Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    1956 o To Wojna
    Józef Bizoń o „Nigdy więcej” zamordyzmu!
    OutsiderR o Polska przygotowuje się na „in…
    1056 o To Wojna
    1956 o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    Emilian58 o Wolne tematy (68 – …
    Jack Ravenno o To Wojna
    Marguar o To Wojna
    Emilian58 o To Wojna
    minka o O pożytkach z sentencji
    Jack Ravenno o To Wojna
    Jack Ravenno o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    Waldemar Bartosik o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    osoba prywatna o Wolne tematy (68 – …
    Waldemar Bartosik o O pożytkach z sentencji
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 620 obserwujących.

Engels – opowieść o lewicowych tradycjach

Posted by Marucha w dniu 2012-09-09 (Niedziela)

Spojrzenie na historię przez pryzmat biografii znaczących postaci jest zawsze interesujące, odświeżające; pozwala odkryć nowe, nieznane aspekty dość dobrze (jak mogłoby się wydawać) znanych zjawisk historycznych. Nie inaczej jest z biografami twórców tzw. socjalizmu naukowego.

Książka o Fryderyku Engelsie, autorstwa brytyjskiego historyka Tristrama Hunta (Świat Książki 2012), pozwala spojrzeć na narodziny marksizmu nie tylko od strony kształtowania się doktrynalnego oblicza tej nowej emanacji socjalizmu, ale również daje pogląd o „życiu towarzyskim i uczuciowym” jego twórców. Dzięki lekturze tej monografii można skonstatować, jak wiele starego jest w tzw. nowej lewicy.

Ot, chociażby pojęcie „kawiorowej lewicy”, które przyjęło się stosować wobec zachodnioeuropejskich socjalistów z przełomu XX i XXI wieku. Ale na długo przed tym, jak niemiecki kanclerz (i szef SPD) Gerhard Schroeder zaczął występować w sesjach zdjęciowych, reklamując drogie garnitury i markowe cygara, to Fryderyk Engels paradował we fraku („Komunista we fraku” – taki jest tytuł biografii autorstwa Hunta).

Odsłonięta przez brytyjskiego historyka biografia Engelsa to archetyp (w sensie obyczajowym, życia codziennego) całej dzisiejszej „kawiorowej lewicy” i wywodzących się z bogatych rodzin „dzieci kwiatów”, dziarsko walczących z marihuaną w ręce przeciw niegodziwościom burżuazyjnego świata. Engels – syn właściciela jednej z największej w Manchesterze firm przemysłu bawełnianego – miał jednak swoje zmartwienia. Jak pisał w 1858 roku z żalem do swojego przyjaciela Marksa: przez ostatnie sześć miesięcy nie miałem ani jednej okazji, żeby zrobić użytek ze swojej umiejętności przyrządzania sałatki z homara – ‘quelle horreur’; można zupełnie wyjść z wprawy.

Cóż dziwnego więc, że w tych zmartwieniach człowiek szukał zapomnienia w innych przyjemnościach. Na przykład w polowaniach na lisa w ramach ekskluzywnego klubu myśliwskiego „Cheshire Hounds”. Oddawanie się tej arystokratycznej przyjemności umożliwił Fryderykowi Engelsowi fabrykant i „wyzyskiwacz manchesterskiej klasy robotniczej”, czyli jego ojciec. Mój stary, jako prezent na Boże Narodzenie, dał mi do dyspozycji pieniądze na kupno konia, a że się dobry koń trafił, więc kupiłem go w ubiegłym tygodniu – dowiadywał się w 1857 roku w jednym z listów od swojego przyjaciela (i sponsora strategicznego) Karol Marks.

W tym czasie ten ostatni pracował nad ukończeniem pierwszego tomu „Kapitału”. Engels, jak możemy dowiedzieć się z książki Tristrama Hunta, preferował zapoznawanie się z kapitałem w bardziej praktyczny i namacalny sposób. Po jego śmierci wśród aktywów ujawnionych w testamencie znajdowało się ponad 22 tysiące (w przeliczeniu na dzisiejszą walutę: ponad dwa miliony) funtów w akcjach. Jak wyjaśniał jednemu z przywódców niemieckiej socjaldemokracji: pomstowanie na giełdę słusznie nazywa Pan drobnomieszczańskim. Giełda zmienia tylko podział ukradzionej już robotnikom wartości dodatkowej. Co ciekawe, jako aktywny inwestor giełdowy Engels wiedział, kiedy należy dać sobie spokój z socjalistycznymi mrzonkami. Jak wyjaśniał Eduardowi Bernsteinowi: nie jestem taki głupi, żeby szukać w socjalistycznej prasie rady przy takich operacjach [giełdowych]. Każdy kto tak postępuje, sparzy sobie palce, i dobrze mu tak!

Tristram Hunt przypomina na kartach swojej książki o jeszcze jednym, istotnym wątku, stale obecnym w tradycjach niemieckiej lewicy, to znaczy o szowinizmie narodowym. Zanim niemiecki narodowy socjalizm zaczął głosić swoje „naukowe teorie” o wyższości rasowej „Nordyków” i o istnieniu „mniej wartościowych narodów”, w pismach Fryderyka Engelsa (oraz Karola Marksa) co rusz można natknąć się na pogardliwe uwagi o tzw. niehistorycznych narodach. W tym gronie Engels umieszczał przede wszystkim Słowian, ale również Irlandczyków czy Duńczyków.

Zniknięcie z mapy Europy tych „pozbawionych historii” narodów – jak uczył Engels – było czynem ze wszech miar pozostającym w zgodzie z „obiektywnym rozwojem dziejowym”, było wprost dziejową koniecznością i czymś postępowym, bowiem – jak wyjaśniał Engels – owe szczątki ludów występują za każdym razem jako fanatyczni nosiciele kontrrewolucji i pozostają nimi aż do zupełnej swej zagłady bądź wynarodowienia, tak jak w ogóle samo ich istnienie jest już protestem przeciw wielkiej rewolucji historycznej.

Te słowa Engels pisał w okresie Wiosny Ludów, wielkiego przebudzenia narodowego w całej Europie Środkowej. Tego typu poglądom pozostał wierny długo po 1848 roku. W 1882 roku w jednym ze swoich listów pisał o Słowianach: mam w sobie tyle autorytaryzmu, że uważam za anachronizm istnienie takich małych prymitywnych narodów w sercu Europy […] trzeba te narody oraz ich prawo do grabieży bydła poświęcić bez litości w imię interesu europejskiego proletariatu.

Przyszła rewolucja – jak uczył Engels – będzie nie tylko eksterminacją „klas wyzyskujących”, ale jej koniecznym dopełnieniem musi być ludobójstwo. Najbliższa wojna światowa zmiecie z powierzchni ziemi nie tylko reakcyjne klasy i dynastie, lecz również całe reakcyjne narody. A to jest także postęp. Kilkadziesiąt lat później niemieccy narodowi socjaliści na ten sam proceder ukują inną nazwę: „ostateczne rozwiązanie”.

Wobec „reakcyjnych narodów” każdy akt agresji należy usprawiedliwić. W dobie Wiosny Ludów Fryderyk Engels w następujący sposób usprawiedliwiał niemiecką (pruską przede wszystkim) agresję na Danię: takim samym prawem, jakim Francuzi zabrali Flandrię, Lotaryngię oraz Alzację, i prędzej czy później zabiorą Belgię – takim samym prawem Niemcy zabierają Szlezwik: prawem cywilizacji wobec barbarzyństwa, prawem postępu wobec zastoju.

Warto w tym kontekście przypomnieć, że pruska propaganda już od czasów Fryderyka II przedstawiała rozbiory Polski jako czyn „cywilizacyjnie postępowy”. Prusacy mieli wchodzić na polskie ziemie jako „ci, którzy przynoszą kulturę” (Kulturtrager) do zupełnej dziczy. Znamieniem szczególnego cywilizacyjnego regresu, zarówno dla pruskich propagandystów, jak i Fryderyka Engelsa (toczącego ze swoich rezydencji w Manchesterze i Londynie zażarte boje z „reakcyjnym junkierstwem”), była katolickość całego narodu. Tak bardzo reakcyjny naród musi być tym surowiej ukarany, rzecz jasna w imię postępu.

Po wojnie meksykańsko-amerykańskiej (zakończonej w 1846 roku) Engels nie miał żadnych wątpliwości, że odebranie Meksykowi niemal połowy terytorium jest właśnie czynem postępowym: czy to takie nieszczęście, że wspaniałą Kalifornię odebrano leniwym Meksykańczykom, którzy nie wiedzieli w ogóle, co z nią począć? A cóż powiedzieć o Irlandczykach? W swoim pierwszym „naukowym” dziele o położeniu klasy robotniczej w Anglii Engels odpowiadał: południowy [sic!], lekkomyślny charakter Irlandczyka, jego nieokrzesanie stawiające go niewiele wyżej od dzikusa, jego pogarda dla wszelkich bardziej ludzkich przyjemności (…) jego brud i nędza, wszystko to sprzyja u niego pijaństwu.

Postponując Irlandczyków, Engels posługiwał się, jak widać z powyższego cytatu, motywami dobrze nam znanymi z pruskiej (a potem niemieckiej) antypolskiej propagandy posługującej się pojęciem polnische Wirtschaft („polskie gospodarowanie”) jako synonimem „polskiego niedbalstwa, niechlujstwa, niezaradności”. Stałym motywem (także ikonograficznym) w tym szkalowaniu była „polska świnia” ukazująca nie tylko rzekomą predylekcję Polaków do brudu, ale również naszą niską moralną konduitę. Tym samym instrumentem posłużył się Engels wobec Irlandczyków: Irlandczyk przywiązany jest do swojej świni tak jak Arab do swojego konia (…) je z nią i śpi z nią, jego dzieci bawią się z nią, jeżdżą na niej, tarzają się z nią w błocie.

Hunt przypomina również ogólnie znaną kwestię antysemityzmu twórców „naukowego socjalizmu”, prezentowaną zwłaszcza wobec każdorazowych konkurentów do dominacji w ruchu socjalistycznym. Ferdynand Lassalle – pierwszoplanowa postać w powstającej na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku w Prusach socjaldemokracji – regularnie był nazywany przez Engelsa w jego korespondencji z Marksem jako „Icek” vel „baron Icek”, względnie „żydowski Murzyn”.

Człowiekowi, wedle którego zniszczenie całych narodów jest czynem „cywilizacyjnie postępowym”, tym łatwiej przychodziło zaakceptować powstawanie wielkich imperiów kolonialnych. Z pewnością Engels nie postrzegał tego zjawiska jako „ostatnie stadium rozwoju imperializmu” (Lenin), ale raczej jako czyn usuwający z mapy świata narody „pozbawione historii”. Na przykład – jak pisał w 1848 roku – „podbój Algierii jest ważnym i korzystnym czynnikiem dla postępu cywilizacji. A jeśli możemy ubolewać nad utraconą wolnością Beduinów z pustyni, nie wolno nam zapominać, że ci sami Beduini byli narodem rabusiów. Wszak nowoczesny burżuj, z cywilizacją, przemysłem, porządkiem i choćby względnym oświeceniem, jakie ze sobą przynosi, jest lepszy od pana feudalnego czy koczowniczego rozbójnika.

Z perspektywy takiej emanacji niemieckiej lewicy, jaką był narodowy socjalizm, tego typu wynurzenia Engelsa skłaniają do akcentowania ciągłości pewnych wątków w lewicowym spojrzeniu na świat.

Z drugiej strony w obecnym świecie lewicowej politycznej poprawności, za tego typu komentarze Engels łatwo mógłby narazić się na sprawę karną z paragrafu o „mowie nienawiści”. Tym bardziej że był zadeklarowanym „homofobem”. W 1869 roku z nieukrywanym obrzydzeniem informował Marksa o tym, że pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłę w państwie (…) Całe szczęście, że my osobiście jesteśmy zbyt starzy, byśmy w razie zwycięstwa tej partii mieli się jeszcze obawiać, że każą nam ciałem płacić haracz zwycięzcom (…). Nam biednym ludziom operującym frontalnie, z naszą dziecinną skłonnością do kobiet, niełatwo wówczas będzie żyć.

Jedno jest pewne. Fryderyk Engels mając do wyboru: polowanie na lisa czy „paradę równości”, specjalnie by się nie wahał.

Grzegorz Kucharczyk
http://www.pch24.pl/

Komentarze 2 do “Engels – opowieść o lewicowych tradycjach”

  1. Piotrx said

    I jeszcze nieco o Marksie …

    ” Aktualizacja marksizmu przez trockizm” – ks. prof. Michał Poradowski

    /fragmenty/

    (…)
    Trockiści przede wszystkim walczą o dojście do władzy i o utrzymanie się przy władzy, ale chodzi im o władzę rzeczywistą, a nie o pozory, stąd nie walczą o stanowiska reprezentacyjne, nie chodzi im o to by piastować urzędy najwyższe, ale mało dziś ważne, jak prezydentów czy królów, lecz chętnie zostają ministrami i wysokimi urzędnikami. Siedzą przede wszystkim w ministerstwach spraw zagranicznych prawie wszystkich krajów, siedzą w bankach i finansach, siedzą w agencjach informacyjnych i w redakcjach wielkich dzienników, aby urabiać opinię publiczną, siedzą w redakcjach prawie wszystkich wielkich światowych czasopism politycznych i gospodarczych i bardzo często zajmują katedry uniwersyteckie nauk politycznych. Są bardzo zainteresowani w dokładnych studiach nad rzeczywistością społeczno-gospodarczą i starają się nią manipulować. Siedzą prawie we wszystkich partiach politycznych i prawie w każdym kraju mają po kilka partii trockistowskich, co nie tyle wskazuje na ich rozbicie wewnętrzne, ile na ich taktykę: zawsze być związanym z taką grupą polityczną, która dochodzi do władzy. Zdaje się, iż są najsilniejsi w Stanach Zjednoczonych, chociaż liczebnie są bez znaczenia, z wyjątkiem Peru, Boliwii i paru państewek afrykańskich. Społecznie należą do wysokiej, bogatej i kulturalnej burżuazji liberalnej, tak jak Marks.

    Bo Marks był właśnie typowym „burżujem”, w najgorszym marksistowskim tego słowa znaczeniu; właśnie takim typem burżuja, jakiego on sam atakuje w swoich pismach, a zwłaszcza w Manifeście Komunistycznym. Marks, przez całe życie jest pasożytem społecznym, gdyż nigdy nie pomyślał, aby własną pracą zarabiać na swoje i swojej rodziny życie; zawsze żył z pracy cudzej, z małym wyjątkiem kilkumiesięcznej pracy w Rheinische Zeitung, którego był dobrze płatnym redaktorem. W pierwszym okresie swego życia małżeńskiego utrzymywał się z posagu swej żony.

    Była to skrzynka ze złotymi monetami, których Marks nawet nie przeliczył, ani nie złożył w banku, a tylko po prostu podróżował z nią, z miejsca na miejsce, jak ze zwykłym kuferkiem. Z tej fortuny po paru latach nic nie pozostało. Pozostała mu jednak wspaniała zastawa ze srebra, którą używał przez całe życie na co dzień, gdyż jadał tylko na srebrnych talerzach (z wyjątkiem okresów, kiedy musiał ją zastawiać u lichwiarzy).

    Później żył głównie ze spadków po swych licznych bogatych krewnych. W międzyczasie, przez parę lat, zanim Engels, wielki przedsiębiorca kapitalistyczny, zaczął wypłacać mu wysoką miesięczną pensję, od czasu do czasu bywał w poważnych kłopotach finansowych, ale nie z braku pieniędzy, lecz tylko z braku oszczędnego i roztropnego ich używania. Gdy mu spadała „z nieba” wielka suma w spadku natychmiast urządzał wielkie bankiety i przyjęcia (na 50 osób), aż się skończyły pieniądze, a później nieraz przez szereg tygodni cała rodzina musiała żyć w niedostatku.

    Nawet kiedy już otrzymywał regularnie wysoką pensję od milionera Engelsa (który miał fabryki tekstylne w Niemczech i w Anglii, a w Londynie zajmował aż dwa duże mieszkania), bo aż 350 funtów rocznie, kiedy w owym czasie dyrektor banku w Londynie otrzymywał tylko 300 funtów, także skarżył się na brak pieniędzy, co jednak nie przeszkadzało mu w spędzaniu długich miesięcy w różnych „zdrojach” i to zawsze w najdroższych hotelach.

    Marks był „burżujem” zwłaszcza w sensie kulturalnym, żyjąc tylko w gronie swych najbliższych przyjaciół także „burżujów” i nigdy nie kontaktował się z innymi grupami społecznymi, z wyjątkiem wysokiej arystokracji i najbogatszych rodzin. W życiu rodzinnym i małżeńskim jego „burżujstwo” przybierało formy patriarchatu; dla żony i córek był po prostu tyranem. Córkom nie pozwalał, aby one same wybierały sobie mężów; to on ich wybierał, a jedynym kryterium była ich sytuacja gospodarcza; po prostu „sprzedawał” swoje córki, bo zamiast dawać im posagi, jak to wówczas było w zwyczaju, żądał dla siebie pomocy finansowej. Swej najmłodszej córce, wyjątkowo urodziwej i zdolnej, Eleonorze, nie pozwolił na małżeństwo z młodym oficerem rewolucjonistą, bo… nie miał on fortuny i zmusił ją do współżycia z łajdakiem, bo był on bogaty. Stąd nic dziwnego, że dwie z jego córek (na trzy pozostałe przy życiu), popełniły samobójstwo. Marks, który tak krytykował „małżeństwo burżuazyjne”, sam je w pełni urzeczywistniał. Marks, który w Manifeście i w programie partii komunistycznej żądał zniesienia prawa dziedziczenia, sam żył głównie z tego co odziedziczył po swych krewnych.

    Marks, który tak zwalczał religię, sam był „arcykapłanem” kultu satanicznego i „ojcem duchownym” swej żony i swych córek (co widać z listów jego żony), i odprawiał jakąś osobliwą „liturgię” . I w tym też są podobni do niego dzisiejsi trockiści, którzy też przynależą do bogatej burżuazji i także wielu z nich ma jakieś dziwne związki z kultem satanicznym, z tajnymi stowarzyszeniami i z masonerią. Dzisiejszy marksizm, czyli trockizm, jest jednak bardziej praktyczny, pragmatyczny i empiryczny, bo bardziej biorący pod uwagę rzeczywistość, a przede wszystkim „cztery etapy rewolucji”, a więc „burżuazyjny”, „demokratyczny”, „socjalistyczny” i „proletariacki”. Całkiem szczerze i serio trockiści traktują etapy „demokratyczny” i „socjalistyczny”, nie śpiesząc się zbytnio do etapu „proletariackiego”. To oni najwięcej i najszerzej gardłują za „demokracją” i występują w obronie „praw człowieka i obywatela” bo to gwarantuje im, jako Żydom, pełne i równe prawa obywatelskie i możność zajmowania najwyższych stanowisk w społeczeństwie.

    Także szczerze i gorliwie popierają „socjalizm demokratyczny”, bo wiedzą, iż to jest niezbędny etap na drodze ku komunizmowi. Pilnie studiują zmiany socjologiczne w każdym kraju, a zwłaszcza w Rosji (głównie wędrówkę chłopów ze wsi do miast; zanik warstwy chłopskiej i robotniczej, wzrost klasy średniej i urzędniczej), aby je odpowiednio kanalizować w kierunku rewolucji, mając nadzieję na równoczesne opanowanie Rosji sowieckiej i Stanów Zjednoczonych

  2. Piotrx said

    I jeszcze nieco informacji….

    ” Aktualizacja marksizmu przez trockizm” – ks. prof. Michał Poradowski

    /fragmenty/

    (….)
    W jednym ze swych listów ojciec Karola skarży się synowi, że go zadłuża u lichwia-rzy na sumy, których on nie ma żadnej możliwości spłacić, gdyż Karol, w ciągu pierwszego roku, zadłużył ojca na sumę ponad 700 talarów, podczas gdy ten zarabiał rocznie tylko 300, było to więc okrucieństwo ze strony syna.
    (…)
    Karol Marks związał się z kultem satanicznym (żydowska kabała? – Piotrx) prawdopodobnie już w pierwszym roku swych studiów uniwersyteckich i uprawiał go przez całe życie, co dowodzi, że w rzeczywistości nie był materialistą i że jego materializm był tylko posturą zewnętrzną. Obszernie o tym informuje pastor protestancki, Żyd głęboko wierzący i bardzo religijny, Richard Wurmbrand, w pracy „Czy Karol Marks był satanistą?” (oryginał jest po angielsku: WAS KARL MARX A SATANIST?). Wurmbrand, podobnie jak Św. Paweł, jest dumny z tego, że jest Żydem i bardzo go boli, że jego rodak jest zdrajcą religii objawionej. Natomiast Karol Marks zawsze się wstydził swego pochodzenia żydowskiego i Żydów nienawidził, był strasznym antysemitą, co zwłaszcza widać z jego broszurki ZUR JUDENFRAGE. Wurmbrand przypomina, że kult satanizmu jest obecny w całej historii ludu żydowskiego i że obecne kulty sataniczne są prawie wyłącznie uprawiane przez Żydów, w tym kulcie satanicznym widzi istotę „marksizmu” i marksistowskiej rewolucji. Wurmbrand zebrał bardzo ciekawy materiał w tej sprawie i jego książka powinna być znana wszystkim tym którzy zajmują się marksizmem, a przede wszystkim duchowieństwu, bo to jest klucz do zrozumienia marksizmu. Marks zmusił do tego kultu całą swoją rodzinę, a samobójcza śmierć jego dwóch córek też zapewne jest z tym związana.

    (…)
    Bruno Bauer i Ludwik Feuerbach tracą swe katedry teologii protestanckiej właśnie z powodu gorszącej studentów postawy antychrześcijańskiej. Podobno Bruno Bauer dostawał w czasie wykładów okropnych ataków złości, kiedy z pianą na ustach, bez końca bluźnił obrzydliwie, co doprowadziło go aż do ataków epileptycznych (?) i prawdopodobnie też był satanistą. Jego książki są pełne strasznej nienawiści do religii, a przede wszystkim do chrześcijaństwa. Feuerbach był milionerem dzięki małżeństwu z bogatą wdową, właścicielką wielkiej fabryki porcelany. Obaj byli Żydami liberałami i ateuszami.
    (…)
    Ta moda na manifesty i katechizmy zaczęła się z początkiem rewolucji francuskiej prawdopodobnie dlatego, że pierwsze broszury i pamflety piszą… księża, w większości wypadków księża-apostaci, zdrajcy wiary, ale ludzie jeszcze o mentalności klerykamej, przyzwyczajeni do „katechizmów”. Nie chodzi tylko o nazwę, ale o strukturę tekstu w formie pytań i odpowiedzi. Moda ta trwała przeszło 50 lat. Marks i Engels też mają mentalność „klerykalną”, jak i ich koledzy Bruno Bauer, Moises Hess, L. Feuerbach i inni, gdyż prawie wszyscy byli albo rabinami, albo synami rabinów i profesorami teologii na uniwersytetach. Pierwotny tekst MANIFESTU KOMUNISTYCZNEGO, napisany przez Engelsa, też miał tytuł KATECHIZM KOMUNISTYCZNY i mało brakowało, że MANIFEST KOMUNISTYCZNY ukazałby się pod tytułem katechizmu. Engels jest także autorem innego tekstu, a mianowicie KATECHIZMU KOMUNISTYCZNEGO, który nie miał nic wspólnego z MANIFESTEM KOMUNISTYCZNYM, a który był w wielkim użyciu, wśród komunistów, aż do koń-ca 19 wieku, kiedy to Eduard Bernstein zmienił mu tytuł na RUNDSATZE DES KOMMUNISMUS, pod którym to tytułem jest używany do dziś.

    MANIFEST KOMUNISTYCZNY jest bezwstydnym plagiatem MANIFESTU DEMOKRATYCZNEGO Victor Considerant. Pod koniec wieku XIX ukazała się praca Czerkasowa, w której się robi studium porównawcze obu tekstów, zestawiając je w dwóch kolumnach. Studium to, opublikowane we francuskim czasopiśmie TEMPS NOUVE.AUX (Nr 5, z 26 maja -1 czerwca 1900) wykazuje, że MANIFEST KOMUNI-STYCZNY jest plagiatem MANIFESTU DEMOKRATYCZNEGO. Po drugiej wojnie światowej czasopismo socjalistów francu-skich LE CONTRAT SOCIALE, w numerze z lipca 1957 r. podaje przedruk z TEMPS NOUVEAUX.

    Czytając oba teksty stwierdza się, że mają tę samą strukturę i tą samą analizę sytuacji społeczno-gospodarczej, ale że jednak jest między nimi zasadnicza różnica, gdyż MANIFEST DEMOKRATYCZNY wzywa do braterstwa, do współpracy i do reformy społeczeństwa, podczas gdy MANIFEST KOMUNISTYCZNY wzywa do rewolucji, do terroru, do nienawiści i do zniszczenia społeczeństwa, będąc przepojony nienawiścią i walką klas, co jednak nie odbiera mu charakteru plagiatu.

    Warto jednak przy okazji przypomnieć, że właściwie pierwszym manifestem komunistycznym w czasach nowoczesnych jest MANIFESTE DES EGAUX, wydany w czasie rewolucji francuskiej, w którym wzywa się do zniszczenia współczesnego społe-czeństwa, opartego na instytucji własności prywatnej i do budowy nowego, komunistycznego, bez własności prywatnej, gdyż uważa się ją za źródło istniejących nierówności między ludźmi. Jest to komunizm J.J. Rousseau, który nie chciał widzieć, że różnice między ludźmi są wrodzone, a własność prywatna tylko w niektórych wypadkach sprzyja ich pogłębianiu, gdyż ludzie zamożniejsi mają więcej środków do rozwijania swych talentów, zwłaszcza przez szkolnictwo, przez studia.
    (….)

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: