zamiaru „przesłuchania” ojca, nikomu to nie potrzebne, jeszcze będą z
    tego jakie nieprzyjemności. Prosi bym nie brał tego do siebie, ale już mu się
    zdarzył ktoś usiłujący nagrać rozmowę ukrytym dyktafonem; ja, aby utrzymać
    nieformalny charakter rozmów zrezygnowałem z użycia innych nośników
    informacji, niż zapisywane przeze mnie kartki, ale to go i tak nie przekonuje. Cóż,
    mogę tylko zgadywać, że ta postawa wyuczona została w realiach PRL, choć i
    dziś jest, niestety, całkiem zrozumiała. Odchodzę z niczym, tylko dlatego że
    jestem obcy; mieszkańcy wsi – swoi – nieraz jeszcze usłyszą od starego Michałko,
    to, o co ja nieskutecznie zabiegałem.
    Mała dziewczynka z sąsiedztwa okazuje się nie być najlepszą przepustką do
    dusz miejscowych. Przepustką wystarczającą jest wprowadzenie przez kogoś
    bardziej „swojego”; tak stanie się następnego dnia, gdy z Marianem przejdziemy
    się po Rybnem.

    dzień drugi: RYBNE

    W Rybnem mieszkało w momencie wybuchu wojny siedem polskich rodzin.
    Rybne było osobną dużą wsią, nie przysiółkiem Wołkowyi, jak dzisiaj. Wszystkiego
    było ze 60 rodzin, to jest tyle co w Wołkowyi, Polańczyku czy Bereżnicy.
    (Przewodnik podaje ilość 43 domów w 1921 roku). Polskość rodzin można było
    poznać po brzmieniu ich imion, nazwisk; przezwiska już jednak niektórzy mieli
    ruskie – taka to była bowiem na tym terenie mowa, ni to urzędowa polska, ni jakaś
    obca – po prostu swoja. Ale najważniejszą oznaką różnicy była wiara: rzymo-
    Polacy i greko- Rusini. To stwierdzenie wymaga jednak uściślenia – ‚różnica’ nie
    jest tu słowem pejoratywnym i wcale nie oznacza antagonizmu.
    I choć świadomość narodowa – polska czy ruska była w rodzinach wysoka,
    wcale nie tak oczywiste było samo rodziny pochodzenie. Z jednej strony istniały
    rodziny mieszane, co nie budziło żadnych resentymentów, z drugiej – zdarzały się i
    takie przypadki, jak Tymejczyków – rodziny polskiej, która sąsiadowała z
    działaczem ukraińskiego ruchu narodowego, starym Rusinem o nazwisku…
    Tymejczyk.

    Po Rybnem oprowadzi nas pan Jan Koncewicz, rocznik 1923, który świeżo po
    wojnie ożenił się i odtąd mieszka tam z żoną nieprzerwanie. Był tu przez cały czas
    istnienia miejscowej UPA i pamięta, jak ujrzał na swoich drzwiach kartkę…

    Początek

    Pewnego ranka polscy mieszkańcy ujrzeli na swoich drzwiach kartki od
    Ukraińskich powstańców. Ludności polskiej zalecano, celem ominięcia rozlewu
    krwi przeniesienie się do Polany; tam to bowiem UPA postanowiła uczynić
    skupisko ludności polskiej; planu tego nie miała jednak jak wykonać, zmagając się
    latami z Wojskiem Polskim, co zakończone zostało owszem – wysiedleniem, ale
    Ukraińców.
    W skład band wchodzili ludzie bardzo różnego pochodzenia, bardzo różnymi
    przesłankami powodowani. Rzecz jasna, najbardziej bezkarnie i bezpiecznie mogli
    czuć się ci pochodzący skądinąd: Ukraińcy zza Sanu (bandy UPA narodziły się na
    Wołyniu jeszcze w czasie wojny, dopiero później przeszły w Bieszczady) lub z
    dalszych wsi bieszczadzkich. Miejscowi mogli być rozpoznani przez mającą z nimi
    styczność ludność cywilną, co mogło powodować represje wobec ich rodzin. Mimo
    to jednak i im udzielało się banderowskie poczucie bezkarności, które było
    przecież jednym z powodów wstępowania do UPA: tak oto bowiem chłopak,
    którego nie stać było na zwyczajowe zdobycie dziewczyny, będąc członkiem
    bandy mógł ją bez żadnych przeszkód posiąść, odgrywając się przy okazji na jej
    rodzinie, gdyż oczywiście żeniaczka już mu nie była dalej w głowie. Albo też
    prowadzący za dnia własne gospodarstwo mieszkaniec Bereżnicy przechodził w
    nocy na drugą stronę góry, gdzie w Rybnem z karabinem w ręku kazał się
    podejmować kolacją. Byli również Niemcy w bandach UPA – ci, którzy spóźnili się
    na ewakuację, wiedząc o współpracy partyzantek polskiej i sowieckiej, nie mieli
    innego wyjścia jak pójść z Ukraińcami w góry.
    Zdarzali się i przebierańcy – banderowcy w polskich mundurach. UPA nie
    posiadała własnych, tak więc jej członkowie obok mundurów niemieckich czy
    kolaborującej z Niemcami policji ukraińskiej nosili też i zdobyczne polskie, czasem
    jednak zakładali elementy akcentujące polskość (orzełek [orzełko] czy biało-
    czerwona opaska), aby nie zostać rozpoznanymi, czy też przeprowadzić akcję
    obciążającą Polaków. O takich to pozorowanych akcjach wiele się mówiło, tak że
    do dziś nie wiadomo, czy konkretnej pacyfikacji dokonali Polacy czy przebierańcy,
    a jeśli ci ostatni, to czy byli to Ukraińcy czy sowieci. Tym drugim było o wiele
    trudniej dokonać takiej pozoracji, zważywszy ich nieznajomość polskiego języka.
    To zagadnienie jest szczególnie delikatnej natury, gdyż to właśnie takich
    przebierańców (szczególnie sowieckich) obarczali Polacy winą za okrutne
    pacyfikacje ruskiej ludności na Wołyniu w ostatnich latach wojny, podczas gdy
    Ukraińcy wśród przyczyn powstania UPA podają konieczność odreagowania na te
    właśnie – polskie – akcje.

    Noc, dzień i noc

    Wojsko Polskie stacjonuje obok w Wołkowyi. Banderowcy zaś gdzieś w lasach
    w przeciwnym kierunku. Rybne – między młotem a kowadłem – ma stać się
    świadkiem niejednego. Za dnia nie ma się czego bać. Gdy nastaje wieczór, nikt
    nie jest jednak już pewny, czy dotrwa do jutra. Pan Koncewicz wraca więc
    wieczorami od mieszkających już na końcu wsi, parę minut drogi w górę greko-
    katolików. Porządni to ludzie i świetnie ‚się’ z panem Koncewiczem – jak to on
    mówi – ‚zachodzą’.
    Pewnego razu, będąc na strychu swojego domu widzi sunący drogą oddział
    UPA. Jako że czasu nie ma wiele, natychmiast chowa się za deski w ścianie, skąd
    będzie miał szansę wyskoczyć strzechą, jeśli dom zapłonie. O to, czy go nie
    zobaczą będzie się dopiero wtedy martwił. Nie słyszy nic z tego, co dzieje się na
    dole, gdy banderowcom otwiera drzwi jego żona. Nie wie nawet, kiedy przychodzą
    i czy już wyszli. Mija czas, dom nie płonie i pan Koncewicz może mieć nadzieję, że
    banda kobiety nie skrzywdzi…
    I tak się właśnie dzieje. Chcą zwierząt. Gdy pani Koncewiczowa zaklina ich, by nie
    zabierali jej jedynych konia i krowy, ustępują: wszystkim, gdy coś zabierają
    zostawiają z reguły po jednym zwierzęciu z gatunku. Więc i tu zostawią tyle. Biorą
    jednak… zapałki. Słowa pani domu, że i zapałki są jedyne, nie skutkują. Do rana
    będziecie tu mieli wystarczająco wiele ognia – brzmią złowieszczo słowa dowódcy.
    Oprócz rabunku bowiem celem wypraw z lasu jest palenie domostw; ale tylko tych
    pustych, tak by żaden nowoprzybyły Polak nie mógł się tu osiedlić. Taki jest
    właśnie dom obok – pusty, lecz tego nie ruszą, bo stoi za blisko i ogień mógłby
    przejść na domostwo Koncewiczów. Banda odchodzi w głąb wsi. Dopiero teraz
    zaczyna się trwoga pani Koncewiczowej – o młodego męża, którego miejsca
    pobytu nie zna. Woła go, i dopiero to wołanie słyszy pan Jan. Ale nie ma
    pewności, czy żona jest sama, więc pozostaje cicho w swej kryjówce. Taka jest
    zresztą jego zasada: nie wychylać się; i dzięki niej właśnie, twierdzi, przeżył wojnę
    i to, co się działo później.
    W trakcie owego napadu wszystko działo się po cichu; w dole wsi jednak jedna
    kobieta podniosła krzyk, tak że mogło ją usłyszeć wojsko w Wołkowyi. I faktycznie,
    w momencie, gdy oddział UPA wycofał się ze wsi, okazało się, że po obu stronach
    drogi wprost roi się od zaalarmowanych tym krzykiem polskich żołnierzy; ci
    wyszedłszy z ukrycia podążali za bandą jakiś czas; w lesie jednak Ukraińcy – jak to
    partyzantka – byli u siebie, regularne zaś wojsko traciło grunt pod nogami, wobec
    czego pościg szybko się zakończył. Podobnie przebiegały inne napady.

    We wsi zdarzało się, że polskie dzieci przechowywane były w ukraińskich
    rodzinach – tak było w trakcie napadu najbezpieczniej; pan Koncewicz wspomina
    jeden taki przypadek, gdy banderowcy zmasakrowali czternastolatka; według
    ukrywającej go greko-katolickiej rodziny wydał się ze swoim pochodzeniem, ojciec
    jego nie mógł w to jednak uwierzyć i już niemal brał na tej rodzinie odwet. Na
    szczęście jednak się pohamował. Ciężko stwierdzić bowiem, czy rzeczywiście
    było, tak jak mówili Rusini, czy może jednak wydali chłopca w trosce o siebie
    samych. Niemniej jednak gotowość niesienia Polakom pomocy w zagrożeniu była
    normalna; nawet jeśli Rusin uważał, że UPA walczy o jego prawo do tej ziemi, nie
    mógł często zrozumieć, dlaczego miałby znienawidzić odwiecznego sąsiada.

    Złowić cień

    Pewnego dnia szli dwaj wieśniacy z Zawozu, prowadząc konie. Napotkanemu
    patrolowi Wojska Polskiego wytłumaczyli zgodnie z prawdą, że prowadzą konie,
    które zostawili banderowcy. Żołnierze z jakiegoś powodu nie chcieli dać temu
    wiary i traktowali młodych jak członków bandy:
    – Gdzie wasza broń? – powtarzali raz po raz, nie zważając na zaklinanie się, że
    ci broni żadnej nie mają i nie wiedzą o co chodzi.
    – Jak to nie macie? A tu to co? – oficer wskazał im zdjęcie, na którym widnieli
    obaj wśród banderowców trzymających broń; może nawet sami – jak to na
    zdjęciach bywa – coś – ot, tak sobie – trzymali w rękach. Dla żołnierzy zdjęcie
    znalezione w kryjówce UPA było pewnym dowodem kolaboracji, bo kto
    fotografowałby się z partyzantką w roli białego misia czy osiołka? A jednak ktoś
    taki się znalazł. Bo czemu nie sfotografować się z przyjaciółmi z lat dziecinnych? I
    chociaż broni przy nich nie znaleziono, tego dnia obaj chłopcy nie przeżyli.

    Za murami Sodomy

    Mieszkaniec Wołkowyi, Stanisław Fałek nie hołdował zasadzie pana
    Koncewicza, żeby się nie wychylać. Wojnę przetrwał imając się najróżniejszych
    interesów, więc i w powojennym harmidrze trudnił się niezbyt legalnym handlem.
    Niejedno miał na sumieniu, lecz z nikim też nie zadarł. I do niego to pewnego dnia,
    jak do wielu zwykłych mieszkańców zawitali banderowcy po… pomoc. Oprócz
    koni, bydła, żywności, zapałek potrzebowali przecież i artykułów, których w
    zwykłym gospodarstwie nie było, a których sami bez ryzyka dekonspiracji zakupić
    nie mogli. Na przykład leków. Wiedząc o ponadprzeciętnej aktywności
    gospodarczej pana Fałka, zlecili mu zakup w mieście potrzebnych im
    medykamentów. Propozycje takie składali oczywiście pod bronią, wobec czego
    każdy, w tym i on musiał stać się ich kolaborantem. Nietrudno zgadnąć, że tak
    specyficzny zakup budził w mieście słuszne podejrzenie. Żeby uniknąć jednak
    śmierci z rąk UPA, należało zadanie wykonać.
    Po jakimś czasie do gospodarstwa pana Fałka zawitała banda; ten, czy to
    mając coś na sumieniu (z racji swego zajęcia coś na pewno miał), czy obawiając
    się kolejnego zamówienia zaczął uciekać. Z konia zwalił go pocisk banderowców.
    Tak to zginął na oczach swojej córki – dziś matki mojego gospodarza – Mariana.
    Marian często wspominał mi, że jego matka widziała śmierć swojego ojca. Tym
    bardziej szokujący musiał to być widok, zważywszy fakt, ze banderowcy tępili
    swoje pociski, by rozszarpywały wnętrzności…
    Historia ta nie byłaby pełna bez epilogu, który jest gorzkim, a i wręcz
    groteskowym podkreśleniem trudnej i niejednoznacznej sytuacji rzuconej w tej
    konflikt cywilnej ludności. Otóż niedługo po śmierci Stanisława Fałka przybyli do
    jego domu polscy żołnierze. Wieść o jego zgonie przyjęli krótkim: „To ma s…syn
    szczęście”. Nie Ukraińcy bowiem, to oni sami by go zabili, pod zarzutem
    kolaboracji, czyli za zakup leków dla band oczywiście…

    dzień trzeci: POLAŃCZYK

    W Polańczyku, dzisiejszej siedzibie gminy Solina mieszkało przed wojną jakieś
    70 rodzin, z czego około 5-6 mieszanych greko-rzymskich i ze 2 żydowskie.
    Czysto polskie rodziny mój tutejszy rozmówca, pan Józef Kardasz, urodzony w
    roku 1922, wylicza na palcach. Nie dało by się tego jednak zastosować do
    kwadransów, jakie spędzam na słuchaniu go; ani do samochodów, które nas
    mijają, gdy idziemy do ośrodka kempingowego, któremu jego syn przygotowuje
    posiłki. Pan Kardasz co chwila przystaje i pokazuje mi lasy, które przed
    utworzeniem retencyjnego zbiornika były polami uprawnymi. Jakże inna to była
    ziemia, przekonuje mnie to, co mi mówi; i jakże inni ludzie…

    Msza za miasto Arras

    W Polańczyku, jak twierdzi pan Kardasz, zaczęło się psuć od pewnego
    incydentu w 1937 roku. Do tego czasu rzymo-katolicy mieszkający w Polańczyku
    uczęszczali często na msze do kościoła unickiego, bo ten był na miejscu, podczas
    gdy najbliższy kościół obrządku zachodniego znajdował się w oddalonej o około
    siedem kilometrów Wołkowyi. Owego ’37 roku zmienił się ksiądz unicki – na
    miejsce starego przyszedł młody i Polakom nieprzychylny; wprost powiedział im
    na mszy: A wy tu, Lachy, co robicie? I tak my się za was nie modlimy. Ksiądz ów,
    nazwiskiem Radjo miał duży wpływ na ukraińską młodzież, a i czasy były akurat
    takie, że świadomość narodowa Ukraińców znowu się budziła – ze wschodu
    docierały wiadomości o ruchu niepodległościowym, w leżącym tuż za górami
    Zakarpaciu proklamowano nawet niepodległe państwo ukraińskie. Tym procesom,
    zachodzącym jeszcze przed wojną, czyli na długo przed powstaniem UPA
    towarzyszył najprawdopodobniej import prowokatorów z sowieckiej Ukrainy,
    których zadaniem było nie tylko budzenie ukraińskiej świadomości narodowej, ale i
    skłócenie ze sobą współżyjących Polaków i Rusinów, co jak stwierdza pan
    Kardasz, przyniosło pewne, lecz niezbyt spektakularne efekty. Być może ksiądz
    Radjo był takim właśnie wichrzycielem. W ostatnim okresie działania
    bieszczadzkiej UPA rozpoznano go podobno wśród gonionej przez polskie wojsko
    bandy.
    Wojnę pan Józef spędził pracując w Niemczech; wielu spotkał tam Polaków,
    tyluż Ukraińców. W Niemczech pod koniec wojny walczył w armii amerykańskiej,
    dzięki czemu nie musiał wracać do kraju; wrócił jednak jak najszybciej – w
    Bieszczady. Żeby dostać się do Polańczyka musiał czekać na odpowiedni
    moment, gdy patrol pograniczników będzie jechał w głąb gór, by zmienić tam
    stacjonujący. Po drodze – w Myczkowie – napotkali pilnujący drogi patrol
    banderowców. Ci z założenia nie mieli nic przeciwko wojskom ochrony
    pogranicza, więc ich przepuścili. W owym czasie to oni kontrolowali teren i dopiero
    liczebna przewaga polskiego wojska mogła położyć temu kres. Kiedy po długim
    czasie ten moment nadszedł, pan Kardasz był akurat w centrum wydarzeń. Na
    parę chwil przed godziną 9:00 spotkał w Zawozie znajomego żołnierza. Ten czekał
    na pełną godzinę, by wejść do wsi. Tamtego dnia idący ławą żołnierze polscy
    zastukali do drzwi wielu ruskich domostw; następnego szli dalej; i dalej – tak, idąc
    z południowego wschodu wysiedlili mieszkających jeszcze w Bieszczadach
    Ukraińców, dając im pięć minut na przygotowanie się do wyjścia. Ci zostawiali na
    stołach chleb dla nowych osiedleńców, dla których miał to być jedyny i ostatni ślad
    po bytności Rusinów w tej krainie.

    Zakończenie

    Tak to więc przesiedlono w głąb kraju tych Ukraińców, którzy ostali się tu po
    wysiedleniach w głąb Ukraińskiej SRS. Ostateczny ten czyn położył kres
    zmaganiom z UPA, która pozbawiona została tak ważnego dla niej zaplecza
    cywilnego, no i racji bytu w etnicznie polskich już Bieszczadach. Decyzję o tej
    akcji, pomyślaną jako odwet na banderowcach podjęto natychmiast po śmierci pod
    Jabłonkami w Bieszczadach Karola Świerczewskiego-Waltera, zgładzonego
    rzekomo z ich rąk. Takie było oficjalne wyjaśnienie, akcja ta, zwana Akcją „Wisła”
    przygotowywana była jednak dużo wcześniej przez samego Waltera, który
    najprawdopodobniej padł ofiarą rozgrywek w NKWD, do której należał. Obarczenie
    odpowiedzialnością UPA przyspieszyło całą akcję i dostarczyło mocnego
    argumentu dla jej przeprowadzenia. Okoliczności zaś śmierci Waltera nie zostały
    jednoznacznie wyjaśnione i pozostaną jedną z ważniejszych tajemnic okresu
    powojennego, jak i polskiej historii w ogóle. Do dziś żyje w Bieszczadach stary
    człowiek, który jako jeden z pierwszych ujrzał po zamachu „generała, co się kulom
    nie kłaniał”.
    Kult Waltera wpisał się w powojenną historię Bieszczadów na lata. Dziś jego
    imię nosi jeszcze jeden szczyt, nie ma już jednak walterowskiego szlaku
    turystycznego, muzeum przekwalifikowało się, a pomnik stoi niepewnie, jakby
    obawiał się nieprzychylnych lub – co gorsze – obojętnych mu turystów. Nie jest to
    jednak jedyne świadectwo przemijania w tych górach – wskutek Akcji „Wisła”
    bowiem tętniące życiem wsie znikły, a jedynym dziś śladem po nich są bezpańskie
    nazwy na mapach. Bieszczady na czterdzieści lat stały się miejscem odludnym,
    zarośniętym i nieprzychylnym człowiekowi. I to dzięki temu właśnie tak
    atrakcyjnym dla pokoleń kontestatorów, artystów, harcerzy. Dzięki temu trafiłem tu
    i ja; za jaką cenę jednak? – za cenę unicestwienia żyjącej w symbiozie
    społeczności różnych nacji i religii, naturalnej Małej – w nowoczesnym i modnym
    dziś tego pojęcia rozumieniu – Ojczyzny.

    Wykaz źródeł:

    moi rozmówcy:

    Jan Winnicki *1915, Bereżnica Wyżna
    Jan Koncewicz *1923, Rybne
    Józef Kardasz *1922, Polańczyk
    Marian Tymejczyk *1962, Rybne, Bereżnica Wyżna

    podane w tekscie dane dotyczące liczebności wsi pochodzą z przewodnika wydawnictw
    Rewasz i Bosz, wyd. 2, Pruszków – Olszanica 1993

    wybrane opracowania dotyczące UPA w Bieszczadach:
    – M.Bilska, Ognie nad Soliną, Warszawa 1981
    – J.Gerhard, Dalsze szczegóły walk z bandami UPA i WIN na południowo-
    wschodnim obszarze Polski, Wojsk.Przegl.Hist. 1959, nr 4
    – J.Gerhard, Łuny w Bieszczadach, wyd. X, Warszawa 1975
    – E.Olszewski, Początki władzy ludowej na Rzeszowszczyznie 1944-47, Lublin 1974
    – S.Rzepski, Udział 8 Dywizji Piechoty w walce z bandami UPA w latach 1945-47,
    Wojsk.Przegl.Hist. 1969, nr 2
    – S.Skowroński, OUN i UPA (Działalność politycznych i wojskowych organizacji
    nacjonalistów ukraińskich oraz walka prowadzona z nimi na terenach południowo-
    wschodniej Polski), Warszawa 1971 (skrypt PTTK)
    – A.B.Szcześniak, Szota W.Z., Droga donikąd. Działalność Organizacji Ukraińskich
    Nacjonalistów i jej likwidacja w Polsce, Warszawa 1973
    – W.Szota, Zarys rozwoju Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej
    Powstańczej Armii, Wojsk.Przegl.Hist. 8, 1963, nr 1

    opracowania o UPA na Wołyniu:
    – Wołyń – szukanie prawdy (Gazeta Wyborcza)
    tematyka ukraińska:
    – Znak – miesięcznik, 1999
    – Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP (w tym expose ministra Bronisława
    Geremka) http://www.msz.gov.pl/polzagr/expose99pl.html

    Tekst powstał w roku 1999 jako praca semestralna seminarium „Anthropological
    Interpretations of Central European Societies” profesora Michała Buchowskiego, UAM

  13. Piotrx said

    Re 12: dziekuje Panu za przesłany tekst, poczytam na pewno – ciekawe dlaczego pominął np. dr Poliszczuka czy prof. Prusa czy dr Palskiego?

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: