Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    lewarek.pl o Szymowski prześwietla premiera
    walthemar o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    gnago o Szymowski prześwietla premiera
    Bezpartyjna o Wolne tematy (10 – …
    Marucha o Prof. Mearsheimer: „To Zachód…
    walthemar o Pierwszy pozew za zmuszenie do…
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    Boydar o Wolne tematy (10 – …
    Krystian Szeliga o Szymowski prześwietla premiera
    revers o Wolne tematy (10 – …
    Boydar o Szymowski prześwietla premiera
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    Marucha o Wolne tematy (10 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

Między sushi, tabletem a bigosem

Posted by Marucha w dniu 2013-04-01 (Poniedziałek)

Z Arturem Wrońskim, właścicielem krakowskiej restauracji „Chimera”, rozmawia Arkadiusz Stelmach

Między sushi, tabletem a bigosem

Sir Henry Cole „The Dinner Party”

Myślę że szczytem kuchni Polskiej – chyba już nieosiągalnym – był wiek XIX. Połączenie niezwykłego wysublimowania z nowymi zdobyczami techniki.

Narodowa potrawa numer jeden to pizza. Dopiero na drugim będzie „jakieś mięsko i ziemniaczki”, na trzecim kebab, a dalej sushi! – mówi Artur Wroński, właściciel krakowskiej restauracji „Chimera”.

Działa Pan w branży restauracyjnej już od dwudziestu jeden lat. Czy uważa Pan, że Polacy dobrze jedzą?

– Nigdy dotąd nie jedliśmy tak łatwo, tanio i rozmaicie. Całą zimę widzę na półkach hipermarketu „świeże” szparagi sprowadzone z Peru albo mrożone filety z krokodyla. Kiedyś takie egzotyczne danie byłoby zarezerwowane dla pirata, a dziś każdy może poczuć się awanturnikiem. W dawnej Polsce tak wymyślne zakupy zdarzały się magnatom, na przykład, Radziwiłł „Panie kochanku” na potrzeby kampanii wyborczej sprowadzał ostrygi beczkami.

Oczywiście, produkcja masowa niszczy jakość. Chciwość handlarzy nie zna granic. Dla zarobku tworzą sztuczne potrzeby, sięgają po pożądliwość już raczej nie ciała, a oczu – je się oczami, bo nasza cywilizacja to przede wszystkim obrazki. Stąd też czynności kuchenne otacza „magia”. Kucharze podobnie jak aktorzy czy sportowcy stają się gwiazdami. Wolter dzisiaj prowadziłby na pewno blog kulinarny.

A jak wygląda polska kuchnia dziś?

– Chyba nie ma dziś czegoś takiego. Możemy mówić ewentualnie o polskim smaku. Narodowa potrawa numer jeden to pizza. Dopiero na drugim będzie „jakieś mięsko i ziemniaczki”, na trzecim kebab, a dalej sushi! Jedzenie tej surowej rybki daje poczucie przynależności do lepszego świata, tak jak to było ongiś z pizzą czy sałatkami…

A czy to wspomniane mięsko, na przykład kotlet, się pogorszyło?

– W przydrożnych zajazdach i małomiasteczkowych pizzeriach (restauracja w małym mieście nosi na ogół nazwę pizzerii) podaje się schabowe o średnicy talerza. Taki schabowy raczej nie będzie dobry, ale jest wysmażony i sycący, stąd ci, którzy pamiętają PRL, cieszą się, że go mają – taniego i ogromnego.

A patrząc wstecz na czasy PRL‑u, jak Pan je postrzega jako restaurator?

– Wydaje się, że zmiana ustroju, upadek Polski Ludowej wynikał w dużej mierze z jej katastrofalnej nieporadności kulinarnej. Elita władzy – nomenklatura, to już nie byli asceci zdolni nasycić się ideami komunistycznymi, marzyli żeby sobie podjeść i popić, a co dopiero zwykli poddani, wszyscy chcieli dobrze zjeść w restauracji. To było powszechne marzenie: żeby wreszcie pojawiły się jakieś lokale. I po roku 1989 to się rozwinęło.

Pamiętajmy jednak, że przed II wojną światową kuchnia polska była doceniana. Na przykład, Chesterton uważał ją za jedną z najlepszych na świecie.

– Tak, tutaj dotykamy spraw smutnych i bardzo poważnych. Musimy pamiętać, że w Polsce została przeprowadzona rewolucja, która zmiotła tę warstwę społeczeństwa, która dobrze jadła i wiedziała, jak jeść. Tego już niestety przy pomocy mediów i reklamy nie da się odbudować. To inna natura rzeczy. Nie da się reklamą medialnie odbudować obyczaju powstającego organicznie.

Myślę że szczytem kuchni – chyba już nieosiągalnym – był wiek XIX. Połączenie niezwykłego wysublimowania z nowymi zdobyczami techniki.

U nas od roku 1939 do lat sześćdziesiątych likwidowano jakąkolwiek możliwość budowania obyczaju, życie zniszczone przez wojnę zostało upaństwowione i przebudowane wedle szalonej utopii marksistowskiej. Jedzenie jest z jednej strony czynnością podstawową, ale z drugiej strony wiąże się z obyczajem. Je się bowiem przy okazji. Dlaczego, na przykład, najlepsza kuchnia powstała we Francji? Ano właśnie dlatego, że była to najbardziej arystokratyczna i wyrafinowana kulturalnie społeczność. My, niestety, jesteśmy po rewolucji.

Na to wszystko nakłada się globalizacja. Polacy lubią nowinki, wobec których nierzadko bywają bezkrytyczni. Przejawem tego jest wspomniane sushi. O ile pizza w pewnym sensie wyrasta z rzeczywistej tradycji jako ciasto chlebowe upieczone w piecu, o tyle surowa ryba jest marzeniem w całości wykreowanym przez świat mediów. Broń Boże, nie kwestionuję smakowych wartości sushi czy poziomu kuchni azjatyckiej. Na ogół jednak lepiej wychodzi ona na miejscu albo w „gettach”. Lepiej więc do kosztu posiłku dołożyć cenę biletu lotniczego.

A bliżej, choćby u naszych sąsiadów z południa: Słowaków, Czechów i Węgrów?

– Nie jestem znawcą, ale z pewnością istnieje kuchnia węgierska – tamtejsza wersja komuny pozwalała w zakresie gastronomii na znacznie więcej niż nasza. Tam w sferze kulinarnej coś przetrwało. Marksistowska utopia w tym względzie nie została doprowadzona do końca. Istniały tam jakieś kompromisy własnościowe, załagodzenia. Nad Wisłą „ajencje” pojawiły się dopiero za późnego Gierka, a tak naprawdę – dopiero po „Solidarności”. Jednak w Polsce nałożyło się to na ogromny kryzys materialny oraz na fakt, że specjaliści przedwojenni po prostu wymarli.

Starzy mistrzowie nie zdołali już wykształcić następców. Wykształcenie mistrza przebiega latami, zwykle od czternastego do trzydziestego roku życia. W komunie początkujący kucharz nie miał szans na rozwój, bo zwyczajnie nie dysponował wystarczającą ilością produktów. Potem musiało się to wszystko odbudowywać. Obecnie rzemiosło jest już na dość wysokim poziomie. Ogólnie jest to sprawa poziomu kultury. Niestety, w Polsce wciąż jeszcze są ludzie, którzy nie potrafią jeść nożem i widelcem.

Czyli to nie tylko sprawa tego, kto oferuje jedzenie, ale także konsumenta…

– Tak! Tylko konsument jest w stanie wymusić podniesienie poziomu. Musi on jednak mieć jakieś kompetencje, i tu jest kłopot, bo gdzie tych kompetencji mieliśmy nabyć? Musimy czekać na skutki telewizyjnej oświaty szerzonej wśród narodu przez kolejne panie prezydentowe. Nasze zwyczaje niespecjalnie wspomagają rozwój gastronomii: niestety, przeciętny Polak‑katolik nie chadza do restauracji, woli raczej jadać w domu. W ogóle jako naród raczej wolimy siedzieć w domu.

A badał Pan, jak było w tym względzie przed II wojną? Czy wtedy rodziny również nie chodziły do restauracji?

– Było zjawisko niedzielnych obiadków czy łasowania w cukierniach. Były męskie śniadanka – Hawełka, Wenzel, Maurizio! Poziom tych posiłków był imponujący. Kolej umożliwiała dostarczanie na stół nowalijek i egzotyków. Poza tym mieliśmy dużą i zaawansowaną własną produkcję żywności. Istniała też sfera, która lubiła sobie w tym względzie dogadzać – myślę o dworach i sferze ziemiańskiej. Obecnie mamy rozwijające się rzemiosło, coraz więcej lokali, kucharzy‑celebrytów, istnieją kluby koneserów wina. Jednakże prawdziwej tradycji czyli przekazu wiedzy i kompetencji w rodzinach i społeczeństwie nie da się zastąpić. Pewne rzeczy po prostu wynosi się z domu rodzinnego, w którym dziadek pokaże nam, jak wygląda i pachnie dobra szynka, jak smakuje dobre wino, itd. Ponadto jest jeszcze jeden aspekt, z którym mamy ogromną trudność w restauracjach: poziom obsługi. Polacy nie są bowiem narodem kelnerskim! Polacy mają wielki problem z kelnerowaniem.

O tak, cywilizacyjnego szoku można doznać we Włoszech czy choćby nawet w Brazylii, gdzie obsługa kelnerska jest nieprawdopodobna!

– Pan to określa jako nieprawdopodobne, a to jest po prostu normalne! Kelner chce pomóc, doradzić, cieszy się z tego, nie wstydzi się swej pracy. Wśród Włochów, którzy czasami manifestują przy tym swoją dumę i próżność, zdarza się wręcz, że kelnerzy potrafią być agresywni. Ale generalnie kelner stara się pokazać, co może nam zaoferować. U nas zaś jest wstyd. Nasi kelnerzy wstydzą się służyć, to ich krępuje…

To ciekawe, co Pan powiedział, że nie jesteśmy narodem kelnerskim…

– Tak jest, i nie chciałbym, aby zabrzmiało to pozytywnie! Narodem kelnerskim są, na przykład, Włosi, do których mam ogromny szacunek. Podobnie Chińczycy, których gastronomia także podbiła świat, są narodem o kulturze służebnej. To są ludzie, którzy mają cywilizację służenia. To wielka kuchnia i wielka kultura. Nie jest dobrze, że u nas to nie występuje, bowiem służenie jest blisko służby.

A ta z kolei jest blisko cnoty pokory.

– Tak, i dlatego w Polsce również z wojskiem nie jest za dobrze. Być może wiąże się to z kwestią rzeczowości, której Polakom brakuje. Jesteśmy bowiem często nadwrażliwi przez naszą wybitną inteligencję i wyobraźnię. A jednocześnie brakuje nam pewności siebie. Stąd może pochodzić deficyt konkretności, własnego zdania, a w konsekwencji – brak szacunku dla siebie. Polak wątpi we własne siły, rodaka podejrzewa i z lekka nim pogardza, trudno mu więc szanować klienta.

A ten brak szacunku do siebie to skutek rewolucji czy coś jeszcze starszego?

– Nie wiem, ale dla mnie jest on faktem. Kiedy się porównamy na przykład z Czechami czy Niemcami, zauważymy u nich swoistą prostą rzeczowość w ocenie siebie i ludzi. Czesi, na przykład, są bardziej uspołecznieni, my zaś jesteśmy indywidualistami. Czesi lubią posiedzieć w grupie i pogadać. A u nas indywidualizm – każdy chce być pierwszy, więc przydaje się alkohol w nadmiarze jako znieczulacz, bo równolegle bełkotać czy pokrzykiwać łatwiej jest po pijanemu.

Sięgamy, jak widać, coraz głębiej, bo od jedzenia doszliśmy do cnót i cech narodowych.

– Właściwie mówić o jedzeniu inaczej się nie da. Tylko zwierzę je wyłącznie po to, by zaspokoić głód. Człowiek właściwie zawsze je w towarzystwie innych. Tu chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na rzecz straszną, a mianowicie: wulgaryzmy wypowiadane przy stole.

A czy to tylko polski problem?

– Nie, to problem wszystkich kultur schamiałych czy barbarzyńskich. Ale są języki, w których nie ma aż tylu tych okropnych słów. U nas zaś występują nader powszechnie. Słyszy się je nawet w mieszanych towarzystwach, wręcz z ust młodych dziewczyn. Promocja browarów wytworzyła zmianę w kulturze polegającą na tym, że dziś połowa moich klientek siedzi z kuflem piwa i niestety przy tym piwku czasami także klnie.

A jak Polacy jadają obecnie w domach?

– Przede wszystkim rozwija się kuchnia zewnętrzna, domy zaś się kurczą. Rodziny są coraz mniejsze, życie towarzyskie zanika. Wszędzie pośpiech. Zmiany cywilizacyjne niszczą gastronomię. Przed telewizorem jada się chipsy. A w restauracji nierzadko widzi się przy stole dwójkę przyjaciół – każde wyciąga ekran, przesuwa palcem wyświetlające się okienka, czasem jedno drugiemu coś na nim pokaże… Niestety, coraz częściej tak to wygląda!

Gotowanie zajmuje czas, kupujemy więc gotowe rzeczy, a bogatsi zamawiają sobie jedzenie w restauracjach.

Jakie nachodzą Pana refleksje, gdy widzi Pan, co bliźni wiozą do kasy w markecie?

– To jest właśnie smutne. Ta tania i masowa żywność. Przykre jest, że ogromny potencjał rolny Polski nie przekłada się na rzeczywistość kulinarną. Widać wysiłki producentów wizjonerów aby zbudować nisze lepszego prawdziwego jedzenia, to nie tylko sery Romana Kluski ale dziesiątki prawdziwych wędlin, ambitnych piekarzy „na zakwasie” itd. Niestety, realia są takie, że warunki dyktują wielkie markety z wielkimi budżetami, które potrafią sprowadzić nam w styczniu świeże marcheweczki z RPA.

Do naszego domu wkrada się coraz więcej pośredników, którzy w celach zarobkowych chcą nam wcisnąć jak najwięcej. Ogólnie jednak jest o wiele lepiej niż za komuny, zwłaszcza jeśli idzie o restauracje: są coraz lepsze i coraz piękniejsze. Nie wspominając oczywiście, że jest dużo lepiej pod względem dostępności dóbr.

Ale czy mamy jeszcze chęć spędzić, powiedzmy, dwie godziny w restauracji z rodziną?

– Wszyscy mówią o braku czasu, tymczasem problem leży też w rodzinach. Nie ma już celebry życia rodzinnego. Trend jest inny: kawałek pizzy jedzonej rękami, słuchawki na uszach, oczy wlepione w ekran. Inni, rzekomo bardziej ambitni, pójdą pobiegać czy pouprawiać inny sport albo – niestety – popracować.

Kościół jasno wskazuje, jak spędzać niedzielę i święta: Msza Święta, modlitwa oraz wspólny uroczysty posiłek w gronie rodziny. Ale ilu z nas tak żyje? Im więcej w nas będzie wiary owocującej życiem dobrym i moralnym, tym wyższa będzie kultura dnia codziennego. Diabeł niczego dobrego nie tworzy, tylko psuje, niszczy i prymitywizuje.

A co Pan sądzi o „fastfoodach” typu McDonald’s?

– To maszyna perfidnie niszcząca smak, bez którego nie ma poczucia piękna. Mam tu na myśli, na przykład, rozdawanie dzieciom tandetnych gadżetów. Z ich pomocą skutecznie przywiązuje się najmłodszych do tego typu gastronomii, równocześnie zabijając w nich zmysł piękna. Tę wielką budowlę składającą się z byle jakich słodyczy, napojów gazowanych oraz posiłku skomponowanego z kawałka kurczaka z frytkami i sałatą, tworzą olbrzymie koncerny za ogromne budżety reklamowe. Przy takich pieniądzach wolny rynek czy swobodna konkurencja może istnieć już tylko na marginesie, w niszach.

Co by Pan radził rodzicom, których dzieci błagają, by je zabrali do sieciowego „fastfooda”?

– Tego nie można lekceważyć. Trzeba iść, pokazać, zamówić coś, wytłumaczyć, odtruć. Przede wszystkim sprawić, by dziecko miało w domu kontakt z dobrym jedzeniem i dobrą atmosferą wokół jedzenia. Najgorsze bowiem, jeśli kategorycznie zakażemy, bo przez to dowartościujemy to śmieciowe jedzenie. Lepiej pójść, zamówić to samo co dziecko i tłumaczyć, komentować, pokazać, co jest złe, co brzydko pachnie, co jest prostackie i byle jakie, a zwłaszcza nijakie. I przeciwnie: zaoferować w domu rzeczy dobrej jakości, które wymagają nakładu pracy i czasu. Musimy pokazać te różnice! Dzieci mają dobry smak, ale brakuje im pewności.

Ma Pan jakąś ulubioną kuchnię?

– Każdy prawdziwy lokalny smak jest świetny. W zeszłym roku doświadczyłem tego u znajomych mieszkających w okolicach Stambułu! Przy domu jest „mała gastronomia”, specjalny piec, kobiety wyrabiają ciasto i z tego co pod ręką robią doskonałe placki! A czy nasze pierogi są złe? Nie! Są doskonałe, podobnie jak schabowy czy nawet okryty złą sławą mielony, tyle że musi być przygotowany jak należy! Te różnice są piękne i dobre. Oczywiście, uczyć się powinniśmy od Francuzów – ci są bezkonkurencyjni. Ale powtarzam: w każdej tradycyjnej kuchni lokalnej znajdziemy fantastyczne rzeczy.

A w którą stronę, Pana zdaniem, powinniśmy zmierzać?

– Modlimy się o chleb powszedni. Jeśli nasze modlitwy będą szczere, to myślę, że i poziom tego jedzenia będzie dobry. Kuchnia wybitna jest zawsze czysta i prosta. Ot, choćby ryby – świeże i czyste – które na ogniu piekł Pan Jezus – były bardzo dobre, choć to przecież niezwykle prosty posiłek. Powinniśmy dobrze przetworzyć to, co Pan Bóg daje, to co nas otacza, i z tego korzystać. Wszystkie powroty do produktów regionalnych budzą moją nadzieję. Jednak często zjawisko to opiera się na jakichś państwowych budżetach promocyjnych i tu nie zawsze idzie łatwo. Ale usiłowania do powrotu do lokalnych tradycji typu czernina na Kujawach – są pozytywne.

Na koniec zapytam, jak Pan ocenia wielki powrót wina na nasze stoły?

– Wino jest najszlachetniejszym napojem o niezmierzonej gamie smaków i zapachów. Jego powrotowi towarzyszy atmosfera wielkiej frajdy związanej także z aspiracjami i marzeniami ludzi. Wino daje nam największą możliwość gastronomiczną. Produktu tak doskonałego i szlachetnego nie da się niczym zastąpić. Myślę, że wciąż za mało korzystamy z zasobów naszych sąsiadów produkujących wina.

Dokąd więc w sąsiedztwie warto skoczyć po wino?

– Zdecydowanie na Węgry, ale także na Morawy, które mamy po drodze do Wiednia. Nawet na Słowacji można się natknąć na przyzwoite wino. Generalnie warto szukać blisko – przecież do tych miejsc z Krakowa jest zaledwie około dwustu kilometrów!

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał Arkadiusz Stelmach

http://www.pch24.pl

Komentarzy 17 do “Między sushi, tabletem a bigosem”

  1. Polo said

    Jeszcze jedna afera z padliną, solą drogową w przetworach ze sklepu to może ludziom wróci prawdziwy smak.

    Kiedy się przezwyciężysz i zdenerwowany rzeczywistością wyrobisz sobie kiełbasę i ją uwędzisz na drzewie śliwy, wiśni, olchy. To wiesz co jesz (wiem, że jest jeszcze problem dobrego mięsa, ale zabijając z rzeźnikiem świnię w 100% wiemy, że to nie padlina)

    Dzisiejszy przepis na obiad
    Ugotowana z włoszczyzną biodrówka, zostanie pokrojona w kostkę i podsmażona z cebulą i czosnkiem. Następnie zalana rosołem ze odrobiną mąki i śmietany oraz curry. Na drugim palniku właśnie gotuje się fasola „złoty Jaś”.
    Najważniejsze, że włoszczyzna, cebula, czosnek, fasola pochodzą z własnego ogródka.

    A na koniec wzniosę toast za zdrowie Gajowego i gajówkowiczów szklanką trójniaka, oczywiście z własnej pasieki.

    Pozdrawiam

  2. JO said

    ad.1. A Jak Pan robi swoj Trojniak , prosze nam podac swoj przepis. Niech Polacy Kontynuuja Piekna Tradycje. Moj dziadek robil Trojniak….

  3. Józef Piotr said

    #1 – POLO
    A ja sie dołączam.
    I zaraz wzniosę toast za zdrowie i trzeżwośc umysłu Pan Gajowego .
    Tym toastem będzie szklanica wina domowego wyrobu, z własnych winogron rosnących w zdrowotnym terenie i bez żadnych dodatków , w pełni naturalne wg wyprobowanej receptury..

  4. Pokręć said

    A u nas kwitną domowe produkty: chlebek na zakwasie, wędlinki z własnej wędzarni, śliwowica z własnych śliwek, wino z jabłek (jak zrobione porządnie, po domowemu i bez siarki, to jest wspaniałe), a nawet wino gronowe z naszych winogron, w Polsce uprawianych może być całkiem pijalne.
    Poza tym nie ma co z żarcia robić filozofii, ma być zdrowe i, jak się da, to smaczne. Żarcie to tylko paliwo, zjeść co trzeba i do roboty a nie rozczulać się nad barszczykiem w chlebku (którego i tak się nie zje i trzeba będzie w najlepszym wypadku skarmić go kurom).
    Poza tym powiedzmy sobie szczerze, kto z Polaków ma dziś pieniądze na restaurację? przychodzi człowiek z roboty wykończony, zje byle co, w kimono i do roboty nazajutrz. Nikogo nie stać na zapłacenie za samą zupkę w restauracji min. 25 zł, jak może zjeść obiad za połowę tej kwoty. Nie będzie tak wycudowany, podany przez kelnera ani wycelebrowany, rolę swoja spełni.
    Takie mamy czasy i tak zawsze żyły warstwy biedniejsze. Opowiadamy sobie o stylu życia polskiej klasy średniej z XIX w. i bierzemy ją za całość Polaków. Tymczasem w tamtejszej Polsce 95% społeczeństwa to byli pańszczyźniani, robotnicy, przeciętni zjadacze chleba, tacy, jak dziś ludzie pracujący za średnia krajową. Nie można od takich wymagać życia na poziomie arystokracji.
    Nawet, jeśli byłoby mnie stać na obiad w restauracji – to i tak nie pójdę. Bo nie odczuwam takiej potrzeby. Jestem typem kompletnie antysnobistycznym i do bólu praktycznym. A najbardziej satysfakcjonuje mnie to, co sam potrafię sobie zrobić. Wino domowe, chlebek…

  5. Polo said

    Ad2
    Panie JO ja zrobiłem na początek mojej przygody z pszczołami najprostszy. Użyłem miodu wiosennego (gorszej jakości, ponieważ np lipowy poszedł na dwójniak). Wziąłem 4l miodu 8l wody dodałem drożdży do miodów pitnych i po zakończonej fermentacji złożyłem do leżakowania. Oczywiście panie JO przepisów w internecie, u mnie bardziej w starych książkach(pozbawione komercji) jest wiele. Jednak na początek trzeba wiedzieć, czy nam się to podoba i zaczynać od prostych rzeczy, by je później komplikować.
    Pasiekę zacząłem od dwóch uli, a teraz już 6, a mam nadzieję za rok 18.
    Może Pana dziadek zostawiła jakieś zapiski co do miodów pitnych lub np wędzenia, byłbym wdzięczny.
    Pozdrawiam

    Ad3
    Tylko tak można się ratować przed tym światowym syfem(wina w sklepie te poniżej 30zł to zlewki, zresztą jak oliwa z oliwek (wiadomo jakie przewałki)) Im mniej kupimy w sklepie tym mniej wydamy pieniędzy, a tym samym VAT-u, akcyzy i podatków.

  6. andrzej said

    Ad. 4.
    Czy bimberek też robisz dobry?

  7. Jeśli zanika kultura osobista to zanika też kultura jedzenia. Jak słusznie zauważył Pan Arkadiusz, skoro Polacy są teraz narodem agresywnym i chamskim w którym każdy patrzy na Rodaka z pogardą i niechęcią, w którym za byle uśmiech można dostać w mordę, w którym młode dziewczyny klną jak starzy szewcy i siedzą w restauracjami z kuflami piwa, to skąd w takim Narodzie ma się wziąć kultura jedzenia, bądź picia? Nieumiarkowanie w piciu alkoholu to z kolei zasługa alkoholizujących nas od wieków polskich Żydów i okupantów – Prus, oraz niestety Caratu.
    Teraz tradycją jest Wigilijny karp. Nikt nie wspomni, że po prostu za PRLu państwowe łowiska musiały się pozbyć ryb, więc wmówiono ludziom taką tradycję. Przed wojną na Wigilię jedzono szczupaka, karp był uważany za rybę mulistą i plebejską. Zaniknęły miody pitne i polskie browary, zamiast tego jest pseudo-piwo z alkoholu przemysłowego, w sam raz dla obecnego stanu klasowego społeczeństwa. Nie upatrywałbym nadziei na szczególny powrót do łask ludzi wina, gdyż wino jak każdy inny alkohol trzeba umieć pić i delektować się nim, a Polacy tej kultury picia nie posiadają, smaki natomiast zatracili i raczej nie będą wina kupować ze względu na jego walory smakowe i zapachowe.
    Widać dziś nawet, że profesor na wyższej uczelni składa dwie ogromne pajdy chleba, między nimi kładzie jakiś ser i wędliny, po czym przynosi taką „kanapkę” ze sobą i traktuje ją jako śniadanie. Czy da się coś takiego spożywać kulturalnie? Przypominają mi się ludzie wysokiej klasy, którzy robili dawniej takie małe kanapeczki, ot na jeden kęs. Natomiast na posiedzeniach komisji w Sejmie nie powinny stać butelki, lecz karafki i szklanki z wodą. Ale czego tu oczekiwać po posłach wybranych spośród tego plebsu właśnie?
    Pan Pokręć prezentuje właśnie typowo plebejską postawę, że nie ma co „dorabiać filozofii do żarcia”. Nie jest to coś zgodne z ideą dobrego życia, gdyż człowiek powinien dążyć do doskonałości i swoje życie poświęcać poszukiwaniu piękna w sztuce, architekturze, przyrodzie, a nawet w jedzeniu. Człowiek wysokiej klasy nie zadowoli się byle jakim posiłkiem. A zdrowe? Na prawdę Pan sądzi, że dziś ktoś w Polsce je jedzenie zdrowe? Postawa typowo PRLowska, nastawiona na szybką konsumpcję, nie zastanawianie się nad żadnym aspektem życia i uprymitywnienie pewnych czynności.
    Zupa w dobrej restauracji nie kosztuje 25 złotych, chyba Pan na prawdę rzadko odwiedza restauracje. Nie ma Pan też zielonego pojęcia o Polsce XIX wieku. Nie ma Pan zielonego pojęcia o tym jak kwitła kultura jedzenia i życie towarzyskie na polskiej wsi, pomimo ciągłych problemów pieniężnych. Po prostu Ci chłopi woleli odłożyć grosz i zorganizować dla sąsiadów obiad z ogromną pieczoną gęsią, miast płacić rachunki za telewizor i radio. W żadnym wypadku 95% społeczeństwa nie stanowili ludzie biedni. Mieli jednak wysoką kulturę osobistą i nawet w rodzinach najgorszej patologii cudem byłby fakt, że młoda dziewczyna klnie tak, jak dzisiaj klną na korytarzach studentki wyższych uczelni. Nikt nie kazał tym ludziom żyć na poziomie arystokracji, lecz ceniono sobie życie towarzyskie i savoir-vivre. Dążono do perfekcji w miarę swoich czasowych i finansowych możliwości! Dziś nikt nawet nie chce się postarać. Proszę mi wierzyć, że ten „przeciętny zjadacz chleba” III RP ma mnóstwo wolnego czasu, ale woli poświęcić go oglądaniu telewizji z pilotem w jednej ręce i piwem z Tesco w drugiej. Rzecz jasna w gaciach i brudnym podkoszulku. Co ciekawe, pierwsza część tego zdania dotyczy też kobiet, druga może odrobinę mniej. Niech Pan poczyta pamiętniki z epoki nim wyda osądy na temat społeczeństwa i czasów, które minęły, gdyż nie ma Pan bladego pojęcia o czym Pan w ogóle pisze.

    Pozdrawiam

  8. bardzo said

    Panie Robercie, nie bede teraz polemizowac z Panem, poniewaz jestem na telefoniku I klawiatura nie jest zaprojektowana na moje chamskie grube paluchy. Ale jedna rzecz,ktora Pan powiedziql, nie pozwala mi milczec. Otoz jestem piwowarem, a raczej bylem. Piwo, prosze Pana to napoj rownie szlachetny jak wino, choc porownanie tych dwoch artykulow jwst naciqgane nieco, jako ze wino zajmuje miejsce w klasyfikacji na granicy uzywki, podczas gdy piwo jest napojem odzywczym. Piwo, znaczy sie, nie piwsko. Przede wszystkim. PIWA NIE ROBI SIE Z ALKOHOLU!!!!!!!!!! Piwo gotuje sie ze slodu, nj

  9. bardzo said

    Piwo gotuje sie ze slodu najczesciej jeczmiennego i przyprawia odrobina chmielu. Piwo sluzy do napicia sie, a nie do zapicia. I wlasciwie tylko to w tej chwili chcialem wyjasnic.

  10. Marucha said

    Re 8:
    Zamiast paluchów polecam coś takiego – stylus/rysik dla ekranów dotykowych w technologii pojemnościowej:

  11. Ad. 8
    Przesadą jest pisać, że piwo to trunek szlachetny. Piwo służyło raczej w swej pojedynczej liczbie jako napój ochładzający, tak jak dzisiaj pepsi/cola. W żadnym wypadku piwo nie miało prawo pojawić się na stołach adwokatów, sklepikarzy i lekarzy, a co dopiero ziemian i szlachty.
    Za to dzisiaj pod nazwą „piwo” prócz wyrobów regionalnych kryje się zwyczajny etanol z koźlim moczem i zarówno sztucznymi smakami, jak i zapachami 😉 Mam więc nadzieję, że Pan Bardzo pija prawdziwe piwa co jeszcze można rozumieć (każdy ma swoje smaki i gusta), a nie wyroby piwopodobne dostępne w sieciówkach.

    Pozdrawiam

  12. andrzej said

    W sprawie „jedzenia” polecam jedną z książek pana Michała Tombaka, doktora habilitowanego,
    ukończył Rosyjski Państwowy Uniwersytet na wydziale biologii i chemii.
    Przez wiele lat był dyrektorem Naukowego Centrum Zdrowia w Moskwie.
    Jest autorem kilku głośnych bestsellerów poświęconych zdrowiu, uzdrawianiu poprzez styl życia
    i odżywianie.

  13. JO said

    Ad. 5. Ja mam 2 ule pszczol,ostaly sie bidule ale mnie Przy nich nie Ma . Musze kogos znalezc by sie nimi opiekowaly, rozbudowaly…

    Dziadka zapiskow nie mam. On Umarl wczesnie na tyle, ze w Wieku wczesniejszym bylem na tyle Glupi, ze sie za malo pytalem. On ukonczyl przed Wojna Wyzsza Szkole Rolnicza I Lenna w W-we , Chyba tak sie nazywala. Byl Geniuszem moim zdaniem, wszystko mial w Glowie. Niestety po nim nie poszedlem 😦 . ,ale Moj Stryj Tak, tez mu sie zmarlo, choc mam teorie, ze go zabili. On byl Profesorem na Uniwersytecie Atlanta…I cos dla Pana Rysia, on chandlowal Bronia, promowal Ja, sprzedawal, uzbrajal amerykanow 🙂

    Ja jak Bog da, niedlugo bede rozmawial z Moimi Pszczolami….I spisze jak robic Wedzonki I moze cos wiecej. Za miesiac gdzies na Forum sie odezwe.

    Dobrze by bylo zrobic w Gajowce rake do przepisow roznych w Polsce w Gajowce, np Chemia I Kuchnia.

    Ludzie Umieraja, wiedza ulatuje, zatrzymajmy te wiedze na ziemi dla Potomnych.

    Pozdrawiam I dziekuje za przepis

  14. bardzo said

    Bardzo stosownie do rady wystrugalo sobie rysik z drewniannej mieszaczki od kawy Starbuck I uzywa klawiatury naciskowej co sie wysuwa spod ekranika (widzimisie, ze te madre telefony sa madrzejsze od uzydkownika).
    Upieram sie przy szlachetnosci piw. Nie bire pod uwage rzecz jasna tego czegos co jest dostepne na rynku usa pod bombastycznymi nazwami, najczesciej niemieckobrzmiacymi, takie zolte to cos I kwasne. Amerykanie swietnie wiedza, jak sie robi dobre piwo, ale dla jakichs niepojetych powodow robia to, co jest irzeba kupowac z importu, albo samemu gotowac.

  15. bardzo said

    W dodatku najwidoczniej mam limit na ekraniku na liczbe znakow w jednym poscie. No to do rzeczy. Gajowkowa kuchnia jakby nieuzywana, bo widze potezna klodke dyndajaca u drzwi. Mnie tam osobiscie wsio ryba, wyjde na zewnatrz i na ognisku moge upichcic jakikolwiek przepisik. Pod tym wzgledem swietej pamieci Rewiry wykazywaly zdecydowana przewage nad Gajowka. No ale nie ma co plakac nad rozlanym mlekiem, przyszlo barachlo jakies I delikatnie mowiac zanieczyscilo te augiaszowa stajnie I poroslo chwastem I chaszczami. A kuchniea tam byla przestronna

  16. akej said

    @ 11
    Cos tu nie tak! Skoro wg przekazow piwo pily siostry zakonne (chyba w XVI lub XVIIw.), to tym bardziej powinno sie ono pojawiac na stolach lekarzy, adwokatow i szlachty.

  17. bardzo said

    Popularnosc piwa i dobra jakosc zawdzieczamy klasztorom. Bo chodzilo o to, zeby mnichowie mieli na okres postu jakis pozywny napoj (napoje nie byly objete regula postna) i zeby mieli sile sie modlic.

    Tu zabawna sytuacja. Raz mnisi poszli do generala zakonu z pytaniem, czy moga pic piwo w trakcie modlow. Oburzony przelozony zawolal, ze oczywiscie, ze nie. Ktoregos dnia poszli z wizyta do sasiedniego klasztoru i patrza, a mnisi midla sie i popijaja piwem w najlepsze. Przeciez nie wolno, powiadaja. Jak to nie wolno jak nam nasz general pozwolil. A nam nie pozwolil jak sie pytalismy czy mozemy pic piwo w takcie modlitwy. Boscie zle sie pytali, powiadaja gospodarze, Mysmy pytali, czy mozemy sie modlic w trakcie picia piwa.

    Mam w zanadrzu „Krotka Historie Piwowarstwa, czyli dlaczego Polska byla krajem bez stosow”, ale na tych lamach miejsca nieduzo, bo to cale piec odcinkow.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: