Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Boydar o Wolne tematy (52 – …
    bryś o Czy pan profesor Rafał Broda s…
    wewewe o Reminiscencje z niedzieli covi…
    wewewe o Czy pan profesor Rafał Broda s…
    Leo o Rosja: odizolowanie Runetu od…
    I*** o Czy pan profesor Rafał Broda s…
    Dziadzius o Sosnowe zdrowsze, dębowe trwal…
    Zenon_K o Wolne tematy (52 – …
    NC o Czy pan profesor Rafał Broda s…
    Piskorz o Wolne tematy (52 – …
    Lily o Nasze miejsce w szeregu
    Piskorz o Wolne tematy (52 – …
    Kojak o Rosja: odizolowanie Runetu od…
    revers o Wolne tematy (52 – …
    Piskorz o Wolne tematy (52 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 548 obserwujących.

Byłam łączniczką „Zapory”

Posted by Marucha w dniu 2012-11-17 (Sobota)

Izabella Kochanowska po wojnie została sanitariuszką w oddziale NSZ dowodzonym przez Stanisława Młynarskiego „Orła”, a następnie łączniczką mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”.

Z Izabellą Kochanowską ps. „Błyskawica”, łączniczką mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, rozmawia Anna Kołakowska

Jak to się stało, że została Pani łączniczką oddziału majora „Zapory”?

– Zimą 1944 r. do naszego majątku w Łopienniku przybył „Zapora” z patrolem „Kordiana” i „Ducha”. Mój tata był zaprzysiężony w AK i pełnił funkcję komendanta powiatowego Wojskowej Służby Ochrony Powstania. Partyzanci przyjechali saniami. Z okazji tej wizyty w naszym dworze odbyło się przyjęcie zorganizowane specjalnie dla nich. Po kolacji partyzanci rozsiedli się w salonie, „Cedur” usiadł do fortepianu i rozpoczął się śpiew pieśni partyzanckich. Nastrój był sielski, anielski, nie da się tego zapomnieć. Zobaczyłam, że w kącie siedzi taki mało widoczny, niepozorny, skromny mężczyzna. Podeszłam więc do niego, stanęłam na baczność i powiedziałam, że w okolicy jest grupa młodych ludzi, która ma broń i chce wstąpić do oddziału. „Zapora” powiedział: „Nigdy tego nie zapomnę”. Na tym na razie się skończyło.

Miała Pani wówczas tylko 17 lat. Czy taka młoda dziewczyna mogła się na coś przydać w partyzantce?

– Zaczęłam w 1939 r. w Wojskowej Służbie Kobiet. Gdy wojna wybuchła, miałam 13 lat. Najpierw przeszłam szkolenia sanitarne i obchodzenia się z bronią. Szkolenia sanitarne odbyły się w szpitalu Jana Bożego w Lublinie na oddziale chirurgii u doktora Kożuchowskiego. Ponieważ świetnie jeździłam konno i dobrze znałam okolicę, zostałam przydzielona do łączności terenowej. Przysięgę złożyłam dopiero w styczniu 1943 roku – gdy skończyłam 16 lat.

Czy rzeczywiście major nie zapomniał o wyrażonej przez Panią gotowości przyłączenia się do oddziału? W 1944 roku sytuacja we wschodniej Polsce szybko się zmieniała.

– W 1944 r., po przejściu frontu, rozpoczęłam naukę u Sióstr Urszulanek w Lublinie. Pewnego dnia, idąc ulicą, spotkałam pana Nowakowskiego z sąsiedniego majątku. Powiedział mi, że specjalne brygady NKWD będą pacyfikować dwory. Większość okolicznych ziemian już wyjechała, ale mój ojciec postanowił zostać w majątku. Nowakowski polecił mi, żebym pojechała do Łopiennika i ostrzegła ojca, bo groziło mu aresztowanie. Gdy wyszłam na ulicę, zupełnie przypadkowo natknęłam się na „Zaporę” idącego z kilkoma ludźmi. Poszliśmy na lody. Pamiętał o mojej prośbie, więc wydał mi polecenie: „Proszę na mnie czekać w Łopienniku”. Potraktowałam to jako rozkaz, więc zostawiłam szkołę i pojechałam do domu.

Zdążyła Pani ostrzec ojca?

– Przekazałam to, co polecił mi pan Nowakowski. Ojciec następnego dnia kazał zaprząc dwa wozy i razem z uciekinierami, którzy u nas mieszkali, postanowił wyjechać. Przed wyjazdem udaliśmy się na chwilkę do krawca, aby odebrać jakieś rzeczy. Po drodze mijaliśmy jadące w stronę Łopiennika samochody, najeżone bronią, wyładowane Rosjanami i berlingowcami. Gdy wróciliśmy do majątku, ojciec oraz jego brat zostali aresztowani i przewiezieni na Zamek w Lublinie, gdzie mieściło się więzienie UB. Wszystkich obecnych w naszym dworze ludzi zamknięto w jednym pokoju, przed którym postawiono straż. Ja się wywinęłam i byłam na zewnątrz.

Po lewej – mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, po prawej – kpt. Zdzisław Broński „Uskok” (sierpień 1947)

Przedstawiciele nowej władzy zwołali przed nasz dom okoliczną ludność i wygłosili przemowę na temat panów-krwiopijców. Powiedzieli, że wszyscy mogą sobie brać, co chcą, więc rozpoczął się rabunek. Udawałam córkę kowala (należał do Batalionów Chłopskich) i mimo że byłam poszukiwana przez NKWD, nikt nie zdradził, że jestem córką właściciela majątku. Wielokrotnie przyjeżdżali do dworu, aby mnie aresztować, ale nikt z okolicznych mieszkańców mnie nie wydał. Wójt, który był też w konspiracji, przywiózł pana Odorowskiego, pełnomocnika do spraw reformy rolnej. Podczas rozmowy w cztery oczy pan Odorowski, który wiedział, kim jestem, poprosił mnie, żebym została, bo on nie zna się na rolnictwie i moja pomoc będzie konieczna. Dzięki temu mogłam wykonać rozkaz majora i oczekiwać na jego przybycie.

Major na te tereny wrócił dopiero zimą 1945 roku.

– Tak, w lutym 1945 roku. Był to okres działalności ROAK. Raptem zjawił się łącznik od „Zapory”. Major prosił mnie, żebym przyszła do wsi Wały. Ucharakteryzowałam się na wieśniaczkę, wzięłam grackę i poszłam do tej wsi. Major był bardzo zadowolony, że się stawiłam. Powiedział, że znowu organizuje oddział i będzie potrzebował kogoś, kto ma dobrą orientację w okolicy, bo trzeba utworzyć nowe placówki, zorganizować zaopatrzenie, sieć łączności itd. Ten teren miał być jego matecznikiem, bo działalność prowadził na obszarze kilku województw. Chciał, żebym ja się tym zajęła, żebym była też jego „oczami i uszami”, tak aby po powrocie wiedział, co się wydarzyło, kto donosi, kto zapisał się do PPR-u.

Bardzo chciałam walczyć w oddziale, ale nie miałam wyjścia: rozkaz to rozkaz – choć „Zapora” wypowiedział go w formie prośby. Ledwo zdążyłam wyjść na gościniec za wsią, a tu patrzę – idzie obława. Zaczęła się walka. Widzę z daleka, jak płoną chaty, jak wyskakują z nich ludzie, ale nic nie mogłam zrobić, bo byłam już poza wsią. Wieś została dokumentnie spalona. „Zapora” na jakiś czas musiał się z tego terenu ulotnić i poszedł z oddziałem za San.

W tym okresie na Lubelszczyźnie były też odziały NSZ, a właściwie wtedy już Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Czy z nimi też miała Pani kontakt?

– Wiosną dostałam od „Cichego” – Stanisława Piotrowskiego, jednego z dowódców oddziałów NSZ, kontakt na „Orła”. Potrzebowali sanitariuszki. Oczywiście zgodziłam się, bo od dawna byłam do tego zadania przygotowana. Miałam całą torbę leków, które gromadziłam od dłuższego czasu. Miałam też broń. Pojechałam do wyznaczonej leśniczówki, aby tam oczekiwać na łącznika, ale zjawił się „Orzeł” z całym 80-osobowym oddziałem. Partyzanci byli doskonale umundurowani i uzbrojeni. Dowódca zrobił zbiórkę i zapowiedział, że jeśli od któregoś z nich spotka mnie jakaś przykrość, to dostanie „kulkę w łeb”. Przez pierwszych kilka dni koledzy z oddziału nie mieli do mnie żadnych próśb. Potem wszystko się zmieniło. Każdy starał się być w stosunku do mnie jak najmilszy. Oczywiście z mojej strony nie było i nie mogło być żadnych wyróżnień.

Pewnego razu pojechaliśmy do wsi Rzeczyca na aprowizację. To była taka „Moskwa”, bo mieszkali tam sami czerwoni. Każdy miał za zadanie wziąć od gospodarza żywność, za którą wydawaliśmy pokwitowania. Ja jako sanitariuszka nie musiałam chodzić. Widzę – jest zielona rakieta, odwrót. Podchodzę do wozu, wszystkie podwody ruszają, a mój koń od pary nagle zrobił bokami i padł. Mieliśmy kilkadziesiąt wozów i mój zatarasował całą drogę. Wzięłam broń i poszłam do gospodarza, żeby oddał mi swojego konia. Czas nas gonił, przed nami był niebezpieczny odcinek, gdzie musieliśmy przeskoczyć szosę. Trzeba to było zrobić, zanim będzie widno. Nagle słyszę huk. To jeden z chłopców postrzelił się w brzuch. Krew się mocno lała i musiałam szybko mu zrobić uciskowy opatrunek. Wszyscy z niecierpliwością na mnie patrzyli, bo czasu było coraz mniej. Ale szczęśliwie wszystko poszło dobrze.

Bywało też tak, że to my aprowidowaliśmy ludność. Na stacji Zawadówek zatrzymaliśmy pociąg, którym do Rosji wywożone były wszelakiego rodzaju sprzęty, odzież i żywność. Zmusiliśmy kacapów do wyładowania żywności oraz odzieży i wszystko rozdaliśmy miejscowej ludności. Było tego około 50 wyładowanych wozów. Jesienią „Cichy” rozformował oddział.

W tym czasie także „Zapora” operował na Lubelszczyźnie. Czy miał pretensję, że bez jego zgody poszła Pani do oddziału NSZ?

– Absolutnie! Zresztą w lipcu po otrzymaniu od dowództwa rozkazu ujawnienia się (tzw. amnestia „Radosława”), rozformował oddział i podjął dwie nieudane próby przedostania się na Zachód. Gdy powrócił na Lubelszczyznę i zaczął w listopadzie odtwarzać oddział (już w ramach WiN), nawiązał ze mną kontakt. Wtedy mieszkałam w Ratoszynie niedaleko Łopiennika. Pan dr Tokarski, akowiec z Polesia, dostał od władz oświatowych w Lublinie polecenie utworzenia gimnazjum w Ratoszynie i zaproponował, żebym została jego sekretarką, a jednocześnie mogłam działać w podziemiu. Dwór w Ratoszynie położony był w parku, za nim rozciągały się pola aż po wieś Grądy, gdzie „Zapora” miał swoją kwaterę. Często więc przychodził do Ratoszyna, szczególnie po aresztowaniu „Opala”. Przez wiele nocy dyktował panu Tokarskiemu historię wszystkich akcji przeprowadzonych w terenie i podpisał, że to on jest za nie odpowiedzialny. Chciał w ten sposób uratować „Opala”. Wtedy jeszcze uważaliśmy „Opala” za bohatera, bo nie wiedzieliśmy, że współpracował z UB.

W Ratoszynie byłam do końca 1946 roku. Gdy gdzieś miała być jakaś akcja NKWD i UB, dostawałam na szkolny telefon cynk od łącznika i wysyłałam w teren, do partyzantów, informację o tym. Wiele osób w okolicy wiedziało, że jestem łączniczką „Zapory”, ale nikt mnie nie zdradził. Jak wchodziłam do wsi, gdzie zatrzymał się major, to mali chłopcy, którzy siedząc na drzewie obserwowali okolicę, wskazywali mi jego kwaterę. Któregoś razu łącznicy przynieśli wiadomość, że UB w dużej sile wyruszyło na akcję. Gorączkowo zastanawialiśmy się, gdzie kwateruje oddział „Zapory”. Spodziewaliśmy się go lada moment w Ratoszynie, ale nie było wiadomo, którą drogą przybędzie. Kierując się intuicją, poszłam w stronę Kaźmierowa. Przypuszczałam, że zatrzymał się w którejś z okolicznych kolonii. Szłam w nocy przez pola, nad ranem dotarłam do gospodarstwa Pokraki, gdzie akurat byli partyzanci. „Zapora” nie mógł się nadziwić, że ich odnalazłam. Na szczęście udało się ostrzec i uratować oddział.

Czy w tym czasie mieliście jeszcze nadzieję na zwycięstwo?

– To już była walka o przetrwanie. Wszystkie oddziały w inspektoracie lubelskim zostały podporządkowane „Zaporze”. Początkowo oczywiście liczyliśmy na trzecią wojnę światową, ale w 1946 r. nie było już wątpliwości, że jesteśmy sami i nie ma nadziei na zwycięstwo.

Major zawsze bardzo przeżywał śmierć każdego ze swoich ludzi, a szczególnie głęboko dotknęła go śmierć Zbyszka Sochackiego, jego adiutanta, który razem z całą kompanią zdezerterował z LWP i przyłączył się do oddziału. Któregoś dnia ktoś z jego rodziny przyjechał i przywiózł pieniądze oraz dokumenty, żeby mógł wyjść z lasu, ale Zbyszek się na to nie zgodził. „Zapora” strasznie po nim rozpaczał. Nosił jego koszulę i czapkę. Po tym wydarzeniu spotkałam się z oddziałem „Zapory” w Radlinie. Atmosfera była okropna, a major przybity. Gospodarz, u którego kwaterowaliśmy – pan Zieliński, aby podnieść nastrój, przyprowadził swoją czteroletnią córeczkę w krakowskim ubraniu i powiedział: „Zaśpiewaj, córuniu, panu komendantowi, niech nie rozpacza”. Bosą postawił na stole, a ona zaśpiewała „Marsz „Zapory””. Rano, gdy żegnałam się z majorem, dał mi napisany przez siebie wiersz.

W terenie było coraz więcej szpicli, a represje wobec ludności, która nam pomagała, coraz większe. Nie było dnia bez obławy. Mimo że oddział „Zapory” był bardzo dobrze uzbrojony i wyszkolony, major obawiał się, że dalsze trzymanie ludzi w lesie to skazywanie ich na pewną śmierć. Podczas naszego ostatniego spotkania „Zapora” powiedział mi, że ma zamiar rozwiązać oddział, ale sam się nie ujawni, tylko z innymi dowódcami przedostanie się za granicę. Pomimo tych planów przeczuwał swoją śmierć. Był wtedy bardzo przybity, nigdy wcześniej nie widziałam go w takim nastroju. Żegnając się ze mną, poprosił, abym, jeśli przeżyję, upamiętniła ich walkę, bo nie mógł przeboleć tego, że on i jego żołnierze nazywani byli bandytami.

16 września 1947 r. „Zapora” został aresztowany, a 7 marca 1949 r. zamordowany w więzieniu na Mokotowie. Ale i dla Pani w komunistycznej Polsce nie było przyszłości…

– Gdy „Zapora” podjął zamiar rozwiązania oddziału, wiedząc, że mam rodziców w Sopocie, poprosił, abym się do nich udała i spenetrowała na Wybrzeżu sprawę przerzutu ludzi za granicę. Jednocześnie rodzice namawiali mnie, żebym zaczęła się uczyć, bo przecież muszę mieć jakiś zawód. W ciągu pół roku zrobiłam dwie klasy i zdałam maturę. Jesienią 1948 r. poszłam na prawo na KUL. Iluż tam było partyzantów. Pamiętam opłatek z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Śpiewaliśmy wtedy kardynałowi partyzanckie pieśni, ja recytowałam wiersz o Legionach. Niestety, nie ukończyłam nawet pierwszego roku, bo zostałam aresztowana.

W jakich okolicznościach to się stało?

– Poszłam, żeby zobaczyć, jak na pochodzie pierwszomajowym paradują konie. W tłumie rozpoznała mnie Pawlaczka z Łopiennika, która była oficerem UB. Jeździła po terenie, wydawała ludzi. Gdy mnie zobaczyła, zawołała milicjanta i zostałam aresztowana. Bardzo się ciskałam, że jakim prawem, przecież jestem studentką. Następnego dnia zawieźli mnie do wojewódzkiego UB, gdzie był „Opal”, który zeznał, że „Zapora” zlecał mi różne zadania. Do niczego się nie przyznawałam. Miałam wtedy 20 lat i adwokat Kobusiewicz mówił do mnie: „Przyznaj się, dziecko, to dostaniesz niższy wyrok”. Ale ja wiedziałam, że nie mogę się przyznać i nie mogę nikogo wydać, bo jak się przyznam, to będzie koniec.

Przeszłam straszne śledztwo. Miałam konwejery – przez kilka dni i nocy, bez przerwy, ubecy kazali mi stać. Przesłuchujący się zmieniali, a ja bez posiłku, wody i odpoczynku musiałam stać przy ścianie. Pierwszą noc stałam na jednej nodze. Trzeciego dnia zażądałam jedzenia, a gdy przynieśli mi solonego śledzia, uderzyłam śledziem ubeka w pysk. Cała spuchłam, dostałam gorączki. Jak wyprowadzili mnie do ubikacji, to zaczęłam spuszczać spłuczką wodę i ją pić. W końcu byłam tak spuchnięta, że nie mogłam już stać i krew lała mi się z nosa. Gdy leżałam na podłodze, śledczy pochylili się nade mną i kazali podpisać jakiś protokół, ale tak się zacięłam, że choćby mnie krajali na kawałki, to bym nie podpisała – po prostu nie chciałam, żeby ktoś przeze mnie został aresztowany. Wzięli mnie za nogi i ciągnęli po korytarzu, a potem po schodach do piwnicy.

Po konwejerze przez cztery tygodnie nie mogłam chodzić. Do dzisiaj bardzo choruję. Któregoś dnia przyjechali po mnie z Informacji Wojskowej i zawieźli mnie na konfrontację z „Opalem”. To wszystko, co mówił, negowałam. W pewnym momencie nie wytrzymałam i dałam „Opalowi” w twarz. Nie przeczyłam, że do naszego majątku przychodzili partyzanci, ale mówiłam, że co najwyżej robiłam im jedzenie czy dawałam konie. Nikt inny z aresztowanych partyzantów mnie nie oskarżył. Zostałam skazana na 6 lat i wywieziona do więzienia w Fordonie. Cały czas ciężko chorowałam, zapadłam nawet na gruźlicę.

Z więzienia wyszłam w 1954 r., ale byłam w strasznym stanie. Oczywiście nie mogłam znaleźć pracy. W końcu zatrudnili mnie w charakterze technika geologa – pomogły znajomości ojca. Bardzo mi to odpowiadało, bo pracowałam w terenie i miałam kontakt z przyrodą. Zresztą i tak często byłam na zwolnieniu lekarskim, bo odnawiał mi się naciek na płucu. Po dziesięciu latach zostałam skierowana na studia prawnicze. Egzamin z historii zdałam najlepiej i byłam pierwsza na liście. Wiele życzliwych osób mi pomagało i dzięki nim udało mi się także dostać na aplikację radcowską. Marzyłam o tym, żeby bronić więźniów politycznych. Wtedy jeszcze to nie było możliwe, ale czy wyobraża sobie pani, co ja czułam, kiedy w 1994 r. podczas rozprawy rehabilitacyjnej „Zapory” byłam pełnomocnikiem procesowym siostry majora? Pisałam pismo procesowe o działalności „Zapory” i oczywiście przemawiałam w sądzie.

Idąc na studia prawnicze, nie przypuszczałam, że będzie mi kiedyś dane występować w sądzie jako (w pewnym sensie) adwokat mojego dowódcy. To było dla mnie ogromne przeżycie. Ale widocznie tak Opatrzność działa. Po tej rozprawie Ewa Kurek mogła napisać swoją książkę pt. „Zaporczycy”. Tak jak prosił „Zapora”, staram się do dziś upamiętniać ich walkę. Całe moje odszkodowanie za represje przeznaczyłam na upamiętnianie działalności „Zapory” i jego żołnierzy. Napisałam też sztukę teatralną, której akcja toczy się na rozprawie rehabilitacyjnej „Zapory”. Była ona wystawiana przez uczniów wielu lubelskich szkół. Kiedy pozwalało mi zdrowie, jeździłam na wszystkie uroczystości ku czci majora „Zapory” i jego partyzantów.

Jak zapamiętała Pani majora „Zaporę”?

– „Zapora” miał wyjątkową osobowość i charyzmę. Ci, którzy go znali, byli pod jego osobistym urokiem. Żołnierze go kochali, bo bardzo dbał o swoich ludzi. Dzielił z nimi wszystkie trudy partyzanckiego życia, a przede wszystkim zawsze był z nimi w ogniu walki. Ukształtowało go harcerstwo. Miał bardzo bogatą i piękną, wrażliwą naturę, której wojna w żaden sposób nie zniszczyła. Kochał przyrodę i ludzi. Bardzo przeżywał każdy wydany i wykonany wyrok śmierci. Był też bardzo religijny, pościł w każdy piątek, pomimo że w partyzantce nieraz był głód i mięso stanowiło rzadkość. Kiedyś gospodyni na kwaterze ugotowała mu jedyne jajko, jakie posiadała. Nie zjadł go, ale zawołał najmłodszego z partyzantów i mu je oddał. Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia i cierpienie. Nienawidził złodziei i walczył z bandytyzmem (tym prawdziwym). Roman Groński „Żbik” [dowódca oddziału żandarmerii zgrupowania – przyp. A.K.] dowodził grupą do zwalczania bandytyzmu. „Zapora” interweniował w prywatnych sprawach, gdy wieśniacy zwracali się do niego o pomoc. Był sędzią, bo często, gdy staliśmy na kwaterze, przed chatą ustawiały się kolejki furmanek z petentami do majora, aby rozsądzał różne sprawy. Jednocześnie potrafił w terenie utrzymać ład i porządek. Pocieszał rodziny zabitych i jak mógł, wspierał je finansowo. Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia i cierpienie. Kiedyś przyszedł odwiedzić chłopaka, którego rodzice zostali aresztowani przez UB za współpracę z oddziałem i zamordowani. Chłopiec był bardzo ciężko chory, więc „Zapora” zdjął z szyi medalik, powiesił temu chłopcu przy łóżku. Ten medalik towarzyszył mu od 1939 roku. Otrzymał go od harcerek, gdy przekraczał granicę polsko-węgierską.

Po prostu kochał ludzi i swoich podkomendnych. Ja, gdybym wiedziała, że mogę go uratować, to rzuciłabym się pod czołg, ale nie tylko ja, bo inni podkomendni zrobiliby to samo.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Kołakowska
http://naszdziennik.pl

*                     *                     *

Mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” (1918 – 1949)

W czasie niemieckiej okupacji cichociemny, bronił ludność Zamojszczyzny przed represjami, a jako szef Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Po wojnie jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki. Najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. Podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady, aresztowany. Po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, skazany na karę śmierci i 7 marca 1949 r., wraz z sześcioma podkomendnymi stracony w katowni bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W Lublinie, z inicjatywy Fundacji „Pamiętamy”, związanej z Ligą Republikańską, odsłonięto niedawno pomnik „Zapory”.

Wybitny dowódca

Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu. Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji Mariańskiej. Ochotnik wojny obronnej 1939 r., 17 września przekroczył granicę z Węgrami i został internowany. Uciekł z obozu i przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach PSZ, ewakuowany następnie do Anglii. W marcu 1943 r. zaprzysiężony jako cichociemny przyjął pseudonim „Zapora” i „Odra”. W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w ramach operacji o kryptonimie „Neon 1”, został zrzucony do Polski na placówkę „Garnek” 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii Halifaxem BB-378 „D”, należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku paliwa w samolocie; część Halifaxów z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy).

Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy.

Władysław Siła-Nowicki, powojenny przełożony Dekutowskiego, w swoich wspomnieniach zapisał: „Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat”.

Ok. 200-osobowe oddziały podległe „Zaporze” przeprowadziły 83 akcje bojowe i dywersyjne. Brał udział w akcji „Burza” na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował iść na pomoc walczącej Warszawie.

Wdzięczność ubeka  [Raczej wdzięczność Żyda – admin]

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie złożył broni?

Bohdan Urbankowski w książce „Czerwona msza” napisał: „Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 – oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach”.

Wkroczenie Sowietów oznaczało masowe represje i mordy na Polakach, szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali do katowni UB na Zamku Lubelskim (gdzie, prócz innych morderców, działał m. in. ścigany dziś przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel). „Zapora” nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: „Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem”. W odpowiedzi na komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący, podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób), który dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych przeciwko NKWD, UB, KBW i MO.

„Trzęśli” Lubelszczyzną

Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez „ludową” władzę amnestii rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się). Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce ponowili próbę – tym razem, po przejściu „zielonej granicy”, dopadła ich czeska bezpieka. „Zapora” dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj) wrócił do kraju z grupą repatriantów.

Na Lubelszczyźnie, jako najwybitniejszemu dowódcy, podporządkowała mu się większość oddziałów i wszedł w skład powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znów prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im znaczne straty.

Dlaczego „Zaporczycy” byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni?

Władysław Siła-Nowicki: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”.

Rafał Wnuk w książce „Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944-1947” pisze, że oddziały Dekutowskiego „rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią Kielecczyznę”. Pomoc „Zaporczykom” niósł klasztor w podlubelskiej Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców.

Dwa raporty

Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 IV 1945 r.): „Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200 000 złotych. Znajdujący się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił rabusiom opór i został zabity”. W rzeczywistości oddział „Zapory” zabrał 1.170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą – śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w Kujbyszewie.

W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego sowieci aresztowali 43 osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach Zamku Lubelskiego.

W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (III 1946 r.), czytamy: „Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK, powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili. Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano komendanta placówki oraz kilku jego ludzi”.

Moniaki, czyli Moskwa

Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce „W imieniu Kremla” pod datą 3 października 1946 r zapisał: „komunikat PAP z Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ, uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców.

Przypis Korbońskiego: „Mowa o starciu oddziału Hieronima Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym”.

I komentarz: „Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych towarzyszy broni. (…) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w społeczeństwie oburzenia przeciwko podziemiu. Przypomina mi to tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie nazywają »czerwone gestapo«”.

Wieś Moniaki (obok kilku innych na Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej zarazy – późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków. „Zapora” rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR, czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził. Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB.
Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych „Zaporczycy” potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. Ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Lato 1946, żołnierze z oddziału mjr. „Zapory”, stoją od lewej: Zbigniew Sochacki „Zbyszek”, pierwszy adiutant „Zapory”. 3 lipca 1946 ranny w walce z grupą operacyjną UB, zastrzelił się; plut. Kazimierz Stefańczyk „Sokół”;mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”; por. Kazimierz Pawłowski „Nerw”, Aresztowany 1 lipca 1948, skazany na karę śmierci, zamordowany 10 lutego 1949;por. Szczepan Żelazny „Żaba”, d-ca plutonu w zgrupowaniu mjr. „Zapory”.

Helikopterem z Warszawy

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r., razem z Władysławem Siła-Nowickim „Stefanem” (inspektorem WiN na Lubelszczyźnie) Dekutowski podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m. in. z płk Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP – ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym „Akowerem” i płk. Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się lubelskiej partyzantki niepodległościowej.
Władysław Minkiewicz w książce „Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939-1954” pisze:

„W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski – Natan Grunsapau-Kikiel – red.], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP, Luna Bristigerowa”. Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.

Siła-Nowicki: „Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak aby żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i w równej liczbie ludzi – red.]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O dziwo – nikomu z jadących nic się nie stało!”.

Stanisław Wnuk „Opal”

Kapuś „Opal”

W wyniku nieudanych rozmów „Zapora”, razem z dowódcami pododdziałów swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód. 12 września 1947 r. wydał swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”. W prywatnym liście do „Uskoka” napisał: „Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę – jestem umówiony z chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary – najważniejsze nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę, załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie – kontakt będziemy mieć i tak. Czołem – Hieronim” (W 1949 r. „Uskok” zdetonował pod sobą granat, nie chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy).

Ludzie „Zapory”, docierając kolejno (w połowie września 1947 r.) na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Dziś już wiadomo, że jednym z agentów, który doprowadził do aresztowania „Zapory” i jego ludzi był jego zastępca Stanisław Wnuk „Opal”.

Podstępnie schwytanych przewieziono na Rakowiecką i poddano brutalnemu śledztwu. Przesłuchiwali: Jerzy Kędziora i znany sadysta Eugeniusz Chimczak (sporządził również akt oskarżenia). Tak było przez ponad rok.

W niemieckich mundurach

Stefan Korboński: O tym, że „bandyta Zapora” to Hieronim Dekutowski „opinia publiczna” dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu.

3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni: kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada – adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek, por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki. Oskarżał: Tadeusz Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy) i Józef Badecki (przewodniczący; sądził też rotmistrza Witolda Pileckiego i wielu innych patriotów).

Władysław Siła-Nowicki: „Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego – red.] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…”.

Nowicki pisze, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”.

W sądzie wszyscy zachowali się godnie, nie kajali się, nie przyznawali się do absurdalnych zarzutów. „Zapora” wziął na siebie całą odpowiedzialność.

15 listopada 1948 r. „sąd” skazał „Zaporczyków” na kilkakrotne kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką, również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów został poddany brutalnemu śledztwu, ale podobnie jak wcześniej nikogo nie wydał.

Władysław Minkiewicz: „Wożono ich potem z workami na głowach, żeby ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u”.

Mjr cc Hieronim Dekutowski „Zapora”, „Odra”

Zeskoczyć na chodnik

„Ognisko zamętu i pożogi”

Uzasadnienie wyroku WSR w Warszawie z 15 listopada 1948 r.:
„Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji niemieckiej. (…) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej [sic! – red.] czynnik inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (…) Inni oskarżeni z Hieronimem Dekutowskim ps. »Zapora« na czele, są czynnikiem właściwie [sic! – TMP] wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od lipca 1944 r. aż do mniej więcej [sic! – TMP] połowy roku 1947 ognisko zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało być unicestwione”.

„Zapora”, razem z podwładnymi trafił do celi dla „kaesowców”, gdzie siedziało wówczas ponad sto osób. Podjęli próbę ucieczki – postanowili wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.

Minkiewicz: „Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio Górski [więzień kryminalny – red.] wchodził co noc z wyostrzoną o beton łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz do typowego więziennego worka, zwanego u nas »samarą«. Potem ten gruz wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (…) Po kilku tygodniach dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej patrole KBW”.

Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.

Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje – był siostrzeńcem Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy Czeki napisała do Bieruta: „Kocham go jak własnego syna, a więc przez pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu”.

Inaczej było z Dekutowskim. Na nic zdały się prośby o łaskę jego rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej (od końca lat 20. mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim ruchu oporu).

Czerwone teczki

Irena Siła-Nowicka, żona Władysława pisze o swojej wizycie w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie: „Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane”. Nowicka poszła następnie do aresztu na Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Smolnej. (…) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.

My nigdy nie poddamy się

Władysław Garnowski

Egzekucję zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski.

Kurek w książce „Zaporczycy” pisze o ostatnich chwilach Dekutowskiego: „Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując przez współwięźniów swe ostatnie posłanie.

Według dokumentów, wyrok wykonano przez rozstrzelanie [o godz. 19.00 – TMP]. Mokotowska legenda głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora »Zaporę« do worka, worek powiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciominutowych odstępach, mordowali jego żołnierzy: »Rysia«, »Żbika«, »Mundka«, »Białego«, »Junaka« i »Zawadę«”.

GLORIA VICTIS !!!

Tadeusz M. Płużański
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/03/Mjr-Hieronim-Dekutowski-Zapora-1918-1949-czesc-1.html
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/03/Mjr-Hieronim-Dekutowski-Zapora-1918-1949-czesc-2.html

Komentarzy 7 do “Byłam łączniczką „Zapory””

  1. Porównajcie, moi drodzy, fotografię Izabelli Kochanowskiej z fotografią „Opala”. Co mówią wam te dwa oblicza?

  2. JerzyS said

    Przypomnę kto organizował partyzantkę.
    Michał Tadeusz Karaszewicz-Tokarzewski[1] herbu Trąby, pseudonimy Doktor, Stawski, Stolarski, Torwid (ur. 5 stycznia 1893 we Lwowie, zm. 22 maja 1964 w Casablance)

    – generał bron] Wojska Polskiego,
    wolnomularz,
    teozof,
    duchowny Kościoła liberalnokatolickiego.
    Spis treści

    1 Życiorys
    1.1 Pochodzenie i młodość
    1.2 I wojna światowa
    1.3 II RP
    1.4 II wojna światowa
    1.5 Po II wojnie światowej
    2 Działalność pozawojskowa
    3 Życie prywatne
    4 Awanse
    5 Ordery i odznaczenia
    6 Przypisy
    7 Bibliografia

    Życiorys
    Pochodzenie i młodość

    Urodził się we Lwowie. Był synem Bolesława Tokarzewskiego i Heleny z domu Lerch de Lerchensfeld. Wychowywany był przez matkę i ciotki. Ukończył gimnazjum w Drohobyczu. W 1913 roku rozpoczął studia na Wydziale Prawa i Umiejętności Politycznych Uniwersytetu Franciszkańskiego we Lwowie, kontynuowane później na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W czasie studiów związał się z ruchem socjalistycznym. Działał w organizacjach niepodległościowych Józefa Piłsudskiego. Był członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej-Frakcji Rewolucyjnej. Należał do Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego „Strzelec”. Był dowódcą oddziałów ZS w Drohobyczu i Samborze oraz inspektorem Okręgu Krakowskiego ZS, w ramach którego odbył latem 1913 roku elitarny kurs oficerski w Stróży na Podhalu za co otrzymał prawo noszenia odznaki Parasola. Przed I wojną światową jako obywatel Austro-Węgier został wcielony do armii, w której ukończył kurs oficerów rezerwy.
    I wojna światowa

    W sierpniu 1914 roku wstąpił do Legionów Polskich, dowodząc kolejno V, a następnie II batalionem 5 Pułku Piechoty Legionów, III batalionem 6 Pułku Piechoty Legionów, następnie objął dowodzenie 5 Pułkiem Piechoty Legionów. W październiku 1914 roku został ciężko ranny podczas bitwy pod Łaskami-Anielinem. W 1915 roku Piłsudski awansował go do stopnia majora. W czasie kryzysu przysięgowego został na krótko internowany, później (pozostając w konspiracji) działał w strukturach Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), m.in. w Lublinie, a następnie na terenie Ukrainy i Białorusi, gdzie za swoją działalność m.in. w Moskwie był 3-krotnie aresztowany przez władze bolszewickie.
    Zwolnienia zawdzięczał kontaktom Kazimierza Pużaka, kierującego pracami PPS na terenie Rosji.
    ( nie Płużaka tylko Rettingera przyp. JS)

    II RP

    W 1918 roku Tokarzewski ponownie objął dowodzenie 5 Pułku Piechoty Legionów i w grupie operacyjnej dowodzonej przez płk. Juliana Stachiewicza wspomógł oddziały polskie walczące z Ukraińcami o Przemyśl, a 19 listopada 1918 roku zorganizował odsiecz dla walczącego Lwowa, która zaważyła na utrzymaniu miasta. Po zdobyciu Lwowa dowodził do początku 1919 roku oddziałami polskimi walczącymi na południe od miasta. W czerwcu 1919 został awansowany do stopnia pułkownika. W czasie wojny polsko-bolszewickiej w kwietniu 1919 brał udział w tzw. wyprawie wileńskiej, w czasie której dowodził brygadą w 1 Dywizji Piechoty Legionów; następnie został zastępcą inspektora i szefem Departamentu I Piechoty M.S.Wojsk., w 1924 roku uzyskał nominację na dowódcę 19 Dywizji Piechoty w Wilnie i kierował nią do 1926.

    1 grudnia 1924 roku Prezydent RP Stanisław Wojciechowski na wniosek ministra spraw wojskowych gen. dyw. Władysława Sikorskiego awansował go na generała brygady ze starszeństwem z 15 sierpnia 1924 roku i 19. lokatą w korpusie generałów[2].

    Nominację uzyskał jako jeden z najmłodszych w Wojsku Polskim. Był bardzo wysoko oceniany przez Piłsudskiego, który w 1925 sugerując prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiemu obsadę teki ministra spraw wojskowych, wymienił Karaszewicza-Tokarzewskiego obok generała Lucjana Żeligowskiego, Leona Barbeckiego i Leonarda Skierskiego.

    Po przewrocie majowym został szefem Biura Personalnego Ministerstwa Spraw Wojskowych i kierował nim do 1928; następnie objął dowództwo 25 Dywizji Piechoty z miejscem postoju dowództwa w Kaliszu. W 1932 roku został dowódcą Okręgu Korpusu Nr III w Grodnie, a później kolejno dowódcą Okręgu Korpusu Nr VI we Lwowie (1936–1938) i Okręgu Korpusu Nr VIII w Toruniu (1938–1939).

    II wojna światowa

    Podczas kampanii wrześniowej od 11 września dowodził grupą operacyjną swojego imienia (15 i 27 DP) w składzie Armii „Pomorze” i wraz z nią uczestniczył w bitwie nad Bzurą. Po kapitulacji Warszawy, 27 września 1939 generał stanął na czele organizacji wojskowej – Służby Zwycięstwu Polski, która była pierwszą organizacją konspiracyjną w okupowanej Polsce. Po utworzeniu Związku Walki Zbrojnej – ZWZ został komendantem Obszaru nr 3 Lwów. W marcu 1940 został aresztowany przez funkcjonariuszy NKWD podczas próby przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. Trafił do łagru pod Workutą a potem na Łubiankę. Po tym, jak został zwolniony w sierpniu 1941, podjął służbę w Armii Polskiej w ZSRR jako dowódca 6 Dywizji Piechoty „Lwów”. Był następnie zastępcą generała Władysława Andersa. Po ewakuacji z ZSRR pełnił funkcję zastępcy dowódcy Armii Polskiej na Wschodzie.

    Po II wojnie światowej

    W 1946 był dowódcą 2 Korpusu Polskiego, a następnie Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Po zakończeniu II wojny światowej pozostał na emigracji w Wielkiej Brytanii. Pracował zawodowo jako robotnik w fabryce sprzętu radiowego. Od 1954 był Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych i ministrem obrony narodowej w rządzie Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie.

    Działalność pozawojskowa

    W okresie międzywojennym jeden z najwyżej postawionych polskich teozofów. Był jedną z trzech osób mających prawo do noszenia srebrnej swastyki. Brał udział w seansach organizowanych przez Polskie Towarzystwo Teozoficzne w Mężeninie. Od 1925 był wiernym Liberalnego Kościoła Katolickiego. 14 listopada 1926 przyjął stan duchowny. Święceń kapłańskich udzielił mu w Warszawie biskup James Ingall Wegdwood[3].

    Generał Karaszewicz-Tokarzewski był także jednym z najaktywniejszych polskich wolnomularzy. Należał do Wielkiej Loży Narodowej Polski i Zakonu Le Droit Humain. Był współzałożycielem i członkiem lóż: Tomasz Zan, Orzeł Biały, Święty Graal i Św. Michał Archanioł. W 1937 uzyskał najwyższy w masonerii 33. stopień wtajemniczenia.

    Życie prywatne

    Żonaty z Antoniną Julią z Kondziołłów-Kamecką. Miał córkę. Był kuzynem Jana Tokarzewskiego-Karaszewicza.

    Awanse

    generał brygady – 1 grudnia 1924 roku ze starszeństwem z 15 sierpnia 1924 roku i 19. lokatą w korpusie generałów
    generał dywizji – ze starszeństwem z 1 stycznia 1943 roku
    generał broni – ze starszeństwem z 19 marca 1964 roku przez Prezydenta RP, Augusta Zaleskiego

    „Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn.”
    Arystoteles

  3. JerzyS said

    Po kapitulacji Warszawy, 27 września 1939 generał stanął na czele organizacji wojskowej – Służby Zwycięstwu Polski, która była pierwszą organizacją konspiracyjną w okupowanej Polsce. Po utworzeniu Związku Walki Zbrojnej – ZWZ został komendantem Obszaru nr 3 Lwów. W marcu 1940 został aresztowany przez funkcjonariuszy NKWD podczas próby przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. Trafił do łagru pod Workutą a potem na Łubiankę. Po tym, jak został zwolniony w sierpniu 1941,
    (to właśnie wtedy na interwencje Rettingera Sowieci go zwolnili. Ciekawe dlaczego jedni – Katyń a Tokarzewski – wolność)
    podjął służbę w Armii Polskiej w ZSRR jako dowódca 6 Dywizji Piechoty “Lwów”.

    “Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn.”
    Arystoteles

    Partyzantów wielka szkoda, ale podejmowanie walki która nie miała żadnych szans powodzenia to polska tragedia, wynikająca z braku elit i wpływów obcej agentury

  4. Marucha said

    Re 3:
    Partyzanci niekoniecznie podejmowali walkę w nadziei na zwycięstwo. Niektórzy wprawdzie liczyli na wybuch nowej wojny.

    Myślę, że to co ich pchało do lasu, to była kwestia wyboru: zginąć z katowniach UB, jako sponiewierane strzępy ludzkie – albo zginąć z bronią w ręku i przy okazji wziąć do piekła choć paru prześladowców. Dla niektórych odgrywała rolę również chęć odwetu za morderstwa na najbliższych.

  5. Błysk said

    Re1: Nie wiem po co porównywać te dwie fotografie ? Jaki jest w tym cel.? .Pani Izabella była i jest wspaniałą Polką.

  6. galaszek said

    To wstyd dla faceta przyznawac sie do łez……jakze jednak nie zapłakac nad losem tej biednej . umęczonej Matki-Ojczyzny gdy majac rodzonych takich synow i corki jak p. Major Zapora czy p, Izabela Kochanowska, gotowych Jej bronic do krwi ostatniej ….zostac musiała macochą dla własnych dzieci a udawac Matke -Polske przybłąkanym mordercom i koczowniczym zbrodniarzom pijacym krew Jej rodzonych dzieci -jak mleko-do dzisiaj i udajacych przy tym polskich Tewie -mleczarzy

  7. Siggi said

    Izabella Kochanowska dosc sielankowo opisuje ta rzeczywistosc w otoczeniu cc Hieronima Dekutowskiego „Zapory”.A wcale tak nie bylo.Okres po 1945r w tamtych stronach,o ktorych opowiada,byl znaczony tragediami bardzo wielu niewinnych mieszkancow biednych w istocie wsi.
    Znam jeszcze inne teksty na temat dzialanosci „Zapory”i to co robil po wojnie chwaly mu nie przynioslo a zycie skonczyl przed plutonem egzekucyjnym.
    W wypowiedzi Izabelli Kochanowskiej w jednym miejscu mna wstrzasnego,kiedy opowiada jak jej padl kon z pary ,ktorymi powozila. I mowi;”Wzielam bron i poszlam do gospodarza, zeby oddal mi swojego konia”.
    Ja,jako pochodzacy z rodziny chlopskiej,z wyksztalceniem rolniczym,ktory takze gospodarowal na wlasnych hektarach,z mentalnoscia chlopa indywidualnego,gdyby to na mnie trafilo i mialbym bron w reku;…zastrzelilbym taka jak bura suke.
    Te uzbrojone grupy H.Dekutowskiego ,bez litosci grabily z zywnosci,koni,plodow rolnych,zywca palili zabudowania chlopskie.Stosowali zasade odpowiedzialnosci zbiorowej !Byly to czasy,kiedy z zywnoscia byly ogromne problemy,a tu wpada kilku uzbrojonych i grabia. Zostawiali pokwitowania….? W wywiadzie I.Kochanowska nazywa to aprowizacja.
    Dzieje cichociemnych skoczkow z Anglii interesowaly mnie od bardzo dawna.Dyrektor technikum rolniczego,ktory w 1958r przyjmowal mnie do I klasy byl cichociemnym,uczestnikiem rozbicia wiezienia w Pinsku,dowodca batalionu”Sokol” z 27 Wolynskiej Dywizji AK.Do dzis -my absolwenci-wspominamy z wielkim uznaniem naszego dyrektora,wielkiego Polaka i Bohatera.Byl wieziony na Zamku w Lublinie i we Wronkach i jakby nie kpic,to dzieki amnestii z wrzesnia 1945 wrocil do rodziny i rozpoczal prace w szkolnictwie rolniczym.Nie poszedl do lasu,aby prowadzic beznadziejna walke,tym samym przysluzyl sie Polsce w jej odbudowie.Bardzo dobrze znal H.Dekutowskiego.
    Mam wrazenie ,ze oba teksty o „Zaporze”sa mocno podlukrowane.Jego dzialalnosc na Zamojszczyznie,zostala szybko zakonczona przeniesieniem do Pulaw,z powodu ostrych kofliktow z miejscowymi dowodcami oddz.i placowek AK.To szerszy temat…
    Ja, pochodze z Zamojszczyzny,a moj stryj Roman (sierzant z KOP-u)byl dowodca placowki AK w Starym Zamosciu,stracony 23.01.1950 r we Wroclawiu,za napad z bronia w reku na Bank Spoldzielczy w Nowej Soli.Moj sp.ojciec i pozostale rodzenstwo bez konca prosilo,blagalo „Urszule”,aby dal sobie spokoj z ta lesna konspiracja.Nie posluchal,a wynikalo to,jak u wielu z okresu konspiracji wojennej,ze nie potrafili sie pogodzic z takim obrotem spraw po wojnie w Polsce,a nikt wplywowy,rozsadny nie wlozyl im do glow,ze przeciez zostalismy sprzedani doslownie w Jalcie,Poczdamie.Teraz czas ,aby nie marnowac zycia…

    PS.W drugim tekscie o „Zaporze”jest mowa o spotkaniu w lesie Romkowskiego i innych z „Zapora” i ze nawet przylecieli helikopterem ? A byl to chyba luty,moze marzec 1947 -byly wtedy w Polsce helikoptery?

Sorry, the comment form is closed at this time.