Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Najpierw towar, potem człowiek

Posted by Marucha w dniu 2012-12-02 (Niedziela)

Chcą tu pracować, bo szukają ucieczki od rutyny, zajęcia, które będzie ich pasją. Firma Apple dokładnie to im obiecuje. Za błyszczącymi fasadami kryje się jednak świat pełen obłudy, dyktatorskich zabiegów, prania mózgów. Ludzie, dumni niegdyś, że pracują dla Apple, mówią dziś, że czują się jak członkowie jakiejś dziwnej sekty.

https://i0.wp.com/unboxingman.pl/wp-content/flagallery/2012-11/apple_logo_think_different.pngCzas na wiersz. Panie i panowie zebrani w sali posiedzeń mają dziesięć minut na trzy linijki poezji. Rymy nie są obowiązkowe, narzucona jest tylko treść wiersza. „Podsumujmy, co sprawia, że Apple Store jest tak wyjątkowy!”.

To zdanie ma wykrzyknąć prowadzący szkolenie. Działa on według szczegółowego scenariusza. Firma Apple, superpotęga w cyfrowym świecie, szkoląc swoich pracowników, niczego nie pozostawia przypadkowi. Trening trwa dwa tygodnie i każde słowo, jakie prowadzący kieruje w tym czasie do przyszłej załogi nowej filii koncernu, jest wcześniej określone. Luzacka komputerowa firma z Kalifornii podała nawet w swoim podręczniku przykładowy wierszyk: „Co za wspaniałe miejsce Wspólnota, przyjaciele i zabawa Tak, to Apple Store!”.

Właśnie zakończył się kolejny kurs dla propagandystów królestwa Apple – 200 nowych pracowników jedenastego sklepu koncernu w Niemczech. Ma on zostać otwarty w Berlinie, będzie większy i bardziej okazały niż wszystkie inne, na jego potrzeby już od miesięcy szykowana jest XIX-wieczna kamienica przy Ku’dammie.

Kiedy dokładnie odbędzie uroczysta inauguracja jego działalności? Na ten temat Apple milczy jak zawsze, nie chcąc zdradzić nic ze swego wewnętrznego życia. Zasady polityki firmowej, której częścią jest robienie tajemnicy nawet z najbardziej banalnych spraw, wpaja się nowym pracownikom już na piątej stronie grubego jak katalog podręcznika: „Nic z tego, co dzisiaj tu omawiamy, nie może wyjść poza tę salę”.

Nowicjuszom taki przepis może wydać się zgrywaniem ważniaków lub nawet lekką paranoją. Wielu z tych, którzy już od dawna należą do wspólnoty przyjaciół i zabawy, lepiej rozumie ów zakaz milczenia. Wiedzą bowiem, że ten sklep to „wspaniałe miejsce” jedynie w wierszyku, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

Ci, którzy nie zamierzają już słuchać zakazu mówienia, opowiadają o systemie samowyzysku, marnych pensjach i kulturze pracy robiącej z najbardziej zwyczajnego zajęcia wielkie zadanie. Byli i obecni pracownicy donoszą o mierzonych stoperem przerwach na wyjście do toalety, o doznawanych zanikach słuchu i załamaniach nerwowych, o kontroli idącej tak daleko, że każdego zatrudnionego podejrzewa się kradzież.

(…) Historia, jaką wszyscy opowiadają, nie pozostawia żadnych złudzeń. Szukali pracy u najbystrzejszego producenta komputerów na świecie, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych wkroczył, jeszcze jako autsajder, ze sloganem „Think different”. Chcieli w to wierzyć, chcieli być inni, nowatorscy.

Ale dostali taką samą pracę jak dziesiątki tysięcy ludzi zatrudnionych w handlu detalicznym – z tą tylko różnicą, że nie sprzedają pasty do zębów, mięsa czy spodenek dziecięcych za 9,99 euro, lecz luksusowe dobra dające bajeczne korzyści.

(…)”Uczynić życie piękniejszym” – tak brzmi slogan sprzedażowy Apple. Wydrukowany jest też na tak zwanej credo card, jaką muszą nosić przy sobie wszyscy zatrudnieni. Jest to firmowe wyznanie wiary. Oznacza ono: ten, kto sprzedaje sprzęt z błyszczącym jabłuszkiem na opakowaniu, nie sprawia, że Apple staje się odrobinę bogatszy, on powoduje, że świat staje się nieco lepszy.

Całkiem możliwe, że nowi pracownicy berlińskiej filii, 200 świeżych zapaleńców, wierzy jeszcze w zdanie widniejące w niewielkim folderze: ”Pracownicy są duszą Apple i naszym największym kapitałem”. Prawdopodobnie nie należą do tych, którzy śledzą systematycznie wpisy na Twitterze, zapowiadające „Nowości na temat katastrofy pracowniczej w Apple”. (…)

Klaskanie na komendę

Nie trzeba być poetą, aby opisać fascynację, jaka płynie z katedr elektronicznej konsumpcji. Temu, kto po raz pierwszy wchodzi w świat nadgryzionego jabłka, trudno będzie powstrzymać się od pełnego zachwytu „wow!”. Na wielkich drewnianych stołach niczym eksponaty w muzeum królują komputery, odtwarzacze muzyki i telefony komórkowe. Szklane schody prowadzą na piętro, ściany połyskują metalem.

Ci, którzy przyjdą do świątyni Apple’a w dniu jej otwarcia, przeżyją jedyny w swoim rodzaju spektakl. Pracownicy, ubrani w niebieskie T-shirty, tworzą szpaler przy wejściu, nowych gości wita głośny aplauz i radosne okrzyki. Ów służbowy wybuch radości firma określa mianem „warm welcome”, może on trwać nawet parę godzin. Matthias doskonale pamięta swój pierwszy dzień pracy w monachijskim Apple Store. Ten informatyk w kolorowych tenisówkach był członkiem załogi, gdy w grudniu 2008 roku został otwarty sklep niedaleko Marienplatz, będący pierwszą filią koncernu w Niemczech. – Pracować tam, gdzie ludzie czekali na zewnątrz i wszyscy chcieli wejść do środka, to było coś wspaniałego – mówi. Z dumą nosił na piersi symbol jabłka, ta praca stanowiła jednocześnie jego hobby.

Tutaj nie przychodzą ludzie szukający rutyny. Wielu jest doskonale wykształconych, mają maturę, dyplom uniwersytecki, doświadczenie w pracy w handlu. Mają nadzieję na zajęcie, które nie tylko napełni im konto, ale da również poczucie sensu. Apple to właśnie obiecuje. Na jego stronie dla ubiegających się o pracę widnieje tekst: „Nieważne, co będziesz u nas robił, staniesz się częścią czegoś naprawdę wielkiego. Zadziw sam siebie. A jednocześnie cały świat”.

Inny pracownik, Flo mówi o ”odjazdowym uczuciu”, jakie go ogarnęło, kiedy otrzymał telefon z informacją, że został przyjęty. 28-latek pracował wcześniej w Deutsche Telekom i postanowił złożyć aplikację w kultowej firmie z Kalifornii. Znał powiedzenie, że dostać się do Apple jest trudniej niż na Harvard.

Tutaj wymaga się od ludzi poczucia więzi z firmą, oddania i zachwytu dla jej produktów. Koncern rewanżuje się za to bezgraniczną podejrzliwością. – Za każdym razem, kiedy wychodzisz z tego cholernego sklepu, podejrzewają cię, że jesteś złodziejem – opowiada Matthias. Każdy musi pokazać jednemu z ubranych na czarno ochroniarzy numery seryjne posiadanego przy sobie sprzętu Apple.

W październiku zeszłego roku Matthias stwierdził, że ma dosyć. Dość pełnych euforii przemówień kierowników filii, w których problemy klientów są zawsze „szansą zaprezentowania naszych umiejętności”, amerykańskiego pędu do uszczęśliwiania na siłę ludzkości, klaskania na komendę, gdy co rano podaje się wysokość obrotów z poprzedniego dnia. A do tego jeszcze ta sprawa z kolegą, który dostał upomnienie, bo w obecności szefa podobno ziewnął. – Zacząłem czuć się jak w jakiejś sekcie – stwierdza Matthias.

W Apple znany jest przypadek pracownika, który został zwolniony bez wypowiedzenia za to, że specjalnym śrubokrętem z firmowego warsztatu przykręcił obluzowaną śrubkę w swoim iPhonie. Wszelkie prywatne naprawy są zakazane, nawet jeśli trwają jedynie dwie sekundy. Sprawę tę będzie musiał teraz rozstrzygnąć sąd pracy.

Red Zone – pożar na powierzchni

W amerykańskim futbolu określenie „red zone” oznacza strefę, w której gracz może zdobyć punkty. W sklepie Apple zaczyna się ona zaraz przy wejściu – jest to miejsce, w którym robi się obroty. W zeszłym roku w każdym z 390 salonów tej firmy na świecie wyniosły one średnio 51,5 miliona dolarów. Jednym z najlepszych pod tym względem sklepów w Niemczech był ten w Monachium – jak twierdzą wtajemniczeni, w samym tylko ostatnim kwartale, kiedy to wypada Boże Narodzenie, wyciągnął 85 milionów.

I to pomimo faktu, że w pałacach Apple w ogóle nie ma kas. Sprzedawcy mają przymocowane paskiem do bioder czytniki kart, tak zwane „easy pay”, albo chwytają któreś z urządzeń rozmieszczonych na regałach. Gdyby jakiś klient chciał zapłacić gotówką, w drewnianych stolach ukryte są szuflady z kasami. W języku Apple nie istnieją zresztą sprzedawcy – mężczyźni i kobiety w niebieskich T-shirtach pracują jako „specialist”, „expert”, „creative” czy – jeszcze lepiej – „genius”.

Jednym z nich był Oliver, przez dwa lata pracował jako ”specjalista” w monachijskiej Red Zone. 27-letni brodaty mężczyzna trzy miesiące temu został zwolniony. Zarzucono mu, że źle zaksięgował komputer, a tym samym popełnił kradzież.

Red Zone sprzedawcy nazywają „powierzchnią”. Szczególnie w soboty nie jest to miejsce dla osób cierpiących na klaustrofobię. Często sklep jest tak zatłoczony, że każdego z pracowników otacza tłum czekających klientów. Oliver miał już do czynienia z takimi, którzy wołali: „Czy nikt tu nie chce moich pieniędzy?”, jego kolegę zaś któryś walnął w głowę przystawką do iPada – z frustracji, że czas oczekiwania jest tak długi. Chwile wytchnienia dla sprzedawców nie są przewidziane. Są nadzorcy, którzy kontrolują nawet wyjścia do toalety. – Co to za firma, w której muszę błagać, żeby pozwolono mi napić się wody? – pyta Oliver. W weekendy na „powierzchni” jest głośniej niż w halach fabrycznych w czasach industrializacji, metalowe ściany jeszcze wzmagają hałas. Oliver zaczął cierpieć na szumy w uszach.

(…) Kierownicy zespołów, tacy jak Flo, gaszą ogień na płonącej „powierzchni”. Teoretycznie powinni troszczyć się o takie sprawy, jak planowanie personalne, w rzeczywistości jednak nie ma na to najczęściej czasu. – Poświęciłem się całkowicie firmie, ona była moim dzieckiem – mówi Flo. To dziecko nie przestało być najważniejsze nawet wtedy, gdy jego żona leżała w szpitalu. On od 7.00 do 22.00 był wtedy w sklepie.

Niekiedy firmę zaskakuje jej własny sukces. Gdy Apple w 2001 roku wszedł do handlu detalicznego, tylko pięć procent posiadaczy komputerów miało Maca. A Apple nie sprzedawał jeszcze smartfonów ani tabletów. W tamtym czasie rozpowszechniona była onlinowa sprzedaż komputerów, do liderów w tej dziedzinie należały Hewlett Packard i Dell. Współzałożyciel Apple Steve Jobs chciał stworzyć miejsce, które pozwoli komputerowi pozbyć się wizerunku zgrzebnej, szarej maszyny liczącej. Klienci, cytuje Jobsa podręcznik dla nowych pracowników, zamiast ”słuchać o megahercach i megabitach, mieli nauczyć się i doświadczyć, co można zrobić z komputerem”. Apple dla swoich filii wybiera wyłącznie reprezentacyjne ulice z eleganckimi butikami i najlepszy ich punkt. Ludzie z czystej ciekawości mają tam wejść i niby przypadkiem odkryć sprzęt, o którym dotychczas nie wiedzieli, że jest im koniecznie potrzebny.

Attachement rate, czyli drogie dodatki

A kiedy klient już wejdzie, usłyszy od sprzedawcy: ”Ładne buty!“. ”Specjaliści” i ”eksperci“ nie są po to, by prowadzić z odwiedzającymi prostackie rozmowy, lecz by się z nimi zaprzyjaźnić. W podręczniku zapisane jest: miarą sukcesu sprzedawców jest to, ”jak dobrze potrafią budować długotrwale relacje z klientami” .

Personel Apple nie dostaje prowizji. Ten, kto pod koniec roku chce otrzymać podwyżkę, powinien wykazać się wysokim „attachement rate”. Bardzo dobry sprzedawca – podaje podręcznik – potrafi czterem na dziesięciu nabywców iPhona, iPada czy Maca wcisnąć ekstra-długą gwarancję, która kosztuje od 29 do 349 euro. Albo czterech na dziesięciu nowych posiadaczy Maca namówić na indywidualne szkolenie za 99 euro.

(…) W dobre dni Oliver sprzedawał towary w wysokości swojej rocznej pensji: za 30 tysięcy euro.

W 2009 roku podpisał umowę oferującą mu 12,5 euro za godzinę – mniej więcej tyle samo, ile zarabia sprzedawczyni w supermarkecie. Kolega obok dostaje 10 euro. Tego lata stawka godzinowa w Monachium została podwyższona do 15 euro – Apple zaprzecza, że stało się to po naciskach ze strony rady zakładowej.

Najdroższa firma świata nie daje pracownikom płatnych urlopów ani trzynastej pensji. Wśród zatrudnionych krąży dowcip: ”Od kiedy pracuję w Apple, nie stać mnie już na jego produkty”. (…) W Monachium opowiadają też o wizycie z urzędu inspekcji przemysłowej. Inspektorów wezwała rada zakładowa. Podobno niewiele brakowało, by kazali zamknąć salon. Monitory komputerów pracowniczych nie miały ekranów odblaskowych, pomieszczenie rekreacyjne nie spełniało norm wielkości i było zastawione sprzętem, brakowało szatni. Kontrolerzy naliczyli tylko dwie toalety męskie i trzy damskie dla 70-osobowej załogi, odkryli tez kamery, które filmowały nie magazyn, lecz personel.

Priorytety Apple są jasne: najpierw towar, potem człowiek. Na zeszłoroczną Gwiazdkę pracownicy dostali czerwone bluzy z polaru, na których wyszyto firmowe logo. Drapały niemiłosiernie i były tak marnej jakości, że noszące je osoby co kilka minut czuły szczypiące wyładowania elektryczne. Dlatego też wprowadzono zakaz noszenia ich na terenie sklepu. Towary mogłyby doznać uszczerbku.

Anna Kistner
http://gielda.onet.pl

Komentarzy 7 do “Najpierw towar, potem człowiek”

  1. nobody said

    Okazuje się że to to tylko zwykła maksymalizacja zysków, taka zwykła naturalna metoda biznesowa (naturalna gdy akcjonariusze wymagają wzrostu cen akcji). Poza tym użyte logo i slogan pochodzi z czasów gdy Apple kojarzyło się przede wszystkim z komputerami typu Personal Computer.

  2. Wandaluzja said

    Ja twierdzę, że Stev Jobs był masońskim wypierdkiem Teodora Żiwkowa, który miał 168 synów – ale czyim jest Bill Gates?

  3. AniaK said

    Re 2:
    Bill Gates wydaje się być miłym człowiekiem. Dobrze Mu z oczu patrzy, miły uśmiech….no i gra na gitarze.

    http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,10823475,Bill_Gates__Nigdy_nie_wroce_do_Microsoftu.html?order=najfajniejsze_odwrotnie

    Zakładam, że ojciec był Aniołem 🙂

  4. Rysio said

    Hej matoły powyżej!

    Jeżeli,
    „…Stev Jobs był masońskim wypierdkiem
    „….a Billa Gats’a ojciec był „Aniołem”………”

    To dlaczego z wywieszonymi jęzorami, kapiąc śliną – kupujecie i używacie ich Mac’i i Windowsy?

  5. AniaK said

    Re2 cd:

    Aniołem – w sensie że stworzył pan Billa.

  6. wi42 said

    Re: Rysio

    Znow R. ciezko mysli. To wszystko (prawie wszystko) jest do zniewolania, podobnie jak inne media. Stosujemy ich bron dla swojej obrony – i tyle, tutaj komputery daja nieco wieksza szanse niz inne media.
    Wywieszony jezor i sline to widzi R. chyba w lustrze.

  7. Rysio said

    Ja nie używam ani Maca ani Windows tylko Fedora 16.

    🙂

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: