Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Anucha o Na trupie Polski wejdziemy do…
    OutsiderR o Wolne tematy (68 – …
    Peryskop o AfD dostała wiatru w żagl…
    Peryskop o Iwan Iljin jako wyznacznik now…
    lewarek.pl o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Lily o AfD dostała wiatru w żagl…
    Listwa o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Listwa o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Marucha o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Piotr B. o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Peryskop o W kierunku głębi
    Listwa o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Piotr B. o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
    Marucha o Tak kot przekazuje ważną wiado…
    Listwa o Zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabę…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 620 obserwujących.

Kazimierz Bartoszewicz: Wojna Żydowska 1859 I-VI (7)

Posted by Marucha w dniu 2013-12-18 (Środa)

Poprzednie odcinki:

1) Zarzut o tyle niesłuszny, że sąd składał się z samych Pola­ków — byli oni wprawdzie urzędnikami państwowymi, ale przez to nie tracili charakteru sędziów polskich.

X.

Zaskarżony przez Żydów i Lesznowskiego wyrok sądu policyi poprawczej, utonął na zawsze w aktach apelacyi. Przy­puszczać należy, że wpłynęły na to „nowe czasy“, których zwiastunem były wypadki na Południu Europy. Wrażenie wyroku zatarły odgłosy wojny i rozbudzone nadzieje. Stosunki zmieniły się gwałtownie. Łudzono się, że „słońce austerlickie w opatrznym swym biegu zajdzie i na pola lechickie“. Wśród gorączkowego oczekiwania powstawały w kraju organizacye przygotowawcze do przyszłej walki. Wprawdzie, jak to zobaczymy, nie ucichły zupełnie namiętności, wywołane „wojną żydowską”, ale z natury rzeczy zeszła ona na plan drugi.

W tem położeniu rzeczy w niczyim interesie nie leżało „rozmazywanie” sprawy. Żydom wyrok, jako zaskarżony, nie groził, a więc mogli czekać spokojnie. Lesznowski był z niego zadowolony — nie w jego interesie było przyspieszać pochód sprawiedliwości, który mógł się obrócić na jego niekorzyść. Sąd apelacyjny do rozpatrzenia sprawy się nie kwapił,—kto wie zresztą, czy nie pozostawał pod wpływem czynników obywatelskich, które uznawały, że nieodpowiednia to chwila do porachunków domowych, do rozbudzania waśni na polu bądź co bądź wyznaniowem 1).

Możnaby więc na tem zamknąć akta sprawy, gdyby nie jej następstwo, nie epilog, który był ciosem dla Lesznowskiego i Gazety, a jeżeli nie przygotował tryumfu idei asymilacvjnei, to w każdym razie niepospolicie wpłynął na jego przyspieszenie.

Na jednym wózku z Białej podlaskiej do Romanowa, gdzie bawił w gościnie u ojca i brata Kraszewski, jechali 21 marca 1859 r. Pathe współpracownik Gazety Warszawskiej, i Jan Zakrzewski, przemysłowiec, od paru lat dobry znajomy, można nawet powiedzieć przyjaciel znakomitego pisarza. Pierwszy jechał w zastępstwie Lesznowskiego, z którym chciał się porozumieć Kraszewski co do dalszego swego współpracownictwa w Gazecie (a było ono olbrzymie, wszechstronne i wartość pisma niesłychanie podnoszące), drugi miał wprost sprzeczne zamiary, bo chciał zbadać Kraszewskiego, czyby nie objął redakcyi pisma codziennego, które Leopold Kronenberg chciał nabyć lub założyć.

Zakrzewskiemu misya udała się świetnie. Złożyły się na to szczęśliwe dla Kronenberga okoliczności. Kraszewski chciał porzucić Żytomierz z powodu zatargów ze szlachtą wo­łyńską — i sam myślał o przeniesieniu się do Warszawy. Co więcej, jak twierdzi Sulima, pałał chęcią posiadania wła­snego dziennika i proponował założenie go Branickiemu i Leonowi Lubieńskiemu. Chęć to zupełnie zrozumiała: Kraszew­ski czuł się zawsze publicystą, rwał się do wypowiadania swych poglądów na sprawy społeczne, krajowe i… wszystkie inne. Dla jego niesłychanie wrażliwego i szerokiego umysłu nic nie było obojętne. Uśmiechało mu się zatem posiadanie własnej trybuny, z której mógłby o wszystkiem głos zabie­rać, niczem niekrępowany. Nawet w Gazecie Warszawskiej, choć go w niej „noszono na rękach”, musiał o niejednem za­milczeć, niejedno półsłówkami traktować, bo trzeba się było liczyć z kierunkiem pisma, ze stosunkami redakcyi i „potrze­bami”, sympatyami lub antypatyami właściciela. Co więcej, zawiał wiatr pomyślniejszy, zwolniono nieco więzów druko­wanemu słowu, — była wszelka nadzieja, że będzie można poruszać sprawy dotychczas „zakazane”, budzić uśpione siły, wpływać na kierunek opinii, zachęcać do pracy społecznej, do rozważania spraw publicznych.

1) Kraushar we wrześniu pisał do przyjaciela: „Sprawa jest w apelacyi, ale twierdzą ogólnie, że ją umorzą“. I tak się stało

Jedynym szkopułem dla Kraszewskiego mogła być kwestya żydowska. Ale tu prawdopodobnie otrzymał od Zakrzewskiego zapewnienie że Kronenberg wysuwać jej nie zamyśla. Niewątpliwie mogła ona wpłynąć na założenie dzien­nika, niewątpliwie Kronenberg, jako asymilator, zwolennik „moralizowania Izraelitów” (wyrażenie Kraszewskiego), pragnął spa­raliżowania antysemickiej działalności Gazety Warszawskiej, ale dążnością jego główną było „wytrzeźwienie narodu i zaprzągnięcie go do pracy”. „To był jedyny cel jego pisma”  twierdził Kraszewski.

Że Zakrzewski przedstawił w najlepszem świetle Kronenberga, tego łatwo domyślić się można. Ale niepotrzebne domysły, bo sam Zakrzewski to stwierdzał.

„Podobnego po­święcenia się dla dobra ogółu—pisał do Kraszewskiego dn. 27 marca — nie wystawiałem sobie — zacny to i poczciwy czło­wiek; rozgadawszy się z nim obszerniej, przekonywam się że to com Panu mówił o nimi jego postanowieniu było niczem w porównaniu z tem co chce zrobić i jakie są jego intencye, a do tego żadnych osobistych ambitnych nie mając widoków i celów… Dużo i dużo z nim mówiłem, chcąc na­wet wyciągnąć go na słowo i wykryć, jeśli ma jakie ukryte myśli, przekonałem się o jego szczerości i zdziwiony jestem tem jego poświęceniem”…

Zakrzewski powrócił do Warszawy z listem Kraszew­skiego do Kronenberga. Znakomity pisarz przedstawiał w nim swe zasady i zapatrywania na zadanie dziennikarstwa.

Stanowczy układ Kraszewskiego z Kronenbergiem za­warty został w pierwszych dniach maja (donosił o tem K. bratu), a dn. 16 tego miesiąca Kronenberg, zrzekając się myśli założenia nowego dziennika (prawdopodobnie za poradą Kra­szewskiego), nabył od Niewiarowskiego upadającą Gazetą Co­dzienną za cenę 12 000 rubli (kwotę tę podaje Berg w swych „Zapiskach”). Kontrakt między nowym właścicielem a przyszłym redaktorem pozostał w tajemnicy, Kraszewski bowiem potrzebował paru miesięcy na uporządkowanie swych interesów w Żytomierzu. Wypadało mu również zręcznie wycofać się ze ścisłych stosunków z Gazetą Warszawską, nim obejmie obowiązki redaktora Codziennej.

A nie była to sprawa łatwa.vZnalazł się w bardzo niewygodnej, dwuznacznej pozycyi. Ów znany nam w wyjątkach list Lesznowskiego z 20 kwietnia, w którym składał wyzna­nie swej wiary w kwestyi żydowskiej, rzucał się namiętnie na Kronenberga (snać przeczuwał skąd mu grozi katastrofa) i przykładał największą wagę do poparcia Kraszewskiego, — otrzymał Kraszewski już w miesiąc po zawiązaniu stosunków z Kronenbergiem, kiedy ich „wspólna praca” była już zupeł­nie omówiona i zdecydowana. Ale właśnie w ustępie po­czątkowym tego listu dał Lesznowski niebacznie broń prze­ciw sobie Kraszewskiemu, — zawiadamiał mianowicie, że mu odsyła pamiętnik Gozdzkiego, którego drukować nie będzie, gdyż rzuca niepochlebne światło na ludzi i wypadki prze­szłości.

W parę dni później Lesznowski telegrafował do Kra­szewskiego, prosząc go o spieszne nadesłanie jakiejś przyo­biecanej pracy do felietonu Gazety. Prawdopodobnie szło o kartki z podróży do Włoch lub o powieść „Caprea i Ro­ma”, które w kilka miesięcy później ukazały się w Gazecie Warszawskiej.

Kraszewski skorzystał tak z nieprzyjęcia pamiętników Gozdzkiego, jak z naglącego telegramu, aby udać śmiertelnie obrażonego. Napisał więc list do redakcyi w „tonie gorzkim”, pełny „przykrych i niepojętych wymówek”, który wszystkich „przejął najżywszem zdziwieniem” (słowa listu Lesznowskiego z dn. 29 kwietnia).

Wszak co do rękopisu Gozdzkiego — pi­sał przerażony Lesznowski — „zostawiłeś nam Pan zupełną wolę przyjęcia go lub nie, — wszak to samo mówiłeś Pathiemu w Romanowie”. Pierwszy to rękopis—pisał dalej—jaki od lat 10 Panu zwróciliśmy— druk jego „zostawiłeś naszemu uznaniu, boś sam musiał wiedzieć i przeczuwać, że ten ręko­pis nie może odpowiedzieć wymaganiom naszego pisma…

Racz nam Pan Dobr. wytłumaczyć, co znaczą słowa listu Pańskiego: „W tej chwili odbieram telegram Wasz — macie prawo tak mnie zażywać, — ale jesteście bez litości i sakryfikujecie mnie dla Gazety”?—„Panie, — wołał z rozpaczą Lesznowski—w życiu mojem nie eksploa­towałem nikogo… nie sakryfikowałem nikogo dla Gazety. Są to zarzuty, na które nie zasłużyłem ani ja, ani my wszyscy w Gazecie… Napisałeś Pan te słowa pod złej chwili natchnie­niem — uważamy je za wyskok nerwowy—bo sumienie nam mówi, że w niczem a w niczem nigdy przenigdy nie uchybi­liśmy człowiekowi, którego szczerze kochamy i szanujemy… Nie, Panie, ja nie chcę ciebie zażywać… nie chcę cię dopro­wadzać do ostateczności”… „Na prawo nigdy się nie powoływałem w stosunkach moich z Panem, a liczyłem tylko na przyjaźń i szacunek zobopólny, bo nakoniec Bóg mi świadkiem, nigdy do ostateczności nie doprowadzałem”… Już zresztą sobie poradził, ma co drukować, może na rękopis Kraszew­skiego „czekać dwa, trzy, cztery miesiące”…

Kraszewski, czując się w fałszywej pozycyi, udzielił przebaczenia Lesznowskiemu, ale bądź co bądź stosunki ich stały się już naprężone.

O układzie z Kronenbergiem nic jeszcze nie wiedziano. Dopiero w końcu maja uchylono rąbka tajemnicy.

„Mówią bardzo głośno po mieście naszem—pisał Pathić dn. 27 maja,— mianowicie przechwalają się tem Żydzi, że Ciebie, panie Jó­zefie, będą mieć redaktorem Gazety Codziennej, której forma zewnętrzna i wewnętrzna ma całkowitej uledz zmianie. Na­pisz mi, czy to prawda, bo mi się jakoś nie chce w to wie­rzyć”…

Wieści o objęciu redakcyi Gazety Codziennej przez Kraszewskiego doszły i do jego rodziny, a wraz z niemi i echa niepochlebnych o tym fakcie głosów opinii. Lesznowski za­czął ją już urabiać — dziennik Kronenberga nazywano orga­nem żydowskim, a co najmniej asymilacyjnym, co w owych czasach na jedno prawie wychodziło. Na „obawy” rodziny odpowiadał Kraszewski bratu (w lipcu 1859):

„Mylisz się, sądząc, że żydowska sprawa i element wychodzi w tem zawarowałem sobie, żeby go nie było, ani być mogło. Ani bronić nikogo nie będę, ani zaczepiać. Cała rzecz: ufundować dobrą i uczciwą gazetę. O Żydach niema mowy, bo dla mnie niema Żydów—są ludzie, obywatele kraju, i ci, co na to miano nie zasługują. Kto obowiązki spełnia, jest—kto nie speł­nia ich, nie jest synem kraju. Przerabiać nikogo nie trzeba, bo silą rzeczy przerobi się, albo zostanie odepchniętym”…

Dopiero w końcu lipca pojawiło się w Gazecie Codzien­nej zawiadomienie, że Gazeta „drukować będzie pracę J. I Kraszewskiego p. t. „Dziś i lat temu trzysta”, po której nastąpią tego autora „Notaty z przejażdżki po Europie —Włochy, Niemcy, Francya”. Druk studyum obyczajowego „Dziś i lat temu trzysta” rozpoczął się 6 sierpnia, jednocześnie z przyby­ciem Kraszewskiego do Warszawy.

W dziesięć dni później (16 sierpnia) objął Kraszewski redakcyę Codziennej i ogłosił w niej swój program.

„Dziennik — pisał między innemi — nie może iść za słabostkami i upodobaniami chwilowemi, ani pochlebiać namiętnościom… Cel dziennika stoi wyżej nad wszelkie rachuby osobiste — poświęcimy mu więc chętnie i chwilową wziętość i wszelkie materyalne korzyści”.

W słowach podkreślonych można domy­ślać się odpowiedzi na owe „głosy opinii”, potępiające Kra­szewskiego za objęcie redakcyi Codziennej.

Lesznowski nie próżnował, choć nie mógł wystąpić do walki z otwartą przyłbicą, gdyż stosunków z Kraszewskim nie zerwał, drukował nawet w odcinku jego powieść („Caprea i Roma”). Ale są liczne ślady agitacyi jego przeciw Gazecie Codziennej, która z każdym dniem wzrastała w liczbę prenumeratorów. Każdy wstępny artykuł Kraszewskiego (a pi­sał je co drugi dzień prawie) spotykał się z bezwzględną kry­tyką. Podsuwano mu raz najradykalniejsze, to znów najwsteczniejsze tendencye — stąd ciągle się tłumaczył między wierszami, ostro występował przeciw „sądom a priori“ i prze­ciw potwarzy 1).

Użyto i broni anonimów, o które nie posądzamy bynaj­mniej Lesznowskiego. Nie było ich tak wiele, jak chcą bio­grafowie Kraszewskiego, ale były 2). A i te, co były, wystar­czały, aby „uprzyjemnić” chwile wrażliwemu i drażliwemu Kraszewskiemu.

1) Obszerne wyjątki z tych artykułów podałem w rozprawie „Kraszewski w r. I860—1864″.
2) Pierwszy Sabowski („59 lat pracy i zasług J. I, Kraszewskie­go”) podał, że był ich cały tom. Za nim powtarzają to inni. Był rze­czywiście i jest tom w Bibl. Jagiellońskiej. Ale anonimy te pochodzą z całego szeregu lat i większa ich część jest obojętna, lub czuła.

Oto z nich jeden, co prawda najwstrętniejszy:

„Wstydź się, Panie Kraszewski, tak dalece zapominać się, że byłeś Polakiem, synem nieszczęśliwej ziemi, której zamiast obrońcą, stajesz się widocznym wrogiem; wstyd i hańba twojemu imieniowi i poczciwym zasługom młodości.

„Pamiętaj, że hańba spadnie na niewinnych Twoich sy­nów, dlaczegóż im gotujesz łzy boleści i żalu — przeklinać będą ojcu, który im dał życie.

„Wyznaj, panie, przed obliczem własnego sumienia—czy Twoje postępowanie godne jest charakteru, przodkującym myślom i życzeniom narodowym.

„A czy wiesz jakie jest imię, którem Cię obdarzy po­tomność — oto, zdrajca — dziś nikczemnym tylko jesteś, ju­tro będziesz podłym…

„Pamiętaj, że jeśli Cię kamienie ominą, błoto Cię nie ominie, ulicznicy pamiętać o tem będą, aby Ci dał zasłużoną nagrodę za Twoje czyny, godne Grosów, Frenklów, Epsteinów lub Twojego pana — Kronenberga.

„Si omnia fierderis famam servare memento“ — mówili starożytni, a Ty, Panie, gubisz wszystko dla pieniędzy.

„Jeszcze piśmiennictwo polskie nie było sprzedajne — Ty pierwszy zaprzedajesz ideę polską, zaprzedajesz wrogom.

„Bądź zdrów i przypomnij sobie, że Czuwamy nad Tobą“.

Tymczasem w Gazecie Codziennej nie było zgoła nic, coby usprawiedliwiało rozszerzaną o niej opinię, jako organie żydowskim. Przeglądający jej numer za numerem co najwy­żej znajdzie jakiś drobny ustęp, który da się zastosować do kwestyi żydowskiej, lubo tej nazwy nigdy Kraszewski nie użył. Ale samo powodzenie Gazety Codziennej osłabiało sta­nowisko i znaczenie Gazety Warszawskiej, nie mówiąc już o nieuniknionych dla niej stratach materyalnych. Przytem Kraszewski zabiegał, aby postawić swój dziennik na stopie europejskiej. Starał się o urozmaicenie pisma, o najlepszych współpracowników i korespondentów. Czuć było, że lada chwila żaden dziennik nie będzie mógł konkurować treścią i poczytnością z Gazetą Codzienną. Tak się i stało, bo już w r. 1860 miała Codzienna 5000, a w r. 1861 doszła do 7000 prenumeratorów…

Od listopada 1859 r. Gazeta powiększyła znacznie swój format. Nie doczekał już tego Lesznowski. Zmarł nagle na miesiąc przedtem, d. 13 października. Opowiadano oczywiście, że przyczynił się do tego… Kraszewski. Berg w „Zapiskach” powtarza anegdotkę („mówią”), że Lesznowski przed śmiercią powiedział Kraszewskiemu: „Zabiłeś mnie!” Jest to, rzecz: prosta, wymysł. Przyczyną śmierci Lesznowskiego była jego na wskroś niezdrowa kompleksya. Olbrzymia jego tusza spra­wiała, że w teatrze przystawiano mu osobny wielki fotel obok orkiestry. Kraszewski zamieścił o nim pełne taktu, opatrzone swym podpisem, wspomnienie.

Mieszkańcy Warszawy wzięli tłumny udział w pogrzebie Lesznowskiego. Żydzi przysłonili okna i nie pokazywali się zupełnie na ulicach, przez które kondukt przechodził1).

*                              *                             *

Dalszą walkę przeciw Gazecie Codziennej i Kraszewskiemu podjął Józef Kenig, nowy redaktor Gazety Warszawskiej. Przybrała ona teraz szerokie rozmiary. Były okolice, z któ­rych szlachta gremialnie odsyłała numery Gazety Codziennej, lub kazała ją przysyłać pod adresem swych arendarzy. To­warzystwo Rolnicze, jedyna moralna reprezentacya krajowa, nie przyjęło Kraszewskiego w poczet swych członków. Na kilkaset głosujących otrzymał 140 gałek czarnych. Przebalotowanie to nastąpiło wskutek silnej i rozwiniętej w ostatniej chwili agitacyi Keniga i zwolenników Gazety Warszawskiej. Ten wy­nik głosowania miał i swą zabawną stronę, bo na półtora roku przedtem Towarzystwo Rolnicze przyjęło jednogłośnie do swego grona Leopolda Kronenberga, a wraz z nim (choć już nie jednogłośnie) kilku Żydów warszawskich.

Po tym werdykcie obojętne już były dla Kraszewskiego inne Szpilki, a zwłaszcza anonimy. Jeden z nich jednak zasługuje na streszczenie. Pisał go jakiś „wielbiciel” Kraszew­skiego, Józef z Orchowa. Nie był to list, ale jakby mała roz­prawa, pełna „ważnych rad i przestróg”. „Oskarżenie pu­bliczne”, ciążące na Kraszewskim, „ma historyczne pojęcie słuszności”. Bo co są Żydy polskie? Niewdzięczna masa, która nie przyjęła nawet naszego języka, choć swój ojczysty zatraciła. A co są „ucywilizowani i wyfraczeni Żydy” — to tę „tajemnicę” autor listu odsłoni. Kiedy po rozbiorach polskość tępiono, a stan rycerski skazano na zagładę, widząc to Żydzi, powiedzieli sobie, że oni na miejsce tego stanu obejmą pa­nowanie nad społeczeństwem. W trzydziestu latach cały ka­pitał krajowy spoczywał już w ich rękach. Rolnictwo popadło w ich jarzmo.

„Żydostwo wchodziło w sojusz ze wszyst­kimi, ktokolwiek świadomie lub bezwiednie mógł pomagać ich zamiarom. Bank, opanowany za pośrednictwem Lubień­skich, odmówił kredytu fabrycznym miastom, dla których był założony, olbrzymie kapitały depozytowe, cały kapitał zakła­dowy Banku zamieniono na centrum żydowskiej adżioteryi, lub posługę ich handlu. Przechrztami zapełniono wszystkie biura, aż powoli przyszli do zajęcia najważniejszych posad. Zapragnęli z kolei sterowania opinią, inwazya ich musiała przejść w dziedzinę ducha. Głupi ten, kto ci powie, że Żydy nabyły Gazetę na zgniecenie Lesznowskiego. Oni od lat czte­rech pukali do dzienników i rozpoczynali targi, ostrożne bar­dzo. Mogliby zyskać nowy konsens z łatwością, ale judaizm nie śmiał odzywać się bezpośrednio do Polaków. Trzeba im było najpierwej firmy polskiej, potem skompromitować wszyst­kie zdolności polskie, zobrzydzić narodowi jego ukochane talenta i imiona, a na takiej ruinie dopiero rozwinąć swoją pro­pagandę… Zaślepliście wszyscy, a tą ślepotą dopuścili się wielkiego grzechu wobec narodu… Naród brzydzi się judai­zmem, i bardzo słusznie”…

Anonim ostrzegał Kraszewskiego, że go Żydzi wyrzucą,

„gdy będzie im już niepotrzebny, gdy się ostatecznie zdepopularyzuje z innymi narodowymi talen­tami i ukochanymi imionami… Podła szajka Gazety War­szawskiej odziera już was z czci i wiary”. Któż z czasem po­zostanie przy Kraszewskim?— Klaczko, Wołowski i Leo, same mechesy. Kto go otacza? — Kościelscy, Zakrzewscy, same bankruty, czepiające się Żydów. „Szkoda Ciebie, Ty kochanku narodowy… Ty Pelikanie, karmiący naród własną piersią… Gdy­bym wiedział, że zachorowało serce Twoje lub zwiędło, wy­rwałbym moje z piersi i oddał Tobie. Gdybym mógł duszę moją w jeden zamienić pocisk, ugodziłbym Cię tym pioru­nem, aby Cię ocucić z tego zaspania, zgruchotać Twoją fał­szywą ambicyę i dumę — abyś mi dawnym wrócił do narodu Kraszewskim”. Po kilku jeszcze duserach i zaklęciach, pan Józef z Orchowa zakończył list, podpisując się „najczcigodniejszego Pana do zgonu wielbicielem”1).

1) Autor streszczonego anonimu wspomina kilka razy o Cześnikiewiczu (Miniszewskim), którego Kraszewski usunął z redakcyi Gaze­ty. Wynosi jego serce i talent, mówi jakiego Kraszewski ma w nim przyjaciela, jak się za niego „ujada”, co wszystko może budzić podej­rzenie, że Józef z Orchowa—to Miniszewski-Cześnikiewicz. Potwierdza­łyby to i obelżywe epitety, udzielane Gazecie Warszawskiej, która Cześnikiewicza pozbyła się wraz z Niewiarowskim.

Wieści o przykrościach, jakich doznawał Kraszewski, doszły do jego ojca, pana chorążego Jana. Więc namawiał syna, aby porzucił Gazetę. Kraszewski odpowiedział ojcu:

„Oto mam już blizko trzydzieści lat doświadczenia, i gdym się brał do tej pracy, nie oglądałem się na niebezpieczeństwa I trudności, poświęciłem się dla idei, jaką miałem. Tego nie odstąpię, choć się żółci napiję, a co ma być, to będzie. Raz wziąwszy się, ohydniebym postąpił, rzucając, i dopierobym dowiódł, że nie wiedziałem, co robiłem. Żydów, ani ży­dowskiej, ani żadnej sprawy tego rodzaju nie znamy i nie wiemy, ani chcemy wiedzieć. A że ludzie złej woli tworzą plotki i potwarze, a szlachta łatwowierna im wierzy, — cóż robić? Czas wielki majster, a prawda wyjdzie na wierzch. Dajmy już temu pokój. Z mo­jej przyczyny włożył Kronenberg z górą 250 000 złotych, i z tego powodu nawet honor by mi nie dopuścił go porzu­cić. Niema o czem mówić“.

Miał słuszność Kraszewski, twierdząc, że „czas wielki majster”. Nie upłynął rok od listu jego ojca, a czas tak namajstrował, że „wojna żydowska” zamieniła się w „idyllę polsko-żydowską”. Sprawiły to wypadki r. 1861. Najwięksi nieprzyjaciele Żydów podali im rękę — Kenig ostentacyjnie pogodził się z Kraszewskim i na szpaltach Gazety Warszaw­skiej czule się odzywał o Żydach, jako „dzieciach jednej zie­mi”. Następstwem tego „zbratania się“, które chwilami pra­wie w szał przechodziło, było równouprawnienie Żydów przez Wielopolskiego. I to jedno, co po Wielopolskim do dziś dnia pozostało.

Ale opis tej sielanki r. 1861 nie należy już do „wojny żydowskiej”.

Należy natomiast stwierdzić, że bez wojny sielanki możeby nie było. Może Kronenberg nie nabyłby Gazety Codzien­nej, a Kraszewski nie objął jej redakcyi. Bez tego zaś Ga­zeta Warszawska pozostałaby przy swym wpływie, byłaby dalej naczelnym organem opinii. Kraszewski to berło z rąk jej wytrącił, a choć nie poruszał kwestyi żydowskiej, przy­czynił się do uspokojenia umysłów. Czy bez tego uspokoje­nia sielanka byłaby możliwa, trudno stanowczo odpowiedzieć, ale przypuszczać można, że nie.

KONIEC

http://gazetawarszawska.com

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: