Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

„Całkowita ofiara z życia mego”

Posted by Marucha w dniu 2012-09-15 (Sobota)

63 lata temu komuniści zamordowali ks. Władysława Gurgacza

Ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?…. Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę – mówił jezuita ks. Władysław Gurgacz przed komunistycznym sądem w Krakowie.

Partyzanci PPAN przed Mszą św. polową. Pierwszy z prawej ks. Władysław Gurgacz. Fot. arch. IPN w Krakowie.

Miesiąc później – 14 września 1949 roku – na podwórzu więzienia Montelupich został zamordowany „katyńskim sposobem” – strzałem w tył głowy. Miał 35 lat, był kapelanem Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej (PPAN) na Nowosądecczyźnie. Wraz z nim tego dnia zabito dwóch żołnierzy PPAN, 27-letniego Stefana Balickiego i 25-letniego Stanisława Szajnę.

Z ks. Gurgacza uczyniono głównego oskarżonego. Wtłoczony w propagandowy schemat „ksiądz-bandyta” idealnie wpisywał się w strategię przygotowanego – po likwidacji opozycji politycznej i zbrojnego podziemia niepodległościowego – uderzania w Kościół katolicki. Procesowi towarzyszyła kampania nienawiści wobec „księdza stojącego na czele bandy”. Nie miało znaczenia, że nigdy nie pełnił takiej roli, był tylko kapelanem. Publikowano jego zdjęcie – siedzącego ze stułą i pistoletem „vis” (którego nigdy nie użył) i obłożonego plikami banknotów. Gazety krzyczały wielkimi tytułami „Cynizm ‘teologów moralnych’ ks. Gurgacza i Żaka”, „Oszust w sutannie dowodził bandą”, „Prokurator [Henryk Ligęza] żąda kary śmierci”. I gdy sąd (Władysław Stasica, Ludwik Kiełtyka) skazał trzech oskarżonych na śmierć, w prasie ogłoszono, iż zapadł „sprawiedliwy wyrok”…

Dla komunistów byli oni groźni nawet na sali sądowej. Bezpieka przygotowała bowiem dokładny plan „zabezpieczenia procesu”. Zapewniono skrupulatne sprawdzenie przepustek i sądzonych, a także kontrolę starannie dobranej publiczności wyselekcjonowanej przez zakładowe komórki PZPR. Na sali mieszczącej 200 osób wskazanym jest, aby każdego dnia rozprawy znajdowali się pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa w liczbie 20, by ci mogli obserwować publiczność i zwracać uwagę na jej wypowiedzi – pisano w planie. Ponadto budynek otoczono patrolami, a na ulicy Poselskiej ustawiono nawet tankietkę.

Prześladowany ma prawo się bronić…

Ks. Władysław Gurgacz urodził się w 1914 roku w Jabłonicy Polskiej, koło Krosna. Wstąpił do Kolegium Jezuitów w Starej Wsi, a w Krakowie rozpoczął studia filozoficzne. W 1939 roku w Wielki Piątek, podczas pobytu na Jasnej Górze, przygotowując się do ślubów wieczystych złożył akt całkowitej ofiary za Ojczyznę w niebezpieczeństwie. Abyś pokój i wszelaką pomyślność Ojczyźnie mojej darować raczył, błagam Cię dziś pokornie, składając Ci w dani całkowitą ofiarę z życia mego. Te słowa miały się wypełnić dziesięć lat później.

Po przyjęciu święceń kapłańskich był po zakończeniu wojny kapelanem szpitala w Gorlicach, a od września 1947 roku u sióstr służebniczek w Krynicy. Tam też prowadził rekolekcje, cieszące się wśród wiernych ogromną popularnością. Ich treść była przyczyną próby zamordowania ks. Gurgacza przez miejscowego milicjanta. Wkrótce zagrożony aresztowaniem kapłan zaczął się ukrywać. Wtedy też przyszedł do niego z prośbą o spowiedź dowódca konspiracyjnej organizacji Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, Stanisław Pióro „Emir”. Jednocześnie poinformował go o działalności PPAN i pytał o ocenę moralną różnych czynów, m.in. odebranie sobie życia w razie niebezpieczeństwa, czy i kiedy wolno zabić bliźniego, o sens działalności podziemnej.

Tymczasem, wzmagający się terror Urzędu Bezpieczeństwa powodował, że coraz więcej członków PPAN szukało schronienia przed aresztowaniem. Dlatego Pióro postanowił utworzyć z nich partyzancki oddział leśny i chciał zapewnić mu duszpasterską opiekę. Z tą propozycją zwrócił się do ks. Gurgacza, który ją przyjął. Nie uważałem że przynależność do nielegalnej organizacji jest grzechem, bo prześladowany ma prawo bronić swojego życia i uciekać – tłumaczył swój ówczesny wybór. O swej decyzji powiadomił prowincjała jezuitów. Oddział pod dowództwem „Emira” zebrał się po raz pierwszy wiosną 1948 roku. Początkowo, na wniosek kapłana, przyjął nazwę – Pierwszego Podhalańskiego Oddziału Partyzantów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej Różańca Świętego, a później „Żandarmerii”. Z tymi żołnierzami ks. Gurgacz spędził rok, aż do momentu aresztowania.

„Zawsze wspierał moralnie”

W tym czasie bezpieka i wojska Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego pacyfikowały całe wsie podejrzane o sympatie z podziemiem. Największe poparcie mieliśmy wśród zwykłych, prostych i biednych ludzi. Oni nie szukali intelektualnych uzasadnień dla wprowadzenia komunizmu. Dla nich był to zbrodniczy i znienawidzony system. Wiedzieli to nie mając ukończonych uniwersytetów – zapamiętał Marian Stanek „Zero”.
To oni stanowili oparcie oddziału, mimo, iż los pojmanych oznaczał często śmierć. – Pięć kilometrów pędzono nas boso po śniegu. Śledczy przychodzili po zabawie, nad ranem. Kilku pijanych biło i kopało nas. Kiedyś przyprowadzili nawet wilczura, gdy nie chciał nas gryźć, to kopali jego – opowiadał Ludwik Klatka „Sęp” z PPAN. Nie wszyscy wytrzymywali takie tortury. – Metoda była prosta, bolszewicka. Aresztowali człowieka i bili tak długo, aż coś powiedział, albo go zabili. Wtedy brali następnego i tak do skutku – wspominał Tadeusz Ryba „Jeleń”.

– Mimo takich represji, w najczarniejszą stalinowską noc byliśmy wolnymi ludźmi. Z nami był skrawek niepodległej Polski – podkreślał Stanek.

Dowódca „Emir” przywiązywał dużą rolę do edukacji i morale swych żołnierzy. Dlatego niemal codziennie słuchali wykładów z historii starożytnej, fizyki, matematyki, a rola kapelana – ks. Gurgacza sprawującego Msze św. była szczególna. Sam tak mówił o niej w śledztwie: – W moich wykładach wyjaśniałem dowody na istnienie Boga, nieśmiertelność duszy, wartość czynów ludzkich, nagroda i kara w życiu pozagrobowym, zarys ascetyki, czyli, na czym polega istota życia wewnętrznego, kwestia ewolucji materializmu z punktu widzenia filozofii katolickiej. Jeśli chodzi o materializm, w swych wykładach podkreślałem jego rozbieżności z wynikami zdrowego rozumu. Podkreślałem sprzeczność materializmu tkwiącą w samych jego założeniach, a mianowicie, nie możliwym jest by materia była wieczna i niezmienna. Wyjaśniałem również zgubne skutki wynikające z przyjęcia teorii materialnej, a mianowicie znika wtenczas również różnica między złym a dobrym, zbrodnią i cnotą nie ma odpowiedzialności za swoje czyny, że zbrodniarza nie ma sensu karać, a dobrego za jego czyny wynagradzać. Nie ma w materializmie miejsca na istnienie życie duchowego, pozagrobowego. Wymieniałem im również uczonych, którzy byli apostołami materializmu. Prócz tych wykładów w każdą niedzielę i święta miewałem kazania na tematy wyłącznie ewangeliczne.

Członkowie PPAN zapamiętali jak ważna była wśród nich obecność kapłana. Relacja Tadeusza Ryby „Jelenia” nie była wyjątkiem. Towarzyszył nam w najtrudniejszych chwilach, nigdy nas nie opuścił. Dodawał wiary i otuchy. Nawoływał do nie przelewania niepotrzebnie polskiej krwi. Zawsze wspierał moralnie tłumacząc sens oporu wobec komunistów. Sam pasjonował się filozofią, wiele nam o niej opowiadał, dużo malował, był uzdolniony plastycznie. Ostatni raz widziałem się z nim na tydzień przed jego aresztowaniem – tak zapamiętał kapłana jeden z uczestników PPAN.

„Sprawa nie posunęła się naprzód”

Urząd Bezpieczeństwa posiadał jednak coraz więcej informacji dotyczących ukrywającego się kapłana. W takiej sytuacji Naczelnik V Wydziału kpt. Kozłowski przygotował „Plan przedsięwzięć agencyjno-operacyjnych w kierunku uchwycenia ks. G.[urgacza] z bandy ’Żandarmeria’”. Odpowiedzialnym za wykonanie zadania uczyniono referenta Stanisława Florka. Głównym elementem planu był werbunek agentury w miejscach, z którymi – jak przypuszczano – poszukiwany może mieć kontakt. Jednocześnie, wraz z werbunkiem agentury Kozłowski nakazywał podległym strukturom UB udzielenie czynnej pomocy w zebraniu materiałów kompromitujących dotyczących współpracy z elementem przestępczym i wszystkich informacji dotyczących udziału w bandach członków Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej i innych kościelnych organizacji, co było przygotowaniem do akcji propagandowej. Już wtedy rozpoczęto gromadzenie materiałów mających kompromitować Kościół i wykorzystanych następnie m.in. w czasie procesu.

Na początku stycznia 1949 roku bezpieka zrealizowała pierwszą część planu przygotowaną przez Kozłowskiego. Zdobyto siedmiu konfidentów mających donosić na księdza Gurgacza, inni odmawiali. W parafii Ptaszkowa ksiądz kategorycznie odmówił podpisania zobowiązania, jedynie ustnie zadeklarował przekazywanie informacji. Podobnie w parafii Nawojowa nie udało się nakłonić do współpracy miejscowego księdza, który, mimo że jest przychylnie ustosunkowany do obecnej rzeczywistości zobowiązania w żadnym wypadku nie chciał podpisać wykręcając się różnymi powodami. Niepowodzeniem zakończyła się również akcja w parafii Grybów.

Wartość wiadomości otrzymywanych od stworzonej bardzo szybko sieci agentów była wątpliwa. Nikt nie widział i nic nie wiedział o ks. Gurgaczu. Konfident „Marek” donosił: Jako maszynista parowozowy bardzo mało przebywam w domu. Dlatego też mniej posiadam wiadomości niż powinienem ich posiadać. Mimo licznych werbunków, a także mimo zdobycia dalszych pięciu informatorów UB: sprawa jednak nie posunęła się naprzód. Sama bezpieka musiała przyznać, że mimo rozbudowanej agentury, przez ponad rok, jej wysiłki zmierzające do pojmania ks. Gurgacza były nieskuteczne.

„W imię miłości Boga i Ojczyzny…”

Aresztowano go w wyniku niepowodzenia akcji zdobywania pieniędzy w krakowskim banku. Zatrzymani uczestnicy wskazali adres – mieszkanie w krakowskiej kamienicy przy ul. Krótkiej 3, pod którym może przebywać poszukiwany kapłan. On sam nie brał udziału w akcji, ale kiedy dowiedział się, że kolegów aresztowano, nie skorzystał z możliwości ucieczki, gdyż jak stwierdził: moje miejsce jest tam, gdzie moich chłopców. Byliśmy razem, dlatego do końca będziemy dzielić wspólny los.

Został oskarżony m.in. o udział w napadach rabunkowych. Tłumacząc organizowanie akcji, których celem było zdobycie pieniędzy na potrzeby oddziału mówił: Podobnie jak za czasów okupacji niemieckiej partyzanci utrzymywali się z dokonywania napadów na mienie znajdujące się we władaniu okupanta. Polska Podziemna Armia Niepodległościowa nie działała z pobudek osobistych, ani chęci zysku, lecz na skutek przekonania, że obecny rząd polski nie jest wyrazem opinii większości społeczeństwa polskiego i nie stara się o interesy wszystkich obywateli, dlatego uważałem, że zabierając mienie państwowe czy spółdzielcze nie popełniamy przestępstwa.

Postać ks. Gurgacza przez dziesiątki lat była zapomniana. W 2008 roku został odznaczony pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski przez śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który w okolicznościowym liście napisał: W imię miłości Boga i Ojczyzny wybrał los ludzi wyklętych przez komunistyczną propagandę i wyjętych spod prawa, nieustanie tropionych przez aparat bezpieczeństwa, zaciekle zwalczanych, a w razie aresztowania okrutnie torturowanych i skazywanych na śmierć. I nie zawahał się pójść tą drogą aż do samego końca.

Jarosław Szarek
http://www.pch24.pl/

Komentarzy 9 to “„Całkowita ofiara z życia mego””

  1. p.e.1984 said

    Widzę, że Pan, Panie Matucha stara się uwiarygodnić przed lokalną publiką po naszej wczorajszej dyskusji. Ja Pana uraczę moją wypowiedzią pod tekstem „Księża patrioci” na niepoprawni.pl. Akurat jest na temat. Radzę przemyśleć, zanim będzie Pan wyrządzał kolejne szkody świadomości narodowej (której szkodzi żydoprawida – dokładnie na tym polu). Ma Pan „kaduceusz polski”, to niech Pan robi z niego mądry użytek dla Polaków zamiast mącić im w głowach i opiewać zabicie „paru UB-ków”. AK wykończyło Kutcherę. Berman, Brystygierowa, Fejgin, Światło i wielu innych krążyło po Warszawie przez wiele lat – włos im z głowy nie spadł. Polscy „bohaterowie” z lasu woleli mordować powiatowych posterunkowych MO i bezbronnych cywilów – plus terroryzować ludnosć wsi i miasteczek nonsensownymi w tamtej sytuacji rozkazami. Skoro już panowie oficyjerowie (często samozwańczy) zdecydowali się popełnić samobójstwo – powinni pojechać do Warszawy i próbować zastrzelić żydowskie dowództwo UB, zamiast rabować wieśniakom kury i świnie i zabawiać się mordowaniem pionków (plus przypadkowych osób).

    „Dobre duchowieństwo” posyłało patriotów do piachu?

    godziemba napisał:
    Na tle „złego” duchowieństwa współpracującego z podziemiem, jaśniała w prasie coraz mocniej grupa „księży patriotów”, budowana na wzór czeski, a obecna coraz częściej w prasie komunistycznej od lata 1949 roku. Grupa ta wywodziła się przede wszystkim ze środowiska duszpasterstwa wojskowego, będącego w konflikcie z hierarchami a także spośród byłych więźniów obozów hitlerowskich oraz złamanych psychicznie duchownych, głównie ze Śląska.

    Jasne, popieranie samobójstwa narodowego, sankcjonowanie rozlewu krwi patriotów w beznadziejnej walce to był szczyt patriotyzmu, a sprzeciwianie się jej przez księdza to była zdrada narodowa. Brawo. Nie dziwne, że duszpasterze wojskowi sprzeciwiali się partyzantce i „podziemiu”. Oni wiedzieli dobrze, jaki musi być finał tej walki zbrojnej.
    A gen. Fieldorf patrzył na porywanie się z motyką na słońce (kiedy wrócił z zesłania) zupełnie inaczej:
    Gen. Fieldorf „Nil” nie był „żołnierzem wyklętym”

    Podczas obchodów Dnia Żołnierzy Wyklętych bardzo często posługiwano się nazwiskiem legendarnego gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” (1895-1953), szefa Kedywu KG AK i organizacji „Nie”. Stawiano go w jednym szeregu np. z Józefem Kurasiem „Ogniem” czy innymi kontrowersyjnymi dowódcami oddziałów zbrojnych po 1945 roku.
    Jest to jawne nadużycie i fałszowanie historii. Tak jak praktycznie wszyscy wysocy rangą oficerowie AK, „Nil” zdecydowanym przeciwnikiem kontynuowania walki w lesie przez byłych członków konspiracji. Uważał to za karygodne i bezcelowe, przynoszące umęczonemu narodowi dodatkowe ofiary.
    „Nil” nie był obecny w Polsce w okresie największego nasilenia walki podziemnej w latach 1945-1947. Po powrocie z zsyłki, i zapoznaniu się z sytuacją – zajął jednoznaczne stanowisko. Jak wynika z dokumentów znajdujących się obecnie w IPN i wykorzystanych w pracy Marii Fieldorf i Leszka Zachuty pt. „Generał Fieldorf „Nil” – fakty, dokumenty, relacje” (Warszawa, 2006), „Nil” miał pretensję do swoich kolegów z Komendy Głównej AK. W raporcie agenturalnym niejakiego „Żukowskiego”, czytamy:
    „Za winę Radosława [płk. Jana Mazurkiewicza] i [płk Jana] Rzepeckiego uważa utrzymywanie oddziałów leśnych po wyzwoleniu, co określa jako zbrodnicze i niezgodne z projektami. Akcję ujawniania powinien był podjąć Rzepecki. Władze Bezpieczeństwa były w tym czasie skłonne pójść na dalekie ustępstwa. Radosław nie umiał tego momentu wykorzystać i wyrządził tym szkodę. Rzepeckiego wina w tym, że powinien był sam sprawę rozwiązania AK i ujawnienia omawiać z władzami Bezpieczeństwa”.
    Ponadto autorzy książki dodają: „Negatywny stosunek „Nila” do kontynuowania działalności konspiracyjnej znajduje potwierdzenie i w innych źródłach. Stanisława Wierzbicka „Chinka” przekazała GZI WP informację, że Fieldorf w czasie rozmowy na temat dawnej konspiracji „wyraził się, że potępia każdą obecną działalność podziemia i uważa, że najwyższy czas pozytywnie pracować dla kraju” (IPN w Warszawie, sygn. 0259/586, K. 51)”.
    Taką ocenę sformułował mimo znanych mu faktów nie przestrzegania (choć nie zawsze) przez UB układów z dowódcami AK. Dlaczego „Nil” zajął takie stanowisko? Wyjaśnia to dalszy ciąg donosu „Żukowskiego”:
    „Co myśli o sprawie podziemia i jego działania. N[il] uważa, że istnieje konflikt między ZSRR i Ameryką i że my Polacy nie mamy tu nic do powiedzenia. Raczej powinno się myśleć o pozostawaniu na uboczu. Mówi, że gdyby na przykład istniała teoretyczna możliwość powstania zbrojnego całego narodu, to rezultatem tego byłoby tylko zmniejszenie ludności o 25%. Związek Radziecki jest w stanie każdy ruch zbrojny zlikwidować”.
    Na jakiej więc podstawie gen. „Nil” uznany jest przez organizatorów obchodów za niemal patrona i symbol Dnia Żołnierzy Wyklętych? Może dlatego, że potrzebne jest jakieś znane i szanowane nazwisko? Może chodzi o postawienie znaku równości między AK a „żołnierzami wyklętymi”? Tak czy inaczej, jest to manipulacja faktami i zakłamywanie prawdy historycznej. Oficerowie Komendy Głównej AK, jeszcze w 1945 roku, jasno stwierdzili, że takiego związku nie ma i powoływanie się przez odziały leśne na AK lub używanie jej nazwy jest bezprawne.
    Przy tej okazji prezentowane są opinie, że dalsze losy gen. „Nila” (skazanie na śmierć w 1953 roku) są dowodem na to, że walka podziemna „wyklętych” była słuszna. Jest to opinia nie do przyjęcia. „Nil” postępował wedle zasady, że nadrzędny jest los całego narodu, a nie los jednostek. Nawet gdyby przewidział co go może czekać, nie zmieniłby zdania, bo jego troską była przyszłość umęczonego wojną narodu. Być może wtedy zdecydowałby się na emigrację, ale na pewno nie rzuciłby hasła: „walczymy dalej do upadłego, do końca”.
    „Nil” był ofiarą terroru stalinowskiego, a nie „żołnierzem wyklętym”. Łączenie jego nazwiska z ideologią i historiozofią, która towarzyszy obchodom Dnia Żołnierzy Wyklętych – jest nie do przyjęcia. Ale to nie znaczy, żeby tego dnia nie oddawać Mu hołdu, co niniejszym czynię. Jemu, ideowemu piłsudczykowi, który wykazał się w tym dramatycznym momencie polskiej historii wielkim poczuciem odpowiedzialności, dając przykład prawdziwej postawy patriotycznej i heroicznej niejednemu powołującemu się, tak wtedy jaki i dziś, na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego.
    Jan Engelgard
    http://sol.myslpolska.pl/

    Czyżby „Nilowi” brakło patriotyzmu i odwagi – czy może miał za dużo rozumu?
    Jak patrzył na sprawę „podziemia” jeden z najwybitniejszych polityków narodowych w tamtym okresie, Bolesłw Piasecki?

    Dziwny to kompromis, w którym jedna ze stron rzucona jest na kolana. Jaki kompromis może zawrzeć ofiara z katem? Faktem jest, że Piasecki zrozumiał w porę, że jedyną szansą przeżycia jest zwrócić na siebie uwagę. Nie ukrywał więc w śledztwie, że był Komendantem Głównym Konfederacji Narodu.
    Piasecki rozumował: Nie będzie żadnej trzeciej wojny. Nie należy liczyć na Anglosasów, którym tak bardzo ufali żołnierze AK i NSZ. Kraj jest na granicy biologicznego wyniszczenia, a zatem trzeba skończyć z walką partyzancką. Partyzantka może stać się pretekstem do gigantycznych represji. Jeśli Polacy nie zaadaptują się do nowej rzeczywistości, dla Rosjan nie będzie problemem wywieźć następne dwa, trzy, pięć milionów. Świat nie kiwnie palcem.
    – Zbrojnej walce z komunizmem Piasecki jako pierwszy powiedział „nie”. Dopiero w PIĘĆ lat potem „nie” powiedział Episkopat i w OSIEM lat później – po aferze Bergu – emigracja. [Afera Bergu: emigracyjna Rada Polityczna porozumiała się z wywiadem amerykańskim w sprawie szkolenia kurierów i przerzucania ich do Polski w zamian za finansową pomoc dla emigracji; tymczasem okazało się, że kanały kontaktowe z krajem kontrolowane były przez UB, co spowodowało kompromitację tego typu działalności].
    Źródło: http://niniwa2.cba.pl/boleslaw_piasecki.htm

    ______________________________

    Komu chcecie stawiać pomniki?
    Prawdziwa powojenna działalność Franciszka Olszówki „Otta”
    Julian Bartosz

    Prezydent Bronisław Komorowski, zaszczycając 17 sierpnia swoją obecnością „archeologów” prowadzących pod kierownictwem dr. Krzysztofa Szwa-grzyka z wrocławskiego oddziału Biura Edukacji Publicznej IPN prace ekshuma-cyjne na „łączce” na Powązkach w celu znalezienia i identyfikacji szczątków ofiar komunistycznych zbrodni i terroru, miał „poczucie niedosytu”, albowiem „do dziś nie mają (oni) swojego miejsca pamięci ani muzeum”. Przyrzekł, że poczyni starania, aby wreszcie dla godnego upamiętnienia m.in. żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego takie miejsce w Warszawie zostało urządzone.
    Mniejsza o to, że jego poprzednik zdążył już godnie uczcić niepodległościowych bohaterów – m.in. odsłaniając w Zakopanem pomnik Józefa Kurasia „Ognia”. Ważne, że „żołnierzom wyklętym” postawiono w wielu miejscach kraju monumenty sławiące ich walkę o wolną Polskę. I że planuje się ich jeszcze więcej – np. w Kępnie powstał komitet obywatelski, który na samorządowej działce planuje postawić pomnik dla upamiętnienia wyczynów Franciszka Olszówki „Otta”.
    Z WEHRMACHTU DO MO
    Według wydanej w 2002 r. książki „Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944-1956. Słownik biograficzny”, t. 1, której współautorem był Janusz Kurtyka, oraz innych danych, urodzony w 1924 r. w podsycowskich Pisarzowicach Franciszek Olszówka, „żołnierz podziemia antykomunistycznego, dowódca oddziału działającego na terenie powiatów Kępno, Namysłów i Kluczbork w latach 1945-1946″, określany jako komendant polowy
    oddziałów AK i samomianowany „porucznik”, był synem dzierżawcy majątku Gustava Birona von Kurlanda w Pisarzowicach.
    W czasie okupacji -jak się stwierdza w haśle Wikipedii – Olszówka został wpisany do III grupy niemieckiej listy narodowościowej [1] i, co było tego konsekwencją, służył w Wehrmachcie. Zdezerterował z armii pod koniec 1944 r. i dołączył do siedmioosobowej grupy, ukrywającej się w Lesie Pomiańskim w powiecie kępińskim. W styczniu 1945 r. we wsi Wodziczna wstąpił do MO i został komendantem tamtejszego posterunku. W kwietniu wraz z jego za-
    łogą i z bronią uciekł do lasu i założył oddział zbrojny. Największy stan liczbowy (80 osób, nie licząc współpracowników) oddział „Otta” osiągnął na przełomie 1945 i 1946 r. Zrazu formalnie związany z wielkopolskim oddziałem „Warta”, po zabiciu jego łącznika „Kordzika” latem 1946 r. Olszówka stał się w pełni samodzielny, nie podporządkował się już żadnej strukturze poakowskiej ani narodowej. Jego zastępcą był „Rudy”, także były żołnierz Wehrmachtu, po lutym 1946 r. następca „Otta”. Pod komendą Olszówki było 17 dezerterów z wojska oraz milicji.

    O WPISANIE NA VOLKSLISTĘ TRZEBA BYŁO SIĘ UBIEGAĆ
    W styczniu 1944 r. na terenach włączonych do Rzeszy na Volkslistę wpisanych było 2,75 mln osób, w tym w grupie III 1,6 mln. Do grupy I i II zaliczono automatycznie ludzi aktywnych w walce o interesy niemczyzny albo nieaktywnych, ale niewątpliwie niemieckiego pochodzenia. W prawach jako Reichsbürger und Staatsangehörige mieli równy status, ale do NSDAP mogli należeć tylko ci z grupy I. Grupą III mogli być objęci ludzie związani z polskością, ale mający małżonków niemieckich, a także „zdolni do zniemczenia członkowie »warstw pośrednich« pochodzenia śląskiego”. Musieli oni jednak ubiegać się o to indywidualnym podaniem podlegającym weryfikacji i zatwierdzeniu przez miejscową komórkę partyjną „komisariatu umocnienia niemczyzny”. Grupa IV to Schutzangehörige z prawami mniejszymi niż Żydzi na terenie Rzeszy. Olszówka nie mógł zatem „zostać wpisany” do grupy III DVL, lecz musiał o nią zabiegać (Źródło: M. Broszat, „Nationalsozialistische Polenpoiitik 1939-1945″, Stuttgart 1961).

    Do lutego 1946 r. oddział przeprowadził w powiatach wieluńskim, kępińskim, sycowskim, namysłowskim, kluczborskim i oleśnickim wiele akcji. Najgłośniejszą było rozbicie placówki PUBP w Kępnie 23 listopada 1945 r., w czasie której zabito ośmiu funkcjonariuszy, a także żonę i dwoje dzieci szefa placówki. Napady na posterunki MO -i z reguły zabijanie ich komendantów – miały miejsce m.in. w Rychtalu, Bąkowicach, Laskach, Głuszynie, Kobylej Górze. Prace sprzed 1989 r. podają, że oddział ten dokonał 71 zabójstw, w tym na 41 osobach cywilnych, 39 razy napadał na nadleśnictwa, sklepy GS, majątki, kasy stacji kolejowych i urzędy gminne. „Otto” walczył z „żydokomuną” – 29 listopada 1945 r. w Bolesławcu jego banda zamordowała siedmioosobową rodzinę Kohnów. Dalszych członków tej rodziny dopadnięto w zasadzce w drodze do Wielunia w grudniu 1945 r. Zabito wtedy też wójta Bolesławca. Mobilność bandy zapewniały dwa samochody, 14 motocykli, dziesiątki rowerów oraz podwody, do których zmuszano gospodarzy. Ludzie „Otta” byli dobrze uzbrojeni w ponad 100 jednostek broni palnej, w tym pistolety i karabiny maszynowe.
    LIKWIDACJA OSADNIKÓW
    7 lutego 1946 r. w podsycowskiej miejscowości Wioska „Otto” zaczaił się na zwerbowanych do milicji 20-letnich byłych parobków z okolicznych majątków, którzy odbywali tam ćwiczenia prowadzone przez przedwojennego plutonowego pchor. Zygmunta Pałczyńskiego, żołnierza Września, w czasie okupacji żołnierza AK i AL. Trzej milicjanci: Zygmunt Pałczyński, Stefan Skoczylas i Stefan Włodarczyk odnieśli w tej potyczce rany i wpadli w ręce oddziału Olszówki. „Kiedy pluton wzmocniony przez znajdującą się w Sycowie jednostkę radziecką wrócił na miejsce starcia, odnalazł straszliwie zmasakrowane i rozebrane do naga zwłoki trzech mężczyzn. Mieli połamane ręce i nogi, żebra, pociętą skórę na plecach, zmiażdżone twarze. Dobito ich z pistoletów”. Następnego dnia zmobilizowane znaczne siły KBW, MO i UB okrążyły w Pisarzowicach oddział Olszówki. „Otto” zginął, ale wielu członków bandy zdołało wyjść z okrążenia i do lata 1946 r. pod komendą „Rudego” działało dalej. 18 lutego w Czasta-rach banda napadła na pociąg, z którego wywleczono i zabito dziesięciu radzieckich żołnierzy[2]. Dwa dni później siły rządowe (określane przez IPN jako „czekiści”, „polskie NKWD”, „uzbrojeni kolaboranci”) osaczyły oddział „Rudego” na niedalekich kwaterach we wsi Wiewiórka[3].
    Jak pisze Tomasz Balbus, „żołnierze AK przystąpili następnie do akcji ulotkowej mającej na celu uświadamiać ludność o charakterze i celach sowieckiego podboju Polski. W nocy z 15 na 16 lutego 1946 r. w Grabowie patrol oddziału »Rudego« rozwiesił ulotki »Głos z lasu«. Głosiły one: »Polacy! Już wybiła godzina prawdziwej wolności, kto żyje za broń! Spotka zasłużona kara tych, co nas Polaków nazywali bandytami. Za usunięcie tej ulotki grozi kara śmierci przez rozstrzelanie«”.
    Bronił też Olszówka prześladowanej miejscowej ludności, Niemców i autochtonów, przed „polskimi komunistami”. 22 listopada 1945 r., dowiedziawszy się, że miejscowi mają być wysiedleni, „Otto” z kilkoma swoimi ludźmi naszli we wsi Turkowy rodziny osadników z Polski, które zostały uprzednio dokwaterowane do gospodarstw „tutejszych”. Jak je charakteryzuje historyczka Aleksandra- Hołubecka-Zielnica, były to rodziny pepeerowców. Regionalistka przytacza relację pięcioletniej wówczas dziewczynki: „Tamtego wieczoru przyszło do nas dziesięciu żołnierzy »Otta«. Zabrali konie i uprząż, a sąsiada, który przypadkowo był u nas, zrewidowali i postawili pod ścianę. Po chwili wszedł »Otto« i spytał, czy tu jest ten s*** i wymienił nazwisko taty. Ojciec powiedział, że to on. Wtedy »Otto« kazał mu wstać i wyjął pistolet. Ten się jednak w czasie odbezpieczania zaciął i ojciec zdążył jeszcze powiedzieć: »Panowie, zlitujcie się, mam małe dzieci«. Padł strzał, a potem drugi. Kule ugodziły ojca najpierw w jedno oko, potem w drugie”. W podobny sposób zginęli tej nocy Jan Szynweld, Kazimierz Baginski i Paweł Szewczyk. Żaden nie należał do PPR, a pięcioro dzieci zostało sierotami. Grożono ciągle, że jeśli inni dobrowolnie nie opuszczą bezprawnie zajętych gospodarstw, zginą tak samo jak ci trzej. Wtedy opuścił wieś tylko jeden osadnik.
    PIEWCA Z IPN
    We wspomnieniach mieszkańców dawnego pogranicza pojawiały się i takie głosy o Olszówce: „krystaliczna postać to nie była”, ale dla wielu aktualnych demokratów „Otto” – czymkolwiek się kierował: antykomunizmem, chęcią obrony Niemców przed wysiedlaniem,
    antysemityzmem czy zwyczajnym motywem bandyckim – jest bohaterem z piękną, wciąż rozwijaną legendą.

    Oddział „Otta” dokonał 71 zabójstw, w tym na 41 osobach cywilnych, 39 razy napadał na nadleśnictwa, sklepy GS, majątki, kasy stacji kolejowych i urzędy gminne.

    Szczególnie zasłużonym piewcą „bohaterstwa” tego bandyty jest Tomasz Balbus, naukowiec z wrocławskiego oddziału IPN, w którym wedle jego zapowiedzi przygotowywana jest monografia „Otta”. Będą w niej, jak poinformował, opisy „brawurowych akcji likwidacyjnych” przeprowadzonych przez „żołnierzy AK pod dowództwem porucznika Franciszka Olszówki”. W serii dziewięciu artykułów Balbus scharakteryzował ogólną sytuację kraju, w której „swoimi strzałami żołnierze niepodległościowego podziemia, w tym »Ottowcy«, przez kilkanaście powojennych lat przypominali, iż okupowana przez Armię Czerwoną Polska to coś więcej niż tylko łyżka zupy, wódka zagryzana pajdą chleba z ogórkiem, barłóg w kącie chaty, czy też komunistyczny wiec na pobliskim rynku”. W tym kwiecistym stylu porównuje profesor „w szerszej – jak powiada – perspektywie historycznej” walczących z prawdziwymi Polakami „polskich czekistów”, „de facto polskojęzycznych enkawudzi-stów” do „francuskich jednostek Waf-fen-SS”. Przeciw takim „powstańcom” stały – jak się opisuje – „pachołki, które u Niemca krowy paszli”(!) (sformułowanie z wyświetlanego na konferencji w Pisarzowicach wielkiego spotu), byli członkowie „komitetów parobczań-skich, w których szeregach trudno znaleźć ludzi moralnie czystych”, jakieś „bezpieczniackie zapite mordy z UB”, „zbiry z MO”, „nieuczone bose Antki”, „całe takie dziadostwo”.
    Prezydenckie „poczucie niedosytu” nie odnosi się chyba do opisanego „bohatera”[4].
    [1] Deutsche Volksliste.
    [2] Gdy podczas konferencji IPN 6 czerwca 2011 r, na której domagano się, by ze stacji PKP w Czastarach usunąć tablicę upamiętniającą dziesięciu zamordowanych żołnierzy radzieckich, autor zapytał Tomasza Balbusa: Jacy to byli komuniści, którzy z parobków u księcia kurlandzkiego przeszli po wyzwoleniu do milicji?”, usłyszał odpowiedź: „To był po prostu »bój spotkaniowy« z wrogami niepodległości Polski”. Akcję w Czastarach Balbus określał jako „likwidację okupantów”.
    [3] Miejsce pochówku zabitych w potyczce członków bandy „Rudego” jest nieznane. Autorzy materiału IPN piszą w związku z tym: „W akcję poszukiwania ich szczątków powinny zaangażować się władze państwowe i samorządowe, historycy, dziennikarze, mieszkańcy, również ci pochodzący z rodzin komunistycznych kolaborantów”. Winno się im zorganizować uroczysty pogrzeb z udziałem kompanii honorowej WP
    [4] Czytelników zainteresowanych działalnością „Otta” odsyłam do mojej książki „Fanatycy. Werwolf i podziemie zbrojne na Dolnym Śląsku 1945-1948″, Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2012.
    Źródło: „Przegląd” 37(663), 16.09.2012

  2. p.e.1984 said

    Errata:
    Jest: Widzę, że Pan, Panie Matucha
    Powinno być: Widzę, że Pan, Panie Marucha

    Jest: której szkodzi żydoprawida
    Powinno być: której szkodzi żydoprawica

  3. błysk said

    Cześć i chwała bohaterom Polski podziemnej ,antykomunistycznej . Gdyby tak więcej księży Gurgaczy ,również dziś w „wolnej ” Polsce.

  4. błysk said

    Sądzę,że postawa żołnierzy niezłomnych / nie żadnych ‚wyklętych ” przez kogo? przez nie wierzących komunistów? termin fatalny/ była słuszna.To byli ci ,którzy nie mogli się pogodzić z żydowską okupacja Polski, co z reguły przypłacili życiem. Wszelkie inne frazesy , w tym i Piaseckiego,że rzekomo chodziło o oszczędzanie krwi polskiej , to banialuki , bo poprzez to „oszczędzanie ” nawoływali de fakto do podporządkowania się reżimowi , osłabiali narodowego ducha, chronili swoje rzekomo cenne życie . Podejrzewam oportunizm ,pokrywany rzekomą troską o naród.

  5. p.e.1984 said

    No jasne, najlepsza na polskie problemy mentalność z powstania styczniowego rodem Mentalność zaszczepiona durnemu polactwu przez … starszych i mądrzejszych. A potem już tylko utrwalana … przez nich samych i przez ich pożytecznych idiotów:
    „Żydzi a Powstanie Styczniowe i jego planowo antypolski wymiar”
    http://myslnarodowa.wordpress.com/2012/08/24/zydzi-powstanie-styczniowe-antypolski-wymiar/

  6. Marucha said

    Re 1:
    Panie P.E., gajówka istnieje sześć lat (od września 2006) i naprawdę nie ma potrzeby, abym się „uwiarygadniał” przed lokalną publiką, o czym zresztą niedwuznacznie świadczy wynik ostatniej ankiety.

  7. Siggi said

    P.e.1984-podzielam ten pkt widzenia n/t tych „niepodleglosciowcow”,ktorzy zbrukali swoje lapy krwia setek,tysiecy Polakow zamordowanych w takich akcjach jak oprawcow „Zapory”.Przykro,bo Dekutowski”Zapora”byl zrzutkiem-cichociemnym. Pozdrawiam-Siggi z CA.

    „Zapora”. Dziennik znaleziony na pobojowisku.IP: *
    Pamiętnik spisany na kartkach niewielkiego formatu zaczyna się 1 listopada 1946
    roku. Prowadził go podkomendny „Zapory” z czwartego plutonu porucznika
    „Samotnego”, a podnieśli z pobojowiska pod Albinowem Małym koło Biłgoraja
    żołnierze grupy manewrowej. Czytany po latach, odsłania obraz dla mojego
    pokolenia, urodzonego w czasie spokojnym, zupełnie niepojęty. „Albinów Duży.
    Piątek. 1 listopada 1946 roku. Jest dzień 1 listopada, czyli Dzień Wszystkich
    Świętych. Dzień ten spędziliśmy bez żadnych robót. Wieczorem odmarsz do
    następnej kwatery. Po przemówieniu „Zapory” ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolonia
    Wólka Abramowska. Sobota. 2 listopada 1946 roku. Bez żadnych przejść. Po drodze
    zatrzymaliśmy się we wsi Malina zmarznięci i głodni. We wsi jest trudno znaleźć
    coś do jedzenia. Dopiero po gruntownych poszukiwaniach znaleźliśmy w bród
    wszystkiego. Mimo to jednak musieliśmy brać jedzenie siłą, to znaczy bić się z
    babami o kromkę chleba i garnuszek mleka. Piłatka. Niedziela. 3 listopada 1946
    roku. Cały dzień deszcz. Nad ranem dołączył „Faraon” z kilkoma chłopakami. Około
    południa ruszyliśmy na Wierzchowiska, gdzie spodziewaliśmy się roboty, gdyż
    Bezpieczeństwo nękało nas całą przeszłą noc warkotem samochodów i strzałami. Nic
    nie znalazłszy w wiosce, zdobyliśmy konie i ruszyliśmy na dalsze kwatery.
    Kolonia Krzanowska. Wtorek. 5 listopada 1946 roku. Jeszcze dziś jesteśmy mokrzy.
    Bezpieczeństwo szuka nas, a wkoło słychać warkot maszyn. Siedzimy na kwaterach
    cicho i popijamy bimberek. Jedzenia mamy dosyć, gdyż „Stary” („Zapora”) posłał
    do sklepu po żywność. Kolonia Abramowska. Środa. 6 listopada 1946 roku. Dobrze
    nam, choć mało jedzenia. Cały dzień siedzieliśmy na kwaterze. Gospodarza
    oderwaliśmy od roboty i musiał na harmonii nam grać. Wieczorem „Samotny”
    poprowadził nas na małą robotę. Po rozdzieleniu zdobyczy otrzymałem palto na
    futerku. Albinów Duży – Leszczyna. 7 listopada 1946 roku – 22 listopada 1946
    roku. Cały przeciąg czasu przechodzi bez żadnych przeżyć. Otrocze. Sobota. 30
    listopada 1946 roku. Kwatery zajęliśmy. Nazajutrz wybieramy się na robotę do wsi
    komunistycznej Huta. Tokary, Huta, Gródki. Niedziela. 1 grudnia 1946 roku. Dziś
    robota. Koniec wioski Tokary, gdzie mieszkają komuniści, rozbity. Następna
    wioska Huta. Cała wioska po krótkim ostrzelaniu w naszych rękach. Baty członkom
    ORMO, demolacja mieszkań, uzupełnienie mundurów, kożuchów, butów. Do jedzenia
    zabrano świnię. Ze wsią Gródki staje się to samo, tylko Komendant ORMO spalony.
    Kocudza. Środa. 4 grudnia 1946 roku. Znowu „Moskiewka”. „Samotny” prowadzi
    akcję. Komuniści strzelają z mieszkań, lecz mimo to wieś przechodzi w nasze
    ręce. Historia podobna jak w Gródkach. Jedno zabudowanie spłonęło. Duża część
    domów zdemolowana. Teren „Jadzinka”. Święta Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie
    spędziliśmy z „Jadzinkiem”. W Wigilię mieliśmy gości w postaci księdza kapelana,
    Komendanta Obwodu Zamojskiego pana majora „Jara” (obecnie inspektora Armii
    Polskiej) i Komendantów innych Obwodów. Zachodziły bardzo nieprzyjemne spory,
    jak np. wybicie jeden drugiemu oka i tym podobne, ale na ogół przeszły dobrze
    dni świąteczne. Trochę tęskniło się do matki, brata i rodziny, ale jakoś przejść
    musiało. Tereny „Bohuna”. Noc z 28 na 29 grudnia 1946 roku. Tej nocy, po
    odłączeniu się na krótki czas od „Jadzinka”, narobiliśmy trochę szumu. Było
    bicie w mordę komunistów i Ukraińców, demolacja mieszkań i tym podobne rzeczy.
    Wielu z nich nawróciło się na prawdziwą drogę i bez żadnego przymusu.
    Przysięgali sobie i Bogu stać wiernie przy prawdziwej Polsce, a nie służyć dalej
    bolszewikom. Po robocie odeszliśmy na kwaterę. Tereny „Bohuna”. Noc z 30 na 31
    grudnia 1946 roku. W nocy idziemy na robotę. Komendant zapowiada polanie się
    krwi. Pierwsza robota – browar pod Zamościem dwa kilometry od centrum miasta,
    gdzie dyrektor browaru, komunista, zostaje zabity. W tym miejscu zostają cztery
    trupy oprócz dyrektora. Po pierwszej robocie, wycofujemy się z Zamościa na
    pobliską wioskę, gdzie pada od naszych kul jeszcze czterech…”. To zaledwie
    wycinek, zapis dwóch miesięcy działań jednego plutonu zgrupowania „Zapory”, a
    oprócz „Samotnego” działają: „Renek” na obszarze Bełżyce, Chodel; „Miś” –
    Kraśnickie, Urzędów; „Jadzinek” – Bychawa, Krzczonów; „Ryś” – Konopnica,
    Jastków, Niedrzwica; „Cygan” – Kraśnik. Do tego dodać jeszcze trzeba „Żbika” i
    jego grupę zwaną egzekutywą i żandarmerię „Ducha”. Nieco luźniej ze zgrupowaniem
    związany jest „Uskok”. Niewielkie fiszki układane na biurku historyka nie robią
    specjalnego wrażenia. Suche informacje: imię, nazwisko, urodzony. Łączy je
    jednak ostatnia formułka: zginął, zabity… 328 karteczek, 328 życiorysów
    urwanych dramatycznie… I dwa pytania stawiane w cztery dziesiątki lat po
    wydarzeniach: Dlaczego? Dlaczego aż tak? Trzy lata wcześniej. W nocy z 16 na 17
    września 1943 roku pod Wyszkowem cichociemny podporucznik Hieronim Dekutowski
    ps. „Zapora”, „Odra”, dotyka polskiej ziemi po trzech latach nieobecności. Z
    przydziałem do Kedywu Okręgu AK Lublin trafia na okres aklimatyzacji do
    Inspektoratu Zamość, potem otrzymuje nominację na szefa Kedywu Inspektoratu
    Lublin–Puławy oraz dowódcę oddziału dyspozycyjnego Kedywu (drugi pluton OP8). W
    lipcu 1944 roku, wobec niepowodzenia planu „Burza”, naczelny wódz Polskich Sił
    Zbrojnych na Zachodzie podejmuje decyzję o pozostawieniu na ziemiach wyzwolonych
    … nowej konspiracji … „o zadaniach realnie wymierzonych i na razie
    skromnych”. „Zapora” melinuje broń, utrzymuje siatkę w gotowości, pozostawia
    przy sobie grupę czterdziestu osób. 29 stycznia 1945 roku rozkaz numer 1
    powołuje „pierwszy partyzancki oddział – Ósmy Pułk Piechoty – w celu walki z
    sowieckim okupantem”. Od tego momentu zaczyna się zdecydowany wzrost szeregów.
    „Zapora” podporządkował sobie bowiem wszystkie oddziały pozostające w
    konspiracji, tak, że w czerwcu 1945 roku zgrupowanie liczy już około 190–220
    ludzi. Pierwszą Kompanią dowodzi „Jagoda” (30 ludzi), Drugą – „Jurand” (70),
    Trzecią – „Jerzy” (40), Czwartą – „Ryś” (35). Z politycznego punktu widzenia
    tworzenie tych struktur zasadzało się na wyspekulowanej koncepcji przyszłego
    konfliktu zbrojnego pomiędzy państwami anglosaskimi a Związkiem Radzieckim. Po
    umowach poczdamskich te nadzieje rozwiały się. W sierpniu ogłoszona została
    ustawa amnestyjna. Zgrupowanie „Zapory” rozpadło się. Z konspiracji wyszli
    „Jagoda”, „Jurand” i „Jerzy”. Na Lubelszczyźnie po powrocie jednostek frontowych
    jest ciasno. W październiku 1945 roku „Zapora” z punktu w Lublińcu przekracza
    granicę czechosłowacką, ale on i jego ludzie nie mają szczęścia. Pod Czeską Lipą
    zostają rozbici, dowódca chroni się w Pradze, skąd powraca jako repatriant. W
    Borowie koło Chodla w grudniu na spotkaniu z „Jungiem”, inspektorem Inspektoratu
    Lubelskiego WiN, uzgadniają współdziałanie. „Zapora” wraca na scenę.
    Teoretycznie WiN określał siebie jako organizację polityczno–wojskową,
    przyjmując program walki na płaszczyźnie politycznej, aż do rozstrzygających
    wyborów. Jaka zaś była praktyka? Kartoteka druga. 610 karteczek z adnotacjami o
    napadach to miara terroru jaki objął powiaty Lublin, Lubartów, Kraśnik, Puławy,
    Krasnystaw, Zamość, Biłgoraj, Nisko i Kolbuszowa. 16 kwietnia 1945 roku. Napad
    na posterunek w Annopolu. Spalono dokumentację. Zabito dwóch milicjantów. 23
    kwietnia 1945 roku. Napad na Zakrze

    „Zapora”. Dziennik znaleziony na pobojowisku.IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    w. Zabity sekretarz KG PPR. 19 maja 1945 roku. Napad na posterunek w Kazimierzu
    Dolnym. Osobiście dowodził „Zapora”. Zginęło pięciu milicjantów, pracownik NBP i
    kierowca – żołnierz Armii Czerwonej. 30 maja 1945 roku. Huta Turobińska. Spalono
    zabudowania dziewięciu gospodarzy. „Zapora” zebrał wszystkie kobiety i
    powiedział, że jeśli ich synowie z wojska nie wrócą, wieś będzie spalona, a
    mieszkańcy zostaną wymordowani… Zaporowcy wrócą do Huty jeszcze dwukrotnie. Ta
    wioska denerwuje ich bardzo. 32 chłopskich synów służy w wojsku, 9 jest
    oficerami. W czasie okupacji Huta była ostoją Gwardii Ludowej i Armii Ludowej,
    udzielała gościny partyzantom radzieckim, ale też znajdowały tu pomoc oddziały
    OP9 Armii Krajowej. Podobnych miejscowości na terenie działania zgrupowania jest
    więcej i wszystkim za lewicowe sympatie przychodzi zapłacić rachunki. Pastwą
    ognia padają Świeciechów, Chmiel II, Moniaki, gdzie z dymem idzie około 100
    budynków. Porucznik „Samotny” skwitował to wydarzenie ulotką: „Dnia 24 września
    1946 roku, maszerując przez wieś Moniaki, powiat Kraśnik, zamieszkałą przez
    zdrajców narodu, peperowców, zostałem ostrzelany. W wyniku walki trzech
    miejscowych agentów UB–NKWD zostało zabitych. Kilkadziesiąt budynków spłonęło.
    Dowódca Kompanii oddziału partyzanckiego majora »Zapory«, porucznik »Samotny«”.
    Dokumenty potwierdzają tylko jedną śmierć. Zginął Seweryn Pochroń, rolnik,
    bezpartyjny. Jego syn pracował w milicji i to wystarczyło. Strzały zaś, które
    witają nocnych przybyszów, tak jak w Moniakach, to chłopska samoobrona, placówki
    ORMO, mikroskopijne posterunki milicji, bardzo słabo uzbrojone. A przeciwnik?
    Niejakie wyobrażenie daje dokumentacja z ujawnienia. Odnotowano w niej oddanych
    7 cekaemów, 83 erkaemy, 150 automatów. Rozważmy również, iż we wsiach zostali
    ci, którzy do wojska jeszcze pójść nie mogli albo już nie mogli. W patrolach
    „Zapory” walczył zaś świetnie wyszkolony element ze stażem dywersyjnym,
    zaprawiony w walce przez lata konspiracji. Dlatego większość budynków
    atakowanych wówczas posterunków dziś zdobią płyty upamiętniające poległych
    milicjantów. Akcje typowe to napady na posterunki (68), sklepy i spółdzielnie
    (85) – to wszystko leży w konwencji partyzanckiej walki, ale są zapisy, których
    ani zrozumieć, ani zweryfikować się nie da. 14 lipca 1946 roku. „Cygan”
    uprowadził ze wsi Bęczyn Przedmieście siostry Janinę i Sabinę Gajewskie.
    Znaleziono je 20 lipca w lesie urzędowskim z obciętymi językami, uszami,
    wybitymi zębami i wyrwanymi włosami. 7 października 1946 roku. Napad na majątek
    w Kłodnicy. Zabito dziewięciu jeńców wojennych z obozu w Popkowicach. Noc z 24
    na 25 stycznia 1947 roku. Na cmentarzu w Kawęczynie wykopano z grobu i wyrzucono
    na wierzch zwłoki chorążego Leopolda Długosza, który poległ w walce z podziemiem
    trzy dni wcześniej. Zabrano kasę gminną (70 tysięcy). Ile w tym samowoli i
    okrutnej inwencji dowódców patroli, załatwiających swoje często prywatne
    porachunki – na to pytanie dziś już nikt nie odpowie. Oddziały były
    samowystarczalne gospodarczo na koszt okolicznych chłopów, którym zarekwirowano
    między innymi 81 koni, 141 krów, 41 świń. Odnotowano tylko przypadki, po których
    zdesperowany chłop pobiegł na posterunek. A ilu machnęło ręką i milczało?
    Potrzeba „samowystarczalności” narodziła pomysł napadu na Izbę Skarbową w
    Lublinie. W biały dzień z Krakowskiego Przedmieścia „Ryś” zabrał ponad milion
    sto tysięcy złotych. Zginął wtedy z jego ręki kapitan Antoni Kulbanowski. Inne
    akcje miały mniej wyczynowy charakter. Tenże sam „Ryś” 18 kwietnia 1947 roku w
    Maszkach w gminie Wojciechów zabiera z domu Jana Ostrowskiego harmonię, kożuch,
    kapę na łóżko, dwie pary butów, płaszcz letni damski, trzy pary spodni,
    marynarkę i 790 złotych. W nieustannej walce manewrowej dowodzenie patrolami i
    ich kontrola miały charakter przypadkowy, toteż Inspektorat opracował instrukcje
    mające wytyczyć przynajmniej ramy ogólne postępowania. Między innymi próbowano
    stworzyć pozory prawne dla zwyczajnych zabójstw politycznych. Życie ludzkie
    zależało najczęściej od zbiegu okoliczności i humoru dowódcy patrolu. 328 razy
    zapadły rozstrzygnięcia najokrutniejsze, komu potrzebne? Częściowej odpowiedzi
    udzielił sam „Zapora”, komentując podkomendnym wysłaną do władz 23 lutego 1947
    roku ofertę ujawnienia: „Wszyscy nie mogą ujawnić się, ponieważ nie można
    pokazywać ludziom, że działalność konspiracyjna była niepotrzebna, a walka
    niesłuszna i ludzie, którzy zginęli, zginęli niepotrzebnie. Gdyby z terenu
    odejść, to za dwa miesiące chłopi poszliby za rządem, a za pół roku, gdyby
    zaszła potrzeba, to nie moglibyśmy wrócić w teren, bo chłopi wydaliby nas w ręce
    UB. Dlatego od terenu nie możemy się oderwać, bo stracilibyśmy go na zawsze”.
    WyjaśnienieIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
    Gość: Chłopak 20.11.09, 02:10 zarchiwizowany
    Cześć,

  8. RomanK said

    NO… panie Gajowy pan nie musi..ale pozwoli pan, ze inni sie uwiarygodniaja:-))…. tak panu zalezy na nogawce?:-)))
    Wie pan ,,grunt to nie szkodzic swiadomosci narodowej..ta nalezy kuc po cichu i skuteczne najlepiej w piwnicy, bez dostepu swiatla…stara wyprobowana pala..metoda pill pull”=___

  9. Brat Dioskur said

    Drugi od prawej trzyma w reku niemiecki PM typu Sturmgewehr44…. czy znajdzie sie ktos kto powie ,ze Kalasznikow nie oderznal swojego pistoletu masz. od Niemcow?

Sorry, the comment form is closed at this time.