Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Bezpartyjna o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Tralala o Wolne tematy (10 – …
    Carlos o Stalingrad
    rocznik57 o Upadek cywilizacyjny Polski
    lewarek.pl o Prof. Mearsheimer: „To Zachód…
    Marucha o Szymowski prześwietla premiera
    Zima o Pierwszy pozew za zmuszenie do…
    Kronika o Wolne tematy (10 – …
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    telewizjapolska24 o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    Czaruś o Wolne tematy (10 – …
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
    lewarek.pl o Szymowski prześwietla premiera
    walthemar o Dlaczego kobiety w średnim wie…
    NyndrO o Wolne tematy (10 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

Tak mogło być

Posted by Marucha w dniu 2013-12-25 (Środa)

Poniżej zamieszczam opowiadanie, które ukazało się na zaprzyjaźnionej stronie Kulinarne Fantazje, autorstwa znanego nam dobrze,  wspaniałego gawędziarza kulinarnego, pana Bardzo. Jest to właściwie fragment, czy może taczej streszczenie fragmentów napisanej przez niego książki „Tak Być Mogło”.
Od razu sumituję się za nie spytanie go uprzednio o zgodę.
Więcej napisze na pewno p. Bardzo…
Admin

Dwa tysiące lat temu z okładem, w dalekiej wschodniej prowincji augustiańskiego Cesarstwa para skromnych ludzi zmierzała z miasteczka Nazaret na południe. Starszy człowiek prowadził za kantar sporego osła, który ciągnął własnoręcznie sporządzoną w warsztacie taczankę, albowiem Jusuf był mistrzem sztuki ciesielskiej, którą to umiejętność nabył ongiś w szkole rabinackiej. Bo szkoły rabinackie uczyły również zawodów i na przykład Paweł z Tarsu zasłynął później jako wytwórca namiotów, a wszak więcej niż połowa ówczesnej ludności tamtego regionu prowadziła życie koczownicze, z tego powodu namioty były towarem wielce poszukiwanym.

Jozef Maria Osiolek

Na Jusufowym wózku siedziała, a raczej wpółleżała na podróżnych tłumokach młoda dziewczyna w stanie bardzo zaawansowanym, co cieśla mając na uwadze, prowadził zwierzę jak najostrożniej, by uniknąć wstrząsów na wybojach. Na szczęście, rzymska droga była prosta jak drut i doskonale utrzymana, staraniem żołnierzy stacjonujących w garnizonie położonym na skrzyżowaniu z trasą prowadzącą do samarytańskiej Cezarei.

Jakie przesłanki nami kierują, aby przypuszczać, że Jusuf umieścił Miriam nie na oślim grzbiecie, jak przedstawiają pokolenia malarzy, a na wózku? Ano, czy ktokolwiek z nas kazałby swojej małżonce siadać w kulbakę, jeśli wiemy, że lada moment może rozpocząć się poród?

Ponieważ niniejszy blog zajmuje się najważniejszym aspektem w życiu człowieka i jego społeczności, a mianowicie pożywieniem, zacieśnijmy na chwilę nasze rozważania do tego tematu. Jusuf miał w torbach zapasy. Z pewnością znajdowała się tam mąka lub kasza, suszone owoce, daktyle, rodzynki i być może cytrusy. Także orzechy i miód, ponieważ produkty te nie ulegają zepsuciu. Sól mogła służyć nie tylko do przyprawiania potraw, ale i jako środek wymiany. I oczywiście wino sporządzane rękami Żydów, jako że inne pijali tam tylko greccy i rzymscy poganie. Rzeczą oczywistą jest, że Jusufowe zapasy zawierały sporą ilość czosnku, a kto wie, czy i nie cebuli. A może i por, świętą roślinę Rzymian. Pewnie i suszone ryby, przecież mamy do czynienia z Nazaretańczykiem. Sery nie, albowiem ser nie może przebywać w sąsiedztwie ryby, choćby najbardziej wysuszonej. Tak powiada Prawo.

Po niewątpliwych perypetiach, jako że odległość od Nazaretu do Beth Lechem wynosi więcej jak sto kilometrów, para, ominąwszy od południa stolicę prowincji – Jeruzalem, znalazła się na na peryferiach mieściny zwanej Domem Chleba.

Był marzec, albo początek kwietnia. W ciągu dnia pogoda była znośna, ale noce chłodne, a i zdarzał się prymrozek. W dodatku wieczorny wicher przybierał na sile, zacinając ostrym piaskiem. Jusuf zawinął głowę swoją i żony w chustę, sposobem podejrzanym u Beduinów, a i osłu zawiązał szmatą mordę, by choć trochę przed pyłem ochronić nozdrza bydlęcia.

Dom Chleba położony był o dwie godziny marszu do Jeruzalem, gdzie znajdowała się świątynia, której rozbudowę właśnie kończyli ludzie Heroda zwanego Wielkim. Wiadomo, że stołeczne gospody i zajazdy liczyły za gościnę dość słoną ilość denarów, przeto mniej zamożni pielgrzymi wybierali owo Beth Lechem na miejsce pobytu w czas wizyty w sanktuarium, gdzie znajdowała się Arka przymierza.

Jusuf z niepokojem spoglądał na pobladłą ze zmęczenia Marię. Nie troskał się o siebie, wszak lata ciężkiej pracy przy heblu, czy pile, uodporniły go na wszelkie wysiłki i niewygody ale Miriam to jeszcze prawie dziecko, nienawykłe do podróży w tak niedobry czas i w takim stanie.

Niewiele myśląc, skręcił do pierwszego z brzega domu noclegowego. Wiodąc za rękę młodą żonę, pchął odrzwia przybytku i wszedł do środka. Zaraz uderzył w nozdrza przybyłych zaduch człowieczego potu, wymieszany z nieświeżością tanim winem oddechów i wszechobecnym fetorem niedotrawionego czosnku. Nadszedł szynkarz, dzierżąc w dłoni pokaźnyh rozmiarów dzban, z którego dolewał wino do kupków. Konwie z wodą stały na stołach, a za wodę nie pobierano tu opłaty.

− Jestem Jusuf cieśla z Nazaretu, a to jest moja żona Miriam, która stąd pochodzi… – zaczął Józef, ale traf chciał, że słowa Nazaret i żona przebiły się przez pijacki rechot zgromadzonych. Gwar ucichł.

− Galileczyk! Cudzoziemiec! – zawołał ktoś – Chyba z wnuczką, nie żoną – dorzucił drugi. I obleśne łapska wyciągnęły się w stronę dziewczyny, które krzepki stolarz przetrącił nieodłącznym kijem, który służył mu za laskę putniczą, albo za ciesielską miarkę.

Wrzask bólu połączył się z rykiem wściekłości zapijaczonej tłuszczy. Józef zasłonił sobą słaniającą się już na nogach Marię. Laga dźgnęła w żywot najbliżej stojącego zbira. Uderzony padł na klepisko i zwinąwszy się w kłębek wołał żałośnie – Aj waj, aj waj!

Józef, popychając za sobą Marię, wysunął się na zewnątrz i zatrzasnął gwałtownie dźwierza, podpierając je kijem swoim, którego koniec jeszcze przydepnął, by lepiej wraził się w ziemię. Ze szpary między deskami a framugą wystawała jakaś przyciśnięta noga.

Podróżni podeszli do swego wózka. Józef obawiał się nieco o bezpieczeństwo mienia, ale chłopak stajenny, któremu powierzył taczankę z osłem okazał się człekiem rzetelnym, więc otrzymał za fatygę dwa, czy trzy asy. Gdy tłum wysypał się na podworzec, gości już nie było.

Nie było kogo rozpytać się o inne jakieś zajazdy, albowiem w taką zawieruchę wszyscy siedzieli dobrze pozamykani w domostwach swoich, ale Maria pamiętała z dzieciństwa, iż w bocznej uliczce nieopodal pewien zacny człowiek udziela schronienia pielgrzymom, przy czym w szlachetności swej nie czyni różnicy między biednymi, a tymi, którzy są sytuowani lepiej.

− Nie mogę wam udzielić schronienia, panie − rzekł właściciel gospody – albowiem tłum nigdy nie uwierzy, iż jesteście mężem tej młodej niewiasty. Ją zatłucze kamieniami, was co najmniej okaleczy, a i dom mój spali. Jednak powiem wam coś. Tam dalej, niecałe trzysta rzymskich kroków stąd, stoi żółty budynek należący do zamożnego człowieka, który jest samotny i ma w posiadłości swojej wiele miejsca. Niechby was choć przechował w pomieszczeniu dla służby. Możecie mu rzec, że ja was mu polecam.

Osioł spojrzał z wyrzutem na pana swego, ale gdy zobaczył, że on sam zakłada szleję, by ciągnąć dwukółkę z Marią i bagażami, zawstydził się i postękując ruszył przed siebie.

W drzwiach stanął krępy jegomość w towarzystwie postawnego niewolnika zbrojnego w gruby kij.

− Jestem Jusuf cieśla z Nazaretu… – wycharczał Józef, ale więcej nie mógł powiedzieć, ponieważ piaszczysty wicher wysuszył mu krtań zupełnie.

− Zachodźcie prędko, bo pył wlatuje do środka – ponaglił gospodarz – Przepcha – zwrócił się do raba – zajmij się bydlęciem.

Maria nie miała siły skorzystać z poczęstunku, odświeżając się tylko kilkoma łykami wina z wodą. Józef takoż nie jadł, jeno by gospodarza nie obrazić, zabrał kilka fig z makiem na później.

O półtorej mili na południowy wschód znajdowała się grota, gdzie ów człowiek przechowywał narzędzia rolnicze i ziarno na zasiew. Było tam kilka posłań, z których w okresie prac polowych korzystali parobkowie i pasterze. Niewolnik zwany Przepchą zaraz poprowadził umordowanych podróżnych, nie omieszkawszy przedtem napoić i z grubsza wyczesać osła z kurzu, przy której to czynności przemawiał łagodnie do stworzenia w mowie jakiejś przedziwnej, która szeleściła jak sosna libańska na wietrze, a równocześnie pobrzękiwała brzęczeniem leśnych pszczół miodnych, szumiała górskim strumieniem, a miejscami poświstywał w niej skowronek. Mądre zwierzę widać pojmowało te słowa, bo strzygło uszami i tuliło łeb swój do poczciwego dzikusa.

Grota zawarta była niewielką dobudówką, zaopatrzoną w wejściowe drzwi. Pośrodku pomieszczenia znajdowało się palenisko z okapem, a w kącie u żłoba wół miarowo ruszał żuchwą. Przepcha prędko zakrzątnął się i zaraz zapłonął ogień, nad którym sługa zatknął na rożen jakieś kawałki mięsiwa, a na płaski kamień rzucił kilka placków.

− Pozostańcie tu tak długo, jak wam potrzeba – rzekł − z polecenia pana mojego zajrzę do was rano, by zobaczyć, jak sobie radzicie. I znikł.

Opowiadając wigilijną historię dzieciom naszym i wnukom (czy jeszcze ktokolwiek z nas to czyni?), przeświadczeni jesteśmy o ubóstwie Józefa. Takie mniemanie uważam za afront dla tego wielkiego Swiętego z powodów następujących:

Józef był rzemieślnikiem, człowiekiem przemysłu. W tamtych czasach mieszkańcy krain Izraela, których tu skrótowo zwać będziemy Żydami, to była w większości tłuszcza, nie mająca pojęcia o pisaniu i czytaniu, a nawet o tym, jak należy żyć. Postępowali tak, jak nakazywali im kapłani i rabini, na podstawie ksiąg rozmaitych, a głównie Tory, która była dość szczegółowym spisem praw, dokonanym według Dekalogu i widzimisię ustawodawców. Jedynie mieszkańcy pięknej i żyznej Samarii, zwanej na rozkaz Heroda, a na cześć cesarza Sebastią, pojmując Dekalog dosłownie, żyli życiem skromnym i zacnym. Prosty lud Izraela to była biedota, zajmująca się dorywczą pracą najemną u nielicznych lepiej sytuowanych, albo drobnym handelkiem.

W owym czasie Józef posiadał znajomość nie tylko pisma, ale i czytał ryciny, które dziś nazwalibyśmy rysunkiem technicznym. Najprawdopodobniej znając łacinę, mógł budować domy z planów sporządzonych przez rzymskich inżynierów. Wtedy jakość usługi przekładała się na godziwą płacę. Miał więc dużo zamówień i na pewno w warsztacie swoim zatrudniał ludzi.

Czy Najwyższy Adonai powierzyłby wychowanie Syna swego komuś biednemu i niezaradnemu?

Tak więc niewygody podróży do miasteczka Beth Lechem nie wynikały z ubóstwa Rodziny, ale z zbiegu okoliczności, a także zjawiska, które dziś zwiemy znieczulicą.

Tej nocy stróże trzody spali szczególnie twardo. Poprzedni dzień był niezwykle pracowity. Niespotykanej liczebności horda szakali pokiereszowała wiele sztuk bydła i owiec, z których kilku nie można już było ocalić. Żadna pociecha, że pasterze wytłukli całą masę napastników, przy wielkiej pomocy psów wiernych, a także Heraklesa, wielkiego, czarnego byka rodem z Krety, dzielnie stającego w obronie swego haremu. Sam Herakles zresztą także słabował wielce od wyrwania mu żywcem kilku kawałów ciała przez krwiożercze bestie. Potem trzeba było połapać rozpierzchłe stado i przyjąć trudny poród cielęcia. Pod wieczór chłopaki lecieli z nóg i nawet ich dowódca, ponury wielkolud, którego wołano Hefajstosem, nie miał sił na obyczajne dla niego porykiwanie na podwładnych.

Chwycił przymrozek. Szron zabarwił na sino chrusty i badyle krzaków kolczastych w świetle księżyca, którego rogi zwrócone były w górę, co w tamtych stronach jest zjawiskiem normalnym. Komu dane było spać, zawijał się w chlajnę, derę i we wszystko, co miał. Niektórzy wtulili się w ciepłą sierść swoich podopiecznych, nieliczni szczęśliwcy ułożyli się blisko ognia.

Wyznaczeni wartownicy stłoczyli się przy własnym ognisku, u skraju pastwiska. Pogryzając upieczone kawałki mięsa ze zwierząt, które trzeba było dobić, placki jakieś z pieprzem i popijając czerwonym winem libańskim z wodą, nasłuchiwali odgłosów Natury, czy przypadkiem nie skrada się głodna pantera, lwica, albo wataha hien. Psy czujne a mądre krążyły wokół, a wsród nich wodziły prym dwa ogromne gładkowłose owczarki afrykańskie, jakich Hotentoci używali do ochrony stad przed lwami.

Nie upłynęła godzina, a i oni przysnęli snem sprawiedliwych. Przytomny pozostał jedynie Tetliteas, jąkała i popychadło, z którego wszyscy się naśmiewali za przyczyną jego nieumiejętności mowy gładkiej, a uszczypliwej. Wiadomo, że leżącego kopnąc najbezpieczniej.

Tetliteas z siekierką w dłoni łaził dookoła obozowiska i mrucząc coś do siebie, patrzył w niebo, roziskrzone milionami gwiazd, które starał się przeliczyć, jako że sztukę liczenia posiadł doskonale, nie będąc zgoła takim głupim, na jakiego patrzył. Wciągał głęboko do płuc rzeźkie powietrze nocy i widział własny swój oddech, któremu to zjawisku nie mógł się nadziwić.

Chłopak spać w nocy nie mógł. Przesypiał bowiem zwykle większą część dnia, by towarzyszom swoim nie leźć w oczy, nie chcąc prowokować docinków przykrych ze swej ułomności. Za to pierwszy był zawsze do wszelkich powinności nocnych, do stróżowania, do opieki nad nowonarodzonych przychówkiem, do rozdzielenia splątanych rogów baranów walczących o władzę nad stadem, a nawet do pielęgnacji serów w szałasie specjalnie w tym celu postawionym. Gadał przy tym do zwierząt, a tym nie przeszkadzało, iż mowa jego chropawa była i kulała.

Tym razem trzoda, nie ochłonąwszy jeszcze z przerażenia wywołanego atakiem drapieżców skupiła się ciasno w ogrodzeniu, a bydło z właściwą sobie przemyślnością uformowało szyk, w którym jednostki słabsze i cielęta chronione były we środku grupy, a na zewnątrz kręgu sterczały długie rogi starszych i silniejszych osobników, od których nawet lwica trzymać się musiała z dala. Tetliteas ośmiechnął się do siebie na widok dowodu sprytu żywiny i uspokojony sięgnął do paska po uwiązany tam dzbanek z zimną wodą podprawioną winem.

Jednak wpół owego ruchu zamarł jak zmrożony. Poczuł bowiem, nie usłyszał i nie ujrzał, a poczuł jakimś pasterskim dziewiątym zmysłem zupełnie blisko obecność czegoś lub kogoś obcego.

Ostrze siekierki ze świstem przecięło powietrze. Osobnik, który stał tuż za pasterzem przytomnie odparował cios trzymaną w dłoni laską, po czym łagodnie powstrzymał za przegub zbrojną rękę.

– Tetliteasie – ozwał się obcy łagodnym głosem – Tetliteasie, nie jestem ci wrogiem, ani tobie ani towarzyszom twoim.

Grek zdumiał się wielce. Otworzył gębę i chciał coś powiedzieć, ale nie mógł, bo przecież był jąkałą.

– Wiem, co chcesz rzec – ciągnął nieznajomy – pragniesz wiedzieć, kim jestem i zapytać, skąd znam zawołanie twoje.

Tetliteas spojrzał na gościa z ciekawością, acz bez trwogi, jako iż dziarskiego greckiego pasterza przerazić jest niezwykle trudno. Mąż wzrostu słusznego obleczony był w długą szatę, która w poświacie niebieskich ciał wydawała się lśnić własnym, błękitnym blaskiem. Jasne, gęste włosy jego spływały na kark i do połowy pleców, a w dłoni dzierżył jakby kij podróżny, jednak prosty, niczym krótki dziryt rzymskiego konnego żołnierza i zakończony rękojeścią w kształcie kuli. Jednak najbardziej fascynujące były lazurowe, jak niebo nad Naszym Morzem oczy owej postaci, z których emanowała czysta dobroć.

– Tak, panie – to jedno, co zagadnięty zdołał wypowiedzieć.

– Powiem ci zatem. Jestem przybyszem z bardzo daleka, a imię twoje znam, albowiem wiem wiele rzeczy, więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a czasem dumam, że więcej, niż sam chciałbym wiedzieć…

– Jesteście Doryjczykiem, panie, prawda?

– Mniemasz zapewne po mowie. Nie, nie jestem Grekiem, ale mówię wieloma językami i narzeczami. Ale do rzeczy. Przysłano mnie tu, bym wam rzekł, iż ów czcigodny Jusuf, który z małżonką swoją przebywa w szopie, gdzie wczoraj ostrzyliście siekiery, może potrzebować wsparcia waszego i pomocy. Budź swoich, bieżajcie.

– Panie, ja tu robię za popychadło i nie posłuchają mnie, a wyśmieją, albo pobiją, że ich budzę w środku nocy – Tetliteas z wrażenia zapomniał, że się jąka.

Promienny uśmiech cudzoziemca rozjaśnił nocny mrok chyba na dwadzieścia podwójnych kroków z okładem.

– Zatem obudź tego waszego Hefajstosa i niech on was wiedzie do szopy Jusufa.

W stronie, gdzie znajdowało się nie bardzo podłe miasteczko zwane Domem Chleba, gwiazda jaśniejsza od wszystkich zdawała się zmierzać ku ziemi, ciągnąc za sobą ogon świetlisty. Gdy Tetliteas obejrzał się za siebie, nie ujrzał już nikogo, jeno ślady sandałów widniały w poświacie księżycowej.

Pędem ruszył do namiotu bacy.

– Hefajstosie, Hefajstosie – targał za ramię śpiącego – wstawajcie, prędko…

Olbrzym zerwał się na równe nogi i już w dłoni miał swą maczugę z dębczaka, w której tkwiły wrośnięte kawałki krzemienia o ostrych krawędziach.

– Co jest, znowu te przeklęte hieny?

– Nie, nie hieny. Jusuf z Nazaretu w niebezpieczeństwie. Pewnie hewrejski motłoch chce ukamienować niewiastę jego. Bieżajmy na pomoc!

– Co ty gadasz, głupi. Łazisz po nocy, gapisz się w gwiazdy i masz jakieś przywidzenia, albo myśli złe. Nie przeszkadzaj spać, dzień był wredny, a i nie wiadomo, co jutro przyniesie. Wypoczywać trzeba. Idź lepiej i ty spać – tym razem Hefajstos nie zauważył, iż młodzieniec mówi gładko i płynnie.

– Gdybyście i wy, zacny Hefajstosie, takoż patrzyli w niebo, widzielibyście to, co i ja.

Gwiazda jaśniała już silniej od księżyca i rozrosła się do wielkości owoca granatu. Zatrzymała się może na wysokości mili, czy półtorej i widać było, jak obraca się zwolna dookoła własnej osi. Nagle dało się słyszeć ni to przeciągłe wycie, ni to świst, zakończony łoskotem jakby pioruna i z owego ciała niebieskiego strzeliła ku ziemi wąska smuga delikatnej, jasnobłękitnej poświaty.

– Wstawać! – ryknął Hefajstos przeraźliwym basem, aż najbliżej stojące barany cofnęły się w przerażeniu o kilka kroków. Nie minęło tyle czasu, ile potrzeba, by zliczyć do dziesięciu, a nawykli do stawiania czoła niebezpieczeństwom pasterze stali zbrojne, gotowi na rozkazy wodza. Nikt nie tracił czasu na zbędne słowa, czy zapytania. Długi wąż zawadiaków pod wodzą straszliwego wojownika, rzuciwszy budy, watry, stada, a pozostawiając je pod opieką owczarków, ruszył oszczędnym półbiegiem w kierunku, gdzie miało miejsce przedziwne zjawisko. Każdy dzierżył w dłoni oręż jakiś, a to toporek, a to oszczep, maczugę, procę, lub choćby nóż, kilku niosło łuki, a jeden taszczył na plecach jońską gastrofetę o rozpiętości chyba ze czterech stóp.

Na pół mili przed Grotą, Hefajstos, posługując się znaną wszystkim mową świstów i gestów, rozstawił swoich ludzi w półkole, podobnie, jak się to czyni w celu osaczenia zbrojnej bandy bydłokradów. Skradając się jak koty między kolczastymi krzakami, zbliżali się pasterze pomału do celu.

Gdy znaleźli się zaledwie o kilka kroków od drzwi, które Józef naprędce uszczelnił dla ochrony od wiatru i zimna, wierzeje rozwarły się z hukiem i w snopie światła z nich bijącego, pojawił się postawny stolarz, uradowany niezmiernie.

̶ Mamy Syna! – zawołał w przestrzeń

Okrzyk kilkudziesięciu gardeł wzniósł się aż po samo niebo. Józef stropił się nieco i poprosił o ciszę, nie chcąc przerazić Nowonarodzonego.

Teraz dopiero na osiołku przykłusowała z miasta zapóźniona babka porodowa, zbudzona w środku nocy przez nieocenionego Przepchę. Nakazała zagrzać wody i wszystkim iść precz.

Tegoż dnia pod wieczór wokół szopy zapłonął tuzin ognisk, do których chustu i drew dokładano, coby narobić żaru jak najwięcej. Bo przecież każde dziecko wie, że mięsa nie piecze się nad żywym płomieniem. Niebawem nad węglami zakręciły się naszpikowane czosnkiem, a lebiodką i cząbrem natarte tusze baranów. Były i sery świeże i dojrzałe, a nawet masło, chleb i placki słodkie i pieprzne, pieczone na rozgrzanym kamieniu. Był miód od pszczół stepowych, orzechy, suszone figi z makiem, daktyle i oliwki. By radość pomnożyć, Józef wyciągnął drogocenną sól. Dwaj juhasi przynieśli z miasta na drągach miło dla ucha bulgoczącą beczułkę. Takoż i Gospodarz puścił w krąg gąsiorek krwistoczerwonego wina prosto z Libanu, niepomny, iż Pismo zabrania kumać się z akumami. Wszak jako święty, wyprzedzał epokę swoją o wiele pokoleń.

Zwabieni gwiezdną łuną, a żądni sensacji, przybyli mieszkańcy Domu Chleba. Jednak przywileju wstępu do wnętrza prowizorycznego domostwa dostąpili jedynie nieliczni, z prozaicznego powodu braku miejsca. Młodziutka Matka spoczywała na posłaniu ze słomy przykrytej grubą płachtą oraz Józefową chlajną, a od zimna nakryta pastuszkowymi kożuchami, a Dziecko z wigorem zasysało pokarm.

Nie wiadomo, skąd wylazł wielki, czarny wąż, plująca kobra długa chyba na sześć łokci i zwolna posuwał się ku posłaniu. Józef najpierw zdziwił się niepomiernie, albowiem znał, iż gad ma krew zimną i na mrozie poruszać się nie jest w stanie. Sięgnął za siebie po lagę swoją, ale przepomniał, iż pozostawił ją kilka dni temu w zajeździe, podparłszy drzwi podczas ucieczki przed pijaną tłuszczą. Noża przy sobie nie nosił, nie chcąc narażać się na przydomek Isz Karioty. Zaczął więc ściągać tunikę, by rzuciwszy ją na łeb potwora, zgruchotać go nogą.

Łup! Krótka siekierka ciśnięta wprawną dłonią Tetliteasa, wbiła się głęboko w drewno podłogi, ucinając gadzinie łeb. Miriam uśmiechnęła się promiennie do wybawiciela swego, a ten podniósłszy wijące się jeszcze niczym olbrzymia glizda cielsko napastnika, wyrzucił je przez otwarte drzwi na zewnątrz, skąd natychmiast dobiegł radosny pisk szczęśliwych amatorów wężowego ścierwa, ichneumonków, które dziwnym trafem zjawiły się na właściwym miejscu.

Na zewnątrz, małe, garbate indywiduum o odrażającym licu, zaśmiało się szyderczo, a złowieszczo i znikło, pozostawiając po sobie obłok dymu śmierdzącego zgnilizną.

Przez otwarte drzwi wpadł do izby gwałtowny podmuch zimnego wichru. Dziecko z zimna pisnęło. Miriam zdjęła z głowy chustę, co według faryzeuszów było wielkim grzechem i zawinąwszy w nią Niemowlę, podała Józefowi, a ten umieścił Je w żłobie rozgrzanym oddechem obojga bydląt – osła i wołu. Tak przynajmniej głosi najpiękniejsza z krajskich kolęd.

Nadejście Syna Człowieczego pierwsi przywitali nie królowie, nie kapłani, nie rabini, czy prorocy, nawet nie wierni starozakonni, a grupka pogan, prostych, greckich pasterzy.

Tak było w ogólnym zarysie. Tak być mogło w szczegółach. Opowiadajmy tę historię naszym wnukom, bo dzieci nasze pewnie tylko postukają się w czoło i pobiegną do galerii kupować w ostatniej chwili nikomu niepotrzebne rzeczy, albo dla odmiany utkwią przed telewizorem, gdzie gwiazdy tańczą na rurkach, by odwrócić uwagę ludu od Istoty Rzeczy…

Cieszmy się z przyjścia Tego, który przyszedł głosić nam Dobrą Wiadomość. Który jednym znamiennym zdaniem nakazał nam żyć zgodnie z Naturą. Który poświęcił Siebie, by za najwyższą cenę nas, nic nie wartych, nabyć na własność. Przy wigilijnym stole pamiętajmy, po co tu jesteśmy i co te Święta oznaczają. Bo jeśli poddawszy się wrzaskliwej demagogii Zła sprowadzimy celebrację Bożego Narodzenia na nieprawidłowe tory, to odrośnie łeb gadzinie, a wtedy biada nam, ludzkości…

Komentarzy 40 do “Tak mogło być”

  1. Nemo said

    🙂 🙂 🙂

  2. Aż się prosi o kontynuację. Wątek Trzech Króli może autor tez tak pięknie rozwinie?

    Trza to wydrukować i znajomym rozdać. Świeci to jak brylant wśród dewocyjnej tandety.

  3. Nemo said

    @2

    Potwierdzam- pyszna lektura.

  4. TomUSAA+ said

    Wspaniałe!!

  5. RomanK said

    To jest wydrukowane i nie tylko TO ….sa i INNE- jak wspaniala powiesc -Slowianka…
    Szczegolnie cenne w dzisiejszym czasie – kiedy zalewa nas chlam intelektualny…grafomanstwo i pseudo literatura zboczencow.
    TO – pisze specjalnie oprzez duze TO- jest najpiekniejszy prezent- jaki mozna dac swojemu dziecku OD 7 DO 37 LAT:-) pod choinke i nie tylko dziecku!
    Napisane przepieknym polskim jezykiem i naladowane factami i autentycznymi informacjami, detalami , jakich inaczej trzeba szukac w rozleglych bibliotekach TU podane…. jak w przekasce… jako lekcja historii! Niesamowity zabieg autorski…zbeletryzowany podrecznik!
    TO niesamowita ksiazka!
    Swoja droga, zastanawia mnie fact , ze prasa, media tzw publiczne, szerokiego zasiegu i razenia, bez wzgledu na kolory… szerokim lukiem wyrzucaja nawet najmniejsza probe reklamy TAKIEJ ksiazki, nawet ukrytej we felietonie, wzmianki etc…
    Dotyczy to wielu autorow, autentycznych talentow, JAK AUTOR… wszyskich bez wyjatku Polakow…
    Dlatego wazne sa takie inicjatywy- jak ta pana Gajowego – poinformowania o istnieniu ksiazki..a istnieje juz 3 lata,,,, za co- za sam pomysl..jestem mu niezmiernie wdzieczny,
    Sznowny Autorze…dwie lapki z piecioma pauchami w gorze!
    Doskonala literatura!
    Bog Zaplac!

  6. Marucha said

    Dlatego właśnie umieściłem tu powyższy fragment książki p. Bardzo – jako jej reklamę, korzystając z relatywnej popularności gajówki.

  7. Rysio said

    The Economic Lessons of Bethlehem
    Llewellyn H. Rockwell, Jr.
    lewrockwell.com

    December 25, 2013

    bethlehemAt the heart of the Christmas story rests some important lessons concerning free enterprise, government, and the role of wealth in society.

    Let’s begin with one of the most famous phrases: “There’s no room at the inn.” This phrase is often invoked as if it were a cruel and heartless dismissal of the tired travelers Joseph and Mary. Many renditions of the story conjure up images of the couple going from inn to inn only to have the owner barking at them to go away and slamming the door.

    In fact, the inns were full to overflowing in the entire Holy Land because of the Roman emperor’s decree that everyone be counted and taxed. Inns are private businesses, and customers are their lifeblood. There would have been no reason to turn away this man of royal lineage and his beautiful, expecting bride.

    In any case, the second chapter of St. Luke doesn’t say that they were continually rejected at place after place. It tells of the charity of a single inn owner, perhaps the first person they encountered, who, after all, was a businessman. His inn was full, but he offered them what he had: the stable. There is no mention that the innkeeper charged the couple even one copper coin, though given his rights as a property owner, he certainly could have.

    And yet we don’t even know the innkeeper’s name. In two thousand years of celebrating Christmas, tributes today to the owner of the inn are absent. Such is the fate of the merchant throughout all history: doing well, doing good, and forgotten for his service to humanity. It’s remarkable, then, to think that when the Word was made flesh with the birth of Jesus, it was through the intercessory work of a private businessman. Without his assistance, the story would have been very different indeed. People complain about the “commercialization” of Christmas, but clearly commerce was there from the beginning, playing an essential and laudable role.

    Clearly, if there was a room shortage, it was an unusual event and brought about through some sort of market distortion. After all, if there had been frequent shortages of rooms in Bethlehem, entrepreneurs would have noticed that there were profits to be made by addressing this systematic problem, and built more inns.

    Moving on in the story, we come to Three Kings, also called Wise Men. Talk about a historical anomaly for both to go together! Most kings behaved like the Roman Emperor’s local enforcer, Herod. Not only did he order people to leave their homes and foot the bill for travel so that they could be taxed. Herod was also a liar: he told the Wise Men that he wanted to find Jesus so that he could “come and adore Him.” In fact, Herod wanted to kill Him. Hence, another lesson: you can’t trust a political hack to tell the truth. It was because of a government decree that Mary and Joseph, and so many others like them, were traveling in the first place. They had to be uprooted for fear of the emperor’s census workers and tax collectors. And consider the costs of slogging all the way “from Galilee, out of the city of Nazareth, into Judea, unto the city of David,” not to speak of the opportunity costs Joseph endured having to leave his own business. Thus we have another lesson: government’s use of coercive dictates distort the market.

    Once having found the Holy Family, what gifts did the Wise Men bring? Not soup and sandwiches, but “gold, frankincense, and myrrh.” These were the most rare items obtainable in that world in those times, and they must have commanded a very high market price.

    Far from rejecting them as extravagant, the Holy Family accepted them as gifts worthy of the Divine Messiah. Neither is there a record that suggests that the Holy Family paid any capital gains tax on them, though such gifts vastly increased their net wealth. Hence, another lesson: there is nothing immoral about wealth; wealth is something to be valued, owned privately, given and exchanged.

    When the Wise Men and the Holy Family got word of Herod’s plans to kill the newborn Son of God, did they submit? Not at all. The Wise Men, being wise, snubbed Herod and “went back another way” – taking their lives in their hands (Herod conducted a furious search for them later). As for Mary and Joseph, an angel advised Joseph to “take the child and his mother, and fly into Egypt.” In short, they resisted. Lesson number four: the angels are on the side of those who resist government.

    In the Gospel narratives, the role of private enterprise, and the evil of government power, only begin there. Jesus used commercial examples in his parables (e.g., laborers in the vineyard, the parable of the talents) and made it clear that he had come to save even such reviled sinners as tax collectors.

    And just as His birth was facilitated by the owner of an “inn,” the same Greek word “kataluma” is employed to describe the location of the Last Supper before Jesus was crucified by the government. Thus, private enterprise was there from birth, through life, and to death, providing a refuge of safety and productivity, just as it has in our time.

  8. Marucha said

    Re 7:
    Komuchy usiłowały zrobić z Chrystusa pierwszego wybitnego socjalistę.

  9. Anna said

    Polecam książkę, o której mówi pan Braun:
    Jest widoczna na końcu wywiadu. Napisał ją prof Jan Iluk

    http://www.solidarni2010.pl/16579-ekskluzywny-wywiadnbspnbspz-grzegorzem-braunem.html

    Jest nadzwyczaj trudna i bolesna.
    Co najciekawsze, Żydzi nie podważają Istnienia Jezusa, jak czynią to niektórzy z katolików
    Że niby postać symboliczna itp…
    Ale co o Nim piszą….

  10. Rysio said

    re 8. I nie udało im się to bo Chrystus były przecież wolnorynkowym kapitalitą – cieślą.

  11. Ad. 9

    „Ale co o Nim piszą….”

    – Nienawiść, to skuteczne spoiwo.

  12. Mordka Rosenzweig said

    re 5

    Szanowny pan Roman,

    Ja pan Mordka zapytuje szanowny pan na temat ksiaszka Slowianka.

    Ja pan Mordka by bardzo chcial ja poczytac.

    Czy mosze sznowny pan pszyslac link do pan Mordka.

  13. Marucha said

    10:
    Rysio, usiłujący uczyć nas ekonomii, nie odróżnia rzemieślnika od kapitalisty…
    Ja bym ze wstydu po czymś takim zamilknął przynajmniej na rok.

  14. Anna said

    Może pan Rysio jest zakamuflowanym Jarosławem?
    🙂

  15. Rysio said

    re 13. Eeee tam.

    Dobrze wiem, że Gajowy by zaraz po dwóch (najwyżej trzech) dniach zaczął płakać z tęsknoty za Rysiem.

    No wprost nie mam serca aby moim zniknięciem zrobić Gajowemu taką przykrość.

    🙂

  16. Bardzo said

    Dziekuję, panie Gajowy za miłą rzecz, jaka Pan zrobił dla Sprawy, i to przy Świętach. Przez tyle lat wahałem sie przed robieniem reklamy, czy kryptoreklamy na Pańskim terytorium. Niech więc teraz wyjaśnię pokrótce. o co mi chodzi.

    Celem tej pisaniny jest pokazanie wydarzeń opisanych w Piśmie z punktu widzenia zwykłego człowieka, który żył w tamtych czasach na Ziemi Świętej i nie miał najbledszego pojęcia o ich doniosłości. Rysiowe cytaty to jakby potwierdzają, choć wiadomo że tendencyjnie.

    Także jest takie marzenie ściętej głowy, by choć na chwilę oderwać od szaleńczej bieganiny po galeriach nabywców rzeczy niepraktycznych w celu uszczęśliwiania swych bliskich na siłę i by przypomnieć, co my właściwie świętujemy. Usiądźmy, odsapnijmy troche, napijmy się gorącego soku jabłowego z cynamonem. Porozmawiajmy z potomstwem, dziećmi, wnukami, prawnukami, jeśli ktoś się może takowymi pochwalić. Opowiedzmy im tę historię. Swoimi słowami.

    Słowianka natomiast to jakby rozwinięcie jednego z ubocznych wątków tej pierwszej opowieści. Opisuje perypetie trojga niewolników powracających z Herodowego dworu do Krainy. z uwzględnieniem konfliktu słowiańskiego zycia tak zgodnego z Naturą, ża graniczącego z panteizmem, w kontraście z wyuzdaną i zmaterializowaną cywilizacją rzymskiego, choć zhellenizowanego świata. Czyżby coś tu wyglądało znajomo?

    Inspiracją do Słowianki był najpierw portal pana Hendryxena. potem Wandaluzja, a w końcu rozważania poetyckie pana Romana zamieszczone na Gajówce przy okazji Wielkanocy. (chodzi o wzmiankę o słowiańskich niewolnikach patrzących ze zdumieniem na dziejące się sceny społecznego wynaturzenia za sprawą ówczesnej cywilizacji).

    Obydwie pozycje traktujemy wraz z panią współautorką, niezwykle utalentowaną, acz kontrowersyjną jak na dzisiejsze czasy malarką, niekoniecznie jako źródło dochodu, ale jako formę zbierania funduszy na wydanie całkiem już poważnej opowieści, której przedmiotem jest zbeletryzowany reportaż, niejako pobieżny przekrój przez świat ówczesnego Wschodu, z wyłączeniem jednak krainy Kataju, na co zabrakło już sił, weny i miejsca.

    Aktualnie pisze się kolejna opowieść z tej serii, o tytule „Terra Incognita”.

    Nakład „Tak Być Mogło” jest już wyczerpany, ale gdyby było jakieś zainteresowanie, możnaby zamówić niewielki, a błyskawiczny dodruk. Jednak „Słowianka” jest aktualnie do nabycia i to po obydwóch stronach Wielkiej Wody.

    Ponieważ Bardzo i Bart_W to jedno i to samo, kontaktowy adres jest po prostu bartlom.w@gmail.com

    Pogodnych Świąt życzę jeszcze raz panu Gajowemu i Wszystkim.

  17. Bardzo said

    Wtedy jeszcze nie bylo kapitalizmu. Albo, powiedzmy, był w powijakach. Dewizą i zasadą kapitalizmu była hebrajska dewiza: bajemlo-selemchaj, aktualnie pisana: buy’em low, sell’em high. I tak jest do dziś. Celem głównym kapitalizmu jest zysk. Celem głównym działalności rzemieślnika było zaspokojenie społecznej potrzeby. Różnica tkwi w hierarchii tych celów. Remiecha pielęgnuje umiejętność, artyzm, kapitalista pielęgnuje worek z aureusami (dukatami, dularami, niepotrzebne skreslic).

    Ot, co.

  18. RomanK said

    Bajemlow -Selemhaj,,,,to kupiecka kolysanka i dewiza… ale kupiec to nie kapitalista.
    Rzemieslnik sprzedaje swoje know how i swoja prace…
    To uczciwy sposob na zarabianie na zycie i…. prawda….oraz ponoszenie ryzyka.

    Zasada i dewiza Kapitalisty jest_ Money make Money…Pieniadz robi pieniadz…. Zwykle klamstwo i Oszustwo!

  19. Ad. 18

    Kapitalizm bierze się z lichwy. Dodruk pustego pieniądza musi mieć jakiegoś właściciela.

    Zasada „pieniądz robi pieniądz” – czyli zawłaszczanie kolejnych sum, a to jest najłatwiejsze przy pomocy sum już posiadanych.

    Pieniądz nie pracuje. Pracują ludzie. Którzy pracują za niepełne wynagrodzenie. Resztę zawłaszcza pracodawca – stąd się bierze kapitał. Jeśli kapitalista nie jest psychopatą, to kapitał jest zarządzany, używany, w sposób służący społeczeństwu. Sęk w tym, że wg prof. Andrzeja Łobaczewskiego, autora książki „Ponerologia polityczna” wśród (…) jest 30% psychopatów. 30%… Więc mamy praktycznie pewność, że kapitał na całym świecie jest w posiadaniu psychopatów.

  20. Marucha said

    Re 19:
    Zdaniem Rysia bogactwa tworzą bankierzy przez druk pieniędzy, a pieniądz to bogactwo.
    Ci, którzy budowali miasta i drogi, kopali rowy i usypywali wały, wydobywali rudę żelaza i ją wytapiali, zakładali sieci energetyczne, czy wytwarzali żywność – to tylko darmozjady, do niczego niepotrzebne.
    Do kolonizacji Marsa potrzeba będzie wyłącznie paru bankierów i trochę specjalistów od marketingu. Oraz drukarka pieniędzy.

  21. Ad. 20

    Pożyczanie pieniędzy, których się nie ma, winno być karane śmiercią.

    Pieniądz może swoim zaistnieniem wyprzedzić pracę, produkcję, ale musi to być kontrolowane przez państwo. I nie wolno tego przejadać.

    Wszelkie papiery wartościowe, które mają pokrycie w majątku, dobrach, winny być zdelegalizowane, bo dublują pieniądz. To tak, jakby coś o wartości 100zł miało pokrycie w banknocie 100zł i w papierze wartościowym o wartości 100zł. Wychodzi na to, że jeden i ten sam przedmiot o wartości 100zł ma na w gospodarce pokrycie w środkach płatniczych na sumę 200zł. A więc to jest quasi-dodruk.

  22. Ad. 20

    „Do kolonizacji Marsa potrzeba będzie wyłącznie paru bankierów i trochę specjalistów od marketingu. Oraz drukarka pieniędzy.”

    – Potrzebny będzie jeszcze drobiazg – milion gojów, którzy za miskę ryżu będą na Marsie tyrali w pocie czoła dla właścicieli drukarki. W tym układzie Mars będzie oczywiście własnością tych ostatnich.

  23. Re: 22 Krzysztof M
    Swietny komentarz Panie Krzysztofie :)))
    ====================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

    P.S. Zaraz przypomniala mi sie publikowana historyjka pt:”Wyspa rozbitkow” –
    na temat bankiera – lichwiarza…

  24. AlexSailor said

    Ad. 23 @Jasiek z T
    „Wyspa rozbitków” jest typowym myśleniem i argumentowaniem korwinowskim® i nie będę tłumaczył dlaczego.

  25. AlexSailor said

    Wnioskiem z komentarzy jest brak jakichkolwiek szans na odbudowę Polski i Narodu Polskiego.
    Przykre to, niestety prawdziwe.
    Od niemal zawsze byli, są i na pewno będą ludzie gotowi pożyczać pieniądze na potrzeby konieczne, użyteczne i zbytkowne.
    Jest to zjawisko przyrodnicze.

    Oni chcą się bawić, jeść i pić, nosić szałowe ciuchy, kupować prestiżowe mieszkania, robić łazienki za 30 tys. zł, jeździć nowymi samochodami, które 5 minut po zakupie tracą 20% wartości.
    Niektórzy chcą pożyczyć by kupić warsztat pracy albo coś o znacznie (ich zdaniem) wyższej wartości niż cena, aby później na tym zarobić.

    Są też ludzie, którzy mogą chodzić w starych portkach 5 lat, nie uważają zabawy, nie piją, wystarcza im dobry, choć stary samochód, potrzeby mają minimalne, w zasadzie tylko konieczne, czasem nieliczne użyteczne rzeczy kupią.
    Na dodatek kiedyś oni, czy ich przodkowie zacisnęli zęby, i by być wolnymi od przymusu ekonomicznego, harowali i ryzykowali żyjąc oszczędnie, tak, że zgromadzili jakieś dobra, które są im nie potrzebne (bo mają małe potrzeby).
    No i ci ludzie pożyczają tym, którzy chcą pożyczyć.

    Tak było zawsze.
    Jest i będzie.

    Oczywiście do udzielenia pożyczki trzeba nakłonić propozycją oddania odpowiednio więcej, albo opłatą za dzierżawione dobra, np. pieniądze.
    Zatem dający pożyczki czerpią zyski, które to zyski pozwalają im czerpać jeszcze większe zyski.

    I nie ma tu nic do rzeczy przestępczy i karygodny proceder kreowana pieniędzy z powietrza na zasadzie rezerwy cząskowe.
    Nawiasem, z tym kreowaniem, to też nie jest zupełnie tak, jak się myśli, bo bank nie dostaje odsetek od tych pieniędzy zupełnie za darmo – ale to inny temat.

    Niestety, w polskim narodzie brak jest zrozumienia dla rzeczy podstawowych.
    Ba, jeszcze wspomaga on politykę innych narodów wymierzonych w niego, to jest dyrektywę: „nie będziesz pożyczał od innych, ty będziesz innym pożyczał”.
    No i wysoka etyka mojego narodu, nieco podrasowana przez tych, którzy będą innym pożyczać, produkuje pogląd, jakoby nie wolno było pożyczać komuś dla zysku:

    – to jest swoim (niech pożyczą u obcych),
    – no i obcym (niech nie płacą nam niegodziwych odsetek).

    Moim zdaniem to jest samobójcza idea obrywająca lwią część środków potrzebnych do funkcjonowania i obrony Polski obcym.

  26. bart_w said

    Może jeśli można, nawiąże jeszcze raz do tematu. W Warszawie książka „Słowianka” jest do nabycia w księgarni dość poważnej.

    http://prus24.pl/bookstore,details,9788362989065,SLOWIANKA.html

    W drugin dniu Swiąt wszystkiego dobrego Wszystkim.

  27. Easy Rider said

    Cytat z opowiadania:
    Był marzec, albo początek kwietnia. W ciągu dnia pogoda była znośna, ale noce chłodne, a i zdarzał się przymrozek.

    Ciekawe: to nie było w grudniu? Jeżeli tak, to właściwie rocznicę czego świętujemy?

  28. RomanK said

    Jak sie pan Ochrzci panie Easy Rider i nauczy troche o Chrzescijanstwie…zrozumie pan- ze nie swietujemy zadnej rocznicy…ale Fakt Objawienia Bozego…
    Chrzecijanstwo to bardzo trudna religia…prosta, ale trudna…
    Panie Krzysztofie :

    Pożyczanie pieniędzy, których się nie ma, winno być karane śmiercią.

    NO…. tak radykalnie nie mozna….chyba za pobieranie od takiej pozyczki odsetek:-))) niech pan pomoze to zrozumiec panu Jaskowi:-)))
    ad 21 nie widzi pan- ile sprzecznosci w tym co pan napisal>>>???
    Panowie przeczytajcie Misesa…zanim zaczniecie pluc,…ja wiem- ze to bardzo nei po polsku..ale za to logicznie.

  29. Easy Rider said

    Ad 28 – RomanK.

    Proszę nie ściemniać. Bez względu na to, jaką nazwę zastosujemy do obchodzonego Święta, musimy się zdecydować, czy dotyczy ono wydarzenia, które miało miejsce w grudniu lub w kwietniu.

  30. Marucha said

    Re 29:
    Kościół nie robił i nie robi żadnej tajemnicy z tego, iż data Bożego Narodzenia jest symboliczna i nie musi mieć związku z autentycznym dniem narodzenia Chrystusa.
    Po prostu Kościół w swej mądrości, zamiast wywracać tradycje pogańskie do góry kopytami, zaadoptował niektóre pogańskie święta.

  31. Rysio said

    „….Pożyczanie pieniędzy, których się nie ma, winno być karane śmiercią……”

    To jest strasznie anty-semicki wpis.
    No teraz tylko czekam aż się z nim nasz p Mordka rozprawi.

    🙂

  32. Rysio said

  33. Easy Rider said

    Ad 30 – Marucha.
    To jest mądra, prawdziwa i powiedziabym nawet – odważna odpowiedź, która jednak osobom nieprzygotowanym może cokolwiek zakłócić ich światopogląd. Natomiast nie wiem, dlaczego dla autora opowiadania było konieczne posłużenie się nazwą miesiąca, w którym akcja ma miejsce, gdyż w ten sposób, niepotrzebnie został zburzony pewien subtelny klimat narracji.

  34. Ad. 28

    „Panowie przeczytajcie Misesa”

    – Misesa czytał nie będę – szkoda czasu. Ale mogę go w czynie społecznym utopić. Rysio się zapłacze.

  35. RomanK said

    Ma pan do tego prawo panie Krzystzofie,,ale konsekwentnie niech pan tez nie psioczy na ….nieznajomego…i nie obmawia..bo to rzeczywiscie szkoda czasu.

  36. Rysio said

    re 34.

    🙂

  37. bart_w said

    Chodzi o to, żeby pokazać ówczesne wydarzenia jak najrzetelniej, choć rzecz jasna nie możemy mieć pełnego rozeznania we wszystkich szczegółach. Dlatego pokusiliśmy się o założenie pewnej chronologii. Pismo nie wyjaśnia wielu szczegółów, na przykład nie podaje, ilu było mędrców, tylko nadmienia, że było więcej, niż jeden i że przybyli do domu, a nie do groty i już w jakiś czas po Narodzeniu, prawdopodobnie w dwa lata. Herod nakazał mordowanie dzieci płci męskiej do dwóch lat życia, więc prawdopodobnie Rodzina zamieszkiwała w Domu Chleba przez okres około dwóch lat. (ktoś w tym czasie doglądać musiał pracowni w Nazarecie?) Ale najwięcej kontrowersji sprawia ustalenie roku Narodzenia. Ponieważ Heroda szlag trafił w roku 4 pne to należy przypuszczać,że Narodzenie nastąpiło w roku 6 pne według obecnego kalendarza, a więc logicznie (choć nie kalendarzowo) mielibyśmy teraz rok 2019 A.D.

    Cóż, co historyk, to opinia. Wszystkie jednak drogi prowadzą do Rzymu, jedne szerokie i wygodne, inne mniej…

  38. Marucha said

    Re 35:
    Panie Romanie, czy naprawdę musimy studiować każdego żydowskiego, antychrześcijańskiego, opłacanego przez banksterów, ekonomistę? Co my u niego możemy znaleźć, czego się nauczyć? Co z tego, jeśli nawet w jakichś szczegółach tkwią w jego pracach ziarna prawdy?
    Katolik winien trzymać się od czegoś takiego z daleka.
    „Ziarna prawdy” znajdziemy bowiem nie tylko u Misesa, ale i u Lenina, u Róży Luksemburg i u prof. Baumana.

  39. Rysio said

    Ależ p. Gajowy – jeżeli moje ulubione żydzisko staje gajowemu ością w gardle to przecież jest alternatywa – cała plejada chrześcijańskich ekonomistów Austryjackiej Szkoły Ekonomicznej.

    Carl Menger
    Bohm-Bawerk
    prof. Jesus Huerta de Soto
    Thomas Woods
    Gary North
    Prof. Hans F. Sennholz
    Lew Rockwell

    itd….

  40. Ad. 39

    Niech Rysio daje ich po kolei. Bo wszystkich razem, to kibel się zapcha.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: