Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Tralala o Wolne tematy (10 – …
    Carlos o Stalingrad
    rocznik57 o Upadek cywilizacyjny Polski
    lewarek.pl o Prof. Mearsheimer: „To Zachód…
    Marucha o Szymowski prześwietla premiera
    Zima o Pierwszy pozew za zmuszenie do…
    Kronika o Wolne tematy (10 – …
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    telewizjapolska24 o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Czaruś o Wolne tematy (10 – …
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    lewarek.pl o Szymowski prześwietla premiera
    walthemar o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    gnago o Szymowski prześwietla premiera
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

To nie kryzys ojcostwa, ale rodziny!

Posted by Marucha w dniu 2013-02-10 (Niedziela)

„Słuchacze kaznodziei zbyt często słyszą albo moralizatorstwo, albo podkreślanie tych przymiotów chrześcijanina, które w sposób naturalny bardziej odpowiadają kobietom. Jeśli nie zdajemy sobie z tego sfeminizowania treści Ewangelii sprawy, to być może dlatego, że już tak bardzo się do tego przyzwyczailiśmy” – mówi Sławomir Zatwardnicki w rozmowie z PCh24.pl.

Gdzie się „podział” współczesny ojciec?

Przekora powoduje, że pytanie chciałbym odwrócić: a gdzie się „podziała” współczesna matka? Bo przecież nie mamy do czynienia jedynie z kryzysem ojcostwa, ale w ogóle – z kryzysem rodziny, którego jednym z przejawów jest pomieszanie ról oraz uniformizacja wychowania na modłę kobiecej wrażliwości w domu. Z kolei ten kryzys rodziny też nie bierze się znikąd, ale jest konsekwencją cywilizacyjnego kryzysu czy też tzw. „postępu”, zależy z której strony patrzeć; niebagatelny wpływ ma również sytuacja ekonomiczna. Oczywiście przyczyn tego stanu rzeczy można by szukać jeszcze dalej czy głębiej, może więc przerwijmy ten nieskończony regres zwróceniem uwagi na malejący wpływ wiary na życie ludzi; to oczywiście też nie jest ostateczne wyjaśnienie – bo trzeba by zapytać, skąd się takie malejące znaczenie religii bierze – ale przynajmniej zwraca naszą uwagę we właściwym kierunku: być może w ogóle nie da się być ojcem bez odniesienia do Boga Ojca.

W każdym razie: ojcowie nie są dziś aż tak bardzo różni od swoich poprzedników, tyle że nie wspiera ich społeczeństwo czy tradycyjne wartości, z kolei możliwości ucieczki od własnego powołania są dziś dużo większe niż kiedyś. Pozostawieni samym sobie muszą rodzice świadomie wybierać płynięcie pod prąd, i rzeczywiście widać dziś jakieś jaskółkowe tendencje odzyskiwania rodzicielstwa przez tatusiów i mamusie. Ale takich świadomych rodziców po pierwsze nigdy nie będzie większość (pozostali pozostaną obojętni, co w sytuacji po grzechu pierworodnym jest zawsze łatwiejsze), a po drugie nie bardzo wiadomo, jak to odzyskiwanie macierzyństwa i ojcostwa miałoby wyglądać – na jakiej wizji rodzicielstwa można by się oprzeć? Ten poda taką receptę, tamten inną, a wszystko to można sprowadzić tylko do jednego mianownika: psychologicznych porad.

A konkretnie – gdzie się dziś ojcowie „podziewają”? Przede wszystkim w pracy, której wykonywanie w przypadku mężczyzn zawsze graniczy z pracoholizmem, a w czasach dzisiejszych wymaga heroicznej cnoty, by w ten rodzaj uzależnienia nie wpaść. Ale również po pracy nie jest trudno czy to wyemigrować wewnętrznie (ojciec nieobecny emocjonalnie), np. rechotać przed sitcomami lub podnosić sobie adrenalinę kibicowaniem politycznym igrzyskom, czy też stać się „drugą mamusią” powielającą kobiecy styl wychowania i zaangażowań domowych, bo zdaje się z tym coraz częściej mamy dziś do czynienia. W książce „Tata strongman” pisałem nawet o kobietach modliszkach (mam nadzieję, że Czytelniczki mają zrozumienie form literackich) i mężczyznach samcach czarnej wdowy.

Gdzie szukać wzorców ojcostwa? Nawet w Kościele, który bywa przedstawiony jako ostoja „męskiej dominacji”, w ruchach wspólnotowych dominują kobiety, np. w oazach itp., które kształtują młodych ludzi?

Mimo wszystko chyba jednak w Kościele i kościelnych wspólnotach. Zdarzają się przecież częściej niż rodzynki w cieście ojcowie, na których można by jeśli nie oprzeć się jak na wzorcu, to przynajmniej zainspirować. Tu i ówdzie dostrzec można nawet potencjalny autorytet. Pojawiają się zresztą w Kościele tendencje do odzyskiwania utraconej męskości i ojcostwa – oczywiście na razie są to ruchy marginalne i na razie siłą rzeczy ulegające pokusie utożsamienia woli Bożej z odkryciem swojej męskiej tygrysiej natury, ale być może dzięki nim lub na ich błędach będzie można odkryć, jak powinien zachowywać się oswojony tygrys, tak żeby nie został ugłaskany na śmierć.

I oczywiście zawsze pozostaje przede wszystkim Syn Boży, który jak by nie patrzeć stał się mężczyzną, i mimo że dla Królestwa Bożego zrezygnował z ojcostwa fizycznego, to przecież jest wzorem również dla tatusiów. Jasne, że trzeba najpierw Chrystusa odnaleźć, bo słodka pobożność – uzasadniona, ale nie wystarczająca – tak przypudrowała Jego obraz, że mężczyzna niekoniecznie czuje się przez Niego pociągnięty. A przecież jeśli czytać Ewangelie bez uprzedzeń, a do tego spotkać współczesnego ucznia Jezusa (mężczyznę!) – można doświadczyć wpływu Tego, dla którego inni mężczyźni porzucali wszystko, tak że nawet ich żony, jeśli mieli, pozostawały daleko w tyle.

Również relacje panujące w Świętej Rodzinie mają wiele do powiedzenia współczesnym rodzicom i ich dzieciom. Jeśli tylko nie poprzestać na (nie)pobożnych stereotypach widzących w Józefie pantoflarza zdominowanego przez Maryję, ale medytować rzetelnie nad Ewangelią – można wyciągnąć naprawdę praktyczne lekcje co do roli mężczyzny w rodzinie. Sam jestem zdziwiony, ilekroć zagłębiam się w Słowo Boże odczytywane w zgodzie z żywą Tradycją Kościoła, że ma ono aż tyle w tym temacie do powiedzenia.

A co do Kościoła jako „męskiej dominacji”? Dzięki Bogu (dosłownie) jeszcze tylko Kościół ma odwagę czy też wierność poleceniu Pana, żeby święcić jedynie mężczyzn. Szkoda tylko, że ta „dominacja”, jak Pan to określił, a w gruncie rzeczy adekwatność do różnicy natur kobiecej i męskiej, kończy się na hierarchii i zwykle przejawia się jedynie w czasie nabożeństw kościelnych i to tylko przy ołtarzu. Bo już w ławkach, a także salkach parafialnych dominują rzeczywiście kobiety. Mężczyzna, który wchodzi w to ciepłe wspólnotowe towarzystwo musiałby albo dokonać przewrotu, co na pewno nie jest łatwe, a być może jest nawet niemożliwe, albo pozostaje mu wycofać się; jak pantoflarzowi w domu – bo w gruncie rzeczy tu pewnie wszystko się zaczyna. I tu, i tam – wymagane jest nawrócenie i zajęcie przez kobiety i mężczyzny przewidzianego przez Boga miejsca, czyli w praktyce: kobieta uczynić musi krok w tył, a mężczyzna w przód.

Skąd w takim razie feminizacja polskiej religijności?

Być może dokonuje się to już w sercu przepowiadającego słowo kapłana, który sam nie zawsze ma doświadczenie wiary, która byłaby ryzykowną przygodą. Słuchacze kaznodziei zbyt często słyszą albo moralizatorstwo, albo podkreślanie tych przymiotów chrześcijanina, które w sposób naturalny bardziej odpowiadają kobietom. Jeśli nie zdajemy sobie z tego sfeminizowania treści Ewangelii sprawy, to być może dlatego, że już tak bardzo się do tego przyzwyczailiśmy. Spotkałem w swoim życiu pewnego zakonnika, który sprawował swoją posługę bardziej po męsku; to pozwoliło mi uświadomić sobie, jak może to wyglądać, i co najważniejsze – jak tego rodzaju służba staje się skuteczna i pociągająca zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

Na pewno błędem duszpasterskim jest zredukowanie kościelnego przywództwa jedynie do księży. W związku z tym David Murrow, protestancki autor książki „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła” (Poznań 2007), proponuje odejście od takiego modelu pasterzowania, w którym jest tylko jeden pasterz, a reszta jak owieczki miałaby za nim podążać. Wzorem Jezusa należałoby wyszkolić także świeckich mężczyzn i posłać do pracy ewangelizacyjno-formacyjnej. Wspomniany dyrektor organizacji „Kościół dla mężczyzn” formułuje apel w stronę duchownych: „nie jesteście jedynymi duszpasterzami. Wasi ludzie też nimi są. Wy jesteście ich trenerami. Bóg stworzył mężczyzn do aktywności, a oni często przyjmują postawę bierną, ponieważ wydaje im się, że nie mają prawa lub kwalifikacji do pracy duszpasterskiej”.

Oczywiście książka jest dyskusyjna, być może autor zbyt duży nacisk kładzie na ludzkie rozwiązania problemu, podczas gdy trzeba by zwrócić uwagę przede wszystkim na Ducha Świętego, który ma przecież moc pociągnięcia mężczyzn, jak to już w historii zbawienia czynił przecież. Jednak w tym wymiarze ludzkim czytelnik rzeczywiście doznaje pewnego rodzaju „przejrzenia” feminizacji, jaka dokonała się w Kościele, i uczy się reagowania na ten stan rzeczy. W skrócie mówiąc pobożność jest bowiem kształtowana przez kobiety: babcia ucząca pacierza, matka prowadząca dzieci do kościoła, i katechetki (kobiety w większości!) w szkole – to wszystko nie nastraja optymistycznie. Z kolei system kształcenia katechetów, zresztą podobnie jak cała współczesna oświata, znów bardziej promuje kobiece zdolności. I kółko się zamyka. Nie wiem, czy ktoś będzie miał odwagę to przerwać.

Jakie efekty przynosi samotne (matczyne) wychowanie dziecka?

A niech się psychologowie wypowiadają. Zauważmy jedynie to, nad czym oni będą prowadzić badania i dochodzić do sprzecznych wniosków; zdrowy rozsądek podpowiada, że dziecko wychowane przez matkę będzie do końca życia w pewnym sensie „kalekie”. Można i nawet trzeba ograniczać stopień tego psychicznego kalectwa przez terapie czy przez wpływ innych mężczyzn, ale nie da się przecież zaprzeczyć konsekwencjom tej patologicznej sytuacji, w jakiej znalazły się matka i dziecko. Oczywiście zbawieniu to nie musi przeszkodzić, jednak funkcjonowanie w życiu z tak wielką „dziurą” w sercu, które nigdy nie doświadczyło, czym jest miłość ojcowska – nie jest łatwe. I utrudnia również relację z Bogiem Ojcem. Syn wychodzi więc bez żadnego doświadczenia ojcostwa i nie będzie umiał być ojcem, a córka ryzykuje szukania w objęciach innego mężczyzny tej miłości, której nie doświadczyła. Dalsze przykre konsekwencje można by bez trudu mnożyć, niech jednak to „przekleństwo” wskaże nam w ten pośredni sposób na błogosławieństwo, którego doświadcza dziecko wychowywane przez matkę i ojca świadomych swojej roli i działających według odmiennych, ale znakomicie się uzupełniających, wrażliwości wychowawczych.

Kryzysowi rodzice wychowają kryzysowe dzieci, a te stworzą kolejne kryzysowe rodziny? Jak przerwać to błędne koło?

Według psychologicznych prawidłowości to błędne koło będzie toczyło się dalej, chyba że dysfunkcja zostanie przerwana terapią; w ten sposób osoba może nie zostanie uzdrowiona całkowicie, ale przynajmniej – analogicznie do wychodzących z nałogu alkoholików – będzie mogła w miarę trzeźwo przeżywać rzeczywistość. Ale przede wszystkim trzeba by zwrócić uwagę na nawrócenie. Już samo doświadczenie Boga i wejście w chrześcijańskie relacje wewnątrzwspólnotowe otwiera nowe perspektywy, a jeśli zostanie dopełnione przez człowieka konkretną współpracą z łaską Bożą – pozwala doświadczyć „nowego życia”. Owszem grzech wciąż będzie godził w rodzinę, ale łaska okaże się większa. Biblia tę jakościową dysproporcję między negatywnymi skutkami rodzinnymi a dobroczynną łaską Boga przedstawia „ilościowo” – parafrazuję: jeśli przekleństwo ojców ma konsekwencje do trzeciego i czwartego pokolenia, to łaska dla miłujących Boga Ojca sięga tysięcznego pokolenia (por. np. Pwt 5,9-10).

Potwierdzę to doświadczeniem zyskanym na bazie prowadzenia jednej z filii Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła. W kilkuletnim programie formacji jednym z najważniejszych poziomów okazuje się być ten oparty na wychodzeniu z konsekwencji szeroko rozumianych dysfunkcji rodzinnych (w oparciu o zmodyfikowane 12 kroków Anonimowych Alkoholików). Osoby, które przeżyły wcześniej swoje nawrócenie lub przebudzenie duchowe, po jakimś czasie zdają sobie sprawę z mechanizmów nabytych z powodu czy to grzechów rodzinnych, czy niedojrzałości matki i ojca, czy w końcu tragicznych sytuacji losowych. I okazuje się konieczne przejście pewnego procesu czy terapii od zniewolenia negatywnymi konsekwencjami ku wolności. Zastosowane narzędzie prowadzi (a właściwie Bóg dzięki niemu) do „trzeźwości” i pozwala przerwać błędne koło.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Łukasz Karpiel

Sławomir Zatwardnicki (ur. 1975) – redaktor naczelny serwisu rodzinnego Opoki (www.rodzina.org.pl), publicysta, autor artykułów (publikuje między innymi w „Homo Dei” oraz „Bibliotece Kaznodziejskiej”) oraz trzech książek: „Abraham. Meandry wiary” (Poznań 2011), „Tata strongman. O integralnym wychowaniu i prawdziwym ojcostwie” (Kraków 2012), „Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak pojedynkować się z ateistą” (Warszawa 2012).

http://www.pch24.pl/

Komentarzy 13 do “To nie kryzys ojcostwa, ale rodziny!”

  1. Trzeba powrócić do starego tekstu przysięgi małżeńskiej. Od tego się wszystko zaczyna.

  2. zenobiusz said

    Reblogged this on Zenobiusz's Blog.

  3. Jan said

    Człowiek kłamliwy i łykający kłamstwa,czyli nasiąknięty kłamstwem nie jest zdolny do dotrzymania jakiejkolwiek przysięgi na dłuższy czas.

  4. Pokręć said

    Przecież Pan Jezus powiedział wprost, że nie warto jest się żenić. Tak, w sytuacji po grzechu pierworodnym to jest łatwiejsze (i rozsądniejsze). I nie zawsze droga trudniejsza jest tą „lepszą” drogą. Kiedyś do św. O. Pio przyszła kobieta poradzić się, co ma robić: wyjść za mąż, czy wstąpić do klasztoru, bo chciałaby pomóc dźwigać Krzyż Panu Jezusowi. A św. o. Pio odpowiedział, że małzeństwo jest jak droga na Kalwarię z Panem Jezusem a zakon – jak podziwianie i adoracja Pana Jezusa na Górze Tabor. Św. o. Pio nie ożenił się, poszedł prostszą drogą. I gdzie zaszedł?
    A to całe „powołanie” to albo popęd, albo instynkt rodzicielski, albo strach przed samotnością. I to wszystko.
    Życie na ziemi nie jest warte tego, żeby zostać poczętym. A życia po śmierci i radości zbawienia nie znam, więc mnie serce nie boli jak wygłaszam takie stwierdzenia. Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. jakbym mógł bez konsekwencji po prostu zniknąć i przestać istnieć, tak, jak nie istniałem zanim moi rodzice się poznali, to bym to po prostu zrobił. Ktoś musi sobie ulżyć, bo czuje miętę, bo go ciśnie, bo samemu trudno w życiu a że przy tym wpakuje w to g… człowieka zupełnie Bogu ducha winnego i na owego człowieka zwali jarzmo grzechu pierworodnego – nieważne. Bo przecież małe dzieci są takie rozkoszne! Emocjonalną przyjemność ludzie mylą z powołaniem.
    No, ale trudno, mleko się rozlało, muszę jakoś żyć aż nie umrę z przyczyn niezależnych ode mnie.
    A ludzie mówiący o przyszłości narodu, świata, blablabla, powiem tylko, że są romantykami. Etrusków już nie ma – czy ktoś po nich płacze? Co nam każe przejmować się tym, co będzie po naszej śmierci? A niech będzie, co chce, ja z tego wygnania (w które zostałem wrobiony przez chuć ludzką – tak to nalezy nazwac w ostateczności) chcę wynieść własny tyłek w całości, jak amerykański poborowy z Wietnamu. Ani to jego wojna, ani jego interes, co go to obchodzi? On walczy nie o oswobodzenie Indochin od komuny, tylko o własny powrót do domu. Ma nie dać się zabić przez czas służby i to jest jego jedyny cel. Co go będzie tam, gdzieś w Kansas, czy Indianie obchodziło, czy w Hanoi jest czerwona flaga czy jakaś inna?
    Sorry za bezpośredniość, ale używanie eufemizmów w stylu „powołanie”, „miłość” i takich tam, gdzie po prostu chodzi o popęd, instynkt rodzicielski i strach przed samotnością to samooszukiwanie się.

  5. Ad. 4

    To może wszyscy wstąpmy do klasztorów? I założę się, że Izrael to sfinansuje… 🙂

  6. Matka powinna jak najwięcej czasu spędzać z dziećmi w domu, być opiekuńcza, uczyć obowiązków domowych, dawać sobą jak najlepszy przykład nie posługując się rynsztokowym językiem, nie padając do nieprzytomności razem z mężem przy flaszce wódki, ale powinny też od małego uczyć dzieci savoir-vivre i wiary w Boga.
    Mężczyzna natomiast nie powinien emanować prymitywną siłą i brutalnością, aczkolwiek powinien umieć posługiwać się bronią, posiadać ją i bronić rodziny. Winien być inteligentny, odpowiedzialny, obowiązkowy, w żadnym wypadku nie ciotowaty, zdradę i oszustwo powinien piętnować, a swojej egzystencji nie ograniczać do pracy i siedzenia w fotelu z pilotem w jednej ręce, a z piwem w drugiej.

    Pozdrawiam

  7. Jan said

    AD. 4 ‚ Przecież Pan Jezus powiedział wprost, że nie warto jest się żenić’

    – A po co Pan Nasz Jezus Chrystus ustanowił Sakrament Małżeństwa

    ‚ A życia po śmierci i radości zbawienia nie znam, więc mnie serce nie boli jak wygłaszam takie stwierdzenia’

    – Ato wielka szkoda. Tylko po co wpierdzielać się na tematy religijne, dla zabawy czy co.

  8. Pokręć said

    Ad 5: A niech finansuje. jak już tu Polaków nie będzie, niech sobie będzie nawet Izrael. I nich się dobrze bawią z Niemcami z jednej i Rosjanami z drugiej strony. Nam szkoda nie Polski, ale naszego wyobrażenia o tym, czym Polska będzie po naszej śmierci. Tymczasem nie mamy na to wpływu. To jest takie, jakby to powiedzieć, przedłużenie instynktu rozmnażania się gatunku, pragniemy, żeby to nasze geny, nasz ród, nasz naród rósł w siłę i dobrze nam jest, kiedy widzimy, że sprawy idą w dobrym kierunku. Ale my nie dożyjemy czasów, o które walczymy… I do tego nie mamy gwarancji, że nawet, jak oddamy życie za Ojczyznę, to to coś pomoże. Owszem, pomoże, ale nam, kiedy Bóg będzie nas rozliczał, bo nie ma większej miłości, kiedy ktoś oddaje swoje życie za przyjaciół swoich. I po to warto oddać życie, nie np. umierać w Powstaniu Warszawskim, bo ofiara z mojego życia jest niezbędna, aby Polski komuna nie zalała. Uczmy się z historii a nie kierujmy emocjonalnym sentymentalizmem i naszym, polskim, odwiecznym safandulstwem.
    Pan Jezus nie mówił o bezżenności w kontekście wstępowania do klasztorów czy celibatu duchownych, w tamtym czasie takie pojęcie nie istniało. W tamtych czasach duchowny to był zwyczajny mężczyzna, mający rodzinę, tylko dodatkowo jeszcze prawo, przywilej i obowiązek posługi liturgicznej w Świątyni. przypomnijcie sobie Zachariasza, męża św. Elżbiety i ojca św. Jana Chrzciciela. Był szanowanym kapłanem, duchownym…
    Pan Jezus w kategoriach tamtejszych, ówczesnych ludzi był zwyczajnym, świeckim mężczyzną. Podobnie jak wszyscy apostołowie.

  9. Pokręć said

    Ad 7:
    „– A po co Pan Nasz Jezus Chrystus ustanowił Sakrament Małżeństwa”

    – bo nieliczni to rozumieją. A gdyby nie to, to ci liczni nierozumiejący ciężko by grzeszyli. Małżeństwo zostało podniesione do rangi sakramentu aby utwierdzić fakt jego nierozerwalności i potwierdzić prawdę, jaka obowiązywała w raju (i nadal obowiązuje) – że to Bóg jest dawcą życia i to Bóg decyduje o tym, kiedy kogo stworzy, nie człowiek. Że porządek naturalny jest taki, że to Bóg decyduje, kiedy mężczyzna i kobieta mają mieć dziecko poczęte w czystej i bezinteresownej miłości, bez cienia pożądania i lubieżności. Tak miało być w raju, ale zanim doszło co do czego, to szatan zwiódł człowieka (a głupi człowiek uległ) i odkrył lubieżność, rozpasanie, zaczęła nad nim panować chuć. Człowiek zniszczył swoja naturę i zamiast odczuwać silny popęd do przezywania ekstazy w Bogu, zaczął odczuwać silny popęd do ekstazy w ciele (czyli orgazmu). I to by było na tyle. Sakrament małżeństwa to raczej sposób na naprawienie tego, co się spie…ło niż wynoszenie na ołtarze miłości erotycznej.
    To, że w czasie rozmnażania się przezywamy ekstazę cielesną zamiast duchowej – w Bogu – to sprawka grzechu pierworodnego.

  10. Jarek said

    Pokręć – na tym blogu sobie pozwolę to napisać. Jak Cię kiedyś spotkam, to za wypisywanie po raz n-ty co niektórych dyrdymałów o tym, że nie warto było się rodzić i lepiej zaraz umierać – za to Cię kopnę w cztery litery. A że tego jeszcze nie zrobiłem, to tylko dlatego, że – odrzucając depresyjne smęcenie – mądrze piszesz. Tutaj: demaskując fałszywe motywacje, jakie kierują ludźmi, którzy się wiążą na stałe i zakładają rodziny.
    Ja mogę przyznać, że sam miałem niektóre z tych motywacji, a łatwiej było sobie powiedzieć wzniośle, że to „powołanie”. A potem jest droga na Golgotę, dzień po dniu. Ale ok, wszystko było wkalkulowane. W dzisiejszych czasach jest to droga o tyle trudniejsza trudniejsza, że teraz kazdy z kazdej strony (i rodzina też) zachęcają, by odrzucić krzyż. Jak kłopoty, to rozwód – takie to proste! Co tam wierność, przysięga, dzieci, itp. A najlepiej to konkubinat. Mozna mieć seks, a nie mieć zobowiązań.

    I refleksja nr 2:
    Jak teraz założyć rodzinę, jak kobiety sa zniszczone przez feminizm, konsumpcjonizm, pracoholizm i marksizm. Ile kobiet chce dzisiaj rozwijać głębie swojej osobowości w poświęceniu dla inych ludzi, dla dzieci i dla męża? A potem biadolą, gdzie są ci faceci. A która z nich chce mieć mężczyżnę? Raczej wolą jakąś ciotę, byle ładnego i z kasą. Poświęcenie dla dzieci? No w ostateczności. A jakieś posłuszeństwo mężowi? A z jakiej, kxxxxx, racji?! Dzisiaj kobieta musi walczyć z mężczyzną na każdym polu i pokazać, że jest od niego lepsza. I nieraz faktycznie jest, ale jaką płaci za to cenę ona sama i jej rodzina.
    No i potem rodziny wyglądają tak, jak wyglądają.

    Znam w swoim otoczeniu przynajmniej kilkunastu męzczyzn, którzy dzień po dniu dają z siebie wszystko dla rodziny w pracy i w domu. I jakby było trzeba, to życie też pewnie by oddali. Do tego faceci odpowiedzialni, przebojowi, wykształceni, pracowici. I jeszcze większość katolicy. Ale niektóre żony i tak wiecznie niedogrzane i niezadowolone!

  11. Pokręć said

    @10: Wie Pan, Panie Jarku, dlatego nie do końca to moje przygnębienie (depresja to za duże słowo) chyba cenię. Bo gdybym był zadowolonym ze swojego życia przeciętnym przeżuwaczem chleba, to by mnie różne ciekawe myśli nie nachodziły. Ostatecznie, motywacją do zawarcia małżeństwa zawsze jest to, co wymieniłem. Pół biedy, jeśli to jest zakochanie a zakochany zdaje sobie sprawę, że będzie ciężko i jest gotów mimo wszystko wytrwać albo zginąć, to pół biedy. Jeśli zdaje sobie sprawę, że może być za kilka lat tak, że nie będzie w zonie widział NIC z tego, co go pociągało na początku i będzie dalej ciągnął cierpliwie wózek i jest na to gotów, to pół biedy.
    I tak jest właśnie napisane w Ewangelii – skoro rozwody są zakazane, to nie warto jest się żenić w ogóle. Albo przygotować się na ukrzyżowanie i pójść na nie świadomie, jak Pan Jezus na swoje poszedł.
    Kiedyś ktoś podesłał mi linka do strony z „motywatorem”, na której pisało, że powinno się spędzić życie z tym, z kim mi jest dobrze a nie z kimś, na kim muszę non – stop robić odpowiednie wrażenie. Dziś niestety, większość kobiet (nawet tych niezbyt pięknych) oczekuje wrażeń, prezencji i hajsu.
    Pan Jezus wiedział, co mówi. I podejrzewam, że dzisiejsze czasy i dzisiejsi ludzie niewiele różnią się od współczesnych Chrystusowi…

  12. Pokręć said

    Miało być, że nie do końca nie lubię tego przygnębienia… Ono ma swoje plusy.

  13. Kronikarz said

    😦

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: