Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Yagiel o Wolne tematy (10 – …
    Listwa o Wolne tematy (10 – …
    Bezpartyjna o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    lewarek.pl o Stalingrad
    Bezpartyjna o Wolne tematy (10 – …
    Listwa o Upadek cywilizacyjny Polski
    Yagiel o Wolne tematy (10 – …
    lewarek.pl o Szymowski prześwietla premiera
    Enya o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Enya o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Enya o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Peryskop o Wolne tematy (10 – …
    marcinxw o Wolne tematy (10 – …
    Bezpartyjna o Wolne tematy (10 – …
    Boydar o Wolne tematy (10 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

„Czy muszę w to wierzyć?”

Posted by Marucha w dniu 2013-12-20 (Piątek)

Doktrynalna władza Kościoła katolickiego skłonna jest wywoływać dwie przeciwstawne reakcje u tych, którzy znajdują się poza owczarnią. Jednych przyciąga, innych odstręcza. Uczciwy poszukiwacz prawdy, człowiek, który poważnie pragnie odpowiedzi na zagadkę swojego życia i celu, i jest albo umysłowo oszołomiony przez proponowane mu sprzeczne rozwiązania albo zmieszany w obliczu mdłego sceptycyzmu, na który tak często napotykają jego zatroskane poszukiwania, może zapewne z ulgą zwrócić się do Kościoła, który naucza z autorytetem, by znaleźć tam odpoczynek od intelektualnej tułaczki.

Z drugiej strony, mamy poszukiwacza, którego przyjemność, skłonni jesteśmy przypuszczać, leży głównie w pogoni za prawdą i który niewiele troszczy się o to, czy ją kiedykolwiek wytropi. Roztrząsanie rzeczy samemu albo, jak Ateńczycy, mówienie czy słuchanie jakiejś nowości jest istotą jego życia intelektualnego a każde nieomylne orzeczenie jest dlań wyklęte. Ostateczne stwierdzenie prawdy nie jest dla niego pomyślnym zakończeniem nużących poszukiwań; jest przeszkodą, która tarasuje jakąś ścieżkę dla jego pełnych przygód poszukiwań. Nieomylny nauczyciel nie jest mile widzianym przewodnikiem, który doprowadza go do domu; jest potworem, który pozbawi go wolności będącej jego prawem.

Tym dwóm przeciwnym postawom poszukującego odpowiadają dwie odmienne metody ze strony apologety. Apologeta jest bowiem pod pewnymi względami jak handlarz: lubi proponować pytającemu to, czego chce i wykłada na wierzch towary, które najpewniej przyciągną. Niekatolikowi znużonemu wątpliwościami i niepewnością przedkłada nęcącą perspektywę Nauczyciela, który go poprowadzi do bezustannie poszukiwanego celu, który z nieomylnym autorytetem da mu ostateczną odpowiedź na każde zagadnienie, które może go trapić. Niekatolikowi zazdrośnie strzegącemu swojej wolności intelektualnej mówi: nie myśl, że przez poddanie się Kościołowi utracisz wolność myślenia. Spraw, o których Kościół naucza z nieomylnym autorytetem jest stosunkowo niewiele, co do reszty, masz swobodę myśleć tak, jak ci się podoba.

Wprawdzie są to śmiałe stwierdzenia, których żaden szanowany apologeta nie poważyłby się wysunąć bez znaczących zastrzeżeń. Niemniej, przez swą śmiałość posłużą one zilustrowaniu dwóch bardzo odmiennych punktów widzenia, z których nawet sami katolicy mogą być skłonni postrzegać nauczającą władzę Kościoła. Może być ona uważana za przewodnictwo albo może być uważana za niewolę; i proporcjonalnie do tego, jak przewodnictwa się pragnie, a niewoli lęka, sfera zobowiązań w materii wiary będzie rozszerzana albo zawężana. Są tacy, którzy chcieliby, żeby Papież autorytatywnie wypowiadał się na temat dobrych i złych stron każdej wojny, o wiwisekcji i występujących [w pokazach] zwierzętach, o ewolucji i psychoanalizie, i są nieco urażeni, ponieważ definiuje on dogmaty tak rzadko. Ale są i tacy, których autorytatywne wypowiedzi zdają się przejmować strachem, którzy „mają nadzieję, że Kościół się nie wypowie” na ten czy tamten temat, którzy przed przyjęciem jakiejkolwiek doktryny pytają, czy Papież ją zdefiniował, lub jeśli ją zdefiniował, czy uczynił to w nieomylnej i nieodwołalnej wypowiedzi. Obie postawy mają swe pułapki, obie postawy mylnie pojmują funkcję ustanowionego przez Boga Nauczyciela. Można nawet dyskutować o tym, która przesada winna bardziej być opłakiwana. Jakkolwiek by nie było, tytuł tego artykułu powinien być odebrany jako wskazówka, że autor ma na myśli nazbyt ostrożnego wierzącego, którego nieuzasadnione lęki ma nadzieję rozwiać, zostawiając na inną okazję – lub innemu autorowi – zadanie powstrzymania jego nadgorliwego brata. W rozważaniu zatem ogólnych zasad, które powinny przewodzić katolikom w postawie wobec doktrynalnego autorytetu będziemy mieli na uwadze szczególnie tego katolika, który podchodzi do każdej doktryny z ostrożnym pytaniem: „Czy muszę w to wierzyć?”.

I.

Uściślijmy naszą terminologię, bowiem grunt zasypany jest dwuznacznościami. Gdy katolik docieka w kwestii swego obowiązku wierzenia, przez wierzenie rozumie nie zaledwie opinię, ale akt umysłu, poprzez który ostatecznie przyjmuje doktrynę religijną bez jakichkolwiek wątpliwości, bez jakiegokolwiek zawieszenia przyzwolenia. Kiedy mówi, że wierzy w daną rzecz, ma na myśli, że uznaje ją za pewną, przy czym motywem lub podstawą jego pewności jest autorytet Kościoła, który naucza, że tak jest. I ta w przybliżeniu gotowa koncepcja wierzenia lub „wiary”, może być przyjęta dla celów praktycznych jako wystarczająca w większości przypadków. Jednak w delikatnej materii definiowania katolickiego obowiązku słusznie żąda się wyższego stopnia dokładności. Nieprecyzyjne jest powiedzenie, że podstawą wiary jest zawsze autorytet Kościoła. Ostatecznie w religii przez Boga objawionej tą podstawą jest autorytet samego Boga, na Którego prawdomówności i wszechwiedzy opiera się wierzący, gdykolwiek dokonuje aktu wiary. W znaczeniu absolutnym, akt Boskiej wiary jest możliwy bez interwencji Kościoła. Wystarczy odkryć, z jakiegokolwiek źródła, że prawda została przez Boga objawiona rodzajowi ludzkiemu do przyjęcia, aby zaciągnął obowiązek wierzenia weń poprzez akt wiary Boskiej, technicznie tak nazwanej, ponieważ jej motywem jest autorytet samego Boga.

Jednakże, „abyśmy byli w stanie wypełnić obowiązek przyjęcia prawdziwej wiary oraz stałego wytrwania w niej, Bóg ustanowił Kościół przez Swego Jednorodzonego Syna i udzielił mu jawnych znamion tego ustanowienia, aby był rozpoznany przez wszystkich ludzi jako strażnik i nauczyciel słowa objawionego” (1). Wobec tego, główne prawdy objawienia Bożego wyraźnie podawane są do wierzenia wiernym przez ustanowiony przez Boga Kościół i poprzez przyjęcie takich prawd wierzący dodaje do swej wiary w Słowo Boże akt hołdu Kościołowi jako autentycznemu i nieomylnemu tłumaczowi objawienia. Doktryny wiary w ten sposób podane przez Kościół nazywa się dogmatami, akt, którym wierni je przyjmują zwie się wiarą katolicką, czy wiarą Boską katolicką, a akt którym je odrzucają – gdyby tak nieszczęśliwie postąpili – nazywa się herezją.

Są jednak inne prawdy w religii katolickiej, które nie są formalnie objawione przez Boga, ale które nie mniej tak są związane z prawdą objawioną, że zaprzeczenie im prowadziłoby do odrzucenia Słowa Bożego i w ich przypadku Kościół, strażnik oraz nauczyciel słowa objawionego, sprawuje nieomylną władzę nauczycielską. „Fakty dogmatyczne” (2), wnioski teologiczne, doktryny – czy dotyczące wiary czy moralności – związane z prawodawstwem Kościoła, z potępianiem książek lub osób, z kanonizacjami świętych, z zatwierdzaniem zgromadzeń zakonnych – wszystko to są kwestie wchodzące w zakres nieomylnej kompetencji Kościoła, wszystko to są rzeczy, w które każdy katolik jest zobowiązany wierzyć, kiedy Kościół wypowie się o nich sprawując swój najwyższy i nieomylny urząd nauczycielski. Przyjmuje je nie wiarą Boską katolicką, jako że Bóg ich nie objawił, ale wiarą kościelną, przez przyzwolenie, które opiera się na nieomylnym autorytecie ustanowionego przez Boga Kościoła. Teologowie jednakże wskazują, że nawet wiara kościelna jest przynajmniej pośrednio Boska, skoro to Bóg objawił, że Jego Kościołowi należy wierzyć: „Kto was słucha, mnie słucha”.

Widać już, że pytanie „Czy muszę w to wierzyć?” jest wieloznaczne. Może oznaczać: „Czy to dogmat wiary, w który muszę wierzyć pod groźbą herezji?”, a może też oznaczać: „Czy to doktryna, w którą muszę wierzyć wiarą kościelną pod groźbą zostania napiętnowanym jako zuchwały albo sprzyjający herezji?”. Jednak w obu przypadkach odpowiedź brzmi: „Musisz w to wierzyć”. Jedyna różnica tkwi między określonym motywem przyzwolenia w obu przypadkach albo określonej karze, którą może pociągać niewiara. Pytanie zatem rozwija się w badanie, czy omawiana doktryna należy do którejś z tych kategorii. I tu znowu pojawia się możliwość niesłusznego ograniczenia.

Sobór Watykański zdefiniował, że „wiarą Boską i katolicką należy wierzyć we wszystkie rzeczy, które zawarte są w słowie Bożym, spisanym lub przekazanym i które Kościół, czy to uroczystym orzeczeniem, czy to jego zwyczajnym i powszechnym nauczaniem, podaje do wierzenia, jako objawione przez Boga” (3). Co jest narażone na pominięcie to zwyczajne i powszechne nauczanie Kościoła. Całkiem nierzadko można spotkać się z perspektywą, jeśli nie wyrażoną to przynajmniej utrzymywaną, że żadna doktryna nie może być uważana za dogmat wiary o ile nie została uroczyście zdefiniowana przez sobór ekumeniczny lub przez samego Najwyższego Pasterza. To w żadnym wypadku nie jest konieczne. Wystarczy, że Kościół naucza jej w swoim magisterium zwyczajnym, sprawowanym przez Pasterzy wiernych, Biskupów, których jednomyślne nauczanie w całym katolickim świecie, czy przekazywane wyraźnie w listach pasterskich, katechizmach wydawanych przez autorytet biskupi, synody prowincjalne, czy domyślnie w dozwolonych lub rozpowszechnianych modlitwach i praktykach religijnych, lub poprzez nauczanie zatwierdzonych teologów, jest nie mniej nieomylne niż uroczysta definicja wydana przez Papieża czy sobór powszechny. Jeśli zatem doktryna pojawia się w tych organach Boskiej Tradycji jako przynależąca pośrednio lub bezpośrednio do depositum fidei powierzonego przez Chrystusa Jego Kościołowi ma być wyznawana przez katolików wiarą Boską katolicką lub wiarą kościelną, nawet jeśli nigdy być może nie stanowiła tematu uroczystej definicji podczas soboru ekumenicznego, czy orzeczenia ex cathedra Najwyższego Pasterza (4).

Jednakże, zadowolony, że doktryna została autorytatywnie i nieomylnie podana przez Kościół do wierzenia, nasz poszukiwacz wciąż oczekuje na informację, czy to doktryna, która została formalnie objawiona przez Boga i dlatego też ma być przyjęta pod groźbą herezji, czy to jedna z tych kwestii, które należą jedynie pośrednio do depositum fidei, wobec czego mają być wyznawane wiarą kościelną. W większości przypadków nietrudno jest podjąć decyzję: fakty dogmatyczne, kanonizacje, prawodawstwo – to oczywiście nie zostało objawione przez Boga i należy do drugorzędnego przedmiotu nieomylnego magisterium. Ale linia demarkacyjna pomiędzy dogmatami i wnioskami teologicznymi nie zawsze jest tak wyraźna. Są pewne doktryny co do których można powątpiewać czy zostały formalnie objawione przez Boga, czy są zaledwie wnioskami wynikającymi z prawdy objawionej, i usiłowanie ustalenia tego jest częścią zadania właściwego teologowi. Takim przypadkiem jest tu doktryna o Wniebowzięciu (niniejszy artykuł pochodzi z 1935 r. Papież Pius XII w Roku Świętym 1950 ogłosił uroczystą definicję dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny – przyp. red. U. m.). Ale jeśli chodzi o katolików w ogólności, nie jest to kwestią wielkiej wagi, bowiem jeśli Kościół – jak zakładamy – uczy takich doktryn sprawując nieomylny urząd nauczycielski wierni zobowiązani są w nie wierzyć sub gravi; w praktyce to kwestia ustalenia czy ten, kto je odrzuca jest bardzo bliski herezji, czy już w nią popadł. W obu przypadkach popełnił ciężki grzech przeciwko wierze.

II.

Czas przyjrzeć się baczniej pierwszemu słowu w naszym pytaniu i skierować nasze badanie ku precyzyjnemu określeniu moralnego obowiązku katolika w materii wiary. Bo katolik nie tylko wierzy, ale musi wierzyć. Na pytanie „Dlaczego wierzysz?” mogę odpowiedzieć wskazując motyw albo podstawę mojego przyzwolenia. Lecz na pytanie „Dlaczego musisz wierzyć?” mogę odpowiedzieć tylko wskazując na autorytet, który nakłada obowiązek.

Sądzę, że ważne jest rozróżnić dwa aspekty władzy nauczania. Może być ona postrzegana jako władza in dicendo lub jako władza in jubendo, to jest, jako władza, która nakazuje intelektualne przyzwolenie albo jako siła, która żąda posłuszeństwa; i oba te aspekty nie są zupełnie nierozdzielne. Potrafię wyobrazić sobie autorytet, który stanowi wystarczającą pobudkę do nakazania przyzwolenia, nie będący jednakże w stanie narzucić wiary jako obowiązku moralnego. Profesor biegły w danym przedmiocie, w którym ja nie jestem wykształcony (niech mi będzie wolno wyznać – w astronomii) – może opowiadać mi wspaniałe rzeczy o gwiazdach. Może być, w moim mniemaniu, wiodącym autorytetem – praktycznie nieomylnym – w swej własnej dziedzinie, ale nie jestem zobowiązany, aby mu wierzyć. Mogę być głupcem, mogę być sceptykiem, ale profesor nie posiada nade mną władzy, która sprawia, że moim świętym obowiązkiem jest przyjąć jego słowo. Z drugiej strony uczeń, który nie zgadza się, nawet wewnętrznie, z tym, co mówi jego nauczyciel, jest niesłychanie zarozumiały, i jeśli publicznie nie zgadza się, jest niepodporządkowany i zasługuje na ukaranie. Mocą jego stanowiska jako autorytatywnego nauczyciela, szkolny wykładowca ma prawo żądać od swoich uczniów posłusznego przyzwolenia; nie tylko dlatego, że prawdopodobnie gruntowniej zna przedmiot niż ci, nad którymi został postawiony – [wszak] może być niekompetentny – ale dlatego, że przez prawowitą władzę został wyznaczony, aby ich uczyć.

Nie przesadzajmy jednak. Ad impossibile nemo tenetur. Ludzki umysł nie może przyjąć twierdzeń, które są absurdalne, ani nie można go do tego zobowiązać. Twierdzenie może być przyjęte przez umysł tylko pod warunkiem, że jest wiarygodne: że nie zawiera żadnej oczywistej sprzeczności i że osoba, która ręczy za jego prawdę jest znana jako posiadająca wiedzę oraz prawdomówność, które czynią je godnym wiary; a w braku takich warunków obowiązek akceptacji ustaje. Z drugiej strony tam, gdzie istnieje prawowicie ustanowiony autorytet nauczycielski, nie można łatwo zakładać ich braku. Przeciwnie, posłuszeństwo autorytetowi (rozważanemu jako władza in jubendo) będzie usposabiać do założenia, że są obecne.

Wracając do Kościoła i mając na uwadze to rozróżnienie, stajemy wobec instytucji, której Chrystus, Słowo Wcielone, powierzył urząd nauczania wszystkich ludzi: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody… nauczając je chować wszystko, com wam kolwiek przykazał”. Tu tkwi źródło obowiązku wierzenia w to, czego naucza Kościół. Kościół posiada Boże upoważnienie do nauczania, i stąd powstaje u wiernych moralny obowiązek wierzenia, który ostatecznie opiera się nie na nieomylności Kościoła, ale na suwerennym prawie Boga do podporządkowania się i intelektualnego poddania (rationabile obsequium) Jego stworzeń: „Kto uwierzy… zbawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępion”. Prawem danym Kościołowi przez Boga jest nauczanie, dlatego też świętym obowiązkiem wiernych jest wierzenie.

Jednak wierzenie, jakkolwiek obowiązkowe, jest możliwe tylko pod warunkiem, że podawane nauczanie gwarantowane jest jako wiarygodne. I z tego powodu Chrystus do Swego polecenia nauczania dodał obietnicę Bożej asystencji: „A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Ta Boża asystencja zakłada, w każdym razie w pewnych granicach, że Kościół naucza nieomylnie; wobec czego, przynajmniej w tych granicach, wiarygodność jego nauczania jest poza wszelką wątpliwością. Kiedy Kościół naucza nieomylnie wierni wiedzą, że to, czego naucza należy bezpośrednio albo pośrednio do depositum fidei powierzonego mu przez Chrystusa i w ten sposób ich wiara opiera się bezpośrednio lub pośrednio na Bożym autorytecie. Jednakże nieomylność Kościoła, jako taka, nie czyni wierzenia obowiązkowym. Czyni jego nauczanie Bosko wiarygodnym. To, co czyni wierzenie obowiązkowym to jego Boskie upoważnienie do nauczania.

Waga tego rozróżnienia staje się wyraźna kiedy weźmiemy pod uwagę, że Kościół nie zawsze naucza nieomylnie, nawet w tych kwestiach, które znajdują się w sferze jego nieomylnych kompetencji. To, że charyzmat jest ograniczony co do swego sprawowania jak i co do swojej sfery, można wywnioskować ze słów Soboru Watykańskiego, który określa, że Biskup Rzymu (5) cieszy się nieomylnością „gdy mówi ex cathedra, to jest, gdy sprawując swój urząd jako pasterz i nauczyciel wszystkich chrześcijan, zgodnie z jego najwyższą apostolską władzą, definiuje jakieś nauczanie dotyczące wiary czy moralności, które ma być przyjmowane przez cały Kościół”. Stąd nieomylność jest sprawowana tylko gdy najwyższa władza nauczająca, korzystając w pełni ze swych prerogatyw, określa w nieodwołalny sposób (6) nauczanie dotyczące wiary czy moralności, które ma być wyznawane albo wiarą Boską katolicką, albo wiarą kościelną (7) przez wszystkich wiernych. Jeśli wobec tego kiedykolwiek wydane jest przez Ecclesia docens orzeczenie, które nie jest przedstawione jako sprawowanie najwyższego autorytetu w swej pełni, albo nie jest skierowane do całego Kościoła jako wiążące wszystkich wiernych, albo nie zamierza określić nauczania w nieodwołalny sposób, wówczas takie orzeczenie nie jest nieomylne.

Sformułowanie i omówienie kryteriów, przy pomocy których nieomylne orzeczenie może zostać rozpoznane jako takie jest kolejnym zadaniem dla teologa, a w każdym razie wykracza poza ramy tego artykułu. Dla naszych celów wystarczy zapamiętać fakt, iż wiele z autorytatywnego nauczania Kościoła, czy w formie papieskich encyklik, postanowień, potępień, odpowiedzi z Rzymskich Kongregacji – takich jak Święte Oficjum – czy z Komisji Biblijnej, nie jest sprawowaniem nieomylnego magisterium. I tu ponownie nasz ostrożny wierzący podnosi głos: „Czy muszę w to wierzyć?”.

III.

Odpowiedź jest zawarta w zasadach, które już ustaliliśmy. Widzieliśmy, że źródłem obowiązku wierzenia nie jest nieomylność Kościoła, ale jego Boska misja nauczania. Wobec tego, czy jego nauczanie jest gwarantowane przez nieomylność czy nie, Kościół zawsze pozostaje przez Boga ustanowionym nauczycielem i strażnikiem prawdy objawionej i w konsekwencji najwyższa władza Kościoła, nawet jeśli nie interweniuje wydając nieomylną i ostateczną decyzję dotyczącą wiary i moralności, ma prawo, z racji Boskiej misji, wymagać od wiernych posłusznego przyzwolenia. Z racji braku nieomylności przyzwolenie w ten sposób wymagane nie może wypływać z wiary, czy to katolickiej czy kościelnej; będzie to zgoda niższego rzędu proporcjonalnie do swej podstawy czy motywu. Ale jakkolwiek by tego nie nazwać – na razie możemy nazwać to wierzeniem – jest to obowiązkowe; obowiązkowe nie dlatego, że nauczanie jest nieomylne – [bo] nie jest – ale dlatego, że jest to nauczanie Kościoła ustanowionego przez Boga. Obowiązkiem Kościoła jest, jak wskazał Franzelin (8), nie tylko nauczać objawionej doktryny, ale również ochraniać ją i stąd Stolica Apostolska „może podawać, jako mające być przyjmowanymi lub zakazywać, jako mające być unikanymi, opinie teologiczne lub opinie związane z teologią, nie tylko z intencją decydowania nieomylnie o prawdzie ostatecznym orzeczeniem, ale także – bez żadnej takiej intencji – choćby w celu zapewnienia bezpieczeństwa doktrynie katolickiej”. Jeżeli obowiązkiem Kościoła jest, nawet jeśli nie nieomylnie, „podawać lub zakazywać” doktryny w tym celu, wówczas w oczywisty sposób również obowiązkiem wiernych jest odpowiednio przyjmować je lub je odrzucać.

Obowiązek podporządkowania się nie nieomylnym orzeczeniom władzy nie jest też wypełniony przez tak zwane silentium obsequiosum. Bezpieczeństwo doktryny katolickiej, które mają na celu te decyzje, nie byłoby zapewnione, gdyby wierni mogli swobodnie wstrzymać swoje przyzwolenie. Nie wystarczy, żeby słuchali w pełnym szacunku milczeniu powstrzymując się od otwartego sprzeciwu. Zobowiązani są w sumieniu do podporządkowania się im (9), a skrupulatne podporządkowanie się doktrynalnemu dekretowi nie oznacza jedynie wstrzymania się od publicznego odrzucenia go; oznacza podporządkowanie swego własnego sądu bardziej kompetentnemu sądowi autorytetu.

Jak już jednak zauważyliśmy, ad impossibile nemo tenetur, i bez intelektualnego motywu jakiegoś rodzaju żadne intelektualne przyzwolenie, jakkolwiek obowiązkowe by nie było, nie jest możliwe. Na jakiej zatem intelektualnej podstawie wierni opierają swoje przyzwolenie, które mają obowiązek przyznać tymże nie nieomylnym decyzjom władzy? Na tym, co kardynał Franzelin (10) nieco nieporadnie, ale trafnie opisuje jako auctoritas universalis providentiae ecclesiasticae. Wierni słusznie uważają, że nawet tam, gdzie nie jest sprawowane nieomylne magisterium, Boża Opatrzność szczególną opieką otacza Kościół Chrystusowy; że w ten sposób Najwyższy Pasterz, z racji swego świętego urzędu, jest wyposażony przez Boga w łaski konieczne do właściwego spełniania go; że wobec tego jego doktrynalne orzeczenia, nawet kiedy nie są gwarantowane nieomylnością, cieszą się najwyższą kompetencją; że w proporcjonalnym stopniu jest to także prawdą w odniesieniu do Rzymskich Kongregacji i Komisji Biblijnej, składających się z ludzi starannie wykształconych i doświadczonych, którzy są w pełni świadomi współczesnych potrzeb i doktrynalnych tendencji dnia, i którzy w związku z troską i (przysłowiową) ostrożnością, z jakimi wykonują obowiązki powierzone im przez Najwyższego Pasterza, wzbudzają całkowite zaufanie w mądrość i roztropność ich postanowień. Oparte jako taka na tych rozważaniach porządku religijnego przyzwolenie, o którym mowa, zwane jest „religijnym przyzwoleniem”.

Jednakże takie decyzje nie są nieomylne, zatem przyzwoleniu religijnemu brakuje owej doskonałej pewności, która należy do wiary Boskiej katolickiej oraz wiary kościelnej. Z drugiej strony wiara w Opatrzność, która rządzi Kościołem we wszystkich jego działaniach, a szczególnie w przejawach najwyższej władzy kościelnej, zabrania nam wątpić czy zawieszać przyzwolenie. Katolik nie pozwoli swym myślom zbaczać na tory, na których, jak zapewnia go autorytet, niebezpieczeństwo zagraża jego wierze; da – zaiste musi [dać] – jej się prowadzić przez tego, kogo zobowiązany jest uznawać za kompetentnego stróża prawdy objawionej. W przypadkach, które obecnie rozważamy, nie mówi się mu jak ma przylgnąć z pełnią pewności do doktryny, która jest w Boski sposób zabezpieczona nieomylnością, ale mówi mu się że to konkretne twierdzenie może być całkowicie bezpiecznie utrzymywane, podczas gdy jego zaprzeczenie stanowi silne zagrożenie dla wiary; że w danych okolicznościach i w obecnym stanie naszej wiedzy ta czy tamta interpretacja Pisma św. może nie być bezpiecznie porzucona; że konkretna filozoficzna doktryna może prowadzić do poważnych błędów w sprawie dotyczącej wiary. I że katolik musi wystrzegać się niebezpieczeństwa, przed którym jest autorytatywnie ostrzeżony, poprzez ugięcie się przed osądem autorytetu. Nie może powątpiewać, musi przyzwolić.

W tych przezornych decyzjach logicznie zakłada się pewną prawdę porządku spekulatywnego, czy to etyczną, czy to dogmatyczną. Ale co do tej prawdy jako takiej ów dekret się nie wypowiada; przewiduje tylko kwestię bezpieczeństwa (11). Stąd, na przykład, odpowiedź Świętego Oficjum na pytanie o kraniotomię (12) oparta jest na zasadzie moralnej, która jest częścią katolickiej doktryny etycznej. Ale Kongregacja nie zdefiniowała tej zasady jako prawdziwej, chociaż jest prawdziwa. Stwierdziła jedynie, że nauczanie, że taka operacja jest dozwolona, nie jest bezpieczne; że katolicka doktryna etyczna byłaby zagrożona przez takie nauczanie. Dlatego katolik jest zobowiązany odrzucić sugestię, że ta operacja może być dozwolona; musi wierzyć, że nie jest dozwolona. W przeciwnym razie narażałby się na niebezpieczeństwo zaprzeczania doktrynie etycznej Kościoła katolickiego. 5 czerwca 1918 roku, Święte Oficjum w odpowiedzi na pytanie zadekretowało: „non posse tuto doceri… certam non posse dici sententiam quae statuit animam Christi nihil ignoravisse” (13). Decyzja ta domyślnie zakłada (spekulatywną) prawdę, że w Chrystusie nie było żadnej niewiedzy. Jednak Święte Oficjum nie zdefiniowało tej prawdy. Stwierdziło jedynie, że niebezpiecznie jest rzucać cień wątpliwości na opinię, że dusza Chrystusowa była wolna od niewiedzy. Wobec tego katolik musi utrzymywać jako pewnik, że Chrystus nie był dotknięty niewiedzą czegokolwiek; w przeciwnym razie narażałby na niebezpieczeństwo integralność doktryny katolickiej.

Ale przy braku nieomylności istnieje możliwość błędu i dlatego służbista pragnący filozoficznej dokładności może odmówić religijnemu przyzwoleniu atrybutu pewności. Bez przytaczania mowy dotyczącej pewności, którą sędzia odczytuje ławie przysięgłych na początku zwołania, niemniej możemy ją przywołać i dodać do niej myśl, że w omawianym przypadku domniemanie na korzyść prawdy, skoro faktycznie opiera się na auctoritas universalis providentiae ecclesiasticae, powoduje, że możliwość błędu jest tak daleka, że daje wysoki stopień tego, co znane jest jako „pewność moralna”. Ogółu wiernych nie trapią trudności w tej materii i żaden lęk przed błędem ich nie dręczy. Uczeni jednakże nie zawsze są tak szczęśliwi; ich badania mogą stanowić dla nich pokusę, żeby podważyć nie nieomylne decyzje władzy. Posłuszeństwo tej władzy, choć nie zabrania prywatnego i pełnego szacunku poddania takich trudności pod oficjalną rozwagę, niemniej jednak wymaga od wszystkich katolików, tak uczonych jak nieuczonych, żeby poddali swój osąd kierownictwu tych, których Opatrzność ustanowiła stróżami depozytu wiary (14).

Reasumując, katolicy zobowiązani są wierzyć w to, czego naucza Kościół. Odmówić dogmatowi przyzwolenia wiary Boskiej katolickiej oznacza być heretykiem; odmówić przyzwolenia wiary kościelnej doktrynie, której Kościół naucza jako przynależącej pośrednio do depozytu wiary oznacza być bardziej lub mniej bliskim herezji; odmówić wewnętrznego religijnego przyzwolenia nie nieomylnym doktrynalnym postanowieniom Stolicy Apostolskiej oznacza uchybić w podporządkowaniu, które katolicy są ściśle zobowiązani okazywać nauczającemu autorytetowi Kościoła.

Czy nie ma więc żadnych dziedzin myśli, w które katolik mógłby się zapuścić wolny jak ptak? Oczywiście, że są; i są beztroskim łowiskiem teologa. Ale może on spekulować swobodniej, gdy jest wolny od niebezpieczeństwa błędu. Jego dociekania są bardziej owocne, gdy prowadzone są w granicach Bożej prawdy. Tam jest wolny, wolnością, którą wyswobodził go Chrystus. (a)

X. kanonik Jerzy Smith
(Pierwotnie opublikowane w „The Clergy Review”, IX, 4 [kwiecień, 1935], 296-309)
Artykuł z: The Thomas Aquinas Site.

Tłumaczył z języka angielskiego Łukasz Paczuski.
––––––––––––
Przypisy:
(1) Sobór Watykański I, De fide catholica, cap. III.
(2) E.g.: to, że pewna książka zawiera błąd w dziedzinie wiary, że konkretny Sobór jest ekumeniczny, etc.
(3) Loc. cit.
(4) Tak różne wydarzenia z życia Chrystusa (e.g. wskrzeszenie z martwych Łazarza) są z pewnością objawione przez Boga i – choć nigdy nie były uroczyście zdefiniowane – nauczane są przez zwyczajne i powszechne magisterium. Teologowie powszechnie nauczają wielu teologicznych wniosków dotyczących Chrystusa (w odniesieniu do Jego wiedzy, Jego łaski uświęcającej) jako bliskie wierze, choć mogły nigdy nie być zdefiniowane ani przez papieża, ani przez sobór powszechny. Można jednak zauważyć, że według praktyki powszechnej osoba nie jest uważana za heretyka, o ile nie zanegowała prawdy objawionej, która została uroczyście zdefiniowana. (Vacant, Etudes théologiques sur les Constitutions du Concile, t. II, ss. 117 n.).
(5) Co się tyczy papieża jest także prawdziwe w odniesieniu do corpus episcoporum, bowiem Sobór oświadcza, że „Rzymski Biskup cieszy się tą nieomylnością, którą Boski Odkupiciel chciał, by był obdarzony Jego Kościół”.
(6) „Definit”.
(7) Słowo „tenendam” użyte było zamiast „credendam” po to, aby nie ograniczać nieomylności do definiowania dogmatów (Acta Concilii Vaticani, Collectio Lacensis, t. VII, col. 1704 n.).
(8) De Scriptura et Traditione (1870), s. 116.
(9) List Piusa IX do Arcybiskupa Monachium, 1861; cf. Denzinger, 1684.
(10) Loc. cit.
(11) Stąd można zrozumieć, dlaczego takie dekrety nie są same w sobie niezmienne. Może się na przykład zdarzyć, że odrzucenie autentyczności pewnego fragmentu Pisma św. jest niebezpieczne w danej chwili, ale staje się bezpieczne w innej wskutek rozwoju studiów biblijnych.
(12) Denzinger, 1889.
(13) Denzinger, 2184.
(14) Na temat religijnego przyzwolenia, zob. zwłaszcza L. Choupin, Valeur des Décisions doctrinales et disciplinaires du Saint-Siège (Beauchesne, 1913), ss. 82 nn.
(a) Por.
1) Ks. Władysław Lohn SI, Chrystus nauczający. Ustanowienie i skład Urzędu Nauczycielskiego.
2) Ks. Antoni Langer SI, Rozwój wiary.
3) Ks. Włodzimierz Ledóchowski SI, a) Rozumność wiary. b) Wewnętrzna pewność aktu wiary.
4) Ks. Maciej Sieniatycki, a) Apologetyka czyli dogmatyka fundamentalna. b) Zarys dogmatyki katolickiej.
5) Św. Robert kard. Bellarmin SI, a) Katechizm mniejszy czyli Nauki Chrześcijańska krótko zebrana. b) Wykład nauki chrześcijańskiej. (Katechizm większy).
6) Św. Pius V, Papież, Katechizm Rzymski według uchwały świętego Soboru Trydenckiego.

(Przyp. od red. Ultra montes).

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMXIII, Kraków 2013
http://www.ultramontes.pl

Jedna odpowiedź do “„Czy muszę w to wierzyć?””

  1. Listwa said

    Sedevakantyści, jak się wydaje, żądają: albo przyjmujecie wszystko co pochodzi od papieża albo musicie uznać sedevakante.
    Taka ocena jaka zawiera artykuł była dobra w 1935 r.,
    Obecnie powinna być uzupełniona o odpowiedzi na pytania i bardziej uszczegółowiona:

    czy papież może zgrzeszyć?
    czy papież może pomylić się w swych decyzjach?
    ostatecznie, czy nieomylność papieża dotyczy tylko tego, gdy papież definiuje prawdy wiary i moralności z intencją podania do wierzenia całemu Kościołowi ex catedra, czy nieomylność obejmuje wszystko, co papież mówi , robi, pokazuje, wybiera,pisze ?

    Sedevakantysci twierdzą: nauczanie soboru VII jest niezgodne z nauka Kościoła, papiez zgadza sie z soborem więc tron papieski jest pusty.
    Jednak nauczanie soborowe stworzył sobór, nie papież. Papieże posoborowi realizują to co wyznaczył sobór, rozmywają władze papieską na kolegialność, itd. Problem w tym, że sami dokonują swoistego sedevakante na rzecz soboru i jego postanowień.
    Ale jeśli papieze posoborowi według sedevakantystów utracili urząd z uwagi na akceptacje herezji soborowej, to jak mogą nadal twierdzić, że w każdym przypadku papieże są nieomylni i wszystko płynące od nich musimy przyjąć jako nieomylne.
    Sobór sam okreslił się jako duszpasterski, a nie dogmatyczny, więc jego postanowienia nie mogły niczego w zakresie wiary, moralności i dogmatyki dotykać. Czy wszystko co papież mówi i robi, co wynika z soboru staje się nieomylne? Czy jak papież nawiązuje dialog ekumeniczny to jest to nauczanie ex catedra? czy jest to tylko realizacja wizji soborowej ?

    Jest wiele zagadnień nie wyjaśnionych, soborowi żądają od nas uznania soboru (reszta nieważna), sedevakantyści uznajcie tron papieski jest pusty (reszta nieważna).

    Zagadnień jest więcej: czy Jan XXIII to papież soborowy tylko dlatego że zwołał sobór, gdyby był nieomylny we wszystkim to raczej by nie zwołał, zresztą umarł na początku soboru. Sobór nie udałby się bez papieża Pawła VI, czy patrząc na sobór i dalej Paweł VI był nieomylny? Z chwilą przyjecia papiestwa stało się już sedevacante? Bo jesli stał się nieomylny jako, papież to skąd wzięły sie ewidentne błedy?

    „Bezpieczeństwo doktryny katolickiej, które mają na celu te decyzje, nie byłoby zapewnione, gdyby wierni mogli swobodnie wstrzymać swoje przyzwolenie.” – przyszedł czasy, gdzie wierni muszą badać, na ile dzisiejszy głos papieża, albo to co płynie z Watykanu jest zgodne z tym co Kościół głosił przez wieki, zatem wierni muszą wstrzymywać przyzwolenie. Ale jeśli są różnice co do nauczania to występuje od razu sedevakante ze swoimi następstwami?

    Wydaje mi się ze sedevakantyści nie udawadniają całości zagadnienia, ale tylko uwypuklają twierdzenia sprzyjające ich stanowisku. Powinni zacząc od zestawienia pełnych konsekwencji ogłoszenia sedevakante. Cały czas istnieje problem zachowania czystości wiary, nawet jak sedevakantyści ogłoszą sedevakante.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: