Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Ziemia gromadzi prochy

Posted by Marucha w dniu 2014-06-14 (Sobota)

Ziemia gromadzi prochy, autor Józef Kisielewski, Warszawa 1990, Instytut Wydawniczy PAX.

Prezentowana książka Józefa Kisielewskiego pt. „Ziemia gromadzi prochy” jest reprintem z jej II wydania, które ukazało się w 1939 roku w Poznaniu nakładem Księgarni św. Wojciecha.

Józef Kisielewski urodził się 26 lutego 1905 roku w Mościskach koło Przemyśla. Zmarł 20 lipca 1966 roku w Bandon w Irlandii. W kraju śmierć jego nie została upamiętniona żadnym wspomnieniem pośmiertnym. Takie były wówczas czasy.

Kilka ciepłych wzmianek, niewspółmiernych do zasług tego człowieka, ukazało się jedynie w prasie emigracyjnej. Wśród nich na przypomnienie zasługuje rzewne wspomnienie Mariana Czuchnowskiego, poety i kolegi po piórze Kisielewskiego w londyńskim „Dzienniku Polskim” z października 1966 roku, pod pięknym tytułem „Ocalona garstka popiołu – Pamięci Józefa Kisielewskiego.”

O samej książce Czuchnowski napisał tak: Ziemia gromadzi prochy”. Trzy słowa. Jeden tytuł. Jakież potężne proroctwo zawierał ten prosty tytuł. I jak celnie trafiał w podbrzusze historii. To jest niewątpliwie wielkie osiągnięcie Józefa Kisielewskiego, że trafił w sedno gorących dziejów. Tą książką odcisnął trwały ślad w literaturze narodów słowiańskich.

Jest to książka-proroctwo, książka pisarski biały kruk. Ocalona garstka popiołu. Książka ta ukazała się w przededniu II wojny światowej , w 1939 roku i była rezultatem specjalnej podróży, której zadaniem było spenetrowanie Pomorza Zachodniego, ale która z woli Autora ogarnęła całe słowiańskie przedpole aż po rogatki Hamburga.

Jak stwierdza on we wstępie: W książce tej spisałem wrażenia z podróży po Niemczech. Już przed wyjazdem wyjazdem istniał zamiar ujęcia spostrzeżeń podróżniczych w literacką formę (…) Chciałem napisać książkę o współczesnych Niemczech, powstała zaś praca o sprawach Słowiańszczyzny. Powodem tej zmiany nie były bynajmniej jakieś zdarzenia zewnętrzne, polityczne. Pod tym względem między latem 1937 i wiosną 1938 roku miało miejsce tylko jedno wydarzenie – wkroczenie wojsk niemieckich do Austrii w marcu 1938. Zmiana koncepcji nastąpiła na skutek zetknięcia się rzeczywistości dnia dzisiejszego z rzeczywistością historyczną dawnych ziem słowiańskich między Hamburgiem i Gdańskiem, między ujściem Łaby a ujściem Wisły. Książka ta bowiem była pomyślana jako wielkie przypomnienie i obrona naszego stanu posiadania.

Jak pisze Aleksander Rogalski:

Książka „Ziemia gromadzi prochy”, spełniając swoje przeznaczenie od woli autora już niezależne, przyczyniła się w niemałym stopniu do przygotowania świadomości patriotycznej Polaków do tego dziejowego wydarzenia, jakim się stało odzyskanie tak wielkich obszarów słowiańskich. Czytywali ją też Polacy, walczący o wolność poza granicami kraju, a to dzięki temu, że w roku 1941 ukazały się trzy jej wydania, mianowicie w Londynie, Edynburgu i Glasgow. I bardzo czytywana była w samym kraju, szczególnie w swej skróconej wersji, opublikowanej konspiracyjnie w Warszawie w roku 1943. Co więcej: stała się jednym z podstawowych źródeł edukacji w podziemu młodego pokolenia dziennikarzy, którzy sposobili się do działania po wojnie na ziemiach, które wtedy nazywano „postulowanymi”. Z kolei jak wspomina Gerard Labuda: zaraz po wybuchu wojny, podczas lat hitlerowskiej okupacji, każdy, u kogo podczas rewizji znaleziono jej egzemplarz, musiał się liczyć co najmniej z wysłaniem do obozu koncentracyjnego. Natomiast wszystkich tych, których sam Autor wymienił we wstępie jako swoich współpracowników, spotkał zaszczyt dostania się na listę ściganych przez tajną policję niemiecką (Gestapo). I ja też doświadczyłem tego losu …

Fragmenty książki

NA ZACHÓD OD FRANKFURTU

(…)

Towarzystwo Polsko-Niemieckie mieści się w kamienicy przySchillstrasse 8. Jest to dom wybrany na siedzibę takiego towarzystwa jak najtrafniej. Może został nawet specjalnie wyszukany? Mieszkają w nim trzy rodziny o nazwiskach polskich: zdaje się Kurnikowie, Skrzypczakowie i ktoś jeszcze. Wchodząc do bramy, wkracza się od razu we właściwą atmosferę. Nie odczuwa się obcości, a zarazem podziwiać trzeba subtelny takt naszych berlińskich przyjaciół w tych drugorzędnych nawet szczegółach. Każdy podróżnik szuka różnic i podobieństw. Jeździmy po Niemczech przez wiele tygodni i znajdujemy podobieństwa (o różnicach będzie mowa później, i to niejednokrotnie).

Na wielkiej kolejowej karcie Berlina wystylizowana jest w pewnym miejscu duża nazwa podmiejskiej miejscowości z okresu osadzania tu przez Fryderyka Czechów: „Nowawes”. W sierpniu r. 1937 jeszcze ta nazwa widniała na planach, była jeszcze we wrześniu, dopiero w październiku zmieniono ją na „Neudorf”. Między sierpniem a październikiem odbywały się uroczystości z okazji 700-lecia istnienia Berlina; jubilatom składa się podarki, które sprawiają przyjemność. Jednym z podarków ofiarowanych Berlinowi było owo wymazanie słowiańskiej nazwy przedmieścia, aby samo istnienie takiej nazwy nie pokusiło kogoś do zbyt drobiazgowego analizowania owych jubileuszowych siedmiu stuleci.

Lecz, mój Boże, to jeszcze pytanie, która nazwa piękniej i trafniej brzmi, zwłaszcza że „Neudorfów” jest w Niemczech na setki, a „Nowawes” była tylko jedna. Ot, taki rezerwat dawnej obfitości, a czy godzi się niszczyć rezerwaty? Za to pod Dreznem pozostała jeszcze nazwa „Marzana”. Niemieckie usta wymawiają taką nazwę nieprawidłowo „Marcana” i na pewno nie odgadują nawet, jaki ładunek groźnego romantycznego uroku kryje to imię, na które wysiliła się twórczość ludowa całej Słowiańszczyzny: „Marzana powiewem cię uciszy, Przyjdzie ci mir…”

(…)

PRAWEM WEYSSENHOFFA

W jednym z niedawnych numerów wspaniałego miesięcznika pod nazwą „Das Bollwerk, Zeitschrift fur die Pommersche Heimat”, wychodzącego w Szczecinie, znalazłem recenzję niemieckiego przekładu powieści Józefa Weyssenhoffa „Soból i panna”. Autor omówienia streścił utwór, podniósł jego wartość artystyczną, a w obszernym zakończeniu zajął się wytłumaczeniem nazwiska pisarza. Kto by sądził, że Weyssenhoff jest pisarzem rdzennie polskim, ten byłby w zupełnym błędzie. Autor „Sobola i panny” pisał wprawdzie po polsku, ale przecież samo nazwisko wskazuje, że pisarz jest pochodzenia germańskiego. To logiczne rozumowanie nie zostało podane w artykule dosłownie; spomiędzy wierszy jednak wynikało niezbicie: Weyssenhoff pisze pięknie i ciekawie, ale Weyssenhoff pochodzi z Niemców.

Przypominam sobie okoliczności, w jakich przeglądałem ten numer „Bollwerku”. Było to już w Szczecinie. W pięknej, gustownie urządzonej sali bibliotecznej, do której przez otwarte okno wpadało jesienne słońce i różnorodny gwar portowego życia, owiany nieodgadłym zapachem wielkiej wody. Do biblioteki poszedłem natychmiast po przyjeździe. Szczecin, stolica Pomorza Zachodniego, Szczecin, miasto bogate w biblioteki, zbiory, gabinety rycin! Czegóż się tam nie znajdzie! A przyjeżdżałem do tego miasta nie byle skąd. Z drogi, która posiadała marszrutę: Hamburg, Lubeka, Travemunde, Wismar, Butzow, Gustrow, Rostock, Stralsund, Gryfia, Anklam, Pasewalk-Szczecin. A więc sam nadmorski pas ziemi.

Co druga wieś, co drugie mijane miasto stroiło się w nazwę zakończoną na „ow” albo na „itz”. Całej drodze towarzyszyło wrażenie, że ci nadmorscy Niemcy rozkochali się po prostu w nazwach na takie słowiańskie zakończenia.I oto przejechało się taką drogę, przejechało, przemierzyło, przemieszkało, aby u jej końca, nad Odrą, w szczecińskiej bibliotece wyczytać, że Weyssenhoff był pochodzenia niemieckiego, i natknąćsię na uczoną sugestię, że z tego coś wynika. Trzeba bowiem wiedzieć, że „Bollwerk” to nie zwykłe pismo z obrazkami dla uciechy oczu i nudnych godzin. „Bollwerk” wykłada się na polskie: „Zapora” albo „Bastion”. Pismo poświęcone jest obronie i dowodowi. Do jego zadań należy utwierdzać dusze niemieckie na tych ziemiach. To, co w „Bollwerku” jest wydrukowane, uważać trzeba za wskazówkę, za drogowskaz, z którego wywodzą się prawa.

Z recenzji o Weyssenhoffa „Sobolu i pannie” też się prawo wywodzi – powinno ono nosić nazwę „prawa Weyssenhoffa”. Teraz już jest wszystko jasne. Z Hamburga do Szczecina jechało się po to, aby u końca tej drogi poznać „prawo Weyssenhoffa”. I taka zdobycz coś warta. Bo nie posługując się niczym więcej, tylko tym właśnie prawem wydrukowanym w oficjalnym, reprezentacyjnym „Bollwerku”, dokonujemy targu: za jednego Weyssenhoffa całą Słowiańszczyznę Połabską i Przyodrzańską! Cały szeroki brzeg morza od Elbemunde aż do Żarnowca. Przecież mniej więcej 75% wszystkich napotkanych po drodze nazw posiada rodowód słowiański. Już nie tylko końcówki na „ow” i „itz”, które z Warnowa zrobiły Warnow, z Karłowa – Carlow, z Pniowa – Pinnow, a z Kamienicy i Gliwic – Chemnitz i Gleiwitz, ale setki i tysiące innych: i Zarrentin, i Kraak, i Gnissau, Curau, Warin, Cramon, Molln, Kogel, Kropelin, Dabel i jakże się one tam wszystkie nazywają.

Aby zaś ktokolwiek nie sądził, że w takich aneksjach tkwi choć źdźbło literackiego zmyślenia, na kartach tego rozdziału znajdą się autentyczne fotografie z niemieckiego „Auto-Atlas von Deutschland”, wydanego przez firmę Stritzke i Rothe, Berlin C. 25. Świadcząc się niemiecką mapą nie spełniam, niestety, gestu oryginalnego. Zastosował go pierwszy jeden z wybitnych uczonych polskich, dr Józef Czekalski, w okolicznościach następujących: przed kilku laty odbywał się kolejny, wielki, międzynarodowy zjazd geografów. Na zjeździe wiele mówiło się o nazwach, błotach, lasach, depresjach i izotermach, słowem, o tym, o czym zawsze geografowie zwykli są mówić, gdy znajdują tylko chętnych słuchaczy. Wśród delegatów było wielu uczonych polskich z prof. Stanisławem Pawłowskim na czele. W jednym z odczytów padło twierdzenie, że całe środkowe i wschodnie Niemcy posługują się nazwami słowiańskimi.

Po referacie znad skłębionego mrowia zjazdowego wystrzelił las wyciągniętych rąk: tak wielu zapisywało się do głosu. Między innymi zapisał się do dyskusji dr Czekalski oraz jeden z najznakomitszych geografów niemieckich, uczony wielkiej miary i równie wielkiej sumienności. Polak był w kolei przed Niemcem. W przeciwieństwie do innych dyskutantów nie rozwodził się szeroko, nie udowadniał, nie sypał kunsztownymi argumentami i ekwilibrystyką dowodów: wyjął z teki plik map. Nie byle jakich. Najdokładniejszych map niemieckiego sztabu generalnego. Przez pół godziny czytał równym, wytrwałym głosem: nazwy. Później puścił w ruch między uczestników same dowody rzeczowe: rezultaty prac niemieckiego sztabu generalnego. Z przeglądniętych kart wynikało nie tylko to, że Niemcy posługują się nazwami słowiańskimi, ale że połowa terenu niemieckiego, zwłaszcza zaś ziemie nad morzem leżące, aż podminowane są słowiańskością.

Zapanowała konsternacja. Tym większa, że autorytet geograficzny nauki niemieckiej podniósł oczy krótkowidza znad dostarczonych kart, potem wstał i w głębokiej ciszy oświadczył:

– Herr Kollege, ich bitte mich von der Liste der Diskussions-teilnehmer zu streichen!

Zakołysała się na jedną chwilę w obszernej sali zjazdowej wizja wielkiej, szerokiej Słowiańszczyzny, na której zachodnich ziemiach rozsiadł się żywioł obcy, żywioł najezdniczy. Oczywiście , nieraz chciało się te kompromitujące ślady zatrzeć i wykorzenić. W ciągu wieków zabiegano, próbowano. Idą próby i obecnie. Ale nie tak łatwo zamordować – słowo!

(…)

Ścieżki polne szły swoją drogą, a ścieżki gasnącego nieba chodziły – swoją. Jedna nawracała uporczywie ku minionemu Hanowerowi. W miejsce, gdzie do słowiańskiej rzeki Łaby, z niemiecka Elbą przezwanej, wpada rzeka Jasna, obecnie nazywająca się Jeetze . Tam to w tych stronach, w okręgu luneburskim, w powiecie luchowskim i gartowskim, koło Dannenbergu leży – Wendland, czyli kraj Wendów, Wenedów.

Niemcy za pisarzami starożytnymi mówili na Słowian „Wendowie”. Jest to najstarsza nazwa, jaką dla Słowiańszczyzny znamy. Nie wiadomo, czy tak nazywali ją tylko obcy, czy i sami Słowianie tej nazwy używali. Wiadomo tylko, że Słowianie a Wenedowie to jedno. W obrębie nazwy były nawet liczne odcienie i odmiany. Mieszkańcy Skandynawii mówili Vani, ludy łacińskie Wenetowie, Grecy – Enetowie i Henetowie, a plemię Czudów do dziś nazywa Rosjan Wenne. Do dziś również Niemcy mówią na Słowian historycznych Wenden, przy czym dla Słowińców koło jeziora Łeby nazwę trochę zmieniają – z Wenden na Winden.

Takich „Wendlandów” (czyli rezerwatów Słowiańszczyzny), jak pod Hanowerem, jest na terenie Niemiec więcej, ale najsławniejszy, bo najbardziej na zachód posunięty jest Wendland hanowerski. Zawiera on resztki dawnego słowiańskiego szczepu Drzewian. Gdy myślę o tych wyspach słowiańskich na ziemi dziś niemieckiej, zjawia się stale ten sam obraz: wielkiej, płaskiej przestrzeni zalanej wodą. Sponad tej wody wystają wyższe wzniesienia. Zalew niemczyzny, choć gwałtowny, nie musiał być głęboki: wysp słowiańskich jest wiele. A żywioł słowiański, choć tak rzekomo słaby, rozlazły i nic nie wart, musiał być niesłychanie odporny: Wendland koło Hanoweru i drugi bardziej ku północy obok Hamburga mówił po słowiańsku jeszcze w XVIII wieku.

Że o tym wiemy, sprawił szczęśliwy przypadek. Tu sprawił, w innych okolicznościach szczęśliwego przypadku nie było.A sprawa miała się tak: w owym osiemnastym wieku, wieku rozbudzony ambicyj badawczych, pod wpływem nie wiadomo już jakich bodźców u ludzi zauważyło gwałtowne zanikanie zwyczajów i mowy miejscowej. Wśród tych zapaleńców jeden był tylko tubylec, szewc, zdaje się, inni przybyli z innych stron, nauczyciele i urzędnicy. Szewc nazywał się Jan Parum Szulc. On to wespół z przybyszami zebrał zabytki ginącej mowy, sporządził słownik i pozwolił nam dziś z całą pewnością wiedzieć o tym, że Słowianie połabscy mówili językiem zbliżonym do polskiego.

Warto uświadomić sobie: koło Hanoweru mówiono po słowiańsku za ostatniego króla polskiego, mówiono w roku wiedeńskiego kongresu i być może w chwili listopadowego powstania. Dziś już nie mówi nikt! Ale ślad został. Mieszkaniec dzisiejszego Wendlandu przemawia nie tylko odmiennym akcentem, lecz inaczej składa zdania, w słownictwie używa wielu stów przekręconych ze słowiańskich języków. Nie tylko zresztą to, sposób budowania chat i rozmieszczania wsi jest tam dotąd zupełnie słowiański, a zwyczaje ludowe różnią się od zwyczajów i dalszego terenu. Gdy się wspomni,że rezerwaty te utraciły wszelką niepodległość jeszcze przed czasami Mieszka I – miara trwałości ukaże się w skali z górą, Wielka miara!

Czytelnikowi należy się pewne objaśnienie. Obrazu i metafory nie może pisarz rzucać beż żadnej odpowiedzialności. Podobieństwo z płaszczyzną, którą zalała woda obcego żywiołu, posiada swoją logikę i swoje znaczenie. Zalew szedł od zachodu , ściśle mówiąc od rzeki Renu. Od tej granicy aż do granicy dzisiejszych Kaszub opanowywał teren stopniowo. Dlatego też w śledzeniu resztek słowiańskich napotykamy na trzy odrębne tereny.

Pierwszy idzie ten, który leży między Renem a Łabą. Najdawniej opanowany. W czasach Karola Wielkiego, albo jeszcze przed nim. Tu ślady są bardzo nikłe, zatarte, wgniecone w ziemię. Aleprzecież są. Wendland hanowerski jest tego świadectwem. Mowa słowiańska musiała zniknąć z powszechnego użycia gdzieś koło wieku XIV, a ostatki jej zamilkły na początku stulecia dziewiętnastego.

Drugim z kolei terenem jest przestrzeń pomiędzy Łabą a Odrą. Jest on świeższy, później zdobyty i później wynarodowiony.Niepodległość tych terenów kończy się na początku XII stulecia, a mowa słowiańska przycicha gdzieś w pięć, sześć wieków później, przy czym jest rzeczą pewną, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu znalazłoby się w jakimś zakątku tego terenu ludzi mówiących po słowiańsku.

Najpóźniej zniemczony został teren między Odrą a jeziorem Łeba. Te obszary długo, aż do końca średniowiecza i później, jeszcze w szesnastym wieku utrzymywały związek z Polską i do tego czasu po polsku mówiły powszechnie.Ich gwałtownemu, ale nierównomiernemu zniemczeniu przysłużył się Fryderyk Wielki, który szczególnie na te strony zawziął się i zamierzył. Ale mimo całej jego gwałtowności do dziś jeszcze w niektórych okolicach mówią ludzie tutejsi po polsku. Takie zastrzeżenie było konieczne. Bo kto w Polsce pamięta te sprawy? Kto jest świadom tego, że wymawiając nazwy: Hanower, Kassel, Eisenach, nazwy rzek: Łaba, Solawa, Werra, Fulda, Wezera, Men i Ren – potrąca o popioły swoich praojców drzemiące pod płytką powierzchnią ziemi!

Gdy pod Eisenach zwiedzaliśmy wielkie zamczysko Wartburg opromienione życiem i legendą św. Elżbiety – była niczym nie zamącona pewność, że mamy do czynienia z najczystszą emanacją niemczyzny. O Wartburgu śpiewają pieśni niemieccy minnesingerzy i składa opery Wagner, na Wartburgu odbywały się turnieje rycerskie i mieszkali raubritterzy; snuł się tam epos wielkiego mitu germańskiego. I oto naraz przy Wartburgu – Słowiańszczyzna. Choćby z tej prawdy nic innego nie wynikało, w każdym razie całe nasze pojęcie o źródłach, o podstawach kultury i cywilizacji niemieckiej doznaje gwałtownego przetasowania. Pada jakieś nagłe, ukośne spojrzenie na całą rycerską epopeję niemiecką: czy jej zręby nie budowały się na powalonym olbrzymie słowiańskim? I czy nie z niego przepłynęły wszystkie ożywcze soki? Bo pod tym właśnie Wartburgiem, w okolicach Eisenach uczony niemiecki znalazł osady „Grosz” i „Wenigen” Lupitz.

Tych słowiańskich nazw jest tu wiele. Wystarczy zajrzeć do którejkolwiek monografii specjalnej, aby stanąć wobec takiej mnogości, że niefachowcowi nawet ogarnąć ją trudno. A pracowity kanonik winnogórski ks. Stanisław Kozierowski drukuje a drukuje swoje atlasy nazw geograficznych Słowiańszczyzny Zachodniej. Część trzecia atlasu przyniesie okolicę Hamburga z nazwą na nazwie słowiańskiego pochodzenia. Święty biskup Bonifacy (ósme stulecie naszej ery) pisze do Rzymu epistoły z wezwaniem o wsparcie misji wśród Słowian zamieszkujących Hesję. Tyle ich tam jest, że dotychczasowa misjonarska obsługa podołać nie może. Więc Hesja, więc Turyngia. A okolice Harcu, który Ptolomeusz nazywa Milibokusem? Do dziś dnia są tam nazwy, na których dnie dźwięczą zniekształcone słowiańskie słowa. A we wsi Windehausen stoi stara, święta figura. Figura wyobraża Matkę Bożą Bolejącą, która trzyma umęczone ciało Syna swego. Lud okoliczny otacza rzeźbę wielką czcią, a od dawien dawna zwykł ją nazywać „Pommai-bog”.

Wspominki słowiańskie splatają niekiedy zabawne skojarzenia. Opodal Merseburga (tego samego Merseburga, do którego Bolesław Chrobry przyjeżdżał jako gość cesarzów rzymskich) znajduje się miasteczko, które nosi nazwę Eisleben. Miasteczko posiada przedmieście Siebenhitze. Pamiętne jest tym, że tu właśnie urodził się Marcin Luter. Siebenhitze, dosłownie siedem upałów, zdawałoby się nie ma nic wspólnego ze Słowiańszczyzną. Wszakże ma. Dawniej nazywała się ta miejscowość Sebenica, czyli szubienica. Jest w tym szczególe osobliwy smak: Marcin Luter urodził się w słowiańskiej wsi i akurat w Szubienicy! Zresztą za czasów Lutra mówiono tu wszędzie po słowiańsku, co zaznaczono wyraźnie w pismach mistrza Marcina.

Nazwy, wspomnienia, pamiątki. Nazwy nie tylko te, w których tkwi pierwiastek słowiański, ale wszystkie, w których występuje określenie „wenden”, „schwenden”, „windischen”, „wunschen” i „winde”. Zaścielają gęsto ziemię tutejszą, występują we wschodnim Holsztynie, w którym mieszkających Słowian nazywał kronikarz „potężnymi na lądzie i morzu”, w Jutlandii, w Danii. Jedna z wysp duńskich do dziś dnia nosi nazwę „Grossbrode” – Wielki Bród.

Świadectwo dochowały nie tylko nazwy, dochował je również szczątkowy obyczaj. A przede wszystkim budownictwo. Niemiecki sposób budowania przyjmował linię prostą, wzdłuż której osadzały się budowle. Przeciwnie budował Słowianin. Jego wieś miała formę skupioną dokoła placu. W tym budowniczym rysie przebijał pradawny słowiański obyczaj i forma współżycia gromadnego, łącznego: wszystkie sprawy wsi były załatwiane wspólnie na zebraniu ojców rodzin.

Jeśli kto dobrze prześledzi rozplanowanie wielu wsi na linii Łaby, spostrzeże oczywiste metody słowiańskiego budownictwa. Dr Sieniawski, autor książki „Pogląd na dzieje Słowian”, pisze: „W kraju Chauków starożytnych dokopano się śladów prastarej kultury, a mianowicie odnaleziono w głębokości kilku stóp pod powierzchnią drogi bite, dalej ślady domostw z ogrodem, gdzie poznać jeszcze, że drzewa sadzono w rzędach regularnych”.

O takich znaleziskach, które budzą czujność, można pozbierać notatek wiele. Lecz któż je dokładnie zanalizuje, zbada i sprawiedliwie osądzi? Można tylko opierać się na przypadkowych odkryciach, na nikłych śladach, jak ten ślad dzikiego bzu pod Hennebergiem między Werrą a Fuldą. Spostrzeżono tam mianowicie, że w bardziej odludnych okolicach rosną całe gaje dzikiego bzu. Wiadomo zaś z dawnych kronik, że Słowianie połabscy mieli w szczególnej czci krzewy bzu. Wsie ich były otaczane gęstym bukietem tego drzewa. Wsie słowiańskie zamarły, ale bez pozostał; zdziczał, ale stanowi ślad i wskazówkę.

Na fryzyjskiej wyspie Amrum ojca nazywa się „aati”, na wyspie Fohr – „oti”, na pobliskim zaś lądzie stałym „tate”. Nad Renem w pewnych okolicach na małe dziecko mówią wieśniacy „kleine dietzke”, „kładź się” brzmi „klatsch dich”, oraz rozpowszechnione jest słowo „pritsch” – precz. W Westfalii zaś na chłopów mówią „klopleute”.

Aleksander Bruckner przypomina Niemcom, że nie mogą oni jednego sensownego zdania skleić bez użycia słów pożyczonych z obcych języków, przede wszystkim zaś z języka łacińskiego. Nasuwa się pytanie, czy innego jeszcze przypomnienia nie należy postawić również na wielu terenach niemieckich, na których kiedyś słowiańska kwitła mowa. Co do pochodzenia wielu słów z języków słowiańskich, znalazłoby się pewnie dużo słownych rodowodów, ale w większym jeszcze stopniu można by rozwiązać zagadkę wielu dialektów niemieckich, na przykład, tego z okolic Hanoweru. Oto trochę znaków i śladów. Z pierwszego, najdalszego, najbardziej przysypanego zapomnieniem terenu. czy docierają tu echa i pogłosy „Prawa Weyssenhoffa”?

(…)

NAD SŁOWIAŃSKIM MORZEM

Specjalną satysfakcję sprawia odczytywanie historii słowiańskiego państwa Obotrytów. A zwłaszcza pewnego drobnego szczegółu z tej niedługiej, niestety, historii. Aby należycie rozsmakować się w tych przekazach historycznych, potrzebne jest krótkie wyjaśnienie dotyczące książąt saskich. Saksonia owych czasów, końca pierwszego tysiąca lat ery chrześcijańskiej, nie ma nic wspólnego z dzisiejszym Dreznem i jego okolicami. Prawdziwa, historyczna Saksonia rozciągała się właśnie nad morzem, po lewej stronie rzeki Łaby, a Saksoni dawnych średniowiecznych map byli tymi samymi Saksończykami, którzy podejmowali wyprawy do Brytanii i dostali się do oficjalnej nazwy Anglosasów jako jej druga składowa część.

Sposób zawędrowania nazwy znad morza aż w okolice Drezna jest jednym z tych onomatycznych żartów, jakie tak często lubi płatać historia. W ciągu wieków przesunęła się nazwa z jednego terenu etnograficznego na drugi. Stało się coś podobnego, jak z Prusami, gdzie nazwa przeszła z ludu bałtyckiego na lud germański i powędrowała kilkaset kilometrów na zachód.

Otóż jest pewna chwila w historii, kiedy ci Saksończycy, jeden z najkrwawszych, najbezwzględniej szych i najbardziej pozbawionych sumienia ludów germańskich – skarżą się płaczliwymi słowami na bitność słowiańskich Obotrytów. Skarżą się swoim biskupom, piszą skargi do Rzymu, rozwlekają płaczliwe lamenty wobec całej Europy. Oni, oprawcy i zbóje, jakich mało zna historia, bezwzględni i pozbawieni skrupułów, dla których wyrżnięcie całego plemienia jest nie wartą wzmianki drobnostką – oni właśnie nie mogą sobie dać ze Słowianami rady!

Co prawda, sytuacja jest paradoksalna: skarży się oprawca, że ofiara nie chce potulnie kłaść łba pod topór. Ale i nie o ten paradoks chodzi. Chodzi właśnie o to, że przecież raz za całą mękę i wszystką krew nad rzeką Łabą wylaną – Słowianie porzucili swoją marzycielską dobrotliwość i dali Niemcom łupnia jak się patrzy. Więc jednak, gdy się chce, można przełamać „przeznaczenie”?

Obotryci byli ludem najbardziej z całej Słowiańszczyzny na zachód wysuniętym. Oni nad Bałtykiem, Serbowie łużyccy trochę niżej, na południu. Takie dwa przedmurza słowiańskie na Zachodzie. Ponieważ zaś Obotryci opierali się jedną swoją granicą o Łabę, noszą nazwę Słowian połabskich.Oni pierwsi, licząc od zachodu, „in fronte totius Slaviae”.

Państwo Obotrytów składało się z czterech spojonych ze sobą szczepów: Wągrów, Połabian, Warnów i Obotrytów właściwych. Dopiero po nich szli Weleci, a na końcu Pomorzanie. Taki szeroki słowiański pas wzdłuż brzegu: Obotryci, Weletowie, Pomorzanie. Pas tak bardzo słowiański i tak ugruntowany, że począwszy od IX wieku aż w późne średniowiecze nazwa morza brzmiała: nie żadne „Ostsee”, nie żaden Bałtyk, ale właśnie Morze Słowiańskie, „Mare Svevicum”. Na starych mapach nazwa wymalowana w całej okazałości, wyraźnie, poglądowo.

Gdy się tak ten nadmorski pas rozważa, nie trzeba sądzić, że były na nim tylko te trzy ludy. Nie, szczepów słowiańskich było bez liku; różnych, o dźwięcznych i melodyjnych nazwach: Doleńców, Smolan, Wielunian, Byteńców, Linian, Wołynian, Wkrzanów, Stodoran, czyli Hobolan i innych. Że się akurat wspomina Obotrytów, Weletów i Pomorzan, to dlatego, że te trzy szczepy okazały najwięcej aktywności, ujęły pobratymców silną dłonią i stworzyły organizmy państwowe. Odegrały one w alchemii historycznej rolę magnesów, ku którym zbiegały się – czasem dobrowolnie, czasem zaciągane siłą – drobne opiłki szczepowe.

Dokumenty pisane znają Obotrytów dawno, w głębi VIII stulecia, a nawet jeszcze dawniej. Zrazu kronikarze niemieccy nie mówią o nich nic złego. Obotryci są spokojni, pracowici, układni. Zajmują się kupiectwem, rolnictwem i połowem ryb. Znane są w ich kraju wielkie porty morskie i bogate miasta z ludnymi dzielnicami targowymi. Aż od pewnej chwili opinia się zmienia. Spokojni obywatele państwa obotryckiego awansują w kronikach na rozbijaczy najwyższego stopnia.

Cóż to wpłynęło na tak radykalną zmianę spokojnego charakteru? Wpłynął pociągający przykład. A miało się tak: Sasi byli chrześcijanami, Obotryci tonęli w pogaństwie. Istniała wówczas, w okresie wypraw misyjnych, umowna zasada, że ziemia pogańska jest niczyja, terra nemini. Że jest tego, kto ją zdobędzie i doprowadzi do światła prawdziwej wiary. Rzym był daleko, któż mógł badać, jakimi sposobami odbywać się będzie to „doprowadzanie”! A zresztą w owych czasach inne panowały pojęcia o wielu sprawach życia. Dość, że książęta i margrabiowie sascy wywiesili transparent: żołnierze wiary, milites ecclesiae. To było na wierzchu, pod spodem zaś było co innego: łakomstwo cudzej ziemi. W jednym miejscu swego wspaniałego polemicznego listu do historyka niemieckiego Teodora Mommsena napisał Oswald Balzer takie słowa, wspominając prawdopodobnie i czyny Saksończyków:

Dla znacznej części plemion niemieckich interesy kultury łączyły się zawsze z interesem państwowym, i to tak, że interes państwowy stal na pierwszym miejscu. Oni nieśli cywilizację na słowiański wschód, ażeby przysporzyć sobie korzyści politycznych, a nie wahali się porzucać jej sprawy wtedy, kiedy ich własne, samolubne cele polityczne wymagały jakiegoś poświęcenia. W wyższym stopniu politycy i germanizatorowie aniżeli cywilizatorowie, utożsamiali pojecie kultury z pojęciem swego państwa i narodowości; rozumieli i chcieli wmówić w świat, chcieli nawet, aby świat w to uwierzył, że droga do cywilizacji prowadzi tylko przez Niemcy i że nie ma większego szczęścia dla innych ludów, jak dostać się tą drogą do wyższej doskonałości.

Jakżeż bo to zmieniają się poglądy i punkty widzenia zależnie od egoistycznych potrzeb! Janusz Stępowski, któregośmy podczas podróży spotkali, twierdzi, że jeżeli świat nie ma być nazwany domem wariatów, powinna w nim panować jakaś konsekwencja. Ziemia pogańska jest ziemią niczyją. To w takim razie, czyją jest dzisiejsza ziemia niemiecka, którą ogłasza się za neopogańską? Czy Reichsleiter Alfred Rosenberg mógłby dać na to zupełnie szczerą odpowiedź?

Sytuacja Obotrytów nie była łatwa. Wzięci zostali w dwa, jeśli nie w trzy potrzaski: z jednej strony Dania, która późno przyjęła chrześcijaństwo, kilkakrotnie wracając do barbarzyństwa, ale oficjalnie w tych czasach była już chrześcijańska, z drugiej strony Sasi, a jeszcze osobno Frankowie, którzy za czasów Karola Wielkiego dalekie w głąb Słowiańszczyzny zapuszczali zagony. Jakże w tej sytuacji mógł ostać się niewielki twór polityczny, nie przekraczający powierzchnią połowy dzisiejszej Małopolski? Zrazu wydawał się możliwy tylko jeden sposób: przymierza. Przymierza z Frankami przeciw Duńczykom – później, gdy ta kombinacja polityczna nie bardzo się powiodła, z Duńczykami przeciw Frankom.

Państwo obotryckie miało charakter monarchiczny, w przeciwieństwie do Weletów, którzy byli demokratycznego ducha. Często czyta się w kromkach imiona książąt obotryckich; jeden książę nazywał się Dróżko, inny Sławomir, Mściwej, Gotszalk, Henryk, Kruto i wielu innych. Dzielni to byli ludzie, umieli prowadzić politykę i wiązać się sojuszami. Ale już rychło wszyscy oni zmiarkowali, że żadne sojusze nie pomogą, gdy nie będą dbali o siebie sami.

I oto zachodzi fakt, który w dziejach niewiele ma sobie równych: małe księstewko, obstawione z kilku stron potężnym a drapieżnym nieprzyjacielem, wytwarza na dwa stulecia taką prężność na swoim małym terenie, że nikt nie jest w stanie złamać tej siły. Słowianie stają się wielką potęgą morską (niebawem i sąsiedni Weleci, a zwłaszcza Ranowie z Rugii zaprezentują się równie dobrze w tej roli – w roli narodów morskich!). Rzemiosła morskiego mieli się czas i okazję nauczyć. Brzeg morza w tamtych stronach jest bardzo urozmaicony, wiele na nim zatok, zalewów, przesmyków, półwyspów, rozgałęzień. Sposobności było więc mnogo, żeby się fachu rybackiego i żeglugi przybrzeżnej nauczyć.

(…)

Wiem z własnego doświadczenia, że ku mapie tych okolic rzadko kto w Polsce spogląda. Ile przy całym wykształceniu, maturach i dyplomach znalazłoby się luk w wiedzy współczesnego człowieka? Również w wiedzy geograficznej: dużo jest w atlasie map takich, które się zwykło często przeglądać, ale jest również sporo takich, które przedstawiają grząskie dziury w wiedzy geograficznej współczesnego człowieka. Podobny on jest w tej swojej niekonsekwencji do średniowiecznego rysownika map: gdy ten nie znał jakiejś okolicy albo znał bardzo mgliście, na rysowanej przez siebie mapie pisał – terra ubi leones. To znaczy miejsca, gdzie znajdują się lwy. A skoro na tych miejscach znajdują się lwy, więc rysownik nie może wiedzieć, co się tam dzieje. Przykro bowiem spotkać się z lwem.

Dla wielu Polaków ziemia od Hamburga po jezioro Łeba jest również terenem „ubi leones”, terenem najmniej znanym ze wszystkich okolic całej Europy! Historia postawiła tam jednego lwa, symbolicznego – Henryka Lwa. Ale Polacy odznaczali się zawsze dzielnością. Czyżby duch rycerski tylko w stosunku do tego terenu zawodził? Więc łamiemy przyjęty zwyczaj i schylamy głowę nad kartą północnych Niemiec, na której znajdują się trzy niemieckie regencje, czyli województwa: „Hannover”, „Mecklenburg” i „Pommern”. W pewnym miejscu tego terenu wpada do morza rzeka Warna, obok zaś znajduje się miasto Rostock, dawna słowiańska Roztoka (tak jak niedalekie miasto Wismar nazywało się po słowiańsku Wyszomir).

To miejsce jest ważne, bowiem rzeka Warna stanowiła granicę pomiędzy państwem Obotrytów a państwem Weletów, czyli Lutyków, które u wielu historyków zwie się „związkiem weleckim”. Zwie się zaś dlatego, że i tu wiązały się w jedno cztery szczepy, quattuor populi: Redarów, Dołężan, Czrezpienian i Chyżan, nie licząc innych, jak Wkrzan i Stodoran, którzy ku temu związkowi się skłaniali. Ów związek czterech szczepów był tworem republikańskim, którego spójni nie tworzyła władza książęca, ale wspólny kult religijny boga Swarożyca, mieszkającego we wspaniałej, bogatej świątyni w Radgoszczy. Świątynia znajdowała się w kraju Redarów, Redrami z niemiecka później zwanych, ale nazwę państwu nadał inny szczep, szczep dzielny i wojowniczy, Weleci, którego nazwa najrozmaitsze przechodziła zmiany: Wilków, Lutyków, Vilzów, Wilczków i Wuczków (jedna ze skandynawskich sag, Wilkinasaga, wspomina Wilkinland, miasto Wilkinaborg i króla Wilkinusa; nazwa z łacińska brzmi Weletabi).

Wiele było tłumaczeń nazwy: jedni wyprowadzali ją od słowa wilk, na oznaczenie dzielności plemienia, inni od przymiotnika „welci”, czyli wielcy. I ci pewnie mają rację.Właściwa w każdym razie była to nazwa. Plemię Weletów uchodziło za wielkie, mężne i roztropne. Bronili swej niezależności przed niemiecką inwazją tak uparcie, że – jak pisze historyk – „u samych Niemców budził (ten naród) respekt dla siebie”.

Trzeba tu trochę bliżej zarysować charakterystykę: Obotryci byli mężni męstwem rozpaczy, stawiani bywali w nieustanne, zewsząd czyhające niebezpieczeństwo, więc też ten twór polityczny, jaki stanowili, posiadał coś z partyzantki, coś z dorywczości. Weleci natomiast posiadali więcej znamion trwałych, ich państwo było tworem politycznie zorganizowanym, silnym, mocno w granicach osiadłym, prowadzącym normalne życie gospodarcze, polityczne, obyczajowe i religijne. To był organizm, który przy trochę tylko bardziej sprzyjających okolicznościach mógł stworzyć byt samodzielny na zawsze. Weleci posiadali swoją armię, flotę, miasta, grody, cały system władz i obowiązujących praw. Mieli przemysł: bartnictwo i pszczelnictwo, ogrodnictwo, sadownictwo, chmielarstwo, winiarstwo, mielnictwo, piwowarstwo i miodowarstwo, zaczątki górnictwa i wiele innych gałęzi przemysłu i rękodzieła. Choć w zasadzie i w istocie swej byli ludem pastersko-rolniczym, cywilizacja materialna stała tu bardzo wysoko, na co nie bez decydującego wpływu musiało być bliskie morze i ożywiony morski handel.

Dość powiedzieć, że w porównaniu z ówczesną Polską, która akurat wtenczas wchodziła na arenę dziejową, Weleci są krajem o wiele bardziej cywilizowanym, bardziej zamożnym i w ogólnym postępie wyżej postawionym. Byli demokratami. „Związek welecki” stanowił republikę teokratyczną. Słowianie zawsze odznaczali się rysem tolerancji i demokratyzmu, ale Wilkowie ten wrodzony rys narodowy najbardziej ze wszystkich ku skrajności posunęli. Byli niezmiernie ciekawym przykładem. Można przypuszczać, że do pewnego czasu posiadali ustrój monarchiczny. Ale przyszedł jakiś okres kataklizmów, kiedy w cale plemię wstąpiła odraza do rządów książęcych. Postanowiono rządzić się republikańsko. Ta nienawiść do monarchii była tak silna, że wystąpili przeciw Polsce i zawarli przymierze ze znienawidzonym Niemcem tylko z bojaźni przed władzą książęcą, idącą od polskich stron.

Demokratyzm był to zresztą osobliwego rodzaju. Tak samo osobliwego, jak i monarchizm Obotrytów. Owa osobliwość u jednych i drugich tkwiła w cechach charakteryzujących życie zespołowe wszystkich plemion słowiańskich, tkwiła w zasadzie, którą można uważać za jedną z najważniejszych granic pomiędzy Słowianami i Germanami.

U Germanów życie społeczne opierało się zawsze na zasadzie przewodnictwa jednego nad drugimi, na zasadzie wodzostwa:drogą wyboru wojskowego, a najczęściej drogą samozwańczej siły wysuwał się na plan pierwszy j eden Człowiek i ten rządził samowładnie całą grupą społeczną.

Wręcz przeciwnie u Słowian. Tu podstawą jest ustrój rodowy. Grupę społeczną stanowi zespół rodów, nie zespół jednostek. Charakter rodowy wysuwa się zawsze ponad charakter wojskowy. Władza wyprowadza się z ustroju rodowego i dosięga jednostkę poprzez ród. Między władzą a człowiekiem stoi czynnik pośredni – przywódca rodu. Ród, składający się z ludzi jednej krwi, wybiera sobie władykę, który sprawuje rządy nad całością, ale nie samowładne – mocno ograniczone i obwarowane nieprzekraczalnym obyczajem.

(…)

POLSKA POWSTAŁA KU ODRZE

Szczegół historyczny jest lekceważony. Przesłaniają go wielkie, gromkie wydarzenia. Ale szczegół jest ważny. Na przykład ten, który jest odpowiedzią na pytanie: jaki był pierwszy, historycznie zanotowany fakt z historii Polski? Liczne prace uczonych, którzy posługiwali się zarówno dokumentem jak i dedukcją, przedstawiły postać pierwszego historycznego władcy polskiego w pełnej, wszechstronnej potędze. Chrzest w roku 966 jest wspaniałym czynem pierwszego Piasta: ten czyn wprowadził Polskę na arenę wielkiej historii, ale przyćmił trochę samego Mieszka, jego ludzką, mniej hieratyczną, mniej uroczystą naturę. Naturę człowieka z krwi i ciała, który miał swoje kłopoty, zmartwienia i ambicje.

Gestem, na którym historia przyłapuje po raz pierwszy Mieszka, jest sprawa nie mająca nic wspólnego z uroczystym splendorem. W roku 963, na trzy lata przed chrztem Polski, kronikarz Widukind notuje, że Mieszko, książę polski, zostaje pokonany na Pomorzu Zachodnim przez Lutyków (Weletów), na których czele stał banita i obieżyświat niemiecki graf Wichman. Pierwszy historyczny gest powstającej Polski zwrócony jest w stronę Bałtyku, do ujść rzeki Odry.

To wyszukiwanie pierwszego gestu może jest dla kogoś drobiazgiem, może wydać się manią zbierania osobliwości i ciekawostek, ale ten drobiazg i ta osobliwość posiada swoje bardzo wymowne znaczenie. Pomiędzy wielkimi a małymi motywami w historii jest ta tylko różnica, że wielkie zostały wyzyskane, rozwinęły się wspaniale, a małe – uschły. Ale istniał czas, kiedy wszystkie były sobie równe, we wszystkich drzemały takie same możliwości. Jedne się rozwinęły, drugie zwarzyły. podobnie jak jedne ziarna się przyjmują, drugie usychają.

Pierwszy historyczny gest Mieszka jest dla wielu ludzi współczesnych takim ziarnem uschniętym, o którym nie wie się nawet, że było i gdzie jest obecnie zakopane. Ale swego czasu, w chwili stawania się Polski miał ten gest pełną i jakże dramatyczną treść, przerastającą wiele spraw innych. Notatka kronikarska z roku 963 świadczy o tym, że władca Polski chciał zdobyć Pomorze, zwłaszcza tę jego część, która leży u ujścia Odry, ponieważ wschodnią cześć Pomorza razem z Gdańskiem Mieszko I był już posiadł poprzednio. Odnosi się wrażenie, że to sięgnięcie po Szczecin i Wołyń było kończeniem jakiejś zaczętej roboty. Na taką myśl naprowadzają okoliczności kronikarskiej notatki.

Ta notatka, tych parę skromnych słów posiada ostrość miecza: przecina na dwie połowy pewne wielkie procesy. Wszystko, co było przed tą pierwszą datą, wydaje się ciemne, zamazane i niedocieczone. Poza nią jest już światło i jasność. Ktoś zrobił takie trywialne, ale plastyczne porównanie o początkach państwa polskiego: przedhistoryczne dzieje Polski przypominają wielki skórzany wór, w którym zamknięto wiele małych, lokalnych sił. Człowiek obserwujący ten wór z zewnątrz widzi tylko powierzchnię, pod którą kłębi się jakaś zziajana sarabanda rozlicznych mocy, jakiś żywy ukrop. O jego istocie nie wiemy nic, z wyjątkiem tego, że w całości jest to ukrop słowiański.

W pewnej chwili do tego skórzanego bukłaka podchodzi człowiek imieniem Widukind i wór przecina. Z wnętrza wysypuje się rezultat skłębionych zmagań. Rezultat taki: jedna z sił wzięła za łeb wszystkie inne sobie pokrewne; zdołała połączyć w swoich dłoniach wiele terenów: Polan, Ślęzan, Lubuszan, Wiślan, Kujawian i wschodnich Pomorzan; osobno tylko leży jeszcze Pomorze Zachodnie. Ale gdyby ktoś dobrze popatrzył na zawartość wora w chwili jego otwarcia, dostrzegłby, że siła zwycięska, czyli właśnie Mieszko I akurat zabiera się do opanowania i tego ostatniego terenu. Częściowo płynie, częściowo idzie linią Warty, Noteci i Odry, aby dobić do Szczecina i tym samym gestem ujęcia w ramiona wcielić go do gotowej już formy.

(…)

Po klęsce na Pomorzu Mieszko wrócił do domu. Zaraz potem doprowadził do pomyślnego zakończenia pertraktacje z Czechami, ochrzcił się, ożenił i otrzymał posiłki swego teścia, czeskiego Bolesława. Cztery lata zajęły mu te ważne i niełatwe sprawy. Gdy je pozałatwiał, nie mitrężył ani dnia dłużej ponad konieczną potrzebę, nie siedział w Krakowie, nie popasał w Poznaniu, ani w Gnieźnie, ani we Wrocławiu, lecz tą samą drogą – Wartą, Notecią i Odrą poszedł na Pomorze, ku Szczecinowi.

Stał nad światem rok 967. Wichman był grasantem i hazardzistą,Mieszko konsekwentnym politykiem. Mógł polityk raz doznać porażki, ale na dłuższej przestrzeni musiał odnieść zwycięstwo: polityk pobił grasanta. Złączone wojska Wilków (Lutyków, czyli Weletów) i Wołynian pod dowództwem Wichmana zostały ciężko pobite. Sam zaś wódz poległ. Klęska spotkała nie tylko Wichmana, nie tylko Lutyków, dotknęła kogoś, kto stał w kulisach: książąt saskich, którzy knuli intrygę i szczepy słowiańskie judzili przeciw innym słowiańskim szczepom. Ciekawe to sprawy.

Wichman był banitą cesarskim, ale w jego narzuceniu się na wodza Słowian nadodrzańskich maczali swe ręce Niemcy. Trzeba dodać, że Niemcy-chrześcijanie, na każdym kroku podkreślający swoje oddanie sprawom krzyża. W interesie Kościoła leżało niewątpliwie, aby Pomorzanie, a także Wilkowie-Lutycy przyłączyli się do wielkiej grupy szczepów słowiańskich, jaką stanowiła nawracająca się Polska, i razem z nią przyjęli chrzest.

U książąt saskich, kulturtragerów i prononsowanych apostołów, raz jeszcze zwyciężył interes osobisty nad dobrem religii chrześcijańskiej: woleli, aby Lutycy i Pomorzanie na kilka dalszych wieków brnęli w pogaństwie, aniżeli, żeby Polska miała się zająć ich nawróceniem. Podszczuli przeciw sobie dwa bratnie szczepy. To szczucie weszło teraz do stałego repertuaru niemieckiej polityki i trwało kilka wieków, do tej mianowicie chwili, kiedy Niemcy, uporawszy się z Obotrytami i zachodnimi Lutykami – byli już przygotowani do zajęcia Pomorza Zachodniego.

Przez całe panowanie Mieszka I, następnie Bolesława Wielkiego, aż po czasy Krzywoustego Lutycy północni (nadbałtyccy) i południowi (na południowy-zachód od Szczecina) byli zawziętymi wrogami Polski. Dawali się namawiać na chwilowy sojusz Niemcom i Czechom. Zwłaszcza ci pierwsi w mistrzowski sposób umieli wyzyskiwać swarliwość szczepów słowiańskich, aby małych Lutyków i większych Czechów użyć za narzędzie swej przeciwpolskiej, a w dalszej konsekwencji i przeciwsłowiańskiej polityki.

Jeśli chodzi o Czechów, ta swarliwość nie odstąpiła ich na całe tysiąc lat. W roku 1938 wpadają w sidła, które na nowo po traktacie wersalskim zaczęli na siebie motać.Nic się tam nie zmieniło przez tysiąc lat. W roku 965 Ibrahim Ibn Jakub wypisał pewną sentencję i ta sentencja jest tak żywa, jakby ją napisano wczoraj: „I w ogóle Słowianie są to ludzie odważni i zaczepni. Gdyby nie było wśród nich rozdwojenia wskutek wielu rozgałęzień ich pokoleń (plemion) i rozdrobnienia ich plemion, żaden lud na ziemi nie mógłby się potęgą z nimi mierzyć.”

(…)

Poznań jest sercem Polski. Wokół tego centrum rozchodzą się promieniami miasta peryferyjne: na południu Kraków, na wschodzie Kruszwica, Giecz, Włocławek, Gniezno, na północy Gdańsk, Kołobrzeg, Kamień, Wołyń i Szczecin, na zachodzie zaś Lubusz, Krosno, Santok, Głogów, Wrocław, Niemcza. Wrocław, leżący dziś kilkadziesiąt kilometrów od granicy polskiej, w owych czasach był grodem kresowym, ale nie granicznym; jeszcze cały szmat przestrzeni miał przed sobą.

Warto przecież pamiętać, że jest taka chwila po śmierci Krzywoustego, kiedy Piastowie śląscy, Henryk Brodaty i Pobożny, a szczególnie Henryk Probus (Prawy) sięga po polską koronę królewską i bynajmniej nie myśli o Krakowie jako o swojej siedzibie. Takie były możliwości: że serce Polski przesunie się jeszcze bardziej na zachód, że Polska będzie jeszcze bardziej państwem zachodnim.Kto uświadomi sobie ten fakt, zrozumie, dlaczego pierwsi Piastowie tak wielką rolę przypisywali Odrze, dlaczego kronikarz utrwalił pierwszy gest pierwszego władcy Polski na tle owej rzeki. Ściśle rzecz biorąc, nad tą właśnie rzeką zawiązywał się początek państwa.

Odra jest rzeką politycznej koncepcji Polski Piastowskiej. Znaczenie rzeki polega nie tylko na jej samym strumieniu; polega na tym, co ten strumień razem z dopływami ogarnia. Nie jest przesadą mówić, że rzeka wiąże ziemię, związuje pewien obszar w jedną całość. Można kartę geograficzną podzielić właśnie na takie dorzeczne wielkie bloki ziemne. Wewnątrz każdego bloku biegnie jego nerw centralny i spajający: rzeka.Wiąże taki blok przestrzenny również i Odra. We władaniu pierwszych Piastów była ziemia górnej Odry: Śląsk; była ziemia środkowej Odry: Łużyce i Ziemia Lubuska. Kto nie chciał stracić tych dwóch terenów, musiał mieć jeszcze dolny bieg rzeki.

Tę oczywistą prawdę potwierdza dalsza historia: Polska traciła te trzy części w kolejności przeciwnej, jak je zdobywała: naprzód Pomorze, później Lubusz, a na końcu Śląsk. Ale już w chwili utraty Pomorza Zachodniego mogła być pewna: straci całą rzekę.Łączył się z tym wszystkim jeszcze jeden czynnik: po prostu komunikacyjny. Najlepszymi drogami w owe czasy były rzeki: dość powiedzieć, że wszystkie grody na zachodzie Polski powstały przy brodach na Odrze i jej dopływach. Szczególnie ważna była ta właśnie sprawa w Polsce Piastowskiej: tak się złożyło, że w pośrodku państwa, między jego wschodem i zachodem, między południem jego i północą położyły się wielkie bagna i moczary Noteci, zaległy olbrzymie, nieprzebyte puszcze. Odra była w tych warunkach kwestią życia dla państwa, które chciało być państwem morskim.

Profesor Zygmunt Wojciechowski w swoich doskonałych studiach o najdawniejszej Polsce przyjmuje dwa pojęcia: pojęcie „ziem macierzystych Polski” i pojęcie Polski Piastowskiej. Przy tym pojęcie pierwsze jest węższe, pojęcie drugie szersze, pokrywa się bowiem z wielką koncepcją Chrobrego, aby granicami państwa objąć wszystkich Słowian zachodnich.

Polska Mieszka I składała się z następujących szczepów: Polan, Mazowszan, Wiślan, Ślęzan, Lubuszan i Pomorzan. Kryterium odróżniania tych szczepów jest natury językowej. Językoznawcy stwierdzają, że wyliczone wyżej szczepy były sobie najbliżej pokrewne i tworzyły tzw. „grupę polską”. Ta właśnie grupa polska, biorąc rzecz w wymiarach geograficznych, tworzyła terytorium „ziem macierzystych polskich”. Natychmiast trzeba jednak zaznaczyć, że „grupa polska” była tylko jedną częścią szerszej grupy językowej, mianowicie „grupy lechickiej”, do której należeli jeszcze Weleci i Obotryci, Łużyczanie, Serbowie, to znaczy cała północno-zachodnia Słowiańszczyzna, szeroko rozpostarta w samym centrum Europy.

I tu rodzi się wielkie zagadnienie: czy rozróżnienie grupy lechickiej i grupy polskiej nie jest sprawą wtórną; czy fakt, że właśnie tereny grupy polskiej utrzymały się jako ziemie macierzyste państwa polskiego, nie spowodował tego, że ten podział w ogóle wypłynął; czy w wieku X podział posiadał odpowiednik w terenie, to znaczy, czy byłyzasadnicze różnice językowe między Weletami a Polanami? Odpowiedź językoznawców jest negatywna. Nie, różnic nie było. Jest rzeczą więcej niż prawdopodobną, że wyodrębnienie grupy polskiej nastąpiło dopiero później; w czasach pierwszych dwóch Piastów język Słowian między Łabą i Wisłą był, z wyjątkiem odchyleń lokalnych, niemal identyczny. W każdym razie posiadał mniej różnic, niż dziś nawet jeszcze posiadają ich pomiędzy sobą poszczególne dialekty niemieckie.

Tylko w tym świetle staje się zrozumiały plan Chrobrego: nie zadowala się granicami wytyczonymi przez Mieszka, ale buduje plan większy. Chce mieć w granicach swego państwa nie tylko to, co później nazwano grupą polską, ale oprócz tego wszystkich Weletów, Obotrytów, Łużyczan i Serbów, nie mówiąc już o zamiarach w stosunku do Czech i Słowaczyzny. Chęć posiadania Czech i Moraw wypłynęła z kalkulacji politycznej i szerokiego lotu fantazji, ale poprzednie zamiary były na pewno nie kalkulacją, tylko procesem naturalnym.

(…)

W obfitującym zdarzeniami roku 1937 zdarzył się w Polsce wypadek, który uszedł powszechnej uwadze. Wypadek ważny i doniosły: nimiej ni więcej, tylko zburzył do szczętu, od razu, bezapelacyjnie poglądy, z którymi nie można sobie było poradzić przez kilka stuleci.

Na terenach leżących opodal katedry gnieźnieńskiej ukończona została pierwsza część wykopalisk prehistorycznych, prowadzonych rzeź Instytut Prehistoryczny Uniwersytetu Poznańskiego. Po długich poszukiwaniach udało się odszukać miejsce, na którym stał dawny rod gnieźnieński. Już pierwsze rozkopania wykazały, że miejsce to, położone na wzgórzu, nosiło na sobie nie jeden gród, i nie w jednym tylko czasie, ale że tych grodów następujących po sobie było kilka. Najmłodszy znajdował się najpłyciej i pochodzi z okresu Mieszka I albo Chrobrego. Pod nim, w niższych warstwach znaleźli prehistorycy resztki innych budowli grodowych.

Taki prehistoryk przewraca warstwy ziemi, jak karty książki. Im głębsza warstwa, tym starsze znaleziska. W ten sposób w Gnieźnie, po ustaleniu ośmiu warstw, dostano się do najniższej: odpowiada ona końcowi wieku VII po Chrystusie. Warstwy są różne, ale istnieje między nimi ścisła, chronologiczna łączność. Każda wykazuje, że w tym miejscu stał gród. Gród ważny, najpewniej książęcy, co zresztą potwierdzone zostaje już i przez historię. Mieszkał w tym grodzie książę (pierwsi władcy Polski nie mieli stałych siedzib, przenosili się z dzielnicy do dzielnicy), książę rządzący albo jeden z jego podwładnych, w każdym razie zawsze człowiek ważny, jeden z tych, którzy byli założycielami nowego państwa.

W poszczególnych warstwach ziemi znajduje się przy rozkopywaniu nie tylko zmurszałe belki i głazy kamienne; w wielkiej ilości zalegają te ziemne pokłady również i przedmioty, które służyły do życia codziennego mieszkańcom grodu. Przedmiotów takich znaleziono tysiące. Różnych. I takich, których nikt nie oczekiwał. Któż bowiem myślał, że w pokładach z X stulecia znajdą się kompletne przybory toaletowe oraz kosmetyczne, i to nie przywiezione ze wschodu czy południa, tylko już przez własny, krajowy przemysł wykonane.

Nie o kreślenie wszakże obrazu obyczajowego na podstawie niespodzianych znalezisk chodzi. Ważność odkryć gnieźnieńskich polega na tym, że wśród setek i tysięcy przedmiotów używanych przez naszych przodków od wieku VII do XI nie ma zupełnie przedmiotów pochodzenia nordycznego, wikińskiego, germańskiego. Ani jednego przedmiotu!

Nie wiem, czy wszyscy zdają sobie sprawę, co to znaczy. Nauka niemiecka do dzisiaj twierdzi, że państwo polskie zostało zorganizowane przez rycerzy germańskich. Jest to tzw. „teoria najazdu”, głoszona, niestety, również przez dawniejszych polskich historyków: Szajnochę, Piekosińskiego, Krotoskiego. Według tej teorii dynastia pierwszych książąt polskich pochodzi od rycerzy germańskich, którzy ziemie lechickie najechali i postąpili z nimi, jak później z Rusią. Wynaleziono zresztą nawet malowniczą nazwę dla Mieszka, który miał być rzekomo skandynawskim rycerzem Dagonem.

Zawiązki państwa polskiego poczynały się w dzisiejszej Wielkopolsce. Punkt ciężkości nie stal w jednym miejscu. Przesuwał się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, między Poznaniem, Gnieznem i Kruszwicą. W pewnym okresie czasu związany byt z Gnieznem, w innym z Kruszwicą. Skoro więc w jednym z tych punktów, pomimo najskrupulatniejszych poszukiwań, nic udaje się znaleźć przedmiotów pochodzenia skandynawskiego, „teoria najazdów”, stworzona (dziś to już wiadomo z całą pewnością) jako argument polityczny przez Niemców, a polskim historykom zręcznie podrzucona – musi upaść ostatecznie i raz na zawsze. Założyciele państwa polskiego nie byli pochodzenia germańskiego.

Ale kim byli?

Odpowiedź jest jedna, logiczna: byli oni krwią krwi i kością kości tych, którzy tutaj od prawieków mieszkali: wojewodami wybieranymi na czas wojny, sędziami na czas pokoju. Rzecz oczywista, musieli mieć przodków. Z kamienia się nie poczęli. Nie było tylko ludzi, którzy by nam imiona poprzedników przekazali. Wiadomo jedynie z późniejszych nieco źródeł, że w czasach przedhistorycznych rywalizowały ze sobą dwa przodujące rody. Popielidów i Piastów. Starszy ród, usadowiony w Kruszwicy (vetus regia), skutkiem niepopularności i wad (których liczne odbicia znajdują się w podaniach lechickich) ustąpił rodowi młodszemu, energicznemu, zdobywczemu, który w stosunku do starego był rodem dorobkiewiczów. Ale młodość zawsze dystansuje wyczerpującą się sędziwość.

Rzecz zresztą możliwa, że Piastowie byli majordomusami na dworze Popiołów, majordomusami, czyli piastunami. Stąd nazwa.Udało się historykom wywieść poprzedników pierwszego władcy polskiego, a nawet zakreślić im ramy czasowe! Ale mimo wszystko są to tylko przypuszczenia i pewności zupełnej dać nie mogą. Ta przypuszczalna tablica protagonistów przedstawia się następująco:

Popielidzi.
Ziemowit Piast (861-892).
Leszek (892-913).
Ziemomysł (913-960).
Mieszko I (960-983).

Ziemomysł miał trzech synów: Mieszka, którego zwano później w źródłach „królem północy”, Czcibora i trzeciego, którego nawet z imienia nie zna historia.

(…)

NA 700 LECIE BERLINA

Na słupach ogłoszeniowych, w biurach podróży, w hallach dworców, w tramwajach, w restauracjach, na murach domów – wielkie afisze: „700 Jahre Berlin”, Siedemsetlecie Berlina. „Wielkie, wspaniałe uroczystości. Przyjeżdżajcie! Każdy Niemiec powinien wziąć udział w tym narodowym święcie!” Afisze ozdobiono różnymi rysunkami: na jednych puszył się nad napisem zakuty w żelazo rycerz, na innych ciągnął między literami wezwania korowód pochodu, w którym na pierwszym planie zjawiały się piękne kobiety jadące konno pod osłoną wielkich, fantazyjnych kapeluszy z kitami wspaniałych piór (…)

To, że w sierpniu owego roku zboczyliśmy z trasy i zrobili wypad do Berlina – sprawiły właśnie owe barwne afisze. Jakżeż można być w obcym kraju, w chwili gdy ten kraj obchodzi jubileusz swego stołecznego miasta, i nie zajrzeć na te uroczystości? Pociągała sama ciekawość, ale również trochę i skrywana w sercu złośliwość. 700 lat! Ładny okres czasu, tylko jak na stolicę państwa, jak na dumne odwoływanie się do przeszłości – czy nie trochę jednak za ryzykowny?

Pomysł urządzenia jubileuszu miasta Berlina był pomysłem nagłym i nowym. Na postawienie go w porządek dzienny wpłynęło kilka względów: namiętna, zawzięta pasja poszukiwania wciąż nowych pretekstów do uroczystości i świąt ludowych, ale i chęć wiązania nici z przeszłością. Należy wyznać z całym możliwym obiektywizmem, że spomiędzy pomysłów dążących do ewokowania wielkiej pragermańskiej przeszłości ten pomysł berliński był najmniej szczęśliwy. Bo, aby mógł zyskać walor propagandowy, trzeba było w urządzeniu obchodu bardzo wiele pozmyślać, sztukować i kłamać – a zmyślenie umieszczone w trzynastym stuleciu jest bądź co bądź rzeczą niebezpieczną; są to przecież czasy doskonale historii znane i widne.

Trudności wyłoniły się już choćby w zakresie kostiumowo-dekoracyjnym.Szlachetny przykład Anglii i Francji, a także przykład miast południowo-niemieckich – stawia pewną normę, jak się powinno jubileusze miast obchodzić. Powinno się obchodzić wywoływaniem przeszłości. Przed oczyma współczesnych gapiów powinny się przetoczyć kawalkady imitujące do złudzenia dawne życie: kostiumy, rekwizyty, urządzenia, cechy, chorągwie, wojska, a więc wszystko to, co było naprawdę, co tworzyło bogactwo i rdzeń ówczesnego życia.

Gdyby się trzymać uczciwie tej recepty, uroczystości Berlina powinny wyglądać tak: nad brzegiem rzeki Sprewy odbudowanoby niewielką wioskę rybacką, w której tkwi kilkudziesięciu słowiańskich rybaków zaszytych w głąb puszczy. Dla zaostrzenia smaku można by jeszcze rozmieścić po okolicznych krzakach po dwóch, trzech rycerzy-obieżyświatów, którzy zachłannym wzrokiem przyglądają się spokojnemu życiu rybaków ostrząc jednocześnie klingi magdeburskich mieczy.

Tak wyreżyserowane widowisko byłoby jednak z wielu względów nieodpowiednie, choć pokrywałoby się z prawdą. Należało więc odwołać się do twórczej rekonstrukcji i działać przez analogię. Wzorów dostarczyć mogły w wielkiej obfitości miasta południowo- i zachodnio-niemieckie, które w owym trzynastym wieku, w owym feralnym roku 1237 już istniały i kwitły. Któż może zabronić takich pożyczek historycznych, któż może sprawdzać i kontrolować? W każdym razie nie uczestnicy pociągów popularnych, zjeżdżających tu z całych Niemiec. (…)

Natomiast sama uroczystość udała się naprawdę. Szaleli dekoratorzy, ogrodnicy, pirotechnicy, szalał tłum historyków. Na uroczystość siedemsetlecia Berlina wydano niesłychaną ilość książek (…) I jeszcze nigdy w jednym roku nie napisano (…) tylu bredni i potwornych kłamstw od razu, od jednego zamachu, ile ich napisały katedry historyczne uniwersytetów niemieckich w roku Pańskim 1937. Bo pomijając już wszystko inne, wszystko, każdy szczegół uboczny i dodatkowy, ta sprawa zostaje najważniejsza: pod datą roku 1237 w dokumentach historycznych nazwa stolicy dzisiejszych Niemiec nie była zanotowana.

(…)

PO DRODZE

Miasta na Pomorzu Zachodnim porozrzucane są rzadziej niż w innych krajach Rzeszy, i wszystkie, trzeba to obiektywnie stwierdzić, mają charakter niemiecki. W zewnętrznym wyglądzie. W architekturze, która jest ciężka, przygniatająca, pruska. A raczej lepiej powiedzieć – krzyżacka. Bo o ile wsie posiadają do dziś wiele charakteru polskiego, o tyle miasta ten charakter zatraciły, a stratę zawdzięczają właśnie Krzyżakom. Nie bardzo na to jeszcze w nauce zwracano uwagę, zaledwie napomknienia rzucając, ale pogląd ten będzie musiał być zbadany i rozpatrzony: że miasta pomorskie rozbudowywane były przez Niemców według pewnego systemu komunikacyjnego. Mianowicie tak były dobierane, aby dzielił je pomiędzy sobą zawsze jeden dzień drogi konnej.

Z Frankonii do Prus Wschodnich właśnie przez Pomorze Zachodnie i Gdańskie biegł trakt krzyżacko-pocztowy i na tym szlaku osadzały się miasta. Dokładniej: miasta, które na tym szlaku się znajdowały i do niego pasowały, mogły liczyć na rozbudowę, zwiększenie, inne malały. Bo przecież wiadomo, że nowych miast pomorskich Niemcy założyli niewiele; to, co oni nazywają założeniem, było tylko rozbudowaniem; na słowiańskich grodach.Warto wymienić, wskazując na mapę, takie nazwy: Bytów (Billow), Lębork (Lauenburg), Słupsk (Stolp), Sławno (Schlawe), Derłów (Rugenwalde), Białogard (Belgard), Kołobrzeg (Kolberg), Trzebiatów (Treptow), a zbaczając na południe: Miastko (Rummeisburg) i Szczecinek (Neustettin).

We wszystkich tych miastach spotkać można charakterystyczne budownictwo, bliźniaczo podobne do budownictwa krzyżackiego. Przy wjeździe do miasta – wysoka turma z czerwonej cegły, w kościołach gotyk, tzw. „gotyk wiślany”. Gdy się tak te rzeczy ze sobą zestawia i kojarzy, wówczas i pewne zaułki historii stają się jaśniejsze, odpada wiele historycznych złudzeń. A w każdym z tych miast, w owych starych czerwonych budowlach znajdują się nieprzebrane bogactwem archiwa, w których drzemią dokumenty historyczne. Wiele z tych archiwalnych bogactw zostało już przetrzebionych, wiele wywieziono do Szczecina i Berlina, ale dość dużo jeszcze jest.

To, co pozostało, dzieli się na dwie części: jedna, która dotyczy spraw niemieckich, jest wystawiona na widok publiczny; drugą, dotyczącą spraw polskich, skrzętnie zamyka się przed niepowołanymi. Zupełnie tak samo, jak z archiwami w Gdańsku.Takie „nieprzenikliwe” archiwum posiada każde tutejsze miasteczko. W Kołobrzegu jest na przykład obszerne, kilkuizbowe archiwum ze zbiorami dokumentów polskich, które stało się dla świata nauki zupełnie niedostępne. Gdy się wspomni o gościnności, jakiej doznają Niemcy w polskich archiwach, o swobodzie, jaką się tu cieszą, a gdy się równocześnie ma w pamięci owe zaryglowane zbiory pomorskie – ogarnia człowieka gorycz.

Nie jestem mściwy, nie znam uczucia podjudzania, ale przecież trochę sprawiedliwości by się przydało: przecież to gorzko pomyśleć, że w Polsce nie posiadamy ani jednej monografii Pomorza Zachodniego z powodu braku źródeł, że w społeczeństwie polskim skutkiem tego zginęła świadomość polskości Pomorza Zachodniego. Znikła, rozwiała się, jak mało która strata. Gościnnie rozwarte archiwa w Polsce i zaryglowane w Niemczech. Jedyna pociecha i jedyne tłumaczenie: że my nie mamy czego ukrywać, Niemcy ryglami ukrywają polskość niemieckiego Pomorza.

W przeciwieństwie do miast, wsie posiadają charakter polski w budownictwie, w zwyczaju, w sposobie zabudowania. Nic dziwnego. Dziś wieśniacy pomorscy mówią już po niemiecku, ale kilkadziesiąt, ale sto lat temu iluż naprawdę umiało ten język?! W pamiętnikach szlachty pomorskiej z ubiegłego wieku można czytać takie zwierzenia: ojciec kształcił syna w prawie, w rzemiośle wojskowym, w administracji i w mowie polskiej. Brał guwernera Polaka. Inaczej syn, który miał się dobijać urzędu krajowego, nie byłby zrobił żadnej kariery. Nie umiałby się rozmówić z przychodzącymi do urzędu. A w Szczecinie, w wielkim, wcześnie zniemczonym Szczecinie niektóre księgi parafialne jeszcze w połowie zeszłego wieku były prowadzone po polsku. Bowiem góra była niemiecka albo zniemczona, ale lud był polski.

Ostateczna germanizacja dokonała się po roku 1850, w związku z uderzeniem germanizmu na Wielkopolskę. Wielkopolska się obroniła, ale padła polskość Pomorza Szczecińskiego, ogarnięta na peryferiach językowych uczuciem beznadziejności.

Inny rozdział to pamiątki tkwiące głębiej pod powierzchnią. Nawiązujące do czasów dawniejszych. Nie wspominam o nazwach. Jeśli Meklemburgia posiada ponad 50% nazw pochodzenia słowiańskiego, to Pomorze ma ich procent znacznie wyższy, bez mała podwójny. Likwiduje się nazwy z zajadłością, ale mimo to zostaje ich jeszcze dość na świadectwo prawdzie. Chodzi o pamiątki innego rodzaju. O ruiny dawnych grodów słowiańskich, oraz o resztki kaplic, kościołów, dworów i pałaców polskich.

Wiele tego jeszcze zostało. Pod Szczecinem w Przylepie (Schadenleben), Lelbehn (Streihofer Alpen), Kolbaczewie (Colbitzow), Starkowie (Storkow), Pniewie (Pinnow); dalej, w pewnej odległości za Bysinem (Boissin), koło Szczecinka (Neustettin) w Parsędzku (Persanzig), koło Makowic (Mackfitz). Za Naugardem, ponad jeziorem Waświn (Wothschwiensee), w miejscowości Ruckwerder znajdują się wały słowiańskie, podobnie na zachód od Kalisza (Kallies), w miejscowości Faikenburg. Na zachód od Schivelbein znajduje się wzniesienie zwane „Polacken-Berg”, koło Draumburga znajduje się miejscowość „Starosten-Burg”, słowiańskie pamiątki znajdują się koło Juchowa i koło Altmuhl. Szczególnie wymienić należałoby stare cmentarzysko słowiańskie na północ od Szczecinka, koło miejscowości Wurchtow. Pod Anklam i Słupskiem znajdują się ruiny klasztorów św. Wojciecha, znak, że kult świętego z Gniezna głęboko tkwił kiedyś na Pomorzu.

Tych pamiątek, tych wykopalisk jest tak wiele i tak na każdym miejscu, że aż ów nadmiar stał się powodem kapitalnego pomysłu. Oto w pierwszych latach po wojnie wszystkie muzea polskie i ludzie pracujący naukowo otrzymali od pewnego „uczonego” niemieckiego z terenu Pomorza Zachodniego list i katalog. W liście było napisane, że „uczony” dostarcza do muzeów wszelkie okazy wykopalisk, w katalogu podane zostały ceny. Łopatka brązowa tyle, ułamek urny tyle, żelazna ostroga tyle. Według gustu, upodobania i miejsca w gablotce. Szeroki handel fałszu historycznego. Takie to pomysły rodzi plenne w wykopaliska słowiańskie Pomorze Zachodnie.

Osobny rozdział poświęcić trzeba kościołom. Jeszcze w kilku miejscach znajdują się stare, piękne kościoły drewniane. Dwa lata temu spalił się w Piasznie jeden z tych kościołów, przepiękny modrzewiowy barok. A kazalnica w Radaczu (Raddatz) jest to historia tak osobliwa, że należy ją opowiedzieć dokładniej.

(…)

http://www.naszawitryna.pl

Zob. też: 
https://marucha.files.wordpress.com/2014/06/jc3b3zef-kisielewski-ziemia-gromadzi-prochy.pdf
Admin

Komentarzy 27 to “Ziemia gromadzi prochy”

  1. https://marucha.wordpress.com/2014/06/14/ziemia-gromadzi-prochy/

    Dlaczego SWEBOJĘZYCZNI Germanie nazywali Słowian Wendami? albo Wandalami, co było tożsamością. Najwspanialsze miasto słowiańskie nazywało się bowiem WENEDĄ – skąd Wenecja jako Mała Weneda. Wenedę zniszczyli Krzyżacy w l. 1339-46, spławiając cegłę Wisła i nadając jej nazwę Big Ghost, co spolszczono na BYDGOSZCZ. Swego czasu w Szwecji pojawiła się herezja, że Atlantyda była w Skandynawii, ale argumentacja za tym świadczy, że chodziło w Wenedę. Prawdzice nazwali Wenedę WYSZOGRODEM, który został zdobyty przez Polaków i Węgrów w r. 1112. Zaciekła walki uliczne trwały 10 dni. Nazwa Weneda pochodziła zresztą od Wandaluza, który wg naszej historiografii przedjezuickiej przyprowadził swój wielki lud NA OKRĘTACH na Wybrzeże Bursztynowe
    Z tego wynika, że Weneda była Wspanialsza od OBECNEGO Gotyckiego Gdańska, który zbudował GREK Ajgialos-Ogiges po wygnaniu przez Lyrkosa i Stafylosa z Wkryujścia – skąd 2 Ogigie, we Wkryujściu i Gdańsku.
    Nazwa Germania pochodzi od zamku GARGAMELL w Krakowie, który został zburzony przez Jana Luksemburskiego, wobec czego Łokietek zarekwirował BISKUPI Wawel. Nazwa Wawel pochodzi natomiast od pogańskiej patronki Wrocławia i Śląska Waleski Złotowłosej, która go odbudowała CEGŁĄ, jak Wawelburg w Westfalii.

  2. zdravko said

    Gdyby Polska sie odrodzila nie w 1918 tylko kilkadziesiat lat wczesniej z zachodnia granica conajmniej na Odrze na nie trzeba by bylo nikogo przesiedlac. Wystarczyloby wskrzesic slowianskosc w 3-4 pokolenia te te tereny bylyby czystopolskie

  3. Jacek said

    Czytac, czytac, uczyc sie uczyc, myslec, myslec, nie sat o w iwekszosci rzeczy nowe ale zagrzebane. Historia Polakow i Panstwa Polskiego nie zaczela sie za Mieszka I. Panstwo o takiej sprawnosci oragnizacyjnej i politycznej nie powstaje z dnia na dzien. Natomiast wszystko, lacznie z organizacja, sposobem prowadzenia wojen i perspektywa polityczna, swiadczy o tym, ze Panstwo Polskie od swego zarania bylo rodzime.

  4. Romank said

    Dlaczego tyle wysilku wkladaja tzw elity polskie, zeby o tym nie mowic!Q!@ nie pisac!!!!nie uczyc!!!!
    Wielka Chrzescijanska Jednota Slowian!

    Pojecia takiego uzyli Polacy, sygnatausze Listu do Narodow Rosji, wywoluja fale wscieklych atakow nie przebierajacych w srodkach, praktycznie ze wszystkich stron i srodowisk0 wlacznie z chrzescijanskimi.
    Wydawaloby sie, ze to jakis paradox…ale, jak sie okazuje wcale nie zaden paradox, ale strach.
    Strach przed wskrzeszeniem pojeci , ktore wydawaloby sie pogrzebano ostatecznie ponad pol tysiaca lat temu.
    Pomijajac nasza kulawa i zatrwazajaco kiepska znajomosc wlasnej historii, postarajmy sie jednak wrocic w czasy glebokiego sredniowiecza. Rozpadajace sie Imperium Romanum, targane sprzecznosciami i wojnami trwa w swoich granicach…poza ktorymi rozciagaja sie ziemie wielorakich plemion Slowian.
    Do Rzymu tak samo-jak przez pare stuleci wczesniej, stale naplywaja plowowlosi niewolnicy sprzedawani przez swych ojcow i braci. Kronikarz grecki pisze ze zgroza… – „Venedzi…. rodza wlasne dzieci na sprzedaz….”
    Co stalo sie z wielka politea slowianska???? Z poganskim systemem wartosci, ze zaczeli oni handlowac wlasnym potomstwem???
    Imperium Rzymskie zamienia sie na pod przewodem Frankow w Imperium Romanum Narodu Germanskiego…i stawia za cel.. EXPANSJE na Wschod!
    Do tego potrzebny jest pretext..dobry, zasadny, powszechnie akceptowany pretext.
    Chrzescijanstwo jest juz dobrze znane i rozpowszechnione wsrod Slowian… Nowa Wiara w Dobrego Boga, ktory wszystkich uznaje rownymi…nie kaze mscic, a wybaczac . zamiast zamieniac w niewolnika, uwalniac …dotarla do najdalszych osad Slowian..i konkurowala z miejscowymi obyczajami przenikajac i wypierajc, najczesciej konwergujac.
    Nie przeszkadzalo to nikomu przez pare wiekow, az do momentu- kiedy na Anatolie, Bizancjum i pozniej Balkany nastapil napor Islamu…
    Madry Kniaz Mojmir, ktory zjednoczyl w odwiecznym procesie politei slowianskiej stalych jednoczen, sojuszy i rozlamow wiele plemion Slowian Karpackich w Wielkie Ksiestwo Moraw,widzi dokladnie cele przyswiecajace Frankom i wyprzedzajac zwraca sie do Cesarza Bizancjum z prosba o przyslanie Misjnarzy…ktorzy uporzadkuja i oczyszcza z bledow Chrzescijanstwo wsrod Slowian…
    Nastepuje misja Cyryla i Metodego! Najwiekszy sukces Chrzescijanstwa!!!
    Bez powtorki w Historii!
    Dwoch Braci ze Salonik po slowiansku Solonce… od Slonca..dokonuje w rekordowym czasie niesamowitej rzeczy. Tworza Nowy Ryt , z tlumaczenim wszystkich Ksiag i Pism..i uzyskuja zatwierdzenie Vatykanu!!!! Powstaja nowe monastery, biskupstwa i organizacje koscielne….we wlasnym Rycie i we wlasnym jezyku… BEZKRWAWY i lagodny proces zmiany Paradygmatu Cywilizacyjnego!!!!
    Co najwazniejsze jego trzonu!!!! Religii!!! Jadro etyki i moralnosci!!!! Kosmogonii!!!!
    Nie plona zadne stosy….nie leje sie krew!!!! Opornych napominaja biskupi Slowianie- jak np. moznego ksiecia Wislan……” Synu..-pisze biskup do Krakowa-..przyjmij dobrowolnie chrzest…bo cie obcy wezma na powroz i ochrzcza mieczem…..
    Oedbudowano Wielki Slowinaki Chrzescijanski MIR!
    Olbrzymie przestrzenie od Odry i Morza Adriatyckiego..do Morza Czarnego i Krymu- na ktorym przyjmuje chrzest kniaz Rusi. Ta wielka Jednota Slowianska zlaczona Chrztem przetrwala na swoich ziemiach, przy swoim jezyku , obyczaju i kulturze do dzis dnia….
    Jakze inaczej potoczyly sie losy dzielnych, a upartych Ranow, Polabian, Vielettow i Venedow, Prussow..ktorzy nie przylaczyli sie do tej Jednoty Chrzescijanskiej Slowian….
    W 1154 roku najwiekszy Hram Swiatowida w Arkonie napelniony zlotem ..oblegli pobozne ..SSyny, Dunczycy , Niemcy i a jakze….. szczecinscy Lechici….uzbrojeni w elegancki pretekst nawracania na Wiare)
    Odcinaja wode do Arkony i podpalaja….Arkona pada..spragnieni pogorzelcy pedza do rozstawionych kadzi z woda..i pija..a duchowni polewaja ich woda..chrzczac w Imie Ojca i Syna i Ducha Sw..Zloto sie nie pali… a tylko piekna rzezba Swiatowida rozpada pod ciosami siekier..i nie padaja gromy zabijajace rabiacych..na oczach pokonanych i wlasnie przekonanych o slabosci ich Boga…
    Ta nawrocona sila Slowianszczyzna przestala nia byc…. Znikneli ludzie, miasta, zostaly znieksztalcone nazwy….Znikneli??? …to moze za duzo powiedziane…zmienili tozsamosc. Ci Slowianie stali sie Niemcami, stanowili od tego czasu trzon najdzielniejszych knehtow uzywanych- jako taran w uderzeniach otwierajcych Drang nach Osten…sprawdzcie dzis DNA wschodnim Niemcom,,okazuje sie ,ze maja taki sam genotyp- jak Polacy…takie sa fakty. I pamiec tych ,ktorzy nie zapomnieli..ani o ich Ojcach..ani o ziemiach Slowian..az do Laby…i Renu..pamiec…. ze to tez nasi bracia,….
    Na tej Jednocie budowala sie Rzeczypospolita do momentu, w ktorym ta Jednote zerwano uwazajac Braci Prawoslawnych modlacych sie w starym jezyku i Rycie Ruskim za….Schizmatykow…..
    Chcialoby sie zapytac Qui bono??? Cui prodest????
    Qui timet????
    Nikomu nie przekadza Commonwelth anglosaski???? Pangermanizm z idea Mittle Europe jest w porzadku????
    Tylko Wspolnota Slowianska jest zla….????
    Zastanowcie sie na chwile i porobujcie odpowiedziec sobie sami…dlaczego????
    Roman Kafel
    19 maj 2014 Dallas Texas

  5. JO said

    Ad.4. ..no I za to Pana lubie.
    ……Nie wiem jak Pan to Robi, ze Pana sie Kocha I Nienawidzi jedoczsnie….

  6. Marucha said

    Re 4:
    Może dlatego, że p. Roman pisze, to co uważa, a nie to, co się powinno spodobać?

  7. Zdziwiony said

    Aby bardziej zrozumieć historię tych ziem warto przeczytać „Troję północy” – to ksiazka o walkach plemion połabskich z niemieckim „Drang nach Osten” w latach od Karola Wielkiego az po upadek Arkony (owej tytulowej Troi Pólnocy), Zofia Kossak i Zygmunt Szatkowski (1960)

    (fragm)

    Racibor – król Morski – 1136

    Bolesław Krzywousty przeżywał w Merseburgu najgłębsze swe upokorzenie, zaś Racibor syn Swiętobora, dumny i szczęśliwy, zarządził dla wszystkich swoich pracowników odpoczynek i ucztowanie. Dzieło wieloletnie było zakończone. „Król morski” dowodził flotą złożoną z czterystu wyposażonych w sprzęt i ludzi statków i rozglądał się za sposobnością wypróbowania jej zalet bojowych.
    Długo nie czekał. Polityka cesarza Lotara owocowała, ledwo zaszczepiona. Gdy książęta duńscy, obecni na zjeździe merseburskim, powiedzieli swemu królowi Brykowi Emmune o złożeniu przez Bolesława hołdu z wyspy Rany, Eryka mało zła krew nie zalała. Przysiągł, że nie dopuści do wylądowania Polaków na wyspie, do której on tylko ma prawo. Pieniądze wypłacone przez Bolesława jako danina z Rany (za dwanaście lat! Ha! Ha! Ha!) książę polski może uważać za stracone.
    Oburzenie króla podziela metropolita Asger.. Dania, nie kto inny, .posieje Słowo Boże na pogańskiej niwie wyspy. Rana dawno jest włączona do ziem metropolii Lund.
    Aby okazać Bolesławowi, kto na morzu panem, Emmune postanawia nie mieszkając uderzyć na wyspę.Powiadomiony o tym Racibor naradza się z bratem, co czynić? Posyłać do Bolesława po rozkazy? Nim goniec wróci, Duńczycy mogą już być tutaj…
    — Czyń, jak chcesz — odpowiada Warcisław zniechęcony. Zatarg Bolesława z Danią na pewno na nim się skrupi. Król duński i tym razem nie zdobędzie Rany, lecz nie omieszka spustoszyć grodów pomorskich… — Pytasz, co począć? Masz statki, czuwaj na morzu!
    Racibor, urodzony dowódca, powiada:
    — Morze — szeroki gościniec, łatwo się na nim rozminąć… Będę strzegł Dziwnej, król zaś pójdzie na Kołobrzeg lub Wołogoszcz… Jeżeli wszędzie zostawię część sił, a Eryk uderzy całą mocą w jedno miejsce, moi nie zdzierżą. Utracę okręty i sławę.
    — Cóż więc zamierzasz? — pyta Warcisław zaniepokojony, że brat odpłynie z flotą do bezpiecznego Gdańska, zostawiając go samego.
    — Po mojemu — odparł Racibor — trzeba ich najazd uprzedzić.
    W końcu września 1135 r. „król morski” rozbił duńską flotę, płynącą ku wyspie Ranie, wszedł śmiało w cieśninę między Szwecją a Zelandią i spadł jak jastrząb na nie spodziewające się napaści Roskilde. Stolica duńska została doszczętnie zniszczona.
    . Zuchwały najazd wstrząsnął światem skandynawskim. Dowód tego dają ówczesne kroniki: „Anno 1135 Roskylde devastata est a Sclavis” — piszą Annales Ludenses, „Roskild deuastata a Slauis” — notuje Chronicon Danici pod datą 1135; Anrtales Waldemariani, Annales Nesti^edienses i Annales Sorami powtarzają: „Roskilde zniszczone zostało przez Słowian. Zburzono również zamek Haralda w Roskilde” (co znaczy, że Pomorzanie zdobyli nie tylko miasto, lecz i gród).
    W drodze powrotnej Racibor stoczył parę pomyślnych utarczek z okrętami królewskimi, zdążającymi na odsiecz i powrócił do Kamienia. Bogate łupy zabrane z Roskilde rozdał wojom i załogom na zachętę i dobry początek. Był szczęśliwy. Eryk nierychło pojawi się na naszym wybrzeżu — zapewniał brata, który milczał, jak gdyby odniesione zwycięstwo było dlań rzeczą obojętną. Warcisława trapiły ostatnio złe przeczucia, czy ukryte kłopoty, o których nie mówił nikomu. Otoczenie widziało, że książę od jakiegoś czasu chodzi frasobliwy, ale przyczyny zmartwienia nie znano. Nie poznano jej i później, gdy na początku 1136 roku, książę pomorski Warcisław, mąż w pełni sił, zginął zamordowany we śnie w grodku Słup (Stołp) nad Pianą. Zabójcy nie udało się odnaleźć. Jedni przypisywali zbrodnię pobudkom politycznym, inni osobistej zemście (Warcisław był jurny, lubił popaśnice i na tym tle miewał nie­przyjaciół), kronikarze domyślali się ręki pogańskiej.
    „Doznał on niemałego oporu, ze strony tych, co przyjęli Ewangelię z niechęcią i dla pozoru, od nich też został ostatecznie i zdradziecko zamordowany, w czasie snu, we wsi Stołp nad Pianą…” (Kantzow).
    Warcisław pozostawił dwóch nieletnich synków, Bogusława i Kazimierza. Starszyzna pomorska ogłosiła Racibora opiekunem małych książąt, co Bolesław Krzywousty jako suweren zatwierdził. Swobodny dotychczas „król morski” został Wielkim Księciem.
    Krzywousty zmianę na tronie pomorskim poczytywał za korzystną. Warcisławowi nie wierzył, twierdząc uparcie, że ten chytrek zdradzi go, gdy tylko zdarzy się ku temu okazja, Raciborowi zaś ufał. Było to szcze­gólnie ważne obecnie, kiedy w związku z zamierzoną wyprawą ruską zachodnie ziemie Polski znajdą się ogołocone z sił wojskowych. Na Raciborze spocznie obowiązek obrony Polski i własnego księstwa.
    Bolesław wezwał zięcia-regenta do Gniezna i uradzali nad położeniem..

    Wyprawa na Konungahele

    „Król duński Eryk oraz arcybiskup Asger przysłali wiadomość, że Słowianie są w drodze z wielką wyprawą, bijąc i odnosząc ciągłe zwycięstwa. Grodzianie bezmyślnie nie zatroszczyli się o to, zapominając tym więcej, że czas upływał…
    Tymczasem w dniu św. Wawrzyńca [10 sierpnia 1136 r.] w czasie sumy podpłynął pod Konungahele król słowiański Racibor, wiodąc sześć i pół seciny statków. Na każdej łodzi mieściło się 44 zbrojnych i po dwa konie. Dunimysł nazywał się siostrzeniec króla, Unibor był wojewodą. Ten prowadził ze sobą wielu ludzi. Dwaj wojewodowie wpłynęli we wschodnie ramię rzeki [Gotaelf]… i podeszli pod samo miasto. Reszta stanęła w zachodnim ramieniu rzeki. Przybili do lądu przy palach .portowych i wysadziwszy na ląd konnych, kazali im okrążyć miasto od strony Bratsas… Einar zięć Andrzeja [kanonika, proboszcza od Sw. Krzyża] wszedł do kościoła, gdzie naród był zebrany na sumie, i oznajmił, że do miasta zbliża się wojsko na wielu łodziach, a liczna jazda pojawiła się od Bratsas. Ludzie orzekli, że konnicę prowadzi król Eryk, który im zapewni pokój. Wielu jednak pobiegło do miasta pilnować swego dobytku, a uzbroiwszy się zeszli na pomost. Tam spostrzegli, że to nadciągnął wróg z nieustraszoną armią. Przy pomoście stało dziewięć statków kupieckich ze wschodu, naładowanych towarami. Słowianie przybili do nich. Kupcy bronili się dzielnie, zanim ulegli… Mieszczanie, patrzący z pomostu, uciekli do miasta, a stamtąd do grodu. Ludzie pobrali swe kosztowności… Solweig [żona proboszcza] z córkami oraz inne kobiety zdołały ujść na wieś… Słowianie wysiedli na ląd. Jedni skoczyli do miasta, drudzy rzucili się na statki kupieckie. Wyciągali wszystko, co mogli zabrać ze sobą. Potem spalili statki i podłożyli ogień w mieście… Po czym wszyscy obiegli gród [cytadelę, zamek].
    …Solweig przybyła do Solbjargu i opowiedziała, co się dzieje w mieście… Tedy wycięto wojenną strzałę i posłano do Skurbargi, a tam wielu biesiadników siedziało przy uczcie… Olwer o szerokiej gębie wyskoczył, chwycił tarczę, hełm i wielki topór… — Chodźmy na pomoc — wołał — bo zdałoby się haniebne brzuchy tu piwem napełniać, gdy zacni mężowie są w niebezpieczeństwie… Wielu odpowiedziało, że w ten sposób znajdą śmierć, a mieszczanom nie pomogą… Olwer rzekł: Pójdę sam. Pobiegł do miasta… Otoczyli go poganie. Zabił sześciu, a sam pozostał nieruchomy w fosie. Dwu naczelników, Sigurd syn Gyrda i Sigard, nadeszli z sześciuset ludźmi do Skurbargi. Tutaj Sigurd zawrócił z drogi z czterystu ludźmi (mało go później szanowano i niebawem zmarł), Sigard zaś z dwustu udał się do miasta i walczył tam z nieprzyjacielem i poniósł śmierć ze wszystkimi swoimi ludźmi…”
    Słowianie, zdobywszy port, obiegli gród, który był bardzo obronny. Całe miasto płonęło, tchnąć na zamek oraz oblegających dymem i żarem. Proboszcz Andrzej zachęcał swoich do mężnej obrony. Przy proboszczu walczył jego wychowanek, Jan Lobston, który następnie, jako naoczny świadek, przekazał kronikarzowi Snorremu przebieg okrutnego najazdu:
    „Grodzianie bronili się włóczniami, następnie miotali kamienie… Potem rzucali bierwionami, gdyż nieostrożnie wyzbyli się w pierwszej walce strzał i kamieni… zauważywszy, że zmniejsza się zapas bierwion, zaczęli dzielić każde polano na dwoje. Z obu stron wiele było zmęczenia i ran…”
    Choć walka zacięta trwa, Unibor zwraca uwagę księcia na rozszczepia­ne polana, dowodząc, że oblężeni nie mają już broni.
    ,,…Król [Racibor] ofiarował oblężonym pokój. Mieli oni zatrzymać swoje obleczenie i wszystko, co zdołają unieść.
    …gdy padł Semund Matrona [dowódca załogi], pozostali uradzili… przystać na poddanie grodu. Była to bardzo zła rada, gdyż poganie nie dotrzymali słowa. Wzięli w niewolę wielu mężów i kobiet, wielu też zamordowali… Wdarli się do kościoła Sw. Krzyża i ograbili… Król Racibor oddał proboszczowi Andrzejowi kościół i tabernakulum i Święty Krzyż, płytę carogrodzką z ołtarza i księgę pisaną złotem oraz czterech księży. Poganie minio to podpalili kościół i domy w grodzie.”
    Racibor rozgniewany rozkazał pożar ugasić, lecz gdy zeszedł ze starszyzną do portu, poganie:
    „…przebili dach kościoła, rzucili do środka płomień i spłonął cały gmach.
    …gdy jeńcy zostali wykupieni i wrócili do Norwegii do dobra swojego, mniejszego już zażywali dobrobytu. Wielki port handlowy Konungahela nigdy nie wrócił do takiego stanu, jak przedtem…”
    Flota polsko-rańska powraca do kraju. Fale zmywają krew zaschłą na burtach. „Król morski” Racibor, choć zwycięzca, jest markotny. Nie powinien chrześcijanin sprzymierzać się z poganami przeciw chrześcija­nom… Nie powinien! On, wódz, obiecał mieszczanom norweskim życie i mienie, a rozwścieczeni Ranowie rzucili się na bezbronną gromadę, jednych zabili, innych wciągnęli na swe statki jako łup… Wstyd! On sam, książęcym mieczem musiał bronić świętej Drzazgi Krzyża przed poganami, znęconymi złotym relikwiarzem… Zabronił tknąć kościoła, a oni weszli przez dach i podpalili wnętrze. Gdy spostrzeżono dym, za późno było ratować. Kościół spłonął. Racibor czuje się rozdarty między pobratymstwo krwi a pobratymstwo wiary. Które ważniejsze?
    Różne myśli snują się po głowie wodza, gdy stoi na pokładzie, patrząc w roztocz morską, słuchając gadania fal. Na widnokręgu nie pojawiają się żagle niczyje, od majaczących w dali wysp nie odbijają okręty. Na jak długo starczy postrach, wywołany wkroczeniem nowej morskiej siły? Wiele czasu pokoju zapewni?
    Postrach niemały. O zniszczeniu Konungaheli głośno będzie w całym świecie. Zdumieją się grody ruskie, greckie, gdy niedobitki załóg korabi kupieckich powrócą do swoich. Pono nigdy jeszcze cudzoziemska flota nie wdarła się w ujście rzeki Gotaelf… Miejscowe walki skandynawskie toczono tam nieraz, lecz nie było obcej inwazji… Dania przestała być wyłączną panią na Bałtyku. Czerwone żagle osłabną w swej bucie… Przeciwstawiają się im nie korsarze z wyspy Wobry, lecz mocna książęca flota, która osłoni przed wszelką napaścią słowiańskie wybrzeże…
    Mewy, zwiastunki lądu, polatywały, piszcząc nad zmarszczoną tonią. Wioślarze aż kładli się w ławach, radzi dopłynąć co rychlej do brzegu. Racibor cieszy się również. Zobaczy wnet żonę, dzieci… Każdy się cieszy, gdy wraca do domu. Nie powinno się palić domów niczyich. Słowo dom znaczy to samo, co pokój… Pokój? Powiadają, że w lata pokoju przygasa sława rycerska, przeto rycerzowi milsza ma być wojna. Racibor jest rycerzem, a pomimo to nie może się oprzeć myśli, że pokój byłby cenniejszy od sławy… Dziwaczna myśl, naszeptana przez falę, która obmy­wa okręty…

    ——————————————-

    Z ksiązki „Troja Północy” Zofii Kossak-Szczuckiej i Zygmunt Szatkowski:

    Wielkie Księstwo Obodrzyckie

    Obodrzyce (Lubeka, Zwierzyn -Schwerin, Mikilenburg)

    Wagrowie,
    Połabianie (Hamburg),
    Warnowie,
    Smoleńcy,
    Brzeżanie,
    Glinianie,
    Doszanie.

    Święty Związek Wielecki

    Wieleci (Lucice)
    Redarzy (Trygław)
    Czrezpienianie
    Chyżanie
    Doleńcy
    Rzeczanie
    Morzyczanie
    Wkrzanie

    Ranowie (Rugia, Swarożyc)

    Na prawym brzegu Odry
    Wolinianie
    Lucice (Licikawiki)
    Lubuszanie
    Pomorzanie

    Koło Brennej (Brandenburga)
    Hobolanie
    Stodoranie (Dziewin- Magdeburg)
    Sprewianie (koło Barlina)

    Za Łabą (na jej lewym brzegu)
    Drzewianie
    Bardowie
    Brdanie
    Łęczanie
    Lipianie
    Chełmianie

    Na południe od Barlina
    Łużyczanie
    Milczanie
    Serbowie

    Wodzowie: Racibor, Goczałk, Budziwój, Krut, Warcisław, Rogala, Niekłót, Jaczo, Bogusław.
    —————————-
    Jeśli mozna prosić o wklejenie mapki Pana Maruchę to proszę:

    http://bethluisnion.blogspot.com/2014/04/o-tym-czego-nas-nie-ucza-w-szkole-o.html

  8. ENKI said

    Ta książka „Ziemia gromadzi prochy” jest przepojona tożsamością autora, Józefa Kisielewskiego, więc różni się bardzo od podręcznikowych zbiorowych prac historycznych. Postawię ją obok Herodota, kronik rzymskich Appiana czy Liwiusza, Jasienicy, do częstego czytania…Piękny styl, język mówiony, właściwie gawęda o dziejach polszczyzny i słowiańszczyzny. Zdania jasne, treściwe a nie za długie, fraza swobodna i rytmiczna jak oddychanie. Co za radość wczytać się w tę polszczyznę, poczuć, że to również moje i Twoje dzieje; z całym bogactwem zaskakujących konkretnych szczegółów, z przypomnieniem dawnych faktów, jakich ślady odnalazł autor w Niemczech przed II wojną światową. Jest to więc sprawozdanie z podróży śladami Słowian na ziemi – obecnie – niemieckiej… Tak kiedyś Polacy mówili, pisali, odkrywając prawdę minionych wieków…Są książki, które pragniesz mieć, by nacieszyć się nimi w dobrych i złych chwilach. I To jest właśnie taka książka o nas, dla nas, na całe życie; można się na niej uczyć liter, słów, znaczeń, i czytać do końca życia.

  9. Przecław said

    dot.4. RomanK

    „Na tej Jednocie budowala sie Rzeczypospolita do momentu, w ktorym ta Jednote zerwano uwazajac Braci Prawoslawnych modlacych sie w starym jezyku i Rycie Ruskim za….Schizmatykow…..
    Chcialoby sie zapytac Qui bono??? Cui prodest????”

    To jest odwracanie kota ogonem, panie Romku, według doncewsko-banderowskiej wykładni podyktowanej przez szubrawców na obcym żołdzie.
    Jednota w Królestwie Polskim, królestwie Słowian zawsze była. Wiedzieli o tym mieszkańcy b.królestwa Halicko-Włodzimierskiego, którzy w ramach Królestwa Kazimierza znajdowali protekcję i bezpieczeństwo przed Tatarami, Turkami a także Madziarami, we współpracy z Lachami. Wiedzieli o tym Rusy znajdując protekcję przed Moskwą i krzyżakami, obywatele Republiki W.Nowogrodu, mieszkańcy olbrzymich obszarów aż do Uralu i Morza Białego, wiedzieli poddani Księstwa Smoleńskiego wysyłając trzy chorągwie na wojnę z krzyżakami, które przedarły się na polską stronę przez krzyżaków ponosząc 50% strat.
    Dopiero przekupione przez schizmatycką Anglię i będącą z nią w sojuszu Turcję beznarodowe, bezwyznaniowe, przekupne i zdradzieckie kozactwo podniosło rękę na Najjaśniejszą Rzeczpospolitą… Rezultaty widać do tej pory: nędza, śmierć, upokorzenie, wyzysk przez obcych, pariasi Europy od r.1648 do dzisiaj.

  10. ENKI said

    ad.4 Temat wspólnoty Słowian stał się w Polsce 2014 r. zakazany i niebezpieczny dla głoszących podobne poglądy. Szczególnie zaatakowano list do Rosjan. Tak jakby autorzy – ludzie z dorobkiem i autorytetem – nie mieli prawa wyrazić swego stanowiska wobec wojny na Ukrainie….Kornel Morawiecki z Solidarności Walczącej zgłosił inicjatywę polskiej mediacji (rozumiem, że obywatelskiej) na Ukrainie między walczącymi. Warto zapamiętać i wrócić do tego pomysłu i Autora…Na jednym z portali upomniano polonistę (!), za „myślenie po serbsku”!!! Ujawnił się treser poprawności… Tak okazało się, jaka to wolność wypowiedzi w ramach wmuszanej poprawności politycznej.

  11. Przecław said

    dot.4
    Kto niszczył „jednotę Słowian”. Polacy, czy tzw. „ukraińcy”, banderowskie śmiecie mizdrzące się do Hansa Franka, Himmlerów i Hitlerów którzy i tak mieli ich za podludzi, korzystające z jego protekcji aby mordować słowiańskich sąsiadów, chłopów jak oni, ale katolickiego obrządku ? Dziś to samo sprzedajne bydło rozpoczyna nową rzeź w środku Słowiańszczyzny…a pan, panie Romku wskazuje na Polaków jako rzekomo winnych…

  12. Jacek said

    „Ta nawrocona sila Slowianszczyzna przestala nia byc…. Znikneli ludzie, miasta, zostaly znieksztalcone nazwy….Znikneli??? …to moze za duzo powiedziane…zmienili tozsamosc. Ci Slowianie stali sie Niemcami, stanowili od tego czasu trzon najdzielniejszych knehtow uzywanych- jako taran w uderzeniach otwierajcych Drang nach Osten…sprawdzcie dzis DNA wschodnim Niemcom,,okazuje sie ,ze maja taki sam genotyp- jak Polacy…takie sa fakty. I pamiec tych ,ktorzy nie zapomnieli..ani o ich Ojcach..ani o ziemiach Slowian..az do Laby…i Renu..pamiec …ze .”

    Pelna racja, jednak jezeli chodzi o:

    „to tez nasi bracia,…” .

    to niestety juz nie,. zostali zknechceni, jak zreszta wielu Polakow obecnie zyjacych w niemczech. Ta sama droge przebywaja rowniez Polacy w Polsce, sa wychowywani w nienawisci do swoich przodkow.

    A teraz, wracajac do mitycznej Jednoty Slowianskiej, wobec narodow slowianskich germanie stosowali te sama strategie jak protestanci anglosascy (i niemieccy) wobec indian amerykanskich. Zawierali sojusze zaczepne z tymi ktorzy znajdowali sie na zapleczu przeciwko tym ktorzy stanowili bezposredni obiekt ataku. Taka jest historia Rusi i Litwy (kontynuacji Rusi) w stosunku do Polski, taka jest rowniez niestety po czesci historia Polski w stosunku do slowian polabskich. Taka jest historia Rosji w stosunku do Polski. Rozbiory Polski to nie przypadek ale skutek sojuszu prusko- rosyjskiego (a kto juz wtedy rzadzil Rosja?), ale rowniez dwie wojny swiatowe o opanowanie terenow Rosji to tez nie przypadek ale skutek tego samego sojuszu prusko-rosyjskiego przeciwko Polsce (jak i banderowcy na ukranie to nie przypadek tyklo skutek sojuszu austryjacka- rosyjskiego). Tymi sojuszami wymierzonymi przeciwko Polsce Rosja przygotowywala pozycje wyjsciowe do ataku na nia sama. Powraca pytanie kto i w czyim interesie rzadzil i rzadzi Rosja? Rowniez dzisiaj. Dlatego dzisiaj odwolywanie sie ni z tego ni z owego do Jednoty Slowian (zgodnie z tradycja zpruszczonej Rosji organizowania ‚pan-slowianszczyzny”) to przedsiewziecie powiedzmy bardzo naiwne. Dlatego rowniez conajmniej naiwny jest zenujaco czolobitny list do Putina. Rosja aby przetrwac musi sie znalezc w Slowianszczyznie jako partner wsrod partnerow, a nie jako narzedzie smiertelnych wrogow Slowian.

    Aspekt religijny historii Slowian, zwlaszcza kwestia obrzadku slowianskiego to rowniez nie tak prosty temat. Trzeba przypomniec o glagolicy aby zastanowic sie nad rola Cyryla i Metodego. No i trzeba zrozumiec role „prawoslawnej” Rosji podwojnie schizmatyckiej, bo rowniez wzgledem Patriarchatu Kijowskiego. To ta podwojnie schizmatycka cerkiew rosyjska calkowicie podporzadkowana carowi, czy stalinowi, czy putinowi, byla uzywana jako „podstawa” imperialnych „praw” peryferyjnej i zmongolizowanej Rosji do „jednoczenia” wszystkich narodow chrzescijanskich uznajacych obrzadki greko-slowianskie. Przy „okazji” Rosja zrujnowala wszystkich Slowian, lacznie z Rosjanami, w sojuszu z niemcami do ktorych „jakos” zawsze bylo jej blizej.

  13. MatkaPolka said

    Zachodnia Słowiańszczyzna – mapy, fragmenty bezcennych książek, felietony

    Spis treści – tytuły tej bardzo obszernej strony

    Warto to przeciwstawić wobec bezprzykładnej AGRESJI NIEMIEC i roszczeń niemieckich
    To Polska powinna mieć roszczenia

    DRANG NACH OSTEN
    http://halat.pl/drang_nach_osten.html

    Byliśmy nad Łabą. – Uchylono nas za Odrę.
    Przemoc już się i tam ciśnie, gdzie nigdy German, chyba wędrowny, stopy swojej nie postawił.
    Nauczony klęskami swoimi Polak…może znowu powróci do owych wieków Tacyta, gdy między Germanami a Sarmaty wzajemna bojaźń była granicą.
    Nie lękali się nas Germanowie, lecz ani my onych, mając w ręku równie ostre szable i skuteczniej pisząc żelazem dzierżaw zakresy, niżeli z cyrklem i tablicami.
    ks. bp. Adam Naruszewicz (1733-1796) Przedmowa do przekładu „Germanii” Tacyta

    Pierwsze wtargnięcie Germanów na ziemie słowiańskie nastąpiło już w pierwszym tysiącleciu przed n. Ch.
    i rozpoczęło pochód Germanów na wschód ten wieczny odtąd „Drang nach Osten”
    Włodzimierz Dzwonkowski
    w dziele „Prahistorja ziem polskich” (Słowiańszczyzna pierwotna. Początki polskiej kultury i organizacji)
    Warszawa 1918
    W tym samym dziele mapa

    SŁOWIAŃSZCZYZNA ZACHODNIA I GERMANIA, a w niej zaznaczone czerwonymi punktami
    zachodnie granice osadnictwa słowiańskiego:

    Hamburg, rzeka Ilmenawa, Brunszwik, góry Harcu, Fulda,Wuerzburg, rzeka Wernica oraz zakreślony czerwoną linią ciągłą Limes Sorabicus, przeprowadzony w r. 808-808 przez Karola Wielkiego
    (granica oddzielająca jego monarchię od Słowiańszczyzny zachodniej)

    Gustaf Kossinna – według prof. Józefa Kostrzewskiego – szowinista niemiecki, gloryfikator prahistorycznej kultury germańskiej i prekursor narodowego socjalizmu, był wysoko ceniony w Niemczech, zwłaszcza po zwycięstwie wyborczym Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec (NSDAP). Od 1933 do 1936 roku pojawiły się 3 wydania książki Kossinny „Die deutsche Vorgeschichte”
    Wydanie siódme z 1936 r. (Ryc. 1.) poprzedza przedmowa (Ryc. 2.) z obszerną wypowiedzią przewodniczącego Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera (Ryc. 3.), w której uznano zasługi Kossinny dla uzasadnienia parcia Niemców na wschód.
    Fałszerstwa interpretacyjne znalezisk archeologicznych w wykonaniu Kossinny ilustruje Ryc. 4., a Ryc. 5. jego oddanie niemal zrealizowanej przez Niemców pod wodzą Hitlera idei powrotu Germanów do ich ojczystych siedzib nad Wisłą (sic!).

    Tekst i ryciny na stronie

    PROFESOR JÓZEF KOSTRZEWSKI NAJBARDZIEJ WYBITNY POLSKI ARCHEOLOG ODKRYWCA PRASŁOWIAŃSKIEGO BISKUPINA WZÓR PATRIOTY, SPOŁECZNIKA I NAUKOWCA

    Józef Kostrzewski „Z mego życia. Pamiętnik”, Ossolineum 1970
    – wybór fragmentów – ht..tp:/../w..ww.halat.pl/jkostrzewski.ht..ml

    ks. dr Stanisław Dołęga-Kozierowski, „ATLAS NAZW GEOGRAFICZNYCH SŁOWIAŃSZCZYZNY ZACHODNIEJ”, Poznań 1934

    ht…tp:/../halat.pl/atlas_slowianszczyzny_zach.jpg

    Henryk Batowski, „Zwięzły zarys dziejów Słowiańszczyzny”, Kraków 1948
    Plemiona Słowian Zachodnich
    ht…tp://halat.pl/plemiona_slowian_zach_i_zachpld.jpg

    Zygmunt Sułowski, „Najstarsza granica zachodnia Polski”, Poznań 1952
    ht…tp:/../halat.pl/plemiona_slowian_zach.jpg

    Państwo Piastow i ziemie utracone XII XIVw
    Gerard Labuda, „Polska granica zachodnia, tysiąc lat dziejów politycznych”, Poznań 1974

    ht…tp:/…/halat.pl/panstwo_piastow_i_ziemie_utracone_XII_XIVw.jpg

    Towarzystwo Ślężańskie
    Ślęża
    Polactwo
    Śląsk #1: Ślęża – korzeń Śląska od zamierzchłej przeszłości do teraźniejszości
    ŚLĄSK #2: ŚLĄSK KOLEBKĄ POLSKI

    Śląsk #3: Dwieście lat prusactwa na Śląsku

    Śląsk #4: Mapy
    Strony po angielsku

    Wojciech ze Starogrodu „NA TROPACH SŁOWIAN I ŻERMANÓW” Edinburgh 1944
    (…)
    Lübeck – czyli Ljubice. Jak to Książe Wiesław na Lubecku [Liubice] założył w r. 1048. „Hansę Lubecką”.

    Ludwik Stasiak „BRANDENBURG – KRAINA SŁOWIAŃSKICH MOGIŁ”
    Kraków 1946 fragment

    To grobowisko narodów. Całe narody wymarły.
    Język ich i pieśń ich umarła. Nawet pamięć po nich umarła.

    Słowianie Połabscy

    Jerzy Gąssowski, „DZIEJE I KULTURA DAWNYCH SŁOWIAN”, Warszawa 1964

    Jednym z ważniejszych odcinków, na którym przejawiały się dążenia monarchii frankijskiej, było terytorium Słowian Połabskich. Już u schyłku VI w. zachodnie granice zwartego osadnictwa słowiańskiego dotarły do Łaby i ustabilizowały się nad tą rzeką w bezpośredniej bliskości takich ludów germańskich jak Turyngowie, Sasowie i Duńczycy. Mniejsze grupy Słowian przeszły na zachodni brzeg rzeki i zatrzymały się w głębi ziem germańskich.

    W zapiskach karolińskich znajdujemy niekiedy wyraźne ślady dosyć daleko na zachód osiedlonych grup słowiańskich.
    Z dokumentu cesarza Ludwika Pobożnego wydanego dla biskupa Witrzburga w latach 826-830, a odwołującego się do wydarzeń z czasów Karola Wielkiego, znajdujemy wzmiankę o dwóch plemionach słowiańskich, nazwanych tu Moinvinidi i Radanzwinidi, mieszkających na terenie diecezji wirzburskiej między rzekami Menem a Radencą. Słowianie ci byli ochrzczeni i zaleca się w dokumencie wybudowanie dla nich kościołów.

    Dokument księcia Bawarskiego Tassilona, wystawiony w 777 r. dla klasztoru w Kremsmtinster, mówi o nadaniu klasztorowi danin z osad słowiańskich położonych w górnej Austrii koło dzisiejszego miasta Steyer. Mowa jest tam m. in. o trzech żupanach (książętach) słowiańskich, których imiona brzmią Taliup, Sparuna i Fisso.

    Również roczniki klasztoru w Fuldzie wymieniają liczne grupy Słowian mieszkających obok Franków w różnych miejscowościach należących do klasztoru (m. in. Giesa, Sa1zungen, Hagen, Sommerda i in.) i płacących należną daninę. Wspomniane wyżej grupy ludności słowiańskiej żyły bądź to w zwartych grupach plemiennych pod przywództwem lokalnych książąt, bądź to rozproszone w osadach obok ludności germańskiej. Ludność ta nie była w stanie zachować odrębności politycznej, a jedynie przez długi czas zachowywała odrębność etniczną, językową i obyczajową. Nie przedstawiała też żadnej groźby dla Franków. Stopniowo przechodziła proces asymilacji, do czego przede wszystkim przyczyniało się walnie skłanianie jej do przyjmowania chrześcijaństwa.

    Poważny problem dla monarchii Franków stanowiły nie owe daleko wysunięte na zachód i rozproszone osady słowiańskie, a zwarte ich osadnictwo na ziemi, którą Słowianie przywykli uważać za swoją, na prawym brzegu Łaby i Solawy.

    Karol Stojanowski, 1946 „O RESLAWIZACJĘ WSCHODNICH NIEMIEC”

    1. WSCHODNIE NIEMCY CMENTARZYSKIEM SŁOWIAŃSKIM

    DOBRODZIEJSTWA PRUSKIE W OŚWIETLENIU HISTORYCZNEM.

    Mowa posła Wojciecha Korfantego, wypowiedziana w sejmie pruskim dnia 23 kwietnia 1913 r.
    (w odpowiedzi na mowę posła v. Kardorffa w obszernem streszczeniu).
    POZNAŃ. 1913

    ht..tp:/../halat.pl/korfanty.ht..ml

    [Uwaga! poniższy tekst zawiera zmiany w stosunku do archaicznej polszczyzny oryginału]

    Stanisław Szczepanowski WALKA O BYT NARODU POLSKIEGO BYT
    Wydanie piąte, obozowe . – –
    „MYŚLI O ODRODZENIU NARODOWEM”wydał przy pomocy Polaków z Ameryki LONDYN – 1943

  14. MatkaPolka said

    Wojciech ze Starogrodu „NA TROPACH SŁOWIAN I ŻERMANÓW” Edinburgh 1944
    (…)
    Lübeck – czyli Ljubice. Jak to Książe Wiesław na Lubecku [Liubice] założył w r. 1048. „Hansę Lubecką”.

    Podobnie jak dzisiaj łamanie przez Niemców najbardziej uroczystych zapewnień i umów wywołało ogólną reakcję samoobronną ludów pokój i wolność kochających, tak po rzeziach dokonanych na Połabiu złączyły się najbliższe narody nie tyle może by nieść pomoc pobratymcom jak by wspólnym wysiłkiem odeprzeć wroga, szczerzącego ku nim zęby. Siły zbrojne Unji Czesko-Polskiej wyparły po zaciętych walkach Germanów poza Łabę.

    W 983. r. padł Hamburg, odcinający Słowian od dostępu do morza. Połabie było wolne; o Załabiu i o tamtejszych pobratymcach Słowianie już nie myśleli. Obca była im myśl zdobywania mieczem tak dalece, że nie myśleli nawet o wcieleniu oswobodzonych ziem pod swe panowanie. Zależało im jedynie na sprawiedliwych rządach, na ochronie ludu przed swawolą germańskich „rycerzy”. To też wierząc przyrzeczeniom cesarza Ottona III, że da ludności ochronę przed swym rycerstwem i uzna połabskich książąt dali mu Połabję w lenne, a Hamburg na własność.

    Z kleszczów oprawców uwolniona Połabia odzyskała wkrótce swe siły. Książe Wiesław na Lubecku [Liubice] założył w r. 1048. „Hansę Lubecką”. Jej statut i pierwsze księgi w Lubecku-Luebeck były pisane wyłącznie po słowiańsku. Tak liberalne były zasady tego związku kupieckiego, że wkrótce przystąpiły doń właściwie wszystkie miasta handlowe nad Bałtykiem i Morzem Północnym. Nazwa” Hansa” stała się nie tylko „Gwarantką Wolności Morza” lecz także „Gwarantką Wolnego Handlu Lądowego”. Złamanie swawoli rycerstwa przez Słowian dało ziemiom cesarstwa niemieckiego możność do nadzwyczajnego rozkwitu po setkach lat strasznego upadku. To też chętnie zgłaszały swój akces do Hansy niemieckie miasta śródlądowe, a także Wenecja współpracowała z Hansą.

    Olbrzymi rozwój Hansy spowodował konieczność decentralizacji celem sprężystszego załatwiania spraw w danym terytorium. Przez udzielenie w 13. wieku tej swobody samorządowej „gałęzi brytyjskiej” jako „Prawo Jednej Trzeciej”, nie zmienił się w niczym jej stosunek do Centrali Lubeckiej przez cały czas istnienia Hansy. Zupełnie inny obrót wynikł z udzielenia w r. 1356. tego samego prawa gałęzi niemieckiej. Już w r. 1360. odmówiła grupa niemiecka płacenia składek do Centrali i wprowadziła polityczne intrygi do Międzynarodowego Związku Kupieckiego.

    Działo się to w ścisłym porozumieniu z Krzyżakami w Marienburgu. Ci osadziwszy się w Gdańsku i Toruniu (wycięcie r. 1308. w samym Gdańsku 10 000 Kaszubów), sparaliżowali zupełnie zagraniczny handel Polski przez pobieranie niezmiernych ceł tranzytowych, od których zwalniali kupców niemieckich. Spodziewając się tych samych ulg, przystąpiły przejściowo hanseackie miasta Hollandji do Niemiecko-Duńskiej Gałęzi Hansy. Porty Danji stały się miejscami wypadów dla piratów niemieckich przeciw Centrali. Przyszło do wojny domowej niesfornego ” Ramienia” z Organizacją Centralną.
    Zwycięstwo Unji Polsko-Litewskiej w 1410 r. z udziałem Czech i Rusi nad germańskim rycerstwem wzmocniło pozycję Lubeki. Pierwsze słabnięcie Polski uwydatniło się zupełnym podupadkiem Hansy, a z początkim 18. stulecia nastąpił jej zupełny upadek.

    Niemcy głoszą uparcie że Hansa była instytucją Germanów.
    Wskazują złudnie na Luebeck jako miasto niemieckie położone głęboko w terenach Rzeszy. Twierdzą, że to Fuerst Gottschalk auf Luebeck założył ten związek zwalczający piractwo. Dowodzą że Niemcy tępili rozbój morski na długo zanim Britanja o tym pomyślała i że Germani przodowali ustalając zasady Wolności Morza i innych nowoczesnych” Praw Morskich”.

    Historja Hansy w całej swej rozciągłości zaprzecza kłamstwom niemieckim. Bezcenne dla Słowian księgi pierwszego Statutu Hansy zostały zapewne teraz zniszczone podczas bombardowania Lubeki.
    „Bożym Błaznem” = Gottschalk” przezwali Niemcy księcia „Wiesława na Lubecku”. {św. Gottschalk, Godecalcus, syn Mściwoja władcy Wendów)

  15. MatkaPolka said

    Karol Stojanowski, 1946 „O RESLAWIZACJĘ WSCHODNICH NIEMIEC

    1. WSCHODNIE NIEMCY CMENTARZYSKIEM SŁOWIAŃSKIM

    Niemcy nie są narodem tak jednolitym, jak np. Polacy. Poza zróżnicowaniem religijnym i językowym, odgrywa u nich bardzo poważną rolę zróżnicowanie szczepowe, czyli jak to się obecnie utarło, zróżnicowanie krwi. Narodowe terytorium niemieckie składa się z trzech zasadniczych części: germańskiej, celtoromańskiej i słowiańskiej. Germańskie terytorium w Niemczech obejmuje północno-zachodnie tereny na północ od Menu oraz na zachód od Łaby i Sali.

    Żywioł ściśle germański ekspandując ze swego terytorium zalał dzisiejsze południowe Niemcy, etnicznie przed tym celtyckie, oraz zgermanizował je. Terytorium południowych Niemiec uległo późniejszym wpływom rzymskim. Oba te terytoria razem połączone, przeprowadziły w średnich wiekach, znany ogólnie podbój zachodniej Słowiańszczyzny. Na skutek tego podboju powstało trzecie terytorium, tj. terytorium słowiańsko-niemieckie.

    Jeszcze w średnich wiekach Słowiańszczyzna sięgała, jak wskazuje załączona mapa, bardzo daleko na zachód. Przekraczała ona Łabę oraz dochodziła do Sali. Na zachód od dzisiejszej polskiej granicy, tj. od dolnej Odry, Nysy Łużyckiej oraz na zachód od górskiego masywu czeskiego rozprzestrzeniały swe siedziby trzy wielkie ludy słowiańskie. Południe tego terytorium zamieszkiwali Serbowie Łużyccy zwani Łużyczanami.

    Nizinę nadbałtycką zajmowali na zachodzie po prawym i po lewym brzegu Łaby Obotryci [Obodryci]. Dalej zaś na wschód od Obotrytów aż do Odry rozciągały się siedziby Weletów, zwanych też Lutykami. Bardzo wyraziście unaocznia zasięg słowiański w Niemczech mapka, wyjęta z tajnego pisemka Wendischer Bote, wydawanego w czasie obecnej wojny [chodzi o II wojnę światową] przez „Związek Niemców Pochodzenia Słowiańskiego” (Verband der Deutschen slawischer Abstammung).

    Mapka ta wskazuje, że takie miasta, jak Hamburg, Kilonia, Lubeka, Magdeburg, Lipsk, nie mówiąc już o Berlinie, leżą na dawnych ziemiach słowiańskich, przy czym niektóre wyrazy są pochodzenia słowiańskiego (Lubeka, Lipsk, Berlin).

    Napór germańsko-niemiecki na Słowian zaczął się jeszcze w VII w. po Chrystusie.

    Wtedy to Słowiańszczyźnie zagrażali germańscy Frankowie. W związku bodaj z tym naporem powstało najstarsze państwo Samona. Najpotężniejsze uderzenia spotkały Słowian w wieku X i XII. Akcję przeciwsłowiańską prowadziło dwóch monarchów z dynastii saskiej: Henryk I i Otton I w wieku X-tym oraz margrabia brandenburski Albrecht Niedźwiedź i książę saski Henryk Lew w wieku XII.
    Walki niemiecko–słowiańskie były bardzo krwawe i uporczywe. Słowianie bronili się bardzo dzielnie w wojnach obronnych i w powstaniach po podboju niezależnych państw słowiańskich. Na bohatera tych walk wyrósł zwłaszcza lud Weletów.
    Dramat słowiański za Odrą zakończył się w roku 1181, kiedy Pomorze Szczecińskie zdobyte dla Polski ponownie przez Bolesława Krzywoustego podporządkowało się Niemcom.

    Podbój niemiecki był robiony z właściwym temu narodowi okrucieństwem. Ludność, zwłaszcza sfery zamożniejsze i kierownicze, masowo wyrzynano. Ze względów natury gospodarczej nie wszystkich Słowian wyniszczono fizycznie. Na skutek tego ludowa masa słowiańska na ogół pozostała przez długi czas słowiańską. W niektórych państewkach, które się Niemcom dobrowolnie podporządkowały, pozostawiono też słowiańską szlachtę, a nawet dynastie panujące przy życiu.

    Ziemie słowiańskie na zachód od Odry stały się po niemieckim podboju świadkiem drugiego procesu, tj. niemieckiej kolonizacji i germanizacji olbrzymich mas słowiańskich. Proces ten trwał nieprzerwanie od podboju obecnego niemieckiego wschodu aż do chwili dzisiejszej.

    Germanizacja posuwała się wprawdzie systematycznie, ale bardzo powoli i opornie. Jeszcze do dzisiejszego czasu nie zdołano zgermanizować Łużyczan, którzy przetrwali w ilości około 400 000 ludzi. Jeszcze w XVIII stuleciu resztki ludności słowiańskiej na zachód od Odry mówiły swoim językiem, który zachował się w pisanych zabytkach do dziś.

    Za czasów Lutra właściwie całe wschodnie Niemcy mówiły po słowiańsku. Jeszcze przy końcu XVIII stulecia w czasie rozbiorów Polski w tak zwanej kuźnicy kołłątajowskiej dyskutowano projekt połączenia dynastycznego Polski ze Saksonią. W ówczesnej bowiem Saksonii mieszkała wielka ilość Słowian, którą politycy polscy mieli zamiar obronić przed germanizacją.

  16. MatkaPolka said

    WOJNY POLSKO-KRZYŻACKIE

    http://www.bryk.pl/s%C5%82owniki/s%C5%82ownik_historyczny/88752-wojny_polsko_krzy%C5%BCackie.html

    w 1226 r. książę Konrad Mazowiecki sprowadził na placówkę pruską rycerzy Teutońskiego Zakonu Najświętszej Marii Panny (Krzyżaków). Książę prawdopodobnie przypuszczał, że podbiją oni dla niego ziemie pruskie, a on wynagrodzi im trudy krucjaty, przyznając część podbitych terenów. Krzyżacy mieli jednak inne plany. Swoją działalność w Polsce zaczęli od sfałszowania dokumentu nadającego im ziemię chełmińską.

    Od 1230 r. Krzyżacy rozpoczęli systematyczny podbój Prus wzdłuż dolnego biegu Wisły i brzegów Zalewu Wiślanego. Na zdobytych ziemiach budowali zamki, które obsadzali stałą załogą.Pozwalało im to kontrolować przyległe tereny. W 1237 r. połączyli się z działającym w Inflantach Zakonem Kawalerów Mieczowych. W 1249 r. Prusowie poddali się i przyjęli chrzest, ale ostatnie terytorium pruskie – Jaćwież – Krzyżacy przyłączyli do swojego państwa dopiero w 1282 r.

    W 1308 r. margrabia brandenburski najechał na Pomorze i rozpoczął oblężenie Gdańska. Władysław Łokietek (zajęty w Małopolsce) nie mogąc z nimi walczyć, wezwał na pomoc Krzyżaków. Ci odparli Brandenburczyków, ale opanowali Gdańsk, urządzając przy okazji rzeź jego mieszkańców. Rok później zajęli całe Pomorze Gdańskie i przenieśli siedzibę wielkiego mistrza zakonu do Malborka.

    Przy okazji starań o koronę Łokietek złożył u papieża w Awinionie skargę na Krzyżaków. Papież wyznaczył sędziów: arcybiskupa gnieźnieńskiego Janisława, biskupa poznańskiego Domarata i opata klasztoru mogileńskiego Mikołaja. Proces rozpoczął się w 1320 r. w Inowrocławiu, a następnie został przeniesiony do Brześcia Kujawskiego. W 1321 r. zapadł wyrok, który nakazywał Krzyżakom zwrócić Pomorze Gdańskie Polsce i zapłacić 30 tys. grzywien odszkodowania. Krzyżacy nie uznali tego wyroku.

    W 1326 r. w związku z wyprawą przeciw Brandenburgii Krzyżacy wkroczyli do Wielkopolski, a następnie zawarli sojusz z książętami mazowieckimi. Łokietek zaatakował więc Mazowsze, ale w odwecie Krzyżacy złupili Kujawy. W 1328 r. Krzyżacy zawarli sojusz z królem Czech Janem Luksemburskim i zajęli ziemię dobrzyńską. Ciągle też trwały łupieżcze najazdy Zakonu sięgające aż po ziemię łęczycką, sieradzką i Wielkopolskę. We wrześniu 1331 r. Łokietkowi udało się pokonać Krzyżaków pod Płowcami, lecz już rok później zajęli oni Kujawy. Co prawda Łokietek podjął akcję odwetową, ale w jej trakcie legat papieski Piotr z Alwerni doprowadził do zawarcia rozejmu.
    Konflikt miał być rozstrzygnięty drogą dyplomatyczną przez króla czeskiego Jana Luksemburskiego i węgierskiego Karola Roberta.

    Stosunki polsko-krzyżackie poruszono też w czasie obrad Soboru w Konstancji (1414-18 r.). Polską rację stanu przedstawiali tam profesorzy Akademii Krakowskiej z Pawłem Włodkowicem na czele. W traktacie O władzy cesarza i papieża nad niewiernymi potępił on wojnę jako narzędzie nawracania pogan, co było zdecydowanie wymierzone w Zakon. Stronę krzyżackąreprezentował Jan Falkenberg, który bardzo obraźliwie dla króla polskiego przedstawił argumenty Zakonu. Został on uwięziony, a papież potępił jego traktat. Sporu jednak nie rozstrzygnięto.

    • wielka wojna z zakonem krzyżackim (1409-1411): kiedy na Żmudzi wybuchło powstanie antykrzyżackie, Polacy obiecali Witoldowi pomoc, jeśli tylko Zakon zaatakuje Litwę. W odwecie Krzyżacy zajęli ziemiędobrzyńską (1409 r.). Rozpoczęła się wielka wojna z Zakonem, która trwała dwa lata, ale jej rozstrzygnięcie dokonało się 15 VII 1410 r. Pod Grunwaldem doszło wtedy do spotkania zmierzających do Malborka wojsk polsko-litewsko-ruskich z armią krzyżacką. Wojska polsko-litewskie liczyły ok. 30 tys. walczących. Po stronie Krzyżaków walczyło ok. 20 tys. rycerzy, ale mieli zdecydowanąprzewagę w uzbrojeniu nad Litwinami. Całodniowa bitwa zakończyła się klęską Zakonu. Na polu walki poległ sam wielki mistrz Ulrich von Jungingen, a z nim ok. 8 tys. Krzyżaków (blisko 14 tys. wzięto do niewoli).

    Wygranej nie wykorzystano do końca, gdyż opóźnił się marsz na Malbork. Krzyżacy mieli więc czas na przygotowanie obrony i twierdza nie została zdobyta. Mimo kolejnej przegranej bitwy pod Koronowem, sytuacja Zakonu poprawiła się – interweniował na jego rzecz Zygmunt Luksemburski (król Węgier, a od 1410 r. także Niemiec).

    Pokój toruński z 1411 r. nie był więc dla Polski i Litwy zbyt korzystny: przyznawał dożywotnio Żmudź Witoldowi i Jagielle, a na rzecz Polski Krzyżacy zrzekli się pretensji do ziemi dobrzyńskiej.

    Następne wojny wybuchały jeszcze w 1414, 1419, 1422 i 1431 r. W 1422 r. zawarto pokój melneński, w wyniku którego Litwa odzyskała Żmudź bez warunku dożywocia. Kolejny pokój – w Brześciu Kujawskim (1435 r.) – nie przyniósł Polsce nabytków terytorialnych, ale Jagiełło odniósł sukces polityczny, gdyż Krzyżacy zobowiązali się,że w sporach z Polską nie będą uciekać się do pomocy cesarza ani papieża.

    wojna trzynastoletnia (1454-1466): w połowie XV w. Zakon przeżywał poważny kryzys finansowy spowodowany przegranymi wojnami. Zaostrzył więc politykę podatkową,co z kolei spowodowało zubożenie ludności. W 1440 r. powstał Związek Pruski (nawiązujący do powstałego w 1397 r. Związku Jaszczurczego) o wyraźnym nastawieniu antykrzyżackim
    . Nic więc dziwnego, że Zakon usiłował go zlikwidować i odwoływałsię w tej sprawie do cesarza i papieża. Zabiegi te nie przyniosły jednak rezultatów.

    W styczniu 1454 r. Związek zwrócił się do króla Polski Kazimierza Jagiellończyka, by przyjął Prusy pod swoją władzę. Jednocześnie związek rozpoczął powstanie antykrzyżackie i opanował większośćzakonnych zamków. 6 III 1454 r. Kazimierz Jagiellończyk podpisałakt inkorporacji Pomorza i Prus do Polski, co doprowadziło do wojny polsko-krzyżackiej.

    Walki początkowo nie przebiegały pomyślnie dla Polski. Pospolite ruszenie przegrało bitwę pod Chojnicami, a Zakon odzyskał część utraconych miast i zamków. Dzięki olbrzymiemu wysiłkowi finansowemu miast pruskich (Gdańska, Elbląga, Torunia) utworzono armię zaciężną. Losy wojny przeważyła dopiero bitwa pod Świeciem (1462 r.) wygrana przez polskie oddziały zaciężne (pod wodzą Piotra Dunina). W 1463 r. flota gdańska i elbląska odniosła zwycięstwo nad krzyżacką na Zalewie Wiślanym. Trzy lata później podpisano w Toruniu pokój.

    Polska odzyskała Pomorze Gdańskie, Malbork, Elbląg (tzw. Prusy Królewskie), ziemię chełmińską i michałowską oraz biskupstwo warmińskie. Pozostałe ziemie pruskie (tzw. Prusy Krzyżackie) ze stolicą w Królewcu stały się lennem Polski, a każdy nowy mistrz Zakonu był zobowiązany złożyć hołd królowi polskiemu w ciągu sześciu miesięcy od wyboru.

    ostatnia wojna z Zakonem (1519- 1521): Krzyżacy nie chcieli pogodzić się z warunkami drugiego pokoju toruńskiego i usiłowali uniezależnić się od Polski. Do kolejnego zatargu doszło, gdy nowym mistrzem został Albrecht Hohenzollern, syn elektora brandenburskiego i siostry Zygmunta I Starego. Odmówił on złożenia hołdu, zawarł przymierze z państwem moskiewskim i zażądał zwrotu wszystkich ziem utraconych przez Zakon. Zygmunt Stary rozpoczął więc w 1519 r. działania wojenne przeciw Zakonowi; dwa lata później Krzyżacy poprosili o rozejm.

    W 1525 r. w Krakowie podpisany został układ między Zakonem a królem Polski. Ponieważ wielki mistrz, bracia zakonni i poddani Zakonu przyjęli luteranizm (utracili więc opiekę cesarza i papieża), doszło do sekularyzacji państwa zakonnego. Stało się ono teraz lennym księstwem dziedzicznym w posiadaniu Albrechta Hohenzollerna i jego męskich potomków. Każdy władca tego państwa (tzw. Prusy Książęce) musiał złożyć hołd królowi polskiemu i zobowiązany był udzielać mu zawsze pomocy wojskowej i finansowej (otrzymał też miejsce w senacie). W razie bezdzietności władców Prus lenno miało powrócić do Polski. Nie wolno też było łączyćwładzy w Prusach Książęcych z władzą w Brandenburgii.

    10 IV 1525 r. Albrecht Hohenzollern złożył na Rynku krakowskim hołd lenny królowi polskiemu (z księstwa pruskiego).

  17. MatkaPolka said

    Palili, łupili, zabijali.
    http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/282867,palili-lupili-zabijali-ale-tez-wynalezli-centralne-ogrzewanie,id,t.html?

    Jagiełło złamał potęgę państwa rycerzy mnichów, którzy przez setki lat bogacili się, handlowali i budowali zamki.

    „Mistrz Ulrich wzywa twój majestat, panie, księcia Witolda na bitwę śmiertelną i aby męstwo wasze, którego wam widać brakuje, podnieść, śle wam te dwa nagie miecze”. Butni Krzyżacy wbijają miecze w ziemię, a Jagiełło po chwili ciszy spokojnym, ale pewnym głosem odpowiada: „Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmuję jako wróżbę zwycięstwa, którą mi sam Bóg przez wasze ręce zsyła”.

    To kadry z filmu „Krzyżacy”; na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza. Tak według pokrzepiciela polskich serc wyglądał początek jednej z największych bitew średniowiecznej Europy.

    Dwa miecze – historia autentyczna – przez następnych ponad czterysta lat były dla Polaków dowodem ich siły i potęgi.

    Nie ma natomiast wątpliwości, jakie były losy człowieka, który prawdopodobnie podsunął Ulrichowi von Jungingen pomysł na to, jak upokorzyć króla Polski. Był nim komtur Tucholi Heinrich von Schwelborn. Krzyżak na znak swego rzekomego męstwa zawsze woził przed sobą dwa miecze. Zabrakło mu go jednak pod Grunwaldem. Gdy losy bitwy były już przesądzone, uciekł z pola walki. Zginął ścięty przez harcowników, którzy dopadli go pod Falkowem koło Susza.

    Zanim jednak zwycięstwo Władysława Jagiełły pod Grunwaldem zapoczątkowało powolny upadek krzyżackiego państwa, przez ponad dwa wieki rycerze mnisi budowali swoją potęgę i zasobność.

    Początek Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie sięga trzeciej wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej, którą powiódł z Niemiec cesarz Fryderyk I Barbarossa. Jego śmierć w trakcie pochodu spowodowała rozłam wśród krzyżowców. Większość zawróciła, jednak część dotarła pod Akkę, którą oblegali wspólnie z rycerstwem francuskim i angielskim. Konieczność zajmowania się poległymi, rannymi i chorymi stała się powodem, dla którego papież Klemens III w 1191 roku zatwierdził zakon niemieckich szpitalników. Zaczęli do niego wstępować niezamożni niemieccy rycerze, a bogaci czynili nadania na jego rzecz. Gdy w 1197 roku kolejna grupa krzyżowców z Niemiec dotarła do Ziemi Świętej, pod Akką zastała już szpital polowy.

    Zakon zaczął także zabiegać o przywileje. Jednym z nich było wyjęcie spod jurysdykcji biskupa, co w praktyce oznaczało, że podlegał bezpośrednio papieżowi. Pozwalało także na samodzielny wybór przełożonego – mistrza.

    Nazwa Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie nawiązywała do pierwszego niemieckiego szpitala w Jerozolimie. Dzisiaj nie ma już po nim żadnych śladów. Zachowały się natomiast ruiny krzyżackiego zamku Montfort w Izraelu, który był siedzibą wielkiego mistrza zakonu. Gdy w 1291 roku upadała Akka, ostatnia twierdza chrześcijańskiego Królestwa Jerozolimy, Krzyżacy opuścili także swój zamek, a ośrodkiem ich władzy stała się Wenecja.

    Podwaliny pod przyszłą potęgę Krzyżaków położył Herman von Salza. Niewiele wtedy znaczący rycerze teutońscy, bo także pod taką nazwą funkcjonowali w ówczesnym świecie, potrzebowali wielkiego mistrza o dobrym zmyśle politycznym i organizacyjnym. I takim właśnie człowiekiem był von Salza.

    To on, jeszcze przed upadkiem Królestwa Jerozolimy, wyczuł, że zakon musi znaleźć sobie nowe miejsce. Rozwiązaniem było wystosowane przez króla węgierskiego Andrzeja II w roku 1211 zaproszenie do nękanego przez Kumanów Siedmiogrodu.

    Król nadał Krzyżakom ziemie, a ci bardzo szybko przybyli do Węgier wraz z niemieckimi osadnikami. Z czasem wybudowali pięć kamiennych zamków i zaczęli powiększać swoje włości.

    Mijały lata, a zakon zaczął być solą w oku węgierskich panów, którzy zażądali od króla usunięcia z kraju Niemców. Pierwotnie Andrzej II odmówił. Jednak gdy w 1225 roku Herman von Salza wyjednał od papieża objęcie ziem zakonnych jego protektoratem – co w praktyce oznaczało wyjęcie ich spod królewskiej jurysdykcji – władca wpadł w gniew. Wojsko pod wodzą królewskiego syna wypędziło zakonników z kraju.

    Niebawem do wielkiego mistrza nadeszło kolejne zaproszenie. Tym razem od księcia Konrada Mazowieckiego. Był rok 1226.

    Dominium księcia Konrada było systematycznie napadane przez pogańskie plemiona Bałtów. Organizowane przez książąt z rodu Piastów wyprawy krzyżowe nie przynosiły efektów.

    Herman von Salza postanowił więc skorzystać z zaproszenia. Jednak tym razem działał bez pośpiechu. Najpierw wyjednał u cesarza Fryderyka II nadanie całego terytorium Prus swojemu zakonowi, co zakończyło się powodzeniem. Konrad Mazowiecki nie wiedział o tym, dlatego pertraktacje pomiędzy nim a zakonem trwały nadal. Wreszcie w 1230 roku w Kruszwicy podpisano traktat, na mocy, którego książę przekazał Krzyżakom ziemię chełmińską oraz wszystkie przyszłe zdobycze w Prusach.

    (nieprawda – Swoją działalność w Polsce zaczęli od sfałszowania dokumentu nadającego im ziemię chełmińską).

    W ten sposób wczesną wiosną nad Wisłą pojawili się rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach. To właśnie od nich wzięła się polska nazwa Zakonu Szpitala NMP Domu Niemieckiego w Jerozolimie – Krzyżacy.

    Rok później, na lewym brzegu rzeki, rycerze mnisi założyli swoją pierwszą bazę Thorn, czyli Toruń.

    Podbój całych Prus zajął im następne pół wieku. Zakon, przy wsparciu europejskich władców i rycerstwa, zdobywał kolejne krainy zajmowane przez pogańskie plemiona. Nawracanie, gdyż taki był oficjalny cel wypraw, polegało na gromadnym chrzczeniu i wprowadzaniu zakonnej jurysdykcji. Opornych wycinano w pień, dzieci i kobiety trafiały w niewolę, a dobytek niszczono. Zakon nie troszczył się także o dalszą opiekę duchową nad nawróconymi, natomiast bezwzględnie ściągał daniny.

    Stosunki sąsiedzkie z polskimi książętami układały się poprawnie do czasu, gdy w 1308 roku Krzyżacy wkroczyli na chrześcijańskie Pomorze Gdańskie. Zajęcie bogatego Gdańska oraz najazdy, grabieże i pustoszenie innych polskich ziem doprowadziło do tego, że przez cały XIV wiek pomiędzy zakonem a Polakami trwała nieustająca wojna.

    Szalę przechyliła bitwa pod Grunwaldem, o wyniku której zdecydowało nie tylko męstwo wojska pod wodzą Władysława Jagiełły, lecz także jego mądrość i zmysł militarny.

    W 1309 roku wielki mistrz po raz kolejny przeniósł swoją siedzibę. Tym razem do Malborka, który jednocześnie stał się stolicą państwa krzyżackiego. Wprawdzie było to państwo zakonne, ale funkcjonowało jak wszystkie ówczesne feudalne struktury władzy. Pod tym względem można powiedzieć, że stanowiło nawet niedościgniony wzór.

    Na samej górze drabiny stał wielki mistrz, którego władza była absolutna. Wspierali go rycerze zakonni. Wielki komtur zajmował się gospodarką, wielki marszałek sprawami wojny, wielki szpitalnik polityką zagraniczną, wielki skarbnik odpowiadał za finanse, wielki szafarz za handel, a wielki mincerz zajmował się nie tylko biciem monet, lecz także dbał o stan twierdz, uzbrojenie wojska i konie. Każdy rycerz otrzymywał zbroję, konia i pełen rynsztunek.

    Pochodzili z niemieckiej szlachty, a wstąpienie do zakonu zwalniało ich z odpowiedzialności nawet za najpoważniejsze zbrodnie.

    Niższy szczebel drabiny stanowili księża, następnie byli bracia zakonni i tzw. półbracia, jeszcze niżej byli mieszczanie i chłopi. Sam dół drabiny zajmowali niewolnicy.

    (komentarz MP – Polska miała swoje struktury administracyjne – często lepsze i starsze – już za Popielidów byliśmy państwem dobrze zorganizowanym – zaproszenie krzyżaków to największy błąd – po co oddawać coś obcym kiedy mieliśmy własne )

    Podstawową jednostką administracyjną była komturia. Komtur zarządzał zamkiem, otaczającym go grodem oraz ziemiami przynależnymi do komturii. Krzyżacy założyli 93 miasta, wznieśli dziesiątki kościołów oraz około 120 zamków warownych. Większość z nich na terenach dzisiejszej Polski, pozostałych należy szukać w Rosji, Estonii, na Litwie i Łotwie. Zaledwie kilka zbudowali w Niemczech, Czechach i Rumunii. Budowali także młyny, browary, piece do wytopu żelaza, kuźnie, huty szkła, garbarnie, cegielnie oraz inne zakłady, dzięki którym mogli prowadzić wielkie inwestycje budowlane oraz wojny i podboje. Rozwijali także infrastrukturę drogową, wznosili mosty, przystanie rzeczne i porty.

    (komentarz MP – Większość zamków Krzyżacy NIE budowali, a zagarniali od Polaków)

    Osadnicy osuszali bagna, wycinali lasy, stawiali domy, kościoły, uprawiali ziemię i hodowali zwierzęta. Własne gospodarstwa prowadzili także rycerze mnisi.

    Krzyżacy nie stronili też od handlu, ich sieć agentów handlowych sięgała od Rusi przez Polskę aż po Anglię. Eksportowali zboże, miód, drewno, wosk, bursztyn, futra. Sprowadzali natomiast broń, sukno, sól i śledzie oraz wina i przyprawy korzenne. Przy zdobywaniu korzyści majątkowych nie wahali się przed oszustwem. Dotyczyło ono na przykład bitych przez zakon monet, które zawierały mniej szlachetnego kruszcu. W ten sposób negatywnie wpływali na polską gospodarkę.

    Zakonnicy nie stronili od uciech i wygód. W Malborku funkcjonował na przykład dom publiczny. Praktycznie każdy zamek posiadał wieżę latrynową, tzw. gdanisko. Służyła ona rycerzom nie tylko do załatwiania potrzeb fizjologicznych, ale w razie oblężenia stanowiła niedostępny bastion obronny. Krzyżacy wprowadzili pierwsze centralne ogrzewanie. Dwupoziomowe piece _doprowadzały ciepło do najważniejszych pomieszczeń – na pierwszym poziomie rozpalano ogień, podczas gdy na górnym układano kamienie.

    Na zakonnym stole dominowały pieczone i duszone mięsa wołowe, wieprzowe i cielęcina. W postne dni zastępowano je rybami. Rzadziej sięgano po drób. Jedzono także chleb, masło, kasze oraz słodkie ciasta. Dopełnieniem posiłku były miód pitny i piwo, często z sokiem malinowym. Nie stroniono także od wina. Gorące napoje ziołowe słodzono miodem, dodając sok z czarnego bzu.

    Własność prywatna była zakazana. Zakonnicy spali we wspólnych sypialniach zwanych dormitoriami. Ponieważ zawsze mieli być gotowi do walki, więc nie mogli zdejmować ani koszul, ani obuwia.

    Zwycięstwo wojsk polsko-litewsko-ruskich pod Grunwaldem nie od razu doprowadziło do upadku krzyżackiego państwa. Jednak zakon zaczął mieć coraz poważniejsze problemy ekonomiczne. Nie miał już także takiego jak do tej pory wsparcia dynastii rządzących na zachodzie Europy oraz popularności wśród tamtejszego rycerstwa. W efekcie w 1525 roku Albrecht Hohenzollern złożył hołd lenny królowi Zygmuntowi Staremu i doprowadził do sekularyzacji Prus.

    (KOMENTARZ MP – PAŃSTWO KRZYŻACKIE – POTEM PRUSY – PAŃSTWO BEZ NARODU – CZY TEŻ NARÓD KAPRALI – ŻEROWALI NA NIEWOLNICZEJ PRACY PODBITEJ LUDNOŚCI POLSKIEJ)

  18. MatkaPolka said

    Poprzedni wpis sie zmoderował

    Palili, łupili, zabijali.
    http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/282867,palili-lupili-zabijali-ale-tez-wynalezli-centralne-ogrzewanie,id,t.html?

    Jagiełło złamał potęgę państwa rycerzy mnichów, którzy przez setki lat bogacili się, handlowali i budowali zamki.
    ****====

    Agresja Krzyżacka na Polskę trwa nadal tym razem pod zasłoną UE

    KRZYŻACY/PRUSY SĄ ODPOWIEDZIALNE ZA PODBÓJ POLSKI I ZA ROZBIORY.

    Polska była wielka i wspaniała. I bardzo długo potrafiła się przeciwstawić knowaniom Krzyżaków.
    Krzyżacy/Prusacy osadzili na tronie polskim w drodze przekupstwa Augusta II Mocny Sasa – i od tego momentu zaczął się upadek Polski przez cały XVIII w.

    Nawet Rosji uczestniczącej w rozbiorach nie zależało na zniszczeniu Polski – po osłabieniu Polski inicjowanej głównie przez Prusy. Po znacznym osłabieniu Polski i wzroście potęgi Rosja chciała Polskę podporządkować i kontrolować, ALE NIE ZNISZCZYĆ !!. Wszelkie zrywy narodowościowe zawsze były inicjowane przez Prusy i zawsze przeciw Rosji – Insurekcja Kościuszkowska, Powstanie listopadowe, powstanie styczniowe…

    Potęga Prus wyrosła na trupie Polski. Żywioły zainteresowane upadkiem Polski to byli Niemcy, Mocarstwo Anonimowe i Tajne Związki (masoneria to twór krzyżacki po sekularyzacji Zakonu Krzyżackiego). NIEMCY – to największy i śmiertelny wróg Polski. Kto nie wierzy niech odwiedzi obóz śmierci w Oświęcimiu- Brzezince.

    Dzisiejsza kontynuacja Krzyżaków na drodze do niemieckiego rewanżyzmu jest masoński Zakon Rycerzy Maltańskich. Zanim zatrzymamy się przy niemieckich Rycerzach Maltańskich, prześledźmy znakomitości europejskie i światowe w ostatnim półwieczu, które były lub są członkami Zakonu Rycerzy Maltańskich. Byli wśród rycerzy maltańskich tacy politycy jak Francesco Cossiga, Andreotti, Fanfanii, John Volpe (ambasador USA), Simpson (były sekretarz skarbu USA) . Są lub byli członkami Zakonu Maltańskiego przemysłowcy: Gianni Angelli (Fiat), zarazem członek Komisji Trójstronnej i Bilderberg Group, Lee Iacocca (koncern Chrysler), Peter Grace (ropa, statki), brazylijski miliarder Dino Samaja. Idąc śladem członków Zakonu Kawalerów Maltańskich dochodzimy do czołowych agend Rządu Światowego, jak wspomniana Komisja Trójstronna i Bilderberg Group, amerykańska Rada Polityki Zagranicznej, zakon „Czaszka i Piszczele” („Skull and Bones”)

    Dlaczego wspominam o maltańczykach w kontekście KL Warschau, w związku z niemieckim rewanżyzmem. Z książki Jana Marszałka „Germanizacja powiatu bartoszyckiego na przełomie XX i XXI wieku” dowiadujemy się, że Niemiecki Rycerski Zakon Joannitów, inaczej zwany Zakonem Kawalerów Maltańskich, wybrał na swojego Wielkiego Mistrza rycerza Hansa Petera von Kirchbacha

    Zaskakujący dygresja – nawet w okresie PRL-u Polska będąca w strefie wpływów Rosji zdołała się odbudować po zniszczeniach II wojny światowej dokonanych przez zbrodnicza nazistowska Trzecia Rzesze niemiecka. Mimo opresyjności systemu sterowanego przez bolszewików (morderczy system bolszewicki był tak samo opresyjny zarówno dla Polaków jak i Rosjan). Polska wysiłkiem całego narodu zdołała odbudować gospodarkę ze zniszczeń niemieckich i gospodarczo rankowana była na 10 miejscu na świecie. Dziś będąc w strefie wpływów niemieckich Polska spadla na 80 miejsce na świecie. Pokolenie solidarnościowe wyrosło w opozycji do Rosji jako okupanta.

    Tajna polityka niemiecka od wieków jest ta sama. Konsekwentna, długofalowa i bardzo skuteczna. W czasach przedrozbiorowych Niemcy były w stanie osadzić na tronie polskim Augusta II, a potem jego syna Augusta III, a na tronie carskim Prusaczkę Katarzynę II wraz z całym jej niemieckim dworem i generalicją. Ich polityka doprowadziła do rozbiorów Polski.

    Wszystkie powstania i zrywy niepodległościowe w Polsce były z inspiracji i podżegania Prus – cały czas ta sama tajna i ukryta perfidia krzyżacka – i zawsze skierowane przeciw Rosji, nigdy przeciw Prusom.

    Wymowny jest przykład Powstania Styczniowego z tajnej inspiracji samego Bismarcka. Podburzona patriotyczna młodzież szlachecka ledwie uzbrojona i chłopi uzbrojeni w sztachety z gwoździem wyruszali do boju z regularnymi wojskami carskimi. Kozacy chłopom obcinali ręce szablami, a patriotyczna młodzież szlachecką zsyłano na Syberie. Konfiskowano majątki. Pustoszały dworki i pola.

    Na miejsce wyrugowanego w ten sposób żywiołu polskiego wchodził żywioł niemiecki i żydowski. I jak mawiali starożytni – ‘Es fecit cui prodest’ – ten zrobił, kto skorzystał.

    PIŁSUDSKI TO MAJSTERSZTYK TAJNEJ DYPLOMACJI PRUSKIEJ.
    95% Polaków do dziś wierzy, że był bohaterem narodowym i zbawcą Polski.

  19. Zdziwiony said

    Adam Asnyk – HISTORYCZNA NOWA SZKOŁA

    Historyczna nowa szkoła
    Swą metodę badań ścisłą,
    Sprowadzoną hurtem z Niemiec,
    Rozpowszechnia ponad Wisłą
    I, nabywszy pogląd świeży,
    Nowym łokciem dzieje mierzy.

    Nie chcąc popaść w dawne błędy
    Mesjanicznych, mglistych mrzonek,
    Koło polskich sztywnych karków
    Okręciła swój postronek,
    By zgiąć bytu żądzę dziką
    Przed dziejowych praw logiką.

    Czcząc spełnionych faktów kolej
    I zwycięzc6w chytre godła,
    Nie spostrzegła, że część siły
    Za daleko ją zawiodła
    I że z rąk jej rozbiór Polski
    Wziął chrzest misji apostolskiej.

    W pełnym świetle jej dochodzeń
    Jasną gwiazdą lśni despotyzm
    I wychodzi czysto na wierzch
    Targowicy patryjotyzm…
    Gdyż Kościuszko to był wariat,
    Co buntował proletariat!

    I tak dalej… i tak dalej…
    Coraz śmielsze wnioski przędzie
    I, nicując dawne sądy,
    Nie powstrzyma się w zapędzie,
    Aż dowiedzie, że król Herod
    Dobroczyńcą był dla sierot.

  20. ad. 7

    Nie razi Państwa troche korzystanie z informacji zawartych na stronie, której to autor jawnie odwołuje sie do gnozy, hermetyzmu, czy tarota (patrz prawy margines strony w/w)?
    Sam jestem po studiach historycznych i wiem co za bełkoczące osobniki tam wykładają, jawnie szydząc choćby z warstwy ideowo-religijnej średniowiecza (jeśli głupota i fałsz tamtych czasów doprowadzają profesora aż do fizycznego bólu to ja sie pytam na ch..oinke zajmuje sie tym zagadnieniem ponad 30 lat? Albo jest masochistą albo zostało mu to zlecone) i prawda historyczna jest dla mnie istotna. Jednak mam wątpliwości co do tego, czy nie dajemy sie zwodzić drugą strone i czy przeróżne teorie dotyczące naszych przodków nie mają na celu odciągnąć nas od Prawdy, którą jest Jezus Chrystus. Proszę spojrzeć choćby tu http://www.youtube.com/channel/UCpdXoN2J3Irki8-9AWqtEsA .
    Przykładowo jeśli „historiografia jezuicka” ma ukrywać czy też fałszować dawne dzieje, to znaczy że czegoś sie obawia. Może sie obawiać albo dojścia do faktów przeczących katolicyzmowi i ukazując jego obłude, (jeśli prawda historyczna mogłaby obalić naszą religie świadczyłoby to o jej nieprawdziwości, czy też spreparowaniu nad którym rozwodzą się wszelkiej maści ateusze) mającą na celu kontrole nad rodzajem ludzkim, albo obawia sie odrodzenia imperium/imperiów pogańskich, uznając zgodnie ze swoją doktryną, że pogańskie bożki = demony, więc tym starodawnym państwom bliżej jest do królestwa szatana niż do królestwa Chrystusa. I choć sam jestem niezmiernie ciekaw mam opory przed wgłebianiem sie w te zagadnienia, bo nie będzie to poznanie „neutralne światopoglądowo”.
    Nad szeroko pojętymi „starożytnościami” pochylały sie od XIX wieku różne osoby, (od „specjalistów” otaczających Napoleona w Egipcie) lecz wgłębiając sie bardziej zauważymy, że byli to teozofowie czy inni poszukiwacze (o proweniencji fartuszkowej) „cywilizacji pierwotnej”, którą to katolicyzm chce ukryć przed ludźmi by żerować na naiwnych ludziach jak talmudyści na gojach. Początki ludzkości a więc i ludzkich cywilizacji są tajemnicą, tym bardziej jeśli uznać dzieje ludzkości ze Starego Testamentu jako zmyślenia (vide książka Kontrowersja Syjonu). W takiej sytuacji rzymski katolik jest bezsilny, nie ma na czym sie oprzeć i jest skazany na dryfowaniu po rewelacjach pisanych przez tych, którzy z Chrystusem i Jego Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego.

  21. Zdziwiony said

    @ 20 …czy przeróżne teorie dotyczące naszych przodków nie mają na celu odciągnąć nas od Prawdy, którą jest Jezus Chrystus.

    Dziękuję Panu. Widać to chociażby w poniższym tekście autora zaznaczonym przeze mnie kursywą.

    „Zwycięstwo ich jest całkowite, lecz nie będzie długotrwałe. Osiągnęli cel, wyparli Niemców za Łabę za Limes Sorabicus, naznaczoną niegdyś przez Karola Wielkiego. Cóż zdawałoby się ważniejszego teraz, jak nie dopuścić, by nieprzyjaciel tę linię przekroczył znowu? Gdybyż w upojonym powodzeniem tłumie znalazł się jeden mąż na miarę polańskiego Mieszka! Jeden wódz, co by umiał przewidywać! Gdyby wtedy w r. 983 zwycięskie plemiona słowiańskie przyjęły chrzest od Czech lub Polski, a brzegi Łaby zmieniły w obóz warowny! Jakże inaczej potoczyłyby się dzieje! Lecz to nie przychodzi im do głowy. Wypędzili wroga i zadowoleni wracają do domów, by tam podejmować zwyczajne swe sąsiedzkie spory. Tak kończy się pierwsze wielkie powstanie pogańskie Słowian.”

    W ten sposób podsumowała jedną ze swoich opowieści Zofia Kossak. Nie podoba mi się ta konkluzja, ale czytając cytowaną wyżej książkę, szybko zorientowałam się, że podobnie tendencyjnych wniosków będzie w niej całe mnóstwo. Niemniej jednak jest to naprawdę wyjątkowe dzieło. Czytam te historie, odkrywając nieznane mi zupełnie dzieje tych ziem.
    Autor: Beth Luis Nion

  22. ad 21

    Wymowa tego jest taka: Słowianie bez Chrystusa (z)giną. Trzymali sie pogaństwa, dla którego w Nowej Erze (tej prawdziwej, a nie New Age’owskiej), którą nasz Zbawiciel zapoczątkował, miejsca nie ma i być nie może.
    Należy rozróżnić, że Ci, przeciw którym Połabianie powstawali, reprezentowali nie Kościół Chrystusowy, lecz mutacje cezaropapizmu bizantyjskiego (Koneczny sie kłania).

  23. Zdziwiony said

    @ 22
    Konflikt cywilizacyjny z bizantyzmem jest w treści całej Książki, co zresztą u Z.K widać w jej całej twórczosci, a że nijaki Beth Luis Nion zamieszcając swoją uwagę: „Nie podoba mi się ta konkluzja, ale czytając cytowaną wyżej książkę, szybko zorientowałam się, że podobnie tendencyjnych wniosków będzie w niej całe mnóstwo”, i tym właśnie cytatem chciałem jedynie przyznać Panu rację i po co ten do mnie pański przytyk – ‚Koneczny sie kłania”.

  24. ad 23

    Proszę wybaczyć, nie miałem absolutnie żadnej intencji tworzyć jakichkolwiek przytyków. Wiadomość jest dla odbiorcy ogólnego, ad 21 napisałem by wiedziano, do czego sie odnosze. Ta wiadomość miała być potwierdzeniem tego, co Pan w wiadomości nr 21 napisał.

  25. Zdziwiony said

    ad. 24
    Dzięki, rozumiemy się, bo ja też jak i Pan jestem wrażliwy co do postaci Konecznego.

  26. Eqisetium Arvensis Littérateur Virtuel said

    Branibory, dawne lasy , – puszczy, na terenie dzisiejszej Brandenburgii, zwłaszcza na terenie dzisiejszej aglomeracji Berlina, ponoć znowu będą się zielenić w najlepsze. To będzie miejsce opuszczone przez ludność, na zawsze…i nigdy więcej nie odbudowywane, czy zasiedlane w dalekiej przyszłości.

    Nie wiem kogo reprezentuje ten blog, sądząc po tak różnym i różnorodnym przytaczanym tutaj materiale,- również historycznym, lecz co do głównych mechanizmów np. działań sił politycznych po świecie muszę troszkę przyznać tym bloggerom rację. Co do moich obserwacji mogą trochę różnić się, co do bezpośrednio wskazywanych osób ciaągajacych za sznurki polityki swiatowej, lecz nie, z grubszsa, co do int—=
    encji…

  27. Kazik said

    ad 18 Wrzucenie do jednego worka wszystkich zrywów niepodległościowych nie jest właściwe . Obchodzenie wielkim kołem tematu Powstania Wielkopolskiego i Jego zwycięstwa pod dowództwem gen. Józefa Dowbora – Muśnickiego jest tego przykładem . Były jeszcze trzy Powstania Śląskie , które nie zakończyły się klęską i nie zapominajmy o walkach dzieciaków we Lwowie z Rusinami . Ze wspomnień J.E. generała można wyczytać wielką niechęć Piłsudskiego do powyższych zrywów . To tak na marginesie , gdyż nie odpowiada mi określenie : my , wszyscy , itd. i tp , mówmy za siebie .

Sorry, the comment form is closed at this time.