Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Leo o Walka z wiatrakami – wal…
    Zbigniew Kozioł o Wolne tematy (11 – …
    revers o Wolne tematy (11 – …
    Dziennik 1925 Andre… o Walka z wiatrakami – wal…
    revers o Dymitriada, czyli jak PiS Rosj…
    Krzysztof M o Wolne tematy (11 – …
    Ale dlaczego? o Dymitriada, czyli jak PiS Rosj…
    Siekiera_Motyka o Walka z wiatrakami – wal…
    revers o Dymitriada, czyli jak PiS Rosj…
    revers o Jak były rektor KUL ułożył mod…
    Carlos o Wolne tematy (11 – …
    Szczepan Zbigniewski o Kultura przeciw tradycji
    revers o W domu wisielca
    UZA o Walka z wiatrakami – wal…
    Marek o Dymitriada, czyli jak PiS Rosj…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

Kazimierz Bartoszewicz: Wojna Żydowska 1859 I-VI (2)

Posted by Marucha w dniu 2013-12-13 (Piątek)

Poprzedni odcinek:

 

III.

„Metamorfozy” drukowane były w r.1858, w od­cinku Gazety Warszawskiej, pisma, które już od dłuższego czasu nie wprost, ale ubocznie występowało przeciw Żydom. Kierunek ten wzmocnił się zwłaszcza w końcu r. 1857, kiedy cenzura zaczęła być nieco liberalniejsza i pozwalała poruszać sprawy społeczne.

I tak np., w n-rze 295 z r. 1857, z powodu upadku „Do­datku” do Czasu, nieznany autor biadał nad Galicyą, że musi prowadzić walkę z „lecącą z Jerozolimy lawiną spekulantów, plujących na naszego ducha, ziemię, majątek”, w n-rze 301 znajdujemy znów notatkę statystyczną o miastach Królestwa, zamieniających się „w prawdziwie żydowskie”. Na 4696919 ludności Królestwa było Żydów 571421. W ciągu 40 lat ludność żydowska wzrosła o 169%, kiedy ludność innych wy­znań tylko o 72% — czyli że w ciągu 28 lat podwaja się lu­dność żydowska, kiedy ludność chrześcijańska potrzebuje do podwojenia się lat 60. W Warszawie ten stosunek jest jeszcze wydatniejszy, a w 56 miastach Królestwa Żydzi stanowią cztery piąte mieszkańców. Na milion ludności Żydów obwi­nionych o przestępstwa jest 22516, a ludzi innych wyznań tylko 14997; w domach kary osadzono na milion ludności Żydów 933, chrześcijan 895.

W felietonie tygodniowym nr-u 315 Gazety Wiktor Kamionowski, piszący pod znakiem kwadratu (O), wspominając o przesileniu finansowem i stagnacyi handlowej, które do­tknęły wówczas Warszawę, ubolewał nad biedakami, szuka­jącymi ratunku w lombardach, którzy „wpadali w szpony wysysającej wszystko szarańczy ulicznej faktorów”.

Owo „przesilenie bolesne” wywołało też szersze uwagi Józefa Keniga, piszącego pod znakiem kreski (—).

„Łatwo żyć szumnie — pisał, — obracając milionami drugich, zacho­wując zysk dla siebie, a straty dla pożyczających… gdy pry­śnie bańka mydlana, łatwowierni tracą majątek, a spekulanci więcej jeszcze, bo honor i uczciwe imię, jeżeli je kiedy mieli… Znane aż nadto plemię lichwiarzy, tuczące się nieszczęściem, wysysające ostatni grosz z pracowitej ręki, nurtujące spokój i szczęście familii, z radością patrzy na to ogólne zubożenie. Dla tych wampirów prawdziwe otwiera się żniwo… dobiją się honorowej pozycyi i doczytają się w kuryerku ogłoszenia, że „jako uzdatnieni w zawodzie czysto handlowym, łatwo wy­wiązać się mogą z obowiązków”… Wspominał dalej Kenig, że kilku lichwiarzy, „co jak szatany” porywali w swe szpony majątek biedaków, „odbywa rekolekcye”. Żałują pewno, że w tej korzystnej epoce „nie mogą rozwinąć długiem doświad­czeniem nabytej biegłości w interesach”  (1).

W tydzień później (№ 331) ukazał się w Gazecie ar­tykuł o obecnym upadku kredytu i handlu. Autor jego (pod­pis P—g W…a) ostro wystąpił przeciw spekulantom giełdo­wym, którzy zaczęli od pożyczania małych sumek urzędnikom i rzemieślnikom, potem zarzucili sidła na marnotrawną mło­dzież, a wkrótce jeździli już karetami, otwierali salony i pu­ścili się na większe zagraniczne spekulacye giełdowe. Na ich obrotach i stratach może bardzo ucierpieć ogólne bogactwo kraju i kredyt w kolebce będący. Jeżeli rolnik potrzebuje kapitału na użyteczne przedsięwzięcie, to otrzyma od nich „od­mowną i szydercza odpowiedź”. Kraj nasz — dowodził au­tor — jest rolniczy, więc też powinniśmy przedewszystkiem rozwijać przemysł rolniczy, popierać dobrobyt włościan, za­jąć się podniesieniem mieszczaństwa na prowincyi. Starajmy się „pół miliona żydostwa oderwać od brudnych frymarków, bezowocnie trawiących źródła bogactwa krajowego”…

Podobnego rodzaju artykuły, uwagi i wzmianki, ukazu­jące się na łamach Gazety Warszawskiej, nie podobały się zarówno Żydom, jak i zwolennikom asymilacyi. Z obu tych stron spotykały Gazetą zarzuty, że „dla chwilowej popular­ności schlebia niesłusznym przesądom, okrywając bezustan­nie Żydów szyderstwem i sarkazmami”, wskutek czego, „za­miast rozsiewać miłość i zgodę, jątrzy zadawnione rany i obu­dzą nienawiść”. Felietonista Gazety (kwadrat) postanowił zatem zarzuty te odeprzeć i wyjaśnić stanowisko redakcyi.

„Gdybyśmy jątrzyli i obudzali nienawiść — pisał, — byłby to grzech ciężki wobec Boga i kraju. Nie przyznajemy się do tego wcale. Zarówno z najgorliwszymi obrońcami tego plemienia bolejemy sercem nad tym upadkiem i radzibyśmy całą duszą podźwignąć ich, ale… zanim to będzie możebne, należy pomyśleć, jak złe usunąć, jak zniszczyć przesądy, a po­tem dopiero w imię prawdy i miłości żądać zupełnego zje­dnoczenia. Obowiązek tej poprawy społecznej cięży natural­nie tych, którzy, zachowując wspólną wiarę, zdobyli już wyż­sze stanowisko ukształceniem, dostatkiem i wyszlachetnieniem pojęć. Obowiązek to trudny, praca ogromna i ciężka, ale i nagroda nie mniejsza. Obie strony złożą się na wieniec dziękczynny dla pierwszych, co się jej szczerze podejmą, którzy czynem i przykładem pomogą do podniesienia moralnej wartości jednych, do zniszczenia uprzedzenia w drugich. Całą sympatyą serca i głosu naszego pomożemy poczciwym za­miarom: pierwsi schylimy czoło przed prawą zasługą, jak tylko dojrzymy, że się ona wspiera nie na czczych dowodzeniach, i rozprawach, ale na czynach, zapewniających cel pożądany”.

„Wszakże, zanim się ten cel osiągnie — pisał dalej fe­lietonista, — niech nam wybaczą, że zmuszeni będziemy dla własnego ich dobra nieraz powiedzieć im gorzkie słowa pra­wdy. Odwołujemy się do sumienia ludzi zacnych i myślą­cych, czy inaczej postępować można. Taić złe byłożby spra­wiedliwie? zapewniałożby którejkolwiek stronie istotny po­żytek?… Niech tylko obie strony, i ta co ma walczyć bronią miłości i zachęty, i ta, co podejmie niewdzięczną broń kar­cenia, idą właściwą każdej drogą, z myślą poczciwą i szczerą, a zejdą się obie u wspólnego celu i złączą się wspólnym wę­złem szacunku i zgody. Nie naszem zadaniem jest wyjaśniać powody upadku moralności Żydów w naszym kraju, wykazy­wać źródła niechęci do tego plemienia; wyznajemy przecież chętnie, że bez wyjaśnienia tych kwestyi w sposób bezstronny i sumienny trudno będzie zyskać stałą podstawę, na której możnaby opierać logiczne wnioski względem przyszłości i usunąć złe stanowczo z jednej i drugiej strony, nagroma­dzone wiekami. Nie wątpimy, że materyały do tej ważnej pracy znalazłyby się obfite i ciekawe; że nie zbraknie na lu­dziach z nauką i sercem, którzyby się podjęli tego trudu; ufamy wreszcie, że ci, których ta kwestya najbardziej obcho­dzi, przyniosą z ochotą wszelką pomoc materyalną, zdolną ułatwić poszukiwanie źródeł i ułożenie całości; chodzi tylko o pierwszą zachętę, o pierwszą inicjatywę pomysłu, o szczerą chęć wyświecenia prawdy, bez względu czy ta prawda będzie gorzka lub pochlebna, a w niedługim czasie ujrzymy dzieło, stanowczo rozstrzygające wszelkie sprzeczki, które dotąd wi­jąc się jak w zaklętem kole, krażą około prawdy, a nigdy jej jądra dosięgnąć nie mogą. Cokolwiek się zrobi dla tej ważnej myśli, a zrobi z przekonania, posłuży ku zbudowaniu nieśmiertelnej arki powszechnej zgody. Niech więc każdy znosi cegiełkę w miarę swej siły, niech pamięta na rzymskie zdanie: Nulla dies sine linea,( ) ani dnia bez kreski (tj. bez posunięcia choć odrobinę naprzód pracy twórczej)[1]- Red.) a z tych okruszyn pojedynczych usiłowań, z tych myśli na pozór sprzecznych, złoży się całość gmachu, zapewniającego powszechny pożytek. Wiemy, że niełatwo zniszczyć kąkol przesądu, ale wiemy także, że niema niepodobieństwa spełnienia poczciwej myśli, jak tylko ku niej wiedzie miłość prawdy, widok ogólnego dobra, szczerość i wytrwałość”(G.W., r. 1858, nr. 71.)

1) Aluzya do reklam Kury er a Warszawskiego. Właśnie w № 317 Kuryer donosił, że „p. Salomon Hantower, kupiec 2 gildyi, udał się za granicę, dla zawarcia z tamecznymi domami handlowych stosunków11 w celu utworzenia w Warszawie kantoru ekspedycyjnego. „Spodzie­wamy się — pisał Kuryer, — że długoletnie doświadczenie w zawodzie czysto handlowym i przykład, dany mu przez ojca, posłuży panu Salo­monowi do łatwego wywiązania się z tego obowiązku (11).

Pokojowy ton tego felietonu wywołał dobre wrażenie. Dowodem tego był „artykuł nadesłany”, zamieszczony w n-rze 77 Gazety.

„Pierwszy raz — pisał jego autor (M.) — spotyka się znieważana ciągle ludność żydowska naszego kraju z odwo­łaniem się do miłości chrześcijańskiej”. Pośpiesza więc z od­powiedzią „na te kilka słów dobrej chęci”, licząc na przy­rzeczoną całą sympatyę serca i głosu Gazety. Przyznaje, że podzielał w zupełności zarzuty Gazecie czynione, z przyje­mnością jednak chce wierzyć, iż w dotychczasowych artyku­łach felietonista miał na widoku jedynie „poprawę wad i kar­cenie błędów ludności żydowskiej”. „Sposób atoli — pisze M. dalej,—w jaki dotychczas przedmiot ten traktował, i środki, jakie nadal ku temu celowi obierać zamyśla, nie zdają się dobrze wróżyć jego zamiarom. Złem to zawsze będzie chcieć wytykać i wyszydzać wady i przywary mniej lub więcej licz­nych pojedynczych osób, zrzucając za nie odpowiedzialność na całą ludność jednego wyznania, a to tem bardziej, że wła­śnie na tych, dla których poprawy lub skarcenia autor (O) podejmuje tyle pracy, słowa jego pozostają bez wpływu, z tej przyczyny, że jak wogóle lud prosty, tak i oni czytać nie umieją. Artykuły takie równie są bezowocne, jak byłyby płonne w Gazecie artykuły, mające poprawić chłopa z nałogu pijaństwa”.

Również nie zgadzał się M. na złożenie całego ciężaru poprawy Żydów na ich wykształceńszych współwyznawców. „

Gdyby autor — dowodził — bliżej był obeznany z mozolną pracą i usiłowaniami małej garstki oświeceńszych Żydów, w tym celu podejmowanemi, gdyby znał ich starania koło rozpowszechnienia języka polskiego, koło urządzenia i pod­ niesienia szkółek elementarnych, gdyby znał postęp, jaki się w wychowaniu młodzieży z najniższych klas ludności żydow­skiej ciągle objawia, gdyby wiedział o gotowości, jaką ma­jętniejsi Żydzi okazują w podaniu pomocy każdemu pojawia­jącemu się talentowi lub zdolności w sztukach lub naukach, musiałby przyznać, że czynność prywatna działa tu wedle swej możności, i że jeżeli działania jej nie są skuteczniejsze, to i przy najlepszych chęciach na raz wszystkiego zrobić nie można.

„Poprawa Żydów i wyrobienie ich na użytecznych oby­wateli kraju mniej jest kwestyą wyłącznie żydowską, jak kwestyą ekonomiczno-polityczną, kraj cały obchodzącą. Ciało społeczne nie może wyleczyć się z tej choroby, jak tylko reakcyą zdrowej swojej części, a środki ku temu znajdą się niezawodnie, lecz muszą się inaczej objawiać, jak w utyski­waniach i sarkazmach. Kwestya żydowska wymaga badań, pracy i czynu. Ręczyć możemy, że wykształceńsi Izraelici całą duszą przyłożą się do wspólnych usiłowań.

„Tak długo, jak kwestya krajowców wyznania mojżeszowego za narodową uważana nie będzie, nie znajdzie ona odpowiedniego rozwiązania. Nie mamy zbytku rąk, ni sił umysłowych; niechaj chrześcijanie nie wstydzą się połączyć swe siły z odznaczającemi się indywiduami wyznania mojżeszowego; wielka ich religia nie wyłącza żadnej z zasad mo­ralności”.

Autor artykułu nadesłanego kończył wyrażeniem prze­konania, że „zadaniem dziennikarstwa jest: skierowanie opi­nii publicznej na inną drogę postępowania, gdyż dotychcza­sowa, jak kilkowiekowe doświadczenie dowiodło, prowadzi do coraz większego pogrążenia w ciemności i do odosobnie­nia Żydów od spółdziałania dla dobra publicznego”.

Felietonista Gazety nie dał za wygraną.

Z „artykułu nadesłanego” — mówił — dadzą się wyprowadzić dwa wnio­ski: 1) że o wadach i złych skłonnościach żydowskiej rasy najlepiej nic nie mówić; 2) że o ich poprawę starać się po­winni wszyscy mieszkańcy kraju, przez wzgląd na własne dobro i na sumienny obowiązek.

„Na oba te wnioski możnaby, a nawet należałoby, bar­dzo wiele powiedzieć. Niestety! sprawozdawcze ramy są za szczupłe na tego rodzaju rozprawy. Nam wolno traktować rzecz tę ważną tylko częściowo, niejako podjazdem, i dlatego gorąco wzywaliśmy ludzi dobrej i uczciwej myśli, aby zajęli się rozwikłaniem tego zadania na innem, odpowiedniejszem polu. Przemilczeć zarzutów jednak nie możem. Obowiązuje nas do odpowiedzi prawda i szczerość poślubionej zasady i wyraźnie godny poszanowania pogląd naszych przeciwników.

„…Grzechem byłoby taić milczeniem wady i błędy ple­mienia, uwydatnione od tak dawnych czasów. Tylko jawne wykrycie złego może zapewnić, że nawet błądzący zmuszeni będą uznać swą winę i zastosować się do praw i wymagań ogółu. Kto uznaje za obowiązek pokryć złe tajemnicą, ten traci prawo mówienia o poprawie. Kto tai złe usposobienia i czyny, jest jak ogrodnik, któryby lękał się wypleniać chwa­sty, aby nie zaszkodzić pożytecznej roślinie”.

Dalej zastrzegał się felietonista, że wytykał

„wady osobistości, które nie powinny dotykać ludności jednego wyznania. Wady, które karcimy od czasu do czasu, są wadami całego plemienia. Mniejsza o ich źródło i powody, zdolne usprawiedliwić historyczny ich początek. Fakt jest niezaprzeczony, że niechęć do żydowskiej ludności wspiera się na błę­dach, wszystkim Żydom wspólnych, że szlachetniejsi i oświe­ceni wyznawcy tej religii stanowią, niestety! bardzo szczupły wyjątek, który własną zasługą i wartością potrafił już sobie wyrobić zupełnie inne uznanie. Zapewne! głos ostrej krytyki nie dojdzie wprost do uszu, dla których jest przeznaczony, ale zwróci uwagę mających prawo przemówić sercem i głową do swoich współwyznawców. Głos taki stanie się niejako ekscytarzem, przypominającym obowiązek czuwania i pracy. Posłuży za wskazówkę, oznaczającą, jak dalece wykształciła się moralność jednych, a znikły uprzedzenia drugich. Jawne a uczciwe na tem polu działanie dla obu stron równe zape­wnia korzyści. My nie zaprzeczamy postępu — każden objaw poprawy, zlania się z zasadami ogólnych pojęć i moralności, przyjmiemy chętnie i popierać będziemy z przekonaniem, ale… pragniemy zawsze i wszędzie… szczerości.

„Właśnie główny powód nieporozumień polega na tem, że Żydów ciemnych i ubogich odpychano ze wzgardą, nie zadając sobie pracy wytłumaczenia im, czem na takie zasłu­żyli postępowanie—bogatszych zaś i oświecienszych odurzano interesownem milczeniem. Naturalnym tego skutkiem było wzrastanie złego w miarę wzrastania ludności żydowskiej, a jednocześnie coraz silniejsze zakorzenianie się nienawist­nych uprzedzeń. Nikt nie miał ani odwagi, ani siły wystą­pić z głosem prawdy, przykrej dla stron obu, a zawsze nie­korzystnej dla tego, któryby ją podnieść się ośmielił. Więc z milczenia złe się rozrosło i zagnieździło. Więc nie wolno milczeć tym, co wierzą w postęp i zwycięstwo prawdy nad fałszem, miłości nad uprzedzeniem. Każden ze swego stano­wiska powinien otwarcie mówić co widzi i pojmuje—w imie­niu prawdy domagać się sprawiedliwości, z wiarą i rezygnacyą poświęcać się dla wspólnego dobra, a wszystko to zyskać można nie na drodze grzecznych ustąpień i przemilczeń, ale na gładkiej, choć twardej drodze rzetelności i otwar­tości !”…

Po tych bardzo spokojnych, w przyzwoitym tonie trzy­manych wyjaśnieniach, nastąpiła chwilowe zawieszenie broni na szpaltach Gazety Warszawskiej. Ale w cztery miesiące później stoczono na innym placu boju utarczkę znacznie więk­szą i nierównie ostrzejszą, może dlatego większą i ostrzejszą, że odbyła się na obcym gruncie, nie krępowana ani miejsco­wymi stosunkami, ani zależnością od ołówka cenzorskiego.

IV.

W zeszycie lipcowym (1858 r.) wydawanego w Paryżu demokratycznego Przeglądu rzeczy polskich ukazała się kore­spondencja z Warszawy, w której zaznaczono, iż położenie Królestwa Polskiego

„pogarsza jeszcze straszny rak, toczący ciało naszego narodu, to jest rozmnożone w niesłychany spo­sób żydostwo”. Żydzi — pisał autor korespondencyi — sta­nowią ósmą część ludności, tylko w siedmiu miastach nie przenoszą liczby chrześcijan, a „nieznośna ich ruchliwość potraja niemal rzeczywistą cyfrę. Na zebraniach, teatrach, spa­cerach „wszędzie prawie przeważa cyfra Machabejczyków”. Są to wprawdzie równi nam ludzie, ale „trudno przezwycię­żyć odrazy, jaką w nas wzbudza ich niechlujstwo, chciwość i głęboką, zastarzała ku nam nienawiść”. Przebiegłością opla­tali całe społeczeństwo. Szlachta siedzi w ich kieszeni i tylko zakaz nabywania dóbr przez Żydów chroni nas od przymu­sowego na ich rzecz wywłaszczenia połowy naszych majątków. Ci z nich, co rzucili wiarę ojców, dochodzą do najwyższych urzędów i godności, „złączeni zawsze z sobą węzłem kasto­wej solidarności”. Prawnicy wybierają stan obrończy jako najkorzystniejszy i „biorą sprawiedliwość w antrepryzę”. Ka­żdy wielki interes przechodzi przez alembik żydowski, który pochłania znakomity procent. Więc też „kraj cały ubogi, ale u Żydów są pieniądze. My stare naszych ojców łatamy su­knie, oni toną w jedwabiach i błyszczą złotem; my chodzim piechotą, oni w karetach się rozwalają; my żebracy i dzienni robotnicy, oni panowie i biesiadnicy uczt sardanapalowych! Zgroza!”

„Nie zazdrość to mówi przeze mnie — usprawiedliwiał się korespondent, — bo bogactw podstępem, chytrością naby­tych nigdym nikomu nie zazdrościł. Owszem, sądzę, że ten brak zazdrości jest złem w narodzie; możeby on go popchnął do czynu, do współzawodnictwa, a w końcu do zwycięstwa. Tymczasem u nas wszędzie tylko zdrętwienie jakieś dziwne, osłabienie moralne, bezwładność; cała nasza zemsta ogranicza się na żartach, śmiechu, szyderstwie: śmiejemy się, a Żydzi biorą nam mienia, ssą krew naszą jak pijawki i drwią z na­szych żartów! Hańba wieczna, że my we własnej siedzibie daliśmy się okuć przybyszom, niższym liczbą, i dobrowolnie przyjęliśmy i nosimy więzy plemienia, na całej ziemi wzgar­dzonego! We własnym domu jesteśmy niewolnikami, a pejsate Żydy wydają nam rozkazy.

„W dziejach ludzkości wieje teraz jakiś wiatr materyalizmu; przemysł, handel, złoto—to bożyszcza świata. W tym kierunku, widać, biedź musi dziś człowiek — do celów nie­znanych; materyalizm ma być łącznikiem narodów i ogniem, topiącym przesądy i rozdział. W naszym narodzie brak prze­mysłowej i handlarskiej żyły: ani łokieć, ani kwarta nie przy­padają do naszych zdolności; umiemy tylko pałaszem rąbać, prawić na sejmikach i palestrze, łub marzyć górnolotnie. Może dlatego też Izrael rozsiadł się na ziemi naszej, aby nam udzie­lić cząstkę tego, na czem nam zbywa, aby nas popchnąć na drogę wiru dziejowego, dać nam krwi swojej, zrobić kupcami i bankierami. Nie poprzestają oni już teraz na naszych pieniądzach—biorą nam siostry, córki, kochanki—a my, głupcy, synów naszych w Żydów zamieniamy!”…

Korespondencya Przeglądu wywołała natychmiast dwie odpowiedzi. Pierwszą p. t. „Żydzi w Polsce” pomieścił lon­dyński Demokrata Polski w n-rze z d. 31 lipca 1858 r. Autor tej odpowiedzi, Antoni Żabicki, uważał, że potrzeba się pogodzić z faktem zamieszkiwania na ziemiach dwumilionowego żydostwa i skłonić tę warstwę, aby przyłożyła ręki „do wspólnego dzieła narodowego wyzwolenia”. Rasa żydowska, we­dług Żabickiego, jest „uposażona hojnie we wszystkie przy­mioty duszy, ducha i charakteru ludzkiego”. Posiada wady, ale te są wynikiem dwudziestu wieków prześladowań, „którychby nie przetrzymał żaden inny naród”. Na tę żywotność złożyły się więc—prócz wad—i cnoty, i „zapewne Opatrz­ność zesłała ich umyślnie na ziemie Polski”, abyśmy w na­szych klęskach mieli żywy przykład, „jak przechowywać tradycye, nie upaść na duchu i przetrwać długie i srogie nie­dole niewoli i uciemiężenia”. Naród żydowski, mimo strasz­nych przejść i „zasklepienia się w konserwatyzmie odrębności, formalizmu, upornego trzymania się litery Zakonu, z którego duch już uleciał”, dostarczy zawsze uczonych i będzie też zdolny wziąć udział w rozwoju naszej oświaty narodowej.

Wprawdzie możemy się pochlubić—twierdził dalej Żabicki, — żeśmy byli dla Żydów łagodniejsi i bardziej ludzcy, niż inni, ale wobec praw boskich i ta łagodność była jeszcze niesprawiedliwością. Pogardzaliśmy Żydami, ciemiężyliśmy ich, więc też mieli prawo nas nienawidzić. W innych kra­jach, gdzie ustały przesądy rasowej, klasowej i religijnej wyż­szości, spotykamy już tylko wyznanie żydowskie, ale nie ka­stę żydowska., „która stała się więcej narodową od samych narodowców”. To się i u nas stanie — zapewniał optymista Żabicki, — gdy demokracya polska zatryumfuje i „po wywal­czeniu niepodległości duch jej zasad wcieli się w konstytucyę narodową. Wstyd, żeśmy przez 80 lat niewoli nie zdołali Żydów przyciągnąć do siebie. Wszak we wspólnem nieszczę­ściu powinni byliśmy połączyć się z nimi duchowo, zawiązać „zbawienne kamractwo”. Trzeba było tylko pozbyć się po­gardy i zastąpić ją litością… Nie odpychajmy Żydów od sie­bie, wyrzucając im wady, za które jest odpowiedzialna tylko „nielitościwa, barbarzyńska, fanatyczna przeszłość”. Że zaj­mują się handlem, to ich do tego zmuszono, niczem innem nie pozwalając się zajmować. Szlachta polska powinna ra­czej „być wdzięczna Żydom polskim, że wyręczyli ją w mie­rzeniu łokciem i kwartą”. Jednoczesne zarzuty niechlujstwa, chciwości i bogactwa są niedorzeczne, boć niechlujstwo to niedostatek. Prócz kilku bankierów i kilku tysięcy zamożniej­szych Żydów, ogół żydowski jest biedny.

Usprawiedliwiał następnie Żabicki zamiłowanie Żydów do pieniędzy. Wszak były one dla nich

„listem żelaznym, wielką kartą (magna charta), tarczą, jedynym środkiem ra­tunku, zyskiwania sprawiedliwości i przywilejów obrony ży­cia”. Chcąc zresztą wydać o Żydach wyrok sprawiedliwy, należy ich poznać i ocenić wielkie ich przymioty rodzinne, a dalej trzeźwość, pracowitość, rządność, rzetelność, szczerość itd. Solidarność ich wzbudza podziw — gdybyśmy taką po­siadali, odzyskalibyśmy już dawno, cośmy stracili. Jedynym środkiem na złamanie wyłączności i odrębności żydowskiej jest porzucenie nienawiści i pogardy, oraz złożenie rękojmi, że „warunków kapitulacyi, zapewniających im równość w obli­czu prawa i wolność obywatelską w całej rozciągłości, nigdy nie nadwerężymy i święcie dochowamy”. Wtedy sami Ży­dzi zniosą rozgraniczające nas z nimi okopy… Już to, co mówi korespondent Przeglądu o udziale Żydów w zebraniach, rozrywkach i zabawach polskich, „że trudnią się interesami polskimi i biorą je w antrepryzę”, że szafują na zbytki, a więc dają zarobek ludności, że żenią się z Polkami — powinnoby, według Żabickiego, być powodem nie do łez, ale radości, boć to objawy „pożądanego wlewania się kasty żydowskiej w stany narodu polskiego”.

Ujemne strony Żydów — kończył Żabicki — to wynik smutnych kolei, jakie przechodzili, ale zginą one, gdy przy­szłość ogrzeje ich serca promieniami wolności, kiedy Polska przestanie im być macochą, a stanie się czułą matką. Zresztą jakiekolwiek jest dziś usposobienie Żydów, rozwiązać kwestyę żydowską można jedynie przez sprawiedliwość i miłość. Więc też Towarzystwo Demokratyczne polskie, „porywając przyszłość Polski w swe ramiona”, w manifeście swym i Ży­dom złożyło rękojmię, i jak akt krakowski z roku 1846, tak akt przyszłego powstania będzie zarazem aktem ich równou­prawnienia i najzupełniejszego usamowolnienia. Demokracya wobec czekającej naród polski walki nie może być obojętna na postawę 2 milionów Żydów i wszystko uczyni, aby, Je­żeli się z nich nie uda zrobić sprzymierzeńców, to przynaj­mniej nie zamienić ich w szkodliwych nieprzyjaciół”. Więc też źle postąpił Przegląd, organ demokracyi, bo „zakon de­mokratyczny powinien być niezmienny”, bo pokładając na­dzieję tylko w zbrataniu się wszystkich warstw, każdy objaw złości przeciw Żydom musi być uważany za szkodliwy.

Jednocześnie z artykułem Żabickiego w Demokracie Pol­skim ukazała się broszura Ludwika Lublinera, adwokata przy Sądzie Apelacyjnym w Brukselli. Tytuł jej: „Odpowiedź na artykuł korespondencyjny z Warszawy z 23 czerwca 1858 r., umieszczony w Przeglądzie rzeczy polskich” (Bruksella 1858, stronic 7). Lubliner, urodzony w Warszawie w r. 1809, prawa do występowania jako Polak nabył krwią, przelaną w r. 1831. Znany był później jako przyjaciel Lelewela i autor licznych broszur i artykułów politycznych i prawniczych, wydanych w języku francuskim, a dotyczących spraw polskich i żydow­skich. Wszędzie zaznaczał swój gorący patryotyzm polski i chlubił się nazwą Żyda-Polaka. Stąd też zabolała go „okropna filipika na Żydów, zamieszkałych w Polsce”.

Nie mógł pojąć, jak organ demokracyi polskiej na tułactwie politycznem mógł

dać przystęp artykułowi, gdzie śmieszność spiera się o pierwszeństwo z fanatyczną złośli­wością”. Korespondentowi nie podoba się udział Żydów w publicznych zebraniach—czyżby chciał, aby siedzieli w domu za piecem i śpiewali Haleluja lub Majufes? Korespondent uznaje łaskawie, że Żydzi są tacy ludzie jak chrześcijanie, ale równość ta w jego wyobrażeniu polega jedynie na tem, że chodzą na dwu nogach i patrzą parą oczu. Że szlachta sie­dzi w kieszeni Żydów, to jej własna wola — czemuż nie po­życza u chrześcijan, jeżeli ci nie biorą lichwy i poprzestają na procencie prawnym. Korespondentowi, oburzonemu na przechrztów, wdzierających się do palestry, pozwala Lubliner przejść na religię mojżeszową i zostać adwokatem, byle dał takie dowody talentu, jak Wołowscy, Majewscy, Krysiń­scy… Dalej wspominał Lubliner o zasługach księgarzy ży­dowskich dla literatury, o muzykach Wieniawskich, malarzu Lesserze, o Epsteinie, wspierającym finansowo Biblioteką War­szawską (1). Cóż dziwnego, że „dobrze ułożony” Żyd lepiej się spodobał jakiejś ładnej Polce, aniżeli korespondent war­szawski Przeglądu. Dawniej szydzono z Żydów, że karmią się cebulą i czosnkiem, a tylko w szabes częstują się kuglem i rybami-teraz znów sarkają na nich, że zjadają kuropatwy i bażanty; dawniej szydzono, że noszą łachmany, że są łapserdakami — teraz wyrzucają im powozy, „gdy tymczasem Za­mojscy, Potoccy, Radziwiłłowie po błocie piechotą chodzą”…

Styl korespondenta Przeglądu, „równie nienawistny jak jezuicki”, malował najlepiej, według Lublinera,

„ohydną po­stać tego drapieżnego wilka pod maską baranka”. Zapyty­wał wszystkich „półgłówków”, co znaczy śmieszne oskarżenie Żydów o to, że trudnią się handlem i przemysłem, groma­dzą kapitały — wszakże to nie Anglicy, co wywożą do An­glii bogactwa Indyan lub Chińczyków. Żydzi od ośmiu wie­ków siedzą w Polsce, pozbawieni prawa piastowania urzędów, nabywania dóbr i domów mieszczańskich (a prawo to posia­dają przybysze cudzoziemcy), więc muszą się zajmować han­dlem i przemysłem, „czem się przyczyniają do wzrostu bo­gactwa socyalnego”. I za to mają być przedmiotem zemsty?

*) Omyłka — bo już wiemy, że nie Epstein, lecz Rosen i Kronenberg wspierali finansowo Bibliotekę.

„Nowoczesnemu Torquemadzie” potrzeba widocznie rzezi Żydów — gdyby on stał na czele rządu, wyprawiłby pewnie ich wszystkich w nurty Niemna i Wisły. „Takich półgłów­ków, dla pomyślności krajowej i honoru narodowego, nale­żałoby zamknąć w domu waryatów”. Bo co znaczy ten fra­zes: „Hańba, że my, Polacy, nosimy więzy plemienia na całej ziemi wzgardzonego”? Dlaczego: wzgardzonego? I to się drukuje we Francyi, gdzie Żydzi bywają naczelnikami rządu; co na to powiedzą Cremienx, Goudchaud, byli rządcy Fran­cyi i przyjaciele Polaków? Czyż nie wśród Żydów urodził się Chrystus? Wszak według doktryny chrześcijańskiej był On przez Boga Ojca przeznaczony na krwawą ofiarę dla zmazania grzechu pierworodnego, a „Żydzi tylko tę wolę Boga spełnili i przyczynili się tem samem do zbawienia chrze­ścijan”. Ale Lubliner nie chciał wdawać się, jak mówi, w dyskusye teologiczne, choć przez trzy lata zagłębiał się w teoryach ojców Kościoła katolickiego, i „przyjdzie czas, że wy­jaśni doktryny Talmudu chrześcijańskiego”.

Po takim, zdaje się, dość chyba ostrym wylewie obu­rzenia, Lubliner żałował jeszcze, że „cel jego odpowiedzi” nie pozwala mu z „całą energią” napiętnować „herezyi” hi­storycznych korespondenta Przeglądu. Zakończył swą odpo­wiedź cytatą bardzo naiwnego frazesu Czackiego (z Rozprawy o Żydach) o sielankowem współżyciu kupców chrześcijańskich i żydowskich za Kazimierza Wielkiego. Podpisał się wresz­cie: „Ozeasz Ludwik Lubliner, żyd z religii, wychodziec po­lityczny, były podchorąży w pułku grenadyerów byłego woj­ska polskiego”.

Redakcya Przeglądu rzeczy polskich (redaktorem był Se­weryn Elżanowski), uznając „prace i zasługi ob. Lublinera w tułactwie polskiem”, przez „szacunek i przyjaźń”, jaką dla niego miała, jako też wierna „przyjętemu sposobowi trakto­wania przedmiotów”, postanowiła odpowiedzieć spokojnie na pełne drażliwych wycieczek pismo, którego i tytuł kompro­mitujący (dlatego go nie przytoczyła) (1) i „treść, na faktyczne spostrzeżenia obelgami odpowiadająca”, mocno ją zdziwiła. Korespondent stwierdził jedynie „rzecz smutną, a powszech­nie znaną”, iż wzbogaceni Żydzi warszawscy, nieprzyjaźni narodowości polskiej, a jej wrogom przychylni, „jak pijawki”) z krajowców wysysają mienie”. Zarzut ten możnaby ode­przeć jedynie faktami patryotyzmu, a więc pracą narodową, więzieniem, Sybirem, wygnaniem, ruiną majątków na sprawę polską, a nie sławą muzykalną łub nędznymi srebrnikami, danymi Bibliotece Warszawskiej.

1) Widocznie Lubliner wydał swą broszurę pod dwoma tytuła­mi, boć nic „kompromitującego” niema w przytoczonym powyżej ty­tule. Estreicher innego nie zna.

Ob. Lubliner — pisała dalej Redakcya — zna nasze za­sady, wie, że różnica wyznań i stanu w przekonaniu naszem nie stanowi tamy do równości i obywatelstwa w przyszłej Polsce — owszem nędza i ucisk Izraelitów wywołuje „gorące uczucie sprawiedliwego zadośćuczynienia i braterskiej miło­ści”. Ale ta nędza i to poniżenie, będące gorzkim owocem czasów ubiegłych, jak nas nie uwalnia od sprawiedliwego sądu, tak też nie uwalnia Żydów od obowiązku uważania się za Polaków i pracowania dla tej świętej sprawy, „którą oby­watel Lubliner tak ukochał, że jej wszystkie chwile i siły życia poświęca”.

„Korespondencya warszawska — pisał dalej Przegląd — może grzeszyć niektóremi zbyt siłnemi i dobitnemi wyraże­niami, ale nic przeciwnego zasadom i duchowi demokracvi polskiej nie zawiera. Mieści ona surowy sąd o Żydach Kró­lestwa kongresowego (warszawskich bogaczów widocznie na głównym mając względzie), nie za to, że odrębną wyznają wiarę, ale za to, że wśród społeczeństwa polskiego stanowią odrębną narodowość, miejscowej nieprzychylną i na jej zu­bożeniu opierającą swoje wzniesienie. Nagiej prawdy nie zbiją deklamacye, a tego, co korespondent o cząstce Żydów odłamu Polski powiedział, nie godziło się stosować do wszyst­kich Izraelitów, zamieszkałych w dawnych granicach Rzeczy­pospolitej, albo obywatelami zachodniej Europy będących. Na Zachodzie bowiem, a mianowicie we Francyi, Żydzi stopili się w jedności narodowego społeczeństwa. I u nas Żydzi krakowscy przedstawiają wyjątkowy przykład polskiego pa­tryotyzmu. Czemuż nie wszędzie wyznawcy Mojżeszowi są po równi z uciśnionym ludem polskiem prawymi Polski synami? Czemuż w r. 1848 Żydzi poznańscy, zamiast służyć powstaniu, zwyciężonych i rozbrojonych powstańców batogowali, obrzucali błotem, plwali? Zamiast złączyć się z naro­dowym wybuchem, który w szczytnej — może w nierozwa­żnej — wspaniałomyślności wyciągał przyjazną rękę, nie na znak upokarzającego dawnych winowajców przebaczenia, ale w dowód politycznej równości i ludowego braterstwa, a wy­ciągał do wszystkich, do odwiecznych nawet nieprzyjaciół; zamiast ofiarą krwi wkupić się męczeńsko do męczeńskiego społeczeństwa, czemuż złączyli się z wrogami naszymi, z wrogami demokracyi?

Ucisk, panujący w Królestwie kongresowem — kończył Przegląd, — nieco przychylniejszemi uczynił sprawie naszej pogrążone w nędzy warstwy Żydów polskich. „To też każdy, kto bez namiętności i z dobrą wiarą przeczyta korespondencyą warszawską, przyznać musi, że mniej do nich ściągają się jej słowa, że głównie mają na względzie żydowskich War­szawy bogaczów, na ruinach i z ruin polskich wznoszących swe kolosalne majątki, pnących się do obcych dostojeństw i wiernie obcym służących… Nawet i tych artykuł korespon­dencyjny nie traktuje surowiej, jak my innymi razami przeniewierczych sprawie narodowej Polaków. Dla wszystkich jedną wagę i jedną mamy miarę. I ani się dziwić, ani gnie­wać za to nie może ob. Lubliner, że każdy mieszkaniec Pol­ski jest dla nas obywatelem- wspólnej ojczyzny, że wzamian za to prawo wymagamy ścisłego pełnienia narodowych obo­wiązków od każdego, co polską zamieszkuje ziemię, że wszel­kie przeniewierzenie się Polsce surowemu ulega sądowi, bez względu czy je pojedyncza osoba, kasta, czy jakakolwiek po­pełnia zbiorowość, usiłująca swą odrębność narodową zacho­wać w pośrodku polskiego społeczeństwa”.

Była to rzeczywiście odpowiedź bardzo spokojna na arogancki, namiętny, nie przebierający w słowach ton bro­szury Lublinera. Możnaby polemizować z niektórymi szcze­gółami tej odpowiedzi, ale nie pozwala nam na to nasze ści­śle sprawozdawcze stanowisko. Sądzić należy, że ob. Lubli­ner był zadowolony z komplementów i że uspokoiły go wy­jaśnienia. Ale niestety, wkrótce znów się zakrwawiło jego serce. Nowy cios w nie uderzył ze szpalt Gazety Warszaw­skiej.

Cdn
http://gazetawarszawska.com

Jedna odpowiedź do “Kazimierz Bartoszewicz: Wojna Żydowska 1859 I-VI (2)”

  1. revers said

    … lub protokooly, kabala z realizacja w tle

    http://www.nizkor.org/fast-track.shtml

Sorry, the comment form is closed at this time.