Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Ale dlaczego? o Największa pułapka pozytywnego…
    Zenon_K o Największa pułapka pozytywnego…
    Kwal o Unia blokuje Węgrom wypłatę pi…
    Boydar o Wolne tematy (62 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (62 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (62 – …
    bardzo o Największa pułapka pozytywnego…
    JADAM o Izrael wciąż domaga się zmiany…
    bardzo o Wiadomo, dlaczego niektórym tr…
    Boydar o Wolne tematy (62 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (62 – …
    Boydar o Prokrastynacja – czy prokrasty…
    Skrót relacji z Sejm… o Minister zdrowia i statys…
    Bogdan o Na Dolnym Śląsku odnaleziono s…
    Kar o Największa pułapka pozytywnego…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 553 obserwujących.

Kościół przesiąknięty modernizmem (3)

Posted by Marucha w dniu 2012-08-18 (Sobota)

Poprzednie rozdziały:

  1. https://marucha.wordpress.com/2012/08/16/kosciol-przesiakniety-modernizmem-1
  2. https://marucha.wordpress.com/2012/08/17/kosciol-przesiakniety-modernizmem-2/

3. Dokąd prowadzi liberalizm?

Uważam, iż aby bronić katolickiej wiary, jest rzeczą konieczną odpowiedzieć na apel wiernych świeckich i księży zdających sobie sprawę z powagi sytuacji w jakiej obecnie znajduje się Kościół oraz spróbować, w miarę moich sił, pokazać im przyczyny i powody tegoż kryzysu, sugerując jednocześnie środki zaradcze. Jeśli chodzi o mnie, nie zjawiam się tutaj, aby bronić jakiejkolwiek tezy czy też orientacji w Kościele, przybywam, aby rzeczywiście bronić wiary, tak jak to uczyniłem w ubiegłym miesiącu w Kanadzie, a nieco wcześniej w Anglii i w Belgii.

Kościół a liberalizm

Wydaje mi się, iż nie można zrozumieć obecnej sytuacji w Kościele bez odwołania się do jego sytuacji w ubiegłym wieku. W ciągu XIX i XX stulecia tacy papieże jak Pius VI, Pius VII, Grzegorz XVI, Pius IX, święty Pius X oraz Pius XII musieli walczyć z liberalizmem i błędami liberalnego katolicyzmu. Byli zmuszeni do ustawicznego potwierdzania prawdziwości Kościoła, jedynego środka zbawienia oraz do mówienia o konieczności przynależenia do Kościoła, ponieważ jedynie On posiada całą prawdę powierzoną mu przez Jezusa Chrystusa. Odnośnie tego punktu liberałowie mieli inną opinię (zawsze potępianą przez papieży, lecz mimo to stale wypływającą na powierzchnię), która może wytłumaczyć aktualną sytuację Kościoła: odwieczne pragnienie połączenia zasad Rewolucji z 1789 roku z zasadami Kościoła1.

Dobrze znacie te założenia, są to zasady protestantyzmu. Protestantyzm jest z istoty swojej liberalny i to właśnie z niego wywodzą się filozofowie XVIII wieku: Wolter, Rousseau, Diderot oraz wszyscy ci, którzy uczynili się rzecznikami filozofii liberalnej (w sensie uwolnienia się od wszelkich więzów, a szczególnie od przymusu prawdy). Prawda zobowiązuje nasze umysły do poznania rzeczy takich jakimi one są, w ich rzeczywistości, która się nam narzuca. Lecz liberał nie chce, aby mu narzucano prawdę z zewnątrz – poprzez wiarę, Objawienie lub poprzez Kościół; pragnie on stworzyć własną prawdę, chce wyzwolić się z dogmatu. W imię własnej inteligencji, ludzkiego rozumu, nauki, liberał odrzuca zatem również wiarę. Na koniec, w imię trzeciego elementu liberalizmu, liberał dąży do uwolnienia się od prawa. Uważa on, że wyłącznie jego własne sumienie może być dlań regułą oraz jego prawem i w konsekwencji odrzuca całe prawo moralne. To właśnie ta wolność stoi u podstaw liberalizmu. Z jej to powodu liberał odrzuca wszelki autorytet: autorytet Boga będącego prawdą, autorytet Jezusa Chrystusa, który jest Objawieniem, autorytet społeczeństwa. Tak więc, począwszy od protestantyzmu, a poprzez tych filozofów, tych liberałów oraz wszystkich ich następców, dochodzimy do całkowitego zniszczenia społeczeństwa.

Aż do Soboru Watykańskiego II można mówić, że Kościół, ustami swoich papieży, zawsze opierał się liberalizmowi. Stale potępiał jego błędy i przypominał o konieczności przyjęcia orawdy, wiary oraz prawa. Tak więc widać ogromną sprzeczność: ponieważ liberalizm jest przeciwny autorytetowi, ich współistnienie jest niemożliwe.

Tak więc liberalizm powoli wsączył się do wnętrza Kościoła, przenikając najpierw mentalność seminarzystów, następnie zaś umysły biskupów oraz osób duchownych. Chcieli oni w ten sposób przyłączyć się do tych samych zasad, sądząc naiwnie, iż Kościół mógł je sobie przyswoić bez większego niebezpieczeństwa. To właśnie miało miejsce na Soborze i było niczym innym jak próbą asymilacji zasad liberalizmu, próbą unii między Kościołem a liberałami. W moich konferencjach wiele razy już o tym wspominałem: kolegialność, ekumenizm oraz wolność religijna to trzy główne zagadnienia, które powodowały najbardziej namiętne dyskusje podczas soboru. Otóż, dobrze sobie to zapamiętajcie, odpowiadają one dokładnie trzem zasadom liberalnym: wolności, równości oraz braterstwu. Wolność to wolność religijna. Chciano ją wprowadzić nie w takiej formie, w jakiej pojmował ją Kościół, lecz w takiej, jak rozumieli ją liberałowie oraz Rewolucja. Równość oznacza kolegialność, to jest demokrację wprowadzoną do Kościoła. Ekumenizm zaś to braterstwo: wszystkich obejmuje się po przyjacielsku; muzułmanów, protestantów, buddystów, wszystkie religie, wszyscy jesteśmy braćmi.

No dobrze, są to zasady Rewolucji, które przeniknęły do Soboru za pośrednictwem tych trzech pojęć, gdyż nigdy nie pojmowano ekumenizmu tak jak rozumiał go Sobór. Pamiętamy sobory ekumeniczne, to znaczy powszechne, na których zbierali się wszyscy biskupi. Znamy również Ekumeniczną Radę Kościołów, będącą związkiem protestanckim. Zaczęto także „robić” ekumenizm nieco wcześniej, przed Soborem, lecz bardzo ostrożnie: był to jedynie nieśmiały dialog pomiędzy protestantami a katolikami. Lecz ekumenizm taki jakim obecnie się go pojmuje (i którego skutki dostrzega się we wzajemnych związkach protestantów z katolikami lub też w tym magmowym stopie katolickiego kultu i modlitwy ze wszystkimi religiami) jest ekumenizmem błędnym, będącym właśnie główną przyczyną rozkładu religii katolickiej.

Wolność religijna

Podobnie wolność religijna w ustach papieży (gdyż oni zawsze o niej mówili) była wolnością jednej, a nie wielu religii, co nie jest tą samą rzeczą. Papieże ciągle głosili wolność prawdy, prawdziwej religii, religii katolickiej, lecz nie wszystkich religii ani też błędu. Mogą one cieszyć się tolerancją, jednakże bez posiadania tych samych praw. Bardzo wyraźnie powiedział to papież Pius VII, skarżąc się Ludwikowi XVIII na wolność kultów, uprzednio nie istniejącą we Francji:

Przez samo zapewnienie wolności wszystkich bez wyjątku kultów miesza się prawdę z błędem oraz stawia na poziomie sekt i żydowskiej perfidii świętą i nieskalaną Oblubienicę Chrystusa, Kościół, poza którym nie może istnieć zbawienie.

Wszyscy papieże mówili to samo. Przeczytajcie sobie soborowy dokument O wolności religijnej, a zobaczycie, iż praktycznie wymaga się od wszystkich państw, aby umieściły wszystkie religie na tym samym poziomie i dały im te same prawa. ażeby wszystkie one mogły posiadać swoją własną organizację, swoje szkoły, swoją prasę, aby wszystkie mogły rozpowszechniać swoje idee. Jest to niesłychanie poważna rzecz. Z tego powodu trzeba będzie zrewidować wszystkie konkordaty z katolickimi państwami i właśnie w imię wolności wyznania zażąda się od nich zmiany nie tylko konkordatów, lecz również konstytucji2.

Jako konkretny przykład mogę wam dać Kolumbię, lecz równie dobrze można zresztą odnieść go do Hiszpanii. Byłem właśnie w Kolumbii, gdy Prezydent Republiki ogłosił ludności, że na prośbę Stolicy Apostolskiej [sic! – admin] usunięto pierwszy artykuł konstytucji, wyraźnie precyzujący, iż „Religia katolicka jest jedyną religią uznaną przez Republikę Kolumbii”. Prezydent wyraził żal, zdając sobie sprawę, że wielu katolików będzie zaskoczonych tym, że zniesiono społeczne panowanie Naszego Pana Jezusa Chrystusa w ich kraju. Dodał on, iż będąc osobiście katolikiem, dokładał ciągle starań, aby traktować zawsze religię katolicką z ogromnym szacunkiem i że zrobi dla Kościoła wszystko, co tylko jest w jego mocy, lecz niestety, od tej chwili katolicyzm nie będzie już jedyną religią oficjalnie uznaną przez Kolumbię. Nuncjusz wygłosił przemówienie na temat postępu, rozwoju oraz godności ludzkiej, którego nie powstydziłby się żaden wolnomularz. A przewodniczący konferencji biskupów, aby usprawiedliwić fakt, iż religia katolicka nie jest już jedyną religią uznawaną w Republice Kolumbii (mimo iż Prezydent Republiki powiedział, że 98% Kolumbijczyków stanowią katolicy, a jedynie 2% niekatolicy), wygłosił trzecią mowę, odwołując się po prostu do soborowego dokumentu O wolności religijnej. Później dowiedziałem się od sekretarza Zgromadzenia biskupów, że aby dojść do tego, w imieniu rzymskiego Sekretarza Stanu oblegali oni przez dwa lata rezydencję Prezydenta Republiki. Ten przykład jest niesłychanie ważny i odnosi się przede wszystkim do Hiszpanii, ponieważ teraz można być pewnym, iż te same osoby ze Stolicy Apostolskiej domagają się również dla niej nie tylko zniesienia konkordatu, ale także zmiany konstytucji

Z pewnością zadajecie sobie pytanie, jak mogli Ojcowie soborowi zgodzić się na coś podobnego. Zapewniam was jednak, że było nas dwustu pięćdziesięciu biskupów rozumiejących ogromne niebezpieczeństwo zagrażające wszystkim państwom katolickim z powodu Deklaracji o wolności religijnej i że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, aby przeszkodzić jej uchwaleniu. Gdyż w sumie sprowadza się ona do tego, że państwo nie może przynależeć do prawdziwej religii lecz przeciwnie, winno ono pozwolić wszystkim religiom rozwijać się w pełnej swobodzie, bez wtrącania się do nich. Otóż jest to absolutnie niezgodne z panowaniem Naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz sprzeczne z interesami samego Kościoła.

Po co Kościół istnieje na ziemi, jeżeli nie w celu propagowania królowania Naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz wprowadzenia przez Niego cywilizacji chrześcijańskiej, jedynej możliwej do przyjęcia? Ponieważ, jak mówi święty Piotr, nic nie istnieje poza Naszym Panem Jezusem Chrystusem: Non est in alio aliquo salus; aby nas zbawić, nie zostało nam dane na ziemi inne imię oprócz imienia Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tak więc, jeżeli jakieś państwo wraz ze swoim przywódcą i 98% ludności jest katolickie, obowiązkiem głowy państwa jest zachować wiarę, jedyne źródło zbawienia, współpracując z Kościołem w celu utrzymania dusz w jedności z Panem Jezusem oraz ich zbawienia. Państwo winno zatem odrzucić inne religie lub, gdy nie ma innego wyjścia, co najwyżej je tolerować. Oto czego zawsze nauczał Kościół odnośnie roli każdego katolickiego przywódcy państwa.

Aby wszystko to zmienić, na Soborze twierdzono, że w momencie, gdy państwo katolickie przestanie już istnieć, w zamian za to Rosja z kolei zaakceptuje wolność religijną. Lecz był to pretekst, aby nas oszukać, gdyż ostatecznie nawet ci, którzy nam to mówili, bardzo dobrze wiedzieli, że Rosja nigdy nie zgodziłaby się na coś podobnego.

Dlatego jedyne uzasadnicie genezy Deklaracji o wolności religijnej kieruje nasze podejrzenia ku wpływom masonerii, której celem jest zniesienie królowania Pana Jezusa na ziemi oraz ustanowienie swoistego rodzaju religii uniwersalnej. Otóż wszystko to, co nie pochodzi od Naszego Pana Jezusa Chrystusa, nieuchronnie pochodzi od diabla.

Ojciec Congar, gdy tłumaczono mu że, aby zbawić dusze, Kościół winien koniecznie głosić prawdę i objawienie Naszego Pana Jezusa Chrystusa, odpowiadał, iż obecnie nie rozpatruje się już tych rzeczy pod kątem prawdy, lecz pod kątem godności człowieka. Lecz czymże jest godność człowieka jeżeli nie umiłowaniem prawdy i dobra? Otóż, ponieważ prawda i dobro to Nasz Pan Jezus Chrystus, raz jeszcze zostaliśmy przyprowadzeni do Niego. Lecz gdy pod pretekstem godności ludzkiej należy pozwolić każdemu swobodnie wybrać swoją religię, jeżeli one posiadają taką samą wartość, Kościół nie może już być misyjny i już nie może głosić Ewangelii.

Owa Deklaracja o wolności religijnej jest zatem tekstem, który niszczy najgłębsze fundamenty oraz misjonarskiego ducha Kościoła, tekstem rujnującym wszystkie państwa i wszystkie katolickie społeczeństwa.

Kolegialność

Przejdźmy z kolei do drugiego faktu, to znaczy tego, który wprowadził do Kościoła demokrację, czyli do kolegialności. Dlaczego kolegialność?.

Po to, żeby wprowadzić tę zasadę sprzeczną z wszelkim autorytetem, obojętnie czy będzie to autorytet Papieża, biskupów, lub też proboszczów, gdyż należy zawsze konsultować niższych od siebie, ponieważ należy zgodzić się na uczestnictwo każdego katolika w sprawowaniu władzy. Otóż, zwłaszcza w świętym Kościele, w którym władza jest osobista, jest to sprawa bardzo poważna. Na przykład władza Papieża pochodzi bezpośrednio od samego Boga, ponieważ kardynałowie jedynie wybierają papieża; nie dają zaś mu władzy. Podobnie władza biskupa nad jego diecezją zostaje mu przyznana wraz z sakrą. Również proboszcz jest wyznaczany pasterzem swojej parafii; otrzymuje on władzę z góry, a nie od swoich parafian. Otrzymuje swoją władzę od Boga, ponieważ uczestniczy w Jego władzy.

Każdy zresztą autorytet pochodzi od Boga, święty Paweł mówi: Omnis potestas a Deo.

Nawet ojciec rodziny, nawet najmniejszy ze sprawujących władzę nad innymi, w pewien sposób uczestniczy zawsze we władzy Boga. Natomiast zasada kolegialności wyraźnie sprzeciwia się tejże władzy, ponieważ stwarza ona synody, rady parafialne, zgromadzenia biskupów, bez których władza praktycznie nie może już sama działać w sensie moralnym (nawet jeżeli jest ona jeszcze w stanie działać fizycznie) pod groźbą ryzyka napotkania ogromnych trudności. Biskup zatem nie może już nic zrobić bez swojej rady kapłańskiej, proboszcz bez swojej rady parafialnej, Papież bez synodu, czy też konferencji biskupów.

Obecnie, gdy przedkłada się prośbę Papieżowi, ileż razy słyszy się głos rzymskich kongregacji, odsyłających nas do konferencji biskupów. Kolegialność zatem staje się barierą, umieszczoną między biskupami, księżmi, wiernymi a Papieżem, podczas gdy dawniej Papież był ojcem wszystkich i najmniejszy nawet ze świeckich mógł do niego napisać i otrzymać odpowiedź, widząc, iż jego sprawa została wysłuchana i zbadana. Lecz obecnie nawet biskupi nie mogą zwrócić się bezpośrednio do Papieża; odsyła się ich do konferencji biskupów.

Otóż konferencja biskupów nie jest instytucją boską i przez wprowadzenie tego typu demokratycznych organów niewątpliwie zniszczono sprawowanie boskiej władzy w Kościele. Biskupi boją się jedni drugich i gdy na przykład prosi się ich aby powzięli decyzję odnośnie seminarium albo też katechizmu czy szkół, odpowiadają oni, że nie posiadają uprawnień i że nie mogą nic zrobić bez porozumienia się ze swoimi współbraćmi z konferencji biskupów lub takiej czy innej komisji. Stanowi to niesłychanie poważny problem, ponieważ biskup, który nie posiada już swobody zarządzania w swojej diecezji, przestaje być jej ojcem. Bez wątpienia rzeczą niesłychanie użyteczną jest fakt, iż biskupi radzą się jedni drugich, lecz było to przewidziane już przez stare prawo kanoniczne. Biskup posiadał radę, lecz jedynie z władzą doradczą, bez władzy decydowania. Zwoływał ją bez żadnego przymusu i sam mianował jej członków, podczas gdy obecnie wszystkie owe rady są wybierane, to znaczy, że ich członkowie są narzucani biskupowi. Tak samo konferencje biskupów nie są wcale złą rzeczą, gdy ich władza ogranicza się do lepszego porozumienia się, na przykład w celu utworzenia seminarium, uniwersytetu czy też wydania katolickiego pisma. Jest dobrą sprawą, że biskupi wzajemnie się konsultują, lecz jest rzeczą absolutnie nie do przyjęcia, iż prowadzi to do powstania samodzielnych organów, uniemożliwiających biskupom zrobienie czegokolwiek w diecezji bez uprzedniej konsultacji rozmaitych komisji zależnych od konferencji biskupów. Jest sprzeczne z prawami Kościoła, że w sprawach dotyczących seminariów, prasy, szkół lub katechizmu biskup jest zależny od tego typu komisji.

Ekumenizm

Należy również odnotować następstwa ekumenizmu; przede wszystkim reformę liturgiczną, która, moim zdaniem, wypływa z fałszywego ekumenizmu ni mniej, ni więcej pragnącego przybliżyć nas do protestantyzmu. Chciano nas przybliżyć do protestantów, nie poprzez przyciągnięcie ich do katolicyzmu, lecz przeciwnie, upodabniając katolicyzm do protestantyzmu.

Z tego to powodu zmieniono sformułowania Najświętszej Ofiary Mszy, jak również formuły sakramentów, zmodyfikowano brewiarz kapłański, kalendarz. Wszystko to zostało zrobione po to, aby uniknąć wszystkiego co mogłoby być nie do przyjęcia dla protestantów. Lecz poprzez ciągłe konsultowanie protestantów odnośnie zamierzonych reform, w sposób oczywisty dochodzi się do wyeliminowania wszystkiego tego, co jest typowo katolickie, wszystkiego tego co, w przeciwieństwie do błędów protestanckich, rzeczywiście przypomina naszą wiarę.

Na przykład, jeżeli przestudiujecie nowe teksty pogrzebowe, zobaczycie, iż nie czyni się w nich już rozróżnienia między ciałem a duszą, nawet jeżeli mówi się o „witalnej zasadzie”, jest to bardzo niebezpieczne. Z brewiarza usunięto wszystkie psalmy złorzeczące, które błagają Boga o unicestwienie nieprzyjaciół religii i Kościoła. Dlaczego? Czyżbyśmy obecnie musieli cenzurować Ducha Świętego? Otóż właśnie to czynimy, wybierając wyłącznie psalmy odpowiadające protestantom.

Również gdy chodzi o Mszę, aby przypodobać się Żydom, wprowadzono nowe ofertorium, będące niczym innym jak żydowskim błogosławieństwem, pochodzącym z czwartego wieku, modlitwą rabina błogosławiącego rodzinny posiłek.

Gdy zaś jest mowa o zmianach w Kanonie, a w szczególności o zmianie formuły konsekracji, odnajdziecie ją u Lutra. Gdyż on również dodał „Quod pro vobis tradetur” po „Hoc est corpus”: „to jest ciało moje za was wydane”.

Otóż Luter dorzucił te słowa, aby dokładniej odtworzyć Wieczerzę, będącą dla protestantów jedynie posiłkiem, a nie ofiarą. Sobór Trydencki wyraźnie jednak naucza, że „ten, kto twierdzi, iż podczas Wieczerzy miał miejsce jedynie posiłek, a nie ofiara, niechaj będzie wyklęty”, gdyż w czasie Wieczerzy dokonała się rzeczywista ofiara: ofiara Pana Jezusa, dzielącego Swoje Ciało oraz Swoją Krew i składającego w ten sposób Ofiarę, którą winien był spełnić na Krzyżu. Protestanci temu przeczą i nie chcą dokładnie odtworzyć opisu Wieczerzy, pojmowanej przez nich jako uczta wspomnieniowa. Z tej to również przyczyny wypowiadają oni słowa konsekracji bez zmiany tonu i bez szczególnego ich podkreślenia. Dlatego też my, katolicy korzystając z mszału rzymskiego natychmiast zdajemy sobie sprawę, iż we Mszy św. spełnia się wyjątkowa tajemnica, tajemnica Realnej Obecności naszego Pana Jezusa Chrystusa, kontynuującego Swoją ofiarę Krzyża w każdej Mszy św.

Koncepcja protestancka jest martwa, ponieważ jest ona wyłącznie historyczna: powtarza się rzeczy, które zdarzyły się w przeszłości. Na odwrót, w pojęciu katolickim Msza stanowi prawdziwą ofiarę, tę samą, która dokonała się na Kalwarii. Nie ma żadnej różnicy pomiędzy Kalwarią a Mszą Świętą oprócz tego jedynie, iż ofiara na Kalwarii była krwawa, a we Mszy jest ona bezkrwawa; lecz w jednej i drugiej Nasz Pan Jezus Chrystus jest jednocześnie ofiarą i kapłanem. Jesteśmy jedynie Jego sługami; działamy w osobie Chrystusa, ale prawdziwym kapłanem jest On sam.

Dlatego też w Kanonie rzymskim wszystkie gesty księdza są czytelne: zawiesza on na moment głos przed wypowiedzeniem cudownych słów, podczas których spełnia się najbardziej niezwykły cud Pana Jezusa, cud stanowiący podstawę całej chrześcijańskiej cywilizacji. Nie zapomnijcie nigdy o tym: cała chrześcijańska cywilizacja mieści się w słowach konsekracji wypowiadanych przez kapłana, ponieważ ofiara złożona z chleba i wina jest chrześcijańską koncepcją życia. Chrześcijanin winien złożyć się w ofierze wraz z Panem Jezusem; zakonnik i zakonnica nie są niczym innym jak ofiarami, publicznie złożonymi przez Kościół; kapłan łączy się z ofiarą na ołtarzu. Wszystko to posiada odbicie w chrześcijańskiej cywilizacji, której ośrodek znajduje się na ołtarzu w słowach konsekracji Ofiary mszalnej. Oto dlaczego nasze piękne kościoły, nasze katedry, nasze wspaniałe sanktuaria były zawsze wznoszone nad ołtarzem. Lecz dla protestanta wszystko to jest rzeczą martwą, ponieważ jego religia jest jedynie religią historyczną.

Dlaczego zatem każe się nam naśladować protestantów? Dlaczego pragnie się, aby kapłan recytował słowa konsekracji tym samym tonem co resztę Mszy; bez głębszego pochylenia się, jedynie z jednym przyklęknięciem po podniesieniu? Wszystko to jest niesłychanie niebezpieczne i wskutek ciągłego pragnienia upodobnienia nas do protestantów w końcu staniemy się nimi. Przede wszystkim dzieci, które nie będą znały dawnego sposobu odprawiania Mszy, nabiorą mentalności protestanckiej. Na pytanie, co dzieje się na ołtarzu, odpowiedzą one, że jest to posiłek, eucharystia, komunia, lecz nie powiedzą nigdy, że, tak jak na Kalwarii, jest to ofiara Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie wiedzą one tego, ponieważ już im się tego nie mówi, już się w to nie wierzy. Nawet księża zaczynają wątpić w rzeczywistą obecność. Umieszcza się Najświętszy Sakrament daleko od ołtarza, obojętnie kto go rozdaje, obojętnie jak i bez żadnego uszanowania, ponieważ już się nie wierzy w rzeczywistość Świętej Ofiary Mszy.

Jako inny poważny skutek ekumenizmu należy również wymienić reformę katechizmu, katechezę. Wprawdzie nie neguje się, lecz pozostawia na uboczu pewne prawdy, o których już się nie mówi. Nie mówi się już o aniołach, o piekle ani o czyśćcu i (z ważniejszego powodu) o otchłaniach. Będzie się mówić o Maryi Dziewicy, lecz już nie powie się, iż była Ona zawsze dziewicą, już nie semper virgo, lecz jedynie virgo. Zapomni się również wspomnieć o grzechu pierworodnym, a tymczasem wszystkie te rzeczy są istotne dla naszej świętej religii i nie należy ich przemilczać.

Powie się nam, że mówienie dzieciom o piekle, o czyśćcu lub o grzechu pierworodnym nabawia ich kompleksów i że zatem nie należy zbytnio podkreślać tych spraw. Powie się nam, że nasza religia musi mimo wszystko rozwijać się i że wyrażanie wiary winno przystosować się do rzeczywistości. Lecz zmieniając w ten sposób katechezę (a dzieje się to we wszystkich krajach) dochodzi się do przekształcenia wiary i zmiany samego jej pojęcia.

Ponieważ nasza wiara, wiara katolicka, jest zgodą naszego umysłu na objawienie uczynione przez Naszego Pana Jezusa Chrystusa, ze względu na autorytet Boga, który objawia. Wiara protestancka zaś jest czymś zupełnie innym. Skoro to zazwyczaj wewnętrzne uczucie kieruje nas do Boga, jest ona wewnętrznym protestem przeciwko ufności Bogu. Zauważycie, że właśnie aktualne formuły sakramentów są bardziej zaprzeczeniem, aniżeli wyrazem naszej wiary; jest to zatem również bardzo niebezpieczne.

Według nowych formuł, chrzest jest bardziej inicjacją, wejściem w społeczność chrześcijańską, aniżeli odkupieniem i zmyciem grzechu pierworodnego. Ów rodzaj kolektywizmu z kolei rozpoznaje się w sakramencie pokuty ze zbiorowymi rozgrzeszeniami.

Zauważcie również, że grzechy, które się wyznaje już nie są grzechami osobistymi, popełnionymi względem Boga (jak na przykład bluźnierstwo), lecz grzechami przeciwko wspólnocie, popełnionymi względem ludzi, jak wykroczenie przeciwko miłości bliźniego.

Poza tym komunia, eucharystia, staje się również przejawem wspólnoty: wszyscy jesteśmy złączeni w podziale tego samego chleba. Tak więc Msza zostaje zredukowana do swoistego rodzaju przejawu chrześcijańskiej wspólnoty.

A kapłaństwo? Ksiądz staje się przewodniczącym wspólnoty, nie ma już mowy o godności kapłańskiej, którą otrzymał, aby sprawować Najświętszą Ofiarę Mszy i która pozwala mu, by tak rzec, uczestniczyć w unii hipostatycznej Pana Jezusa z Bogiem i przez to uczestniczyć w Jego prawie do wypowiadania słów konsekracji i spełniania ofiary. Nie, ksiądz już nie jest kapłanem – staje się zwykłym przewodniczącym wspólnoty.

Podobnie rzecz ma się ze wszystkimi naszymi sakramentami. Małżeństwo jest jedynie materialnym pomnożeniem członków chrześcijańskiej wspólnoty. I proszę, w taki oto sposób daje się kolektywistyczną ideę naszych sakramentów, bez dalszego zaprzątania sobie głowy tą cudowną rzeczywistością jaką jest łaska nadprzyrodzona, poprzez którą odradzamy się do życia nadprzyrodzonego i jesteśmy przyłączeni do Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Są to dwa zupełnie odmienne światy: z jednej strony istniejemy w planie czysto ludzkim (religijnym lecz ludzkim), a z drugiej jesteśmy wyniesieni do stanu nadprzyrodzonego, do życia boskiego, życia Trójcy Świętej, które zawdzięczamy Naszemu Panu, przybyłemu w tym celu na ziemię. Świadczy to o różnicy!

Oto co stanowi całą wielkość i piękno kapłana i doskonale widać, że jeżeli eucharystia stanowi jedynie zgromadzenie współwyznawców, a ksiądz jest tylko przewodniczącym wspólnoty, to odwraca się on twarzą do wiernych. Jeśli jest to posiłek, to rzecz jasna nie odwraca się twarzy od współbiesiadników, lecz zajmuje się miejsce naprzeciwko nich. Podobnie również nie podaje się, tak jak dzieciom, pożywienia do ust; właśnie to wyjaśnia komunię dawaną na rękę. Zatem wszystkie te liturgiczne nowinki stają się zrozumiale.

Lecz jeśli powróci się do pojęcia ofiary, będzie to zupełnie coś innego. Jeżeli ofiara, przyczyna obrzędu, jest rzeczywiście obecna na ołtarzu i jeżeli komunia jest jedynie owocem ofiary, zatem spożywając ją uczestniczymy w ofierze. Tym samym, jest rzeczą oczywistą, iż kapłan sprawujący ofiarę Mszy, przez te tajemnicze i boskie słowa niejako oderwany od ziemi, oddala się od wiernych i pozostaje sam na sam z Bogiem, podobnie jak Najwyższy Kapłan izolował się sam na sam z Bogiem raz na rok za zasłoną Świątyni, a następnie wracał, przynosząc błogosławieństwo wiernym. Jest rzeczą zrozumiałą, iż kapłan, aby spełnić to misterium, zwraca się w stronę Krzyża i ku Bogu, jak również to, że następnie odwraca się twarzą do wiernych, aby im dać Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlatego, ponieważ jest to Bóg prawdziwie obecny, z bardzo wielkim szacunkiem winniśmy uklęknąć przed Naszym Panem Jezusem Chrystusem, aby Go przyjąć; z tak wielkim uszanowaniem, iż nie ośmielamy się Go dotknąć naszymi nie poświęconymi ani nie uświęconymi rękoma, lecz przyjmujemy Go do ust! Nie twierdzę, że reforma liturgiczna jest heretycka lub też nieważna, lecz, że zmieniając katolicką koncepcję ofiary, kryje bardzo wielkie niebezpieczeństwo stopniowego przyjęcia mentalności czysto protestanckiej.

Wniosek

Winniśmy przeto być ostrożni i walczyć (gdy zajdzie potrzeba nawet aż do śmierci), aby oswobodzić Kościół od jego wewnętrznych nieprzyjaciół. Musimy się zorganizować, a zwłaszcza zachować Tradycję. Gorąco zachęcam obecnych tutaj księży do zachowania tradycji, zawsze tej samej liturgii, ponieważ wtedy jesteśmy pewni, iż posiadamy ważne sakramenty i że trwamy w prawdzie. Wszystkie te świeżej daty reformy sprawiają, iż wszystko rozpada się, ludzie tracą wiarę, nie ma już powołań, podczas gdy tylko przywraca się Tradycję, powołania pojawiają się i są to dobre powołania!

Mogę to stwierdzić z całą znajomością rzeczy na przykładzie mojego seminarium, w którym młodzi ludzie dają mi naprawdę dużo zadowolenia. Przybywają oni z Ameryki, Anglii, Australii, Szwajcarii, Niemiec, Hiszpanii, Francji, ze wszystkich stron świata i sądzę, iż mogę powiedzieć, że owi seminarzyści staną się dobrymi i świętymi kapłanami, ponieważ rozumieją oni znaczenie Świętej Ofiary Mszy, wiedzą, że ich celem jest dawanie duszom Naszego Pana Jezusa Chrystusa, a nie zwykłego chleba, że są oni po to, by głosić Ewangelię i że nie można się zbawić bez łaski Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tak, oni są o tym przekonani, zatem zostaną misjonarzami, prawdziwymi kapłanami; właśnie takich księży pragnę uformować w Ecône.

Z waszej zaś strony winiliście ponownie zjednoczyć się, aby bronić wiary oraz nauczać wasze dzieci prawdziwego katechizmu. Wybierajcie autentycznych kapłanów mających jeszcze wiarę, otoczcie ich opieką, brońcie ich, aby mieć pewność, iż wasze dzieci rzeczywiście uczą się katolickiej wiary. Potrzebne są również katolickie szkoły… musimy odbudować chrześcijaństwo. Nie należy pozostawać obojętnym i patrzeć na Kościół popadający codziennie w coraz to większą ruinę; weźmy się w garść, mówiąc sobie z odwagą, że Bóg jest wszechmocny i że możemy jeszcze coś zrobić. Dlaczego my dzisiaj nie możemy uczynić tego, co katolicy robili przez dwa tysiące lat?

Jestem oczywiście uważany za reakcjonistę, ultratradycjonalistę, ponieważ nie godzę się na reformę. Lecz czyż mogę ją przyjąć, wiedząc iż niszczy ona Kościół? Właśnie dlatego jestem atakowany przez wywrotową silę, znajdującą się w Rzymie: żąda się ode mnie, abym zamknął seminarium i odesłał wszystkich seminarzystów. Własne sumienie mówi mi jednak, iż obowiązkiem moim jest powiedzieć, że nie przyłożę ręki do zniszczenia Kościoła.

Kończę prosząc was, abyście modlili się, a zapewniam, że ja również z całego serca modlę się za was i pragnę, aby Bóg powołał spośród was obrońców wiary. Oczywiście bronicie jej już teraz, lecz proszę Boga, by natchnął was myślą stworzenia organizacji uniemożliwiającej podziały i jednoczącej was w obronie wiary, liturgii oraz katechizmu, aby pozostała jeszcze jakaś nadzieja w Hiszpanii, tak jak i gdzie indziej. W Szwajcarii, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, wszędzie…, grupy wiernych, którzy nie chcą być świadkami zaniku ich wiary, są coraz liczniejsze. Pewnego dnia zmuszą oni biskupów, aby uznali ich za prawdziwych katolików, za najbardziej zaufanych wiernych, na których biskupi będą mogli oprzeć się, by odbudować Kościół.

Na razie znajdujemy się w wirze powszechnej rewolucji; pracujmy zatem, aby Pan Jezus mógł panować w naszych duszach i nad całym społeczeństwem oraz polecajmy się zwłaszcza

Najświętszej Pannie, do której Hiszpanie zawsze mieli duże nabożeństwo i której cześć wszędzie rozpowszechniali. W całej Ameryce Południowej, a zwłaszcza w Argentynie i w Kolumbii, wznosili dla Niej świątynie. Na przykładzie Peru oraz Boliwii widzimy, że przez cześć oddawaną Krzyżowi, a szczególnie Santa Fe, Hiszpanie nawrócili całe narody. Ślady tego nawrócenia znajdują się jeszcze w nazwach miast i miasteczek, jak na przykład Santa Fe lub Vera Cruz, lub w innych sposobach powoływania się na Pana Jezusa i Jego Matkę. Wszystko to jest bardzo piękne; trzeba będzie powrócić do tej niewzruszonej wiary naszych przodków, będących misjonarzami na całym świecie oraz autorami nawrócenia Ameryki Południowej.

Podczas spotkania biskupów w Hiszpanii, dobrze mi znani biskupi: ksiądz biskup Castan, ksiądz biskup Guerra Campos, mój przyjaciel ksiądz biskup Morcillo, przedstawili mi swoje troski. Poradziłem im, aby starali się nigdy nie odwoływać się do tekstu O wolności religijnej, gdyż w przeciwnym razie rewolucja z 1936 roku zacznie się na nowo. Niechaj Pan Bóg was strzeże przed powtórnym ujrzeniem równie tragicznych okropieństw, jak te, które przeżyliście! Tylu męczenników przelało swoją krew po to, by Hiszpania pozostała katolicką; nie zapominajmy dzisiaj o nich i unikajmy ponownego znalezienia się w jeszcze gorszej sytuacji.

Niechaj Hiszpanie dadzą przykład oporu nieugiętego, silnego i zdecydowanego, opartego na wierze, na miłości Krzyża oraz Najświętszej Maryi Panny.

Przypisy:

  1. Na przykład kardynał Ratzinger oświadczył w „Le Monde” z 17 października 1992 r.: „Nie chcemy narzucić Zachodowi katolicyzmu, pragniemy jedynie, aby podstawowe wartości chrystianizmu i wartości liberalne, dominujące w dzisiejszym świecie, mogły się spotkać i wzajemnie ubogacać”.
  2. Po straszliwej wojnie domowej, podczas której hiszpańscy „republikanie”, popierani przez ZSRR, mnożyli zabójstwa księży, zakonników, mordowali zakonnice, uprzednio je zgwałciwszy, podpalali kościoły oraz budynki kościelne, generał Franco, zdobywszy Madryt (kończąc w ten sposób wyzwalanie Hiszpanii spod wpływu sowiecko-komunistycznego), przywrócił pokój 30 marca 1939 r.
    W 1947 r., w rezultacie głosowania, polecił on uchwalić ustawę o następstwie tronu, przywracając w ten sposób monarchię w Hiszpanii, „Państwie katolickim i socjalnym”. W sierpniu 1953 r., podobnie jak uczynił to Alfons XIII, generał zawarł nowy konkordat ze Stolicą Apostolską.
    Po zamknięciu Soboru Watykańskiego II (8 grudnia 1965 r.), którego teoretyczne oraz praktyczne skutki spowodowały silne zamieszanie w umysłach hiszpańskiego kleru, generał Franco polecił zatwierdzić w listopadzie 1966 r (pod naciskiem Stolicy Apostolskiej) reformę konstytucyjna, uznająca zasadę wolności wyznania, lecz katolicyzm pozostawał nadal religią państwową.
    22 lipca 1969 r. Kortezy ratyfikowały wybór wnuka Alfonsa XIII, don Juana-Carlosa, jako następcy Caudilla, z tytułem króla.
    Gdy zatem stan zdrowia generała stał się bardzo niepokojący (zmarł on 20 listopada 1975 r.) don Juan-Carlos otrzymał 30 października 1975 r. inwestyturę od Kortezów wraz z uprawnieniami głowy Państwa. Następnego dnia Parlament zmodyfikował konstytucję, ponownie potwierdzono „wolność sumienia”, katolicyzm nie posiadał już statusu religii państwowej. W ramach posoborowych reform Watykan, nie chcąc więcej słyszeć o konkordatach między Stolicą Apostolską a Państwami, zawarł z Madrytem w 1979 r. zwykle porozumienie, ograniczające się w szczególności do wymiany przedstawicielstw dyplomatycznych.

Komentarzy 9 do “Kościół przesiąknięty modernizmem (3)”

  1. aga said

    Nasz Umiłowany Ojciec Święty Benedykt XVI :

    z Blogowiska Terlikowskiego 🙂

    http://www.fronda.pl/blogowisko/blog/autor/longin

  2. Zdziwiony said

    Prawdziwa nauka o Kościele Chrystusowym
    Ks. Bolesława Pylaka rozprawa o Soborze Watykańskim I
    W dobie posoborowej rewolucji w Kościele coraz większa liczba katolików nie wie albo zapomina, jakie są prawdziwe dogmaty naszej świętej wiary objawionej przez Boga. Prawdy wiary nauczane w katechizmach katolickich są albo pomijane, albo fałszywie interpretowane przez teologów liberalnych. Większość książek religijnych wydaje się sprzyjać uczuciowej i „charyzmatycznie” powierzchownej religijności – wskutek tego wierni nie zdobywają mocnego wykształcenia religijnego i łatwo ulegają wpływom modernistycznej ideologii. Do niedawna sytuacja taka była typowa dla Kościoła w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, ale coraz częściej także w Polsce dochodzi do głosu tendencja przekształcania zdrowej nauki katolickiej w oparte na współczesnej filozofii niejasne rozważania religijne o rodowodzie protestanckim. Wielu teologów nie głosi jasno dogmatów wiary, ale uprawia „namysł” nad różnymi heretyckimi wyznaniami, które teraz nazywane są fałszywie „tradycjami religijnymi”, zaś prawdziwa Tradycja, czyli przekaz wiary objawionej przez Boga, a zdefiniowanej i nauczanej przez Kościół, ulega postępującemu zapomnieniu.
    Jeden prawdziwy Kościół – i modernizm
    Dowodem na istnienie tego kryzysu jest stopniowe rozmywanie w świadomości katolików przekonania o tym, że istnieje tylko jeden prawdziwy Kościół naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest tożsamy z Kościołem Rzymskim. W miejsce tego dogmatu wiary liczni teologowie, a za ich pośrednictwem także i wierni nabierają przekonania, że wszystkie wyznania chrześcijańskie stanowią łącznie jeden Kościół Chrystusowy, który jest wewnętrznie podzielony, zaś celem „ruchu ekumenicznego” ma być przywrócenie jedności rzekomo utraconej przez Kościół na skutek rozłamów, spowodowanych ciężkimi winami różnych ludzi i instytucji, w tym jakoby także papieży i soborów Kościoła Rzymskiego.
    Pogląd ten zdobywa sobie miejsce we wszystkich ważniejszych podręcznikach teologii, w kazaniach i homiliach duchownych, w opracowaniach naukowych i w informacjach prasowych. Przeciętny katolik zaczyna wyznawać to, co zewsząd słyszy, i powoli nabiera przekonania, że zawsze pogląd Kościoła i nauczanie Magisterium brzmiało tak, jak dziś uczą pewni sławni teolodzy. W ten sposób artykuł wyznania wiary: „wierzę w jeden, święty, powszechny (tzn. katolicki) i apostolski Kościół” nabiera nowego sensu, a sens ten, przyjmowany powszechnie przez wiernych, jest poglądem heretyckim. Tendencji tej sprzyja źle rozumiany termin „Kościół powszechny”, który jest nieprecyzyjnym tłumaczeniem łacińskiego Ecclesia catholica. W obliczu błędów współczesnych użycie określenia „powszechny” jest niezbyt zręczne, gdyż nie wskazuje ono na Kościół Rzymski, ale dopuszcza interpretację modernistyczną, jakoby Kościół obejmował liczne podzielone wyznania. Należy raczej powiedzieć, że Kościół jest po prostu katolicki, ale nawet to wyjaśnienie nie jest przeszkodą dla modernistów, którzy głoszą np. że dwoma największymi „Kościołami katolickimi są Kościoły prawosławny i rzymskokatolicki” (por.: ks. Zygfryd Glaeser, W jednym Duchu jeden Kościół, Opole 1996, s. 47).
    Zdrowa doktryna katolicka
    Aby wierni mogli powrócić do autentycznego nauczania katolickiego, wystarczy sięgnąć do wydawanych w przeszłości katechizmów i katolickich dzieł teologicznych. Dla mocnego uzasadnienia prawdziwie katolickiej nauki o jedynym katolickim Kościele szczególnie cenne są wybitne prace naukowe, w których uczciwi teolodzy wszechstronnie zaprezentowali dogmaty wiary świętej. W roku 1959, a więc tuż przez rozpoczęciem Soboru Watykańskiego II, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego opublikowało książkę młodego wówczas (ur. 1921) kapłana, ks. Bolesława Pylaka, zatytułowaną: Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa. Projekt konstytucji dogmatycznej na Soborze Watykańskim. Autor ma na uwadze oczywiście Sobór Watykański Pierwszy, gdyż wtedy podawano nazwę soboru watykańskiego bez dodatkowych informacji, jako że do tamtej pory odbył się dopiero jeden sobór powszechny w stolicy chrześcijańskiego świata. Książka ks. Pylaka jest rozprawą doktorską obronioną w r. 1958 na Wydziale Teologicznym KUL.
    Ks. Bolesław Pylak – autor rozprawy o Kościele
    Ks. dr Bolesław Pylak u schyłku lat 50-tych miał przed sobą perspektywę zaszczytnej kariery w służbie Kościoła. Urodzony w rodzinie rolniczej, został profesorem zwyczajnym teologii. Po doktoracie uzyskał w 1969 r. habilitację, przez wiele lat wykładał teologię na KUL-u, w r. 1966 został sufraganem, a w r. 1975 biskupem ordynariuszem lubelskim. W roku 1992, po utworzeniu w Lublinie stolicy nowego arcybiskupstwa, bp Pylak został pierwszym arcybiskupem lubelskim. W r. 1997 został zastąpiony przez abp. Józefa Życińskiego, gdyż zgodnie z posoborowym prawem kanonicznym udał się na emeryturę.
    Dewizą biskupią ks. Bolesława Pylaka stało się zawołanie In te Domine speravi (‘W Tobie, Panie, zaufałem’). Rozprawa poświęcona eklezjologii katolickiej na Soborze Watykańskim I została napisana osiem lat przed nominacją biskupią Autora, ale podobnie jak późniejsza dewiza życiowa bp. Pylaka wyraża głębokie zaufanie do Boga, który prowadzi swój jedyny Kościół po pewnej drodze prawdy.
    Prezentacja rozprawy doktorskiej ks. Bolesława Pylaka pozwoli bliżej poznać nieomylne Magisterium katolickie w kluczowej kwestii istoty i cech jedynego prawdziwego Kościoła, Autor przedstawia bowiem zarówno wcześniejsze dokumenty Magisterium, jak również wypowiedzi i dokumenty z epoki Soboru Watykańskiego I oraz głos późniejszych papieży: Leona XIII i Piusa XII. Aby wiernie oddać choćby część z bogactwa rozważanych przez Autora treści, sięgniemy więc po obszerne cytaty z rozprawy Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa.
    Przerwanie Soboru na skutek wybuchu wojny francusko-pruskiej w lipcu 1870 r. uniemożliwiło przyjęcie przygotowanych projektów, w tym także omawianej przez ks. Pylaka konstytucji dogmatycznej o Kościele. W dalszej części artykułu rozważymy, jaką powagę posiada projekt, pomimo że nie został uroczyście ogłoszony i nie stał się uroczystym Magisterium Kościoła.
    Nauka o Kościele w dyskusjach Ojców Soborowych
    Autor referuje przebieg licznych dyskusji i wystąpień Ojców Soborowych. Drugi rozdział projektu konstytucji dogmatycznej o Kościele został zatytułowany słowami: „Religię chrześcijańską można wyznawać tylko w Kościele i przez Kościół założony przez Chrystusa”. Jak pisze ks. Pylak, w rozdziale tym „streszcza się zasadnicza myśl projektu teologów: utożsamienie religii Chrystusowej, Mistycznego Ciała Chrystusa, z widzialnym Kościołem rzymsko-katolickim; wszystkie te pojęcia oznaczają jedną tylko rzeczywistość, bosko-ludzki Kościół Chrystusowy” (s. 83). Pamiętać trzeba, że termin „Kościół Chrystusowy” w całej rozprawie oznacza zawsze wyłącznie Kościół Rzymski, gdyż inne społeczności chrześcijańskie są w istocie sektami odłączonymi od tego jedynego Kościoła (por. s. 132). W czasie dyskusji soborowych grupa czternastu ojców w swoim wniosku, zgodnie z wiarą katolicką, proponuje inny jeszcze tytuł: Ecclesia catholica constituitur christiana religione, quae extra dictam Ecclesiam nec servari, nec subsistere potest (s. 85). To znaczy, że Kościół katolicki jest religią katolicką, a poza wspomnianym Kościołem nie można się zbawić i uratować od potępienia. Wszelkie mrzonki o zbawieniu kogokolwiek mocą samych wyznań niekatolickich należy więc porzucić i uznać, że zbawienie niekatolików może się dokonać wyłącznie pomimo błędów, nie zaś poprzez błędy fałszywych wyznań.
    Powszechne przekonanie ówczesnych teologów katolickich o jedynym prawdziwym Kościele, który jest Kościołem Rzymskim, zostało wnikliwie przedyskutowane przez Ojców Soboru. Część biskupów chciała podkreślić, że wierność prawdzie nakazuje nieco złagodzić rygorystyczną w sensie dosłownym treść tego zdania, ale złagodzenie to nie ma nic wspólnego z dzisiejszym ekumenizmem, gdyż jak referuje ks. Pylak:
    Niektórzy z biskupów starają się łagodzić – jak widzieliśmy – rygorystyczny charakter rozdziału II, utożsamiającego prawdziwą religię Chrystusową wyłącznie z Kościołem katolickim twierdząc, że pewnych resztek tejże religii (prawdziwej religii Chrystusowej – przyp. A. M.) można doszukiwać się także w innych społecznościach religijnych, odłączonych od Kościoła (s. 86).
    W słowach tych nie ma ani śladu liberalizmu i fałszywego irenizmu, ale głęboko katolickie przekonanie, że oczywiście tylko Kościół Rzymski jest Kościołem prawdziwym i jedyną społecznością religijną ustanowioną przez samego Boga. Oddając sprawiedliwość innym wspólnotom chrześcijańskim biskupi stwierdzają i potwierdzają, że w innych wyznaniach chrześcijańskich można znaleźć „pewne resztki” prawdziwej religii. Oczywistym jest, że te pozostałości są po pierwsze niewystarczające, aby jakiekolwiek inne wyznanie nazwać Kościołem w istotnym sensie tego słowa, a po drugie, że na skutek odłączenia właśnie od jedynego Kościoła inni chrześcijanie zachowali pozostałości depozytu wiary, które nie są dziedzictwem ich błędu, ale tym, co pozostało z prawdy. Nawet prawosławni, którzy przechowują większość dogmatów wiary, nie są tutaj traktowani inaczej i nikt nie ośmielił się głosić – w przeciwieństwie do ekumenistów doby obecnej – jakoby wschodnie chrześcijaństwo było „wyznaniem siostrzanym”. Żaden siostrzany Kościół po prostu nie istnieje! Niemiecki teolog Karl Adam (1876-1966) słusznie stwierdza, że
    Kościół wyparłby się swej najgłębszej, najbardziej własnej istoty, (…) gdyby kiedykolwiek uznał w innej – istniejącej obok siebie lub antagonistycznej w stosunku do siebie – wspólnocie chrześcijańskiej, kościół siostrzany, posiadający takie prawa, jakie ma Kościół katolicki. (…) nie może on w innych wspólnotach widzieć chrześcijańskich kościołów, posiadających równy katolickiemu ustrój i prawa (K. Adam, Natura katolicyzmu, Warszawa 1999, s. 148-149).
    Ten sam autor powiada dalej nawet o „heretyckich antykościołach” (ibidem, s. 152). Tej katolickiej nauki dzisiaj już się nie głosi, gdyż powszechnie zapanował ekumenizm.
    Kilka lat po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, liberalny amerykański jezuita, o. John McKenzie opublikował w 1969 r. książkę pt. Kościół rzymskokatolicki (wydanie polskie ukazało się następnie w Instytucie Wydawniczym Pax, Warszawa 1972). Autor tego opracowania przedstawił w zarysie teologię posoborową, ale odwoływał się często do okresu wcześniejszego. Pisząc o epoce przed Vaticanum II stwierdza:
    W rozumieniu Rzymu liczba mnoga od rzeczownika „Kościół” była równie niedopuszczalna co liczba mnoga od rzeczownika Bóg. W deklaracji Soboru (oczywiście chodzi tym razem o Sobór Watykański II – przyp. A. M.) zawarta jest co najmniej możliwość traktowania jedności chrześcijańskiej za coś nie całkowicie identycznego z jednością rzymskokatolicką (s. 152).
    W tej krótkiej wypowiedzi można odnaleźć dwie ważne idee. Po pierwsze, w teologii przed Soborem Watykańskim II (a ta jest analizowana przez ks. Pylaka) jedyność prawdziwego Kościoła Rzymskiego była czymś absolutnie fundamentalnym. Po drugie zaś, dwuznaczne wypowiedzi Vaticanum II otworzyły drogę do ekumenicznego porzucenia tej prawdy i fakt ten dostrzegł o. McKenzie, chociaż jeszcze wtedy ekumenizm dopiero się zaczynał.
    Widzialność Kościoła
    Wracając do Vaticanum I czytamy, że jeden jedyny Kościół jest widzialny, a „widzialność ta [Kościoła Chrystusowego] przejawia się w widzialnej władzy do nauczania, uświęcania i rządzenia (visibile magisterium, ministerium et regimen)” (s. 100). Aby mocno ochronić prawdę przed błędami kard. Riario-Sforza, abp Neapolu i 30 innych biskupów proponują inny tytuł wspomnianego już drugiego rozdziału, a mianowicie: „Ecclesiam esse societatem semper ita visibilem, ut a falsis sectis, quae christiano nomine etiam gloriantur, facile discerni possit”. To znaczy, że Kościół jest zawsze społecznością w takim stopniu widzialną i dostrzegalną w świecie, że łatwo daje się odróżnić od fałszywych sekt, który także noszą chwalebne imię chrześcijan. Podkreślić trzeba mocne słowa wnioskodawców, gdyż termin „sekta” jest użyty wobec wszystkich bez wyjątku wyznań niekatolickich. Taka jest zresztą etymologia tego terminu, który dosłownie oznacza ‘to, co jest odłączone’ czy też ‘odcięte’. W tym wypadku chodzi o fakt odłączenia wyznań niekatolickich od jedynej Owczarni Chrystusa. Chociaż różne sekty się odłączają, to Kościół trwa niezmiennie przez wieki.
    Podobny wniosek składają kard. Guidi z Bolonii i 5 innych biskupów: „Ecclesiam Christi visibilem esse, unam, sanctam, catholicam, apostolicam atque romanam” (s. 106). Zatem naturę Kościoła opisują oni za pomocą określeń, które głoszą, że Kościół Chrystusa jest widzialny, jeden, święty, katolicki, apostolski i rzymski. Nauka ta jasno sprzeciwia się poglądom protestanckim o „niewidzialnym Kościele, który kryje się w sercach ludzi różnej wiary”. Prawdziwie katolicka nauka o rzymskim Kościele, dziś odrzucona przez modernistów, powtarza się w całym projekcie konstytucji soborowej. Natomiast kard. Guidi, abp Bolonii i 4 innych biskupów podkreśla, że „tylko Kościół rzymski oznaczony jest tymi cechami i znakami widzialności” (s. 107).
    Inny z uczestników soboru, bp Ketteler z Moguncji, potwierdza, że
    cechy [widzialnego Kościoła] to – jedność, świętość, katolickość i apostolskość. Są to naturalne właściwości Kościoła, których nie można od niego oddzielić, ani przypisać innym społecznościom religijnym (s. 107-108).
    Dzisiejsi ekumeniści przypisują własności czyli znamiona prawdziwego Kościoła wszystkim społecznościom chrześcijańskim. Znany profesor teologii, ks. Henryk Seweryniak, głosi:
    znamiona łączą, a nie dzielą Kościoły chrześcijańskie. Łączą w poszukiwaniu prawdziwej jedności, świętości, katolickości i apostolskości, które osiągniemy nie przez zamknięcie w poczuciu własnej pełni lub we własnych problemach, ale przez wspólne działania na rzecz ewangelizacji, jedności rodziny ludzkiej i godności każdego człowieka (Święty Kościół Powszedni, Warszawa 1999, s. 197 – por. A. Małaszewski, Nowa postać Kościoła posoborowego, Zawsze wierni nr 3(34), maj–czerwiec 2000).
    Z kolei podziwiany przez modernistów prawosławny, grecki teolog współczesny Nikos Nissotis stwierdził, że „istoty jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła nie można zamknąć w żadnych instytucjonalnych granicach” (ks. Zygfryd Glaeser, op. cit., s. 131 – por. A. Małaszewski, Nikos Nissiotis – prawosławny modernista, Zawsze wierni nr 30, wrzesień-październik 1999).
    Piąty rozdział projektu teologów dotyczył widzialnej jedności Kościoła. W tekście tego dokumentu czytamy:
    prawdziwy Kościół Chrystusowy (…) jest (…) w swoim ustroju tak wyraźnie oznaczony, że inne społeczności, oddzielone od jedności wiary lub wspólnoty tegoż ciała, nie mogą być nazwane jego częścią lub członem; ani też nie obejmuje on ani ogarnia (nullo modo pars eius aut membrum dici possint) różnych odłamów religijnych (quaecumque societates) z nazwy chrześcijańskich, lecz sam w sobie zjednoczony i ściśle zespolony w swojej widzialnej jedności stanowi ciało niepodzielone i niepodzielne (indivisum ac indivisibile), które jest właśnie Mistycznym Ciałem Chrystusa (s. 109).
    Wobec współczesnego nam modernizmu są to słowa prorocze, jakby zapowiadające błędy głoszone przez ekumenistów.
    Dogmat wiary o prawdziwym Kościele
    Aby nie pozostawić wątpliwości co do powagi przytoczonej nauki, Autor rozprawy doktorskiej powiada dalej, że: „Kościół głosi jako dogmat wiary, że jest jeden tylko prawdziwy i widzialny Kościół Chrystusowy, Kościół rzymsko-katolicki, Mistyczne Ciało Chrystusowe” (s. 112). W ten sposób widać wyraźnie, że nauka o tożsamości Kościoła rzymskiego z Kościołem Chrystusowym nie była tylko opinią grupy teologów przygotowujących projekty dokumentów na Sobór Watykański Pierwszy, ani nawet nie ograniczała się do prywatnych przekonań grupy biskupów uczestniczących w obradach soborowych, ale że jest to nauka dogmatyczna, prawda wiary głoszona od samego początku istnienia Kościoła. W dalszej części swej rozprawy Autor przytoczy jeszcze szereg dawnych orzeczeń Magisterium katolickiego, w których prawda ta była już wyrażona i ogłoszona.
    Ks. Pylak wyjaśnia następnie okoliczności, w jakich doszło do zainicjowania dyskusji soborowych na temat jedynego prawdziwego Kościoła:
    herezja, która pośrednio wpłynęła na uformowanie się V rozdziału w wyżej podanej formie, to anglikańska koncepcja Kościoła powszechnego, dopatrująca się jego jedności, mimo różnic w wierze i ustroju, w faktycznej złożoności z wielu kościołów partykularnych. Przedstawiciele dawnego anglikanizmu włączali w ten sposób w ramy jedności Kościoła wszystkie odłamy chrześcijańskie. Natomiast anglikanie współcześni autorowi schematu przyjmowali tylko trzy kościoły partykularne jako części składowe Kościoła powszechnego: Kościół rzymski, anglikański i grecko-schizmatycki, czyli te, które zachowały poapostolski ustrój hierarchiczny (ibidem).
    Niestety, obecnie ta anglikańska herezja fałszywie ujmująca istotę Kościoła powszechnego stała się poglądem wyznawanym także w Kościele rzymskim przez modernistycznych teologów.
    Jednym z najbardziej znanych zwolenników heretyckiej koncepcji Kościoła podzielonego w wierze i sztucznie złożonego z różnych wyznań jest ordynariusz opolski, ks. abp Alfons Nossol, który uważa, że
    żaden Kościół nie ma monopolu na prawdę. Abp Nossol sądzi także, że „wszystkim chrześcijanom potrzeba jeszcze znacznie więcej katolickiej szerokości, ewangelickiej głębi, czyli poznawania Słowa Bożego i prawosławnego dynamizmu, to jest podkreślania roli Ducha Świętego we wszystkich ujęciach teologicznych” (Katolicka Agencja Informacyjna, 23 października 1999 r.).
    Odrzucenia przez ewangelików jedynego prawdziwego sposobu poznania Pisma świętego, czyli rozumienia Słowa Bożego zgodnie z Tradycją Kościoła, Autor tych słów nie dostrzega, podobnie jak prawosławnej herezji w nauce o pochodzeniu tego Ducha Świętego, na którego rolę w teologii abp Nossol właśnie się powołuje. Hierarcha ten uważa także, że „nie wierzymy przecież w innego Chrystusa, tylko w tego samego, choć różne wyznania chrześcijańskie robią to w odmienny sposób”, a heretyk Marcin Luter jest dla pasterza diecezji opolskiej „wspólnym nauczycielem wiary chrześcijańskiej” (sic!). Wedle abp. Nossola ekumenizm polega więc na „akceptacji inności” (zob.: Być dla, czyli myśleć sercem. Z księdzem biskupem Alfonsem Nossolem rozmawia ksiądz Jerzy Szymik, Katowice 1999, s. 202-203). Liczne herezje niekatolickich wyznań chrześcijańskich nie są dla niego żadnym problemem, a nawet – jego zdaniem – należy je zaakceptować jako uprawnioną inność.
    Odpowiedzią na te poglądy abpa Nossola, zwłaszcza w kwestii jedności Kościoła, jest katolicka nauka przedstawiona przez ks. Pylaka, który pisze ponadto, że wspomniana herezja eklezjologiczna jest anglikańską „tzw. Branch Theory lub Dreizweig-Theorie z połowy XIX wieku, przyznającą Kościołowi rzymskiemu, anglikańskiemu, względnie protestanckiemu i greckiemu równe prawa jako częściom jednego wielkiego Kościoła” (s. 112). Nauka ta oczywiście sprzeciwia się nauce katolickiej i została odrzucona przez ojców soboru, a dziś jest wyznawana przez modernistów, idących ramię w ramię z ekumenistami różnych wyznań.
    Ks. Pylak kontynuuje:
    Inne wreszcie herezje, które wpłynęły na ukształtowanie się V rozdziału w jego obecnej formie, to teorie różnych odłamów protestanckich odrzucających widzialność Kościoła, jego ustrój i przyjmujących złożoność jego z wielu sekt. Podstawę jedności miałoby stanowić uznanie zasadniczych prawd chrześcijańskich. Herezje tego rodzaju napiętnuje autor w zdaniu środkowym rozdziału: „ani też nie obejmuje on ani ogarnia różnych odłamów religijnych z nazwy chrześcijańskich, lecz sam w sobie zjednoczony i ściśle zespolony w swojej widzialnej jedności stanowi ciało niepodzielone i niepodzielne, które jest właśnie Mistycznym Ciałem Chrystusa” (s. 112).
    Dziś heretycka koncepcja uznania „zasadniczych prawd” nauki chrześcijańskiej przez różne „zjednoczone Kościoły” ma podstawowe znaczenie w ekumenizmie, np. przy okazji wspólnej deklaracji katolicko-luterańskiej (z 31 października 1999 r.) teolodzy głosili „zasadniczy konsensus w rozumieniu nauki o usprawiedliwieniu”, który nie stał się co prawda okazją do oficjalnego ogłoszenia jedności, ale w wypowiedziach ekumenistów oznacza zbliżenie stanowisk „różnych tradycji religijnych”, stanowiących „części jednego Kościoła”.
    Konieczność Kościoła do zbawienia
    Jedną z podstawowych kwestii eklezjologicznych rozważanych w czasie Soboru Watykańskiego Pierwszego był problem konieczności Kościoła Rzymskiego do zbawienia. Szósty rozdział projektu teologów nosił tytuł: „Kościół społecznością bezwzględnie konieczną do osiągnięcia zbawienia”. Ks. Pylak wyjaśnia:
    Autor rozdziału stwierdza, że Kościół [Rzymski] jest konieczny do osiągnięcia zbawienia i to na miarę konieczności środka (necessitas medii), w czym mieści się równocześnie konieczność nakazu (necessitas praecepti). Kościół jest więc nie tylko jedyną drogą do zbawienia nakazaną przez Boga, ale w ogóle jedyną doń drogą, gdyż Bóg w planach swej Opatrzności ustalił, iż udzielanie Ducha Świętego, uczestnictwo w prawdzie i w życiu Bożym może się dokonywać tylko w Kościele [Rzymskim] i przez Kościół [Rzymski], którego Głową jest Chrystus (s. 119).
    Cytując fragmenty z rozprawy ks. Pylaka dodajemy wszędzie przymiotnik „Rzymski”, gdyż postępy ekumenizmu sprawiły, że termin „Kościół” bez tego uzupełnienia zatracił już swe dawne, katolickie znaczenie. Aby oddać myśl ojców Soboru Watykańskiego I oraz ks. Pylaka musimy stale podkreślać, że termin „Kościół” oznacza zawsze Kościół Rzymski. Dziś mówiąc o najbardziej radykalnych sektach teolodzy katoliccy nie wzbraniają się używać terminu „Kościół”, odnosząc określenie świętej Owczarni Chrystusowej do grup założonych w wyniku buntu, na skutek schizmy i herezji.
    Siódmy rozdział projektu teologów dotyczy dogmatu Poza Kościołem nie ma zbawienia. Rozdział ten nosi dokładnie tytuł Poza Kościołem nikt nie może się zbawić (Extra ecclesiam salvari neminem posse). W tekście czytamy: „jest dogmatem wiary, że poza Kościołem nikt nie może się zbawić” (s. 131). Zgodnie z wyjaśnieniami papieża Piusa IX podanymi już przed Soborem, aby odrzucić nieuzasadniony rygoryzm, projekt stanowi dalej:
    ci jednak, którzy pozostają w niepokonalnej nieznajomości Chrystusa i Jego Kościoła, nie będą skazani na kary wieczne z powodu tej nieznajomości, ponieważ nie obciąża ich z tego powodu żadna wina w oczach Pana, który pragnie, by wszyscy ludzie doszli do zbawienia.
    Przeciwny do rygoryzmu jest jednak fałszywy liberalizm „powszechnego zbawienia”, również potępiony w projekcie:
    Podobnie odrzucamy bezbożność tych, którzy zamykają bramy królestwa Bożego przed ludźmi twierdząc wśród fałszywych wymówek, że nie godzi się, lub dla zbawienia nie jest rzeczą zgoła konieczną, opuszczać religię, w której ktoś się urodził, lub został w niej pouczony i wychowany nawet wtedy, gdy jest fałszywą. Odrzucamy także bezbożność tych, którzy oskarżają Kościół, że głosi się być religią jedynie prawdziwą, wszystkie zaś religijne społeczności i sekty, które oddzieliły się od jego społeczności, napiętnuje i potępia, jak gdyby mogła kiedykolwiek współistnieć sprawiedliwość i nieprawość, światło i ciemności, zgoda między Chrystusem i Belialem (s. 132).
    Dziś niemal wszyscy teolodzy „oskarżają Kościół, że głosił się być religią jedynie prawdziwą”. Każdy prawie liberalny teolog posoborowy wzgardził już katolickim poglądem i nie chce potępiać „wszystkich religijnych społeczności i sekt” odłączonych od jedynego Kościoła.
    W czasie Vaticanum I liberalizm obcy był katolickim pasterzom, a bp Mikołaj ze Spiry „domaga się podkreślenia autorytetu Kościoła i prawdy o konieczności Kościoła rzymsko-katolickiego do zbawienia: Ecclesia Romano-catholica est sola salvifica” (s. 32-33). Zatem Kościół katolicki jest jedynym wyznaniem wiodącym wiernych do zbawienia. Prawdę tę rozwija bp obrządku greckiego Józef Papp-Szilagyi z Wielkiego Waradynu, który powiada:
    Kościół Chrystusowy (…) jeden jest, niepodzielony i niepodzielny, podporządkowany jednej Głowie niewidzialnej Chrystusowi i widzialnej głowie rzymskiemu biskupowi, wikariuszowi Chrystusa. Z nim tylko Duch Święty, duch prawdy przebywa na wieki. Dlatego tylko w nim prawda i tylko w nim środki zbawienia (s. 33).
    Wiernym obrońcą prawdy o konieczności Kościoła do zbawienia był papież Pius IX, który zwołał Sobór Watykański Pierwszy. Ks. Pylak cytuje allokucję tego papieża z dn. 9 grudnia 1854 r., pisząc, że Ojciec Święty
    spełniając swój obowiązek pasterski musi podkreślić, że sama zasada indyferentyzmu jest zgubna, sprzeczna z prawdą wiary, która głosi, że poza Kościołem rzymskim nikt nie może się zbawić.
    Chociaż „pozostający w niezawinionej nieznajomości prawdziwej religii nie zaciągają przez to winy wobec Boga”, to jednak „przebywając na ziemi mamy wierzyć, że jest jeden Bóg, jedna wiara, jeden chrzest i pracować, by wszystkie narody zwróciły się do Chrystusa” (s. 136). Dziś święta idea nawrócenia niewiernych do Kościoła rzymskiego została wzgardzona i potępiona jako „prozelityzm”. W ten sposób fałszywie pojmowana działalność ekumeniczna niszczy misyjną pracę Kościoła.
    Również w rozdziale dziesiątym projektu Konstytucji dogmatycznej, O władzy Kościoła (De Ecclesiae potestate) czytamy, że
    prawdziwym i tak błogosławionym Kościołem Chrystusa nie jest żaden inny, tylko jeden, święty, katolicki i apostolski rzymski (vera et tam felix Christi Ecclesia alia non est, praeter unam, sanctam, catholicam, et apostolicam Romanam, s. 181-182).
    Świadectwa dawnego Magisterium
    Nauka o konieczności Kościoła do zbawienia była głoszona zawsze – i fakt ten został przypomniany na Soborze. Autor rozprawy podaje (s. 137), że w czasie obrad przytoczono kolejno:
    (1) definicję Soboru Laterańskiego IV z 1215 r., przeciw Albigensom i innym heretykom: „Jeden jest powszechny Kościół wiernych, poza którym nikt się nie zbawia”; (2) wyznanie wiary ułożone przez Innocentego III dla Waldensów powracających do jedności Kościoła: «Wyznajemy usty i wierzymy sercem w jeden Kościół nie heretycki, lecz święty rzymski katolicki i apostolski, poza którym nikt się nie zbawia»; (3) dekret dla Jakobitów, czyli bullę Eugeniusza IV Cantate Domino, w której Ojciec Święty także stwierdza, że nikt nie zbawi się poza Kościołem [Rzymskim]; (4) breve Grzegorza XVI do biskupów Bawarii o małżeństwach mieszanych z dnia 27.5.1832 r., gdzie powyższą prawdę nazywa artykułem wiary; (5) instrukcję [Grzegorza XVI] do biskupów w Bawarii z 12.09.1834 r., gdzie nazywa «największym dogmatem naszej religii, że poza katolicką wiarą nikt nie może się zbawić».
    Dowodem na to, jak daleko w dzisiejszej epoce odeszli teolodzy katoliccy od prawdy, jest zwłaszcza ostatnie z cytowanych zdań. Jakże dzisiaj ktokolwiek ośmieliłby się głosić, że jest „największym dogmatem naszej religii, że poza katolicką wiarą nikt nie może się zbawić”?! Dziś wielu teologom trudno nawet pomyśleć, że słowa te wypowiedział publicznie i oficjalnie Wikariusz Chrystusa, papież Grzegorz XVI, zaledwie 170 lat temu…
    W dobie teologii schyłku XX wieku wszystko jest właściwie możliwe. Niektórzy starają się nawet głosić teorię „anonimowego chrześcijaństwa”, zakładając (nie wiadomo na jakiej podstawie), że ateiści z reguły są uczciwi i żyją zgodnie z prawem naturalnym, jakby po chrześcijańsku, a nawrócenie nie jest potrzebne do zbawienia. Tymczasem na Vaticanum I omawiane były twierdzenia ks. Petacciego, konsultora, członka deputacji specjalnej, i – jak przedstawia ks. Pylak –
    Jeśli chodzi o pierwsze, które brzmi: religio non est homini necessaria sed indifferens [‘religia nie jest konieczna człowiekowi, ale jest sprawą obojętną’], wszyscy orzekli, że w ogóle nie wypada, by sobór powszechny traktował o błędzie, który nie tyle jest herezją, ile jakimś monstrum, dla którego nie powinno być miejsca, nawet w kanonie (s. 139).
    Powszechna katolicka świadomość Ojców Soborowych była wtedy tak głęboka, że nie brali oni w ogóle pod uwagę tak absurdalnego poglądu, jakoby ktoś mógł twierdzić, że religia nie jest potrzebna człowiekowi. Dziś w dobie liberalnego „dialogu z ateizmem” niejeden teolog uznałby, że dla wielu współczesnych ludzi religia jest i może być obojętna, a nawrócenie nie jest potrzebne. Zresztą polski jezuita, o. Jacek Bolewski w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” z dnia 26 kwietnia 1997 r. głosi: „Nie oczekujmy, że wszyscy się nawrócą na chrześcijaństwo”.
    Projekt kanonów dogmatycznych
    Do projektu konstytucji dogmatycznej dołączone zostały również kanony, które w dokumentach Magisterium stanowią potępienie herezji – poglądów sprzecznych z nauką Kościoła. W kanonie szóstym czytamy:
    Gdyby ktoś głosił, że owa nietolerancja, z jaką Kościół katolicki napiętnuje i potępia wszystkie sekty religijne (omnes religiosas sectas) oddzielone od jego jedności, nie jest nakazana prawem Bożym (divino iure), albo też głosił, że w sprawach prawdy religijnej można urobić sobie sąd tylko prawdopodobny (opiniones tantum), a nie można mieć pewności i dlatego Kościół winien tolerować wszystkie sekty religijne, niech będzie wyłączony z Kościoła (s. 201-202).
    Nie trzeba uzasadniać, że dzisiaj ten potępiony pogląd wyznają posoborowi teolodzy katoliccy. Tymczasem choćby jeszcze w okresie międzywojennym niemiecki teolog Karl Adam słusznie twierdził, że
    dogmatyczna nietolerancja jest zatem moralną powinnością, obowiązkiem wobec prawdy i prawdomówności (K. Adam, op. cit., s. 159).
    Kanon trzynasty brzmi: „Gdyby ktoś głosił, że prawdziwy Kościół Chrystusowy, poza którym nikt nie może się zbawić, nie jest identyczny (aliam esse) z jednym, świętym, katolickim i apostolskim rzymskim Kościołem, niech będzie wyłączony z Kościoła” (s. 204) Tak jasne sformułowanie prawdy dogmatycznej wyklucza wszelką dyskusję ze strony modernistycznych teologów.
    Wartość doktrynalna schematu konstytucji dogmatycznej
    Po przedstawieniu całego schematu konstytucji dogmatycznej autor rozprawy przystępuje do oceny jej znaczenia. Rozważania te mają kluczowe znaczenie, gdyż pytając o autorytet przedstawionego projektu, przygotowanego przez teologów, ks. Pylak stwierdza (s. 246-247):
    teologowie są członkami Kościoła nauczanego1, któremu Chrystus również jako całości zapewnia nieomylność w wierze. Z tego tytułu ogół teologów, jako najprzedniejsza cząstka Kościoła nauczanego, jako przedstawiciele wiary refleksyjnej całego Kościoła, również nie może pobłądzić w wierze. Inaczej zapanowałby rozdźwięk między nauczaniem biskupów i jego echem – wiarą wiernych, który w organizmie tak doskonałym jakim jest Mistyczne Ciało Chrystusa, z przywileju Bożego jest niemożliwy.
    W sytuacji dzisiejszego posoborowego zamętu widać wyraźnie, że nie ma już czegoś takiego jak ogół teologów, gdyż każdy ma własne wizje niemal wszystkich kwestii dogmatycznych. Z tego powodu nie sposób mówić o nieomylności rozważań współczesnych teologów, gdyż nie zdecydowali się oni wszyscy łącznie chyba na żadne ostateczne, katolickie twierdzenie wzbogacające wiarę, ale głoszą rozmaite refleksje, zmieniając poglądy z dnia na dzień. Ks. Pylak pisze zaś dalej:
    Oceniając w świetle powyższych rozważań autorytet doktrynalny omawianego projektu wydaje się, że można go traktować jako wyraz nauki ogółu ówczesnych teologów. Ponieważ zaś biskupi, zgromadzeni na soborze, aprobowali tę naukę w zasadniczych jej twierdzeniach, dlatego wydaje się możliwą do przyjęcia opinia, że nauka teologów z okresu Soboru Watykańskiego [Pierwszego], zawarta w projekcie konstytucji dogmatycznej o Kościele, jest także nauką magisterium zwyczajnego Kościoła i z tego tytułu może uchodzić za nieomylną. Dlatego też można jej stopień pewności teologicznej przy pomocy następującego określenia: jest to nauka objawiona, nauczana przez teologów jako jedno z narzędzi zwyczajnego magisterium Kościoła, bliska zdefiniowania (doctrina de fide divina proxime definibilis)” (ibidem).
    W innym miejscu Autor wraca do tej kwestii, rozważając raz jeszcze powagę projektu w świetle opinii biskupów zgromadzonych na Soborze. Wystarczy, jeżeli oddamy głos ks. Pylakowi (s. 250):
    Ogólne zdanie biskupów na temat prawd objawionych jest głosem zwyczajnego i powszechnego magisterium Kościoła we właściwym tego słowa znaczeniu i przysługuje mu w pierwszym rzędzie przywilej nieomylności. Dlatego wolno nam powiedzieć, że treść schematu konstytucji dogmatycznej o Kościele w zasadniczych swych punktach cieszy się nie tylko powagą ogółu teologów z okresu Soboru Watykańskiego [Pierwszego], lecz także powagą biskupów, członków Kościoła nauczającego. Z tego też względu przysługuje mu określenie teologiczne, że jest to nauka objawiona, nauczana przez magisterium zwyczajne Kościoła, bliska zdefiniowania (de fide catholica proxime definibilis). By mogła stać się dogmatem z tytułu nauczania przez magisterium nadzwyczajne, brak jej tylko uroczystej promulgacji w formie aktu papieskiego, czy soborowego. Oczywiście, że taki akt nie dodawałby samej nauce jakiegoś nowego stopnia pewności, gdyż różnica między nauczaniem uroczystym i zwyczajnym nie polega na różnicy powagi autorytetu, lecz tylko na różnicy formy i sposobu podawania danej prawdy. Akt uroczystej dogmatyzacji uściśla tylko treść prawdy w kwestiach spornych, usuwa wątpliwości i wyraźnie precyzuje naukę głoszoną przez zwyczajne magisterium Kościoła (pokreślenia moje – A. M.).
    Z wypowiedzi tej wynika jednoznacznie, że zasadnicza myśl projektu, a więc przekonanie teologów o absolutnej tożsamości Kościoła Chrystusowego z Kościołem Rzymskim i jego konieczności do zbawienia oraz potępienie sekt odłączonych od Kościoła nie podlega dyskusji i jest nauką nieomylną wiary katolickiej, bliską zdefiniowania (de fide catholica proxime definibilis)! Właśnie tej nauce sprzeciwiają się dzisiaj opinie niezliczonych ekumenistów. Na podstawie rozprawy ks. Pylaka, oraz w oparciu o szereg innych dzieł teologicznych, możemy wzmocnić naszą pewność, że ta nauka, którą głosił zawsze Kościół święty, jest nieomylna, a liczni posoborowi teolodzy głoszą herezję, której nie możemy poprzeć w żaden sposób.
    Autor rozprawy stwierdza także, że
    jeżeli Kościół katolicki jest Mistycznym Ciałem Chrystusa, w którym wyłącznie przebywa i działa Zbawiciel świata, Jezus Chrystus i Duch Święty – Uświęciciel, jeżeli tylko na nim Bóg w Trójcy Jedyny wycisnął piętno swej własności i tylko w jego granicach pomieścił swą ekonomię zbawczą, wówczas może być tylko jedna odpowiedź i jedno rozwiązanie zagadnienia zbawienia, streszczające się w dogmacie wiary katolickiej, że zbawienie dokonuje się tylko w Kościele i tylko przez Kościół [katolicki] (s. 279-280).
    Słowa te także są wyrazem prawdy katolickiej odrzucanej przez dzisiejszych ekumenistów.
    Dokumenty późniejszego Magisterium
    W kontekście rozważań nad projektem przygotowanym na Sobór Watykański Pierwszy autor rozprawy podejmuje także problem powagi encykliki Mystici Corporis papieża Pius XII dotyczącej Kościoła (rok 1943):
    encyklika jest jedną z form zwyczajnego nauczania Stolicy Apostolskiej. Jako autentyczna wypowiedź papieża zobowiązuje do przyjęcia podawanych przez się prawd nawet pod sankcją grzechu. Schemat natomiast jest tylko dziełem teologów. Jeśli przyjmiemy za pewnik, że ogół biskupów na Soborze Watykańskim [Pierwszym] solidaryzował się z nauką teologów i przyjmował ją jako własną i jeżeli ten ogół potraktujemy jako organ zwyczajnego magisterium Kościoła, wówczas nauka zawarta w schemacie cieszyć się będzie także powagą zwyczajnego magisterium Kościoła jako nauka ogółu biskupów Kościoła katolickiego (s. 318-319).
    Warto w tym miejscu zacytować fragment wspomnianej encykliki Mystici Corporis, podany przez ks. Pylaka:
    Tak więc, aby zdefiniować i zobrazować ten prawdziwy Kościół Chrystusowy, którym jest Święty, Powszechny, Apostolski, Rzymski Kościół, nie można znaleźć określenia bardziej szlachetnego, bardziej dostojnego, bardziej wreszcie boskiego, nad to które nazywa go „Mistycznym Ciałem Chrystusa” (s. 319).
    Widać w ten sposób, że nauka ujęta w projekcie teologów na Sobór Watykański I trwała nadal również za pontyfikatu papieża Piusa XII. Zresztą wyliczanie cytatów z dokumentów Magisterium na rzecz tej nauki zajęłoby nader wiele miejsca.
    Istotne znaczenie dla autora rozprawy ma również encyklika Piusa XII Humani generis z roku 1950, gdyż
    papież (…) wypowiada się przeciw mglistej i nieokreślonej idei Kościoła, zaczerpniętej niby to z dzieł dawnych Ojców, przede wszystkim greckich i wyraźnie oświadcza, że Mistyczne Ciało Chrystusowe i Rzymsko-Katolicki Kościół są jednym i tym samym, a konieczność przynależności do prawdziwego Kościoła celem osiągnięcia zbawienia nie jest tylko czczą formułą (s. 323).
    Wnioski
    Lektura rozprawy ks. Pylaka to głębokie umocnienie dla wiernych w wyznawaniu prawdziwej katolickiej Wiary Objawionej. Autor z ogromną erudycją przedstawia bogactwo teologii katolickiej w dobie Pierwszego Soboru Watykańskiego u schyłku XIX wieku i nieugiętą wierność ówczesnych pasterzy orzeczeniom nieomylnego Magisterium Kościoła. Powtarzane nieustannie przekonanie biskupów i teologów o absolutnej prawdziwości dogmatu wiary, że istnieje tylko jeden prawdziwy Kościół, który jest Kościołem rzymskim, jest przedstawiane przez Autora na każdej niemal stronie jego rozprawy. Biskupom i teologom katolickim tego okresu obcy był duch kompromisu z błędami tego świata i heretyckimi wyznaniami chrześcijańskimi. Również ks. Pylak nie zawahał się w jasnym ukazaniu prawdy katolickiej i stwierdzeniu, że jest ona niezmienna. Wyrazem wierności prawdziwie katolickiej w Lublinie u schyłku lat 50-tych jest także imprimatur udzielone na dzieło ks. Pylaka oraz podwójny nihil obstat. Publikację rozprawy wsparł ponadto ks. bp Piotr Kałwa, ówczesny ordynariusz lubelski.
    Porównanie świetnej książki ks. Pylaka Kościół – Mistyczne ciało Chrystusa z wydawanymi dzisiaj na KUL-u dziełami modernistycznych teologów napawa głębokim smutkiem. Wystarczyło 40 lat, aby niemal wszyscy teolodzy tej zasłużonej uczelni porzucili dawny styl, wyraźny język i – co najgorsze – katolickie przekonanie o jedynym prawdziwym Kościele. Dzisiaj wydawnictwo KUL-u ogłasza ciągle przeróżne publikacje ekumeniczne, w których nie brak fałszywych rozważań o równorzędnych, „siostrzanych” wyznaniach, o różnych „tradycjach” chrześcijańskich, o dialogu i wspólnym „poszukiwaniu jedności”. Obrona wiary w jedyny prawdziwy Kościół niemal już nie istnieje. W ten sposób niemal cały Katolicki Uniwersytet Lubelski stał się jeszcze jednym uniwersytetem posoborowego Kościoła, na którym uczeni tej miary co o. Wacław Hryniewicz OMI rozważają „błędy dawnego papiestwa” i poszukują drogi „odkupienia diabła”. Dla wyrażenia tych nadziei o. Hryniewicz przywołuje np. cytat z jednej z powieści greckiego pisarza N. Kazantzakisa: „Przyjdzie dzień, kiedy po prawicy Boga stanie wspaniały archanioł; nie będzie to ani Michał, ani Gabriel, będzie nim Lucyfer, który w końcu zwycięży straszliwą noc i zamieni ją w światłość” (Dramat nadziei zbawienia, Warszawa 1996, s. 220), a w innym miejscu ten sam profesor KUL deklaruje: „Nie tworzę teologii wyznaniowej, rzymskokatolickiej. Szukam inspiracji w wielkiej tradycji chrześcijaństwa wschodniego” (Pedagogia nadziei, Warszawa 1997, s. 167). W ten sposób katolicki do niedawna uniwersytet stał się miejscem uprawiania manifestacyjnie heretyckiej teologii i gorszenia wiernych.
    Aby w tych tragicznych okolicznościach głębokiego kryzysu pozostać wiernymi Kościołowi świętemu musimy – za teologami Vaticanum Primum – powtórzyć nieomylne słowa wiecznego Magisterium przytoczone przez ks. Pylaka:
    prawdziwym i tak błogosławionym Kościołem Chrystusa nie jest żaden inny, tylko jeden, święty, katolicki i apostolski rzymski (alia non est, praeter unam, sanctam, catholicam, et apostolicam Romanam). Ω
    Przypisy:
    1.Tylko biskupi, jako następcy apostołów, mają misję nauczania i stanowią Kościół nauczający; teologowie, należący wraz z innymi wiernymi do Kościoła nauczanego, prowadzą refleksję nad nauczaniem teologicznym i przedkładają propozycje do akceptacji biskupów.

    http://rzymskikatolik.blox.pl/2010/05/Adam-Malaszewski-Prawdziwa-nauka-o-Kosciele-2.html

    http://rzymskikatolik.blox.pl/2010/05/Adam-Malaszewski-Prawdziwa-nauka-o-Kosciele-1.html

  3. lemi58 said

    Tak mówią uczeni w piśmie a co na to Bóg?

  4. lemi58 said

    Mateusz 5.43 Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził20. 44 A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; 45 tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. 46 Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? 47 I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? 48 Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski

  5. Maria1 said

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Roman-Giertych-PiS-polegnie-w-walce-z-Kosciolem,wid,14853722,wiadomosc.html
    W piątek został podpisany dokument z przesłaniem Kościołów: katolickiego w Polsce i prawosławnego w Rosji do obu narodów. To pierwszy w historii wspólny dokument Kościołów: katolickiego i prawosławnego. Przesłanie na Zamku Królewskim podpisali przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp. Józef Michalik i patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl I.

    W przesłaniu zaznaczono, że przebaczenie nie oznacza zapomnienia, ale wyrzeczenie się zemsty i nienawiści oraz włączenie się w budowanie zgody i braterstwa. Wyrażono przekonanie, że trwałe pojednanie, jako fundament pokojowej przyszłości, może się dokonać jedynie w oparciu o pełną prawdę o wspólnej przeszłości. Przypomniano też o wielowiekowym chrześcijańskim kulturowym dziedzictwie Wschodu i Zachodu, które łączy bratnie narody.

    „Każdy Polak w każdym Rosjaninie i każdy Rosjanin w każdym Polaku powinien widzieć przyjaciela i brata” – czytamy w dokumencie. W preambule podkreślono, że Kościoły wzywają swoich wiernych i ludzi dobrej woli do pojednania. „Pragniemy wnieść swój wkład w dzieło zbliżenia naszych Kościołów i pojednania naszych narodów” – głosi przesłanie.

  6. Kapsel said

    „Kościół słowiańskokatolicki” w Polsce

    Zapewne część z nas kojarzy brata szkolnego Stanisława Sawickiego, który przez kilka lat (1999 do ok. 2002) bujał się przy polskim FSSPX. Sformułowanie to chyba najlepiej oddaje jego zaangażowanie i wkład pracy w budowę struktur tradycjonalistycznych, dlatego też zostało użyte. Ale brat do Bractwa z różnych powodów nie pasował i poszedł własną drogą.

    Minęły lata, podczas których brat Stanisław „awansował” i obecnie jest … Biskupem Metropolitą „Kościoła słowiańskokatolickiego” w Polsce.

    Trzeba przyznać, że godnie się prezentuje.

    Brat biskup posiada ważną sukcesję apostolską od jakiegoś odłamu starokatolików i będzie się zajmował … restytucją obrządku słowiańskiego w Polsce. Co jeszcze bardziej grotestowe, w strukturze tej jest jeszcze przynajmniej dwu mężczyzn posiadających święcenia prezbiteriatu , a strona internetowa wskazuje, że sekta ta ma ambicje wzrostu.

    Proponuję zmówić dziesiątkę różańca w intencji opamiętania i nawrócenia naszych „słowiańskokatolików” do Kościoła katolickiego.

    P.S. DOPISEK Z DNIA 8 KWIETNIA Poprzez niniejszy wpis przyczyniłem się do zapdejtowania strony sekty, pojawił się m.in. statut „Bractwa”, doktryna rozszerzyła się o sobory powszechne Kościoła II tysiąclecia chrześcijaństwa, a także okazało się, że ich papieżem jest … J.Św. Benedykt XVI 😉

    Szczególnie ujął mię ten punkt statutu „Bractwa”:
    „5. Bractwo sprawuje Świętą Liturgię we wszystkich obrządkach wschodnich i zachodnich dla dobra duchowego wiernych ich własnych obrządków.”

    Pojawiło się też zdjęcie kapłanów słowiańskokatolickich koncelebrujących NOM:

    MOCNE !! !

    http://przedsoborowy.blogspot.com/2011/04/koscio-sowianskokatolicki-w-polsce.html

  7. Kapsel said

    Frank Kmietowicz – “Kiedy Kraków był trzecim Rzymem”

    WSTĘP
    Kiedy po drugiej wojnie światowej zbliżały się obchody “Tysiąclecia Chrześcijaństwa w Polsce”, w prasie ukazały się liczne artykuły omawiające początki nowej wiary nad Wisłą. Między innymi znaleźli się autorzy, którzy sugerowali obrządek słowiański Cyryla i Metodego.

    tutaj całość

    http://hevenrose.wordpress.com/2010/09/11/frank-kmietowicz-kiedy-krakow-byl-trzecim-rzymem-2/

  8. […] Kościół przesiąknięty modernizmem (3) […]

  9. […] Email […]

Sorry, the comment form is closed at this time.